Równiny Theryjskie[Okolice Elfidranii] W karczmach bywa i tak...

Spokojna równina zamieszkana głównie przez pokojowo nastawione elfy i ludzi. To właśnie na niej znajduje się słynne Jezioro Czarodziejek i zamek, w którym się spotykają. Na równinie położone jest również osławione królestwo Nandan- Theru. To harmonijna kraina rzek, jezior i lasów.
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Sven
Błądzący na granicy światów
Posty: 17
Rejestracja: 2 lat temu
Lokalizacja: Kołobrzeg
Kontakt:

[Okolice Elfidranii] W karczmach bywa i tak...

Post autor: Sven »

Jesienna aura nie sprzyjała z pewnością przebywającym na traktach podróżnym. Podmokłe drogi, wilgoć i smagający z różnych stron swoimi porywistymi szponami chłodny wiatr. Szumiące drzewa zdawały się szeptać subtelnie radę, by przejezdni skorzystali z gościnności kogokolwiek w najbliższej mieścinie, wiosce, czy nawet samotnym domostwie. Jedynie bardziej zdesperowani wędrowcy albo bardzo zorientowane na szybkim zarobku karawany czy zwykłe nocne łapserdaki pozostawali wytrwale w drodze. Wszak miejsc do spoczęcia po zmroku, by uniknąć całych tych nocnych odchyleń od bezpieczeństwa było mnóstwo. Czasem aż przeszkadzało to w długich trasach, że przy tych częściej uczęszczanych powstawała wioska na wiosce. W sumie nie dziwota, po cóż zakładać osadę w głuszy?
Wieczór był zdecydowanie zimny. Wiatr gonił chmury po ciemnogranatowym nieboskłonie a te w całym tym pośpiechu zasłaniały jasno świecące gwiazdozbiory. Jedynie pełna tarcza księżyca górowała nad całym tym krajobrazem. Nieduża wioseczka, liczącą może kilkanaście budynków ustawionych szeregowo wzdłuż traktu, który zwężał się przy wjeździe do wioski. Sam wjazd pomiędzy zabudowę pozwalał schronić się przed świszczącym po lasach i na traktach furiatem, który wiecznie spieszy się by poukładać wszystkie chmury po swojej myśli. Większość z domost miała już pogaszone światła. Zwalniający przejezdni z pewnością bez trudu mogli trafić do karczmy, tam zawsze w oknach widać było już blask pochodni a może nawet czuć ciepło kominka z oddali, jeśli było się wystarczająco go spragnionym. Dla tego budynku pora była jeszcze wczesna, noc młoda, a dzisiejsza przygoda nawet nie rozpoczęła się na dobre. Ścieżynki między budynkami były zupełnie puste. Zapewne cieplejsza porą roku mogliby się tu trafić spacerowicze, powracający z karczmy klienci, czy inne tego typu jednostki. Zatem po zjeździe z traktu podróżni mogli szukać schronienia i gościny w chłodnych i sprawiających na ogół wrażenie pustych ścianach, bądź w karczmie, od której biło ciepłem i gościną już z daleka, od momentu gdy tylko po raz pierwszy została dostrzeżona. Wnętrze faktycznie było ciepłe i przestronne, ale poza tym jednym z pierwszych co uderzało w nowo przybyłych była wrzawa i swoiska zawierucha tego miejsca. Dobiegające zza szynkwasu zapachy jadła i piwa. Ludzi tego wieczoru było całkiem dużo, ale lokal nie pękał jeszcze w szwach. Sven widywał dużo gorsze najazdy swego czasu, ale trzeba pracować na tym, co jest. Właśnie kończył nalewać piwo paru mężczyznom siedzącym przy ladzie. Przekrój społeczny zebranych dziś ludzi był dość szeroki. Od pracujących w polu, przez miejscowych rzemieślników, niektórych nawet z żonami, aż po mniej, lub bardziej szykownie odstawionych przejezdnych. Rzecz jasna nie zabrakło i ciemnych typów, hazardzistów grających w kości, i karty, czy niezbyt utalentowanego trubadura. Przy kominku nawet wykonywała swój pokaż drobna blond włosa żonglerka o pogodnym uśmiechu podrzucając noże na różne sposoby i zręcznie je łapiąc. Starała się przy tym stać na uboczu, by nic jej nie przeszkodziło. Poza tym pozycja plecami do płomienia w kominku było wyjątkowo strategiczna dla jej dobrobytu. Karczmarz zastukał grubymi palcami nadszarpniętych ciężka praca dłoni o blat w rytm skocznej piosenki. Zaciągnął się swoją fajeczką i westchnał na wspomnienie, jak przed paroma laty koncert w jego karczmie dawała kobieta-koń. Centaurzyca z pierwszego zdarzenia. Pamiętał doskonale, gdyż tamten wieczór po dziś dzień znajdował się wysoko na jego prywatnej liście wyjątkowych zmian. Tego wieczoru pracowały, właściwie biegały nieco jak poparzone - nic nowego w tej branży - dwie kelnerki. Czasem z kuchni wychodziła też starsza kucharka, żeby im dopomóc donieść jakieś dania na miejsce. Sven nie miał swojego zastępcy, zatem musiał czuwać przy lądzie cała noc. W sumie bylo to najlepsze miejsce do obserwacji a także do zbierania ciekawszych historyjek od chcących się wygadać klientów.
- Lilia, chodz no tu. - zakrzyknął mężczyzna. Część sali spojrzała w kierunku, z którego dobiegł dość donośny głos, ale nie było specjalnej reakcji. Pewnie wolał jakąś kelnerkę. Po chwili jednak to artystka spod kominka zakończyła swój pokaz. Z delikatnym przykucem i ukłonem złapała ostatnie z ostrz między palce. W kierunku drobnej sakiewki, która leżała na podłodze przed nią poleciało kilka monet. Oczywiście parę nie trafiło do środka. Pozbierała swoje mniej bezpieczne zabawki, po czym szybko na kolanach zebrała napiwki, wstała przypinając dokładnie mieszek do pasa i zawiązując go. Ułożyła ładnie kołnierz białej koszuli i rozpieła górny guzik, dmuchnięciem w górę poprawiła grzywkę i ruszyła do lady.
- Ile razy mówiłem, żeby nie było noży jak jest tyle ludzi? Wzięłabyś się za normalna robotę, widzisz, że dziewczyny sobie nie radzą. Moja oferta jest nadal aktualna. - powiedział karczmarz, gdy dziewczyna dotarła już do lady. Po jej odpowiedzi zaczął jedynie szykować kolejny kufel piwa a po nim następny, bo pora już taka, że mało się zdarzało pojedynczych zamówień. Robiło się głośniej, weselej, ale czy oby na pewno cały wieczór przeminie w takiej atmosferze... Sven doświadczeniem nauczył się, żeby nigdy nic z góry nie zakładać, póki nie znajdzie się w łóżku daj Boże przed świtem.

Awatar użytkownika
Lilianna
Błądzący na granicy światów
Posty: 12
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Lilianna »

Największą sztuką podczas żonglerki nożami było dojście do etapu, w którym mogła zapomnieć, że faktycznie to robi. Skupianie się na każdym ruchu i latającym obiekcie było wyjątkowo męczące, stresujące i trudne. Zwłaszcza w warunkach karczemnego zgiełku. Na całe szczęście ten trudny okres przejściowy młoda wampirzyca miała już za sobą. Teraz jak prawdziwa kobieta podczas wykonywania jednej czynności mogła myśleć o jakiejś zupełnie od niej różnej. Miała dziś dobry humor. Nie tylko ze względu na zapowiadające się dość obfite napiwki, ale tak po prostu. Jesienna zawierucha i nieco deszczu od jakiegoś czasu jej służyły. To znaczy od kiedy wstała na nogi po swojej przeszłości... tej, której nawet dobrze nie pamięta. Dziś jednak nie był dzień na zastanawianie się nad tym co było. Bawiła się, robiła to co w pewnym sensie kocha. Czasem nawet ładnie się uśmiechała! Karczmarz powiedział jej kiedyś, że uśmiech i pozytywna paplanina to ponad połowa sukcesu w jego przytułku, więc wzięła sobie te radę do serca. Lubiła Svena, chociaż zdarzało jej się patrzeć na niego dziwnie, zwłaszcza na początku. Jakby wyczuwała w nim brak szczerości, swego rodzaju maskę, którą przywdziewał do swojej pracy. Zastanawiała się, czy może jesień go nie męczy... czy nie wolałby odetchnąć odrobiną spokoju, wszak prowadzenie takiego biznesu to cięższy kawałek chleba, niż ona jest sobie w stanie wyobrazić. Z czasem jednak poznawała mężczyznę lepiej i lepiej też zaczynała rozumieć pewne zachowania, jego sposób myślenia, czy zachowania. W pewnym sensie przez ten krótki czas, jaki przebywała u Svena stał się on dla niej kimś na wzór mentora. Choć dla Lily to słowo z pewnością wydałoby się zbyt górnolotne a zdecydowanie wolałaby użyć bardziej pociesznego określenia. Jej występ dobiegł końca. Rzuciła przelotnym uśmiechem po sali takim niby psotnym, ale wesołym, choć krótkim. Nie potrafiła się tak publicznie spoufalać. Mimo to z wdziękiem zebrała napiwki i ruszyła do lady, zza której zawołał ją sam gospodarz, ku zdziwieniu niektórych z gości.
- Dobrze, już dobrze Staruszku. Schowałam. Nalejesz mi kufelek? Z sokiem, proooszę. - przeciągnęła ostatni wyraz i spojrzała na niego z uśmiechem. Ten pokręcił jedynie głową. Gdy się odwrócił dziewczyna przesunęła parę monet po szynkwasie na jego stronę i odwróciła wzrok pogwizdując pod nosem przypatrywała się pewnej grupce ludzi z jednego zakątka. Widziała, że inaczej Sven nie weźmie od niej zapłaty za trunek. Dla kogoś z zewnątrz, kto przyglądałby się tej dwójce ich swego rodzaju rytuały mogłyby się wydać nieco zabawne.
- Najpierw chwila przyjemności, potem obowiązki. Twoje zdrowie Sven. - powiedziała, po czym powtórzyła nieco żywiej i głośniej.
- Zdrowie karczmarza. - uniosła kufel w drobnej dłoni. Parę bliższych stolików powtórzyło jej okrzyk. Nie musiała nawet na niego zerkać, by poczuć ten uśmiech na jego wąsatej buzi i poczuć dumę, która rozpiera jego wielkie serducho w momentach takich jak ten. Zanurzyła usta w chłodnym trunku i cicho stuknęła kuflem o ladę. Kiedy skończyła cieszyć się napojem zniknęła na moment a po powrocie ot bez słowa pognała za jedną z dziewcząt, by pomóc jej zebrać wszystkie naczynia z jednego z większych stolików...

Awatar użytkownika
Atristan
Szukający drogi
Posty: 33
Rejestracja: 3 lat temu
Kontakt:

Post autor: Atristan »

- Dobra, panowie, chyba pora na postój - jeden z rabusiów chrząknął.
Z ich rozmów Atristan wydedukowała, że byli Łowcami Nagród. Słyszała ich okropny, rubaszny śmiech, kiedy przechwalali się między sobą, co zrobią z pieniędzmi za porwanie. Przynajmniej jej hipoteza się potwierdziła. La Valette z Fargoth szukają jej. Bardzo przemyślany ruch, wysyłać takich szemranych typów jak oni. Nikt nie zarzuci szanowanemu rodowi że sprzymierza się z przestępcami wyjętymi spod prawa. Poza tym bardzo łatwo takich oszukać. Żadnych honorowych umów, poza tym pewnie byli niepiśmienni. Zwykle i tak dostawali mniejsze wynagrodzenie niż było zaoferowane. O ile w ogóle. Bardzo opłacalny ruch...
Księżniczka była bardzo wychłodzona. Szybka jazda w nocy, bez karocy, powietrze świstało jej koło uszu i na gołych ramionach. Po chwili jednak rozpętała się gigantyczna ulewa. Czarna peleryna, którą zarzucili na jej plecy, zupełnie nie chroniła od grubych kropel wody spadających pod skosem.
- No, panowie, musimy chyba zrobić postój!
- Gdzie, pośrodku tego lasu!? Jeszcze trochę na północ i zahaczymy o miasto!
- CO!? Mieliśmy jechać od razu do celu!
- Pierdol się, Harold, konie nam ugrzęzną w błocie jak tak dalej pójdzie!
Ten pierwszy chrząknął coś i mruknął pod nosem.
- To zbyt niebezpieczne, co jak nam zwieje!?
- Przywiążemy ją do słupa i nie ucieknie! Takie chuchero jak ona się nie wydostanie!
- A widziałeś co się działo pod tamtą posiadłością!? Jakiś gigantyczny widmo-statek, cholera, i wampirza armia! Co jak będzie nas szukać!?
- Nie wyglądało na to, że zorientowali się, że im capnęliśmy księżniczkę, hehe. Byli zajęci swoją wojną!
- Dobra, cholera, ale gdzie my ją do tego słupa przywiążemy, Urlick? Pośrodku miasta!?
Drugi typ pomilczał chwilę w zadumie.
- Wiem! Schowamy ją do koszyka i powiemy, że to nasz ładunek, jeden zostanie w stajni pilnować, a my do karczmy przeczekać deszcz!
- Ty... łebski jesteś - Harold pokiwał głową z uznaniem. - Słyszeliście, Panowie! Następny postój w Elfidranii! A ty mała zsiadaj z konia, poleżysz se chwilę w koszyczku!
Brutalnie wpakowali ją do jednych z tych podłużnych, wysokich koszy, z jednego z nich wyciągając prowiant i przeładowując go to toreb i innych koszyków. Było jej bardzo niewygodnie, musiała kucać w jednej pozycji, jej kończyny były mocno skrępowane i już po chwili czuła, jak krew nie odpływa jej do nóg i ramion.
- E, mała, nie wierć się tak! Bo po pysku dostaniesz!
Przynajmniej jednak było nieco cieplej niż poprzednio. Próbowała podrapać się w ręce, surowa wiklina koszyka strasznie ją swędziała.

- Te konie do stajni, Urlick zostanie pilnować, bo mamy załadunek - powiedział chropowatym głosem przywódca.
- Tędy w prawo, jest siano i woda, dwa miedziaki - powiedział znudzonym głosem zarządca.
- A czemu to ja mam pilnować!?
- Bo to twój pomysł był! Potem cię ktoś pójdzie wymienić, teraz zmiataj z tymi końmi a my coś zjemy - Harold klepnął go w plecy i wręczył uzdę od swojego konia.
Atris nie była pewna, ile koni mają. Na pewno mężczyzn było czterech, a jeden z koni służył do przewozu ich... sprzętu. W tym jej.
Poczuła, że wchodzą do pomieszczenia. W stajni było wyjątkowo ciepło, przyjemnie sucho, tylko odór mokrych zwierząt i ich odchodów przeszkadzał, aby się zupełnie zrelaksować. A nie, w sumie bardziej przeszkadzała myśl bycia uprowadzoną, związane usta i ręce. Przez przemoknięcie z nosa sączył jej się katar, ciasny kosz i bandaż na ustach utrudniały jej oddychanie. Poczuła, jak mężczyzna odwiązuje ją z konia i razem z innymi rzeczami kładzie na stogu siana. Przynajmniej tak to brzmiało. Zaczęła mocno się wierzgać, próbując się wydostać. Brakowało jej oddechu.
- Ej, ty, bo ktoś nas odkryje! - szepnął groźnie w jej stronę, ale widząc, że nie przestaje, uchylił wieko od kosza. - No, co jest?
Próbowała odpowiedzieć, ale nie mogła związana.
- No, co?
W końcu zorientował się, że nie może powiedzieć, co, bo ma związane usta.
- Aaa, tak. Mała, tylko bez żadnych sztuczek mi tu! Jak zaczniesz krzyczeć, to... - chwycił w ręce sztylet. - Będziesz cicho? - Atris pokiwała energicznie głową.
- Nikogo tu nie ma żeby ci pomóc - powiedział, rozwiązując jej szmatę z ust.
- Duszę się, mam katar i w koszu było za mało powietrza - powiedziała szybko, łapczywie chwytając powietrze.
Urlick podrapał się po brodzie. Miała być dowieziona żywa, a jak się udusi, to żywa nie będzie.
- Hmmm...
- Ci ludzie, którzy ci za mnie zapłacą, wymierzą ci karę jak zginę, a nic ci nie zrobią, nawet jak ucieknę - wypróbowała perswazji.
- Dobra, chowaj się z powrotem do koszyka - warknął mężczyzna. - Jeśli usłyszę chociaż pisk, to cię zadźgam. Poza tym i tak nikogo tu nie ma.
Księżniczka schowała głowę z powrotem. Ponieważ teraz nie obijała się co chwilę o konia, mogła nieco wygodniej ułożyć się w koszu. Zastanawiała się, czy może nie wypróbować z mężczyznami pertraktacji. Sama przecież miała fortunę do rozdania. Póki co jednak była pilnowana przez tego osiłka. Patrzyła przez prześwity w splocie jak siadł na sianie i skrzyżował ramiona, okrywając się pledem. Obok siebie miał broń, w dłoni trzymał sztylet w pogotowiu.
Ciepło i nieco wygodniejsza pozycja niż wcześniej przypomniało jej o zmęczeniu. Póki co nic nie wskóra. Zamknęła więc oczy, próbując się zdrzemnąć...

Awatar użytkownika
Lilianna
Błądzący na granicy światów
Posty: 12
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Lilianna »

Każdego wieczoru w całym tym karczmiennym zgiełku w pewnym momencie ruch zaczynał się zmniejszać. Po jakimś czasie ludzi zaczynało ubywać a pracownicy orientowali się, że najgorszy, ale i najbardziej opłacalny czas mają już za sobą. Kiedy w karczmie pozostały już jedynie niedobitki wraz z właściwie... dobitymi przez alkohol do blatów stołów osobnikami i Sven kiwnął dziewczynie głową w podzięce za pomoc Lilianna stwierdziła, że wybierze się na spacer. Wszak pogoda była świetna, do niedawna lało. Było cholernie ciemno, raczej chłodno i zupełnie pusto na wiosce. Czego chcieć więcej? Nic, prawie. Wzięła jedynie ostatniego łyka piwa opróżniając swój kufel i z satysfakcją go po sobie nie umyła a jedynie odstawiła karczmarzowi z cichym stukiem na blat. Wybyła więc na zewnątrz otulając się nieco szczelniej swoim płaszczem i zarzucając na siebie kaptur. Stwierdziła, że najpierw zrobi obchód wokół karczmy. W końcu nie bez powodu przemyciła ten soczysty kawałek mięcha z kuchni, by w całości pochłonąć go samolubnie. Choć mogłaby, ale miała dobre serduszko do zwierzaków zwykle kręcących się w okolicy właśnie w oczekiwaniu na tak zbawienną istotkę, jak wampirzyca. Pierwszym, kogo spotkała na swojej drodze był jakiś zataczający się typ. Westchnęła i spróbowała ominąć go szerokim łukiem. Nieskutecznie.
- Eeej, ślicznotko. Dokąd taak.. idziesz? hehe. - zapytał urokliwie.
- Nie Twój interes. - odpowiedziała równie uprzejmie.
Miała już pochwalić się paroma nożami ze swojej kolekcji, sztuczka ta zazwyczaj działała dość dobrze na niezaznajomionych ze sztuką bandycką pijaczków. Ten był tutejszym, Lily widziała go nie raz w karczmie. Zazwyczaj nie miał nic ciekawego do powiedzenia na trzeźwo, jedynie ględził, że uprawy nie takie, sołtys zbyt głupi, czy daniny za wysokie. Klasyka, chyba że popił. Nieco rozmaitości temu odganianiu niechcianego adoratora dodał odgłos pociesznego człapania, który Lily jako pierwsza dosłyszała z podwórza za karczmą. Był to nie kto inny jak Puszek, pies karczmarza. Niech nikogo nie zmyli potulna ksywka jegomościa, bo pies sięgał wampirzycy do kolan, był nieco zarośnięty i przede wszystkim bardzo energiczny. W dodatku zawsze głodny. Taki to wielgachny kawałek głodnego Puszka.
- Lepiej spadaj, bo psami poszczuję. - dodała więc dziewczyna w miarę groźnym jak na jej aparycję głosem. Chociaż trochę pomylił jej się z pirackim akcentem i wyszło zabawnie. Całe szczęście nie dla faceta, kiedy zobaczył przy nodze wampirzycy tak wielkiego psa. Albo dwa, cholera go wie ile on ich widział, ale skutecznie zachęciło go to do opuszczenia posesji.
Lily przykucnęła przy psiaku i wyciągnęła zza pazuchy niedojedzony przez kogoś kawał udźca.
- Masz, bohaterze. - poczochrała mu łeb z uśmiechem, gdy ten chwycił w pysk kość i zaczął szarpać się o absolutną władzę nad jej posiadaniem. Dziewczyna oczywiście chwilkę się z nim poprzeciągała, po czym ustąpiła i rozejrzała się po okolicy dając mu tym samym czas na skorzystanie z paru pysznych kęsów. Puszek następnie wstał i merdając ogonem z kością na deser w pysku popatrzył na Liliannę.
- Pójdziemy zobaczyć do koni. Ale masz być grzeczny i cichutko, dostałeś kostkę, tak? - spojrzała na niego i pogroziła palcem, aby na pewno zrozumiał jej przekaz. Jego reakcja była taka sama, jak poprzednio, zatem dogadane.
- To idziemy. - zgodziła się i ruszyła na tył posiadłości, gdzie zazwyczaj ludzie zostawiają konie na noc. Jednak zbliżając się do drewnianej bramki dosłyszała jakby... chrapanie? Może kogoś nie było stać na nocleg i stwierdził, że się tu przekima. To nie do końca legalne, ale jeśli byłby miły to Lily nawet by go nie podkablowała. Sęk w tym, że jest środek nocy a wampirzyca jest pełna energii, więc ktoś chyba nie będzie miał zbyt długiego snu. Zerknęła konspiracyjnie na Puszka. Pokiwała głową i uchyliła bramkę dostając się do środka. Były nawet konie. Te szybko zorientowały się o jej obecności, ale jak na konie podróżne, najczęściej obsługujące karawany były dość przyzwyczajone do ludzi. Jednego z nich nakarmiła nawet sianem przeciskając się obok i właśnie wtedy zlokalizowała śpiącego jegomościa. Odchrząknęła głośno. Nie zbudziło to gościa. Powtórzyła zatem czynność.
- Pobudka, nie śpimy. - Przykucnęła w bezpiecznej odległości do niego. Zorientowała się, że przy dłoni ma sztylet, więc szybko nim się wybudził kopnęła go w głąb pomieszczenia. Szturchnęła tym samym butem jego dłoń, co wybudziło bandziora.
- Noo, bo konie Cie zjedzą. Co jest śpiochu? - zapytała.
- C-co? Nie Twój interes! - zerwał się bardzo nagle na równe nogi. Lily również wstała i naturalnie postąpiła krok w tył unosząc dłonie w górę. Między dwoma skórzanymi karwaszami, które pozostały widoczne, gdy rękawy jej płaszcza opadły na dół zamieniły się ostrza.
- Spokojnie, spokojnie. Bo zdenerwujesz zwierzaki, narobimy hałasu i będą kłopoty. Skąd jesteś? - zapytała ciekawsko nie będąc w ogóle jeszcze zorientowaną niebezpieczeństwa i wyjątkowości sytuacji, w której się znalazła.
Ostatnio edytowane przez Lilianna 1 tydzień temu, edytowano łącznie 1 raz.

Awatar użytkownika
Atristan
Szukający drogi
Posty: 33
Rejestracja: 3 lat temu
Kontakt:

Post autor: Atristan »

Atristan szybko przebudziła się słysząc, że ktoś wchodzi do stajni. Wydawało jej się, że to reszta porywaczy. Zdziwiła się słysząc damski głos. Schowała się głębiej do koszyka. Na szczęście ich głosy słyszała wyraźnie. Próbowała dojrzeć coś przez prześwity w koszyku. Widziała jedynie cienie jakichś dwóch postaci, nic na tyle dobrze, żeby wiedzieć, czy bezpiecznie jest się wychylić. W końcu jednak zaryzykowała. Powoli uniosła wieko koszyka, wychylając nos. Z ulgą spostrzegła, że ten osiłek jest odwrócony do niej plecami i to ta druga osoba mogłaby ją zauważyć. To była młoda kobieta. Atris zastanowiła się, czy ma jakiekolwiek szanse uciec... Bała się, Urlick stał bliżej. Może gdyby był zajęty konfrontacją z kobietą, miałaby szansę wyjść niezauważona. Nie rozbierali jej, miała na sobie cenną biżuterię. Poradziłaby sobie, próbując ją sprzedać. Mogłaby pojechać w ostateczności do jednego z zaprzyjaźnionego hrabstwa, tłumacząc się, iż została napadnięta podczas podróży. Robiło to kłopoty - wszyscy byli przekonani, że jest obłożnie chora w Nowej Aerii.
Nadal na sobie miała medalion Yao. Chciała go przywołać i poprosić go o pomoc... ale... co jeśli, podczas tej bitwy...
Atris nie chciała nawet kończyć tej myśli.
Cóż, jeszcze większym problemem było to, że dużo cenniejszym łupem jest ona sama w sobie niż te świecidełka, które ma. Jeśli ktoś miałby jej pomóc ją przewieźć, ukryć, nakarmić, zaopatrzyć w konia, musiałby być głupcem aby wymienić się na jeden z jej pierścionków, skoro na dłoniach miała ich pięć.
Dobra, nie ma co myśleć, trzeba działać. Ostrożnie wychyliła całą głowę znad koszyka, trzymając palec na ustach i próbując złapać z kobietą kontakt wzrokowy. Patrzyła na nią błagalnym wzrokiem. Potem powoli uniosła w palcach złoty pierścionek z rubinem, nieco go obracając, żeby pokazać, jak się mieni. Wskazała na opryszka, potem przesunęła palcem wzdłuż szyi. Później znowu obróciła palcami z pierścionkiem i wskazała palcem w jej stronę. Tą śmieszną pantomimą chciała powiedzieć "Jeśli chcesz ten pierścionek to załatw tego mężczyznę."
Powtórzyła w razie potrzeby ze dwa razy tę "choreografię" i schowała się znowu do koszyka. Mocno biło jej serce, tak mocno, że bała się, że usłyszy to Urlick. Albo, że akurat teraz przyjdzie reszta bandziorów. Pomodliła się w duchu do wszystkich znanych jej bogów Alaranii.

Awatar użytkownika
Lilianna
Błądzący na granicy światów
Posty: 12
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Lilianna »

Pomimo zdecydowanie nieprzyjemnej aury pogodowej wesoła gromadka zbirów, która dobyła właśnie do drzwi karczmy znajdowała się aktualnie w bardzo komfortowej sytuacji. Panowie otworzyli drzwi z należytą dla swojej warstwy społecznej dozą elegancji, czyli kompletnie bez niej i wparowali do środka bez pardonu. Rozejrzeli się głodnymi i spragnionymi oczyma po karczmie, która nie mieściła w sobie tłumów tak późną porą. Było raczej.. cicho, jak na tego typu miejsce. To też nieco ich to spowolniło. Sven od razu zwrócił na nich uwagę, ale stwierdził, że póki nie zaczną szaleć, bądź robić jakichś wyjątkowo nieprzemyślanych głupot to zostawi ich w spokoju. Pozwoli by panująca w wyciszonej już nieco karczmie atmosfera, przystrojona kuchennymi oraz alkoholowymi aromatami i cichym trzaskaniem płomieni w kominku uspokoiła ich narwane osobowości i plugawe charakterki. Co ciekawe całość chyba skutkowała. Wynikało to też między innymi ze zmęczenia wywołanego podróżą. Wszak panowie pędzili na złamanie karku w trudnych warunkach, by tylko na czas i bezpiecznie dostarczyć drogocenny ładunek dla jednego z możnych rodów.
Koleszka, którego banda zostawiła do popilnowania koni zdawał się być z kolei w bardzo patowej i nieciekawej sytuacji. Ogólnie zimno, ciemno i do domu daleko a ciepło kominka, wyborne piwo i może nawet łóżko z jakąś wiejską kobitą są tuż za ścianą. Jadąc po księżniczkę zahaczyli po drodze o parę "pewniaków." więc miał czym podziękować karczmarzowi i tak dalej. Nie dziwota, że burkał sobie od czasu do czasu pod nosem na swój los. Kiedy jednak w przypływie bezradności spróbował kimnąć się chwilę na sianie to zastała go taka oto sytuacja. Jego kumple ogrzewali się w środku przy przyjemnych aromatach a on sterczał pośród chłodu, wilgoci i końskich odchodów. No mało sprawiedliwy podział ról, powiedzmy sobie szczerze. Jeszcze ta mała jędza, co go wybudziła z wyjątkowo przyjemnego i sentymentalnego snu, który jakby nie bacząc na okoliczności mu się przytrafił.
- Nie Twoja sprawa smarkulo. - Powtórzył mężczyzna.
- Dobra, dobra. Trochę moja, trochę nie. Nie masz pieniążków, żeby wygodnie się wyspać, czy co? Karczmarz i tak Ci pomoże, poza tym tam jest cieplej. - zaczęła wampirzyca. W sumie z dobrego serca, bo było to jeszcze zanim zorientowała się o wychodzącej z koszyka niby tresowane węże na odległych pustyniach Nanher księżniczce. Chciała mu pomóc dlatego, że sama zaczynała tutaj w podobny sposób i wciąż była na tyle młodą i naiwną istotką, by wierzyć w zasady typu "każdemu należy się druga szansa.", bo po nieprzyjemnym panu od razu było widać, że to typ spod ciemnej gwiazdy, albo paru conajmniej!
- Mam więcej niż Ci się wydaje. - odburknął i strzepał brud ze swoich przemokniętych do ostatniej nitki ubrań. Wtedy właśnie Lily zdała sobie sprawę, co się wyprawia na drugim planie i początkowo nie mogła w to uwierzyć. Zrobiła większe oczy. Wróciła roztargnionym wzrokiem do mężczyzny.
- To polecam mocne ciemne i ciepło kominka, jeszcze się pan przeziębisz. - W tym momencie Atris powtarzała swoją choreografię a Lily trzymając prawą rękę nad biodrem mocno uszczypnęła się w bok, żeby nie wybuchnąć śmiechem. Zachowała powagę.
- Wiem, bo sama tu pracuję. Popilnuję Pańskich koni a pan zazna odpoczynku na jaki zasługuje a nie tutaj między... no sam pan widzi. - dokończyła bardzo przekonująco. Co jak co, ale do przekonującej gadany miała swego rodzaju dryg. Może ze względu na to, jak dobrym nauczycielem był tutejszy karczmarz? Właśnie on był powodem, dla którego Lilianna na komendę poderżnięcia zbirowi gardła omal się nie roześmiała. Kto wie, jaka byłaby jej reakcja gdyby dalej nie miała za co żyć i potrzebowała na gwałt monet, by przetrwać na ulicy. Teraz zwyczajnie nie byłaby w stanie mu tego zrobić. Nie potrafiłaby stanąć ponownie przed kimś, komu jakby nie patrzeć sporo na ten moment zawdzięcza a to była dla niej rzecz warta więcej niż cała obwieszona biżuterią dłoń Perełki. Szczęściem dla obu dziewcząt był w tej sytuacji fakt, że mężczyzna bardzo chętnie łyknął haczyk. Był na tyle zmęczony całą tą podróżą i drzemką, że nawet w jego głowie nie zapaliła się lampka ostrzegająca go, by przeprowadził chociaż pobieżną weryfikację tego co odbywa się na jego oczach. Pokiwał głową z uznaniem i rzucił do Lily szorstko.
- Jak wypucujesz im podkowy to może dostaniesz napiwek, mała. - i poszedł niby pan, prosto do środka. Znaczy obchodząc przybytek, bo aktualnie znajdowali się na tyle i gdy tylko zniknął za rogiem wampirzyca roześmiała się. Na moment, po czym przyłożyła dłoń do swoich ust karcąc samą siebie w głowie doskoczyła do magicznego koszyka z księżniczką i tknęła go palcem zwracając się do niej konspiracyjnym szeptem.
- Wychodzi Pani, jedziemy na wycieczkę. - zachichotała ponownie pod nosem i odwróciwszy się zaczęła przymilać się do pierwszego z koni, który do tej pory kompletnie nie reagował na ich obecność, bądź innymi słowy bardzo dzielnie ją znosił. Zdawał się zatem być wystarczająco cierpliwy na kiepską woźnicę i porwaną księżniczkę. Atris właściwie właśnie była w trakcie wpadania z deszczu(dosłownie) pod rynnę. Tyle szczęścia, ze jeśli Lily byłaby rynną to na ten moment wyjątkowo bezpieczną, szczelną i można by rzec nawet ratunkową dla zaplątanej w intrygi i niebezpieczeństwa Perły Nowej Aerii. Wampirzyca zatem przystąpiła do siodłania konia i rozwiązywania go, czekając w międzyczasie na to aż kobieta wydostanie się ze swojego koszyka. Lily nie do końca była pewna interakcji z Atristan, ale miała już w głowie plan i właściwie też założenie, że wszystko zrobi zgodnie z nim, co mogło okazać się za chwilę kłopotliwe.
- Wskakuj, jedziemy na wycieczkę. Chcesz narzucić na siebie jeszcze coś ciepłego? Może gdzieś tu coś... - rozejrzała się za dodatkowym ubraniem, albo nakryciem wcześniej poklepawszy konia po grzbiecie. Siodło było na tyle duże, że dwie drobne kobiety powinny się w nim zmieścić w miarę komfortowo. Może nawet nie wylecą z niego przy odrobinie szczęścia. Kiedy udawana stajenna zorientowała się, że kobieta robi wszystko, by tylko wyplątać się z uprzednio zastanej sytuacji Lily pokiwała głową i z pomocą swojego wiernego nożyka poodcinała innym koniom liny.
- Niech mają też coś z życia, przyda im się spacer. - powiedziała klepiąc jednego po drugim, by nieco je rozruszać, po czym prędko i zręcznie wskoczyła na konia, na którym już winna mniej lub bardziej wygodnie usadowić się Atris. Nie miała dużo czasu, więc musiała sięgnąć do głębi swoich pierwotnych instynktów i pozbyć się księżniczych, przynajmniej na ten czas, bo jakby walczyła o życie, nie? Tak więc dziewczęta były gotowe. Ulewała wciąż dawała o sobie znaki, ale może i to dobrze. Da im to nieco wygłuszenia w tej szalonej ucieczce.
- Umiesz prowadzić? Bo ja średnio. - rzuciła jeszcze w momencie, gdy ruszały. Pokręciła głową i zaśmiała się.
- Sven mnie za to zabije... Trzymaj się, opowiesz mi historyjkę jak będziemy daleko! - powiedziała podniesionym głosem, by z tyłu było ją słychać mimo wiatru i deszczu. Tak ruszyły przed siebie na wiernym i miejmy nadzieję wybaczającym braki w umiejętnościach rumaku aż za czarny horyzont nocy. Do bezpiecznego schronienia, jeśli w ogóle takowe jest im pisane.

Awatar użytkownika
Atristan
Szukający drogi
Posty: 33
Rejestracja: 3 lat temu
Kontakt:

Post autor: Atristan »

- Na wszystkich bogów Alaranii... wynagrodzę ci to tak sowicie, jak tylko będę w stanie... - szepnęłam, próbując jak najszybciej wygramolić się z koszyka. Zorientowała się, że dziewczyna rozwiązuje zapasy przy koniu i go siodła. Cudownie - pomyślała, czując falę ekscytacji i przypływ nadziei. Dobrze mieć szczęście w życiu.
Jej strój zdradzał duże bogactwo i zupełny brak przystosowania do obecnie panującej pogody. Rzuciła się do tych części ekwipunku, które jej nowa towarzyszka odwiązała od konia.
- Gdzieś musi tu być... - szepnęła, szukając czegoś gorączkowo. Powyciągała wszystko, co było wewnątrz toreb. W końcu złapała fałdę materiału i wyciągnęła ją z góry przedmiotów. - Jest!
Założyła na siebie za dużą, połataną pelerynę, ale zawsze to zasłoni trochę tę jedwabną sukienkę i ochroni przed deszczem. No i się te błyskotki, które ma na sobie, nie będą tak błyszczały.
- Ja potrafię powozić - powiedziała do dziewczyny, pewnie dosiadając konia. - Nie przejmuj się. Trzymaj się mnie!
Pochyliła się nad uzdą, poklepała po policzku konia, a następnie szarpnęła za lejce i pogoniła galopem.
- Kto to Sven!? - kiedy już były daleko, krzyknęła w jej stronę, żeby usłyszała ją przez ten deszcz. - I w jakim kierunku jedziemy!?
Księżniczce mokło ubranie, ale mimo to czuła, jak jest jej ciepło. Balansowanie na koniu i próba utrzymania na nim swojej towarzyszki, która trzymała się jej kurczowo, wystarczająco ją grzało. W końcu ulewa uspokoiła się nieco, z okropnej ulewy w lekką mżawkę. I bardzo dobrze, ponieważ zeszły już z brukowanych uliczek i dobrze wydeptanych gościńców, a w takim błocie było spore ryzyko, że koń się poślizgnie. Dobrze byłoby też go tak nie wymęczać.
Atristan zaśmiała się, czując w końcu zwycięstwo, euforię. Udało jej się!
- Wyobrażasz sobie, jakie mieli miny, jak wrócili do tej stajni? Hahaha!
Miała ochotę przytulić mocno swoją wybawicielkę, ale po pierwsze na siodle nie było to zbyt możliwe, a po drugie, trochę to nieuprzejme przytulać ludzi których nawet nie znasz z imienia. A skoro o imieniu mowa...
- Mam na imię Helene de Bouvoir - powiedziała do swojej towarzyszki.
Od początku wiedziała, że przedstawiając się jej swoim prawdziwym nazwiskiem może być zbyt ryzykowne w tym czasie. Nawet jeśli nie byłaby uwikłana w intrygę, albo jeśli o niej nie słyszała, mogła skojarzyć jej nazwisko z rodem Nowej Aerii. Jeśli byłaby kims wyjątkowo chciwym, wiedziałaby, że za nią żywą mogłaby zażądać dużo więcej niż tych kilka pierścionków. Dlatego przedstawiła się jako jedna ze średniozamożnych szlachcianek z okolic Thenderionu. Dobrze, że znała nieco ten akcent.
- Napadli mnie ci zbójcy podczas podróży - powiedziała. - Wiem, że powinnam podróżować ze strażą, albo nie w nocy, ale cóż... ja...
Ckliwa historyjka o uciekaniu do ukochanego, zawsze się sprawdza.
- Teraz mam nauczkę na całe życie - syknęła z rozgoryczeniem.
- A ty kim jesteś?

ODPOWIEDZ

Wróć do „Równiny Theryjskie”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość