Las Driad[Las Driad] W poszukiwaniu odpowiedzi i pewnego czarodzieja

Kraina baśniowych stworzeń, gdzie mgliste polany i rozległe lasy zamieszkują majestatyczne pegazy i jednorożce, a gdzieś w głębokimi lesie spotkać możesz cudownie piękne, leśne Driady. To właśnie w tym lesie położony jest wielki Jadeitowy Pałac Królowej Driad i ich święte miasto ze Źródłem Nadziei i Ołtarzem Nocy.
Awatar użytkownika
Yva
Szukający drogi
Posty: 44
Rejestracja: 2 lat temu
Nagrody: [img]http://granica-pbf.pl/images/perla.png[/img]
Kontakt:

Re: [Las Driad] W poszukiwaniu odpowiedzi i pewnego czarodzieja

Post autor: Yva » 5 miesiące temu

        Yva wyczuła zgodę, która zawisła w powietrzu po jej ostatnich słowach. Być może nie byli przyjaciółmi. Być może sobie nawet nie ufali. A jednak dogadali się i postanowili ruszyć razem w dalszą drogę. To mówiło o nich samych więcej, niż mogli się spodziewać - że każde z nich tak naprawdę nadal było w głębi duszy dzieckiem, rozpaczliwie potrzebującym akceptacji. Oczywiście żadne nie myślało w ten sposób, a nawet gdyby przez którąś głowę przeszła myśl, że są dla siebie tak ważni, nikt nie powiedziałby tego głośno. Mimo opanowanej reakcji Noi Yva obrała jednak pomarańczę i cicho podeszła do przysypiającego już lekko dhampirka. Spojrzała na niego z góry, ułożonego na obrusie i zawiniętego jak naleśnik w płaszcz elfa. Na jej twarzy, zacienionej przez padające zza pleców, nikłe światło księżyca, zagościł przez chwilę lekki uśmiech. Oderwała cząstkę pomarańczy i wsunęła ją w dłoń Noi. W powietrzu rozszedł się słodki, cytrusowy zapach, przywodzący na myśl szczęście z dziecięcych lat.
- Proszę - powiedziała cicho, podając drugi kawałek Louinowi, który siedział obok towarzysza. Odsunęła się o parę kroków (jednak nie za daleko, mimo wszystko bezpieczniej było spać w grupie) i usiadła na ziemi. Podała cząstkę pomarańczy Petro, który - zaskakująco jak na niego - również nic nie powiedział, jedynie kiwnął poważnie głową. W tej chwili wydał jej się dużo doroślejszy niż dotychczas. Być może ta podróż naprawdę zmieniła ich wszystkich?
        Ostatni kawałek zostawiła dla siebie, a pozostałe dwa zawinęła i schowała do torby. Przez chwilę podziwiała delikatną, pomarańczową błonkę, prześwietloną blaskiem księżyca. Wyraźnie wiedziała rysujące się w środku żyłki, pulsujące lekko magią. Odetchnęła głęboko i rozgryzła ją, czując jak słodki, orzeźwiający sok wypływa na język.
- Dobranoc - rzuciła w powietrze i rozciągnęła się na trawie, kładąc ręce pod głowę.

        Powietrze było ciężkie i tak gęste, że każdy oddech przypominał łyk kisielu. Oświetlone słońcem drzewa rysowały się intensywną zielenią na tyle ciemnych, burzowych chmur. Wioska wypełniona była bezruchem i nawet owady przestały buszować w trawie. Yva biegła przez pole, chcąc zdążyć przed deszczem do domu. Ciężko było ośmioletniej dziewczynce przedzierać się przez zboże, ale z uporem rozgarniała rękami wysokie kłosy. Zbiegała ze wzgórza, na szczycie którego jeszcze przed chwilą podziwiała ocean - potężną taflę błękitu pod rozciągającymi się nad nią, granatowymi kłębami. W dole widziała mamę i tatę, czekających na nią i wołających ją z uśmiechem do siebie…
        Sen, jak sny to mają w zwyczaju, przeskoczył gwałtownie z jednego punktu do drugiego. Yva - tym razem już dorosła, z grzywą rozwianych, czarnych włosów - pędziła w stronę burzowego nieba na grzbiecie ogromnego smoka. Stwór - biały jak śnieg i miękki niczym puch, był długi i giętki, a na tle granatowych chmur przypominał błyskawicę. Dziewczyna dostrzegła pioruny uderzające w morze i z zawadiacką miną skierowała swojego wierzchowca właśnie w tę stronę. Nie towarzyszył im huk grzmotów, a każde wyładowanie rozjaśniało niebo przepięknymi barwami. Wpadła w chmury, które mieniły się teraz fioletem, błękitem i czerwienią, po czym zapikowała i wzbiła się pionowo w górę. Przez chwilę pędzili z zapartym tchem - ona i jej wierny smok. Po paru sekundach znaleźli się ponad burzową zawieruchą, otoczeni przez spokojne, nocne niebo. Tysiące gwiazd błyszczały nad ich głowami, gdy płynęli nad Alaranią, spokojni i wolni niczym wiatr…

Awatar użytkownika
Noa
Szukający drogi
Posty: 32
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Noa » 5 miesiące temu

        Noa nie stawiał się jakoś wybitnie - w zasadzie położony na ziemi i zakutany w pachnący elfem płaszcz, sam zdawał się nasiąkać jego potulnością. Wciśniętą mu w w rękę pomarańczę objął leciutko palcami, a nieodgadnione, kocie spojrzenie rzucane do tej pory spod przymrużonej powieki na Yvę przesunęło się z ciekawością na kawałek owocu.
        Magia.
        Tylko to mogło w tej chwili zmusić dhampirka do uniesienia głowy.
        Nie podziękował za podarunek, ale zajął się nim z całą uwagą, przewracając na brzuch i z rozmysłem obracając cząsteczkę w łapkach.
        - Dziękujemy. - Wyręczył go Lou, kiedy otrzymał swoją część i upominająco dźgnął go w plecy.
        - Yhymp - mruknął rudzielec nawet się nie odwracając.

        Między nimi zapanowało zgodne milczenie. Równymi oddechami uspokajali nawzajem swoje zmysły, a mruczenie demonów zagłuszało odgłosy nocnego życia lasu.

        Noa, początkowo rozciągnięty, gdy zasypiał skulił się lekko na upiornie białym obrusie, a sześciooki kociak zajął miejsce kocyka, z czułością układając się na kruchym ciałku. Drugi zazdrośnie ocierał się pyszczkiem o włosy rudzielca, aż wymyślił, że może obejść go dookoła i zająć zaszczytne miejsce w nogach. Łysym, czarnym ogonem oplótł blade kostki, całym bokiem przylegając do odsłoniętej skóry i wkopując się pod złotą szatę.
        Louin przełknął ślinę. Do tak zapieczętowanego dhamirka nie miał nawet odwagi się zbliżyć - a przydałoby mu się trochę cudzego ciepła. Nie miał już nawet swojego okrycia… Ale nie szkodzi. Może i lepiej jeśli przy ludziach nie będą spać wtuleni w siebie.
        Chcąc się rozgrzać potarł dłońmi ramiona, po czym ułożył w bezpiecznej odległości od demonów i nieco dalej niż chciał od przyjaciela.
Umyślnie nie zjadł swojej cząstki pomarańczy chcąc zachować czujność, a może kiedyś, w razie potrzeby oddać ją Noi. Jego częściej dręczyły koszmary. A nawet jeśli nie to gorzej sobie z nimi radził.
        Westchnął i przymknął oczy. Pogrążony w ciemności, mimo pomruków bestyjek słyszał każdy szept, każde słowo lasu. Trzepot skrzydeł. Cichy brzęk owadów. Kroki stawiane przez patykowate nogi saren; łamane gałązki. I omal nie podskoczył, gdy koci pysk dotknął jego szyi. Nuko zakradła się bezszelestnie, a elfowi przeleciała przez głowę absurdalna myśl, że właśnie tak zginie - potwór otworzy paszczę i… i…! ale nosek demona musnął rumiany policzek; zwierzę przednią część ciała ułożyło na elfich barkach, by resztą giętko opadać na ziemię, a łapami dosięgnąć dhampira, tworząc żywy most między nimi.
        Sparaliżowany elf przez dłuższy czas bał się poruszyć, by nie rozzłościć drapieżcy, ale w końcu rozgrzany, zaufał mu, rozluźnił i powoli zasnął…


        Słodkie sny, tak?

        Siedział na łóżku. Bogatym, choć nie wielkim, miękkim, z satynową pościelą w delikatnym odcieniu. Wokół czuł zapach czystości; luksusu i mydła oraz świeże powietrze… był na zewnątrz. Baldachim rozpłynął się w jednej chwili, by odsłonić jasne niebo. Wokół biegały jakieś dzieciaki - jego rówieśnicy. Nie widział ich wyraźnie, ale słyszał roześmiane głosy. Wiedział, że bawią się piłką i skaczą między kamieniami. On też był w tym dobry. Nawet mógł podnieść taki kamień i rzucić nim daleko, daleko… wszystkim się to podobało. Ale teraz nie miał ochoty do nich dołączyć - choć wiedział, że mógł. I ta świadomość mu wystarczała. Rozłożył się wygodnie i czekał, aż ktoś bardzo ważny do niego przyjdzie. Chyba, żeby mu pogratulować….
        Aż w końcu zapomniał, że czeka - dzieci zniknęły, także drzewa, a nawet pobliski budynek. Siedział na kocu, a młodą, ciepłą łąkę zalewała woda. Intensywnie błękitna, wspaniała - dawał jej moczyć swoje stopy i ręce. Woda… ciekawe skąd się tam wzięła. Nawet nie lubił wody. Ale przyjemnie było mu obok niej; czuć wyjątkowy spokój i… i radość. Nie drażniły go ptaki, a poza ptakami nie widział żadnych zwierząt. Trawa była wolna od robactwa, a jedyny jednorożec w tej krainie pasł się daleko stąd… Spojrzał na intensywne barwy, które go otaczały. Było ich tak niewiele - jasna zieleń, błękity i żółte połacie kwiatów… A gdzie purpura? Wtedy też dostrzegł, że koc, na którym siedzi jest w rzeczywistości szatą tego koloru. Zadowolony owinął się nią i obserwował jak niebieska woda ustępuje odcieniom czerwieni. Skuszony zmieniającym się obrazem, zaczerpnął w dłonie ogrzanej cieczy i skosztował. A była to najsłodsza rozkosz jaka kiedykolwiek została mu darowana - napełniająca spełnieniem i budująca harmonię. Miała smak krwistego morza oraz pomarańczy…


        A tuż obok, pod kocim strażnikiem, jego przyjaciel znów tonął.


♦︎ ♢ ♦︎ ♢ ♦︎


        - AAAAAAAAAAAAA!
        Gwałtowny krzyk i stuknięcie pleców o pień było dzisiaj sygnałem na pobudkę. Noa przyparty do drzewa, ściskał w ręku złoty materiał starając się nim zasłonić, a demoniczne koty skakały dookoła prychając i mentalnie się jeżąc (ostatecznie były nagie). Tuż nad dhampirem z kolei stało potężne zwierzę, lśniące od srebrzystej bieli, kopytami brudzące obrusik. Jednorożec o masie mięśniowej buhaja pochylał wielki łeb nad rudzielcem, rogiem zawadzając o korę, ale uporczywie starając się zbliżyć i obwąchać ofiarę. Louin patrzył na to z boku zupełnie spokojnie, kiedy już oprzytomniał - zaśmiał się i pogłaskał gościa po pęcince.
        - To nie jest zabawne! - wyszeptał w złości Noa, nie wiedząc, w którą stronę zrobić unik. - Zabierz go!
        - Ale on cię lubi!
        - Wątpię! Niby za co!? Nie zbliżaj się! - Starał się odepchnąć koński pysk rękami, ale te w porównaniu z końską głową zdawały się jeszcze bardziej drobne niż zazwyczaj.
        Zwierzę sapnęło, przystanęło z nogi na nogę i uniosło łeb, by po chwili znów zaryć rogiem w pień.
        - Chce mnie nadziać! Mówiłem!
        - Oczywiście, że nie chce! Po prostu daj mu się poznać…
        - To ja go niedługo poznam - od środka! Wszystko według planu! To złe stworzenie jest! Posłaniec sił nieczystych…
        - Nie obrażaj się, on tak zawsze - szepnął elf do konika, a Noa aż prychnął.
        - No już, już, chodź. - Louin wstał i łagodnym gestem poprowadził gościa, by zszedł z obrusu. - To jego widzieliśmy wczoraj - wyjaśnił z uśmiechem Yvie i Petro, mając nadzieję, że będą równie zachwyceni jak on. Albo chociaż zniechęceni nieco mniej niż Noa.

Awatar użytkownika
Yva
Szukający drogi
Posty: 44
Rejestracja: 2 lat temu
Nagrody: [img]http://granica-pbf.pl/images/perla.png[/img]
Kontakt:

Post autor: Yva » 3 miesiące temu

        Petro był ważny. Szedł dumnie wyprostowany przez elegancki klub prosto do nakrytego jasnym obrusem stolika. Takie obrusy - śnieżnobiałe, bez najmniejszej plamy - były dla niego wyznacznikiem najwyższej wykwintności. Lokal nie był meliną, do której miał wstęp ktokolwiek. To tu spotykała się śmietanka towarzyska Rubidii. A on był jego stałym bywalcem.
        Chłopak górował nad wszystkimi bardziej niż zazwyczaj - jego szerokie ramiona ciasno opinał idealnie dopasowany smoking. Piękna, rudowłosa kobieta uśmiechnęła się do niego, gdy ją mijał. Odwzajemnił uśmiech, odgarniając z czoła zabłąkany kosmyk. Był jednak zbyt skupiony by rozpraszać się teraz amorami. Na nie zawsze mógł znaleźć czas.
        Usiadł przy stoliku, a w jego dłoni pojawiła się szklaneczka whisky. Była przyjemnie chłodna, a pływający w bursztynowej cieczy lód delikatnie grzechotał o ścianki naczynia. Petro pociągnął łyk, napawając się łagodnym, lekko słodkim smakiem alkoholu. Nie zakrztusił się, jak zwykł to czynić gdy był młody i usiłował pić bimber. Teraz był szanowanym detektywem i nawet picie whisky przychodziło mu z wrodzoną elegancją.
        Przez chwilę przyglądał się pięknej elfce, która śpiewała na scenie niskim, lekko zachrypniętym głosem w przyćmionym blasku lampionów. Miała na sobie ciemnozieloną suknię mieniącą się cekinami. Jej twarz - o lekko skośnych oczach i szczerym uśmiechu - przypominała mu twarz kogoś znajomego. Puściła mu oko i skierowała się w jego stronę. Nim zdążył odpowiedzieć, do stolika dosiadł się jednak inspektor, który potrzebował jego pomocy. Kiwnął poważnie głową i przesunął po blacie akta najnowszej sprawy. Bez niego nie dadzą sobie z tym rady… Petro poluźnił kołnierzyk koszuli i z uwagą przekartkował otrzymane materiały. Piosenkarka patrzyła na niego z podziwem, nucąc cicho piosenkę o miłości i zbliżając się do stolika miękkim, kocim krokiem…

        Wrzask wyrwał go ze snu tak gwałtownie, że chłopak podskoczył i zamachał pięściami. Był pewien, że atakuje go jakiś rzezimieszek, któremu pokrzyżował przestępcze szyki! Jako detektyw miał wielu wrogów, jednak z każdej walki wychodził zwycięsko.
        Kiedy rozejrzał się nieprzytomnie i dostrzegł potarganą Yvę, z niezadowoleniem uświadomił sobie, że to był tylko sen. Przesunął wzrokiem po sylwetce jednorożca i już zamierzał umościć się z powrotem do spania, gdy… Zaraz! Jednorożca?! Otworzył szerzej oczy i wpatrzył się zdumiony w parzystokopytne zwierzę, które mieniło się srebrem i bielą na ich niewielkiej polanie.
- Coooo? - zaskrzypiał wyjątkowo niemęskim głosem, po czym odchrząknął speszony.
- Yva, czy ja nadal śpię? Uszczypnij mnie, co?

        Yva, która obudziła się już chwilę temu, siedziała bez ruchu, bojąc się głośniej odetchnąć i wodziła wzrokiem za jednorożcem. Czy był prawdziwy? A może to kolejna fatamorgana wiedźmy? Od kiedy była mała marzyła, że spotka jednorożca! A teraz stał tuż obok i obwąchiwał Noę, który najwyraźniej miał tego serdecznie dosyć.
- Spotkaliście go już wcześniej? Kiedy? - zapytała cichym głosem, nie chcąc przepłoszyć konia.
- Jest piękny. Myślisz, że mogę go dotknąć? - zapytała Louina, wstając ostrożnie. - Sądziłam, że jednorożce to stworzenia z bajek. Magiczny…
Podziwiała jego długi, lśniący niczym wypolerowana stal róg, zupełnie nie zwracając uwagi na to, jak ostry wydaje się być. Srebrna grzywa przypominała pajęczynę, a ciało aż lśniło od najczystszej bieli.
        ”Jak takie stworzenie ukrywa się przed drapieżnikami?”, przemknęło jej przez myśl. ”Może jest zbyt dobre by cokolwiek mogło je zaatakować?”.
Wyciągnęła dłoń i ostrożnie dotknęła ciepłego boku.
- Prawdziwy - szepnęła do siebie i pogładziła koński grzbiet.
- Oczywiście, że jest prawdziwy - odezwał się głęboki, męski głos za jej plecami. - Bardzo dziękuję, że znaleźliście mojego konika. Potrafi być wyjątkowo nieposłuszny jak na wierzchowca półboga.
Odwróciła się gwałtownie, a jej oczom ukazała się potężnie umięśniona sylwetka z burzą kędzierzawych włosów, otoczona jaskrawym blaskiem wstającego dnia. Zamrugała oślepiona i zmrużyła oczy, próbując dostrzec, kto określił się mianem “półboga”.

Awatar użytkownika
Noa
Szukający drogi
Posty: 32
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Noa » 3 miesiące temu

        Rozdrażniony własnym przerażeniem Noa nie potrzebował większej zachęty od Petro, by boleśnie dźgnąć go w ramię. Co prawda to Yva miała go uszczypnąć, ale ile można na nią czekać. A przecież prosił!
        Nie zamierzał też próbować rozumieć dlaczego Lou i Yva tak lubią czworonożnego drapieżcę, który tylko czeka, by zrobić z nich szaszłyki na własnym łbie. Ale był pewien, że temu babsztylowi spodoba się to ohydztwo - chyba miała słabość do tego co paskudne i napakowane (tak, pomyślał też o dorosłym Puto). Cieszył się jedynie, że krzyk chłopaka był niemal tak niewieści jak jego własny - a młodzika nie broniła reputacja doskonałego aktora. Był zwyczajnym tchórzem.
        Nieco podniesiony na duchu poranną dozą krytyki, odetchnął, kiedy Lou w końcu odsunął od niego ten chodzący rożen. Zaczął uspokajać swoje demoniki, głaszcząc je po grzbietach i ostentacyjnie ignorując spojrzenia rzucane mu przez jednoroga. A niech się gapi! Byle trzymał swój pysk z daleka. I… i całą resztę jeszcze dalej.
        W końcu oparł się w geście zmęczonej obojętności o pień, pod którym spali, o mało nie zawadzając przy tym Pato, którego najwidoczniej potrafił już zignorować. Ostatecznie lepił się on do swojej przyjaciółeczki, więc nie miał gustu, a i żadnego majątku, o który warto by było zawalczyć… tak, tego chłopczyka można było już zostawić w spokoju. Ale…
        Sześciookie koty, nadal nieufna wobec jednorożca, okręciły się wokół nóg Yvy i Louina.

        Elf jak zwykle wzdrygnął się przy tym lekko, ale tym razem niemal niezauważalnie - zbyt rozradowany był obecnością kopytnego gościa i entuzjazmem dziewczyny.
        - Wczoraj natknęliśmy się na niego, w zasadzie niedługo przed tym jak was znaleźliśmy - wyjaśnił z uśmiechem, głaszcząc olbrzyma po boku (tam gdzie jeszcze sięgał). - Śmiało - zachęcił ją do pieszczot, a zwierzę otrzepało łeb, sypiąc srebrne paproszki na nogi Noi. No co za!…
        - Hah, mówiłem, że cię lubi! - Wyszczerzył się elf, ale rudzielec spojrzeniem kazał mu się odczepić. Sam jednak z pogardliwym zainteresowaniem przyjrzał się srebrnym drobinkom oblepiającym jego skórę. Widząc jego zaangażowanie, Lou poczuł się usatysfakcjonowany i już miał znowu zagadać Yvę, gdy tubalny głos całkowicie go spłoszył.
        Zamarł w chwilowym bezruchu, gdy tak jak towarzyszka przyglądał się obcemu. Z jego słów najbardziej skupił się na tych mówiących o przynależności jednorożca.
        - No tak, takie bydle nie mogło należeć do kogoś normalnego - wyrwało się Noi, który gładząc swoje nagie nóżki, nawet nie raczył się podnieść. Nie, był wściekłą dziewuchą zagubioną w lesie i zamierzał się tej roli trzymać, bo była niesamowicie wygodna. Swoboda w marudzeniu to to czego potrzebował najbardziej.
        - A… ach, no tak, proszę, oddajemy. - Elf naparł na jednorożca, starając się zatrzeć słowa dhampira w ogólnej niepamięci i zwrócić zwierzę w stronę właściciela. Ale ogier parsknął tylko obojętnie i nachylił się, by poskubać trawy. Niemal trafił przy tym na palce rudzielca.
        - Świetnie! - Ten zerwał się, poirytowany. - Bardzo dobrze, że pan się zjawił. Może zabierze pan łaskawie to coś z naszego obozu? - Wyciągnął rękę, wskazując zwierzę, ale gdy tylko się ruszyło, skulił się i przezornie odsunął. Przesadził też z nazywaniem rozłożonego pod drzewem obrusu ,,obozowiskiem”, ale nie za bardzo obchodziło go co też obcy jegomość sobie pomyśli. Ugh… był jeszcze bardziej obleśny niż jego rumak. Już mniejsza, że jak ostatni dekiel nazywał się ,,półbogiem” (tego nie zrobiłby nawet Puto, choćby wyrósł na bogatego łamacza serc w smokingu), ale jego…. wszystko było bardzo nieapetyczne. Tak, nie szpetne - po porostu nie w guście dhampira. I każdego, kto po męskim przedstawicielu rozumnej rasy oczekiwał choć odrobiny subtelności. Nie, ten kloc był przy takim kwiatku jak Noa kupą porosłych kamieni, rzuconych na stertę gdzieś za stodołą i zostawioną słońcu na spalenie.
        Tak, ten jednorożec był z pary ładniejszy. I kto wie czy nie bardziej inteligentny.

Awatar użytkownika
Yva
Szukający drogi
Posty: 44
Rejestracja: 2 lat temu
Nagrody: [img]http://granica-pbf.pl/images/perla.png[/img]
Kontakt:

Post autor: Yva » 2 miesiące temu

        Yva nie była pewna czy cieszy się z zaufania okazanego przez zmutowane koty Noi. Nie-futrzaki owinęły się wokół ich nóg niczym łasice, cały czas patrząc spode łba na jednorożca. Była przekonana, że gdyby los nie poskąpił im sierści, byłyby teraz srogo najeżone. Ostrożnie wyplątała się z kociego uścisku, zostawiając stworzenia same sobie. To koty Noi, niech on je uspokaja. Ona za to z zachwytem przyjrzała się srebrnemu pyłkowi, sypiącemu się pod nogi rudowłosego marudy.

        Na słowa Noi wielkolud roześmiał się dobrodusznym, potężnym śmiechem, który wstrząsnął całą jego sylwetką. Wyszedł z oblewającej go plamy światła i wyszczerzył się do nich od ucha do ucha.
- Ach, zdecydowanie nie nazwałbym siebie “normalnym”. “Niezwykły”, “ponadprzeciętny” - te słowa o wiele bardziej pasują.
Głos miał niski i bardzo miły dla ucha. Była w nim niesamowita dźwięczność, która powodowała, że człowiek odruchowo się z nim zgadzał. Yva pokiwała głową, patrząc na niego z niekłamanym zainteresowaniem. Wysoki jak góra (był wyższy nawet od dorosłej wersji Petro!), praktycznie cały składał się z mięśni. Bez wstydu prezentował zresztą nagi tors, pokryty licznymi tatuażami. Rubidianka zarumieniła się, przyglądając się doskonale zarysowanym bicepsom, a gdy “półbóg” podchwycił jej spojrzenie, puścił jej oko.
- To… eee…. Półbóg? Że jak? - zapytał Petro pełnym rezerwy głosem. On również był pod wrażeniem postawy nieznajomego (pewnie byłby w stanie wyrwać drzewo z korzeniami!), jednak życie w porcie nauczyło go ostrożności w stosunku do obcych. Zwłaszcza TAKICH obcych.
        Mężczyzna uśmiechnął się jeszcze szerzej (choć nie wydawało się to możliwe) i odgarnął za ucho kosmyk kręconych włosów. Potężna szopa zalśniła w słońcu miedzianym brązem. Uśmiech miał idealnie biały i równy, a policzki opalone i rumianie w zdrowy, naturalny sposób. Oczy, uważne i roześmiane, miały kolor głębokiej czerni. Każdy element jego wyglądu z osobna wydawał się doskonale doszlifowany, tworząc razem nieco szaloną, ale bardzo sympatyczną kompozycję. Wzbudzającą w Yvie takie zaufanie, że nawet określenie “półbóg” przełknęła bez większego zastanowienia.
Dlatego spojrzała krzywo na Petro, kiedy zadał swoje pytanie.
Jak tak można? Tak wprost pytać boga czy jest bogiem! Niby nie mieli żadnego potwierdzenia jego słów, ale spójrzcie na niego…
Zaraz! Co ona plecie?

        Jakby wyczuwając jej wahanie mężczyzna znowu pochwycił jej spojrzenie i kiwnął jej lekko głową. Odpowiedziała odruchowo, usadowiając się pod drzewem obok Noi. Czuła się jak dzieciak, który doczekał się w końcu bożonarodzeniowej opowieści.
        Nawet jednorożec, jakby na potwierdzenie słów swojego olbrzymiego pana, podszedł do niego i szturchnął go łbem w dłoń (wielką jak talerz), domagając się pieszczoty.
- Nazywam się Kaha’i (z akcentem na “i”!) i pochodzę z Archipelagu Farrahin. Urodziłem się wraz z powstaniem wszechświata i jestem dzieckiem Prasmoka. Nie czujcie się jednak onieśmieleni, jestem tu by pomagać maluczkim, takim jak wy! Moi ludzie, mieszkańcy Archipelagu, stawiają mi posągi i przyozdabiają je kwiatami.
Usiadł obok Yvy i gestem zachęcił pozostałych, żeby się przyłączyli. Z zainteresowaniem przyjrzał się leżącym na ziemi zapasom, wybrał z nich dorodne jabłko i kontynuował swoją opowieść.
- Wyczuwam, że łączy nas więź oceanu, jego szum płynie w waszych żyłach tak jak i w moich. Nadaje rytm naszemu życiu. No, może poza tobą - zwrócił się do Noi, który nadal wyglądał na naburmuszoną pannicę.
- Być może słyszeliście legendy o półbogu, który uspokaja sztormy i sprowadza rybaków do domu, który zatrzymuje wulkany i chroni wyspy Oceanu Jadeitów przed podmorskimi potworami. To ja - podsumował skromnie.
- Ja słyszałam! - zawołała nagle Yva, robiąc ogromne ze zdumienia oczy. W jej wspomnieniach, jeden po drugim, wróciły historie opowiadane przez ojca i matkę, a także legendy, które czytała w Wieży magów.
- Pamiętasz, Petro? Historie opowiadane podczas plecenia sieci, na dobranoc…
- Pamiętam! - zawołał Petro, czując ogarniającą go ekscytację. Teraz i on czuł się jak dziecko, które właśnie zobaczyło pierwszą gwiazdkę. - To naprawdę ty?
- Naprawdę, mały! A teraz, skoro Prasmok zetknął nas ze sobą, z chęcią wam pomogę! Szukacie czegoś w tym lesie, prawda?
Dwójka przyjaciół synchronicznie kiwnęła głowami, całkowicie wpatrzona w Kaha’i. Yva powędrowała wzrokiem w stronę Louina, ciekawa czy i on wyczuł więź oceanu, łączącą go z olbrzymem. Nie potrafiła tego wytłumaczyć - nie była specjalnie naiwna i nie ufała obcym. A jednak teraz... Czuła się zupełnie jakby spotkała bohatera z dzieciństwa. Wszystkie dzieci w ich wiosce (tak jak na całym wybrzeżu) słyszały legendy o Kaha’i. Czasami miewał inne imiona, ale idea była ta sama - ogromny, potężny, chroniący wyspiarzy i mieszkańców wybrzeża. Czy naprawdę siedzieli teraz obok półboga?

Awatar użytkownika
Noa
Szukający drogi
Posty: 32
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Noa » 2 miesiące temu

        Nie był zachwycony. Zdecydowanie nie - pojawienie się kolejnego intruza mogło go tylko wnerwić, ale nie spodziewał się, że aż tak. Toż to gorsze od wiedźmy! Nie ruszając się z miejsca patrzył wrogo na wyszczerzonego w ich stronę pseudo-nad-mężczyznę i słuchał jego słów z taką dozą sceptycyzmu, że o mało drzewo nad nim nie uschło. ,,Niezwykły?”, ,,ponadprzeciętny?”, ach zdecydowanie nie nazwał by go w ten sposób. ,,Obrzydliwy”, ,,obłąkany”, te słowa o wiele bardziej pasowały. ,,Ego-cen-ego-tryczny” - taki był szkaradnik stojący przed nimi.
        I nawet jego głos dhampira drażnił. Nie wiedzieć zresztą czemu, ale cokolwiek irytowało Noę, nie musiało mieć ku temu powodów lepszych niż samo istnienie, bycie w jego pobliżu. A bycie w jego pobliżu (głosem) tak niskim i męskim było wręcz zakazane. Na pewno zaś budziło zawistną niechęć w zniewieściałym magu. Tyle wystarczyło, by rudzielec uprzedził się do tego osobnika bardziej nawet niż do dorosłego Puto - ten ostatecznie nie dość, że zniknął, to w ogóle był mało groźny, bo poza potykaniem się o własne nogi i gapieniem się na Yvę niewiele umiał. Ale ten tutaj?
        Noa i Lou od razu skupili się na jego aurze i tak też w niej zatonęli - potężna i przyjazna budziła w ich umysłach skojarzenie z czystym żywiołem; wodą i wulkanami, ciepłymi prądami oceanu. Lecz o ile elf oddał się jej zupełnie, oniemiały, tak dhampir mlasnął z niezadowoleniem i starał się od niej odciąć. Nie potrzebował by coś należącego do samozwańczego półboga go oblepiało. Już wystarczył ten klejący się jednorożec-szaszłykożerca.
        Jednak czego by nie mówić, samozwańczość potężnej istoty stawała pod znakiem zapytania, gdy patrzyło się na ogrom otaczającej ją emanacji. Tym Noa musiał być już zafascynowany. I zaniepokojony.
        Ale przynajmniej aura nie była ukryta jak w przypadku wiedźmy, więc wiedział z czym ma do czynienia…
        Tylko, że nie za bardzo.
        Z aury wynikało, że może nie kłamać co do swoich możliwości - ale dhampir i tak nie wierzył olbrzymowi na słowo - ani jedno. Żadne ,,dziecko Prasmoka” nie byłoby na tyle durne, by gadać od rzeczy przy spotkaniu z bandą obcych małolatów i jeszcze chwalić się przed nimi swoją gębą. Ale moce, którymi mógł władać, ewidentnie stawiały go ponad nimi wszystkimi - jeśli chodzi o siłę, doświadczenie i najpewniej wiek… mógłby ich zgnieść jak robaczki. Jednak to było za mało, by Noa postanowił się do niego przymiziać i go nie prowokować. Nie - niech zna jego pogardę! W końcu taka wyrafinowana i najmniej rozumowa najwięcej była warta. Niechęć w czystej postaci nieuzależniona od niczego poza sobą samą. Majątek, moc czy prezencja niewiele tu miały do rzeczy… a przynajmniej chwilowo Noa tak myślał. Jego złość rosła jednak wraz z zachwytem pozostałej trójki, a obelgi trzymały się męskiego wyglądu i wątpliwej inteligencji. Czyli tego, czego mali rudzielcy nie znoszą najbardziej.

        Nachmurzony i zły jak zmutowana osa łypnął na Yvę, która umościła się obok niego… ignorując go! Niewiele więcej afektu otrzymał od Pluto, który choć na początku ładnie się postawił bajarzowi i błysnął resztką rozumu, teraz ogłupiał tak samo jak jego nastoletni kole… koleżanka.
        Tyle dobrego, że chociaż jednorożen poszedł w cholerę, połasić się do tucznika.
        Lecz ten potem zaczął przemawiać.
        ,,Z akcentem na ,,i”? Och! Twoje priorytety zgadzają się ze statusem - jesteś usmażonym idiotą” - komentował w myślach dumny wywód, zimnymi oczami wodząc w okolicy zębów olbrzyma. Nie wyglądały jak zęby wegetarianina. Może był wcieleniem jednorożca?
        ,,Nie czuję się onieśmielony… boję się tylko, że twoja pusta głowa w końcu odpadnie i zmiażdży mi nogi. Choć może właśnie jest na tyle lekka, że odlatuje? Pewnie po to ci reszta ciała - musisz trzymać tę głupotę przy ziemi, inaczej uderzy Prasmoka w oko.” - klął dalej, opierając się lekko o Yvę. Była cieplejsza i wygodniejsza niż drzewo, ale obawiał się, że niewiele przy tym mądrzejsza. Oczy jej się świeciły jakby nie siedziała przed obnażonym wariatem, a najprawdziwszym… czymś co tam lubiła. Włóczęgą może? Tak czy inaczej, drzewo przynajmniej nie śliniło się do tego obłąkańca. Chociaż...?
        Z niepokojem zerknął na kołyszące się lekko gałązki, ale te na szczęście dalekie były od bicia pokłonów. Drzewa to jednak drzewa - bystrzejsze od ludzkich nastolatek.
        ,,Czy naprawdę nie możemy znaleźć tego skarbu bez obcowania z cierpiącymi na urojenia?”, westchnął. ,,To wszystko twoja wina Yva!”, ,,a ty oddawaj jabłko grubasie!”, ,,Lou co tak stoisz!?”
        I jak na komendę, Lou usiadł, z namaszczeniem i płochliwie zerkając na rosłego przybysza.
        ,,Świetnie… zepsułeś mi elfa, widzisz?” - Noa niemal warknął, ale ostatecznie przewrócił oczami i ostentacyjnie odwróciwszy się do mówcy bokiem, zaczął głaskać swoje kociaki. Tylko one w tym całym towarzystwie nadawały się teraz do czegokolwiek innego poza kiwaniem się w rytmie chrzanionego oceanu.

        Ale i Lou, choć zapatrzony w Kaha’i nie był aż tak otumaniony jak dwoje młodych Alarańczyków - choć kierowała nim fascynacja i podziw, czuł także pewien żal i dużo nie ukrywając - strach. Zasadniczo nie lubił zbyt silnych magów, a tacy związani z morzem przerażali go w pewnym sensie najmocniej. Poza tym lata spędzone w towarzystwie Noi uszczupliły jego zapasy wrodzonej ufności, a i nie słyszał nigdy żadnych legend, które nieobce były jak widać ich towarzyszom.
        Lubił jednak jednorożca - Srebrnogrzywego jak go w myślach pieszczotliwie nazywał. Cieszył się też entuzjazmem Yvy i Petro - choć może powinien był mieć więcej podejrzeń. Nie znał jednak ich przeszłości, ani miasta z którego pochodzili, więc to co mówili traktował jako fakt. W takim razie obcy mężczyzna w jego mniemaniu musiał być im znany. A przynajmniej ten, za kogo się podawał był.
        Ech, Louin nie umiał być jednak nazbyt podejrzliwy. Chciał zwyczajnie polubić każdego.

        Na szczęście równowagą dla mile i bardziej beztrosko usposobionej trójki był sam Noa - nadrabiał za nich i jeszcze dorzucał od siebie tyle, że starczało dla demoników.
        - Szukamy, tak - jako pierwszy werbalnie potwierdził przypuszczenia maga, skoro Yva i Pato byli i tak gotowi wszystko mu wypaplać. - Ale pan szuka chyba czegoś innego. Wybieg dla osłów jest tam. - Pokazał ręką jakieś krzaki i spojrzeniem zasugerował, że droga jest wolna.
        Odpowiedział mu jednak tylko ten sam, dobroduszny śmiech:
        - Ha ha! To miłe z twojej strony, ale to nie osioł, a jednorożec! Przypatrz się! Widzisz? Ma róg i srebrną grzywę!
        ,,Naprawdę myślisz, że mówiłem o koniu?”
        - Więc jak, w którą stronę podążacie? Jaki jest cel, do którego mogę was przybliżyć?
        - A nie mógłby się pan najpierw oddalić? Tak gdzieś w okolice przeciwnej strony Łuski?
        - Och. - Olbrzym wesoło machnął łapą. - Dosyć tej nieśmiałości! Nie bój się, do tej wspaniałości trzeba przywyknąć! - Klepnął się w udo i uśmiechnął chwacko. - Ale rozumiem co czujesz! Obcowanie z doskonałością każdego potrafi wprawić w osłupienie. Przyzwyczaisz się.
        ,,Szczerze w to wątpię” - dhampir już myślał czy nie rzucić całej tej wyprawy i nie zameldować się w najbliższym cyrku. Tam przynajmniej byłoby normalnie.

Awatar użytkownika
Yva
Szukający drogi
Posty: 44
Rejestracja: 2 lat temu
Nagrody: [img]http://granica-pbf.pl/images/perla.png[/img]
Kontakt:

Post autor: Yva » 1 tydzień temu

        Gdy Yva pokrótce wytłumaczyła kierunek ich podróży, olbrzym radośnie klasnął w dłonie.
- Doskonale znam świątynię bogini Effeid! Piękny, elficki przybytek, w czasach swojej świetności robił prawdziwe wrażenie. Rzeźbione krużganki, płonące wszędzie błękitne ognie i kolumny tak potężne, że ginęły w półmroku wraz ze sklepieniem… A w środku skarby! Nieprzebrane bogactwa, miody i kwiaty, składane w ofierze bogini...
Cokolwiek by nie mówić o dziwnym półbogu, zdecydowanie miał gadane. Bajdurzył swoim głębokim jak dzwon głosem, a wspaniałości świątyni momentalnie stanęły im przed oczami. Podniósł się i powoli ruszył we wskazanym przez siebie kierunku, nie przestając opowiadać. Jednorożec posłusznie stąpał kilka kroków dalej, potrząsając od czasu do czasu długą, jedwabistą grzywą (jednorożce stąpają, one przecież nie chodzą jak zwykłe, pociągowe konie).
- Oczywiście to było setki lat temu. Teraz zostały już tylko ruiny, skruszałe białe kamienie i kilka podniszczonych rzeźb.
- Czy jest tam może posąg o kształcie olbrzymiej głowy? - zapytała podekscytowana Yva, przysuwając się bliżej ramienia grubszego niż jej udo. Półbóg nawet pachniał cudownie - nagrzaną słońcem skórą, wiatrem i egzotycznymi owocami.
        Zerknął na nią z góry i uśmiechnął się rozbrajająco.
- Pewnie, że tak. To jedyny fragment posągu bogini, jak ostał się po setkach lat działania nieprzyjaznych żywiołów. Jest piękna. Ty i twoja koleżanka powinnyście to docenić.
Yva zerknęła na naburmuszonego Noę i wybuchnęła śmiechem - po części dlatego, że wiedziała o pomyłce Kaha’iego, a po części z powodu wyrazu twarzy dhampirka, przypominającego bardzo skwaszoną żabę.
        Zwolniła nieco marsz i podeszła do towarzysza, który wlókł się z tyłu z wyraźną niechęcią.
- Twoje przebranie działa doskonale, skoro nawet On się nie poznał - mrugnęła do Noi i zrobiła zgrabny piruet w miejscu. Wyciągnęła z manierki dużą kroplę wody i bawiła się nią, kręcąc młynki wokół palców.
- Chyba nie przypadł ci do gustu, co? - zapytała. Mimo że nadal żywiła do niego urazę za udawanie dziewczyny i paradowanie na golasa, miała cichą pewność, że ten przebiegły facet ma znacznie większe doświadczenie życiowe niż ona. Choć nigdy nie powiedziałaby tego na głos!
- Wiesz, jest uosobieniem wszystkich naszych legend i opowieści. Dzieci musiały jeść, żeby być silne jak Kaha’i. Jeśli ktoś wypływał w morze, dostawał koraliki z modlitwą o jego błogosławieństwo. To on obdarowywał rybaków połowami i uspokajał sztormy. Nigdy nie przypisywano mu złych cech - za okrucieństwo morza odpowiadały setki różnych istot zamieszkujących głębiny, syreny, trytony czy węże morskie. Tylko on bronił zwykłego człowieka przed nieszczęściami i złą wolą bogów. I jasne, nigdy nie sądziłam, że istnieje naprawdę, zawsze myślałam, że to przesąd. Wiesz, z gatunku tych, z którymi jednak należy się liczyć. Ale on jest dokładnie taki, jak w opowieściach!

***

        Tymczasem Petro, z cielęcą naiwnością dwunastolatka, który przypadkiem osiągnął wiek piętnastu lat, wypytywał półboga o kolejne z jego przygód. Podekscytowany, szedł sprężyście niczym żuraw na swoich lekko umięśnionych, choć nadal zbyt chudych nogach, nie widząc dookoła niczego poza Kaha’im.
- Naprawdę wyciągnąłeś z dna morza wulkan Krakatau?
- Jasne!
- I obróciłeś w kamień złe siostry Arrante i Talianis, zmieniając je w wyspy?
- Pewnie! Och, to były wredne damulki! Ale włosy miały boskie!
- I walczyłeś pod wodą z Gagzoą, olbrzymim demonem-krabem?
- Naprawdę!
- Wooow! A nie bałeś się? Jak go pokonałeś?
- No co ty mały. Jasne, że się nie bałem! Każde dziecko wie, że stając w obliczu wodnego demona…
- Nie wolno okazywać strachu, no jasne! Bo to zaostrza...
- Jego apetyt - dokończył za chłopaka i uśmiechnął się od ucha do ucha. - Ha, widać, że ktoś tu odrobił lekcje!
Klepnął go po plecach tak mocno, że Petro poczuł, jak zagrzechotały mu wszystkie żebra.
- A wodne demony to parszywe i piekielnie inteligentne bestie, uwierz mi, mały przyjacielu. Znasz historię o Gagzoi? - zapytał znienacka Louina.
- Masz delikatny typ urody, inny niż ludzie z południa. Chyba ty i twoja marudna przyjaciółeczka nie jesteście stąd?

- Gagzoa to był demon wyjątkowo parszywy, a to dlatego, że najbardziej lubił wybierać przekąski po opakowaniu. Im coś bardziej błyszczało, tym smaczniejsze musiało być dla niego w środku. Zresztą żywił się nie tylko mięsem - w przypadku jego braku, pożerał również dusze. Zaczynał jako mały krabik, zbierający z dna morza odłamki muszli i porzucone przez ludzi przedmioty - groty strzał, przeklęte złoto, wyrzuconą biżuterię zaręczynową. Z czasem, wchłaniając energię tych rzeczy, napęczniał nienawiścią i złością ludzkiego gatunku. Jego dusza przekształciła się w var’the, demona bytującego nisko przy dnie. Z czasem stał się postrachem okolicznych wód. Zagrażał statkom przewożącym cenne przedmioty, a nawet piratom wracającym z grabieżczych wypraw. Jego imienia nie wymawiano na pokładzie, gdyż mógł cię usłyszeć poprzez głębiny mórz. Na szczęście ludzie zwrócili swe modły do właściwego półboga i ruszyłem im na ratunek… Podszedłem demona podstępem, przebierając się za smakowity kąsek - cały obwieszony klejnotami stanowiłem pokusę nie do odparcia. Wyobraźcie sobie te oczy - jadowicie żółte i złe, wyłaniające się z najczarniejszej ciemności. Mało brakowało, a i ja bym stchórzył! Tak, tak, nawet ja odczułem wtedy cień niepokoju! - potwierdził, widząc niedowierzające spojrzenie Petro. - Udałem przerażenie, a kiedy otworzył paszczę, żeby mnie pożreć, rozorałem ją swoim kościanym oszczepem!
Nagle półbóg zamilkł i się zasępił, jakby powiedział o jedno słowo za dużo. Petro spoważniał, omiótł go spojrzeniem od stóp do głów i zapytał:
- A gdzie jest twój oszczep?
Facet nie wyglądał jakby potrzebował jakiejkolwiek broni - łapy potężne jak kokosy i bijąca od niego aura prastarej magii mówiły same za siebie. Jednak w każdej legendzie, na każdym posągu, Kaha’i przedstawiany był zawsze z kościanym oszczepem w ręku. Według podań był zrobiony z jego własnego żebra.
- Przepadł - mruknął olbrzym i wbił spojrzenie między drzewa.
- Jak to przepadł? Gdzie?
- Nie chcę o tym gadać!
- Może moglibyśmy ci pomóc?
- Powiedziałem nie!
Nie krzyknął, ale warknął. A warkot ten był groźniejszy niż ryk drapieżnika. Chłopiec skulił się w sobie i opuścił głowę.
- Przepraszam, mały. To dla mnie trudny temat. Jakby nie patrzeć, była to część mnie.
Po chwili milczenia jego twarz nagle się rozjaśniła, jakby ponure myśli przesłoniło coś zupełnie innego.
- Ale dosyć o mnie! Opowiedzcie coś o sobie! Po co szukacie posągu bogini Effeid?

Awatar użytkownika
Noa
Szukający drogi
Posty: 32
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Noa » 1 tydzień temu

        Nie mógł mu zaufać. Ani nie mógł być zadowolony. Pytanie tylko czego nie mógł bardziej. Wlókł się za resztą gromady, pechowo powiększoną o jednego olbrzyma i ludojada (ciekawe kto był kim?) i byłby kopał wściekle kamyczki, gdyby nie fakt, że miał na sobie drogie pantofelki, a w okolicy zabrakło kamieni. Chociaż gdyby tak jakiś raczył spaść z niebios i przygnieść tego obrzydliwego morskiego śmierdziela? Albo chociaż palnąć go w głowę i ogłuszyć, by zostawili go tu i by mogły zająć się nim robale?
        Pewnie jednorożec też tylko na to czekał. Może nawet nie dzieliłby się z robakami. Uch…

        Analizował w biegu historię Kahai’a o całej tej świątyni Effeid. Wydawało mu się, że głowa wyrysowana na mapie doprawdy mało przypominała przedstawienie pięknej kobiety, ale brał poprawkę na to, że nie każdy pirat czy kartograf nawet, umie narysować laskę w perspektywie i jeszcze ładnie pocieniować. Choć przedstawienie czaszki z klucza było oddane z kolei wyjątkowo wiernie.
        Coś się tu musiało nie zgadzać…

        No i ta aura. Nie mogli odmówić jej potęgi, ale może ten efekt był jedynie sztuczką? Wystarczyło być kimś kto zna opowieści o tym całym półbożku, umie nieco zachachmęcić i się za niego podać. Tylko po co? W jakim celu jakiś podstępny czarownik miałby ogłaszać się mityczną postacią przed bandą dzieciaków?
        Aż dostawał dreszczy.
        Dobra - po świecie kręcili się zboczeńcy. Większość z nich znał zresztą osobiście i aż nazbyt dobrze. Może ten gość nie miał co robić i lubił kręcić się po lasach doprowadzając naiwnych ludzi do różnych dziwnych miejsc… nie, to nadal brzmiało źle. I - oż w mordę! - nazwał go kobietą!

        Noa aż się zdziwił, bo nie spodziewał się, że tak zwany ,,półbóg” może dać się nabrać na kieckę, ciałko i tą idealną buźkę… jak i Yva zauważyła, to było dziwne. Znaczy, tak tego nie nazwała - skupiła się na rzeczy ważniejszej, czyli na tym, że to ON, Noa jest genialny. Aż prawie się uśmiechnął, a na pewno wyprostował się z lekka. Tak, był niesamowicie utalentowany. Przebiegły jak lisica i bezwzględny jak pirania w rzece. Jednak to, że w tej chwili humorek mu się poprawił nie znaczyło, że można było nazwać go dobrym. I że Kahai mógł liczyć na jakiegoś plusa.
        - Powiedzmy, że jestem wybredny - parsknął tonem wyniosłej damulki, ale gdy zostali nieco z tyłu, zwrócił się do Yvy już poważnie i bez wydziwiania:
        - Nie wątpię, że takie opowieści mogą być u was znane. Nawet taka istota, pierwowzór tego wszystkiego mogła przecież istnieć. Może nawet nie jedna. Ale nie wierzę, żeby to był on. - Zmrużył uważne oczy, wbijając je w wielkie plery wytatuowańca. - Może to jakiś obłąkaniec. Albo ktoś kto wmówił sobie, że jest legendarnym bożkiem. Nie wiem, nie mogę od tak uwierzyć w jego opowieść. To pewnie jedynie naśladowca, jeśli nie zupełny oszust. Ale jeżeli on jest faktyczną legendą to ja jestem prawdziwą babą! - zakończył stanowczo i tupnął w marszu.
        - Swoją drogą… - odwrócił się po chwili, bo coś go zaintrygowało. - Macie na pieńku z syrenami i trytonami? Myślałem, że kumplujecie się z morskimi stworami. A tu proszę, jakiś maniak musiał was przed nimi ochraniać…

* * *


        Ogólnie starał się ignorować przybysza (mając go jednocześnie na oku), ale wytężył słuch, gdy tylko usłyszał słowo ,,demony”. Od tego momentu z zaciekawieniem śledził opowieść, po raz pierwszy nie żałując, że podróżują wraz z tą przemądrzałą baryłą. Ta jedna historia była naprawdę pouczająca… i całkiem zgodna z tym co on sam o demonach wiedział.

        Louin tymczasem także oddawał się pewnemu skupieniu, aż wyrwany nie został przez bezpośrednie pytanie. Lekko zarumienił się, uśmiechnął i zaraz przytaknął.
        - Tak, pochodzimy z zupełnie innej części Łuski. Dlatego wybaczy pan, ale nie znamy opowieści z wybrzeża - przyznał z poczciwym żalem i tylko nieco nie tak niewinnie jak się wydawało.

        Dalej słuchali już obaj, dając Pluto przejąć dowodzenie i popisać się naiwną chłopięcą gadatliwością, nie zawsze znającą granice…
        Och, Noa w zachwycie niemal zaklaskał.
        Kiedy tylko Kahai się uniósł, oczy mu błysnęły i uśmiechnął się za jego plecami. Wiedział, wiedział, że coś jest z nim nie tak! Spojrzał porozumiewawczo na Yvę - no, może trochę wyzywająco. Bo utwierdzony był w przekonaniu, że opalony osobnik nie był dokładnie tym za kogo im się podawał. I tłumaczenia o przywiązaniu do oszczepu na niewiele się zdały - prawdziwie potężne istoty, prawdziwi bohaterowie nie warczeli na dzieci ze względu na jeden, drażliwy temat. Nie, oni mieli to w nosie i zdecydowanie lepiej panowali nad emocjami. Nawet Noa, gdy chciał, umiał nad tym panować - jakże więc miał uznać, że Kahai naprawdę jest taki wspaniały?
        ,,Mówiłem” - niemo przekazał Yvie, choć na tym poprzestał. Co zamierza dziewczyna zrobić to już jej sprawa. A gdzie zabierze ich podejrzany typek zwyczajnie go ciekawiło. W razie kłopotów zawsze mógł uratować siebie i Louina podróżą do Otchłani, więc…
        - Och, to wszystko jej pomysł. - Wyszczerzył się słodko do mężczyzny, łapiąc Yvę za ramię. - To ona zdobyła mapę i postanowiła znaleźć piracki skarb. Czyż nie tak? - zapytał jakby faktycznie byli koleżankami, przy czym on, jako ta rozsądniejsza trochę się z Yvy naśmiewała. - Ja jestem tu dla towarzystwa - dodał wyjaśniająco, póki co darując sobie szczegóły, takie jak fakt, że poznali się niedawno, a zaczął im towarzyszyć, bo widział ich w towarzystwie demona…

ODPOWIEDZ

Wróć do „Las Driad”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość