Jadeitowe Wybrzeże[Tropikalna wyspa] Dokładnie tak było w książce!

Bajkowe wybrzeże Oceanu Jadeitów. Jego nazwa wzięła się od koloru jakim promieniuje. Znajdziesz tu plaże ze złotym piaskiem, palmy i rajskie ogrody. Palące słońce rekompensuje cudowna morska bryza.
Awatar użytkownika
Ijumara
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 59
Rejestracja: 3 lat temu
Nagrody: [img]http://granica-pbf.pl/images/gwiazdki.png[/img]
Kontakt:

[Tropikalna wyspa] Dokładnie tak było w książce!

Post autor: Ijumara »

        Jakby ją wywinęło na drugą stronę i z powrotem. I to nie tylko fizycznie, ale i psychicznie, magicznie, metaforycznie…
        Wspomnienia z ostatnich chwil mieszały się w jej głowie w zupełnie przypadkowy sposób. Cieszyła się, że to nie ona musiała prosić o pomoc, tylko to inni zdecydowali, że trzeba jej pilnować. Bała się. Była zła. Schowała się za Kvaserem i trzymała jego kurtki. Callisto zniknęła, a ona krzyknęła. Czarny kot.
        Genna pousavail, ta-ra jeru.
        Przed oczami widziała czerń i kolory - jak wtedy, gdy przyciśnie się nasady dłoni do zamkniętych oczu. Powieki jednak miała otwarte. Krzyczała, ale nie słyszała swojego głosu. W uszach miała bicie serca. Swojego? Za wolno.
        ”Zawróćmy!”, myślała, bo cały czas chciała to powiedzieć. Nie chciała już zobaczyć tego lodowego drzewa, w nosie miała skarby. Miała ku temu powód, ale jeszcze nie była pewna jaki. Ten sam, przez który chowała się za plecami Kvasira.

        Nagle wszystko wróciło do normalności - dźwięki, kształty, kolory. No… Względnie. Ijumara odbierała wszystkie zmysły prawidłowo, a jednak czuła, że coś jest nie tak. Wylądowała w czymś twardym, ale jednocześnie poddającym się naciskowi. Jak… Piasek? Coś wpadło jej do oczu. Przeturlała się - miała wrażenie, jakby była lalką, które jakieś dziecko olbrzyma rzuciło niczym piłkę, by się toczyła. W końcu się zatrzymała, boleśnie obijając sobie plecy i głowę o coś wybitnie twardego. Zrobiło jej się ciemno przed oczami. Gorąco… Przepełnioną jękami i stękaniem chwilę zajęło jej podniesienie się do pozycji siedzącej i zrozumienie gdzie jest…
        - O na siedem mórz… - jęknęła ze zgrozą i niedowierzaniem. Cofnęła się, choć natrafiła plecami na skałę, na której wcześniej się zatrzymała.
        To nie była śnieżna wyspa, którą do tej pory penetrowali. To miejsce, w którym się znalazła, nie miało z poprzednim absolutnie nic wspólnego. Siedziała na plaży - pięknej, rajskiej plaży z białym piaskiem, który głaskały turkusowe fale i nad którymi zwieszały się palmy uginające się wręcz pod orzechami kokosowymi. Skały znaczące tu i ówdzie krajobraz były czarne i porowate - oczywiście wulkaniczne. Roślinność na drugim planie zaś ewidentnie egzotyczna.
        - Jakim cudem się tu znalazłam? - zapytała z rozpaczą. Nie spodziewała się odpowiedzi, lecz ta mimo wszystko nadeszła. Gdzieś przy swoich nogach usłyszała dziwny klekot, który raczej nie był dziełem przypadku. Gdy spojrzała na źródło dźwięku, dostrzegła… kraba. Zwierzątko kłapało w powietrzu swoimi imponującymi szczypcami i machała nimi na boki, jakby chciała zwrócić na siebie uwagę panny Nigorie. Udało mu się - pani kapitan gapiła się na niego okrągłymi z zaskoczenia oczami, zapominając o wzbierającej w niej panice. Wyciągnęła do niego palec, ale wtedy krab szybko umknął między skały. Ijumara została sama i aż musiała się uszczypnąć, by upewnić się, że to nie był sen i że po prostu nie leży nieprzytomna po tym, jak poślizgnęła się na lodzie i uderzyła w głowę. Wtedy przypomniała sobie, że ma na sobie rękawiczki. I futrzaną czapkę i kurtkę… Momentalnie zrobiło jej się niemożliwie gorąco - zrzuciła z siebie wszystkie zbędne warstwy odzieży, zostając tylko w spodniach i jedwabnej podkoszulce. I choć już realizm tej sceny powinien dać jej do myślenia, to i tak zdecydowała się uszczypnąć, tak dla pewności.
        - Ałć… - jęknęła.
        To nie był sen. Naprawdę wylądowała na jakiejś tropikalnej wyspie. Więc również prawdą było to, że natknęli się na maga, który wrzucił w portal Thora i Callisto, a potem również ich… O na siedem wiatrów, to była prawda! Ijumara aż jęknęła, zasłaniając sobie usta dłonią. Wstała i rozejrzała się pośpiesznie. Wylądowała na bezludnej na pierwszy rzut oka wyspie… Sama…
        - Kvasir! - zawołała ile sił w płucach (a że cały czas krzyczała na załogę, siły miała dość. - Kelsier! Callisto!... Thor! - spróbowała w akcie desperacji. Nic, głucha cisza. I tylko jednostajny szum fal. Po czwartej tego typu próbie pani kapitan jęknęła ze strachu - była na tej wyspie zupełnie sama! I co gorsza nie wiedziała nawet gdzie wylądowała! Gdyby tak doczekać do nocy, mogłaby może z grubsza ustalić swoje położenie, ale to z grubsza, bo nie miała swoich przyrządów nawigacyjnych.
        Nagle Ijumara pobladła. A co z załogą? Co z Kaprysem? Na pewno jeśli ona nie wróci, inni zaczną jej szukać, a wtedy może im się stać krzywda. Ich piątce się udało, zostali ostrzeżeni, ale widać jak skończyli - dla załogantów Nigorie tamten czarodziej może nie być taki łaskawy. Musiała… Wrócić. Tylko jak?
        Ijumara jeszcze chwilę miotała się po plaży, walcząc ze łzami i obezwładniającym strachem. W końcu jednak zdołała wziąć się w garść. Zebrała swoje rzeczy, zwinęła je w wygodny do niesienia tobołek (kurtka będzie wymagała solidnego czyszczenia po tym wszystkim... ) i niosąc go w ręce niczym dużą torebkę, poszła wzdłuż plaży, co jakiś czas nawołując swoich towarzyszy.
        Gdyby lepiej się rozejrzała, wiedziałaby, że nie jest sama. Że ze szczytu skał, o które uderzyła, obserwowały ją cały czas dwie pary ciekawskich, bursztynowych oczu. I istoty, które się nią zainteresowały, nie zamierzały odpuścić tylko, że ta pojawiająca się znikąd dziewczyna sobie pójdzie - podążyły za nią, ciekawe co też uczyni. Oczywiście poza robieniem wokół siebie wielkiego zamieszania.

Awatar użytkownika
Kelsier
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 69
Rejestracja: 4 lat temu
Lokalizacja: Wrocław
Kontakt:

Post autor: Kelsier »

Nie mógłby powiedzieć, że nie przepada za portalami, bo przecież sam od czasu do czasu ich używał i to posługując się wtedy własnymi zasobami magicznymi. Jednak portal, który ich pochłonął, wydawał mu się… dziwny? Niestabilny? Tylko, że nie wiedział dlaczego – może gdyby lepiej znał się na magii, to wtedy mógłby domyślić się potencjalnej przyczyny. Niekoniecznie od razu odgadłby, dlaczego tak myśli, ale może pomyślałby o jakichś potencjalnych przyczynach tego. Zresztą, kotołakowi w ogóle nie podobała się ta sytuacja, bo uważał, że najbezpieczniej byłoby wrócić na statek, zgadzając się przy tym, na zachowanie dla siebie tego, co zobaczyli na wyspie, a także tego, jak dotrzeć w to miejsce. Tymczasem skończyło się to dla nich podobnie, jak dla Callisto i Thora… a może niekoniecznie? Ciekawe, czy ich także wyrzuci w „miejsca, do których należą”, czy może gdzieś indziej, gdzie wylądują w trójkę? Cóż, już za chwilę na pewno przekona się, na które pytania odpowiedzi będą twierdzące, a na które niekoniecznie.

Najpierw pochłonęło go bardzo jasne światło, dodatkowo oślepiając na chwilę, a później… wszystko wróciło do normalności, gdy ciało Kelsiera zderzyło się z ziemią pokrytą roślinami i liśćmi. Magiczny portal musiał „wypluć” go nad ziemią – prawdopodobnie nisko, bo nic sobie nie złamał, a jedyne obrażenia, jakich doznał, to chwilowy ból w klatce piersiowej i brzuchu. Powoli podniósł się, jeszcze przez chwilę mrużąc kocie oczy i czekając na to, aż jego zmysły wrócą do normalności. Najbardziej zależało mu na wzroku, żeby móc rozejrzeć się wokół siebie, a także na słuchu, żeby móc… nasłuchiwać. Może na podstawie tego, co usłyszy i zobaczy, będzie mógł domyślić się, gdzie się teraz znajduje. Sam, bo nigdzie nie widział ani Ijumary, ani Kvasera.
Szybko stwierdził, że trafił do lasu. Drzewa i ptasie odgłosy mu to podpowiedziały, jednak wiedział też, że raczej nie stał teraz w lesie, na które najczęściej można natknąć się w Środkowej Alaranii. Spora część drzew miała długie liście dopiero na wysokości korony i nie miała też gałęzi. Tam też znajdowały się owoce, na szczycie. Oczywiście, te drzewa z gałęziami i bardziej zaokrąglonymi liśćmi też były inne – dolna część ich pnia często pokryta była zielonym mchem, a z niektórych z nich zwisały grube i zielone pnącza. Rośliny także były inne, chociaż tutaj widział więcej podobieństw do tych, które widział w bardziej znanych mu lasach. Drugim znakiem były dźwięki lasu, głównie ptaków, które także wydawały mu się inne. Na sam koniec… uderzyła go nagła fala gorąca, której raczej nie poczułby na znanych sobie terenach.
Kurtka nagle zaczęła być obciążeniem, a gorąco wcale go nie opuszczało. To na pewno był klimat tego miejsca, które było przeciwieństwem wyspy, na której znajdowali się wcześniej. Kelsier westchnął i najpierw zdjął kurtkę, a później resztę górnej części odzieży. Został w samych spodniach i butach, dopiero wtedy czując, że czuje się już znacznie lepiej niż wcześniej. Odruchowo przeczesał włosy tak, żeby zasłaniały one zarówno jego kocie uszy, jak i te puste miejsca po bokach jego głowy, gdzie normalnie powinny znajdować się ludzkie uszy. Chyba nie pozostało mu nic innego jak ruszyć się z miejsca i sprawdzić okolicę, może uda mu się znaleźć czarodzieja albo panią Kapitan, a jeśli nie, to… może jakiekolwiek oznaki cywilizacji.

Kocie uszy zmiennokształtnego poruszyły się, gdy zarejestrowały coś, co mogło brzmieć jak odległy krzyk ludzki.
Niestety, nie wiedział, kto i dlaczego krzyczał. Ktoś kogoś wołał? Krzycząca osoba wołała o pomoc? A może była to pułapka? Nie wiedział, jednak poczuł, że może powinien udać się właśnie w stronę, z której usłyszał odległy głos. Dlatego też zaczął w końcu iść, wcześniej koszulę z kurtką wiążąc sobie rękawami na wysokości pasa, łącząc te rękawy z przodu i w niezbyt skomplikowanym suple – był łatwy do rozplątania umyślnie, jednak nie powinien nieoczekiwanie puścić, gdy kotołak będzie się poruszał. Oczywiście, brał też pod uwagę fakt, że zwyczajnie mógł się przesłyszeć albo uznać zwierzęcy odgłos za ludzki krzyk, jednak i tak zamierzał sprawdzić ten trop, bo przecież zawsze mogłoby się też okazać, że w końcu trafi na jakąś osobę.
Musiał zachować spokój, mimo że znajdował się w nieznanym miejscu i nie wiedział też, co stało się z osobami, z którymi jeszcze przed chwilą podróżował po śnieżnej wyspie. Spokój i ostrożność, w końcu przez to, że nie wiedział, co to za obszar, nie mógł też wiedzieć, jakie niebezpieczeństwa mogą tu na niego czyhać. Wolał być przygotowany na odpowiednio szybką reakcję, więc pozostawił swoje ciało w gotowości – co było widać między innymi przez to, że obie jego dłonie spoczywały w pobliżu rękojeści sztyletów – a zmysły wyostrzone. Zastanawiał się nawet nad tym, czy nie aktywować „Skupienia”, jednak chwilę później uznał, że sytuacja chyba nie należy do takich, które tego wymagają. Chciałby też zobaczyć jedno ze zwierząt, które zamieszkują ten las, a nie wyłącznie je słyszeć. Może nawet rozpoznałby je i na podstawie tego wyciągnął jakieś wnioski odnośnie do otoczenia. Westchnął ponownie, tym razem trochę ciszej, i wznowił wędrówkę w stronę, z której wydawało mu się, że usłyszał wcześniejszy krzyk.

Awatar użytkownika
Kvaser
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 59
Rejestracja: 5 lat temu
Kontakt:

Post autor: Kvaser »

        Byłoby wstyd, gdyby dość wiekowy czarodziej nie znał uczucia teleportacji. Nawet jeżeli nie zajmował się dziedziną przestrzeni na co dzień, to jednak przepływ magii przez ciało nie był dla niego obcy ani tym bardziej jej anomalie. Nie analizował stabilności portalu, nie analizował słów strażnika wyspy, które echem odbijały się w jego głowie. Myślał tylko o tym, że nie zdążył. Nie zdążył chwycić Callisto, nie zdołał złapać Ijumary. Materiał płaszcza pani kapitan tylko przez sekundę czuł pod opuszkami palców, ale to nie wystarczyło. Znowu.
        Wypluło go w pustą przestrzeń i gdy Kvasir ledwie otworzył oczy, tak zaraz je wybałuszył dostrzegając, że jest gdzieś pośrodku nieba tuż nad wielkim oceanem. Jakoś tak z nerwów stwierdził, że mimo wszystko woli wpaść do wody niż teleportować się przypadkiem jeszcze z większej wysokości tuż nad ziemią, więc z donośnym krzykiem ostatecznie do niej wpadł. Na szczęście i nieszczęście czarodzieja, nie było płytko. Nie połamał kości, a tafla wody okazała się bardziej łaskawa niż skały, tylko z drugiej strony średnio umiał pływać. Ażeby nie było mu też za łatwo to i zimowy płaszcz przesiąkł po same brzegi, dzięki czemu bardziej przypominał kotwicę niż sprawnego maga. O tyle dobrze, że kolce obrażonego sytuacją kostura nie dźgnęły go w plecy.
        Z wysiłkiem dźwignął się do góry by wypłynąć i nabrać powietrza, którego niemalże mu zabrakło. Wypluł słoną wodę, ale nadal ciągnęło go w dół. Ten strażnik wyspy musiał się naprawdę mocno na niego obrazić, że go posłał w ocean. A może był to przypadek?
        Pradawny, gdy tylko odzyskał oddech, rozejrzał się dookoła i prawie odetchnął z ulgą widząc nieopodal plażę. Pochlapał się przez chwilę w miejscu, bo pływanie z zimowym płaszczem, buciorami i przepiętym przez tors badylem okazało się, rzecz jasna, niezwykle niekomfortowe. Westchnął i czuł, jak magiczny kamień tuż za jego głową delikatnie zaświecił.
        - Nie marudź... - burknął Kvaser, wszak badyl tylko woził się na jego plecach, a tak naprawdę cały wysiłek przypadł czarodziejowi a nie wojownikowi.
        Nie mając za dużego wyboru, a i pewnie z samego czarodziejskiego lenistwa, postanowił ukrócić sobie męki zaklęciem. Nie będzie ryzykował utonięciem, przecież jest pradawnym!
        Kvaser wymamrotał zaklęcie, gdy fale niosły go na boki jak tylko chciały, ale nie na długo! Zresztą już zdołał o nich zapomnieć. Powieki przysłoniły jego oczy i po tych kilku słowach czuł, że wolno opada, że woda powoli go odciąża, aż w końcu stawia na mokrym piasku. Zaciągnął się spokojem i opanowaniem, którego teraz tak mu było trzeba. Spojrzał przed siebie i bez wyrazu jakichkolwiek uczuć ruszył przed siebie. Woda rozstąpiła się na boki, a tunel jaki stworzył, zamykał się za jego sylwetką. Tak właśnie dotarł na brzeg.
        Kvaser wspiął się na kamienną plażę. Otaczały go chłodne skały - jak na złość natura odebrała mu przyjemność położenia się na piasku, który znajdował się dalej. Wyraźnie zmęczony psychicznie, bo fizycznie niewiele się namęczył, odstawił na bok kostur, a następnie z ogromną przyjemnością zrzucił z siebie zbędny ubiór. Jedynie szaty mu było szkoda, więc powiesił ją na magicznym badylu. Jeszcze raz rozejrzał się po okolicy.
        Nie wiedział gdzie jest, ale to nie bardzo go przejęło. „Ahoj przygodo?”, pomyślał cynicznie, ale od razu się upomniał. Siebie mu żal nie było, lecz pani kapitan! Kelsier! Cała załoga Kaprysu!
Czarodziej syknął masując nasadę nosa. Tak jak w życiu mało przeklinał, tak teraz po głowie chodziły mu same wyzwiska. Miał ogromną nadzieję, że znajdują się na tej (chyba) wyspie razem, bo wówczas mógłby im pomóc, coś zaradzić. Odkupić grzechy...
        A jeżeli nie? Jeżeli zostali rozdzieleni? Portal wydawał się bardzo niestabilny, mogło ich posłać wszędzie. Dosłownie. Zabawne, że dopiero teraz o nim pomyślał. Przeszył go dreszcz. O Kelsiera mniej się martwił, choć wizja, że trafił w samo gniazdo potworów już go nie pocieszyła. A pani kapitan? Był za nią odpowiedzialny! Jakoś tak bardziej niż chyba powinien, ale przecież była jego pracodawcą. Kurwa mać! Jest czarodziejem, powinien się opiekować światem, czuwać nad tymi co czarować nie potrafią albo umieją mniej i... i to jego obowiązek sam w sobie! Nigdy nie był pustelnikiem, przecież on zawsze...
        Nie, nie zawsze. Nie przez ostatnie siedemdziesiąt lat. Niczym się nie wykazał tylko zapuścił w jakiejś piwnicy. Na samo wspomnienie o tym było mu niedobrze, a zarazem chciał do tej chwili wrócić. Nie znalazłby się na tej wyspie, gdyby coś ze sobą robił nieco bardziej ambitnego! Choć eksperymenty z magią i cząsteczkami brzmiały interesująco i rozwojowo to musiał przyznać, że niewiele robił w ostatnim czasie. Dopóki nie trafił do załogi. Oni go przyjęli, a on wysłał ich młodą kapitan kij wie gdzie. A skoro o nim mowa, to znowu upomniał się o uwagę.
        Na moment kostur oderwał Kvasera od galopujących myśli i wyrzutów. Teraz na pewno nie zasiądzie w Radzie Czarodziejów. Czemu o tym pomyślał? Już dawno przecież przestał.
        Potrząsnął głową. Co powinien zrobić? Krzyczeć? Może trafi na dzikie plemię, nie wiadomo jak go potraktują, a na cywilizację nie liczył w takim buszu malującym się przed jego twarzą.
        - Panno Nigorie! - krzyknął, lecz w odpowiedzi usłyszał jedynie okoliczne ptaki. - Kelsier!
Nadal nic. Westchnął po raz kolejny. Nikogo nie słyszał, jedynie odzewy natury nieopodal i szum morskich fal. Rajskie miejsce z piekłem w jego sercu pośrodku. Musiał zaryzykować, choć wydawało się to bardzo głupie i nierozsądne, to jeżeli znajduję się tu pani kapitan lub też kotołak to chciał im dać znak, że nie są sami. Z tego też powodu posłał niezwykle łagodny impuls magiczny by ten wręcz rozpłynął się po okolicy. Był na tyle silny by wyczuli go wrażliwsi na magię Kelsier i Iju, a na tyle słaby by zwykłe osobniki nie były w stanie go wychwycić.
        Potem ujął kostur, spojrzał na ubrania, które mógł przemienić w inne materiały, ale czy ktoś go może obserwuje? Czy widzieli jak niczym bóg morza wyszedł z wody? Kvaser wspiął się na najwyższą ze skałek przy plaży i jeszcze raz rozejrzał się po okolicy.

Awatar użytkownika
Ijumara
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 59
Rejestracja: 3 lat temu
Nagrody: [img]http://granica-pbf.pl/images/gwiazdki.png[/img]
Kontakt:

Post autor: Ijumara »

        Ijumara nie miała żadnego rewolucyjnego planu na to jak sobie poradzić: działała w momencie. Teraz, akurat w tej chwili, bardzo chciała znaleźć kogoś ze swoich towarzyszy albo chociaż jakąś pomoc - dlatego szła plażą przed siebie i wołała na zmianę to jednego, to drugiego. Po kilkunastu sążniach jednak przystanęła. A co jeśli wybrała zły kierunek? Mogła się tak naprawdę od nich oddalać, a nie przybliżać. Albo mogli wylądować w wodzie albo w środku lasu (nie wiedziała, że w obu przypadkach miała rację). O na siedem mórz, czy oni umieli pływać? Zdaje się, że tak, ale teraz nie była tego wcale taka pewna. Oby żaden z nich się nie utopił!
        Tak, Ijumara strasznie się martwiła. Nie tylko o siebie, ale też o towarzyszy i o swoją załogę, która została nie wiadomo gdzie. Prędzej czy później zaczną jej szukać, a jeśli trafią na tamtego dziwnego jegomościa, on może im zrobić krzywdę! No i jak długo będą jej szukać? W końcu ktoś będzie musiał podjąć decyzję by ruszyć, bo zaczną kończyć im się zapasy, nie wspominając o terminie dostawy… Czy oni dadzą radę do tej pory wrócić? Oby nie musieli szukać statku, by się wydostać z tej wyspy, bo wtedy mogą nie wrócić przez kilka miesięcy. Nigorie nawet nie wiedziała gdzie byli - co akurat nie było wielkim problemem, bo w nocy ustali to na podstawie gwiazd - ale pytanie brzmiało czy w okolicy przebiegał jakiś szlak handlowy, bo inaczej może być naprawdę źle.
        Tyle pytań, żadnych odpowiedzi. A to wszystko przez to, że jej się zachciało przygód.
        - Ijumaro - odezwała się, podejmując marsz. Mówiła głosem znacznie niższym i grubszym, bo imitowała swojego ojca w chwilach, gdy udzielał jej reprymendy. - Bycie kapitanem to nie tylko przywileje, ale przede wszystkim obowiązki. Jak mogłaś tak zapomnieć o ich zdrowiu i bezpieczeństwie? O tym jak ważne jest twoje nazwisko? Kto będzie chciał z tobą współpracować… Wiem, wiem, ja to wszystko wiem! - zakończyła już swoim normalnym głosem, tupiąc zawzięcie w piasek. Nie pomogło. Nadal była na zmianę zła i zmartwiona…
        Nagły dźwięk za jej plecami sprawił, że Ijumara zerknęła przez ramię. Dostrzegła, że z jednej z mijanych niedawno skał zsunęła się sucha gałąź, ale to jej nie zaniepokoiło - coś takiego mógł spowodować wiatr od morza, który wcale lekki nie był. Albo jakaś mewa, krab, cokolwiek. Przecież tu nikogo nie było poza nią, bo przecież gdyby ktoś był, już by go dostrzegła albo by się ujawnił, bo po co miałby się kryć?
        O naiwna młodości…
        Niemniej Ijumara nawet się nie zatrzymała, tylko dalej maszerowała. Zaczęła myśleć o tym, że nie potrzebuje już cywilizacji - wystarczy, że znajdzie wodę pitną. Morska jak wiadomo nie nadawała się do picia, ale wyspa wyglądała na tak dużą, że musiało tu być jakieś źródełko, które na pewno będzie uchodziło do oceanu, przecinając przy okazji plażę i trasę pani kapitan. Jeśli znalezienie go będzie wymagało obejścia całej wyspy wkoło… cóż, to Ijumara po prostu to zrobi. Chyba powoli zaczęło do niej docierać, że może musieć przeżyć tu znacznie dłużej.
        Przeklęty obcy! I przeklęty Kvaser! Gdyby nie pyskował, może do tego by nie doszło! Oj dostanie mu się, jak go tylko dopadnie…!
        Choć z drugiej strony chyba go jednak uściska - bardzo nie chciała być na tej wyspie sama i każdą przyjazną twarz przyjęłaby z radością. Na przykład Kelsiera - on był zaradny i z nim na pewno nic by jej się nie stało, a na dodatek nie miała się na niego o co gniewać, bo sensownie chciał się wycofać, a nie szarżował tak jak czarodziej. Szkoda tylko, że ani jednego, ani drugiego nie było w pobliżu.
        Nagle Ijumara znowu usłyszała za plecami ten dźwięk osuwających się kamieni. Znowu odruchowo zerknęła przez ramię, tym razem jednak zatrzymując się momentalnie w miejscu. To wcale nie był podmuch wiatru ani przelatująca nisko mewa. To był… Było… Ktoś. Dostrzegła ciemną sylwetkę na skale, jakiegoś humanoida, którego jednak nie nazwałaby człowiekiem. Było w nim coś… Innego. Ale z tej odległości nie widziała co, bo i szczegóły anatomiczne nie były tak ważne jak fakt, że ta istota była uzbrojona - w jej ręce Ijumara dostrzegła włócznię. Ten widok sprawił, że aż jej włosy dęba stanęły ze strachu. Cofnęła się o krok, a wtedy stworzenie spojrzało prosto na nią. Zza skały wychyliła się głowa kolejnej osoby… Więcej pani kapitan nie widziała - tak się przeraziła widokiem uzbrojonych obcych, że czym prędzej wzięła nogi za pas, upuszczając przy tym swój tobołek z ubraniami. Usłyszała za sobą dźwięk podobny do szczeknięcia, ale nie obróciła się - wiała, aż się za nią kurzyło.

        Tymczasem obcy zeskoczyli ze skały i truchtem podbiegli do miejsca, w którym stała. Rozmawiali ze sobą w języku, który na pewno nie był wspólny. Jeden z nich schylił się, by podnieść ubrania Ijumary, a gdy je dokładnie obejrzał, samym spojrzeniem porozumiał się ze swoim towarzyszem. Skinęli sobie głowami i zaczęli biec za dziewczyną, wydając z siebie od czasu do czasu krótkie okrzyki. Dopiero teraz, gdy przestali się kryć, dało się poznać, że ich ciała były czarne jak wulkaniczna skała, a ich plecy wieńczyły długie, smukłe ogony. Ijumara uciekała przed panterołakami. Powodzenia.
        Choć z drugiej strony czy na pewno biegnie się takim truchtem, gdy się kogoś ściga z zamiarem dopadnięcia?

Awatar użytkownika
Kelsier
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 69
Rejestracja: 4 lat temu
Lokalizacja: Wrocław
Kontakt:

Post autor: Kelsier »

Szybko okazało się, że wędrówka przez dżunglę nie była tak łatwa, jak mogłoby się wydawać. Kelsier szybko zrozumiał, że musiał wylądować na czymś w rodzaju… może polany albo czegoś podobnego, do niewielkiego skrawka terenu w samym środku bujnego lasu, który mimo że otoczony przez drzewa i krzewy, to i tak porośnięty był wyłącznie trawą i kwiatami. Gdy tylko z niego wyszedł, przekonał się, że cały teren nie jest podobny do miejsca jego lądowania i roślinność jest tu bardzo rozrośnięta, zajmując sobą naprawdę dużo miejsca. To zmuszało go także do tego, żeby przedzierał się przez zarośla. Szybko stwierdził też, że może lepiej będzie założyć coś na siebie – przynajmniej materiałową koszulę bez rękawów, żeby osłaniała jego plecy i klatkę piersiową – i nie ryzykować drobnymi rankami, które mogłyby powstać w trakcie tego marszu. Niby nie byłyby czymś groźnym, jednak dałoby się je wyczuć i po prostu przeszkadzałyby. Kotołak stwierdził też, że korony drzew w pewnym stopniu blokują dostęp promieni słonecznych do niższych partii tego lasu i może nie było tu tak gorąco, jak mu się na początku wydawało. Poza tym, nie znał też tego środowiska i już samo to sprawiało, że poruszanie się tu było dla niego trochę trudniejsze niż w lasach Środkowej Alaranii.
Dlatego też Kelsier przemieszczał się wolniej niż chciałby to robić, bo nie dość, że czasem musiał przedzierać się przez zarośla, to przy okazji musiał też uważać na to, żeby nagle nie trafić na jakieś niebezpieczne zwierzę, które mogłoby albo czaić się na gałęziach lub krzewach, albo na ziemi i w trawie. Ostatecznie dość wysoka temperatura powietrza nie była jego największym zmartwieniem, a właśnie te niebezpieczne zwierzęta, która mogłyby być przecież jadowite lub trujące albo zwyczajnie zaczaić się w miejscu, w którym kotołak może nie dojrzeć takiego osobnika, który później wykorzysta to i go zaatakuje. Kel wolał tak nie skończyć, dlatego poruszał się ostrożnie. Dodatkowo też, nie przyzwyczaił się jeszcze do „nowych, leśnych odgłosów”, dlatego też za każdym razem odwracał głowę w stronę jakiegoś dźwięku, zatrzymywał się i nasłuchiwał krótką chwilę. Nigdy nie wiadomo, co taki odgłos mógłby zwiastować, więc wolał upewniać się, że nie jest to coś, co mogłoby mu zagrażać.

Szum wody – właśnie to dotarło do jego uszu po… jakimś czasie, dość długim zresztą, przedzierania się przez gęstwinę tego lasu. Na szczęście nie natknął się na nic, czego mógłby się obawiać. Co prawda, raz usłyszał dość bliski szelest zarośli, ale nie wyskoczył z nich żaden drapieżnik. Innym razem zauważył też dziwnego, zielonego węża, który zwisał z gałęzi drzewa i upodabniał się do grubych pnączy, których też było tu pełno – ale zwierzę to (na szczęście) nie znajdowało się na jego drodze i nie musiał ostrożnie omijać go tak, żeby mieć pewność, że wąż go nie zaatakuje.
Ale… Odgłos wody. Sprawiał on wrażenie odległego i przez chwilę Kelsier nie widział nawet, w którą stronę powinien iść, żeby zbliżyć się do niego. W końcu postanowił ruszyć przed siebie i była to dobra decyzja, bo z czasem zaczął dostrzegać, że woda prawdopodobnie znajduje się coraz bliżej. Dźwięk ten nie przypomniał gwałtowności, która towarzyszyła wodzie spływającej wodospadem i nie miał też w sobie wartkości leśnego strumienia. Był raczej spokojny, z regularnie brzmiącymi odgłosami… Może była to jakaś rzeka? Cóż, kotołak jeszcze tego nie widział, jednak był pewien, że podążanie z biegiem rzeki – jeśli rzeczywiście będzie to ona – sprawi w końcu, że trafi na jakieś ślady ludzkie albo nawet wioskę. Ruszył przed siebie, ciągle licząc na to, że może za jakiś czas natknie się na kogoś żywego, kogo będzie mógł zapytać o to, gdzie się znajduje i jak mógłby powrócić do miejsca, z którego tu przybył.
        
*****
        
Dżungla niemalże „wypluła” go na morskie nabrzeże.
Stopy w butach nagle zapadły się lekko w piasku, który nie był tak twardy jak ziemia, po której jeszcze przed chwilą poruszał się kotołak, a przed jego oczami ukazała się też woda, którą ciągle słyszał. Morze albo raczej ocean… w każdym razie wielki zbiornik wodny, który rozciągał się po horyzont. Kelsier przez chwilę stał w miejscu, przyglądając się ogromowi tego, co miał teraz przed oczami. Co prawda nie był to pierwszy raz, gdy widział coś takiego, jednak widok ten zawsze przez krótką chwilę sprawił, że zmiennokształtny zatrzymywał się i po prostu patrzył przed siebie, w stronę linii horyzontu, na której można odnieść wrażenie, że niebo „łączy się” z wodą.
Zaczął iść przed siebie, zbliżając się nieco do morza i zostawiając za sobą płytkie ślady w piasku. Ślady, które nie były jedynymi na tym obszarze… Kelsier dostrzegł tropy dopiero po chwili i od razu zauważył, że nie wychodzą one z dżungli, bo ktoś, kto je zostawił, szedł wzdłuż linii brzegowej. Same ślady nie wyglądały też na stare – zresztą, gdyby takie były, to najpewniej woda by się nimi zajęła – dlatego też kotołak szybko postanowił, że podąży za nimi, licząc na to, że może dogoni osobę, która je zostawiła. Na pewno poruszał się szybciej niż w lesie, chociaż tutaj dodatkową zachętą do tego było właśnie to, że jednak ktoś jeszcze się tutaj znajduje. Po czasie zauważył też kolejne ślady – tym razem dwójki osób – które prawdopodobnie też podążały tropem tej samej osoby, co on. Ciekawe, jakie mieli wobec niej zamiary…? Kelsier wciągnął morskie powietrze nosem i zaczął biec, ciągle podążając nabrzeżem, co jakiś czas zerkając na ślady, żeby upewnić się, że nie skręcają gdzieś nagle.

W końcu zobaczył dwie sylwetki, które podążały za trzecią, znajdującą się jeszcze dalej. Chyba dla każdego wyglądałoby to tak, jakby ją gonili, więc kotołak postanowił przyspieszyć jeszcze bardziej. Gdy zaczął się do nich zbliżać, zauważył, że byli ciemnoskórzy… a raczej „ciemnofutrzy”, bo okazało się, że ich ciała pokrywa czarna sierść, a ich plecy kończyły się ogonami. Słyszał też ich krzyki, jednak nie rozpoznał języka, którym się posługiwali. Zbliżył się do nich jeszcze bardziej i dopiero teraz mógł dostrzec, że gonią oni kobietę. Przez chwilę przyglądał się jej, chociaż w tym czasie w ogóle nie zwalniał. Wydawało mu się, że ją rozpoznał.
         – Ijumara? - zapytał głośno, chociaż może nie na tyle głośno, żeby go usłyszała.
         – Pani kapitan!? - zapytał raz jeszcze, tym razem głośniej niż wcześniej. Teraz chyba powinna go usłyszeć. Oczywiście, panterołaki także go usłyszały, a nowy głos sprawił, że zwolnili na krótką chwilę i obejrzeli się za siebie, aby zobaczyć, kto krzyczy. Kelsier wykorzystał to momentalnie i, ciągle utrzymując szybkie tempo biegu i magię, zniknął nagle, aby ponownie pojawić się między dwójką nieznajomych i dziewczyną. Ponownie na nią spojrzał, wykorzystując to, że znajduje się bliżej i teraz był pewien, że jest to właśnie ona. Po chwili odwrócił się do zmiennokształtnych, którzy zdążyli już zbliżyć się trochę, chociaż na ich twarzach malowało się wyraźne zaskoczenie związane z tym, że kotołak w jednej chwili znajdował się za nimi, a teraz stoi między nimi a osobą, którą gonili.
         – Kim jesteście i czego od niej chcecie? - zapytał, najpierw w mowie wspólnej. Później powtórzył pytanie pięknym językiem elfów, a na koniec gardłową czarną mową. Nie przepadał za posługiwaniem się tą ostatnią, bo zawsze czuł lekkie i dość nieprzyjemne drapanie w gardle, gdy wypowiadał nią jakieś dłuższe zdania.

Awatar użytkownika
Kvaser
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 59
Rejestracja: 5 lat temu
Kontakt:

Post autor: Kvaser »

        Morski wiatr jedwabistym dotykiem muskał twarz czarodzieja, który na chwilę przymknął oczy by poukładać myśli. Gorące słońce sięgnęło jego policzków, przez tę jedną, krótką chwilę nie czuł nic poza przyjemnością jakie przynosiły mu te niedoceniane drobiazgi dnia. Przecież zawsze mógł trafić gorzej. Nie było tu mroku czy tajemniczych sił, nie istniał żaden powód by znienawidzić to miejsce. Chyba, że tylko on tak dobrze trafił... Nie, nie. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że i panna Nigorie oraz Kelsier też znajdują się gdzieś... gdzieś tutaj, gdziekolwiek to jest. Jedyna dołująca moc póki co szargała jego myśli - niepewność zaszczepiła w nim poczucie winy, ale to tylko emocje. Bujna wyobraźnia. Dopóki nie zdobędzie dowodu na krzywdę dwojga towarzyszy będzie próbował ich odnaleźć. Przecież jeszcze nic się nie stało.
        I to też nie okazywało się dobrą wieścią. Czy wyczuli jego magiczny sygnał? Czy mieli nadzieję, że odebrany znak należy do Kvasera?
        Nie czas było już dłużej myśleć. Pradawny postanowił mniej filozofować, a więcej działać, dlatego też pozbył się zbędnych ubrań i przemienił je w bardziej praktyczne, jak na dziką wyspę, rzeczy. Zostawił na sobie jedynie krótki rękawek, długie spodnie i sięgające do łydek buty. Obawiał się, że wlezie w jakąś trująca roślinę albo tropikalny pająk dziabnie go w nogę. Lepiej nie ryzykować getta.
        Płaszcza nie miał zamiaru się pozbyć. Jedynie zmienił jego kolor na błękitny i ozdobił kwadratowymi wyszyciami w barwie złotej nici. Z przodu nieco krótszy i z tyłu długi, aż do kolan. Jakoś mu tak pasowało w klimat, choć na tropikach był... O na Prasmoka, żeby on to pamiętał! Jeszcze zanim rozpoczął się jego nowy etap w życiu, który potem zrujnował całą jego resztę. Dziwnie jest o tym myśleć teraz, gdy powoli zdawał sobie sprawę z tego ile stracił. Już zapomniał jak to jest stracić, a stracić tak wiele...
        Gorycz przeszła przez jego gardło wraz z gęstą śliną. Dopiero gdy został sam ze wszystkim mógł poczuć prawdziwy ból. Schylał się właśnie by zapakować wzięty ze statku zaklęty notatnik w jedną z kieszeni pasa, jaki sam sobie z pomocą magii przemienił z zimowej kurtki, aż nagle zapiekły go oczy. Pomyślał, że jakiś taki głupi jest, że to przeżywa, bo czegoś mu w życiu już dawno temu brakowało. A potem i ten brak stał się jakiś taki nieważny. Tylko dopiero teraz to do niego dotarło. Zaraz po ukłuciu rozpaczy dopadła go złość. Dłoń spoczywająca na chłodnym kamieniu zacisnęła się w pieść, gdyby nie...
        Co to za szelest?
        Kvaser zacisnął pas i zebrał się na równe nogi sięgając kostura. Dostrzegł jak w gęstej roślinności błysnęły złote oczy, a potem dwie sylwetki wyłoniły się z dżungli. Czarodziej jednak nie ustawił się do ataku a jedynie postawił badyl przed sobą, jakby bardziej chciał ostrzec niż sprowokować. Dwoje zmiennokształtnych wysunęło się na przód. Patrzyli uważnie na nieznajomego, ich kotowate palce ruszały się gotowe do szybkiego ataku. W powietrzu zawisła gęsta atmosfera. Nikt nie chciał atakować, ale wszyscy byli groźni. Jednak tuż za dwoma panterami skrywał się ktoś jeszcze. Nim Kvaser dostrzegł trzecią postać, spomiędzy skał usłyszał skrobanie i zaraz po tym z gęstwiny skał wybiegła mała, czarna pantera. Śmignęła ona kilkoma susami do ostatniej osoby w tym gronie. Do kotki o słomianych włosach i uszach w ciemne kropki. Jej buzia obsypana była piegami, a zielone oczy mierzyły prosto. Póki co jako jedyna miała bardziej ludzką postać od reszty współtowarzyszy. Kobieta ukucnęła i wyciągnęła ręce by mocno przytulić malutką panterę.
        Kvaser nieźle się zdziwił widząc to. Niesamowite, jak cichutko to młode zwierze cisnęło się między skałami i to z takim przestrachem, bo teraz trzęsło tyłkiem w ramionach mruczącej do ucha mu kotki. Jednak największego szoku doznał widząc samą postać mieszkanki wyspy. Kvasera dosłownie wryło w owe skały i nie mógł oprzeć się wrażeniu, że jest ona tak podobna... tak podobna do...
        Nagle usłyszał jak kostur upadł. Kiedy wypuścił go z rąk? Sam nie wiedział. Jednak zamiast po niego sięgnąć podniósł dłonie do góry, jakby próbował się obronić. To był okrutny żart, koszmar a nie teleportacja. Może ten tajemniczy typ ukarał go i zamknął w ukrytych pragnieniach?
        Kotka poruszyła ogonem a jej mina stężała ujawniając niezadowolenie, ale i skrępowanie.
        - Przepraszam, nie chciałem – powiedział nie podkreślając czy ma na myśli przestraszenie panterki czy też nadmiernie gapienie się na urodziwą zmiennokształtną.
        Oni zaś spojrzeli na siebie pytająco, potem na swoją towarzyszkę. „Świetnie, nie rozumieją... Mogłem się tego spodziewać”, pomyślał pradawny słysząc obcy akcent w toczącej się rozmowie mieszkańców wyspy.
        - Czego tu? - spytała dziewczyna.
        - Szukam dwoje towarzyszy, kobiety brązowe włosy i kotołaka – wyjaśnił, a trójka od razu ożywiła się w dyskusji w ojczystym języku.
        - Kotołak? - spytała dziewczyna.
        - Białe uszy, ogon...
        - Tutaj mnóstwo takich – mówiła niewyraźnie zmiennokształtna wskazując na uszy.
„To mi ani trochę nie pomaga...”.
        - Tylko on nie z tej wyspy. Przybył ze mną i z młodą dziewczyną, zgubiliśmy się.
        I ponownie dyskutowali. O czym? Zielonego pojęcia nie miał, ale w końcu doszli do zgody między sobą.
        - On to – powiedziała twardo kobieta, a gdy panterołak sięgnął kostura Kvaser wysunął rękę.
        - Uważaj, ma kolce – ostrzegł, lecz kostur jak na złość wszystkie je schował, co spotkało się z kwaśną miną dziewczyny i podejrzliwym wzrokiem mężczyzny. Pradawny lekko westchnął i wycofał się by oddać swoją broń. Akurat kostur mu do szczęścia potrzebny nie był. Bardziej się bał, co też ten badyl wymyśli.
        - Ranny jesteś – zauważyła mieszkanka wioski wskazując obandażowaną rękę czarodzieja. - Czy chory?! - fuknęła jeszcze mocniej dociskając do siebie młode zwierzę.
        - Nie, nie chory! - szybko odpowiedział. - Ranny, ale to nic wielkiego.
        I znowu cisza, bujające się ogony rozdrażnionych kotów i badawczo poruszające się uszy zmiennokształtnych.
        - Chodź z nami – stwierdził kobieta zadzierając głowę i kierując się w stronę piaszczystej plaży.

Awatar użytkownika
Ijumara
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 59
Rejestracja: 3 lat temu
Nagrody: [img]http://granica-pbf.pl/images/gwiazdki.png[/img]
Kontakt:

Post autor: Ijumara »

        Ijumara nie myślała o niczym innym tylko o tym, aby jak najszybciej zwiać jak najdalej od tamtych gości. Nie wiedziała jakie mieli zamiary, ale kto z czystymi intencjami by się za nią skradał? Z bronią w ręce?! A czego by nie gadać, pani kapitan wiać umiała - nie walczyła za dobrze, nie miała zresztą ze sobą żadnej broni, a czarować nie umiała w ogóle (tatuś zabronił), więc to była jej jedyna opcja, by uniknąć kłopotów podczas licznych portowych awantur. Wiedziała więc, że nie może się rozglądać, bo gdy się obróci, na pewno wyrżnie o pierwszy lepszy kamień, nawet jeśli biegła w tym momencie po piasku. Pilnować oddechu, nie biec w jednej linii jeśli ci z tyłu mogli czymś rzucić albo z czegoś wystrzelić… Tak, naprawdę była w tym dobra.
        Lecz to niestety jej nie pomagało - zasuwała ile sił w nogach, a gdy patrzyło się na pościg za nią, można było odnieść wrażenie, że ci dwaj wykorzystywali może trzy ćwierci swoich możliwości i gdyby się spięli, dawno by ją dopadli. Biegli jednak w stałej odległości i pokrzykiwali od czasu do czasu.

        Ijumara usłyszała, jak ktoś woła jej imię, ale była święcie przekonana, że to szum fal płata jej figla, bo głos ewidentnie słyszała za swoimi plecami, jakby to tamci czarni ją wołali. Oni zaś nie mogli wiedzieć jak się nazywa, no bo niby skąd? Aż taka sławna nie była... Chyba, że czytali w myślach, ale to brzmiało jakoś tak... niedorzecznie, by nie rzec wprost, że kretyńsko. Panna Nigorie zignorowała więc ten wytwór swojej wyobraźni (jak sama go zaklasyfikowała) i pędziła dalej. Później jednak znowu usłyszała, że ktoś ją woła zza jej pleców. I tym razem na pewno rozpoznała swój tytuł - każdy kapitan lubił, gdy tak się do niego zwracano - i co więcej również głos tego kto wołał. "Kelsier?!", pomyślała z zaskoczeniem. No i pojawił się dylemat: spojrzeć czy nie? Bała się co zobaczy... Ale jeśli to naprawdę był kotołak, och, jaka byłaby szczęśliwa! W końcu, po kolejnych kilkunastu krokach, Ijumara zerknęła przez ramię. I naprawdę, naprawdę dojrzała znajomą białą czuprynę, która lśniła w słońcu prawie jak aureola! Zwolniła gwałtownie, zatrzymała się i odwróciła twarzą w tamtą stronę.
        - Kelsier! - zawołała z ulgą. Zaraz do niego dobiegła. Schowała się za jego plecami - teraz to miejsce wydawało jej się najbezpieczniejsze na świecie. Po chwili jednak coś do niej dotarło. Zerknęła na plecy kotołaka. Nagie plecy... "O na siedem mórz...", jęknęła w myślach, gdy dotarło do niej jak bardzo nieubrany był Kelsier... Prawie dała się ponieść zachwytowi nad jego mięśniami, ale nie, to nie był dobry moment - nadal mieli towarzystwo! Białowosy próbował się właśnie dowiedzieć jakie mieli zamiary. Ijumara zerknęła pod jego łokciem i dostrzegła, że tamci dwaj - panterołaki-hybrydy, co dostrzegła dopiero teraz - wyglądali na zdezorientowanych albo nawet na zawstydzonych. Zerkali na siebie nawzajem i na dwójkę ze statku, coś tam mruczeli pod nosami.
        - To - odezwał się nagle jeden z nich, pokazując pakunek z ubrań pani kapitan. - Oddać - dodał, pokazując na schowaną Ijumarę. Pani kapitan się na tym nie znała jakoś specjalnie, ale teraz nie wyglądali wcale na groźnych. Tylko czy to nie mogła być gra? Tak by podejść ofiarę. Albo bali się Kelsiera i dlatego odpuścili!
        - Śledziliście mnie! - zawołała z wyrzutem. Panterołaki znowu powtórzyły rytuał z gapieniem się na nich i na siebie nawzajem, mruczeniem.
        - Ty! - odezwał się w końcu ten sam co poprzednio, palcem pokazując Ijumarę. - Spadła... - kontynuował, ręką zakreślając bardzo sugestywny łuk, jakby pani kapitan została wystrzelona z armaty. - Ty dziwna!
        - Nie jestem dziwna! To był portal!
        - E?
        No dobra, panterołaki nie za dobrze rozumiały we wspólnym. Niech to, to będzie trudne.
        - Macie włócznie! - kontynuowała swoje oskarżenia Nigorie.
        - Polowali ryby! - Tym razem odpowiedź była łatwa i nie musieli się naradzać. A dumni byli strasznie, ciekawe tylko czy bardziej z powodu swojego zajęcia, czy tego, że tak szybko udzielili odpowiedzi.
        Ijumara za plecami Kelsiera wyprostowała się. Zrobiła pół kroku w bok, lekko wyglądając zza jego pleców.
        - To co chcieliście zrobić, gdy za mną szliście?
        - Zobaczyć gdzie pójdzie…
        - Po co?
        - E… Bo my chcieli wiedzieć - odpowiedział tamten, ewidentnie nie potrafiąc znaleźć lepszych słów.
        - A widzieliście jeszcze kogoś? - zapytała nagle z nadzieją pani kapitan.
        - Obcego? Njeee - odpowiedział panterołak tonem, który brzmiał jak miauknięcie.
        - Na pewno nikogo podobnego do nas?
        - Do ty - nie. Do on to tak - doprecyzował zmiennokształtny, pokazując swoją włócznią Kelsiera. - Takich w dom dużo. Ty nie z dom? - dopytał zaskoczony panterołak, zwracając się do kotołaka. - Bo wyglądasz jak tak. Tylko inna wioska.

Awatar użytkownika
Kelsier
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 69
Rejestracja: 4 lat temu
Lokalizacja: Wrocław
Kontakt:

Post autor: Kelsier »

Czyli to jednak była ona – kotołak ucieszył się w duchu, bo to oznaczało, że na wyspie nie wylądował sam. Podejrzewał też, że gdzieś na jej terenie kręci się też Kvaser, jednak najpewniej będą musieli go poszukać, jeśli chcą się z nim spotkać i połączyć siły, aby wspólnie jakoś wydostać się z tego miejsca. W każdym razie, teraz musiał zająć się Ijumarą, bo nadal nie był pewien tego, w jakiej sytuacji dziewczyna się znajduje – wyglądało to tak, jakby ci zmiennokształtny gonili ją, jednak nie wiedział, dlaczego to robili… ale i tak postanowił interweniować. Dlatego też użył magii, aby przenieść się między panterołaki i Ijumarę.
Czuł ją, chowającą się za jego plecami krótko po tym, jak go rozpoznała. Wydawało mu się, że nawet dotknęła jego pleców, tak blisko była… ale mniejsza z tym, teraz musieli zająć się czymś innym. Zmiennokształtni nie chcieli z nimi walczyć, bo inaczej już zostaliby zaatakowani i musieliby ich pozabijać, żeby ich życie nie zakończyło się z rąk panterołaków. Chyba nie mieli też złych zamiarów, a przynajmniej nie wyglądali na takich, którzy je mają. Po chwili zaczęli nawet rozmawiać, i to we wspólnym, chociaż i tak od razu dało się poznać, że znali go raczej słabo. Nie odzywał się, analizując sytuację – zawiniątko w rękach jednego z nich rzeczywiście wyglądało tak, jak ubrania, a jeśli mówili prawdę, to musiały należeć one do Pani Kapitan. Dialog ciągnął się dalej i mimo że panterołakom niektóre wyrazy sprawiały trudność, bo albo ich nie rozumieli, albo nie znali, gdy akurat miały pojawić się w wypowiedzi jednego z nich, ale ostatecznie jakoś dało się z nimi rozmawiać.
         – Nie pochodzę z waszego domu – odezwał się pierwszy raz Kelsier. Zdziwił się trochę, gdy jeden z nich powiedział, że mieszkają tu podobni do niego, ale oznaczało to, że to miejsce jest zamieszkiwane nie tylko przez panterołaki, ale także przez kotołaki. Może nawet przez jeszcze innych zmiennokształtnych.
         – Spadłem razem z nią, ale w inne miejsce – dopowiedział, wskazując też na Ijumarę, żeby mieli pewność o jaką „nią” chodzi. Oczywiście, zauważył też, że jej ubranie zmieniło się i było… bardziej odpowiednie, jeśli chodzi o temperaturę panującą w tym miejscu, ale przy okazji odkrywało też więcej ciała, co również nie umknęło jego uwadze.

         – W waszym domu, mieszka jeszcze ktoś inny oprócz tych, którzy są podobni albo do was, albo do mnie? - zapytał w końcu Kelsier, głównie z ciekawości, ale też dlatego, że z jego głowy zniknęłoby też jedno z pytań, które się tam pojawiło po tym, jak zobaczył tych zmiennokształtnych.
         – Nie. Albo tacy jak my, albo jak ty – odpowiedział mu mężczyzna o czarnym futrze. Dodatkowo pokręcił też przecząco głową, co też powtórzył jego towarzysz, jakby to miało upewnić ich rozmówców, że na pewno nie ma tu innego rodzaju zmiennokształtnych.
         – Ty na pewno nie z dom? - zapytał raz jeszcze, może nie uwierzył we wcześniejsze słowa Kelsiera, nadal widząc w nim mieszkańca tego miejsca.
         – Tak, mówiłem przecież, że nie jestem stąd – odparł kotołak. Dwójka ich rozmówców pokiwała tylko głowami, w końcu rozumiejąc to, że może naprawdę pochodzić spoza ich wyspy, mimo że jest podobny do jej mieszkańców.
Chciał też zapytać o Kvasera, jednak już wcześniej powiedzieli im, że nie widzieli tu nikogo obcego oprócz jego i Ijumary, a nawet wtedy – na samym początku – wzięli go za jednego z tych, którzy żyli na tej wyspie.
         – Czy ta wyspa ma jakąś nazwę? - zadał im kolejne pytanie, po którym obaj spojrzeli na siebie i wdali się w krótką rozmowę między sobą, tym razem mówiąc w języku zmiennokształtnych. Kelsier trochę dziwnie się czuł, bo przecież sam był zmiennokształtnym, a nie znał języka, którym mogła posługiwać się jego rasa. Właściwie, to nie do końca była jego wina, bo nikt nie nauczył go takiego języka, a później już właściwie zapomniał o nim, ucząc się innych, których używało się częściej.
         – Tak. To jest… - odezwał się, wyraźnie mając trudności z przetłumaczeniem nazwy wyspy z języka, którym się posługiwali na ten, w którym rozmawiali z Kelsierem i Ijumarą.
         – Wyspa… Czarnej… Skały. Tak – dopowiedział i podrapał się po głowie, jakby sam zastanawiał się jeszcze, czy tłumaczenie to rzeczywiście jest poprawne. Po chwili kucnął i narysował na piasku koło, które prawdopodobnie miało oznaczać wyspę, a później wbił palec dokładnie w jego środek, zostawiając tam wgłębienie i dziurkę po pazurze.
         – Czarna Skała – odparł, wskazując na otwór na środku „wyspy”. Najpewniej właśnie stąd wzięła się jej nazwa, od tej skały, która znajdowała się na samym środku tego kawałka tropikalnego lądu.
         – Zabierzecie nas tam? - zapytał, znowu z ciekawości. Chciał zobaczyć, jak wygląda ta „Czarna Skała”.
         – Nie. Ważne miejsce. Tylko dla nas – odpowiedział mu panterołak. Czyli miejsce to było dla nich w jakiś sposób ważne, może nawet święte, najpewniej też stale pilnowane właśnie na wypadek tego, gdyby ktoś spoza wyspy chciał je zobaczyć.
         – A możecie zabrać nas do waszej wioski? - zadał kolejne pytanie. Może nawet znajdą tam kogoś, z kim będą mogli dogadać się lepiej, niż z tymi dwoma i osoba ta też powie im coś więcej na temat tej wyspy.
         – To tak – odparł, znowu kiwając głową. Po chwili odwrócił się w stronę zarośli i lasu za nimi, a później zaczęli tam iść.
         – Myślę, że powinniśmy iść za nimi – powiedział do Ijumary, spoglądając na nią pierwszy raz od momentu, w którym zaczął rozmawiać z panterołakami. Jakby na potwierdzenie jego słów, jeden z nich gestem dłoni wskazał im też, żeby szli za nimi.

Awatar użytkownika
Kvaser
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 59
Rejestracja: 5 lat temu
Kontakt:

Post autor: Kvaser »

        Kvaser wraz z mieszkańcami szedł wzdłuż plaży w żaden sposób nie podejmując próby ucieczki. Miał nadzieję, że to tam odnajdzie dwójkę zaginionych towarzyszy. Panowała niepewna atmosfera, czarodziej milczał zaprzątając głowę własnymi przemyśleniami co ani nie przeszkadzało, ani nie pomagało zmiennokształtnym, którzy wyraźnie nie byli przyzwyczajeni do obcych. Czasem mężczyźni szeptali coś do siebie w ojczystym języku, ale cała pielgrzymka do miasteczka wstrzymała się dopiero, gdy samozwańcza przewodniczka podjęła taką decyzję.
        Kobieta puściła młodą panterę, która odbiegła na bezpieczną odległość, choć teraz z zainteresowaniem przyglądała się pradawnemu. Zmiennokształtna zbliżyła się do obcego wyciągając w tym samym momencie zza pazuchy kawałek materiału.
        - Zakryjemy oczy – uznała. - Bezpieczni!
Kvaser delikatnie zmarszczył brwi. Nie aby nie rozumiał polecenia ani kwestii bezpieczeństwa, ale przeszkadzało mu coś innego...
        - I mam tam wejść? - spytał wskazując na dżunglę, a kobieta przytaknęła, jakby uznała to za oczywistość. - Przewrócę się po dwóch krokach – stwierdził z niemałą pretensją w głosie czarodziej.
        - Trudno – prychnęła kocica. - Chyba, że chcesz być tu – dodała złośliwie. - SAM.
        Czarodziej spojrzał na kobietę czujniej. Zwrócił uwagę na jej akcent, trochę różniący się od tego, którym posługiwali się mężczyźni. Poza tym lepiej rozumiała mowę wspólną niż ci dwaj pozostali goście, choć z wymową miała już większy problem. Kvasir musiał się wysilić słuchowo by wyłapać kontekst czy też zrozumieć trudniejsze w wymowie słowa.
Ostatecznie westchnął i pozwolił sobie zakryć oczy. Większego wyboru zresztą nie miał, musiał wykorzystać zaproszenie jakim zaszczycili go mieszkańcy wyspy, bo następnym razem mogą być mniej życzliwi.
        Tak też oto rozpoczęła się droga przez mękę. Jeszcze przez kilkanaście kroków szli po plaży. Kierując się jednak szumem morza, czarodziej ocenił iż musieli zawrócić, ponieważ fale docierały do niego z drugiej strony. Potem wkroczyli w gąszcz. Koci ogon smagnął go po palcach, a on sprawnie musiał przedostać się po nieznajomym terytorium. Nie miał szans by o coś nie zahaczyć. Szedł wolno, co rusz się potykał... choć i trochę specjalnie czynił z siebie taką ślamazarę. Świetnie asekurowałby się magią czy też wykorzystał treningi jakie przeszedł w świątyni, ale... miał inny plan. Nie taki, jaki w praktyce wyszedł, aczkolwiek był blisko. Wychodził z założenia, że jego zrzędzenie oraz wolne tempo sprawi, że zniecierpliwione kocury w końcu zdejmą mu opaskę z oczu. Tymczasem zmiennokształtni świetnie się chyba bawili, lecz ich zabawę ukróciło niechybne potknięcie się czarodzieja oraz jego wpadnięcie na kocicę. Kobieta burknęła jeżąc ogon i w tej samej chwili Kvaser zdecydował się unieść opaskę. Jemu taki kontakt też nie odpowiadał. Akurat TEGO nie planował. Chciał wykończyć ich cierpliwość a nie napaść.
        - Odczep się! - syknęła kobieta.
        - Nie moja wina – odpowiedział czarodziej prostując sylwetkę i starając się nie przejmować tym zbliżeniem. - Założyliście mi opaskę na oczy i się dziwicie?
        Kocica zacisnęła usta, a Kvasir nie potrafił ocenić za co dokładnie się na niego złości. Za pyskowanie, zbliżenie czy za przerwanie przepysznej zabawy? Zmiennokształtna zadarła głowę przyjmując sztywną postawę.
        - Dobrze! Daj! - Wyciągnęła rękę by przyjąć opaskę, następnie wszyscy znowu wrócili do poprzedniego szyku prowadzenia nieznajomego.
        - Właściwie to gdzie jestem? Co to za wyspa? - dopytywał pradawny czując napływ odwagi.
        - Hę? - odparła kocica nie rozumiejąc pytań.
        - Nazwa. Nazwa wyspy. Moja to Kvaser, a wyspy...? - starał się uciągnąć rozmowę, lecz od razu rzuciło mu się w oczy jak uszy dziewczyny cofają się.
        - Och – zakłopotała się kobieta. - Naima, to Kodaro, Genda i słodki Mima. – Uśmiechnęła się promiennie kocica machając do malutkiej pantery, która wspinała się po pobliskim drzewie, prawdopodobnie nigdy samodzielnie z niego nie schodząc.
        - O, miło mi. – Kvasir lekko się skłonił na co zmiennokształtni zareagowali ze zdziwieniem. - To takie „dzień dobry”.
        - Aaaaa! To jak z sąsiedniej wioski!
        - Co to za miejsce? - Czarodziej ponownie podjął próbę zdobycia prostych informacji, tym razem wskazując na wszystko dookoła.
        - Toooo – Naima w ten sam sposób zaznaczyła rękoma przestrzeń co tubylec. – Nazywa się Czarna Skała. My idziemy do Poaheru, naszej wioski. Znaczy to... ehm... nie pamiętam – przyznała zmiennokształtna wzruszając ramionami, po czym ponownie ruszyła ku celowi.
        - Jasne... Hm, bardzo ładna wyspa – przyznał Kvaser i tak oto pierwsze bariery zostały przełamane. Dalsza podróż minęła znacznie przyjemniej, nawet panterołaki chętnie brały udział w dyskusji starając się nauczyć jakiś głupich słówek, niekoniecznie skupiając się na ich znaczeniu, ale na zabawnym brzmieniu.
        Największą ekscytację dało się wyczuć pod koniec podróży. Zmiennokształtni czuli niebywałe podniecenie przedstawieniem wioski od jak najlepszej strony, a to zdenerwowanie udzielało się czarodziejowi, który po żmudnej walce z zaroślami marzył tylko o jakimś hamaku i misce wody.
        - Sarand'aao – zamruczała kobieta odsuwając ogromne liście, które powoli ujawniały skrawki Poaheru.
        Słońce przedostało się przez gęsty baldachim różnorodnych palm i hebanowców, ściśle ze sobą powiązanych lianami i okrytymi przy ziemi gęstymi paprociami. Na gałązkach powieszono skrawki własnoręcznych robótek, co od razu przywodziło na myśl talizmany, które ochronić miały mieszkańców przed demonami. Połączone sznurkiem muszelki klekotały smagnięte wiatrem, a utkane z roślin domy ozdabiały wbite w ziemie sztandary. O wolnej i rozległej przestrzeni można było pomarzyć, ale zmiennokształtni nie zawsze korzystali z ubitych ścieżek. Wchodząc w głąb Poaheru wielokrotnie na czarodzieju spoczął cień przemykającego kocura czy innego zwinnego zwierzęcia. Mima rzucił się z dziecięcym ryknięciem na zbiorowisko papug, które zerwane do lotu uciekały przed panterołakiem skrzecząc z niezadowolenia.
        Kvaser nie mógł wyjść z podziwu dla tego miejsca. Jakie wielkie zaskoczenie dopadło go, gdy ujrzał tygrysołaka zajmującego się rozbijaniem kokosów czy też ktołaki wylegujące się w gąszczu trawy. Panowała tu nieporównywalna do żadnego innego miejsca atmosfera. Choć obcy w ich wiosce wzbudził niemałe zainteresowanie to nikt nie był nastawiony na niego wrogo. Raczej wrodzona ciekawość szargała całą okolicą.
        - Polubiłeś Poaheru. – Kotka stanęła na drodze pradawnego, a ten z otwartą gębą starał się uchwycić każdy skrawek tego miejsca.
        - Ja... - zaciął się Kvasir, bo naprawdę nie wiedział jakie słowa mogłyby spróbować oddać to co w tej chwili czuł. Nie chodziło o piękno, a sam klimat tego miejsca. Energię jaka stąd biła. Jakby wkroczyło w niego nowe życie.
        Nagle usłyszał instrumenty, równie egzotyczne co samo miejsce i wykonane z drewnianych elementów. Doszukując się źródła dźwięku dostrzegł element kompletnie nie pasujący do układanki.
        - Nigorie – mruknął czarodziej i niemalże od razu zerwał się do biegu, lecz zatrzymała go Naima.
        - Co ty... - warknęła.
        - Tam, muszę tam – mówił pośpiesznie Kvasir.
        - Ale nie tak nagle, tu są zwierzęta! - upomniała go zmiennokształtna i wówczas zrozumiał intencje Naimy. Gwałtowny ruch obcego mężczyzny wśród zwierząt – to wręcz prosiło się o lanie!
        Ale niech to szlag! Stracił za to z oczu Ijumarę! Tak myślał... oby to była ona. Tym razem czarodziej poruszał się pośpiesznie, ale nie gwałtownie wśród mieszkańców wioski. Przedzierał się przez różnorodne futra, a jego towarzyszka szła z nim w krok szukając czegoś... co mógł szukać nieznajomy - czyli czegoś co tu nie pasowało.
        - Tam? - spytała mieszkanka wskazując za nieznajomą brunetkę.
        - Pani kapitan! - krzyknął pradawny wymijając już ostatnie przeszkody na swej drodze, aż wreszcie udało mu się przedostać na wolną przestrzeń. - Pani kapitan, na całe szczęście! I Kelsier! - odetchnął wyraźną z ulgą czarodziej.

Awatar użytkownika
Ijumara
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 59
Rejestracja: 3 lat temu
Nagrody: [img]http://granica-pbf.pl/images/gwiazdki.png[/img]
Kontakt:

Post autor: Ijumara »

        Ijumara na chwilę oddała pierwszeństwo w rozmowie Kelsierowi. Sama przetrawiała informacje i przyglądała się zza bezpiecznej osłony pleców kotołaka tym, którzy jeszcze chwilę temu napędzili jej takiego stracha, a teraz rozmawiali sobie z nimi jak starzy i jedynie trochę przy tym niekumaci znajomi. Nie sprawiali wrażenia, jakby blefowali - w ogóle Nigorie wydawało się, że oni w ogóle nie znali pojęcia oszustwa. I co więcej była skłonna zakładać, że nigdy nie mieli do czynienia z ludźmi spoza wyspy… I to wcale nie brzmiało dobrze, bo oznaczało, że nie zawijały w to miejsce statki. Gdzie mogli być?
        Odpowiedź padła dosłownie w chwili, gdy pani kapitan zaczęła rozmyślać nad tą kwestią, choć nie była to raczej kwestia mistycznego czytania w myślach, a po prostu zadane wprost przez Kelsiera pytania. Czarna Skała. Ijumara aż pisnęła słysząc to.
        - Suhti-Kaar! - zawołała, a panterołaki spojrzały na nią najpierw w ogromny szoku. Ocknęli się chwilę później i zaczęli z zadowoleniem pohukiwać i mówić coś w swoim języku, czego ona już nie rozumiała. Kątem oka zerknęła na Kelsiera i zdawało jej się, że na jego twarzy też widzi brak zrozumienia.
        - Tak brzmi nazwa tej wyspy w lokalnym języku - wyjaśniła, ale szybko dotarło do niej, że to nadal nie jest satysfakcjonująca informacja, bo niby skąd ona to wiedziała? - Przeczytałam to kiedyś w jednej książce…
        I nic to, że było to przygodowe romansidło, jakich pani kapitan miała pełno w swoich prywatnych zbiorach - najwyraźniej i z takich pozycji można było się czegoś nauczyć! Poza czerstwymi tekstami na podryw i niemożliwymi do zrealizowania wymogami względem partnerów…
        Wszystko jednak zgadzało się z tym, co Ijumara na temat tego miejsca czytała - Czarna Skała była charakterystyczna formacją na szczycie wulkanu, lokalni składali tam ofiary swoim bożkom. Tylko… O ile dobrze pamiętała z książki, to niektóre plemiona na wyspie składały ofiary z ludzi. Będzie musiała uprzedzić o tym Kelsiera! Oby tylko nie pomyślał, że histeryzuje. Na razie dobrze dogadywali się z panterołakami, więc być może to byli ci “dobrzy”. Albo bardzo dobrze się maskowali.
        - Ej! - odezwała się gwałtownie Ijumara, gdy tubylcy odwrócili się i zaczęli iść w stronę ściany lasu. Ci spojrzeli na nią jakby zaskoczeni.
        - Ponoć chcieliście mi oddać rzeczy! - oświadczyła, wyciągając rękę w ponaglającym geście. Zmiennokształtni spojrzeli na nią, po czym znowu popatrzyli po sobie. Trochę im zajęło, by z tego trudnego dla nich zdania (co to znaczy “ponoć”?!) wyciągnać o co jej chodziło. A gdy już zrozumieli, zaraz ten niosący jej tobołek jej go zwrócił.
        - Dziękuję - odparła Nigorie, przytulając do brzucha kulkę z ubrań. Chwilę się ociągała, lecz Kelsier w tym czasie zasugerował, by udać się za przewodnikami.
        - Uważajmy - szepnęła do niego. - Oni mogą chcieć nam zrobić krzywdę…
        Więcej nie powiedziała, bo akurat jeden z kotowatych odwrócił się w ich stronę i pomachał, aby za nimi szli. Ijumara nie chciała wzbudzać jego podejrzeń - zresztą nie mieli za wielkiego wyboru i każdy potencjalny sprzymierzeniec był dla nich cenny. Może akurat to będą sprzymierzeńcy, a nie wrogowie.

        Już w drodze dwóch panterołaków nieustannie wybiegało do przodu i pani kapitan wołała, by poczekali. Tak, to ona opóźniała marsz - nie była tak sprawna, jak trójka zmiennokształtnych, wysportowanych mężczyzn. Naprawdę w tej chwili cieszyła się, że miała przy sobie Kelsiera - bez niego już dawno by spanikowała, a przy nim czuła się zdecydowanie bezpieczniejsza. Tym bardziej, że tamci zachowywali się… dziwnie.
        Gdy tylko weszli w gęstwinę tropikalnego lasu, jeden z nich zaczął przyglądać się kątem oka pani kapitan. Czyni to dość dyskretnie, ale ona i tak to zauważyła. Uznała, że po prostu przygląda jej się, bo jest nowa, lecz on po chwili podszedł i podrapał ją po nagim ramieniu - nie mocno, raczej jakby ją zaczepiał. gdy ona odruchowo próbowała strząsnąć z siebie to co ją łaskotało, on szybko zabrał rękę. Powtórzył jednak swoje drapanie ledwie chwilę później i wtedy już Ijumara spojrzała na niego gniewnie - musiał jakoś na to zareagować.
        - Bo ty taka biała! - zawołał. - A nie ma futra. A to nie farba!
        - To moja skóra! - oburzyła się Ijumara, osłaniając się jednak swoim tobołkiem z ubraniami przed tym typkiem.
        - Taka inna! Ładna - oświadczył panterołak, a pani kapitan zrobiło się przez to nieswojo. Dlatego później trzymała się blisko Kelsiera.

        W wiosce zmiennokształtnych Ijumara przyglądała się wszystkiemu z ogromną fascynacją. Pierwszy raz trafiła w takie miejsce, tak egzotyczne, świeże, nieskalane cywilizacją. I było tu tylu zmiennokształtnych, niesamowite! Poczuła się wśród nich trochę jak wróbel wśród papug (pod względem gabarytów również). I pomyśleć, że ona trochę świata już widziała, więc co musiałby czuć ktoś, kto trafiłby tu tak bez przygotowania… Mógłby dostać oczopląsu.
        - Idźcie, idźcie! - zachęcił jeden z ich przewodników, ale zamiast odpędzać ich gestem, przyzywał ich, najwyraźniej więc coś mu się pomyliło w użytych słowach.
        - Mamy iść za tobą? - upewniła się Ijumara.
        - Tak, tak! - powtórzył tamten z entuzjazmem. - My was pokazać!
        Nigorie chciałaby dociekać, ale wtedy przerwał jej znajomy głos. I ten znajomy, tak lubiany przez nią tytuł wypowiadany przez…
        - Kvasir! - zawołała, ucieszona tym, że czarodziej odnalazł się w tej wiosce. Zaraz odwróciła się w jego stronę. Miała do niego wiele pretensji i od momentu pojawienia się na wyspie bardzo na niego złorzeczyła, lecz… Jak dobrze widzieć go całego i zdrowego! To znaczy, że ten przeklęty czarnoksiężnik z zimowej wyspy nie zemścił się na nich aż tak okrutnie i teraz mogli razem wymyślić co dalej! Nigorie aż z tego szczęścia rzuciła się biegiem w stronę Kvasera… I to był błąd.
        Chwilę później leżała już na ziemi, twarzą do dołu, a wokół panował niesamowity rejwach. Ktoś - a może coś - skoczył jej na plecy i ją przydusił. Poczuła coś ostrego na swoim ramieniu - zęby albo pazury, tego nie była pewna. Krzyknęła z bólu, ale nie była w stanie zrzucić z siebie ciężaru napastnika.
        Cóż - jej nikt nie uprzedził, że w towarzystwie zmiennokształtnych dzikich kotów nie wykonuje się zbyt gwałtownych ruchów, a przede wszystkim się nie biega. Przez tę niewiedzę Nigorie została zaatakowana przez młodego tygrysołaka - niby ledwie nastolatka, ale już większego od niej.

Awatar użytkownika
Kelsier
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 69
Rejestracja: 4 lat temu
Lokalizacja: Wrocław
Kontakt:

Post autor: Kelsier »

Również spojrzał na Ijumarę, gdy wypowiedziała jakieś słowa w, prawdopodobnie, języku, którym posługiwali się zmiennokształtni. Co prawda nie był tym tak zszokowany jak panterołaki, jednak przez chwilę w jego oczach dało się zobaczyć zaskoczenie. Nie wiedział czy nazwa tej wyspy w lokalnym języku przyda im się do czegoś, jednak widocznie właśnie tak brzmiała, patrząc na to, jak zareagowali na to nią rozmówcy. Później, już po tym, jak oddali Ijumarze ubrania, ruszyli przed siebie, prowadząc ich do swojej wioski. Kelsier spojrzał na dziewczynę, gdy usłyszał jej ciche ostrzeżenie, a jedyną odpowiedzią było tylko kiwnięcie głową, które oznaczało, że na pewno będzie o tym pamiętał i także uważał, obserwując tubylców, żeby móc dostrzec coś podejrzanego, zanim będzie za późno.

Droga, nawet jeżeli nie była bardzo długa, to prowadziła przez teren, którego nie znali ani on, ani Ijumara, dlatego też poruszali się mniej sprawnie niż ich przewodnicy. Chociaż… jemu udawało się utrzymywać zbliżone do nich tempo, gdyż wykorzystywał do tego zdolności fizyczne swojego ciała, a także wrodzoną orientację w terenie (która i tak nie działała tu tak dobrze jak normalnie, gdyż sam Kelsier pierwszy raz znajdował się na takim terenie). Na samym końcu grupy szła Pani Kapitan, która miała największe trudności z pokonywaniem tej drogi, dlatego też kotołak sam postanowił też trochę zwolnić – tym bardziej, że dziewczyna już niejednokrotnie mówiła, żeby na nią poczekać. To wszystko powinno raczej sprawić, że panterołaki również zwolnią, aby dotrzymać im tempa, rozumiejąc może, że oni nie mogą poruszać się po dżungli tak sprawnie jak ktoś, kto mieszka tu od urodzenia.
Zauważył też te „ukradkowe” spojrzenia jednego z ich przewodników, które skierowane były w stronę dziewczyny. Wydawało mu się, że po czasie nawet sama Ijumara je zauważyła, jednak nie był tego pewien. Wewnętrzny głos zadźwięczał w jego głowie i ostrzegł go, gdy tylko panterołak podszedł do niej i podrapał ją po ramieniu. Na szczęście nie zrobił nic więcej, jednak po czasie powtórzył to, czym sprawił tylko, że cała sytuacja stała się jeszcze dziwniejsza. Kelsier chciał się odezwać albo jakoś na to zareagować, jednak Pani Kapitan zrobiła to pierwsza. Ten krótki dialog, który się wtedy wywiązał, sprawił, że kotołak zareagował na niego krótkim śmiechem – ładnym i krótkim śmiechem – bo… może Ijumara zareagowała na taki powód trochę inaczej niż on, jednak jego naprawdę chwilowo to rozbawiło.

W końcu dotarli do celu, którym rzeczywiście okazała się wioska zmiennokształtnych. Oprócz budynków, można było tu ujrzeć panterołaki i kotołaki – obu płci, w różnym wieku i w różnych formach. Kelsier rozejrzał się, bo… właściwie to również pierwszy raz widział tylu zmiennokształtnych w jednym miejscu i to żyjących ze sobą w jednej wiosce. Spojrzał na ich przewodnika, który chyba nadal chciał, żeby gdzieś za nim szli, jednak jego uwagę przykuł teraz głos znajomego czarodzieja, który wychodziło na to, że również znajdował się w tej wiosce. Ciekawe czy dotarł tu sam, czy może jego też ktoś tu przyprowadził? Szybko zlokalizował maga i zaczął iść w jego stronę – tak, iść, a nie biec – chociaż i tak najpierw zdecydował się podejść do Ijumary, która nie dość, że leżała teraz na ziemi, to na jej plecach siedział młody zmiennokształtny, który (chyba) nie będzie chciał stamtąd zejść po dobroci albo poprzez powiedziane do niego słowa. Zwłaszcza, że prawdopodobnie nie znał mowy wspólnej.

Kelsier doskoczył do nich i złapał młodego zmiennokształtnego za kark, próbując powoli go podnieść. Wokół tej scenki zebrała się już grupa mieszkańców wioski, którzy reagowali na to różnie, o czym świadczyły szmery w języku zmiennokształtnych, jednak wzbogacone nierzadko o emocje, które już raczej każdy mógł odczytać, a jeżeli ktoś dodatkowo znał też ich mowę, to mógł usłyszeć, że niektórzy komentują głupotę dziewczyny, inni podejście kotołaka do sytuacji i to, co chciał zrobić, czekając też w napięciu na jakiś ruch z jego strony. Najpewniej byliby gotowi zaatakować go, gdyby wyrządził tygrysołakowi jakąś krzywdę. Tymczasem Kelsier zaczął podnosić młodego, a ten – może uznając, że tak będzie lepiej – odczepił się od niej, przez chwilę nawet zaskoczony tym wszystkim. Dopiero później zaczął przebierać łapami w powietrzu, próbując też podrapać albo samego Kelsiera, albo tylko jego rękę – jednak nie udało mu się to. Na końcu kotołak po prostu odstawił młodego zmiennokształtnego na ziemię, a ten odbiegł gdzieś na bok. Tłum zaczął się też rozchodzić, wracając do swoich zająć, chociaż teraz (wciąż w języku zmiennokształtnych) komentowali siłę i podejście Kelsiera, chociaż kobiety z wioski robiły to z innych powodów, niż mężczyźni tu mieszkający.
         – Nic ci nie jest? - zapytał, podchodząc bliżej i oferując dziewczynie pomocną dłoń w podniesieniu się z ziemi.
Gdy sytuacja była już w pełni opanowana, a oni stali na własnych nogach, kotołak zauważył też Kvasera, który był już naprawdę blisko – możliwe, że nagle zebrany tłum mógł mu trochę utrudnić dotarcie do nich, ale zmiennokształtni już się rozeszli, więc pewnie już nie blokowali mu drogi tak bardzo, jak wcześniej.
         – Dobrze, że jednak wszyscy trafiliśmy w jedno miejsce – odezwał się, gdy czarodziej do nich dołączył.
         – Musimy znaleźć jakiś sposób na to, żeby wrócić na statek – dopowiedział po chwili. Przy okazji, jeśli się uda, może też dowiedzą się czegoś o tej wyspie. Poza tym… przy nich pojawiła się także dwójka panterołaków, która przyprowadziła w to miejsce jego i Ijumarę. Wyglądało na to, że nie zrezygnowali z „pokazania ich komuś”, bo nadal gestami wskazywali im, żeby za nimi szli.

Awatar użytkownika
Kvaser
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 59
Rejestracja: 5 lat temu
Kontakt:

Post autor: Kvaser »

        Naima plasnęła sobie otwarta dłonią w twarz. Ci obcy kompletnie nie znali się na dzikich zwierzętach, które zawsze chętnie coś upolują, złapią albo obezwładnią, szczególnie jeżeli dotyczy to młodzików. Dokładnie takich jak obecny tygrysołak na plecach brunetki, który instynktownie pognał za czymś co nagle zerwało się w tłumie. Kvaser natomiast, chwilę przed, z paniką w oczach dostrzegł gwałtowny ruch Iju i zaciskając zęby popchnął gościa obok, aby szybciej dostać się do pani kapitan. Chciał złapać i przesunąć dziewczynę albo chociaż odtrącić by nikt nagle na nią nie skoczył, tyle... że było już za późno. Pani kapitan upadła narażając twarz na oszpecenie, a mieszkaniec wioski patrzył na nią dzikim, rozjuszonym wzrokiem. Ogon tygrysołaka miotał się na boki, a uszy ułożyły się płasko, dokładnie tak jak to kocury mają w zwyczaju w przypadku złapania myszy. Jeszcze tylko brakowało by zaczął się bawić jedzeniem. Na całe szczęście mieli w drużynie Kelsiera. To on uratował sytuację łapiąc młodego za kark i dosłownie zdejmując go z pani kapitan. Był to zdecydowanie dobry pomysł, bo chociaż nikt tutaj Kelsiera nie znał, to większość zakładała, że jest „stąd” tylko należy do innego plemienia. Miał większa swobodę w podejmowaniu decyzji niż Ijumara i Kvaser. Czarodziej czuł, że często będą ten fakt wykorzystywać. Widać też było, że młody zmiennokształtny nagle ogarnął, że kobieta leżąca na ziemi to nie zabawka więc poddał się silniejszemu samcowi.
        Kvaser w końcu przecisnął się przez masę futra i prędko (ale nie gwałtownie!) znalazł się przy Ijumarze. Gdy tylko Kelsier pomógł jej wstać, mag od razu zwrócił ku sobie twarz dziewczyny, lekkim, aczkolwiek stosunkowo odważnym gestem, czyli układając palec pod jej brodę.
        - Panno Nigorie – powiedział zmartwiony, po czym zamilkł nie będąc w stanie sprawnie ukryć emocji, a dokładniej rzecz ujmując widać było, że jest coś nie tak.
        Koło trójki pojawiła się znajoma kotka zaklinająca niespodziewanych turystów, a gdy podniosła wzrok, powiedział coś w stylu „O matko”, tylko w swoim języku, a potem powtórzyła to słowo jeżąc rudawy ogon, gdy jej spojrzenie przeniosło się na bark pani kapitan. Jacyś dwaj goście zapraszali ich w dalsza drogę, ale Naima wdała się z nimi w dyskusję więc czarodziej od razu postanowił wykorzystać tę chwilę prywatności.
        - Bardzo cię boli? - spytał, celowo unikając bezpośrednio wskazania bolesnego miejsca. Miał nadzieję, że przy rannym barki i będąca w dezorientacji Nigorie nie zorientuje się, że coś zagraża jej urodzie.
        Nie wyglądała źle i twarz jej nie spuchła, więc Kvaser bardziej obawiał się większego szumu niż faktycznego powodu do obaw. Pewnie wystarczyło tylko oczyścić policzki z piachu i niefortunnie pękło jej jakieś naczynko w nosie pod wpływem ciśnienia, stąd ta uporczywa strużka krwi niebezpiecznie zbliżająca się do ust dziewczyny. Mag rzucił okiem na zadrapanie jakie pozostawił młodzik na jej barku, wstępnie je obejrzał i... ono też nie wyglądało najgorzej. Na pewno piekło i bolało, ale większych trudności z poruszaniem ręki nie powinna mieć.
        - Medycyna, to wam dam – powiedziała Naima, nagle orientując się, że obok niej stoi jakiś taki inaczej pachnący kot.
Spojrzała więc na Kelsiera mierząc go od czubka głowy aż po stopy, a płatki jej nosa delikatnie się poruszyły.
        - Nie pachniesz naszym futrem – stwierdziła zaintrygowana bujając ogonem, jakby w razie zagrożenia chciała nim pacnąć białowłosego przystojniaka. - Potem pójdziecie, ona potrzebuje... po-mo-cy? - spytała retorycznie, wyraźnie starając się przypomnieć sobie słowa, a potem zapraszając ich do pobliskiego szałasu.
        - Musimy go znaleźć, ale chyba przyda nam się trochę prywatności – odpowiedział czarodziej Kelsierowi, gdy tylko kotka od nich odeszła. - Najpierw jednak chodźmy za Naimą. Panno Nigorie... - Pradawny zaoferował dziewczynie materiałową, czystą chusteczkę, gdyby chciała otrzeć twarz, a następnie podstawił ramię by odprowadzić ją do namiotu, jeżeli tego potrzebowała.

        Naima zaprowadziła trójkę do charakterystycznego punktu w wiosce, ni to magazynu, ni to mieszkania. Szałas był większy od innych, w środku znajdowały się wypełnione po brzegi półki i był to z pewnością jakiś punkt medyczny, po którym pałętali się zmiennokształtni. Pomieszczenie pozostawało otwarte dla każdego stąd też żaden materiał nie zakrywał wejścia. Obcy od razu wywołali zainteresowanie, a sama Naima została zalana falą pytań, wcześniej jednak pozwoliła przybyłym usiąść na jednym z barwnych koców. Szybko zorganizowała dla nowych czystą wodę, skrawki materiałów i podsunęła kilka środków, które jak to powiedziała „mają pomóc”, ale nie umiała przetłumaczyć nazw na język wspólny. Kvaser podejrzewał co to może być po tym, jak gestykulujący zmiennokształtni starali się określić rośliny, a przy okazji wyszło na jaw, że żaden z mieszkańców nie jest typowym uzdrowicielem. Wszyscy raczej radzą tu sobie z leczeniem w sposób bardziej pobłażliwy. To oznaczało mnie więcej zasady „samodzielne wylizanie ran”, albo „ktoś już sprawuje nad nimi opiekę”, cokolwiek to oznaczało.
        Kvaser zamoczył skrawek materiału w czystej wodzie, po czym jeszcze raz przyjrzał się pani kapitan. Cicho i spokojnie poinformował ją, że teraz ją dotknie, a następnie to zrobił. Czy zabolało? Mogło, bo skóra była zaczerwieniona, ale nos cały i niezłamany. Piach z pewnością podrażnił skórę, a krew płynąca z nosa powinna ustąpić po jakimś czasie.
        - Nos będzie cały – powiedział typowo lekarskim tonem Kvaser i żałował, że teraz nie są w zimowej krainie, bo wystarczyło przyłożyć śnieg by zatrzymać krwawienie. Niestety w obecnej sytuacji musieli to po prostu przeczekać.
Po tych słowach czarodziej zmienił miejsce siadając od strony rannego barku dziewczyny i zaczął szykować kolejne produkty.
        - Musimy uważać co mówimy przy Naimie, tej zmiennokształtnej. Wydaje się więcej rozumieć niż mogłoby nam się wydawać – ostrzegł Kvaser korzystając z nieobecności kotki. - Panno Nigorie, może zapiec, więc proszę zacisnąć zęby – poinformował ranną pradawny kątem oka wyłapując kobietę, która mamrotała z resztą zmiennokształnych w szałasie. Prawdopodobnie obgadując dziwaków z poza wyspy.
        Kvaser rozłożył na barku kapitan coś w rodzaju bandaża, odrobinę śliskiego w dotyku, możliwe, że wykonanego z wodorostów. Liczył na to, że nie oberwie w zamian z łokcia, ale w razie czego odruchowo odsunął się. Niejeden pacjent mu już taki wybryk wywinął, ograniczone zaufanie to nic złego! Następnie wolno ułożył ciepłą dłoń na ranie. Bolesne echo mrowienia mógł zagłuszyć szept czarodzieja, który wolną rękę skrył pod płaszczem wykonując palcami odpowiednie znaki. Ijumara mogła poczuć, jak do jej ciała wkracza magia, jakby przyjemne w dotyku bąbelki dreszczem przedzierały się przez skórę do wewnątrz, po czym rozpływają po ramionach oraz plecach pozostawiając po sobie niesamowite uczucie błogości. Czarodziej jednak nie był obojętny i na nią, ponieważ to krótkie połączenie wystarczyło, by pradawny był w stanie wyłapać magię jaka krąży w żyłach Ijumary. Był to jednak inny rodzaj magii, nie jak u elfów czy drakonów. Miał zupełnie inny smak i gęstość, wyraz. Bardzo mu znajomy... i nagle chęć przyniesienia ulgi pani kapitan stała się bardziej intymna. A przez to i mniej komfortowa o tyle, że w pewien sposób naruszał czyjąś duszę... w obecności bandy ciekawych ich zmiennokształtnych. Z tego też powodu Kvasir odsunął dłoń, niebywale delikatnie i ostrożnie, wolno rozlepiając magiczne połączenie.
        - Udawaj, że nadal cię boli, a ja poudaję, że nadal coś robię, żebyśmy mogli jeszcze chwilę porozmawiać – odezwał się w końcu czarodziej przyglądając się jakiejś buteleczce.
        - Jak tu trafiliście i gdzie chcieli... chcą nas zaprowadzić?

Awatar użytkownika
Ijumara
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 59
Rejestracja: 3 lat temu
Nagrody: [img]http://granica-pbf.pl/images/gwiazdki.png[/img]
Kontakt:

Post autor: Ijumara »

        Iju miała ciemno przed oczami i nie walczyła ze zmiennokształtnym, który ją zaatakował - trochę zamroczyło ją, gdy uderzyła o ziemię, a poza tym była naprawdę zaskoczona i wystraszona. Zresztą wszystko działo się strasznie szybko i nim zdążyła powziąć jakieś kroki (pewnie byłoby to wzywanie pomocy), mężczyźni zdążyli już zareagować. Pierwszy był Kelsier, który zdjął z jej pleców tygrysiego młodziaka, jakby był to mały kotek. Zaimponował tym bardzo mieszkańcom wioski, a zwłaszcza tym dwóm panterołakom, którzy ich tu przyprowadzili. Wcześniej Ijumara zastanawiała się czy nie trafili przypadkiem na dwóch wioskowych błaznów o dość niskim ilorazie inteligencji, ale teraz można było zauważyć, że wcale nie zachowywali się inaczej niż reszta - tutejsi po prostu tak mieli.
        Sama pani kapitan trwała w bezruchu aż nie nabrała pewności, że to koniec, tygrys stracił nią zainteresowanie, a tłum zaczął się rozchodzić. Podniosła wzrok akurat, gdy stanął nad nią Kelsier z wyciągniętą w pomocnym geście ręką. Przyjęła ją.
        - Dzięki tobie nie - odpowiedziała na jego pytanie o własne samopoczucie. Gdy wstała nie od razu puściła dłoń kotołaka, przez co ten pociągnął ją na siebie, a ona się nie broniła, tylko oparła się o jego tors.
        - Dziękuję - odezwała się, podnosząc na niego wzrok.
        Po chwili dołączył do nich Kvaser. Ijumara nie zapierała się, gdy obrócił jej głowę w swoją stronę, ale nie miała dla niego takiego czułego spojrzenia, jak dla Kelsiera - na niego patrzyła ostro, z naganą w źrenicach i z wydętymi lekko ustami.
        - Pani kapitan - poprawiła go. Była na niego zła za to gdzie i w jaki sposób wylądowali, bo chociaż na razie nie doznali większej krzywdy, nie wiadomo co czeka ich później. I jak wrócą do siebie. Mimo to jego pytania o samopoczucie nie mogła zignorować.
        - Trochę - przyznała. Była wbrew pozorom świadoma swoich ran. Ostrożnie, jakby chcąc potwierdzić własne słowa, poruszyła rozdrapanym barkiem i dotknęła palcami nozdrzy. Jęknęła, widząc krew, ale wyglądała raczej na podłamaną niż wystraszoną.
        - Bardzo źle wyglądam? - upewniła się, pytaniem kierując do Kelsiera i patrząc na niego wzrokiem “błagam, powiedz, że nie mam twarzy jakbym bronami dostała”.

        Kvaser miał szczęście w nieszczęściu, bo chociaż pani kapitan była wyraźnie na niego obrażona i tak generalnie trochę wystraszona, nadal była grzeczną pacjentką. Gdy on uprzedzał, że będzie bolało, piekło czy w jakikolwiek sposób może być nieprzyjemnie, ona tylko kiwała głową i dzielnie to znosiła. Nie wierzgała, nie wyrywała się i nie mędrkowała. Tak naprawdę za łatanie ludzi mu płaciła i ufała, że zrobi to dobrze - już wcześniej na statku pokazał, że zna się na swojej robocie. Nie było zresztą aż tak źle - naprawdę czasami wyskubywanie brwi bywało gorsze. Nigdy jednak nie była leczona magią - było to dla niej nowe doświadczenie, bardzo ekscytujące i tak niecodzienne, że na moment zapomniała, że jest na medyka obrażona. Wrażenie, jakie robiło penetrujące tkanki zaklęcie było tak przyjemne, że pani kapitan aż sobie westchnęła. I dopiero gdy głos opuścił jej usta zdała sobie sprawę, że nie było to takie zwykłe westchnienie, tylko zawierało się w nim tyle błogości i przyjemności, że aż kilku zmiennokształtnych obróciło się w jej stronę z zainteresowaniem. Momentalnie się spięła. Zrobiło jej się wstyd, ale w sumie dobrze wyszło, bo jej zachowanie współgrało z tym, co chciał osiągnąć Kvaser - ewentualni widzowie pomyśleli, że to nie był jęk przyjemności a bólu.
        Ijumara bardzo dyskretnie kiwnęła głową, by zgodzić się z propozycją czarodzieja, aby jeszcze chwilę odgrywać teatrzyk z opatrywaniem ran, by móc w miarę swobodnie rozmawiać.
        - Mnie wciągnął portal tamtego maga na polanie - wyjaśniła cicho. Głowę miała pochyloną, bo patrzyła na ranę, ale dzięki temu również włosy zasłaniały jej twarz, więc nawet nie dało się poznać, że cokolwiek mówiła.
        - Chyba was też, prawda? - upewniła się, zerkając na obu towarzyszy. - Ja wylądowałam na plaży, tamtych dwóch, co za nami łazi, widziało jak wypadłam z portalu, śledzili mnie. A potem przyprowadzili nas tutaj - dodała, pomijając całą sytuację z tym jak ją wystraszono i jak spotkali się z Kelsierem. Nie zrobiła tego, by komukolwiek odjąć czy dodać, po prostu wydawało jej się, że w tej chwili nie ma czasu na tak szczegółowe historie. - Nie wiem do kogo nas prowadzą, bardzo słabo mówią we wspólnym, a ja z ich języka nic nie rozumiem. Cały czas tylko powtarzają, że chcą nas komuś pokazać. Kvasir... - odezwała się cicho. - Pamiętasz tę jedną książkę, którą ci pożyczyłam? Wydaje mi się, że to może być wyspa, o której tam pisali - zasugerowała. Słychać było, że rozmowa o literaturze wprawia ją w lekkie zakłopotanie i w sumie nic dziwnego, bo żadna z odpowiedzi Kvasera nie byłaby dla niej dobra. Gdyby nie przeczytał powieści, nie mogłaby z nim przedyskutować swoich przypuszczeń, a jeśli czytał... O na siedem mórz, co on sobie o niej pomyśli. To było takie durne przygodowe romansidło... Chociaż może nie? No bo gdyby okazało się, że ma rację, to okazałoby się, że książka miała też charakter trochę dydaktyczny. Na pewno by jej trochę ulżyło, gdyby tak było.
        - Sądzicie, że powinniśmy im ufać? - zapytała, zerkając kątem oka w stronę znajomej dwójki panterołaków, którzy dyskutowali z Naimą nieopodal. Nie wyglądali na groźnych, ale to nie znaczyło, że nie mogli zrobić im krzywdy.
        - Kvaser, możesz mi tak przy okazji wytłumaczyć jak tu trafiliśmy i jak mamy wrócić? Znasz się na magii… I to dzięki tobie tu jesteśmy - dodała znacząco, tak by czarodziej nie miał już wątpliwości za co jest na niego obrażona.
        Tymczasem panterołaki, które przyprowadziły Ijumarę i Kelsiera do wioski zaczęły się niecierpliwić - krążyli w tę i z powrotem, zbliżając się do trójki obcych i co prawda jeszcze ich nie ponaglali, ale na pewno gdyby którekolwiek z nich się rozluźniło jak po zakończonej pracy, na pewno by się wtrącili.

Awatar użytkownika
Kelsier
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 69
Rejestracja: 4 lat temu
Lokalizacja: Wrocław
Kontakt:

Post autor: Kelsier »

Po zdarzeniu z Ijumarą i młodym zmiennokształtnym, do ich trzyosobowej grupy dołączyła też mieszkająca tu dziewczyna. Kotołakowi wydawało się, że już wcześniej widział ją w towarzystwie Kvasera, więc może ona i mag się znali – może trafili na siebie, gdy wylądował na tej wyspie i został przez nią przyprowadzony. W każdym razie, sprawiała ona wrażenie osoby trochę ważniejszej niż zwyczajny mieszkaniec tego miejsca.
         – Bo nie jestem stąd. Wyglądem mogę przypominać waszych pobratymców, ale urodziłem i wychowałem się poza wyspą – odezwał się, przyglądając się dziewczynie. Już drugi raz ktoś wziął go za mieszkańca Wyspy Czarnej Skały. Miał też wrażenie, że raczej nie był to ostatni raz i jeszcze natknie się na kogoś, kto w jakiś sposób zasugeruje mu, że wziął go za jednego z tubylców. Później odwrócił się w stronę Ijumary, gdy ta zadała mu pytanie.
         – Nie jest źle, wystarczy, że przetrzesz twarz i wszystko wróci do normy – odpowiedział jej i mówił prawdę, bo jej oblicze nie ucierpiało tak mocno, jak może jej się wydawało. Wystarczyłaby szmatka i trochę wody, żeby mogła ją przetrzeć i zmyć strużkę krwi, która się tam pojawiła. Ijumara właściwie miała szczęście, że nie stało się nic, co można byłoby nazwać poważnym. Później tamta zmiennokształtna zaprowadziła ich do jednego z namiotów w wiosce. Prawdopodobnie właśnie tutaj leczono różne rany i urazy, a ci poważniej ranni najpewniej mogli też zostać tu, żeby odpocząć. To miejsce powinno być dobre do tego, żeby Kvaser mógł opatrzyć rany na plecach Pani Kapitan.

         – Dziewczyna wydaje się też być kimś więcej, niż zwykłym mieszkańcem wioski – odezwał się cicho kotołak. Może była jakąś kapłanką, może córką jednej z ważnych osób w tym miejscu, a może jeszcze kimś innym, kto był podobnie ważny. Może tego też przydałoby się dowiedzieć, żeby móc określić jej pozycję w tym miejscu. Tylko kogo trzeba by było o to zapytać? Wątpił, żeby Naima – imieniem tym nazwał ją Kvaser – odpowiedziała im, gdyby ją o to zapytali. Mogłaby zacząć coś podejrzewać i w związku z tym nie chciałaby wyjawić im tego, co mogliby chcieć wiedzieć.
         – Ja wylądowałem w samym środku dżungli, na jakiejś polanie – zaczął mówić, gdy Ijumara skończyła swoją opowieść.
         – Przez jakiś czas włóczyłem się po niej, szukając jakichś śladów tego, że może ktoś tu mieszka i będzie w stanie mi pomóc. Dotarłem w końcu na plażę, gdzie trafiłem na ślady stóp. Podążyłem nimi i spotkałem Ijumarę, a także dwójkę panterołaków, którzy przyprowadzili nas tutaj – dokończył. O niektórych rzeczach także nie wspomniał i nie zagłębiał się w szczegóły, jeśli chodziło o moment spotkania dziewczyny i zmiennokształtnych.
         – Nie powiedzieli też, gdzie chcą nas zabrać. Tylko tyle, że chcą nas „pokazać”, chyba komuś – dodał. Może chcieli przedstawić ich komuś, kto sprawował władzę w wiosce, a może tylko swojej rodzinie i znajomym? Tego mogli się wyłącznie domyślać, a zapytane panterołaki mogłyby im nie odpowiedzieć, może nie znajdując albo nie znając odpowiednich słów w mowie wspólnej, albo mogliby tylko odrzec, że zobaczą na miejscu.
         – Proponowałbym, żeby tego nie robić, a przynajmniej jeszcze nie – odparł, spoglądając to na Kvasera, to na Ijumarę. Chciał usłyszeć czy poprą go, czy może jednak nie i zaproponują inne rozwiązanie. Nawet jeżeli to zrobią, to on sam i tak raczej pozostanie przy swoim zdaniu i nawet w niedużym stopniu nie zaufa komuś, kogo w ogóle nie zna i to mimo tego, że on był zmiennokształtnym i oni także nimi byli. Następne słowa brunetki sprawiły, że kotołak ponownie zerknął na pradawnego, czekając na to, jakiej odpowiedzi udzieli.

         – Zaczynają się niecierpliwić, może nie każmy im dłużej czekać – zaproponował. Chwilę wcześniej zerknął w stronę dwójki kotołaków i w ich zachowaniu widział rosnące zniecierpliwienie, które ostatecznie może sprawić, że jeden z nich podejdzie do nich i zapyta, czy już skończyli albo może nawet powie, żeby się pospieszyli. Z drugiej strony zostawała też zagadka tego, gdzie chcą ich zaprowadzić i komu „pokazać”. Nie wydawało mu się, żeby prowadzili ich w jakąś pułapkę albo coś takiego, jednak takiej możliwości i tak nie należało całkowicie porzucać – nawet, jeżeli była najmniej prawdopodobna. Dlatego musieli być gotowi praktycznie na wszystko, na każde potoczenie się tej sytuacji, jakie przyszłoby im do głowy. Musieli być gotowi na to, żeby odpowiednio zareagować, nawet jeżeli musieliby ratować się walką.
Kelsier spojrzał jeszcze na swoich towarzyszy, szukając u nich potwierdzenia związanego z tym, że są gotowi, żeby wstać i zwrócić na siebie uwagę zmiennokształtnych, którzy najpewniej od razu do nich podejdą. W końcu wstał i stało się mniej więcej to, czego oczekiwał.
         – Można iść? - zapytał jeden z panterołaków, gdy obaj do nich podeszli. Kelsier pokiwał twierdząco głową, a także spojrzał na Kvasera i Ijumarę, ostatecznie upewniając się, że są gotowi do drogi. Gdy wszyscy potwierdzili już gotowość, panterołak ruszył przed siebie i znowu gestem dłoni wskazał im, żeby szli za nim.

Awatar użytkownika
Kvaser
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 59
Rejestracja: 5 lat temu
Kontakt:

Post autor: Kvaser »

        Czarodziejowi ulżyło, gdy usłyszał historię jaką opowiedzieli mu towarzysze. Przede wszystkim cieszył się, że nic podczas teleportacji się im nie stało. Teraz są razem i mogą o siebie nawzajem zadbać. Drugą ważną informacją było to, że trafili na wyspę w tym samym czasie, bez żadnych odchyleń w postaci różnicy kilku lat, bo i takie mankamenty się zdarzały. A więc zaklęcie było stabilne a zamiary strażnika pewne. Najwidoczniej nie pierwszy i nie ostatni raz wysłał tu niechcianych gości. Może nawet ma z tą wyspą coś wspólnego? Może słowa tego strażnika okażą się zrozumiałe dla tego ludu? Musieli się tego dowiedzieć, ale nie mogli działać zbyt szybko i pochopnie.
        - Mnie też wciągnął portal. Wylądowałem w wodzie i na brzegu spotkałem Naimę. Chyba zakładała, że chcę zrobić krzywdę temu młodemu kociakowi, ale się dogadaliśmy. Na tyle by mnie tu zaprowadziła i nie uznała za byle zabójcę – krótko opowiedział, bo i też nie było czasu na zbędne szczegóły.
        - I tak, Naima jest... inna. Ona... nie wiem jaką pozycję tu zajmuje, ale coś ją wyróżnia spośród reszty – przyznał.
        - Książkę? - szepnął w zamyśleniu medyk sięgając do jednej z misek by moździerzem rozgnieść przygotowywaną mieszankę ziół.
        - Przygody kapitana Bellgara? - przypomniał sobie mężczyzna zadzierając lekko głowę i starając się wygrzebać z pamięci treść przywołanego tytułu. - Ta wyspa... To ona była umieszczona na okładce i opisana w przygodach. Tylko tam nie było zmiennokształtnych...
        Kvaser żałował, że przeczytał ten tom tylko raz, jakby brakowało mu czasu w długowiecznym życiu. Na statku poświęcił się jednak notatkom ojca Ijumary i gdzieś umknęło mu wiele opisów, teraz tak przydatnych, o tajemniczej wyspie na jaką trafił rzekomo fikcyjny bohater. Poza tym, jakby tak się wgłębić w temat to więcej tam było romansu niż faktów, choć kobieta.... jedna z głównych postaci była mieszkanką gęstej dziczy. Jeżeli faktycznie przedstawiała tutejszą kulturę to mogli łatwiej porozumieć się z mieszkańcami.
        - Jeżeli chcą nas gdzieś zaprowadzić to zapewne do wodza i o ile pamiętam, nie można do niego pójść... ot tak. Odpowiednio nas do tego... przygotują – mruknął z niezadowoleniem Kvasir mający nadzieję, że nie będzie to tak mocno odzwierciedlało opisu z książki. Słowo „pokazać” pasowałoby tu wówczas idealnie, a czarodziej wbrew pozorom nie czuł się zbyt dobrze jako przedmiot do prezentacji czy sprzedaży. Był raczej typem trzymającym się gdzieś na uboczu grupy niż zainteresowany wychodzeniem przed szereg.
        - Oby było w niej więcej fantazji niż faktów... - bąknął nakładając maź na bark rannej, typowo dla kupienia czasu.
Na kwestię zaufania przytaknął Kelsierowi. Ograniczone zaufanie to bezpieczny teren, szczególnie, że kompletnie nie znali tutejszej kultury i równie dobrze jeden błąd mógł ich skazać na wysoką karę. Głównie dlatego, że nie znali prawa jakim kierowali się zmiennokształtni. I to jeszcze koty chadzające własnymi ścieżkami.
        - Powrót... - mag cicho powtórzył kwestię pani kapitan z wyraźnie wyczuwalną wątpliwością.
        - Strażnik musiał znać to miejsce, skoro wyrzucił nas z lodowej krainy na tropikalną wyspę. Zgaduję, że nie jest to blisko a trafiliśmy wszyscy w jedno miejsce. Musiał je dobrze kojarzyć jest więc nadzieja, że wrócimy skąd przybyliśmy. Znaczy... Wrócimy z pewnością tam skąd nas wyrzucono – przyznał pewnym głosem Kvasir, po czym zgarbił się dodając. – O ile spełnimy kilka warunków.
        - Po pierwsze, jestem zmęczony. Wręcz wyczerpany walką na morzu, nie odzyskałem w pełni sił. Muszę odnaleźć jakieś źródło energii – powiedział, a na jego twarz rzucił się cień, gdy mag zacisnął zdrową dłoń na dziurawej jak ser drugiej ręce.
        - Po drugie, nawet gdy odzyskam siły nie znam tak silnego zaklęcia przestrzeni by teleportowało nas „ot tak” z punktu A do punktu B, nie znając przy tym dokładnej lokalizacji. Lokalizację pierwszego punktu znam, dzięki zapiskom twojego ojca – wyznał rzucając krótkie spojrzenie pani kapitan. - Drugi punkt nie jest tak ważny, ułatwia magię inkantacji, więc taka informacja zawsze się przyda, nie jest to jednak rzecz niezbędna, ale jak wspomniałem, magia przestrzeni to bardziej odległy dla mnie temat. Musimy znaleźć jakieś silnie magiczne miejsce, ale nie takie bym tylko odzyskał energię. Takie, w którym będzie tej energii więcej niż potrzebuję. Dzięki niemu portal będzie stabilniejszy, a ja nie zaryzykuję tym, że po drugiej stronie być może się nie spotkamy... tacy jacy jesteśmy – dopowiedział ciszej zdając sobie sprawę, że im głębiej w las tym więcej drzew i więcej złości jego szefowej.
        - A artefakt, który połączy mnie z tą siłą już mamy – dokończył czując pulsacje w rannej ręce. Przeklęty kostur wreszcie na coś się przyda, choć połączenie się z nim po raz kolejny przyprawiało maga o mdłości.
        „I po ostatnie, to ja sam i moje umiejętności...”, pomyślał gorzko pradawny, który wiedział, że jego słowa brzmią o wiele prościej niż rzeczywistość. Był... magiem. Nie czarodziejem, nie w pełni czarodziejem. Nie tak silnym, nie uważał się za takiego, bo w końcu w pewnej części... swojej mniejszości, był człowiekiem. Teraz zależnym dodatkowo od emocji, z którymi nie za bardzo sobie radzi.
        - Wybaczcie moją nagłą reakcję, która skazała nas na tę wyspę. Obiecuję, że nas stąd wydostanę. – Kvasir przyłożył dłoń do piersi nieznacznie oddając ukłon ku zaprzyjaźnionej dwójce, a jego słowa tym razem nie miały zostać rzucone na wiatr.
        Po tej obietnicy do trzyosobowej grupy zbliżał się jeden z panterołaków. Medyk podniósł wzrok a wraz z nim dźwignął własny ciężar odpowiedzialności.
        - Tak, możemy.

Awatar użytkownika
Ijumara
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 59
Rejestracja: 3 lat temu
Nagrody: [img]http://granica-pbf.pl/images/gwiazdki.png[/img]
Kontakt:

Post autor: Ijumara »

        Tubylcy ewidentnie mieli problem ze zrozumieniem faktu, że Kelsier mimo ewidentnie kocich cech nie jest jednym z nich - widać to było po ich minach za każdym razem, gdy ich o tym uświadamiał. Przeważało niedowierzanie, czasami zastąpione pobłażaniem, jakby kotołak powiedział kiepski żart, który w mig został rozpracowany. Ale nikt się nie kłócił i nie dociekał. Póki co, gdyż wszyscy sprawiali wrażenie wyjątkowo ciekawskich i pewnie w którymś momencie zasypią go pytaniami i zaczną domagać się szczegółów.
        Za to osobą, która zareagowała na odpowiedź Kelsiera - jednakże na trochę inne pytanie - z wdzięcznością wymalowaną w oczach, była Ijumara. Poczuła prawdziwą ulgę, że twarz nie wyglądała tak źle jak ona to czuła. I powiedział to on, Kelsier! Och, chyba, że powiedział tak z grzeczności, by jej nie urazić? Ileż by dała za kawałek lusterka, by móc to sprawdzić…

        Kolejne punkty kotołak złapał, gdy Ijumara zrelacjonowała to jak pojawiła się na wyspie, a on dopowiedział swoją część i miłosiernie przemilczał szczegóły tamtego spotkania. Nie wszyscy musieli być świadkami jej upokorzenia, a Kelsier najwyraźniej był gotów zachować to dla siebie. Co za cudowny, dobrze wychowany mężczyzna! Pani kapitan uśmiechnęła się pod nosem, bardzo się pilnując, aby nie patrzeć na niego, bo jeszcze Kvaser by się domyślił, że mają jakąś tajemnicę.

        - Nie było zmiennokształtnych, ale wszyscy nosili zwierzęce skóry - zauważyła Ijumara. - Wiesz… Przyjemniej się czyta o pięknej dziewczynie w sukience z panterki niż o prawdziwej panterze, mniejszy szok poznawczy - przedstawiła potencjalne wyjaśnienie, choć mówiła nieśmiało, jakby to była jakaś wstydliwa prawda. Tak naprawdę wcale nie była pewna swojej interpretacji - dość mocno przekonana, ale nie pewna. Po prostu za wiele romansów przygodowych przeczytała do tej pory, by nie dostrzec pewnych schematów. No ale przecież nie przyzna się do tego tak wprost przed dorosłymi mężczyznami, bo będą jak traktować jak smarkulę.
        No ale tak, pozostała kwestia “pokazywania ich” i tego, jak to w Przygodach Bellgara zostało opisane. I ile tam było prawdy, a ile literackiej fikcji… Ijumara póki co bez słowa komentarza przytaknęła Kelsierowi, gdy ten wspominał o tym jak dwaj znajomi zmiennokształtni wiecznie chcą ich gdzieś zabrać. Później jednak mina jej nieco zrzedła.
        - Nie wiem czy będziemy mieli coś do gadania - zauważyła cicho. No bo jeśli obie strony się uprą to bardziej prawdopodobne było, że to oni będą mieli z tego kłopoty, a nie tubylcy. A oni byli w o wiele gorszym położeniu i szanse na dyskusje były bardzo mizerne.
        - Wiesz, ci dwaj wyglądają na takich wiejskich głupków, może chcą nas tylko pokazać znajomym - zagaiła Ijumara, wbrew pozorom całkiem sensownie, gdyż panterołaki faktycznie nie sprawiały wrażenia tytanów intelektu.
        No ale zanim dojdzie do “pokazywania” był jeszcze czas, aby obmyślić jakiś powrót. Nigorie z ulgą przyjęła do wiadomości, że Kvasir najwyraźniej miał jakiś plan.
        - Och, a może jakby ich dobrze popytać, to będą kojarzyli inne ofiary tamtego typa? - zasugerowała. - Wiecie, może powiedzą jak tamci sobie poradzili… Choć gorzej jeśli dowiemy się, że tamci dokonali tu żywota ze starości - mruknęła z lekko nadąsaną miną. Później już się nie wtrącała w wyliczenia Kvasera, choć bardzo ekspresyjnie zareagowała na wieść, że ten jest zmęczony po walce na morzu i potrzebuje odzyskać siły… Nawet nie pytała czy solidna drzemka i dobra kolacja wystarczą, bo odpowiedź była oczywista: nie wystarczą. To było inne, magiczne zmęczenie. Czyli musieli znaleźć źródło magii. Szkoda, że chyba żadne z nich się na tym nie znało.
        - ”Genna pousavail, ta-ra jeru - powiedziała cicho. - To powiedział tamten magin. Może to nam pomoże? Może ktoś tutaj…
        Za wiele się nie nagadała - skończył się ich czas i panterołaki przyszły się upomnieć o ich towarzystwo. Iju nie zamierzała z nimi dyskutować. Podziękowała Kelsierowi, na próbę poruszała opatrzonym ramieniem i poszła razem z chłopakami dalej.

        Ścieżka, którą ich prowadzono, była wąska i prowadziła dość ostro pod górę - musieli iść gęsiego i nadążać za nadpobudliwym przewodnikiem. I tym razem pani kapitan opóźniała pochód, ale bardzo się pilnowała, by nie zostać zanadto w tyle, bo za jej plecami szedł ten, który ją ostatnio smyrał po ramieniu i panna Nigorie wolała nie zostawać sam na sam w jego towarzystwie.
        W końcu - po krótkim, ale dość intensywnym spacerze - dotarli do grupki zabudowań, które różniły się nieco od poprzednich. Był to okrągłe szałasy wykonane z liści palmowych. Wejście do każdego z nich osłaniała wzorzysta, kolorowa tkanina, a po obu stronach stały tarcze, włócznie i dekoracje z roślin. Na polance pośrodku tego skupiska domków grupka zmiennokształtnych młodzieńców bawiła się między sobą w zapasy, lecz obcym nie było dane się na to napatrzeć - zostali uprzejmie acz stanowczo zagonieni do pierwszego z brzegu szałasu.
        - Wy spotkać się z wysokim - oświadczył z podekscytowaniem jeden zmiennokształtny, podczas gdy inny z nich wyszedł drugimi drzwiami, pewnie po to, by ich zapowiedzieć.
        - Wy się przygotować - dodał panterołak, który ich prowadził.
        Ijumara rozejrzała się po szałasie. Był skromnie urządzony, w zasadzie znajdował się tu tylko pełen jakiś miseczek i słoiczków stół oraz plecione z liści leżanki. Trochę jak ubogie obozowisko… Jak oni mieli się przygotować na to spotkanie z wodzem? Odpowiedź nadeszła wraz z pojawieniem się innego kotołaka. Ten to był rasowy, oryginalny. Miał smukłą sylwetkę, trójkątną głowę, piękne szare futro, gęste i jedwabiste, a poza tym w półmroku szałasu lśniły jego piękne, złote oczy.
        - Zdejmijcie z siebie te dziwne łachy, musicie zostać pomalowani - oświadczył głębokim głosem przypominającym mruczenie. Robił ogromne wrażenie i Nigorie przez moment była nim zauroczona, ale zaraz dotarło do niej znaczenie jego słów. O nie!
        - Nie rozbiorę się - oświadczyła hardo.
        - Musisz - parsknął kotołak, jakby miał do czynienia z krnąbrną smarkulą.
        - Nie ma mowy, nie przy obcych - odparła Ijumara. Butnie założyła ręce na piersi i obróciła głowę w bok, zadzierając nos do góry. Nie wiedziała, że część obecnych w szałasie osób patrzy na nią z podziwem, a część jakby postradała zmysły i powinna szybko przeprosić za swoje zachowanie.
        - Możecie sobie malować po tej koszulce ile wam się żywnie podoba, ale się nie rozbiorę - ustąpiła odrobinę.
        Kotołak westchnął coś w swoim języku, wyraźnie zniecierpliwiony, po czym podszedł do pani kapitan i wyciągnął do niej rękę. Gdy złapał za brzeg jej koszulki, pani kapitan zareagowała szybko jak atakująca żmija. I jednocześnie jak prawdziwa kobieta - dała zboczeńcowi po pysku. A że jako nastoletnia córka kapitana miała w tym spore doświadczenie, uczyniła to z gracją, bez wysiłku i niezwykle skutecznie, gdyż kotołaka aż okręciło. W szałasie momentalnie zaległa cisza, a do Ijumary powolutku zaczęło docierać co właśnie zrobiła. Dała po mordzie komuś, kto mógł się okazać bardzo ważny… Ale wcale nie to ją najbardziej frapowało. Raczej analizowała to jak bardzo dziwne uczucie towarzyszyło temu, jak go uderzyła. Futro na jego policzku było jedwabiste i zamortyzowało cios jej otwartej dłoni, a mimo to zdawało się, że i tak poszło jej całkiem nieźle… Pytanie tylko czy nie przesadziła. Już powoli zaczęła tracić pewność siebie i skłaniać się ku przeprosinom, ale wtedy kotołak spojrzał na nią z wyższością, otrzepał futro i wyszedł, ale wcale nie wyglądał na rozgniewanego, a raczej urażone, który ucieka, by ratować resztki dumy. Rzucił w progu coś w swoim języku. Co obecni przyjęli z dyskretnym śmiechem albo parskaniem.
        - Ty możesz zostać w ubraniu - oświadczył panterołak z wielkim zadowoleniem. - A wy macie zdjąć by było tak jak my.
        Wygrana Ijumary była niewielka, gdyż zgodnie z jej propozycją, została pomalowana łącznie z ubraniem, a czynił to nie kto inny, jak ten zmiennokształtny, na którego miała alergię. Cierpliwie znosiła, jak palcem nanosił na nią farbę, która układała się w różne zawijasy i niezrozumiałe wzory. Gdy zapytała co one znaczą, nie dostała odpowiedzi.
        - Wy jeszcze oddech bogów poczuć… - oświadczył jeden ze zmiennokształtnych, gdy cała trójka była już wymalowana. Wyszedł z szałasu, po czym wrócił z miską, w której znajdowało się coś bardzo dymiącego. Gryzący, ale przy tym bardzo aromatyczny dym momentalnie wypełnił szałas, gdy podróżnicy byli nim okadzani z góry na dół, z przodu i z tyłu, a na koniec kazano im jeszcze to ustrojstwo wdychać.
        - Gotowi! - zawołał w końcu jeden z panterołaków i cała trójka została wyprowadzona drugim wyjściem z szałasu. Niedługo nacieszyli się słońcem i świeżym powietrzem, gdyż zaraz wprowadzono ich do następnego szałasu. Ten był znacznie większy, a jego podłogę pokrywały miękkie maty z trzcin. Wszędzie walały się jakieś bibeloty i worki, które być może był poduszkami, ale równie dobrze mogły stanowić zgromadzone zapasy. Pod ścianami szałasu ustawiono jeszcze deski, na którym wymalowano w dość prymitywny sposób różne scenki rodzajowe - głównie ujęcia polowań i pływania dziwnymi dwukadłubowymi łódkami po morzu. Na środku zaś, w pełnej okazałości, siedział ktoś, kto był pewnie wodzem tego plemienia. Wielki, niezwykle okazały leonid z piękną złotą grzywą i bardzo dumnym spojrzeniem. Choć siedział, widać było, że nie był byle chuchrem i pewnie nawet Kelsier miały problem, by go pokonać w walce wręcz. Na jego skrzyżowanych nogach leżało czerwone płótno, a na nim wielki miecz wykonany chyba z kości jakiegoś morskiego potwora. Ijumarze aż ciarki przeszły po plecach, gdy na niego patrzyła. Tym bardziej, że na drugim planie, za plecami leonida, dostrzegła nie dość, że dwie kocice, to jeszcze tego szarego kotołaka, któremu dała w dziób. Co też on mógł nagadać wodzowi na jej temat...

ODPOWIEDZ

Wróć do „Jadeitowe Wybrzeże”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość