Szepczący Las[Druidzki chutor] Syn marnotrawny

Utopijna kraina druidów, zwierząt i wszystkich baśniowych istnień. Miejsce przyjazne dla każdego stworzenia. Ogromny las położony w górskiej dolinie, gdzie nic nie jest takie jak się wydaje.
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Widugast
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 58
Rejestracja: 4 lat temu
Rasa: Leśny Elf
Profesje: Szaman , Mędrzec
Kontakt:

[Druidzki chutor] Syn marnotrawny

Post autor: Widugast »

        Widugast nie odnalazł Saurii. Jakże był naiwny, gdy w ogóle zaczął jej szukać. Wiedział, że ona chce być sama. Vertai mówił mu to samo. To nie była miejska dziewczyna, która nie poradzi sobie w lesie - była driadą, a to był jej dom, pewnie czuła się tu bardziej na miejscu niż on. Jakiż był głupi, że chciał jej pomóc. Ona po prostu go nie chciała. Może teraz… A może nigdy. Dla niej minęło wszak ponad sto lat, a nie ledwie kilka miesięcy jak dla niego…
        Druid otrząsnął się z tego amoku dość szybko, ale nie wrócił przez to do Sonei i Sylje, bo choć wiedział, że złotowłosa driada ucieszyłaby się widząc go ponownie, wiedział też, że ta ruda znowu przywita go z nożem. A to czego one szukały nie było jego walką. On zrobił ile mógł, teraz to one musiały dalej radzić sobie same. Zresztą… Jakże miałby je na nowo odszukać w tym lesie? Pora była, by ruszył dalej. Nie dokończył jeszcze wszystkich spraw, które pozostały nierozwiązane przez jego klątwę. Tak naprawdę jedyna kwestia, którą uznał za rozwiązaną, to jego relacja z Saurią - to definitywnie się zakończyło, nawet jeśli on tego nie chciał. Pozostało mu więc jeszcze odnalezienie dawnego domu, a potem zajęcie się klątwą, którą rzuciła na niego była kochanka.

        Łatwiejsze było oczywiście odnalezienie chutoru. Gdy już Widugast zorientował się w tym jak zmienił się las przez ostatnie sto lat, bez problemu dotarł najpierw do miasta, a potem jak po sznurku drogą do siedziby druidów.
        - Wyglądasz jak koń, który czuje stajnię - skomentował Vertai, obserwując kroczącego skrajem traktu elfa. - Pobiegniesz, jak zawołam “wio!”?
        - Nie kpij ze mnie - poprosił Arhuna. - Wiesz ile to dla mnie znaczy.
        - Wiem, wiem - przyznał duch wilka, tym razem odpuszczając sobie złośliwości, bo usłyszał przejęcie w głosie druida. - Tym razem pójdzie ci lepiej niż z Saurią.
        - Mam taką nadzieję - zgodził się Widugast, wyraźnie tracą przy tym dobry nastrój. Wspomnienie driady nadal nieznośnie kłuło go w serce. Musiał jednak się pozbierać - kto to widział, by taki kilkusetletni dorosły mężczyzna tak się mazał, jakby miał ledwie kilkanaście lat i była to jego pierwsza miłość? Cóż… Może wiek faktycznie nie ten, ale to o pierwszej miłości się zgadzało. Sauria była pierwszą, która skradła jego serce.

        Chutor znajdował się na swoim starym miejscu. Jakby nic się w nim nie zmieniło - chaty stały w tym samym układzie co kiedyś, druidzi - choć wiele było wśród nich nowych twarzy - zajmowali się tym samym co do tej pory. Między zabudowaniami kręciły się zwierzęta, suszono pęki ziół, przygotowywano amulety, mikstury, zajmowano się codziennymi sprawami… Dom, prawdziwy dom. A jednak… Coś się tu Widugastowi nie podobało. W atmosferze tego miejsca brakowało pewnego istotnego elementu, którego jednak nie umiał nazwać.
        Gdy tylko pojawił się między zabudowaniami, rozglądając się w ten charakterystyczny sposób, który jasno dawał do zrozumienia, że zna to miejsce, podszedł do niego jeden z druidów, którzy go nie znali. Był to młodzieniec o budowie krzepkiej jak u rycerza, złotych włosach zaplecionych w trzy warkocze, o ogorzałym obliczu. Uśmiechał się przyjaźnie, tym uśmiechem, który karczmarze mają dla strudzonych wędrowców.
        - Witajcie - odezwał się z akcentem typowym dla ludzi ze wsi. - Co cię do nas sprowadza, bracie? - zapytał, niepotrzebnie dodając to poufałe “bracie”, które najwyraźniej z trudem przeszło mu przez gardło. Nie przez to jednak, że nie uważał Arhunę za godnego tego miana, a prędzej przez to, że nie był pewien, czy nie pozwala sobie na zbyt wiele. Widugast jednak uważał się za jednego z nich.
        - Witaj, bracie - odpowiedział więc w tym samym tonie. - Jestem Arhuna, syn Wiesiołka. Gdzie go odnajdę?
        Złotowłosy młodzieniec spojrzał na niego z nieukrywaną konsternacją. Rozejrzał się jakby szukał kogoś, kto pomoże mu odpowiedzieć na to pytanie, na które sam nie znał odpowiedzi.
        - Aiwei Wiesiołek - powtórzył elfi szaman. - Jestem Arhuna Thorvaldsdottir Widugast, jego pierworodny syn. Chcę się z nim zobaczyć.
        - Bracie, ja… Nie wiem o kim mówisz - przyznał w końcu miejscowy druid z wyraźnym zażenowaniem. Elf poczuł, jak ogarnia go niepokój i ledwo się powstrzymał, by nie szarpnąć tamtego za ubranie, żądając wyjaśnień. Szybko jednak się opanował.
        - Czy jest tu ktoś starszy? - zapytał w końcu. - Rodiny, Apisu, Kurdybanek?
        - Jestem, Widugaście.
        Wymieniony jako ostatni Kurdybanek akurat podszedł do nich od boku, zainteresowany tą wymianą zdań i trochę nie dowierzając w to, kogo jego oczy widziały. Wpatrywał się w Arhunę jakby wydawało mu się, że ma do czynienia z duchem.
        - Myśleliśmy, że tym razem już nie wrócisz - wyznał, tłumacząc swoje zachowanie, ale nadal poruszając się jak ciekawskie zwierzątko obserwujące nowy, interesujący przedmiot. - Twój ojciec… Tak mi przykro, Widugaście, ale twój ojciec tym razem nie doczekał twojego powrotu.
        - Chcesz mi powiedzieć, że odszedł? - upewnił się Arhuna słabym głosem.
        - Chciałem powiedzieć, że twój ojciec nie żyje - zgodził się Kurdybanek, mówiąc to, co nie przeszło Tholvaldsdottirowi przez gardło. - Tak mi przykro…
Awatar użytkownika
Ganzorig
Zbłąkana Dusza
Posty: 6
Rejestracja: 2 miesiące temu
Rasa: Eravallian
Profesje: Najemnik
Kontakt:

Post autor: Ganzorig »

        To, że zbliżali się do celu poznała nie po drogowskazach czy zagęszczonym ruchu na trakcie, jako że od dłuższego czasu nie minął ich ani jeden podróżny. Nim jeszcze dotarła do nich czarująca woń miasta, konie ruszyły raźniej, zarzucając łbami i parskając w rytm kroków. Ganzorig nie wiedziała jakim sposobem za każdym razem wyczuwają stajnię, choćby miały widzieć ją po raz pierwszy w życiu. Wiedziała tylko, że się nie mylą. Wokół panował niczym niezmącony spokój. Ptaki śpiewały, kółka wędzideł podzwaniały cicho, kupiec nucił pod nosem jakąś ckliwą melodię, wóz skrzypiał, a na wozie jęczał Chinua. Jęczał długo, nieprzerwanie i z każdą chwilą coraz żałośniej.
        Ganzorig podkłusowała na przód.
        – Tetsu – zagadnęła, równając się z woźnicą. – Znacie w tym mieście jakiegoś medyka? Aby dobrego.
        Mężczyzna rozłożył ręce w wymownym geście.
        – Żadnego nie znam. Pierwszy raz tam jadę.
        Skinęła głową w zamyśleniu. Starała się tego nie okazywać, ale stan Chinui coraz bardziej ją niepokoił. Nienawidziła tracić ludzi, a już najbardziej w taki sposób. Kiedy ginęli w walce, szybko, z godnością, było w ich śmierci coś uzasadnionego. Teraz jej podkomendny wił się z bólu między koszami krabów a kandyzowanymi wiśniami i umierał.
        – Wypytacie kogokolwiek z miejscowych. Na pewno będą wiedzieli.
        Ganzorig nie odpowiedziała. Wstrzymała konia, by dołączyć do pozostałej z tyłu dwójki.
        – Żeby już, psia mać, nie dało się spokojnie przejechać z miejsca na miejsce – burknął Bataar, spoglądając na rannego towarzysza, który z każdą chwilą wyglądał coraz gorzej, blady, zlany potem, wciąż z trudem łapiąc powietrze.
        Mężczyzna, od zasadzki poprzedniego dnia, miał wybitnie zły humor. Właściwie ciężko było z nim porozmawiać, zwłaszcza że jak na Eravalliana był niezwykle postawny i kiedy wpadał w gniew, nawet towarzysze broni czuli się w jego obecności nieswojo. A teraz gniewał się niemal bez przerwy.
        – Z tym to akurat nie najgorzej. Przynajmniej wiedzą za co nam płacą – mruknęła Ganzorig, starając się, by zabrzmiało to jak najbardziej przekonująco. W końcu ktoś musiał zachowywać dystans w takich sytuacjach.
        Chinua stęknął ciężko, starając się obrócić na drugi bok. Opadł jednak, rzężąc jak konający tur.
        – Mógłbyś się zamknąć, do cholery? – warknął Bataar, choć widać było po nim, że nie gniewa się wcale na rannego.
        – Pie.. Pier… – jęknął w odpowiedzi Chinua, dławiąc się kaszlem. – Khurwa – wydusił wreszcie pomiędzy spazmami i otarł ściekającą po policzku krew, łapiąc powietrze jak ryba wyjęta z wody.
        – Zamknąć, mówiłem.
        – Ty nie chcesz aby zmienić Terbisha z przodu? – zapytała zirytowana Ganzorig tonem, który wcale na pytanie nie wskazywał.
        Mężczyzna nie odpowiedział, uciekając wściekłym spojrzeniem gdzieś w przydrożne zarośla. Mori czasem czuła się, jakby niańczyła bandę dzieciaków. Prawda, mogliby przecież kłócić się między sobą i do woli wyrażać troskę na najdziwniejsze sposoby, ale przecież musiała utrzymywać jakiś porządek.
        Miasto, jak zresztą się spodziewali, powitało ich nieprzyjemną, ciężką wonią o zaskakująco małym natężeniu. Wciąż trzymając szyk, dotarli do placu targowego, przy którym mieściły się kwatery dla kupców. Gwałtownie gęstniejący tłum zmusił ich w końcu do ścieśnienia formacji. Zresztą nikt nie przypuszczał, by eskorta miała szczególnie przydać się w samym środku gwarnego miasta. Wóz zatrzymał się przy jednym z wysokich, drewnianych budynków wyglądających, jakby ktoś poustawiał na sobie wszystkie okoliczne kurniki w porządku losowym.
        – No. To by było na tyle – oznajmił Tetsu, zeskakując z kozła.
        Ganzorig zsiadła, podając wodze Terbishowi.
        – Dzięki, żeście go wzięli na wóz – zagadnęła, ściskając wyciągniętą dłoń kupca.
        – Pewnie, że wziąłem. Jakbym miał nie wziąć. Toć on przecie w obronie mojego życia i interesu walczył. Krztyna przyzwoitości.
        Skinęła z wdzięcznością i ruszyła w stronę swoich ludzi, gdzie Bataar właśnie z niespotykaną u niego delikatnością ściągał Chinuę z wozu.
        – Mori! – zawołał kupiec, przypomniawszy sobie o czymś. – Kiedy myślicie wracać?
        – Nie wiem. Zobaczymy… – Westchnęła ciężko. – Najpierw musimy dotrzeć do medyka. Jeżeli chłopak wydobrzeje do waszego wyjazdu, będziemy mogli się umawiać na powrót.
        – Świetnie. Gdzie was znajdę?
        – Poszukamy noclegu w jakiejś gospodzie. Przyślę tu kogoś jutro z dokładnymi informacjami.
        Kupiec uśmiechnął się serdecznie i sięgnął po ukrytą pod kozłem kieskę.
        – Weźcie. Za kłopot. Niech chłopak ma na najlepszego medyka – mówiąc to wysupłał kilka monet i wręczył Ganzorig. – Ostańcie w zdrowiu! – zawołał jeszcze, idąc do swoich mułów.
        Mori uniosła dłoń na pożegnanie i wróciła do swoich ludzi.
        Droga przez zatłoczony plac nie była łatwa. Zdecydowanie nie ułatwiał sprawy fakt, że Chinua, pomimo usilnych starań, nie był w stanie samodzielnie utrzymać się w siodle, w związku z czym musiał jechać obstawiony z dwóch stron przez Bataara i Gerela, najstarszego z grupy, którzy podtrzymywali go, starając się jednocześnie wymanewrować przez tłum trzykonną ławą. Pozostała trójka, z Ganzorig na czele starała się ze wszystkich sił ułatwić im zadanie, ale mimo to wydostali się z placu po dłuższym czasie, zmęczeni i poirytowani. Skręcili w pierwszą ulicę, w której tłum wyraźnie rzedł i, ku swojej radości, dostrzegli w oddali szyld w kształcie świni, może dzika, który zdobić mógł chyba tylko rzeźnię lub gospodę.
        Karczma „Stary odyniec” wyglądała dokładnie tak, jak brzmiała. Ciemne, zadymione wnętrze zastawione było topornymi, dębowymi ławami i stołami, które nosiły ślady niezwykle długiej historii, po brzegi wypełnionej rozlanymi trunkami, krwawymi burdami, miłosnymi wyznaniami i znudzonymi klientami, którzy, chcąc zająć czymś ręce, sięgali po to, co mieli na podorędziu, czyli najczęściej jakiś kozik. Pod niskim stropem z bali roztaczały się zapachy starego drewna, dziegciu i piwa, brutalnie stłamszone przez swąd palonej kapusty. Jedyny klient siedział w kącie, przysłuchując się odgłosom awantury dobiegającym z kuchni.
        Ganzorig podeszła do potężnego szynku i, nie mając ani ochoty, ani cierpliwości na subtelność, załomotała w blat. Krzyki ustały, ale poza tym nie zdarzyło się nic. Uderzyła więc ponownie, tym razem mocniej. Zza drzwi dobiegły pospieszne kroki i po chwili wyłonił się zza nich karczmarz, a właściwie mężczyzna, który w żadnym stopniu nie przypominał karczmarza w klasycznym ujęciu. Wysoki, szczupły elf o starannie przyciętych do wysokości żuchwy włosach i żywym spojrzeniu wycierał właśnie wąskie dłonie w poplamiony fartuch. Właściwie tylko to wycieranie i ten fartuch zdawały się pasować do sytuacji.
        – Wybaczcie – zagadnął głosem śpiewnym, za nic nie przystającym do miejsca, w którym właśnie stał. – Zatrudniłem właśnie zupełną niedojdę, żeby odjąć sobie pracy i teraz nie dość, że mam jej dwa razy więcej, to jeszcze udusić się tu idzie od tej kapusty. Zresztą nieważne. Napijecie się czegoś?
        – Szukam noclegu dla sześciu osób i wierzchowców. Znajdzie się coś?
        – Znajdzie. O ile nie życzycie sobie oddzielnych pokoi i jedwabnej pościeli.
        – Obędzie się.
        – I dobrze. Dam wam izbę na poddaszu. Konie możecie wprowadzić od podwórza. Powinno wystarczyć miejsca. To będzie trzydzieści ruenów.
        Ganzorig bez słowa wyłożyła pieniądze na blat.
        – Zagrzać wam jakiejś polewki? Kaszy? Z bigosu, jak widzicie, nici. – Wskazał głową w stronę kuchni i westchnął ciężko.
        – Na razie nie trzeba.
        Elf skinął głową i ruszył w stronę schodów, gestem zapraszając gościa.
        – Powiedzcie jeszcze… Znacie tu może w okolicy jakiegoś dobrego medyka?
        – Dobrego? Nie wiem. – Karczmarz stanął przed drzwiami pokoju i widać było, że próbuje sobie coś przypomnieć. – Był jeszcze niedawno taki młody konował, tu, za rogiem, ale zdaje się, że ktoś się na nim zemścił za uciętą nogę. No to już go nie ma.
        Położył rękę na klamce i zdjął niemal natychmiast, unosząc palec w geście zwiastującym olśnienie.
        – Właściwie jest też… – zawahał się. – Coś poważnego? – zapytał, mierząc kobietę wzrokiem.
        – Zdaje się, że śmiertelnie poważnego.
        – To nie.
        Uchylił drzwi, wciąż pogrążony w zadumie. Po chwili z rozmachem pacnął dłonią w czoło, a klamka z trzaskiem wróciła do pierwotnej pozycji.
        – Przecież! Wybaczcie. To przez to, że nasza rodzina z natury jakaś taka mało chorowita. Jeżeli to aż tak poważne jak mówicie, najlepiej prosić o pomoc druidów. Trochę się do nich idzie, ale żaden medyk nie pomoże lepiej.
        – Gdzie ich znajdę? – zapytała, pchając delikatnie drzwi, by oszczędzić czas.
        – Tutaj trzeba dojechać do murów – zaczął, podchodząc do niewielkiego, gomółkowego okna w pokoju i wskazując kierunek przez mętną szybę. – A później najbliższa brama, tamta, wychodzi na taką szeroką leśną ścieżkę. Ona prowadzi tylko do chutoru, więc dalej trudno się zgubić.
        Uśmiechnął się szeroko, patrząc wyczekująco na Ganzorig.
        – A tak! – zawołał wreszcie. – To jest wasz pokój – mówiąc to wykonał gest, jakby wskazywał nie ciasną izdebkę, a bezkresne stepy.
Awatar użytkownika
Widugast
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 58
Rejestracja: 4 lat temu
Rasa: Leśny Elf
Profesje: Szaman , Mędrzec
Kontakt:

Post autor: Widugast »

        Widugast nie mógł powiedzieć, że się tego nie spodziewał. Wszak już gdy zmierzał do chutoru coś go dręczyło - jakiś niewyjaśniony niepokój, a później nieprzyjemne uczucie pustki, gdy stanął między zabudowaniami. Teraz już wiedział co to było - nie czuł wśród tych wszystkich emanacji i dusz tej jednej, najbliższej sobie. Brakowało najistotniejszego elementu tej układanki. Już wtedy podświadomie wiedział, że stało się coś złego.
        - Jak… Odszedł? - dopytywał.
        Kurdybanek - jeden z niewielu druidów, którzy pamiętali Widugasta, druida, który zniknął nagle sto lat temu - wziął na siebie opowiedzenie Arhunie co zaszło. Najpierw jednak zastrzegł, że co się stało to się nie odstanie, więc nie ma sensu by tak stali i rozmawiali w nerwach. Zaprosił go, by wszedł dalej między domy i by usiadł z nimi. Dał mu napar ziołowy. Nic szczególnego - lipa z miętą i miodem, która miała tylko dobrze smakować i rozgrzewać, nie uspokajać. Byli wszak dorośli i doskonale wiedzieli jak działa krąg życia, że nie ma co rozpaczać. Poza tym Widugast wcale nie wyglądał na takiego, co to miałby zaraz zemdleć z nadmiaru emocji albo wybuchnąć płaczem. Wzrok miał trochę oszołomiony, czasami oczy mu się szkliły, ale zachowywał się godnie. Niemniej dopytywał.
        - Więc? - drążył, gdy już zasiadł przy niewielkim ognisku i Kurdybanek zajął miejsce obok niego. Dawny znajomy jednak zwlekał, zapatrzony w świeży listek pływający w jego kubku. Zbierał myśli, tego Arhuna był pewien, więc nie naciskał, choć wiele go to kosztowało. By przestać o tym na moment myśleć, zaczął rozglądać się po chutorze. Naprawdę niewiele się w nim zmieniło - prawie jakby te domy były wieczne i tylko twarze osadników się zmieniały. Goście, przyjezdni, druidzi, którzy dołączyli już po jego odejściu. Nie widział nikogo znajomego poza nadal milczącym Kurdybankiem i już miał ochotę zapytać go co z resztą, ale wtedy drobny druid nabrał tchu i zaczął mówić, ale do swojego kubka, nie do niego.
        - On nie miał do ciebie żalu - oświadczył. - Odszedł pogodzony z tym światem, w spokoju. Myślał, że znowu pognałeś za zewem Matki, jak nieraz ci się zdarzało. Tylko raz powiedział mi, że myślał, iż tym razem zostaniesz, szczerze to wszyscy tak myśleliśmy. Sprawiałeś wrażenie, jakbyś w końcu odnalazł spokój w tym miejscu. Miałeś kobietę, prawda? Aiwei trochę żałował, że skończyła tak jak wszystkie jej poprzedniczki. Wydawało mu się, że tym razem miałeś być szczęśliwy u jej boku. Ale nikt nie miał do ciebie żalu - ani on, ani my. Prosił mnie tylko bym cię pozdrowił gdy wrócisz.
        - Ale co się stało? - dopytywał Widugast, bo wyczuł, że Kurdybanek nie zamierza mówić o samej śmierci Aiweia. Dobrze przypuszczał, gdyż w odpowiedzi usłyszał w pierwszej chwili zbolałe westchnienie.
        - Choroba. - To jedno słowo brzmiało, jakby miało wystarczyć za całe wytłumaczenie. - Zmogła go gorączka. Twój ojciec zawsze miał delikatne serce. Nie zmieniłeś się, wiesz? - zagaił nagle Kurdybanek, całkowicie zmieniając temat i po raz pierwszy od dłuższego czasu spoglądając swoimi fiołkowymi oczami na Arhunę. Tym razem jednak to on uciekł spojrzeniem. Co miał powiedzieć? Prawdę, oczywiście, że prawdę, ale była to dla niego prawda wstydliwa i bolesna, dlatego nie chciał mówić o niej wprost.
        - Niestety to nie był czas, który pozwoliłby mi coś zmienić - oświadczył mętnie, ale i tak nie zamierzał pozostać przy tym temacie. - Dawno zmarł Aiwei?
        - O, będzie… Osiemdziesiąt lat? Chcesz zobaczyć jego dąb?
        - To już na pewno wielkie drzewo.
        Kurdybanek skinął głową.

        Faktycznie, dąb posadzony na grobie Wiesiołka był wielkim, pięknym drzewem. Widugast dostał chwilę na to, by pod nim pomedytować - nikt mu w tym czasie nie przeszkadzał, a jego towarzysz o fiołkowych oczach powiedział, że w razie czego będzie przy tym samym ognisku, przy którym wcześniej siedzieli. Arhuna - pozostawiony samemu w miejscu spoczynku swojego ojca - podszedł do pnia drzewa i zdjąwszy wilcze futro z ramion oraz koszulę, obnażony od pasa w górę, przytulił się do niego tak mocno, jakby faktycznie witał się ze swoim dawno niewidzianym rodzicem. Próbował nawiązać więź z naturą, co przyszło mu bez większego trudu. Im głębiej jednak sięgał, tym bardziej przekonywał się, że Kurdybanek miał rację - Aiwei odszedł z tego świata w spokoju i jego ducha już tu nie było, nie pozostał po nim nawet najmniejszy świat. A Widugast tak bardzo pragnął go jeszcze zobaczyć, rozmówić się z nim, wytłumaczyć, przeprosić… Ojciec był jedyną bliską mu osobą na tym świecie.

        Do ogniska, przy którym siedział Kurdybanek, wrócił zmarniały i zgaszony, ale z oczami, w których paliła się gorączka.
        - Co ci jest?
        Arhuna skrzywił się, ale nie od razu odpowiedział. Usiadł przy ognisku i wypił zimną już zawartość swojego kubka. Znowu się skrzywił, jakby był to jakiś nerwowy tik.
        - Muszę z nim porozmawiać - oświadczył. Kurdybanek szeroko otworzył oczy słysząc to wyznanie. Wiedział, że to nie było pobożne życzenie a plan.
        - Nie możesz - jęknął, ale Arhuna zaprzeczył gwałtownym ruchem głowy.
        - Muszę. On musi znać prawdę.
        - Aiwei odszedł bardzo dawno temu, nie pozostawiając za sobą niezamkniętych spraw - tłumaczył mu drugi druid. - Jego dusza spoczywa w spokoju, głęboko w zaświatach. Nie możesz tam iść.
        - Muszę.
        - Widugaście, zaświaty cię nie wypuszczą! - Kurdybanek wręcz wykrzyczał te słowa, przerażony jego determinacją. - Każdego, lecz nie ciebie! Jesteś im zbyt bliski, by zanurzyć się w nie tak głęboko i móc wrócić.
        - Wiem! To wszystko wiem - oświadczył zimnym tonem Arhuna, patrząc na swoje wytatuowane ręce. - Ale mój ojciec odszedł zawiedziony mną. Nie chcę… Nie chcę by przez wieczność miał ten obraz mnie. Ja się zmieniłem. Nie chcę, by czuł zawód, nawet jeśli się z nim pogodził.
        - Za cenę własnego życia?
        Widugast sapnął, ale nie odpowiedział. Patrzyli sobie z Kurdybankiem w oczy, jakby samym spojrzeniem jeden drugiego chciał przekonać do swoich racji.
Awatar użytkownika
Ganzorig
Zbłąkana Dusza
Posty: 6
Rejestracja: 2 miesiące temu
Rasa: Eravallian
Profesje: Najemnik
Kontakt:

Post autor: Ganzorig »

        Stanęli na ubitym podwórzu, przytrzymując zniecierpliwione wierzchowce za ogłowia. Wszyscy wiedzieli, że trzeba będzie wreszcie podjąć kilka decyzji, ale nikt nie chciał odezwać się pierwszy. Ganzorig tym tylko różniła się od pozostałych, że doskonale wiedziała, kto ostatecznie będzie musiał przemówić. Chinua, jakby dodatkowo chcąc ponaglić towarzyszy, zatchnął się soczyście i przez chwilę walczył z odruchem kaszlu. Wreszcie poddał się i, zaciskając palce na grzywie, zwiesił przez końską szyję próbując wypluć krwawą wydzielinę i nabrać powietrza.
        – Trzeba go zawieźć do tych druidów. I to co rychlej – stwierdziła wreszcie oczywistość.
        – Sama mówiłaś, że to długa droga. Zmierzch nas w lesie zastanie i tyle będzie z tej wycieczki.
        Po raz kolejny zadała sama sobie pytanie, czy nie mogą zaczekać z wizytą do rana. Ale wystarczyło jedno spojrzenie na przesiąknięty bandaż opasający udo chłopaka i drżącą, spotniałą dłoń, w której kurczowo ściskał ciemną od krwi chustkę. Zapach też roztaczał raczej nieciekawy.
        – Nie będę was ciągnąć. Zresztą lepiej nie robić druidom konnego najazdu w sześciu… pięciu chłopa – uzupełniła, nie mając przy tym bynajmniej na myśli siebie.
        – Pojadę – zaoferował Bataar zbyt spiesznie, by utrzymać pozory obojętności.
        Ganzorig pokręciła głową, nie odrywając wzroku od rannego.
        – Zostaniecie tutaj pod komendą Gerela – rzuciła i odeszła w stronę stajni. Nie chciała wdawać się w dyskusję, którą i tak ucięłaby argumentem nie do zbicia, czyli stanowczym nadmienieniem własnej rangi.
        Rozpięła popręg, po czym, z niejakim namaszczeniem, odłożyła na bok kulbakę i karabelę. Mężczyzna podszedł do niej, kiedy zdejmowała z wierzchowca lekką zbroję.
        – Jesteś pewna? – zapytał cicho, dobrze wiedząc, że jest jedyną osobą, na którą dowódca nie gniewa się za podważanie autorytetu.
        – To mój żołnierz. Chcę mieć pewność, że zrobiłam wszystko, co mogłam. A wy chyba poradzicie sobie tutaj.
        – My na pewno. Jak ci pomóc?
        Ganzorig uśmiechnęła się ponuro.
        – Załadujcie mi obrok, wodę i jakiś prowiant na Taissę. I zdejmijcie jej blachy. Mam nadzieję, że nie będą potrzebne.
        Gerel skinął i ruszył w stronę reszty, z miejsca rzucając kilka rozkazów.

        Odjeżdżała żegnana markotnymi spojrzeniami znad żłobów, siodeł i końskich kopyt. Gerel odprowadził ich do wyjazdu z podwórza.
        – Pamiętaj, żeby posłać jutro kogoś do Tetsu.
        – Poradzimy sobie. A ty przywieź nam go żywego. – Spojrzał na nią przeciągle, wzrokiem jakim ojcowie zwykli żegnać swoich synów i wolnym krokiem wrócił do koni.
        Zgodnie z instrukcjami karczmarza sprawnie dotarli do rzeczonej bramy i wjechali w las, ignorując zaintrygowanych przechodniów. Siedzący przed kobietą Chinua chyba tylko z przyzwyczajenia trzymał się jeszcze na grzbiecie wierzchowca. W dodatku Ganzorig mogła podtrzymywać go tylko jedną ręką, w drugiej ściskając wodze i postronek, na którego końcu, w charakterze konia jucznego człapała klacz chłopaka. Za niewątpliwe pozytywy sytuacji mogła uznać chyba tylko fakt, że Śledź miał szeroki, wygodny grzbiet i nawet w szybkim stępie kroczył bardzo miękko.
        – Chinua? – zagadnęła po dłuższym czasie.
        Chłopak mruknął coś niezrozumiale.
        – Sprawdzałam, czy żyjesz. Mógłbyś przechylić głowę w jedną stronę tak dla odmiany? – dodała po chwili namysłu. – Widziałabym dokąd jadę.
        Chinua przechylił się i w nagłym przypływie świadomości chwycił grzywę Śledzia zanim zjechał z grzbietu. Ganzorig złapała go za kurtę i najdelikatniejszym szarpnięciem, na jakie umiała się zdobyć usadziła na powrót we względnie bezpiecznej pozycji.
        – Dobra. Zapomnij. Po prostu postaraj się tak nie telepać na boki.
        Chłopak prawie się zaśmiał. Prawie, bowiem w porę przypomniał sobie, do czego najpewniej by to doprowadziło. Zdusił więc parsknięcie, ale widać było, że zaczął starać się utrzymać w jakkolwiek stabilnej pozycji.
        – Teraz jest cudnie – skomentowała z przekąsem. – Chociaż przynajmniej zauważę jeśli odpłyniesz. Bo historii swojego życia, jak rozumiem, mi nie opowiesz?
        Chinua zaprzeczył, a przez jego twarz chyba przemknął jakiś cień cierpkiego uśmiechu.
Awatar użytkownika
Widugast
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 58
Rejestracja: 4 lat temu
Rasa: Leśny Elf
Profesje: Szaman , Mędrzec
Kontakt:

Post autor: Widugast »

        W perspektywie osiemdziesięciu lat w zaświatach czymże jest jeden dzień żywych? Jak jedno tchnienie. Tym Widugast dał się przekonać, by chociaż odwlec realizację tej samobójczej misji. Kurdybanek liczył przy tym, że może w międzyczasie coś wymyśli, aby odwieść go od tego całkowicie, choć póki co nie miał żadnego rewolucyjnego pomysłu i widać było jak go to męczyło.
        Arhuna posilił się, przespał. Nadszedł wieczór, a on siedział rozparty przy ognisku w jednym z domostw i ćmił fajkę. Patrzył niewidocznym wzrokiem w ogień i rozmyślał. Fizycznie był wypoczęty, ale psychicznie – wykończony. Nadal męczyła go śmierć ojca i to jak trudno przyjdzie mu teraz porozumienie się z nim. Co za ironia. Był medium, niepoliczalną ilość razy pomagał innym komunikować się z duchami, ale teraz, gdy sam potrzebował swojej mocy okazywało się, że nie jest dość dobry. Frustrowało go to. Potrzebował pomocy, której nikt w tym chutorze nie mógł mu dostarczyć, bo nikt nie był dość biegły w dziedzinie duchów. Najlepszy był Kurdybanek i to dzięki temu miał jeszcze jakiś wpływ na Widugasta, ale i tak to było za mało, on potrzebował kogoś równego sobie.
        Wytatuowany druid westchnął dramatycznie, wydmuchując przy tym dym. Kilku pozostałych druidów spojrzało na niego znad swoich zajęć. Nie tak dawno wszyscy siedzieli zgromadzeni wokół niego. Dowiedzieli się z grubsza co się stało, choć Arhuna oszczędził im wielu szczegółów. Powiedział tylko tyle, że Vitaria rzuciła na niego klątwę, bo jej odmówił. Nie wspomniał o udziale Saurii w tym całym incydencie, wszystko zganiając na wzgardzoną kochankę. Niemniej jego bracia wiedzieli już o tym, że przez sto lat był zamknięty w drzewie i dopiero od kilku tygodni jest wolny, a co ważniejsze – wiedzieli też o tym, że nie wolno go dotykać. To wytworzyło wokół niego pewną irytującą bańkę i napięcie w kontaktach między nimi a nim, lecz Widugast wiedział, że to chwilowe, że albo druidzi się oswoją, albo on wcześniej opuści chutor. Skoro i tak nie znalazł tu tego, czego szukał…
        - Wyrazy współczucia, szczeniaku.
        - Hm, myślałem, że już się dziś nie pokażesz – mruknął Arhuna, przez obłoki dymu patrząc na majaczącego na granicy widoczności Vertaia. Odwiódł trochę rękę, by widmowy basior mógł się obok niego położyć, co ten bez zbędnej dyskusji uczynił. Postronni nie widzieli jednak z kim Widugast rozmawiał – jedynie ci, którzy znali go przed zniknięciem, wiedzieli o duszy wilka, która była tak przywiązana do druida, że nie chciała odejść w zaświaty.
        - Co teraz zamierzasz?
        - Wiesz dobrze. Na pewno byłeś przy mojej rozmowie z Kurdybankiem.
        - Wiesz, że jestem po jego stronie?
        - Jak zawsze, Vertai. Jak zawsze… - westchnął Widugast, nie mając jednak na myśli, że wilk miał jakieś szczególne względy dla druida o fiołkowych oczach, tylko że z reguły był przeciwko niemu. To taka jego metoda wychowywania szczeniaka – niech sam walczy o swoje, a on włączy się dopiero wtedy, gdy będzie to konieczne. Nic to, że ten jego „łysy szczeniak” miał grubo ponad 400 lat i przez to był dwukrotnie starszy od swojego wilczego „ojca”.

        Tymczasem to właśnie Kurdybanek miał to szczęście, że pierwszy dostrzegł wędrowców zmierzających w stronę chutoru. Przystanął i odstawił niesione wiadro z wodą, wpatrywał się w nadjeżdżającą trójkę… nie, dwójkę ludzi – dwie osoby na jednym koniu i luzak. Jego sylwetka była doskonale widoczna na tle ciemnych zabudowań – drobna, niemalże dziecięca, z długim czarnym warkoczem zarzuconym na ramię. Trochę przypominał zjawę, ale gdy wędrowcy przekroczyli już pewną niewidoczną granicę, podszedł do nich krokiem tak energicznym, że nikt już nie posądziłby ich o niematerialność.
        - Chory? Ranny – skonstatował, patrząc na mężczyznę podtrzymywanego przez drugą osobę na jednym z koni. Nie musiał dopytywać, a ten widok nie zrobił na nim wrażenia, bo przez te stulecia, które spędził w chutorze, takie wizyty zdarzały się już niezliczoną ilość razy. Każdy mieszkaniec okolicznych wsi wiedział, że w trudnych przypadkach medycznych, których nie da się rozwiązać miętową herbatą i okładami z pajęczyn, pomocy należy szukać w lesie u druidów – sami tu przychodzili i wysyłali też obcych. Takich jak ta trójka. Na Kurdybanku nie zrobiło nawet wrażenia to, że nie wyglądali oni tak do końca przyjaźnie i jego łagodna natura wyczuwała w nich drapieżców. Potrzebowali jego pomocy, więc nie mogli mu zagrozić.
        - Zabierzmy go do środka – zarządził nie bawiąc się w uprzejmości. Wyciągnął ręce, by asekurować zsadzanie rannego, ale doskonale wiedział, że brakuje mu krzepy.
        - Tuomas! – zawołał w stronę zabudowań. – Co go spotkało? – zapytał wędrowców, czekając na wsparcie innego druida. Wzrokiem szybko ogarnął rannego. - Zatruta strzała? - zgadywał.
Awatar użytkownika
Ganzorig
Zbłąkana Dusza
Posty: 6
Rejestracja: 2 miesiące temu
Rasa: Eravallian
Profesje: Najemnik
Kontakt:

Post autor: Ganzorig »

        Chinua spał. Taką przynajmniej miała nadzieję. Nie byłoby w tym nic dziwnego, zważywszy, że całą poprzednią noc spędził uparcie budząc towarzyszy donośnym kaszlem. Ganzorig właściwie też musiała już ze sobą walczyć, by nie zasnąć. Jechali w gęstniejących z wolna ciemnościach długą, monotonną drogą, która być może prowadziła do wspomnianych druidów, a może, co bardziej prawdopodobne, donikąd. Przenikliwy chłód nocy wdzierał się pod ubrania, nic sobie nie robiąc z kolejnych warstw tkaniny. Gwizdnęła cicho, na co klacz, która do tej pory człapała ze zwieszoną głową, poderwała się, nastawiając czujnie uszy.
        – Dwójki – rzuciła twardo. Komenda ta pierwotnie kierowana była do ludzi, ale po pewnym czasie służby konie podchwyciły niektóre z najczęściej wydawanych poleceń i nie czekały nawet na sygnał jeźdźca. Taissa, bezbłędnie pojmując intencje dowódcy, zrównała się z najbliższym i jedynym koniem w okolicy, utrzymując odstęp nie większy niż szerokość dwóch ludzkich łydek, co stanowiło wprawdzie dość osobliwą, ale nader praktyczną miarę.
        Zwinięty ciasno koc, w czasie troczenia wszystkich innych potrzebnych pakunków, szczęśliwie pozostał na swoim miejscu, czyli z tyłu, za workiem paszy, prowiantu, znacznych rozmiarów skórzanym bukłakiem i paroma innymi rzeczami, spod których ciężko byłoby cokolwiek wydobyć, nie stając choć na chwilę. Sięgnęła do opinającego pled pasa, ze wszystkich sił starając się nie wychylać zanadto i jedną ręką wciąż podtrzymywać rannego. Na szczęście Śledź posłusznie szedł bok w bok z klaczą, nie zbaczając ze ścieżki. Wreszcie sprzączka szczęknęła cicho. Ganzorig, wciąż jedną ręką, rozłożyła koc i okryła chłopaka, po czym ponownie gwizdnęła i szeroko machnęła ręką. Taissa zarzuciła łbem i odeszła na wygodną odległość. Chinua chwycił wełniany materiał i owinął się szczelniej. Czyli wciąż żył. Być może powinna była przysunąć go jeszcze bliżej siebie i okryć oboje. Z pewnością dałoby to więcej ciepła, ale nawet w tej skrajnej sytuacji dziwnie czuła się z myślą o tak daleko posuniętej poufałości.
        Dopiero po chwili zorientowała się, że zapach, który od jakiegoś czasu dominował woń krwi i potu, zarówno końskiego jak i ludzkiego, był zapachem dymu. Uniosła głowę, przepatrując las przed nimi. Wreszcie dostrzegła gdzieś między drzewami ciepły blask ognia. Delikatnie pospieszyła wierzchowca, choć nie było to koniecznie, bowiem Śledź już szedł wyraźnie raźniejszym krokiem, być może wyczuwając nieznaczną zmianę dosiadu i podniesioną energię jeźdźca, a może po prostu wiedząc, że zbliża się do celu. Ganzorig odetchnęła z ulgą. Co prawda jazda żwawym stępem po niemal prostej ścieżce sama w sobie nie należała do rzeczy szczególnie wyczerpujących, ale kobieta już od jakiegoś czasu była niewyspana, głodna i zmęczona, przede wszystkim psychicznie, a konieczność ciągłego podtrzymywania rannego zdecydowanie nie ułatwiała podróży.

        Wreszcie wyjechali pomiędzy niewielkie, drewniane chaty, między którymi płonęły ogniska i kręciło się trochę ludzi. Ganzorig nie podziwiała architektury ani nie starała się analizować przekroju społeczności chutoru. Po prostu rozglądała się wierząc, że znajdzie kogoś, kto będzie wyglądał na osobę w jakimkolwiek stopniu decyzyjną. Szczęśliwie osoba ta sama ich znalazła. Mori z nadzieją i rosnącą ulgą spoglądała na zmierzającego ku nim pewnym krokiem mężczyznę, który z każdym krokiem coraz bardziej wyglądał na druida i to takiego, który rzeczywiście szedł na spotkanie przybyszom, a nawet postanowił się do nich odezwać.
        – Wygląda na to, że nawet ciężko ranny – odparła, siląc się na jakikolwiek, choćby najbledszy uśmiech wdzięczności. Chyba nie wyszło.
        Zsunęła się z konia, starając się cały czas asekurować chłopaka, który teraz, przygarbiony pod kocem, wciąż dygocząc wodził rozbieganymi, szklistymi oczami po nowym otoczeniu. Doceniała praktyczne usposobienie druida. Prawdę mówiąc, bała się początkowo, że trafi na bandę zdemenciałych starców, którzy powitają ją słowami jakiejś niedorzecznej modlitwy do najwyższego bóstwa, po czym zalecą położyć rannego u stóp wielkiego jesionu, by spleść jego duchowość z cielesnością. Albo przynajmniej coś podobnego. Tymczasem wszystko wskazywało na to, że powitał ją mąż rzeczowy i raczej daleki od obłąkania. To widać było już po samym spojrzeniu.
        Skinęła, delikatnie ściągając chłopaka z końskiego grzbietu. Nie zauważyła, albo nie chciała zauważyć, że ręka, którą przez całą drogę podtrzymywała rannego drżała już, odmawiając współpracy. W chwili, kiedy nieprzyjemny ucisk w mięśniu zamienił się w obezwładniające ukłucie bólu, ktoś przejął ciężar. Tym kimś okazał się młody mężczyzna, który zarówno z postury, jak i z oblicza bardziej przywodził na myśl drwala, niż druida. Bez większego trudu wziął chłopaka na ręce, patrząc na niego z aż nazbyt wymownym smutkiem. W tym samym momencie przy wierzchowcach znikąd zmaterializowała się na oko kilkunastoletnia dziewczyna, wpatrując się w zwierzęta z bezgraniczną miłością w oczach. Na koniokrada raczej nie wyglądała, za to od razu płynnym ruchem zsunęła wodze Śledzia z szyi i powoli, starannie artykułując każde słowo, jakby mówiła do kogoś, kto nie zna jej języka, odezwała się w kierunku wyraźnie rozdartej Ganzorig:
        – Zaprowadzę je do zagrody. Umiem się nimi zaopiekować.
        Mori nie zastanawiała się długo. Może przez to, że nie chciała dłużej rozważać czy powinna iść z rannym, czy zostać z końmi, a może dlatego, że szeroki uśmiech dziewczyny wydawał się tak szczery i życzliwy, że nie sposób było jej nie uwierzyć. Wreszcie ruszyła śladem druidów, szybko doganiając tego starszego, który zdawał się koordynować poczynania względem Chinui.
        – Bełt – sprostowała odruchowo, choć wysoce prawdopodobnym było, że ta subtelna różnica akurat nie miała żadnego znaczenia w zaistniałej sytuacji. – Co wcierają w nie miejscowe szumowiny, nie mam pojęcia, a zapytać jakoś nie było okazji. Z tego co widziałam na pewno, grot otarł się o jego nogę, a zaraz potem koń wysadził go z siodła na tyle solidnie, że sam nie pozbierał się z ziemi – starała się mówić jak najtreściwiej, nie wiedząc ile szczegółów było rzeczywiście potrzebnych. – To było wczoraj, późnym rankiem. Wieczorem zaczął kaszleć i pluć krwią. Po nocy już gorączkował, a rana, choć niby niegłęboka i oczyszczona natychmiast, zamiast goić się, cały czas broczyła i od południa, może później, zaczęła jątrzyć się paskudnie.
        Bardzo usilnie powstrzymywała się przed zadawaniem pytań o ocenę stanu Chinui. Po pierwsze, domyślała się, że najpewniej wywołałyby one zupełnie niepotrzebną irytację, a po drugie, tak naprawdę nie chciała jeszcze znać odpowiedzi. Podążała więc w milczeniu za jedyną osobą, która zdawała się mieć jakiekolwiek panowanie nad sytuacją, starannie odsuwając natrętną myśl, że oto wisi uczepiona czyjegoś ogona, nie mogąc zrobić nic ponadto.
Awatar użytkownika
Widugast
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 58
Rejestracja: 4 lat temu
Rasa: Leśny Elf
Profesje: Szaman , Mędrzec
Kontakt:

Post autor: Widugast »

        W chwili pojawienia się przybyszów na podwórzu był praktycznie tylko Kurdybanek, ale wystarczyło jedno jego zawołanie i drobne zamieszanie, by zaraz zewsząd zaczęły wyłaniać się kolejne osoby - niektóre ciekawskie, inne z chęcią niesienia pomocy. Szeptano i wskazywano sobie przybyszów, ale nie stanowili wbrew pozorom aż takiej sensacji, by ludzie zaczęli zbierać się wokół nich okręgiem. Aby to pierwszy raz ktoś przyjechał po nocy do chutoru… A że zajął się już nimi druid - i to jeden z tych najstarszych - uznano, że sytuacja jest pod kontrolą i niektórzy stracili zainteresowanie.
        Kurdybanek zaś, mimo iż nie dawał po sobie poznać zdenerwowania, był bardzo skupiony, by dobrze ocenić sytuację. Zwrócił uwagę na to, że gdy asekurująca rannego kobieta zsiadła z konia, ten utrzymał się jeszcze w siodle a nie runął jak postawiony na sztorc worek z kapustą, co podniosło go na duchu - ranny musiał być silny ciałem albo duchem, albo wręcz jednym i drugim. Był blady, a gdy patrzyło się na niego trzecim okiem widok nie napawał optymizmem, lecz sytuacja nie była jeszcze przegrana.
        Wezwany chwilę wcześniej Tuomas bez słowa podszedł i od razu zajął się tym, do czego potrzebował go Kurdybanek. Znad bladej twarzy rannego druidzi wymienili spojrzenia, elf o fiołkowych oczach zacisnął lekko wargi i kiwnął głową jak wtedy, gdy mówi się “niestety, ale trzeba się z tym i tak zmierzyć”. Ruszyli w stronę najbliższej chaty - drobny druid zerkał przez ramię czy towarzyszka rannego idzie za nimi i poczekał na nią chwilkę, gdy ta oddawała konie pod opiekę. Nawet przez myśl mu nie przeszło, by pytać ją o imię czy podawać swoje, wolał ten czas poświęcić na zebranie informacji o biedaku, którym przyszło im się zająć. Pokiwał ze zrozumieniem głową, doskonale rozumiejąc, że nie znając się na medycynie kobieta mogła nie być w stanie stwierdzić obecności trucizny w ranie. Sam przez moment chciał to sprawdzić, podszedł więc do niesionego na rękach rannego chłopaka i spróbował poluzować mu opatrunek na udzie, by zerknąć na rozcięcie, bandaże jednak zbyt ściśle przylegały do ciała, by mógł ot tak pod nie zerknąć, to go jednak nie zraziło, a może wręcz poczuł zadowolenie na myśl, że ktokolwiek go opatrywał, dobrze się nim zajął – na tyle, na ile był w stanie.
        - To cenne informacje, dziękuję – odezwał się, gdy usłyszał już cały przebieg wypadku i objawy. Spojrzał na Tuomasa porozumiewawczo, ale nie otrzymał od niego podobnego spojrzenia: potężny druid nie był aż tak przejęty kwestiami medycznymi, by teraz dojść do jakiś wniosków. Patrzył tylko, jak elf o fiołkowych oczach skacze śmiesznie obok niego, próbując sprawdzać gorączkę, puls czy odruchy chorego, a nawet zaglądając mu do ust, choć to ostatnie szybko porzucił – na zewnątrz było zbyt ciemno, by cokolwiek mógł zobaczyć.
        - Bredził w międzyczasie? - upewnił się jeszcze Kurdybanek.
        Cała czwórka dotarła pod drzwi jednej z chatki. Tuomas wraz z rannym już przekraczali próg, elf jednak zatrzymał się i zwrócił frontem do kobiety.
        - Nie damy gwarancji, że go uratujemy – powiedział wprost, choć tonem bardzo ciepłym i łagodnym. – Jego emanacja jest bardzo słaba i migotliwa. Lecz zrobimy wszystko co w naszej mocy. Możesz zostać tutaj przy ognisku, gdzie poczęstują cię strawą albo wejść do środka, jeśli obiecasz, że nie będziesz się wtrącać. Pod żadnym pozorem - zastrzegł nadal niby miłym tonem, ale jednak patrząc na nią twardo.


        Wnętrze tej chaty stanowiło jedno duże pomieszczenie, podzielone na strefy jedynie poprzez umiejscowienie różnych sprzętów. W powietrzu unosił się zapach ziół, dziegciu i dymu, nie tylko od pojedynczych świec i węgielków w lampach, ale też od ścian, które przesiąkły wonią spalenizny podczas zimowych miesięcy, gdy trzeba było dogrzewać wnętrze budynku.
        Kurdybanek wraz z Tuomasem zabrali rannego w odległy kąt chaty, gdzie leżał sięgający kolan głaz, ociosany tak, by mógł robić za blat dla siedzących przy nim osób. Była to raczej pracownia zielarska albo kuchnia niż profesjonalna sala zabiegowa – wokół piętrzyło się zbyt wiele przedmiotów codziennego użytku. Misy, słoje, garnki, różne kuchenne utensylia, worki z nieznaną zawartością, lecz jednocześnie tak duże, że pewnie przechowywano w nich mąkę, zboża czy ziemniaki. Sama kamienna płyta była jednak pusta – to na niej druidzi złożyli rannego. Kurdybanek zawołał w międzyczasie kolejne osoby do pomocy, jednocześnie przynosząc z innego końca chaty parawany, który tylko z grubsza osłonił przestrzeń, w której miała rozegrać się walka o życie chłopaka.
        Nietrudno było spostrzec, że dla nich takie zabiegi to nie pierwszyzna – choć wokół rannego panował gwar i każda nowa osoba coś mówiła, była to wymiana informacji, która tylko ułatwiała im pracę. Dzielili się zadaniami – jedni przygotowywali narzędzia, inni zdejmowali ubranie z pacjenta, ktoś go diagnozował sprawdzając puls, odruchy, wygląd oczu i paznokci. Szybko wykluczono truciznę, sprawdzano czy nie chodzi o urazy wewnętrzne.

        Widugast słyszał, że na zewnątrz chat powstało pewne poruszenie. Jak większość zainteresował się tym – wyszedł na próg, ale go nie przekroczył. Oparł się ramieniem o futrynę, nie przestając przy tym pykać fajki, i patrzył na to co się dzieje. Nie widział już jednak przybyszów, jedynie dziewczynę, która prowadziła dwa wierzchowce do żłobu.
        - Co się stało? – zapytał ją. Zwiesił machinalnie rękę, bo od tyłu podszedł do niego Vertai i choć nie dało się go dotknąć, miał odruch położenia mu dłoni na łbie.
        - Przywieziono rannego, chłopak został trafiony strzałą – odpowiedziała dziewczyna, która nie słyszała całej historii i nie wiedziała o dodatkowym upadku z konia. – Kurdybanek z Tuomasem się nimi zajęli, są w dużym domu – dodała, jakby zachęcała Widugasta by poszedł i zobaczył co tam się dzieje.
        - Dzięki – odparł elf i jednak się nie ruszył. Nie wydawało mu się, by był tam potrzebny – wszyscy druidzi znali się na magii i medycynie, na pewno rąk do pracy przy jednym rannym mieli aż nadto. Nie był tam potrzebny, a ze swoją klątwą tylko by przeszkadzał. Uznał jedynie, że później zapyta elfa o fiołkowych oczach jak przebiegł zabieg, a na ten moment wrócił do chaty.
Awatar użytkownika
Ganzorig
Zbłąkana Dusza
Posty: 6
Rejestracja: 2 miesiące temu
Rasa: Eravallian
Profesje: Najemnik
Kontakt:

Post autor: Ganzorig »

        Poczuła się trochę jak dziecko, któremu mówi się, że bardzo ładnie rysuje, by choć na chwilę zapewnić sobie spokój. Natychmiast upomniała sama siebie. W końcu druid znał się na rzeczy, w przeciwieństwie do niej, zatem jego wyższa pozycja w rozmowie była jak najbardziej uzasadniona, tak jak i to, że próbował pozyskać informacje jednocześnie od nierozeznanej w temacie Ganzorig i z własnych obserwacji, sprawiając przy tym wrażenie, jakby w ogóle nie słuchał jej relacji. Wiedziała, że to tylko wrażenie.
        Powoli, niezbyt pewnie pokręciła głową.
        – Kiedy dało się go zrozumieć, mówił z sensem. Nie wiem tylko, co próbował powiedzieć jęcząc i dławiąc się kaszlem.
        Zatrzymali się w drzwiach jednej z większych chat. W odpowiedzi na krótką mowę, utkwiła w druidzie spojrzenie tak ciężkie, jasne i zdeterminowane, że pomieściło się w nim wszystko. Od zwykłego „rozumiem”, przez „wejdę, nie zostawię go przecież”, aż po zapewnienie, że nie będzie przeszkadzać. Weszła. Atmosfera wnętrza miała w sobie coś ciężkiego i nie chodziło tu bynajmniej o wiercący zapach ziół i starego drewna. W powietrzu wisiało coś jeszcze.
        Zgodnie z niemą obietnicą, przystanęła przy ścianie, niedaleko drzwi. Niebawem, nie wiedzieć skąd, w pomieszczeniu zjawiło się kilku nowych druidów. Wokół rannego zaroiło się od mniej lub bardziej zatroskanych twarzy. Chinua na chwilę odzyskał nieco świadomości, być może przez kontakt z zimnym kamiennym blatem, a może przez ruch wokół. Wodził teraz zagubionym, niemal przerażonym spojrzeniem po obcych, próbował powiedzieć coś, podnieść choć głowę, ale natychmiast jeden z przechodzących w pośpiechu druidów położył mu dłoń na czole i, podsunąwszy złożony kilka razy jutowy worek, bezceremonialnie docisnął z powrotem do stołu.
        – Leż jak każą – poleciła krótko i dość głośno, chcąc uspokoić chłopaka, a jednocześnie nie rozpraszać gospodarzy i nie utrudniać im komunikacji.
        Rzuciła jeszcze ostatnie spojrzenie, zanim elf rozstawił parawan. Wiedziała, że wypomni podkomendnemu tę histerię. Miała tylko nadzieję, że będzie ku temu okazja. Nie zamierzała mówić nikomu z oddziału. To byłoby zbyt okrutne. Ale drobina wstydu należała mu się za te żałosne jęki, które dobiegały zza rozpiętego materiału.
        Jeden z druidów w pośpiechu dopadł wąskiego stołu pod ścianą i jednym ruchem ręki zrzucił leżące na nim, podeschnięte makówki. Ganzorig obserwowała go z zainteresowaniem, nie zważając na fakt, że w jej wydaniu oznaczało to wzrok, który wielu poczytałoby za krytyczny. Chudy mężczyzna o zaciętym wyrazie twarzy zdawał się jednak nic sobie z tego nie robić. Chwycił szeroki szklany pojemnik, z którego wyskrobał nożykiem coś, co prawdopodobnie było makowym mleczkiem, choć tego kobieta mogła się tylko domyślać na podstawie wcześniejszych obserwacji i rozmów w lazaretach. Tymczasem druid dolał drobną miarką nieco wody z dzbana i przez chwilę trzymał naczynie nad jedną z oświetlających wnętrze lamp oliwnych.
        – Jak idzie? – dobiegło zza parawanu.
        – Zaraz – odparł sucho mężczyzna, tym jednym słowem potwierdzając wszystko, co na pierwszy rzut oka wyrażała jego fizjonomia.
        Odsunął od ognia buteleczkę, czy jak tam się to cholerstwo nazywało, z wrzącą zawartością i, mieszając energicznie, zaczął polewać je wodą z dzbanka, sprawdzając co chwilę temperaturę. Ganzorig przechyliła nieco głowę, by lepiej widzieć poczynania mężczyzny zza jego pleców. Druid wreszcie przelał mieszankę do kolejnego pojemnika, tym razem małego i prostego, po czym, przykładając kilka warstw cienkiej tkaniny, nabrał nieco cieczy do strzykawki i chwilę później, w biegu nakładając igłę, zniknął za parawanem.
        Usiadła tam gdzie stała, na klepisku, czekając na rozwój zdarzeń. Czekała długo, zdecydowanie dłużej niżby chciała, niewiele pojmując z zasłyszanych rozmów. Machinalnie chwyciła leżącą obok makówkę. Pod wąskim stolikiem stało wiaderko z zawartością tak różnorodną, że niemal na pewno będącą odpadkami. Rzuciła. Trochę dla zabicia czasu, a trochę po to, by nikt nie pośliznął się na podwiędłym zielsku, zebrała wszystkie główki makowe w zasięgu ręki i, jedna po drugiej, posłała do wiaderka.

        Jasne płótno, z którego wykonano parawan miało niewielką dziurkę przy jednym ze szwów. Dziurka była lekko wystrzępiona, a kształtem przywodziła na myśl koślawy psi łeb. Poniżej, nieco na lewo, tkanina była poplamiona. Może była to z dawna zaschnięta krew, może po prostu rozlany wywar z kory dębowej, a może coś jeszcze innego. Plama nie miała żadnego konkretnego kształtu. Ganzorig nawet nie wysilała się, by coś do niej dopasować. Właściwie senność i głód zaczynały już jej dokuczać, ale trwała coraz mocniej oparta o ścianę, międląc w palcach znaleziony gdzieś na podłodze kawałek cienkiej łodyżki.
        Zza drzwi dobiegł czysty, dziewczęcy śpiew. Mori nie rozpoznawała melodii, ani słów, które pochodziły chyba z jakiegoś obcego języka. Pieśń brzmiała jak stara, bardzo stara ballada. Po chwili do dziewczyny dołączył ciepły, męski głos. Słyszalny wcześniej gwar rozpłynął się gdzieś w ciszy wieczora, pozostawiając jedynie tęskną, delikatną melodię. Ganzorig wyjrzała przez niewielką szparę między drzwiami a ościeżnicą. Do najbliższego ogniska już biegł ktoś z lirą, której ciepłe dźwięki już po krótkiej chwili zawtórowały parze. Na zewnątrz panował błogi, słodki spokój.
        W długiej chacie pośrodku chutoru paliło się wiele świateł. Rozedrgane, niewyraźnie cienie tańczyły chaotycznie na jasnym płótnie z jedną dziurą i plamą obok. Za nim kilku druidów niestrudzenie toczyło walkę o życie chłopaka, którego nie znali, na niewypowiedzianą nigdy prośbę kobiety, której nie znali. Ona, tymczasem, nie mogła zrobić zupełnie nic.
Awatar użytkownika
Widugast
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 58
Rejestracja: 4 lat temu
Rasa: Leśny Elf
Profesje: Szaman , Mędrzec
Kontakt:

Post autor: Widugast »

        Po przekroczeniu progu chaty towarzyszka rannego przestała się liczyć. Żaden szowinizm, po prostu kwestia priorytetów - nikt nie będzie się interesował zdrowymi, gdy tuż obok rozpoczyna się walka o cudze życie. Paru druidów ją dojrzało, niektórzy pozdrowili ją skinieniem głowy, ale to tyle. Już nawet nie pytano jej o szczegóły tego jak ranny doszedł do takiego stanu - każdemu zainteresowanemu to Kurdybanek opowiadał czego się dowiedział i co sam zdołał do tej pory wywnioskować. Był oszczędny w wysuwaniu teorii - mówił o tym co pewne i co zdołał już wykluczyć, jakie przypuszczenia sprawdził, a jakich nie był w stanie.
        Choć ranny został upomniany przez swoją towarzyszkę, druidzi musieliby przyznać, że był on bardzo grzecznym pacjentem - łatwo było nad nim zapanować, gdy jeszcze był przytomny. Między sobą wymieniali poza tym ciche uwagi, że jego duch i ciało były silne - niejeden nie wytrzymałby jazdy na koniu w takim stanie, do chutoru dojechałby już martwy albo w takim stanie, że jedynym miłosierdziem dla niego byłaby szybka śmierć. O niego jednak warto było walczyć, choć była to trudna walka. Obrażenia, których doznał, były niewidoczne dla oka. Rana na udzie to drobnostka, ale jego płuca były twarde i chłopak po prostu się dusił, nie wspominając tego jak bardzo musiało to być dla niego bolesne. A co gorsza… gdy w końcu zabrano się za leczenie go, okazało się, że jego ciało było jak zamek z piasku - ledwo dotknąć, już się sypie. Ranny nie miał już sił walczyć i to wiedzieli wszyscy, którzy nad nim stali - każdy oddech, który słyszeli, mógł być tym ostatnim.
        - Zawołajcie Arhunę - zarządził nagle Kurdybanek, przypominając sobie o druidzie, którego szczególne zdolności mogły się im teraz bardzo przydać. Większość jednak spojrzała na niego z konsternacją, nie wiedząc o kogo chodzi. Elf o fiołkowych oczach spojrzał jednak na potężnego mężczyznę, który miał już do czynienia z Widugastem.
        - Arhuna jest w Niebieskim Domu - wyjaśnił mu. Druid kiwnął głową i wyszedł, stawiając długie kroki, ale nie biegnąc.

        Chwilę później druid wyglądający jak drwal wrócił, a za nim do chaty wkroczył kolejny mieszkaniec chutoru - elf o splątanych włosach, którego każdy odsłonięty skrawek ciała był pokryty tatuażami. Nawet nie spojrzał w stronę Ganzorig, poszedł razem ze swoim przewodnikiem za parawan. Jeden z obecnych tam druidów zawołał - “odsuńcie się”, przez chwilę gwar zrobił się głośniejszy, a później znowu ucichł. Wtedy też dało się słyszeć monotonny, gardłowy śpiew, który trwał aż do końca zabiegu.

        Widgusta już w progu chaty poczuł dlaczego go wezwano - wcześniej nic mu nie wytłumaczono, padło tylko stanowcze “Chodź, potrzebny jesteś”, więc poszedł. Skupił wzrok w miejscu, gdzie wykonywano zabieg, jeszcze nie widział pacjenta, ale czuł jego emanację i tę nieszczęsną duszę, która już nie miała siły, by trzymać się ciała. Rozumiał dlaczego Kurdybanek go wezwał i czuł się trochę dumny z tego, że o nim pomyślano - trochę nieprzyzwoicie, ale uważał, że w tym chutorze nie było lepszego maga duchów od niego. Był tak przejęty, że dopiero wezwanie druida o fiołkowych oczach - “odsuńcie się” przypomniało mu, że wcale nie jest tak silny jak uważał i że jeden przelotny dotyk wystarczył, by przemienić jego starania w niwecz… Przynajmniej Kurdybanek o tym pamiętał.
        Sprowadzony na ziemię Widugast podszedł do pacjenta od głowy. Po bladości jego lica, oddechu, migotaniu aury poznał, że ma do czynienia z umierającym, któremu jest już bliżej niż dalej na tamten świat. Wyciągnął dłonie nad jego zamknięte oczy - to tędy z reguły ucieka dusza, gdy odchodzi w zaświaty, można więc powiedzieć, że utrudnił jej wyjście. A później rozpoczął swoje czary, które miały utrzymać chłopaka przy życiu tak długo, aż pozostali druidzi nie naprawią jego kruchego ciała. Śpiewał, a jego głos rezonował z ciałem rannego, wprowadzając w nie ukojenie i uspokajając wyrywającego się ducha. To nie był sposób, by na zawsze odegnać od niego śmierć - jedynie spowalniał umieranie, kupował czas dla innych. Od nich zależało jak ten czas wykorzystają.

        Po tym incydencie wszystko już toczyło się w miarę rutynowo. Ranny został opatrzony, jego życiu nie zagrażało niebezpieczeństwo. Gdy zakładano mu opatrunki, większość druidów wyszła już z chaty - w środku pozostały tylko trzy osoby z tej niedawno tak licznej grupy. Kurdybanek kończył wiązać bandaże na udzie pacjenta, druid o całkowicie łysej głowie sprzątał zużyte materiały, a wytatuowany elf, który dołączył na sam koniec, stał przy jednym z blatów przy ścianie i czyścił narzędzia. Nikt nie pofatygował się by podejść do Ganzorig i poinformować ją o wyniku całej operacji. Może myśleli, że kto inny powinien się tym zająć, może uznali, że to obowiązek Kurdybanka, który ją tu sprowadził - oni po prostu się do niej nie pofatygowali. Koniec końców i tak to elf o fiołkowych oczach - gdy tylko skończył z bandażami i nakrył pacjenta kocem - podszedł do jego towarzyszki i kucnął przed nią. Jego twarz zdobił zmęczony uśmiech.
        - Będzie żył - oświadczył jakby sam się z tego cieszył. - Słusznie zrobiliście, że nie czekaliście z tym do rana, wtedy mogłoby być za późno. Nie możecie jednak jeszcze ruszać w drogę powrotną. Chciałbym, byście przeczekali tu świt, byśmy mieli pewność, że wszystko prawidłowo się goi. Dobrze też, by on się nie przemęczał przez najbliższe parę dni. To silny chłopak, wytrzymał znacznie więcej niż inny na jego miejscu, ale każde ciało jest tylko ciałem i ma swoje limity. Jeśli da sobie cztery dni odpoczynku, później będzie tak sprawny jak wcześniej. Nie musi cały ten czas leżeć, ale skoro to wojownik, niech na te cztery dni odłoży broń. Poza tym przez te cztery dni nie dawaj mu do picia wody. Niech to będzie piwo, sok, rosół, ale nie czysta woda. Dam wam zioła, które ma żuć każdego dnia przed snem, aż nie zje wszystkich. A na ten moment oboje macie u nas gościnę, twojego towarzysza zaraz przeniesiemy do części sypialnej, nie skażę go na noc na zimnym kamieniu - rzucił niby żartem. - Jeśli sobie życzysz, zrobimy ci miejsce obok niego.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Szepczący Las”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość