Demara[Karczma Niezapominajka] O kurka wodna! Nala!

Warowne miasto położone na granicy Równiny Drivii i Równiny Maurat. Słynące z produkcji bardzo drogich i delikatnych tkanin, takich jak aksamit czy jedwab oraz produkcji wyrafinowanych ozdób. Utrzymujące się głównie z handlu owymi produktami.
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Nala
Zbłąkana Dusza
Posty: 7
Rejestracja: 3 miesiące temu
Kontakt:

[Karczma Niezapominajka] O kurka wodna! Nala!

Post autor: Nala »

        Spokojny stęp srokatej kobyłki, przyjemnie kołysał Mozhan w siodle. Zakupiła wierzchowca w Teravis, gdzie uzyskała wieści od Rammona, polecającego jej kierować się do Demary, gdzie mają się spotkać. Zmieniła więc zmęczonego podróżą nazahirskiego wierzchowca, zarabiając poważnie na jego wyjątkowości. Miast tego zakupiła sprawną, ale nie wyróżniającą się niczym kobyłkę, która teraz wiozła ją traktem, gdy kierowały się w stronę majaczących na horyzoncie murów miejskich.
        Bramy miasta przekroczyła bez problemu, a jej ciemniejsza karnacja okazała się zupełnie nie wyróżniać w barwnym mieście, z czego była rada. Podobnie odnalezienie gospody, która oferowałaby również pobliską stajnię, okazało się prostsze niż sądziła. Najwyraźniej dopiero co zakończył się tam jakiś festiwal i wszystkie karczmy opustoszały jednocześnie, wywołując wzajemnie konkurencyjne ceny, a tym samym będąc kolejną pomyślnością na drodze Mozhan. Jeśli wierzyłaby w jakikolwiek wyższy byt, teraz składałaby mu dzięki za jego opatrzność.
        Zdecydowała się jednak nie testować swojego szczęścia i dała monetę więcej za pokój, ale za to w karczmie w centrum miasta, gdzie nie musiała obawiać się o swoje bezpieczeństwo. Traciła tym samym na możliwości szybkiego wychodzenia poza mury, ale przecież nie planowała zostać tu długo, a amani mogła trenować nawet w swoim pokoju.
        Jakoś tak się jednak złożyło, że miast spędzić w Demarze dwie noce, była tam już tydzień. Kilka razy odczytywała w niepewności list od Rammona, upewniając się, że nie pomyliła ani daty, ani miasta. Ale stało jak byk, nie pozostawiając miejsca na złudzenia, a jedynie domysły. Czy coś mu się stało w drodze? Czy może zrezygnował ze spotkania, lękając się poinformowania jej o tym, albo może po prostu zapomniał? Nie, był uczonym, jak ona. Nie mógł zapomnieć. Pamiętała jednak, że na Łusce czas płynie inaczej, więc brała poprawkę na to, że jednak nie tak łatwo było wycelować w odpowiednią w Demarze datę.
        Czekała więc, a dni mijały bezlitośnie, odciskając swoje piętno na samopoczuciu Navabi. Czując, jak zaczyna wątpić w siebie, zmuszona była w końcu przemienić oczekiwania na umówione spotkanie w zwyczajną wizytę w nowym mieście, z którego uroków mogła korzystać.
        Zmieniła poranne ćwiczenia w swoim pokoju na wczesne wyprawy nad pobliską rzekę, gdzie srokata Mara mogła paść się w spokoju, a Mozhan trenować. Tam też kąpała się i wracała konno do miasta, by odwiedzić bibliotekę i zaginąć w jej regałach aż do późnego popołudnia, kiedy to żołądek upominał się o uwagę, utrudniając skupienie się na lekturze. Wciąż miała problemy ze wspólną mową. W czyjejś opinii mówiła poprawnie, ale „poprawnie” jej nie satysfakcjonowała. Chciała mówić płynnie, rozumieć żarty i nawiązania, umieć pozbyć się ciężkiego, nazahirskiego akcentu. Więc chociaż była niechętna większym zebraniom, wieczory spędzała w karczmach, tam jedząc i pijąc, a także dając wciągnąć się w rozmowy. Nieświadomie brylowała w towarzystwie, gdy ze skupieniem wsłuchiwała się w każdą wypowiedź, pytając o wszystko, czego nie rozumiała i wywołując rozbawienie, gdy sama przekręciła jakieś słowo, a później skonsternowana próbowała dowiedzieć się, z czego wszyscy się śmieją.
        I chociaż wracała zmęczona kontaktem z ludźmi, nieraz z głową pękającą z bólu, była zadowolona, bo były to dni produktywne i przynoszące korzyści. Mimo to każdego wieczoru przed pójściem spać, kierowała się najpierw na miejską pocztę, sprawdzić czy nie czeka na nią żaden list, a później o to samo pytała swojego gospodarza, do którego kazała przekierowywać przesyłki. Wieści od Rammona było jednak brak.

        Kolejny poranek niczym nie różnił się od pozostałych, gdyby nie to, że Nala nie przespała nawet godziny w nocy, walcząc z jednym z silniejszych bólów głowy, jakie miała do tej pory. Wstała z jutrzenką, odnajdując w karczmie gospodarza, który udzielił jej medykamentów, które akurat były w jego posiadaniu. Tylko to pozwoliło jej kontynuować rutynę i udać się nad rzekę, gdzie dopiero regularne ćwiczenia oczyściły jej ciało i umysł ze szponów bólu. Wyciszyła się i doprowadziła do porządku, jednocześnie podejmując decyzję o opuszczeniu miasta i skierowaniu się do następnego, na swojej drodze po Alaranii.
        Wróciła więc do karczmy i spakowała skromny dobytek, by później umieścić go pod stołem w karczmie, gdzie spożywała śniadanie. Nie odmówiła sobie również chwili dla siebie i wyciągnęła jedną z zakupionych tu książek, by chociaż godzinę spędzić na lekturze, nim ruszy w dalszą drogę.

Awatar użytkownika
Rammi
Błądzący na granicy światów
Posty: 20
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Rammi »

Jeszcze wcale nie tak dawno...

        Rammona na bramie miejskiej pomylono z gońcem. Nic dziwnego, skoro pędził co koń wyskoczy, ciągnąć za uzdę drugiego wierzchowca, luzaka. Strażnicy pewnie przypuszczali, że co jakiś czas przekłada siodło z jednego konia na drugiego, aby było im trochę lżej... Długo po jego zniknięciu zastanawiali się jeszcze któż to mógł być i do kogo. I czy mogą być z tego jakieś kłopoty - może szykuje się jakaś wojna? Niby nic na to nie wskazywało, ale kto tam wie jak takie rzeczy się zaczynają. Może właśnie od takiego rudego elfa, który pędzi traktem na złamanie karku...
        Rammon tymczasem miał tylko nadzieję, że Nala jeszcze na niego czeka. I że mu wybaczy. Głupio było mu się przyznać, że po prostu zapomniał o tym spotkaniu, ale nie wiedział jak się wytłumaczyć. Po drodze parokrotnie układał sobie różne przemowy w głowie, ale żadna z nich nie była w jego mniemaniu wystarczająco dobra, by nie urazić uczonej i by nie zrobić z siebie ostatniego idioty... Tak, był ostatnim idiotą, ale czy musiał się do tego przyznawać? Jakim w ogóle cudem zapomniał o tym spotkaniu? Pamiętał książki, które czytał dziesiątki lat temu. Pamiętał cenę funta goździków, czarnego pieprzu i gałki muszkatołowej. Pamiętał jak się nazywają wszystkie plemiona zamieszkujące Ilaris. Był w stanie podać chronologicznie urodziny wszystkich swoich przyjaciół w najbliższych dwóch miesiącach... Więc jakim cudem zapomniał o tym spotkaniu? Jacykolwiek bogowie czuwali nad nim losem, kochali ściągać na niego kłopoty, nawet takie drobniutkie… Złośliwe mendy.

        Całe szczęście Rammon doskonale wiedział, gdzie znajduje się Niezapominajka (cóż za subtelny przytyk od Losu, Niezapominajka) i nie musiał jej szukać. Podjechał prosto pod karczmę, a tam zostawił zdyszane konie chłopakowi stajennemu, zastrzegając, że po rzeczy przyjdzie później, a on niech się nimi zajmie, by się nie przeziębiły. Sam szybkim krokiem udał się na spotkanie z Nalą. Miał świetne wejście - z takim rozmachem otworzył drzwi, że zwrócił na siebie uwagę wszystkich gości i nawet właściciela karczmy, stojącego za barem. Gdy to do niego dotarło, uniósł rękę w przepraszającym geście, zamykając za sobą. Rozejrzał się po wnętrzu. O tej porze nie było tu wielu gości, więc nie powinien mieć problemu dojrzeć Nalę... Kobieta o mahińskich rysach, być może nawet tak ubrana. Raczej mało prawdopodobne, by była w towarzystwie... Jest - dziewczyn idealnie pasująca do tego opisu. Siedziała na uboczu i coś czytała. Rammon zaraz ruszył w jej stronę. Spocony, z rozwianym włosem i pasją w oczach.
        - Mistrzyni Navabi! - zawołał do niej w perfekcyjnym nazahirskim. - Najmocniej przepraszam, że zjawiam się dopiero teraz! Jestem Rammon Heike-Alsbeith, do twoich usług.
        Rammon dotarł przed oblicze Nali, odetchnął, po czym skłonił się przed nią tak, jak to czyniono w jej kraju. W Na'Zahirze był wielokrotnie (choć zawsze jedynie po drodze) i znał większość obowiązujących tam zasad dobrego wychowania. Zaś zwracanie się do niej per "mistrzyni" brało się po prostu ze specyfiki środowiska naukowego. Nie kojarzył jej dokładnego tytułu badawczego, wolał więc skorzystać z uniwersalnego zawołania, niż nie wcelować nazywając ją docentką, profesorką czy jeszcze jakoś inaczej. Poza tym... On sam technicznie tytułu naukowego nie posiadał. Na kilku uczelniach nadano mu honorowe wyróżnienia, ale żadnych studiów nie skończył. Przez charakter swojej pracy i częste wyjazdy nie miał czasu na nudne lata spędzone w murach uniwersytetu, stawianie się na zaliczenia, egzaminy i wykłady. Nie miał czasu, by pisać nudne prace przeglądowe, które miałyby świadczyć o jego kompetencjach. Miał więc wiedzę profesora, a stopień studenta… A to godziło w jego dumę i powodowało sporą konsternację. Niech więc zostanie “mistrz”.

Awatar użytkownika
Nala
Zbłąkana Dusza
Posty: 7
Rejestracja: 3 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Nala »

        Pochłoniętą lekturą Nazahirkę ciężko było wytrącić z jej spokojnego skupienia, jednak wpadający z impetem do karczmy rudowłosy młodzian, zrobił to bez trudu. Czekoladowe oczy bezbłędnie odnalazły intruza, ale Mozhan nie poświęciła mu więcej uwagi. Gdy ten gestem przeprosił gości za swoje burzliwe wtargnięcie, Navabi wróciła do lektury. Nie zorientowała się nawet, że przybysz zmierza w jej kierunku, i dopiero słysząc rodowity język, a co więcej – własne nazwisko, wyprostowała się jak struna, powoli odwracając głowę. Dopiero teraz miała szansę lepiej przyjrzeć się rudzielcowi. Tak najłatwiej było go określać, gdyż to właśnie długie, płomiennorude włosy rzucały się w oczy jako pierwsze. Ciemniejsza karnacja i spiczaste uszy wprawiały w konsternację, gdy próbowała dopasować jego wygląd do standardowego przedstawiciela którejś z elfich grup. I dopiero z bliska Mozhan dostrzegła tatuaże. Pokrywały nieznanymi symbolami całą twarz młodzieńca, który spocony i zdyszany, znalazł się przy jej stoliku. Nala wstała, gdy tylko słyszała dalszy ciąg słów, wciąż wypowiadanych w perfekcyjnym nazahirskim, co wraz z prezencją mężczyzny (znów, dopiero z bliska dostrzegała szczegóły jego fizjonomii), wprawiło ją w chwilowe, milczące zdumienie.
        - Rammon? – zapytała w końcu, prezentując wyraźny akcent. Jego imię w jej ustach zdało się bardziej miękkie i nieznacznie różniło się od „poprawnej” jego wymowy, przez co „o” brzmiało bardziej jak „u”, za to „r” na początku brzmiało aż nadto wyraźnie.
        Mozhan niezwłocznie ukłoniła się w odpowiedzi, ale widać było, że jest bardzo zaskoczona, gdyż dopiero po chwili udało jej się kontynuować. A korzystając z faktu, że jej przyjaciel mówił tak dobrze w jej rodzimym języku, nie ryzykowała w tej chwili przechodzenia na wspólną.
        - Spóźniłeś się. – To były jej pierwsze słowa, ale kobieta nie wyglądała na zagniewaną. Stwierdzała fakt, nie zdradzając mimiką najmniejszej urazy. Dopiero po kilku kolejnych oddechach opanowała własne wewnętrzne zmieszanie i nawet uśmiechnęła się lekko.
        - Miło cię w końcu spotkać – dodała cieplejszym głosem, nim na nowo spoważniała. – Rammon. Mów mi po imieniu. Wymieniliśmy tak wiele listów, nie bacząc na tytuły. Nasze spotkanie tylko zacieśni tę znajomość, więc jeśli nie jest to dla ciebie problemem, ani nadmierną poufałością, chciałabym przy tym pozostać.
        Nala mówiła na zmianę bardzo szybko, jak do współrodaka, i zaraz zwalniała, przypominając sobie, że rozmawia z kimś kto nauczył się tego języka i należy mu ułatwiać, a nie utrudniać zrozumienie jej słów.
        - Twój nazahirski jest bezbłędny – przyznała wprost i pokręciła ze zdumieniem głową. – Tylko uświadamiasz mi, jak wiele mi brakuje do chociażby poprawnego posługiwania się wspólną mową. Czy byłby to dla ciebie problem, gdybyśmy rozmawiali we wspólnym? Wciąż uczę się tego języka, ale okazuje się, że mówienie jest nawet trudniejsze niż pisanie. Pytam, ponieważ mój wspólny naprawdę kuleje, ale bardzo doceniłabym twoją pomoc – dodała, przerywając kontakt wzrokowy i zbierając ze stolika książkę, schowała ją do torby.
        - Usiądź, proszę – powiedziała już we wspólnym, uważnie dobierając każde słowo i wskazując mu krzesło. – Nie lękaj się mnie poprawić, gdy źle powiem – dodała, spoglądając na Rammona niepewnie, jakby już oczekiwała korekty. – Na pewno jesteś spragniony. Spieszyłeś się? – zapytała, znów uśmiechając się lekko, gdy pozwoliła sobie założyć, że jej przyjaciel najwidoczniej zapomniał o ich spotkaniu, a teraz gnał na łeb na szyję, by jeszcze ją zastać. Dobrze, że nie zdecydowała się wyjechać od razu nad ranem.

Awatar użytkownika
Rammi
Błądzący na granicy światów
Posty: 20
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Rammi »

        ”Spóźniłeś się”. Ał. Choć Mozhan mówiła łagodnie, jakby tylko stwierdzała fakt, ale nie miała mu tego za złe, on i tak wiedział aż za dobrze, że nawalił. Jej uśmiech wyglądał jak dowód rozgrzeszenia i odpuszczenia win, co przyniosło mu pewną ulgę, ale i tak wiedział, że będzie musiał się zrehabilitować i przez resztę ich wspólnej podróży błyszczeć przykładem pod każdym względem. Dlatego teraz był tak niezwykle miły. Nie by na co dzień zachowywał się jak buc, ale na pewno był swobodniejszy, tymczasem zaś zwracał się do koleżanki po fachu per “mistrzyni”. Dobrze, że to ona tak szybko przypomniała, by przejść na ty. Elf z radością przyjął tę propozycję.
        - Możesz nawet mówić do mnie Rammi - zapewnił z ręką na sercu. De Peyrac nie skorzystał z tej propozycji, ale elf lubił w gruncie rzeczy być na takim krótkim dystansie, bo wtedy nie trzeba było się tak zastanawiać nad tym, co chciało się powiedzieć. Z Mozhan faktycznie wymienił tyle listów, w których pod koniec pisali już do siebie po imieniu… Ach, lubił tę ich korespondencję, ona miała tak otwarty, chłonny umysł, a na dodatek sama potrafiła wyciągać tak trafne wnioski.
        Usiadł razem z nią przy stole. Jego uwadze nie umknęło to jak Nala mówiła to wolniej to szybciej, ewidentnie biorąc poprawkę na to, że on jako cudzoziemiec mógł nie rozumieć jej języka tak dobrze jak jej krajan… Złote Usta Rina dawały mu możliwość rozumienia jej perfekcyjnie, ale póki co się do tego nie przyznawał. Nie w karczmie, może kiedyś, gdy będą w mniej tłocznym miejscu.
        - Oczywiście - chętnie przyznał na jej prośbę, aby rozmawiać we wspólnym. Rozumiał jej pobudki i bardzo je szanował, dlatego od razu się dostosował i zmienił język, znowu mówiąc w nim z doskonałym akcentem. Tym razem jednak była to jego wrodzona umiejętności.
        - Och, to kwestia lat doświadczenia i pomocy dobrych ludzi - umniejszył swoim zdolnościom lingwistycznym. - Kiedyś ci o tym opowiem. Oczywiście możesz na mnie liczyć w nauce, ale od razu mogę pochwalić, że ładnie ci idzie.
        Jakby przywołany jej magicznymi słowami o pragnieniu, do stołu zbliżył się karczmarz, który o tej porze z racji małego ruchu sam obsługiwał gości. Rammon od razu nawiązał z nim kontakt wzrokowy.
        - Na mój koszt, pozwolisz - zwrócił się do Mozhan z uśmiechem, nim odezwał się do gotowego do obsługi mężczyzny. - Dwa małe pszeniczne na dobry początek. Macie jakieś ryby?
        - A juści, czego tylko trzeba.
        - Pasta z węgorza? - zgadywał elf, a karczmarz skinął z dumą głową. - No to dajcie porcyjkę, a poza tym co macie dobrego, mocno uwędzonego. I chleb do tego oczywiście. Mozhan, życzysz sobie coś? - upewnił się, nim podziękował mężczyźnie. Gdy ten się oddalił, rudzielec poświęcił całą swoją uwagę Nazahirce.
        - Przyznam się bez bicia, że rano jechałem najszybciej jak się dało - przyznał. - Spowolniła mnie pewna sytuacja… Poznałem jegomościa, który w poszukiwaniu skradzionego z jego biblioteki zwoju zmierzał w tym kierunku. We dwójkę niestety zawsze podróżuje się w innym tempie, a był to na dodatek jegomość bardzo oczytany, lecz do jazdy konnej nienawykły. Stąd też moja zwłoka. Bardzo cię przepraszam, że musiałaś tyle czasu czekać i dziękuję, że to zrobiłaś. Jak ci minęła podróż? Miałaś okazję zwiedzić miasto?

Awatar użytkownika
Nala
Zbłąkana Dusza
Posty: 7
Rejestracja: 3 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Nala »

        - Rammi – powtórzyła niepewnie, tym razem kładąc akcent na pierwszą sylabę. Zdrobnienie imienia rudowłosego znajomego było właściwie trudniejsze dla niej do wymówienia, ale nie chciała już teraz wchodzić w debatę o tym, jak powinni się do siebie zwracać. Jeśli w istocie spędzą razem kilka dni, rutyna sama upomni się o to, co naturalne dla każdego z nich.
        - Mi możesz Nala – powiedziała. – To nie… umm… zmniejszenie imienia, ale dla Alaranian bardziej łatwe do mówienia niż Mozhan. Ale jak ci lepiej.
        Mówiła powoli, czasami marszcząc lekko brwi, gdy zastanawiała się nad jakimś słowem. Była świadoma, że odruchowo ucieka spojrzeniem do Rammona, by sprawdzić czy uda jej się po jego mimice zauważyć błędy w swojej wymowie.
        Elf dość specyficznie przyjął jej komplement. Przyglądała mu się, gdy mówił, ale mimo wszystko nie potrafiła zarzucić mu fałszywej skromności. Jakakolwiek nie była rzeczywistość, on był pewny prawdziwości swoich słów. A Mozhan od razu skarciła się za odruchowe studiowanie znajomego, jak obiektu do rozpoznania. Na swobodną pochwałę natomiast nie potrafiła nie uśmiechnąć się lekko.
        Chciała coś jeszcze powiedzieć, ale w tej chwili pojawił się przy nich kelner, a Navabi miała okazję z bliska obserwować i słuchać naturalnie szybką wymianę zdań we wspólnym. Skinęła lekko głową w podziękowaniu za ofertę Rammona, a później z zainteresowaniem przysłuchiwała się na zmianę karczmarzowi i elfowi.
        - Nie, dziękuję. Jadłam śniadanie – powiedziała poprawnie we wspólnym tylko nieco wolniej. Spoglądała jeszcze za karczmarzem, gdy elf zaczął mówić, a wtedy przeniosła na niego swoją pełną uwagę. Niemal od razu jednak zmarszczyła brwi. „Bez bicia”?
        - Miałeś kłopoty na drodze? – zapytała zaniepokojona. Rammon jednak mówił szybko, więc wsłuchiwała się uważnie, z lekko przymrużonymi oczami, zapamiętując zwroty dla niej niejasne. Niektóre wyjaśniły się same z kontekstu, a niektóre zakwitły na mentalnej liście słówek do opanowania, którą prowadziła w głowie Mozhan.
        Szybko okazało się, że wrodzone opanowanie będzie przydawało jej się większość czasu. Nie dając po sobie wiele znać, i tylko na uderzenie serca spuszczając oczy z Rammona, sięgnęła do torby i wyciągnęła ręcznie zszywany notatnik i podróżny kałamarz z piórem. Podobnie nie potrzebowała spoglądać na swoje pismo i utrzymując kontakt wzrokowy, zanotowała kilka słów już gdzieś pośrodku zapisanego notesu. Dopiero gdy Rammon skończył mówić, uśmiechnęła się nieznacznie, składając dłonie na pergaminie.
        - Ja ci dziękuję Rammon, że zgodziłeś się mi pokazać Alaranię – powiedziała, schylając głowę, na znak, że mówi poważnie. Później wzruszyła lekko ramionami. – Podróż była dobra. Dobry koń. Tak, zwiedzałam, jak na ciebie czekałam – powiedziała, a kącik jej ust znów uniósł się lekko.
        - Tu są inne miasta niż w Na’Zahir, Rammon, ciasne – mówiła cicho, marszcząc lekko brwi. – Domy są zamknięte, blisko siebie, a ulice takie wąskie. Ale ciekawe, tak. – Pokiwała lekko głową, po czym cofnęła dłonie z notesu i spojrzała na swoje notatki.
        - Co to ta „jego mość”? I nie… umm… „nienawykły”? – zapytała, sunąc palcem po zapisanych fonetycznie słowach. - I nie rozumiem, skąd te zwłoki – dodała już zdecydowanie niepewnie, podnosząc czujne spojrzenie na Rammona. – Ktoś wam umarł? Od tego bicia? – pytała skonsternowana i potrząsnęła lekko włosami, a dredy podskoczyły brzęcząc koralikami. To będzie trudniejsze niż myślała.
        - Na pewno nie będzie ci przeszkadzać, jak będę dużo pytać? – zerknęła na niego. – Czasem nie rozumiem słów, ale ty mówisz dobrze. Ale ten gospodarz… ja nic nie rozumiała z tego co on powiedział. Teraz i wcześniej też nie – mruknęła, wyraźnie skonsternowana. – To inny dialekt?
        - Rammon, nie przeszkadza ci, jak ja notuję? – zapytała też zaraz. – Tak łatwiej mi pamiętać. Później sprawdzę, jak pisać.
        Po chwili wrócił karczmarz, stawiając przed Navabi kufel piwa, a przed elfem kufel i ze trzy talerzyki różnych potraw, które dla Mozhan tak samo dziwnie wyglądały, jak pachniały. Kojarzyła tylko chleb, a i ten mieli w Alaranii inny niż do którego ona była przyzwyczajona.

Awatar użytkownika
Rammi
Błądzący na granicy światów
Posty: 20
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Rammi »

        Rammi uśmiechał się do Mozhan - mówiła tak, że dało się ją zrozumieć, choć zdarzały jej się drobne potknięcia. Nie “zmniejszenie”, a “zdrobnienie”, to prawie to samo. Mówiła mu, by ją poprawiał, ale nie zamierzał wytykać jej każdego źle użytego słówka - to pomoże utrudniłoby rozmowę i być może uznałaby, że się czepia. Co nie znaczyło wcale, że zamierzał odpuścić, bo zwróci jej uwagę na te grubsze potknięcia. Takich na razie nie było.
        - Nala - powtórzył po niej. - Dobrze - zgodził się krótko. Zamierzał skorzystać z tej propozycji, “Nala” brzmiało znacznie wdzięczniej niż “Mozhan”. Poczuł się zresztą wyróżniony.

        - Kłopoty? - upewnił się zaskoczony. - Ach, nie.
        Machnął lekko ręką i już mówił dalej. Widział, że Mozhan coś się kręci, ale nie wyglądała na niezainteresowaną, więc udawał, że tego nie dostrzega i mówił dalej. Na pytania nadszedł czas później.
        - Pisz, nie krępuj się - zachęcił ją, wykonując przy tym przyzwalający gest ręką. Nie dodał, że był przyzwyczajony do tego, że notowano jego słowa. Wszak w życiu udzielił już tylu wykładów i pogadanek dla większej bądź mniejszej publiczności, że zdążył do tego przywyknąć. Fakt, że notowanie zwykłej rozmowy było dla niego nowością, ale i do tego był w stanie się przyzwyczaić.
        W międzyczasie pojawiło się piwo i śniadanie dla Rammiego. Porcja jedzenia była jednak naprawdę obfita, a elf nie lubił jeść sam, więc wszystkie miseczki wysunął na środek, między siebie a Mozhan.
        - Częstuj się - zachęcił ją. - Skosztuj szczególnie tej pasty, to tutejszy specjał, a jak wiadomo przez kuchnię również poznaje się lokalną kulturę. I jest ona po prostu naprawdę dobra.
        Aby dodatkowo zachęcić Nazahirkę, Rammon wziął jedną z kromek chleba, rozłamał ją aby była poręczniejsza, po czym nabrał nią jak łyżką puszystej masy z węgorza. Była wyborna, co do tego już wcześniej nie miał wątpliwości - w Niezapominajce mieli doskonałą kuchnię. I również świetne piwo, odpowiednio chłodne i nagazowane.
        - Wracając do twoich pytań - zagaił rudy elf po przełknięciu pierwszego kęsa. - Widzisz, to idiomy, to znaczy zwroty, którym nadano sens trochę inny niż dosłowny. Podałbym ci lepszą definicję, ale nie jestem niestety językoznawcą. Wydaje mi się, że użyty przeze mnie zwrot "bez bicia" będzie dobry, by zrozumieć ideę. Chodzi o to, że przyznaję się bez żadnego dodatkowego przymusu, nie trzeba mnie zmuszać do wyznań. A zwłoka to inne określenie na spóźnienie. Zwłoka, nie zwłoki, to drugie oznacza martwe ciało. Co do reszty... "jegomość" to po prostu określenie na mężczyznę, kiedyś miało wyrażać pewien szacunek, ale aktualnie ma neutralne znaczenie. "Nienawykły" oznacza "nieprzyzwyczajony", "nieobyty". Po prostu nie znał za dobrze tego tematu, tak naprawdę musiałem go wszystkiego nauczyć, a poza tym ciało również musi przywyknąć do nowego wysiłku.
        Rammon zawiesił głos, a jego oczy poruszyły się jakby omiótł nimi jakąś listę. Pamięć miał dobrą (wyjąwszy to jak zapomniał o spotkaniu z Nalą), więc zaraz stwierdził, że poruszył wszystkie nurtujące jego znajomą kwestie. Dotarło do niego przy okazji, że powinien mówić zdecydowanie wolniej i dokładniej, nie stosować przede wszystkim za wiele kolokwializmów... Póki co. Niech Nala oswoi się z normalną mową, a później będzie jej dorzucał trudniejsze zwroty.
        - Ach, a wracając do tematu karczmarza - dodał jeszcze, w międzyczasie pogryzając kolejny kęs kanapki. - On mówił językiem niższych sfer. Nieliterackim, że tak to ujmę. No i dykcji też nie ma za dobrej - zauważył z uśmiechem.
        - Nalo - zagaił po przełknięciu kilku kolejnych kęsów. - Czy jest coś, co szczególnie chciałabyś zobaczyć albo poznać? Zmierzałem do tej pory na południowy-wschód i generalnie mogę kontynuować ten kierunek tak samo dobrze, jak pojechać z tobą tam, gdzie ty chcesz. Jedynie muszę uzupełnić zapasy przy okazji bycia tutaj - wyjaśnił, zapijając piwem.

Awatar użytkownika
Nala
Zbłąkana Dusza
Posty: 7
Rejestracja: 3 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Nala »

        Mozhan swój pierwszy podręczny zestaw do pisania zrobiła już na studiach. Na wykładach mogła ze spokojem pisać na zwojach pergaminu, ale czasami czuła potrzebę sporządzenia notatki nawet w trakcie zajęć praktycznych. Jakiś czas rozglądała się za rozwiązaniem problemu, a na ten czas sama skonstruowała niewielki notatnik, zszywając ze sobą pocięty na małe kawałki pergamin. Zamiast dużego łabędziego pióra korzystała też wtedy z niewielkiego gęsiego piórka, w którym sama wydrążyła niewielkie zagłębienie na atrament. Wymagało to częstego nabierania tuszu, ale nie groziło kleksem, co było dość ważne, gdy skrobało się szybko na kolanie. I jak to zwykle bywa, tymczasowe rozwiązanie okazało się stałym, a po każdym zapisanym notesiku, Mozhan tworzyła kolejny.
        Na jedzenie spoglądała nieco podejrzliwie, nakłaniana przez elfa. Naprawdę nie była głodna i nawet nie wiedziała, co to jest, a nie miała w zwyczaju jedzenia czegokolwiek, o czym nie wiedziała z czego się składało. Wystarczyło jednak, by Rammon powołał się na poznawanie kultury i Nala się ugięła. Przecież właśnie po to tutaj przyjechała, prawda? Żeby nie siedzieć już dłużej nad zakurzonymi księgami, tylko spróbować samej odkrywać kulturę Alaranii, a do tej rzeczywiście zaliczała się kuchnia. Wstyd przyznać, ale Mozhan nie wiedziała o niej za wiele. Zawsze znajdywała ważniejsze rzeczy do studiowania niż kuchnia, ale teraz przecież miała ją pod samym nosem. Powinna więc, tak jak Rammon, próbować nowych rzeczy, a nie trzymać się uparcie tego, co zna, bo to mijało się z celem. Trudno zmienia się nawyki, ale z tym barwnym towarzyszem powinno się udać.
        Sięgnęła niepewnie po chleb, przełamując kromkę w pół i tak samo jak elf, nabierając nią trochę pasty. Wyglądała na autentycznie zaskoczoną, gdy spróbowała jedzenia. Smaczne. I takie inne. Zaraz jednak rozpoczął się krótki wykład i Mozhan właściwie machinalnie przeszła w tryb studencki. Napoczętą kanapkę odłożyła na bok i tylko podgryzając ją czasem, notowała kilka słów w notesie, podczas gdy ciemne oczy czujnie obserwowały elfa.
        Mówił szybko i wyjątkowo poprawnie. Akademicko wręcz, ale czemu się dziwić, przecież wiedziała, że wykładał. Tak, wiedziała o nim trochę, wymienili sporo listów, ale była kompletnie nieprzygotowana na to, że poważny badacz, którego poznała, okaże się tak ekspresyjną i barwną, dosłownie, osobowością.
        Ton pozostał jednak znajomy. Gdyby dopiero teraz poznała Rammona pomyślałaby, że jest fałszywie skromny, jednocześnie świadomie zarzucając obcokrajowca zalewem wzorcowej wymowy zarówno jego ojczystego języka, jak i wspólnej mowy. Pamiętała jednak, że elf ma po prostu kompletnie inną skalę poznawczą i to, co dla niego jest oczywiste czy proste, dla innych może stanowić poziom marzeń. Nie irytowała się więc napływem jeszcze większej ilości trudnych słów, tylko skrzętnie notowała informacje. Jednocześnie uzupełniała na bieżąco w głowie luki we wcześniejszym zrozumieniu wypowiedzi Rammona, więc słysząc o swojej pomyłce w kwestii zwłok, parsknęła cicho pod nosem.
        - Te idiomy mogą robić poważne nieporozumienie dla obcokrajowca – powiedziała z rozbawieniem. Nie odbijało się jednak ono ani na ustach ani w oczach kobiety, która wyglądała na niezmiennie poważną. Przyglądała mu się, gdy myślał, podjadając w międzyczasie chleb z pastą z węgorza i starając się przyzwyczaić do płomiennorudych włosów.
        Karczmarz rzeczywiście niewyraźnie mówił, ale Mozhan była rada, że jej znajomy to potwierdził. Ona wciąż mogła zrzucić niezrozumienie kogoś na karb własnej nieznajomości języka.
        Słysząc nieco przekręconą wersję swojego przydomka, Nala spojrzała nagle na Rammona, przechylając głowę, jak zaskoczony kot. Zaraz domyśliła się, że elf po prostu odmienił słowo, którego u niej się nie odmieniało i rozluźniła się, skupiając na jego pytaniu. A było to bardzo dobre pytanie.
         - Chyba wszystko – powiedziała w końcu, mrużąc niepewnie oczy, a na jej ustach pojawił się wreszcie cień uśmiechu. Dużo czytała o „najważniejszych miejscach w Alaranii”, ale dla każdego oznaczało to coś innego. Podobnie ona miała swoją własną listę.
        – Ja chętnie ci towarzyszyć i zwiedzać przy okazji. Nie chcę, żebyś robił sobie kłopot – powiedziała. Widać było jednak, że zastanawia się nad czymś i waha przez chwilę. W głowie studiowała mapę, próbując na szybko zlokalizować na niej konkretne miejsca.
        - Ale najbardziej… Szep…sepsz… ah, mahra! – prychnęła pod nosem, prawie zawijając sobie język w supeł. Zirytowana darowała sobie oficjalną nazwę, szybko znajdując obejście.
        - Duży Las – powiedziała w końcu. – Tam, jak idzie z gór Dasso, to jest taki moment, że widać tylko las i niebo. Nic więcej. Tak czytałam – dodała, nawet nieco poruszona. Obrazy obrazami, ale dla mieszkanki pustyni wizja niekończącej się zieleni była nieprawdopodobna. Tak samo, gdyby ona miała wybierać, chętnie przeprawiłaby się przez góry, zamiast je omijać.
        Oparła się o krzesło i westchnęła przez nos. Kto by pomyślał, że mówienie w obcym języku będzie takie męczące? Tłumaczenie tekstów czy wymienianie gotowych formułek to jedno, a próba oddania na głos nagłej myśli, to zupełnie coś innego. Gdyby miała czas to zapewne wyrażałaby się poprawniej, ale rozmowa ma to do siebie, że trudno jest ją zaplanować. Mimo wszystko trochę jednak ją to irytowało, ale cóż – tym większa mobilizacja do nauki.
        Mozhan spojrzała znów na Rammiego, przez moment błądząc wzrokiem po wesołej, barwnej twarzy i płomiennych włosach. Wyglądał, jak dzieciak, a łeb miał jak wszyscy jej profesorowie kulturoznawstwa razem wzięci. Fascynujące.
        - Co z twoim towarzyszem? – zapytała nagle. – Nie podróżuje już razem?

Awatar użytkownika
Rammi
Błądzący na granicy światów
Posty: 20
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Rammi »

        Rammi nie zamierzał podpuszczać Mozhan tym tekstem o poznawaniu kultury poprzez kuchnię - wierzył, że coś takiego naprawdę istnieje i poznając specjały z danego regionu, można się o nim wiele dowiedzieć. Co rośnie w tej okolicy, jaki jest szacunek ludności do pożywienia, czy mogą sobie pozwolić na beztroskę wynikającą z dobrobytu, czy też cały czas muszą przezornie coś chomikować na trudne czasy. Jak na dłoni widział też jak różne kultury podchodziły do różnych smaków - rodacy Nali lubili na przykład mocno słodzić swoje napoje i mieli bardzo słodkie łakocie, podczas gdy mieszkańcy wysp na południu, na przykład Limarii czy Lariv, preferowali mniej słodkie smakołyki. Przykładów mógłby jeszcze podawać całe setki, ale to nie był temat na teraz, bo rozmawiali nie o kuchni, a o lingwistyce. O tym Rammon również mógł gadać i gadać… No dobrze, na każdy temat mógł gadać i gadać.
        - Ależ żaden kłopot - zapewnił lekko elfi podróżnik, machając od niechcenia ręką. Dla niego nic nie stanowiło problemu, co najwyżej niedogodność do rozwiązania. A gdy Nala przełamała się, by powiedzieć gdzie chciałaby się udać, nachylił się wręcz do niej z olbrzymim zainteresowaniem. Samym spojrzeniem zachęcił ją do kolejnych prób wypowiedzenia swojej destynacji, ale ona nie podjęła tej walki. Szkoda!
        - Szepczący Las - podpowiedział usłużnie. - Spróbuj jeszcze raz, na spokojnie. Sylaba po sylabie - zachęcił ją, ale jeśli spotkał się ze sprzeciwem, nie zmuszał jej, bo w końcu nie o to chodziło, aby wprawiać ją w zakłopotanie. Kiedyś jak będą tylko we dwójkę - może na trakcie - zmusi ją do ćwiczenia wymowy. Chciała wszak nauczyć się języka, czyż nie?
        - Wiesz, to bardzo dobry kierunek - zauważył z entuzjazmem. - W Szepczącym Lesie znajduje się kilka elfich królestw, dla takiej podróżniczki z Na’Zahiru jak ty to będzie na pewno ciekawe doświadczenie, poznać te miejsca. A przy tym są całkiem cywilizowane, więc powiedzmy, że będziesz miała łagodny start, a nie tak jak ja - zażartował, bo przecież on zaczął od zupełnie nieznanego plemienia, które prawie by go zabiło. Ach, co za wspomnienia.
        - Nie, niestety nie podróżujemy już razem - westchnął Rammi, bawiąc się skórką od chleba, gdy został zapytany o towarzysza. - Chyba jakieś obowiązki go wezwały i opuścił mnie nad ranem, gdy jeszcze spałem. Nie mam do niego o to pretensji, bo choć takie odejście bez słowa jest, cóż, niegrzeczne, to wierzę, że nie miał innego wyjścia. Mam takie przeczucie - wyjaśnił, wpychając w końcu miętoszony w palcach kawałek pieczywa do ust. Naprawdę nie chował urazy do Nicka i co więcej, liczył na to, że jeszcze kiedyś się spotkają, bo tak interpretował ten prezent, który zostawił dla niego bibliotekarz - jako wyrażenie szczerej chęci do kontynuowania tej znajomości. Gdy więc ich drogi ponownie się skrzyżują, wtedy zapyta go ki diabeł sprawił, że tak odszedł bez słowa. Że tym diabłem bym sam Nick… Może właśnie wtedy się tego dowie.

        W międzyczasie - gdy uczeni byli zajęci rozmową i swoimi własnymi sprawami - do karczmy tylnym wejściem wkradła się pewna nietypowa persona. Młodzieniec szczupły i drobnej budowy, którego prężne ruchy świadczyły jednak o tym, że jego ciało składało się ze zbitych, niepozornych mięśni. Jego rudo-czerwone włosy miały ciekawe ciemniejsze refleksy po dwóch stronach czaszki, przypominające nieco trójkąty. Twarz zaś była twarzą cwaniaczka - wąską, ze spiczastym podbródkiem i krzywym uśmieszkiem na stałe przyklejonym do ust, nawet teraz, gdy wyglądał na lekko sponiewieranego, bo jego ubrania były ubrudzone ziemią, a na skórze widać było spoko zadrapań.
        - Hive?! - zwróciła się do niego ze zgrozą kucharka. - Co ci się stało?
        - Nic takiego, pani Rille, psy mnie tylko pogoniły. Ale jestem cały - dodał z uśmiechem.
        - I pewnie głodny? - podłapała kobieta.
        - O taaak! - przyznał z entuzjazmem chłopak i zaraz spojrzał na nią błagalnym wzrokiem, któremu nikt na świecie chyba nie były w stanie się oprzeć. Kucharka w każdym razie nawet nie zamierzała się bronić. Z uśmiechem kiwnęła głową w stronę kosza z bułkami, który stał przy wyjściu za bar i powiedziała “częstuj się”. Hive natychmiast skorzystał, gdy jednak już porwał swoje śniadanie i zatopił w nim zęby, coś na sali przykuło jego uwagę. Stał przez chwilę w progu nieruchomo, gapiąc się w jeden punkt, po czym błyskawicznie czmychnął za futrynę.
        - O kur… tyna - zakończył szybko, bo pani Rille byłaby gotowa zdzielić go ścierką, gdyby przy niej zaklął. Wzięła sobie za punkt honoru, by go tego oduczyć.
        - Co to ma znaczyć? - zapytała go jednak tonem “tym razem ci się upiekło”.
        - Ja tego gościa znam! - zawołał Hive, wystawiając paluch przez drzwi i wskazując płomiennowłosego elfa z wytatuowaną twarzą, który rozmawiał z jakąś cudzoziemką.

        Do stolika Mozhan i Rammona zbliżył się nie wiadomo skąd rudowłosy młodzieniec, którego ruchy były tak niepewne, że nie było wiadomo, czy wstydzi się zagadać, chce coś ukraść czy musi ich wyprosić i nie wie jak to zrobić. Odchrząknął, gdy został przez oboje zauważony i ostatnie dwa kroki zrobił już pewniej.
        - My się znamy - zwrócił się do elfa, ale on wyglądał na szczerze zaskoczonego tym wyznaniem. Co prawda wierzył, że tak łatwo się go nie zapominało, ale on sam w ogóle nie kojarzył tego dzieciaka.
        - Za miastem, przy ognisku… - podsunął chłopak, zerkając niepewnie na ciemnoskórą kobietę, ale nie tak jakby się jej bał tylko jakby oczekiwał, że ona go poprze.
        - To wy w nocy uratowaliście mi skórę - wyjaśnił już trochę zdesperowanym tonem, bo wydawało mu się, że nie dają mu wiary. - Tylko ten, wyglądałem wtedy trochę inaczej…
        - Aaaa, to ty jesteś tym lisem, który…
        - Jestem Hive! - zawołał szybko chłopak, podając rękę na powitanie Rammonowi, a Nalę próbując pocałować w dłoń, przyciągając ją sobie nieumiejętnie do twarzy.

Awatar użytkownika
Nala
Zbłąkana Dusza
Posty: 7
Rejestracja: 3 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Nala »

        To chyba dobrze, że Nala tak się wciągnęła w rozmowę, że nawet nie przyszło jej do głowy, że nazwa widziana w księgach i własnej głowie, przyprawi jej tyle problemów z wymową. Zdała sobie z tego sprawę dopiero, gdy nie mogła sklecić nawet pierwszej sylaby. Dźwięk był znajomy, szeleszczący, ale jak, na piaski pustyni, ona ma to wymówić? Mlasnęła językiem i zaklęła w rodzimym języku, ale spojrzała na Rammona, gdy ten podpowiedział jej nazwę. Zmrużyła lekko oczy, skupiając się na wymowie.
        - Szszeszpsz… Szepsząszy? Ach, wiesz o co chodzi – mruknęła, poddając się w końcu.
        Najważniejsze, że się zrozumieli, a ona nawet nie tyle co wstydziła się dalszych prób, co zwyczajnie zaczynała ją od tego boleć głowa, a tych znaków nigdy nie ignorowała. Lekkie ćmienie mogło się łatwo przerodzić w oślepiającą migrenę, a to było ostatnie, czego w tej chwili potrzebowała.
        Słysząc aprobatę dla jej destynacji, dziewczyna uśmiechnęła się niespodziewanie, zadowolona z wyboru i podekscytowana już na samą myśl o podróży. Dodatkowo zrozumiała, co Rammon miał na myśli mówiąc o łatwiejszym starcie, niż miał on sam. Wspominał jej w listach o swoich przygodach, ale ciężko wtedy o szczegóły.
        - Opowiesz mi więcej o tym? – zapytała, nawiązując do jego przygód, ale zaraz zmarszczyła brwi. – Na drodze, kawałek, jeśli ty dalej jedziesz na południe i wschód – wyjaśniła. Absolutnie nie chciała nakłaniać go do zmiany trasy. Była wdzięczna już za samo powitanie tutaj, nawet jeśli spóźnione. Widok znajomej twarzy, nawet na chwilę, był wyjątkowo kojący. Nawet to krótkie spotkanie dodawało sił i chęci do dalszej podróży, nawet jeśli miałaby ją kontynuować samotnie.
        Wyjaśnienia skomentowała zdawkowym skinieniem głowy. Rzeczywiście, opuszczanie towarzysza bez słowa, podczas gdy ten spał, nie znaczyło zbyt dobrze. Rammon nazwał to niegrzecznym. Ona, przez swoje szkoleniowe zboczenie, nazwałaby to wręcz niebezpiecznym i podejrzanym. No ale nie była to jej sprawa, a elf w istocie nie wydawał się urażony. Bardziej zaciekawiony.
        Mozhan wzrok miała kiepski, ale jej intuicja została nienaruszona, stawiając włoski na karku Nazahirki, gdy ktoś ją obserwował. Zerknęła w bok, dość swobodnie rozglądając się po karczmie, ale na młodego chłopaka nawet nie zwróciła uwagi. Odruchowo szukała tylko zagrożenia. Zatrzymała na nim spojrzenie dopiero, gdy odchrząknął, zbliżając się do ich stolika, a Nala odruchowo przeniosła wzrok na Rammiego. Jeśli już ktoś chciał ich tutaj zaczepić, to prędzej miał sprawę do elfa, który już tutaj bywał, niż cudzoziemki.
        Pomyliła się nieznacznie, ale jeszcze nie zdała sobie z tego sprawy. Szukającym wsparcia oczom chłopaka odpowiadało beznamiętne spojrzenie ciemnych oczu, gdy Mozhan zwyczajnie śledziła sytuację, nie mając pojęcia o pomyłce. Nawet, gdy chłopak zwrócił się do nich razem, kobieta tylko mrugnęła, zastanawiając się czy to taka forma wypowiedzi, czy może źle zrozumiała? Ale nim doszła do jakichś wniosków, chłopak wyciągnął rękę, przedstawiając się elfowi. No to znają się, czy nie?
        Widząc jednak, że Rammon wstaje i ściska rudzielcowi dłoń, ona również wstała, gdy chłopak się do niej zwrócił i podała mu rękę. Znała ten gest. W Na’Zahirze się tego nie stosowało, ale chyba wszędzie indziej było podstawowym powitaniem i Nala nie raz już je stosowała. Tym bardziej się więc zdziwiła, gdy Hive, jak się chłopak przedstawił, nie tylko jakoś dziwnie złapał jej rękę, ale jeszcze przyciągnął ją sobie do twarzy.
        - Hej – burknęła, stanowczo wyrywając palce z dłoni rudego. – Co ty?
        A ten nie dość, że zdziwiony spojrzał za odlatującą mu ręką, to jeszcze usta miał złożone w dzióbek, aż Mozhan uniosła brew, spoglądając pytająco na Rammona.
        Pocałunek w dłoń?
        Dziewczyna ostentacyjnie splotła ręce na piersi.
        - Mozhan – przedstawiła się bez zbędnych grzeczności.
        Cóż, duszą towarzystwa nigdy nie była, a i z dyplomatą nie miała do czynienia, by sięgać na wyżyny swoich manier. Sam Hive też nazwiska nie podał, więc nie czuła się zobligowana do podania własnego. A z imieniem niech sobie język łamie, za to niedoszłe całowanie. Też obyczaj...

Awatar użytkownika
Rammi
Błądzący na granicy światów
Posty: 20
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Rammi »

        Wzrok Rammona zagrzewał do walki i radował się z każdej poprawnie (albo prawie poprawnie) wypowiedzianej zgłoski. W takich chwilach dziękował jednak Prasmokowi, że ma takich praktycznych przyjaciół jak Tumeryn, który wyposażył go w Usta Rina - sam zachodził w głowę jak wypowiedziałby niektóre obce słowa, szczególnie nazwy własne. Będzie musiał się jednak wkrótce przyznać Nali, że korzysta z takiego ułatwienia, żeby być względem niej uczciwym. Ale na razie po prostu jej kibicował.
        - Wiem, wiem - ustąpił jej. - Ale prawie dobrze ci wyszło, każdy by się zorientował o co ci chodzi.
        Jednak nie odpuścił sobie komentarza. Nie mógłby, skoro to co powiedział jego zdaniem było komplementem. Mozhan była bardzo zdeterminowana, by nauczyć się poprawnie mówić we wspólnym, więc pewnie miło jej było, gdy osiągała sukcesy - nawet tak drobne.
        - Nie, nie jadę - machnął ręką, gdy powtórzyła podany przez niego kierunek. - Pojadę z tobą. Pokazanie ci Szepczącego Lasu i jego królestw będzie dla mnie prawdziwą przyjemnością. Zdradzę ci zresztą, że wyznaję pewną filozofię: jeśli nie mam w danym momencie żadnego konkretnego celu, przyjmuję te, które daje mi los. Wierzę w przeznaczenie - wyjaśnił, uśmiechając się z dumą. Wielokrotnie to podejście przysporzyło mu kłopotów, ale też nieraz dzięki temu dokonał kilku ciekawych odkryć, uważał więc, że wychodził na zero jeśli nie na lekki plus.
        - Tak, opowiem, opowiem - wrócił do poprzedniego pytania. - Szczerze to tamta anegdota jest moją ulubioną, bo od niej wszystko się zaczęło.

        O pomyłce rudego chłopaka nie miał na początku pojęcia nikt z ich trójki. Pierwszy prawdopodobnie domyślił się Rammon, on jednak posiadał wszystkie elementy układanki, więc miał najłatwiej - wiedział o nocnym incydencie, o odejściu Nicka i porannym spotkaniu z Mozhan. Bawiło go jednak jakim cudem Hive mógł pomylić jego towarzyszy, skoro byli tak różni. Na razie jednak się nie odzywał - dał chłopakowi czas na samodzielne odkrycie swojej pomyłki. Na razie jednak - grzeczności.
        - Rammon Heike-Alsbeith - przedstawił się elf, ściskając dłoń chłopaka. Cóż, mógł się ograniczyć do imienia, tak jak jego towarzyszka, ale on lubił, gdy go rozpoznawano. Hive jednak najwyraźniej nigdy o nim nie słyszał, bo nawet powieka mu nie drgnęła w wyrazie zrozumienia albo chociaż zainteresowania. No trudno, tak też często bywało. Rammon usiadł z powrotem na swoim miejscu, zupełnie niewzruszony tym brakiem sławy. Był pewny, że chłopak po tym spotkaniu już na pewno go zapamięta.

        Tak, Hive był zaskoczony. Nie by nigdy żadna kobieta go nie odrzuciła albo nie próbowała pokazać, że jest wyzwolona i żaden smarkacz nie będzie jej w rękę całował… Ale no ta tutaj sprawiała wrażenie mocno zdezorientowanej jego gestem. Co ona, nietutejsza? Niby taka ciemniejsza z twarzy, ale no chyba to o niczym nie świadczyło? Kurcze, może jakąś gafę popełnił i nawet o tym nie wie? Spojrzał zdezorientowany na Rammiego, lecz ten nie zwracał na niego uwagi.
        - Chłopak chciał pokazać, że jest szarmancki - wyjaśnił. - Dobrze wychowany - dodał po chwili, bo domyślił się, że słowo “szarmancki” nie należy do grupy najpopularniejszych i takich, które przyswaja się w pierwszej kolejności. Jego ta sytuacja chyba troszkę bawiła.
        - Przepraszam - mruknął Hive, zakłopotany. - Nie wiedziałem, że pani się nie spodoba… No w każdym razie, chciałem podziękować, bo by mnie złoili tak, że byłbym fioletowy przez miesiąc!
        - No pięknie - mruknął elfi podróżnik, zachęcając go, by usiadł z nimi. Zerknął na Nalę. - Nie wspominałem ci o tym jeszcze. W nocy do obozu wpadł nam lis, a za nim obława. Cóż, wskazałem im gdzie lis uciekł, a tymczasem on schował się w moim śpiworze… Nie popieram tego typu polowań. Czyli jesteś lisołakiem, Hive?
        - Ano - przytaknął chłopak, poprawiając się nerwowo na ławce. - Ale ten… To pani tam nie… To znaczy…
        - Byłem wtedy z kim innym - zbył go lekko Rammi. - Powiedz, czego byłem świadkiem? Tu chyba nie praktykuje się tego typu polowań, z tego co pamiętam.
        - A, nie, ten, no… - zaczął kręcić lisołak, nerwowo drapiąc się po karku. - No zadarłem z nimi trochę, no. Ale nikomu nie zrobiłem krzywdy, słowo honoru! - zapewnił gorączkowo, kładąc sobie dłoń na sercu.
        - Ale… zdawało mi się, że to byli strażnicy miejscy - zauważył Rammon, przypominając sobie symbole na mundurach. Hive skulił się w tym momencie jakby zebrał burę i pewnie gdyby te refleksy na jego włosach były prawdziwymi uszami, teraz by smętnie oklapły.
        - Ale poważnie nie zrobiłem nic złego - bąknął.

Awatar użytkownika
Nala
Zbłąkana Dusza
Posty: 7
Rejestracja: 3 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Nala »

        Navabi też wierzyła w przeznaczenie, ale ona nazywała je Losem. „Przeznaczenie” brzmiało dla niej zbyt nierealnie i zostało w jej języku sprowadzone do romansu lub fikcji tak oczywistej, że nie miała prawa się zdarzyć. Los brzmiał bardziej odpowiednio. To on trzymał sznurki wszystkich ludzkich historii i współpracował z Przypadkiem, by zdarzyło się to, co miało się zdarzyć. I ludzka wola nie miała tu nic do rzeczy, Mozhan nie wierzyła w żadne wyższe bóstwa. Ot, natura człowieka i jego tendencje do podejmowania nienajlepszych decyzji same wpędzają go w szpony Losu. A świadomość tych zależności wcale nie jest czarnowidztwem, a niesamowitą przygodą, pozwalającą obserwować teatr życia z miejsc w pierwszym rzędzie.
        Dlatego tym bardziej zadowoliła ją odpowiedź Rammona. Miała przeczucie, że i na niego wpłynie to, że postanowił zmienić swoją trasę.
        - Cieszę się. Miło podróżować z tobą – odpowiedziała.
        A później ich grono powiększyło się o kolejnego rudzielca. Mozhan nigdy nie słyszała, by był to aż tak popularny kolor włosów w Alaranii, ale być może się po prostu o tym nie mówiło. Teraz spoglądała skonsternowana to na jednego, to na drugiego płomiennowłosego mężczyznę, próbując zrozumieć co miało właśnie miejsce.
        I z tego co wywnioskowała, Hive z jakiegoś powodu znał Rammona, chociaż raczej nie z jego twórczości, bo na nazwisko elfa nawet nie mrugnął, czyli nie wiedział kim tak naprawdę jest. Z drugiej strony nastąpiła dość nietypowa sekwencja uników, chociaż całą niezręczność wziął na siebie młodzieniec, bo Nala nie wyglądała na bardziej poruszoną niż wcześniej, nawet gdy wysłuchała wyjaśnień Rammona. Dobrze, że elf wyjaśnił znaczenie nieznanego jej słowa, intuicyjnie wyczuwając jego niepospolitość. Mozhan zaś zachodziła w głowę jakim cudem całowanie miało być wyrazem dobrego wychowania. U niej było odwrotnie.
        - W Na’Zahir na powitanie całują tylko mężczyźni. W policzki – wyjaśniła łaskawie młodzieńcowi, spoglądając na niego ciemnymi oczyma i wskazując szczupłym palcem miejsce na twarzy. Akcent miała mocny, a tym bardziej było to słychać, gdy w ciągu wspólnej mowy padała nazwa w jej języku.
        - Tylko jak bardzo dobrze się znają. Nie wolno całować obcych kobiet – powiedziała na koniec, wyjaśniając swoją reakcję, ale bez krztyny pokory ze swojej strony. Przecież niczemu nie była winna.
        Nie miała jednak nic przeciwko temu, by Hive się do nich dosiadł i z uwagą wysłuchała wyjaśnień Rammona. A więc to był lisołak. Teraz czuła to lepiej, wcześniej nie przywiązując uwagi do szczegółów emanacji młodzieńca. Późnej zrozumienie przychodziło już jej z trudem, bo chłopak okrutnie bełkotał, powtarzał się i urywał słowa w pół, sprawiając, że Nala marszczyła brwi, próbując coś zrozumieć. Póki co wiedziała, że jej przyjaciel udzielił zmiennokształtnemu schronienia, gdy ten był w potrzebie. Na dodatek zrobił to częściowo nieświadomie, gdyż Hive był wtedy pod postacią lisa. Zrozumiała też, że chyba towarzyszył mu wtedy ten podróżny, o którym wspominał Rammon.
        - Pomylił mnie z mężczyzną? – zapytała wprost Mozhan, jakby nagle zaskakując, a Hive spojrzał na nią w strachu, jakby i teraz czyhała na niego obława.
        - Ja… nie… nie zwracałem uwagi… to znaczy uciekałem, więc się nie przyglądałem i…
        - To czemu uciekał? – dopytała kobieta, przygważdżając chłopaka spojrzeniem. – Jeśli mówisz, że nic nie zrobił, to czemu uciekał?
        Chciała też zapytać Rammona czy chłopak jest chory, skoro z takim trudem się wysławia. Nie byłoby to nic dziwnego, upośledzenie nie jest zależne od narodowości i stanowi problem na całej Łusce, ale zazwyczaj takie osoby są pod czyjąś opieką. Hive był sam, a na dodatek uciekał, więc może komuś się wymknął spod pieczy? Mimo wszystko wolała nie zadawać pytania głośno. Jeszcze się chłopak wystraszy i znów zacznie uciekać.
        - Czy... on potrzebuje pomocy? - zapytała ostrożnie Rammona, starając się dyskretnie rozeznać w sytuacji.

ODPOWIEDZ

Wróć do „Demara”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość