Szepczący LasRuiny wspomnień

Utopijna kraina druidów, zwierząt i wszystkich baśniowych istnień. Miejsce przyjazne dla każdego stworzenia. Ogromny las położony w górskiej dolinie, gdzie nic nie jest takie jak się wydaje.
Awatar użytkownika
Valerian
Szukający drogi
Posty: 33
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Re: Ruiny wspomnień

Post autor: Valerian » 6 miesiące temu

        - Tilia? - zapytała zmartwiona i posłusznie chciała pobiec z driadą na ratunek wilczycy, lecz z zielonkawoskóra zaczęło się dziać coś niedobrego.
        Elfka przystanęła i patrzyła zaniepokojona na swoją towarzyszkę. Ścisnęła jej rękę pociągając lekko w stronę, w którą miały biec, ale nic to nie dało. Zaraz jednak zrezygnowała z dalszego biegu, bo miała wrażenie, że naturianka zaraz przewróci się i zemdleje, zostawiając małą w tej głuszy na pastwę losu. To właśnie dlatego Nevan postanowiła zostać w miejscu. To miejsce już znała i wydawało się względnie bezpieczne skoro do tej pory nic ich tu nie zjadło. Co prawda nie był to najlepszy czas na tracenie przytomności przez dorosłą strażniczkę lasu, ale półelfka nie miała zbytniego wpływu na to. Jedyne co mogła to zmusić driadę by usiadła, przy czym łatwiej było by ją utrzymać przez ośmiolatkę by nie upadła i się nie potłukła.
        - Um... Deidre? - spytała niepewnie po krótkiej chwili dostrzegając jak oczy rudowłosej stają się coraz mniej mętne. Gdy okazało się, że już wszystko w porządku, rzuciła się jej na szyję i mocno przytuliła. Była bardzo szczęśliwa, że póki co jej jedynej obrończyni nic nie jest, że przez to i dziewczynce nic się nie stanie.
        - Umiesz widzieć przyszłość? - zapytała z niemałym zachwytem, lecz kolejne słowa Dei szybko sprowadziło ją z powrotem na ziemi, przypominając o kryzysowej sytuacji w jakiej się znaleźli. - To co my tu jeszcze robimy?! Trzeba mu pomóc! On sam nigdy nie uwolni się z sideł kłusowników! - wykrzyczała ze łzami przerażenia w oczach, że mogłaby już nigdy więcej nie zobaczyć Valeriana, bo ktoś sobie zrobi z niego buty.
        W ogóle nie przyszło jej do głowy, że wilk natrafił na kogoś tysiąckrotnie gorszego niż kłusownicy. Szybko chwyciła driadę za rękę i chciała pognać przyjacielowi na ratunek, lecz jedynie upadła na ziemię, tracąc równowagę, gdy ona chciała polecieć jak strzała w jedną stronę, a naturianka siedziała twardo w swoim miejscu. Pisnęła przerażona i w jednej chwili kuliła się za plecami zielonoskórej, gdy z krzaków wyszła straszna bestia, Tilia jak się zaraz okazało.
        Zerkając zza starszej kobiety, Nevan spojrzała na Tilię i... nie mogła uwierzyć w to jak rysowała się sytuacja.
        - To niemożliwe! Valerian zjada wróżki, bo myli je z motylkami, owszem i sarny też zjada, tak jak dwa koty sąsiada, ale nigdy by nie skrzywdził innego psa czy człowieka! - krzyknęła oburzona takimi oskarżeniami. Dobrze znała swojego przyjaciela i wiedziała, że jest on łagodny i potulny jak baranek. - Duch go opętał? Jakiś demon? - zaniepokoiła się jeszcze bardziej słysząc podejrzenia o tym, że coś mogło przejąć nad nim kontrolę.
        Mała nic nie rozumiała i było to widać na jej zagubionej twarzyczce. Było jej też bardzo smutno, bo nagle poczuła jak niewiele mogła zrobić w walce z demonem. Demony były straszne i zjadały dzieci na podwieczorek. Nie chciała zostać zjedzona. Łzy zaczęły spływać po jej policzkach, a ona stała i nie wiedziała co zrobić. Zastanawiała się nawet czy po prostu nie uciec i nie zapomnieć o wilkołaku, skoro zamieszkał w nim demon i będzie chciał ją zjeść. Deidre chyba czytała też w myślach, bo zaraz wyszła do dziewczynki z propozycją zostawienia jej w swojej wiosce. Z początku Nevan się marszczyła, bo jak to tak zostawić swojego przyjaciela i... dać się zaprowadzić niewiadomo gdzie, ale z drugiej wizja spotkania się oko w oko z demonem była mało pocieszająca. Na obrazkach w bajkach one wyglądały strasznie, a co dopiero spotkać takiego w rzeczywistości...
        - Wrócisz po mnie? - zapytała żałośnie ze strachem w oczach wywołanym tą wyprawą w nieznane, niby względnie bezpieczne, ale wciąż nieznane.
        Przytuliła driadę jakby na pożegnanie i poczekała na wezwane przez naturiankę zwierzę, które zaprowadziło małą do wioski strażniczek. Tam od razu poinformowała o kłopotach, tak jak poleciła jej Deidre. Nie zostało jej już nic jak tylko czekać na powrót nowej przyjaciółki.

        Strzępy skóry i ubrań, kości i niejadalnych dla wilka wnętrzności porozrzucane lądowały tu i tam, gdy Valerian przytrzymując ciało łapami, pożerał swojego dawnego pana. Jego obecny mistrz, przygotowując się do rytuału, w pewnym momencie nie mógł już patrzeć, jak bestia pod jego kontrolą się męczy, więc z "dobroci serca" postanowił mu pomóc.
        Zbliżył się do wilka, a gdy ten podniósł zakrwawiony łeb na swego pana, mag wypowiedział jakieś zaklęcie, oczy mu rozbłysły, a z gardła zmiennokształtnego wydobył się dziki ryk, którego echo rozbrzmiało w całym lesie. Wijąc się z bólu padł na ziemię, kuląc się i drżąc, a jego tułów i kończyny, zaczęły się boleśnie wydłużać oraz rosnąć, by ostatecznie likantrop mógł przyjąć jak dotąd nieosiągalną dla siebie, hybrydalną postać. Gdy ból minął wilkołak od razu wrócił do przerwanego zajęcia, tym razem odrywając mięso od ciała chwytnymi jak u człowieka dłońmi, niemalże całe garści pchając sobie do pyska.
        - Pilnuj okolicy, by nikt się tu nawet nie zbliżył. Zabij od razu jak coś zobaczysz, nie potrzebna mi widownia - rozkazał.
        Wilk zacharczał, przyjmując nowe zadanie i zaraz wstał od posiłku zaczynając chodzić w tę i z powrotem trzymając się obrzeży polany, po środku której stał kamienny ołtarz. Tam natomiast działał czarnoksiężnik rozpracowując zaklęcia ochronne i łamiąc wszelkie zabezpieczenia by otworzyło się przed nim przejście do tuneli podziemnej świątyni.

Awatar użytkownika
Deidre
Szukający drogi
Posty: 37
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Deidre » 4 miesiące temu

        Dea skradała się przez las, stawiając niemal niesłyszalne kroki na miękkim mchu. Poruszała delikatnie dłonią, zaklinając przed sobą ścieżkę wyścieloną poszyciem, które skutecznie maskowało jej obecność. Zielony mech wyłaniał się spomiędzy paproci wprost na gołej ziemi, prowadząc ją coraz bliżej Valeriana. W drugiej dłoni trzymała sztylet, gotowa rzucić nim w przeciwnika, choć wewnętrzny głos mówił jej, że tym razem magia ziemi będzie dla niej większą podporą.
        W myślach zaklinała Pecha, żeby tym razem trzymał się z daleka. Nie tylko ze względu na nią, ale także ze względu na Nevan. Przede wszystkim ze względu małą. Widziała jak jest zżyta z wilkiem i chciała oszczędzić jej bólu straty, być może kolejnej. Ostatecznie to dosyć nietypowe, żeby ośmiolatka wędrowała przez świat sama, tylko ze zwierzęciem u boku.
        Dea nie wiedziała - nie mogła wiedzieć - że to właśnie Pech popchnął pierwszy trybik w maszynie, której niewidzialne koła powolnie mieliły ziarna ich losu. Małe, nieznaczące przypadki, porażki i zwycięstwa doprowadziły maga tropem artefaktu dokładnie w to miejsce, a Valeriana razem z towarzyszką prosto w jego sidła. Nawet utrata Anette nie była dziełem czystego przypadku.
        Teraz, coraz bardziej pękaty i zadowolony, Pech siedział na gałęzi i obserwował wszystko z góry. Nie zamierzał przeszkadzać driadzie w jej wędrówce. Rósł niczym senny koszmar, karmiąc się sprowadzanymi na nią kłopotami.

        Gdy kobieta dotarła na polanę, nie zobaczyła maga ani wilkołaka. Ujrzała przed sobą potężne, kamienne wrota, otwarte szeroko i prowadzące w ciemność. Dwie masywne, czarne jak śmierć kolumny unosiły się po obu stronach, pokryte dziwnymi symbolami. Co parę metrów otaczały je ostre jak brzytwa, bazaltowe skały, które wyglądały jakby dopiero co wyrwały się spod rozpulchnionej ziemi.
- Co do…?
Deidre podeszła zszokowana do wrót, wyciągając w niedowierzaniu dłoń. Ostrożnie dotknęła kamiennej ściany, jednak nic się nie wydarzyło. Przesunęła palcami po hieroglifach, splecionych w nieznanym jej języku. Część obrazków przedstawiała istoty podobne do ludzi i okrągły przedmiot, unoszący się w powietrzu. Ten motyw powtarzał się często, jednak wiele symboli było dla niej kompletnie niezrozumiałych.
        Naturianka bez słowa obeszła kanciaste kolumny, próbując zrozumieć co właśnie się wydarzyło. Znała ten las jak własną kieszeń. Nigdy nie było tu czegoś takiego. Nigdy! Skąd wzięły się dziwne wrota prowadzące w głąb ziemi? Czy to sprawka maga, którego widziała w swojej wizji? Czy Val miał z tym coś wspólnego?
        W tym wszystkim miała jednak przedziwne wrażenie, że wrota nie zostały przywołane. Miały w sobie coś tak pradawnego jak sam las. Tak jakby były wrośnięte w samo jego istnienie.
        Ostrożnie, krok za krokiem, stanęła na pierwszym stopniu, spoglądając w ciemność. Siostry pewnie już szykowały wsparcie, ale kto wie, czy gdy dotrą na miejsce, tajemnicza konstrukcja nadal tu będzie? Nie mogła stać bezczynnie i pozwolić jej zniknąć. Odetchnęła głęboko i powoli ruszyła w dół.

Awatar użytkownika
Valerian
Szukający drogi
Posty: 33
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Valerian » 4 miesiące temu

        Gdy Valerian stanął na posterunku wedle rozkazu swojego pana, okolica zdawała się jakby opustoszała. Nie pojawiła się już więcej tamta wilczyca, którą przegonił, do polany nie zbliżało się żadne inne zwierze. Nawet ptaki nie przelatywały bezpośrednio nad nią. Zdawało się jakby najbliższa okolica w promieniu długości sznura od ołtarza pośrodku, całkowicie opustoszała, wypełniając się złowrogą aurą. Takiej atmosfery nie zastanie się nawet na starym cmentarzu o północy. To właśnie z tego powodu wszystkie okoliczne stworzenia podświadomie unikały tego miejsca, a nawet jak jakieś się zbliżyło, wilkołak błyskawicznie rozszarpywał je na strzępy. Nie ważne czy była to zdezorientowana mysz, która miał gdzieś tu swoją norę, czy zmęczony lotem ptak, bądź zdezorientowany dzik, po intruzie zostawała kałuża krwi i rozerwane szczątki.
        Przez działające na zmiennokształtnego zaklęcie oraz nieregularne wzory wytatuowane, czy nawet wypalone na jego kończynach i twarzy, wilkołak zachowywał się niemal tak samo jak bezrozumny zombie - bez wahania i mrugnięcia okiem wypełniał polecenia swojego pana, tak długo jak zobowiązany był rozkazem. Nie miał możliwości zastanawiania się czy robi dobrze, czy słuchać maga, czy go podstępnie zaatakować. Miał kompletną pustkę w głowie, jakby pozbawiono go świadomości. To, że był włochaty, jego ciałko nie nosiło na sobie znamion rozkładu, a on sam był szybki i silny, było jedynymi cechami, które faktycznie różniły go od tych cuchnących ożywieńców.
        Czarnoksiężnikowi w końcu udało się złamać ostatnie pieczęcie i otworzyć przejście do podziemnej świątyni, gdzie schowany przed wszystkimi spoczywał druidzki artefakt. Najstarsi członkowie dzikich plemion zamieszkujących Szepczący Las wierzyli, że ukryty tu artefakt, jest relikwią samej Matki Natury. Podobno to on odpowiadał za urodzaj tutejszych ziem i ogólnie rozumianą harmonię i jedność z naturą. Niestety w niewłaściwych rękach mógłby spowodować prawdziwe spustoszenie. Czy to rzeczywiście ten sam przedmiot? Nikt tego nie mógł potwierdzić. Pewnym było to, że skrywająca się w sercu świątyni rzecz, której czarnoksiężnik tak bardzo pragnął, ma zaklętą w sobie potężną moc. Ta sama moc właśnie otoczyła całą polanę, swoją ciężką do zniesienia, niepokojącą aurą odstraszając leśnych mieszkańców, ale niestety i wzmacniając magię, którą władał mag dążący schodzący właśnie do podziemi, przejściem, które się spod niej wyłoniło.
        - Za mną! - rzucił w stronę wilkołaka, który nadal pilnował, by do polany nic się nie zbliżał. - Jeśli coś usłyszysz, sprawdź i zabij - dodał, na co cicho powarkujący zmiennokształtny, z lepkimi od krwi pyskiem i łapami, lekko kiwnął głową.
        Zszedł za swym panem, który w między czasie przywołał do towarzystwa jeszcze dwie, stworzone przez siebie hybrydy, wyglądające jakby ktoś skrzyżował jaszczurkę, czy krokodyla z wilkiem. Miały ciało pokryte łuskami, długie umięśnione ogony i łapy, nie wspominając już o podłużnym pysku usłanym setkami ostrych jak brzytwa zębów. Jeden był szybki i zwinny, drugi silny i wytrzymały, łatwo więc było określić, który został genetycznie połączony z krokodylem, a który ze zwykłą jaszczurką. Na ich ciałach widniały podobne tatuaże do tych, które miał na swoich kończynach i twarzy Valerian. Mag wydał im rozkaz osłaniania tyłów i zabicia każdego, kto tylko zejdzie do tego tunelu, podczas gdy Valerian miał chronić mężczyznę przed strażnikami, jakich napotkają na swej drodze i w samej świątyni.
        Hybrydy z bulgoczącym warczeniem ruszyły za swym stwórcą w głąb tunelu i nawet nie wyrwały do przodu, gdy z mroku wyłonił się stworzony z podziemnych korzeni strażnik. Na tego w mgnieniu oka rzucił się wilkołak, całkowicie ignorując zardzewiałe ostrze trzymane w dłoniach napotkanego wartownika. Został przez niego kilkakrotnie zraniony, lecz się tym nie przejmował przez kontrolujące go zaklęcie. Z resztą i tak nie były zbyt poważne. Mag spalił pokonany twór i a po tym wszystkie korzenie jakie tylko zobaczył na swej drodze, gdy kontynuowali wędrówkę dalej. Nawet nie zwrócił uwagi, kiedy po dłuższym marszu jego hybrydy się od niego oddaliły zmierzając w przeciwną stronę - do wejścia do tych tuneli, na spotkanie z podążającą ich tropem driadą.

Awatar użytkownika
Deidre
Szukający drogi
Posty: 37
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Deidre » 3 miesiące temu

        Gdy tylko Deidre zeszła do podziemi, wstrząsnęło nią uczucie przejmującego bólu. Las krzyczał, rozwścieczony i bezradny. Ktoś krzywdził drzewa, choć jeszcze nie wiedziała w jaki sposób. Dopiero zagłębiając się w plątaninę tuneli dojrzała spalone i poparzone korzenie. "Kto mógłby zrobić coś tak okropnego?" pomyślała ze zgrozą, zastanawiając się nad tym co przekazała jej Tilia. Co innego rozpalać ognisko z suchych gałęzi, ale to… To było bestialstwo. Kimkolwiek był tajemniczy mag, od teraz stał się jej osobistym wrogiem.
        Pod ziemią driada czuła się nieswojo. Nie mogła przywołać na pomoc roślin, zwłaszcza gdy ich korzenie były martwe. Być może mógłby ją poratować dzwoneczek Terra jeśli w pobliżu znajdowałby się któryś z wielkich kretoszczurów. Na to jednak nie mogła liczyć - trasy ich migracji były całkowicie nieprzewidywalne. Ścisnęła w dłoni obsydianowy sztylet i wyciągnęła z torby pióro feniksa. Zalało wnętrze tunelu ciepłym, pomarańczowym blaskiem, rzucając na ściany niesamowite, poruszające się cienie.
        Zatknęła pióro za pasek torby i dotknęła dłońmi czarnych od sadzy korzeni. Tych, które zostały spopielone nie dało się już uratować. Jednak tam, gdzie wisiały nadpalone kikuty, mogła jeszcze coś zdziałać.
        Po jej skórze przepłynęła jaśniejąca bladą, zieloną mgiełką magia. Rozświetliły się pokrywające ramiona i palce wskazujące tatuaże. Wieszczka zamknęła oczy i skupiła się na procesie przywracania harmonii.
        Poskręcane, przypominające czarne robaki pozostałości korzeni zaczęły się wydłużać, nabierać grubości i skręcać. Kiedy osiągnęły swoją pierwotną długość, dotknęła jednego z nich ręką i oparła o niego czoło. Usłyszała jak skrzywdzone drzewo wzdycha z wdzięcznością. Ruszyła dalej, nieświadomie rozmazując na czole smugę ciemnej ziemi.

        Zatrzymywała się przy każdym kolejnym pogorzelisku, żmudnie naprawiając szkody wyrządzone przez maga. Była to ciężka, powolna praca, jednak kobieta nie potrafiła przejść obojętnie obok roślinnego cierpienia. Nie myślała o tym, że powinna oszczędzać energię na później. Działała, póki było jeszcze cokolwiek do uratowania.
        Nagle jej uwagę przykuł zbliżający się odgłos. Z wnętrza korytarza zbliżało się coś… dużego. Dźwięk przypominał chrobot pazurów o ziemię, jednak towarzyszył mu drugi, znacznie głośniejszy. Przypominający człapanie.
        W tym momencie Deidre zrozumiała, że naiwnym było zakładanie, iż mag podąża tunelem sam i pozostawił go niezabezpieczonym. A jeszcze głupszym było używanie pióra żeby oświetlić sobie drogę. Szybko schowała cenny przedmiot do torby, pogrążając się w głębokich ciemnościach. Wsunęła się bezszelestnie za załom korytarza, wchodząc głębiej w jedną z odnóg. Przytuliła się do ściany, na powrót ściskając w dłoni obsydianowy sztylet. Wstrzymała oddech, szykując się do rzutu. Choć nigdy nie pudłowała, nie była pewna jak sobie poradzi, nie wiedząc z jakim przeciwnikiem ma do czynienia, do tego w całkowitym mroku.

Awatar użytkownika
Valerian
Szukający drogi
Posty: 33
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Valerian » 3 miesiące temu

        Hybrydy stworzone przez maga sunęły przez tunel w stronę wejścia do niego, czując czyjąś obecność. Pierwszy, dużo szybszy i lżejszy stwór charczał jakby miał spore trudności z oddychaniem i bardzo cierpiał przy nawet najmniejszym oddechu, a mimo tego pętające go zaklęcia zmuszały go do wykonania zadania. Drugi co prawda syczał, ale w charakterystyczny dla krokodyla sposób, jemu natomiast ciężko było się przemieszczać z nazbyt ciężkim ciałem dla, choć umięśnionych to jednak słabych łap, na których wypalone zostały podobne co u jaszczuro-psa i Valeriana wzory. Przez gadzie cechy, miały absolutnie zerową orientację w tych ciemnościach, nie wspominając o tym, że wszechobecna duchota, wilgoć i zapach ziemi, aż drażnił ich nos i ciężko im było wyczuć driadę po zapachu, zwłaszcza gdy wymazała się nieświadomie sadzą i ziemią. Krokodylowaty zatrzymał się co prawda przy wnęce, w której się ukryła i nawet prawie otarł się o nią swoim długim pyskiem, lecz zaraz dołączył do towarzysza i po niedługim czasie opuściły całkiem podziemia. Krążyły w okolicy ołtarza pilnując, by nikt nie przeszkodził ich panu w realizacji swojego celu.

        Valerian wraz ze swoim panem Mehlarem parł nadal naprzód, wgłąb krętych korytarzy. Ciemność zdawała się robić jeszcze bardziej gęsta i lepkim całunem spływała na intruzów. Oczywiście był to kolejny mechanizm obronny zagrożonego artefaktu i o ile wilkołak zaczął się zaplątywać w mocne pajęcze sieci utkane z mroku, tak mag co chwila rzucał kolejne zaklęcia mające oczyścić mu drogę z przeszkód. Spętanemu wilkołakowi wydał jedynie kolejny rozkaz, a gdy ten unieruchomiony przez mroczne pajęczyny nie był w stanie go wykonać, wzory na jego ciele zaczęły wypalać mu skórę. Przez cały korytarz poniósł się pełen boleści skowyt zmiennokształtnego, który dostał prosty wybór: albo spróbuje się uwolnić i ruszy przodem dalej, albo umrze w okrutnych męczarniach. Oczywiście w rzeczywistości wilkołak nie był w stanie podjąć żadnej decyzji co do swojego losu, ponieważ przez zaklęcie Mehlara zamierzał jedynie wykonać rozkaz. Z ociekającymi krwią kończynami i pyskiem rozerwał pętające go nici i oczyścił czarnoksiężnikowi drogę ze strażników.
        Stan w jakim znajdował się zmiennokształtny, rany których przybywało na jego ciele, w ogóle nie obchodził maga. Owszem, w pewnym momencie jego ochroniarz padnie bez ducha, ale dla niego to żaden problem, w końcu będzie mógł tchnąć w niego czarną magię i na powrót ożywić, a jak nie To jeszcze z tuzin różnego rodzaju hybryd czekało zamkniętych w ciasnych klatkach, na to, aż Mehlar je do siebie przeniesie. Wilkołak więc nie był mu tak szczerze do niczego potrzebny.
        Co dziwne im bliżej artefaktu się znajdowali, im mniej sił miał Valerian, tym bardziej moc magicznego przedmiotu tu ukrytego oraz strażnicy zdawali się wilkiem nie interesować, a bardziej skupiać na magu, którego ten starał się za wszelką cenę chronić. Kończyło się to oczywiście dużo szybszym i łatwiejszym pozbywaniem się zagrożenia, skoro to było skupione na zupełnie czym innym, ale była to jedynie nowa taktyka obronna przyjęta przez to, po co przybył tu Mehlar. A po co mu to w ogóle? Proste, by zemścić się na wszystkich, którzy go lekceważyli, by posiąść moc zdolną niszczyć całe państwa w mgnieniu oka i to wcale nie bezpośrednio za sprawą artefaktów, a monstrualnych potworów jakie mógłby dzięki niemu stworzyć. Takiej chimery nigdy nie udało mu się sztucznie stworzyć łącząc ze sobą genetycznie i magicznie różne gatunki zwierząt, a jego największym osiągnięciem było skrzyżowanie niedźwiedzia z rekinem, choć mutant ten umarł po kilku godzinach. Gdy zdobędzie Mörskrik (Krzyk Matki) złączenie smoka z chociażby Krakenem, a po tym przeniesienie swojej duszy i świadomości do takiego potwora byłoby już możliwe i tak łatwe jak oddychanie.
        W końcu ich wędrówka dobiegła końca, doszli do ogromnej groty rozjaśnionej promieniami słońca odbijającymi się w liściach tutejszej roślinności tworzącej mały, samoistny ekosystem poprzecinany wstęgami krystalicznie czystej wody i różnej wielkości wodospadami. Nie zabrakło tu też wysokich na trzy sążnie drzew. Widok był wręcz oszałamiający. Było to idealne miejsce na oddanie się odpoczynkowi, sprzyjające medytacji i zebraniu myśli. Prawdziwa oaza spokoju, w której swoje schronienie znajdowało każde potrzebujące tego stworzenie. Stąd też co rusz spod łap i nóg przybyłych mężczyzn uciekały drobne ssaki, a z gęstwin przypatrywały im się lisy, czy żbiki. Nie było wątpliwości, że znajdujące się tu drzewa były albo domem dla strzegących artefaktu wił, albo same w sobie były skarłowaciałymi, obrośniętymi w korę strażnikami - entami.
        Mehlar doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że jeśli tylko jego stopa wstąpi na świetlistą polanę, wszystko, absolutnie każdy żywy organizm rzuci się na niego od źdźbła trawy, po zwierzęta i tychże niebezpiecznych, magicznych strażników. Kazał więc ledwo stojącemu na łapach Valerianowi przynieść Mörskrik spoczywający na szczycie wzgórza, z którego wypływały dwa największe tu wodospady. Sam artefakt otoczony był gęsto wyrastającymi z ziemi, pozbawionymi liści gałęziami. Wilkołak ruszył w tym kierunku słaniając się na łapach, a każda kropla krwi, jaka tylko spadła na ziemię, od razu była przez nią wchłaniana i zastępowana gęsto ukwieconą kępką drobnych kwiatów i trawy.
        Wędrówka, a zwłaszcza wspinaczka, choć udeptaną ścieżką, była dla ledwo żyjącego zmiennokształtnego prawdziwą mordęgą, nawet jeśli żaden ze strażników nie zareagował na jego obecność. Mógł bez żadnego problemu zbliżyć się do artefaktu i nawet położyć na nim swoją zakrwawioną łapę, wtedy jednak rozległ się przeraźliwy, ogłuszający skowyt, który nie tylko aktywował wszystkich strażników i zmusił ich do rzucenia się na czarnoksiężnika, to jeszcze powalił na ziemię wilkołaka i całkowicie pozbawił go świadomości. Ziemia, jak i cała grota zadrżała, ze sklepienia zaczęła kruszyć się skała, a nagie gałęzie zmieniły się w kryształ i zalśniły jasnym światłem, oślepiając w ogóle nie przygotowanego na to Mehlara.
        Drewniana maska będąca poszukiwanym przez niego artefaktem, wraz z kryształami uniosła się i przybrała coś na kształt ogromnego jelenia z ludzką twarzą stworzonego przez ziemię, wodę i korę drzew. Stworzenie mimo leżącego przy swoich kopytach Valeriana, cały czas uważało by na niego nie nastąpić i tylko dumnie czekało na rezultaty swojej obrony. Zwłaszcza, że do groty zaczęły przybiegać wezwane przez skowyt tej istoty zwierzęta z puszczy nad nimi, nawet pojawiły się dwie hybrydy gotowe w każdej chwili rzucić się na czarnoksiężnika, którego zaklęcie przestało na nie działać.

Awatar użytkownika
Deidre
Szukający drogi
Posty: 37
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Deidre » 3 miesiące temu

        Deidre oddychała ciężko jeszcze chwilę po tym jak przerażający, krokodylowaty stwór minął jej kryjówkę. Miała wrażenie, że jej serce, obijające się boleśnie o klatkę piersiową, zaalarmuje kreatury i wrócą, by ją zaatakować. Nic się jednak nie działo, więc cichutko, krok za krokiem ruszyła dalej.
        W pewnym momencie do jej uszu dotarł pełen bólu ryk zmiennokształtnego. Domyśliła się, że wydał go Valerian i przyspieszyła, chcąc pomóc przyjacielowi Nevan. Na ziemi pojawiało się coraz więcej plam krwi, a poszarpane pajęczyny grube jak liny okrętowe i truchła roślinnych stworzeń jasno sugerowały, że mag mordował wszystko na swojej drodze, nie dbając o zdrowie wilkołaka. Naturianka przyglądała się mijanym zwłokom, zdziwiona, że nigdy nie widziała takich istot. Żyła już ponad dwieście lat i znała Las jak własną kieszeń - była w końcu jego strażniczką. Te stworzenia musiały być naprawdę stare, być może pochodzące z czasu, kiedy las dopiero kiełkował, będąc jednym, żywym organizmem. A może las wytworzył je, żeby broniły tego, do czego zbliżał się zarówno Mehlar jak i driada?

        Kiedy driada dotarła do rozświetlonej jasnym blaskiem jaskini, zamarła na chwilę w zachwycie. Wstęgi wodospadów spadających z piętrzących się skał urzekały refleksami światła. Jeziora pod nimi były tak przejrzyste, że nawet stąd mogła dojrzeć ich dno, a roślinność bujniejsza niż w samym Szepczącym Lesie. Na środku znajdowało się potężne wzgórze z plątaniną czarnych cierni na szczycie.
        Dopiero wtedy Dea dostrzegła Valeriana. Zakrwawiony, z porozcinaną w wielu miejscach skórą i zlepioną skrzepami sierścią brnął pod górę, prezentując obraz absolutnej rozpaczy. U stóp wzgórza stał mag, wydając mu donośnym głosem rozkazy.
- Valerian! - krzyknęła Driada, chcąc ostrzec wilkołaka i zwrócić na siebie jego uwagę. Ten jednak nie dosłyszał jej głosu, a może zignorował go, pchany do przodu rozkazami swojego pana. Wyciągnął łapę i dotknął unoszącej się w powietrzu maski, co spowodowało kaskadę następujących błyskawicznie jedno po drugim wydarzeń.

        Valerian zaskowyczał przeraźliwie i padł bez życia na ziemię. Wszystkie stworzenia - od wił szczerzących ostre, białe zęby, przez lisy i borsuki, po powolne enty trzeszczące drewnianymi ramionami - rzuciły się w stronę maga, który zachwiał się i osłonił ręką oczy. W tym samym momencie otaczające artefakt gałęzie rozświetliły się światłem tak oślepiającym, że driada również musiała odwrócić głowę. Gdy spojrzała ponownie na jaskinię ujrzała coś, co zaparło jej dech w piersiach. Górując nad nimi wszystkimi, dokładnie pośrodku jaskini stał potężny jeleń, stworzony z ziemi, chlupoczących strumieni wody i kory drzew. Spomiędzy niej prześwietlały jasne promienie światła, bijące bezpośrednio z jego wnętrza. Odwrócił w jej stronę swoją ludzką twarz i obdarzył ją dobrotliwym uśmiechem.
        Driada opadła na jedno kolano i z pokorą opuściła głowę.
- Duch Lasu - wyszeptała, patrząc na niego ponownie z uwielbieniem. W legendach opowiadanych jej w dzieciństwie w ciepłe, rozgwieżdżone noce przez starsze siostry pojawiała się czasami postać pradawnego ducha, opiekuna Lasu. Według podań w jego sercu biła energia wszystkich żywych istot, zarówno roślin jak i zwierząt. Teraz była absolutnie przekonana, że legendy mówiły prawdę.
        Widziała jak coraz więcej stworzeń w wyraźnie nieprzyjazny sposób zbliża się w stronę Mehlara. Nie zamierzała jednak teraz się nim przejmować - atakując Las i wdzierając się do jego serca w tak barbarzyński sposób zasłużył na to, co miało go spotkać. Pędem rzuciła się w stronę Valeriana, pokonując potężnymi susami zbocze wzgórza. Była pewna, że olbrzymi jeleń nie zrobi jej krzywdy - była w końcu dzieckiem lasu i jego strażniczką.
        Kucnęła obok wilkołaka i położyła dłoń na jego głowie. Był nieprzytomny, ale żył. Rozejrzała się, zastanawiając się jak może go przetransportować w bezpieczniejsze miejsce. Ściany jaskini trzęsły się w posadach, a gdzieniegdzie na ziemię spadały olbrzymie stalaktyty.
        Na ciele wilka było wiele poważnych ran, które wymagały natychmiastowego opatrzenia. Szybkim ruchem dłoni przywołała do siebie łosia, który potulnie podszedł do niej i pochylił łeb. Z dużym trudem uniosła najpierw przednie łapy wielkiego basiora, później tylne i załadowała go na szerokie poroże. Łoś stęknął, jednak uniósł potężny łeb i pomału, eskortowany przez driadę ruszył w stronę kamiennego tunelu.

***

        Eleanore patrzyła na Nevan z góry, krzyżując na piersi muskularne ramiona. Była postawna jak na driadę, a aura przywódczyni dodawała jej jeszcze autorytetu. Jej orzechowa skóra była idealnie gładka, na ramionach i dłoniach znajdowały się takie same tatuaże jak te u Deidre. Odgarnęła na plecy długie, czarne loki, uniesione nieodłączną, zieloną opaską.
- A więc twierdzisz, że Dea ma kłopoty - stwierdziła ponownie, unosząc sceptycznie brew. Miała ciemne brwi i prosty, ostro zarysowany nos, co nadawało jej rysom zwierzęcej drapieżności.
- Widziałam na dole Tilię, a fakt, że wiedziałaś jak i gdzie wezwać lianę także potwierdza twoje słowa. Nie masz chyba złych zamiarów…. Prawda?
Wbiła w dziewczynkę uważne spojrzenie zielonych oczu. Wyraźnie nie była zadowolona - Deidre zawsze pakowała się w kłopoty, czasami pociągając za sobą pozostałe siostry. Tym razem ze słów małej półelfki wynikało, że zagrożenie jest poważne, przynajmniej dla jej towarzysza, Valeriana.
- Możesz na razie zostać w chatce Deidre jeśli chcesz. To tam, na wyższej kondygnacji wioski - wskazała palcem zielony pączek, do którego dziewczynka mogła się dostać idąc po sznurkowych drabinkach i mostkach.

Awatar użytkownika
Valerian
Szukający drogi
Posty: 33
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Valerian » 2 miesiące temu

        Do Valeriana w ogóle nie dochodziły słowa Deidre. Nie to, że ich nie słyszał, po prostu nie były w stanie przedrzeć się do jego świadomości, przez kontrolujące go zaklęcie Mehlara. Gdyby byłaby tu z nimi Nevan i nie daj Prasmoku, wilkołak dostałby rozkaz zabicia jej... Niestety bez wahania rozkaz by wykonał. Na szczęście (choć on o tym nie wiedział) mała bezpiecznie siedziała już wiosce Dei i próbowała sprowadzić posiłki do pomocy mu oraz driadzie.
        Krzyk wydany przez maskę, po jej dotknięciu, powalił go na ziemię i pozbawił przytomności. Mogłoby się to dla niego źle skończyć gdyby uderzył głową w kamień, albo spadłby ze wzgórza, jednakże Mörskrik zadbał o to, by zmiennokształtnemu, który w tej całej sytuacji nie ponosił winy, nic się nie stało. Nawet lepiej. Uwolnił go spod działania zaklęcia czarnoksiężnika, czego dowodem było zniknięcie wzorów z jego ciała. Co prawda z ranami wilkołaka nie był w stanie nic zrobić, wszak Valerian nie był dzieckiem jego lasu, a intruzem podobnie jak Mehlar. Nie mniej zrobił dla niego wszystko co tylko mógł, by sytuacja dla bezpieczeństwa lasu się już nigdy nie powtórzyła. Nie była to jednak bezinteresowna pomoc, gdyż zasiał w sercu zmiennokształtnego ziarno, przez które Valerian miał strzec lasu i jego harmonii, stając się dzięki temu jego częścią.
        Po tym uwaga leśnego bóstwa skupiła się już w pełni na niegodziwcu, który do własnych mrocznych celów chciał ukraść jego maskę. Choć mag zawzięcie się bronił przed napierającymi na niego roślinami, zwierzętami i magicznymi stworzeniami, żyjącymi tu w zgodzie i dostatku, jego szanse na przeżycie były równe zeru, nawet gdy przywoływał do pomocy swoje hybrydy. Te jednak, będąc złączonymi z sobą genetycznie i magicznie zwierzętami, od razu stawały po stronie jednej z postaci Matki Natury będąc jej wierne zawsze nie zależnie od tego jak powstały, gdzie i czym tak właściwie były. W końcu nadal były tylko zwierzętami.
        Sprawa z Mehlarem szybko została rozwiązana, a jego ciało padło bez ducha na ziemię, by zaraz w błyskawicznym tempie się rozłożyć i ją użyźnić. W tym miejscu wyrosła też po chwili bujna trawa z pięknie pachnącymi polnymi kwiatami, na której zaczęły się paść roślinożerne, mieszkające tu stworzenia. Wszyscy strażnicy po zażegnaniu zagrożenia, od razu zaprzestali dalszej walki i jakby driady i wilkołaka tu nie było, wróciły do swoich spraw. Enty legły w zagajnikach i niewielkich sadzawkach, znów przypominając jedynie powalone drzewa, wiły stopiły się ze swoimi drzewami, lis znów powrócił do pościgu za zwinnym zającem. Jedynie Mörskrik stał nadal jak ogromny posąg i przyglądał się temu wszystkiemu, by po chwili spojrzeć na uwijającą się driadę, chcącą pomóc zmiennokształtnemu przybyszowi z miasta. Podziękował jej za oddaną służbę z dobrotliwym uśmiechem i powierzył kobiecie specjalne zadanie strzeżenia swojej maski, jak i całego lasu, a zwłaszcza ochronę tego sanktuarium przed nieproszonymi gośćmi.

        W wiosce już od dłuższego czasu Nevan starała się wszystko jak najlepiej, ale i jak szybciej wyjaśnić, by pomóc i swojemu przyjacielowi i nowej znajomej. Niestety ciężko było jej to osiągnąć z nieufną i sceptycznie do sprawy nastawioną przywódczynią driad.
        - No przecież cały czas ci mówię, że to sprawa życia i śmierci! Valerian... coś z nim niedobrego się dzieje! I ona poszła tam zupełnie sama, ile razy mam to powtarzać! - jęknęła poirytowana tym, że do starszej kobiety nic nie docierało. Czy ona w ogóle słuchała półelfki? A podobno to z dziećmi nie da się gadać. - Ugh! - rozzłościła się dziewczynka. - Gdybym miała złe zamiary... - wykrzyczała już chcąc z naburmuszeniem wygarnąć przywódczyni driad, ale usłyszała ciężko uderzające w ziemię odgłosy, jakby coś galopowało, albo robiło długie susy. Nie mniej coś bardzo szybko zbliżyło się do wioski driad. Nevan przez życie u boku dzikiego mężczyzny w ogóle zapomniała o zasadach dobrego wychowania i bez słowa wybiegła z chatki Eleanore, by zobaczyć co się dzieje.
        - Valerian! - zawołała uradowana, lecz zaraz dojrzała, że jej opiekun nie jedzie, ale jest niesiony na porożu łosia, a najgorszym dla niej widokiem była cała sierść zlepiona i zaplamiona krwią, a nie puszysta i szara. Była tym przerażona. Zamurowało ją, a jednocześnie była bliska płaczu.

Awatar użytkownika
Deidre
Szukający drogi
Posty: 37
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Deidre » 2 miesiące temu

        Gdy ucichły krzyki Mehlara, zapadła niesamowita cisza. Zwierzęta, wiły i enty uspokoiły się, a w miejscu, w którym niedawno stał zły mag wyrosła piękna, bujna trawa. Żółte i białe polne kwiaty poruszały się delikatnie, tak jakby trącały je dłonie niewidzialnego wiatru. Nic nie wskazywało na to, że sanktuarium zostało zaatakowane.
        Potężny jeleń zwrócił swoją niesamowitą, ludzką twarz w stronę driady, pochylając w jej kierunku długą, smukłą szyję. Wydawało się, że ta szyja - utkana z wody i roślinnych pnączy - ciągnie się w nieskończoność, przybliżając coraz bardziej do naturianki. W końcu głowa ducha znalazła się na wysokości oczu kobiety. Piękne, rozłożyste rogi pokryte były licznymi wzorami, jaśniejącymi delikatnie w półmroku. Wieszczka, wiedziona pierwotnym podziwem i strachem, skłoniła głowę. Mörskrik uśmiechnął się dobrotliwie i musnął ustami jej czoło. W powietrzu, jakby niesione odległym wiatrem, rozbrzmiało słowo ”Dziękuję…”.
        Driada poczuła jak coś w niej się zmienia. Ogarnęło ją uczucie ciepła, silny podmuch rozwiał jej włosy we wszystkie strony. Wpatrzona w wypełnione dobrocią, głębokie niczym rozgwieżdżone niebo oczy ducha, nie zauważyła nawet jak jej stopy uniosły się lekko nad ziemię. Zauważył to natomiast Pech, który dotychczas ryczał z uciechy, patrząc jak kobieta pakuje się w coraz większe kłopoty.
        Jasne światło, które wypełniło całe jej ciało, poraziło złośliwego stwora, który skurczył się w sobie, usiłując ukryć za powalonym konarem. Chociaż drapał i szarpał, niszcząc wszystko wokół, promienie blasku wydobyły go z cienia i uniosły w górę. W miarę jak przybliżał się do Mörskrika, bladł i skwierczał, aż z cichym pyknięciem zupełnie zniknął. Driada westchnęła głęboko, podświadomie odczuwając, że Duch Lasu zdjął z jej piersi potężny, uciskający serce ciężar. Razem z Pechem przepadła także zdolność wieszczenia, jednak Deidre otrzymała w zamian za to coś o wiele ważniejszego.
        Jej szaty z czarnych stały się jasne, otulając ciało luźno spływającym całunem, a na głowie pojawił się wianek wypleciony z białych kwiatów. Wyciągnęła dłonie, wiedziona wewnętrzną pewnością, że to właśnie należy zrobić. Pojawiła się w nich świetlista wstęga, która uformowała się w rzeźbioną, drewnianą maskę. Wraz z jej pojawieniem sam Duch rozwiał się, pozostawiając po sobie setki spadających na ziemię płatków. Driada przytuliła do piersi pulsujący ciepłem przedmiot, po czym schowała go do torby. Zrozumiała już, że dar wieszczenia miał ją zaprowadzić właśnie tutaj. Przeznaczenie chciało, by została strażniczką maski i opiekunką życiodajnego światła. Z łosiem u boku ruszyła w stronę wyjścia z tunelu, spokojna, że wszystko się dobrze ułoży…

        Bieg przez las niemal pozbawił ją tchu. Gnała ją co prawda adrenalina i nowa energia, ofiarowana przez ducha lasu, ale tempo susów potężnych nóg łosia było trudne do utrzymania. Nie chciała jednak obciążać, a co za tym idzie także spowalniać go dodatkowo swoją osobą, więc niestrudzenie pokonywała obok niego kolejne ścieżki. W końcu dotarli pod wioskę, a zwierzę z głuchym stęknięciem opadło na ziemię. Wielki wilk bezwładnie zsunął się z poroża i wylądował na trawie. Deidre dotknęła czoła łosia, dziękując mu cicho za pomoc i pozwoliła odejść. Kucnęła obok Valeriana, sprawdzając czy nadal oddycha. Jego rany były głębokie i bardzo poważne.
        Uniosła głowę i ujrzała pomiędzy liśćmi Nevan stojącą na jednej z wyższych platform. Dziewczynka była całkowicie przerażona. Obok niej górowała Eleanore, uważnie obserwując rudowłosą wieszczkę. Oczy przywódczyni były zwężone w nieufne szparki. Dea jednym ruchem dłoni przyzwała liany, które oplotły ją i nieprzytomnego wilkołaka. Z krzaków wybiegła Tilia merdając zawzięcie ogonem, jednak naturianka tylko podrapała ją po nosie zanim wzbiła się w górę.
- Nie teraz mała. On jest mocno ranny.
Ani myślała tłumaczyć teraz komukolwiek, co się stało. Trzeba było mu pomóc! Ignorując pytania Eleanore i nie przyjmując sprzeciwu, wezwała do pomocy kilka sióstr, z którymi przeniosła wilka do chaty uzdrowicielki. Wspólnie ułożyły go w wielkiej balii wypełnionej rozmigotaną wodą. Jasne błyski rzucały błękitne cienie na ściany izby i poważną twarz kobiety, która miała się nim zająć. Uzdrowicielka była jedną z najstarszych driad, a jej czoło i policzki przecinały pojedyncze bruzdy mądrości. W czarne jak smoła włosy wplecione miała dziesiątki kościanych ozdób, a tatuaże na jej dłoniach i ramionach były o wiele bardziej rozbudowane niż u pozostałych sióstr.
        Upewniwszy się, że Valerian jest już w dobrych rękach, Deidre odszukała wzrokiem małą Nevan i kucnęła obok niej. Dziewczynka była wyraźnie zagubiona, choć i tak trzymała się bardzo dzielnie.
- Uzdrowicielka zajmie się twoim przyjacielem. Woda w balii jest magiczna i pochodzi z jednego z uroczysk Szepczącego Lasu. Razem z magią uzdrawiania, zacznie zasklepiać jego rany. My teraz możemy już tylko czekać. Chcesz odpocząć w mojej chatce? - zapytała troskliwie, kładąc półelfce dłoń na ramieniu.
- Chciałabym ci pokazać coś niezwykłego - dodała z zagadkowym uśmiechem.

Awatar użytkownika
Valerian
Szukający drogi
Posty: 33
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Valerian » 2 miesiące temu

        Nevan była przerażona tym w jakim stanie znajdował się Valerian, ale najgorsza była chyba myśl, że to wszystko było jej winą. Przecież to ona była na niego zła, to ona kazała mu uciekać i zostawić ją w spokoju. I to ona nazwała go głupim psem. A teraz Valerian był cały we krwi i strasznych, brudnych od piachu i nie wiadomo czego jeszcze ranach, a do tego na skraju śmierci (a przynajmniej tak jej się wydawało). Może i wilkołak zasłużył na wszystkie przykre słowa jakie padły z jej ust, w końcu zostawił ja samą w lesie, gdzie byli myśliwi, ale nie zmieniało to faktu, że widząc ten obraz nędzy i rozpaczy po prostu żałowała tego co powiedziała. Przywódczyni driad wyglądała jak surowy posąg, a po takich wsparcia się raczej nie uświadczy, natomiast Dea była tak blisko, a jednak tak daleko, by się chociażby do niej przytulić i usłyszeć, że wszystko będzie dobrze. To przez Valeriana nowa przyjaciółka nie mogła pomóc dziewczynce się nie załamać, przez co półelfka musiała zwalczyć swoje emocje, wypływające jej właśnie z oczu w postaci grubych łez, zupełnie sama.
        Kiedy tylko driady pomagające Dei znalazły się z wilkiem u góry i zajęły się przeniesieniem go do uzdrowicielki, mała od razu za nimi pobiegła. Bała się, że zmiennokształtny już się nie obudzi tak, jak jej tata. Nie chciała tego i dlatego jak tylko znalazła się przy rannym przyjacielu od razu zaczęła go szturchać mocno, niemal potrząsać za ramie by się obudził.
        - Już nigdy więcej nie nakrzyczę na ciebie i nie powiem, że jesteś głupim psem. Obiecuję, obudź się tylko!
Nie przynosiło to oczywiście żadnych efektów i wiadomym było, że przecież ledwo żywy wilkołak nagle nie otworzy oczu w pełni zdrów, ale w nerwach nawet dorosły zapomina o zdrowym rozsądku, a co dopiero dziecko.
        - Obiecałeś mojemu tacie, że się mną zaopiekujesz jak mu coś się stanie! Nie możesz mnie zostawić samej! Nie chcę być sama!
        Krzyczała i szturchała go dalej, aż driady nie wniosły go do chatki, gdzie nakazano półelfce spokój, a najlepiej milczenie, by stara uzdrowicielka mogła się w pełni skupić na swoim zadaniu. Oczywiście łatwiej powiedzieć niż zrobić, ale herbata, którą poczęstowana została przez najstarszą driadę w wiosce Nevan, pomogła ukoić dziewczynce nerwy i poradzić sobie z rozpaczą przeradzającą się w histerię. Cicho pochlipując co rusz wycierała policzki i zasmarkany, zadziorny nosek rękawem, obserwując przynajmniej w ciszy wszystko co się działo z jej przyjacielem. Co prawda nie rozumiała jak niby zwykła kąpiel miałaby pomóc umierającemu (w jej teorii) Valerianowi, w końcu była prostą wiejską dziewczyną, która choć była w połowie elfem, znała jedynie podstawy takie jak rozpoznawanie po śladach kilku zwierząt, wiedza na temat tego z jakich krzewów można zbierać owoce jesienią lub jakie grzyby nadadzą się na obiad, a jakie omijać szerokim łukiem.
        O magii natury, o jej duszy i mocy nie wiedziała natomiast nic. Nawet tak podstawowych rzeczy jak to jakie właściwości, nie koniecznie magiczne, mogą mieć takie zwykłe jagody, którymi można nafaszerować ciasto, albo jakie znaczenie w symbolice ma dąb i jakie cechy potrafi rzekomo wzmacniać. Nie śmiała jednak dyskutować z naturiankami, bo jeszcze by ugotowały z niej zupę (kolor skóry w końcu zobowiązywał, nawet jeśli nie były Babami Jagami). Nadal były dziwne, acz pomysłem mieszkania na drzewie Nevan była zachwycona. Swojego tatę długo prosiła o wybudowaniu domku dla niej w ogrodzie, ale nie była to wcale chatka na drzewie, a raczej niewielka budka na czterech okorowanych belach, do której trzeba było wspiąć się po deskach, przybitych do dwóch z tych nóg. Nic ciekawego, bo i miejsca na zabawy ze znajomymi było za mało, ale przynajmniej ona miała u siebie coś takiego, inni z jej wioski raczej ciężko. No i jej tatuś zrobił to zupełnie sam (podobno). A teraz miała okazję przebywać w domku (domkach) na drzewie z prawdziwego zdarzenia. Co prawda chwila nie sprzyjała atakowi entuzjazmu, ale i tak z racji, że nic innego zrobić obecnie nie mogła, zgodziła się pójść z Deą do jej domu. Kłamstwem było by zaprzeczenie temu, że niemal swędziała ją pod skórą ciekawość, co też driada chciała jej pokazać. Miała doskonale wyryte w pamięci to cudowne, a przede wszystkim przepiękne pióro, które pokazała jej niemal na samym początku.

        Gdy Nevan przebywała z Deą, Valerian zaczął powoli wracać do zdrowia. Co prawda nadal był cały poharatany, ale nie wyglądał już jak martwy i raz po raz krzywił się z bólu. W pewnym momencie nawet z wilka nieświadomie zmienił się w nagiego człowieka "śpiącego" na boku. Jego długie włosy straciły gdzieś wiążący je w kitkę rzemień, no i brodę miał chyba gęstszą niż ostatnio, ale tym co się rzeczywiście zmieniło, było to, że na jego ciele już praktycznie w ogóle nie było widać tych dziwacznych symboli, które znaczyły jego kończyny i twarz. Znak, że nad wilkołakiem nikt już nie przejmie kontroli, nie zmieni w swojego bezmyślnego zombi. A przynajmniej na razie zmiennokształtny może czuć się pod tym względem wolny.

Awatar użytkownika
Deidre
Szukający drogi
Posty: 37
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Deidre » 4 tygodnie temu

        Stara uzdrowicielka, zwana przez siostry Panią Malwą, wyprosiła z chatki wszystkie driady, które z ciekawością przyglądały się Valerianowi. Część z nich, bardziej biegła w odczytywaniu aur, przeczuwała, że w zwierzęcym ciele kryje się ludzka dusza, jednak kilka było wyraźnie zaskoczonych. Mężczyzna, nawet posiniaczony, z licznymi ranami na ciele, prezentował się niesamowicie atrakcyjnie. Prosty nos i surowe rysy twarzy nadawały mu szlachetności, a spokój snu łagodził groźne oblicze. Czarne włosy unosiły się na wodzie wokół bladych policzków. Błękitna poświata rzucała ruchome cienie na jego nagie ciało.
        Kobieta przysiadła na stołeczku obok niego z naparem parującego płynu w dłoniach. Upiła łyk z glinianego kubeczka i spojrzała na niego zamyślona. Czas mijał, a ona siedziała bez ruchu, pilnując spokoju swojego pacjenta. Wnętrze chatki za jej plecami oświetlało ciepłe światło świec, kontrastując z rozedrganymi odblaskami zaczarowanej wody. Wydawała się dobrym duchem, czuwającym nad cudem wskrzeszenia. Zaiste, Valerian był na skraju śmierci, kiedy Deidre go do niej przyprowadziła.
        Malwa odrzuciła na plecy długi, czarny warkocz, który splotła na czas rytuałów. Teraz nic już nie mogła zrobić. Tylko czas mógł uleczyć rany wilka. O ile oczywiście Matka Natura na to pozwoli. Driada wyczuwała w nim jednak pradawną magię Lasu, taką o której nikt już nie pamiętał. Jako najstarsza mieszkanka osady widziała niejedno i zetknęła się również z tą magią. Nie umknęła jej także przemiana Dei - była pewna, że i ją dotknęło błogosławieństwo Ducha Lasu. Nie, dla tej dwójki było przeznaczone coś zupełnie innego niż śmierć.
        Uśmiechnęła się delikatnie, przypominając sobie czasy, gdy i ona wypełniała swoje przeznaczenie. Kąciki jej oczu pokryły się siateczką ciepłych zmarszczek, a spojrzenie złagodniało. Valerian w pewien sposób przypominał jej wojownika, z którym kiedyś związało się jej serce. Jeśli Deidre i on postanowią się związać, stanie za nimi murem. I niech Eleanor się nie wydaje, że ma władzę absolutną w tej wiosce. Ona, Malwa nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa!

***

        Tymczasem Deidre zaprowadziła malutką półelfkę do swojego domku i posadziła na łóżku. Miękki mech zapadł się pod dziewczynką, która była wyraźnie przestraszona i walczyła ze łzami. Widząc jak szkliste są oczy Nevan, Dea bez słowa usiadła obok niej i przytuliła ją mocno do siebie. Wiedziała, że takie wydarzenia potrafią odcisnąć się piętnem na psychice nawet najodważniejszego dziecka. Sama, gdy tylko doświadczała koszmarnych wizji przyszłości, uciekała wypłakać się w ramionach Pani Malwy. Ona jako jedyna okazywała współczucie zagubionej małej wieszczce.
        Gdy Nevan się uspokoiła, Dea ostrożnie wyciągnęła z torby Mörskrik i podała go dziewczynce.
- Zobacz. To właśnie uratowaliśmy z twoim przyjacielem. Ta maska jest darem od Ducha Lasu i zawiera w sobie niesamowitą, pradawną energię. Chcesz posłuchać o Duchu Lasu?
Zaczęła opowiadać o pięknym, podziemnym sanktuarium, w którym ukryty był artefakt oraz o stworzonej z wielu żywiołów postaci Ducha Lasu. Ani słowem nie zająknęła się o Mehlarze ani o masakrze jaka odbyła się pod ziemią. Chciała wypełnić głowę dziewczynki pięknymi obrazami, które ukołyszą ją do snu.
        Mówiła łagodnym, cichym głosem, gładząc dziewczynkę po głowie i pomału układając ją do snu. Miała nadzieję, że miękkość mchu i opowieści pozwolą półelfce odpłynąć i przespać noc w oczekiwaniu na przebudzenie przyjaciela.

Awatar użytkownika
Valerian
Szukający drogi
Posty: 33
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Valerian » 1 tydzień temu

        Mała Nevan rzadko płakała, na pewno nie jak inne dzieciaki, gdy się o coś uderzyły, czy coś poszło nie po ich myśli. Nie było nieraz łatwo przełknąć gorycz porażki bądź uporać się z potwornym bólem, ale od śmierci mamy jej tata zawsze jej powtarzał, że w życiu trzeba być silnym, nie można okazywać słabości, a już w szczególności podczas polowania. W przyrodzie przecież od wieków istniało tylko jedno prawo: "zjedz, albo zostań zjedzonym". Prawo określające czy ktoś jest ofiarą, czy drapieżnikiem. Naturalna równowaga. Nie sposób jednak nie okazać smutku, gdy traci się rodziców albo widzi się przyjaciela na skraju śmierci. Zwłaszcza, że pólelfce został już tylko on. W takich sytuacjach ciężko jest zachować spokój i nie poddać się rozpaczy. Nie kiedy przed oczami majaczy widmo kolejnej straty bliskiej osoby.
        Strasznie się martwiła o Valeriana, chciała by się już obudził, teraz, natychmiast! Inaczej chyba go udusi i pobije, i jeszcze nakrzyczy. O tak! A Dea na pewno jej w tym pomoże, była o tym święcie przekonana! Była driadzie wdzięczna, że ta z nią została, że pozwoli u siebie spać i Nevan nie będzie musiała dalej siedzieć z tą głupią Eleanor. Bała się tylko co stanie się z Valem jak tamta go znajdzie, ale skoro Deidre wydawała się być spokojna i z taką pewnością mówiła, że wszystko będzie dobrze, to chyba nie było sensu się na ten moment przejmować tamtą wredną babą.

        Całą drogę do chatki Dei szła z nią za rękę i cicho chlipała, co chwila podciągając nos. Bez protestów siadła na miękkim posłaniu driady, ale nadal była przygnębiona. Widać było, że starała się twardo trzymać, ale było jej bardzo ciężko, nie można przecież oczekiwać takich rzeczy od dzieci, nawet takich ośmioletnich. Dlatego jak tylko została przytulona przez Deę, od razu się do niej wtuliła i po prostu pozwoliła łzom płynąć. Obecne wydarzenia skumulowały się z tym, że dziewczynka wychowywała się praktycznie bez matki i choć jej ojciec był najwspanialszym i najukochańszym elfem na świecie, nic przecież nie mogło zastąpić matczynego ciepła i miłości. A tego małej strasznie brakowało choć nigdy by się otwarcie do tego nie przyznała. Valerian był dobry i troskliwy, starał się opiekować dziewczynką najlepiej jak potrafił, ale czego tu oczekiwać po dzikim zwierzęciu. W praktyce wychodziło na to, że bardziej pólelfka się nim opiekowała, a o bycie przytuloną przez niego jak było jej źle, musiała się prosić i mu tłumaczyć, jak jakiemuś głupkowi.
        Driady nie musiała wcale prosić, wieszczka zdawała się doskonale rozumieć małą Nevan, co zaowocowało tym, że dziewczynka w miarę szybko się uspokoiła. Nie chciała jednak wcale odsuwać się od naturianki, przez co nadal się w nią wtulała, gdy została jej podana mistyczna maska. Widząc jak ostrożnie Dea wyjmowała artefakt ze swojej torby, Nevan po części niepewnie ją wzięła w swoje rączki, bo bała się, że mogłaby ją niechcący popsuć. Była nią jednak dziwnie zafascynowana jakby naprawdę spotkała się z jakimś boskim przedmiotem, a nie zwykłym kawałkiem drewna, a driada zaraz jakby potwierdziła tę swego rodzaju niepewność i ostrożność w stosunku do Mörskrik.
        - Chcę! - powiedziała żywo, dopiero po chwili będąc w stanie oderwać oczy od niesamowitego podarunku, który też oddała driadzie. Ułożyła głowę na jej kolanach i słuchała z coraz to rosnącym zachwytem. Była wręcz oczarowana opowieścią nowej przyjaciółki, a przez to spokój snów otoczył jej umysł i serce. Obiecała sobie nawet, że jeśli Val i Dea nie będą chcieli jej pokazać tego pięknego, podziemnego sanktuarium - sama go znajdzie. I Ducha Lasu też.
        - Czyli - zaczęła choć zmęczenie zaczęło powodować, że coraz bardziej znajdowała się na granicy snu. -... Czyli, że Val się tak zachowywał, bo musiał pomóc Duchowi Lasu? I nie przestał mnie lubić, bo na niego nakrzyczałam? - zapytała, patrząc z niecierpliwością na driadę. Ziewnęła zaraz szeroko i bardziej wtuliła policzek w ubranie Dei. - Duch Lasu mógł po prostu powiedzieć, że potrzebuje na chwilę pomocy Vala. Wystraszył mnie, że Val mnie zostawił już na zawsze - mruknęła pod nosem obrażona na legendarnego strażnika harmonii i zaczęła powoli usypiać.
        - Jak go znajdę... skopię mu poroże i... i Valerianowi też. Nie wolno... mnie tak... straszyć - wymamrotała naburmuszona odpływając do krainy snów, a konkretnie do mitycznego, podziemnego domu Ducha Lasu, w którego istnienie jej rozum powątpiewał.
        Opis Dei był zbyt piękny by takie miejsce mogło w ogóle istnieć, no bo jak coś tak pięknego może być pod ziemią. Pod ziemią jest brudno i ciemno, i straszno, i śmierdzi wilgocią. No i jeszcze te pajęczyny! Nie bała się pająków, to pająki musiały się bać jej butów, ale pajęczyny były strasznie nieprzyjemne. Najbardziej gdy się w taką weszło i paskudnie drażniło skórę na twarzy. Niby nic już nie ma, bo się twarz przetarło, ale to dziwne uczucie, nadal jeszcze długo pozostawało. Nie lubiła pajęczyn.
***
        W chatce Pani Malwy natomiast, Valerian cały czas pozostawał nieprzytomny, mimo fachowej opieki driady i jej magicznych specyfików. Nie powinno to w sumie dziwić, bo sporo przeszedł i dość mocno mu się oberwało. Nie było już jednak tak źle jak mogłoby się wydawać i nie było to zasługą jedynie starej driady, ale również samej opatrzności Ducha Lasu, za którego sprawą nie dane jest Valerianowi umrzeć. To jeszcze nie był jego czas.
        Choć spał spokojnie, sen, który obecnie miał wcale nie był aż tak miły. Zwłaszcza, że po zlikwidowaniu okowów Mehlara, zmuszajacych wilkołaka do spełniania każdego jego rozkazu, oraz po śmierci samego czarownika zaczęły powracać do zmiennokształtnego na nowo wspomnienia z czasów, gdy jeszcze był zwykłym człowiekiem. Nie było to najprzyjemniejsze doświadczenie w jego życiu, bo czuł się jakby jakiś kowal tłukł swoim młotem w jego czaszkę od wewnątrz, ale obecnie nawet nie widział przebłysków owych wspomnień.
        Obecnie przedzierał się przez mroczną puszczę pełną ciernistych krzaków i gałęzi, uciekając przed wilkiem wielkim jak drzewa, którego nie był w stanie pokonać. Bo niby jak? Był ledwo przyjętym do armii rekrutem. Przecież dopiero co opanował podstawy walki mieczem, gdy został porwany przez ucznia Mehlara.
        Pozornie zgubił swój pościg, przestał czuć na karku okropny smród wydobywający się z wilczej paszczy, cuchnący krwią i śmiercią, ale mimo to nie przestał biec przed siebie. Zbyt dobrze słyszał za sobą jak potwór powalał kolejne drzewa i warczał, jakby się szatańsko śmiał i tylko w przebłysku swej łaskawości postanowił dać niedoszłemu rycerzowi złudną nadzieję, że zdoła mu uciec. Bestia chciała móc się jedynie nieco dłużej zabawić ze swoją ofiarą. Znalazł po chwili jakąś jaskinię, w której mógłby się skryć przed monstrum i już miał skierować się w jej stronę, gdy okazała się nagle wilczą paszczą i gardzielą.
        Dymitr od razu się zatrzymał, lecz nie pobiegł w przeciwną stronę. Zawahał się widząc monstrualnego jelenia z ludzką twarzą, którego blask oślepiał w tym bezkresnym mroku. Rekruta opuściła chęć ucieczki, a potwór przez moment wydawał się przypominać tarzającego się w walerianie potulnego psiaka sprzed kilku lat. Mógłby nadal w nieskończoność uciekać od swojej zwierzęcej natury, ale... jak można uciekać przed samym sobą? To jak ucieczka przed własnym cieniem, można zgasić światło by się go pozbyć, ale wróci za każdym razem jak tylko wyjście się z mroku.
        Jedynym sposobem jest chyba tylko śmierć. A tego Dymitr, Valerian nawet nie brał pod uwagę. Nie mógł zostawić Nevan samej. Nawet jeśli driady z wioski zapewne dobrze by się nią zaopiekowały, ojciec dziewczynki nigdy by mu tego nie wybaczył i nie dał by duchowi wilkołaka spokoju. Był tego pewien.
        Bez dalszej zwłoki wznowił swój bieg... prosto do wilczej paszczy. Każdy początek ma swój koniec, a każdy koniec ma początek.

        Zaczął się przebudzać, gdy pierwsze promienie słońca wdarły się do chatki starej driady, a śpiew ptaków jeszcze bardziej nasilał ból jego głowy. Przez moment zastanawiał się czy rzeczywiście odgłosy lasu jako budzik, mogły być bardziej irytujące niż pianie wiejskiego koguta i szczerze w obecnej chwili ciężko było mu jednoznacznie stwierdzić co było gorsze. Chyba jednak nadal kogut. Mało prawdopodobne by skrzydlaci mieszkańcy przez zwykły kaprys zechciałyby go podziobać. Ot tak, dla sportu.
        Choć magiczna woda była niebywale kojąca oraz w jakimś stopniu łagodziła ból, nie był w stanie na nowo zasnąć. Zbyt dużo rzeczy na raz rozsadzało mu głowę. Odzyskane wspomnienia wszystko komplikowały i wolałby naprawdę nadal pozostać zwykłym zwilczałym dzikusem, bo wtedy nie musiał by się martwić o nic więcej niż Nevan i własny żołądek. Przecież zniknął z Nandan-Ther podczas pełnienia swojej warty, uznano go pewnie za dezertera i jego rodzina mogła mieć przez to kłopoty. Co prawda nie było sensu nic wyjaśniać, ale chociaż... gdyby tylko się tam pojawił od razu by go pewnie pojmano i skazano na śmierć. To nie przyniosłoby nic dobrego ani Nevan, ani jego rodzinie.
        Nawet się nie skrzywił gdy podniósł się w sadzawce z wodą do pozycji siedzącej. Bolało go praktycznie wszystko, ale na jego twarzy widniał jedynie posępny wyraz i głębokie zamyślenie, mimo mętliku w jaki miał w głowie. Był tak pochłonięty swoimi rozważaniami, że nie zwrócił uwagi na to co wokół niego.

ODPOWIEDZ

Wróć do „Szepczący Las”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość