Demara[Obrzeża Demary] Mogę go pogłaskać?

Warowne miasto położone na granicy Równiny Drivii i Równiny Maurat. Słynące z produkcji bardzo drogich i delikatnych tkanin, takich jak aksamit czy jedwab oraz produkcji wyrafinowanych ozdób. Utrzymujące się głównie z handlu owymi produktami.
Awatar użytkownika
Natasha
Błądzący na granicy światów
Posty: 21
Rejestracja: 2 lat temu
Rasa: Nordyjczyk
Profesje: Opiekun , Rybak , Łowca
Kontakt:

Post autor: Natasha »

        Kompletnie nieświadoma zbliżającej się wielkimi (gadzimi) krokami katastrofy, Natasha siedziała na dywanie w pokoju Bonnie, analizując z nią kolejne zadania pozostawione przez guwernantkę. Były to tabliczki mnożenia i pergaminy z równaniami, krótki i całkiem lekki dla dziecka wierszyk do nauczenia się na pamięć, a także przerwana robótka. Nie spodziewano się oczywiście, że dziewczynka ją skończy, ale miała haftować przynajmniej godzinę, by guwernantka mogła następnego dnia ocenić postępy podopiecznej.
        Młoda szlachcianka była bystra. Rozwiązała zadania z minimalną pomocą Natashy, wiersza nauczyła się już poprzedniego dnia (czego nie zdradziła pannie Bonfire, nie chcąc otrzymać większej ilości zadań, co wyjątkowo rozbawiło Nat), a nad robótką obiecała popracować (mimo że bardzo tego nie lubiła, bo kłuła się w palce, a wzorki nie wychodziły wcale takie, jak u jej nauczycielki), jeśli Natasha pokaże jej znowu nowe rzeczy na mapie. Roscoe przystała na tą rozsądną propozycję i teraz miała właściwie chwilę dla siebie, gdyż w robótce niestety niewiele mogła dziewczynce pomóc. Zwróciła więc uwagę na Chibiego, który na początku wizyty wyskoczył z plecaka, by przywitać się ze swoją małą przyjaciółką, a później nie przeszkadzał im, zajęty skakaniem po łóżku. Od jakiegoś czasu jednak kręcił się po pokoju, a Nat dopiero teraz dostrzegła, że zwierzak nie zwiedza, tylko coś go zaniepokoiło.
        - Co jest, Chibi? – zapytała miękko, gestem nakazując Bonnie powrót nosa do robótki, bo dziewczynka zaraz się zainteresowała. Posłusznie jednak wróciła do haftowania, a Nat wstała, podchodząc do stojącego w oknie zwierzaka. Pyszczek miał na płasko przyklejony do szyby, próbując coś dojrzeć, ale gdy blondynka stanęła obok niego, szukając za oknem tego, co mogło tak stworka zainteresować, ten zastrzygł uszami i skoczył nagle w stronę drzwi, podskakując i próbując sięgnąć do klamki.
        - Hej! Nie możesz sam chodzić po domu – wyjaśniła Nat, podbiegając do pluszaka i biorąc go na ręce. Ten dopiero wtedy spojrzał na nią wielkimi, chyba zszokowanymi oczami i przykrył łapką jedno oko, drugą próbując przybrać kształt pazurów, co przy puszystym futerku kompletnie mu nie wychodziło. Roscoe jednak zamarła na moment, jakby zrozumiała, co chowaniec próbuje jej przekazać, a po chwili, jakby na potwierdzenie podejrzeń ich obojga, usłyszeli aż nazbyt znajomy głos, rozbijający się piętro niżej i bez problemu sięgający wszystkich uszu w posiadłości.
        - O nie… - jęknęła dziewczyna, a Chibi spoglądał niepewnie to na nią, to na drzwi. Bo mimo wszystko chciał pobiec do Rivera, skoro ten przyszedł po niego aż tutaj! Nie chciał jednak wyrywać się przyjaciółce, by jej nie podrapać tak jak kiedyś. Poza tym… ona nie wyglądała na zachwyconą. Ale jego przyjaciel po niego przyszedł! Stęsknił się za nim!
        Natasha zachodziła zaś w głowę jak ma wybrnąć z tej katastrofy, która zdawała się zbyt okrutna, by mogła być prawdziwa. Bonnie na razie tylko uniosła głowę, spoglądając w stronę drzwi z lekko zmarszczonymi brwiami, gdy dotarły do niej donośne głosy, ale Roscoe za wszelką cenę chciała uniknąć spotkania Rivera z panem Dummondem. Nie łudziła się, że cokolwiek uratowałoby wtedy jej pracę.
        - Bonnie, zostań proszę w pokoju, zaraz wracam – poprosiła, a dziewczynka skinęła zgodnie głową. – Chibi, wskakuj do plecaczka – Nat zwróciła się do zwierzaka, ale ten akurat się ociągał, bujając łapkami i zerkając niewinnie w stronę drzwi. – Chibi, proszę. Jeśli narobimy sobie kłopotów, to już nigdy nie będziemy mogli odwiedzić Bonnie!
        Ten argument zadziałał i Nat odetchnęła z ulgą, gdy zwierzak wskoczył do plecaczka. Wymknęła się z pokoju i po cichu zbiegła po schodach, wyciągając głowę, by zobaczyć co się dzieje na dole. Widok nie zaskakiwał, ale uświadomił nordyjce, że to się dzieje naprawdę i że jest o włos od utraty posady. Zastanawiała się właśnie, co powinna zrobić, gdy padło na nią spojrzenie Johnatana, już czerwonego ze złości. Jak tu pracował, nie musiał użerać się z nikim takim! Od tego była straż przy bramie, by nie wpuszczać tu łachmytów! Widok blondynki na schodach tylko uświadomił mu zmieniające się w tym domu zwyczaje, ale tego obdartusa w kapeluszu nie miał zamiaru wpuścić. Nagle jednak zbystrzał, zerkając na dziewczynę.
        - Jakiś panny znajomy? – zapytał kpiąco, a Nat serce podskoczyło do gardła. Nie chciała kłamać, ale nie miała wyboru.
        - Nie – odparła, we własnym mniemaniu średnio przekonywująco. – Słyszałam podniesione głosy – powiedziała więc, by wyjaśnić swoją obecność. To chyba zadziałało, bo Johnatan spojrzał znów na intruza, a Nat przeniosła wtedy spojrzenie na Rivera i powoli pokręciła przecząco głową. Nie wiedziała, czy to dostrzeże, bo chyba był półślepy, ani czy zrozumie, a nawet jeśli zrozumie, to czy nie postanowi zrobić jej na złość i zniweczyć wszystkie jej wysiłki, by dostać tę pracę. Po cholerę w ogóle tu przylazł?
        Przysunęła się bliżej ściany, czując poruszenie w plecaczku i modląc się tylko, by Chibi nie postanowił, mimo zakazów i próśb, wyskoczyć z ukrycia i podbiec do smoka. Odwróciła się, by wrócić na górę (i dać tym smokowi kolejny sygnał, żeby jej w swoje pokraczne plany nie mieszał), gdy zamarła w pół kroku.
        - Co tu się dzieje? – rozległ się donośny głos pana domu i ku zgrozie Johnatana, Charles Dummond wkroczył z niezadowoleniem w środek sceny, której nigdy nie powinien musieć być świadkiem.
Awatar użytkownika
River
Zsyłający Sny
Posty: 312
Rejestracja: 4 lat temu
Rasa: Smok
Profesje: Wędrowiec , Rozbójnik , Najemnik
Kontakt:

Post autor: River »

        Rosnąca irytacja ze strony szambelana, odźwiernego, kamerdynera czy czymkolwiek był ten siwy buc po drugiej stronie drzwi, który usilnie starał się wywalić pradawnego z posesji Dummondów, sprawiało tylko większą satysfakcję Jednookiemu. Nawet, gdy udało mu się uniemożliwić zatrzaśnięcie mu drzwi przed nosem, ku oburzeniu mężczyzny po drugiej stronie, bez większych problemów pozwolił sobie wejść do środka, jakby co najmniej został właśnie zaproszony na podwieczorek.
        - Tak więc, jak już mówiłem, chciałbym porozmawiać z PANEM tego domu w sprawie pracy, nie zaś ze zwykłym odźwiernym. Szanujmy więc proszę swój wzajemny czas Haroldzie i zaprowadź mnie do swojego pana - powiedział cały czas się bezczelnie uśmiechając, ignorując przy tym to co mówił do niego starszy mężczyzna. Oczywiście stereotypowo zakładając, że podstarzały tym przyjmujący gości w domu jakiegoś arystokraty, musi nazywać się Harold.
        I o ile River nie przypuszczał, że może być coś zabawniejszego od bezskuteczności prób wywalenia Jednookiego z terenu posiadłości, tak w pewnym momencie zrobiło się jeszcze ciekawiej dla gada, gdyż w zasięgu "wzroku" pojawiła się jego ulubiona sąsiadeczka. A do tego pytanie, które zadał ten sztywny burak, aż się prosiło jednoznaczną odpowiedź ze strony pradawnego. Ciężko mu było się powstrzymać i nie parsknąć krótko, gdy padło łatwe do przewidzenia zaprzeczenie ze strony dziewczyny. Podniósł swoje gadzie spojrzenie na nią i tylko uśmiechnął się jednocześnie i przyjaźnie i złośliwie, jej obawa była tak bardzo satysfakcjonująca, była jak kawałek chleba dla umierającego z głodu. Teraz jeszcze bardziej był przekonany o tym, że wpadł na genialny pomysł z przyjściem tutaj.
        - Raczej bym zapamiętał tak nieokrzesaną osobę. Żeby tak się czaić na schodach i podsłuchiwać czyjąś rozmowę, toż to szczyt bezczelności - odpowiedział Jednooki w temacie znajomości z nordyjką z udawanym oburzeniem. - Aż dziw bierze, że taka osoba plącze się po tak wspaniałych włościach, a porządnego obywatela tego kraju, traktuje się jak zwykłego łachmytę.
        - Ostatni raz pana ostrzegam, proszę opuścić teren posiadłości... - zaczął po raz wtóry Johnatan, wyglądał jakby powoli był u skraju cierpliwości, a przy tym i dobrego wychowania.
        - Już mówiłem coś o wzajemnym szanowaniu swojego czasu i choćbym bardzo mocno chciał, pan nadal tylko utrudnia i niepotrzebnie tylko przedłuża. Gdybyś od razu podkulił pod siebie swój wypachniony frak i poszedł po tego kto tu płaci, już dawno by mnie tu nie było i i ty miałbyś już spokój i ja nie musiał bym tu tracić dłużej swojego czasu - westchnął poirytowany, samemu tracąc pomału cierpliwość.
        - Dość tego! Żegnam pana! Straże! Straże! - zaczął wołać przez drzwi strażników pilnujących wejścia na posesję. Już nawet nie był czerwony, jego twarz była mocno bordowa, jakby odźwierny ze swojego gniewu miał zaraz dostać wylewu.
        River prychnął z pogardą i choć nadal stał raczej spokojnie, to mimo wszystko był gotowy w każdej chwili do ataku. O ile nie do przemiany w środku domu i rozwalenia przy tym bez wątpienia połowy budynku. Zaraz pojawił się na scenie kolejny aktor i jak się dość szybko okazało, był to ten, z którym tak usilnie gad chciał porozmawiać. Miał już się odezwać, gdy wtrącił się bezczelnie Harold.
        - Panie Dummond, nic takiego się nie dzieje. Wszystko mam pod kontrolą, zaszła mała pomyłka i ten pan już wychodzi - powiedział po czym wyszedł na ganek, by kolejny raz wezwać z całych sił strażników, którzy byli już niemal przed drzwiami, gdy River po prostu zatrzasnął je im przed nosami.
        Oparł się o drewno plecami, napierając całym swoim ciężarem, aby tylko Johnatan wraz ze strażnikami, nie mogli otworzyć drzwi i zaraz je szybko zaryglował. Gdy mu się to udało, zatarł dłonie, jakby strzepywał z nich bród po ciężkiej pracy i osunął się nieco od wyjścia. Podniósł pojrzenie gadziego oka na pana tego domu i zdjął z głowy kapelusz, by skłonić się bardzo nisko, można by nawet uznać, że z wymuszoną przesadą.
        - Jam jest River zwany Jednookim, mój panie i przybywam by zatrudnić się u szanownego pana, mój panie, jako ochrona przed niechcianym motłochem, bądź też strażnik. Jak mogliście, mój szanowny panie, samemu być świadkiem, wasza straż, bez obrazy, jest o kant rzyci roztrzaskać, a śmiem wątpić, byś zechciał, mój szanowny panie, pozwolić by bez problemu na teren twojej posiadłości mógł się bez problemu dostać pierwszy lepszy przechodzień i nie daj Prasmoku, zagrozić twojemu jedynemu, jak mniemam, najdroższemu twemu sercu dziecku. Proszę się dobrze zastanowić nad moją propozycją, bo drugiej takiej okazji możecie nie dostać, mój szanowny panie. A dobro i bezpieczeństwo córki powinno być chyba ważniejsze od opinii publicznej, jak sądzę. Wierzę, że podejmie pan mądrą decyzję - powiedział spokojnie, może trochę za bardzo wymuszając na sobie stosowanie (i strasznie ją przy tym kalecząc) ogólnie przyjętej etykiety. Wypowiadał się jednak w taki sposób, że w sumie Dummond nie miał większego wyboru, jeśli nie chciał ryzykować spełnienia tej pobrzmiewającej w tonie pradawnego groźby. - Z niecierpliwością będę wyczekiwał pańskiej decyzji. Podejrzewam, że panna stojąca na schodach bez problemu byłaby w stanie mnie odnaleźć by przekazać informacje odnośnie mojej pracy dla pana. Miłego życzę.
        Skłonił się raz jeszcze uniżenie, zdejmując przy tym z głowy kapelusz, spojrzał przelotnie na Natashę, posyłając jej całusa i kpiący uśmieszek, po czym odryglował drzwi i je otworzył na oścież, w ostatniej chwili się cofając, by siłujący się i próbujący wywarzyć drzwi mężczyźnie, na niego nie wpadli. Wyglądało to o tyle komicznie, że Johnatan był niemalże cały purpurowy na twarzy, a na szyi widać mu było pulsujące z wściekłości żyłki, zwłaszcza, gdy gad uśmiechnął się do niego przyjaźnie, jakby nigdy nic. Opuścił w końcu dom, a następnie posiadłość Dummondów, pogwizdując z zadowoleniem melodię, która od samego rana chodziła mu po głowie. Powiedzieć, że był dziś w wyśmienitym humorze, to jak nic nie powiedzieć.
Awatar użytkownika
Natasha
Błądzący na granicy światów
Posty: 21
Rejestracja: 2 lat temu
Rasa: Nordyjczyk
Profesje: Opiekun , Rybak , Łowca
Kontakt:

Post autor: Natasha »

        Natasha wpatrywała się w intruza, w kamiennym bezruchu czekając na jego reakcję, jak na jakiś wyrok. Złośliwy grymas wykwitający na ustach mężczyzny był jasnym dowodem na to, że ten dostrzegł jej niemą prośbę i ją zrozumiał, ale za cholerę nie poczuła się lepiej. Spodziewała się, że zaraz ją wsypie, ale wbrew jego wcześniejszemu niecnemu uśmiechowi, River podjął jej wersję. Oczywiście w swoim stylu, ale ulżyło jej teraz tak bardzo, że wcale nie przejęła się obelgami pod swoim adresem. Absolutnie nie znaczyło to, że jest mu wdzięczna, nie miała za co, ale mogła się teraz cichcem wycofać, zamiast wylądować na dywaniku obok gada. Zdążyła jednak tylko się odwrócić i wspiąć na wyższy stopień, gdy głos pana domu zatrzymał ją w miejscu. Spojrzała przez balustradę na parter, ale Dummond jeszcze jej nie zobaczył, skupiając się na Ha…to znaczy na Johnatanie i Riverze. A ona znów zapomniała, że miała się stąd wymknąć.
        Fernsby odwrócił się wyprężony w stronę swojego chlebodawcy, szybko uspokajając oddech po gwałtownej wymianie zdań z intruzem. Wiedział, że głównymi winowajcami zajścia są strażnicy przy bramie, ale mimo wszystko czuł się odpowiedzialny za to żenujące zajście w posiadłości. Pod silną presją naprawy swojego wizerunku wyszedł na zewnątrz, by ponaglić tych nierobów i dopiero odgłos zatrzaskiwanych drzwi wejściowych, a później szczęk rygla, uświadomił mu, jak fatalne było to posunięcie.
        Charles Dummond przyglądał się zaś wszystkiemu z profesjonalnym spokojem, pozornie nie reagując ani na dobijającą się do drzwi służbę ani na intruza, który kłaniał się teraz w pas z wyraźną kpiną. Szlachcic nie reagował jednak, słuchając uważnie nieproszonego gościa i jego mimika nie zmieniała się nawet o jotę, dopóki kapelusznik nie poruszył w swojej kwiecistej przemowie Bonnie. Nat z niepokojem obserwowała jak twarz zamiera mu w wyrazie powstrzymywanej złości. Lęku się nie dopatrzyła, ale się go domyślała i nie miała zielonego pojęcia w co River pogrywa. Jeśli chciał tu po prostu wlecieć i się zemścić na niej za… nie wiedziała za co właściwie, chyba tylko za Chibiego, jakby to była jej decyzja, to dlaczego wyjeżdżał z jakimś zatrudnieniem? Po cholerę gadowi regularna praca w ogóle? Smoki nie mają jakichś swoich wypełnionych złotem jaskiń w górach?
        Myśli błądziły jej w absurdalnych kierunkach, gdy dziewczyna w ogóle zapomniała, że nie jest tu tylko widzem. Do rzeczywistości przywróciło ją coraz silniejsze wiercenie się w plecaczku. Jeszcze tylko tego brakowało! Nat szturchnęła palcem materiał torby, w odpowiedzi otrzymując ciche burknięcie. Drgnęła nagle, słysząc że River o niej mówi i spojrzała na niego i Dummonda, ale jej szef na szczęście nie spuszczał oczu z gada. Zacisnęła usta i sapnęła przez nos na posłane jej przez smoka całusa i wredny uśmiech. Co za złośliwiec. Teraz szlachcic też na nią spojrzał i Nat przełknęła ślinę. Jeśli przez tego dupka w kapeluszu straci robotę to normalnie…
        Przez otwarte nagle drzwi wpadli do westybulu Johnatan ze strażnikami, lądując jeden na drugim, niczym w komedii na deskach teatru. Natasha sięgnęła dłonią do twarzy, przez palce patrząc z rozpaczą na opuszczającego posiadłość smoka.
        - Panno McKenzie – Dummond zwrócił na siebie jej uwagę. – Zapraszam – dodał, nie spuszczając z niej wzroku, chyba tylko dlatego by nie musieć oglądać swojej służby rozwalonej na ziemi i desperacko próbującej się podnieść mimo zaplątania we własne kończyny.
        - Panno McKenzie – szlachcic podniósł nieznacznie głos.
        - Tak… - mruknęła dziewczyna i zeszła po schodach, kierując się na dobrze znane „fotele do poważnych rozmów”, ale pan domu zatrzymał ją gestem.
        - Proszę wyjść.
        - Słucham?
        - Ostrzegałem pannę…
        - Ale ja nie mam z tym nic wspólnego!
        Dummond uniósł brwi, a ona zorientowała się, że podniosła nieco głos. Umilkła momentalnie, prostując się i uspokajając jednym oddechem. Otworzyła usta, by powiedzieć coś na swoją obronę, ale gospodarz uniósł dłoń.
        - Nie interesuje mnie to, panno McKenzie. Mieszkamy tu już rok i do tej pory nie trafił tu nawet listonosz. A teraz to? Nie, podziękuję za współpracę. Proszę darować sobie przemowy, naprawdę nie jestem zainteresowany.
        Natasha zgarbiła się nieco, kompletnie nie wiedząc co zrobić.
        - Mogę chociaż pożegnać się z Bonnie?
        - Nie, wszystko jej wyjaśnię. Do widzenia, panno McKenzie.
        Nie miała wyboru. Poprawiła niezręcznie plecak i wyszła na zewnątrz, trochę się ociągając.
        - Panno McKenzie? – dobiegł ją głos Dummonda i nordyjka obróciła się szybko z nadzieją w oczach. Szlachcic dobił ją jednym zdaniem. – Proszę się tu więcej nie pokazywać.

        Z terenu posiadłości prawie się wywlekła, nie mając chęci nawet na normalny krok. Chibiego wypuściła jeszcze w ogrodach, bo przy bramie i tak nie było strażników. Stworek chyba wyczuł nastrój, bo szedł koło niej z oklapniętymi uszkami. Raz odważył się coś pisnąć i pokazać z powrotem na posiadłość, ale Natasha powiedziała, że już nie będą mogli odwiedzić jego małej przyjaciółki. Wtedy zmartwił się jeszcze bardziej, bo przecież był grzeczny, jak obiecał! Ale Nat wyjaśniła mu, że to nie jego wina i jeszcze wzięła na ręce, tuląc do siebie, trochę na pociechę obojga, mówiąc że to wszystko wina Rivera.
        Wtedy przypomniało im się obojgu. Chibiemu jak strasznie tęsknił, a Natashy jaka była wściekła na gada. Mimowolnie przyspieszyła kroku, zachodząc w głowę co też mu do łba strzeliło, żeby tam pójść. Musiał ją śledzić! Co za skończony kretyn!
        O zgrozo, dogoniła go jeszcze spory kawałek od centrum miasta. Zobaczyła po prostu na horyzoncie ten biały kapelusz, a dłonie zwinęły jej się w pięści. Przez to, że się tak snuł, dopadła do niego szybciej, niż by chciała. Wyprzedził ją tylko Chibi, który skoczył smokowi na plecy z radosnym piskiem, po czym wlazł mu na ramię i przytulił się do głowy swojego pana. W końcu po niego przyszedł! River znalazł go u małej przyjaciółki i przyszedł do Chibiego, bo się na pewno za nim stęsknił!
        Nat za to podeszła szybkim krokiem i wyhamowała dopiero otwartymi dłońmi na plecach mężczyzny, popychając go silnie.
        - Co.To.Miało.Być?! – syknęła. – Straciłam przez ciebie robotę! Co ci odbiło? Po cholerę tam przylazłeś?
Awatar użytkownika
River
Zsyłający Sny
Posty: 312
Rejestracja: 4 lat temu
Rasa: Smok
Profesje: Wędrowiec , Rozbójnik , Najemnik
Kontakt:

Post autor: River »

        Bardzo mocno się starał, ale ani trochę nie był w stanie przypomnieć sobie kiedy ostatnim razem tak dobrze się bawił i był tak zadowolony z życia jak w chwili obecnej. Kiedy ostatnim razem czuł się taki spełniony. Chyba tylko wtedy, gdy jeszcze miał swoją przytulną wieżę i mógł każdego ranka straszyć wieśniaków z okolicznych wiosek (które jeszcze nie spłonęły za jego sprawą) i wyciągać od nich haracz, za bezpieczne uprawianie ziem na JEGO terytorium. Raz na jakiś czas zdarzyło mu się nauczyć jakiegoś rycerzyka z przerośniętym ego, nieco pokory, wejść w układ z jednym z włodarzy, którzy chcieli wydać córkę za godnego jej mężczyznę, a nie jakiegoś wypachnionego lalusia z dobrego domu...
        Ahh... To były czasy. Nie to co obecne, gdzie prawdziwych, szanujących się smoków było tyle co kot wyrzygał, a i byle wieśniak w dziurawych butach i zjedzonym przez próchnice uzębieniu, mógł takowego jaszczura pozbawić życia. Jeszcze żeby Jednooki wiedział jak do tego wszystkiego doszło, to może dałby jakoś radę wszystko naprawić, by smoki znów mogły wieść prym i nie musiały chować się w niedostępnych dla nikogo miejscach lub pod ludzką postacią. Niestety był chyba o kilka mileniów jeszcze za młody, by móc to pojąć, albo wręcz na odwrót - o kilka wieków za stary by w ogóle być w stanie coś zmienić. I chyba bardziej by się skłaniał do tego drugiego, bo coraz częściej łapał się na myśleniu o przejściu na emeryturę. Trochę tak jednak szkoda zapaść w wieczny sen, ze świadomością, że nikt nawet o nim nie będzie pamiętał. Że nie zostawi po sobie nawet legendy, którą przekazywano by sobie przez kolejne tysiąclecia, jeszcze długo, dłuuugo czasu po nim.
        - Zabawne jak życie staje się piękniejsze, dzięki takim małym przyjemnościom - mruknął do siebie z zadowoleniem, zadarł głowę do góry i odetchnął głęboko.
        Najsmutniejsze w tym wszystkim było jednak to, że będzie się tym rozkoszował jeszcze przez maksymalnie pół godziny, po których wszystko w jego życiu powróci do normy i nudnej monotonni. Wróci do mieszkania żeby spać do wieczora. Może coś zje przed tym, a może nie. Ewentualnie będzie się włóczył bez celu po mieście przez kilka godzin aż do wieczora. Może coś zje, a może nie. Po tym pójdzie do zamtuza by odwalić swoją robotę, czyli będzie udawał, że pilnuje porządku w karczmie i będzie groźnie wyglądał, siedząc przy którymś już opróżnianym kuflu z kolei. Może coś przy tym zje, a może nie. W zależności od tego czy będą dziś organizowane zawody w walce na pięści, może dostanie dziś w pysk, a może nie.
        W sumie sądząc po wiszącym w powietrzu napięciu i szybkich, zamaszystych krokach, które z każdą chwilą zdawały się być coraz głośniejsze, jasno sugerując, że właściciel się zbliża, prawdopodobnie nie będzie musiał czekać do wieczora, żeby dostać w twarz.
        - Uh! Hej! - warknął, omal nie tracąc równowagi po tym jak dziewczyna go z rozpędu popchnęła. Kiedy udało mu się ustać na nogach, odwrócił się urażony twarzą do nordyjki, patrząc na nią groźnie.
        - Witaj pchlarzu - przywitał się ze zwierzakiem, który w jednej chwili wskoczył mu na ramię i zaczął się tulić do gada. Pradawny lekko go odsunął od swojej głowy, nie przepadając za takimi czułościami i wylewnością, ale podrapał lekko malucha pod bródką swoim gadzim pazurem. Oczywiście nie tak, by zrobić Chibiemu krzywdę. Na co zwierzak zaczął z przyjemnością i zadowoleniem mruczeć głośno jak kot.
        - Ty mnie pytasz co to miało być? To ty mnie popchnęłaś - burknął, przypominając sobie po chwili o obecności dziewczyny. Nie było wątpliwości, że nie do końca ją słuchał.
        - Zaraz! Jak to straciłaś pracę? To znaczy, że już nawet za dnia nie będę miał od ciebie i sierściucha chwili spokoju? - zaskoczył zaraz, patrząc na nią zaskoczony i... może nawet lekko zaniepokojony tą myślą.
        Chibi był wręcz rozanielony przez to, że będzie mógł jednocześnie bawić się z Riverem i Natashą w ciągu dnia, nim smok pójdzie do pracy. I w efekcie tego jak bardzo był szczęśliwy, polizał gada po policzku, a po tym przeskoczył na ramię dziewczyny i ją też wyprzytulał i wylizał ze szczęścia, nim jaszczur zdążył go złapać i obedrzeć żywcem ze skróty, za to, że zwierzak go obślinił.
Awatar użytkownika
Natasha
Błądzący na granicy światów
Posty: 21
Rejestracja: 2 lat temu
Rasa: Nordyjczyk
Profesje: Opiekun , Rybak , Łowca
Kontakt:

Post autor: Natasha »

        Działała impulsywnie, to fakt, bo była zdenerwowana. Zawsze była godna zaufania i można było na niej polegać, a teraz udało jej się stracić dwa razy tę samą pracę – raz przez to, że ktoś ją porwał, a drugi raz przez tego przeklętego gościa. Ale powody i tak nikogo nie interesowały, a faktem było, że znowu nie ma pracy. Więc chociaż od początku nie była tak ostrożna w obejściu z Kapelusznikiem, jak być może być powinna, zważywszy na jego aurę, to teraz nawet jego warknięcie nie sprawiło, że się zawahała. Ba, gdyby nie to, że Chibi wskoczył mężczyźnie na ramię i oddał się beztroskim pieszczotom, to pewnie ruszyłaby na Rivera jeszcze raz.
        - Srakto – syknęła przez zęby, splatając ramiona na piersi. – Dummond uznał, że twoja wizyta i chaos, jaki wprowadziłeś to moja wina i mnie wywalił.
        Była zła, a to, że białowłosy z całej sytuacji wyniósł tylko troskę o własny spokój ducha nie poprawiało jej humoru. Przeprosiłby chociaż, buc zbłąkany.
        - Chibim się zawsze mogę zająć – mruknęła jednak, nie mając zamiaru karać zwierzaka tylko dlatego, że miał pecha trafić na takiego „opiekuna”. Ledwo zdążyła jednak unieść brew na widok wylewnej miłości zwierzaka wobec jego pana, a Chibi już skakał na nią, serwując kolejną dawkę przytulasów i mokrego jęzorka. Przynajmniej ktoś ma dzisiaj dobry humor.
        – Idziesz ze mną, mały? – zapytała zupełnie innym głosem, zwracając się do futrzaka, a ten zawahał się widocznie, spoglądając niepewnie na Rivera. W końcu chyba uznał, że Nat się nie pogniewa i wskoczył z powrotem na ramię smoka, przebierając radośnie łapkami.
        - W porządku, w razie czego wiesz gdzie mnie szukać – powiedziała do zwierzaka nordyjka i odeszła w stronę miasta, nawet się nie żegnając z Kapelusznikiem. Znając życie i tak jeszcze dzisiaj na niego wpadnie, czy tego chce czy nie. Sąsiad z piekła rodem...

        Teraz potrzebowała przyjaznego towarzystwa, więc chociaż powinna chodzić po mieście i szukać nowej pracy, to pukała właśnie do drzwi swojej sąsiadki piętro wyżej. Nie słyszała skrzypiec, czy na czym tam Anastazja grała, więc mogło jej nie być, ale już po chwili drzwi się otworzyły, ukazując zaspaną twarz.
        - Rany, obudziłam cię! Przepraszam – rzuciła Nat na powitanie, zakrywając usta dłonią i plując sobie w brodę, że przyszła tak wcześnie. Tylko… dobiegało już południe.
        - Nie, spoookojnie – ziewnęła bardka i gestem zaprosiła koleżankę do środka.
        - Na pewno? Nie chcę przeszkadzać – upewniała się nordyjka, ale weszła do środka, a Anastazja pokazała jej łóżko. Nat klapnęła ciężko na materac i oparła się o ścianę. – Długa noc?
        - Nawet ranek – westchnęła artystka i podeszła do stojącej na komodzie misy z wodą, w której obmyła szybko twarz. – Miałam bardzo mały występ w gospodzie, ale przypadkiem trafiłam na trupę aktorów, którzy później wybierali się na własne przedstawienie i mnie zaprosili. Miałam zostać jako gość, ale się rozkręcili, zaczęli improwizować z widzami i zanim się obejrzałam to skakałam po scenie razem z nimi.
        - Hej, to świetnie! – zawołała Nat z uśmiechem, a bardka pokiwała głową.
        - Naprawdę. Zaproponowali mi dołączenie do nich – dodała, a wspomnienie wieczoru i podekscytowanie szybko przeganiało sen z jej oczu. – Wyobrażasz sobie? Mogłabym podróżować z prawdziwymi elfickimi aktorami.
        - Zgodziłaś się oczywiście!
        - No… powiedziałam, że się muszę zastanowić. Był ranek, byliśmy zmęczeni i pijani, musiałam sobie to poukładać.
        - Bardzo dojrzale – powiedziała Natasha z lekką, zrodzoną wyłącznie z sympatii kpiną w głosie. Uśmiechnęła się wesoło, gdy Anastazja spojrzała na nią spode łba. – No a coś cię tu trzyma?
        - Właściwie nie. Ale trochę się boję – przyznała dziewczyna, niepewnie przygryzając wargę. – Wiem, że to głupie…
        - Głupie nie. Jeśli nigdy nie wyjeżdżałaś dalej…
        - Podróżowałam, ale raptem po okolicach. Żadnych ambitniejszych występów nie miałam, a teraz mam iść na scenę?
        - No nie wiem, dla mnie brzmi jak fantastyczna przygoda – powiedziała Nat i złapała koleżankę za dłoń. Podekscytowanie jej się udzielało!
        - A ciebie co do mnie sprowadza? – zapytała artystka, siadając na łóżku i obracając się w jej stronę. Nordyjce trochę zrzedła mina, ale nie chciała psuć atmosfery, więc dzielnie utrzymywała uśmiech na ustach.
        - A mnie właśnie wywalili z roboty.
        - Nie!
        - Uhm. Powinnam iść poszukać czegoś nowego, ale potrzebowałam przyjaznego towarzystwa.
        - No i dobrze, że przyszłaś – powiedziała bardka, kiwając zdecydowanie głową. – Ale co się stało?
        - Ech, ten dupek znowu.
        - Ten z dołu?
        - Tak. Ale mniejsza, długa historia – mruknęła dziewczyna, nie chcąc na nowo przeżywać poranka.
        - No jak chcesz… Hm, grasz na czymś, albo śpiewasz? Może weźmiesz moją starą robotę? Nie chcę cię urazić, absolutnie, ale…
        - Nie, spokojnie. Dzięki za ofertę, doceniam, ale chociaż i gram i śpiewam to na pewno nikt mi za to nie będzie chciał płacić – zaśmiała się Natasha, doskonale świadoma swoich zdolności. W końcu to, że się nie było w czymś dobrym nie znaczyło zaraz, że nie można tego lubić, prawda? Dla dobra ogółu śpiewała jednak tylko po pijaku i przezornie nie ruszała drogocennych instrumentów.
        - Może w jakimś barze coś podłap na razie, a w międzyczasie się rozejrzysz za czymś bardziej odpowiednim?
        - Pewnie tak. Kelnerek i barmanek zawsze brakuje – uśmiechnęła się nordyjka i zamarła na moment, z zaskoczeniem analizując myśl, która przyszła jej do głowy. – Wiesz, chyba nawet wiem, gdzie zacznę – powiedziała powoli, a Anastazja klepnęła się w uda.
        - No i świetnie. Cycki do góry i nie daj się! – zawołała, a Nat ryknęła śmiechem.

        Chwilę posiedziała u Anastazji, ale wkrótce wróciła do siebie, tłumacząc że jeśli uda jej się dzisiaj zacząć to powinna być wyspana. Pożegnała się więc z bardką, nakazując by nawet nie myślała o wyjechaniu bez pożegnania, a później przespała całe popołudnie, wstając dopiero, gdy zachodzące słońce wpadało czerwoną poświatą przez okna. Ubrała się, splotła warkocz i, ku własnemu niedowierzaniu, pierwszy raz z własnej woli ruszyła do burdelu.
        - Nat! Jak dobrze cię widzieć – zawołała Lisa na jej widok, a nordyjka uśmiechnęła się wesoło. Było jej miło, że rudzielec ją zapamiętał. – Chibi się znalazł?
        - Tak, wszystko się dobrze skończyło, dzięki za pomoc. – No, prawie wszystko, dlatego tu była. – Hej, nie wiesz może, czy szukają kogoś do pracy? Ale nie jako… to znaczy chodzi mi o pracę za barem, albo kelnerkę? – wyjaśniła szybko, udając że nie widzi, jak ruda się z niej podśmiewa.
        - Morgana pomyśli, że spadłaś jej z nieba. Właścicielka – wyjaśniła, umyślnie nie używając określenia „burdelmama”, bo blondi gotowa byłaby jej uciec z krzykiem. A przyda się dzisiaj. – Dalia nie może przyjść na drugą zmianę, a ja za godzinę muszę się urywać, więc myślę, że nie będzie problemu żebyś dzisiaj sobie dorobiła. Jeśli oczywiście ogarniasz w ogóle temat – wskazała gestem na półki alkoholu za sobą.
        - Poradzę sobie – zapewniła Nat z uśmiechem i przysiadła na stołku. Lisa skinęła głową.
        - Czy poza tym kogoś potrzebuje to nie wiem, ale rotacja jest spora, więc warto spróbować. Chociaż podejrzewam, że i tak będzie próbowała cię namówić na inną robotę – zaśmiała się znowu i oparła o blat. – A skąd to nagłe zainteresowanie? Dzieci ci się znudziły? – zadrwiła delikatnie i wyszczerzyła zęby, gdy blondynka pokazała jej język.
        - Może później ci opowiem, miałam wredny dzień.
        - No dobra, to ja zawołam Morganę, a ty się czegoś napijesz w międzyczasie?
        - Mówiłaś, że jak się uda, to za godzinę zaczynam… - Nat zerknęła podejrzliwie na barmankę, a ta wzruszyła ramionami.
        - Przecież my pijemy nawet w pracy, inaczej idzie ogłupieć.
Awatar użytkownika
River
Zsyłający Sny
Posty: 312
Rejestracja: 4 lat temu
Rasa: Smok
Profesje: Wędrowiec , Rozbójnik , Najemnik
Kontakt:

Post autor: River »

        - Chaos? - zapytał bezmyślnie i zamyślił się na moment. - Nie spowodowałem żadnego chaosu, pokazałem tylko twojemu panu, że zatrudnił bandę niesubordynowanych idiotów, których miałem nadzieję zastąpić - wyjaśnił jej urażony słowami dziewczyny, choć gdy powiedziała, że została wywalona z pracy, mina smokowi zrzedła. Jakby naprawdę było mu z tego powodu bardzo przykro.
        - Najwidoczniej miał powody, by cię zwolnić bez możliwości wyjaśnienia. Nie powinnaś obwiniać innych za swoje niepowodzenia, zwłaszcza, że, jak już mówiłem, przyszedłem tam tylko we własnym interesie, chcąc się tam zatrudnić - powiedział, choć wątpił, by jego okropna sąsiadka zmieniła swoje nastawienie. I może dałby jej małe przypomnienie z kim rozmawiała, ale Chibi wskoczył wtedy na jego ramię i zaczął się przymilać radośnie, aby chwilę po tym swoją świetlistą miłością obdarzyć również nordyjkę.
        Dziwne... przez moment, gdy temat zszedł na opiekę nad Chibim, wyobraził sobie jakieś stare małżeństwo, toczące ze sobą spór o wychowanie dziecka. A przecież nic ich ze sobą nie łączyło prócz tego, że byli sąsiadami i pradawny był opiekunem świetlistego futrzaka, a nordyjka nową przyjaciółką malucha. No i jeszcze ani gad, ani blondynka za sobą nie specjalnie przepadali, a najchętniej oboje unikali by siebie, jak diabeł święconej wody. Czy jakoś tak.
        - No i świetnie - odparł Jednooki, planując na tym zakończyć rozmowę. Skoro Natasha czy miała pracę, czy jej nie miała, wykazywała chęć na opiekę nad zwierzakiem, River nie miał o czym więcej z nią dyskutować. Kwestia pozbycia się na jakiś czas utrapienia w postaci futrzaka, gdyby potrzebował coś załatwić bez niego, albo po prostu w spokoju odpocząć od malucha była dla niego obecnie jedną z najważniejszych.
        Już planował odejść, gdy dziewczyna zapytała Chibiego o to, czy chciałby z nią zostać, na co pradawny prychnął z pogardą pod nosem. Nie spodziewał się jednak, że futrzak zechce zostać razem z nim.
        - Jesteś tego pewny? - zapytał na co zwierzak mruknął na potwierdzenie, ochoczo kiwając główką i usiadł sobie na ramieniu pradawnego majtając radośnie swoimi zwisającymi, tylnymi łapkami. - Heh, twoja sprawa - burknął z obojętnością gad i się odwrócił tyłem do nordyjki, kontynuując swoją wędrówkę w tylko sobie znanym kierunku.
        - Tak, tak, zostawię ci go pod drzwiami, jak będę miał go już dosyć. - Zbył blondynkę lekceważącym uniesieniem ręki, nawet się w jej stronę nie odwracając i nie przerywając swojego marszu.

        Niby szedł w konkretne miejsce, ale nie miał w tym większego celu. Przeszedł najpierw przez targ, gdzie na ładne oczy Chibi otrzymał kilka jabłek od starszawej sprzedawczyni, a po tym skierowali się do parku, gdzie była pewna, wyjątkowo ulubiona ławka Jednookiego. Usiadł na niej razem z białym futrzakiem i poczęstował się jednym z jabłek, jakie maluch dostał od staruszki na targu. Początkowo zwierzak był bardzo szczęśliwy i wgryzał się raz za razem swoimi igiełkowatymi ząbkami w czerwony, soczysty owoc, lecz dość szybko jego entuzjazm opadł. Westchnął ciężko i spojrzał z klapniętymi uszkami na Jednookiego. Położył jedną łapkę na jego smoczej kończynie i zaskomlał cichutko.
        - Nie moja wina, że ją zwolnili. Nic by mi nie dało to, że ją wywalili - wyjaśnił zwierzakowi trzymając na wpół zjedzone jabłko w dłoniach. Spojrzał jednak zaraz na Chibiego, gdy ten zaczął cichutko konwersować po swojemu, i pogłaskał go lekko po głowie.
        - Jeśli tak bardzo ci zależy, to wymyśl coś, mi nic do tego - odparł i wzruszył ramionami. Nabrał odrobinę więcej powietrza i zionął niewielkim płomieniem na pół jabłka, które miał w dłoni, po czym na raz dokończył pieczony, jeszcze ciepły owoc.
        - Hm? - mruknął, gdy Chibi obok niego stanął na ławce, opierając się łapkami o ramię gada i mrucząc, miałcząc, szczekając, kłapiąc ząbkami, wydawać z siebie masę różnego rodzaju dźwięków od krótkich czknięć i prychnięć, po długie mruczenie, ciche skowyty i szczeknięcia. River skierował na niego swoje gadzie spojrzenie i szerzej otworzył oko.
        - Na głupszy pomysł nie mogłeś wpaść - westchnął ciężko, a stworek zaskomlał błagalnie. - Tylko dlaczego niby mam brać w tym udział?! - warknął na malucha poirytowany, na co futrzak również zawarczał i zaczął szczerzyć na smoka i kłapać swoimi malutkimi ząbkami. - Ehh... niech ci będzie. Ale jeśli coś pójdzie nie tak, spalę każdego, kto tylko się do mnie zbliży. Poczynając od ciebie i tej nordyjki. Jasne?
        Zwierzak pisnął radośnie i rzucił się z wdzięcznością gadowi na szyję. Jednooki nie przepadał zbytnio za czułościami, ale nie można było powiedzieć, że choć trochę nie był poruszony radością swojego podopiecznego. Może i miał serce z kamienia, ale je miał. I to w niektórych sytuacjach wydawało się być w zupełności wystarczające.
        Jeszcze przez chwilę siedzieli w parku, aż Chibi nie zjadł do końca, po czym udali się z powrotem w okolice domu Dummondów, gdzie spędzili resztę dnia. Zwierzak na zabawie w sekrecie przed wszystkimi z córką właściciela, a River na "obserwowaniu" z ukrycia całej posiadłości. Zwinął się dopiero pod wieczór, pozwalając maluchowi jeszcze trochę zostać ze swoją małą przyjaciółką. Z reszta Jednooki i tak musiałby go gdzieś zostawić, bo miał do załatwienia sprawę w swojej pracy. Czysto teoretycznie mógłby zostawić go w swoim mieszkaniu, albo wcisnąć Natashy, ale wolał nie pojawiać się w okolicy kamienicy. Nie chciał się na nią natknąć. Szczególnie nie dzisiaj.
        Nie spodziewał się jednak, że mimo swoich usilnych starań, będzie zmuszony jeszcze dzisiaj przynajmniej się widzieć ze swoją uciążliwą sąsiadką. I to w jego własnej pracy, choć przybył do karczmy chwilę przed blondynką.
        Od razu po wejściu podszedł do lady barowej i zamówił sobie kufel piwa, zupełnie ignorując zdziwienie urzędującej po drugiej stronie Lisy.
        - Dopisz do mojego rachunku - mruknął tylko i od razu pociągnął potężny łyk z postawionego przed nim kufla.
        - Nie oto chodzi. Nie jesteś czasem za wcześnie? - zapytała kobieta.
        - Jestem akurat. Morgana zdąży znaleźć sobie na tę noc kogoś do pilnowania, żeby nikt tu burdelu nie robił - odparł dopijając duszkiem resztę piwa.
        - Czekaj, to ciebie dzisiaj nie będzie? Morgana o tym wie?
        - Zaraz się dowie - westchnął ciężko i wstał od baru, gdy tylko zobaczył aurę szefowej tego przybytku na piętrze. Nie zamierzał tracić czasu, zwłaszcza, że, tak jak powiedział Lisie, Morgana zdążyłaby jeszcze znaleźć jakiegoś mięśniaka na wieczór, który przypilnowałby tu porządku.
        - Witaj Morgano, mógłbym ci zająć chwilę? - zapytał z szacunkiem, bo jakby nie patrzeć zawdzięczał jej pracę z bardzo dobrymi warunkami zatrudnienia i po części również dach nad głową.
        - Ah, Jednooki... Zabawnie jest widzieć ciebie tak wcześnie i to tylko dlatego, że masz do mnie sprawę. Proszę - powiedziała spokojnie, wskazując krzesło przy stoliku na przeciwko niej.
        Pradawny pokręcił głową, odrzucając zaproszenie nemorianki i po prostu stał nadal.
        - Nie będzie mnie dzisiaj. Może będę jakoś w środku nocy albo nad ranem. W każdym razie informuję cię Morgano o takiej sytuacji wcześniej, byś dała radę kogoś na zastępstwo zatrzymać.
        - Widzę po tobie, że to coś poważnego - zagaiła, ale gad zamiast podjąć dyskusję, kiwnął tylko głową.
        Kobieta westchnęła, nie próbując nawet kłócić się i przekonywać Jednookiego do zmiany swojej decyzji. Zgodziła się, postawiła Riverowi jeszcze jedno piwo i na koniec życzyła mu powodzenia. Jednooki jej podziękował i zszedł w końcu na dół, mijając na schodach Lisę.
        - Psia krew - warknął pod nosem, gdy przechodząc przez karczmę wyczuł i zobaczył aurę swojej ulubionej sąsiadeczki. Przeszedł obok niej, starając się nie nawiązywać kontaktu wzrokowego i wyszedł z karczmy.
        Niedługo po tym jak wyszedł, Morgana zeszła na dół i usiadła obok Natashy przy barze.
        - Prosiłaś o spotkanie, kochanie, więc jestem. Lisa poinformowała mnie, że poszukujesz... mniej zobowiązującej pracy - zaczęła spokojnie, nakazując Lisie zrobienie im obu jakiegoś lekkiego drinka. - Ale jesteś pewna, że chcesz jedynie stać za barem i podawać naszym gościom ich napitki? Masz ładną buzię i sylwetkę, jak na nordyjkę nie jesteś zbyt wyrośnięta, jestem pewna, że cieszyłbyś się sporym zainteresowaniem wśród gości naszego przybytku, a i profitów takiej pracy jest całkiem sporo, bo wierz mi, bardzo dbam o swoich pracowników. Nie musiałabyś się o nic martwić - zapewniła ją przyjaznym tonem nemorianka, przyglądając się z zaintrygowaniem blondynce.
Awatar użytkownika
Natasha
Błądzący na granicy światów
Posty: 21
Rejestracja: 2 lat temu
Rasa: Nordyjczyk
Profesje: Opiekun , Rybak , Łowca
Kontakt:

Post autor: Natasha »

        Natasha chwilę siedziała sama przy barze, gdy Lisa poszła po Morganę. Barmanka wcześniej zrobiła jej kolorowego drinka, którego nordyjka spróbowała z ciekawości, ale rozczarowała się praktycznie zerowym posmakiem alkoholu. Nic dziwnego, że mogą pić w pracy, jak piją takie cieniasy. Równie dobrze mogła im wycisnąć soku. Napój był jednak smaczny, więc sączyła go dla zabicia czasu, w pewnym momencie dostrzegając w lokalu znajomą postać.
        W pierwszej chwili zmrużyła lekko oczy, przypominając sobie złośliwe i niemające nic wspólnego z prawdą docinki Kapelusznika. Że ona niby niesłusznie obwiniała go o własne niepowodzenia! Co za buc. Przecież wszystkie perypetie, jakie przydarzyły jej się od pojawienia się w tym mieście, miały w nim swoje źródło. Cóż, może też po części w Chibim, ale słodkiego zwierzaka za nic nie winiła.
        Z drugiej strony nie miała już dzisiaj nawet siły na więcej kłótni i gotowa była się nawet uśmiechnąć do Rivera, gdyby tak skutecznie nie próbował udawać, że jej nie widzi. Dziewczynę tylko to rozbawiło. Jej tam pasuje. Zresztą niedługo później na schodach ukazała się Lisa, która wróciwszy za bar powiedziała jej szybko, kogo ma się spodziewać, więc gdy szefowa przybytku się zbliżyła, Natasha wstała i wyciągnęła dłoń na powitanie. Zawahała się na moment, zaskoczona aurą, a nemorianka uniosła lekko brwi, jakby prowokowała ją do pytania. Nat jednak tylko uśmiechnęła się i przedstawiła, a później usiadły przy barze, gdzie nordyjka dostała kolejnego drinka. Wysłuchała Morgany z lekkim uśmiechem i nie zmieszała się chyba tylko dlatego, że Lisa uprzedziła ją, że szefowa będzie próbowała namówić dziewczynę na nieco inną pracę.
        - Jest pani bardzo miła…
        - Mów mi Morgana, czuję się tak młodo, jak wyglądam – poprawiła ją dostojnie kobieta, a Nat skinęła głową, kontynuując.
        - …ale naprawdę szukam tylko dorywczej pracy – wyjaśniła Nat, z lekkim rozbawieniem obserwując jak nemorianka beztrosko wzrusza ramionami. No tak, niby jedno nie wykluczało drugiego. – Interesuje mnie tylko praca za barem lub na sali – powiedziała więc bardziej stanowczo, dzielnie znosząc spojrzenie intensywnie zielonych oczu. W końcu Morgana westchnęła i odwróciła wzrok.
        - No skoro tak wolisz. Jak pewnie słyszałaś od Lisy, akurat dzisiaj nie ma kto stanąć za barem. Na wejście też muszę kogoś znaleźć – mruknęła pod nosem, bardziej do siebie chyba, więc Nat nie dopytywała, a w końcu zielone oczy znowu na niej spoczęły. – Zastąpisz dzisiaj Dalię, zobaczymy jak ci pójdzie i pomyślimy. Nie ukrywam, że wolnego etatu nie mam, ale wypadki chodzą po ludziach, więc do jakiegoś układu możemy dojść. Możesz objąć zmianę od… zaraz właściwie, do rana?
        - Tak jest – odparła dziarsko Nat, wywołując coś na kształt uśmiechu na ustach nemorianki.
        - No dobrze. Tylko rozpuść włosy, kochanie, bo śliczna jesteś, ale w tym warkoczu wyglądasz jak córka karczmarza – komenderowała Morgana, a zaskoczona Nat posłusznie zdjęła rzemień i roztrzepała ręką pofalowane włosy. – I daruj sobie kamizelkę. Koszula jest w porządku, chociaż dam ci dobrą radę, że jak rozepniesz dwa guziki więcej to na napiwkach zarobisz więcej niż za zmianę – zakończyła wywód nemorianka, zbierając się do odejścia i spoglądając na Lisę.
        - Pokaż jej co i jak. Rano sprawdzisz czy wszystko się zgadza.
        - Jasne – odparła dziewczyna wesoło i kiwnęła na Nat, gdy tylko szefowa się odwróciła, życząc jej powodzenia. – Wskakuj, zaczynamy szybki kurs – powiedziała wesoło i zaczęła wyciągać szkło i alkohole na ladę.
Awatar użytkownika
River
Zsyłający Sny
Posty: 312
Rejestracja: 4 lat temu
Rasa: Smok
Profesje: Wędrowiec , Rozbójnik , Najemnik
Kontakt:

Post autor: River »

        Jakoś nigdy nie przepadał za nocnymi spacerami, niewątpliwie przez brak słońca i chłodniejsze powietrze. Normalnie miał bardzo ograniczony wzrok, lecz w nocy, czy w jakiś zimnych pomieszczeniach, choćby jaskiniach, był już całkiem ślepy. Chwała za jego geny i umiejętności w posługiwaniu się magią ziemi oraz wyostrzone pozostałe zmysły, bo inaczej w ogóle nie mógłby podróżować po zmroku. Ah, no i jeszcze wypadałoby wspomnieć o tym, że od zmierzchu do świtu pomoc towarzystwo Chibiego było niezwykle pomocne. Obecnie jednak ani nie mógł polegać na świetlistym zwierzaku, ani nie mógł spędzić nocy w swoim mieszkaniu czy też karczmie. A niech tylko Chibi mu zarzuci, że gad się spóźnił i zacznie się z niego naśmiewać, że zabłądził w drodze do malucha. Już pradawny zadba o to, by pchlarz nie dożył wschodu słońca za swoją zniewagę. Jak miałby się niby bez żadnego wsparcia i kompletnie ślepy nie pogubić w tych uliczkach?
        W końcu jednak udało się gadowi dotrzeć na miejsce spotkania. Zobaczył aurę machającego do niego stworka, nieudolnie ukrywającego się w krzakach na tyłach posesji Dummonda i zbliżył się do niego. Znaczy... zbliżyłby się, gdyby Chibi nie wywinął mu numeru z ogrodzeniem. Zwierzak znajdował się po drugiej stronie, a prętów tworzących płot przez świetlistą aurę pluszaka River nie zauważył, co skończyło się dla niego bliskim kontaktem z zimna stalą i salwą rozbawionego śmiechu stworzonka.
        - Nie za dobrze się bawisz sierściuchu? Pamiętaj, że to na mnie urządzą obławę z widłami i pochodniami, a nie na ciebie - warknął na niego z gniewem.
        Zwierzak prychnął obrażony i pokazał gadowi język, którego ten niestety (albo na szczęście malucha) nie był w stanie zarejestrować. Później zabrali się do pracy.
        Jednooki odetchnął głęboko i przeciągnął się tak mocno, że aż mu kości w kilku miejscach strzeliły, po tym skupił swoją magię, aby spulchnić ziemię i zaczął kopać krótki tunel pod ogrodzeniem. Chibi w skupieniu nadzorował prace swojego opiekuna, wydając mu odpowiednie wskazówki. Było kilka spięć między nimi, ale jak raz smok musiał się podporządkować futrzakowi, skoro realizowali jego plan, a pradawny miał być tylko wykonawcą i tanią siłą roboczą. Czy tam mięsem armatnim, co za różnica?
        Dobrych kilka godzin zajęło mężczyźnie wykopanie dwóch dołów i połączenie ich tunelem pod ogrodzeniem. Jedna dziura była na posesji Dummonda, druga schowana w krzakach po drugiej stronie płotu. Nawet z pomocą magii była to strasznie męcząca i mozolna robota, ale na szczęście mieli to już za sobą. Ale by sobie dał rogi odciąć, żeby teraz być w ciepłej, przytulnej karczmie, przy piwku podziwiać kręcące się dokoła piękne dziewczęta i od czasu do czasu dać komuś po mordzie. Niestety będzie musiało to trochę poczekać, najpierw prezent dla stworka z okazji dnia dobroci dla Chibiego. Chociaż... czy on nie wspominał czegoś o ich sąsiadce, z którą tak bardzo się polubił? Szczegół.
        - Dobra, rób co masz robić, a ja się pójdę się odlać. Oszczędź mi tylko wściekłego tłumu z pochodniami i widłami, proszę. Świetna zabawa, ja wiem, ale czuję się na to już stanowczo za stany. Albo inaczej we wściekły tłum możemy się pobawić za dnia, kiedy chociaż coś widzę. Ale i tak go sobie darujmy, jasne? - poprosił świetlika, na co maluch kiwnął głową i nucąc radośnie pobiegł w stronę posiadłości.
        River stał chwilę i patrzył jak aura zwierzaka się od niego oddala w radosnych podskokach, po czym poszedł w las. Za potrzebą tak, jak powiedział małemu towarzyszowi, jak również zrealizować kolejną część planu. Chibi w tym czasie dotarł do domu cicho nucąc pod noskiem jakąś trzymającą w napięciu melodię i przylgnął do ściany budynku. Wyjrzał zza rogu ostrożnie czy nie został wykryty, po czym zaczął się wspinać. Powoli podchodził do każdego okna, obwąchując je dokładnie żeby zorientować się gdzie jest i pomknął dalej poszukując odpowiedniego okna. Kiedy to zostało odnalezione, przykucnął na niewielkim parapecie z niezachwianą równowagą i delikatnie zastukał jednym pazurkiem w szybę. Przestał na moment, rozejrzał się czy nikogo nie widać i zastukał raz jeszcze. Przerwa na rozeznanie i raz jeszcze. Po pewnym czasie nadął obrażony swoje futrzaste policzki, gdy to nie przynosiło żadnych efektów i spróbował otworzyć okno.
        Chwilę się siłował, aż w końcu coś kliknęło i... okno otworzyło się na pełną szerokość, a zwierzak wpadł do środka, wprost na małą, obudzoną dziewczynkę. Przeklął marudnie pod nosem w swoim narzeczu i zaraz pisnął radośnie, jak tylko zorientował się, że przewrócił się na swoją małą ulubioną przyjaciółkę. Dziewczynka też wydawała się szczęśliwa z powrotu uroczego zwierzaka, który tak nagle zniknął wraz z jej nauczycielką i nawet się z nią nie pożegnali. Po wymianie uścisków, Chibi wziął dziewczynkę za rękę i pociągnął ją w stronę okna, by poszła za nim.
        - Ale Chibi, tu jest bardzo wysoko - powiedziała zwierzakowi, na co ten przekrzywił na bok główkę, jakby ją nie do końca rozumiał. Zaraz pojął o co jej chodziło i posmutniał wyraźnie.
        - Może się przekradniemy i wyjdziemy tylnym wyjściem dla służby? Będziemy mogli się wtedy pobawić w ogrodzie - zaproponowała, a maluch od razu z radością podniósł uszy. - Daj mi tylko chwilę żeby się ubrać.
        Odczekał ile musiał, wręczył też dziewczynce niewielką torbę podróżną, którą Bonnie wzięła, bo myślała, że Chibi po prostu będzie chciał się w tej torbie zdrzemnąć i gdy była gotowa ostrożnie wyszli z jej pokoju. Było kilka stresujących sytuacji, które mogły zaważyć na powodzeniu jego misji odbicia małej księżniczki uwięzionej w wieży i w końcu udało im się dotrzeć do tylnego wejścia. Jeszcze tylko uporać się z zamkiem... I ogród stał przed nimi otworem.
        Chibi uważając by nadal nie ściągnąć na siebie niczyjej uwagi, zaskrzeczał cicho do dziewczynki i pomknął szybciutko na czterech łapkach w stronę wykopanej przez Rivera dziury. Przystanął przy niej, sprawdził czy Bonnie idzie za nim i zachęcił ją by się nie bała i poszła za nim, po czym wskoczył do dziury. Podekscytowana z pojawienia się zwierzaka w jej ogrodzie i tajemniczej dziury, dziewczynka zeskoczyła za nim do środka, jak pewna bohaterka jej ulubionej bajki. Obawiała się, że będzie w środku bardzo ciemno, ale futerko Chibiego jasno świeciło w tym mroku niczym księżyc w pełni. Zamruczał do niej radośnie i pognał przed siebie, a mała przyjaciółka pobiegła za nim śmiejąc się radośnie i nawołując, żeby zwolnił.
        Wyszli w końcu z tego brudnego tunelu i Chibi chwycił ją za rękę prowadząc spokojnie przez pogrążony w mroku las. Spacer wcale nie był długi, gdy dziewczynka się o coś potknęła i wpadła do bardzo głębokiego dołu. Futrzak się głośno zaskomlał bardzo zaniepokojony. Nie spodziewał się, że coś się stanie jego małej przyjaciółce. Zerknął za nią do dziury. Nie widział jej jednak, ale słyszał jak biedna szlocha. Nie dziwił jej się. Musiała być bardzo przerażona i mocno poobijana.
        - Ała... Chibi... pomóż mi... - zaszlochała, ale na moment zamilkła, gdy usłyszała jakiś dziwny dźwięk. Odwróciła się i zaraz krzyknęła wystraszona z całej siły, gdy zobaczyła wielkie, płonące oko. Chibi pisnął równie przerażony, bo nie taki był plan i zaraz po tym oboje znaleźli się pod ziemią.
        Z powodu silnego stresu Bonnie zemdlała w połowie drogi pradawnego do jego kryjówki, ale przez całą podróż Chibi suszył mu głowę, że nie taki był plan, że przez niego dziewczynce mogła stać się krzywda.
        - Ty to wymyśliłeś nie ja. Miej pretensje tylko do siebie - prychnął gad, starając się jak najwięcej drogi przebyć pod ziemią, magią zasypując za sobą wydrążony tunel, by nikt go nie znalazł.
        Jakieś tysiąc pięćset kroków od Demary gad wypełzł spod ziemi i udał się do gruzów dawno opuszczonego gospodarstwa chmielu na niewielkim wzgórzu. Niedaleko od pozostałości po budynku była zarośnięta grota, w której gad mógłby się zmieścić. Wszedł do środka i położył na ziemi ostrożnie nieprzytomną dziewczynkę. Chibi sam zeskoczył z kamiennego grzbietu wulkanicznego gada i zmartwiony podszedł do Bonnie.
        - Możesz pójść do tamtej chaty znaleźć jakieś wiadro albo miskę i przynieść trochę wody. Nie martw się, nic jej nie jest. Choć podczas upadku skręciła chyba nogę. W każdym razie, do wesela się zagoi - mruknął z obojętnością i ziewnął szeroko, układając się w ciasnej grocie tak, by zasłonić swoim bokiem wejście do środka i udawać po prostu kamień.
        Zwierzak świetnie wywiązał się z powierzonej mu opieki nad dziewczynką, choć jaszczur bardzo szybko pożałował podjęcia się realizacji pomysłu futrzaka. A dokładnie, gdy dziewczynka wraz z pierwszymi promieniami słońca odzyskała przytomność i zaczęła się wydzierać w niebo głosy. Towarzystwo zwierzaka tylko trochę łagodziło jej histerię, która pogłębiła się, gdy poirytowany smok się obudził i dmuchnął na nią karcąco dymem ze swoich nozdrzy.
        - Uspokój jej szczeniaku, bo sobie krzywdę zrobisz - mruknął z niezadowoleniem gad, ziewając szeroko i obrócił swój łeb w drugą stronę, jakby to miało mu zapewnić więcej spokoju. - Albo ja ci zrobię krzywdę. Cokolwiek.
        - Mój tata będzie bardzo zły, jak mnie zjesz wstrętny panie smoku. Wypuść mnie!
        - Twojego tatę bez problemu mógłbym zjeść na śniadanie, jak tak bardzo ci zależy! To nie był mój pomysł tylko tego białego pchlarza, więc daj mi spokój - zawarczał na porwaną córkę Dummonda, naprawdę strasznie żałując, że się na to wszystko zgodził.
        Chibi starał się nieśmiało wtrącić w ich kłótnię by jej zapobiec, lecz żadne z nich mu tego nie ułatwiało.
        - Nie wolno tak mówić o moim tacie! Brzydki smok! I śmierdzi ci z buzi! Wypuść mnie!
        Jednooki zawarczał groźnie na dziewczynkę, szczerząc kły, co spowodowało, że Chibi musiał wziąć ją na bok i poprosić po swojemu o nie denerwowanie smoka. Zaproponował jej wspólne śniadanie, wspólną zabawę, ale chwilowo Bonnie była zbyt zła, żeby cieszyć się z możliwości zabawy ze zwierzakiem przez cały dzień.
        Kilka razy jeszcze River był bliski pożarcia dziewczynki razem z białym futrzakiem, ale ostatecznie postanowił ich po prostu ignorować i trochę odpocząć przed pracą. O dziwo dziewczynka szybko przyzwyczaiła się do obecnej sytuacji i z Chibim jakoś dali sobie radę przez cały dzień.
        - Panie smoku - zagaiła w którymś momencie, gdy gad się akurat przebudzał, jak słońce zaczęło zachodzić.
        - Hmm? - mruknął rozleniwiony i ziewnął szeroko. W ogóle nic nie odpoczął, po tej nocnej akcji.
        - Dlaczego pan nie otwiera tego oka? - zapytała niewinnie, tak jak tylko dziecko potrafi.
        - Chibi, zajmij się nią, ja idę do pracy. Będę rano - burknął zjeżony i wygramolił się z groty, zaraz z pomocą magii tworząc kamienną ścianę, która miałaby ukryć wejście do ich kryjówki i uniemożliwić dziewczynce ucieczkę.
        - Ej! Tak niewolno! Zadałam pytanie! - zaczęła krzyczeć. Na co pradawny tylko krótko odpowiedział:
        - Żyj z tym.

        Część drogi do Demary pokonał pod ziemią, by praktycznie ostatni odcinek pokonać w ludzkiej postaci i pieszo na powierzchni. Żeby mu się tak strasznie chciało jak mu się nie chciało. Niestety potrzebował się napić i miał nadzieję, że chociaż w pracy sobie trochę odpocznie. Po wejściu do karczmy od razu usiadł przy barze i zamówił piwo.
Awatar użytkownika
Natasha
Błądzący na granicy światów
Posty: 21
Rejestracja: 2 lat temu
Rasa: Nordyjczyk
Profesje: Opiekun , Rybak , Łowca
Kontakt:

Post autor: Natasha »

        Zmiana nordyjki za barem przebiegła wyjątkowo bezproblemowo, a przynajmniej jej kompletnie nic nie przeszkadzało. Z drinkami całkiem sobie radziła, a w większości i tak zamawiane było piwo albo czysty alkohol. Klienci nie byli natrętni, a jeśli nawet dziewczynę zaczepiali to nie czuła się ani urażona ani wybitnie napastowana. Pożartowała, obsłużyła i pożegnała każdego bez problemu. Jedynym nietypowym zdarzeniem była jej interwencja poza ladę, gdy jeden z klientów zaczął szarpać jakąś dziewczynę. Nat w sumie nie zastanowiła się specjalnie, czy powinna reagować, bo zrobiła to odruchowo i ostatecznie przytrzymała faceta aż nie pojawił się ochroniarz, zastępujący dzisiaj Rivera.
        Poza tym noc była spokojna i nad ranem Nat dokuczało tylko zmęczenie hałasem, bo mimo wszystko knajpa nie cichła aż do wczesnych godzin porannych. Później przyszła Lisa, rozliczyła obrót (wszystko się oczywiście zgadzało) i za zgodą Morgany od razu wypłaciła blondynce należność za noc. Nie wiedziały kiedy znowu się tu spotkają, więc tak było łatwiej.
        Natasha wróciła do kamienicy przez pogrążone jeszcze we śnie miasto, podczas gdy na jego obrzeżach właśnie orientowano się w zaginięciu pewnej małej dziewczynki. Wspięła się po schodach do swojego mieszkania, po drodze nasłuchując Chibiego i lekko rozciągając zmysł w poszukiwaniu jego emanacji. Nie wyczuła jednak ani jego, ani swojego wrednego sąsiada, więc spokojna zamknęła się u siebie. Wzięła szybką kąpiel i od razu poszła spać, zasypiając w momencie.

        Obudziło ją walenie do drzwi. Zerwała się z posłania jak oparzona, rozglądając z kompletnym zdezorientowaniem, gdy huk rozbrzmiał po raz kolejny. Nie wydawało jej się, to nie było złudzenie wywołane przerwanym snem. Ktoś nie pukał, tylko dosłownie rąbał pięścią do drzwi. Po ostatnich wydarzeniach była ostrożna i wstała po cichu, sięgając zmysłem za pokój, próbując rozpoznać emanacje. Wysupłała tylko ludzki pierwiastek nim intruzi sami się ogłosili.
        - Otwierać, straż!
        Natasha wytrzeszczyła oczy i prędko podeszła do drzwi, otwierając je nieznacznie. Umundurowany mężczyzna stojący za nimi pchnął jednak skrzydło i razem z innym strażnikiem bezceremonialnie wkroczył do środka, rozglądając się uważnie po wnętrzu.
        - Przepraszam bardzo… - prychnęła zszokowana nordyjka. Nie była na tyle bezczelna, by zaraz zrugać strażnika miejskiego, ale takie bezpardonowe wtargnięcie do czyjegoś mieszkania/pokoju też nie należało chyba do zwyczajów?
        Mężczyzna odwrócił się w jej stronę. Miał koło czterdziestki, ale sylwetkę miał postawną, wciąż wyraźnie w formie. Ciemne, nieco szpakowate włosy zaczesane miał do tyłu, a podobnie barwioną brodę równo przystrzyżoną. Nie wyglądał jak byle mundurowy, wystawiony na ulicę do pilnowania porządku. Jego młodszy kolega wciąż obchodził pokój nordyjki, co najmniej jakby było cokolwiek do oglądania.
        - Natasha Roscoe McKenzie? – zapytał szpakowaty strażnik, a Nat rozplotła ramiona, opuszczając je wzdłuż ciała. Formalniej nie mogło to zabrzmieć.
        - Tak, to ja… Coś się stało?
        - Proszę, by poszła panna z nami na komisariat.
        - Dlaczego?
        - Wyjaśnię na miejscu.
        - Nie może pan teraz? – zapytała odruchowo, ale wciąż miała łagodny głos, więc nie sprowokowała jeszcze strażnika. Nie wyglądała też na zagrożenie, ale miał swoje rozkazy. Zerknął nad jej ramieniem na młodszego kolegę, a ten pokręcił głową. Nie było tu dziewczynki, ani śladu po niej. Zwrócił surowe spojrzenie znów na blondynkę.
        - Nalegam.
        Natasha westchnęła cicho, rozglądając się bezradnie. Nie miała najmniejszego pojęcia, o co chodzi, ale też nie było sensu wszczynać kłótni. Pójdzie na posterunek i się dowie, co jest grane, miejmy nadzieję. Przytaknęła i przygładziła ręką włosy, rozglądając się za swoim plecakiem. W końcu złapała go w rękę, ale nim udało jej się zarzucić go na plecy, młodszy strażnik ostrożnie zabrał jej go z dłoni.
        - Ja to wezmę – powiedział spokojnie, ale dziewczyna coraz bardziej się niepokoiła. Co tu jest grane? W związku z taką reakcją nawet nie myślała o braniu noża i tylko skinęła głową, dając sygnał, że jest gotowa.

        Dopiero gdy wyszła na zewnątrz zorientowała się, że południe minęło już kilka godzin temu. Odeskortowano ją na komisariat w specjalnym wozie z kratami w oknie, co zdecydowanie nie poprawiało jej sytuacji. Nikt jej jednak nie skuł, a młodszy strażnik wyjaśnił, że innych nie mają. Zdawał się bardziej przychylny i mniej oficjalny, niż jego przełożony, ale i tak nie odzywał się całą drogę. Na miejscu przeprowadzono dziewczynę przez większą salę, a później korytarz, by następnie zaprosić do niewielkiego pokoju, w którym stał tylko drewniany stół i dwa krzesła. Usiadła niepewnie, splatając dłonie na kolanach i śledząc wzrokiem starszego strażnika, który usiadł naprzeciw niej. Młodszy też wszedł do środka, ale stanął przy drzwiach.
        - Może mi pan już powiedzieć, o co chodzi? – zapytała znowu i padło na nią surowe spojrzenie. Dałaby sobie rękę uciąć, że facet był okropnym służbistą.
        - Nazywam się Adair Paisley, jestem podporucznikiem straży miejskiej w Demarze – wyrecytował, jakby w ogóle jej nie słyszał. Natasha musiała powstrzymać się przed wyrzuceniem rąk w powietrze. – To jest sierżant Kit Murrel. Mamy do panny kilka pytań.
        - Słucham – burknęła, lekko zniecierpliwiona.
        - Gdzie była pani wczoraj w nocy?
        - W pracy – odpowiedziała krótko, a strażnik nie spuszczał jej z oczu.
        - A gdzie panna pracuje? – dopytał swobodnie, a Nat się zawahała.
        - To znaczy nie pracuję tam na stałe… - zaczęła wyjaśniać, momentalnie odnosząc wrażenie, że brzmi podejrzanie. – Właśnie szukam pracy i wczoraj miałam pierwszą zmianę w karczmie.
        - Jakiej?
        - Chmielna Rusałka.
        Strażnik przy drzwiach odkaszlnął, jakby się czymś zakrztusił i Nat spojrzała na niego odruchowo, później łowiąc dziwne spojrzenie Paisleya.
        - Jako barmanka! Za barem. Pracowałam za barem – dodała szybko, uświadamiając sobie swój błąd.
        - Ktoś to może potwierdzić? – zapytał podporucznik i blondynka znów się zawahała, mając wrażenie, że zaraz straci i tą pracę. Nawet jeśli jakimś cudem nic nielegalnego się tam nie działo, to żaden właściciel lokalu nie lubi niezapowiedzianych wizyt straży miejskiej.
        - Druga barmanka, Lisa? – powiedziała w końcu, myśląc, że pewnie straciła właśnie nową koleżankę. Morgany wolała jednak w to nie mieszać.
        - Czy Lisa ma jakieś nazwisko?
        - Zapewne ma – prychnęła nordyjka, uspokajając się zaraz pod surowym spojrzeniem strażnika. – Nie znam jej nazwiska.
        - I tylko ona może potwierdzić panny wersję?
        - Och, no każdy kto tam był wczoraj w nocy – zirytowała się Natasha. – I jaką wersję? O co w ogóle chodzi? – zapytała, pochylając się nad stołem, ale Paisley odwrócił się do swojego kolegi, instruując, by wybrał się do Chemielnej Rusałki i przyprowadził na przesłuchanie Lisę. Nat jęknęła w duchu.

        Coś ją nieprzyjemnie tknęło, gdy Paisley zaczął zadawać pytania o jej wcześniejszą pracę, a później coraz bardziej szczegółowo o Dummondów i jej relację z Bonnie. Minęło jednak jeszcze co najmniej parę godzin, nim Murell wrócił do pokoju i powiedział coś przełożonemu na ucho. Nat oczywiście próbowała podsłuchać, ale już po chwili starszy strażnik powtórzył, że Lisa potwierdziła jej zeznania. Dopiero wtedy powiedział jej o Bonnie. O tunelu.
        Nordyjka gotowa była zerwać się z krzesła i pobiec do posiadłości Dummondów, by na własne oczy zobaczyć co się stało, ale Paisley przezornie poinformował ją, że ma absolutny zakaz zbliżania się do posiadłości i chociaż nie jest o nic oskarżona, to wciąż nie powinna opuszczać miasta, dopóki nie oczyszczą jej z podejrzeń.

        Wypuścili ją dopiero po zmierzchu, z czego też zdała sobie sprawę dopiero, gdy wyszła na zewnątrz. W środku kompletnie straciła poczucie czasu. Tym prędzej ruszyła w stronę karczmy, chcąc złapać Lisę zanim skończy zmianę. Po pierwsze chciała sprawdzić, czy dziewczyna jej nic nie rozbije na głowie. Jeśli jakimś cudem wciąż była szansa, że nic nie spieprzyła to może uda jej się załapać na kolejną zmianę. Zdecydowanie przyda jej się praca, skoro nie mogła iść do Dummondów. Serce jej się krajało na myśl, że dziewczynka została porwana, ale nie mogła nic zrobić, poza rozmyślaniem. A to szło jej całkiem nieźle w czasie polerowania kufli.
Awatar użytkownika
River
Zsyłający Sny
Posty: 312
Rejestracja: 4 lat temu
Rasa: Smok
Profesje: Wędrowiec , Rozbójnik , Najemnik
Kontakt:

Post autor: River »

        Po przybyciu do Chmielnej Rusałki, Jednooki roztaczał wokół siebie tak śmiercionośną aurę, że atmosfera w karczmie nieco się ochłodziła, a jeszcze w miarę trzeźwi klienci, zdawali się pić jakby z rozwagą. Byle by tylko nie zrobić czegoś głupiego po pijaku i nie narazić się siedzącemu przy barze wykidajło. River był wściekły na wszystko i wszystkich, w tym również na samego siebie. Przez pierwsze pięć kufli zastanawiał się po co w ogóle ma się męczyć z tym dzieciakiem i co tak właściwie chciał tym uzyskać. Księżniczek, które można by uwięzić w swojej wieży już nie było, a przynajmniej było to stanowczo zbyt niebezpieczne, gdy byle szewc mógł w obecnych czasach wykiwać i zabić smoka. Poza tym ostatni raz z jakąkolwiek męczył się kilkaset lat temu, by zemścić się na jej ojcu, że jego ludzie zniszczyli dom pradawnego, choć wtedy i tak po jakimś czasie osobiście odstawił dziewczynę z powrotem. Obiecał sobie wtedy, że już nigdy więcej nie będzie przechodził przez to piekło. I wcale nie chodziło o polujących na niego rycerzy i innych. Najgorsze było ciągłe jęczenie dziewczyny mu nad uchem. Za twardo. Za miękko. Że śmierdzi. Że stopy bolą. Komary pogryzły. Że jedzenie zwęglone. Uhh... Na samo wspomnienie, aż głowa go boleć zaczynała.
        - Kolejne piwo - burknął jednocześnie rozdrażniony i wykończony, wycierając rękawem piwnego wąsa.
        - To już będzie szóste, a przecież dopiero co przyszedłeś - zauważyła z pewnego rodzaju troską, czy nawet niepokojem obsługująca za barem dziewczyna, gdy zabierała pusty kufel od gada.
        - Miło słyszeć, że w tych czasach dziwki potrafią liczyć... - odparł i widać było, że chciał jeszcze coś dodać, jednakże głośny plaskacz, którego echo rozbrzmiało w całej karczmie, skutecznie udaremnił mu dokończenie tego zdania. Na sali rozbrzmiały odgłosy rozbawienia i przyciszone szyderstwa pod adresem pradawnego. Zero szacunku do starszych.
        - Zapłać za to co już wypiłeś i przeproś, a się zastanowię czy dać ci kolejne piwo - zarządziła bezlitośnie dziewczyna, która była gotowa zacząć z chamskim gadem wojnę. Może i zarabiała na swoim ciele, gdy któryś z klientów zechciał by dotrzymała mu towarzystwa, ale to wcale nie oznaczało, że nie miała dumy.
        - Ty głupia k...
        - Piekło zamarzło. Jak raz Jednooki się nie spóźnił, a nawet jest sporo przed czasem - wymruczała zbliżająca się do niego Morgana, słodko i jednocześnie bardzo złośliwie. - Radzę ci zważać na słowa mój drogi, kurtyzanom bardzo łatwo jest się narazić i nawet nie wiesz, co te słodkie, niewinne dziewczyny są w stanie zrobić, gdy ktoś je rozgniewa - poradziła, przejeżdżając dłonią od jego jednego ramienia do drugiego, gdy przechodziła, by usiąść obok niego. Pocałowała go w policzek, który przecinała blizna ciągnąca się spod opaski zakrywającej jego utracone oko.
        Nie był to jednak wyraz sympatii ze strony właścicielki i doskonale o tym wiedział. Inaczej nie skrzywiłby się, gdy jej wargi dotknęły jego szorstkiej skóry. To miało być przypomnienie, że ona tu rządziła i powinien się podporządkować jeśli nie chciał mieć kłopotów.
        - Daryo, poproszę to co zwykle i przynieś podaj proszę butelkę miodu mojemu przyjacielowi. Powinniśmy jeszcze mieć półtorak w piwniczce - zwróciła się łagodnie do swojej pracownicy. Dziewczyna od razu straciła całe swoje bojowe nastawienie i dużo przyjaźniejsza zabrała się za wykonanie polecenia swojej szefowej. - I proszę, nie dopraw niczym od siebie miodu dla niego - dodała z rozbawieniem. Dary mina nieco zrzedła, a na pewno nie miała już tyle entuzjazmu, jednakże kiwnęła nemoriance głową i po zrobieniu ulubionego drinka demonicy, zniknęła na zapleczu.
        - Ciężka noc? Nie wyglądasz najlepiej. Nawet jak na ciebie.
        - Wierz mi, że dzień miałem jeszcze gorszy - burknął, puszczając mimo uszu "subtelną" obelgę ze strony Morgany. - Daj mi spokój - dodał zmarnowany pod nosem, choć zaraz się ożywił, jak wyczuł powrót dziewczyny z jego miodem. Jednym sprawnym ruchem odkorkował butelkę, gdy ta tylko stanęła przed nim i przyssał się do niej jak spragniony po tygodniu na pustyni.
        - Całe miasto huczy od tego, że u Dummondów doszło do porwania. Masz... - zaczęła ostrożnie, chcąc się dowiedzieć czy pradawny nie miał z tym nic wspólnego, skoro nie było go zeszłej nocy w karczmie.
        - Kim są Dummondowie? - przerwał jej od razu, zwracając w jej stronę zaintrygowane spojrzenie. Nemorianka westchnęła, dopiła swojego drinka i wstała z miejsca. Nie było sensu pytać gada o cokolwiek, skoro nawet nie wiedział do czyjego domu się włamał. Poklepała gada po ramieniu i zmysłowym krokiem podeszła do jakiegoś szlachcica, który właśnie poprosił, aby Morgana mu tej nocy potowarzyszyła.
        - Za stary już na to wszystko jestem - mruknął do siebie i duszkiem dopił pozostałą część butelki. Słodkie, płynne złoto. Niebo w gębie. Szkoda tylko, że nie było go stać na więcej.
        - Piwo - wychrypiał bez entuzjazmu, stawiając na blacie pustą butelkę.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Demara”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 3 gości