Fargoth[Fargoth i okolice] W objęciach chaosu

Miasto położone na granicy Równiny Drivii i Wschodnich Pustkowi, jedno z głównych miast środkowej Alarani, położone na szlaku handlowym, prowadzącym przez Opuszczone Królestwo aż do Wybrzeża Cienia.
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Vasko
Szukający drogi
Posty: 32
Rejestracja: 1 rok temu
Rasa: Alarianin
Profesje: Zwiadowca , Szpieg , Włóczęga
Kontakt:

[Fargoth i okolice] W objęciach chaosu

Post autor: Vasko »

        Spotkanie Astarte...

        Podróż z Czarną, była chyba największą katorgą w całym jego życiu. I nie chodziło wcale o to, że pokusa była beznadziejną towarzyszką. Wina raczej leżała po stronie Cienia. Kobieta naprawdę popełniła ogromny błąd, że nie poczęstowała chłopaka pałką w łeb na samym początku ich wyprawy, na pewno dużo sprawniej by to wszystko szło. A tak, Vasko co chwilę nieumyślnie zatrzymywał swoją szkapę, gdy tylko zaniepokoił go jakiś szelest, albo nie zobaczył kątem oka jakiegoś ruchu. Czyli średnio co dziesięć, piętnaście minut się zatrzymywał. Szedł ostrożnie kawałek dalej swoją kobyłką i znów zatrzymanie. Za to, gdy wydawało mu się, że słyszy ujadanie i widzi przemykającego gdzieś w krzakach Bazgrolaka ze swoją ręką w paszczy (choć ta zdążyła mu już odrosnąć od tej felernej teleportacji, podczas której ją stracił, choć nadal w miejscach, gdzie skóra nie zdążyła się jeszcze zregenerować i widać było nieosłonięte niczym mięśnie, a nawet przebłyski kości, jątrzyła się i cuchnęła niemiłosiernie jakby należała co najmniej do trupa), od razu popędzał swojego wierzchowca i wyrywał ostro do przodu w szaleńczym galopie.
        Jak się więc nie ciężko domyślić, szybko zgubił swoją towarzyszkę i przewodniczkę, a gdy sobie to uświadomił... Wcale mu to nie pomogło. Wręcz przeciwnie, jego paranoje i halucynacje tylko przybrały na sile. Gdy jeszcze jako tako racjonalnie myślał, wyciągnął ze swojej sakwy niewielki mieszek z mieszaniną różnych sił i suszonych grzybów i owoców. Nawet nie wygrzebywał czegoś konkretnego. Całą zawartość swojego "tygodniowego" zapasu mieszanki ogłupiaczy wsypał sobie do ust i nawet nie myślał tego niczym popijać. Przeżuł dwa razy, zmielił zębami i połknął. Nie długo trzeba było czekać na efekt, gdy to zrobiło mu się strasznie nie dobrze i miał wrażenie jakby jego własne wnętrzności rzuciły się w tej chwili do panicznej ucieczki, niczym szczur przegryzając sobie drogę na wolność przez jego brzuch.
        Nie był w stanie długo utrzymać się na grzbiecie pędzącej kobyły, a gdy z niej spadł, szybko spanikowany odpełzł i schował się za jakimś pniem. Skulił się pod nim do pozycji embrionalnej i zacisnął mocno powieki trzymając się za głowę i prosząc najwyższego by ten koszmar się już skończył. Głowa mu pękała od tego wszechobecnego, szyderczego powarkiwania Bazgrolaka, a raczej już całego stada Bazgrolaków, które wydawało mu się, otaczały go w tych bezlitosnych ciemnościach i tylko coraz bardziej zacieśniały krąg, w którego środku był zwijający się z bólu i własnego szaleństwa chłopak.
        Nie miał w ogóle władzy nad własnym ciałem i tak jak chwilę temu, był jeszcze w stanie opierać się na dłoniach i kolanach, wymiotując krwią, tak teraz leżał bezwładnie na boku i się nią po prostu krztusił. Teraz już widział dokładnie... Tam w ciemności, za tą nieskończoną ilością pokracznych pso-podobnych stworzeń, które wyglądały jakby uciekły z dziecięcych rysunków, znajdowała się czarna jak noc brama. Ta stała obecnie otworem i aż zbyt doskonale słyszał coraz to bardziej narastające odgłosy łańcucha i pazurów przesuwających po kamiennej ścianie, dochodzące z tej mrocznej otchłani. Nie był w stanie dostrzec, co się tam na niego czaiło od ostatnich kilku dni, gdyż zaraz horda narysowanych węglem psów, każdy z jego zabandażowaną obecnie ręką w paszczy, rzucił się w jego stronę. Chłopak krzyknął z bólu niemalże na cały las, że pewnie w Artutronie było go słychać i praktycznie tracąc świadomość, teleportował się. Tatuaże na jego ciele mieniły się niepokojąco karmazynowym blaskiem, nawet gdy był nieprzytomny.
        Łupnął głośno na ganek, jednego z gospodarstw niedaleko Fargoth. Było to słychać tak, jakby coś spadło z dużą siłą na drewnianą podłogę. Odgłos od razu zbudził wszystkich domowników i potężnie zbudowany mężczyzna w średnim wieku, od razu zobowiązał się do sprawdzenia co się dzieje i odparcia niebezpieczeństwa w razie potrzeby. Wziął do tego swój rodowy topór przekazywany z dziada, pradziada i wyszedł przed dom pewnie dzierżąc go w dłoniach, w samej tunice, przez co wyglądał raczej komicznie niż groźnie. Gdy dostrzegł na swoim ganku leżącego bez ducha nieznajomego, od razu się ubrał i pobiegł po jakąś pomoc, a kobieta, która za nim wyjrzała, wrzasnęła w niebo głosy, budząc przy okazji wszystkich sąsiadów.
        Przeniesiono Vasko do szpitala w Fargoth, a tam od razu zabrano go i zamknięto w osobnym pokoju, przykutego do łóżka, gdy tutejsi medycy medycy, że choć wygląda jak zwykły alaranin, jego ciało i organizm przynajmniej pod względem anatomicznym nie są wcale takie zwyczajne. Jego organy wewnętrzne nosiły na sobie takie same znaki, co on miał na skórze, a tam gdzie jakiś wnętrzności mu brakowało, owe znaki z danego, brakującego organu unosiły się w powietrzu, jakby nadal się na nim opierały, choć tego fizycznie nie było. Co prawda zmotywowało ich to, do odratowania chłopaka, ale tylko po to, by móc przeprowadzić badania na żywym obiekcie, a nie martwym, który mógłby po śmierci zatracić niektóre ze swoich cech.
        Niewiele jednak byli w stanie zrobić. Ledwo poskładali go do kupy i pozwolili odzyskać siły, by jego stan był stabilny, a gdy na następny dzień przyszli, by zrealizować swój plan... chłopaka już nie było. Dochodził do siebie tam gdzie najlepiej było każdemu szczurowi i cieniowi. W podmiejskich podziemiach, do których spływał cały rynsztok. Wegetował tam przez kolejnych kilka dni, a gdy wyszedł na powierzchnię... Nie wiedział w ogóle gdzie się znajduje i co w ogóle ma ze sobą począć. Miał dotrzeć do Alice, kimkolwiek on był i gdziekolwiek miał swoją siedzibę. Mógłby szukać w prawdzie Czarnej, ale wątpił, by w ogóle go szukała.
        Włóczył się jakiś czas bez celu, kręcił obok stoisk zielarskich i sklepów alchemicznych, ale nie odważył się nawet pomyśleć o kradzieży czegokolwiek. Nie miał na to w ogóle siły. Wielkim sukcesem i tak było to, że zdołał w ogóle wyjść z kanałów i utrzymać się na nogach. Gdy tak szedł, niczym ożywione zwłoki, ktoś obok niego przebiegł szybko. Jakieś dziecko. Dziewczynka. Słyszał radosny śmiech i jednocześnie pełen boleści szloch. Zupełnie tego nie rozumiał, postanowił więc, to sprawdzić choćby dla zaspokojenia własnej ciekawości. Zwłaszcza, że ten głos rozsadzał mu czaszkę, jak niecały tydzień temu warczenie setki przynajmniej urojonych kreatur. Ledwo zrobił dwa kroki w stronę, w którą pobiegła dziewczynka, teleportował się, nawet tego nie kontrolując. Znalazł się na jakimś dachu, może na dachu wieży strażniczej, może na dachu dzwonnicy. Nie przykładał do tego większej wagi, gdyż zaraz przy krawędzi spostrzegł dziewczynkę, która chwilę temu na niego wpadła. Podszedł do niej, zatrzymując się również na samej krawędzi i spojrzał w dół. Strasznie tu było wysoko. Przeniósł swoje ponure spojrzenie na dziewczynkę, która tuliła do siebie mocno czarnego pluszaka z długim ogonem... Albo trzema nogami? Nie. To definitywnie był ogon. A ona... Płakała. Choć nie wiadomo czemu, słyszał w głowie pełen życia i radości śmiech.
        - Hej, cofnij się, bo spadniesz - powiedział cicho do niej i wyciągnął w jej stronę rękę, lecz dziewczynka pokręciła tylko energicznie głową nawet jej nie podnosząc. Długie kręcone włosy praktycznie całą kaskadą opadały jej na twarz i ją zasłaniały. Jakby ze strachu przytuliła do siebie ręcznie szyta maskotkę, przypominającą czarnego kota. Nie podjął ponownej próby nawiązania z nią jakiegokolwiek kontaktu.
        Wtedy nagle złapała go za rękę i spojrzała na niego. Jej skóra na twarzy była tak naciągnięta, że nie było tam w ogóle nosa, a powieki i usta zszyte były grubą, czarną żyłką. Zaniepokoił się gdy to zobaczył, a przez to poślizgnął się na krawędzi, stracił równowagę i zaczął spadać razem z tą potworną dziewczynką na niechybne spotkanie z ziemią, a po tym ze Stwórcą. Gdy Vasko myślał, że już po nim, otworzył oczy i z powrotem stał na krawędzi dachu. Był sam. Spojrzał w dół. Zebrał się spory tłum, patrzący na szaleńca chcącego skoczyć z dzwonnicy - na niego, ale nie było nigdzie na ziemi nawet śladu po roztrzaskanej dziewczynce. Cofnął się i chciał złapać za głowę, lecz wtedy uświadomił sobie, że cały czas trzymał w dłoniach czarną maskotkę, z długim kocim ogonem i białymi wąsikami po bokach okrągłej głowy.
        "- Zaopiekuj się nim proszę. On boi się zostawać samemu po zmroku" - rozbrzmiał w jego głowie dziewczęcy głos. Nie było w nim słychać ani granika smutku...
        - Nie ruszaj się! Już po ciebie idziemy! - usłyszał zaraz za sobą, a gdy zerknął przez ramię swoimi pełnymi zaskoczenia, różnobarwnymi oczami, dostrzegł zbliżających się do niego ostrożnie strażników. Szli powoli, byleby tylko nie wystraszyć chłopaka i nie sprowokować go do skoku.
        Odwrócił się w ich stronę, trzymając mocno pluszaka, by mieć pewność, że go nie zgubi. Nie odsunął się jednak od krawędzi. Uśmiechnął się przyjaźnie do strażników znajdujących się niecałe dwa sążnie od niego i zaczął się nagle bez powodu śmiać na całe gardło, rozbawiony. Jakby było się z czego śmiać w takiej sytuacji. Z pozoru radosny śmiech, szybko przybrał bardziej obłąkańczych nut i nawet gdy chłopak odchylił się do tyłu, w momencie, gdy zbrojni mieli go już pochwycić, i zaczął spadać, nie przestał się śmiać. Nim jednak w ogóle dotknął ziemi, rozpłynął się w ciemnym obłoku dymu i tyle było go widać.
        Pojawił się niedaleko dzwonnicy, w jednej z bocznych uliczek gdzie zaraz oparł się o ścianę jakiegoś budynku i osunął się po niej, by klapnąć na ziemi. Cały czas trzymał w dłoniach tego pluszaka... I w sumie gdyby nie on, zacząłby się zastanawiać, czy to nie było tylko kolejnym urojeniem.
        - Więc ty też boisz się ciemności, co? - zwrócił się do pluszaka, jakby ten miał mu zaraz odpowiedzieć, po czym westchnął i oparł głowę o zimną ścianę. Przymykając przy tym oczy. Kompletnie nic już nie rozumiał.
Awatar użytkownika
Larrana
Zbłąkana Dusza
Posty: 6
Rejestracja: 1 rok temu
Rasa: Krydiana
Profesje: Włóczęga , Wędrowiec , Łowca
Kontakt:

Post autor: Larrana »

Fargoth... Czemu znalazła się akurat tutaj? Czysty przypadek. Zabrała się z kupcami, którzy wędrowali w tą stronę z Elisji. Pasowało jej to, bo nie miała konia. A jeden z handlarzy, za drobną opłatą dał jej malutkie miejsce na wozie. Chociaż z posiadania przy sobie koyi musiała się wcześniej wytłumaczyć i zapewnić, że Kaos nikogo nie zaatakuje. I tak wyruszyły znów w świat. W czasie podróży polowała i przynosiła kupcom świeże jedzenie. Za co do jej sakiewki wpadło parę monet. Koszt podróży zwrócił jej się kilkakrotnie. Była więc więcej niż na plusie.

W mieście nie miała problemów ze znalezieniem noclegu. Kupiec, z którym podróżowała znał się na zwierzętach, dlatego rozpoznał w Kaos koyię, ale w mieście wszyscy mieli ją po prostu za wielkiego kota.

Był bardzo ciepły dzień. Im bliżej miasta byli tym dni stawały się dłuższe i przyjemniejsze. Kwestia nieliniowego płynięcia czasu. W Elisji było chłodno, Fargoth cieszyło się wczesnym latem. Lara nie chciała spać w karczmie, szukała miejsca, gdzie mogłaby się rozgościć w stodole, najlepiej na strychu. I udało się. Pierwsza lepsza karczma miała za budynkiem stodołę i magazyn w jednym. Było siano dla koni i innych zwierząt, magazyn zboża, mąki, beczek z piwem, skrzyń pełnych suszonych owoców i mięsa. Pomiędzy stodołą, a gospodą znajdowała się studnia i ogródki warzywne. W mniejszym budynku trzymano kozy, z których mleka robiono świeży ser. W podwórzu był także specjalny, wielki piec, do pieczenia mięsa. I drugi, do pieczenia chleba. Lara zaoferowała się, że za zajęcie strychu w stodole będzie płacić w połowie ruenami, a w połowie mięsem upolowanych zwierząt. Jako że niedługo miał odbyć się festiwal, a do miasta zaczęli zjeżdżać podróżnicy, karczma potrzebowała dodatkowego łowcy, więc właściciele się zgodzili. Znów miała szczęście. Ba, uważała nawet, że ostatnio ma go aż nazbyt dużo i to ją niepokoiło.

Tego dnia akurat wychodziła z podwórza, chciała się przejść, po prostu, bez celu. Poprzedniego była na polowaniu i zapłaciła gospodarzom wielką, ubitą sarną. Udało jej się też złapać trzy zające i kilka kuropatw. Sprzedała je w mieście, więc póki co nie musiała martwić się o byt. A co za tym idzie, uznała, że szlajanie się po ulicach i obserwacja to dobry pomysł.
Kiedy wychyliła się zza budynku dostrzegła, że na końcu uliczki zebrało się kilka osób. Z tego miejsca widać było dzwonnicę, a na niej przyszłego samobójcę. "O chłopie, gratuluję odwagi. Ech... A ja jak idiotka, obiecałam matkom, że się nie zabiję i co mi z tego przyszło?" Dla Lary samobójstwo i myślenie o nim było na porządku dziennym. Bo to raz zastanawiała się jak to zrobić? Ale dała słowo, nie tylko rodzicom, ale też Kaos, jej też obiecała, że nigdy jej nie opuści. A danego słowa nie mogła złamać. Dlatego jeszcze żyła. Oparła się o mur budynku i przyglądała działaniom na wieży. Z jednej strony chciała by chłopaka uratowano, bo miała podstępny plan dorwać go gdzieś i porozmawiać – cóż, taki egoizm. Z drugiej liczyła, że skoczy i szybko odejdzie, bo może w ten sposób odnajdzie spokój.

Już miał się znaleźć poza dzwonnicą, już stał na krawędzi, by w końcu skoczyć. Nie spadał nawet sekundy, nagle rozpłynął się w powietrzu, co jeszcze bardziej zaciekawiło Larę. Aż przekrzywiła głowę niczym pies, słyszący nieznany dźwięk. W tej samej chwili, chłopak z wieży zmaterializował się po drugiej stronie ulicy. Nim zdążyła zareagować, ten siedział już na bruku i gadał do... maskotki? Przez głowę Lary przebiegło milion myśli. Spojrzała na zdziwiony tłum na końcu ulicy. Magia magią, ale nie wszyscy byli jej zwolennikami. Zwłaszcza w takich sytuacjach. Krydiana przewróciła oczami. "Dobra..." pomyślała. Podeszła do chłopaka i nachyliła się nad nim.

- Słuchaj, musisz stąd spadać. Za próbę samobójczą i znikanie od tak będą cię pewnie chcieli zamknąć – mówiła, ale miała wrażenie, że chłopak jej nie słucha. Wewnątrz niej rosło napięcie.
- Hej, mówię do ciebie – mruknęła. Spojrzała znów w stronę tłumu. Wiedziała, że prędzej, czy później ktoś odwróci się w ich stronę.
- Kurrrrrwa – zaklęła pod nosem.
- Dalej, chodź, musimy spadać – ponagliła ciemnowłosego. Adrenalina w jej żyłach zawrzała. Chwyciła chłopaka za ramię i zmusiła do wstania, a potem pociągnęła za sobą na podwórze. Nie zastanawiając się wpakowała ich oboje do stodoły i zamknęła za nimi wrota.
Awatar użytkownika
Vasko
Szukający drogi
Posty: 32
Rejestracja: 1 rok temu
Rasa: Alarianin
Profesje: Zwiadowca , Szpieg , Włóczęga
Kontakt:

Post autor: Vasko »

        - Nikt jej nie widział... - mamrotał do siebie, siedząc pod ścianą kamienicy w bocznej uliczce. Nawet przez myśl mu w tej chwili nie przeszło, że strażnicy i ci co widzieli jego "skok" mogli by zacząć go szukać, aby zamknąć go pewne w jakimś przybytku dla obłąkanych, spalić na stosie lub po prostu zamknąć w więzieniu, by nikomu krzywdy nie zrobił, bo z takim to nigdy nic nie wiadomo.
        - Czyli nie istniała, prawda? - zapytał sam siebie, patrząc w szklane, pozbawione życia oczka pluszaka. Czarne niczym najgłębsza z piekielnych czeluści. Przesunął palcem po pokrzywionych wąsach, wyglądających jakby ktoś poprzypalał ich końcówki i wybuchnął niekontrolowanym śmiechem. Choć nie miał powodów, by mu było do śmiechu. Zwłaszcza teraz, gdy miał okropne kłopoty i tylko kwestią czasu było aż te w końcu go dopadną. - Nie była prawdziwa, więc ty też nie powinieneś być prawdziwy - mruknął. Lekko przekrzywił głowę przyglądając się uważnie maskotce i obracając ją w dłoni. Miał jeszcze większy mętlik w głowie, bo wszystkie zmysły mówiły mu, że zabawka jest jak najbardziej prawdziwa. A przecież nie powinna, jeśli jej właścicielka była jedynie halucynacją.
        - Dlaczego więc... - pokręcił zaraz głową, nie kończąc swojej myśli. Czy miała większe znaczenie? Może, a może nie. Na pewnie nie ułatwiłaby mu ustalenia, co się właściwie wydarzyło.
        - A może ja śnię? - Nieco się ożywił na tę myśl. Wiele by to wyjaśniało. I jeszcze więcej ułatwiało.
        Odetchnął głęboko, wyraźnie uspokojony tą myślą i zamknął oczy opierając głowę o zimną ścianę. Nie zwrócił przy tym uwagi na wchodzącą do zaułka dziewczynę, bo i po co skoro miała być jedynie senną marą? Skoro jednak tak było, to czym się tak stresowała?
        - Tutaj jest! - zawołał ktoś od ulicy, stojąc na wysokości zaułka i nawołując resztę. - Hej, wy dwoje! Nie ruszać się i nie próbujcie żadnych sztuczek! - polecił i czekał na przybycie strażników.
        - Hm? T-to nie jest sen? - zapytał zaskoczony, gdy uświadomił sobie w końcu, że ktoś przed nim stoi - jakaś dziewczyna - i do tego przeklina.
        Chyba jednak nie był odpowiedni czas na wyjaśnienia, a przynajmniej dla niej, bo nim dała mu chwilę się rozeznać w sytuacji, złapała go i pociągnęła za sobą. Zdezorientowany chłopak nie utrudniał jej zaciągnięcia w bezpieczne miejsce, biegł razem z nią, trzymając mocno w dłoni maskotkę otrzymaną od upiora.
        Gdy znaleźli się w stodole, rozejrzał się nieprzytomnie po niej, nadal nie rozumiejąc, albo raczej będąc w szoku przez to co się działo. I to najpewniej z jego powodu. Nie miał najmniejszego pojęcia co właśnie miało miejsce, gdzie się znajdował i... Kim była do diabła ta dziewczyna? Nie wyglądała jak tamta dziewczynka, ale... w sumie teraz to do niczego nie miał pewności.
        - Ona jest prawdziwa? - zapytał patrząc na pluszaka w swojej dłoni, a dopiero po chwili spojrzał zdezorientowany na ciemnoskórą dziewczynę zastawiającą wejście stodoły. - Kim ty jesteś? Gdzie jesteśmy? Co się dzieje? Gdzie jest tamta Pokusa? - Tym razem ze swoimi pytaniami zwrócił się do nieznajomej. Nie wątpił, że będzie bardziej rozmowna od przeklętego pluszaka. W sumie... chyba zapomniał zapytać tamtą dziewczynkę o imię tego pluszaka, ale... może...
        - Ty... wiesz jak on się nazywa? - odezwał się zaraz znowu i nieco wymachiwał przy tym przytulanką przed twarzą dziewczyny, by wiedziała o co mu chodziło. Miał nadzieję, że dziewczyna mu pomoże skoro już tu jest. Jak miał się opiekować czymś czego nawet imienia nie znał?
Awatar użytkownika
Larrana
Zbłąkana Dusza
Posty: 6
Rejestracja: 1 rok temu
Rasa: Krydiana
Profesje: Włóczęga , Wędrowiec , Łowca
Kontakt:

Post autor: Larrana »

Wychodziło na to, że jej nowy kompan był wariatem. Ale co tam, ona też była. Może nieco mniej pokręcona, bo na środkach uspokajających, ale jednak. Z resztą też czasem gadała do siebie, do Kaos, albo po prostu w przestrzeń. Jedno było pewne, gość, którego zamierzała uratować był w tej chwili ździebko niepoczytalny. Nie było mowy o rezygnacji. Wariaci powinni trzymać się razem.
- Jestem Larrana - Lara. Mówi mi po prostu Lara - powiedziała szybko i z niepokojem.
- Jesteśmy w bezpiecznym miejscu. W miarę bezpiecznym. Ale musimy się bardziej ukryć. Spadłeś z wieży, a właściwie nie spadłeś, tylko zniknąłeś. Nie sądzę, by straż chciała cię złapać i odstawić w bezpieczne miejsce. Raczej wsadzą cię do lochu, albo do przybytku dla obłąkanych. Dobrze by było, gdybyś mnie teraz posłuchał, bo inaczej oboje skończymy w wariatkowie.
- Nie wiem gdzie jest jakaś pokusa, ale wiem, że musimy się schować. Słyszysz? - kiedy zapytał o imię swojej maskotki Lara spojrzała na nią i uznała, że najlepiej będzie nie komplikować jeszcze bardziej sytuacji.
- Nayla, ma na imię Nayla - powiedziała. To było pierwsze imię jakie przyszło jej do głowy.
- Słuchaj. Musimy wziąć Naylę i wspiąć się tam, na górę - wskazała drabinę prowadzącą na strych stodoły. - Tam jest spokojnie. Nikt nas nie znajdzie. Będziesz mógł odpocząć - "I ja też..." - Hm? Chodź, chodź - zachęciła go. Potem pomogła mu wejść na drabinę, a kiedy był w połowie drogi, ona też zaczęła się wspinać. W końcu znaleźli się na górze, a Lara używając wszystkich sił wciągnęła drabinę na strych. Bez drabiny, nikt nawet nie będzie podejrzewał, że gdzieś tam pod dachem, ktoś się ukrywa.

Odwróciła się w stronę chłopaka. Kaos leżała w kącie, zakopana w sianie. Widząc go tylko podniosła głowę, przyjrzała się mu, po czym zamknęła oczy i zupełnie go zignorowała. Lara aż zmarszczyła brwi. "Chora jesteś, czy co?" - pomyślała zwracając myśli ku swojej kotce. Normalnie się tak nie zachowywała, czyżby chłopak był wyjątkowy?
Strych wypełniony był jej rzeczami. Nadal nieuporządkowanymi. Ale było posłanie. Miejsce do siedzenia. Lampka oliwna. Koce i inne szmaty rzucone na podłogę, co by było w miarę przyjemnie. Siano dookoła sprawiało nawet, że strych wydawał się dość przytulny. Lara rozgarnęła je tak, by na środku nie było nawet źdźbła suchej trawy. Oliwa, ogień i siano, oj nie, zdecydowanie nie.
- Rozgość się - powiedziała wskazując ruchem głowy miejsce gdzie na podłodze leżał stary dywan, wysępiony od gospodyni. I tak do niczego się nie nadawał, więc krydiana go przygarnęła. Za nim ustawiła stóg, tak, by dało się o niego oprzeć plecy. Ona sama usiadła obok Kaos i pogładziła ją po sierści.
Awatar użytkownika
Vasko
Szukający drogi
Posty: 32
Rejestracja: 1 rok temu
Rasa: Alarianin
Profesje: Zwiadowca , Szpieg , Włóczęga
Kontakt:

Post autor: Vasko »

        Ta cała sytuacja... To w końcu śnił czy nie? Gdzie była Czarna? Miał ogromny mętlik w głowie i nie czuł się najlepiej. Jeszcze ta dziewczyna, czego w ogóle od niego chciała? Jeśli wierzyć temu co mówiła, to wychodziło na to, że chciała mu jedynie pomóc, tylko że... nikt mu raczej nigdy nie pomagał tak bezinteresownie, nie chcąc niczego w zamian. Chociaż czy naprawdę potrzebował pomocy? W całym jego życiu było sporo przypadków, że właśnie po jej otrzymaniu jego spokojna egzystencja znacznie się komplikowała.
        W Trytoni Szczur pomógł mu jakoś przetrwać na ulicy, dopóki chłopak nie został wzięty pod skrzydła jednej z raczkujących w mieście szajek, które chciały coś znaczyć w tamtejszym półświatku, ale Manty się grupką szybko zajęły i wzięli Cienia do siebie. Nie było mu u nich źle, nie miał też co narzekać choćby na to, że Burta wiecznie okradała go z jego ciężko zarobionych pieniędzy, miał ciepły i spokojny kąt do spania na zagraconym poddaszu karczmy, a i o jedzenie nie musiał się za specjalnie martwić. Mocno się to jednak zmieniło, gdy został przydzielony do pomocy zabójczyni z innej organizacji, a dokładniej po tym gdy dziewczyna sama do niego przyszła zlecając mu upozorowanie jej śmierci. I może wszystko byłoby dobrze, gdyby to nie była robota przyjęta za plecami jego szefowej... No i może odrobinę przesadził stawiając jedną z członkiń organizacji w roli kozła ofiarnego, która miała zostać zabita zamiast jego zleceniodawczyni. Po tym zamknięty został w więzieniu, z którego wyciągnęła go pokusa tylko dlatego, że jakiś facet się o niego upomniał. Znów jego życie się skomplikowało, bo pokusy nigdzie nie było widać, a go właśnie do jakiejś stodoły zaciągnęła ciemnoskóra dziewczyna, argumentując swoje postępowanie tym, że... muszą uciekać. Chyba wolał nie wiedzieć co tak naprawdę ona od niego będzie chciała.
        Zamrugał kilka razy, gdy mu się przedstawiła, jakby w ogóle tego nie rozumiał. Albo jakby dopiero co się obudził i zorientował się, że w ogóle coś do niego było mówione. Chwilę się zastanawiał nad tym jak on się nazywał, by doprowadzić do końca wymianę grzeczności, ale gdy w końcu zdecydował się odezwać, dziewczyna podjęła się próby wyjaśnienia mu po krótce całej sytuacji.
        - Z wieży? - mruknął cicho, analizując powoli w głowie wszystko co mu właśnie powiedziała. Otworzył zaraz szerzej oczy i nabrał tchu. - Na tej wieży była mała dziewczynka. Nie chciałem żeby spadła, ale ona pociągnęła mnie ze sobą... - powiedział i zaraz zadrżał zaniepokojony, spuszczając wzrok z Lary, gdy sobie przypomniał jak potwornie wyglądała tamta dziewczynka. Przypomniał sobie zaraz o pluszaku, którego mu wręczyła i pomyślał, że skoro ciemnoskóra wszystko widziała to może wie coś więcej o tej sprawie.
        - Nayla? - zapytał, patrząc na nowopoznaną. Widać było po wyrazie jego twarzy, że był niezbyt przekonany co do tego, że pluszak się tak rzeczywiście nazywał, ale skoro on sam tego nie wiedział, a dziewczyna wszystko widziała... Może też znała tamtą upiorną dziewczynkę i wie dlaczego go ze sobą pociągnęła. Czemu w ogóle chłopak znalazł się na tamtym dachu.
        - Tamta dziewczynka... - zaczął, lecz zaraz zamilkł, gdy Lara mu przerwała. Spojrzał na drabinę prowadzącą na strych i kiwnął głową.
        Bez zbędnych pytań kierując się w tamtą stronę. Niedługo po tym zaczął się wspinać na górę, cały czas trzymając czarną maskotkę kota. Kiedy był już na górze, wyciągnął dłoń do wspinającej się za nim dziewczyny, choć pewnie nie było takiej potrzeby, ale głupio by było zaraz rękę cofnąć. Z resztą... i tak pewnie miała go już za obłąkańca.
        Pomógł jej wciągnąć drabinę i rozejrzał się po jej kryjówce. Nie było to zagracone poddasze, ani zimna cala, ale w sumie wydawało się być tu całkiem przytulnie. Widząc jakiś ruch w sianie, skierował tam zaraz swoje spojrzenie i zorientował się, że Lara nie mieszkała tutaj cale sama. A może to był kolejny wytwór jego chorej wyobraźni, jak Bazgrolak?
        - Mieszkasz tutaj sama? - zapytał, aby się upewnić czy rzeczywiście dobrze widział jakiegoś zwierzaka w sianie, czy tylko mu się wydawało. Kiwnął głową na polecenie dziewczyny, by się rozgościć i poszedł usiąść na dywanie. Zerknął na Larę i w sumie jego pytanie przestało mieć jakiekolwiek znaczenie, bo zaczęła głaskać to coś co widział w sianie. Spuścił ponury wzrok i uwił go w starym pluszaku, którego znów zaczął nerwowo obracać w dłoniach. Wydawał się być z jednej strony taki znajomy i zupełnie obcy zarazem.
        - To nie jest sen prawda? - zapytał cicho, nie podnosząc spojrzenia na jego...wybawicielkę? - Nie widziałaś tamtej dziewczynki, bo ona nie istniała... - bardziej stwierdził niż zapytał, po czym spojrzał dość chłodno, bez najmniejszej iskierki życia na dziewczynę. - Dlaczego mi pomagasz?
        Wyglądał jakby chciał jeszcze coś dodać, lecz w jednej chwili drzwi do stodoły otworzyły się z impetem przez brutalne traktowanie ze strony ciężkiego buta strażnika, który z kilkoma towarzyszami wszedł do stodoły i zaczął szukać uciekinierów. A szczególnie wytatuowanego mężczyzny, który skacząc z wieży i znikając przed samym roztrzaskaniem się zakpił z nich wszystkich. Poza tym, takiemu szaleńcowi nie można było pozwolić chodzić swobodnie po mieście, bo nie wiadomo co mogłoby mu jeszcze strzelić do głowy. Mieszkańcy mogli być w ogromnym niebezpieczeństwie, gdyby zostawić go na wolności.
        Vasko słysząc ten trzask i nawoływania strażników, każących im wychodzić z ukrycia, wzdrygnął się wystraszony i w jednej chwili zniknął. Po prostu. Tak jak siedział tak go nagle nie było, a przynajmniej nie było go jako widzialnej postaci, bo został unoszący się w powietrzu pluszak, ubranie chłopaka i stary, cuchnący, przesiąknięty krwią i ropą bandaż, którym miał owiniętą całą rękę.
        Strażnicy chwilę się pokręcili i posprawdzali mieczami stogi siana na dole, czy może tam się nie kryją i nawet nie przyszło im do głowy, że ktoś mógłby się chować nad ich głowami. Może tak krążyli na dole z pięć minut po czym odpuścili sobie i wyszli w końcu przez rozwalone drzwi. Dopiero po ich wyjściu Vasko pojawił się na nowo, wychylając się nieco na czworaka, by spojrzeć w dół czy rzeczywiście nikogo już tam nie ma. Odetchnął głęboko i powrócił ostrożnie na dywan, wydawał się być bardziej przytomny niż na samym początku.
        - Jestem Cieniem - powiedział w końcu, bo dotarło do niego, że dziewczyna mu się przedstawiła, a on nie. I to już jakiś czas temu. - Tak mnie nazywano w Trytoni... a przynajmniej przez niektórych... Nie jestem pewien, ale chyba nazywam się Vasko... Volkosoby. Tak przynajmniej zawsze mówili tamtejsi strażnicy i Rogata - dodał, choć można było mieć wątpliwości czy rzeczywiście mówił to nadal do ciemnoskórej dziewczyny, czy po prostu głośno myślał.
Awatar użytkownika
Larrana
Zbłąkana Dusza
Posty: 6
Rejestracja: 1 rok temu
Rasa: Krydiana
Profesje: Włóczęga , Wędrowiec , Łowca
Kontakt:

Post autor: Larrana »

- Dziewczynka? Na wieży? Która cię pociągnęła? - Lara zmarszczyła brwi, a potem wywróciła oczami. To, że chłopak jest lekko stuknięty, to już wiedziała, z resztą nie takich wariatów się już widziało, więc co jej szkodziło przygarnąć i tego.
- No dobra. Żadnej dziewczynki nie znam, niestety, ale lepiej już chodźmy.
Wspięli się więc po drabinie, wciągnęli ją na górę i tak oto chłopak zawitał w skromne progi Lary.
- Aaaa, nie, nie tak całkiem sama. To Kaos. Psotna istota, oj psotna. Żeby nie powiedzieć, że nie raz mnie ta mała bździągwa już próbowała o zawał przyprawić. Ale... Kocham to czarne diabelstwo, no i tak ze mną jest. Nie trzymam jej na siłę. Przyzwyczaiłyśmy się do siebie i jakoś tak, zawsze do mnie wraca. Chyba nie lubi być sama. Ja z resztą też nie - opowiedziała krótko o swojej kotce. Pewnie, że koya nie raz ją drażniła, pakowała w kłopoty, albo sprawiała, że Lara się o nią zamartwiała. Tylko, że były już do siebie tak przywiązane, że żadna nie potrafiła się długo gniewać. Zostały kompankami, przyjaciółkami... Rodziną. Miały tylko siebie, więc trzymały się razem.

- Nie, to nie jest sen - powiedziała, usadawiając się w sianie obok Kaos.
- Jesteśmy naprawdę. Ja jestem naprawdę, Kaos też i ty i Nayla - nie była do końca przekonana, czy chłopak na pewno jest prawdziwy, ale jego maskotka była. Chyba?
- Być może... Ja nie widziałam żadnej dziewczynki. Jedynie ciebie na wieży i potem, kiedy zacząłeś spadać, a ostatecznie trafiłeś tam, gdzie stałam.
Nie zdążyła powiedzieć dlaczego mu pomaga, bo nagle rozległ się hałas. Krydiana natychmiast wylądowała na brzuchu, próbując wtopić się w otoczenie. Im niżej była, tym mniejsza szansa, że cokolwiek dostrzegą. A przecież mogli zobaczyć jakiś cień. Wiedziała jednak, że jeżeli będą cicho nikt ich tu nie znajdzie. Grubym strażnikom nie będzie się chciało targać drabiny i wchodzić na strych, gdzie zapewne nikogo nie ma. I wszystko pewnie byłoby świetnie, gdyby nie fakt, że jej towarzysz postanowił zniknąć. Tak po prostu. Jego ciało ulotniło się dosłownie "na pstryk", za to w powietrzu unosiły się jego ubrania, pluszak i obrzydliwy bandaż. Była zdziwiona, to mało powiedziane. W porządku, widziała różne rzeczy, na przykład teleportację, ale nie zniknięcie w taki sposób. Nie mogła na razie nic powiedzieć, bo po stodole kręcili się strażnicy. Czekała więc. Te kilka minut wydawało jej się wiecznością. Kiedy wreszcie byli znów bezpieczni, usiadła i spojrzała na towarzysza, przekrzywiając głowę.
- Eee... - zamrugała kilka razy, bo chłopak był już "zmaterializowany".
- Dobra... Vasko. To ustalone. Jakoś "że Cieniem", mi nie pasuje, czyli ustalamy, że ty do mnie Lara, ja do ciebie Vasko. Jeden problem rozwiązany. Pytanie, co to, to, to było? Jakby, wiesz, że zniknąłeś, prawda? I co ci się stało w rękę? Mogę pomóc. Opatrzyć, nie wygląda to za dobrze. Hmmm... Może spróbujemy inaczej, bo mówisz do mnie chaotycznie i niewiele pojmuję. Omińmy na razie temat dlaczego ci pomagam, to dłuższa sprawa, ale nie bój się mnie, proszę. Podsumujmy:
1.Jestem Lara. 2. Ty jesteś Vasko. 3.Na wieży prawdopodobnie widziałeś zjawę, albo ducha. 4.Chciałabym pomóc ci z ręką, bo bandaże wyglądają na stare i myślę, że trzeba by je szybko wymienić - uznała, że zadawanie pytań chyba na razie nie ma sensu. Pojęcia nie miała kim jest Rogata, co to znaczy, że był Cieniem, ani dlaczego był w Trytonii. Dobrze, że w tej chwili miała w sobie duże pokłady cierpliwości.
Awatar użytkownika
Vasko
Szukający drogi
Posty: 32
Rejestracja: 1 rok temu
Rasa: Alarianin
Profesje: Zwiadowca , Szpieg , Włóczęga
Kontakt:

Post autor: Vasko »

        Na pełne zaskoczenia pytania ciemnoskórej, Vasko skinął głową, choć... nie był to pełen stanowczości ruch. Wyglądało raczej jakby sam zaczął wątpić w to wszystko co się stało. Może rzeczywiście był to tylko wytwór jego chorej wyobraźni i skoczył z wieży z własnej woli, chcąc popełnić samobójstwo? Tylko... dlaczego w takim razie zamiast roztrzaskać się na bruku, teleportował się, bezpiecznie unikając groźnego upadku? Już naprawdę nic nie rozumiał, zaczęło mu szumieć w uszach, a od tego powoli coraz bardziej bolała go głowa. Chyba powinien odpocząć. Później poszuka Rogatej i dowie się gdzie w ogóle jest. I dlaczego, choć to zapewne akurat przez to, że zgubił Rogatą.
        Spojrzał na moment szeroko otwartymi oczami na nowopoznaną, gdy mu powiedziała, że nie zna żadnej dziewczynki. To znaczyło... że go okłamała? Bo jak inaczej określić to, że "wiedziała" jak nazywał się pluszak, którego Cień trzymał w rękach, nie znając jego właścicielki?
        - Um...co? - zapytał rozkojarzony, wyrwany nagle ze swoich rozmyślań. Popatrzył z dezorientacją na ciemnoskórą i chciał chyba wyjaśnić sprawę z tym imieniem maskotki, lecz kobieta znów go ponagliła, że nie mogą tak stać na dole na widoku.
        Wdrapał się w końcu po drabinie i rozejrzał po skromnej kryjówce ciemnoskórej. Był zaskoczony jak wiele i zarazem niewiele miejsca do życia tu miała, przy jednoczesnym utrzymaniu porządku i względnego bałaganu. Wydawało mu się, że siano nie powinno się chyba walać po podłodze. Choć z drugiej strony byli w stodole, a tu siano leżało gdzie okiem sięgnąć. Jedna iskra i wszystko poszło by z dymem, a trujące opary... Nie, nie, bez trujących oparów. Tamten magazyn już dawno poszedł z dymem. I był w Trytoni. A oni nie byli w Trytoni. Chyba... Nie. Na pewno, nie byli! Śmierdziało tu, owszem, w nosie kręcił ostry zapach bydła i rzecz jasna siana, ale nie cuchnęło tu rynsztokiem i rybami, jak w jego rodzinnym mieście. Tego jednego mógł być pewien. W przeciwieństwie do całej reszty, bo przecież równie dobrze mógł właśnie leżeć martwy na dnie Morza Czarnego, obgryzany przez ryby i inne morski stworzenia.
        Zapomniał jednak na moment o tym, gdy jego nowa "znajoma" tak lekko przyznała, że wcale nie była sama. A więc zasadzka?! Chociaż może nie. Bo ten dziwny kot jedynie spojrzał na niego i nic więcej. Gdyby naprawdę chcieli mu coś zrobić, zwierzak raczej by się tak nie zachowywał, a od razu rzuciłby mu się do gardła, prawda? Albo... na jego rękę jak Bazgrolak. Od razu spojrzał i dotknął zdrową dłonią swojej pokiereszowanej, kończyny ukrytej pod przesiąkniętym krwią i ropą bandażem, z którego brud i nie wiadomo jeszcze jakie inne świństwo zdejmować można było płatami. Czyli może jednak, kobieta nie chciała mu nic złego zrobić. Nieco uspokojony tą myślą, słuchał względnie uważnie tego co mówiła o futrzaku.
        - Jak Burta, Kapitan? - zapytał, choć nie było możliwe, by dziewczyna wiedziała o kogo mu właściwie chodziło. Pokręcił głową. - Burta była taką małą małpką. Uroczą, ale też bardzo wredną. Często musiałem oddawać jej swoje ostatnie pieniądze, by nie wydrapała mi oczu albo nie wypruła mi flaków przez gardło - wyjaśnił, zaraz odsuwając się z niepokojem, jak oparzony od ciemnoskórej. - Słyszałaś to? - zapytał przerażony. Wydawało mu się, że słyszał mrożący krew w żyłach skrzek kapucynki, za którą zaraz zaczął się rozglądać. Małpy oczywiście nigdzie nie było. Skrzywił się i złapał za głowę, potrząsając nią, bo przez moment kątem oka dostrzegł, jakby... jeden ze snopów siana właśnie do niego pomachał i wyszczerzył na niego swoje zakrwawione, rekinie zęby.

        - Nie... - powiedział cicho i bardzo słabo, chciał zaprzeczyć jej słowom, ale definitywnie brakowało mu do tego stanowczości. Nie wyglądał też na osobę, która w ogóle potrafiłaby unieść głos nie ważne czy w gniewie, czy z jakiegoś innego powodu. - Znaczy... to nie jest Nayla, prawda? Nie wiesz jak on się nazywa, bo nie znasz tej, która mi go dała... - westchnął ciężko, w sumie to nawet nie za specjalnie przejmując się tym, że został okłamany. Wszyscy dokoła niego zawsze kłamali, więc się w sumie przyzwyczaił. Kłamali i wykorzystywali go, by samemu zarobić a się nie narobić. Czemu w ogóle pomyślał, że teraz miało by być inaczej? To że zmienił miasto, nic nie znaczyło, bo ludzie wszędzie są tacy sami.
        Odwrócił wzrok i znów westchnął, z obojętnością wzruszając ramionami, bo czy miało to jakiekolwiek znaczenie? Już i tak ustalili, że najprawdopodobniej Vasko wszystko sobie jedynie wymyślił, po co więc przejmować się tym co mówił, co się stało? Z resztą i tak zaraz ich rozmowa została przerwana przez wdzierających się do stodoły strażników poszukujących niedoszłego samobójcy. Ciemnoskóra rozłożyła się plackiem na ziemi, a chłopak zniknął tak jak siedział. Choć może nie do końca zniknął, bo fizycznie nadal był w tym samym miejscu, na co wskazywałoby chociażby jego unoszące się w powietrzu odzienie i bezimienny pluszak. Poza tym niewidoczny był jedynie dla osób znajdujących się w stodole. Również dla samego siebie. Gdyby jednak ktoś zerknął przez okno, bez trudu zobaczyłby chłopaka ściskającego w swoich dłoniach maskotkę, w całej swojej okazałości. Albo gdyby stanął przed lustrem, również byłby doskonale widoczny. Nigdy przecież nawet nie uczył się magii, a już szczególnie nie rozwijał jej, ani nie kontrolował. Ot raz mu korzystanie z niej wychodziło lepiej, raz gorzej.
        Zachował jednak na tyle zdrowego rozsądku, że dodatkowo jeszcze upchnął się między jakieś skrzynie i stogi siana na strychu, tak dla pewności, gdyby jednak strażnicy postanowili przeszukać tę antresolę. Z resztą i tak długo nie musieli tak się kryć, bo pościg szybko się zniechęcił i opuścił stodołę.
        Vasko na czworaka zbliżył się do krawędzi strychu i zerknął na dół, zdejmując swoje nieświadomie rzucone zaklęcie, działające w obrębie całej stodoły. Odetchnął z ulgą i cofnął się nieco, przysiadając na tyłku. Trochę zakłopotany tą sytuacją, nie wiedząc co tak właściwie ma zrobić, przeczesał zabandażowaną dłonią włosy i spojrzał niepewnie na kobietę.
        - Hm? - mruknął, nie do końca rozumiejąc ją, gdy zaczęła mówić, ale przynajmniej skupił na niej swoją uwagę i słuchał. - Zniknąłem? - zdziwił się zdezorientowany. Spojrzał na swoje ręce, obejrzał je, a po tym znów przeniósł spojrzenie swoich dwukolorowych oczu na ciemnoskórą... na Larę. Dobrze, że dopiero teraz mu powiedziała, że zniknął, bo gdyby miało to miejsce wcześniej, gdy rzeczywiście był niewidoczny, chyba by spanikował i zdradził ich kryjówkę.
        - To... od dawna tak mam, nie przeszkadza mi. Ale co... - wychrypiał i zaraz się zamyślił starając sobie przypomnieć. O misji dla Skowronka nie pamiętał, choć pamiętał elfkę, z którą musiał współpracować, jego wspomnienia związane z obrażeniami ręki były więc mocno zniekształcone i niepełne, jednakże Vasko nie przejmował się tym za specjalnie. Wiedział dlaczego nie ma ręki, a raczej dlaczego ta wygląda jak wygląda. - Bazgrolak... - mruknął i przycisnął zawiniętą bandażem rękę do swojej piersi. - No wiesz. Bazgrolak - powtórzył, zerkając na Larę, jakby ta mogła wiedzieć o czym mówił. - On ukradł mi rękę. Zwisa mu z paszczy i macha do mnie, jak on biega z nią w pysku po mieście. Ale, chyba go zgubiłem. Nie wytropi mnie - powiedział i odetchnął głęboko, uspokojony swoimi własnymi słowami. Podrapał się znów po głowie, jakby się wahając, ale ostatecznie kiwnął głową i gdy dziewczyna mówiła, on zaczął rozglądać się za czymś ostrym w swoim otoczeniu, czym mógłby rozciąć przegniły opatrunek.
        - Miała zaszyte usta i oczy... ale nie chciałem żeby skoczyła - wyjaśnił, mając oczywiście na myśli zjawę z tamtej wieży. Ale jeśli to był tylko duch, to przecież czy nie powinna być przezroczysta i niematerialna? Nadal pamiętał chłód jej ciała, ale również jak delikatna była jej skóra. Ładnie też pachniała...
        Nie udało mu się nic znaleźć czym mógłby rozciąć bandaż, więc ostatecznie podniósł lekko tę rękę do ust i lekko przegryzł brudny bandaż, by już z łatwością móc go przedrzeć i zacząć go zdejmować. Z każdą chwilą jednak smród gnijącej rany pokrywającej niemalże całą kończynę był wręcz nie do zniesienia. Co prawda miejscami była już zregenerowana i widać było pokryte tatuażami fragmenty brudnej skóry tu i ówdzie, ale w niektórych częściach nadal wyglądała jak poparzona albo obdarta ze skóry, z ropiejącym mięsem na wierzchu, albo nawet prześwitującą kością, której regenerujące się mięśnie nie zdążyły jeszcze pokryć. Potworny odór tej paskudnej rany nie robił na chłopaku wrażenia. W ogóle nie wyglądał na przejętego tym, jak źle wyglądała jego ręką. Jakby w nie czuł żadnych niedogodności czy bólu z tego, że wyglądała obecnie jak wyglądała i nie mogła się dalej regenerować przez twarde strupy, które nie chciały same odpaść albo przez warstwę rozkładającej się tkanki.
        - Proszę - powiedział cicho, wyciągając w stronę dziewczyny śmierdzącą, rozkładającą się rękę, która wyglądała jak jakiegoś truposza czy też ukradziona lichowi.
Awatar użytkownika
Larrana
Zbłąkana Dusza
Posty: 6
Rejestracja: 1 rok temu
Rasa: Krydiana
Profesje: Włóczęga , Wędrowiec , Łowca
Kontakt:

Post autor: Larrana »

Lara czuła, że mogła nieświadomie wpakować się w niezłe bagno. Chciała pomóc chłopakowi, ale ten był większym wariatem od niej i nie wiedziała na ile starczy jej cierpliwości. Mogła tylko modlić się do Matki Natury, by nie wpaść nagle w szał i wściekłość. Uświadomiła sobie, że prawdopodobnie właśnie została opiekunką tego nieznajomego. Czy jej to pasowało? Raczej nie bardzo, ale obłąkani powinni się trzymać razem. Nikt inny nie chciał pomagać wariatom. Lara westchnęła. Próbowała to wszystko ogarnąć, ale Vasko mówił tak nieskładnie i tak chaotycznie, że wyciągnięcie od niego jakiś sensownych informacji graniczyło z cudem.

- Uch... Przepraszam. Nie wiem jak ma na imię pluszak. Nayla, to było imię, które pierwsze przyszło mi do głowy. Powiedziałam tak, bo bałam się, że jeżeli nie odpowiem, zostaniesz na tej ulicy, a nie chciałam pozwolić, żeby straże wsadziły cię do lochów. Rozumiesz? Nie chciałam cię okłamywać. Chciałam tylko pomóc - próbowała wyjaśnić.
- Zjawy nie muszą być zupełnie niematerialne, wiesz? Czasem zjawy, upiory i inne błąkające się dusze potrafią przybrać cielesną postać. Na krótko, ale jednak. Może... Może spróbujemy rozwikłać zagadkę dziewczynki, ale później. Póki co chyba najlepiej będzie zająć się twoją ręką - chciała pomóc mu z bandażami, ale on sam zaczął je zdejmować. Smród był potworny. Lara widywała już jątrzące się rany, ale nigdy w tak złym stanie. Opowieść o jakimś bazgrolaku i urwanej, pożartej ręce zignorowała. Owszem, różne potwory chodziły po świecie i faktycznie jakiś mógł go użreć w rękę, ale czy to było ważne? Im mniej bandaży było na skórze chłopaka, tym bardziej śmierdziało. Kaos wkopała się w stóg siana, chyba nie mogąc znieść zapachu. Lara ledwo powstrzymywała odruch wymiotny. Tymczasem Vasko zdawał się zupełnie obojętny tak na zapach, jak na widok swojej ręki. Wyglądał jakby zupełnie go nie bolało. Kiedy cały opatrunek był zdjęty Larę zamurowało.
- O kur... cholera... - ten widok miała zapamiętać do końca życia. Chyba Prasmok sprawił, że nie puściła pawia prosto w siano. Musiała się opanować i pomóc chłopakowi. Ale przez moment nawet nie wiedziała od czego zacząć.
- Ojej... Uch... - starała się oddychać przez usta, żeby nie czuć smrodu - nie możemy zejść na dół, bo strażnicy mogą wrócić - pomyślała głośno i wstała. W jednym z kątów miała ukryte wiadro z wodą, żeby nie musieć ciągle schodzić do studni. Przyniosła je i ustawiła niedaleko mężczyzny, po czym usiadła na przeciw niego. Przyciągnęła do siebie swoje pakunki i wytargała z nich wszystkie środki opatrunkowe jakie ze sobą miała.

- Musimy to umyć - oznajmiła. Chwyciła za beżowy kawałek lnu, zanurzyła go w wodzie i zaczęła czyścić ranę na ręce towarzysza. Im dłużej to trwało, tym było łatwiej. Nos przyzwyczaił się do zapachu, zniknął odruch wymiotny. Choć widok nadal był przerażający, Lara skupiła się na wykonywanych czynnościach i powoli, spokojnie, oczyściła zaropiałą kończynę. Stwierdziła jednak, że musi zejść wymienić wodę. Nie czekała na działanie Vasko, po prostu zeszła po drabinie z wiadrem w jednej ręce, na moment zniknęła na podwórzu, po czym wróciła ze świeżą, zimną wodą. Wtarganie wiadra na strych może nie było dla niej zbyt proste, ale też nie należało do najcięższych. No i wolała to zrobić sama, niż z chłopakiem przy boku. Dokończyła obmywanie rany. Osuszyła ją lekko i zasypała zielonkawym proszkiem.
- Powinno pomóc na jątrzenie się - rzekła bandażując rękę ciemnowłosego, świeżymi opatrunkami.
- Przed snem oczyszczę ją jeszcze raz i zmienię opatrunki - dodała.
- Jesteś głodny? Mam trochę chleba, suszone mięso, kawałek sera i zimnego kurczaka z wczoraj. Mogę ci przynieść mleko, hm? - Lara była bardzo miła. I jakoś tak zrobiło jej się żal nowego towarzysza. Wyglądał na zmęczonego i zdezorientowanego. Jeszcze ta rana.
- A może wolisz odpocząć? Chcesz się przespać?
Awatar użytkownika
Vasko
Szukający drogi
Posty: 32
Rejestracja: 1 rok temu
Rasa: Alarianin
Profesje: Zwiadowca , Szpieg , Włóczęga
Kontakt:

Post autor: Vasko »

        - Spokojnie, naprawdę doceniam to, że chciałaś mi pomóc. Dziękuję, umm... Larrana? - powiedział łagodnie przyglądając się jej przez moment, jakby analizował to, co właśnie powiedziała. Spuścił jednak zaraz ze skruchą głowę, jakby co najmniej jej właśnie coś przez przypadek stłukł czy w jakikolwiek inny sposób uszkodził. - Przepraszam, że cię uraziłem. Nie przeszkadza mi, że mnie okłamałaś. Chciałem tylko wiedzieć co jest prawdą. A przynajmniej co jest prawdą odnośnie pluszaka - dodał po chwili z lekkim zwątpieniem w głosie. Utkwił swoje przygnębione spojrzenie w maskotce, którą trzymał w dłoniach. Nie rozumiał. Po prostu nic z tego wszystkiego nie rozumiał. Dlaczego nigdzie nie było Rogatej? Dlaczego i w jaki sposób znalazł się w tym mieście? Dlaczego tylko on widział tamtą dziewczynkę? Dlaczego chciała by spadł razem z nią z tamtego dachu? I...
        - W lochach nie jest tak źle. Jest gdzie spać. A strażnicy są całkiem mili, jeśli mówić im prawdę... Choć nie. Gdyby nie było tam tak ciemno, nie byłoby źle - westchnął, a zaraz zadrżał i objął siebie ramionami, jakby mu było zimno. Skulił się lekko opierając je o zgięte w kolanach nogi, które miał praktycznie przyciśnięte do swojej klatki piersiowej. Oparł się o nie brodą. Wpatrywał się mętnym, nieobecnym wzrokiem w trzaskający w palenisku ogień. Zastanawiał się czy może by nie pójść do strażników prosić o pomoc w odnalezieniu Rogatej, ale skoro dziewczyna przed nim ukrywała siebie i jego przed strażnikami, to może lepiej było ich unikać. Może nie byli tak mili jak ci z Trytonii? W takim wypadku rzeczywiście lepiej byłoby nie dać się im złapać. Może... Bazgrolak kazał im chłopaka znaleźć?
        Po tym znów skupił swoją uwagę na ciemnoskórej dziewczynie, gdy mówiła mu o zjawach i duchach. Nic na ten temat nie wiedział, więc nie mógł stwierdzić czy tak rzeczywiście było, czy znów Larrana coś zmyślała by mu pomóc. Z resztą nie miał nic do stracenia, a dziewczyna jak dotąd nie zrobiła nic co mogłoby mu zaszkodzić, więc chyba mógłby jej zaufać. Gorzej jeśli to ona była na usługach Bazgrolaka i doprowadzi bestię do bezbronnego chłopaka. Nie. Wątpił by zrobiła coś takiego. Zwłaszcza, że wyglądała jakby nawet nie wiedziała kim albo raczej czym Bazgrolak był.
        - Tak... Moją ręką... - mruknął nieobecnym tonem, cały czas myśląc o urojonej bestii powstałej z narysowanych gryzmołów na jednej z trytońskich kamienic.
        Porzucił jednak na moment te rozmyślania czy rzeczywiście mógł się czuć bezpiecznie przy dziewczynie, czy rzeczywiście chciała mu jedynie pomóc i zaczął pozbywać się brudnego i śmierdzącego opatrunku ze swojej ręki. Co prawda szło mu powoli, acz sukcesywnie pozbywał się kolejnych warstw czegoś, co raczej kilka miesięcy temu można było nazwać bandażem. Pod nim kryła się natomiast jeszcze bardziej brudna i śmierdząca od niego samego rana, a raczej cała masa głębszych i płytszych, lżejszych i bardziej poważnych ran. Skóry i nieuszkodzonych fragmentów kończyny było stanowczo niewiele. Co mogło dziwić, czarne zawijasy przypominające tatuaże, które pokrywały całą druga jego rękę, zdawały się być w nie naruszonym stanie, choć samo ramie było potwornie zmasakrowane. Jakby nie były naniesione jedynie na skórę, ale również mięśnie, ścięgna i kości. A tam gdzie nie było żadnej tkanki, na której się opierały, "wisiały" w powietrzu dopóki ich podstawa się nie zregeneruje.
        - Przepraszam - powtórzył cicho, gdy dostrzegł jakie wrażenie wywarł na dziewczynie widok regenerującej się praktycznie od zera kończyny. Choć od zera odrastała w Trytonii, zaraz po tym jak skończył pierwszą robotę dla Skowronka. Teraz nie było już o dziwo tak źle jak wtedy. Nawet na tyle przyzwyczaił się do bólu odbudowującej się tkanki i wiecznie otwartych, jątrzących się ran, że obecnie nie zwracał na niego nawet uwagi. Wiedział, że boli, czuł to, ale nie było to niczym niezwykłym, zwłaszcza, że bolało go od dłuższego czasu.
        Gdy powiedziała, że rękę trzeba umyć, kiwnął lekko głową bez sprzeciwu i podał jej swoją rękę, gdy dziewczyna miała już wszystko gotowe. Przyglądał się ponuro w milczeniu całemu zabiegowi, a gdy dziewczyna poszła po nową wodę, skupił się na tajemniczym pluszaku, w którego czarnych oczkach z guzików, odbijały się tańczące w ognisku płomienie.
        - Agonia... - mruknął cicho, do samego siebie i przesunął palcami po powyginanych, lekko przypalonych na końcach sztucznych wąsikach przytulanki zrobionych z żyłki. - Byłeś przy niej jak umierała, prawda? Cały jej strach, smutek, samotność i cierpienie... cała jej dusza jest w tobie. A mimo to boisz się ciemności i tego co się w niej czai - powiedział i parsknął cicho z cieniem szyderczego rozbawienia na twarzy. - Nie. Ja nie jestem chory. Mam tylko lekko uszkodzoną rękę, to ty jesteś wariatem. Jesteś tylko marną zabawką pustą w środku bez uczuć, bez duszy, bez serca - dodał ponuro, prowadząc tę jednostronną konwersację z maskotką. Westchnął zaraz ciężko i posadził pluszaka obok siebie, skierowaną pyszczkiem w stronę paleniska, by nie musiał swoimi guzikowymi oczkami patrzeć na to co czaiło się w ciemności.
        Gdy wróciła Lara, utkwił w niej swoje różnobarwne oczy i ponownie podał jej swoją kończynę, by mogła dokończyć mycie jej, a po tym opatrywanie.
        - Dziękuję za twoją pomoc - odezwał się cicho, spuszczając spojrzenie i przyglądając się swojej opatrzonej kończynie, jakby widział ją pierwszy raz. - Obiecuję jutro zapłacić, komuś na pewno się przydam.
        Może się nie uśmiechnął i raczej cały czas smutno patrzył na dziewczynę, ale naprawdę był jej bardzo wdzięczny, za jej pomoc.
        - Y-ym - pokręcił przecząco głową, gdy zapytała czy nie chciałby czegoś zjeść. - Jadłem niedawno. Chyba... jakoś ze trzy dni temu - wydukał, choć nie był do końca przekonany, bo nie pamiętał dokładnie kiedy coś jadł. Z resztą jak będzie potrzebował, to zawsze może sobie czegoś poszukać w śmieciach za jakąś karczmą. Albo w zagrodzie dla świń. Ktoś pewnie jakieś hodował w tym mieście.
        - Nie... Tak... Umm... - mruknął lekko zagubiony i spojrzał na maskotkę, aby po tym po prostu spuścić wzrok. Chwilę się zastanawiał w milczeniu nim poniósł wzrok na dziewczynę. Wsadził dłoń pod swoją podartą i brudną koszulę, by wyciągnąć spod niej i zerwać sobie z szyi niewielką sakiewkę, która podał zaraz Larze. - Potrzebowałbym wypić z tego wywar. Czy... mógłbym zagrzać sobie wodę? - zapytał niepewnie, spodziewając się, że zaraz zostanie zrugany od góry do dołu za jakieś paniczowe wymysły i dziewczyna wywali go na zbity pysk. - Jeśli będzie trzeba zapłacę jak tylko będę miał pieniądze. Obiecuję - powiedział spokojnie, choć był bardzo przejęty, a w jego oczach nawet zdało się dostrzec czający się niepokój, jakby bał się zasnąć bez swojego specyfiku, choć nie było to nic specjalnego, bo jedynie nasiona puchowca snoprzędnego.
Awatar użytkownika
Larrana
Zbłąkana Dusza
Posty: 6
Rejestracja: 1 rok temu
Rasa: Krydiana
Profesje: Włóczęga , Wędrowiec , Łowca
Kontakt:

Post autor: Larrana »

- Lara, wystarczy Lara - powiedziała spokojnie.
Opowieść o lochach ją zasmuciła. Oznaczało to tylko tyle, że chłopak już siedział w zamknięciu. Jak dla niej lochy nie były niczym dobrym. Nie chciałaby sikać do dziury w podłodze, po czym jeść i spać w tym samym, malutkim pomieszczeniu. Nie widziało jej się siedzenie w wilgoci i zimnie, bo ciemność jej akurat nie przeszkadzała. Ale bycie na łasce i niełasce strażników już tak. Nie mówiąc już o tym, że strażnicy więzienni mieli dla kobiet mało litości, a gwałty były na porządku dziennym.

Kiedy skończyła opatrywać jego rękę podniosła wzrok i utkwiła go w jego twarzy.
- Vasko - zaczęła łagodnie - posłuchaj mnie. Nie musisz mnie za nic przepraszać. Ani nie musisz mi za nic płacić. Masz rację, pewnie gdzieś twoja pomoc się przyda, ale najpierw odpocznij. Daj ręce choć trochę czasu, żeby rany przestały się jątrzyć. Nie pomagam ci dlatego, że oczekuję czegokolwiek w zamian. Pomagam ci, bo chcę. Bo ja też wiele razy w życiu byłam zagubiona, ludzie mieli mnie za wariatkę i jakoś nikt nie znalazł się żeby mi pomóc. Teraz sama mówię, że jestem szalona, ale już potrafię sobie poradzić. Możesz tu ze mną zostać, przynajmniej póki nie będę się gdzieś przenosić. Ogarnę nam jedzenie na najbliższe dni. A potem rozejrzę się za jakąś pracą dla ciebie. Na razie szukają cię strażnicy, ale szybko zapomną. Na pewno uda mi się ogarnąć jakieś zajęcie, w którym nie będziesz musiał dźwigać. Nie możesz forsować tej ręki. Niedaleko jest zielarz, może potrzebuję pachołka do robienia mieszanek, albo pakowania ziół. Zapytam go.

Na słowa o tym, że prawdopodobnie jadł trzy dni temu wywróciła oczami. Była trochę zła, że jest jak dzieciak i mówi, że nie jest głodny, chociaż nie jadł od wielu dni. Jednocześnie była też zmartwiona, więc ostatecznie spojrzała na niego ze współczuciem.
- Dobra. Musisz coś zjeść - zarządziła i wstała. Przy ścianie, za sianem, miała małą półkę, a na niej swoje niewielkie zapasy. Wzięła ser, chleb i kurczaka, wróciła do chłopaka i postawiła wszystko przed nim.
- Masz się najeść, ja idę po mleko i gorącą wodę do twoich ziół, zaraz wracam - oznajmiła i zostawiła go z jedzeniem. Schodząc po drabinie rzuciła jeszcze - Jedz.

Kilkanaście minut później, targając ze sobą kankę z mlekiem, drugą z gorącą wodą, drewniane kubki i jakieś pakunki wdrapywała się powoli po tej samej drabinie na górę.
- Dobra, mam świeżutkie mleko, prosto od krowy, jeszcze ciepłe i wodę na twój napar - postawiła metalowe kanki niedaleko Vasko, a obok drewniane kubki, jeden do mleka, jeden do gorącej wody - i zorganizowałam ci spanie.
Usiadła w tym samym miejscu co wcześniej i rozwiązała przewiązany sznurkiem pakunek. Był w nim stary koc, który odrzuciła na bok, drugi, cieplejszy, położyła już ostrożniej. Miała też dwie, stare poszwy na poduszki. Oczywiście poduszek nie było, ale napchała do jednej z nich siana, po czym wsadziła do drugiej, żeby siano nie wystawało z miejsc pomiędzy guzikami, a w głowę nie wbijały się niesforne źdźbła, próbujące wydostać się na zewnątrz, korzystając z rozsuniętych nitek. Ona miała takie samo posłanie, tylko teraz zwinięte i schowane w kącie.
Wstała. Porozsuwała stogi i zrobiła miejsce dla chłopaka. Rozłożyła stary koc, położyła poduszkę, a obok cieplejsze przykrycie. Widziała, że ciemnowłosy nie ruszył mleka, dlatego przysiadła przy nim i po prostu nalała mu białego płynu do kubka.
- Widzę, że jesteś zmęczony. Napij się choć trochę, jedzenie tak na sucho nie jest dobre. A potem możesz pójść spać. Tutaj nic ci nie grozi, tylko nie wyłaź póki co ze stodoły. Prześpij się, a ja w tym czasie wezmę Kaos i pójdę do lasu za miastem coś upolować. Może będziemy mogli zjeść na kolację zająca, albo chociaż kuropatwy - uśmiechnęła się. Złość jej przeszła, teraz czuła się jak dorosła, odpowiedzialna siostra, która musi zaopiekować się swoim małym braciszkiem. Pewnie za pół godziny znów będzie wkurzona, że przygarnęła jakiegoś świra, a potem popłacze się, że chłopak jest taki biedny. Wracając będzie cieszyć się, że nie jest sama, a kiedy pójdzie spać dopadnie ją myśl, że jest naiwna i pozwoliła spać obok siebie gwałcicielowi. Cóż... Taki już żywot dziecka chaosu.
Awatar użytkownika
Vasko
Szukający drogi
Posty: 32
Rejestracja: 1 rok temu
Rasa: Alarianin
Profesje: Zwiadowca , Szpieg , Włóczęga
Kontakt:

Post autor: Vasko »

        Choć Lara mówiła z dużą pewnością siebie i wydawało się, że jej słowa były szczere - z resztą nie miałaby przecież powodów okłamywać Vasko - to jednak chłopak, podchodził do całego tematu z rezerwą. Nie to, że nie chciał jej zaufać, sprawiała przecież wrażenie całkiem sympatycznej, ale raczej nie zdarzało mu się spotykać na swej drodze ludzi, którzy chcieliby mu pomóc tak bezinteresownie, jak ciemnoskóra. Niby... jak przez mgłę kojarzył, że może była jedna czy dwie osoby, ale do tej pory jak był wyciągany z kłopotów to albo wpadał w następne, albo musiał później zapłacić za otrzymaną pomoc, albo… W ramach zapłaty pracował dla swojego "wybawcy" tylko po to, żeby jakaś wredna kapucynka notorycznie okradała go co do ostatniego złamanego ruena. Nie powinno więc dziwić, że Vasko podchodził raczej ostrożnie do wszelkiej "bezinteresownej" pomocy. Z resztą nawet gdyby faktycznie Lara od niego nie oczekiwała nic w zamian, Cień i tak zamierzał się jej jakoś odpłacić. Tak z przyzwyczajenia, by nie odejść z tego łez padołu będąc komuś coś winny.
        Spojrzał na nią z uwagą, wyrwany ze swojego zamyślenia, kiedy go wezwała, by po chwili znów spuścić wzrok na owiniętą w świeży bandaż rękę. Słuchał jednak cały czas dziewczyny, która była bardzo przejęta stan Cienia, jakby… było to dla niej naprawdę ważne. W takim wypadku chyba nie mógł pozwolić, by jej dobre chęci i poświęcony czas poszły na marne, prawda?
        - Dziękuję ci, że pozwalasz mi tu zostać aż z moją ręką nie będzie lepiej - powiedział cicho, zaciskając dłoń kilka razy, a po tym spojrzał na Larę, lekko kiwając głową.
        - Ja... chyba mógłbym się przydać. Znam się trochę na ziołach. Tak myślę – mruknął, choć niezbyt pewny siebie to jednak - jak na siebie - bardzo zainteresowany jej pomysłem, że mógłby znaleźć pracę u zielarza. Może dzięki temu miałby możliwość tańszego zaopatrywania się w składniki do swoich mieszanek, niezbędnych by do reszty nie zwariować.
        A może gdyby tylko przestał brać swoje specyfiki... może pozbyłby się swojego obłędu? Chociaż czy rzeczywiście on był szalony? Przecież odkąd pamiętał widział i słyszał rzeczy, o których inni nie mieli nawet pojęcia i jedynie po swoich "lekach" mógł się od tego na moment uwolnić. Albo jeszcze bardziej pogorszyć ten stan, w zależności od tego czy brał już sobie znaną, dobrze przetestowaną mieszankę czy dopiero eksperymentował i sprawdzał kolejne kombinacje i przepisy. Ciekawe czy ten cały zielarz nauczy go czegoś. Czy go w ogóle przyjmie, bo nie ukrywając, zdał sobie sprawę z tego, że nie wiele osób było mu przychylnych. Ciekawe tylko dlaczego?
        Gdy poruszona została kwestia jedzenia, Vasko musiał się zastanowić moment nad swoją odpowiedzią - musiał sobie przypomnieć kiedy tak naprawdę COŚ jadł, choć i tak nie był tego do końca pewny, a nie chciał okłamać nowopoznanej dziewczyny. Go mogli oszukiwać wszyscy dookoła, on jednak tak nie potrafił, nawet gdyby bardzo mocno chciał. I to wcale nie chodziło o to, że za kłamstwo, przyszedłby do niego jakiś pokraczny potwór Kłamcożerca, bo coś takiego przecież nie istniało... Prawda?!
        - Dobrze - odparł cicho, ze skruchą spuszczając głowę, jakby przez przypadek usiadł na zwierzątku Lary, a nie mówił o tym, kiedy ostatnim razem coś jadł. Zaraz jednak w zaskoczeniu, otworzył szerzej oczy i spojrzał na ciemnoskórą cóż takiego wyczyniała. Przekrzywił lekko głowę na bok, a po tym jego wzrok padł na podsunięte przez nią jedzenie. Ponownie spojrzał na dziewczynę i lekko kiwnął głową, sięgając bez pośpiechu po chleb, którego oderwał sobie połowę i odłożył resztę na miejsce. Nie zaczął jednak od razu jeść, a przyglądał się przez moment oderwanemu kawałkowi, jakby zaraz pieczywo miało okazać się paszczą jakiegoś chlebowego potwora, który chciał chłopaka pożreć.
        - Ingrid też tak mówiła - "musisz coś zjeść" i była bardzo zła jak nie odbierałem od niej swoich racji - powiedział i ponownie kiwnął głową, nieco się kuląc, gdy Lara powtórzyła, że ma jeść. Od razu po tym zaczął powoli pałaszować suchy chleb, na kurczaka i ser nawet nie spojrzał.
        Przez całą jej nieobecność mielił niespiesznie ten jeden kawałek chleba, wpatrując się mętnym wzrokiem w płomienie trzaskające w ognisku, pogrążony we własnym świecie. Gdy wchodziła na górę, niewielki kawałek wielkości piętki położył przy pluszaku, zakładając, że maskotka również była głodna. Był tak nieobecny, że nie zwrócił uwagi na wchodzącą na górę dziewczynę, zbyt zajęty sprzątaniem z podłogi i swojego znoszonego, zniszczonego ubrania okruszków, które zaraz po wyzbieraniu sobie na dłoń i wsypał sobie do ust. I... to było wszystko co zjadł. Reszta została nietknięta.
        - Umm... przepraszam, że ci nie pomogłem. Nie słyszałem jak wołałaś - odezwał się z pobrzmiewającymi w głosie wyrzutami sumienia, że w żaden sposób nie zareagował, gdy Lara tarabaniła się na górę.
        - O... dzi-dziękuję, ale wcale nie... - zaczął, lecz zaraz odpuścił, gdy spostrzegł, że ciemnoskóra już była pochłonięta przygotowywanym dla niego posłaniem. To... było aż nadto... Nie miałby nic przeciwko spaniu na gołej podłodze, bo to i tak był dla niego szczyt wygody, skoro niejednokrotnie spędzał mroźne, deszczowe noce na ulicy.
        Czuł się mocno zakłopotany, bo... nie wiedział jak miałby się Larze odwdzięczyć za to wszystko, co dla niego zrobiła. Znalezienie dla niej jakiegoś wygodnego materaca, zapewnienie jej jedzenia na kilka najbliższych dni, może nawet na tydzień, czy po prostu danie jej wszystkich swoich zarobionych pieniędzy z całego miesiąca (o ile rzeczywiście ktoś zechce go u siebie zatrudnić) wydawało mu się stanowczo niewystarczające, by w pełni wynagrodzić poświęcony przez nią czas, schronienie i jedzenie. Nie czuł się najlepiej z myślą, że prawdopodobnie nigdy nie uda mu się jej w pełni odwdzięczyć.
        Nabrał nieco wody do jednego z kubków, które przed nim postawiła i wsypał do niego nasiona puchowca. Całość niedbale zamieszał, poruszając kubkiem, po czym kilka razy podmuchał, by się nie poparzyć i wziął może ze dwa, trzy łyki, resztę zostawiając na następny raz.
        - Nie jestem pewien czym sobie na to wszystko zasłużyłem, na twój czas i pomoc, ale... dziękuję. Jesteś naprawdę miłą osobą - odezwał się i przyjął od niej kubek z mlekiem, nie kłócąc się, że wcale tego nie potrzebował. Usłuchał też bez protestów w kwestii wypicia go i tak jak powiedziała. - Niewiele jest takich... a przynajmniej ja nie spotkałem zbyt wielu tak miłych osób - dodał cicho, przygnębionym tonem. Tym bardziej robiło mu się przykro, gdy tylko pomyślał o tym, że tak dobra dziewczyna nie miała w tym okrutnym świecie nikogo, prócz swojej Kaos. A Vasko? Oprócz nękającego go Bazgrolaka i innych halucynacji nie miał nic więcej. Może po prostu na to zasłużył, Tak... Chyba było nawet lepiej... Choć nie. Teraz w sumie był z nim jeszcze Nayla vel Agonia, więc nie był już taki wcale do końca sam. Jak Lara.
        - Dobrze, dziękuję i raz jeszcze przepraszam za kłopot - powtórzył po raz nie wiadomo już który w ciągu ostatnich trzydziestu minut, po czym wziął ostrożnie pluszaka i wstał ze swojego miejsca, by położyć się na przygotowanym przez Larę posłaniu, tak jak mu kazała.
        - Larrano... Laro... - odezwał się jednak po chwili i spojrzał na nią łagodnie, swoim nieco wyjałowionym z życia wzrokiem, w którym kryła się leniwie tląca się iskra obłędu. - Udanych łowów - życzył jej szczerze, by po tym w końcu się położyć na boku, twarzą do ściany, trzymając w swoich objęciach kotopodobnego pluszaka.
        Odetchnął głęboko, zamknął oczy i pozwolił swojemu chudemu, słabemu ciału na moment odpocząć, pogrążając się w krainie snów, choć ich pozbawionej. Według Vasko, była to najlepsza zaleta puchowca snoprzędnego. Odkąd dowiedział się o takiej właściwości tej rośliny, nie musiał się obawiać o to, że będą go w nocy nękać koszmary.
Awatar użytkownika
Larrana
Zbłąkana Dusza
Posty: 6
Rejestracja: 1 rok temu
Rasa: Krydiana
Profesje: Włóczęga , Wędrowiec , Łowca
Kontakt:

Post autor: Larrana »

- Dziwny ten chłopak - odezwała się idąc w stronę lasu, choć obok niej nie szedł żaden inny człowiek.
- Ej, nie patrz na mnie jakbym kogoś zabiła, przecież staram się pomóc.
- Nie, nie zamierzam poświęcać się dla kogoś obcego. Cholera... Widziałaś jego rękę? Cud, że on w ogóle żyje. - Lara spojrzała w dół, na tuptającą obok Kaos. To do niej cały czas mówiła, zupełnie jakby prowadziła z nią dialog.
- Wiem, że jest trochę niespełna rozumu, jakbyśmy my były normalne... Daj spokój... Głodny, chudy, brudny, z gnijącymi bandażami, co on nam niby może zrobić. Najwyżej odgryziesz mu tą rękę - zaśmiała się.
- Ty też byś mu pomogła, poza tym widziałam twoją reakcję. Normalnie rzuciłabyś się wściekła na delikwenta, a poszłaś spać. I nie wciskaj mi, żeś była taka zmęczona. Ech... Dobra, idź już, upoluj coś sobie, a ja upoluje coś dla mnie i przybłędy - mruknęła.

Łowy były udane, bardzo udane, jakby Prasmok czuwał nad Larą tego dnia. Trzy zające i dwa króliki. Taki łup na jednym polowaniu zdarzył jej się może kilka razy. Tym bardziej była zadowolona, że w krótkim czasie uda jej się zarobić. Nie zamierzała oprawiać zwierzyny, uznała, że wszystko sprzeda, a za pieniądze kupi gotowe jedzenie, w tym chleb, może nawet pozwoli sobie na kilka bułek i twaróg z cebulą. No tak... I będzie musiała też oporządzić chłopaka. Znów dopadł ją grad pytań, na temat tego czemu w ogóle przygarnęła chudzielca. Te zmiany nastroju męczyły ją odkąd pamiętała, a czasem były nie do zniesienia. Tego dnia określiłaby je jako "umiarkowane", co nie znaczyło, że było jej z nimi przyjemnie.

Do miasta wróciła późnym popołudniem, ale wiedziała gdzie się udać, żeby sprzedać łup. Kaos nie wróciła z nią, lecz Lara była pewna, że w nocy znajdzie ją zakopaną w sianie, w stodole. Ciemnoskóra odwiedziła kilka miejsc, oczywiście starała się oszczędzać, ale kupiła sporo zapasów i kilka rzeczy dla Vasko. Czuła, że znów będzie mu głupio, ale nie mogła go teraz porzucić. Musiała się nim zaopiekować. Bo choć była wariatką, w głębi duszy pragnęła, by ktoś zaopiekował się nią, tak jak ona teraz starała się zaopiekować chłopakiem.

Gdy wróciła do "domu" było już ciemno. Drogę oświetlił jej magiczny płyn, który trzymała w butelce i który wystarczyło potrząsnąć, by zaczął świecić. Tak jak się spodziewała, Kaos spała w swoim kącie. Vasko też spał. Zwróciła uwagę, że nie tknął nic prócz chleba i ciepłej wody. Była zła, bo oddała u swoje zapasy, a on nimi pogardził. Zaraz potem pomyślała, że może był zbyt zmęczony by się przebudzić i zjeść coś więcej. A może miał problemy z żołądkiem... Tak, czy inaczej, pakunki położyła pod ścianą i sama zjadła to co chłopak zostawił. A potem rozłożyła swoje posłanie i poszła spać.

Tyle, że sen nie nadchodził. Była zmęczona i miała nadzieję, że dziś obędzie się bez swoich specyfików. Z każdą minutą było coraz gorzej, czuła jak wali jej serce, jak w głowie kotłują się myśli. Musiała coś wziąć, bo miała wrażenie, że zaraz zwariuje. Wmawiała sobie, że pomoże lżejszy eliksir, ale i tak sięgnęła po coś mocniejszego. Wlała sobie do gardła więcej niż powinna, jednak dzięki temu zasnęła jak kłoda.
Awatar użytkownika
Vasko
Szukający drogi
Posty: 32
Rejestracja: 1 rok temu
Rasa: Alarianin
Profesje: Zwiadowca , Szpieg , Włóczęga
Kontakt:

Post autor: Vasko »

        - Vol...ko...so...by... - zaszumiało mu w głowie. Z pozoru jeden głos, a dający wrażenie jakby przemawiał do niego cały chór i każdy z osobna z drobnym opóźnienie. To nie był koszmar. Tego był pewien. Po naparze, który zażył nie powinien mieć i rzeczywiście nie miał żadnych snów.
        Otworzył powoli swoje zlepione snem oczy i leżąc w jednej pozycji, jak sparaliżowany, przebiegł spojrzeniem, po kącie w którym spał zwrócony do swojej gospodyni plecami. Nic nie widział. Znaczy nic podejrzanego, bo dostrzegł w mroku ścianę i kątem oka zarys skrzynek, które były tu porozstawiane oraz rzeczy Larrany. Spróbował odszukać spojrzeniem czarnego pluszaka i w pierwszej chwili mocno się zaniepokoił, gdy go nie znalazł, lecz zaraz zorientował się, że przytula zabawkę do siebie. Od razu się uspokoił i odetchnął głęboko.
        Przekręcił się na plecy i zamknął oczy, próbując ponownie zasnąć. Wszędzie dokoła panowała bezlitosna ciemność, w której nagle zaczął się materializować jakiś kształt. Cała masa kształtów. Był w znajomej, a jednocześnie zupełnie obcej sobie celi, której każdą ścianę wraz z podłoga i sufitem pokrywało tysiące oczu, przeszywających chłopaka na wylot, a tak gdzie powinny znajdować się kraty, z każdą chwilą coraz bardziej rozrastał się tajemniczy portal. Dochodziło z niego mrożące krew w żyłach rzężenie i odgłos ciągniętych po ziemi łańcuchów. Z każdym jego uderzeniem serca dobiegające stamtąd kroki stawały się coraz głośniejsze i coraz bardziej przyspieszały. Znów usłyszał ten pojedynczy szept, rozbrzmiewający niczym tysiące osobnych.
        - Vol...ko...so...by... - W portalu błysnęło czerwone oko, a zaraz po nim pojawiło się kilka dodatkowych, mniejszych w ciemności wokół niego.
        Vasko otworzył oczy, próbując w ten sposób uciec ze swojego koszmaru, lecz ten wcale nie zamierzał pozwolić chłopakowi tak łatwo się od niego uwolnić. Po wyrwaniu się ze snu, zobaczył zwisająca nad nim... swoją własną twarz ze złowrogim uśmiechem, pokrytą czerwonymi tatuażami. Próbował krzyknąć, nakazać temu czemuś zostawić go w spokoju, być może ostrzec nową znajomą przed niebezpieczeństwem, ale w ogóle nie był w stanie nabrać powietrza. Dopiero po chwili poczuł zaciskające się na jego gardle dłonie. Nie mógł nawet się bronić, leżał bez ruchu jak sparaliżowany.
        - ...uść...nie... - wydusił z siebie bardzo cicho, czując jak traci powoli siły, a potworna twarz tak bardzo przypominająca jego własną, zamazuje mu się przed oczami coraz bardziej. Kilka razy znikła na ułamek sekundy, by znów się pojawić nad duszącym się chłopakiem, gdy walczył o to, by nie stracić przytomności.
        Mara nagle zniknęła, a on od razu odzyskał oddech i władzę nad ciałem. Całe zdarzenie nie trwało nawet pięciu minut, choć Vasko miał wrażenie jakby minęła cała wieczność. Podniósł się do pozycji siedzącej i podciągając do siebie kolana, złapał się za głowę. Cały się trząsł, kuląc się na posłaniu, które Larrana dla niego zrobiła. Spojrzał ostrożnie w stronę śpiącej dziewczyny i jej zwierzęcą przyjaciółkę, obawiając się po części, co mógłby tam dojrzeć, lecz na szczęście na ten moment miał spokój od swoich halucynacji. Mógł na spokojnie złapać oddech.
        Nie czuł się jednak bezpiecznie w tym miejscu, a przez to ciężko było mu się uspokoić po tych wydarzeniach sprzed chwili. Podniósł się ostrożnie z posłania i najciszej jak się dało, zaścielił je, zostawiając po sobie porządek, gdy schodził po drabinie na dół. Zataczał się lekko na nogach, jakby był pijany, gdy opuszczał stodołę. Nie miał w ogóle pojęcia co ze sobą począć. Na początek chciał po prostu opuścić to miejsce i odetchnąć świeżym powietrzem. Powoli zaczynało świtać, przez co na zewnątrz nie było już tak ciemno, jak w "domu" Larrany.
        Może i opuścił jej kryjówkę wbrew poleceniu dziewczyny, ale nie można było mu zarzucić, że całkowicie miał w poważaniu słowa nowej znajomej - unikał strażników jak ognia i w ogóle nie pokazywał im się na oczy. Nie czuł się najlepiej i nie był w pełni sił, jednakże był w stanie kontaktować i racjonalnie myśleć, a to akurat było najważniejsze. Odetchnął głęboko, choć nadal czuł ból w płucach po tej nieprzyjemnej pobudce, po czym ruszył wolno przed siebie już w miarę mniej chwiejnym krokiem.
        Snuł się po mieście niczym zagubiona dusza bez większego celu, w końcu i tak niewielu ludzi było jeszcze na ulicach. Nim się jednak zorientował, słońce już powoli dawało o sobie znać zsyłanym z nieba żarem i zaczęły tworzyć się pierwsze tłumy. Przechodząc kolejny raz obok tych samych budynków, słyszał plotki związane z wydarzeniami poprzedniego dnia, gdy to kilkakrotnie "skoczył" z budynku i "zadrwił" z miejskich strażników, przez to, że zamiast roztrzaskać swoje kości na bruku, zmaterializował się z powrotem w miejscu, z którego kolejny raz spadł. I jeszcze raz. I jeszcze raz.
        Dzięki znalezionej gdzieś na śmietniku podartej pelerynie z kapturem, mógł się dodatkowo uchronić przed byciem rozpoznanym, skoro i tak niektórzy o nim mówili, a dzięki temu bardziej mógł dostosować się do polecenia Larrany. Zwłaszcza, że kiedy zobaczył przechodzących strażników, od razu zatrzymał się przy jednym ze stoisk na targu i przeglądał się znajdującym się na nim owocom. Niestety nie mógł liczyć na współpracę ze strony sprzedawcy, bo ten szybko stracił cierpliwość do podejrzanego chłopaka, stojącego przy jego towarach bez zamiaru zakupu czegokolwiek, co skończyło się groźbą wezwania strażników, jeśli Vasko nie odejdzie i przestanie odstraszać potencjalnych klientów "poczciwego obywatela tego miasta".
        - Przepraszam najmocniej za kłopot - wychrypiał cicho ze skruchą chłopak, nim poszedł gdzie indziej, byle by tylko nie ściągać na siebie kłopotów.
        W końcu postanowił rozejrzeć się za jakąś pracą dla siebie i odnaleźć tego zielarza, o którym wspominała naturianka. Bardzo chciał się jej odwdzięczyć za to, że mu pomogła. I wydawał się to całkiem dobry plan, gdyby nie został potrącony przez pędzące na złamanie karku, może dziesięcioletnie dziecko. Za nim biegło dwóch mężczyzn z pałkami i początkowo Vasko nie myślał nawet by się wtrącać, gdyby nie to, że maluch coś upuścił po zderzeniu z Cieniem.
        Popełnił ogromny błąd, że schylił się po zgubę, którą chciał początkowo oddać dzieciakowi, lecz cała uwaga pościgu skupiła się na nim. Bez gadania oddał mężczyznom podniesioną z bruku sakiewkę i przeprosił ich za całe zamieszanie, choć przecież to nie on ich okradł. Zaproponował im, że wynagrodzi im kłopoty spowodowane przez tamtego dzieciaka, że mógłby się u nich zatrudnić, lecz gdy tylko mężczyźni poczuli smród śmietnika i rynsztoka, okropną woń rozkładającego się ciała, otaczającą ukrytego pod płaszczem chłopaka, od razu spasowali i kazali mu się wynosić, nim stracą cierpliwość, nie darując sobie przy tym co bardziej wymyślnych obelg. Nie pozostało Vasko nic więcej, jak tylko przeprosić ich raz jeszcze (tym razem za swój nieprzyjemny zapach) i odszedł w swoją stronę, nawet nie wiele robiąc sobie ze wszystkich wyzwisk lecących pod jego adresem. Był do tego przyzwyczajony.
        Nie spodziewał się jednak, że zaczepi go starsza sprzedawczyni z jednego ze stoisk i w ramach wdzięczności za chęć pomocy małemu złodziejaszkowi, sierocie, wręczyła chłopakowi kilka jabłek ze swojego stoiska. Podziękował jej szczerze, choć początkowo chciał odmówić i skierował się w stronę stodoły, w której miała swój dom Larrana. Chciał podarować jej tych kilka jabłek, których on by nie zjadł. Prędzej by się zepsuły, nim zacząłby się zastanawiać czy jest głodny, czy jeszcze nie.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Fargoth”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość