Oglądasz profil – Ciarán

Awatar użytkownika

Ogólne

Godność:
Ciarán o' Asdee
Rasa:
Leśny Elf
Płeć:
Mężczyzna
Wiek:
152 lat
Wygląda na:
25 lat
Profesje:
Zabójca, Skrytobójca
Majątek:
Zamożny
Sława:
Rozpoznawalny

Aura

Informacje o graczu

Nazwa użytkownika:
Ciarán
Grupy:

Skontaktuj się z Ciarán

Pola kontaktu widoczne tylko dla zalogowanych użytkowników.

Statystyki użytkownika

Rejestracja:
3 tygodnie temu
Ostatnio aktywny:
2 dni temu
Liczba postów:
2
(0.00% wszystkich postów / średnio dziennie: 0.09)
Najaktywniejszy na forum:
Księga Boskich Praw
(Posty: 2 / 100.00% wszystkich postów użytkownika)
Najaktywniejszy w temacie:
Prośby o napisanie aury
(Posty: 1 / 50.00% wszystkich postów użytkownika)

Połączone profile


Atrybuty

Krzepa:silny, wytrzymały
Zwinność:bardzo zręczny, szybki, dokładny
Percepcja:niedowidzący, dobry słuch, przytępione czucie, czuły zmysł magiczny
Umysł:ineligentny, b. silna wola
Prezencja:odpychający

Umiejętności

Walka bronią białą (karabela i langsaks)Mistrz
Ulubiony zestaw broni Ciarána. Langsaksa używa zazwyczaj do obrony, trzymając go wzdłuż lewego przedramienia. W razie potrzeby obraca go w dłoni i używa jako długiego noża.
Układanie zwierzątEkspert
Nauczył się tresować zwierzęta już w dzieciństwie, a jako że bardzo lubił spędzać czas w stajniach, przykładał się do nauki. Wykorzystywał swoją wiedzę w Bazaltowej Jamie, gdzie w wolnym czasie zajmował się końmi. Po powrocie do rodzinnego domu przypomniał sobie to, czego się nauczył. Teraz oba jego konie i pies są wytrenowane przez Ciarána i niezbyt słuchają obcych.
SkrytobójstwoBiegły
Walka na pięściBiegły
W czasie zwykłych bójek nie wyciąga noża, który zawsze ma przy pasie. Potrafi walczyć gołymi rękami i wszystkim co znajdzie dookoła siebie. Umiejętność obracania wszystkiego w broń zdobył na arenie, gdzie często od tego zależało jego życie. Oprócz zwykłego okładania ludzi, potrafi ich też bardzo skutecznie zabijać, oraz paraliżować części ich ciał, przez uderzanie w konkretne punkty, gdzie nerwy są najbardziej odsłonięte.
JeździectwoBiegły
Kiedy jeździ wierzchem, zgrywa się z koniem. Jego sygnały są zawsze delikatne, polegają na zmianie swojej energii i przenoszeniu ciężaru ciała. Gdy ktoś na niego patrzy, nawet ich nie zauważa.
Gry w karty i w kościZaawansowany
Jako osoba mieszkająca w karczmach, często grywa z przyjezdnymi, a od pewnego czasu zazwyczaj wygrywa.
TorturowanieZaawansowany
KusznictwoZaawansowany
Ciarán używa małej kuszy ręcznej, z niezbyt dużym zasięgiem, za to dobrą celnością.
MedycynaOpanowany
Jako że dobrowolnie nie pozwoli się nikomu dotknąć, musiał nauczyć się samodzielnie łatać swoje rany i doszedł do niemałej wprawy, choć żadnego przygotowania teoretycznego nigdy nie miał.
Produkcja lekuOpanowany
Potrafi na własne potrzeby wytwarzać, głównie z maku, lek przeciwbólowy w formie doustnego płynu. Choć wie, że lepsi medycy potrafiliby wyprodukować substancję z mniejszą ilością skutków ubocznych, nie chce być od nikogo zależny. Zaraz po zażyciu swojego leku jest ożywiony, jednak gdy jego efekt przestaje działać, Ciarána ogarnia zmęczenie i odrętwienie, jego mięśnie drżą, w głowie mu się kręci. Substancja może po kilku dniach używania uzależnić, czego Ciarán bardzo się obawia, dlatego nie stosuje jej długo, nawet jeśli ból nie przechodzi.
Skradanie sięOpanowany
Czytanie i pisanieOpanowany
ManieryOpanowany
Wychowany w rodzinie szlacheckiej chłopak, musiał umieć się zachowywać. To, że z wiedzy tej nie korzysta, to inna sprawa.
AnatomiaOpanowany
Wytwarzanie trucizn i odtrutekOpanowany
MatematykaOpanowany
PływaniePodstawowy
Nie utopi się od razu. Zdecydował się na naukę pływania, by nie zginąć jak głupek w głębszej sadzawce.
Język elfickiPodstawowy
Zna przekleństwa i kilka wierszy, które mniej więcej potrafi przetłumaczyć. Nigdy nie posługiwał się rodzimym językiem swojej matki.
HistoriaPodstawowy

Cechy Specjalne

Odporność na chorobyRasowa
Odziedziczona od matki, elfki leśnej, odporność pozwoliła Ciaránowi przeżyć wiele ran bez zakażeń. Dzięki niej nie przeziębia się też, co znaczy, że nocleg w szopie w środku zimy jest bardzo nieprzyjemny, ale nie skutkuje zapaleniem płuc.
Dawne ranyWada
Ból po dawnych obrażeniach wciąż przeszkadza Ciaránowi. Zazwyczaj jest to nieprzyjemne mrowienie, czy gniecenie. Niekiedy narasta, czasem przez nadmiar wysiłku, a czasem bez powodu. Bywa, że rany zabliźnione przed wiekiem zaczynają znów boleć tak, jak gdy powstały. A że ran półelf miał wiele, doprowadza to do momentu w którym ledwie trzyma się na nogach. Daje radę przetrwać te dni dzięki samodzielnie produkowanemu lekowi, głównie z maku, który uśmierza ból, jednak po pewnym czasie powoduje osłabienie, zawroty głowy i drgawki. Dłużej stosowany może też uzależnić, czego Ciarán bardzo się obawia.
Brak okaWada
Od ataku wilkora i utraty lewego oka minął ponad wiek, więc Ciarán zdążył się przyzwyczaić do skutków, jednak wciąż ma problemy z ocenianiem odległości. Kiedy chce podnieść coś ze stołu, przesuwa dłoń od krawędzi, by znaleźć punkty orientacyjne i nie przewrócić czegoś.

Magia:

Nowicjusz

Przedmioty Magiczne

Tatuaż z nożemZaklęty
Tatuaż na przedramieniu Ciarána kryje w sobie tajemnicę. Przedstawiony na nim nóż można za pomocą inkantacji "Donne caute'se" wyciągnąć w materialnej formie. Nie jest to przyjemne, lecz może uratować życie, albo w ostateczności je zakończyć. By schować go, wystarczy przywiązać sztylet do przedramienia na kilka godzin. Ciarán zapłacił za jego wykonanie pewnemu magowi, który specjalizował się w tego rodzaju zaklęciach.
Pierścień ochronnyZaklęty
Stworzony został ze stali z zatopionym włosem Ciarána. Ma ciemnoszary kolor, a żeby wpasowywać się w tematykę jego tatuaży, uformowany został w kształt owiniętego wokół palca węża. Głowa i ogon stworzenia, splecione ze sobą, tworzą zgrubienie na tyle ostre, że w razie potrzeby pierścień działa jak kastet. Jednak jego główną funkcją, wzbudzaną przez dwukrotne potarcie go w lewo i raz w prawo, jest wytwarzanie wokół właściciela magicznej tarczy, zatrzymującej nawet silne zaklęcia. Efekt trwa kilka sekund, dlatego pierścień nadaje się tylko do odbicia pojedynczych ataków. W zależności od ich siły może odbić od kilku, do kilkunastu, nim wyczerpie swoją moc. Ponowne naładowanie zajmuje pierścieniowi niemal cały dzień. Ciarán zamówił go od druidki, która uleczyła go po magicznym ataku jednej z jego ofiar. Jego włos w rdzeniu pierścienia sprawia, że dla kogokolwiek innego będzie to tylko zwykła, niezbyt cenna błyskotka, niewarta ukradzenia.

Charakter

	Ciarán nie miał w życiu szczęścia, co mocno odbiło się na jego psychice. Zdążył wyleczyć się ze wszelkich skrupułów. Nie zawaha się zabić najlepszej nawet osoby, jego jedyną obiekcją przy zabijaniu dzieci jest to, że niezabite od razu, zaczynają wrzeszczeć. Jeśli nie ma powodu, nie krzywdzi ludzi, nie pomaga też, jeśli nie ma w tym własnego interesu. Może być nim zapłata, może być satysfakcja z pokonania napastnika. Samo zadawanie bólu nie sprawia mu przyjemności, ale po dobrze wykonanym zabójstwie czuje dumę, jak malarz po ukończeniu arcydzieła. Dla przyjaciela mógłby zrobić wszystko i jest tego w pełni świadomy, dlatego też nie stara się z nikim zaprzyjaźnić. Najbardziej troszczy się o swojego wilczaka, Thuriego, oraz o konie. Kiedy ktoś próbuje obrazić Ciarána, zazwyczaj kończy dzień pobity i rzadko popełnia ten błąd dwa razy. Zdarza się, że półelf z nudów sam rozpoczyna bójkę, ale tylko wtedy, gdy jest pewny swojej wygranej. 
Jednak jego przeżycia zostawiły też mniej praktyczne skutki. Ciarán nie cierpi ludzkiego dotyku, w najlepszych wypadkach wywołuje on wściekłość, w najgorszym atak paniki. Nie przeszkadza mu on tylko podczas walki. Jego odporność psychiczna w znacznym stopniu zależy od stanu fizycznego. Kiedy wszystko go boli, trudniej mu powstrzymać strach i odgrodzić się od traumatycznych wspomnień. Podobnie działa na niego czuły, troskliwy ton, dlatego nie użala się nad sobą i woli być sam w najwrażliwszych momentach. Równie szkodliwy jest dźwięk metalu uderzającego o wiadro, bądź inne podobne naczynie.

Wygląd

Ciarán jest średniego wzrostu, nawet niski, jak na półelfa. Jednak od strony matki odziedziczył smukłą budowę ciała. Przez swój tryb życia wygląda jak mięśnie i kości obciągnięte skórą. Pierwszą rzeczą, która rzuca się w oczy, kiedy się na niego patrzy, są blizny. Na całym jego ciele nie ma fragmentu większego od dłoni, którego nie znaczy pamiątka po jakiejś ranie. Szczególnie widoczne są blizny na twarzy, zniekształcające jego delikatne i pociągłe rysy, upodabniające go do elfa. Ciarán świetnie panuje nad swoją mimiką, ponieważ przy uszkodzonych mięśniach mimicznych jego naturalne reakcje są dość niepokojące. Kiedy się denerwuje, sięga bezwiednie czubkiem języka do rozcięć na wargach, tak samo gdy rozmyśla, bądź się nudzi. Włosy ma jasnobrązowe, sięgające ramion, często pozwala im opadać na twarz, zwłaszcza z lewej, pozbawionej oka strony. Jego tęczówka ma kolor morza w słoneczny dzień i błyszczy jak promienie odbijające się od fal. Pod zaszytym oczodołem wytatuowanego ma wijącego się węża, a na lewym przedramieniu niejako siostrzany tatuaż, przedstawiający sztylet opleciony łuskowatym cielskiem.
Ubiera się zawsze wygodnie, najczęściej w lnianą koszulę i pikowaną, skórzaną kamizelkę. Spodnie nosi szerokie, wiązane przy butach, ze sporą ilością kieszeni. Szyję, wraz z wciąż widoczną pręgą wisielczą owija chustką, tak samo jak oczodół, kiedy tylko nie chce zwracać na siebie zbytniej uwagi, albo próbuje uniknąć czyszczenia głębokiej blizny. Często nosi rękawice, na prawej dłoni odsłaniającą wszystkie palce, dzięki czemu zachowuje zdolności manualne, na lewej zaś z dwoma zakrytymi, wskazującym i środkowym, którymi naciąga kuszę. Jednocześnie są to jedyne palce, na których nie odrosły mu paznokcie, więc niespecjalnie chce się nimi chwalić. Przy pasie zawsze ma langsaks, ale jeśli spodziewa się walki, przypina również karabelę.
Zazwyczaj porusza się energicznie i sprężyście, ręce trzyma w pobliżu noża i niemal zawsze gotowy jest się obronić, albo zaatakować. Jeśli jest obolały, jest to widoczne w jego ruchach tylko dla kogoś, kto go zna. W takich momentach jest jeszcze bardziej ostrożny, ale też mniej skory do rozpoczynania bójek. Zna swoje ograniczenia.
Jego głos jest ciepły i lekko ochrypły, jak kamyki poruszane falami. Zazwyczaj przyjemny, potrafi w jednej chwili stać się bronią równie ostrą, co nóż. Ciarán potrafi samym tonem przywodzić na myśl najgorsze możliwe tortury, co nadaje jego groźbom kolejną warstwę.

Historia

	Jednym z pierwszych wspomnień Ciarána była rozmowa z ojcem. Miał najwyżej trzy lata, ale pytanie to zadawał już tysiące razy.
– Dlaczego ja nie mam mamy? – Jednak tamten dzień był wyjątkowy. Wtedy po raz pierwszy uzyskał odpowiedź.
– Miałeś matkę. Miała na imię Iriaoni. Przez ciebie umarła. – Nie krzyczał, rzadko podnosił głos, ale nawet kilkulatek wyczuł ukrytą pod spokojem złość. Wybrzmiewała niemal zawsze, gdy Goraid’h odzywał się do syna. W późniejszych latach wzmacniała ją jeszcze niechęć. Nie była już powodowana żalem po stracie żony, lecz po prostu przyzwyczajeniem i brakiem relacji z chłopcem.
Ciarán od wczesnego dzieciństwa unikał ojca, ucząc się od zapewnionych przez Goirad’ha nauczycieli. Mężczyzna był bogaty i wpływowy, posiadał rozległe tereny na wschodnich granicach Rapsodii, a poza nimi traktowany był przez miejscowych jak władca, dlatego stać go było na guwernantkę, nauczycieli szermierki, jazdy konnej, tresury, alchemii i kaligrafii. Zapewniał to wszystko, by chłopiec miał zajęte całe dni, a Ciaránowi to nie przeszkadzało. Zawsze lubił coś robić, nie znosił jednak siedzieć w miejscu, więc lekcje teoretyczne szybko go nużyły.
Kiedy chłopiec miał osiem lat, jego ojciec ożenił się z pochodzącą z Rododendronii Haleen, młodą kobietą, której matka, babka i dwie siostry rodziły jedynie córki, dlatego wydano ją za mężczyznę mającego już dziedzica. Haleen zaopiekowała się Ciaránem jak matka, jednak nigdy nie mieszała się w jego konflikt z ojcem. Nieco ponad rok po ślubie, Haleen urodziła dziecko – ku zdumieniu wszystkich, był to syn, Kareghai. W dniu jego narodzin nastawienie Goirad’ha do pierworodnego jeszcze bardziej się pogorszyło. Relacje chłopaka z macochą nie uległy dużej zmianie – kobieta nadal opiekowała się nim i pomagała mu przetrwać wspólne śniadania. Mimo jej starań Ciarán, czy to przez nowego członka rodziny, czy po prostu przez to, że był coraz starszy, sam zauważał, jak bardzo nie pasuje do reszty rodu Asdee. Jako jedyny był półelfem, po matce odziedziczył również ciemne włosy, których nie mieli ani ojciec, ani Haleen, ani Kareghai. Wolał spędzać czas na świeżym powietrzu, a nie w dusznych wnętrzach. Nigdy nie interesowało go zarządzanie majątkiem, ani żerowanie na cudzych pieniądzach.
Dlatego decyzja ojca o wydziedziczeniu go, nie była niczym zaskakującym. Zaskoczyły go natomiast okoliczności jej podjęcia, jak również dalsze plany Goirad’ha związane z krnąbrnym pierworodnym.
Gdy Kareghai skończył trzy lata, Haleen ponownie zaszła w ciążę. W dniu narodzin drugiego syna, Tarmona, po raz ostatni powiedziała Ciaránowi coś miłego. Nie wiedział, że to za namową swojej rodziny Haleen postanowiła się go pozbyć, by to jej dzieci odziedziczyły majątek ojca. Przekonała Goirad’ha, że przyjaźń jego pierworodnego z chłopakiem sprzątającym w kuchni jest czymś więcej, co sprawiało, że nie był najlepszym materiałem na dziedzica. Relacja rzeczywiście była głęboka, jednak nie wychodziła poza przyjaźń. Mimo to ojciec uległ Haleen. Zapowiedział Ciaránowi, że kiedy ten skończy piętnaście lat, zostanie wysłany do Bazaltowej Jamy. Były to koszary specjalnego oddziału wojska, Pokutników, tworzonego na ziemiach rodu Asdee z wygnańców, przestępców i desperatów, by broniła ludność w przypadku wojny. Mimo że wojny nie było i żadna się nie zapowiadała, oddział okazał się potrzebny – zbierał ludzi, którzy mogliby zostać przestępcami, albo już nimi byli i wysyłał ich przeciw innym przestępcom, z których nieliczni wstępowali później w jego szeregi.
Ciarán znał nastawienie ojca do siebie, jednak nie potrafił uwierzyć w tę decyzję. Zaczął spędzać dużo czasu z braćmi, ćwicząc z nimi walkę i jazdę konną. Miał nadzieję, że zmieni zdanie Goirad’ha. Nie zależało mu na dziedziczeniu, chciał tylko zostać w domu. Nie został.
Do Bazaltowej Jamy trafił wciąż rozbity po pożegnaniu. Ojciec był zimny jak zawsze, za to Haleen wyraźnie żałowała swojej decyzji i błagała męża, by nie wypędzał pierworodnego. Kareghai próbował zabrać się z Ciaránem, a Tarmon raz po raz pytał, kiedy chłopak wróci, by ćwiczyć jego kucyka. W koszarach zapłakany dzieciak z dobrego domu aż prosił się o pobicie. I doprosił się już pierwszego dnia.
Pomógł mu Éoraein Hillian, elf od dawna należący do Pokutników i skutecznie unikający awansu, który pokazał Ciaránowi, jak zdobyć szacunek innych. Wspierał go również po szczególnie trudnych dla chłopaka wizytacjach Goirad’ha w Jamie. Długo pozostawali sojusznikami, używającymi słowa przyjaźń z braku lepszego, jednak kiedy po kilku latach Hillian został awansowany na kapitana i nie potrzebował już chłopaka do zdobycia statusu, a Ciarán zebrał wokół siebie sporą grupę rówieśników, okazało się, że żaden z nich nie chce zrywać znajomości. Asdee nauczył Éoraeina wszystkiego, co wiedział o wyższych sferach, a elf pokazywał mu kolejne ruchy stylu walki opartego na znajomości wrażliwych punktów ciała. Na dodatek Hillian przekonał dowódców, by dopuścili chłopaka w charakterze jego prawej ręki, jako że był jedną z nielicznych osób wiedzących o problemach elfa z wymykającą się spod kontroli magią, o których nie chciał rozpowiadać wszystkim Jamnikom, jak sami siebie nazywali mieszkańcy Bazaltowej Jamy. Największą próbą dla ich przyjaźni, okazał się moment, w którym niewinny psikus Ciarána nie poszedł zgodnie z planem i niemal doprowadził do śmierci kwatermistrza. Mimo że Hillian ryzykował wszystkim co osiągnął, zdecydował się wybronić chłopaka, którego ofiara wypadku chciała osobiście powiesić.
Po tych przejściach ich relacje nieco się pogorszyły, ale przetrwały, a po kilku latach nawet się poprawiły, kiedy Ciarán zdołał wyleczyć się z zauroczenia znacznie od niego starszym elfem. Jakiś czas później spotkał pierwszą osobę, którą naprawdę pokochał – Maeriego – medyka, który został wcielony w szeregi Jamników, za podjęcie ryzykownej decyzji, która doprowadziła do śmierci pacjenta. O tym, że pacjent i tak umierał, wszyscy zapomnieli. Właśnie dzięki niemu, po szesnastu latach służby, Ciarán uciekł z wojska.
Plan wymyślili wspólnie – Asdee, Hillian i Maeri – i wspólnie go wykonali. Jednak, oczywiście, nie wszystko poszło pomyślnie. Tuż za bramami zostali zauważeni przez spóźniony patrol. Tylko dzięki Éoraeinowi, który odwrócił uwagę strażników i został z tyłu, zdołali umknąć. Nie świętowali jednak nowo zdobytej wolności. Wiedzieli, że karą za dezercję jest śmierć, a elf miał ją ponieść za nich. Przez kilka dni wędrowali po lesie, starając się unikać osad i dróg, ukrywając się w krzakach, gdy tylko usłyszeli głos, albo kroki. Ponad tydzień po ucieczce zasypiali przy ognisku, które dopiero po raz drugi odważyli się rozpalić. W środku nocy Ciarána obudził krzyk. Nim zdążył pomyśleć, chwycił płonącą gałąź z paleniska i rzucił się na atakującego Maeriego wilkora. Zwierzę odwróciło się w jego stronę i zamachnęło potężną łapą, jednak kiedy tylko pozbyło się zagrożenia, uciekło w gęstwinę. Dopiero po chwili Ciarán poczuł ból. Pazury zwierzęcia rozorały mu pół twarzy, wraz z lewym okiem, i rozcięły jego klatkę piersiową do żeber. Pęcherzy na poparzonej dłoni nawet nie zauważył. Maeri był co prawda medykiem, miał przy sobie jednak tylko resztki nici pochowane po kieszeniach, igłę i materiały z ich ubrań. Zaszył niedokładnie rany na piersi Ciarána, twarz tylko opatrzył wymoczonymi wcześniej w zbyt słabym alkoholu strzępami własnej koszuli. Krew szybko przesiąkła prowizoryczne opatrunki, a rany, nie dość dokładnie oczyszczone, zaczęły się jątrzyć.
Kiedy znaleźli ich strażnicy Pokutników, medyk nie wiedział, czy powinien się martwić, czy cieszyć. Podjął próbę walki, ale niezbyt się starał. Powstrzymywała go świadomość, że oni mogą pomóc Ciaránowi. Wprawdzie tylko po to, by powiesić go, ku przestrodze dla innych Jamników, ale w międzyczasie wiele mogło się wydarzyć. Półelf takich dylematów nie miał. Gdy zobaczył nad sobą zbrojnego, chwycił zdrową dłonią nóż i wbił go nad kolanem napastnika tak, że ostrze weszło ze zgrzytem między staw, a rzepkę. Później z trudem usiadł i zamachnął się na kolejnego. Nie trafił za pierwszym razem, więc wrócił ręką, a stal przeszła miękko przez pierś i zablokowała się między żebrami pod pachą, skąd Ciarán nie miał siły wyciągać broni. Upadł na ziemię wyczerpany, lecz nim Pokutnicy go złapali, jeden z napastników stracił kilka zębów, a ich dowódca został kopnięty prosto w splot słoneczny i przez czas dość długi walczył o oddech. Po tych wyczynach Ciarán szczęśliwy, choć zmęczony tak, że nie ruszał nawet małym palcem, poddał się. Związali go dokładnie i uśpili, by nie sprawiał kłopotów, ale to dzięki temu pokazowi półelf przeżył.
Ku własnemu zdziwieniu obudził się, opatrzony i umyty w jasnym, czystym pomieszczeniu. Kiedy tylko strażnicy zauważyli, że oprzytomniał, zawlekli go do celi, która ani jasna, ani czysta nie była. Dopiero tam dowiedział się, dokąd trafił – dowódcy Pokutników byli jednymi z dostawców dla łowców niewolników, którzy prowadzili walki na arenach rozrzuconych od Północnej Bramy, po Nową Aerię. Kiedy tylko Ciarán był w stanie swobodnie się poruszać, wyrzucili go do walki w tej samej, podartej przez wilkora koszuli, którą miał na sobie, gdy go przywieziono. Stanął wtedy, przerażony i bezbronny, naprzeciw jednego z mistrzów areny, dla którego miał być tylko rozgrzewką. Ale, ku zaskoczeniu prowadzących pokazy i widowni, zabił przeciwnika rozgryzając mu tętnicę szyjną, i został ponownie zabrany do jasnego pomieszczenia – pokoju medyka – gdzie znów go opatrzono. Później staruszek uzdrowiciel wyszedł, a na jego miejsce przyszła kilkuosobowa grupa. Przewodził jej nordyjczyk, drobny, jak na przedstawiciela swojej rasy, z wygolonym bokiem głowy i złotymi przednimi zębami, do których jeszcze nie przywykł. Ciarán pamiętał go jak przez mgłę, ale nie mógł sobie przypomnieć skąd. Przybysz postanowił mu pomóc.
– Pamiętasz mnie? – spytał, lekko sepleniąc. – Spotkaliśmy się na polance, na której się ukrywałeś. Pomagałem twoim przełożonym, bo te niedojdy nie potrafiły cię znaleźć. – Półelf przypomniał sobie. Zrozumiał wprost wyciekającą z postaci nordyjczyka nienawiść, kiedy przemknęło mu przez głowę wspomnienie owej walki, w której wybił mu jedynki, dwójki i lewego kła. – Teraz jesteś nasz – kontynuował niezrażony milczeniem nordyjczyk – i mogę z tobą zrobić co zechcę. – Niepewne spojrzenia eskorty upewniły Ciarána, że ostatnie zdanie nieco mijało się z prawdą, co postanowił jeszcze potwierdzić niziutki wampir.
– Szef cię zabije, jeśli zepsujesz jego nową zabawkę, Złotousty. – reszta zaśmiała się cicho, co pozwoliło Ciaránowi przypuszczać, że nordyjczyk był ważny wśród bandytów, ale utrata zębów z rąk półmartwego, jednookiego chuchra, poważnie nadszarpnęła jego autorytet. – Pokonał Wiewiórkę, a widownia go polubiła. – Wampir odwrócił się do Ciarána. – Mam wrażenie, że inwestycja szybko się zwróci. – Uśmiechnął się, dumnie prezentując długie kły.
– Zamkniesz się wreszcie? – burknął nordyjczyk. – Lepiej weźmy się do pracy. – Pięcioosobowa obstawa unieruchomiła wszystkie kończyny i głowę półelfa. W tym czasie Złotousty wyciągnął coś z drewnianej skrzyneczki. – Pora zjednoczyć się ze sztuką.
Na skrawku zdrowej skóry pod pustym oczodołem, nordyjczyk wytatuował zwiniętego węża, jakiego mieli na twarzach wszyscy niewolnicy. Grupa zgodnie uznała, że ten na policzku Ciarána, wyszedł Złotoustemu wyjątkowo dobrze. Potem odeskortowali półelfa do celi, jednej z kilkunastu znajdujących się po dwóch stronach wilgotnego, wąskiego korytarza. We wszystkich znajdowały się przynajmniej po dwie osoby, wszystkie naznaczone i wszystkie z przerażeniem wpatrujące się w Złotoustego. Ciarán został wrzucony do pomieszczenia zajmowanego już przez młodego wilkołaka i ponurą driadę. Dopiero od współwięźniów dowiedział się, że Złotousty, zwany do niedawna Skallarem, był dowódcą strażników, prawą ręką właściciela aren i niewolników i rzeczywistym prowadzącym całego przedsięwzięcia. Był również miłośnikiem nasączania bata trucizną porażającą nerwy, dzięki której mógł sprawiać niewolnikom ból, nie uszkadzając ich na dłużej. I szybko stał się największym koszmarem Ciarána.
Codziennością stało się zabijanie – innych niewolników, zwierząt, potworów. Przed walką dostawał środek pobudzający i przeciwbólowy, po niej przeciwbólowy i uspokajający. Pełną świadomość odzyskiwał tylko w nocy, kiedy był zmęczony i głodny, jako że karmiono ich tylko rano. Nie walczył z tymi, których znał, walczących trzymano w dwóch oddzielnych budynkach. Dlatego relacje w celach, jakkolwiek zwykle krótkie, były dobre. Ciarán wygrywał kolejne walki, nie dzięki woli przetrwania, ale dzięki woli zwycięstwa. Skallar wysyłał przeciw niemu najlepszych niewolników, dzikie zwierzęta, w tym wilki, których po incydencie na polanie półelf bał się niemal panicznie. Wylał na piach mnóstwo krwi swojej i cudzej, był wielokrotnie opatrywany, zszywany, kilka razy otarł się o śmierć. Ale wygrywał.
Po dwóch latach został przeniesiony na inną arenę, bo widowni się znudził. Nie miał pojęcia dokąd trafił, a na czas drogi uśpiono go, więc nie wiedział nawet jak długo jechał. Nowe miejsce nie różniło się zbytnio od poprzedniego. Nawet Skallar pojawiał się z podobną częstotliwością. Przychodził dzwoniąc chochlą o wiadro, w którym roznosił swoją „zupę” – krew wszystkich zabitych na arenie, którą poił na siłę więźniów.
Przez lata w jego życiu zmieniały się tylko areny, towarzysze i przeciwnicy. Po pięciu latach i odwiedzinach u medyków przy każdym więzieniu, stracił nadzieję na spotkanie Maeriego, którego opłakiwał nocami, kiedy tylko budził się z wywołanego lekami otępienia. Po około dekadzie nastąpiła zmiana. Nie uśpiono go na czas podróży. Został skuty, otumaniony, na głowę nałożono mu worek, a na ręce obręcze z kajdannika, mimo że nie umiał czarować, ale pamiętał całą drogę. Od tamtego momentu właśnie tak podróżował, nadal lepiej zabezpieczany niż większość niewolników, ale przynajmniej świadomy. Powód tej zmiany właściwie go bawił, a poznał go, dzięki zasłyszanemu ułamkowi rozmowy.
– … ale kiedy on choćby drgnie, ty już sięgasz do broni – powiedział głos niskiego wampira, który nadal pracował ze Skallarem.
– Jasne – odburknął nordyjczyk. – Muszę utrzymać wszystkich tych dzikusów w klatkach, więc przy wszystkich wolę uważać.
– Ale on cię po prostu przeraża. Nadal nie możesz mu wybaczyć zębów, co Złoty? Przecież on nigdy nie wyszedł z budynku o własnych siłach, zawsze każesz go usypiać i wynosić. Powinieneś to przegadać z naszym konowałem. On mówi, że takie o takich rzeczach trzeba roz…
– Zamkniesz się wreszcie?! – uciszył wampira nordyjczyk, co robił dość często. Nieumarły uwielbiał mówić. Był najżywszą osobą w całym towarzystwie.
Tak więc, by nie skompromitować się całkowicie przed podwładnymi, Skallar rozluźnił nieco rygor transportu Ciarána, a mężczyzna, by nie stracić nowego przywileju, zachowywał się spokojnie i nie robił problemów. Dzięki temu coraz więcej wolności podczas podróży zyskiwał. Zdarzyło się pewnego razu, dwadzieścia jeden lat, siedem miesięcy i czternaście dni od dnia, gdy Ciarán dostał się do niewoli, że razem z półelfem podróżowała, również zniewolona, wesoła kompania krasnoludów, którym sytuacja, w jakiej się znaleźli, nie do końca odpowiadała. Na dodatek mieli sposób, żeby tę sytuację zmienić. Najstarszy, z brodą przypominającą szczecinę dzika, splecioną w sięgający niemal kolan warkocz, po godzinie trzęsienia się w drewnianej skrzyni z brody tej wyciągnął wytrychy, którymi otworzył kajdany. Nie ustalali wiele, wymienili tylko parę mruknięć i znaczących spojrzeń, by strażnicy ich nie usłyszeli.
– Uspokój się wariacie! – wrzasnął rudy krasnolud, na tyle głośno, że zwrócił uwagę strażników dyskutujący o końskich maściach.
– Za chwilę go zabijesz elfie! – ryknął drugi.
– Puść go! – dołączył trzeci, choć było to zbędne. Po sekundzie drzwi się otworzyły, a zaskoczony Skallar dostał od Ciarána w złote zęby, a potem w nos. Dość szybko zbiegli się pozostali – wampir i Eravall – ale padli ofiarą zmasowanego ataku wściekłych krasnoludów. Zgodnie z wcześniejszą umową półelf po prostu pobiegł, chwytając w pędzie sakiewkę nordyjczyka. Ruszył w las, nie zastanawiając się dokąd trafi. Pędził na oślep, zbyt zajęty omijaniem wyskakujących mu na spotkanie drzew, by spojrzeć na krasnoludy. Biegł, przewracał się, wstawał i biegł dalej. Przeskakiwał wykroty, pnie, kamienie, aż zorientował się, że przeskoczył płot. Wpadł do szopy, przy okazji uderzając mocno łokciem w ścianę i dopiero wtedy zaczął się zastanawiać dokąd trafił. Płotem, przez który przeskoczył, otoczona była karczma, do której Ciarán wszedł bez dłuższego namysłu, rzucił sakiewkę, bez sprawdzania jej zawartości i poszedł za karczmarzem do pokoju. Jego ostatnim spokojnym wspomnieniem z tego okresu była szorstka, wełniana kołdra.
Nigdy nie dowiedział się ile czasu trwała jego walka z wieloletnim uzależnieniem od dwóch, używanych przez łowców niewolników substancji. W jego wspomnieniach rozciągała się ona na całe lata. Opiekowali się nim karczmarz i jego kuzynka, co bardzo dziwiło półelfa, który sam siebie wyrzuciłby do chlewu. Kiedy w końcu wrócił mniej więcej do rzeczywistości, zaczął się zastanawiać, dlaczego właściwie walczył na arenie. Wiedział, że nie chciał, że był przerażony za każdym razem, gdy otwierała się brama. A ci, z którymi walczył byli tacy sami, zniewoleni i zmuszeni do zabijania. Nie pamiętał dlaczego atakował, ani kogo atakował. Jedna myśl zagnieździła się w jego umyśle, niczym osa na balkonie – czy pośród zapomnianych twarzy jego ofiar, nie było twarzy Maeriego. Bał się tego, bardziej niż śmierci. Próbował przypomnieć sobie jakiekolwiek szczegóły z ostatnich dwudziestu lat swojego życia, ale kiedy wychodził na arenę, myślał tylko o przetrwaniu i wygranej – przeciwnik był celem, nie osobą. Nie dał rady odpowiedzieć sobie na żadne ze stawianych sobie pytań.
Kiedy był już w stanie swobodnie się poruszać, postarał się spłacić swój dług i zatrudnił się w karczmie jako wykidajło. Dzięki temu, broniąc go przed pijanym panterołakiem, poznał Corrina, koronera z Renidii. W spokojne wieczory, gdy Ciarán nie miał wiele pracy, potrafili spędzić godziny na rozmowach. Dzięki tym konwersacjom jednooki półelf wiele nauczył się o anatomii, truciznach i antidotach, a koroner wypytywał, jak wyglądają rany po różnych rodzajach broni. Corrin również wywodził się z dobrego domu i również został z niego wyrzucony. Choć jego problemem była zbyt duża dociekliwość i nieprzystające młodemu lordowi zainteresowanie anatomią, którym dzielił się z rozmówcami podczas uczt. Swojej pasji nie zamierzał porzucić, dlatego rodzice wysłali go do akademii, po czym po cichu wydziedziczyli. Relacja półelfów zacieśniała się przez osiem miesięcy, nim zorientowali się, że była miłością. Ciarán miał wątpliwości, czy powinien pozwalać sobie na związek, skoro już wtedy przeświadczony był, że szczęście nie jest mu pisane, ale nie chciał zaprzeczać, że rozłąka z Corrinem bolałaby go bardziej, niż dawne rany, a te, nie tłumione już lekami, stale o sobie przypominały. I tak się stało, że w karczmie „Liść winorośli”, stojącej na obrzeżach Rapsodii, z koronerem, uwielbiającym swoją pracę, Ciarán stracił dziewictwo. I zapewne mógłby szczęśliwie przeżyć kolejne dekady z mężczyzną, którego kochał. Mógłby zbudować dom, hodować i trenować zwierzęta, nauczyć się czegoś więcej po elficku, niż tylko przekleństw i wierszy. Mógłby mieć i spełniać marzenia. Niestety nie pogodził się z przeszłością na tyle, by zignorować wypowiedziane przez któregoś z klientów nazwisko Asdee. Przysiadł się do rozmowy, postawił kilka kolejek i dowiedział się, że kolejni śmiałkowie zginęli, próbując wykonać zlecenie na zabicie Goirad’ha o’Asdee, wystawione przez jego pierworodnego syna. Ciarán, wciąż niepewny, co robił podczas odwyku, bardzo poważnie rozważał, czy nie wywiesił gdzieś takiego ogłoszenia, ale wkrótce okazało się, że pierworodnym oficjalnie został Kareghai, zanim i jego ojciec wypędził, razem ze swoim najmłodszym dzieckiem – Mouriel. Półelf, uspokojony, że nikomu nie będzie musiał płacić, postanowił sam wykonać zlecenie. Bynajmniej nie ze względu na nagrodę. Była ona tylko dodatkową korzyścią.
Dworek rodzinny Ciarána, choć nie został zbudowany w celach obronnych, mógł być łatwo chroniony przez małą ilość strażników. A, jak przekonał się półelf podczas oględzin, Goirad’h zatrudnił ich dwukrotnie więcej po wygnaniu synów. Poprzedni zabójcy nasłani na pana domu nie dostali się nawet do części mieszkalnej budynku, którą to informację Ciarán uzyskał od praczki, mającej czuły słuch i często znajdującej się przypadkiem tam, gdzie coś się działo. Ilość strażników nie pozwalała przejść głównymi korytarzami choćby dziesięciu metrów, użyć żadnych widocznych drzwi, ani wspiąć się do któregokolwiek z okien. Ale żołnierze nie byli w stanie pilnować przejść, o których nie wiedzieli, więc nie mieli szans powstrzymać Ciarána, wychowanego w dworku i znającego większość zapomnianych sekretów. Półelf podszedł o zmroku do murów od strony osłanianej przez wzgórze, znalazł oznaczony przed laty suchy pień, odliczył od niego pięć kroków i zaczął rozgarniać ściółkę pod nogami. Musiał się w prawdzie cofnąć, ale znalazł wreszcie ciężką klapę prowadzącą do wnętrza muru, przeszedł wąskim korytarzem, aż wyczuł palcami wykute w ścianie zagłębienia. Wspiął się na wysokość pierwszego piętra i wyszedł spod podłogi w przejściu dla służby za pokojem dziecięcym. Nie spodziewał się nikogo o tak późnej porze i rzeczywiście, przestrzeń była pusta. Uważając by nie wydać żadnego dźwięku, prześliznął się w stronę pokoju ojca i nasłuchiwał przy ukrytych drzwiach.
Goirad’h chodził po pokoju, wreszcie usiadł na trzeszczącym łóżku. Ktoś zapukał do drzwi.
– Wejść – rozkazał ostro. Ciarán nigdy nie słyszał, by mężczyzna mówił innym tonem. Służący krzątał się cicho, dorzucił drewno do paleniska, wreszcie stanął.
– Zostaw mnie samego – szczeknął mężczyzna. Drzwi otworzyły się i zamknęły niemal bezdźwięcznie – zdaniem Goirad’ha jego podwładni w ogóle nie powinni wydawać dźwięków, prócz słów „Tak, panie”. Ciarán niemal podskoczył, gdy jego ojciec zdmuchnął świeczkę. Odczekał na wszelki wypadek jakieś dwie godziny, po czym otworzył tajne drzwi.
Pokój nie zmienił się od jego dzieciństwa, na ile mógł to ocenić w ciemności. Wciąż ozdobiony był bronią i łowieckimi trofeami przodków. Goirad’h leżał spokojnie na łóżku i nie reagował na dźwięki kroków nawet drgnięciem powieki. Wystarczyłoby poderżnąć mu gardło i uciec tą samą drogą, którą wszedł. Ale Ciarán nie chciał śmierci ojca, tylko zemsty. Półelf podszedł do stojaka, zdjął z niego niestępiony kord i rzucił go na pierzynę. Starszy mężczyzna obudził się gwałtownie, spojrzał na chudą postać nad swoim łóżkiem, na metal broni błyszczący na kołdrze, z powrotem na Ciarána, a potem stłumił własny okrzyk.
– Kto cię nasłał? – zapytał trzeźwo, nie spuszczając wzroku z intruza. Jego ręka przesuwała się na ślepo po pościeli w poszukiwaniu broni.
– Twój pierworodny syn – odparł po chwili wahania.
– Ile Kareghai ci zaproponował? Dam więcej. – Goirad’h chwycił wreszcie rękojeść korda. Ciarán, obserwując go wciąż uważnie kucnął obok łóżka.
– Wiem, że wykreśliłeś mnie z ksiąg rodzinnych, – jego głos nabrał temperatury lodowca w środku zimy – ale nie musiałeś o mnie całkiem zapominać. – Goirad’h nawet drgnięciem nie zdradził, by ta wypowiedź go zaskoczyła.
– Mówiono mi, że umarłeś podczas próby dezercji. – Mówił spokojnie, jakby informował kogoś, że nie smakuje mu wino na przyjęciu.
– Przeżyłem. Dowódcy chcieli tylko ukryć fakt, że mnie sprzedali. Jeszcze byś ich opodatkował. – Odsłonił zęby w krzywym uśmiechu, choć naprawdę miał ochotę krzyczeć i płakać. Powoli wstał z powrotem, ledwie trzymając emocje na wodzy. – Zabiłeś dwie ważne dla mnie osoby – wywarczał, już bez choćby cienia uśmiechu, który zdążył przekształcić się we wściekły grymas – i mam gdzieś, że nie własnymi rękami. – Goirad’h, wciąż leżąc, zamachnął się na syna, lecz nim końcówka kordu oderwała się od łóżka, Ciarán kopnął go w nadgarstek i stanął całym ciężarem ciała na zaciśniętej dłoni. Drugą rękę wykręcił mężczyźnie nad głowę i chwycił mocno wraz z włosami. Fragment kołdry wepchnął starcowi do ust, by nikt nie usłyszał jego protestów. Powoli, by Goirad’h widział co się dzieje, wyciągnął z cholewy nóż. Przejechał jego płazem po twarzy ojca w sposób niemal czuły. Obrócił rękojeść w dłoni tak, by ostrze dotykało skóry i kontynuował ruch w stronę piersi. Patrząc mężczyźnie w oczy postawił nóż czubkiem między żebrami i powoli na niego naciskał. Stał jeszcze długo, wpatrując się w stygnące ciało. Nie zauważył pokojówki, która przyszła z drewnem do kominka. Służący poruszali się bezdźwięcznie. Ciągnięty przez strażników po korytarzu, starał się powstrzymać od śmiechu. Przepełniała go euforia, zupełnie nie związana z radością, czy szczęściem, dzika i nieopanowana. Śmiech, który wreszcie się z niego wyrwał, był dźwiękiem rozpaczy i strachu. I wstydu, że dla głupiej zemsty, za coś o czym Goirad’h nawet nie wiedział, dał się złapać.
Tarmon, jedyny pozostały w dworze przedstawiciel rodu, przyszedł do Ciarána, kiedy tylko strażnicy podwiesili półelfa za skute ręce w zaskakująco dobrze wyposażonej sali tortur. Próbował dowiedzieć się, kim jest morderca jego ojca. Nie wierzył jednak w odpowiedzi, czemu trudno się dziwić, biorąc pod uwagę, że boleśnie przesłuchiwany mężczyzna wciąż śmiał się i uśmiechał. Kiedy Ciarán po raz kolejny powiedział mu, że są braćmi, Tarmon uciął mu lekko szpiczasty czubek ucha, stwierdzając, że półelf powinien sam to zrobić nim zaczął podawać się za jego krewnego.
Trzeci syn Goirad’ha okazał się jeszcze gorszy od ojca. Był wyjątkowo kreatywnym sadystą. Nawet zrozumiawszy, że nie wyciągnie niczego ciekawego od Ciarána, torturował go dla przyjemności. Czule gładził mężczyznę, jednocześnie wyrywając mu paznokcie, przypalając go gorącym żelazem, albo przypatrując się jego biczowaniu. Szeptał mu do okaleczonego ucha, gdy kat obijał podeszwy stóp półelfa cienkim drutem. Zamykał Ciarána na zmianę w lodowni i w izdebce przylegającej do pieca w kuchni. Nie żałował sobie także zwykłego, prostackiego bicia. Pięciu strażników zdezerterowało po przebywaniu w jednym pomieszczeniu z Tarmonem, oglądającym tortury jak najpiękniejszy obraz, i Ciaránem, który nadal wybuchał czasami niekontrolowanym śmiechem i nie przestawał się szczerzyć, póki młodszy brat nie rozszerzył mu uśmiechu nożem. Pewnej nocy, kiedy Ciarána zostawiono po prostu zawieszonego na kajdanach, ktoś wkradł się do lochów i chodził od celi do celi, wpatrując się w nielicznych więźniów. Półelf obserwował go spokojnie zza uchylonych drzwi sali tortur, aż wreszcie znudzony szepnął
– Kogo szukasz?
– Ma na imię Ciarán. – wyjąkał wreszcie przybysz, który niemal uciekł, słysząc głos. Drgnął ponownie, gdy jego rozmówca zaklął, a potem wymówił jego imię.
– Uciekaj stąd, Corrin – szepnął po chwili. – Nie damy rady razem uciec. – Koroner nie posłuchał, po długich wysiłkach zdołał wreszcie otworzyć kajdany, próbował podnieść ukochanego, który nie ułatwiał tych wysiłków, wyrywając się, gdy tylko Corrin dotknął jakiejś rany. W końcu dowlekli się do schodów, ale nie musieli się przekonywać, czy zdołaliby po niech wejść. Stał na nich Tarmon. Zamknął obu półelfów w osobnych celach, a następnego dnia, gdy już odespał, na oczach Ciarána przez kilka godzin torturował koronera, po czym go zabił. Zakrwawionymi dłońmi czule ocierał łzy z twarzy brata, po czym wrócił do codziennej rutyny tortur. Kilka dni później nie przyszedł, a z góry dobiegały dźwięki walki. W końcu ktoś zszedł do lochów. Ktoś wypuścił nielicznych więźniów, których Tarmon nie zdążył stracić. W końcu ktoś zaglądnął również do sali tortur i znalazł Ciarána.
Kareghai, kiedy tylko dowiedział się o śmierci swojego ojca, wybrał się do Bazaltowej Jamy, spotkał się z dowódcami pojedynczych oddziałów i namówił ich do ataku na dwór w zamian za wolność po zdobyciu go. Wygrali walkę i odeszli, najstarszy syn Haleen przejął władzę na ziemiach rodu Asdee, stracił młodszego brata za liczne zbrodnie i ułaskawił większość więźniów. Ciarána najpierw kazał doprowadzić do względnego ładu, a później przyszedł osobiście go przesłuchać. Na szczęście dla półelfa, Kareghai pamiętał, że miał brata i uwierzył w jego wytłumaczenie, dlaczego siedział w lochu rodzinnego domu. Zapewnił mu pomoc lekarską i zakwaterowanie, starał się odbudować zerwaną więź, w czym nie pomagał fakt, że Ciarán pogrążył się w żałobie. Czuł się winny śmierci Corrina, nie radził sobie z uczuciami, tydzień po śmierci ukochanego podciął sobie żyły odłamkiem rozbitego kubka, ocaliła go jednak lekarka, która przyszła chwilę później, by zmienić mu opatrunki. Później przez kilka miesięcy był niemal stale obserwowany.
Spędził w dworze cztery lata, dochodząc do zdrowia, i stabilności psychicznej. Kiedy tylko był w stanie, zaczął pracować w stajniach brata i układać jego konie. Nie chciał być dla niego brzemieniem, a praca ze zwierzętami uspokajała go i dawała poczucie spełnienia. Bardziej niż z Kareghaiem, zaprzyjaźnił się z siostrą. Mouriel podzielała jego pasję, dlatego często spotykali się w stajniach i na pastwiskach. Na jej prośbę zaczął uczyć ją walki, bo po burzliwym przejęciu władzy, kobieta nie chciała być bezbronna. Podczas jednego z treningów spotkała i oczarowała dowódcę straży Kareghaia, za którego wyszła po roku. Niestety umarła niedługo po urodzeniu ich pierwszego dziecka. Ciarán wyjechał niedługo po pogrzebie, zbyt przytłoczony wszystkimi wspomnieniami, jakie wiązały się z dworem.
Wrócił do świata z jednym koniem i bronią, zastanawiając się, co właściwie powinien robić i doszedł do wniosku, że największe doświadczenie ma w zabijaniu. Zaczął od oficjalnych zleceń na przestępców, ale miał sporą konkurencję, głównie błędnych rycerzy. Poza tym dość szybko przekonał się, że czasami wolał swoje ofiary, niż zleceniodawców. Dlatego zaczął przyjmować wszystkie zlecenia, jakie znajdował i dość szybko wyrobił sobie reputację. Mimo że był zabójcą, przez kilka dekad starał się zachować przyzwoitość, jednak coraz bardziej upewniał się, że to nieopłacalna cecha. Kiedy oszczędził dziewczynkę, której rodziców zabił, ta po kilku latach znalazła go, schwytała i próbowała powiesić. Dopiero wisząc zdołał zabić dziewczynę, ponieważ podeszła zbyt blisko, chcąc napawać się jego cierpieniem i dostała się w zasięg jego nóg. Kiedy raz oszczędził osobę, na którą zlecenie przyjął, został dotkliwie pobity i skończył w rynsztoku z górną wargą rozciętą pod sam nos, a oszczędzony przez niego kotołak i tak zginął. Nie powtórzył też błędu wahania się z wyciągniętym nożem, po tym gdy pozornie bezbronna kobieta rzuciła w niego kulą ognia. Kiedy tylko próbował zachować się jak należy, zostawał za to dotkliwie karany. Przez niemal wiek wykonywania pracy płatnego zabójcy oduczył się skrupułów. Wykonywał swoją pracę, nie zastanawiając się, kto zasługuje na śmierć. Załatwił sobie pokoje w trzech karczmach, żeby zawsze móc schować się przed zemstą znajomych swoich ofiar. Miał też miejsca w stajniach dla swoich koni, które sam trenował od źrebca. Jeden tylko raz pomoc komuś opłaciła się Ciaránowi. Pewna kobieta, na którą dostał zlecenie, trzymała przed domem, przykutego na krótkim łańcuchu, młodego mieszańca psa i wilka. Po wykonaniu pracy, półelf, mimo że od ataku wilkora wciąż obawiał się psowatych, postanowił uwolnić szczeniaka. Ich relacja była dość trudna, bo zwierzę sporo wycierpiało z rąk poprzedniej właścicielki. Ale jakoś się dogadali i wkrótce stali się nierozłączni – Ciarán, w połowie człowiek, który bał się wilków i Thuri, w połowie wilk, bojący się ludzi. Od tamtego spotkania niewiele zmieniało się w życiu półelfa. Tresował wilczaka, podobnie jak robił to z końmi, pracował, nie nawiązywał żadnych znaczących znajomości, poza właścicielami zajazdów, w których mieszkał, ale nawet ich nie dopuszczał do siebie zbyt blisko. Starał się odciąć od przeszłości, w czym pomagał fakt, że Kareghai umarł bezdzietnie i niewiele osób kojarzyło nazwisko Asdee ze starym dworem i Bazaltową Jamą.

Towarzysz

Imię:Thuri
Gatunek:Wilczak
Płeć:Samiec
Wiek:7 lat

	Thuri jest pół psem, pół wilkiem, który wygląd odziedziczył raczej z dzikszej strony rodziny. Sporych rozmiarów wilczak, zachowuje zazwyczaj sporą odległość od ludzi, wyjątkiem jest jego właściciel, dlatego często mylony jest z wilkiem. By zapobiec takim sytuacjom, Ciarán zawiązuje mu zazwyczaj czerwoną, dobrze widoczną obrożę. Jest upleciona z cienkich sznurków, dzięki czemu zahaczony o coś, bądź schwytany przez kogoś Thuri może uciec. Ciarán nigdy nie prowadzi wilczaka na smyczy, ponieważ Thuri jest świetnie wyszkolony i bardzo posłuszny. Niesprowokowany nie skrzywdzi człowieka, a jeśli to ktoś zacznie awanturę, półelf nie widzi problemu w krzywdzeniu go. Stworzenie jest bardzo inteligentne i mocno przywiązane do właściciela, jedynej osoby której ufa. Potrafi przestraszyć mniej odważną osobę, co często robi, by zapewnić sobie przestrzeń osobistą. Jest energiczny i troskliwy wobec swojego stada: Ciarána, Siewki, postawnej, dojrzałej, gorącokrwistej, szpakowatej klaczy, świetnie wytrenowanej, raczej spokojnej i nieco leniwej, oraz Kawki, zimnokrwistej, krępej, młodej klaczki, dopiero się uczącej, nadrabiającej za to zapałem. Młodsza klacz, nazwana Kawką dzięki swojemu umaszczeniu, przypominającemu przypalone ziarno kawy, szczególnie potrzebuje troski, ponieważ jest narwana i płochliwa.
Ciarán znalazł Thuriego, gdy ten był jeszcze szczeniakiem. Przez jego energiczną i entuzjastyczną naturę, jego poprzedni właściciele, zabici później przez Ciarána, przywiązywali go na krótkim łańcuchu, bili, głodzili i trzymali długo bez wody. Półelf, raczej nieufny wobec wszystkich psowatych, zlitował się nad wilczakiem, za co zwierzę odpłaciło mu, wczepiając się zębami w jego rękę. Pierwszym odruchem Ciarána było zranienie zwierzęcia, jednak wyczuł w nim ten sam strach, który paraliżował półelfa, gdy ktoś go dotykał. Zdołał przekonać Thuriego, że nie jest dla niego zagrożeniem i przez lata budowali wspólne zaufanie, do tego stopnia, że teraz są niemal nierozłączni. Thuri spędza każdą chwilę z właścicielem, chyba, że ten przesiaduje w zatłoczonej karczmie. Wtedy idzie do stajni, bądź na łąkę, zależnie od tego, gdzie są jego klacze.

Posiadłość

Lokalizacja: Renidia/Rapsodia/Rododendronia
W tawernach przy tych trzech miastach, Ciarán załatwił sobie pokoje na własność. Są to właściwie malutkie klitki, umeblowane wygodnie, ale raczej skromnie, jednak zapewniają prywatność i schronienie. Nie potrzebuje wiele miejsca, jako że sporo czasu spędza na zewnątrz z końmi, albo w sali jadalnej. Zapewnił sobie również miejsce w stajniach, oraz wdzięczność właścicieli, pomagając im zdobyć lub zatrzymać posiadłość. Dzięki ich odległym lokalizacjom, Ciarán może ukryć się przed zemstą lub prawem, a także przyjmować zlecenia od większej ilości klientów, mieszkających w różnych miejscach.
  • Najnowsze posty napisane przez: Ciarán
    Odpowiedzi
    Odsłony
    Data