FargothA możesz mówić po mojemu?

Miasto położone na granicy Równiny Drivii i Wschodnich Pustkowi, jedno z głównych miast środkowej Alarani, położone na szlaku handlowym, prowadzącym przez Opuszczone Królestwo aż do Wybrzeża Cienia.
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Cętka
Szukający drogi
Posty: 38
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

A możesz mówić po mojemu?

Post autor: Cętka » 3 tygodnie temu

        - I tak cię nie rozumiem. - Cichy, kojarzący się z mruczeniem głos nie zdołał przebić się przez szybkie, bełkotliwe zdania wyrzucane przez związanego mężczyznę. Leżał na ziemi z mnóstwem świeżych, drobnych ran ciętych oraz gryzionych, z których sączyła się krew. Cętka ukucnęła blisko niego, bawiąc się prymitywnych nożem. Znad ramienia wystawało jej drzewce włóczni, a skóra wokół oczu, zgodnie z tradycją, była starannie wysmarowana węglem, tworząc wrażenie swoistej maski. Powoli podniosła ucięty wilczy ogon, który od kilku dni nosiła przy pasie.
        - Gdzie opiekun-wilk? To bez sensu... - westchnęła ciężko i uderzyła wierzchem dłoni w usta pojmanego, aż zalał się krwią. Obróciła go na bok i odczekała chwilę, aż przestał kaszleć. Wtedy przyłożyła palec do jego warg, nakazując milczenie. Gdy wreszcie miała pełną uwagę mężczyzny, ponownie zamachała wilczą kitą. Potem wskazała na siebie i odrzuciła głowę do tyłu, udając wycie. Na koniec zatoczyła duży krąg ręką i pokazała kilka losowych kierunków. Związany człowiek zaczął coś pośpiesznie mamrotać i potrząsać głową na boki. Panterołaczka przechyliła własną na jedno ramię z delikatnym uśmiechem, wykazując uprzejme zainteresowanie.
        - Nie wiesz? Cóż, trudno. Ale jest jeszcze jedna sprawa - mruknęła, gdy mężczyzna zamilkł, patrząc na nią z nadzieją. Wsunęła rękę za jego koszulę i wyjęła niedużą sakiewkę, a jej uprzejmy uśmiech powoli przerodził się w drapieżny grymas odsłaniający coraz więcej zębów. Wcześniej tego dnia obserwowała z ukrycia, jak ten konkretny człowiek zabrał ten woreczek komuś innemu. Związany zbladł wyraźnie, ale nie zdążył się odezwać. Cętka wepchnęła mu znalezisko w usta w charakterze knebla. Następnie rozerwała to, co zostało z jego koszuli, rozcięła nożem skórę na piersi i zaczęła wyłamywać żebra. Przez kilka chwil wył opętańczo, ale gdy kobieta wycinała runy na jego sercu, milczał jak to trupy miały w zwyczaju. Wreszcie wyrwała ten organ z jego piersi, przegryzając trzymające je w miejscu żyły i tętnice. Następnie rzuciła je przez ramię jako bezużyteczny już kawałek mięsa, zdjęła linę z truchła, przyczepiła do pasa i wyszła z piwniczki przez wąskie okno, by wleźć na dach najbliższego budynku i poszukać kolejnej ofiary.
        Procedura wyglądała dokładnie tak samo od dobrego tygodnia. W ciągu dnia panterołaczka spała wciśnięta w niewielką wnękę pod dachem zrujnowanego budyneczku. O zmierzchu wyruszała by patrolować uliczki i wypatrywać ludzi łamiących prawa jej ludu. Potem śledziła wybraną ofiarę, aż została zaprowadzona do jakiejś dziury, którą nieszczęśnik traktował jako kryjówkę, przepytywała i zabijała, wiążąc jego duszę z sercem, by nie zaznała spokoju wśród duchów przodków. Zwykle trafiała na złodzieja, raz tylko dopadła gwałciciela i musiała urządzić na niego faktyczne polowanie, bo gnida próbował zgubić ją w wąskich uliczkach. Dwukrotnie Cętka musiała zabić kobiety. Nigdy nie zabierała żadnych przedmiotów, ciała pozostawiała nienaruszone, jeśli nie liczyć licznych drobnych ran i wyciętego, poznaczonego wyciętymi runami serca.
        Do tego skupiska ludzi trafiła właściwie przypadkiem. Kilka dni śledziła z coraz większym trudem wóz z domniemanymi porywaczami i wilkołakiem. Kiedy tylko mogła, biegła, ale po drodze musiała polować, uzupełniać wodę w bukłaku i odpoczywać. Tropienie utrudniały wszechobecne obce zapachy, ale uparcie, powoli zmiennokształtna zbliżała się do ściganych, choć wolałaby węszyć pośród śniegu. Problem pojawił się, gdy wóz zaczął podążać traktem. Wonie i ślady mieszały się nieustannie, aż przed byłą opiekunką plemienia pojawiły się pierwsze ludzkie siedziby. Od początku unikała podróżnych, ale widok miasta przytłaczał ją. Z drugiej strony doświadczenie podpowiadało, że trafiła właściwie. W takim miejscu ludzie mogli chcieć wymienić Malawiasza na coś, co on nazywał pieniądz. Przez mury przekradła się w środku nocy. Pierwsze polowanie na rzezimieszków zakończyło się fiaskiem, co zmusiło panterołaczkę do znalezienia sobie kryjówki i przyjęcia takiego a nie innego rytmu życia. Widziała kilkakrotnie jak ludzie wymieniali kawałki metalu z sakiewek na przedmioty i jedzenie, ale za bardzo bała się złapania, by próbować robić to samo. Zamiast tego polowała na wszystkie zwierzęta, które łaziły samopas, by zaspokoić głód. Raz tylko przeszukała leże złodzieja i znalazła trochę czerstwego chleba i podeschniętego sera, za to ledwo zdążyła uciec z pomieszczenia, zanim wpadło do niego kilku mężczyzn, zwabionych zapewne wrzaskami mordowanego. Polowanie na szczury, gołębie i bezpańskie psy było zwyczajnie bezpieczniejsze.
        Cętka szybko zauważyła pewne charakterystyczne elementy, które pozwalały typować jej właściwą osobę, na która powinna mieć oko danego wieczoru. Złodzieje poruszali się nieco inaczej, bardziej czujnie. A ponieważ zabierali innym sakiewki z pieniądz, nie tylko łamali prawa przez kradzież, ale też mogli wiedzieć, gdzie zamienić te przedmioty na żywy towar. Problemem była jednak bariera językowa. Powoli zmiennokształtna zaczynała podejrzewać, że jej poszukiwania nie miały już na celu uratowanie Malawiasza a tylko zemstę. Drugiego wieczoru w mieście zauważyła nawet postać o kocich uszach, ale gdy zeskoczyła w wąskiej alejce z dachu i próbowała porozmawiać z drugim opiekunem, jak zakładała, omal nie dostała dźgnięta nożem i musiała uciekać. To nauczyło ją, by unikać wszystkich w tym szalonym świecie, gdzie chyba nikt nie rozumiał jej języka.
        Po ostatnim polowaniu na ludzi, dziewczyna wspięła się na najwyższy budynek w okolicy i przycupnęła obok komina. Wyciągnęła ukrytego tam kilka godzin wcześniej zagryzionego szczura i skrzywiła się.
        - Obrzydliwe. Wolałabym kozę. Dlaczego nigdzie tutaj nie ma normalnej zwierzyny? - mruknęła do samej siebie i zabrała się za konsumpcję, krzywiąc się. - Idiotyczne miejsce. Nie ma nawet gdzie bezpiecznie rozpalić ogniska. Nie ma stad. Jakie złe duchy podkusiły tych wszystkich ludzi, żeby tu mieszkać? Nawet Opiekunowie są jacyś dziwni... okropne miejsce.

Awatar użytkownika
Cerau
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 73
Rejestracja: 5 lat temu
Kontakt:

Post autor: Cerau » 3 tygodnie temu

        Fargoth jest miejscem, w którym wiele rzeczy się dzieje. Z jednej strony przecież to właśnie to miasto-państwo, które specjalizuje się w produkcji wódki (między innymi!), ale również jest to jeden z najważniejszych ośrodków wydobywczych przynajmniej w tej części Alaranii. A to tylko jeśli chodzi o gospodarkę w tym regionie. Miasto z pewnością bogate, o naprawdę niezłym położeniu geograficznym - co też miało na pewno wpływ na zasobność skarbca, ale i również portfeli części mieszkańców tego miejsca. Fargoth ma jednakże też inną stronę medalu - mocno rozwiniętą szarą strefę. I tak jak w mieście panuje monarchia i tytuł królowej piastuje Aldrea, tak w półświatku w tym regionie panuje... dyktatura? Tak, z pewnością można by to tak było nazwać. Miasto ma dwie strony - tę powiedzmy "jasną", ale i również ciemną, w której to warunki dyktuje Cerau. A mimo wszystko, pan Zarmir jest osobą, która rządzi swoim podległym terytorium ciężką ręką.
        A przynajmniej rządził.
        Wiele się wydarzyło od momentu, w którym stworzył monopol w szarej strefie i przejął pełną kontrolę nad półświatkiem w mieście. Wiele też poświęcił, by dojść do miejsca, w którym znajdował się jeszcze jakiś czas temu. No a potem... no właśnie. Wiele się wydarzyło, jak już zostało wspomniane. Został wciągnięty w jakąś dziwną sytuację, przez Fargoth przeszło wiele dziwnych twarzy i wydarzenia, które tutaj miały miejsce... Cerau również w nich uczestniczył, co mu średnio odpowiadało. Albo doprecyzowując - nie odpowiadało mu to, że takie wydarzenia w ogóle miały miejsce. Walki miedzy przedstawicielami różnych ras i zniszczenie wielu miejsc w mieście - tak to z pewnością miało negatywne skutki na jego biznes, zwłaszcza... że biorąc pod uwagę moc biorących udział w tym wszystkich istot - przerosło go to. Cerau zaczynał jako zabójca, skrytobójca, handlarz każdym towarem reprezentującym wartość. Jakąkolwiek, jeżeli coś dało się sprzedać, to potrafił znaleźć kupca, który był w stanie zapłacić więcej, niż to było warte. No, albo chociaż przynajmniej na warunkach, które pozwalały mu zyskać - od razu, albo w przyszłości. Bliższej, dalszej. Bez znaczenia. Natomiast właśnie - on walczył inteligencją, wpływami i kontrolą nad wydarzeniami i ludźmi. A kiedy po prostu pojawiły się tu siły, które wykraczały poza jego wpływy i kontrolę - był bezsilny.
        Na szczęście postacie, które się tu znalazły, w końcu opuściły to miejsce i sprawy zaczęły stopniowo wracać do normy. Również i jego władza w tym mieście. Bo przecież, gdyby chciał i zmienił profil swojej działalności to wierzył, że byłby w stanie wpłynąć nawet na decyzje samej monarchini. Tak, Cerau posiadał taką władzę, ale wszystkie wydarzenia z ostatniego czasu wytrąciły mu ją z rąk.
        Dlatego też mimo że nadal był tu jedną z najpotężniejszych sił w Fargoth, pojawiły się osoby, grupy, które wyczuły słabszy moment i spróbowały odkroić kawałek tortu dla siebie. Za czasów pełnej dominacji pana wampira w mieście były rzeczy, na które tutaj nie pozwalał. Mimo wątpliwej moralności, którą posiadał, nie zezwalał na przykład na handel ludźmi czy generalnie istotami względnie inteligentnymi. Natomiast dzisiaj, kiedy jego monopol nie był już monopolem, ten handel ludźmi się pojawił. Bo w końcu... skoro ten rynek był kompletnie nieczynny, nie było go tu i został otwarty, to szybko zyskał osoby, które chciały to robić, inwestować w to. I też wpłynęło to na to, że pozycja Cerau straciła na sile. Jednak nadal - był tu osobą dominującą. Musiał pójść na układy. Nie podobało mu się to i chciał wrócić do stanu pierwotnego. Nie było to jednak łatwe. W końcu skoro jego przeciwnicy mieli pieniądze i pewną kontrolę - nie był w stanie tego od ręki odzyskać. Wiedział co mówi - w końcu on też zaczynał od zera i sam wywalczył swoją pozycję. Wiedział, że jeżeli ktoś ją straci to odzyskać to jest trudniej niż zacząć od zera jako ktoś nowy. W końcu skoro stracił coś jeden raz, znajdą się osoby, które uznają, ze uda się to po raz drugi. Stracił ten respekt i strach u innych. Dlatego teraz mimo mocnej pozycji, nie miał stuprocentowej władzy.
        Nie mógł jednak pozwolić sobie na czekanie, on musiał działać, bo czekanie pozwalało na działanie innym, a to prowadziło do jego strat w biznesie, których nie tolerował. Jednak... jak działać? Sytuacja była bardzo niekomfortowa również pod takim względem, że nie miał ostatnio zbyt wielu możliwości na ingerencję w interesy innych, którzy dość mądrze zarządzali swoimi sieciami. A nie mógł sobie pozwolić na wymordowanie innych tak po prostu. A przynajmniej nie bezpośrednio, nie mógł też znaleźć zewnętrznych zabójców, którzy działaliby na jego zlecenie - nie teraz, kiedy jego pozycja zdawała mu się tak krucha. Był w stanie podjąć ryzyko. Ale tylko w pewnych granicach, gdzie to ryzyko nie było zbyt wielkie. Impas. Tak można było określić jego obecną sytuację. Bo był w impasie...
        Ostatnie dni pokazały jednak, że mimo wszystko czasem indywidualności są w stanie zmienić sytuację całego miasta. I taką osobą był zabójca, o którym nikt wiele nie wiedział. A na pewno nie więcej niż Cerau, bo to dla niego priorytetem stało się znalezienie tej osoby i przeciągnięcie na swoją stronę. Na chwilę obecną ten tajemniczy zabójca, jak już Cerau był w stanie się dowiedzieć, był... zabójczynią. I na pewno nie był to człowiek. Nadal jednak to mało informacji, nie potrafił znaleźć schematu działania tej osoby, jednakże jakiś cel jej na pewno przyświecał. Wampir miał też kilka dodatkowych podejrzeń, między innymi to, że ta tajemnicza osoba ma w sobie pewną dzikość. Już nie wspominając nic o tym wycinaniu dziwnych symboli na ciałach ofiar i pozbawianiu ich serca. To i kilka innych poszlak dało wampirowi pewne podejrzenie - albo kogoś szuka, albo się mści. Albo oba, co też oczywiście by pasowało do wskazówek, które zebrał on i jego podopieczni. Tylko jedna rzecz go martwiła - dobór ofiar. Wydawał się on dość przypadkowy. Ofiary należały do wszystkich większych frakcji półświatka Fargoth, ucierpiała nawet osoba należąca do jego ludzi. A to mu się już nie podobało. Wiedział tylko jedno - Kotomyszka (bo tak ochrzcił ją Cerau - ze względu na to, że to ona polowała, ale i również nie chciała zostać złapana) musiała zostać jak najszybciej znaleziona, a najłatwiej było to zrobić... w nocy. Bo też właśnie wtedy polowała najwięcej. Dlatego po mieście było rozsianych kilka jego czujek, a i on również pojawiał się wtedy w na ulicach. Z drugiej strony wiedział, że była szukana również przez jego przeciwników. Tyle, że to on chciał ją znaleźć pierwszy.
        Pojawiła się - ale znaleźli ją też inni. Mimo to zdążyła uciec. Tylko, że... Cerau miał przewagę. Był wampirem i noc była jego porą, dodatkowo... mógł przecież zamienić się w kruka. Co też pozwalało mu "polować" niezauważenie. Dlatego skrupulatnie korzystał z tej możliwości i w tej postaci również zdołał złapać trop - a mówiąc konkretniej po prostu dostrzegł umykającą nieudolnemu pościgowi zabójczynię. Postanowił po prostu za nią podążyć, obserwując ją z góry, co generalnie też było dość proste - bo udała się na najwyższy punkt w okolicy. Krążył przez chwilę nad nią i w niedalekiej okolicy, ciągle ją w tej formie obserwując. Nie miał zamiaru tylko jej pilnować, miał zamiar wyciągnąć z tej obserwacji jak najwięcej informacji na jej temat. A w tym również pomagała mu trochę umiejętność czytania aury, którą wydzielała każda istota. Jednakże nie był w tym zbyt dobry, a jego obecna forma dodatkowo mu to utrudniała. Zwłaszcza, kiedy krążył tak dookoła, dlatego też wylądował na skraju dachu, na którym się znajdowała i obserwował ja kątem kruczego oka. Ryzykował zauważenie, ale... przecież był tylko krukiem! Refleks miał niezły, więc nawet jakby coś miała podejrzewać i rzucić się na niego, to jako że znajdował się kilka sążni od niej, wystarczyło się wzbić w powietrze i utrzymać dystans. Na pewno nie mogła latać!

Awatar użytkownika
Cętka
Szukający drogi
Posty: 38
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Cętka » 1 tydzień temu

        Panterołaczka siedziała, czy raczej kucała na wąskim dachu budynku, balansując na stopach. W jednej dłoni trzymała truchło szczura i wyskubywała z niego mięso palcami drugiej. Długi ogon wykonywał pozornie leniwe i nieskoordynowane ruchy, ale to głównie dzięki nim dziewczyna zachowywała równowagę. Pozornie niewygodna i niestabilna pozycja pozwalała jej na zerwanie się do biegu lub wręcz ryzykowne zeskoczenie na ziemię w razie zagrożenia. Cicho mamrotała do siebie niezbyt pochlebne opinie o okolicy i zamieszkujących ją ludziach. W pewnej chwili zaczęła nucić pod nosem między kęsami mało apetycznego posiłku. Po kilku minutach zastygła gwałtownie w bezruchu, a tylko puchate ucho drgnęło i skierowało się w bok.
         Niespodziewaną zmianę zachowania spowodowało zgrzytnięcie po jej lewej. Powoli skierowała swój wzrok w tamtą stronę, szukając źródła. Okazało się, że było to tylko zgrzytanie i stukanie szponów lądującego ptaka. Dużego, czarnego... Zapewne kruka, chociaż Cętka nie była pewna już niczego w tym szalonym świecie. Zmiennokształtna spojrzała na swój posiłek a potem znów na ptaszysko. Kilka razy porównała trzymanego szczura i siedzące na brzegu budynku zwierzę. Powolutku, ostrożnie położyła truchło obok komina i zręcznie, niemal bezszelestnie zsunęła się kilka stóp niżej. Biorąc pod uwagę ozdoby, ciężkie buciory i włócznię zamocowaną na plecach, nie było to wcale proste zadanie. Panterołaczka była jednak bardzo zdeterminowana by zjeść lepszą kolację.
        - Chodź, chodź! Nie bój się, malusieńki... Jeśli jesteś krukiem, to na pewno lubisz takie prawie świeże mięsko - wymruczała miękko we własnym języku, po czym oblizała wyczekująco jeden kieł. Długi ogon drgał wyraźnie, zdradzając niecierpliwość. Uparcie tkwiła jednak przytulona brzuchem do stromego podłoża, ze wzrokiem utkwionym w ptaszysku. - No chodźże bliżej!
        Tuż po bardziej rozdrażnionym syknięciu, z żołądka Cętki wydobyło się zdradzieckie, głośne burczenie. Jak na sygnał spięła się i odbiła od dachu, zrzucając przy tym kilka dachówek. Podejrzewała, że potencjalna ofiara spłoszy się po tym dźwięku i nie zamierzała ryzykować. Pierwszy sus nie był idealny i musiała odbić się ponownie od szczytu budynku. Drugi skok był już bardziej pewny. Długi ogon uniósł się w odruchowej próbie balansu a sama panterołaczka rozłożyła szeroko ręce i wyszczerzyła zęby. Była pewna, że lądowanie nie będzie proste, celowała w końcu w zwinnego lotnika, więc sus wykonała jak najwyższy i nie było szans zakończyć go na tym samym dachu. Tyle dobrze, że kolejny budynek nie był zbyt daleko i był dobre piętro niższy. Choćby miała stracić na nim równowagę i spać, powinna bezpiecznie wylądować przynajmniej na ziemi.

ODPOWIEDZ

Wróć do „Fargoth”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość