Jadeitowe Wybrzeże[Las nad wybrzeżem] Cierpki zapach / Tlącego się knota / Gorzkie żale

Bajkowe wybrzeże Oceanu Jadeitów. Jego nazwa wzięła się od koloru jakim promieniuje. Znajdziesz tu plaże ze złotym piaskiem, palmy i rajskie ogrody. Palące słońce rekompensuje cudowna morska bryza.
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Musashi
Zbłąkana Dusza
Posty: 5
Rejestracja: 1 rok temu
Rasa: Eravallian
Profesje: Najemnik , Ochroniarz , Włóczęga
Kontakt:

[Las nad wybrzeżem] Cierpki zapach / Tlącego się knota / Gorzkie żale

Post autor: Musashi »

Las.

Spokojne miejsce pełne zieleni, na którym cywilizacja nie zdołała, w większości przypadków, odcisnąć swojego piętna. Mniej lub bardziej szkodliwego, zależy jakiego jegomościa spytasz i jakiej jest on rasy. Dla wielu ludzi, bo o osobniku tegoż gatunku będzie tutaj mowa, las to miejsce spokoju. Nawet nie tyle, co zewnętrznego, dzięki niezakłóconej niczym ciszy Nie licząc rzecz jasna śpiewu ptaków, czy cichego postękiwania młodych warchlaków chowających się za swoją matką, która wyczuła intruza. Bowiem nieważne, jak człowiek starałby się zachować ciszę i maniery wyrażające szacunek do tego miejsca, zawsze będzie tutaj intruzem. Kimś niechcianym, wyrwanym z kontekstu, który przypałętał się i stanowi potencjalne zagrożenie dla całej populacji. Oczywiście mówimy tutaj o przeważającej większości ludzi, zdarzają się bowiem druidzi osiągający poziom symbiozy z naturą, dzięki któremu mogą z nią współżyć. Nie mówimy też o innych rasach, które często na łonie natury się tak naprawdę wychowują. Mówimy o ludziach, a dokładniej o jednym człowieku świadomym tego, jak obcą istotą jest w środowisku, w jakim się znalazł. Gwoli ścisłości, jednym roninie.

---

Ronin to ciekawe określenie pochodzące z języka Eravallian. Oznacza wędrownego wojownika, dosłownie "Wojownika bez celu". Biorąc pod uwagę naturę całej rasy, są oni dosyć rzadko widywani w Alarani. Nie na tyle jednak, by przeciętny mieszkaniec większego miasta, mający, rzecz jasna, nieco większe pojęcie o świecie o nich kiedyś nie zasłyszał. Opinie o nich wahają się od określenia ich wprost bandytami, po wędrowne anioły, którym tylko brakuje skrzydeł. Jedni rabują i gwałcą, inni pomagają każdemu, kto jest w potrzebie. Prawda, jak w wielu kwestiach, jest jednakże pośrodku i zdecydowana ilość roninów jest po prostu wędrownymi wojownikami bez większego przywiązania do jako takiej moralności. Nie bez powodu zresztą. Ich celem było nie tyle zapisanie się w jakichkolwiek kronikach, co przeżycie na tym świecie. Jakkolwiek Musashi chciał się identyfikować z tą grupą, był zgoła inny. Tłumaczył to sobie swoimi zasadami, ale prawda była taka, że, moralnie rzecz ujmując, był dobry.

Akurat wracał z okolic Turmalii, gdzie odmówił przyjęcia większości zapłaty mu obiecanej. Miał wykonać proste zadanie - ubić niedźwiedzia zagrażającego wiosce, a ta miała mu się odwdzięczyć zgromadzonymi zapasami. Nie zajęło mu to długo, nawet nie było to aż tak trudne, jak się spodziewał - w końcu niedźwiedź to nie byle zwierz, tylko dobrze zbudowane bydlę mogące go powalić jednym uderzeniem łapą. Zdołał go jednakże upolować w trakcie snu. Rzecz jasna, jako wykwalifikowany w tych kwestiach człek, wrócił do wioski nie tylko z głową niedźwiedzia jako dowodem, ale i tuszą oraz skórą z niego, które zostawił wieśniakom, zabierając dla siebie tylko niewielką część mięsa zwierzęcia. Sam odmówił zapłaty, jednakże, jako iż jego maniery zabraniały mu odmówić poczęstunku oraz noclegu, gdy już opuścił wieś, zdał sobie sprawę, że jego sakwa jest bogatsza o parę monet. Nietaktem byłoby zwrócić taki podarunek, tak też po prostu ruszył w dalszą drogę. Kierował się tak naprawdę tam, gdzie go los zawiódł, często kierując się starym sposobem - rzucając w górę leżącą na poboczu gałęzią i ruszając tam, gdzie wskaże. W końcu jednak, mimo że forsowny marsz miał we krwi, musiał odpocząć. Poniekąd wiązało się to z nastaniem nocy; podróż po zachodzie słońca była o wiele bardziej niebezpieczna. Dlatego też schował się nieco dalej w las, coby żaden rzezimieszek idący wzdłuż drogi nie zobaczył ognia dobiegającego z jego strony, a następnie rozstawił prosty obóz. Ubił ziemię w pobliżu dołka wykopanego na ognisko, upewniając się uprzednio, czy jest odpowiednio twarda, i czy nie ma w niej robactwa, a następnie rozpalił ogień i położył się, odkładając miecz, torbę, łuk oraz strzały na bok tak, że ognisko, on, oraz jego pakunki tworzyły trójkąt. Leżał tak spokojnie, piekąc na ogniu nabite na znalezioną niedaleko gałąź kawałki solonego, niedźwiedziego mięsa. Nie oznaczało to, że nie był czujny, noc w końcu kryje wiele... niebezpieczeństw. Mniej i bardziej groźnych.
Awatar użytkownika
Avarralie
Szukający drogi
Posty: 26
Rejestracja: 5 lat temu
Rasa: Przemieniony
Profesje: Wędrowiec , Alchemik
Kontakt:

Post autor: Avarralie »

Woda.

Woda to zło.

Woda to zło wcielone.

Gorsze od samej wody były duże ilości takowej...

Szczególnie, gdy się do takowych ilości wpada bez zgody którejkolwiek ze stron!

        Taka była opinia Avarralie po ostatniej, pełnej emocji i magii, godzinie życia. Godzinie, która równie dobrze mogłaby być jej ostatnią, gdyby nie asysta ze strony jej… przyjaciółki? Czy mogła nazwać przyjaciółką kogoś, kto jednocześnie widnieje na pierwszym miejscu na liście rzeczy, które są potencjalnym obiadem? Odpowiedź brzmiała niemal na pewno “Tak”, ale niemal robiło wielką różnicę. Szczególnie że pajęcza dama zdołała niemal utonąć. Czy ktokolwiek zdołał już wspomnieć, że woda to zło? Nawet jeśli, to Avarralie nie zamierzała w ciszy ubolewać nad tragedią, do której o mało nie doszło. Zamiast tego, stojąc na piaszczystym wybrzeżu, wykrzykiwała ona coraz to bardziej wymyślne przekleństwa i obelgi… skierowane bezpośrednio na Ocean, który ku jej niewiedzy zwany był Jadeitowym.

- Myślisz, że wybaczę ci to, co mi zrobiłeś?! Co, że niby wpadłam w ciebie, to możesz sobie robić ze mną co tylko ci się podoba?! Może ja nie chciałam być cała przemoknięta, co?! Może wolę powietrze w płucach od ciebie ty… Ty cuchnąca brejo! - Para pajęczych odnóży, z których to pomocą utrzymywała się w pionie, musiały walczyć, coby przemieniona nie uległa grawitacji. Piasek był zdradliwy wobec istoty, która nie posiadała stóp. Uzyskanie stabilnej pozycji było przez to równoznaczne z niemożliwym, szczególnie biorąc pod uwagę to, z jaką zaciekłością Avarralie wykorzystywała zarówno ludzkie ręce, jak i również pozostałe pajęcze odnóża w ramach wściekłego gestykulowania. - Z naszą znajomością koniec! Słyszysz to?! KONIEC!

        Co do tego doprowadziło? Ciężko było stwierdzić. Pół kobieta, pół pająk nie była do końca pewna, co tak naprawdę się wydarzyło, ani kto - albo co - za tym stoi. Jeszcze niedawno była zupełnie gdzie indziej, towarzyszyła dżentelmenowi, jakim był rogaty jegomość o czerwonej skórze oraz swej przyjaciółce. Byli w łodzi, zmierzając do brzegu. Planowali dostać się do Meot… Czemu chcieli tam iść? Czemu w ogóle byli z rogaczem? Przemieniona nie potrafiła sobie przypomnieć, jej myśli wciąż trwały w stanie, który przypominał roztrzaskane szkło rozsypane na podłodze.

        Światło pojawiło się znikąd, a przynajmniej tak to rozumiała. Było coraz jaśniejsze, aż w końcu jego siła była w stanie onieśmielić nawet słońce. Zamknęła wtedy oczy - jej instynkty ochroniły jej wzrok pomimo tego, że drobny kawałek szaleństwa kazał patrzeć w niespodziewany spektakl. Gdy światło znikło, była już zupełnie gdzie indziej - powietrze wypełniał zapach soli, szum fal oraz świszczący dookoła niej wiatr. Nim dotarło do niej, że nie ma pod nią podłoża, jej ciało wpadło z pluskiem wprost do wody. Nawet najbardziej skrajne szaleństwo nie mogło powstrzymać najbardziej podstawowych reakcji, które jej ciało podjęło w walce o życie. Spróbowała otworzyć oczy, a słona woda sprawiła, że poczuła ból porównywalny z żywym ogniem. Próbowała złapać oddech, lecz jedyne, co zdołała zrobić, to zachłysnąć się skrawkiem oceanu, który otaczał ją z każdej strony. Jej ręce były jedynymi kończynami, którymi mogłaby spróbować wypłynąć na powierzchnie, ale niestety sztuka pływania była jej obca, a nawet jeśli nie, to jedyne, co potrafiła w tamtej chwili zrobić, to machać nimi, szukając czegokolwiek, co mogłaby złapać.

        Mogła wtedy zginąć jak wiele innych, których życie zdołał pochłonąć bezlitosny żywioł. Ale jej umysł nie myślał o tym. Jedyne, co było w jej głowie, to nieludzki skowyt pełen strachu i zmartwień. Nie widziała bowiem Skarbeńka, ani nie czuła jego obecności przy sobie. Bała się o swoje maleństwo. Co, jeśli ono też wpadło do wody? Jej dziecię mogło być w niebezpieczeństwie. Jej dziecię ją potrzebowało. To, że ignorowała swoje własne dobro, było zarazem powodem, dla którego nie poddała się. Walczyła tak długo, jak tylko mogła, a gdy już nie mogła, a świat zaczęła otaczać ciemność, jej myśli krzyczały w panice o tym, co mogło się dziać z jej pajęczą pociechą.

        Następną rzeczą, jaką pamięta Avarralie, był smak morskiej wody oraz intensywny zapach róż. Gdy otworzyła oczy, ujrzała twarz Nimfei na tle pomarańczowego nieba ozdobionego chmurami. Trochę to trwało, nim przemieniona odzyskała w pełni świadomość, choć nawet wtedy szaleństwo przyćmiło jej zdolność pojmowania tego, co się wydarzyło. Dopiero jej łuskowata przyjaciółka zdołała wytłumaczyć, co się stało. Obydwie wpadły do wody, a odległość między nimi była na tyle spora, że kobieta obdarzona płetwami ledwo zdołała przypłynąć na czas. Nimfea zdołała wyciągnąć pajęczycę na brzeg, a ta przebudziła się i zaczęła oddychać po drobnej zachęcie, jaką była para pięści zderzająca się z jej torsem. Metoda, choć pozostawiła już widoczne siniaki na delikatnym ciele Avarralie, była skuteczna.

        Pierwszym instynktem chitynowej kobiety było paniczne powstanie na własne, pajęcze nogi i rozglądanie się za istotą, bez której istnienie traciło sens. Bardzo szybko okazało się, że Skarbeniek był tuż obok i miał się dobrze, choć też był przemoknięty. Najprawdopodobniej trafił na tyle blisko brzegu, że tafla wody nie stanowiła zagrożenia dla stawonoga jego rozmiarów. Jeden pajęczy uścisk później, i tak oto zatoczyło się koło historii, albowiem w tym momencie Avarralie rozpoczęła swój pełen nienawiści wywód skierowany w taflę wody.

- I żebym więcej cię nie widziała na oczy przy moich dzieciach!

        W ten sposób zakończył się monolog pajęczej matki. Pewnie trwałby on dłużej, gdyby nie to, że jej gardło było niezdolne do dalszego wrzasku. Nawet nie chodziło o ból - ten był przyjemnym bodźcem dla spaczonego umysłu - a o to, że Avarralie czuła się bardzo słabo i było to po niej widać. Ledwie obróciła się w stronę Nimfei oraz ogromnej tarantuli, a już nieomal padła na piasek, cudem jedynie unikając tego losu. Jej ruchy były ociężałe, a każdy krok chwiejny. Gdy znalazła się tuż obok, Nimfea mogła zobaczyć kolejne objawy tego, że z przemienioną nie było dobrze. Jej cera była blada, a przynajmniej bardziej blada niż wcześniej. Gęsia skórka pojawiła się na ludzkich częściach jej ciała, a skoro o ciele mowa, to cała pajęczyca drżała, czemu towarzyszył odgłos szczękających zębów. Jej włosy oraz nieliczny materiał zakrywający jej ciało były wciąż przemoknięte, a ściekające po niej krople wody mieniły się w blasku zachodzącego słońca. W jej włosach, jak i również na jej plecach, wciąż było widać piasek, na którym nie tak dawno leżała.

- N-nie wiem jak ty, ale… Nadchodzi noc, mój kwiatuszku, co b-brzmi jak idealny moment na zasłużony s-sen. - Ciężko było powiedzieć, czy Avarralie celowo ignorowała zimno, które przeszywało jej ciało, czy może też brak piątej klepki sprawił, że była niezdolna do zauważenia problemu, z którym borykał się jej organizm. - Trzeba tylko z-znaleźć jakieś miłe, wygodne… i c-ciepłe miejsce.

        Z uśmiechem na ustach, który dygotał wraz z resztą jej wychłodzonego ciała, Avarralie rozejrzała się dookoła. Z jednej strony był bezkresny ocean, a po bokach ciągnęła się plaża, której końca nie było widać. Stosunkowo niedaleko malował się zarys nadmorskiego miasta, lecz pajęczyca niemal natychmiast skierowała swój wzrok z dala od siedliska ludzi. Zamiast tego zaczęła wpatrywać się w las, od którego dzieliło je kilka minut drogi, a który rozrastał się w głąb kontynentu.

        Bez słowa postawiła pierwszy krok w kierunku roślinności, lecz jedyne, co w ten sposób uzyskała, to utracenie równowagi. Runęła przed siebie i tylko jej ręce, wsparte przez liczne pajęcze odnóża, sprawiły, że nie wylądowała twarzą w piasku. Zarówno jej oddech, jak i tętno przyspieszyły w obliczu potencjalnej kolizji. Próbowała się podnieść, ale nim to nastąpiło, Skarbeniek zjawił się tuż obok niej, kładąc się tak blisko, jak tylko mógł. Nie wydobył się z niego żaden dźwięk, ale jego samozwańcza matka i tak zrozumiała ofertę wielkiego pająka. Po kilku chwilach wysiłku Avarralie znalazła się na ciele tarantuli. Ogromny odwłok i głowotułów były niczym łóżko, na którym ciało przemienionej znalazło spokój oraz wygodę. Najważniejsze było jednak to, że nie musiała dzięki temu się przemęczać, choć to raczej chodziło po głowie tylko Skarbeńkowi, który najwyraźniej martwił się o swoją dygoczącą z zimna panią.

        W ten oto sposób Skarbeniek ruszył do lasu wraz z Avarralie na grzbiecie i Nimfeą u boku, choć ta ostatnia nie miała zbytnio wyboru - gdy tylko przestawała iść, wielka tarantula zatrzymywała się i spoglądała w jej stronę swoimi ślepiami tak długo, aż ta nie zaczęła znów iść u boku pajęczaka. Syrena czuła w tym zachowaniu niemą groźbę, odradzającą ucieczkę lub pozostawienie pajęczej pary na pastwę losu. W ten sposób zaczęli wspólnie oddalać się od plaży, wchodząc coraz głębiej między drzewa w poszukiwaniu dobrego miejsca na sen.





        Nie minęło długo, nim słońce całkiem skryło się przed światem, a teren dookoła nich spowiła ciemność. Jedynie światło gwiazd i księżyca, które zdołało przedrzeć się przez korony drzew - a także ogień tańczący w ognisku, w przypadku ludzkiego mężczyzny - sprawiało, że można było cokolwiek zobaczyć. Niedobór bodźców wizualnych potęgował odgłosy lasu oraz zapach, który zaczął unosić się w powietrzu. Miodowy aromat feromonów, które roztaczała wokół siebie Avarralie, przeplatał się z intensywną, różaną wonią, która wydobywa się z jaskrawych włosów Nimfei. Ten bukiet zapachowy niósł się daleko, tak daleko, że był pierwszym ostrzeżeniem dla ronina, że coś nieludzkiego zbliża się w jego kierunku. To, że zapachy te nie były naturalne, potęgował fakt, że różana woń oddziaływała na jego nos w sposób, który graniczył z magią. Niczym syreni śpiew, zapach żądał uwagi ze strony Musashiego, kusząc go do tego, aby odnalazł źródło woni. Rzecz jasna było to uczucie, któremu mógł i bez wątpienia dałby radę się oprzeć, nawet jeśli jego nos mówił, aby zatracić się w tym, co próbowało na niego oddziaływać.

        Tymczasem Avarralie wraz z Nimfeą i Skarbeńkiem dalej przemierzali las. Na początku błądzili bez konkretnego celu, co było widać po tym, że tarantula, która była na przodzie, bardzo często zmieniała kierunek. Minęli już wiele miejsc, które w ich wypadku uszłyby za wystarczające; gdzie trawa była gęsta, a podłoże wydawało się w miarę równe. Ale mimo to szli dalej. Wszystko przez to, że pajęcza dama wcześniej wspomniała o ciepłym miejscu do spania, co jej pajęcze dziecię wzięło sobie do serca. Szczególnie, że z Avarralie najwyraźniej nie było dobrze. Mimo tego, że wpadły do tej samej, chłodnej wody, Nimfea czuła się jedynie zmarznięta, a tymczasem pół kobieta, pół pająk wyglądała, jakby przewlekła choroba zaczęła męczyć jej organizm. Jej ręce i odnóża były tak blisko jej ciała, jak tylko było to możliwe, a oczy były przymknięte. Była bez wątpienia przytomna, co jakiś czas bowiem próbowała znaleźć większy komfort, a nawet spoglądała na Nimfeę, uśmiechając się do niej raz na jakiś czas. Mimo tego pozostawała cicho - nawet jeśli chciała coś powiedzieć, nie czuła się na siłach, aby spędzić czas na rozmowie z jej najdroższym kwiatuszkiem, jakim była przemieniona syrena.

        W międzyczasie dało się zauważyć, że wszelkiego rodzaju pająki, które w przeciwieństwie do Skarbeńka były normalnych rozmiarów, zaczęły podążać za nimi. Dziesiątki, jeśli nie setki pajęczaków, które przywołane zostały przez miodową woń pajęczej matki, bezszelestnie podążały za przemienionymi kobietami, a z każdą chwilą kolejne postanawiały dołączyć do grupy. To było kolejne ostrzeżenie, jakie otrzymał ronin. Nienaturalny widok, jakim były nietypowe ilości pająków, przemknęły niedaleko niego, a blask ogniska pozwolił mu zaobserwować to zjawisko bez trudu. Drobne żyjątka kompletnie ignorowały człowieka i najwyraźniej tylko fakt, że był blisko ogniska, sprawił, że te nie przechodziły tuż obok niego. Wszystkie kierowały się w tę samą stronę - w stronę plaży, a zarazem w stronę, z której dochodziły intensywne zapachy.

        W końcu nastał moment, który zadecydował o spotkaniu między człowiekiem a potworami. Blask ognia przedarł się przez roślinność i dotarł do pajęczej dwójki i rybiej towarzyszki. Tarantula natychmiast zaczęła iść szybciej, kierując się wprost do źródła światła, które mogło oznaczać ciepło. Gałęzie i roślinność trzaskały pod pajęczymi odnóżami, które przestały dbać o ciszę i dyskrecję, którą ciężko było zachować przy obecnym tempie. Odgłosy zbliżających się istot były zarazem ostatnim ostrzeżeniem, jakie otrzymał ronin. Avarralie, choć nie czuła się lepiej, była zaciekawiona światłem i to na tyle, by siłą woli zmusić swoje ciało do posłuszeństwa. Z trudem zdołała podeprzeć się swoimi dłońmi o Skarbeńka, w efekcie podnosząc swój tułów ku górze, z dala od wygody, jaką oferowała chityna Skarbeńka. Jej wyprostowana głowa wpatrywała się naprzód, w miejsce, do którego zmierzali. Byli już tak blisko, że jedynie kilka drzew i krzewów stało między nieludzką trójką, a światłem wydobywającym się z ogniska.

        Już nie było odwrotu od tego, co miało nastąpić. Skarbeniek jako pierwszy zjawił się w polu widzenia ronina. Tarantula wyglądała bardzo zwyczajnie, gdyby nie liczyć tego, iż była tak ogromna, że wysokością była porównywalna z niedźwiedziem, gdyby liczyć od łap do grzbietu. Pajęczak, gdy tylko zauważył, że po drugiej stronie ogniska jest żywy człowiek, zamarł w miejscu. Jedynie liczne, bezduszne oczy, które wpatrywały się w Musashiego, były dowodem tego, że pająk jeszcze żył i po prostu postanowił nie ruszać się w obliczu niespodziewanego. Tego samego nie można było powiedzieć o hybrydzie, która znajdowała się na grzbiecie tego ogromnego stworzenia.

        Avarralie, gdy tylko doszło do spotkania, podniosła się jeszcze bardziej, coby móc ujrzeć człowieka bez wyginania swej szyi w niewygodny sposób. Z odwłokiem wciąż usadowionym na grzbiecie tarantuli oraz ludzkimi dłońmi wciąż opierającymi się o ciało pająka pod nią, pajęcza dama spoglądała na człowieka, a jej szeroko otwarte oczy zdradzały ciekawość, jaka zatliła się w jej umyśle. Po chwili przechyliła głowę na bok, nie przerywając przy tym kontaktu wzrokowego. Gest był niemal zwierzęcy, gdyby nie to, że jej usta w międzyczasie wykrzywiły się w uśmiech, który wyglądał przyjaźnie, a przynajmniej tak przyjaźnie, jak to było możliwe w obecnej sytuacji.

        Liczne odnóża wyrastające z jej pleców zaczęły się ruszać, o ile ruchem nazwać można było pojedyncze drgnięcia i niewielkie zmiany ułożenia. Po chwili pajęcze kończyny, których zakończenia przypominały ręce, zbliżyły się do jej twarzy i poprawiły przemoknięte włosy, by te nie zasłaniały pola widzenia pajęczej damy. Gest był do bólu ludzki, co kontrastowało mocno z tym że kończyna, która go dokonała, z człowieczeństwem nie miała nic wspólnego. Wciąż jednak panowała cisza, której Avarralie z jakiegoś powodu nie chciała przerywać. Czyżby czekała na dalszy rozwój wydarzeń, nim zdecyduje o losie nowo spotkanego człowieka? A może też nie czuła się na siłach, by rozpocząć rozmowę z nieznajomym? Jej wciąż drżące ciało, przez które przechodziły dreszcze przy każdym mocniejszym ruchu wiatru, sugerowało, że powodem ciszy równie dobrze może być stan, w jakim znajdowała się przemieniona. Czyżby nie miała siły, by wydusić z siebie choćby jedno słowo?

Czas pokaże.
Awatar użytkownika
Nimfea
Szukający drogi
Posty: 27
Rejestracja: 5 lat temu
Rasa: Przemieniony
Profesje: Inna
Kontakt:

Post autor: Nimfea »

To była chwila. Dziwny, zielonkawy pył, który przybył znikąd, został w mgnieniu oka rozwiany przez pęd powietrza. Dopiero po chwili zrozumiała, że wpadła do wody, ale nie takiej, jaką znała. To nie było jezioro, wszystko się ruszało i ten słony posmak przywoływał strzępki odległych wspomnień. Nawet piasek na dnie był inny, to wszystko przyprawiało syrenkę o szybsze bicie serca i gotowość do ucieczki, a jednak nie mogła nic zrobić, powoli opadła na dno oddając swoje ciało we władanie morskim prądom. Od niechcenia podniosła wzrok ku powierzchni i spostrzegła Avarralie walczącą o życie. To dało jej siły, by wstać i pomóc koleżance. Musiała zabijać ludzi, by żyć, ale teraz miała okazję zrobić coś odwrotnego, coś, co mogłoby odkupić choć jedną z jej ofiar.
Wszelkie błony na jej ciele delikatnie falowały w miarę pełnych gracji syrenich ruchów wynoszących ją coraz to wyżej, ku powietrzu. Pajęczyca już zaczęła tonąć, jej siły opadały, chwyciła ją w ostatniej chwili. Dobrze, że sama mogła oddychać pod wodą, bo tylko będąc niemal w pełni zanurzoną mogła utrzymać twarz tej wariatki nad wodą.
Różowowłosa w końcu dotarła do plaży wraz ze swą towarzyszką, którą wyciągnęła całkiem z wody, a sama, nieco zmachana, usiadła przy brzegu, będąc w połowie zanurzoną. Avarralie powoli odzyskała przytomność z drobną pomocą syrenki, która pokrótce opisała jej sytuacje, w jakiej się znalazły. Gdy pajęczyca już wszystko sobie w głowie poukładała, zaczęła wygrażać oceanowi i go przeklinać. Bo to był ocean albo morze? Nimfea nie miała pewności, na pewno jedno z tych dwóch. Ciężko było w ogóle myśleć przy tych pełnych nienawiści krzykach. Demonica nie zamierzała tego komentować, postanowiła po prostu to przeczekać, a potem może znaleźć jakieś ujście rzeki i… ruszyć w stronę domu. Czuła się dziwnie źle w nieznanym miejscu, przywykła do bycia potworem z Błyszczącego Jeziora, ale z jakiegoś powodu przerażała ją myśl o staniu się nim gdzie indziej.
Spojrzała za siebie na przemienioną i zauważyła, jak ta ledwo chodzi. Dziewczyna westchnęła, nie mogła jej tu zostawić samej, przynajmniej póki nie dojdzie do siebie. Niestety nie miały żadnego koca do okrycia, Nim nawet nie miała ubrania, które mogłaby pożyczyć Av. Na dodatek słońce rozpoczęło wędrówkę za horyzont, co wcale nie polepszało ich sytuacji.

- Tak, naciskając na ciepłe – odpowiedziała ze smutkiem, bo zaczęły ją męczyć pesymistyczne myśli. Tak wiele rzeczy mogło pójść nie tak, Nimfea zaczęła się obawiać o życie koleżanki i już nawet wyrzucała sobie, że nie może jej pomóc. – AV? – Szczerze się wystraszyła, widząc, jak pajęczyca straciła równowagę.

Niezgrabnie podeszła bliżej, podnosząc płetwy na tyle wysoko, by nie wywinąć orła. Nie cierpiała tej pośredniej formy. Mogła chodzić, ale było to trudne i powolne, na dodatek często sama sobie stawała na nogi. W każdym razie doczłapała do ciemnowłosej i sprawdziła jej stan na tyle, na ile niemal kompletny laik w dziedzinie medycyny mógł ocenić zdrowie drugiej osoby. Na pomoc przybył ogromny pajęczak. Nim nigdy nie myślała, że pajęczaki mogą być takie… czułe? Brzmiało to dość dziwnie, ale na to wyglądało. Przynajmniej mogły teraz ruszyć na poszukiwania ciepłego schronienia. Oczywiście osiem nóg wygrywało z parą płetw. Nimfea wlokła się kawałek dalej za Skarbeńkiem, który co chwilę na nią spoglądał, jakby chciał ją pogonić.

- No idę no! Szybciej nie mogę… – powiedziała bliska płaczu. To wszystko ją przytłaczało, nawet pół kobieta, pół pająk miała kogoś, kto o nią dbał, nawet jeśli to niezdrowo przerośnięta tarantula. Natomiast syrenka czuła okropną pustkę, na dodatek to, że musiała kroczyć tym kaczkowatym krokiem, dobijało ją, bo stale przypominało o formie, w jakiej została uwięziona przez ten przeklęty, niewydarzony rytuał.

Wysokie trawy i skryte w nich, wystające korzenie drzew kilka razy zaatakowały biedną łuskowatą, która za każdym razem padała jak długa, nabijając sobie kilka nowych siniaków do kolekcji. Na dodatek Skarbeniek chyba sam nie wiedział, gdzie idzie, ale Nim była na tyle zmęczona, że po prostu bez słowa z pełną obojętnością podążała za stawonogiem swoim ślimaczym tempem. Podczas tej całej wędrówki przemienione wymieniły ze sobą jedynie kilka uśmiechów, równie słabych, jak one.
Nagle w oddali dostrzegły wyraźny blask, prawdopodobnie ognia, którego teraz bardzo potrzebowały. Naturalnie więc, że ruszyły w jego stronę, choć Nim zaczęła z obawą myśleć o tym, kogo tam zastaną. Ucieknie? A może będzie jeszcze dziwniejszy niż one? Albo gorszy…
Tarantula się zatrzymała, co pozwoliło Nimfei ją dogonić. Nie słyszała krzyków, przynajmniej na razie, co było dziwnie… niepokojące. Zwłaszcza gdy dotarła do miejsca, gdzie stała Av i spostrzegła ronina.

- Człowiek – odetchnęła w myślach, po czym również wyszła zza krzaków. Między nimi nastała dziwna cisza. Nie lubiła czegoś takiego, więc postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce i ją przerwać. – Cześć…? – zaczęła niepewnie, nie chciała go spłoszyć, teraz to nie było konieczne. – Czy możemy się ogrzać? Moja koleżanka Avarralie jest zziębnięta i ten… - Zdenerwowana i pozbawiona pewności siebie zaczęła stukać lewym palcem wskazującym o prawy, a wzrokiem uciekła gdzieś na bok. – No… A w ogóle to Nimfea jesteeEEE! – chciała się przedstawić i przy okazji podejść bliżej, ale po raz kolejny się potknęła i runęła na ziemię. Wcześniej to sobie mogła, ale teraz? Tak przed obcym dać popis swojej ciamajdowatości? Było jej okropnie głupio, wstała najszybciej, jak to możliwe i wbiła wzrok w ziemię, udając, że do tego nie doszło. Rumieniec wstydu jednak mówił sam za siebie.
Awatar użytkownika
Musashi
Zbłąkana Dusza
Posty: 5
Rejestracja: 1 rok temu
Rasa: Eravallian
Profesje: Najemnik , Ochroniarz , Włóczęga
Kontakt:

Post autor: Musashi »

Nie minęło dużo czasu i prowizoryczny szaszłyk był gotowy. Nie było to dużo, ba - było to dosyć mało. Musiało mu jednak wystarczyć do rana, wtedy miał zamiar ruszyć nieco dalej w las i poszukać jakichś owoców lub grzybów, które mogłyby urozmaicić jego na tę chwilę ubogą, mięsną dietę. Ronin doskonale zdawał sobie sprawę z potrzeby urozmaicenia tego, co spożywa, by pozostać zdrowym i silnym. Nie mógł sobie pozwolić na chwilę słabości czy to w podróży, czy w walce. Teraz jednak nie było mowy o oddaleniu się od ogniska. Noc sama w sobie była niebezpieczną porą. Mnóstwo nieciekawych istot wychodziło wtedy na łowy, szukając niepozornych stworzeń mogących stanowić łatwy łup. Nawet on, doświadczony wojownik, był dla nocnych łowców stosunkowo łatwą zwierzyną. Światło księżyca było w znacznej mierze zablokowane przez konary drzew, a przez to nie był w stanie spostrzec odpowiednio wcześnie przeciwnika. Musiał polegać jedynie na słuchu, ewentualnie węchu, albowiem niektóre istoty leśne potrafiły wydzielać dosyć silne zapachy. Na nieszczęście, tylko niektóre. O wiele większe szanse w konfrontacji miał przy ognisku, które nie dosyć, że odstraszało większość mogących mu zrobić krzywdę niemilców, to jeszcze dawało dosyć potrzebne w razie walki, niewielkie - ale jednak - oświetlenie. Z tych powodów zdecydowanie rozsądniejszym było poczekać do rana i wtedy ruszyć, niźli ryzykować teraz. Do tych powodów, jednakże, miał zaraz dojść jeszcze jeden.

Jedzenie nie zajęło mu długo. Po kilkusznurowym marszu z Turmalii kiszki mu marsza grały, a wiadomo, że nic tak nie wspomaga prędkości spożywania posiłku jak głód. Ewentualnie krótki czas na pożywienie się, ale w tym przypadku mógł sobie na to darować tyle czasu, ile chciał, choć nie zamierzał. Delektowanie się żywnością było wbrew jego filozofii życiowej, według której nie powinien on przywiązywać takim rzeczom uwagi, czy też się nimi delektować. Żywność była żywnością, rzeczą konieczną do przetrwania; nie zaś jakimkolwiek celem, tylko środkiem do tegoż. Nie istniał więc żaden powód, żeby miał w jej kategorii aspirować wyżej poza najzdrowszym i najlepszym wyborem dla swojego ciała. Nic ponad to. Tak czy owak, kiedy szaszłykowy patyk skończył już w skwierczącym, dobrze palącym się ognisku, z którego wydobywały się dosyć widoczne słupy ognia, Eravallanin postanowił odbyć swój cowieczorny, medytacyjny rytuał. Ułożył się z pozycji leżącej do siadu skrzyżnego dosyć powoli, upewniając się, czy na pewno ogień nie jest za duży - w końcu nie chce, by go było widać z drogi - oraz czy w pobliżu ogniska nic nie czyha. Rzecz jasna, miał cały czas koło siebie swój miecz, gdyby cokolwiek ośmieliło się go zaatakować. Zajęło mu to kilka minut, w końcu nie mógł polegać jedynie na wzroku, a musiał też skupić się na słuchu. Wychwytywanie podejrzanych dźwięków w leśnej ciszy nocnej nie było łatwe. Pomagało to jednak wdrożyć mu się w jego medytację wieczorną. Była ona na tyle specyficzna, że polegała na "odłączeniu" niepotrzebnych bodźców w umyśle i powolnym wyłączeniu organizmu wraz z wyostrzeniem zmysłów, takich jak słuch czy węch. Rzecz jasna, taki stopień perfekcji w manipulacji własnym ciałem wymagał nie lada praktyki i nawet Musashi dobrze znający sztukę Amani nie był w stanie aż tak kontrolować swoich odruchów czy tego, jak działa jego organizm. Dlatego też jego medytacja dawała dosyć umiarkowane skutki, choć - warto podkreślić - dawała jakieś skutki. Co prawda nie potrafił na tyle się "wyłączyć", by dosłownie móc zasnąć z możliwością przebudzenia się w chwili, kiedy tylko wychwyci najmniejszy szelest odbiegający od normy, ale mógł wyciszyć się na tyle, by móc dosyć szybko zasnąć, będąc dalej podświadomie czujnym na wszelakie hałasy i zapachy. Zwykle w takim stanie nie śnił, ale sny nie były mu potrzebne. Dla niego nie miały żadnego znaczenia, sen miał za zadanie jedynie dać ciału się zregenerować i wypocząć, nic poza tym.

Musashi miał nadzieję na spokojną noc. Czuł zmęczenie swojego ciała i chciał następnego dnia dojść już do jakiejś wioski, gdzie byłby w stanie chociaż przenocować, jednakże gdy tylko położył swoje ręce na kolanach, przygotowując się do snu, odczuł, jakby coś go ukuło w nos. Może nie ukuło, raczej... poczuł bardzo specyficzny zapach. Powoli otworzył powieki na dosłownie pół palca, w ślimaczym tempie przesuwając swoje spojrzenie po okolicy przed nim. Wyczuwał, że tenże różany zapach dochodzi właśnie gdzieś stamtąd, choć mogła to być dywersja. Powoli się odwrócił i spojrzał za siebie. Pusto, a przynajmniej w teorii. Zapach natomiast z sekundy na sekundę nasilał się. Co więcej, dołączył do niego jeszcze jeden. Mniej wyraźny, a może... mniej kuszący. Miodowy, choć Musashi doskonale sprawdził przed rozłożeniem swojego obozu, czy nie ma żadnego ula w pobliżu. Pszczoły potrafią być bardzo denerwującymi sąsiadami. Oznaczało to, że coś się zbliża. Biorąc pod uwagę, jak bardzo wyraźny stawał się zapach róż - coś niebezpiecznego. Ronin starł się z wieloma istotami magicznymi, które potrafiły w różnoraki sposób kusić swoje ofiary. Mniej lub bardziej inteligentnymi. Starł się też z wieloma istotami magicznymi, które odstraszały swoim zapachem potencjalnych drapieżników.

Wiedział zatem doskonale, że cokolwiek wydziela tak przyjemny zapach, urodziło się, by polować. Szczególnie, że woń, którą odczuwał, wydawała się specjalnie zaprojektowana do kuszenia ludzi. Rzecz jasna, to był jego domysł związany z tym jak bardzo go ciągnęło przed siebie i jak bardzo musiał stawiać opór, by usiedzieć na miejscu. Nawet zmienił swoją pozę dosyć gwałtownie i szybko, z siadu skrzyżnego na siad na klęczkach, z zaciśniętymi pięściami. Tak mocno, by paznokcie ronina wbijały mu się w skórę. Nie na tyle, by ją przeciąć, ale na tyle, by to czuł. Starym i sprawdzonym sposobem wielu wojowników na niechciane bodźce było wywołanie jeszcze jednego. Nie zawsze, co prawda, to działało, ale w tym przypadku w pewnym sensie uśmierzyło "ból" spowodowany kuszącą wonią wydobywającą się gdzieś z lasu. Rzecz jasna, nie oznaczało to, że nie był cały czas czujny. Jego zmysły były czujne, jego mięśnie napięte jak struna, gotowe do skoku z mieczem w ręku na wroga, który mógł się ujawnić w każdej chwili.

Zobaczył. Kątem oka, bowiem wpatrzony był przed siebie, ale... niewielki ruch na uboczu, jakby coś niewielkiego się przemieszczało. Było to coś na tyle dużego, żeby to dostrzegł, więc przechylił głowę na lewo, by się upewnić co to takiego. Szybko zdał sobie sprawę z tego, że był w błędzie. To nie tyle było duże, co było dużą grupą małych obiektów. Dziesiątki... tak, chyba dziesiątki bardzo małych istot lub rzeczy przemieszczało się miarowym ruchem w stronę, z której dobiegała woń miodu i róży. Gdy tylko zaczął się gwałtownie rozglądać wokół siebie, odkrył, że tak naprawdę cała masa małych obiektów tam zmierza, obchodząc jego ognisko. To upewniło go o tym, że muszą to być istoty żyjące - boją się ognia. Zarazem go to jednak przeraziło, bo cokolwiek było w stanie przyciągać na raz dziesiątki... Nie, setki żyjątek, nawet tak małych, musiało być potężne. Przerażenie nie było obcym odczuciem dla ronina, wprost przeciwnie. Było to odczucie, które doskonale znał. Każda walka to nie tylko walka z przeciwnikiem, ale i własnymi bodźcami oraz odruchami. Z tym i przerażeniem. "Tylko głupi się nie boi" - zwykł mawiać jego ojciec. Dlatego też, nie zważając na strach, dalej siedział w miejscu i starał się dostrzec, co takiego przemieszcza się w stronę, z której zmierzał, być może, wróg. Udało mu się spostrzec, dzięki Prasmokowi i nieuwadze stworzenia, cień sylwetki jednego z nich. Mały, choć nie malutki, ośmionożny pająk bardzo szybko poruszający się na wszystkich odnóżach. To go napełniło jeszcze większym strachem. Cokolwiek przyciąga pająki, istoty pożyteczne, ale w wielu przypadkach wrogie człowiekowi i po prostu złe, nie mogło być dobre. Napiął jeszcze raz mięśnie, przesuwając z powrotem głowę wprost przed siebie. Kilka kosmyków włosów spadło mu na czoło, jednak nie dbał o to, nie blokowało to jego wizji, a był też w stanie walczyć z rozpiętymi włosami. Gdyby przeciwnik zaatakował w momencie poprawiania włosów, byłby niegotowy, a to mogłoby go kosztować życie. Innymi słowy, nie mógł sobie na to pozwolić. Siedział więc ze swoją nieco roztrzepaną fryzurą, w mocno obtartym kimonie, nie do końca dogolony, spoglądając ostrym jak brzytwa i chłodnym niczym lodowiec wzrokiem wprost. Wyczekując kolejnych bodźców.

W końcu usłyszał. Tętent. Na pewno nie kopyt, ten znał za dobrze. Słyszał już wielokrotnie w mieścinach i na polnych drogach, jakie koń wydaje odgłosy, w galopie czy w kłusie. To było coś innego niż koń. Równie dużego, bo słyszał, jak szybko się przemieszcza i jest w stanie łamać gałęzie oraz gnieść liście pod sobą. Hałas był zbyt zsynchronizowany jak na grupę ludzi chodzącą po lesie. Nawet maszerujące wojsko nie jest w stanie go wytwarzać, nie mówiąc już przy takiej szybkości, a co dopiero inni ludzie. Innymi słowy, były to jakieś istoty wymykające się jego wyobraźni, przynajmniej teraz. Zastanawiał się, czy to nie matka tych pająków, bowiem oba zapachy - miodowy i różany - coraz bardziej się nasilały, z czego różany otumaniał go na tyle, że robiło mu się delikatnie niedobrze. Był w stanie, tylko dzięki sile woli i wieloletniemu treningowi, opanować te nudności i dalej, napięty jak pocisk przed wystrzałem z balisty, obserwować teren bezpośrednio przed nim. Czekał. Sekundę, dwie, trzy. Z każdą chwilą czuł, jak ciało każde mu uciekać lub walczyć coraz mocniej. Jak prosiło go, by spojrzał gdzieś indziej. Zapewne normalny człowiek trząsłby się ze strachu, nie wiedząc co robić. Musashi nie był normalnym człowiekiem. Był wytrawnym wojownikiem, który wiedział, że jedyne co go uratuje, to opanowanie. W pewnej chwili pająki wokół niego zwolniły i przestały się ruszać.

I, nareszcie, wyłonił się. Powoli, jakoby wypełzał z nory, w której się narodził, wyłonił się w świetle ogniska. Wielki, obrzydliwy pająk, spoglądający swoimi wieloma ślepiami, zapewne, na ubranego w stare kimono człowieka przed nim. Ronin szybko ocenił szanse. W razie ataku mógł skutecznie się obronić, bo miał przewagę. Był w takiej pozycji, że chwycenie miecza i cięcie atakującego stwora zajęłoby mu co najwyżej dwie sekundy, tak też dopóki był w defensywie - miał szansę na wygraną. Rozdzielało ich ognisko, które dawało mu dodatkową ochronę, ale zarazem eliminowało możliwość skutecznego ataku. Nie było mowy, żeby Eravallanin nie zajął się ogniem niczym wysuszone siano w momencie próby przekroczenia płomieni przed nim. Innymi słowy, mógł tylko czekać na ruch przeciwnika, wpatrując się w niego z rozszerzonymi od strachu i zaskoczenia ślepiami, choć dającymi do zrozumienia, że on się nigdzie nie wybiera i będzie się bronić, jeżeli zajdzie potrzeba. Jednakże, gdy tylko przyjrzał się bardziej, zdał sobie sprawę, że nie tylko wielgachny pająk jest przed nim. To, co się wyłoniło, było, w pewnym stopniu, czymś jeszcze gorszym, niż pajęczak. Była to bowiem... Pół-kobieta, pół-pajęczak. Tylko lata treningu, doświadczenie w walce z demonami oraz piekielnymi i opanowanie sprawiły, że Musashiego wyraźnie od niej nie odrzuciło, zaś jego jedyną reakcją było przeniesienie wzroku na nią i delikatne zwężenie oczu połączone z delikatnym, w tym świetle niezauważalnym, drżeniem rąk. Bał się. Jego ciało płonęło, krzyczało, by zaatakował, lub zwiał stamtąd póki może. On odmawiał, wiedząc, że jakikolwiek ruch z jego strony w tej chwili będzie błędem. Straci swoją przewagę i wystawi się na śmiertelny cios, a następnie, najprawdopodobniej, umrze. Dlatego siedział. Patrząc prosto w otchłań, czekając, aż mrugnie, choć otchłań ta była niespodziewanie ludzka. Co prawda nie spodziewał się, że pająkokobieta będzie jakkolwiek zasłaniać swoje piersi, ani też że będzie miała na tyle ludzką twarz. Dopiero w tej chwili ronin zdał sobie sprawę z tego, że jego potencjalny przeciwnik jest osłabiony. Bledszy kolor skóry - choć mogła to być cecha rasowa - wskazywała na wyziębienie. Włosy lśniły, najwyraźniej nie były dobrze wysuszone, zaś przy ciele tak wielkim trudno było ukryć drgania ciała. Była mocno wyziębiona i pewnie u młodego ronina wzbudziłaby współczucie, gdyby nie wiedział, co takie potwory potrafią robić z ludźmi. Tym razem, jednak, to nie on był łowcą. Przynajmniej na razie. Jego pozycja nie pozwalała mu na atak, choć...

Jego rozważania przerwało wyjście jeszcze trzeciej istoty. Usłyszał szelest już chwilę temu, ale na tę chwilę nie zwracał na to uwagi, a przynajmniej udawał, że na to nie zwraca. To stworzenie było zgoła inne od pajęczycy. Wróć. Kompletnie inne. To był zupełnie inny gatunek. Przybłęda? Nie, pajęczyca na nią nie zareagowała, wędrują ze sobą. Gdyby się znały, zapewne by się przywitały.
Cóż. Gdyby nie fakt, że łuskowata istota przypominająca bardziej rybę niż człowieka, po krótkiej próbie nawiązania z nim dialogu, wylądowała prosto na twarzy przed nim i ogniskiem. Doprawdy, to mogły być tylko dwie rzeczy. Najdziwniejszy fortel, z jakim się do tej pory spotkał, lub po prostu gapiostwo. Rzecz jasna, wysłuchał jej, bo gdy tylko się wyłoniła, jego wzrok przeszedł na nią, jednakże nie mógł ukryć politowania, które wypisało się na jego twarzy, dla tej istoty. Może dlatego, że w teorii takie "zwrócenie uwagi" na... Nimfeę? Chyba tak się przedstawiła, nieważne. Zwrócenie na nią uwagi mogło sprowokować pajęczycę do ataku, to zaś dawało, ponownie, Musashiemu przewagę. Prasmoku, nawet się zarumieniła. Gdyby to była inna sytuacja, pewnie by westchnął i zastanowił się, gdzie ślepa fortuna go posyła. Teraz jednak przez panią-pająk musiał być na baczności. Spojrzał ponownie na wielkiego pająka przed nim, zziębniętą... Avarralie? Chyba tak ją przedstawiła ta Nimfea; a potem na nią samą. Dziwne trio. Bardzo dziwne. Cicho westchnął. Wbił wzrok w ziemię, dalej bardziej skupiając się na tę chwilę na uszach, a następnie delikatnie, i bardzo powoli, się ukłonił. Musashi nie lubił mówić, gdy nie było potrzeby, a w tej chwili zdecydowanie wystarczyło za gest przywitania się ukłonić. Kiedy równie wolno wrócił do swojej poprzedniej pozy, w iście żółwim tempie wystawił rękę w kierunku swoich tobołków, wyraźnie pomijając swój miecz, a następnie pociągnął do siebie. Gest zaproszenia. W tej chwili i tak nie mógł nic zrobić bez zbędnego narażania się, pozostało więc mu tylko pozwolić obu istotom się rozluźnić. Lub przynajmniej by pomyślały, że on się rozluźnił. Nie wyrzucił z głowy myśli o tym, że są jego wrogami, za wiele razy się z takimi mierzył. Było to zwykłe ustąpienie pozycji celem utrzymania swojej, o wiele lepszej - przynajmniej jego zdaniem. Na razie lepszej, czas pokaże, czy miał rację.
Awatar użytkownika
Avarralie
Szukający drogi
Posty: 26
Rejestracja: 5 lat temu
Rasa: Przemieniony
Profesje: Wędrowiec , Alchemik
Kontakt:

Post autor: Avarralie »

        Źródło światła, do którego dotarli, spełniło swoją nigdy niewypowiedzianą obietnicę - płomyki tańczące w ognisku promieniowały ciepłem, którego niewielkie ilości dosięgały skóry pajęczej damy. Było to przyjemne uczucie, choć jego obecność tłumił niespodziewany element. Człowiek - a przynajmniej coś, co miało wszystkie cechy człowieka, znajdował się po drugiej stronie ogniska, najwyraźniej zaskoczony niezapowiedzianą wizytą.

        Skarbeniek dalej czujnie obserwował obcą istotę. Jego ciało udawało posąg, choć w rzeczywistości wszystkie instynkty stawonoga kazały mu przygotować się do ataku. Wielkie odnóża były gotowe wystrzelić z siłą katapulty, coby móc zatopić szczękoczułki w ludzkim mięsie. Potencjalny wróg, a zarazem prawdopodobna ofiara była na tyle drobna, że prawdopodobnie nie stanowiła zagrożenia, a jej uśmiercenie byłoby dokonane już w trakcie pierwotnego ataku… Czemu więc ogromna tarantula jeszcze nie wykorzystała elementu zaskoczenia?

        Odpowiedzią na to pytanie była Avarralie i miodowy zapach, który roznosiła wokół siebie mimo swojego obecnego stanu. Obecne w pobliżu gatunki, których jad był bez wątpienia niebezpieczny, także trzymały dystans od ronina, jedynie gromadząc się dookoła wśród traw i roślin, coby obserwować rozwój wydarzeń. Żadne nie atakowały, taka bowiem była wola przemienionej, a jej wola była absolutna dla żyjątek, których dosięgły jej feromony.

“Fascynujący. Ten tutaj będzie fascynujący, dzieci moje. Okażcie mu szacunku, czuję bowiem, że on na niego zasługuje”.

        Avarralie, odkąd istnieje w swej formie, wiele już spotkań miała z innymi istotami rozumnymi. Ich reakcje były przeróżne, nieraz popadające we wszelkiego rodzaju emocjonalne skrajności. Strach, obrzydzenie, gniew, ciekawość, to i wiele innych rzeczy miała okazję zaobserwować wśród istot, które napotykała. Ci, którzy próbowali ją zgładzić, byli mile widziani, często bowiem służyli za pożywny kąsek, gdy taki był potrzebny i nieraz się okazywało, że ich wytrenowane do walki ciała niosły ze sobą niezwykle unikatowy smak. Czasami jednak były rzeczy ważniejsze od zaspokojenia jej żołądka, i dotychczasowe zachowanie mężczyzny wskazywało, że na jedną z tych rzeczy nadszedł czas teraz.

        Czy on się jej bał? Podejrzewała, że tak. Mimo tego nie słyszała krzyków paniki uchodzących, ani nie zobaczyła, aby człowiek pochwycił broń, która bez wątpienia była wystarczająco blisko niego, by mógł natychmiast stanąć do walki. Jej umysł zaczął jej podsyłać coraz to bardziej absurdalne powody, które mogłyby być źródłem jego obecnego zachowania. Czy on chciał być zjedzony? A może zamarł, albowiem serce jego na wskroś przeszyła miłość od pierwszego wejrzenia? To były jedne z bardziej logicznych teorii, których przybywało, a z każdą kolejną uśmiech na twarzy chitynowej damy stawał się coraz szerszy, aż w końcu przekroczona została granica między przyjaznym gestem a objawem szaleństwa.

        Nim jednak zdołała wyrzucić z siebie choćby ułamek tego, co chodziło jej po głowie, dołączyła do nich Nimfea. Avarralie, już stosunkowo przyzwyczajona do jej obecności, nawet nie obróciła głowy w stronę nietypowej syreny, gdy ta już w pełni wyszła z ukrycia. To jednak się zmieniło, gdy tylko wodna istota zainicjowała rozmowę. Niemal natychmiast chory uśmiech znikł z twarzy pajęczycy, która z zaciekawieniem zaczęła spoglądać na swoją znajomą.

        Kwiatuszek, czy też Rybeńka, wyglądała słodko, gdy nawiązywała nowe znajomości. Ciekawe, czy w smaku też zrobiła się słodsza? Tego niestety nie będzie mogła potwierdzić, nie zdołała wcześniej bowiem awansować łuskowatej z przyjaciółki na obiad. Czy to aby na pewno było dobre? Avarralie nie była pewna, ale na pewno nie zamierzała żałować. Szczególnie, że nieśmiałość i niezdarność Nimfei były tak oderwane od jej pajęczej codzienności, że skutecznie utrzymywały ją z dala od kompletnego obłędu niczym kotwica, która była punktem zaczepienia dla statku w środku burzy. Pajęcza dama była tego świadoma w nielicznych momentach, gdy jej myśli nie były zaburzone.

        Moment upadku rybiej przemienionej był na tyle zabawny, że z ust Avarralie uszedł słaby i przytłumiony chichot. Już po nim można było łatwo ocenić, że Avarralie naprawdę nie czuła się najlepiej i chyba nawet ona sama w końcu to zrozumiała, wkrótce po tym bowiem spoważniała nieco bardziej, powracając swoim wzrokiem do wciąż obecnego tu ronina. Akurat wtedy zaczął on wyczyniać gesty, które, choć niezwykle ostrożne, wyglądały na przyjazne. Ukłon oraz coś, co najwyraźniej miało ujść za zaproszenie do ogniska. To… zaniepokoiło Avarralie. Bardzo rzadko zdarzało się, że ktoś próbował otwarcie zaprosić ją do siebie. Szczególnie ze względu na to, że mężczyzna, na którego zaczęła patrzeć nieprzychylnym okiem, nie wyglądał na zadowolonego z jej obecności.

        Mina jej spochmurniała, czego w ogóle nie próbowała ukryć. Musiała poznać prawdziwe intencje i zamiary tego, który zaoferował jej miejsce przy ognisku. Na całe szczęście nie minęło długo, nim przez jej głowę przeszedł pomysł równie prosty, co niebezpieczny. Podniosła prawą dłoń, z której pomocą następnie pogłaskała tarantulę w okolicy jej oczu. Gest ten był powolny i wyraźny, a podczas jego wykonywania ani na moment nie przerwała kontaktu wzrokowego z Musashim. Chwilę później, pozornie bez powodu, wielki pająk zaczął powoli kroczyć w stronę ogniska, z jego panią wciąż na grzbiecie. Gdy byli na tyle blisko, że pomarańczowy blask skąpał obydwie istoty swym ciepłem, pająk zatrzymał się dokładnie po drugiej stronie ogniska w stosunku do człowieka. W tym miejscu Avarralie zeszła z grzbietu swojego dziecięcia, choć jej drżące kończyny i odnóża kompletnie nie ułatwiały tego zadania. W końcu jednak znalazła się odwłokiem na podłożu leśnym, gdzie w pełni dotarło do niej, jak bardzo było jej zimno. Najpierw objęła się swoimi ludzkimi rękoma, a chwilę później wszystkie pajęcze odnóża oplotły się wokół jej ciała, choć nawet to nie wystarczało, jeśli brać pod uwagę drżenie przeszywające ją na wskroś.

        Wciąż jednak patrzyła się na ronina, a wzrok jej był ostry i poważny, choć nie przejawiał wrogości czy gniewu. Oczekiwała czegoś, lecz nie mówiła tego na głos, ani nie dawała żadnych wskazówek. A przynajmniej tak było do momentu, aż Skarbeniek zaczął znów się ruszać. Pajęcze odnóża z typową dla tych stworzeń koordynacją sprawiły, że w kilka sekund wielka tarantula okrążyła ognisko, tylko po to, by zatrzymać się tak blisko człowieka, że cały głowotułów był w zasięgu jego ręki. Pająk najwyraźniej patrzył na niego, podobnie jak kobieta, która go najwyraźniej kontrolowała, czekając na to, co postanowi zrobić przedstawiciel rasy ludzkiej w obliczu nieznanego.

        Tymczasem, po drugiej stronie ogniska, Avarralie przemówiła, choć nie odważyła się obrócić w kierunku istoty, do której przemówiła. Ciepło ogniska było zbyt ważne, tak samo jak to, co działo się po jego drugiej stronie, by tracić to z oczu.

- Kw...Kwiatuszku mój najdroższy, zbliż się do mnie. Tylko ostrożnie, cobyś nie powtórzyła swojego upadku w obecności ognia. Taka rybka jak ty bez wątpienia zrobiłaby sobie krzywdę otwartym płomieniem, d-dobrze myślę? - Jej zęby szczękały, gdy przemówiła, a głos jej tylko potwierdzał, że jej organizm nie przeżywał dobrze długotrwałego spadku temperatury. Brzmiała bowiem, jakby musiała walczyć o każde słowo, coby w ogóle mogło ono opuścić jej usta. Mimo tego ton, jakim przemówiła, był przepełniony dobrymi intencjami, zupełnie jakby między nią a Nimfeą trwała wieloletnia przyjaźń. - To byłby zarazem dobry czas, aby porozmawiać, gdyż wcześniej niezbyt miałyśmy na to okazję… Ludzie mają taką tradycję, ż-że spotykają się przy ognisku i opowiadają historię swego życia, dzieląc się zarówno s-szczęściem, jak i smutkiem z innymi zebranymi wokół ognia.… Czyż nie mam racji?

        Ostatnie cztery słowa, zapytanie, skierowane były do ronina zamiast do łuskowatej i były całkowicie pozbawione miłego tonu, którym obdarowana została Nimfea. Wciąż czekała bowiem, aż człowiek zareaguje na Skarbeńka. Patrzyła na niego wzrokiem, który oceniał jego każdy najmniejszy ruch. Testowała go, każąc jej dziecięciu zbliżyć się do niego. Jeżeli postąpi dobrze, będzie można z kim dzielić się historiami, jeżeli nie… coś jej mówiło, że wtedy przestanie być gościnnie i miło.
Awatar użytkownika
Nimfea
Szukający drogi
Posty: 27
Rejestracja: 5 lat temu
Rasa: Przemieniony
Profesje: Inna
Kontakt:

Post autor: Nimfea »

Syrenka wolałaby nie słyszeć chichotu Avarralie, bo trochę ją przybił. Przynajmniej ten obcy mężczyzna jej nie wyśmiał. Z drugiej jednak strony nie miała pojęcia, co o niej pomyślał. Może uznał, że była żałosną fajtłapą? Nim posmutniała i spuściła głowę w dół.
Nieco odetchnęła z ulgą, widząc zapraszający gest mężczyzny. W sumie to nawet się tego nie spodziewała. Pozytywnie zaskoczyło ją, że taki zwykły człowiek, jak założyła, ma w sobie tyle odwagi. Widziała, że się ich boi, a jednak nie uciekł. Gdyby tylko jeszcze był bardziej rozmowny… Ale kim ona była, by stawiać wymagania? I tak już trafiło się ślepej kurze ziarno. Miała zamiar się dosiąść, ale najpierw spojrzała na swoją koleżankę, co też zamierza uczynić.
Pajęczyca powoli podeszła na grzbiecie swojego towarzysza, ale Nim nie przypuszczała, że znajdzie siły, by stanąć o własnych nogach.

- Uważaj… - powiedziała niepewna swych słów. Z jednej strony szkoda jej było brunetki i nie chciała, aby ta wpadła w ognisko, a z drugiej bała się, że może ten cichy wyraz troski zostanie źle zrozumiany. Na dodatek pajęcza dama wciąż drżała, ogień mógł być niewystarczający. – Masz może jakiś… koc? Cokolwiek, czym można by było ją okryć? – spytała ronina.

W tym momencie, przywołana w jakiś tajemniczy sposób przez Av, gigantyczna tarantula przemknęła obok Nimfei, która z trudem zachowała równowagę. Westchnęła dyskretnie, widząc jak miejsca obok mężczyzny zostały zajęte. Też chciała być obok… kogoś ludzkiego. W końcu jej demoniczna przyjaciółka była zupełnym tego przeciwieństwem nie tylko w kwestii wyglądu, ale i umysłu ogarniętego szaleństwem. Już miała usiąść sobie tu, gdzie stała, gdy pajęczyca postanowiła ją zawołać.

- Tak… - odpowiedziała na jej pytanie, ostrożnie stawiając płetwy. Trwało to chwilkę, ale w końcu zdołała przycupnąć obok koleżanki.

Temat opowiadania historii przy ognisku był w tej chwili dość absurdalny, ale przypadł byłej naturiance do gustu. Uśmiechnęła się lekko i znów przytaknęła. W międzyczasie poprawiła też włosy, wyciskając z nich wodę, co chwilowo spotęgowało różaną woń.

- Najpierw chyba dobrze by było się poznać, my swoje imiona już wyjawiłyśmy… Jak się do ciebie zwracać? – spytała Eravallana.

Odczekała chwilę na odpowiedź, po czym zaczęła rozważać, jaką historię mogłaby opowiedzieć. Cofnęła się w myślach do początku swojej przeszłości; była okryta licznymi, czarnymi plamami, ale słony posmak wody przywoływał nieprzyjemne uczucia. Jej ludzcy rodzice byli miłym wspomnieniem, nawet się uśmiechnęła, przypominając sobie ich twarze. Nie trwało to długo, dotarło do niej, co się z nimi stało; coś, czego nie chciała pamiętać, a co było niczym drzazga w sercu. Różowowłosa ukryła głowę w kolanach. Miała nadzieję, że mężczyzna nie zauważy tych kilku łez spływających po jej policzkach. Nie dość, że wyszła przed nim na kompletną ciamajdę, to teraz jeszcze na beksę? Nie mogła do tego dopuścić. Kątem oka sprawdziła, czy na nią patrzy i pozbyła się wszelkich dowodów jej załamania. No może poza zaczerwienionym noskiem, o czym zapomniała, a czego ukryć tak łatwo nie mogła. Musiała jakoś dojść do siebie, bo jeśli będzie miała cokolwiek powiedzieć, to, kto wie, czy nie przyjdzie kolejna fala rozpaczy i wszystko zdradzi. Zaczęła więc nucić jakąś melodię, którą kojarzyła ze skrytego za mgłą dzieciństwa. Nawet jeśli teraz była demonicą, to głos jej wciąż był typowo syreni, czysty i piękny. Momentami miała ochotę użyć słów znanej jej piosenki, ale jej brak pewności siebie skutecznie to uniemożliwił. W każdym razie to pomogło. Udało jej się skupić myśli na czym innym i uspokoić.
Awatar użytkownika
Musashi
Zbłąkana Dusza
Posty: 5
Rejestracja: 1 rok temu
Rasa: Eravallian
Profesje: Najemnik , Ochroniarz , Włóczęga
Kontakt:

Post autor: Musashi »

Musashi, pomimo pojawienia się jeszcze Nimfei, większą uwagę poświęcał Avarralie, niż Nimfei. Dosyć szybko wyeliminował tą drugą jako źródło szczególnego zagrożenia w obecnej chwili. Nie oznaczało to, że całkowicie wykluczył, iż może być niebezpieczna. Jeszcze nie miał do czynienia z takim stworzeniem i jego intuicja podpowiadała mu, żeby był ostrożny wobec niej. Jednakże ta sama intuicja wręcz krzyczała z powodu "Pani-Pająk". Kontrola nad leśnymi stworzeniami oraz wielkim włochatym potworem z ośmioma odnóżami ewidentnie nie była czymś, co łatwo można było osiągnąć. Prócz tego w bezpośredniej walce bez problemu mogłaby go po prostu przygnieść - to ona była w tej chwili największym problemem i to na niej należało się skupić. Poza tym, rybopodobna kobieta najpewniej była przystosowana do życia w wodzie. Innymi słowy - jej możliwości walki na lądzie najpewniej były ograniczone.

Ronin nie spuszczał wzroku z Avarralie. Jego spojrzenie nie wyrażało emocji - w tej chwili jedynie mogłoby sprowokować pajęczycę do ataku. A tego, broń Prasmoku, człowiek ewidentnie nie chciał. Patrzył na nią jednak bardzo uważnie, jakby próbując wzrokiem wychwycić i przeanalizować każdy zakątek jej człowieczo-pajęczego ciała. Mogła to odebrać różnorako, nawet jako wyraz pociągu Musashiego wobec niej - co było oczywiście dalekie od prawdy - jednak nie o to mu chodziło. Chciał się upewnić, czy pajęczyca na pewno jest na tyle osłabiona, na ile mu się wydaje. Dopiero za chwilę miał zrewidować swój pogląd. Teraz bowiem nadeszła próba nerwów dla Eravallanina.

Przyglądał się odnóżom pająka, na którym siedziała Avarralie, również starając się wychwycić próbę ataku - a może po prostu słabe punkty - monstrum, gdy pajęczyca po prostu z niego zeszła. Tak, jak najbardziej miało to sens, jednak dosłownie parę sekund później zobaczył, jak ten obrzydliwy stwór zaczyna zmierzać w jego kierunku... Atak? Nie, rzuciłby się na niego, to dalej zwierzę. W ciągu tych kilku sekund przez umysł ronina przechodziło kilkanaście różnych opcji stojących za tym ruchem. Kobieta-pająk patrzyła na niego dosyć ostro, jednak nie wyczuł od niej wrogości, przynajmniej na razie. Możliwe, że mu po prostu nie ufała, co byłoby całkowicie normalne. Ludzie i diabelskie istoty raczej nie są w przyjaznych stosunkach. Gdyby chciała uśpić jego czujność, mogłaby to zrobić o wiele lepiej... Próba?
To słowo powtórzyło się echem w głowie człowieka, kiedy pająk przycupnął koło niego. On, pomimo dalszych krzyków ze strony jego instynktów, dalej nie drgnął nawet palcem i nie odwrócił wzroku od kobiety. Na tyle dobrze słyszał pająka, że nie sprawiłoby mu problemu wychwycenie, kiedy chciałby go zaatakować, przynajmniej kiedy się do niego zbliżał. Teraz bowiem był na tyle blisko, że mógłby dosyć szybko na niego wskoczyć i go unieszkodliwić. Gdyby chciał, a raczej, jego pani tego chciała. Teraz Musashi był już bowiem pewien, że to był ruch zaplanowany przez Avarralie, mający na celu sprawdzenie jego intencji. Każda inna teoria nie miała po prostu najmniejszego sensu, przynajmniej w ciągu tej minuty, którą miał na przemyślenia. Z przemyśleń chwilowo wyrwały go słowa pajęczycy. Czyli jednak umie mówić ludzkim głosem. Zyskał natomiast już pewność, że na pewno jest ona wyziębiona. Istoty, które poznał, szczękają zębami tylko, gdy się boją, lub jest im zimno. Pajęczyca na pewno nie boi się malutkiego człowieka otoczonego przez pajęczą armię, na dodatek ronin już wcześniej zauważył inne znaki o tym świadczące.

Na chwilę jego oczy skierowały się w kierunku Nimfei, która na prośbę swojej (chyba?) przyjaciółki, skierowała się do ogniska. Po wyciśnięciu przez nią włosów jego oczy przez chwilę powędrowały ku górze, jakby miał zaraz stracić przytomność. Mieszanka silnego, miodowego zapachu i otumaniającego, różanego zapachu sprawiła, że na kilka sekund człowiek prawie odszedł od zmysłów. Obie te "kobiety" były niebezpieczne, teraz sam już nie wiedział, która bardziej. Możliwe, że faktycznie działały jako para w celu polowania na takich jak on. Prasmok wie, co z takimi robiły. W związku z tym momentem słabości omal nie przeoczył pytania Nimfei, na które odpowiedział już po odzyskaniu pełnej sprawności, przez co mogło się przez chwilę wydawać, że na nie ostatecznie nie odpowie.
- Musashi Matsu - odpowiedział lakonicznie swoim chrypliwym, dosyć niskim głosem. Swojego prawdziwego nazwiska prawie nigdy nie wyjawiał, dlatego też posłużył się fałszywym. Matsu to eravallskie nazwisko wywodzące się z określenia sosny, przyszło mu do głowy już wcześniej. Prócz tego przedstawił się w odwrotnej kolejności - eravallskim zwyczajem jest mówienie najpierw nazwiska, potem imienia, jednakże już nieraz doznał z tego powodu pomyłek w tym, co jest jego imieniem, a co nazwiskiem. Obie "kobiety" zapewne mało wiedziały o jego kulturze, wybrał więc bezpieczniejszy wariant.
Na prośbę Nimfei o koc dla koleżanki, Musashi jedną ręką bardzo, bardzo powoli ruszył w kierunku swoich tobołków, gdzie akurat miał takowy. Nieco się przy tym nachylił, przez co Nimfea mogła zobaczyć krople potu ściekające mu po czole. Stres. Niestety, ciało ludzkie nie potrafi tak dobrze oszukiwać, jak mogłoby się wydawać. Kiedy już ujął koc dłonią, delikatnie rzucił go w kierunku Nimfei, tak, by nie wylądował na niej, lecz koło niej. Nie chciał prowokować ogromnego pajęczaka siedzącego dosłownie koło niego do ataku. Wolałby zapomnieć o jego istnieniu, jednakże niestety jego "pani" będzie mu cały czas o tym przypominać. Kiedy już wrócił, rzecz jasna, równie powoli, do poprzedniej pozy, wrócił do wlepiania swoich ślepi w pajęczycę.

Kiedy usłyszał słowa skierowane ewidentnie w jego kierunku, po raz kolejny upewnił się, że kobieta-pająk mu nie ufa. Ponownie - nie miała do tego najmniejszych powodów.
- Owszem - odparł, patrząc na nią cały czas. Tym razem mniej na jej ciało, a bardziej prosto w oczy, nie tyle sprawiając jakiekolwiek wyzwanie, co w pewnym sensie ugruntowując, że ronin czuje się tutaj na równi - choć nie było to do końca prawdą - z nią. Rzecz jasna, miecz był dalej blisko niego i miał zamiar się bronić, kiedy przyjdzie co do czego, choć jego szanse na to malały. Głównie z powodu wielkiego pajęczaka siedzącego w na tyle bliskim dystansie, że mógł go dosyć bezproblemowo obezwładnić. Przynajmniej w teorii.

- "To będzie długa noc" - pomyślał Musashi.
Awatar użytkownika
Avarralie
Szukający drogi
Posty: 26
Rejestracja: 5 lat temu
Rasa: Przemieniony
Profesje: Wędrowiec , Alchemik
Kontakt:

Post autor: Avarralie »

        Ogień to ciepło, a ciepło to życie. Nic więc dziwnego, że stan Avarralie poprawiał się z każdą chwilą wygrzewania się w blasku płomieni. Pajęcza dama przestawała szczękać zębami, a przynajmniej nie było już widać czy też słychać oznak tego zjawiska. Nadal nie było dobrze, jej ciało wciąż bowiem drżało, a kończyny - zarówno ludzkie, jak i pajęcze - desperacko obejmowały jej tułów, ale przynajmniej nie wyglądała, jakby jej ciało miało poddać się w walce z zimnem, co bez wątpienia było rzeczywistym zagrożeniem dla kogoś tak chorowitego jak przemieniona.

        Zarówno ciepło, jak i stan, w jakim się znajdowała, nie były jednak czymś, na czym chitynowa kobieta skupiała się w znacznym stopniu. Jasne, obie te rzeczy były ważne, jeżeli było się zainteresowany takimi błahostkami jak przetrwanie czy komfort, ale Avarralie, na chwilę obecną, miała głęboko w odwłoku obydwa te aspekty, głównie ze względu na towarzystwo, w którym się znajdowała, a przez które to jej myśli skakały po jej głowie jak banda rozwydrzonych bachorów.

        Pajęcza dama cały czas starała się zachować kontakt wzrokowy z człowiekiem, który odpłacał jej się tym samym. Naśladował ją, czy miał swoje własne powody, dla których wolał mieć ją na oku? Oskarżyłaby go o gotowość do ataku, gdyby nie to, że jego zachowanie prędzej sugerowało strach i chęć uniknięcia konfliktu. Czyżby miał nadzieję, że pozostanie bezpieczny, jeśli będzie miał ją na oku? Przemieniona nie wiedziała, co o tym myśleć - nigdy wcześniej nie spotkała się z tak pasywnym zachowaniem wobec niej, przez co musiała się opierać na domysłach i swoim własnym instynkcie, aby zrozumieć tę sytuację.

        Rzecz jasna nie było to zbyt łatwe, szczególnie że człowiek nadal nie podjął żadnych stanowczych kroków względem Skarbeńka. Tarantula w bezruchu, zgodnie z rozkazami zawartymi w feromonach, oczekiwała na cokolwiek, co byłoby skierowane do niej, a co miała natychmiast naśladować. Jeżeli Musashi rzuciłby się do walki, wielki pajęczak uczyniłby to samo. Gdyby w akcie szaleństwa pogłaskał stawonoga, to po chwili dołączyłby do nielicznego grona istot żywych, które Skarbeniek obdarzył nieludzkim odpowiednikiem przytulania. Na razie jednak do niczego nie doszło, więc ogromny pająk dalej wpatrywał się w człowieka, czekając, aż to on zainicjuje kontakt.

        Inną, nieco powiązaną sprawą, była Nimfea, czy też raczej Kwiatuszek. Łuskowata istota była wyjątkowo potulna już od momentu, gdy po raz pierwszy napotkała Avarralie. Jednak to, co zrobiła ledwie kilka chwil temu, wykraczało poza to, czego spodziewała się pajęczyca. Słowami wyraziła wpierw swoją troskę o dobrobyt swej towarzyszki, a następnie poprosiła nieznajomego o coś, co by walczyć z chłodem prześladującym brunetkę? To było… dziwne. Po pierwsze, wszyscy dobrze wiedzą, że kwiatuszki głosu nie mają, czemu więc ten tak uparcie upierał się przy zabieraniu głosu?! Po drugie, koc nie był potrzebny, a przynajmniej nie tak mocno, jak wcześniej. Oto bowiem chwilę po tym, gdy Nimfea zabrała głos, nietypowe ciepło zalało Avarralie od środka. Nowo zdobyty żar wewnątrz niej był inny od tego, co oferowało ognisko - uczucie przyjemne, lecz w większości obce. Cokolwiek to było, chitynowa dama chciała dalej to czuć. Nie wiedziała jednak, czemu tu jest, ani ile pozostanie, dlatego też postanowiła wtedy nie kusić losu i nie reagować na to, co powiedziała przemieniona syrena, bojąc się, że w ten sposób mogłaby wystraszyć płomyk, który zadomowił się w okolicy jej serca.

        Dopiero w momencie, w którym Nimfea zaproponowała, aby człowiek wyjawił swoje imię, Avarralie zdołała oderwać chaos swych myśli od poprzedniego toku rozumowania. Pajęczyca nie spodziewała się odpowiedzi. Jeśli już, to zaczynała podejrzewać, że człowiekowi głos odebrało, albo tego już wcześniej nie posiadał. To by wyjaśniało, jakim cudem zdołał wytrwać w milczeniu… Ta teoria szybko runęła, gdy tylko do pajęczycy dotarły pierwsze słowa Musashi’ego. Było to najwyraźniej interesujące, bo mina pół-kobiety zmieniła się diametralnie. Ostrożność i skupienie zniknęły z jej twarzy, a na miejsce tychże pojawił się grymas, któremu najbliżej było do głębokiego zamyślenia. Zmiana była widoczna, nawet jeśli jej ślepia nadal nie dawały człowiekowi spokoju, patrząc na niego, jakby prawa tego świata zabraniały jej spoglądać w inne miejsce.

        Zamyślenie, w jakie zapadła, musiało być głębokie, albowiem nawet fakt, że został im użyczony koc nie był w stanie oderwać jej od osoby, która była w centrum jej zainteresowania. Nie kiwnęła choćby palcem - lub pajęczym odnóżem - pomimo tego, że jej ciało potrzebowało ciepła, które ciężko było utrzymać w jej obecnym stanie. Nie oznaczało to jednak, że była odcięta od świata. Do jej uszu doszła ledwo słyszalna melodia wydobywająca się z syrenich ust. Każdy dźwięk tak cichy, że nic dziwnego by było, gdyby Musashi nie dosłyszał tej cudownej pieśni, którą trzaski ogniska bez problemu zdołałyby zagłuszyć. Tylko fakt, że była praktycznie na wyciągnięcie ręki od Nimfei sprawił, że pajęczyca była w stanie cokolwiek wychwycić, nawet jeśli przypadkowo.

        Jej brwi delikatnie drgnęły, gdy człowiek wypowiedział kolejne słowo. Jedno słowo i nic więcej. Nie zamierzał się dalej odzywać, albo próbował sprawić, aby to one pierwsze zaczęły mówić. Czemu był taki ostrożny? Zachowywał się zupełnie tak, jakby był…

        Przemieniona kobieta doznała olśnienia. Niemal natychmiast jej usta wykrzywiły się w karykaturę uśmiechu splugawioną przez szaleńcze spojrzenie, które zaczęło mu towarzyszyć. Nie minęło długo, aż do uszu obecnych tutaj dotarł najpierw przytłumiony chichot, a wkrótce po tym śmiech tak radosny, że aż absurdalny w obecnej sytuacji. Ciało Avarralie drżało z każdym kolejnym dźwiękiem, który sugerował, iż ta miała nadzwyczajnie dobry humor w obecnej chwili, tak bardzo, że aż zamknęła oczy, nie przejmując się dłużej pilnowaniem nieznajomego.. A przynajmniej tak było do chwili, aż radosnych odgłosów nie przerwał napad kaszlu. Bez wątpienia nie było to przyjemne, albowiem pajęczyca brzmiała, jakby miała zaraz wykasłać płuca.

- W… Wspominałam ci już, Kwiatuszku, że nienawidzę wody? - Zabrała głos, gdy tylko jej układ oddechowy przestał ją torturować. Po raz pierwszy odwróciła głowę w stronę swej towarzyszki, na którą to zresztą zaczęła patrzeć. Wzrok powędrował po skulonej w sobie sylwetce syreny, zahaczając w międzyczasie o leżący tuż obok niej koc. Mina pajęczycy złagodniała, gdy tylko jej własna interpretacja tej sytuacji została utworzona w szalonych głębiach jej umysłu. Po raz kolejny wysiliła struny głosowe, imitacja troski wpleciona w każde kolejne słowo. - Oh, biedna ty moja. Nawet jeśli potrzebujesz wody, to nie znaczy, że ją musisz lubić, prawda? W końcu razem ze mną padłaś ofiarą napaści ze strony oceanu…

        Używając energii, której nie miała zbyt wiele na zbyciu, przesunęła się bliżej łuskowatej istoty. Bliżej i bliżej, aż w końcu była tak blisko, że trąciła ją swoim odwłokiem. Nie czekając na reakcję ze strony Nimfei, odnóża wystające z jej pleców po stronie rybiej damy objęły ją starannie. Gest ten przypominałby moment, w którym pająk szykuje się do uśmiercenia swej ofiary, gdyby nie to, że ludzkie dłonie Avarralie sięgnęły po koc. Gdy tylko ten był w jej palcach, przemieniona zaczęła zawijać go dookoła siebie i swojej towarzyszki, o którą najwyraźniej zaczęła się martwić.

        I choć z początku zmartwienie to było oparte na bezpodstawnych - i błędnych - domysłach, to jednak szybko zostało ono zastąpione niepewnością. Przez całą okolicę rozległo się wycie wilków. Nie jednego, nie dwóch, a co najmniej kilku, jeśli nie kilkunastu. Źródło tego dźwięku rozchodziło się od serca lasu, czyli z całkiem przeciwnej strony niż ta, z której przybyły przemienione. Avarralie mogła być szalona, ale wiedziała, czym są wilki i co potrafią zrobić. Jeden, czy też dwa, robią za dobry obiad. Ale kilka? Nie chciała o tym myśleć, więc zrobiła to, co każdy szaleniec by zrobił i kompletnie zapomniała o tym, że w ogóle cokolwiek usłyszała z tamtego kierunku.

- Muszashi. - Rozległo się z ust przemienionej, która wciąż nie nawiązała ponownie kontaktu wzrokowego z człowiekiem. Zamiast tego postanowiła swymi oczami oczekiwać na to, aż Kwiatuszek ukaże swoją twarzyczkę. - Oh Muszashi. - O ile za pierwszym razem to, jak wypowiedziała imię człowieka, można by było uznać za błąd, to jednak za drugim razem zrobiła to dokładnie tak samo, co nie pozostawiało wątpliwości, iż było to celowe zamierzenie ze strony pajęczej damy. - Powiedz mi proszę, muszko ty moja… Nie wiesz może, gdzie się znajdujemy?

        Przy ostatnim zdaniu mężczyzna mógł zauważyć, jak pajęczyca zaczęła swoimi dłońmi przeczesywać różowe kosmyki spływające po głowie Nimfei. Oplatała je wokół swoich palców, w międzyczasie wyraźnie zwiększając siłę, z jaką jej odnóża dociskały przemienioną syrenę do niej.

- Ktoś lub coś wyrwało nas z naszego poprzedniego miejsca. Rzuciło na pastwę żywiołu. Nie wiemy, gdzie jesteśmy. Jedyne, co wiemy… - Obróciła głowę bardzo powoli w kierunku człowieka. Avarralie nie wyglądała na zadowoloną. Mówiąc wprost, patrzyła na niego, jakby była o krok od zjedzenia go żywcem. - … To to, że ty tu jesteś. I nikt więcej. Powiedz mi więc, czy to na ciebie muszę nasłać moje dzieci za zbrodnię przeciwko mnie i Kwiatuszkowi?

        Ledwie skończyła mówić, a tuż obok Musashi’ego rozległ się odgłos łamanej gałązki. Chwilę po tym poczuł, jak wielka tarantula zaczęła napierać na jego nogę od boku. Wielka bestia postanowiła…!

… Położyć się, najwyraźniej zmęczona bezsensownym czekaniem na dalszy rozwój wydarzeń. Odnóża, szczękoczułki i nogogłaszczki wszystkie przyległy do sporego cielska, które postanowiło, że dalsze gapienie się w Eravalliana to strata czasu i energii.

- Ah, dziecię moje… Pogniewałabym się na ciebie, gdyby nie to, że jesteś zbyt uroczy, bym miała ci za złe twoje zachowanie - wyszeptała Avarralie, która najwyraźniej zapomniała o swoim niedawnym gniewie na widok Skarbeńka kładącego się przy ognisku. Brzmiała, jakby myślała na głos, a przynajmniej na to wskazywały wypowiadane przez nią słowa.



        O ile miodowy zapach już dawno zawładnął nad znaczną większością okolicznych pajęczaków, o tyle różana woń dopiero zaczynała wpływać na okoliczną faunę. Wszelkie zwierzęta, które nie były spowite snem, zaczęły ostrożnie kierować się w kierunku, z którego dochodził rozkoszny aromat. Nieważne, czy był to ptak, gryzoń, czy wygłodniały wilk. Żadne stworzenie nie wydawało się zdolne do sprzeciwienia się wobec nienaturalnej pokusy. Nawet stado ciemnych, pierzastych kształtów, szybujących po nocnym niebie zaczęło powoli obniżać lot i zmieniać swój dotychczasowy kurs po nieboskłonie.

        Tam, gdzie był przyjemny zapach, tam zazwyczaj były istoty rozumne. A tam, gdzie były istoty rozumne, tam Rodoptaki widziały potencjalny łup, którego nie mogły sobie odpuścić.
Awatar użytkownika
Nimfea
Szukający drogi
Posty: 27
Rejestracja: 5 lat temu
Rasa: Przemieniony
Profesje: Inna
Kontakt:

Post autor: Nimfea »

Nimfea lekko skinęła głową, słysząc imię mężczyzny. Brzmiało dość egzotycznie i syrenka była pewna, że nigdy takiego nie słyszała. Obdarowała ronina uśmiechem, gdy ten rzucił koc. Wzięła go i poczłapała niezgrabnie do Avarralie. Delikatnie opatuliła jej ludzką część ciała. Nie miała pojęcia, która „część” jest mniej odporna na zimno. Wprawdzie kończyny brunetki drżały, zarówno te ludzkie, jak i pajęcze, jednak to na skórze widniała wyraźna, gęsia skórka. Dlatego w pierwszym odruchu uznała, że okryje koleżankę właśnie tam. Niestety kocyk był za mały na nią całą albo, jak kto woli, ona za duża, choć lepiej tego nie mówić na głos. Różowowłosa zrobiła to wszystko w milczeniu, lekko uśmiechała się tylko za każdym razem, gdy druga przemieniona na nią spojrzała. Gdy skończyła, mogła już spokojnie usiąść. Nawet była z siebie zadowolona, zrobiła coś miłego, ale z drugiej strony ciągle męczyły ją myśli, że to przecież kropla w stosunku do morza zbrodni, które popełniła. Bijąc się z myślami, próbując odgonić te złe, obserwowała ognisko i trzaskające w nim drewno.
Łuskowata prawie podskoczyła, gdy pajęcza dama zaczęła się śmiać ni z tego, ni z owego. Spojrzała na nią pytająco. Zamiast tego dostała pytanie, równie absurdalne, jak ten napad radości, który najwyraźniej sprzyjał kaszlowi. Na dodatek, wskutek nagłych ruchów Av, koc całkiem się z niej zsunął i spadł na ziemię.

- Tak… Mówiłaś – odrzekła Nimfea. Na kolejne pytanie nie bardzo chciała odpowiadać, bo była duża szansa, że jej odpowiedź nie przypadnie do gustu tej szalonej kobiecie. Z drugiej strony milczenie mogło być równie zgubne w skutkach. – Nom… - niemrawo mruknęła pod nosem. Po części Avarralie miała rację, wpadnięcie do wody było dość niespodziewanie, ale jaka syrena nie lubi pływać?

Nagle brunetka zaczęła się do niej przysuwać. Nim uniosła brwi, nie wiedząc, co się święci. Już nawet zaczęła przygotowywać się mentalnie na śmierć albo coś jeszcze gorszego. Jakież było jej zaskoczenie, gdy jej koleżanka po prostu się do niej… przytuliła? Albo coś w tym stylu. Na dodatek okryła je obie kocem. Niebywałe. Nim poczuła się trochę lepiej, a raczej trochę mniej źle. Miała poczucie, że ktoś ją rozumie, nawet jeśli ona tego kogoś kompletnie nie.
I wtedy usłyszała wycie wilków. Niedobrze. Spojrzała zmartwiona na Musashiego i Avarralie, ale ona chyba całkowicie to zignorowała. Syrenka zaczęła rozważać, czy Av wraz ze swoim wielkim pająkiem byłaby w stanie stawić czoła całej watasze. Prędzej czy później dostaną na to odpowiedź. Nimfea była świadoma, że to zapewne wina różanej woni jej włosów. Była cudownie słodka, ale równie niebezpieczna, same kłopoty z tym. Sytuacje komplikowało przeczesywanie jej kosmyków przez drugą przemienioną. Łuskowata westchnęła.

- Avarralie… Doceniam gest, ale to chyba nie jest dobry pomysł z tym czesaniem… Wilki… - Próbowała jakoś do niej dotrzeć – I trochę… ciężko mi się oddycha, jak tak mnie… ściskasz – dodała nieśmiało, wyraźnie spięta.
Różowowłosa chciała uciekać, najlepiej do wody. Tam się czuła najbezpieczniej, na dnie było zawsze tak cicho i spokojnie, a piasek, który tam leżał, był niczym ciepła pierzyna. Teraz było jednak za późno, coś złamało gałąź w zaroślach obok. Syrenka aż zadrżała.

Odetchnęła jednak, gdy usłyszała huczenie sowy. Pewnie zleciała gdzieś, łapiąc jakąś mysz albo innego gryzonia i przypadkowo ułamała leżącego na ziemi badyla. Nimfea próbowała to sobie wmówić, choć gdzieś z tyłu głowy krążyła jej nieznośna myśl, że adekwatnie do hałasu to musiało być coś większego.

- Przepraszam – powiedziała nagle z poczuciem winy. – Coś tu… chyba jest… albo będzie i to moja wina, nie potrafię zatrzymać tego zapachu… Przepraszam… - Emocje wzięły górę i Nimfea wybuchła płaczem. Nie chciała, aby ktoś zginął tylko dlatego, że ona była obok. Pociągnęła nosem i spojrzała na ronina ze smutkiem. – Muszashi… - zaczęła i zdała sobie sprawę, że robi ten sam błąd co Av. – To znaczy Musashi… Umiesz walczyć, prawda? – spytała załamana, ocierając łzy cieknące jej po policzkach. Próbowała przestać i wziąć się w garść, ale było tylko gorzej. Do tego doszło zażenowanie, że zrobiła taką scenę przed nieznajomym i to przed mężczyzną.
Awatar użytkownika
Pani Losu
Splatający Przeznaczenie
Posty: 615
Rejestracja: 11 lat temu
Rasa:
Profesje:
Kontakt:

Post autor: Pani Losu »

Sprawił to brak zaufania względem nowo poznanych osób? Może wystarczyło, że Musashi wyczuł i nawet upewnił się co do tego, że jeśli nie obie, to przynajmniej Avarralie mu nie ufała? A może jeszcze coś innego? W każdym razie niby podał im swoje imię, co mogłoby oznaczać chociaż chęć zdobycia odrobiny zaufania, jednak… myśli i obawy nadal gościły w głowie mężczyzny. Właśnie dlatego postanowił też, że może nie warto dalej kusić losu – i jego ostateczną decyzją okazało się opuszczenie towarzystwa pary kobiet. Nie chciał narażać własnego życia, może wolał bardziej „normalne” i spokojniejsze towarzystwo. Choć bardziej mogło tu też chodzić o kobietę-pająk, w końcu to ona była tą dziwniejszą i sprawiała wrażenie osoby, która może mieć nie po kolei w głowie.

Oczywiście, najpierw powiedział im o tym, co postanowił zrobić. Wytłumaczył się tym, że przypomniał sobie o ważnej sprawie, którą powinien się zająć. Pożegnał się z nimi, a później ruszył w swoją stronę. Raz tylko obejrzał się przez ramię, jakby chciał upewnić się, że żadna z nich nie zrobi czegoś, co sprawi, że zostanie tu zatrzymany siłą i wbrew własnej woli.
Awatar użytkownika
Nerethius
Zbłąkana Dusza
Posty: 4
Rejestracja: 6 miesiące temu
Rasa: Kaer Natherin
Profesje: Badacz , Mag , Kolekcjoner
Kontakt:

Post autor: Nerethius »

        Ogromny podmuch powietrza spłoszył wszelkie stworzenia w promieniu kilkunastu prętów. Wiatr był tak mocny, że podniósł piach i cisnął nim między wszelkie szczeliny gęstego lasu. Pozbawił poniektóre drzewa liści, strącił gniazda z drzew, uszkodził nory, zmiótł z toru lotu sowę i jej zdobycz i zdławił płomień ogniska. Wszystkiemu towarzyszył basowy i donośny, dudniący odgłos przypominający opadającą stertę kamieni murów zamku po uderzeniu pocisku katapulty.
        Chwilę później odgłos jakby cofnął się w czasie, posyłając dźwięk stawiania pojedynczych cegieł jedna na drugiej w ekstremalnie szybkim tempie. W powietrzu nieopodal jeziora została postawiona ogromna ilustracja wieży czarnej jak noc i wysokiej. Ze swą warownością zakryła księżyc, spowijając spory odcinek lasu mrokiem. Nowo powstały twór wyglądał, jakby istniał tylko w połowie. Powierzchnia budowli mieniła się i tańczyła w chaotyczny sposób, odkrywając faktyczną materialność i przysłaniając na wpół przezroczystą iluzję. Trwało to niedługo, do momentu jak cegły u podstawy uformowały się we wrota, które wypuściły z siebie oślepiający blask, by po chwili ukazać w snopie światła grubą postać.

        Postać wyłaniała się coraz bardziej, blokując dopływ światła za nią. Światło powoli traciło na sile, ukazując... Zgrozo. Grube, masywne, ociekające śluzem podstawy szaro-błękitnego cielska istoty. Horror nocny spowity światłem coraz bardziej ukazywał swoje abominacyjne i chore partie ciała. W mrocznej zasłonie padającego cienia zabłysnęły bielą ogromne oczy. Białawe jak pochmurne niebo, lecz błyszczące jak wypolerowane lustro z czarnym pęknięciem pośrodku. Wodził wzrokiem na wszystkie strony, doszukując się nieznanego nikomu kierunku. Wtedy ten twór stanął na swych odnóżach - tak, to coś posiadało nie dwie, nie cztery lecz sześć makowatych kończyn, którymi wspomagało się w chodzie. Reszta owalnego i masywnego cielska wypuściła z siebie kilka mniejszych macek. Tylko nieskończony kosmos mógł pojąć sens istnienia tak plugawej istoty, która teraz dążyła w kierunku wybrzeża. Wprawne oko mogło dostrzec, że istota na swych mackach nosi złote kajdany, bransolety lub inne ornamenty mieniące się w odbiciu wody przed nią. Monstrum wydało z siebie odgłos przypominający chrząknięcie, lecz z setki małych i zaciśniętych pętlą gardeł. Oczy tej karykatury utkwiły na dwóch postaciach siedzących przy kamiennym okręgu ogniska. Jej macki zawibrowały niepewnie, a woda przed tym... czymś rozświetliła się. Jakby pod taflą wody pojawił się rąbek księżyca, posyłając w górę swój chłodny blask. Stwór wolno zanurzał się w wodzie, wpełzając w oświetloną łunę światła. Nie spuszczał z oczu tych, których widział przed sobą. Jakby udawał się w ich kierunku z cierpliwością przedwiecznej istoty. Choć wybrzeże z początku było płytkie, to twór niczym miraż zniknął pod taflą wody, a temu nie towarzyszył żaden szmer. Jakby wszystko w koło ogłuchło. Wydawało się to być snem na jawie. Potwór zniknął bez śladu, lecz wieża, ta mroczna, nieprzyjazna oczom konstrukcja nadal stała, prezentując sobą mroczny obraz i pewność, że to, co znajduje się wewnątrz, jest o wiele gorsze od tego, co z niej wylazło...

        Z samego wierzchołka mrocznej wieży tlił się gorejący blask. Tańczące na tle gwiazd snopy światła ukazały postać na samym szczycie. Wysoką i odzianą w ciężki strój. Nie było jej widać dokładnie, tylko sam czarny zarys postaci obserwującej całe wybrzeże i las. Czyżby kolejna abominacja zstąpiła na ten świat? Jakie jeszcze monstra odnajdą się w pobliżu tegoż potępionego przez zdrowy umysł miejsca?

***

Jadeitowe wybrzeże. Widok zawsze miodem na strudzone serce podróżnika i osób szukających relaksu. Niestety, nie każdemu jest dane poznać mroczne sekrety, jakie kryją te z pozoru rajskie krajobrazy. Sam się o tym przekonałem sprzed wielu lat, lecz teraz było inaczej. Wiem, czego szukać i to, że zdaje sobie sprawę z powagi sytuacji, jest dla mnie zatrważające... że dopiero teraz jestem gotów na to, co ma przynieść moja osoba w tym miejscu.
        Wpatrując się w dal, dostrzegłem widoczną pustkę po gwiazdach, które niegdyś mieniły się na niebie. Przodkowie upadali, zostawiając wolne miejsca dla przyszłych pokoleń, a swym upadkiem dają nadzieję na spełnienie swoich marzeń. Tak, spadająca gwiazda może jest symbolem spełnienia życzeń, lecz w tym wypadku nawet kosmiczny wodospad gwiazd nie będzie w stanie pomóc. Nic nie zapewni mnie o spełnieniu tego, co ma się wydarzyć. Niestety, moje życzenia mogą napotkać opór z przeciwstawnym życzeniem osoby, którą ścigam. Ciekaw byłem, czy i mi kiedyś przyjdzie zaszczyt zabłysnąć na niebie? Pytanie póki co musiało pozostać bez odpowiedzi, bo jeśli zawiodę, to na niebie zabraknie gwiazd do upadku.
        Zaspakajając potrzebę podziwu widoku z mej wieży, zszedłem do jej wnętrza. Stąpając kolejno po ceglanych schodach, zaczynałem czuć przypływ mocy. Aury pochodzące z zawieszonych na ścianach relikwii czy artefaktów nadal posiadały swą moc. Kulminacyjne poczucie sił odczuwałem dopiero w głównej sali, gdzie znajdował się mój rynsztunek. Musiałem się przygotować, a do tego zbiór potężnych i zapomnianych przez czas przedmiotów miał mi w tym pomóc. Lecz, mimo ogromu mocy wydobywających się aur, poczułem coś jeszcze... Obecność czegoś podobnego, czego nie czułem od lat. Tajemnicza obecność wisiała w powietrzu, była nieopodal czegoś jeszcze, cóż za... demoniczna bezczelność.


***
Awatar użytkownika
Avarralie
Szukający drogi
Posty: 26
Rejestracja: 5 lat temu
Rasa: Przemieniony
Profesje: Wędrowiec , Alchemik
Kontakt:

Post autor: Avarralie »

        Avarralie nie jest okazem zdrowia psychicznego i nie było jej obce zatracanie kontaktu z rzeczywistością. To jednak nie oznaczało, że była głupia, i nawet pochłonięta swoją fantazją potrafiła raz na jakiś czas użyć tej swojej ludzkiej łepetyny do czegoś więcej niż bredzenie jak wariatka. Owszem, pajęcza dama zignorowała jęki Nimfei o tym, że pajęcze odnóża za mocno ją ściskają, ale miała ku temu swoje własne powody.
 
„Głupiutki kwiatuszek zapomniał, że rośliny nie czują bólu!”
 
        Moment, w którym to wodna przemieniona zaczęła mówić o niebezpieczeństwie, zapachu oraz walce, sprawił, że pajęcza dama z szoku otworzyła szerzej oczy. Niebezpieczeństwo oznaczało, że jej dzieci mogły umrzeć, a to było niedopuszczalne. Niemal natychmiast zgromadzone dookoła pająki, wszystkie poza ogromnym Skarbeńkiem, zaczęły uciekać i chować się, byleby dalej od różanej woni, która to podobno miała być odpowiedzialna za ich zgubę.
 
        Szok szybko przerodził się w złość. Kwiatuszek, z którym obecnie dzieliła się ciepłem, był źródłem niebezpieczeństwa dla niej… dla jej kochanego potomstwa! To było nieakceptowalne! Ostatnia róża, która ośmieliła się skaleczyć jej ręce swoimi kolcami, została zdeptana i zmiażdżona przez pajęcze odnóża przemienionej tak długo, aż po kwiatku pozostało jedynie wgłębienie w ziemi oraz niemiłe wspomnienia i podobny los czekałby Kwiatuszka… gdyby nie to, co się stało, zanim Avarralie zdołała przełożyć swe myśli na czyny.
 
        Wpierw Musashi jak gdyby nigdy nic powstał na swe nogi, rzucił wymówką, jakoby miał coś innego do roboty i poszedł sobie, żegnając się z nimi tak, jakby nie był przez cały ten czas w śmiertelnym zagrożeniu. Pajęcza dama, jak na pół-kobietę, pół-bestię przystało, uśmiechnęła się do niego i zażyczyła mu szczęśliwej drogi. Nie miała mu tego za złe – też by poszła sobie, gdyby chęć wymierzenia kary na Nimfei nie płonęła w niej tak intensywnie.
 
        To jednak było nic w porównaniu do niemożliwości, jaką były zjawiska mające miejsce tuż obok pary nieludzkich kobiet. Obydwie były sparaliżowane, jeśli nie przez szok, to przez przeszywający je i wszystkie stworzenia w okolicy strach przed nieznanym. Jezioro, które przez cały czas było tuż obok, a które było dotychczas przez wszystkich ignorowane, zyskało nową atrakcję pod postacią potężnej wieży, która wpierw iluzorycznie, a następnie faktycznie zjawiła się tuż przy brzegu tegoż zbiornika wody. Towarzyszące temu dźwięki spłoszyły wszystko, co nie zostało zmiecione przez wiatr tak silny, że możliwy do pomylenia z falą uderzeniową po potężnej magicznej eksplozji.
 
        To, co wyszło z ów budowli, było bez wątpienia czymś nie z tego planu rzeczywistości. Macki, złote ozdóbki oraz forma, która nic żywego w Alaranii nie przypominała, to wszystko połączone razem sprawiło, iż nikt o zdrowych zmysłach nie potrafił choćby palc-
 
- Och, cóż za dziwna ośmiornica… Czyżby ocean usłyszał o naszej nienawiści do niego i wysłał swego zaufanego zabójcę na dwie niewinne niewiasty?
 
        Istota, kimkolwiek lub czymkolwiek była, nie zdawała się przejęta słowami przemienionej. Zamiast tego, w iście magicznym zjawisku, postanowiła ona zniknąć w tafli jeziora. Zarówno stwór, jego zachowanie jak i również to, co uczynił, było równie zagadkowe, co niepokojące i nawet słowa pajęczej damy nie zdołały zamaskować tego, że była ona mimo wszystko przerażona, jej ciało drżące zarówno od braku ognia w ognisku jak i również z nerwów. Nawet Skarbeniek, dotychczas potulny i posłuszny towarzysz podróży, z własnej woli stanął między swoją samozwańczą matką a miejscem, gdzie zniknęła przedziwna abominacja.
 
        O dziwo stwór nie wyłonił się z wody, a przynajmniej jeszcze tego nie zrobił. Zamiast tego uwagę dwóch kobiet i jednego spasionego pajęczaka przykuł potężny blask, który ukazał im bliżej nieokreśloną postać. Z ziemi ciężko było zarówno łuskowatej, jak i chitynowej pannie ujrzeć jakiekolwiek szczegóły, głównie ze względu na to, iż światło było na tyle mocne, by zmusić je do przymrużenia oczu, gdy patrzyły ku wierzchołkowi mrocznej budowli.
 
        Nie czekały długo, aż postać znikła całkiem, bez wątpienia zaszywając się w budowli, która sprawiała, iż nawet Skarbeniek, który rozmiarem do niedźwiedzia mógłby być porównany, zdawał się nieadekwatnie mały. Z każdą kolejną sekundą niczego niewiedza szargała już i tak zszargane nerwy Avarralie, która całkiem już zapomniała o tym, że miała z Nimfei zrobić swój kolejny obiad. W końcu, nie mogąc wytrzymać dłużej, przemieniona wypuściła dziwną syrenę ze swego pajęczego objęcia i powstała nagle, pozostawiając koc za sobą, nawet gdy chłodny powiew wiatru sprawił, że zaczęła tęsknić za ciepłem.
 
- Jesteś tu po nas, czyż nie?! – ryknęła Avarralie tak głośno, jak tylko płuca jej na to pozwoliły. To, że natychmiast po tym dostała ataku kaszlu sugerowało, iż jej brawura była wynikiem szaleństwa, a nie hipotetycznej siły, która mogłaby ją uchronić przed potęgą skrytą w ceglanych murach wieży.
 
        Skarbeniek, widząc swoją opiekunkę i żywicielkę w takim stanie, nie zawahał się przed tym, aby przybliżyć się do niej i użyczyć swego odwłoka jako oparcia, z czego Avarralie skorzystała. Szybki uśmiech i ludzka dłoń delikatnie muskająca szczękoczułki pająka były adekwatną nagrodą dla pajęczaka, który wydał z siebie bliżej nieokreślony dźwięk, bez wątpienia wyrażający zadowolenie. Pajęcza dama tymczasem obróciła się w stronę Nimfei, poprzedni uśmiech zanikł w tym samym czasie, zastąpiony przez ponurą, aczkolwiek poważną minę.
 
- Czy twój zapach jest również za to odpowiedzialny? – spytała Avarralie, przypominając sobie o tym, że miała być zła na syrenę. – Czy naprawdę samo twoje istnienie jest wystarczające, by struktura rzeczywistości waliła się przed naszymi oczami i przynosiła przed nami to… cokolwiek to jest?! Odpowiadaj Kwiatuszku, ale już!
 
 
        W tym samym czasie gromada Rodoptaków skrywała się w lesie, tak daleko jak tylko mogły, ale wciąż na tyle blisko, by zarys wieży wciąż był widoczny przez szczeliny w koronie drzew. Panowała między nimi ostra debata przeprowadzana poprzez spojrzenia, gestykulacje i okazjonalny atak fizyczny między poszczególnymi osobnikami. Potencjalna szansa na łatwy łup przepadła, ale czarna wieża, która wzbudzała w nich instynkt walki o przetrwanie, zdawała się równie kusząca co niebezpieczna.
Awatar użytkownika
Nimfea
Szukający drogi
Posty: 27
Rejestracja: 5 lat temu
Rasa: Przemieniony
Profesje: Inna
Kontakt:

Post autor: Nimfea »

Nimfea wiedziała, czuła to całą sobą, że Musashi użył tylko głupiej wymówki, żeby uciec od niej i Avarralie jak najdalej. Choć bardziej oczywistym stwierdzeniem było, że obawiał się pajęczej damy, to jednak różowowłosa obwiniała głównie siebie. Nie miała jednak na to zbyt wiele czasu, bo ni stąd, ni zowąd pojawił się potężny podmuch niosący piach, gałęzie i liście; ognisko zgasło, a na dodatek słychać było okropny rumor. Przemieniona osłoniła twarz dłońmi, z trudem wyswobadzając je z uścisku pajęczycy i w gruncie rzeczy nie wiedziała, co dalej, czy to nadchodzi jakaś apokalipsa, czy jest sens uciekać?

Na dodatek zrobiło się ciemno, jakby księżyc skrył się za chmurami, ale to nie były one. Syrenka ostrożnie otworzyła oczy i ujrzała wieżę. Nie było jej wcześniej, była pewna, ale i tak kwestionowała klarowność swego umysłu. Na dodatek przy budynku było… coś. Istota jeszcze straszniejsza od przemienionych dziewczyn razem wziętych. Nimfea czuła, jakby była sparaliżowana strachem, na dodatek jej wola walki najwyraźniej pierwsza wzięła nogi za pas. Jednak, zamiast zaatakować, wszedł do wody, bacznie obserwując demonice. Dla Avarralie było to najwyraźniej wysłuchanie jej przekleństw skierowanych w stronę oceanu i z pewnością byłaby to wielka ulga, przynajmniej gdyby myślała bardziej trzeźwo, ale dla Nim, która prędzej czy później będzie musiała się zanurzyć, był to jakiś koszmar. Skupiona głównie na wzburzonej tafli wody, nawet nie spostrzegła kolejnej tajemniczej istoty na szczycie wieży. W pewnym momencie zaczął ją drażnić dziwny blask i gdy otrząsnęła się z szoku, dostrzegła kolejnego przybysza.
Głównym plusem całego zamieszania był fakt, że przemieniona w końcu odzyskała możliwość swobodnego oddychania, bo Av wreszcie ją puściła. Dziewczyna na wszelki wypadek odsunęła się dwa kroki od niej i skrzywiła, słysząc, jak ta wykrzykuje do istoty z wieży.

- Jakbyśmy miały mało kłopotów – westchnęła, szykując się na najgorsze. Na dodatek została za to wszystko oskarżona. – Nie sądzę, jak już, to przyciąga on potwory z okolicy, a nie z innych… wymiarów? – powiedziała niepewnie.
- "A co, jeśli Avarralie ma rację? Sama moja egzystencja sprawia, że dzieją się takie rzeczy? Może powinnam całkiem ściąć włosy? Ale czy to cokolwiek by dało? Zapach, tak czy siak, zostanie…" - debatowała w myślach z samą sobą.
- I myślę… może nie powinnaś tak do tego krzyczeć? A jeśli nie jest po nas i tak to tylko zdenerwujemy? – spytała przemienioną, zbierając w sobie siłę, by choć raz rozłożyć winę również na kogoś innego. – Chyba się nie dowiemy, o co w tym chodzi, stojąc w miejscu – stwierdziła.

Po tych słowach swym koślawym przez płetwy krokiem ruszyła w kierunku wieży. Powoli, noga za nogą, z gotowością na wszystko, nawet na śmierć.

- Jeśli to tak przyjdzie mi umrzeć, niech przynajmniej nie boli – bąknęła do siebie, choć im bliżej była, tym ciężej się szło naprzód.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Jadeitowe Wybrzeże”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość