Szepczący LasTam, gdzie diabeł mówi dobranoc

Utopijna kraina druidów, zwierząt i wszystkich baśniowych istnień. Miejsce przyjazne dla każdego stworzenia. Ogromny las położony w górskiej dolinie, gdzie nic nie jest takie jak się wydaje.
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Sarú
Zbłąkana Dusza
Posty: 6
Rejestracja: 1 miesiąc temu
Kontakt:

Tam, gdzie diabeł mówi dobranoc

Post autor: Sarú » 4 tygodnie temu

        - Ejże, Tulzo - rzucił do kolegi po fachu Bolvangaar - podaj no mnie te szczapy, co żeś zebrał. Ognisko rozpalam.
        - Ja ci dam „szczapy” - warknął czarnobrody krasnolud o wiecznie kwaśnej minie. - Skoroś taki mądry, to sam wbijaj się w te ciemności, ażeby ci potwory pięty poobgryzały. Poczekamy, a nuż widelec znajdziesz ładniejsze kołki?
        Rzucił ostentacyjnie stosik gałęzi obok kamieni otaczających przyszłe palenisko. Bolvangaar potargał nerwowo rudą brodę, przewrócił oczyma i skrzyżował potężne ramiona na piersi odzianej w ciemnoczerwony kaftan. Nadzieję miał, że Tulzo daruje sobie tę dziecinadę, bo przecież nie miał już pięćdziesięciu lat, a dobre dwieście - mówi się, że wiek to tylko liczba i w przypadku czarnego krasnoluda nie mijało się to do końca z prawdą. Westchnął ciężko, gdy ujrzał oddalającego się w stronę wozu kumpla. Pokręcił głową, podszedł niezgrabnie do paleniska i począł układać gałęzie naprzemiennie z szyszkami. Całe szczęście, że noce teraz ciepłe, bo gdyby szło im podróżować zimą, z entuzjazmem Tulzo zapewne zamarzliby, ledwie zszedłszy z gór.
        Droga do Kryształowego Królestwa z Adrionu przebiegała im całkiem zacnie, jeśli nie liczyć kilku przeszkód w postaci przydrożnych rzezimieszków na głównym trakcie. Ostatnio zaroiło się ich od groma, powyskakiwali jak grzyby po deszczu, uzbrojone w dodatku. Stanowić zagrożenia nie stanowili, kiedy to na wozie kupieckim siedziało dwóch krasnoludów z toporami, Nordyjka z łukiem i driada z rapierem w roli ochroniarza. Uciążliwi byli jeno, jak te rzepy przyczepione do psiego ogona. A już było tak spokojnie, cholibka, już słychać nie było o napadach na karawany, a tu masz ci los, niech to! Siedzieli teraz gdzieś po krzakach, obici na pyskach przez swoistą kompanię, zapewne przeklinając dzień, w którym wychynęli ze swoich nor. Dobrze im tak, psubratom! Bolvangaar nie lubił przelewać krwi, ale dać po mordzie dla zasady już owszem. Zresztą, nie on jeden. Po ostatnim pobycie w jednej z tawern Adrionu nie mają już tam wstępu, bo jak Sarú przygwoździła takiemu jednemu, to kilka razy wokół własnej osi się obrócił. I karczmarza nie obchodziło, kto zaczął, bo on skończył, przeganiając ich precz miotłą pełną pajęczyn. Krasnolud zaśmiał się pod gęstym wąsem i przyklęknął, coby ułożyć podpałkę w palenisku.
        Rozległo się ciche ryczenie osiołka Lulu, przywiązanego do grubej gałęzi dorodnego dębu. Bolvangaar rozejrzał się, nadstawiając uszu. Lulu stanowił dla nich iście efektowny sygnał ostrzegający, mimo że to zwykły osioł był. Nie na darmo się gada, ze zwierzęta bardziej spostrzegawcze od ludzi, bo oprócz oślich odgłosów i przeklinania Tulzo dało się usłyszeć spomiędzy drzew jeszcze kilka, mniej lub bardziej podejrzanych odgłosów. Zagwizdał zatem na kumpla, chwycił za topór u pasa i wpatrzył się w mrok spowijający okolicę. Dostrzegał jedynie zarysy kształtów, dostrzegł więc również, że i Tulzo trzymał już broń w ręce. Stali, w oczy się nie rzucając, nie odzywając się słowem.
        I całe to napięcie było po nic, bo z krzaków wyłoniły się brakujące sztuki karawany, a dokładniej dwie. Starszy krasnolud zatarł z radością wielkie dłonie.
        - No, to jesteśmy w komplecie.
        - Mhm, raczej w dupie - odparła zgryźliwie driada.
        - Co tu taka ciemnica? Nie mieliście aby ognia rozpalić? - zapytała Cora, podchodząc do paleniska.
        - Panu "Wszystko Mi Nie Pasuje" nie spodobała się rozpałka, to i nie rozpalił - prychnął obrażony Tulzo, rzucając topór na wóz.
        - Przecie nie możemy w ciemnościach siedzieć - ciągnęła nordyjka ostrym tonem. - Jeszcze nas coś zeżre i co wtedy?
        - Będziem mieć z głowy humory Tulzo - rzuciła ze zrezygnowaniem Sarú, pozbywając się z barków martwego jelenia. Jeszcze tego jej było trzeba - coby ziomkowie bąki zbijali, gdy one uszu nadstawiają dla kolacji.
        - Już się za to biorę, już - zdenerwował się rudobrody krasnolud, chwytając za krzesiwo. - Atoli więcej drewna nam trzeba, bo na tym chruście to się nawet szczur nie upiecze.
        Dziewuchy zgodnie uniosły brwi, patrząc nań z politowaniem - Cora, stojąc nachylona nad swoimi torbami, Sarú zaś klęcząc nad upolowanym zwierzęciem. Popatrzyły po sobie, jakby nie dowierzając temu, co właśnie usłyszały, a obie miały nadzieję, że usłyszały źle. To jak wleźć po pachy do jeziora i narzekać, że wody brakuje! Żeby w lesie porządnego pnia nie umieć znaleźć? Dramat. Driada warknęła wściekle, aż echo odbiło się od otaczających polankę drzew, po czym wstała z kolan, rzuciła łuk i kołczan na wóz, wymieniając je na swoje żelazne cacko. Przypasała rapier do spodni i bez słowa ruszyła w ciemność, po drodze bezceremonialnie i jakby od niechcenia wyszarpując z potężnego pnia siekierę. Gdyby chciał ją napaść jakiś desperat, wielce by się zdziwił, widząc driadę z tak bogatym arsenałem broni. A zaznaczyć trzeba, że gałęzią również da się bić, zerwać też można pokrzywę i wetrzeć ją w twarz napastnika, co Sarú nieraz wykorzystała jako element niby-honorowego pojedynku. Nie jest to bowiem niehonorowe, jeżeli przeciwnik bije się niehonorowo. To jak ukraść złodziejowi rzecz, którą ten komuś zachachmęcił. Oszukanie oszusta, o to w tym chodzi. Ale mądre głowy na kontynencie rzadko kiedy potrafią się porządnie bić, bo najpierw przez pół pojedynku stroją miny i wyginają się na wszystkie strony, a przez drugie pół płaczą, że się ich ostrym końcem brzeszczotu żgnęło. Zdarzyło jej się spotkać z jednym takim, co to mieczem jak cepem machał, ale machał na tyle skutecznie, że jej bok rozerwał, aż bebechy na wierzch wyszły. To dopiero pojedynek! I choć lubiła tańczyć ze swoim cackiem, chwaląc się nim i swoimi umiejętnościami jednocześnie, to lubiła od czas do czasu zdrowo komuś w mordę przyłożyć, jakiemuś ochlapusowi na przykład.
        Słońce dawno już zdążyło zniknąć, pogrążając las w ciemnościach, lecz ona kroczyła przed siebie iście swobodnie i nie zważała na przeszkody stojące jej na drodze. Bo ona wzrok miała sokoli, ażeby po ćmoku pałętać się między drzewami. Dostrzegała więcej od przeciętnego krasnoluda, ba, elf by się nie powstydził takiego widzenia! Przystanęła, przepuszczając spłoszoną mysz polną, czmychającą pod zbutwiałymi liśćmi, popiskującą nieznacznie ze strachu. Zaszeleściły w oddali gałęzie, po których zwinnie skakała mała wiewióreczka z puszystym ogonem, zahuczała sowa.
        Jeżeli ktoś potrzebował czegokolwiek z lasu lub z miasta, do którego trzeba było dotrzeć przez las, wysyłano po to Sarú, bo jako jedyna miała do takiego spaceru predyspozycje. W razie gdyby chciało ją coś zeżreć – albo walczyła, albo właziła na drzewo, co z pewnością sprawiało jej mniej trudności, niż chociażby takiemu Bolvangaarowi, który swoje lata już miał, a do tego dochodziły również krótkie nogi. Niestety, żaden krasnolud spośród tych, których znała, nie był w stanie wspiąć się na drzewo bez pomocy osób trzecich, co napawało ją w dzieciństwie niemałym smutkiem, bo nie miała tedy z kim bawić się w chowanego. W berka zresztą również.
        Natrafiła poniewczasie na ładne przewrócone drzewo, gdzieniegdzie już spróchniałe. Poprawiła uchwyt na stylisku siekierki i zajęła się wpierw rąbaniem tego, co świeższe, a później odłamała co suchsze kawałki, coby było na bardziej urozmaiconą rozpałkę. Ukontentowana ze swojej pracy dźwignęła wszystko na raz i spokojnym krokiem poczęła wracać do obozowiska, uważając, by niczego po drodze nie zgubić.
Ostatnio edytowane przez Sarú 1 tydzień temu, edytowano łącznie 3 razy.

Awatar użytkownika
Ruani
Zbłąkana Dusza
Posty: 6
Rejestracja: 4 miesiące temu
Lokalizacja: Wrocław
Kontakt:

Post autor: Ruani » 4 tygodnie temu

        - Słuchaj no, nie ma opcji, laska. - Młody mężczyzna potrząsnął głową, w dalszym ciągu przeglądając wielki stary rejestr.
        Ruani zmarszczyła brwi. Nie dość, że ponownie śmiał nazwać ją w ten znienawidzony sposób, to jeszcze sam właśnie stracił całą wartość, jaką miał w jej oczach.
        - Przez lata całe miałeś kontraktów pod dostatkiem i akurat teraz ci się skończyły? W co ty grasz, Kurt? - Jej wzrok ubiłby wołu, jak nie dwoje, a ogon począł się kołysać w rytm pulsu, zdradzając, że jest gotowa skoczyć młodzieńcowi do gardła, jeżeli nie spodoba jej się wynik tej konwersacji.
        Twarz młodego nie zdradzała, żeby słowa i klarowna żądza mordu w oczach kotki robiły na nim jakiekolwiek wrażenie. Wzruszył tylko ramionami i zamknął rejestr.
        - Przecie z pustego ci nie naleję. Daj mnie spokój, nic dla ciebie nie mam - stwierdził lekceważąco i wykonał ręką gest, którym zwykło się odstraszać napastliwych kupców na targu.
        Ruani zagotowała się. Kurt, ten chędożony chłystek, jeszcze kilka miesięcy temu niemal błagał, by brać od niego kontrakty - za każdym razem prawie że nóżki i rączki całował. Wszystko przez to, że Loucita opuściła miasto. Kotka tylko westchnęła i poczęła mazać palcem po stole, niby to z nudów. W jakiś sposób muszę wyciągnąć z niego informacje.
        - Nic... nie zmieni twojej decyzji? - spytała, grając niepewną, zdesperowaną nowicjuszkę o wielkich oczach i nie przerywając rysowania na stole symboli magicznych. Młody rozsiadł się wygodniej na niezbyt wygodnym krześle i rzucił jej rozbawione spojrzenie.
        - Słodki z ciebie kotek, jeno... - przerwał na chwilę i zlustrował ją wzrokiem - mimo wszystko pozbawionym uroku. Nikt cię tutaj nie chce, szukaj szczęścia gdzie indziej.
        A więc to tak. Ruani westchnęła i pokręciła głową, po czym niespiesznym ruchem prawego palca zatoczyła koło dookoła rysowanych do tej pory znaków.
        - A więc nie jesteś mi już potrzebny - stwierdziła kotka beznamiętnie i zaczęła zaciskać prawą dłoń. Promieniejący ból przeszył serce Kurta - biedak złapał się za lewą stronę klatki piersiowej. Kotka, świadoma, że to zaklęcie nie wystarczy, żeby zabić dorosłego mężczyznę, nieprędko wstała i stanęła tuż obok niego po drugiej stronie stołu. Jej kontakt, sparaliżowany nieustającym bólem, nawet tego nie zauważył, tak samo jak rąk dziewczyny - jedna z nich znalazła się na jego podbródku, a druga na potylicy.
        Chrupnięcie karku oznajmiło śmierć mężczyzny, gdy tylko Ruani sprawnie zakończyła jego żywot. Jego ciało upadło na ziemię, a kotka z naturalnym dla siebie spokojem usiadła na jego miejscu i otworzyła rejestr na jego najnowszej stronie, po czym powiodła wzrokiem po lakonicznie napisanym wpisie:

Cel: Cora, nordyjka, w podróży między Adrionem a Kryształowym Królestwem. Zabić i odebrać artefakt, opłata po okazaniu wyżej wspomnianego.

        Misja podobnego kalibru nie była dla niej niczym w żaden sposób nowym - samo zabranie artefaktu powinno być bułką z masłem po wykonaniu zadania. Nieco dalej znalazła szczegółowy opis wyglądu celu i podstawowe estymacje na temat tego, w jaki sposób i kiedy zamierza podróżować. Dopiero po chwili spojrzała nieco niżej, na nagrodę. Wtedy dopiero rozszerzyła powieki w wyrazie niczym niepohamowanego zdumienia.

Nagroda: dwieście złotych gryfów

        Jednym, zdecydowanym ruchem wyrwała kartkę z kontraktem z rejestru. Po samej ilości pieniędzy była skłonna przypuszczać, że jej misja nie będzie łatwa - było to jednak tylko katalizatorem dla jej spaczonej przez zawód żądzy adrenaliny.
***
        Miała więcej niż wystarczająco czasu, żeby przechwycić nordyjkę. Problematycznym zdawałoby się jedynie faktyczne znalezienie celu w gęstwinie Szepczącego Lasu, lecz to również nie przysporzyło jej wielu trudności - szczęście było tu jednakże najmocniejszym czynnikiem. Początkowo spotkana przez nią hałaśliwa para krasnoludów nie wyglądała na jakikolwiek dla niej znak - mimo tego postanowiła poobserwować ich zza bujnej roślinności, a forma drobnego kota tylko jej w tym dopomogła. Ustawiła się też w taki sposób, by osiołek jej nie zwęszył.
        Wtedy to właśnie pani losu uśmiechnęła się do niej - dłuższy czas obserwacji nie poszedł na marne. Kotka dokonała kilku obliczeń w głowie. Dwóch krasnoludów, wysoka driada, nordyjka. Wszyscy zdający się wiedzieć co nieco o walce i raczej niedający sobie w kaszę dmuchać. Zdecydowanie nie było ją stać na popełnienie najmniejszego błędu w tej sytuacji, bo mogłoby to być kosztowne.
        Uśmiechnęła się pod nosem, przylegając mocnej do ziemi. Dokładnie tak, jak to lubiła.

Awatar użytkownika
Sarú
Zbłąkana Dusza
Posty: 6
Rejestracja: 1 miesiąc temu
Kontakt:

Post autor: Sarú » 3 tygodnie temu

        Corze nie do końca widziało się oprawianie jelenia po nocy bez odpowiedniego światła, ale uznała, że lepiej zająć się patroszeniem po ciemku, niż uczestniczyć w ciągnącej się między krasnoludami dyskusji, w której co rusz padały nieparlamentarne słowa. Przekrzykiwali się jeden przez drugiego, zakłócając ciszę nocną, tak bardzo pożądaną teraz przez nordyjkę. Nie szło zliczyć, jak wiele tego typu dysput zdołali rozegrać w czasie całej ich dwuletniej wyprawy kupieckiej, ale z pewnością wiedziała jedno - miała tego już serdecznie po dziurki w nosie. Od wiecznego denerwowania się łysa głowa Bolvangaara lśniła kroplami potu, zaś czarny irokez Tulzo wyraźnie opadł, kiedy jego właściciel angażował całe swoje ciało do tej bezsensownej kłótni. Szarpnęła gwałtownie za kawałek skóry na szyi zwierzęcia, naruszając przy tym tętnicę - krew chlapnęła obficie jej na spodnie, ona zaś bliska była wyjścia z siebie. Zacisnęła zęby, wbiła z impetem nóż głęboko w ziemię, po czym warknęła, podnosząc się z kolan. Szybkim, pewnym krokiem podeszła do kolegów krasnoludów, weszła między nich i odsunęła ich od siebie, przyłożywszy zakrwawione dłonie do ich pomarszczonych twarzy.
        - Uszy mi więdną od tych jazgotów - burknęła i wytarła ręce o spodnie. - Dajcież sobie odbój albo wam języki pozawiązuję. Sarú niebawem z drewnem wróci, to wszystkim się humor poprawi. Do tego czasu gęby na kłódkę.
        Odetchnęła głęboko, powoli, coby się uspokoić, bo była gotowa sprać ich po pyskach, jeżeliby nie dostosowali się do jej zaleceń. Mimo że Bolvangaar dowodził kompanią z racji swojego wieku i doświadczenia, którymi resztę przerastał po wielokroć, to dziewuchy rozstrzygały wszelkie spory, bowiem krasnolud zwyczajnie nie miał dość charyzmy, aby zapanować nad resztą. Doskonale wiedział, dokąd i jakimi ścieżkami zmierzać, lecz gdy przychodziło do łagodzenia konfliktów, sam dawał się w nie wrabiać. O Tulzo nie trzeba było wspominać, gdyż ten choleryk wszędzie pchał się ze swoim toporem i niewyparzonym dziobem, na przekór rozsądkowi. Nordyjka obrzuciła awanturników groźnym spojrzeniem błękitnego oka, pogroziła im palcem, po czym wróciła do oprawiania zdobyczy, mając nadzieję, że driada wkrótce się zjawi, a polana rozświetli światłem płomieni z paleniska, tak skrzętnie przygotowanego przez Bolvangaara.

        Poza jednym przystankiem, gdy to musiała nogą powstrzymać sierkierkę przed zderzeniem się z ziemią, droga powrotna do obozowiska nie była wcale uciążliwa. Po lesie chodzić lubiła, czy to o brzasku, czy po ćmoku, nieważne, bo jej to zajedno. Potknąć się nie potykała, uciekać zwykle nie musiała, a i nie uświadczyła dotąd, coby gałąź ją jaka zaatakowała. Bo elfy same z siebie nie atakują, chyba że z ostrzeżeniem, a co groźniejsze stwory to jak głód czują albo zagrożenie - tedy dopiero skaczą do gardła, ale bez prowokowania trudno nadziać się na takiego, co dla przyjemności zabija. Bacznie jednakowoż obserwowała okolicę, by w razie wypadku móc prędko rzucić drewno i rapier chwycić. Bo po lesie to nie tylko bestie łaziły.
        Nie została zmuszona do użycia cacka, gdyż do kompanii dotarła bez uszczerbku na zdrowiu oraz czasie, a powitana została przez Corę, jakoby co najmniej jej wybawieniem się stała. Jasnowłosa nordyjka podbiegła do Sarú i zrazu pozbawiła ją brzemienia, jaki ta ze sobą taszczyła. Cora miała radość i ulgę wymalowane na poznaczonej bliznami twarzy. Driada uniosła równe brwi, a jej mina wyrażała zdziwienie pomieszane z politowaniem, kiedy utkwiła wzrok w oddalającej się dziewczynie. Wzruszyła po chwili ramionami i jęła wyjmować z gęstych, poplątanych włosów obfity zasób wielobarwnego listowia. Zbliżała się powolutku do paleniska, a gdy się przy nim zatrzymała, w garści trzymała już całkiem sporą ilość liści, które poniewczasie dorzuciła do powstającego stosika z suchych gałązek. Cora pomagała Bolvangaarowi z drewnem, zaś Tulzo przetrząsał wóz w poszukiwaniu jakiegokolwiek porządnego napitku. Driada podeszła doń, coby pomóc. Jak mawiał mistrz Belgar: „Jak człeka suszy, to mu smutno w duszy”, nie mogli zatem pozwolić, by kompania się smuciła, nieprawdaż? Musieli jednakowoż napić się czegoś innego, bowiem udało im się znaleźć jedynie wódkę, na którą nikt w tej chwili nie miał ochoty, zaś reszty trunków tknąć im nie lza, bo to na handel przeznaczone było.
        - Psiajucha - zaklął Tulzo, splunąwszy koło wozu. - Jeszcze tego brakowało, żebyśmy piwa nie mieli!
        - Nalewka gdzieś tam się wala - powiedziała dźwięcznie Sarú, wchodząc na wóz. - Ta ze śliwek - dodała, odsuwając na bok skrzynki z paskami skóry.
        Tulzo jęknął z niezadowoleniem, krzywiąc już dostatecznie wykrzywioną gębę. Sarú zerknęła nań kątem oka i wiedziała już, że sobie nalewki z ziomkiem nie wypije, co potwierdziły słowa czarnobrodego:
        - Ja to bym se anyżuweczki dobrej golnął, tak od serducha.
        Driada uniosła brew.
        - A to myśmy mieli taki wynalazek? - zdziwiła się wielce, przykucając na krawędzi wozu.
        - A jużci, żeśmy mieli! - żachnął się krasnolud i oparł potężne przedramiona na toporze o dwóch ostrzach.
        Sarú zrobiła tylko minę wyrażającą, że nie zamierza się kłócić, bo kłótnia z Tulzo miałaby taki sam efekt, co próba wytłumaczenia kozie, czym jest biologia. Poklepała współczująco kumpla po masywnym ramieniu okutym kolczugą, po czym chwyciła za swoją torbę, coby wyjąć z niej grzebień, i wróciła do bawienia się włosami. Rozplotła warkoczyki na skroni, przez co połowa jej kosmyków opadała falami na wąskie, acz umięśnione barki, ukryte pod skórzaną kurtą w cielistym kolorze. Zeskoczyła cichutko z wozu, zakołysała biodrami, dołączając do udających piromanów Cory i Bolvangaara - krasnolud co rusz wchodził jasnowłosej w paradę, chcąc rozpalić ogień po swojemu, i dawał jej tak zwane „dobre rady”, które nijak nie imały się akurat tego ogniska. Kobieta w pewnym momencie dała mu po łapach, gdy po raz któryś z rzędu próbował zwędzić jej krzemienie, a Sarú parsknęła śmiechem pod nosem, stojąc nad nimi i rozczesując końcówki włosów.
        - I czego prychasz? - fuknęła Cora, próbując wskrzesić ogień. Nie obdarzyła driady spojrzeniem.
        - Bo jakby kto wrogi was zoczył, to nie od topora, a ze śmiechu by pomarł - odparła drwiąco, z nutką rozbawienia.
        - A widziałaś tu aby kogo wrogiego, hmm? - spytał rudobrody, wstając z klęczek.
        Sarú pokręciła głową i schowała grzebień do kieszeni, by móc ułożyć włosy w fikuśny koński ogon.
        - Nie, ale może dzięki wam już leży gdzieś cicho w krzakach i w oczy się nie rzuca.

Awatar użytkownika
Ruani
Zbłąkana Dusza
Posty: 6
Rejestracja: 4 miesiące temu
Lokalizacja: Wrocław
Kontakt:

Post autor: Ruani » 1 tydzień temu

        Sytuacja zdawała się być korzystna dla Ruani - członkowie grupy kłócili się między sobą z nie do końca zrozumiałych przez nią powodów, co nie dość, że było dla niej korzystne przez samą zasłonę dźwiękową, to jeszcze dawało nadzieję na to, że w razie problemów grupa raczej nie będzie zorganizowana. Kotka zdecydowała jednak przeciw aż takiej pewności siebie, by zacząć ich mordować jedno po drugim, korzystając z lasu jako naturalnej osłony. Znać było po jej celu i jej kompanach, że tereny podobne do tych są dla nich swego rodzaju codziennością, czego dziewczyna powiedzieć o sobie nie mogła. Jasne, zdarzało jej się wykonywać zadania w miejscach, gdzie miasto i przedmieścia przechodziły w las, ale praktycznie sam środek lasu?
        Postanowiła chwilowo nie zajmować się takimi nic nieznaczącymi kwestiami jak biegłość w poruszaniu się w trudnym terenie i poczęła powoli, krok po kroku kocich łap, przemieszczać się po okręgu, w kierunku, w którym zniknęła niedawno driada. Oczywiście, nie zamierzała przemieścić się na drugą stronę obozu, bo wtedy osiołek z całą pewnością by ją wyczuł i dopiero byłaby zabawa.
        Nie, zamiast tego kotka przeszła połowę tejże trasy, by zobaczyć obóz z nieco innej perspektywy, a czym dłużej obserwowała, tym bardziej utwierdzała się w przekonaniu, że to będzie jedna z tych misji, do których przygotowania trwały dłużej, niż sama ostateczna akcja.
        Kiedy już druga z kobiet wróciła do niezapalonego jeszcze ogniska z naręczem opału, Ruani miała już ułożone w głowie kilka rozwiązań na różne możliwości, od szalonej próby wykonania poczwórnego zabójstwa, przez przeczekanie kilku godzin do paru dni, by znaleźć idealną okazję do cichej eliminacji, aż do najdłuższego, ale prawdopodobnie najmniej ryzykownego planu - chwilowego przyłączenia się do karawany, poznania ich słabości i wszelakich dodatkowych informacji, które tylko mogłaby od nich wyciągnąć. Zazwyczaj skłaniała się bardziej ku tej ostatniej opcji, ale nie zawsze było to możliwe.
        Wtedy to ocknęła się z potoku myśli, który przelatywał przez jej głowę i zrozumiała, że... Nie mogli rozpalić ogniska. Dziewczyna skrzywiła się na tyle, na ile mogła w swojej kociej formie. Bogowie, naprawdę? Jeżeli tak strasznie pieprzyli się z głupim ogniskiem... To może wydawało jej się, że AŻ TAK lepiej znali się na przeprawie przez leśne gęstwiny?
        Przestało jej być do śmiechu, kiedy Driada, przypadkiem lub nie, wspomniała o kimś siedzącym cicho w krzakach. Szlag, szlag, szlag - krew poczęła płynąć w jej żyłach szybciej, niż zwykle, a myśli schowały się za mgłą instynktu. Jak najszybciej zniknąć. Ona wie. Zbyt ryzykowne!
        Trzask. Wycofując się, nadepnęła na suchą gałązkę. Jeżeli wcześniej była trochę zszokowana i zestresowana, to teraz poczuła oddech śmierci na szyi. Przez pół sekundy stała tak, sparaliżowana tym odgłosem, głośniejszym w gęstwinie leśnej od walącego się budynku. Przez pół sekundy miała nadzieję, że inne odgłosy zamaskują ten najgorszy z możliwych odgłosów.
        Emocje wzięły górę - kotka skoczyła wprzód, w locie zmieniając formę na w połowie ludzką. Pech niestety ponownie ją dopadł - po wylądowaniu próbowała biec dalej, ale przed jej nogą wyrósł korzeń i kotka skończyła z twarzą w leśnym runie, w najgorszy możliwy sposób.
        Niech to jasny szlag.

Awatar użytkownika
Sarú
Zbłąkana Dusza
Posty: 6
Rejestracja: 1 miesiąc temu
Kontakt:

Post autor: Sarú » 1 tydzień temu

        Tulzo raczył bezceremonialnie grzebać sobie w zębach, nie siląc się na dyskrecję. Najwyraźniej nie czuł skrępowania przed kompanami, lecz fakt, że w zębach dłubał brudnym paluchem raczył krępować właśnie jego kompanów. Kiedy podszedł do ogniska, wywołał niemałe oburzenie u Cory, która niepomiernie brzydziła się tego typu czynami. Nordyjka nakrzyczała na niego, coby odwrócił się chociaż, a nie tak stał nad nimi i im apetyt odbierał. Wrzucając niewychowanemu ziomkowi, nie mogła usłyszeć trzaśnięcia suchej gałęzi w krzakach. Ale Sarú już tak. Spojrzała spode łba w stronę gąszczu, zmrużyła oczy, wytężyła słuch. Po chwili myślami wróciła do wrzeszczących na siebie kompanów, bo przecież Tulzo nie potrafił odmówić sobie przyjemności odszczeknięcia Corze. Nordyjka poniewczasie zdołała się uspokoić, tylko krasnolud wciąż memłał ozorem po to jeno, by sobie pogadać.
        Sarú spięła się, usłyszawszy głuchy łomot.
        - Cichaj, bo ci w rzyć nakopię - syknęła groźnie, ruchem głowy wskazała chaszcze po ich lewej.
        Zrazu zrozumieli polecenie, łapiąc za broń. Cora nałożyła cichcem strzałę o białych lotkach na cięciwę refleksyjnego łuki, Bolvangaar chwycił za topór przy pasie, wyszarpnął go, Tulzo poprawił chwyt na swoim. Sarú położyła dłoń na głowicy rapiera. Nadstawiła uszu. Gdyby coś miało ich zeżreć, zrobiłoby to już dawno, miast skradać się i czekać na dogodną okazyję. Chyba że to bandyci, lecz w tej części lasu nie miało prawa ich być, a gdyby nawet byłby to wyjątek od reguły, siedzieliby grzecznie w krzakach z obitymi żebrami, daleko od obozowiska kompanii. Nie, to nie był ani zwierz, ani rzezimieszek. To było coś, co w lesie nie powinno się było pojawić, a nie wierzyła, że drzewo tak samo z siebie postanowiło się przewrócić.
        Podszedł do niej Bolvangaar, bardzo powoli i ostrożnie.
        - Co tam szemrze w tych gałęziach, hmm? - zapytał, unosząc na nią spojrzenie.
        - Nie wiem - odparła, zaciskając dłoń na głowni. - Ale radam się dowiedzieć - dodała głośniej, pewniej, dobywając broni. Metal zadzwonił upiornie w zapadłej ciszy.
        Zamierzała dowiedzieć się, co w gąszczu siedziało, nawet jeśli miał to być wytwór wspólnej wyobraźni całej czwórki. Skądś najwyraźniej brały się te wszystkie bajania o potworach z lasu, porywających księżniczki. Ale księżniczki to ten potwór żadnej nie uświadczy. Nie w tej kompani. Nie próbowała się skradać, choć mogła. Żywym, szybkim krokiem ruszyła ku tajemniczemu odgłosowi, a i tak szła naturalnie niemal bez szmeru. Cora naciągnęła cięciwę, postępując kilka kroków za zdecydowaną driadą. Sarú, odkąd nordyjka ją poznała, nigdy nie ceregieliła się w tańcu, nie bała się konfrontacji, choć do niej nie dążyła. Żałowała czasem, że ich relacja nie zdołała się nieco inaczej potoczyć...
        Bez słowa ostrzeżenia driada przedarła się przez rząd chaszczy, by w końcu wymierzyć koniec rapiera w leżącą na ziemi istotę. Mimo ciemności widziała ją bardzo dobrze, a jeszcze lepiej widziała, że istota była kotołaczką. Nie odezwała się, patrząc na dziewczę z góry, obdarowując groźnym spojrzeniem.
        - Sarú! - zawołała Cora z polanki. - Siedzi tam co?
        W odpowiedzi driada schowała rapier ze szczękiem do pochwy, po czym zakasała rękawy i jak raz chwyciła niepożądane dziewczę za fraki, by wywlec ją z zarośli i mało subtelnie rzucić przed nogi nordyjki. Kobieta cofnęła się, zwalniając cięciwę, strzałę zdjęła i obróciła w palcach. Popatrzyła pytająco na Sarú, ona zaś gestem ręki wskazała klęczącą dziewczynę.
        - Kot nam się zalągł - skonstatowała, nie spuszczając drapieżnych oczu z kotołaczki.
        Zaraz doczłapały krasnoludy - Tulzo zaklął i wspomniał coś o swojej brodzie, Bolvangaar zaś oparł się łokciem o topór i przyjrzał przybyszce.
        - Młodziutka - powiedział, przeniósł wzrok na driadę. - Co ona tu robi?
        - Niechże sama to zdradzi - rzucił Tulzo, mając wiecznie kwaśną minę.

Awatar użytkownika
Ruani
Zbłąkana Dusza
Posty: 6
Rejestracja: 4 miesiące temu
Lokalizacja: Wrocław
Kontakt:

Post autor: Ruani » 5 dni temu

        Po wstępnym ataku paniki, do Ruani wróciły szczątkowe zdolności logicznego myślenia. Skoro już była tak bardzo w dupie, wypadałoby nie wchodzić głębiej, tylko próbować dyplomatycznie wyjść cało z opresji. Zaczęła więc tarzać się w runie, póki była jeszcze poza zasięgiem widzenia grupy - chciała wyglądać na kogoś, kto od jednego lub więcej dni marnie egzystował w lesie. Jeżeli czegokolwiek nauczyły ją poprzednie misje, to tego, że lepiej przesadzić z uwiarygodnianiem swojej historii, niż nie zrobić tego wcale, a jej wyjątkowo czysty ubiór z całą pewnością jej nie pomagał.
        Wytarzawszy się więc w ciągu paru dosłownie sekund, kotka ostatecznie obróciła się w stronę nadciągających kroków - idealnie w porę, by usłyszeć kroki jakieś sześć, siedem stóp od siebie. Driada, której głowa, a następnie reszta ciała, pojawiła się w jej polu widzenia sekundy później, podeszła do niej z wyciągniętym rapierem i próbowała chyba zabić ją spojrzeniem. Ruani rozdygotała się w udawanym strachu, ale nie śmiała się ruszyć, w obawie, że kobieta przed nią odczyta to jako atak.
        Po tej jakże zapierającej dech w piersiach wymianie spojrzeń, kotka doznała największego upokorzenia - zielona dziewczyna po prostu ją podniosła jak nieznośne kocię. Zaczęła się słabo wyrywać - nie dość, by w jakikolwiek sposób przeszkodzić przeciwniczce w przeniesieniu jej gdziekolwiek, ale dość, by zaznaczyć swoje niezadowolenie zaistniałą sytuacją. Następujący po tym rzut kotem wywołał agresywne fuknięcie ze strony samej zainteresowanej. Desperacko starała się zmusić mięśnie, by nie zareagowały zgodnie z wyrobioną pamięcią, tylko pozwoliły jej upaść na ziemię jak przysłowiowy wór kartofli.
        Umorusana, z drobnymi siniakami od upadku i zdecydowanie bardziej obolałą dumą, kotka spojrzała po kolei w oczy wszystkich zgromadzonych handlarzy. Nie był to wzrok nienawiści, raczej pełen strachu i niezrozumienia.
        - Ja... Ja usłyszałam z dala wasze głosy i... i chciałam... chciałam - zająkiwała się w częściowo udawanym, a częściowo nieudawanym stresie - znaleźć jakiekolwiek ciepłe miejsce w tym lesie - tutaj zatrzęsła się nieco, w reakcji na dość chłodny podmuch wiatru.
        - Ja... nie chciałam nic złego. - Skierowała wzrok w podłogę. Przypomniała sobie ojca i całą sytuację w jej domu, od początku do końca i pół autentyczne, pół przymuszone łzy pojawiły się w jej oczach. - Musiałam... musiałam uciec z domu, bo... bo po śmierci... - Przełknęła ciężko i przerwała na chwilę. - Po śmierci ojca nie było dla mnie... miejsca...
        Przerwała, czując ten prawdziwy ból z tamtych chwil. Fakt, że od dawna starała się o tym zapomnieć i pójść w swoją drogę, lachę kładąc na całą przeszłość, tylko pogarszał sprawę. Postanowiła jednak nie dać się pochłonąć temu uczuciu, ale mimo wszystko spróbować to zagrać. Poczuła, jak łza spływała po powierzchni jej policzka.
        "Oby ten chędożony kontrakt był tego warty..."

ODPOWIEDZ

Wróć do „Szepczący Las”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość