Profil użytkownika Rothard

Avatar użytkownika

Ogólne

Potęga:
Imię: Rothard Efort
Rasa: Człowiek
Wiek: 22


Aura

Emanacje o średniej sile giną na co dzień w tłumie innych im podobnych, ale nie ta. Chociaż nie wyróżnia się umyślnie, jej poświata rozciąga się szerokim łukiem, błyszcząc jasno i zwracając na siebie uwagę swą barwą. Nie pozostało już bowiem wiele takich na Łusce i nawet jeśli kiedyś przebijał z niej zwykły nieśmiały szafir, teraz promienieje dumnie ametystem. Aura nie wyróżnia się wonią, niosąc ze sobą ledwie zapach ludzkiego potu, ale za to niespecjalnie przyjemna, jednak intensywna mieszanka gorzkiego i kwaśnego, a nawet nieco pikantnego smaku na długo pozostają w twojej pamięci. Tu jednak kończy się jej zdecydowanie i zbliżając się do emanacji można dostrzec całą gamę sprzeczności, czyniących ją tak wyjątkową. Chociaż w pełni giętka i elastyczna, jej powierzchnia miejscami jest miękka, pozwalając się zanurzyć w przyjemnym i gładkim jak aksamit kobalcie, innym razem zaś broni dostępu twardym żelazem, szorstkim i suchym w dotyku, gotowym pokaleczyć nieuważnych ostrymi szpikulcami. Srebrne pasy pokrywają ją jednak równomiernie, dzielnie zlepiając w tę różnorodną całość i pozwalając na bliższe poznanie. Wtedy też opływa Cię przyjemna kakofonia dźwięków, gdzie echo szeptów i odległa muzyka współgrają z cichym trzaskiem płomieni, usypiając czujność. Niepokój pojawia się dopiero wraz z nieznośnym gorącem i iskrami sypiącymi w oczy, a gdy próbujesz uciec, czujesz jakbyś zapadał się w emanacji, pogrążając w niej bez końca. Spadasz w ogień.


Wygląd

A więc szukasz Rotharda? Widzisz tą czerwoną plamę w tłumie? Jak pewnie zauważyłeś lubi czerwony kolor. To on. Jak to nie? Przecież wyróżnia się tak bardzo! Co mam Ci go opisać? No dobra postaram się, ale nie jestem w tym najlepszy. No, więc nie należy do najprzystojniejszych... Co potrzebujesz dokładniejszego opisu? No dobra to przygotuj się na najgorszy opis jaki w życiu słyszałeś. No więc tak, zacznę od jego gabarytów. Jest duży, naprawdę duży ponieważ mierzy aż 180 cm! Wiem są więksi, ale on tam uważa się za dużego. Co go wyróżnia to fakt że waży tylko 62 kg, co czyni z niego strasznego patyka. Posiada owalną twarz i różowawą karnację skóry. Jego krótkie włosy są brązowego koloru, zawiją się w loki i przysłaniają czoło Rotha. Patrząc niżej możemy dostrzec jego gęste i za razem proste brwi w kolorze włosów. Pod nimi znajduje się para niebieskich oczu, które zazwyczaj wydają się wypatrywać coś w oddali. Podobno nikt prócz niego nie wie w co są zapatrzone. Kontynuując... pomiędzy jego oczami ciągnie się ku jego brodzie, prosty aczkolwiek gruszkowaty nos, pod którym widać bordowe usta. Co nosi na co dzień? Pierwszym co rzuca się w oczy, jest kolor jego ubrań ponieważ większość jest bordowa. Ma bordową pelerynę wiązana na rzemień, którą zawsze nosi na brązowej skórzanej kamizelce zapinanej na klamry. Pod nią znajduje się pas, do którego przymocowany jest półtoraroczny miecz, który zwisa u jego lewego boku. Kiedy zdejmie miecz i kamizelkę da się dostrzec bordową jego bordową tunikę. Jego czarne spodnie są zakryte do kolan przez szare skórzane buty. Gdy zdejmie ciuchy zakrywającego jego tors, można dostrzec wtedy jego blizny, które w pewnym stopniu opowiadają jego historię. Na jego prawej ręce, równo w połowie między barkiem a łokciem znajduje się długa poprzeczna, prosta blizna. Jest ona przyczyną niedowładu tej kończyny. Z kolei na jego plecach widnieją ślady poparzeń na wskutek ratowania dziecka z pożaru.


Charakter

Wygląda na to, że chcesz poznać osobą jaką jest Rothard. Czy przeczytałeś już jego historię? Jeżeli tak to zapomnij o niej, bo to co tu przeczytasz może cię zaskoczyć. Jeżeli nie to tym lepiej, patrząc na niego przez pryzmat jego historii mógłbyś dojść do błędnych wniosków. No więc tak, od czego by tu zacząć... już wiem! Zacznę od osoby jaką jest na co dzień. Zazwyczaj jest pogodnym i wesołym młodzieńcem, który lubi sobie żartować. Nie szczędzi nikomu słów krytyki jeżeli ta jest uzasadniona. Lepiej mu nie zachodzić za skórę, ponieważ nie lubi pozostawać dłużnym pod tym względem. Stara się zawsze dotrzymywać słowa, pomagać innym ludziom oraz być dobrym człowiekiem. Tak w sumie to jest to co wychodzi mu najlepiej, choć czasami na to nie wygląda to ma dobre serce. Hmmm? Co mówisz? Twierdzisz, że nie może być dobrym człowiekiem bo łamał prawo? To całkiem możliwe, ponieważ nie respektuje przepisów kogoś kto nie wie nic o życiu poza swoim bezpiecznym miejscem. Wyznaczył sobie własne zasady zgodnie z którymi żyje, nie lubi gdy ktoś mu narzuca swoje reguły. I co z tego że te reguły przyczyniły się do śmierci kilku ludzi? Robił to co uważał za słuszne, zresztą zrozumiał swój błąd i stara się odpokutować. Codziennie robi wszystko by zadośćuczynić tej zbrodni. "Wszyscy popełniają błędy, liczy się to co robimy by je naprawić" to właśnie by Ci odpowiedział. Zawsze chętnie daje drugą szansę innym, czasami trzecią lub czwartą, piątej jeszcze nikomu nie dawał, bo nikt jej nie potrzebował. Chcesz być pierwszą osobą? Śmiało, może kiedyś by Cię zostawił po pierwszej wpadce, ale nie teraz. Aktualnie stara się podawać pomocną dłoń każdemu kto tego potrzebuje. No dobra robi też to z ciekawości, ale ta jest zaledwie pięcioma procentami pobudek z których działa. No dobra może trochę więcej niż pięć procent, jest bardzo ciekawski, a czasami wręcz natrętny. Jeżeli coś przykuje jego uwagę to nie daje temu spokoju. Czasami może być uszczypliwy, a jeżeli nadepniesz mu na odcisk to nawet wredny. Życie nie oszczędzała go, niedowład prawej ręki (która była jego ręką dominującą), zmusił go do radzenia sobie w trudnych sytuacjach. Jest też pomysłowy, stara się korzystać z mocy nauki i przebiegłości by nadrobić braki wynikające z niepełnosprawności. Ceni sobie honor i odwagę. Chyba nie spodziewałeś się czegoś innego po osobie która dużo czasu spędziła u boku rycerza? Co do rycerzy, to za nimi nie przepada, kojarzą mu się z hipokryzją a tej nie lubi z całego serca. Nie lubi też kotów w sumie sam nie wie dlaczego, z jedzenia natomiast nie przepada za zupą fasolową. Co by tu jeszcze... ach tak, uratował już jedno życie! Nie nazywaj go bohaterem, nie lubi tego. Uważa że powinniśmy czynić dobro w celu zmiany świata na lepsze, a nie by być wychwalanym. Ceni sobie anonimowość i względny spokój. Tylko nie wyciągaj pochopnych wniosków, nie jest nieustraszony, tak jak wielu ludzi odczuwa strach. Potrzebuje naprawdę olbrzymiej motywacji by go pokonać.

Atrybuty

Krzepa:Niezbyt wytrwały, Wytrzymały,
Zwinność:Zręczny, Szybki, Dokładny,
Percepcja:Przytępione czucie, Wyostrzony zm.mag,
Umysł:Pojętny, Ineligentny, Silna wola,
Prezencja:Godny, Szarak,

Cechy specjalne

Niedowład prawej ręki [S]Na wskutek odniesionej rany i braku jej poprawnego leczenia postać posiada problemy z prawą ręką. Objawiają się tym że przy większym wysiłku w jaki musi zaangażować chorą rękę odczuwa wielki ból. Przykładem takiego wysiłku jest noszenie ciężkich rzeczy. Inaczej mają się czynności codzienne które nie wymagają zbyt wiele siły, może je wykonywać jednak musi robić przerwy gdyż każde nadwyrężenie ręki kończy się ogromnym bólem.
Oburęczność [Z]Przez niedowład swojej prawej ręki nauczył się korzystać z drugiej równie dobrze co z dominującej.

Umiejętności

Jeździectwo [O]
Alchemia [W]
Matematyka [O]
Pływanie [P]
Władanie mieczem [W]
Uniki [O]
Walka wręcz [O]
Handel i targowanie się. [P]
Pisanie [O]
Czytanie [O]
Zielarstwo [O]
Rolinictwo [P]

Magia

        Sposób rzucania zaklęć: Źródło
Ognia [U]
Przestrzeni [N]Potrafi tylko teleportować drobne rzeczy do miejsc które kiedyś odwiedził, oraz gdzie znajdują się jego kręgi teleportacyjne. Używa do tego magi rytualnej.

Magiczne przedmioty

Mapa i pierścień z czerwonym kryształem [ZAC]Dostał je od Papadosa. Jest to mapa Alaranii na której widnieje czerwony krzyżyk. Ten wskazuje położenie pierścienia.

Towarzysz

Bumpo
Bumpo jest dziwnym stworem magicznym stworzonym przed Papadosa. Jego ciało jest wykonane ze zlepionej gliny oraz liści które na nim rosną. Z przodu są one w okolicach jego głowy, i rozciągają się do jego ramion zakrywając je, natomiast z drugiej strony zakrywają jego całe plecy, tworząc swego rodzaju pelerynę. Z jego głowy wyrasta duży trójkątny liść który pełni rolę jego kapelusza. Liście te maskują jego twarz, przez co nigdy jej nikt nie widział. W miejscu jego oczu widnieją dwa żółte światełka, które są bardzo widoczne w nocy. Choć u jego rąk i stóp widnieją pazury to nie jest on agresywnym stworzeniem. Jego rolą jest bezpieczne przenoszenie różnych przedmiotów pomiędzy daleko oddalonymi od siebie miejscami. Jak to robi? To proste, w miejscu jego brzucha widnieje duża czerwona kula, do której wkłada przedmioty, lub je stamtąd wyciąga. Niestety tylko on jest w stanie wkładać i zabierać z siebie przedmioty, dlatego trzeba żyć z nim w zgodzie. Niestety bardzo łatwo go urazić, przez co życie z nim jest dość ciężkie. Najbardziej nie lubi jak ktoś nazywa go grubym. Po tej obeldze istnieją marne szanse na odbudowanie z nim pozytywnych relacji. Bumpo czerpie energię z żywiołów natury, dlatego często bez powodu wskakuje do pobliskich zbiorników wodnych, rzek, strumieni a nawet kałuż. Choć dziwnie to zabrzmi lubi czasami wejść sobie w ognisko i w nim postać lub zakopać się w piasku, lub w liściach które opadły jesienią. Jego imię wzięło się stąd że potrafi wymawiać tylko jedno słowo jakim jest "Bumpo". Jego głos jest dość niski i gruby. Aktualnie przenosi kilka rzeczy Rotharda takie jak magiczna mapa i drewnianą skrzynkę w której znajdują się trzy eliksiry.

Historia

„Każdy z nas w sercu posiada cztery lub pięć elementów. Światło które utożsamiane jest z wszystkim co dobre, cień, który obrazuje nasze wątpliwości oraz mrok, który symbolizuje zło i wszystko to co nas wypacza. Czwartym elementem jest dusza która uosabiana jest z nami, a piątym ogień, który przedstawia miłość. Choć wydaje się że ma go każdy to mnóstwo ludzi zgubiło go, wielu pozwoliło mu zgasnąć, a nieliczni sami go zagasili . Tymi pięcioma elementami rządzą pewne prawa. Jeżeli nie ma ognia, nie ma światła, przez co dusza żyje w mroku. Błądzi wtedy w ciemnościach, krzywdząc i raniąc siebie i innych, szczególnie tych którzy mają własne światło w sercu, albowiem nie może znieść widoku, tego co posiadała, a straciła. Gdy w sercu występuje ogień, daje on światło i ciepło, które pozwala duszy się ogrzać. Gdy tak się dzieje dusza rzuca cień, który jest naszymi wątpliwościami, że ogień ten można stracić. Im większy ogień i jaśniejsze światło tym mniejsze mamy wątpliwości, że może on zniknąć. Kiedy ogień maleje a cień się wydłuża nasze wątpliwości rosną, a my sami trwamy w niepewności. Należy robić wszystko co w naszej mocy by ochronić ten ogień, gdyż tracąc go tracimy część siebie.” - Rothard Efort

Rozdział I: Nowe światło czyli rodzi się człowiek.

Każde życie ma swój początek i koniec. To prawo rządzące na tym świecie od zawsze. Jedno i drugie przychodzi niespodziewanie pozostawiając za sobą łzy szczęścia lub smutku. Początek tej historii miał miejsce w małej wsi Riswel na wschód od Valladonu. Otoczona polami i lasami wioska nie liczyła wielu mieszkańców, mimo tego żyli tam w spokoju i dostatku. Egzystując na odludziu starali się sobie pomagać. To właśnie te elementy wpłynęły na to, iż dwójka wędrowców ostała się tam dobre. Ich imiona brzmiały Baldor i Lenari. Żadne z nich nie zdradziło nikomu dlaczego osiedli w tej wiosce, dlatego wielu ludzi im nie ufało. Mimo tego jakoś sobie radzili, zbudowali dom oraz zaczęli uprawiać rolę i zioła. Wtopili się w szarą rzeczywistość wioskowego życia. Dwa lata po ostaniu, na świat miało przyjść ich pierwsze dziecko. Była wtedy burzowa, letnia noc. Co jakiś czas na niebie pojawiał się błysk, który na moment oświetlał wioskę tylko po to by ta po chwili znów zatonęła w mroku. W różnych odstępach po tym dało się słyszeć ogłuszający grzmot, a w przerwach melodię graną przez deszcz. W takich okolicznościach dwie zakapturzone i okryte płaszczami wyszły z własnego domu. Wspierając się o Baldora, Lenarii dostała się na wóz przygotowany wcześniej przez jej męża. Ten z kolei chwycił za wodzę i pognał konia przed siebie. Nie minęło wiele czasu, a znaleźli się u znachora. Obserwując dom do którego weszli, można było usłyszeć krzyki kobiety przez dość długi czas. Gdy te ustały rozległ się płacz małego dziecka. Był to chłopiec którego nazwano Rothard.

Rozdział II: Światło narasta, czyli piękne lata dzieciństwa

To kim jesteśmy zależy od tego co przeszliśmy w swoim życiu, ale czy aby na pewno tylko to nas definiuje? Tego nie jestem w stanie stwierdzić, ale według mnie głównym czynnikiem kształtującym człowieka jest jego dzieciństwo. Ma ono wielki wpływ na to jak człowiek spostrzega świat. I tak było w przypadku naszego bohatera. Żył on w jednym z najbezpieczniejszych miejsc na świecie. W miejscu gdzie każdy znał każdego i każdy niósł pomoc, gdy ta była potrzebna. Gdzie ludzie zawsze z życzliwością witali się na dziedzińcu, idąc do swojej pracy.Ufali sobie i traktowali się jak jedna wielka rodzina. Takim miejscem było właśnie Riswel. I choć do tej rodziny wdarli się nieproszeni goście w postaci rodziny Efort to wraz z upływem czasu stali się jej częścią. Pomimo tego że trwało to dość długo (bo aż pięć lat) to w końcu mogli mówić o sobie jak o części wioski. I choć nie było tam wielu dzieci, to mimo wszystko było to idealne miejsce dla małego dziecka jakim był Rothard. A jakim dzieckiem był? To bardzo dobre pytanie. Był on wiecznie uśmiechniętym, wszędobylskim, skorym do pomocy, małym łobuzem, który miał wiele najróżniejszych pomysłów. A te głównie dotyczyły tego jakby tu ułatwić wszystkim życie, przynajmniej taki miały cel. Ich efekt zawsze był odwrotny od zamierzanego, ale nikt jakoś się tym nie przejmował, ponieważ każdy znał motywy działań małego pomocnika. Oprócz prób poprawy życia wszystkich w wiosce, zajmował się również innymi rzeczami. Były to głównie prace zlecane przez rodziców. To one pozwoliły mu poznać podstawy takich dziedzin jak zielarstwo czy rolnictwo. Z tym okresem wiąże się jeszcze jedna historia. W wieku 8 lat, późnym popołudniem letniego wieczoru, został wysłany przez matkę po parę ziół do pobliskiego lasu. Tam zgodnie z wytycznymi w jakich miejscach ich szukać, realizował swoje zadanie. Wszystko szło dobrze, w koszyku który ze sobą zabrał znajdowały się prawie wszystkie potrzebne zioła. Wyjątek stanowiło puste miejsce gdzie znaleźć się miał bodziszek śmierdzący. Niestety nigdzie w okolicy go nie było, to też młody zielarz wyruszył w dalsze zakątki lasu. Działania te opłaciły się ponieważ znalazł to czego szukał. Niestety spędził zbyt wiele czasu w lesie przez co w zaczął panować tam półmrok, a to z kolei doprowadziło do tego że się zgubił. Błąkał się dość długo, lecz w końcu usiadł pod jednym z drzew i pogodził się z tym, że będzie musiał spędzić tu noc. Sam w tak niebezpiecznym miejscu jak las, z dala od domu i rodziców. Było to dla niego bardzo wstrząsające przeżycie. Siedząc całkiem bezradny i załamany, liczył po cichu na nadejście pomocy, wylewając przy tym łzy. Siedział tak długo, aż jego oczy zamknęły się ze zmęczenia. Zasnął. Obudził się gdy usłyszał wołanie. Zerwał się wtedy na równe nogi i zaczął odpowiadać również krzykiem. Po paru minutach w oddali ujrzał światło które zmierzało w jego stronę. Okazało się że to jego ojciec szukał go cały ten czas. Gdy tylko Baldor ujrzał syna od raz przytulił go a później zabrał do domu, po drodze dając mu niezły wykład o tym jak głupio postąpił i udzielając rad na przyszłość. Nie żałował przy tym krzyku, lecz na końcu i tak pochwalił syna, że przynajmniej czekał w jednym miejscu. Tak oto niezależnie od tego gdzie był, czy też co robił, Rothard wiedział, że w razie kłopotów nadejdzie pomoc.

Rozdział III: Gdy światło gaśnie, czyli pierwsze spotkanie z ciemnością.

Kiedy kończy się dzieciństwo? Jedna osoba powie że w wieku 10 lat, inna że w wieku 12 lat, a jeszcze inna że dzieciństwo kończy się w wieku kiedy stajemy się dorośli. Każda z tych osób może mieć rację, bo dzieciństwo kończy się wtedy, gdy ktoś zaczyna brać odpowiedzialność za swoje czyny. Kończy się wtedy gdy sami zaczynamy stawiać czoło problemom, których do tej pory unikaliśmy lub które ktoś rozwiązywał za nas. Sposób w jaki skończyło się dzieciństwo Rotharda był bardzo tragiczny. Miał on wtedy 9 lat. Była wtedy wiosna. Dni stawały się co raz dłuższe a wraz z nimi przybywało obowiązków do zrobienia. Tego pamiętnego dnia było dużo pracy do wykonania. Najwięcej czasu rodzinie zabrało oczyszczanie pola z chwastów. Później zabrali się za ścinanie drzewa co zajęło im resztę dnia. Zapadał wieczór, więc postanowili wrócić do chaty by spożyć kolację. Kiedy przygotowywali posiłek, za oknem pojawiła się grupa zakapturzonych jeźdźców. Zatrzymali się oni przed ich domem. Ojciec widząc co się dzieje chwycił za nóż, a matka odciągnęła Rotharda w miejsce najdalej oddalone od drzwi. Roth nie widział ich nigdy tak bardzo przerażonych. W pewnym momencie dach chaty zaczął się palić. W tym samym czasie drzwi otworzyły się z hukiem i do środka wpadły dwie postacie uzbrojone w miecze oraz jedna z łukiem. Lenari uklękła przy swoim dziecku, złapała go za ramiona i zaczęła szeptać jakieś niezrozumiałe dla niego słowa. Podczas tej czynności jego ojciec został przebity mieczem, a po chwili w plecach jego matki utkwiła strzała. Z jej ust potoczyła się stróżka krwi, a z oczu poleciały łzy. Po wypowiedzeniu ostatniego słowa jej ręka została otoczona niebieskim światłem, po czym powiedziała pośpiesznie słowa które nosi w sercu do dziś. A brzmiały one następująco: „Uciekaj jak najdalej stąd i żyj... nieważne co by się działo, idź wyprostowany przed siebie, a jeżeli upadniesz.... powstawaj. Zawsze będziemy cię Kochać” Po tych słowach poczuł dotknięcie matki i w tym samym momencie znalazł się daleko od domu. Był na skraju lasu skąd było widać jego dom, który stał w ogniu. Napastnicy nie mogli go widzieć, a nawet gdyby go widzieli zachowanie Rotharda by nie uległo zmianie. Był sparaliżowany przez strach. To było dla niego zbyt wiele. Przyglądał się długo jak wszystko co do tej pory znał obracało się w zgliszcza. I choć z początku się łudził, że jego rodzice mogli jeszcze jakimś cudem przeżyć, to widząc ogień pochłaniający dom tracił całą nadzieję. Płomienie pożaru zgasiły płomień miłości w najbardziej brutalny sposób jakiego dziecko mogło doświadczyć. Stojąc zapłakany na skraju lasu będąc przerażony i bezradny uświadomił sobie że już kiedyś był w podobnej sytuacji. To było wtedy gdy zgubił się w lesie, jednak w tym momencie występowała jedna zasadnicza różnica, gdzieś w głębi serca wiedział, że dziś nikt nie przyjdzie mu z pomocą. Ile tam stał? Sam tego nie wie, stał dopóki jego z jego domu zostały tylko żarzące się resztki. Dlaczego stał tak długo? Przyczyn mogło być wiele. Może to przez paniczny strach, nadzieję, sentyment, może przez to że chciał się chociaż w taki sposób pożegnać z rodzicami, a może po prostu chciał zapamiętać dobrze widok miejsca gdzie żył szczęśliwie do dnia wczorajszego. Sam nie wiedział, ale był pewien jednego. Mimo że stał z dala od tej tragedii, mimo tego że był bezpieczny, to nie był już tym samym człowiekiem. Rothard jakim był spłonął w tamtym domu razem z jego rodzicami. W tamtej chwili obrócił się w stronę lasu i ruszył przed siebie.

Rozdział IV: Błąkając się w ciemności.

Po mimo tego co się stało z jego rodziną i domem, próbował iść dzielnie przez las. Panowała noc, lecz była to noc dość sprzyjająca podróżującym, ponieważ niebo było czyste przez co światło księżyca i gwiazd oświetlało lekko drogę. Efekt tego dało się zauważyć nawet w lesie. Można było dostrzec kształty drzew w ciemnościach co pomagało je omijać. Co do kierunku, to jego nie można było określić przy tym oświetleniu, lecz Rothardowi to nie przeszkadzało, on szedł przed siebie. W pewnym momencie potknął się i upadł uderzając głową o coś twardego, tracąc przy tym przytomność. Spał dość krótko, ponieważ gdy się ocknął w lesie panował jeszcze półmrok, lecz było trochę bardziej jaśniej niż przed upadkiem. Wstał i już miał ruszyć dalej gdy zobaczył, że w odległości około 10 metrów od niego stał duży jeleń. Stał do niego bokiem, więc go nie zauważył. Patrzył w drugą stronę jakby wypatrując zagrożenia. Z początku Roth trochę się wystraszył lecz ruszył w jego kierunku. Robiąc to nadepnął na gałązkę która pękła z trzaskiem. Dźwięk bardzo szybko rozszedł się po lesie, płosząc przy tym jelenia. Ten szybko odskoczył i w tym samym momencie w barku Rota utknęła strzała. Okazało się że spłoszył nie tylko zwierzynę, ale również myśliwego który na nią polował. Krzyczał z bólu, jeszcze w życiu nic go tak nie bolało. Próbował uciekać lecz wywrócił się i upadł. Ramię bolało go tak silnie że zemdlał. Obudził się na półprzytomny na jakiejś polanie. Widział tam grupę mężczyzn w zbrojach, kilka wozów i siedzącego obok niego rycerza w podeszłym wieku. Gdy ten zobaczył że chłopiec się wybudził zaczął coś mówić i zadawać jakieś pytania, lecz Roth nic nie rozumiał. Czuł się jakby odurzony, nie czuł bólu świat wirował mu przed oczami i nie rozumiał co do niego mówi jego rozmówca. Nie wiedział też jakie mają wobec niego zamiary, więc chciał uciekać, ale jego ciało się go nie słuchało. Leżał nie wiedząc gdzie jest, co się z nim dzieje i co się z nim stanie. Leżał aż jego oczy się powlekły i znów zasnął. Obudził się całkiem sam w jakimś pomieszczeniu. Miał na sobie jakieś obce ubrania, które były na niego o wiele za duże. Wstał z łóżka bez żadnego problemu i co dziwniejsze bólu. Spojrzał na swoje ramię gdzie powinien być opatrunek, lecz w jego miejscu była już tylko blizna. Ile spał? Gdzie jest? Co się z nim działo podczas gdy on był nieprzytomny? To były pytania na które chciał znać odpowiedzi, lecz nie było tu nikogo kto byłby ich w stanie udzielić. Próbował przejść się po pokoju w którym był, lecz czuł się jeszcze odrobinę słaby, a i zbyt duże odzienie nie pomagało mu w tym. Usiadł więc i czekał spokojnie na kogoś kto może by tu przypadkiem zajrzał. I tak się stało, w końcu przyszedł mężczyzna w podeszłym wieku. Przywitał się z Rothardem używając jego imienia co zaskoczyło młodzieńca. On rozjaśnił Rothowi całą sytuację. Okazało się znajduje się w posiadłości dla sług na posiadłości rodu szlacheckiego Wermelan. Spał niecałe dwa dni, większość czasu podczas snu podróżował do tego miejsca, a po przybyciu otrzymał pomoc medyczną od pobliskiego czarodzieja, który był winien przysługę starcowi. Stąd też Donnchadh (bo tak się właśnie zwał stary rycerz) wiedział wszystko o Rothcie. Czarodziej bowiem który leczył młodzieńca odczytał większość jego wspomnień, głównie ostatnich. Gdy już dowiedział się wszystkiego czego chciał, poprosił o swoje ubrania. Gdy je dostał i przebrał się zapytał dlaczego to wszystko dla niego robi. W odpowiedzi uzyskał słowa, które pamięta do dziś „Nie korona czyni królem, nie zbroja rycerzem”. Nie rozumiał tych słów, a może nie chciał rozumieć? Kto wie, wiedział tylko że nie chciał z nikim więcej rozmawiać po tym jak dowiedział się co się dzieje. Resztę dnia spędził w samotności, siedząc w pokoju wściekły na wszystko co się działo. Nie chciał tu być, nie prosił się żeby postrzelili go strzałą, żeby go zabierali z tamtego miejsca, żeby go leczyli i przede wszystkim żeby czytali w jego myślach. Za kogo oni się uważali? Nie chciał być nikomu nic winny i w sumie nie był. To co się stało to wszystko było ich winą. To z ich powodu tu był. Cała ta sytuacja nawet była mu na rękę, złość jaką teraz czuł pozwalała mu zapomnieć o wydarzeniach z rodzinnego domu. Nie wiedział tego, lecz wykorzystywał to nieświadomie. Zaczęło się ściemniać Donnchadh znów przyszedł do jego pokoju, tym razem przynosząc mu jedzenie. Próbował rozmawiać z chłopcem lecz ten zbywał go ciszą. Gdy zjadł poszedł spać.

Rozdział V: Miejsce przepełnione ciemnością i malutkie światło.

Dzień zaczął się nadzwyczaj szybko i dość nieprzyjemnie ponieważ do pokoju o świcie wtargnął Donnchadh próbując budzić młodzieńca. Ten niestety nie reagował zbyt ochoczo na to i próbował spać dalej. I tu popełnił błąd ponieważ stary rycerz widząc to ściągnął go z łóżka za nogę, przez co uderzył głową o podłogę. Wtedy to Roth się zerwał krzycząc na niego, ale w odpowiedzi dostał cios przez głowę i usłyszał że skończył się czas kiedy dostawał jedzenie za darmo. Tego dnia rycerz wydawał się jakby inną osobą. Roth wtedy postanowił odpracować chociaż za wczorajszy posiłek, więc ruszył za starcem. Nie chciał pracować, w końcu nic tym ludziom nie był winien, ale jego rodzice zawsze go uczyli żeby postępować honorowo, i chcieliby żeby postąpił jak należy. Gdy się za nim udał dowiedział co ma do zrobienia. Najpierw trafił pod opiekę Flitcha, czyli starszego od chłopca pracownika zajmującego się zwierzętami. Pokazał mu co gdzie się znajduje a później musiał radzić sobie sam. Karmienie ptactwa jak kury czy gęsi nie było do niego żadną nowością, w na wsi żył odkąd tylko pamiętał. O ile sami nie mieli żadnych zwierząt, to posiadali je sąsiedzi którym czasami pomagał, aby odrobić przysługę którą wyświadczyli dla jego rodziców. Kolejnym jego zadaniem było uprzątanie stajni, tu sprawa miała się trochę inaczej. Co prawda pracował już w podobnych warunkach, ale jednak krowa to nie koń... i jedna krowa to nie mnóstwo koni. Wielkość stajni jaką miał uprzątnąć była dość pokaźna. Jednak nie przestraszył się, zacisnął zęby i zaczął działać. Po paru godzinach pracy, powoli poznawał jak się obchodzić z końmi, żeby niespodziewanie nie kopały. Po paru godzinach była to już kwestia małego doświadczenia, bo próbowały go kopnąć wiele razy, z czego kilka naprawdę było blisko. Trochę przerażały go te zwierzęta. Były naprawdę wielkie i wyglądały groźnie. Kolejnym zleceniem od Flitcha było nakarmienie trzody chlewnej. Tak samo jak to miało miejsce z ptactwem to nie było dla niego żadne wyzwanie. Gdy już się uwinął z tym Flitch kazał mu iść pod pokój służby i przekazać Donnchadhowi że skończył swoją pracę. Tak też zrobił. Roth był bardzo wkurzony, na tych pracach zeszło mu naprawdę dużo czasu. Było już to późne popołudnie, a nawet trochę później, a przecież zaczynał pracę rankiem. Po drodze wpadł na niego jakiś młodzieniec. Na oko miał około 16 lat i był ubrany inaczej od innych. Po tym szybko się odwrócił i zapytał Rotha kim on jest, na co odpowiedział mu, że dopiero tu zaczął pracować. Wtedy zapytał go czy wie kim jest, na co Roth odpowiedział przecząco. Okazało się że to Ledith, który jest synem posiadacza tego majątku. Kazał on młodemu pachołkowi przepościć, lecz ten uznał że to nie jego wina i nie będzie przepraszał. Słysząc to Ledith zareagował gniewem uderzając rozmówcę tak mocno że ten znalazł się na ziemi. Jednak Roth jak szybko na tej ziemi się znalazł, tak szybko wstał. Rozzłociło to jeszcze bardziej atakującego przez co wymierzył mu jeszcze kilka ciosów, a następnie odszedł, rzucając przy tym obelgi odnośnie jego niskiego stanu pochodzenia. Wtedy według Rotharda miarka się przebrała. Właśnie w tym momencie podjął decyzję że odejdzie. Jednak w tym samym momencie pojawił się stary Donnchadh. Zabrał go do swojej izby i wytłumaczył, że na farmie nikt nie jest sobie równy. Pytał też jak mu poszła praca z Flitchem, na co odpowiedział, że przydała by mu się jakaś pomoc bo samemu strasznie ciężko jest. Starzec popatrzył tylko zdziwiony, pokiwał głową i wyciągnął kartkę papieru. Zaczął na niej kreślić znaki pytając o nie. Okazało się że były to litery, których Roth nie znał. Resztę dnia spędził ze starcem ucząc się pisać i czytać. Po zakończeniu tej czynności spożył kolację i już miał się udać do łóżka, kiedy Donnchadh kazał mu iść za sobą. Zaprowadził go do stajni. Było tam paru innych mężczyzn i powiedział że z jego statusem nocuje tutaj, po czym odszedł. Według Rotha nie mogło się lepiej złożyć, wszedł na piętro stajni gdzie leżało siano, po czym położył się i czekał aż wszyscy zasną. Gdy tak już się stało wymknął się i postanowił odejść z tego miejsca. Kiedy znalazł się już kawałek za zabudowania ujrzał przed sobą pagórek. Gdy z niego schodził zobaczył dziewczynę siedzącą obok rzeki. Ona również go zobaczyła, od razu prosząc żeby nikomu nie mówił że ją tu widział, na co Roth odpowiedział że nie ma się o co martwić bo już go tu więcej nikt nie zobaczy. To zaciekawiło dziewczynę i nim zdążył odejść, a nawet spostrzec się, to dziewczyna kontynuowała rozmowę. Chciał ją zbyć jednak nie jakoś nie potrafił, a kiedy chciał odejść zagroziła że zacznie krzyczeć, przez co wszystkich obudzi i nic nie wyjdzie z jego ucieczki. Chcąc nie chcąc był skazany na rozmowę z nią. Miała na imię Nerdana. Rozmawiali długo, okazało się że była najmilszą osobą jaką spotkał na posiadłości. Okazało się też, że nie ma z kim zbytnio porozmawiać stąd jej mały szantaż, co wcale nie zdziwiło chłopca, nikt na tej farmie nie nadawał się do rozmów. Miała dość specyficzne podejście do życia, rozmawiając z nią czuł się jakby wszystko co złe było czymś bardzo odległym. Nie tylko to, bo również wszystkie smutki jaki i jego bolesne wspomnienia uchodziły na drugi plan podczas ich rozmowy. Jeżeli miałby wskazać jakąś pozytywną zmianę w życiu przybywając tu, bez zastanowienia wskazałby na tą rozmowę. Gdy byli już zmęczeni postanowili wracać. Najpierw odszedł Roth mając się upewnić że nikogo nie ma, a kiedy tak będzie miał dać jej znak machając pochodnią która była przy bramie. Odchodząc zapytała go czy jutro też przyjdzie. Nie wiedział co odpowiedzieć, więc przytaknął, po czym odszedł. Postanowił dać temu miejscu jeszcze jedną szansę. Gdy okazało się że nie było nikogo kto by chodził po nocy dał znak i udał się na spoczynek. Następny dzień był o niebo lepszy od poprzedniego. Okazało się bowiem że pomagać w pracach gospodarczych mają mu jeszcze trzy inne osoby z Flitchem włącznie. Wyglądało na to że wczoraj wykorzystali Rotha by odwalił za nich całą robotę sam, a sami się obijali i za to sami zostali obici. Z początku nie podobała mu się ta nierówność, ale po drugim dniu wydała mu się nawet sprawiedliwa, w końcu nie tylko on był bity. Niestety z niewiadomego powodu współpracownicy nie chcieli z nim rozmawiać, ale jakoś mu to nie przeszkadzało. Tym razem praca poszła dużo szybciej. Na południe Donnchadh zabrał Rotha do miasta gdzie uczył go jak się targować, oraz dobrze sprzedawać różne rzeczy oraz je wyceniać. Po powrocie znów uczył chłopca pisania i czytania. Po kolacji Rothard udał się na spoczynek, leżąc i czekając aż wszyscy zasną przemyślał całą sytuację. Doszedł do wniosku że mimo że nikogo na tej posiadłości nie lubi, a wręcz można powiedzieć, że większością ludzi tu gardzi to jednak nie jest tu źle. Dawali przyzwoite jedzenie za małą pracę. Dodatkowo zauważył że prace w których pomaga Donnchadhowi są bardziej jak lekcje, ponieważ ciągle uczył się czegoś nowego. Mimo wszystko wiele to nie zmieniało w podejściu chłopca do niego, może nie był tak nadęty jak syn właściciela ziem, ale i tak sympatią do niego nie pałał. Kiedy wszyscy znów zasnęli wyślizgnął się jak zeszłej nocy. Poszedł na obiecane spotkanie. Tam rozmawiał z dziewczyną o tym co było za nim tu przybył. Bardzo mu to pomogło. W ciemności w której się znajdował pojawiło się drobne światło, a narastało one z każdym kolejnym spotkaniem, których było wiele. Tym światłem okazała się być z pozoru zwykła dziewczyna, ale to ona właśnie pozwoliła mu się odnaleźć w tej nowej i tak trudnej sytuacji. Za to właśnie był jej wdzięczny i za to w głębi serca ją pokochał. Była dla niego płomieniem, który nocą ogrzewał jego zmarznięte serce.

Rozdział VI: Płomień świecy oraz walka o światło, czyli by ochronić to co najważniejsze.

Czasami życie codzienne pochłania nas tak bardzo że nie zauważamy nic poza nim. Nie widzimy małych i prostych rzeczy które ulegają zmianie, nie dostrzegamy zmian w otoczeniu. Czasami dajemy się mu tak pochłonąć że zapominamy o wszystkim czego nie doświadczamy w codzienności. I choć z pozoru nie ma w tym nic złego to mimo wszystko jest małe prawdopodobieństwo że kiedyś poniesiemy konsekwencje naszej nieuwagi. W takiej też sytuacji znalazł się i Rothard. Od podjęcia decyzji o zostaniu na majątku ziemskim minęło już sporo czasu, Rothard miał wtedy 17 lat. Dzień w dzień przez te wszystkie lata pomagał na farmie oraz staremu Donnchadhowi. Ten nauczył młodzieńca wielu rzeczy, zaczynając od prostych czynności przydających się na co dzień jak pisanie i czytanie, po te z których mógł nigdy nie skorzystać jak walka mieczem. Tej uczył zawsze z dala od farmy. Żyjąc tak długo w jednym i bezpiecznym miejscu młody Rothard zapomniał o tym jaki świat na prawdę jest. Pewnego letniego dnia na farmie pojawiła się wiadomość, że dwoje z członków rodu szlacheckiego Wermelan zamierzają udać się do Valladonu. Z tego powodu rycerze musieli utworzyć eskortę. Donnchadh postanowił zabrać Rotharda jako swojego pomocnika. Spotkało się to z wielkim sprzeciwem ze strony reszty eskorty, lecz po długich wyjaśnieniach i licznych argumentach ze strony starca w końcu wszyscy się z tym pogodzili. Młody Efort nie mógł się doczekać tej wyprawy była to jakaś odmiana dla niego od ciągłych prac. Nastał dzień podróży, wszyscy byli już gotowi do drogi. Szyk wyglądał następująco dwoje rycerzy jechało na przodzie, za nimi kareta która w której miała przebywać osoba eskortowana, po jednym z prawej i lewej stronie pojazd i dwójka za karetą. Łącznie sześciu rycerzy i Rothard w roli pomocnika. Nasz bohater znalazł się z tyłu całej kompani. Gdy formacja była już gotowa w stronę karety w końcu zaczęły zmierzać osoba które miały być eskortowana. Była to Nerdana i Ledith. Roth nie mógł uwierzyć własnym oczom. Okazało się że dziewczyna z którą spędzał tyle czasu potajemnie, która według jego przypuszczeń miała być tylko służką była tak naprawdę szlachcianką. Zdał sobie wtedy sprawę, że uczucia które żywi do niej nie mają prawa bytu. Nie było mowy żeby ona czuła to samo, poza tym nawet gdyby to nadal pozostawała kwestia ich pochodzenia. Ogień który ogrzewał jego chłodne serce wydawał się do tej pory ogniskiem do którego zawsze mógł się zbliżyć, jednak teraz okazał się być płomieniem świecy, którego nie był wstanie dosięgnąć. Jego zapał się wypalił a szczęście ustąpiło miejsca smutkowi. Głęboko w sercu był załamany, lecz nie okazywał tego, ból który czuł może różnił się od tego którego znał, ale był też bólem, a ten towarzyszył mu od bardzo dawna. Choć był on tłumiony i spychany na dalszy plan zawsze gdzieś tam był. Roth starał się skupić na zadaniu. Eskorta ruszyła. Podróż trwała bardzo długo. W połowie zdecydowali się na postój by nakarmić konie i dać im chwile wytchnienia. Nie minęło wiele czasu od wyruszenia gdy doszło do czegoś niespodziewanego. Podróżowali wtedy przez las, z drzew po obu stronach drogi zeskoczyła dwójka ludzi na rycerzy będących z przodu oraz jeden na woźnice karety. Rycerze byli zaskoczenie tym co się stało przez co nie zdążyli nawet zareagować. W tej samej chwili z innych drzew zeskoczyli inni ludzie nacierając na pozostałych. Roth widząc to zbliżył się do Donnchadha, a ten dał mu sztylet. Chwilę później zaatakował ich jeden z bandytów, lecz stary Don zabił go szybkim mocnym cięciem miecza. Niestety reszcie nie szło tak dobrze. Straż boczna choć walczyła dzielnie przegrała ponieważ przeciwnicy mieli przewagę liczebną, straż tylna też miała kłopoty. Widząc to Donnchadh zawrócił konia i ruszył po pomoc. Roth chciał zrobić to samo lecz jego koń nie chciał go słuchać i poniósł go na zachód od kierunku jazdy Dona. Oglądając się widział jak za jego śladem jedzie jeden napastnik, a za starcem aż trzech. Nie uciekał długo, kiedy goniący bandyta dogonił go. Ścigający wykonał atak mieczem, lecz jakimś cudem Rothowi udało go się sparować. Impet uderzenia zrzucił z konia blokującego, a ten odruchowo złapał rękę atakującego również sprowadzając go do parteru. Oboje szybko się zerwali jednak młody Efort szybko odskoczył zwiększając dystans. Nigdy nie był w takiej sytuacji, mimo doświadczenia i wiedzy nabytego na treningach nie wiedział co ma zrobić. Miał w głowie miliony scenariuszy, spekulował ale nie mógł nic zrobić. Wiedział tylko jedno, próbowali zabrać jego światło jakim była Nerdana i po części im się to udało. Zabrali jego światło przez co wydawało się mniejsze, a jego cień wątpliwości stawał się większy z każdą chwilą. Nie mógł pozwolić sobie by sytuacja z jego rodzinnego domu się powtórzyła. Nie mógł stracić znów osoby którą kocha. W końcu wziął się w garść. Postanowił oczyścić umysł i czekał. Napastnik ruszył wykonał zamach, a jego oponent czekał. Ciało Rotha zareagowało samo, słychać było szczęk stali, udało mu się sparować uderzenie. Nie czekając wyprowadził uderzenie kontrujące w kierunku gardła przeciwnika, który próbował zablokować uderzenie swoją bronią. Młody Efort był na to przygotowany, w połowie zadawania ciosu zmienił kąt uderzenia. Ostrze sztyletu nacierało ma miecz prześlizgując się po jego krawędzi. Wtedy też wykonał ruch do przodu i trochę na jego lewo by być w bezpiecznej odległości od broni przeciwnika. Robiąc ten ruch podciął gardło przeciwnika. Tak właśnie odebrał pierwsze życie. Postanowił wrócić na miejsce gdzie został zaatakowany cały konwój. Nie zastał tam nic prócz ciał poległych. Oprócz rycerzy leżało tam sześć ciał bandytów. Gdy upewnił się, że wszyscy nie żyją postanowił rozejrzeć się po okolicy. Po pewnym czasie znalazł polanę leśną gdzie troje bandytów przetrzymywało Nerdane. Mówili na tyle głośno, że mógł ich usłyszeć będąc w ukryciu. Mówili o okupie, o tym jak go podzielą i ustalali ile dają czasu pozostałym na dołączenie nim zmienią miejsce pobytu. Nie miał wiele czasu nim mieli wyruszać. To zmusiło Rotha do działania, jak najszybciej wrócił na pobojowisko, zdjął zbroję z jednego z rycerzy który był mniej więcej jego wzrostu, a następnie ją ubrał. Nie była idealna, ale chroniła i była kluczowym czynnikiem który miał zapewnić mu przetrwanie. Zabrał również miecz. Ruszył na polanę, tym razem musiał stawić czoła trzem przeciwnikom na raz. Wydawało się to nie do wykonania, mimo tego wiedział, że musi spróbować. Nie liczyło się wtedy dla niego nic prócz zapewnienia Nerdanie bezpieczeństwa. Nie myślał o konsekwencjach swoich czynów. Wszedł pewnym krokiem na polanę i ruszył w stronę bandytów. Spostrzegli go od razu. Ruszyli na niego dobywając broni. Znów oczyścił umysł, lecz tym razem na niewiele się to zdało. Biegli za sobą w metrowych odstępach, co zmniejszało każdą kolejną reakcję na atak. Pierwszego uniknął, tnąc przy tym atakującego przez tors. Zostało już tylko dwoje. Nie zdążył zatrzymać jeszcze dobrze miecza po zadanym ciosie, a już zmuszony był parować następne uderzenie. Udało się mu to, lecz wtedy trzeci napastnik wyprowadził uderzenie znad głowy. Młodzieniec próbował ratować się unikiem, lecz miecz przeciwnika wbił się z impetem w jego prawe ramię. Czuł jak ostrze wbija się i niszczy jego rękę. Wypuścił wtedy miecz i odskoczył do tyłu. Sięgnął po sztylet, którym nie potrafił się posługiwać lewą ręką. Widział że następne ciosy skończą jego życie. Mimo wszystko nie żałował i nie zamierzał poddać się bez walki. Gdy przeciwnicy byli już co raz bliżej, w pewnej chwili upadli. Z ich pleców wystawały strzały z łuku. Okazało się że to Don przybył ze wsparciem z okolicznej miejscowości. Ocaliło mu to życie. Gdy uwolnili Nerdanę i Leditha ten drugi wpadł w szał. Oskarżył Rotharda o spisek z bandytami, o przekazywanie im informacji, o narażenie życia jego i jego siostry oraz niesławnie herbu rycerskiego. Młody Efort wiedział że nie jest w najlepszej sytuacji, ale musiał wrócić na farmę. Tam zamknęli go w piwnicy i mieli osądzić jego los. Tego samego dnia, późną nocą gdy wszyscy spali, przybył Donnchadh. Otworzył jego celę i dał jakiś napój. Była to mikstura lecznicza, która miała mu pomóc szybko wrócić do zdrowia. Starzec kazał mu uciekać, gdyż wyrok jaki zapadł w jego sprawie miał być wyrokiem śmierci. Kazał mu uciec i nigdy nie wracać do tego miejsca. Był to dla Rotha szok. Za to co zrobił zamiast nagrody otrzymał karę, i to w dodatku śmierci. Ocalił życie innych by oni mu je próbowali odebrać. Choć w jego sercu toczył się zażarta bitwa między różnymi uczuciami to wiedział co musi zrobić. Odszedł, zostawiając miejsce w którym żyło nikłe światło rozświetlające ciemność. Odejściu temu towarzyszył ból i smutek, a także wątpliwości, wiele wątpliwości. Raz ostatni popatrzył na miejsce w którym żył tak długo, w którym nauczył się tylu rzeczy i poznał Nerdanę i Donnchadha. Odszedł zostawiając w swoim sercu wspomnienia i uczucia zarówno do Nardani jak i starego Dona. Poznał tu swoją miłość i spotkał człowieka który zastąpił mu ojca. Spotkał tu dwójkę wspaniałych ludzi o których nigdy nie zapomni.


Rozdział VII: Mroki samotności, zrozumienie, nowa droga i przebudzenie.

Samotność to coś przed kim chyba każdy próbuje uciec. Jednym to wychodzi lepiej, innym gorzej, ale prawdą jest że nikt jej nie pożąda. I choć wydawałoby się, że jest ona zbędna to wcale tak nie jest. To właśnie wtedy gdy jesteśmy sami możemy w końcu skupić się na sobie. Jest to czas ciszy, a raczej wyciszenia się. Wtedy można usłyszeć wszystkie dźwięki które były zagłuszane zgiełkiem i hałasem panującym wokół nas. Jakie to dźwięki? Są różne w zależności od tego jak długo je tłumiliśmy i od sytuacji jakie nas spotkały. Dźwięki te mogą na nas wpływać i co najważniejsze uświadamiają nam wiele rzeczy, których nie zauważyliśmy. To z kolei może popchnąć nas do zmiany własnego postępowania. Samotności często towarzyszy smutek i ból, lecz właśnie to czyni ludzi silniejszymi. Właśnie z tym wszystkim musiał zmierzyć się Rothard. Po opuszczeniu ziem należących do rodu Wermelan udał się do Valladonu, gdzie pracował jako pomocnik starego zielarza. Nie była to dobrze płatna praca, ale pracodawca był miły i co najważniejsze dzięki jego znajomości z karczmarzem Roth płacił mniej za wynajmowany pokój. Minęły trzy miesiące od zmiany miejsca zamieszkania przez młodego Eforta. Starał się całkowicie oddawać pracy by zagłuszyć swoje uczucia, które mu towarzyszyły po odejściu z farmy. Udawało mu się to, lecz gdy tylko miał chwilę wolnego czasu wracały one ze zdwojoną siłą. Dlatego wybierał się wtedy na długie spacery po mieście. Trochę mu to pomagało i nawet mu się spodobał ten sposób spędzania wolnego czasu. Z czasem wydłużał swoje wędrówki, aż do momentu gdy udawał się za miasto na pobliskie tereny zielone. Pewnego dnia wybierając się na przechadzkę mijał na bazarze stoisko jakiegoś mężczyzny, który przekazywał tajniki handlu jakiemuś dziecku, prawdopodobnie swojemu synowi. Uśmiechnął się wtedy lekko widząc radość tej dwójki i poszedł dalej. Tego dnia zatrzymał się przy lesie gdzie podziwiał krajobrazy. Rozmyślał o tym co ujrzał. Próbował zrozumieć co czyni ludzi szczęśliwymi, szukał sposobu na ucieczkę od smutku i bólu jakie odczuwał. Próbował spoglądać na to z każdej strony, rozpatrywać wiele sytuacji od tej obecnej do tych najsmutniejszych. I wtedy zadał sobie pytanie: „Czy bez tego ojca to dziecko było równie szczęśliwe?”. W jego myślach pojawił się obraz wspomnień gdy zmuszony był opuścić swój dom rodzinny. Znalazł odpowiedź natychmiast, wiedział, że w takim wypadku nie byłoby. Prawdopodobnie skończyło by jak on, nienawidzących ludzi którzy odebrali mu to co kochał. W tym samym momencie w jego myślach pojawił się obraz bandytów których zabił próbując chronić Nardanę. Zaczął wtedy myśleć o tym o czym nie miał czasu w tamtej sytuacji. Czy ci którzy zginęli z jego ręki mieli rodziny? Może byli w trudnej sytuacji i dlatego zeszli na taką drogę? Ile dzieci osierocił pozbawiając życia swoich przeciwników? Jak wiele bólu zadał osobom bliskim tym bandytom? Robili złe rzeczy, próbowali krzywdzić innych, ale czy to dawało mu prawo do zabicia ich? Możliwe, że ocalił mnóstwo żyć które bandyci mogli by do tej pory odebrać gdyby wtedy ich nie zabił, ale mogli też skończyć z tym po tej akcji. Zdał sobie sprawę że nie wiedział nic, a mimo tego z taką łatwością odebrał każdemu z nich życie. Ile dzieci skończyło jak on za młodu przez jego zabójstwa? Nie widział, ale zrozumiał że odbierając życia zmienił świat wielu ludzi których nawet nie znał. Pojął wtedy, że zło zawsze będzie złem, nieważne z jakich przyczyn by działał. Nawet jeżeli byłyby to najszczytniejsze pobudki, to nie zmienia to faktu, że postępuje źle. Postanowił wtedy, że już nigdy nie odbierze komuś życia, nawet jeżeli oznaczałoby to dla niego śmierć. Przez te myśli posmutniał jeszcze bardziej. Wrócił do pokoju który wynajmował po czym poszedł spać. Następnego dnia znów udał się za miasto, lecz musiał szybko wracać z powodu burzy. Ulewa zaczęła się natychmiast, kiedy wszedł do miasta stało się coś nieoczekiwanego. Gdzieś w oddali w budynek uderzyła błyskawica. Spojrzał w tamtą stronę i ruszył do swojego lokum. Pochłonięty swoimi myślami szedł przed siebie. Nie przeszkadzał mu deszcz oraz grzmoty. Z zamyślenia wyrwał go zapach spalenizny. Okazało się że budynek który się palił był po drodze do karczmy do której zmierzał. Wokół budynku zebrało się wielu gapiów, niektórzy próbowali gasić budynek wiadrami wody, lecz żar był zbyt silny przez co szybko rezygnowali. Wśród tłumów gapiów wyróżniała się para młodych ludzi. Był to mężczyzna obejmujący płaczącą kobietę. Roth wywnioskował że musieli to być właściciele budynku. Miał ruszyć już dalej lecz w oknie na piętrze dostrzegł jakiś cień. Odruchowo zapytał gapiów czy też widzieli kogoś w oknie. Okazało się że był tam uwięziony mały chłopiec. Teraz zrozumiał całą sytuację. Raz jeszcze spojrzał na dwójkę właścicieli i zapewne rodziców dziecka, które zaraz miało zginąć. Ich twarze były zrozpaczone, rozglądali się wszędzie szukając pomocy która nie nadchodziła. Jeszcze tliła się w nich nadzieja, która miała zostać brutalnie zgaszona. Patrząc na nich zadał sobie pytanie, czy tamtego dnia, gdy opuszczał dom rodzinny wyglądał tak samo. Nie miał pewności bo nie widział wtedy swojego wyrazu twarzy, lecz gdzieś w głębi serca miał pewność, że wie co czują. Zdał sobie sprawę, że nikt z tłumu nic nie zrobi. Tylko od niego zależało jak potoczy się dalej historia tej rodziny. W jego rękach leżał los dziecka. Nie mógł pozwolić by doświadczyli tego czego doświadczał on. Choć nie znał tych ludzi, choć nie był on im nic winien, postanowił działać. Tym razem spojrzał na sytuację nim zaczął działać, w przeciwieństwie do sytuacji gdy próbował ratować Nardanę. Wiedział, że śmierć już ma swoją ofiarę w zasięgu ręki i by ją uratować będzie musiał grać z nią w grę. Lecz by wziąć udział musiał zastawić coś równie cennego. Co może być równie cenne co ludzkie życie? Odpowiedź jest prosta, inne życie. Stawiając własny byt na szali ruszył przed siebie w stronę budynku. Wyrwał po drodze komuś wiadro z wodą, które wylał sobie na głowę. Zakrył twarz materiałem i wziął głęboki wdech. Wraz ze zmniejszaniem się dystansu między nim a budynkiem żar się zmagał. Właśnie wtedy rozpoczęła się jego bitwa. Rozum, który mówił by ratować swoje życie, walczył z sercem, które rwało do przodu. Egoizm walczył z altruizmem, strach z odwagą. To właśnie był najtrudniejszy test który musiał zdać. Sprawdzał on jego determinację. Poruszał się tak szybko jak potrafił, wiedział że kiedy braknie mu powietrza i spróbuje oddychać poparzy swoje płuca. Żar był nie do wytrzymania, czuł jak całe jego ciało parzy. Mimo wszystko nacierał do przodu. Już był w budynku, widział schody którymi udał się na górę. Na jego szczęście były tam tylko dwa pokoje. Pierwszy okazał się pusty, dopiero w drugim znalazł dziecko które zemdlało. Starało się ono chować z dala od ognia, przez co jeszcze żyło, mimo wielu oparzeń. Na oko miało trzy wiosny. Chwycił pobliski taboret, który jeszcze się nie zapalił i cisnął nim z całych sił w okno. Szyba posypała się hukiem, a taboret zniknął z pola widzenia. Wziął dziecko na ręce. Widział co musi zrobić. Jego prawa ręka nie pozwalała mu na pewny chwyt z powodu niedowładu, który zaczął go dręczyć po otrzymaniu ciosu od bandyty, dlatego wkładając ręce pod jego pachy, objął go i przytulił do swojej klatki piersiowej. Następnie ruszył w stronę okna. Po drodze brakło mu tchu, zaczynał się dusić, więc mimowolnie próbował złapać oddech. W tym samym momencie jego płuca zaczęły go palić. Choć ból był nie do wytrzymania, to mimo tego nie złapał powietrza. Zatoczył się lekko, lecz nie upadł. Był już przy oknie, w porównaniu do niego było małe. Szybko wybił resztki szyby nogą, kucnął tyłem na jego krawędzi i rzucił się w dół. Tylko w taki sposób mógł chociaż minimalnie ochronić dziecko przed upadkiem. Chwila lotu i upadek. Ból rozszedł się po całym jego ciele. Był na półprzytomny. Czuł jak ktoś go ciągnie po ziemi, próbował oddychać jednak każda próba kończyła się ogromnym bólem. Chciał powiedzieć by ratowali chłopca, lecz nie był w stanie wydobyć z siebie ani słowa. Mimo tego całego bólu czuł się dumny z tego co zrobił, jego sumienie było spokojniejsze, traktował to jako pokutę za swoją zbrodnie. Słyszał jakieś krzyki po czym zemdlał. Tak oto dzięki swojej odwadze uratował dziecko które było światłem swoich rodziców. Uratował również jego opiekunów od ciemności. Choć każdy zauważył tylko to co było przed ich oczami , to on sam wiedział, że tego dnia uratował aż trzy osoby.

Rozdział VIII: Stary czarodziej i dziwne stwory, światło zmiany oraz nowe zajęcie.

Obudził się w jakimś łóżku, był wycieńczony. Znał uczucie które mu towarzyszyło. Znów został wyleczony za pomocą magii, lecz tym razem coś było nie tak. Czuł że jego plecy go bolą, zupełnie wtedy jak w płonącym budynku. Po chwili do pokoju wszedł jakiś starzec a za nim jakiś stwór. Pomimo swojego stanu próbował się zerwać, jednak starszy pan machnął ręką z góry na dół, przez co Roth nie mógł się ruszyć. Gdy już się poddał pan obok dziwnego stworzenia zaczął mówić. Okazało się że jest czarodziejem i to on wyleczył Rotha. Mówił strasznie dziwnie jak na czarodzieja. Zawsze ta kasta kojarzyła się młodemu Efortowi z powagą i mądrymi wypowiedziami, a ten wypowiadał się dość... wulgarnie i potocznie. Kiedy już używał takich słów okazało się że stworek bił go jakąś księgą przez głowę. Zdziwiony zapytał o co chodzi, na co szybko uzyskał odpowiedź. Stworzenie to nazywało się Uchakiem i zostało przydzielone do starca przez radę czarodziei ponieważ w ostatnim czasie przez swoje złe nawyki komunikacyjne popadł w konflikty z innymi czarodziejami z czego jeden zakończył się bójką. Uchak ów zwał się Grimi i znany był z tego że naprostował zachowanie niejednego czarodzieja. Można powiedzieć że był zasłużonym pracownikiem rady. Jego metody wydawały się bardzo niekonwencjonalne, ale mogły być skuteczne. Roth nie ukrywał że relacja uchaka ze starcem wydawała się całkiem śmieszna. Czarodziej zaczął objaśniać sytuację dalej. Okazało się, że starzec mógł uleczyć tylko najgroźniejsze dla życia młodzieńca urazy. Było tak ponieważ ciało poszkodowanego było tak wyczerpane że dalsze jego leczenie, które je nadwyrężało mogło go zabić. Z tego powodu też na jego plecach zostały ślady poparzeń. Powiedział mu też że może zostać w jego wierzy tak długo jak będzie chciał na co Roth ochoczo przystał. Podczas kuracji bardzo się nudził, jednak czarodziej dał mu księgi do czytania. Nie były nadzwyczaj ciekawe, ale lepsze było czytanie niż nuda. Wraz z upływem czasu księgi zaczęły go wciągać co raz bardziej, przez co gdy wyzdrowiał poprosił starca o nauczanie magiczne. Czarodziej zgodził się. Gdy rozpoczęło się nauczanie stary mędrzec zrzucił swoją maskę. Okazał się być wrednym, irytującym i trochę wulgarnym typem. Ostatnią wadę oczywiście starał się naprostować Uchak Grimi bijąc starca książką po głowie. Roth zawsze się z tego śmiał, ale i on czasami zebrał sam w głowę za swoje słownictwo. I tak nasz bohater cztery lata spędził na nauce magii w wieży czarodzieja Papadosa. Okazało się że starzec ogólnie nie przepada za większością ludzi, ale był na świecie jeden czarodziej którego nie lubił tak bardzo, że na każde wspomnienie o nim rzucał jakimiś zaklęciami w różne rzeczy w akcie zdenerwowania. Nieszczęśnik ten miał na imię Ricardo, podpadł Papadosowi tym, że zanegował kiedyś jego wystąpienie publiczne na jednym ze zlotów czarodziejów przez co ukradł jego pięć minut sławy. Miał on lepsze przemówienie i argumenty dlatego zyskał on większy poklask wśród zebranych, a biedny Papados zszedł na drugi plan. Tak właśnie biedny Ricardo stał się wrogiem publicznym numer jeden bywalców wieży należącej do starego dziwaka, w tym i Rotha który nie mając siły uświadamiając starca że nic się nie stało, zawsze mu przytakiwał. W wieku 22 lat Papados uznał że Roth jest gotowy by przejąć odpowiedzialne zadanie jakim miała być pomoc Bumpowi. Kim był, a raczej jest Bumpo? Jest to stworzenie wykreowane przez starego czarodzieja, którego zadaniem było zanosić w różne miejsca ważne przedmioty. Niestety okolice w ostatnich czasach stały się bardzo niebezpieczne przez co Bumpo nie miał łatwego życia na szlaku. Właśnie z tych powodów Papados kazał Rothowi mu pomagać. Młodzieniec przystał na to bardzo optymistycznie, po tych 5 latach, chciał odpocząć od tego starego dziwaka. Dostając sprzęt magiczny od opiekuna, udał się wraz Bumpem do pierwszego celu, opuszczając wieżę, która stała się jego nowym domem.

Dane gracza: Rothard

Nazwa użytkownika:
Rothard
Ranga:
Zbłąkana Dusza
Inne Postacie:
Conan, Fringharn,
Martwe postacie:
Ferris, Nevin, Darren
Płeć:
Mężczyzna
Status:
OFFLINE
 
 
PW:
Wyślij prywatną wiadomość
Grupy:
Dołączył(a):
So wrz 29, 2018 9:12 pm
Ostatnia wizyta:
Pn paź 08, 2018 10:37 am
Liczba postów:
3 | Znajdź posty użytkownika
(0.00% wszystkich postów / 0.04 posty dziennie)
Ostatni post:
Koty, potwory i magia, a śledzie to pułapka.
So lis 24, 2018 5:21 pm
Najaktywniejszy w dziale:
Ekradon
(Posty: 2 / 66.67% postów użytkownika)
Najaktywniejszy w wątku:
Koty, potwory i magia, a śledzie to pułapka.
(Posty: 2 / 66.67% postów użytkownika)

Podpis

Bumpo

"The water's overflowing, the walls are breaking,
But I know where I'm going, that we can make it.
And there's a light still glowing and I will chase it.
And I've been lost before and I have been led astray,
But this time I'm here to stay." ~ Rise Against - A Beautiful Indifference
cron