Ruiny Nemerii[Zamek górujący nad miastem] Czy w Nemerii mieszkali Nemorianie?

Miasto które niegdyś tętniło życiem, zniszczone po Wielkiej Wojnie dziś jest miastem nieumarłych... tutaj za każdym rogiem czai się cień. Długie ulice, tajemnicze zakamarki opuszczonych ogrodów i domów. Wampirze zamki, komnaty luster, rozległe katakumby i tajemne mgły zalegające nad miastem. Jeśli nie jesteś jednym z tych którzy postanowili żyć wiecznie strzeż się, bo możesz już nigdy nie wrócić do swojego świata!
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Loraneel
Błądzący na granicy światów
Posty: 17
Rejestracja: 4 miesiące temu
Kontakt:

[Zamek górujący nad miastem] Czy w Nemerii mieszkali Nemorianie?

Post autor: Loraneel » 2 tygodnie temu

Po nieprzewidziaych komplikacjach, dalsza cześć podróży przebiegła bez zakłóceń. Lorannel, choć początkowo lekko się otworzyła, znów nabrała wody w usta i z dystasem traktowała próby zagadnięcia czy wyciągania z niej informacji. Sama tłumaczyła się tym, że przecież kotowaty też swoje sekrety ma i nie jest skłonny się z nimi podzielić, choć w rzeczywistości nie była ich zbytnio ciekawa. Obupulne tajemnice pasowały jednak czarodziejce, która nie czuła potrzeby zwierzania się ze swoich planów nikomu.
Ostatni swój nocleg mieli, gdy Nemeria już była widoczna na horyzoncie. Co prawda mieli czas i mogli rozbić obóz bliżej, na upartego nawet i pod samymi murami.. Ale Koris nie zaprotestował gdy zaproponowała nocleg w tym miejscu, więc chyba oboje czuli się trochę nieswojo i nie chcieli spać bliżej. Loraneel wyjątkowo wzięła pierwszą wartę i nieco ją przedłużyła, by najemnik nie był zbytnio zmęczony w ciągu dnia.
W miarę gdy zbliżali się do murów, mogli obserwować jak bardzo ponuro i przygnębiająco to wszystko wyglada. Miasto było szare, zakurzone, bez śladów życia, architektura przestarzała, straszyły wybite, puste okna i wywalone drzwi. Może i kiedyś było to ładne miasto, ale obecnie trudno to było sobie nawet wyobrazić.
Brama do miasta była otwarta, albo żeby być bardziej konkretnym, wywalona. Odrzwia butwiały gdzieś rzucone w bok, zostały z nich tylko smutne odłamki, a przed nimi znajdowała się szeroka główna ulica. Czarodziejka sięgnęła do juków i wyciągnęła notatnik, z którego przewertowała kilka kartek, by zatrzymać się na jednej. Postukała w stronę paznokciem, który, jak zauważyła, był już milimetrowo za długi jak na jej standardy.
- Przynajmniej szukanie nie będzie długie. Mamy jechać prosto, aż natrafimy na wysoki zamek, nic prostszego - stwierdziła zadowolona. Obok tekstu widniał też szczegółowo przerysowany herb z głową wilka i gwiazdami. Cmoknęła na konia, który z niechęcią stawiał kopyta po brukowanej drodze w zaskakująco dobrym stanie. A może właśnie nie zaskakująco? W końcu, co niby miało by jej zniszczyć, prawda? Bardziej niepokoił brak jakieś poprawnej roślinnosci. Trawa była blada i przyschła, po ścianach co prawda wspinały się bluszcze, ale były dziwnie szarawe, drzewa w większości były uschnięte. Być może na tyłach posiadłości wyglądało to lepiej, na razie jednak brakowało zieleni.
Loraneel, widocznie niezrażona tym widokiem, poprawiała co chwilę łańcuszek na którym zawiesiła swój pierścionek, by zapięcie leżało symetrycznie na karku oraz strzepywała pyłki ze spodni i ramion, co zdawało się nie mieć końca.. I nie bardzo mieć sens. Wydawała się kompletnie nie przejmować otoczeniem, choć w rzeczywistości dość czujnie strzelała oczami dookoła i wyczuliła zmysł magiczny. W mieście tak przesiąkniętym magią nieumarłych to oczywiście niewiele dawało, wolała jednak dmuchać na zimne.
Okręgły plac z uschniętą fontanną zdawał się być centralnym miejscem w mieście, zbiegało się tu kulka głównych arterii miasta, co oznaczało, że musieli już widzieć swój cel. Czarodziejka uniosła głowę i szukała najwyższej budowli, zamku, widocznego zza budowli.. I w pewnym momencie jej wzrok utkwił na czarnej bryle na południu. Jeszcze raz wyciągneła notatnik.
- To tam - powiedziała z pewnością siebie w głosie - Najwyższy budynek widoczny z placu różanej fontanny. Jak będzie miał herb przed bramą to jesteśmy w domu - dodała całkiem wesoło.

Awatar użytkownika
Koris
Błądzący na granicy światów
Posty: 16
Rejestracja: 3 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Koris » 1 tydzień temu

Z drugiej strony spodziewał się nieco więcej od całej przygody z Loraneel. No, była walka i coś się tam działo, ale kiedy ją po raz pierwszy zobaczył i zrozumiał jej aurę - zaczął od razu spodziewać się, że w ciągu kilku dni chociaż raz spróbuje go okaleczyć lub zabrać mu duszę w imię badań. Czarodzieje tak zwykle robili... chociaż w sumie, to robili tak dopiero po zrozumieniu kim jest Koris i jaką posiada specjalną, wyróżniającą go ponad... pobratymców? Tak, wyróżniającą go i stawiającą ponad innymi kotowatymi cechę jego krwi. Ale to jest jakaś fajna wizja na świat, na siebie. Narkotyki z Korisa.
Kto by nie chciał zostać zapamiętanym, kto by nie chciał zostać unieśmiertelnionym? A że cię przy okazji wykrwawią... może i taka jest cena wielkości.
I co prawda urocze było przyznanie się Loraneel do jakiejś słabości czy to nieumiejętności skoro przyznała się, że nawet jej rytuały nie przyprawiły by mu rąk... to jednak wolał nie dowiadywać się czy jej rytuały pozwoliłyby przerobić go na narkotyki.

Chociaż nie, wróć. I tak najzabawniejszy i najciekawszy był wykład profesor Loraneel na temat "Demony to nie piekielni".
Nikt nie jest w stanie pojąć jak ciężko było Korisowi nie skwitować całości jedną krótką puentą, a mianowicie "nie robi mi to różnicy". Ale grzecznie wysłuchał, udając nawet zainteresowanie, ciekawe tylko z jak wymiernym skutkiem... Bo coś tam do głowy wchodziło, ale dalej, jeśli można to zabić...
-Nie lubię przemian. Znam taki jeden przypadek, przemiany z człowieka w, hatfu, drakona. Z naprawdę świetnego gościa zrobił się ostatni lamus i mokry ręcznik. Ciekawe czy jak się jest przemienionym, tym twoim demonicznym, to też ci tak lamusiarsko siada charakter i fajność spada do zera czy nie? - To stwierdzenie padło gdzieś w nieokreślonej, nawet w przybliżeniu chwili podczas ich podróży, ale długo po pierwotnej rozmowie. - Nie chciałbym się zmieniać. Jestem idealny.
Co jednak nastąpiło zupełnie w tym samym czasie co odmowa zabawy w pytania i odpowiedzi to stwierdzenie Korisa pt. "To najgorszy miesiąc miodowy jaki miałem". Takie wygaszenie chęci zabawy w Korisie na pewno przyniosło Loraneel wiele godzin upragnionej ciszy i spokoju... i nieco naburmuszonego kota obok.

Już gdy widoczny był ich cel, Koris postanowił wrócić do kolejnego tematu, który był poruszony tak mocne kilka dni wstecz.
-Nie odpowiada mi fakt, że mam wrażenie, że myślisz, że ja, dlatego, że umiem walczyć, to, że jestem gorszym w magiczne klocki od Ciebie osobnikiem. To zdanie brzmiało jakbym się jąkał, tak, z premedytacją. Co nie zmienia faktu, że po prostu różni nas styl magii. Ty jesteś rytualistką, a ja intuicyjnie... plus mam dostęp do dzikiej magii. Spotkałaś kogoś, kiedykolwiek w swoim zapewne usianym magią życiu, kogoś kto umiałby sięgnąć do samego serca Alaranii, do dzikiej magii płynącej w żyłach wszystkiego co istnieje? - Wypchnął policzki jak naburmuszony chomik, nieco zbyt pewny Siebie, dumny i blady... chociaż ładnie opalony przecież. - Byłem z tym u conajmniej czterech czarodziejów i kilku innych magicznych istot i żadne nie rozgryzło, skąd to się bierze. - I kropka, nie powie więcej. Może chociaż w ten sposób uda mu się zaciekawić Loraneel na tyle by się wreszcie dała pociągnąć za język. Zwłaszcza, że już ostatnie słowa padły kiedy byli blisko murów Nemerii, a Koris pokazał jak bardzo zapomniał lekcji savoir-vivre i skupił się na savoir-faire, więc będąc w zasięgu czegokolwiek mogącego żyć w tej okolicy dobył tobołka dobrze już znanego, odpinając go od zwierzaka konika.
Odwinął materiał z Bratana i włożył weń dłoń, szykując się na wszystko, co może się wydarzyć. Rozejrzał się raz, a potem odetchnął, wytężając wszystkie zmysły. Smak, węch, wzrok, słuch, magia.
Zwrócił uwagę na to, jak Loraneel strzela wszędzie oczami i rozgląda się nerwowo.
-Jestem prawie pewny, że natłok śmierci jaki oboje wyczuwamy nie wynika z tego, że to Nemeria, a z tego, że jesteśmy bacznie obserwowani. Musisz skupić wzrok w jednym punkcie i obserwować peryferyjnie. Ruch, w martwych miejscach ruch. To dobrze, jeśli mam być szczery. Oznacza, że nie będziesz mi płaciła za nic. - Ciężko nadążyć za Korisem, wyłapać momenty w których bardzo zgrabnie z rozwydrzonego dzieciaka który zadaje głupie pytania przechodzi w tryb dorosłego faceta skupionego na swojej pracy jakby od tego zależało jego życie. Ha, w sumie trafne!
-Ale nie przestawajmy rozmawiać. Świadomość obserwacji bez zasygnalizowania tejże wiedzy da nam taktyczną przewagę. Może opowiesz mi o różnicy między mieszkańcami piekła i otchłani, co, Loraneel? - Jego dłoń zacisnęła się na Bratanie. Drugą także na nim położył, przesuwając wielokrotnie, powoli, mrucząc coś pod nosem i wytężając wzrok na ostrzu jakby próbował je zgiąć siłą woli. Swobodne umagicznienie, nawet jakiś drobny efekt da asa w rękawie, może... Nie musi być długotrwały ani silny, aby był. Oczywiście, gdyby poświęcił temu czas i starania mógłby osiągnąć coś wspaniałego...
Ale też nie wziął pod uwagę, że opuszczone królestwo będzie nie do końca opuszczone, a ich krok, ku zamkowi o imponujących rozmiarach i parametrach wielkości i bogatości, dosłownie każdy krok, był czujnie pilnowany.

A mimo to droga była dość spokojna. Żadnych wrażeń, żadnych gości.
Aż stanęli przed swoim celem, dostrzegając herb przed dramą. Koris nerwowo zacisnął pięść wewnątrz Bratana, skupiając się na materializacji jego efektu umagicznienia by móc go łatwo wywołać gdy zajdzie potrzeba.
-Z bliska wydaje się jeszcze większy. - Rzucił, patrząc wysoko w górę na ich cel, na zamek. - W sumie dość często to słyszę. Wiesz, od kobiet. - Na sam koniec lubieżny chichot. I spojrzenie pełne... oczekiwania, co powie Loraneel? Wchodzimy? Pukamy? Tutaj coś robimy? Dekonstrukcja zamku cegła po cegle!?

Awatar użytkownika
Loraneel
Błądzący na granicy światów
Posty: 17
Rejestracja: 4 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Loraneel » 1 tydzień temu

Loraneel przelotnie spojrzała na nieco pochmurną twarz Korisa, zastanawiając się czy wspomniana przez niego osoba była mu bliska. O drakonach miała pojęcie dość nikłe - stanowiły nijako krąg jej zainteresowań jako rasa rozmażająca się przez przemiany, ale była to metoda na tyle drastycznie inna, że odpadli na samym początku badań. Z podobnego powodu odpadli też nieumarli, jak i zmiennokształtni, ich przemiana była po prostu bardziej.. Organiczna. Ciekawiły ją jedynie historie powstania niektórych zmiennokształtnych, a dokładniej rytuały do tego potrzebne, jako antagonistczne do jej celu. Drakoni były jednak jeszcze niezręczne z powodu ich niedostępności, który czynił z nich marny materiał badawczy.
- Nie wiem, nie spotkałam go jeszcze - odpowiedziała na jego pytanie, dość wymijająco. Po czym faktycznie cieszyła się godzinami cichej jazdy, niezbyt się przejmując fochami towarzysza, a wręcz wydając się z nich nieco zadowolona.. Bo nie musiała rozmawiać, rzecz jasna.
Tuż przed samym wjazdem do miasta Koris znalazł jednak temat do rozmowy. Czarodziejce aż brew drgnęła, słysząc bezczelne słowa zmiennokształtnego.
- Wyczarowanie szklanki to jeszcze nie magia. Intuicyjne zdolności ciężko w ogóle nazywać magią, nie ma nic wspólnego z kontrolowanym kształtowaniem świata - skrzywiła się, wspominajac o tym - A ty zakładasz to bardzo pochopnie, że jesteśmy na zbliżonym poziomie. W końcu nie wiesz ile lat studiuję magię ani nawet nie widziałeś do tej pory jak się nią posługuje. A czarodzieje mogą żyć kilka tysięcy lat. Magię studiowałam kiedy jeszcze ciebie nie było na świecie - zauważyła, wcale nie zadzierając nosa - Inny czarodziej na moim miejscu pewnie by cię wyśmiał - jakby ona sama tego właśnie nie robiła - albo przyprawił ci kocie uszy albo coś podobnego w ramach nauczki - zakończyła, pewna swojej puenty i nawet nie zająkując się na temat owej dzikiej magii. W czasie tej zimnej i wzniosłej przemowy, zdążyli już wjechać do miasta. Gdyby nie te chordy niemarłych, czarodziejka mogłaby pewnie tu żyć. Cisza, spokój.. Brak rozpraszajacych jednostej dziamgających nad uszami..
- Za dnia powinniśmy być.. Względnie bezpieczni - mruknęła, opierając się na swojej nikłej znajomości nieumarłych - To mam mówić cokolwiek, byle gadać? - upewniła się, zerkając na Korisa - Niezbyt wiele wiem o piekielnych, ale oni zamieszkują piekło i są.. Przeciwieństwem niebian albo upadłymi, stworzonymi zazwyczaj przez najstarszego z nich. Demony zaś wywodzą się od spontanicznego przybrania formy przez energię magiczną w Otchłani... - zaczęła wykład, w którym jednak piekielni stanowili tylko krótki wstęp. W końcu, była demonologiem, nie zajmowała się piekielnymi.
Nadzwyczaj spokojna droga miała w końcu swój finał. Lorannel zeskoczyła z konia, poprawiła kubrak i rękawy, po czym z juków wyciągnęła swoją torbę. Zostawiła rzeczy typowo obozowe, wzięła wodę i jedzenie, a samego rumaka uwiązała lekko przy kępce żółtawej trawy. Na tyle lekko, by spłoszone zwierze mogło się łatwo uwolnić. Następnie podeszła do bramy i z lekką obawą ją dotknęła, jakby się spodziewała, że ją porazi.
Nic takiego się nie stało.
Ośmielona czarodziejka próbowała ją popchnąć, potem ciągnąć, na nic. Zapukała w drewno, które wydało z siebie solidny odgłos - z pewnością nie była zbutwiała. Czarodziejka oblizała usta i zmarszczyła brwi.
- Powinna dawno ulec zniszczeniu.. - mruknęła, wytężając zmysł magiczny - Coś ją chroni.. Nie wiem jak daleko sięga ta ochrona, ale rzucanie zaklęć na zaklęcie często nie kończy się dobrze - kontynuowała, po czym ruszyła wzdłuż muru, dotykając go jedną ręką. Przeszła kilkanaście metrów nim przystanęła.
- Tu.. Jest znacznie słabsze. Ktoś, kto rzucał zaklęcie nie miał siły by rzucić je na całe mury, robił to partiami. Tu jest łączenie, słaby punkt - powiedziała zawolona, po czym sięgnęła do torby, wyciągając kredę.
Zgrabnym ruchem ramienia, wytrenowanym od lat, narysowała na ścianie idealny okrąg, a w nim mniejszy i kilka symboli, wszystko tak szybko i sprawnie jak się dało. Następnie odłożyła biały kawałek skały i przyłożyła rękę do środka, by wszystkie symbole dotykały jej palców i w tym momencie.. Zaczęły ciemnieć. Kiedy stały się całkiem czarne, niczym wypalone, zdecydowanym ruchem nadgarstka przekręciła dłoń. Wydawać by się mogło, że rozmaże tylko wszystko.. Ale raz z jej dłonią poruszyły się też cegły pod nią, falując ustąpiły pod naciskiem. Następnie kolistym ruchem poprowadziła je na zewnętrzną krawędź kręgu i strzepnęła palcami. Cegły zastygły, pokazując kolisty portal, wyglądający tak solidnie, jakby był tu zawsze.
- No to w drogę - powiedziała, ironicznym gestem zapraszając kotowatego do środka, po czym starannie otrzepała ręce z kredowego pyłu.
Wylądowali w środku jakieś sali, wyglądającej jak hol. Drzwi, zaryglowane od środka, teraz nie miały przed nimi tylu sekretów, ale.. Sama budowla była dość dziwna. Jakby.. Zbyt..
- Czysto - powiedziała na głos swoją pierwszą myśl. Rzeczywiście, zamek nie sprawiał wrażenia bardzo zaniedbanego. Nawet nie był zbytnio zakurzony, zasłony nie były zjedzone przez mole.. Niejeden zamieszkany zamek był w gorszym stanie. Czarodziejka ruszyła w stronę dywanu po środku holu, ciągnącego się od drzwi aż po schody. Sama powędrowała w ich stronę. Miała kilka teorii dotyczących tego gdzie szukać swojego celu. Pierwszą był gabinet właściciela zamku, drugą jego prywatne komnaty, obie na górnych piętrach. Trzecia zakładała skarbiec, zapewne w piwnicy i tego raczej wolała uniknąć jeśli miała rację co do rasy mieszkańców.
- Zacznijmy szukać od góry. Gabinet albo prywatne komnaty - postanowiła nie dzielić się ostatnią myślą z Korisem, który zapewne nie będzie nią zachwycony jak i ona. Zaczęła wspinać się po schodach, początkowo pięknych, szerokich i marmurowych. Piętra przeszukiwali pobieżnie - odpuścili sobie komnatę balową, która zajmowała niemal całe pierwsze piętro i nie interesowały ich komnaty służb, kuchnie, garderoby i pokoje gościnne na drugim i trzecim. Dopiero czwarte okazało się interesujące, przyjnajmniej dla Loraneel, dla której taka biblioteka była jak mekka. W swoim domu miała olbrzmi księgozbiór, ale ten był jeszcze większy, niestety w większości dość nudny, patrząc pobieżnie. Nie zawierał tomów o magii, a przez to był.. Mało użyteczny. Poszukali tu dokładniej, jednak nie natrafili na artefat. Ruszyli dalej.
Piąte piętro zawierało komnaty prywatne domowników. Było tu kilka pokoi - apartamentów raczej, a każdy mógł zawierać coś ciekawego.
- Rozdzielmy się - zaproponowała czarodziejka, sama kierując się do pokoi na lewo, jak się okazało, komnat damskich, pani domu.

Awatar użytkownika
Koris
Błądzący na granicy światów
Posty: 16
Rejestracja: 3 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Koris » 1 tydzień temu

Kiedy tylko Loraneel stwierdziła optymistycznie i radośnie, że z dnia powinni być względnie bezpieczni - Koris tylko prychnął. Miał swoje lata, nie żył może tysiące lat jak niektórzy, ale jego rasa żyła średnio trzykrotnie dłużej od ludzi, a to i tak dla wielu za długo i w końcu pojawi się nuda.
-Nie wiem skąd ten pomysł. Jeśli boisz się tylko wampirów to fakt, one nam niestraszne. Na twoje nieszczęście mamy jeszcze szansę napotkać dhampiry, zjawy albo nawet licza. Za tym ostatnim, za możliwością napotkania tychże, przemawia możliwość iż artefakt którego szukamy jest magiczny. One lgną do magii. No i miasto, kraina taka jak Nemeria... Prawdopodobnie wkurzony licz mógłby zanimować sporo zwłok przeciwko nam w razie czego. I to wszystko w świetle słońca, bo ono działa zabawnie tylko na wampiry z tego co wiem, albo inaczej, z tego co mi opowiadano, od kolegi kolegi trzecia woda. I tak, dobrze gadać cokolwiek, utrzymywać dobry nastrój by zachować pozory niezorientowania się. - Koris kompletnie nie skomentował całej pajacerki dotyczącej potęgi Loraneel kiedy ona się przechwalała. Uśmiechał się jedynie radośnie.
Bo i po co coś komentować? Loraneel była typową przedstawicielką magicznych - przerost ego nad siłą.
Kiedy ona świrowała z magicznymi drobiazgami przy bramie i murach, Koris usiadł na tyłku, zwijając nogi po turecku, przodem do miasta, obserwując czujnie czy tam się coś dalej na nich nie zaczaja. W końcu teraz, w formalnym martwym zaułku, byliby idealnym celem.
-Powiem ci Loraneel, jesteś całkiem pociągająca kiedy włącza ci się tryb wyższości nad wszystkimi innymi. Taka władcza i twarda, pewnie w naszym związku ty byś nosiła dwie pary spodni na raz. Chyba zacznę ci mówić "O Pani". - Wybuchnął śmiechem i podniósł się na rękach stając, przeszedł tak kilka kroków i z pełnym gracji pół-fikołkiem wrócił do stania na nogach, w pobliżu Loraneel.
-Niestety to na mnie nie zadziałało. Za wielu takich jak Ty spotkałem. Problem z wami, długowiecznymi, jest taki, że jesteście zbyt mocno przekonani o swojej potędze. Powiedz mi, co ci po twoich rytuałach, jeśli postanowiłbym cię teraz zamordować albo zgwałcić? Nim ty osiągniesz cokolwiek ja intuicyjnie wyczaruje ci głaz nad głową, a z ogłuszoną zrobię co będę chciał. - Wzruszył ramionami, opierając się nieco o mur i patrząc na nią kątem oka, nie patrząc jej w oczy bezpośrednio. Ani w jego postawie ani w głosie nie było żadnej realnej groźby, a jeśli Loraneel umiała czytać aury bez wątpienia wiedziała, że Koris choć chaotyczny niestety jest dobry do szpiku aury i nie zrobiłby nic złego od tak dla zasady.
-Dlatego czuję się trochę urażony twoim stwierdzeniem, że magia intuicyjna to nie magia. Trzeba silnej woli by zmuszać świat do wypełniania twoich pragnień bez misternego przygotowywania jakichś śmieci. Ale spokojnie, ja poczekam aż zrobisz jakiś rytuał i zrobisz mi kocie uszy. Będę miał drugą parę. - Zachichotał, stając kilka kroków za Loraneel i czujnie śledząc wzrokiem jej poczynania.
-Niedobrze. Obecność silnej magii mogłaby potwierdzać tezę o obecności licza. A i Ty, jako wszechpotężna czarodziejka, byłabyś dobrym kąskiem i dla licza i dla zjaw. W sumie fajnie, z liczami jeszcze nie walczyłem. Na ile to autor magii mógł nie mieć siły, a na ile zaklęcia mogły po prostu wyblaknąć? - Cały czas gdzieś z tyłu głowy, w myślach, próbował ocenić siłę potencjalnego oponenta. Do każdego trzebaby było dobrać inną strategie walki. Definitywnie inną. Potężnych trzeba zniszczyć od razu najszybciej i najprościej jak to możliwe przy największym zużyciu zasobów by cel został zdezintegrowany, słabych można potraktować lżej. Włożyć mniej starań, zaryzykować, ale też nie wypluć się z sił wszystkim co w arsenale.
Kiedy jednak ocknął się ze swojego taktycznego rozważania sytuacji za i przeciw - wejście stało otworem. Wkroczył do środka, ignorując stwierdzenie o czystości. Jeśli jest magia to jest i coś, co ją pasywnie podtrzymuje. Artefakt albo właściciel. Definitywnie więc fakt, że jest czysto, naprawdę nie był poza spektrum możliwych okoliczności i rzeczy.
- Najciekawsze zabawki zawsze są bardziej w skarbcach albo ukrytych komnatach. Gabinet może być ciekawy, jeśli miałby jakieś ukryte przejścia. - Rzucił po drodze, podążając obok Loraneel krok w krok, pozostając w stanie pobudzenia i pełnej gotowości, gotów do akcji z Bratanem w każdej sekundzie jeśli zaszłaby taka potrzeba.
Nie wchodził nawet do biblitoteczki, do której wkroczyła Loraneel. Nie wyczuł tam ani ruchu, ani dźwięku nikogo żywego ani tym bardziej żadnej aury czy magii. Kompletnie czyste miejsce. Strata czasu.

Dopiero przy komnatach prywatnych Loraneel popisała się "przejawem głupiej odwagi" proponując rozdzielenie się. Rozejrzał się. Wytężył wszystkie zmysły, chciał poznać i zrozumieć całe piętro. Chciał się na tyle spiąć by wchłonąć całą aurę tego zamku i zrozumieć, czy mają z czymś do czynienia czy nie, zwłaszcza, że całą budowlę przeszywała raczej lodowata cisza i pusta aura, jakby powietrze było wyozonowane.
-Dobrze. - Odpowiedział dopiero gdy był prawie pewny, że pomieszczenie do którego kobieta chce wejść nie ma w sobie aur żywych istot i nie nosi żadnych śladów obecności tychże w środku w danym momencie. - Uważaj na Siebie.
Bez dalszego marudzenia poszedł do przeciwległego pomieszczenia, kierując swoje kroki w głąb komnaty. Ciężko było określić płeć właściciela po pierwszym rzucie oka.

Masywne łoże, toaletka ze zbitym w rożku lustrem, szafki i komody, stojak z pancerzem. Prawdopodobnie więc mężczyzna. Nie wyczuł nic magicznego, ale może jakieś złoto... albo artefakt maskujący swoją aurę. Ostrożnie, rozglądając się dookoła i mając broń w gotowości podszedł do toaletki. Dostrzegł za kotarą przy łożu okno. Podszedł i sprawnym ruchem odsłonił okiennice, wpuszczając do pomieszczenia światło. Nic się nie stało. Zero poruszenia i ukrytych pomieszczeń. Chyba.
Zaczął czubkiem buta opukiwać ściany by sprobówać wysłuchać potencjalnej zmiany tonacji świadczącej o ukrytych pomieszczeniach - lecz kompletnie na próżno. Skrzynia przy łożu była pusta, a szafa pełna tylko starych szat.
Wrócił do toaletki, wysunął szuflady, lecz dopiero w trzeciej znalazł coś co przypominało szkatułę, ze skomplikowanym zamkiem, którego w słabym świetle nawet nie mógł zrozumieć.
Chwyciwszy przedmiot w wolną rękę podszedł z nim do okna, próbując dzięki większej ilości światła zrozumieć mechanizm.
Jego myśli skupiały się tylko i wyłącznie wokół tego co robił. Urok bycia profesjonalnym poszukiwaczem przygód. Umiał się nie rozpraszać to i magia przychodziła mu bardzo zgrabnie i łatwo.
Siłą woli zmaterializował kamienny kształt, wypełniając zakamarki zamka szkatuły. Puknął całą szkatułą o parapet pod okiennicą i zamek ustąpił, umożliwiając otwarcie.

Mimowolny rzut oka za okno.

W bramie prowadzącej na dziedziniec zamku stała kobieta. Dosłownie w bramie, pręty i konstrukcja jakby zatopiona w jej ciele. Postąpiła krok. Kotowaty spiął się cały. Czyli jednak byli obserwowani tak jak sądził - smutne pocieszenie, że miał rację kiedy wolał jej nie mieć.

Mrugnięcie i kobiety nie ma. Przywidzenie? Złudzenie?
Spojrzał do szkatuły, widząc w niej kilkanaście pierścieni różnej wartości i srebrną bransoletę łańcuchową, grubą i mocną. Wsypał wszystko, bransoletę zapinając na nadgarstku, do kieszeni. Odstawiając szkatułę kątem oka ujrzał na parapecie stopy.

Po drugiej stronie okna. Odskoczył do tyłu, ze znacznym łoskotem, robiąc przewrót. Jedynie przez chwilę dane mu było ujrzeć powód swojej reakcji. Po drugiej stronie okna na parapecie stała kobieta.
Młoda, czarnowłosa, o bladej cerze i bladoniebieskich oczach. Nawet ładna, na dobrą sprawę. Ale smutna. Być może przez dziurę ziejącą na wysokości serca. A może przez to, że jej ciało zdawało się przepuszczać światło, nadając jej nienaturalnego, nieziemskiego blasku.
Utrzymanie kontaktu wzrokowego. Smutek, przeszywający i lodowaty. I żal, zawód, złość, strata. Wpatruje się w Korisa, jego oczy zaczynają się męczyć i piec.

Mrugnięcie. Nic już nie ma, wszystko zniknęło. Za oknem nikogo nie ma.
Kotowaty podniósł się szybko, czując jak jego skórę zrosił pot. Mając Bratana na podorędziu wyskoczył z pokoju jak oparzony i skierował się do pomieszczenia w której usłyszał, że znajduje się Loraneel.
-Kobieta, za oknem. Niematerialna. Dziura na wysokości serca. Zniknęła. - Wystrzelił z Siebie niczym z karabinu, ale dość cicho, tak, by nie alarmować całego zamku. Lepiej, żeby jego "rytualistyczna potężna czarodziejka" wiedziała o zagrożeniu, biorąc pod uwagę, że może być głównym celem.

Awatar użytkownika
Loraneel
Błądzący na granicy światów
Posty: 17
Rejestracja: 4 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Loraneel » 1 tydzień temu

- Dlatego powiedziałam "względnie" - mruknęła w odpowiedzi na słowa Korisa. Względnie nie znaczy przecież całkowicie, prawda? Wampiry stosunkowo mogły być najgorszym zagrożeniem, bo jakoś nie śpieszyło się jej zostać czymś pożywieniem, a reszta.. Nie miała takiego powodu by ich zabić, co najwyżej przepędzić. Jednak to nie ona miała się na tym znać, a jej ochroniarz, tym lepiej, że się na tym znał. Zmarszczyła brwi na stwierdzenia Korisa, które ten odebrał widocznie opacznie.
- Nie czuję się lepsza od wszystkich - poprawiła go - Stwierdzam, że na magii znam się lepiej niż ty. Znam swoje słabości, zdaje sobie z nich sprawę.. I dlatego cię zatrudniłam - dodała bez większego namysłu - Gdybym umiała bronić się sama, nie wynajowałabym kogoś do ochrony - wzruszyła ramionami, ale musiała jeszcze go w czym poprawić. Uniosła delikatnie brwi.
- Zmuszanie świata do reakcji przez silną wolę to Rozkazy. Niestety, Intuicja nie ma z nimi nic wspólnego. Opierają się jedynie na emocjach i chęci wydarzenia się czegoś, dlatego jest nieprzywidywalna i nieokiełznana. Nie masz wpływu na to jak się zdarzy to, co chcesz by się wydarzyło - kolejny mikro wykładzik profesor Loraneel - Przykro mi burzyć twoje wyobrażenia o sobie - skończyła lekko rozbawiona. Przygotowanie tego rytuału było akurat prościutkie, a sam kotowaty nie kwapił się jakoś dać innego rozwiązania więc.. Co innego pozostało?
- Ciężko ocenić. Ja bym nie strzelała. Może po prostu odnawiał zaklęcie co jakiś czas, kto wie - wzruszyła ramionami, nie chcąc strzelać. Nie wiedziała też czy zabezpieczenia stawiał obecny mieszkaniec tego uroczego lokalu, o ile oczywiście taki jest, więc nadal nie dawało im to jakieś wiedzy.
Westchnęła głęboko, z lekkim zawodem.
- Też tak sądzę, ale najpierw lepiej sprawdzić łatwiejsze opcje. Skarbiec na pewno będzie lepiej zabezpieczony - potwierdziła jego przypuszczenia. Nie chciała zaczynać od najgorszej możliwej opcji, jeśli były łatwiejsze drogi. Piętro po piętrze, sprawdzali kolejne komnaty, aż dotarli do bardziej interesujących.
- Nie będę ryzykować - zapewniła Korisa, już w drodze. Drzwi uległy już lekkiemu naciskowi, pozwalając jej wkroczyć. W środku było przede wszystkim.. Ciemno. Nieco na oślep, przesuwając się wzdłóż ściany dotarła do okna i odsunęła ciemne zasłony, wpuszczając do środka, oświetlając wnętrze.
Były to komnaty raczej kobiece, choć ciemne meble i kolory początkowo temu przeczyły. Jednak na toaletce leżały typowo damskie przedmioty - ozdoby do włosów, sczotka, kosmetyki, perfumy w kryształowym flakoniku. To tego miejsca podeszła najpierw, sprawdzając szuflady i szkatułkę na biżuterię, jednak poza kosztownościami nic tam nie było. W szafie i skrzyniach również, sprawdziła za zasłonami, obrazami, a na koniec zostawiła sobie łoże. Sprawdzała właśnie zagłówek kiedy do środka wpadł Koris, wystrzeliwując jak z karabinu kolejne słowa.
- Zapewne zjawa - odpowiedziała, czując jak zaczepia palcami za coś schowanego i siegając dalej za łóżko, marszcząc czoło - Miejmy nadzieję.. Że nie jest.. - mówiła urwanie, próbując to złapać i w tym samym momencie udało jej oderwać przedmiot zza łóżka jak i poczuła jak coś zaciska się na jej przedramieniu. To nie był zwykły uścisk, nigdy jeszcze nie czuła czegoś tak zimnego i nienaturalnego, jakby sięgnęła na drugą stronę.. Z krzykiem szarpnęła rękę, z hukiem lądując na podłodze przyciskajac do siebie rękę, zaciśniętą w sztywnym uścisku na przedmiocie. W miejscu gdzie poczuła ten dziwny dotyk widoczny był czarny znak, pulsujący. Czarodziejka była chyba zbyt zaszokowana by czuć ból.
- To.. Nie należy.. Do ciebie - wysyczała zjawa wychodząc z łóżka. Całkiem dosłownie, jej nogi znajdowały się w środku mebla, a dłoń wskazywała na Loraneel, która oddychała ciężko. Obie nie odrywały od siebie oczu, jak królik od ofiary, aż w końcu powoli czarodziejka sięgnęła i ze zesztywniałych palców wyszarpnęła cienkie pudełko, które było przedmiotem sporu. Mimo sytuacji odzyskiwała jasność myśli, ból pomagał trzymać się rzeczywistości.
- O tym mówisz? - zapytała zjawę trzęsącym się głosem, jednak nie czekała na odpowiedź. Bez większego zamachu rzuciła nim w stronę Kotowatego, by teraz on zajął się problemem.
Za to mu przecież płaciła.

Awatar użytkownika
Koris
Błądzący na granicy światów
Posty: 16
Rejestracja: 3 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Koris » 1 tydzień temu

Ależ Korisie, ty głupi tępy koci dzbanie! Jak ty możesz się mierzyć z kimś tak wspaniałym jak Loraneel, wielka czarodziejka skoro nawet nie wiesz sam do końca czym władasz! To nie intuicja, to rozkazy, a ty jesteś głupim losowo umagicznionym glinianym naczyniem! Bla bla bla. Loraneel stanowczo mówiła za dużo słów godzących w delikatną kocią duszyczkę i delikatną kocią dumę. Nie odpyskiwał jej więcej, gdy go zgasiła.
Wolał sobie wymyślić własne rozwiązanie. Oczywiście, że był posiadaczem magii intuicyjnej. Intuicyjnie rzucał rozkazami. Proste, jakże proste, a jakże doskonałe! Swoją drogą to musiało zupełnie śmiesznie wyglądać. W jednej chwili gdy go opalała na rożnie obelg i pomówień wyglądał jak kot który wpadł do wanny i się zmoczył, naburmuszony, wypchnięte policzki i żadnej mowy o uśmiechu, przez wygląd głębokiego zamyślenia i zastanowienia malujący się na twarzy, sugerujący naprawdę głębokie procesy myślowe albo wylew krwi do mózgu pacjenta... kończąc na szerokim uśmiechu, okalającym twarz niczym kolia gdyby kolie nosić pod nosem, oczywiście. Od zera do bohatera - znowu!
Zwłaszcza zabolało go stwierdzenie, że jest od niego lepsza. Mówi się trudno, Koris ma przed sobą jeszcze wiele lat życia, a przy złych wiatrach delikatna i puciasta Loraneel złamie obcas na schodach, upadnie i nieskazitelny ryjek sobie na amen rozbije. A Koris na to - pora na kankana.
Co nie zmienia faktu, że może się okazać, że prócz zmiany właściwości przedmiotów, ich materializowania i wpływania na prawa fizyki Koris włada czwartym rodzajem magii - cholernym jasnowidzeniem. Ma to te swoje łapki takie ładne, a tak je pcha gdzie nie powinna...
Kiedy tylko wkroczył poinformować ją o widziadle przed jego oczami pojawiła się plansza - trzy sekundy przed apokalipsą, będzie kontynuowane. Nie zdążył zareagować, nie zdążył nic. Jej łapa już była za łóżkiem.

Zostało patrzeć jak jakaś pułapka jej upierdzieli łapę w nadgarstku i się okaże, że Koris przewidział niechybny zgon czarodziejki z niesamowitą precyzją. I jeszcze te cyniczne stwierdzenie "zapewne zjawa"!

Niestety pułapki nie było.
Niestety, bo z zaciśniętym na łapie żelastwem można łatwo sobie poradzić, a najgorsze co się może wydarzyć to amputacja palucha czy dwóch - co nie jest tragedią, biorąc pod uwagę, że ma się po pięć u każdej dłoni. Nie, to co ich postanowiło zaszczycić swoją obecnością było dużo gorsze.

Ta sama zjawa którą kot widział w tamtym pokoju lecz mu umknęła. Teraz zrozumiał. Ona nie patrzyła na Korisa tylko ZA Korisem, bo za nim po linii prostej na przestrzał była myszkująca w pokoju prawdopodobnie należącym za życia do zjawy Loraneel.

Zjawa. Dotknęła Loraneel. W głowie Korisa przeleciało "kurwa mój kontrakt". Tak łatwa śmierć jego zleceniodawczyni nie była mu na rękę, z drugiej strony jeśli zostanie opętana, a ta Zjawa da się zbajerować to może podniesie stawke...
~Koris do kurwy o czym ty myślisz! ~ Aż się prosiło o mentalny plaskacz po mordzie od prawej do lewej, tak żeby mu czachę na lewo wykręciło. Skup się, głupi kocie!

Kobieta wylądowała na tyłku z hukiem. Koris postąpił, mimo strachu przed tym co właśnie wyłazi z łóżka, krok lub dwa do przodu i wsunął dłoń pod pachę Loraneel. Napiął biceps i przedramię, całym tułowiem wykonując przegięcie w przeciwległą stronę i do tyłu, odsuwając Loraneel centymetry nad ziemią - obok Siebie, by była mu jak najbliżej, gdyby trzeba było szybko wiać z nią na rękach. Zjawa wysyczała coś, na co Koris nie zwrócił uwagi, bo nie lubił słuchać jak ktoś się jąkał czy wstawiał przerywniki w trakcie wypowiedzi. Lorka podjęła super decyzję i postanowiła dokonać pogaduszek z cholernym potworem. Nawet ładnym potworem, tak się przyglądając z bliska...

Przesunął dłoń po swoim udzie, lekko kucając, by potem tą dłoń położyć na ramieniu kobiety. Jego mina pytała "czy wszystko z nią w porządku" chociaż ani jej mina ani wielka czarna plama w miejscu zetknięcia ze zjawą nie stanowiły o możliwie pozytywnej odpowiedzi, toteż jej nie oczekiwał choć miał szczerą nadzieję, że jednak powie mu, że wszystko w porządku. Ciężko było zgadnąć co teraz czuje, Koris osobiście nigdy nie był dotknięty przez zjawę!
Za to zrobiła coś, za co znielubił ją jeszcze bardziej. Pudełeczko o które ból niematerialnej rzyci najprawdopodobniej miała zjawa zostało mu podrzucone.

Złapał je i odruchowo schował za plecami, spinając tułów i pochylając się lekko do przodu.
-Pudełko? Nie ma. Pobite gary. A tak na poważnie. Porozmawiajmy. Jesteś piękną kobietą. Widzę, że ktoś ci złamał serce. - Sugestywne spojrzejnie na serce, a raczej na ziejącą dziurę, czarną jak smoła na niematerialnym ciele. Odłożył miecz, poprawił spodnie, lekko je podciągając. Znów przesunął dłonie za plecy, stając na paluszkach i lekko się kiwając.
-Samotnie musi być w takim zamku, prawda? Smutno samej snuć się tak, po takich wielkich przestrzeniach. Przywiązanie do niematerialnych rzeczy ci tego nie wynagrodzi, nie zabierze samotności. - Smutna minka. Naprawdę solidnie smutna. Ściągnięte brwi. Skupienie. Ignorowanie Loraneel. Skupienie na zjawie tylko i wyłącznie.
-Jesteś piękną kobietą. Każda piękna kobieta ma swoje potrzeby. - W tym momencie zjawa chyba była bardziej skonfundowana niż Loraneel... pewnie, chociaż ciężko osądzić. Sam Koris był nieco skonfundowany tym co wyprawiał, ale ten plan, mimo, że chory, to miał szanse powodzenia. Jakieś. Przy użyciu swojej potężnej intuicyjnie rozkazującej magii zmaterializował piękną, kryształową różę w swoich ustach, łapiąc ją zębami.
-Z racji na niematerialność twojego pięknego, zgrabnego ciała ciężko może być sprawić byś znów się poczuła kobietą z krwi i kości... Ale możemy porozmawiać, mogę cię zabawić swoją obecnością. Mogę to robić nago. - Wyciągnął rękę do przodu, napinając muskuły. Zaczął się prężyć jak kulturysta, pokazując swoją fizys i trzymając w dłoni pudełko.

-Ja... chcę tylko... swoją własność. - W głosie zjawy było już mniej złości i wściekłości, niż wcześniej. Czyżby wyczuła, że Koris nie ma wobec niej żadnych złych zamiarów? A może to po prostu współczucie jego głupocie, uznała go za niepełnosprawnego umysłowo?

-Rozumiem, kochanie, ale naprawdę nie chciałbym pozwolić by taka piękność musiała cierpieć chociaż chwilę dłużej Sama. Oddam ci oczywiście to pudełeczko i przepraszam za moją niewychowaną klientkę, chyba nie wie, że nie pcha się dłoni po czyjeś skarby od tak, bezkarnie! - Znów podciągnął spodnie. Wydobył z ust różę. Postąpił krok do przodu.
-Pozwolisz, ukochana, że odłożę twoją własność tam skąd ją wzięła moja znajoma, dobrze? Róża jest twoja, położe ją na twym łożu, by Ci o mnie przypominała. A jeśli tylko uda ci się znaleźć jakieś materialne ciało to możesz wziąć mnie na przejażdzkę. Nie, nie może to być ciało tej tam. Na nią mi nie stanie, nie mój typ totalnie. Najlepiej, by to ciało było tak piękne chociaż po cześci jak Ty. - Kolejne kroki. Zjawa była zmrożona. Po części zapewne bezczelnością Korisa, po części jego - w końcu to też kobieta - powabem... a po części z natury zjaw, które mają jakiś cel w swoim istnieniu, a ją widocznie bardzo zabolała możliwość utraty swojej własności którą właśnie posłusznie i grzecznie Koris odstawiał na miejsce.
Kolejne kroki. Obrót na pięcie, dalsza prezentacja. Zgrabnym ruchem przewinął się przez wezgłowie, sięgając tam, gdzie wcześniej Loraneel i przytwierdzając pudełko do jego prawowitego miejsca spoczynku.
Przystanął kolanem na łożu zjawy, wzdychając ciężko.
-Chciałbym móc rozgrzać twoje złamane serduszko w tym łożu. Niestety na razie to musi wystarczyć. - Położył na poduszcze kryształową różę i grzecznie wstał. Zjawa, do tej chwili nieruchoma i tylko obserwująca z lekkim zainteresowaniem, zdziwieniem i czymś jeszcze w oczach, zadrżała w miejscu.

-Będę... obserwować. - Po tych słowach, dość mrocznych i raczej zwiastujących kolejne spotkanie, widziadło zatopiło się w podłodzę, znikając im z oczu. Koris odetchnął ciężko i szybko podszedł do Loraneel, kucając przy niej.
-Wszystko w porządku? Zniknęła, nie czuje jej aury nigdzie w pobliżu, ale jeśli dobrze rozumiem jej kotwicą jest to pomieszczenie i dobrze byłoby je zwyczajnie opuścić.
Pomógł wstać kobiecie, po drodze chwytając Bratana, chcąc ją jak najszybciej jak to możliwe wyprowadzić z tego pokoju. Znów chwycił się za spodnie po wyjściu z pokoju. Ruch.
Wielki i czarny obiekt przesunął się po ciele Korisa.
...Ogon?
Wielki, czarny i długi panterzy ogon właśnie wysunął się z poluzowanych spodni kotowatego, owinięty wokół szkatułki którą rzuciła mu Loraneel. Chwycił dłonią szkatułkę i podał ją Loraneel.
-Masz, na pocieszenie. Jej stworzyłem kopię. INTUICYJNIE PRZY UŻYCIU ROZKAZÓW. - Dodał na sam koniec z gigantyczną pewnością o swojej zajebistości. Spojrzał na ranę na ciele Loraneel. - Chcesz to jakoś zawinąć czy masz swój węgielek? Medykiem nie jestem. Jeśli nie dasz rady możemy odpuścić eksplorację na dzisiaj. Jeśli chcesz dalej iść - powinniśmy ruszać. Nie chcę tu być po zmroku, naprawdę nie chce. Waham się też czy jest sens szukać na tym piętrze. Nie ma tu aury niczego magicznego. Nie wiem do końca czego szukamy, ale miałoby to chyba jakąś swoją określoną aurę czy nie?

Tak, przejdźmy naturalnym tokiem rzeczy i obrotem spraw do porządku dziennego. Nie mówmy o tej twarzy Korisa. Pięćdziesiąt twarzy kociego podrywacza. Teraz trzeba wziąć się w garść i kontynuować.
-Na bank będziemy ją jeszcze spotykać. Nie jest zła, nie ma złej aury, jak potwory. Jak tamci potępieńcy. Ale nie wiem, co ją może tu trzymać. I nie zasugeruje, żeby jej pomóc. Widziałem twoją reakcję jak chciałem pomóc żywej, to co dopiero martwej kobiecie! - Powiedziane pół żartem pół serio, próbował trochę rozweselić Loraneel, trochę odciągnać jej myśli od tego, że stała sie posiadaczką czarnej blizny do końca życia.

ODPOWIEDZ

Wróć do „Ruiny Nemerii”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość