Równina Drivii[Wichrowe Wzgórza] Na pomoc!

Wielka równina słynąca przede wszystkim z trzech jezior. Legenda głosi, że trzy siostry Cara, Sitrina i Doren - księżniczki Demary, córki króla Filipa miały zostać wydane za książąt Elisji, Fargoth i Serenai by utrzymać pokój pomiędzy krainami. Jednak żadna nie chciała zostać zmuszona do małżeństwa Księżniczki uciekły więc na północ kraju i nigdy już nie wróciły. Legenda głosi, że stały się one Nimfami i każda objęła panowanie nad jednym z jezior.
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Yuki
Zbłąkana Dusza
Posty: 5
Rejestracja: 10 miesiące temu
Kontakt:

[Wichrowe Wzgórza] Na pomoc!

Post autor: Yuki » 9 miesiące temu

- Kaja, powinnyśmy jakoś nazwać nasz dom.
- Mrau?
- Ostatnio czytałam taką książkę, „Wichrowe Wzgórza”. Strasznie mi się ta nazwa podoba, w ogóle spodobało mi się nazywanie domostw i okolic do nich przyległych, ale tutaj rzadko wieje. Jak już, to porządnie, ale sama nie wiem...
- Mrau.
- Było tam jeszcze „Drozdowe Gniazdo”, ale u nas nie ma drozdów. Właściwie to książka nie była zbyt pozytywna, ale nazwy mieli ładne.
Yuki westchnęła opierając brodę na dłoniach i wpatrując się w swój domek. Siedziała pod drzewem ze skrzyżowanymi nogami, na które próbowała wgramolić się Kaja, przecząc wszelkim twierdzeniom przypisującym panterom grację. Jedna łapa zaplątała jej się w tunikę Yuki i teraz kocica nie mogła odpowiednio się usadowić, a nimfa była zbyt zamyślona, by dostrzec walkę swej podopiecznej z jej własnymi kończynami. W końcu jednak dostała długim ogonem po nosie i zamrugała.
- Kaja, co ty wyprawiasz?
- Mrau!
- Matko Naturo, ale z ciebie ofiarka, chodź tu.
Dziewczyna z sapnięciem podniosła panterę i potrząsnęła nią lekko, podczas gdy Kaja zawzięcie machała łapami, próbując oswobodzić się z białej tkaniny. Skończyło się tak, jak było to do przewidzenia, czyli obie przewróciły się na trawę i rozbrykana już kocica wskoczyła na nimfę, ciągnąc ją za tunikę i włosy, zapraszając do zabawy. Gdy nimfie udało się w końcu wstać, zaczęła za śmiechem uciekać boso po niewielkiej polance otaczającej ich dom.

        Chatka była prawie całkowicie drewniana, parterowa, z niewielkim gankiem przed wejściem. Od zwykłej leśniczówki odróżniało ją jednak potężne szklane okno, zajmujące niemal całą boczną ścianę. Yuki o prywatność się nie martwiła, okolica była raczej odludna, a ewentualnych gości szybko wypatrywała ona albo Kaja. Wnętrze domku było przytulne i proste, chociaż nieco chaotyczne. Przy wielkim oknie rozrzuconych było kilka kocy i pledów oraz od groma poduszek. Zamiast latarenek, w całym domu porozstawiane były grube świece, zajmując podłogi, stoliki i półeczki na ścianach. Ile razy ciekawska pantera podpaliła sobie ogon albo wąsy ciężko byłoby zliczyć, ale w końcu nauczyła się trzymać z dala od płonących słupków. W kominku często się paliło, chociaż Yuki nie ukrywała, że drewno miała wtedy, gdy ktoś jej go narąbał w zamian za gościnę lub wymianę produktów. Kanapa i dwa fotele miały już swoje lata, ale obrzucone kocami również wyglądały przytulnie. Na trzeciej ze ścian znajdowała się wielka, otwarta biblioteczka, której półki dosłownie uginały się pod ciężarem książek, które, jak wszystko tutaj, miały swoje lata i pochodziły z drugiej (lub dalszej) ręki.
        Ten niewielki, gościnny salonik znajdował się na lewo od wejścia, natomiast w prawo można było zajrzeć do kuchni, czyli chyba najrzadziej użytkowanego miejsca w tym domu, a przynajmniej zgodnie z jego przeznaczeniem. Nimfa z gotowaniem miała tyle wspólnego, co z rąbaniem drewna – bardzo by chciała, ale jej nie wychodziło. Wszystko wydawało się zbyt skomplikowane, a poza tym tworzyło strasznie dużo brudnych naczyń, które trzeba było myć, żeby za parę godzin znów je brudzić, zupełnie bez sensu. Jadała zresztą tylko warzywa i owoce, zazwyczaj surowe. Czasem pokusiła się, by upiec ciasto, to wychodziło jej całkiem nieźle. Drożdżowe z jagodami, szarlotkę z jabłek czy tartę z truskawkami. Lubiła słodycze i raz na jakiś czas dogadzała sobie w ten sposób, zazwyczaj przy okazji goszczenia podróżnych, którzy pomogliby jej ze zjedzeniem całej blachy ciasta.
        Dalej w głębi mieszkania znajdowała się sypialnia Yuki, dwa pokoje gościnne oraz łazienka. Wszystko urządzone było prosto, ale ciepło i przytulnie, w podobnym stylu jak salonik, czyli jakby Yuki napadła na sklep z tkaninami. Sypialnia nimfy różniła się od innych tylko tym, że była nieco większa, a oprócz dużego łóżka i komody znajdował się tam blat z taboretem i wiklinowe kosze pełne… wszystkiego, dosłownie. Piórka, patyki, szyszki, koraliki, fragmenty materiałów, drewniane deseczki i wszystko, co mogło przydać się do kolejnego projektu dziewczyny, lub było po prostu zbyt ładne, by nie zabrać tego ze sobą do domu. Efekty dzieł dziewczyny znajdowały się zaś w całym domu. Wiszące gdzieniegdzie łapacze snów, ręcznie robione dzwonki wiatrowe, grające delikatnie na ganku, wiklinowe kosze, w których Yuki przechowywała część koców i poduszek. Kiedyś próbowała nawet robić sama świece, ale poza licznymi plamami wosku, które do teraz widać gdzieś na deskach, niespecjalnie jej wychodziło, a przynajmniej więcej było z tym zachodu niż zabawy.
        Po prawej stronie od wejścia do domku, przylegając do jego ściany, znajdował się otoczony prowizorycznym płotkiem ogródek – duma Yuki. Rosło jej tam dzielnie prawie wszystko, co zasadziła, mimo raczej niepodatnego gruntu – zdaniem jednej z kobiet mieszkających pod Demarą. Nimfie jednak udało się dorobić kilku krzaków jagód i borówek, truskawki i poziomki, a w drugiej części marchewki, ogórki, pomidory i dynie, za którymi akurat nie przepadała, ale chętnie kupowano je od niej na rynku. Ku jej radości zaskoczyła też młoda jabłonka i chociaż jeszcze była niższa niż domek, to dawała już te kilkanaście jabłek, które wystarczały dla samej dziewczyny. Znajdował się tam też oczywiście spory zielnik, oznaczony dla pewności tabliczkami z wyrytymi nazwami, które dziewczyna wbiła, gdy jeszcze się uczyła i jakoś zostały. Kaja zaś zadowalała się zwierzyną upolowaną w lesie i oczywiście rybami z rzeki. Ta zaś płynęła wartkim potokiem pomiędzy drzewami. Nie było jej widać z polanki, ale łatwo było usłyszeć jej szum i dotrzeć tam w kilka minut. Woda płynęła szybko szerokim korytem, ale nie było ono zbyt głębokie i jeśli ktoś był uważny, i nie poślizgnął się na wyślizganych kamieniach, jakimi wyłożone było dno, mógł przeprawić się na drugą stronę o suchej głowie.

        Podczas gonitwy, Yuki z Kają oddaliły się trochę bardziej w las, trzymając jednak w obrębie znajomych terenów. Pantera skakała radośnie po wzgórzach, wracając raz na jakiś czas do nawołującej ją nimfy, obiegała jej nogi i gnała dalej, w akompaniamencie dziewczęcego śmiechu. Niepogoda zastała je więc daleko od domu. Yuki zaczęła wracać już widząc zbierające się ciężkie chmury, ale i tak były dopiero w połowie drogi, gdy zebrała się wichura, jakby w odpowiedzi na komentarze dziewczyny dotyczące nowej nazwy dla ich domostwa. Wiatr szarpał długie białe włosy i tunikę, poganiając naturiankę, która przyspieszyła kroku, pilnując wciąż wzrokiem podopiecznej. Kaja jednak oddalała się coraz bardziej, raz na jakiś czas tylko pokazując swojej „mamie” na oczy i dziewczyna chcąc nie chcąc musiała podążyć za nią.
- Kaja, jak nas tu deszcz zastanie to uwierz mi, że będziesz marudziła bardziej niż ja! – wołała nimfa, przyzwyczajona do jednostronnych rozmów z kocicą. Ta jednak wyraźnie złapała jakiś trop i coś ciągle ją odciągało, więc chcąc nie chcąc, Yuki musiała podążyć za nią.
W końcu jednak okazało się, co tak nękało jej towarzyszkę. Nimfa dogoniła ją dopiero na jednym ze wzgórz, ostrożnie stawiając bose stopy na kamieniach. Pantera krążyła niespokojnie wokół jakiegoś miejsca i Yuki dojrzała problem dopiero, gdy do niej dołączyła.
- Ojej… - westchnęła, załamując ręce.
        Wzgórza były zdradliwe. Miejscami niemal płaskie, porośnięte dziką trawą, gdzie indziej w postaci pięknych wrzosowisk, czasem nawet można było spotkać pojedyncze drzewa. Miejscami jednak były tylko gołymi skałami i to właśnie po nich krążyła kocica, pomrukując niespokojnie do wtóru kwilenia jakiegoś stworzenia. Yuki musiała położyć się płasko na ziemi, by w skalnej rozpadlinie dostrzec jamę, do której wpadła młoda sarenka. Chude stworzonko ledwo stało na patykowatych nogach, a na widok Kai wpadało w dodatkową panikę, rozbijając się po ściankach swojego więzienia.
- Cii, spokojnie, zaraz cię wyciągniemy – mówiła uspokajająco nimfa, ale zagłuszał ją silny wiatr i pomruki pantery. – Kaja, odejdź, straszysz ją! – fuknęła na podopieczną, a ta zamruczała z wyrzutem. Przecież ona to coś znalazła! Oddaliła się jednak posłusznie, układając płasko na jednym z kamieni i poruszając leniwie ogonem wbijała inteligentne ślepia w nimfę.
Yuki zaś była pewna swojego zdania, aczkolwiek nie wiedziała jeszcze, jak oferowaną pomoc zrealizować. Mogła spokojnie zsunąć się do rozpadliny, ale jakby wyszła na zewnątrz, z małą łanią na rękach na dodatek? Krawędzie jamy porośnięte były trawą, ale z ziemi nie przebijały żadne korzenie, których można byłoby się chwycić i wyjść na zewnątrz. W najlepszym wypadku udałoby jej się wyrzucić sarenkę na zewnątrz, ale i to nie było pewne, a sama tak czy siak zajęłaby miejsce uwięzionej. Na dodatek zaczęło padać, co pantera skomentowała niezadowolonym pomrukiem, ale ucichła pod karcącym spojrzeniem błękitnych oczu. Yuki zaś rozejrzała się wokoło. Ani żywego ducha, a co gorsza żadnej sarny czy jelenia, szukających zagubionej pociechy. Co teraz?

Awatar użytkownika
Cedr
Zbłąkana Dusza
Posty: 6
Rejestracja: 3 lat temu
Kontakt:

Post autor: Cedr » 9 miesiące temu

        To był niespokojny czas dla okolic Dasso. Nie ze względu na nimfy, a zawiści rodzącej się w ludziach, elfach oraz innych mieszkańców, którzy... Właściwie kłócili się o coś całkiem niepowiązanego z Wielkim Ogrodem. Rozchodziło się o kryształy. Drogie kryształy, które podobno odnaleźć można było w Górach Dasso. Ale nawet to nie przeszkadzało w obronie Wielkiego Ogrodu, tak naprawdę nic mu w sumie nie groziło. Problem leżał nieco głębiej, w mniej dostrzegalnych sferach, mniej fizycznych a bardziej emocjonalnych – już bardziej dotyczących wodnych mieszkanek.
        Primethele, stworzycielka satyra, zaczęła zapuszczać się głębiej w las i tam też poznała jednego z robotników. Każdy powtarzał jej, że nie powinna się tak oddalać od rzeki, od domu, od sióstr, ale Prim po sześćdziesięciu latach kwestionowania niemalże każdej jej decyzji i tą uważała za słuszną. Nauczyła się wpuszczać informację jednym uchem, a drugim wypuszczać. Nie słuchała również zatroskanego Cedra, który co prawda mniej marudził, a raczej delikatnie oznajmiał kobiecie o niebezpieczeństwie związanym z tym odwiedzaniem. Tylko jeden z chłopaków podobał się Prim więc robiła to co chciała, a nie skończyło się to najlepiej.

        - Prim! - wrzasnął satyr wyciągając zakrwawioną rękę w stronę dziewczyny zaciąganej w głąb lasu.
        Nimfa wrzeszczała, wierzgała się i miotała mimo zadanych jej wcześniej ran, ale rąk, które ją łapały było coraz więcej. Nie błagała o litość. W oczach malowała się prośba o ratunek, ale z ust padały tylko słowa każące oddalić się naturianowi. Cedr sapnął widząc jak krąg robotników wokół niego się zaciska. Przełknął ślinę. Nie chciał ich zabijać, ale gdy widział oddalających się mężczyzn z Primethele, nie miał wątpliwości. Chwycił czekan i z wrzaskiem ruszył przed siebie raniąc ostrym końcem żelaza kruche ciała. Jęknął czując na sobie cios, ugiął się jeszcze bardziej na kolanach, ale już po chwili zamachnął się wbijając narzędzie w gardło mężczyzny. Szarpnął nim raz, a potem drugi, zdecydowanie mocniej by wyrwać broń i próbować przedostać się dalej.
        - Prim, nie! - wrzasnął, gdy usłyszał jej płacz.
        Ktoś puścił strzałę, wbiła się w jego nogę. Cedr zawył, oberwał pięścią w twarz. To go nie powstrzymało. Z głowy wyrastały mu rogi, więc wymierzył nimi w napastnika. Zebrał się na równe nogi, teraz bardziej przypominając rozjuszonego byka, któremu łatwo przychodziło powalanie naturalną bronią. Był już blisko, widział ją i tych mężczyzn próbujących wepchnąć nimfę do wozu. Prim zawsze miała dużo energii i nieokiełznany zapał więc nadal rzucała się na boki. Ruszył w ich stronę, ale wówczas robotnicy rzucili sieć. Tego akurat Cedr się nie spodziewał i wpadł w pułapkę. Machał głową, jakby rogi miały rozerwać liny a jego siła przedrzeć nawet największy opór, lecz mężczyźni chwycili końce siatki i szarpali nimi powalając satyra na ziemię.
        - Prim... - mruknął pod nosem naturianin widząc, jak wóz odjeżdża na jego oczach, a on tkwi w pułapce.
        Chcieli go gdzieś wywieźć i wywieźli. Mówili o jakiś dziwadłach, że do nich dołączy, ale Cedr nie miał zielonego pojęcia o czym mówią. Nie wylizał się jeszcze całkowicie z ran, gdy uciekł powalając kolejnych mężczyzn i pozostawiając wszystko samym sobie, a przy okazji zabierając to co uważa za potrzebne – w tym głównie własne rzeczy. Było też tam kilka innych istot, z którymi po kryjomu rozmawiał. To zabawne, że dopiero w takich warunkach czuł, że ma pełne prawo do dialogu z kimś obcym. Satyr nie znał świata, ale dowiedział się, gdzie wywożą takie ładne dziewczęta jak Primethele więc postanowił ruszyć w tamtą stronę. Zniewoleni razem wyrwali się z pułapki, a potem rozproszyli po lesie pozostawiając opowiedziane historie w ulotnej pamięci Cedra. Teraz zależało mu tylko na jednym. No... na dwóch sprawach, ale nie umiał wrócić do Wielkiego Ogrodu bez Primethele. Znalazł jakąś rzekę i z nadzieją, że któraś z ryb dotrze do odpowiedniego koryta, kazał przekazać informację nimfom o swoim celu i - miał nadzieję - szybkim powrocie. Ogród był bezpieczny. Założył na nim tyle zabezpieczeń magicznych, że nawet gdyby się paliło to Ogród by przeżył.

        Zdezorientowany w świecie koziołek ruszył dalej. Nie znał się na polowaniu, nie mówiąc już o tropieniu. Żył z roślin, które hodował. Po co miał polować? Teraz już wiedział. Gdzieś w jego głowie utkwiło jednak kilka przekazanych wskazówek od tych siedzących w nim w klatce. Później już nie kontaktował się z przejezdnymi, ani obcymi nie chcąc powtórzyć sytuacji spod okolic kopalni. Rośliny i zwierzęta wystarczająco dużo mu mówiły, by złapał trop.
        W ten zawiły i skomplikowany sposób trafił na Równiny Drivii. Wiedział, że są rośliny występujące w Drivii, ale gdzie leżała, jaka była i po co – to już mu gdzieś umknęło podczas nauki. Na ten moment nijak nie umiał nazwać otaczającą go okolicę, prócz stwierdzenia, że występują tu lasy i skały albo wzgórza. Szedł tropem i gdy tylko mógł, trzymał się rzek albo strumieni. Nieco zmęczony wędrówką i bezradny w swej wielkiej misji, zanurzył się w jednym z niewielkich jezior by obmyć rany, choć te jakby mu w ogóle nie przeszkadzały. Był obciążony tą wielką niewiadomą i martwił się o Prim, więc zadrapania i strupy go nie obchodziły. Szedł i szedł, względnie radząc sobie w dziczy. Ona była bezpieczniejsza i spokojniejsza od tłumów, choć teraz zdecydowanie wydawała mu się bardziej nieznajoma. Z czasem jego poczucie obcości nieco się uspokoiło, szczególnie gdy rozpoznawał poszczególne gatunki roślin. Nadal nie można go było uznać za choćby dobrego tropiciela i mimo że był mieszkańcem lasu to poruszał się po nim ostrożnie. Gasnący płomyk nadziei wzbudził w nim znajomy rysunek wymalowany na wyłamanym kawałku drewna. Była to część wozu do jakiego zaciągnęli Prim. Pojazd musiał ulec uszkodzeniu, bo odnaleziony kawałek był porąbany, ale najwidoczniej miał mniejsze znaczenie niż herb jakiegoś plemienia. Cedr się temu dziwił, przecież takie dziwne malowidła zawsze miały ogromny wpływ na lud. Nie zastanawiał się nad tym głębiej. Szedł dalej.
A w ten oto sposób trafił aż tutaj. Na wzgórza, na których terenie znajdowały się skały. Radość od razu wymalowała się na twarzy mężczyzny. To nie były góry, ale w jakimś małym stopniu mógł nacieszyć się surowym klimatem, dlatego bez namysłu, ale z ogromnym entuzjazmem, wbiegł na nie i małymi skokami wymijał te bardziej odstający wyrwy. Nie pozwolił sobie na głośny śmiech, ale stukot jego kopyt rozbrzmiewał echem, czasem rytmicznym - jak w tańcu, a czasem chaotycznym - jakby się nieźle nawalił. Ryzykował przyuważeniem jego nietypowej postaci, ale szybko stwierdził, że nie może się bez ustanku ograniczać. Spędził tu naprawdę ogrom czasu by wyrzucić z siebie całą negatywną energię w wesołych skokach. Cedr nie bał się burzy więc ciężkie i ciemne chmury nad jego głową mu nie przeszkadzały. Tu był zresztą bezpieczny, już znalazł kilka miejsc, gdzie mógł się ukryć.
        Leżąc, wpatrując się w niebo i tkwiąc w błogim stanie, usłyszał kobiecy głos. Cedr od razu spiął się na całym ciele i przewrócił na brzuch wypatrując źródła dźwięku. W pierwszej chwili dojrzał białe i długie włosy oraz luźny, mocno skrywający postać materiał. Obok zaś pędziła młoda kotka, nie widział jeszcze tego gatunku, ale kojarzył panterę z lekcji jakie prowadziła jedna z nimf na temat fauny. Satyr potrząsnął głową - to nie miało teraz znaczenia. Chciał się oddalić, zgrabnie (jak na możliwości kozła) ewakuować do kryjówki, lecz usłyszał karcące słowa nieznajomej. Satyr prychnął, bo musiał stoczyć wewnętrzną walkę. Ze słów białowłosej wynikało, że ktoś utknął w skałach. Nie chciał się do niej zbliżać. Fakt, z daleka wydawała się bardzo delikatna i słaba pod względem krzepy, ale poznał się na swoich siostrach, a te dodatkowo mąciły mu w głowie o kobiecych pułapkach. Ona jednak nie miała powodu by go zwodzić, nie wiedziała nawet, że ktoś porośnięty kozią szczeciną właśnie próbuje przekraść się obok niej. Mimika twarzy naturianina zmieniała się równie często co jego nastawienie. Ostatecznie i tak wiedział, że przecież nie będzie w stanie zostawić kogoś w potrzebie. A jeżeli w szczelinie utknęło dziecko? Jeżeli ludzkie, to co z tego? Czym zawiniło w tej całej sytuacji?
        Zaryzykował. Jego dłuższe od ludzkich uszy zniżyły się, męska sylwetka delikatnie się zgarbiła, całym sobą skupiał się na tym by jak najbliżej podejść do kocicy oraz białowłosej dziewczyny. Trochę nieładnie, zza jej pleców, ale to mu dawało przewagę. Nie chciał jej krzywdzić, ale jakoś instynktownie próbował podejść. Wiedział, że i tak zwierzę wyłapie go jako pierwsze, nie mylił się. Śnieżna pantera uniosła głowę, a po chwili w podskoku zerwała się na łapy i... upadła plątając się we własnych kończynach. Cedr uniósł brwi, najpierw nieco zaskoczony, ale zaraz zakrył usta powstrzymując chichot. Zdławił go w gardle, a potem napotkał twarz jasnowłosej dziewczyny. Miała przepiękną i gładką skórę. Wystarczyło na nią spojrzeć by stwierdzić, że musi być bardzo aksamitna w dotyku. Oczy w ogromnym kontraście błyszczały na tle burej pogody, ona sama wydawała się być jasnym światełkiem w krętym tunelu gór.
        Cedr wyciągnął przed siebie poharatane ręce. Szczęście, że domył się w rzece, bo z pewnością uznałaby go za jakiegoś piekielnego mordercę, a tak to wyglądał tylko jak dzikus. Nie odezwał się ani słowem, jedynie wskazał palcem na skały. Dopiero teraz usłyszał skomlenie zwierzęcia. Stukot kopyta rozniósł się po okolicy - to był pierwszy krok jaki wykonał od momentu nakrycia go na skradaniu. Postawił kolejny i kolejny, zbliżył się do nimfy oraz pantery, jeżeli chciały odejść nie powstrzymywał ich, jeżeli zaś zostały to starannie próbował za wszelką cenę wyminąć jedną i drugą. W końcu spojrzał w głąb skał odnajdując jamę. Cedr uśmiechnął się po raz drugi, tym razem rozluźniając ramiona. Sarna była młoda i nie wyglądała na wygłodniałą, zapewne gdzieś w okolicy krążyło jeszcze jej stado.
Cedr wysunął na przód nogi i tylko ukradkiem spojrzał na dziewczynę. Jednak jego wzrok szybko wrócił w stronę jamy. W jego głowie, zupełnie jakby drugi i jego własny głos, powtarzane były hasła utrzymywania dystansu z tymi, co nie należą do grona wtajemniczonych Wielkiego Ogrodu. Po tylu latach powinien się do tego przyzwyczaić, ale momentami nie potrafił. Uratuje tylko to zwierzę i pójdzie dalej. Tak sobie obiecał.
        Bez namysłu odepchnął się dłońmi i zsunął po krawędzi jamy. Kilka razy zastukał kopytami łapiąc krok, a już pod koniec odbił się i w niskim podskoku wylądował nieopodal sarny, która z przerażenia wywróciła się w próbie ucieczki po ścianach. Choć w jamie nie było zbyt wiele miejsca to satyr starał się wolno zmniejszać dystans między sobą a sarną. Zwierzyna nie raz prawie znokautowała satyra bezwładnie rzucając nogami w powietrzu, ale uparty samiec w odpowiednim momencie rzucił się na cielę i mocno objął. Trzymał sarnę w mocnym, ale nie agresywnym uścisku. Odczekał aż się uspokoi. Po próbie walki sarna w końcu lekko opadła w ramionach satyra, który pogłaskał zwierze po łepku ze szczególną uwagą miziając ją za uszkiem. Będąc już pewnym, że zdobył zaufanie kopytnej, objął ją w brzuchu i pociągnął w stronę spadu, ale przerażona sarna po raz kolejny na tyle spanikowała, że kilkoma gwałtownymi ruchami wyrwała się z objęcia Cedra kopiąc go w brzuch. Jęk i wypuszczane powietrze było jedynymi jego dotychczasowym dźwiękiem. Naturianin zgiął się w pół obejmując bolące miejsce, ale zaraz potem sapnął potrząsając głowę. Ponownie zbliżył się do sarny i zmuszony do bardziej rygorystycznych działań zapędził zwierzę w kąt, zmusił do poddańczego położenia się pod groźbą potężnych rogów, a następnie chwycił ją za nogi i przerzucił na swoje plecy. Zmusiła go swoim ciężarem do balansowania po kamieniach. Sarna bezwładnie leżała na karku satyra z przerażeniem zerkając jak stabilne podłoże oddala się od ich dwójki. Kilka sapnięć i westchnięć dzieliło go od wyjścia, a momentem bliskiemu zawałowi dla sarny było to, gdy kamień ukruszył się pod kopytem satyra powodując jego upadek. Piach osypał się pod jego nogami i choć Cedr wsparł się na ręce to też mocno pochylił się do przodu by sarna nie zsunęła się z jego pleców. Pozorne bezpieczeństwo i pewność siebie naturianina nie przekonały zwierzęcia. Zaczęło wierzgać, ale mężczyzna wciąż nie dawał za wygraną. Wspiął się jeszcze troszkę, po czym niemalże z boskim ukłonem położył zwierzę na skałach wciąż przytrzymując jej brzuch i dociskając łagodnie do skał. Nie trzymał jej zbyt długo, pozwolił się jej podnieść po czym przebierać racicami. Cedr podtrzymał jej boki i pomógł wspiąć się na górę, nawet gdy jedna z racic naruszyła jego ranę na nodze. Jeszcze kilka razy machnęła mu nogami przed twarzą, ale już po chwili była wolna, a Cedr zadowolony z obrotu wydarzeń. Hah! Wiedział, że mu się uda!
Mężczyzna zaledwie trzema krokami dotarł do wyjścia kładąc ręce na skałach by po chwili wystawić łeb z wymalowanym uśmiechem. Zmieszał się nieco swoim tak nagłym spoufaleniem się z dziewczyną i jakby chcąc zmienić temat jednym podskokiem wylazł na zewnątrz. Otrzepał futro na łokciach łapiąc jeszcze spojrzeniem sarnę, która mknęła w stronę kryjącego się między skałami stada. Chyba wszyscy czekali na ten mały cud tego dnia.
        Satyr otrzepał ręce i już miał postawić krok w przeciwną stronę do dziewczyny, gdy nagle rąbnął piorun. Jasna pajęczyna objęła niebo, grzmot był tak potężny i zaskakujący, że aż Cedr zjeżył się i pochylił, jakby miało to trafić prosto w niego. Nie spojrzał jednak na niebo, a na białowłosą dziewczynę. Zaczęło kropić, a on szukał w jej spojrzeniu jakiś podpowiedzi, może sama potrzebowała pomocy a on jak pierwszy idiota chciał odejść i ją zostawić? A może bała się burzy? Jemu to było wszystko jedno. Lubił burzę, lubił też słońce. Lubił naturę, nieważne czy wściekłą czy spokojną.

Awatar użytkownika
Yuki
Zbłąkana Dusza
Posty: 5
Rejestracja: 10 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Yuki » 9 miesiące temu

        Yuki bezradnie spoglądała w dół, próbując samymi spokojnymi słowami opanować strach małej sarenki, ale wiedziała też, że ta jej zwyczajnie nie rozumie. Może i miała jakąś tam rękę do zwierząt, ale w obliczu prymitywnego strachu, zwłaszcza u młodych, była bezradna. Zdawała sobie sprawę, że cokolwiek nie zrobi i tak będzie postrzegana jako zagrożenie. Tyle dobrego chociaż, że Kaja nie pałętała się w zasięgu wzroku łani, chociaż zwierzątko pewnie i tak ją wyczuwała. Pantera jednak posłusznie ułożyła się na kamieniach, obserwując rozwój wypadków.
Później jednak poderwała łeb i spłoszyła się nagle, jednocześnie próbując wstać, skoczyć w przód i cofnąć się, co zaowocowało szamotaniną i upadkiem. Znajomy widok zazwyczaj budził rozbawienie Yuki, ale tym razem nimfa obejrzała się, podrywając gwałtownie z ziemi, gdy spodziewała się zobaczyć zagrożenie za plecami. I zamarła zaskoczona.
        Przed nią stał satyr. Byłaby tego absolutnie pewna, widząc te istoty bardzo często na rycinach ksiąg, gdyby nie to, że właśnie tylko tam. Satyry były mitycznymi stworzeniami, legendą, bajką nawet. Nie istniały naprawdę przecież… A jednak jeden z nich stał właśnie przed nią. Kudłaty, na kozich nogach i z rogami wijącymi się wokół głowy. Gdy wyprostował ręce przed siebie Yuki cofnęła się w przestrachu i pisnęła, ślizgając się na mokrych już skałach. O mały włos sama nie wpadłaby do jamy, więc chcąc nie chcąc zrobiła krok do przodu, ostrożnie odchodząc na bok, gdy satyr zbliżał się w jej stronę. Kaja zaś widząc reakcję swojej opiekunki, skoczyła już zgrabnie przez wyrwę i znalazła się przed nimfą, warcząc ostrzegawczo i pokazując kły. Podwinięty lekko pod siebie ogon sugerował, że sama była niepewna przybysza i cofała się nieznacznie, ale wciąż nie opuszczała dziewczyny, zatrzymując się na jej łydkach.
Satyr wskazał dłonią na jamę i Yuki zerknęła tam odruchowo, przypominając sobie o uwięzionej w środku sarence.
- Pomożesz? – zapytała i odsunęła się jeszcze bardziej, kucając przy Kai i głaszcząc ją uspokajająco po grzbiecie.
Mężczyzna nie odpowiedział, ale zbliżył się do jamy, zaglądając do środka i przysiadając na skraju, więc chyba miał zamiar pomóc. Jakoś nawet przez moment nie wątpiła, że te kozie nogi pozwolą mu się stamtąd wydostać. Nie no, on miał kopyta!
        Satyr zsunął się w końcu do jamy, a Yuki i Kaja dopadły do brzegu, obie kładąc się na ziemi i zaglądając do środka, by obserwować postępy nowo poznanego. Zza skraju skały widać było tylko ich głowy. Obserwowały zmagania mężczyzny z sarenką z nieskrywanymi emocjami. Kaja pomrukiwała cicho, przechylając łeb i kładąc po sobie uszy za każdym razem, gdy Yuki trąciła ją, by była cicho. Sama nimfa zaś spoglądała wielkimi oczami na tą niemalże walkę na dole, zakrywając usta w przejęciu, gdy sarenka wyrwała się z uścisku albo gdy kopyto satyra poślizgnęło się na skale. KOPYTO!
W końcu jednak mężczyźnie udało się powoli wypchnąć młódkę w stronę wylotu jamy i nimfa gestem przegoniła Kaję, by nie wystraszyła sarny i ta nie wpadła znowu w pułapkę. Sama przesunęła się i przejęła zwierzątko od satyra, wciągając łanię na górę i wypychając lekko w stronę traw, gdzie ta pognała już łamanym pędem, nawet nie oglądając się za siebie.
- Nie ma za co – mruknęła rozbawiona Yuki i spojrzała w stronę dziury, gdzie ukazała się nagle roześmiana kudłata głowa. Tak wesołego grymasu nie mogła nie odwzajemnić, już po chwili podnosząc się i otrzepując, co i tak nie miało większego sensu, jako że jej biała wcześniej tunika umazana była już mokrą trawą i błotem. Jak jej nie podrze szorując w praniu to będzie cud.
- Dzięki – odezwała się w końcu do satyra. – Same byśmy sobie nie poradziły. – Uśmiechnęła się, zerkając na Kaję, a ta zamruczała twierdząco, podchodząc ciekawsko do kozła i niepewnie obwąchując jego nogi. Na ugiętych łapach, starała się być jak najdalej od obcego, a jednocześnie sięgnąć pyskiem sierści. Wtedy jednak parsknęła i zatrzepała łbem, przykładając go do trawy i wycierając się łapami. Nimfa obserwowała te wygibasy ze śmiechem, drgając nagle, gdy niebo rozdarł piorun.
- Oj, chyba czas do domu – rzuciła niepewnie i zaśmiała się pod nosem, gdy Kaja już ruszyła pędem w stronę chatki, podwijając pod siebie ogon. – Tak myślałam – mruknęła i spojrzała na satyra.
- Zapraszam na herbatę! Zaraz rozpada się jeszcze bardziej – rzuciła, odgarniając z twarzy mokre już włosy. Nagle jednak niepewność wykwitła na jej twarzy i odbiła się w oczach, gdy dziewczyna przyglądała się rozmówcy.
- Emm… mówisz mową wspólną? Dialektem? – dopytała, przeskakując na naturiański i wahając się coraz bardziej. – Nie mówisz wcale? – strzelała, ale wówczas kolejna błyskawica rozdarła niebo i nimfa zerknęła w nie niepewnie.
- Nieważne, chodź. – Uśmiechnęła się i machnęła na satyra ręką, samej już ruszając biegiem w stronę domu.

        Do chatki dotarli już w pełnej ulewie. Kaja drapała w zamknięte drzwi, miaucząc niby kociak i pierwsze co zrobiła Yuki to wpuściła otrzepującą się z wody kocicę do środka. Sama wpadła zaraz za nią, wzdychając i rozplatając poplątane, mokre włosy, które zaraz przeczesała palcami i spięła na nowo, by nie przeszkadzały. Weszła do kuchni i sprawnie rozpaliła ogień, wstawiając wodę. Dopiero, gdy nie usłyszała kroków, wyszła do salonu i spojrzała przez drzwi na stojącego w progu satyra. Początkowo lekko zdziwiona, uśmiechnęła się zaraz i ponowiła gest ręką.
- Otrzepuj kopyta i wchodź! – zawołała. – Zaraz wstawię herbatę, tylko się w coś suchego ubiorę. Tam masz koce, jeśli ci zimno – rzuciła, idąc już w stronę swojej sypialni. Tam zrzuciła przemoczoną i brudną tunikę, zakładając luźne spodnie i krótką koszulkę. Wróciła prosto do kuchni i wyjęła z szafki dwa gliniane kubki, ustawiając w nich sitka do ziółek. Deszcz walił silnie w okna.
- Wolisz zieloną czy czarną herbatę? – zawołała znów, wychylając głowę w stronę gościa.

Awatar użytkownika
Cedr
Zbłąkana Dusza
Posty: 6
Rejestracja: 3 lat temu
Kontakt:

Post autor: Cedr » 9 miesiące temu

        Białowłosa dziewczyna była taka... łagodna i miła. Jakby nieskażona żadnym odpadem ludzkiej chciwości i nie chodziło tu o piękno zewnętrzne (choć jak najbardziej była pociągająca), a o serce i duszę jakie mieściło się w naczyniu zwanym ciałem. To wyraźnie mieszało satyrowi w głowie. Był święcie przekonany, że każdy ma dobre i złe strony, przy czym na tą drugą musiał być szczególnie wyczulony. Jednak ona wydawała się klarowna, jak woda przemykająca się przez Wielki Ogród.
        Problem ewidentnie krył się w braku praktyki. Przez sześćdziesiąt lat swojego życia wpajano mu teorię na temat innych istot myślących, ale ani razu los nie miał okazji dać mu porządnie po dupie by mógł się o tym przekonać. Popierał przekazaną wiedzę jedynie porwaniem Prim, na ten moment taki dowód musiał mu wystarczyć. Czasem siostry raczyły go historiami z własnych doświadczeń, ale to nadal była wyłącznie teoria. Teraz był zdecydowanie za daleko od Wielkiego Ogrodu, bez ochrony nimf, zdany na własną intuicję, w którą teraz mocno zwątpił. Jego cele nigdy nie przekraczały ogrodu lub jego sióstr. Chłop porwał się z motyką na słońce.
Cedr luźno przyjmował obecność małej pantery. Przypominała trochę rysia, tylko bez pędzli na uszach. Uśmiechnął się widząc, jak zwierzę powoli oswaja się z jego istotą. Chciał nawet wyciągnąć dłonie na znak chęci zapoznania się, ale ta akurat parsknęła zaraz chowając nos pod łapami. Nie naciskał na bliższy kontakt – przecież nie mógł! Jak się zaprzyjaźni z panterą, to zbliży się do dziewczyny. Nie, nie, nie może!
        Na propozycję nieznajomej zareagował ze zdziwieniem. Jego wzrok zboczył na kilka sąsiednich punktów, nie za bardzo wiedział co ma odpowiedzieć ani co to oznacza. Pił herbatę, ale nikt go nigdy na herbatę nie zapraszał, a przynajmniej nie na taką ludzką herbatę. Taką... u kogoś i poza lasem. A może ona mieszkała w lesie? A jeżeli mieszkała w jakiejś wiosce?!
        Zarżną go tam na miejscu.
        Potem padały kolejne pytania, choć on nie zdążył odpowiedzieć na jedno. Powiedziała również kilka słów w naturiańskim, co jeszcze bardziej go zaskoczyło i zmieszało. Czy Matka Natura właśnie czyni mu najtrudniejszy sprawdzian w życiu czy też ta istota jest naprawdę tak czysta na jaką wygląda?
        Na całe szczęście ustąpiła rzucając hasło „nieważne”, co przyniosło satyrowi widoczną ulgę i chwilowo zdjęło ciężar odpowiedzialności podejmowania decyzji.
        „Uff...”, pomyślał Cedr kierując się w stronę wyznaczoną przez dziewczynę.
        W drodze do jej chatki rozglądał się dookoła próbując wyłapać jakieś niepokojące obiekty, które nie istniały. To wydawało się zbyt piękne by było prawdziwe, szczególnie po tym jak złapali Primethele, choć tam nie było nic pięknego od początku. Tutaj zaś... Żadnych ludzi, tylko zwierzęta i natura. Czy białowłosa dziewczyna mogła mieszkać na takim totalnym bezludzi? Dziwił się temu. Uznawał innych za istoty społeczne, on sam był nawet trochę społeczny, ale zawsze musiał mieć z tyłu głowy, że nawet nimfa może być zdrajcą. Ogród najważniejszy!
        Obijający liście deszcz nie ruszał go ani trochę, ba – przyniósł mu ulgę. Jakby zmył z niego część tego cholernego stresu związanego z opuszczeniem bezpiecznej dla niego strefy. Krople ściekały po bardziej baranich niż kozich rogach, futro zlepiło się w kilka kłębów, a skóra połyskiwała w ciemnym otoczeniu chmur i drzew. Żałował, że nie ma na sobie czegoś, czym mógłby uraczyć swoją towarzyszkę – materiału by móc ją okryć albo dużego liścia, który mógł posłużyć jako daszek, lecz tutaj taka roślinność nie występowała. Zamiast tego utrzymywał tempo dziewczyny, jeżeli trzeba było to podał rękę gdyby chciała przeskoczyć większą kałużę. W końcu dotarli do wyznaczonego celu, jakim była chatka. Mała samotnia pośród koron gęstych drzew.

        Niestety Cedrowi nie kojarzyło się to zbyt dobrze. Kiedyś postrzelił go taki gość z kapeluszem i wąsem mieszkającym w domu. Widział też kilka podobnych samotni w lasach, gdy szukał rannych zwierząt. Z ciekawości wlazł do jednego z domków i nigdy więcej tego nie powtórzył. Korytarz stanowił chyba najbardziej przyjazne miejsce w tamtej chatce. Jakieś odzienia wisiały na hakach (kto wie, może na rogach?), buty, których mógł jedynie pozazdrościć, leżały ułożone parami obok siebie, lecz na wejściu od razu poczuł niepokojący zapach zwierzyny. Drugim miejscem, jakie nieświadomie zwiedził, był salon. Dywan ze skóry niedźwiedzia rozpościerał się na boki między siedzeniami, jakby z wysiłkiem próbował sięgnąć mebli. Wypchane ptaki stanowiły ozdoby na drewnianych szafkach. Sztucznie połyskujące oczy z węgla patrzyły na niego pusto, ale pióra były jak najbardziej prawdziwe. Wiewiórka w łapkach trzymała prawdziwy orzech, choć sama spoglądała na pomieszczenie beznamiętnie. Satyr najbardziej przestraszył się odstających ze ścian głów łani i jeleni z imponującym porożem. Aż sam położył dłonie na własnych rogach czule je głaszcząc. Jego ciało zlał pot. Dogłębnie zobrazował sobie wszelkie groźby wieśniaków, dlatego nie odwiedzał żadnych wsi czy miast.
        Przerażony cofnął się powalając kopytami pobliskie kosze. Znalazł się nagle w drugim pomieszczeniu – w kuchni, gdzie leżały zabite króliki, a kawałki mięsa suszyły się na sznurach. Cedr pobladł do granic możliwości. Był bliski omdlenia i najzwyczajniej w świecie uciekł obiecując sobie wieczny niepowrót do takich miejsc.
        A teraz stał przed drewnianą chatką u boku białowłosej dziewczyny. W strugach deszczu nie dało się dostrzec potu na jego skroniach. Widział przed sobą obrazy z tamtego dnia. Nie chciał tego powtórzyć. Dla niego wystarczyło, że ją odprowadził. Nie mógł się też nadziwić, że ktoś taki ładny może bez skrupułów deptać po ciele niedźwiedzia. To nawet nie jest funkcjonalne! Ludzie zamiast ubrań robili sobie ozdoby na szafki z takich jak on! Tak, Cedr zdecydowanie bardziej utożsamiał się ze zwierzętami niż z istotami głębiej myślącymi.
        Pantera zmyliła go o tyle, że z radością wskoczyła do środka domku, ale Cedr zażarcie stał na zewnątrz. Jeżeli tak mają wyglądać herbatki to on sobie daruje!
        Dziewczyna zniknęła z jego oczu, a on nawet nie postawił kroku na ganek. Zamiast tego ostrożnie rozejrzał się po okolicy. Dostrzegł niski płotek, który chronił rośliny przed zdeptaniem – tak zwany ogródek. Z ciekawością wyciągnął głowę próbując zebrać informację na temat niewielkiej uprawy. Nie ruszył się jednak z miejsca zdruzgotany wizją wejścia do środka. Korytarz wydawał się przyjazny, tak jak tamten. Nie ufał jej na tyle by samemu wpakować się do chatki, nie ma takiej opcji!
        Nagle jej głos sprawił, że drgnął. Bardziej z przerażenia niż ulgi. Kobiecy głos parował szczerością, co gryzło się z jego wizją jeleniej głowy wyrastającej ze ściany. Cedr przełknął ślinę. Nigdy wcześniej nie znalazł się w podobnej sytuacji. W trosce o własne dobro pogłaskał swoje rogi. Nie umiał odpowiedzieć sobie na pytanie dlaczego to zrobił, ale postanowił wejść do środka. Może w nadziei, że nie każdy robi ozdoby na meble z sowy, a może dlatego, że chciał oczyścić dziewczynę z zarzutów tej „złej strony”, a przynajmniej tak potwornej, którą pamiętał. Oceniać ludzi po chatce? To dopiero zdrowe podejście. Jakoś mu tak nie pasowało, żeby dziewczyna z uroczą łezką na czole, nie mogąca uwolnić sarenki z jamy, posiadała taką głowę sarenki na ścianie.
        Cedr wolno stawiał kroki do przodu. Jego ręce drżały, a sylwetka wskazywała na to, że jest gotów w razie potrzeby się bronić. Nieco przygarbiony skradał się do wejścia, a echo jakie rozniosło się od jego kopyt w korytarzu uświadomiło go, na jakie szaleństwo właśnie się zdecydował. Deski zaskrzypiały, gdy przeszedł dalej. Prawdziwy horror! Nie myślał o tym by zamknąć drzwi. Wdzierający się do domku deszcz niewiele go obchodził. Czuł się nieswojo błocąc jej podłogę. Był tu obcy, ta chatka była mu obca i niemiła na pierwszy rzut oka. To było nienaturalne środowisko dla błota. Nie rosła tu trawa, nie czuć było ziemi, tylko chodziło się po odpowiednio uformowanych drzewach. Doprawdy, dziwne. Dziwne te domy i chyba nigdy nie przyzwyczai się do tego co nienaturalne a sztucznie wytworzone przez czyjeś ręce.
        Z wyrywającym się w jego klatce piersiowej sercem, zajrzał do salonu. Mruknął cicho i szeroko otworzył oczy nie widząc nic niepokojącego. Żadnej pusto spoglądającej jaskółki, żadnego poroża, tylko siedzenia. I ta dziwna ściana, przez którą wszystko było widać. Cedr wszedł do salonu oszołomiony tym niespotykanym zjawiskiem. Palcami macał szklaną ścianę i analogicznie przyznał, że to jest takie duże okno. Okno, tak to nazywali, prawda?
        Koc. Cedr wątpliwie spoglądał na te wszystkie przytulne wygody w salonie, jakby nie był pewien czy te nie są czasem wykonane ze zwierząt. Rozumiał pożywianie się królikiem, ale już nie rozumiał by robić z niego coś wygodnego albo ozdobnego. Nie zaryzykował.
Podążył za głosem gospodyni, która teraz znajdowała się w kuchni. Czuł się przy niej spokojny. Serce chciało jej bezwzględnie zaufać, ale rozum upominał o zachowaniu tajemnicy. Z daleka wyglądała niewinnie, a w luźnych spodniach i bez broni w rękach, sama dawała mu oznaki ufności. Czuła się przy nim swobodnie.
        Na pytanie nie odpowiedział, a do pomieszczenia wszedł już nieco odważniej niż do poprzedniego. Rozejrzał się łypiąc wzrokiem na te wszystkie dziwactwa domu. Jemu wystarczyła tylko polana do spania, czasem może jakaś jama albo jaskinia, a ludzie sami sobie tworzyli wysokie wymogi myśląc, że da im to szczęście. A to jedność z naturą przynosi poczucie bezpieczeństwa! Pierwotne rozumienie, a nie rąbanie drewna dla osłony. Zamknięty krąg, zabijasz naturę to ona jest przeciwko tobie - proste jak bambus.
        Podszedł do dziewczyny zaglądając do torebek. Oczy momentalnie mu błysnęły. Satyr delikatnie zbliżył nos do herbat, a potem gwałtownie chwycił jedną z nich całkowicie wciskając twarz do torebki zaciągając się zapachem. Usatysfakcjonowany wonią herbaty sam nasypał odpowiednią ilość do sitka trzymającego się na glinianym kubku. Potem spojrzał przez okno chwytając spojrzeniem jej ogródek. Marszczył nos widząc, jak niewiele roślin ma pod opieką. W głowie zaczął rysować kolejne grządki, nieważne czy właścicielka wyrażała na to jakąkolwiek zgodę. Ogródki nie mogły zawierać tylko marchewek czy innych, prostych, jadalnych warzyw. Maliny mógł jej wybaczyć, bo dużo ich rosło w okolicy, ale nie miała żadnego kwiatka. Jawna dyskryminacja, trzymać tylko to, co da się zjeść.

Awatar użytkownika
Yuki
Zbłąkana Dusza
Posty: 5
Rejestracja: 10 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Yuki » 9 miesiące temu

        Satyr uparcie nie odpowiadał, ale pogoda nie sprzyjała do rozmów, więc dziewczyna odłożyła to na później i zwyczajnie gestami pokazała nowemu znajomemu, by podążał za nią. W domu zaś zakrzątała się już po swojemu, czując się tu bezpiecznie i naturalnie, nawet w towarzystwie kogoś nowo poznanego. Kaja już runęła w poduchy, chowając się za nimi na widok grożącej jej palcem opiekunki. Bystro spojrzała na ślady swoich łap, odciśnięte dzięki świeżemu błotku na jasnych poduchach, i zamruczała pokornie, wijąc się w pieleszach tak słodko, że chyba nikt nie miałby serca jej stamtąd wyrzucić.
        Z nowym gościem sprawa była odmienna. Yuki dopiero wracając z sypialni zarejestrowała, że ten stoi wciąż w przejściu, więc zaprosiła go znów słowem i gestem, uznając to za wystarczające, i kierując się do kuchni. Tam przygotowała wszystko do herbaty, a z czystej uprzejmości zaproponowała swojemu gościowi wybór, zwłaszcza że chciała nakłonić go, by poczuł się pewniej. Słyszała te nieśmiało stawiane kroki, a stukot kopyt na deskach jej domostwa brzmiał niezmiennie zabawnie i trochę dziwnie.
Nie wiedziała, czy zadziałało zaproszenie, czy chęć ogrzania się ciepłym naparem z ziół, ale satyr do kuchni zajrzał już nieco pewniej i uśmiechnięta dziewczyna uniosła dwie papierowe torby z suszonymi liśćmi, odruchowo już przechodząc na komunikację niewerbalną. Nietypowe było dla niej, że tak rozumna istota nie mówi w żadnym języku, bo przecież nie odezwał się nawet w sposób, którego by nie zrozumiała. Zwyczajnie nie wypowiedział słowa, więc Yuki, nauczona obycia ze zwierzętami, pokazywała wszystko z niewyczerpaną cierpliwością i pogodą ducha.
Wyraźnie zadowolona z porozumienia, oddała w ręce mężczyzny jedną z torebek, obserwując zainteresowanie, z jakim ten zapoznaje się z herbatą. Błyszczące oczy dawały nadzieję na komunikację, ale gdy satyr z impetem wsadził twarz do opakowania, nimfa parsknęła cichym, życzliwym śmiechem, zakrywając zaraz usta dłonią. Nim orientalne rysy twarzy znów pojawiły się w dziennym świetle, zdążyła już opanować chichot i skinęła z uśmiechem głową.
- Też wolę zieloną – zgodziła się, zupełnie nie mając problemu z prowadzeniem jednostronnej konwersacji. Odczekała, aż jej gość nasypie sobie herbaty, a później sama wrzuciła odpowiednią ilość suszu do swojego sitka. Woda zdążyła się zagotować już chwilę temu, więc zalała oba kubki i jeden podała satyrowi, drugi zaś wzięła w dłoń i zabierając jeszcze podstawek, na który mogą potem odstawić sitka, zasiadła do stołu, gestem pokazując gościowi, by do niej dołączył.
        Na krześle usiadła po swojemu, podwijając bose nogi na siedzisko i krzyżując je przed sobą. Prosta jak struna, odczekała chwilę, aż jej herbata się zaparzy i wyjęła sitko, odkładając je na talerzyk. Spojrzała na swojego towarzysza i znów uśmiechnęła się szeroko.
- Masz liść na brodzie – powiedziała rozbawiona, jednocześnie pokazując gestem na swoją brodę i na jego. Zaraz jednak przypomniała sobie, że mężczyzna może jej nie rozumieć i nie czekając na reakcję, pochyliła się w jego stronę, delikatnie zabierając suszek i pokazując go krótko satyrowi, by zrozumiał jej gest, nim odłożyła paproch na spodeczek. I znów chciała zapytać go o imię, gdy przypomniała sobie problem z komunikacją. Wahała się jednak tylko chwilę.
- Yuki – powiedziała wyraźnie, pokazując na siebie palcem. – Kaja – powiedziała znów, tym razem wskazując panterę, która dołączyła już do nich w kuchni i teraz z zaciekawieniem podniosła łeb, słysząc swoje imię. Jednak, jako że nie był z nim związany żaden smakołyk ani polecenie, mruknęła coś tylko pod nosem i ruszyła dalej kręcić się pod nogami, a zwłaszcza z zaciekawieniem wąchać kopyta satyra. Nimfa zaś wskazała teraz palcem na swojego gościa i pytająco uniosła brwi. Zrozumiał ją, gdy pytała o herbatę, pokazując obie torebki, więc może i teraz się jakoś porozumieją?
        Spotkanie takiej nietypowej istoty było dla niej wyraźnie ekscytującym i radosnym przeżyciem. Wciąż nie mogła uwierzyć, że poznała satyra, właściwie dopiero dowiadując się o jego istnieniu! Oczywiście, o jednorożcach też mówiono, że istnieją naprawdę, ale nikt nigdy żadnego nie widział. A przynajmniej nikt kogo znała nawet nie znał kogoś, kto widziałby jednorożca.
Yuki obejmowała kostki dłońmi, przyglądając się swojemu gościowi i porównując go mimowolnie do rycin z książek. Gdyby nie wielgachne rogi, to twarz miał zupełnie ludzką, tylko o bardziej orientalnych, dzikszych rysach. Dopiero na łokciach zaczynało się futro, co było dla nimfy wyjątkowo zabawne. Nie żeby go wyśmiewała, absolutnie! Ale to było… no po prostu całkiem śmieszne. Mieć futro na łokciach. No ale czymże jest taki drobiazg, gdy twój gość od pasa w dół jest… koziołkiem. Starała się nie przyglądać mu zbyt ostentacyjnie, ostrożnie popijając gorącą jeszcze herbatę, ale była ciekawa, czy raciczki ma takie jak koza, czy może inne? W książkach było niby że typowo kozie, ale przecież pokazywali też, że satyry mają całą twarz zarośniętą futrem! A może ten się goli? Rany, tyle ciekawostek! Może nawet lepiej dla niego, że nie mówi, bo Yuki chyba zalałaby go pytaniami.

Awatar użytkownika
Cedr
Zbłąkana Dusza
Posty: 6
Rejestracja: 3 lat temu
Kontakt:

Post autor: Cedr » 8 miesiące temu

        Cedr z najwyższą uwagą obserwował gospodynię. Nie dlatego, że była ładna, choć to mogło być pewnym aspektem, szczególnie gdy zwróciła się do niego... plecami, ale głównym powodem była jego nieznajomość zachowań w takim miejscu. Mieszkający całe życie w ogrodzie koziołek nie mógł wiedzieć do czego służą te wszystkie rzeczy, a w tym jednym pomieszczeniu było ich mnóstwo! Nie mówiąc o kolejnych innych. Był o tyle spokojny, że wiedział, co to jest kubek i jak z niego korzystać, ale spodeczek? To już była dla niego wyższa szkoła jazdy.
        On zaparzone liście po prostu rozsypywał na ziemię wyznając zasadę, że dzięki temu użyźni glebę. Białowłosa dziewczyna zamiast wysypać je za okno, do ogródka, ułożyła sitko na talerzyku. Trwający przy blacie satyr postanowił również tak zrobić. Później spanikował, bo nie wiedział czy ma brać i spodeczek, i kubek, czy tylko kubek... Na Prasmoka, ile opcji! On nie wiedział co robić!
Z westchnieniem uznał, że właściwie ubłocił jej korytarz, nie zamknął drzwi, więc wzięcie jedynie kubka nie będzie chyba żadną obrazą. Najwyżej gospodyni wyrzuci go na deszcz, a on nic do tego pomysłu nie miał, prócz faktu, że mógł jej sprawić przykrość.
Właśnie przenosił kubek na stół, gdy nieznajoma ponownie się odezwała. Na twarzy Cedra wymalowało się chwilowe zastanowienie. Zmarszczył brwi przypominając sobie ile razy jego siostry wyjmowały mu patyki z brody... W tym momencie i tak miał ją ładnie przyciętą! Sam chciał sięgnąć dłonią paprocha, ale gospodyni okazała się szybsza, a na pewno mniej zestresowana sytuacją. Zakłopotany mężczyzna spojrzał na nią wielkimi oczami, ledwo utrzymał kubek w ręku. Nieprzystosowany do takich zbliżeń, satyr prędko odstawił kubek na stół odwracając twarz od nimfy.
        „Yuki...”, imię które przy wypowiadaniu blisko łączyło ze sobą pełne wargi właścicielki. Miał wrażenie, że zaraz oszaleje w jej towarzystwie. Była taka obca, miła, ładna, wokół niej kręciło się mnóstwo przymiotników. Szukał w niej jakiejś wady, ale nie mógł znaleźć. Gdzie te piekielne obietnice jego sióstr, gdzie to zło tkwiące w każdym stworzeniu? Przeniósł wzrok na panterę. Kotka mruknęła, owinęła się wokół jego kopyt. Cztery ściany i zamiast nieboskłonu dach nad jego głową, bez przepływu powietrza. Satyr spiął się na całym ciele, poczuł się jak uwięzione w klatce zwierzę i w tym traumatycznym momencie uspołeczniania się rozległ się huk. Jasne światło pioruna objęło niebo przepuszczając przez szyby białe plamy. Zaskoczony mężczyzna cofnął się o krok uderzając w stół. Kubek zachwiał się na drewnianej powierzchni i w akcie kolejnej paniki satyr próbował go złapać. Na próżno, a przynajmniej prawie. Gorąca herbata ściekała po stoliku, pchnięte naczynie spadło na podłogę, a wraz z nim leciał także naturianin, który niemalże wylądował na kolanach gospodyni. Był gotów zerwać się i przylgnąć plecami do ściany, jakby miało go za to spotkać sto batów, ale gdy jego ręce kłopotliwie próbowały podeprzeć się na jej udach, on jeszcze raz spojrzał na jej twarz. I wnet jego oczy utknęły na pewnym punkcie znajdującym się na dziewczęcym czole.
        Nagle jakby zapomniał o całej sytuacji. Ciemne oczy satyra zwęziły się, a jego sylwetka pochyliła się jeszcze bardziej do przodu, przez co tkwił praktycznie między nogami gospodyni. Silne dłonie mężczyzny spoczęły na drobnych ramionach Yuki. Przyglądał się jej bez krzty skrupułów, aż w końcu dotknął kciukiem białej łezki.
Po jego mimice dało się zauważyć, że skojarzył pewne fakty. Odchylił się do tyłu, po czym wskazał na własne, białe znamiona na swoim ciele.
        - Jesteś siostrą z jeziora? - spytał z nadzieją w głosie i orientując się po fakcie, że tak skrupulatnie trwał przy niej jako niemowa.
        - Wybacz... za herbatę... - dodała potulnie, a jeżeli ona wstała to on również od razu zerwał się na równe kopyta.
        - Ja... nie...to... - zająknął się. - Cedr... - powiedział po krótkiej pauzie wyciągając ku niej dłoń.
        Potem pomyślał, że właściwie dał się wciągnąć w interakcję. Z jakiej racji miałaby być nimfą? Mieszkająca w chatce dziewczyna była po prostu samotnikiem trzymającym się z dala od zgiełku miasta, a nie choć trochę blisko z nim mentalnie spokrewnioną istotą. Jej urocza łezka na czole tak mu się skojarzyła z jego własnymi znakami na ciele, agh! Już trudno, wydusił ze swojego gardła dźwięk więc nie mógł zgrywać przed nią durnia.
        - Jakimś cudem cię nie oblałem... gorzej z Kają... - mruknął szukając wzrokiem pantery.

Awatar użytkownika
Yuki
Zbłąkana Dusza
Posty: 5
Rejestracja: 10 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Yuki » 7 miesiące temu

        Nie dało się ukryć, że nowy gość w domku na wzgórzu nie czuł się jeszcze w pełni swobodnie. Yuki nie ruszała się, popijając tylko w spokoju herbatę i niezmiennie uśmiechnięta przyglądała się nowemu znajomemu. I tak skrywała swoje zainteresowanie, okazując jedynie uprzejmą gościnność, ale chyba nawet to przerastało satyra, który był napięty niczym struna.
A tak to wyglądało, gdy nic się nie działo. Nagle strzeliła błyskawica, rozświetlając zachmurzone niebo i Yuki drgnęła na krześle, wyglądając za okno, a Kaja podskoczyła pod stołem, prychając z niezadowoleniem na pogodę. Jakkolwiek dzika, była jednak kotem, co sprawiało, że potrafiła być wyjątkowo niezadowolona nawet z rzeczy, na które nie ma się wpływu, ale jej przeszkadzają, a tym samym powinny zniknąć z tego świata.
To było jednak nic w porównaniu do reakcji satyra. Spięty w stanie najwyższej gotowości bojowej, gwałtowniej zareagował na niespodziewany błysk. Stukot kopyt, uderzenie drewna, gdy stół przesunął się lekko po trąceniu go przez fauna i brzdęk ceramiki, gdy kubek przewrócił się na stół, a gorąca herbata polała się po blacie. Yuki w pierwszej chwili chciała wstać i odsunąć się, by napar nie pociekł na jej świeże spodnie, ale w tym samym momencie upadł satyr i dziewczyna pochyliła się odruchowo, by pomóc mu wstać. Jej gość jednak próbował radzić sobie sam i gramolił się z podłogi, podpierając dłonie na udach nimfy.
        - Ekhm…
Yuki uniosła lekko ręce, nie chcąc naturianina dotykać, zarówno by dać mu trochę przestrzeni, jak i z powodu własnych zahamowań. Uśmiech jej nieco zbladł na to nieplanowane zbliżenie. Nikt chyba nie lubi, gdy ktoś niemal zupełnie obcy go tak dotyka. Zwłaszcza gdy można przez przypadek zrobić mu krzywdę niewspółmierną do „przewinienia”. Później jednak mężczyzna złapał ją mocno za ramiona i Yuki wahała się już tylko między lękiem a złością, zamiast zmieszania. Kaja nie miała takich dylematów, boleśnie łapiąc kłami nogę satyra i szarpiąc z gardłowym warkotem.
- Kaja, zostaw – powiedziała mimo wszystko nimfa, a chociaż cicho, pantera posłuchała. Nie odsunęła się jednak, krążąc niespokojnie za faunem, gotowa rozszarpać mu gardło, gdyby była taka konieczność. Ten jednak chyba tego nawet nie widział, teraz palec kierując na czoło Yuki. Co za koleś w ogóle!
- Przepraszam cię bardzo, ale… - zaczęła już nieco zniecierpliwiona, gdy naturianin w końcu się odezwał. Aż wybałuszyła oczy z zaskoczenia, bo zdążyła się już pogodzić z myślą, że jej gość nie włada mową wspólną ani dialektem albo w ogóle nie mówi? Kto wie. Ten jednak uczepił się plamki na jej czole, zaraz zadając pytanie, które zupełnie zbiło dziewczynę z tropu.
- Emm… nimfą? No tak – odpowiedziała niepewnie, do tej pory sądząc, że było to oczywiste. W sumie nie wiedziała na ile przedstawiciele innych ras zdolni są do rozpoznawania innych istot, ale zawsze zakładała, że zdradzają ją włosy. Albo aura, chociaż te nie każdy musiał umieć czytać.
- Ty mówisz – stwierdziła w końcu i delikatnie, ale stanowczo, odsunęła od siebie satyra, wstając z krzesła. Kaja zawarczała znów, a Yuki spojrzała na nią krótko. – Nic jej nie będzie – powiedziała spokojnie. – Bardziej martwiłabym się o twoją nogę, mocno cię ugryzła? – zapytała, zerkając bokiem w dół, gdy wyciągnięto w jej stronę rękę. Zawahała się krótko, ale w końcu uśmiechnęła lekko. – Yuki, to mówiłam – powtórzyła i uścisnęła dłoń.
        Wciąż nie bardzo wiedziała, co właściwie się stało. Obrażona pantera obeszła w końcu intruza i przysiadła przy nimfie, natrętnie ocierając łeb o łydkę dziewczyny. Yuki zaś w końcu doszła do siebie i potarła lekko czoło, drugą ręką bezwiednie czochrając kocie uszy.
- No dobra, to może zaczniemy od nowa – uśmiechnęła się niepewnie i westchnęła, dopiero teraz przypominając sobie pewne fakty z wcześniejszego zamieszania.
- Cedr? Jak to drzewo? – zapytała już z weselszym uśmiechem, gdy skojarzyła znajomą nazwę. I zaraz jej wzrok opadł niżej, na ciało satyra. – Czemu pokazywałeś na swoje plamki? – zapytała, pochylając się lekko i przyglądając kropkowanemu wzorowi na boku Cedra. Dopiero po chwili się wyprostowała, wciąż zdziwiona i teraz już umyślnie dotykając palcem swojej łezki.
- To chyba nie jest normalne u nimf. Przynajmniej moje siostry wydawały się równie zaskoczone tym znamieniem, co ja. Nie wiem skąd się wzięło ani czemu. – Wzruszyła ramionami. – Poza tym nie jesteś nimfą – parsknęła rozbawiona i jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, cały ciężki nastrój rozmył się w powietrzu, wymieciony przez świeży powiew pozytywnych wibracji Yuki.
        Gospodyni zaraz zabrała się za zalany blat. Sięgnęła szmatkę z blatu i wytarła stół, kubek odkładając do zlewu. Później wytarła podłogę i wycisnęła materiał, kierując się z nim w stronę ganku. Dopiero wtedy zobaczyła błoto w korytarzu.
- Mówiłam, żebyś wytarł kopyta! – zawołała pogodnym głosem i rzuciła szmatkę na podłogę, jedną nogą wycierając nią ślady ziemi i drugą przesuwając się w stronę wyjścia. Ten mały, kaleki balet Kaja obserwowała zawsze z przechylonym lekko łbem, podążając za swoją panią z nieniknącym zainteresowaniem. Yuki zaś wytrzepała szmatkę na ganku i rozwiesiła ją na balustradzie. Nawet jak trochę zmoknie, to jej nie zaszkodzi, bo i tak jest do prania. Nimfa spojrzała jeszcze krótko na zalany deszczem świat i wróciła do środka, zamykając za sobą drzwi.

Awatar użytkownika
Cedr
Zbłąkana Dusza
Posty: 6
Rejestracja: 3 lat temu
Kontakt:

Post autor: Cedr » 5 miesiące temu

        Satyr nie odrywał spojrzenia od Yuki, która w różny sposób reagowała na jego zachowanie i wybryki. Z bólem głowy przyjmował jej zdenerwowanie czy niecierpliwość nie do końca znając przyczynę owej bolesności. Może był to wpojony strach przed nie-nimfami oraz domkiem myśliwego, a może przez szacunek jaki należy okazać nimfom (w jego oczywiście mniemaniu. Tak se dobrze go wychowały!). Przyszło jednak cierpienie bardziej fizyczne oraz realne, takie które faktycznie miało miejsce tu i teraz.
        - Moją nogę? - spytał nieco zdezorientowany.
        Był tak zestresowany byciem „dobrym gościem”, że nawet nie poczuł kłów wbitych w jego łydkę! Dopiero teraz spojrzał, to na jedną, to na drugą kończynę i dostrzegł stróżki krwi. Z tym widokiem przyszło również cholerne pieczenie i mrowienie w nodze, ale on był samcem! A nie byle beksą, człowieczkiem, który otarł se kolanko.
        - Ach, nie, nie! Nie boli! - skłamał, gdy białowłosa dziewczyna starała się zerknąć na ranę. Na szczęście wybronił się swoim imieniem i uściśnięciem dłoni. Jeszcze tego brakowało by przyznać się przed tak piękną nieznajomą (a właściwie już trochę bardziej znajomą), że nie może znieść ugryzienia młodej pantery. Istna kompromitacja!
        Chwileczkę, czy nie powinien czasem pocałować jej dłoni? Tak robią mężczyźni, gdy witają się z nimfami nad brzegiem. Znowu zrobił coś nie tak! Świat poza zagajnikiem jest bardzo skomplikowany.
        Jakim cudem nie wywaliła go jeszcze na ten srogi deszcz?
        - Tak, jak drzewo! - ożywił się nagle z radością przyjmując poprawę humoru swojej rozmówczyni. Spojrzenie koziołka wylądowało na jego torsie, na wskazane przez Yuki plamki. Pozwolił jej obejrzeć znamiona na tyle, na ile chciała, delikatnie prezentując również skrawek swoich pleców. Nie aby się chwalił...
        - Zachodzą na całe moje plecy – dodał wskazując kciukiem między innymi okolicę łopatek.
        - Szczerze mówiąc... też nie widziałem u żadnej nimfy tego typu plamek... - przyznał drapiąc się po głowie.
        Wciąż czuł się nieswojo pośród czterech ścian. Zamknięte przestrzenie, o ile nie były górami, wydawały mu się obce i takie... ograniczające! Nawet w labiryncie gór był w stanie swobodnie biegać, a tutaj... tutaj był zbyt gabarytny by hasać po korytarzu czy salonie, jak po łące.
        Jednak śmiech Yuki sprawił, że atmosfera w chatce momentalnie się oczyściła. W pierwszej chwili nieśmiało się uśmiechnął, lecz zaraz męski śmiech rozniósł się echem po pokojach.
        - Racja – przyznał. - To było moje pierwsze skojarzenie, ponieważ to nimfy mnie stworzyły – wyznał pewnie, choć już po chwili miał wątpliwości czy powinien to powiedzieć. - Zrodziłem się w zagajniku, z energii lasu oraz przy pomocy zaklęć. Może stąd te plamki? - wyjaśnił, bo jak powiedziało się „a” to i powinno „b”. - Również wśród nich się wychowałem, całe życie mieszkam nad jeziorem, a moją rodziną są nimfy. Dlatego pomyślałem, że może i ty... nią jesteś... że może ta plamka to pocałunek natury – ostatnie zdanie powiedział ciszej i nieco bardziej skołowany.
        - Tak moje znamiona nazywają siostry! - wyjaśnił pośpiesznie, gdy Yuki sięgnęła szmatki by wyczyścić blat.
        Satyr postanowił ustawić się w kącie, jak posłuszny szczeniak, który skarcił sam siebie za zachowanie oraz stać tyle minut ile ma lat. Trochę by mu minęło. Już jednak po chwili syknął, gdy Yuki zauważyła błoto na korytarzu. Nie chcąc jej bardziej brudzić, postanowił chwycić pobliski materiał i wytrzeć kopyta oraz krew, która powoli zaczęła plamić deski. Nie zważając na fakt czy to, co chwycił było bluzką czy ręcznikiem (nie umiałby zresztą odróżnić jednego od drugiego) z dumą wyniósł brudny skrawek i wywiesił go na ganku, podobnie jak Yuki przed chwilą szmatkę. I... tak, owszem. Cedr wyszedł z założenia, że ugryzienie samo się zagoi.
        Spojrzał jeszcze raz na gęsty deszcz, a potem wrócił na korytarz zamykając drzwi.
        - Dlaczego mieszkasz w domku? - spytał tak nagle, jak nagła była ta burza. - Nie lubisz deszczu? Ani jeziora? Poczucia, że ten wielki zbiornik na nowo się napełnia? Ani słońca w ciepłe dni, tuż przy brzegu, przy dźwięku kołyszącej się wody? Chyba nie umiem zrozumieć - dokończył lekko marszcząc brwi.

Awatar użytkownika
Yuki
Zbłąkana Dusza
Posty: 5
Rejestracja: 10 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Yuki » 1 miesiąc temu

        Yuki próbowała zerknąć na ukrywaną kończynę, co nawet bez tego byłoby trudne. Wygląd koziej nogi bardziej kojarzył jej się z jednym z ludzkich dań niż z ich anatomią. Rzęsy rzuciły cień na gładkie policzki, gdy nimfa zmrużyła oczy, spoglądając pobłażliwie na protestującego satyra.
        - Uhm – mruknęła z powątpiewaniem. Nie naciskała jednak, nauczona obchodzenia się z bardziej upartymi zwierzętami. Jeszcze go dorwie z opatrunkiem.
        Pozwoliła więc na zmianę tematu, uśmiechając się wesoło, gdy jej porównanie zostało podchwycone. Nie ukrywała też lekkiej dumy ze znajomości niewystępującej tu fauny. Później oboje skupili się na tajemniczych białych plamkach. Bez krępacji przyglądała się nakrapianemu torsowi naturianina, ze zmarszczonymi lekko brwiami analizując jego słowa. Miała tyle pytań! Na razie jednak postanowiła oporządzić kuchnię po tym małym zamieszaniu. Wolała porozmawiać na spokojnie, więc sprawnie ogarnęła jedno pomieszczenie, później przechodząc do korytarza, gdzie też czekało na nią trochę pracy. Odwróciła głowę, gdy zobaczyła koło siebie na ganku Cedra, również wywieszającego szmatkę. Jaki miły! Zaraz jednak jej wzrok padł na plamki krwi na materiale. Czujne spojrzenie podążyło za wracającym do chatki satyrem, a wzrok dziewczyny dopadł w końcu do zranionej kończyny.
        - Rany dzięcioła, ona cię poważnie ugryzła! – pisnęła, zakrywając usta. Kaja, wyczuwając swoją winę na staję, zniknęła gdzieś pod poduchami. Pomiędzy materiałami błyskały tylko czujnie ślepia, by dostrzec nadchodzące zagrożenie w postaci karnego pacnięcia szmatką w zad. Yuki jednak była zbyt przejęta, by szukać winowajcy i zaraz zajęła się rannym.
        - Trzeba to opatrzyć! Usiądź proszę – powiedziała, prowadząc Cedra na kanapę. Chciała dobrze, więc ton jej głosu, chociaż stanowczy, był miękki i przejęty. Sama nimfa na moment zniknęła gdzieś w korytarzu prowadzącym do dalszej części chatki. Po chwili wróciła niosąc mały koszyczek, wypełniony zwitkami bandaży, małą buteleczką i kilkoma słoiczkami. Bose nogi bezgłośnie stawiały ostrożne kroki, gdy Yuki spieszyła do swojego gościa, jednocześnie starając się nie wylać ciepłej wody, którą niosła w miseczce w drugiej ręce.
        - Tak mi przykro. Pomogłeś nam i tej sarence, a Kaja cię ugryzła. Bardzo cię przepraszam! – mówiła szybko, przysiadając na podłodze koło kopyt satyra i układając koło siebie rzeczy. Podciągnęła pod siebie nogi, przysiadając na piętach i pochyliła się, przyglądając ranie. Idealne brwi znów zmarszczyły się lekko. Dziewczyna spodziewała się znajomego widoku dwóch dziur po kłach, ewentualnie większego szarpnięcia, ale po raz kolejny musiała obejść się ze swoim gościem, jak jednym ze zwierzęcych pacjentów – całą nogę pokrywała gęsta sierść. Na szczęście nie było to dla niej nic nowego i już po chwili nimfa przecierała ranę czystą ściereczką, zamoczoną w ciepłej wodzie.
        - To mówisz, że stworzyły cię nimfy? – zagadnęła Cedra, zerkając na niego do góry. Chciała wciągnąć go w rozmowę, by nie protestował przed opieką i nie wiercił się za bardzo. Boleć go raczej nie powinno. Po kilku sprawnych ruchach odgarnęła mokrą sierść, docierając do zranionej skóry.
        - Właściwie to mnie też, ale nie wydaje mi się, żeby ta plamka miała z tym coś wspólnego. Żadna z moich sióstr takiej nie miała – mówiła, już nie śledząc twarzy gościa spojrzeniem, a skupiając się na ranie. Nie miała tu żadnego alkoholu, ale będąca tu kiedyś przejazdem zielarka odwdzięczyła się jej za gościnę buteleczką specyfiku dezynfekującego.
        - Może trochę zapiec, więc proszę nie wierzgaj – powiedziała cicho, ostrożnie dotykając nasączoną szmatką rany i zaraz wracając do zagadywania Cedra.
        - Nie wiedziałam, że satyry rodzą się… to znaczy powstają… hmm… no, że tworzą je nimfy. To znaczy czytałam o nich… o twojej rasie dużo, ale wiesz, było tyle różnych wersji, że już sama nie wiedziałam w co wierzyć. Jedna z nich mówiła, że wychodzicie ze starych drzew – zaśmiała się lekko, spoglądając na Cedra rozbawiona, nim znów opuściła wzrok.
        Sprawnie zakręcała buteleczkę i otwierała słoiczki, nakładając teraz na czysty kawałek bawełny trochę maści o przyjemnym, ale dość intensywnym ziołowym zapachu, od którego sama marszczyła lekko nos. Przyłożyła opatrunek do rany i szybko obandażowała nogę, by się nie przemieścił. Końcówkę bandaża rozdarła i zabezpieczyła go przed rozwijaniem, wiążąc małą kokardkę.
        - No, gotowe – powiedziała z zadowoleniem, opierając dłonie na udach i wstając. Koszyczek i miskę odstawiła na stoliczek obok, po czym opadła na kanapę obok satyra. Usiadła bokiem, by móc na niego spoglądać, i podwinęła do siebie zgięte nogi, obejmując je jedną ręką. Łokieć drugiej spoczął na oparciu kanapy, a dłoń wplotła się w białe włosy, gdy Yuki oparła na niej głowę.
        Cedr przypomniał jej swoje pytanie o domek. Wcześniej uniknęła odpowiedzi zupełnym przypadkiem i wcale nie celowo, ale teraz ociągała się, nie wiedząc, jak odpowiedzieć. Pierwszy raz pytał ją o to ktoś z naturian i wiedziała, że wymijającą odpowiedź przejrzy w momencie.
        - Nie przepadam za deszczem – zaczęła, marszcząc lekko nosek. – Jezioro… kocham wodę, ale niestety raczej unikam jezior. Moje siostry zamieszkują te w okolicach Demary, a do innych się nawet nie zapędzałam. Ja… - zająknęła się, poprawiając nieco na kanapie i przyciągając do siebie jakąś poduszkę, by nieco się za nią skryć. W końcu jednak uśmiechnęła się słabo i spojrzała znów na Cedra. – Ja byłam raczej kiepską nimfą, wiesz… Nie nadawałam się za bardzo. Wolałam być sama. A domek postawił mi pewien mężczyzna, którego uratowałam w rzece. Topił się. I nie uwierzysz, był stolarzem! W każdym razie lubię moją chatkę, jest przytulna – powiedziała, rozglądając się dookoła. – Cieszę się też, że mam miejsce, w którym mogą zatrzymać się moi przyjaciele, gdy mnie odwiedzają. Nie wszyscy lubią spać na trawie pod gołym niebem – zaśmiała się.
        - Lubię słońce, jego ciepłe promienie na twarzy. Lubię gwiazdy i to, jak układają się w konstelacje, których ciągle się uczę. Lubię trawę; chodzić po niej boso i czuć jak źdźbła trawy łaskoczą mnie w stopy – opowiadała rozmarzona, po czym z taką samą czułością w spojrzeniu rozejrzała się wokół.
        - Ale lubię też świeczki, herbatę w glinianym kubku, ciasto z jagodami, miękkie materiały, poduszki i pledy. Ten zrobiłam sama, zobacz! – powiedziała, pochylając się na moment i przyciągając jeden z plecionych koców, leżących nieopodal. Spod zsuwającego się materiału wychynęła głowa Kai. Pantera mruknęła coś i przewróciła się na drugi bok. Yuki zaś wciągnęła pled na kanapę, pokazując go z dumą. Później znów zainteresowała się gościem.
        - A gdzie jest ten twój zagajnik? Co tutaj właściwie robiłeś? Na pewno nie jesteśmy sąsiadami, bo wpadlibyśmy na siebie znacznie wcześniej!

Awatar użytkownika
Cedr
Zbłąkana Dusza
Posty: 6
Rejestracja: 3 lat temu
Kontakt:

Post autor: Cedr » 1 tydzień temu

        Cedr tępym wzrokiem spojrzał na nimfę, która pisnęła zwracając uwagę na jego ranę. Mężczyzna zmieszał się i w kółko powtarzał, że to nic takiego, ale kobiece zdecydowanie oraz niechęć do przekrzykiwania gospodyni sprawił, że satyr nagle wykroczył poza próg nie tylko ganku, lecz także korytarza. Nie wiedział też kiedy znalazł się w salonie, a gdy się zorientował, że otoczenie wokół niego się zmieniło, pobłądził zagubionym wzrokiem po kątach. Nie wiedział kompletnie od czego zacząć!
        - Ale... nie, naprawdę. Daje sobie radę... - mamrotał gestykulując łagodnie dłońmi, potem jednak jego nogi jakoś tak się ugięły i nagle jakimś cudem siedział już na kanapie.
Jak ona to zrobiła?!
        Cedr siedział skonsternowany na kanapie oczekując powrotu Yuki. Naturianin przełknął ślinę kurczowo trzymając dłonie na kolanach, jakby czekał co najmniej na odstrzał. Słyszał ciche dźwięki z sąsiedniego pomieszczenia, w którym Yuki prawdopodobnie szukała opatrunków. Kaja chowała się gdzieś w poduszkach, a mimo to wydawało się tu jakoś tak... pusto. Na tę myśl odrobinę się rozluźnił, choć nie przywykł do samotności. Fakt, spędzał wiele godzin w Ogrodzie, ale nigdy nie czuł, że jest sam. Otaczały go rośliny, a jak nie one to jego siostry - nimfy. W zamkniętym pomieszczeniu był jakiś odległy od tego wszystkiego, oddzielony i obejmowały go tylko zasady panujące w domu, a nie Matki Natury. Trochę niezgodne z jego zasadami, choć wszelkie argumenty powalał widok lasu za oknem.
        - Może ci... po... mo... - nie skończył, bo Yuki naprawdę przejęła się tym całym zdarzeniem i sama świetnie się zorganizowała. Cedr westchnął i wsparł się rękoma o siedzisko. Ciepła woda wywołała przyjemny dreszcz w jego ciele. Lubił cieplutkie kąpiele i mydełka zapachowe... Ciekawe czy odnalazłby u niej w domu jakieś kosmetyki?
        - Nic się nie stało – zapewnił satyr przyjaźnie uśmiechając się do dziewczyny. - Kaja jest groźna, ale... bez urazy, lądowałem w gorszych tarapatach i miałem większych, jak i groźniejszych przeciwników – wyznał z dumą nieco zadzierając brodę, lecz nadmierną pewność siebie satyra przyćmił przypływ bólu, co ujawnił poprzez lekko zmarszczone brwi.
Starał się utrzymać wszelkie pozory. Przecież Yuki to ładna dziewczyna a on jest silnym samcem! Powinna czuć się bezpiecznie w jego otoczeniu bez względu na to ile czasu się znają, a jak miałaby to zrobić gdyby on teraz wymiękł?!
        - O tak! Stworzyły mnie nimfy, ale nie zliczę moich sióstr na palcach jednej ręki – przyznał i nie skłamał. Liczyć nie potrafił w ogóle, a jego sióstr zawsze było więcej niż palców nawet u dwóch rąk! Tak jak rozkładał dłonie i rozczapierzył palce tak widział, że nimf jest trochę więcej.
        - Ooo, to ciekawe. Ciekawe czemu ma służyć twoja plamka – zagadnął, jeszcze raz przyglądając się dziewczynie, jakby biała łezka miała mu nagle dać odpowiedź.
Zaraz po tym nadeszło najgorsze. Słysząc hasło „może trochę zapiec”, satyr zjeżył się na całym ciele niczym rozjuszony kot. Co, jak?! Zapiec?! Teraz?!?!
        Nie zdążył jednak uciec, gdy dziewczyna przyłożyła materiał do rany. Satyr ze świstem nabrał powietrza wybałuszając oczy i zaciskając usta, by czasem nie wyrazić się nieodpowiednio. Pot spłynął po jego skroni, gdy zwrócił twarz ku naturiance i uśmiechnął się. Za wszelką cenę próbował w kiepski sposób ukryć chęć wycia. Z każdym kolejny dotknięciem błagał Matkę Naturę by to był ostatni raz, ale wtedy szmatka znów lądowała na jego skórze. Te kilka krótkich chwil sprawiło, że satyr zalał się potem, a ulga na jego twarzy pojawiła się w mig, gdy w końcu nimfa odłożyła ten okropny specyfik na bok! No niby wiedział, że tak należy, że odkażanie wymaga poświęceń... ale on był twardym koziołkiem! Matka Natura sama by zadbała o jego zdrowie pozwalając goić się ranie w swoim własnym tempie i... i tyle. Wolał już nigdy tego nie powtórzyć.
        - Ja właściwie... Nie wiem jak powstają satyry... Są-sądziłem, że jestem jeden jedyny – przyznał z niemałym zdziwieniem. - Żadna z moich sióstr nigdy nie powiedziała, że znała kogoś podobnego. Stworzyły mnie na potrzeby lasu, z pomocą magii i energii lasu. Żebym chronił rośliny i je ożywił – wyznał bez zastanowienia, bo przecież Yuki była nimfą. Czym więc miałaby się różnic od innych sióstr? Poza tym była miła i opatrywała jego ranę, chociaż nie musiała.
Cedr był pod wrażeniem jak łagodnie potrafi obejść się z rannym gospodyni owego miejsca. Z zainteresowaniem przyglądał się jej pracy, a gdy dziewczyna wyjęła maść to od razu przechwycił znajomy zapach. Z zachwytem ujął jeden ze słoiczków by przyłożyć go do nosa.
        - Wyciąg z kłącza pięciornika! - powiedział z ekscytacją małego dzieciaka, który odkrył świąteczne prezenty w szafie swoich rodziców. Każdą maść jaką odkładała Yuki, koziołek brał do ręki, wąchał i odgadywał zawartość albo zapoznawał się z konsystencją danego specyfiku.
        - Dziękuję. – Satyr uśmiechnął się, a jego ogon drygnął się kilka razy z radości. Szczególnie z faktu, że już nic mu nie trzeba będzie odkażać!
        Nie mógł się jednak powstrzymać, gdy nimfa odłożyła koszyk na stolik. Wykorzystał okazję, chwilę nieuwagi Yuki, która właśnie wygodnie układała się na kanapie by wyciągnąć ręce w stronę środków leczniczych gospodyni. Przygarnął do siebie koszyczek i począł w nim grzebać, jednak gdy tylko dziewczyna zdecydowała się odpowiedzieć na jego wcześniejsze pytanie, on grzecznie zaprzestał czynności zwracając wzrok ku białowłosej naturiance.
Wyznanie Yuki wyraźnie poruszyło satyrem. Przykro mu było, że tak uczciwa dziewczyna czuła się niekomfortowo z tym, kim była. Jej ładna buzia nie zasługiwała na smutną minę! Już teraz poruszyła jego wrażliwe (szczególnie na nimfy) serce swoją krótką i bardzo ogólnikową opowieścią. Z drugiej strony, podziwiał ją za ten akt odwagi, czyli zwrócenie się przeciw grupie. Wszak nimfy żyć powinny w jeziorach, a ona ma wybudowany domek w środku lasu. Ileż musiało ją to kosztować wysiłku psychicznego by zamknąć się w tych czterech ścianach całkowicie samej? Jednak też nie czuła się samotna. Właśnie przyznała, że zaprasza tu swoich przyjaciół. To tak się da? Dla satyra te wszystkie opowieści brzmiały niebywale abstrakcyjnie zaburzając jego dotychczasowe przekonania.
        Niemniej, z przyjemnością słuchał, jak głos naturianki powoli staje się rozmarzony, bo nikomu nie życzył oderwania się od tego co naturalne i piękne. Zawsze cieszył się słysząc dobre słowa na temat Matki Natury, jej pięknych widoków, które uzyskuje całkowicie sama oraz sile działania, jaką w sobie ma.
        Potem Yuki ożyła zaciągając na kanapę zszyte skrawki materiałów, co widocznie rozbawiło satyra, który widząc ciągnący się materiał, postanowił odstawić koszyczek na bok by całkowicie skupić swoją uwagę na rozmówczyni.
        - Miły mężczyzna – przyznał. - Dobrze, że teraz jesteś szczęśliwa, ale ja tam wolę trawę. Choć muszę przyznać, że to. – Cedr w tym momencie wskazał na kanapę. – Jest całkiem wygodne.
        - Większość słów, które wymieniłaś są dla mnie obce – zaśmiał się, a następnie zaczął macać pled, który przyciągnęła Yuki. Oglądał go od góry, i od dołu uznając materiał za równie przyjemny co wciąż unoszący się w pomieszczeniu zapach ziół.
        - A nie wiem – odpowiedział beztrosko satyr, po czym nabrał odwagi by oprzeć plecy. Chwilę szukał dogodnej... a raczej, odpowiedniej pozycji. Yuki była w stanie zwinąć się niemalże w kulkę, ale z jego kopytami i większym ciałem trudno było jakoś się złożyć. Nie wiedział czy na kanapie należy przybrać jakąś konkretną postawę, ale wystarczyło mu samo oparcie.
- A daleko są Góry Dasso? - spytał z zastanowieniem głaszcząc kozią bródkę. - Nie mam zielonego pojęcia gdzie jestem, ale podążam za tropem ludzi, którzy... - satyr zaciął się, a jego uszy delikatnie oklapły. - Ehm... ten... oni porwali jedną z moich sióstr. Nie widziałaś w okolicy może czegoś podejrzanego? Albo nimfy?! - spytał z nadzieją patrząc na nią cielęcymi oczami.

ODPOWIEDZ

Wróć do „Równina Drivii”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość