Profil użytkownika Marianne

Avatar użytkownika

Ogólne

Potęga:
Imię: Marianne
Rasa: człowiek
Wiek: 32


Aura

Tą aurę można łatwo dostrzec gdyż nie jest wcale słaba i promienieje jeszcze jasnym blaskiem. Jej pierwotna platynowa powierzchnia całkowicie zaszła już cyną a dróżki rtęci zlewają się po niej strumieniami do leżących dokoła form i odlewów. Porozwieszane wszędzie zapisane kartki papieru i ułożone gdzieniegdzie książki, lśnią niezwykłą barwą kobaltu. Gdzieś na szczycie zamigocze nieznacznie miedziany pył. W pobliżu aury przytłoczy cię ciężki zapach chemicznych odczynników i topionego metalu. W ustach pojawi się z początku łagodny smak lecz ten szybko przejdzie w pikantną gorycz lepiącą się niemiłosiernie do podniebienia. Gdy od zawrotów głowy, spowodowanym tą atmosferą, będziesz próbował się o nią oprzeć nieopatrznie zranisz się o jej ostre krawędzie. Jeśli jednak uda ci się dobrze złapać poczujesz jaka jest gładka, ale ciężko będzie Ci się utrzymać bo jest również niezwykle elastyczna. Wszystko to otoczone jest szmaragdową poświatą.


Wygląd

Na pierwszy rzut oka, wygląda na wredną. Zasadniczo, po rzuceniu kilku kolejnych ukradkowych spojrzeń, to wrażenie się nie zmienia ani trochę. Marianne potrafi wyjątkowo zręcznie trzymać ludzi na dystans posługując samym wzrokiem złoto-zielonych oczu, które najczęściej są rozeźlone, zirytowane i znudzone, a towarzyszą im zmarszczone w grymasie ciemne, niezbyt cienkie, wyraziste brwi. Jej całkiem ładne - w gruncie rzeczy, choć niewiele osób jest w stanie na tyle długo w nie patrzeć, aby to dostrzec - oczy okolone są gęstymi, ciemnymi rzęsami, które nie potrzebują makijażu, by było je dobrze widać. Nos prosty, nie za długi, żeby nie kusiło ją by go wsadzać w cudze sprawy. Usta pełne, naturalnie różowe, zazwyczaj dopełniają skrzywionym, ironicznym uśmiechem obraz rozkapryszonej i rozdrażnionej życiem kobiety. Cóż, gdyby się uśmiechnęła, może nawet wyglądałaby ładnie. Ma dość jasną, beżową cerę bez widocznych znamion czy innych zniekształceń. Dłonie i przedramiona pokryte są jednak drobnymi skaleczeniami i poparzeniami, które jeszcze się nie zagoiły. Jej twarz otoczona jest burzą ognistorudych włosów, które sięgają mniej więcej do bioder dziewczyny. Często chodzi w związanych włosach, ale nie są to żadne kunsztowne fryzury, raczej kucyki lub warkocze, coś co można jak najszybciej zrobić. Marianne porusza się... szybko. Jakby nie chciała stracić ani jednej sekundy życia. W ruchach tych jednak przebija się pewna gracja, charakterystyczna dla osób, które otrzymały podstawowe wychowanie w kwestii etykiety obowiązującej w wyższych sferach. Jest średniego wzrostu, mierzy około 170 centymetrów, a jej figura chcąc nie chcąc, zwraca na siebie jakąś uwagę. Rudowłosa jest szczupłą kobietą, z dość dużym biustem i zaokrąglonymi biodrami. Najczęściej chodzi ubrana w sznurowane, skórzane pół-gorsety, które nie ograniczają ruchów i trzymają sylwetkę w miarę prosto, na które zawsze narzuca luźne lniane koszule z długimi rękawami lub pelerynę na miedzianą broszę. Nie chodzi już w sukniach, ten etap życia pozostawiła dawno za sobą. Zakłada spodnie, najczęściej dobrze dopasowane do ciała i mocne buty, sznurowane do kolan. Przedkłada wygodę i użyteczność nad wygląd, dlatego zamiast toreb, plecaków czy innych worków, nosi także pas, który ma kilkanaście różnych przegródek i sakw. Przy pasie ma także niewielki sztylet i sierp, ale krzywdy to tym się nie da człowiekowi zrobić. Mari prawie zawsze chodzi w rękawicach, skórzanych, ciemnych, dość cienkich, ale mimo wszystko są. Często wzdycha i wywraca oczami, szczególnie w sytuacjach prostych i jednoznacznych, w których jednak ludzie się gubią lub specjalnie je przedłużają. Jest konkretna i rzeczowa, dlatego tak bardzo drażnią ją ludzie wokół, którzy nie potrafią tego zrozumieć.


Charakter

Opisywać jej charakter, to tak jakby opisywać ogień. Jest potrzebny w zimne, ciemne dni, jednak gdy podejdziesz za blisko, możesz się boleśnie sparzyć. Marianne pomimo... no, właściwie nie tylko pozorów... bycia wredną, opryskliwą i wiecznie zirytowaną, ma też kilka innych, bardziej pozytywnych cech. Jest pragmatyczką, która stara się znaleźć logikę w każdej czynności, którą dostrzegają jej ciekawskie oczy. Uwielbia się uczyć nowych rzeczy, przez co całkowicie odcina się od całego świata i pogrąża w swoich działaniach. Docenia wsparcie i pomoc innych, nawet jeśli sama nie chce się do tego przyznać. Choć na co dzień bardzo szybko się złości i wybucha, kiedy jest w trakcie swojej pracy, nawet gdy coś jej nie wychodzi, zachowuje spokój i opanowanie. Dopiero jak odłoży ostatni przyrząd lub składnik, wtedy zaczyna rzucać przekleństwami pod nosem. Przy bliższym poznaniu można dostrzec, że pod przykrywką złości kryje się także troska i oddanie, choć trzeba przyznać, że dziewczyna rzadko ma okazję do bardziej zażyłych relacji z innymi ludźmi. Jest uparta jak osioł i jest w stanie wiele poświęcić dla swojego celu. Chce stworzyć kamień filozoficzny i stać się legendą alchemii, która odda ludzkości długowieczność. Ma na tym punkcie, delikatnie mówiąc, obsesję. Nie chce tego robić dla honoru, sprawiedliwości czy pieniędzy - tylko dla swojej własnej chwały i dotarcia do głębin wiedzy, która na razie nie jest w zasięgu ludzi. Ale przecież zawsze jest jakieś dno, jakaś granica. Mari z cierpliwością godną najświętszych istot zmierza coraz głębiej, dalej, by dotrzeć do tego miejsca, którym jest najstarsza tajemnica alchemii. Ruda stara się szanować innych nawet jeśli na szacunek nie zasługują, jednak przy zbyt długich kłótniach lub próbach nacisku, najczęściej po prostu wstaje i wychodzi. Nie dlatego, że ucieka od dyskusji. Po prostu nie lubi tracić czasu na przekonywanie postronnych do czegoś, w co i tak nie będą chcieli uwierzyć. Nie jest typem człowieka, który zabawia towarzystwo i jest powiernikiem największych tajemnic i smutków, ale też nie stroni od innych na tyle, by było to zauważalne. Z niektórymi nawet lubi spędzać czas. Nie dba o status społeczny, bogactwo i uroda są jej całkiem obojętne - zawsze były. Ponad to ceni sobie wolność, która w dzieciństwie była jedynie odległym snem, a teraz staje się gorzką jawą. Dziewczyna jest zdecydowanie nieufna, ale kiedy widzi, że może komuś pomóc, często z wewnętrznym oporem i pogardą dla samej siebie, wyzywając się od idiotów i naiwniaków, pomaga. A potem nie może się nadziwić się swojej głupocie.

Atrybuty

Krzepa:
Zwinność:Bardzo zręczny, Szybki, Perfekcyjny,
Percepcja:Wyostrzony wzrok, Wyostrzony węch, Wyostrzony smak,
Umysł:Bystry, Błyskotliwy, Silna wola,
Prezencja:Ładny, Godny, Charyzmatyczny,

Cechy specjalne


Umiejętności

Jeździectwo [O]
Pływanie [P]
Sporządzanie trucizn [W] bardziej biegła jest w ich rozpoznawaniu i neutralizowaniu
Targowanie się [O]
Unieszkodliwianie mechanizmów [O]
Alchemia [M]
Cukiernictwo [W]
Kreomagowanie [P] zna jedynie teorię
Zielarstwo [O]
Anatomia [W]
Botanika [O]
Etykieta [P]
Fizyka [W]
Matematyka [W]
Medycyna [P]
Pismo runiczne [O]
Uniki [W]
Aktorstwo [O]
Kaligrafia [W]
Rysunek [P]
Pędzenie alkoholu [W]

Magia

Nie potrafi używać magii.

Magiczne przedmioty

Rosa Ventorum [ZAK]niewielki, srebrny wisior, którego przywieszka jest w kształcie grotu strzały. Gdy dziewczyna mocno skupi się na określonym miejscu, osobie lub rzeczy, grot będzie kierować ją w danym kierunku.

Towarzysz


Historia

Kiedy była mała, przechodząc obok miejskich studni, zawsze się zastanawiała jak głęboko wgłąb ziemi sięgają? Czy kiedykolwiek się kończyły? Kto je wykopał i skąd wiedział, że akurat tam będzie woda? Gdy patrzyła w niebo, chciała wiedzieć dlaczego jest tak bardzo niebieskie? Dlaczego gwiazdy nocą świecą tak jasno? Dlaczego pada deszcz? Jak to się dzieje, że... wszystko się dzieje? Jednak, w sytuacji, w której małe dziecko zadaje dorosłym tego typu pytania, zazwyczaj nie jest traktowane poważnie. A gdy już się przydarzy osoba, która zechce coś wyjaśnić, najczęściej nie jest w stanie znaleźć na tyle prostych słów, aby zrobić to dobrze. Jej żółto-zielone oczy patrzyły na świat i chciały go zrozumieć, bo przecież to było tak ciekawe! Jakby każdy dzień, każde życie zostało zaaranżowane, z góry ustalone i niemal mechanicznie pędziło do przodu. Znalezienie odpowiedzi nie mogło być przecież tak trudne... a jednak, odkąd sięga pamięcią, żadne z odpowiedzi nie dawały jej pełnej satysfakcji, nic prawdziwie nie przekonywało i nie dawało spełnienia. Przyjmowała wiedzę i logikę świata, w którym żyła, ale dalej było to dla niej zbyt pobieżne, zbyt małe, ograniczone. Jedna odpowiedź rodziła kolejne dziesiątki pytań. Ruda większość czasu chodziła naburmuszona, ponieważ chciała wiedzieć więcej, ale jej rodzina miała inne spojrzenie na jej życie. Marianne urodziła się w jednym z najlepiej prosperujących miast znanego świata, Fargoth, a jej rodzina była jednym z najważniejszych rodów, które miały w posiadaniu rudy metali nieżelaznych. Za ich jakość ręczyła własnym honorem, który przez lata nie splamił się żadną skazą. Faktem jest, że od najmłodszych lat wszystko było w zasięgu jej rąk, każda zachcianka mogła być spełniona, każde pragnienie mogło się ziścić... a przynajmniej tak by to wyglądało, gdyby była normalnym dzieckiem. A nie była normalna.

Rodzice byli nią zmęczeni. Służba była nią zmęczona. Marianne rzadko kiedy słuchała kogokolwiek, a już szczególnie w sytuacjach, kiedy matka wymyślała dla niej różne zajęcia - wtedy uciekała z domu, choć zawsze łapali ją zanim zdążyła przejść choćby kilka ulic. W końcu doszło do tego, że przestała wychodzić ze swojego pokoju. Siedziała całymi dniami w łóżku i czytała książki z domowej biblioteki, choć większość z nich dotyczyła metali, ich właściwości i metody obróbek.
- Hm, stopy metali... - dziewczyna zerknęła na własną stopę i pomachała palcami. Zmarszczyła brwi i wydęła wargi. W końcu przechyliła głowę, a małe rączki sześcioletniego dzieciaka przerzuciły kolejną stronę wielkiej książki. - Chyba czegoś tu nie rozumiem... - westchnęła, odkładając książkę. Podeszła do okna, ciągnąc za sobą stołek, po którym wspięła się na parapet. Czy metale mają stopy jak ludzie? I ręce? Czy coś je boli w czasie wydobywania? Nie raz przecież widziała te kilofy i inne narzędzia... Oparła głowę na rękach, wodząc zmęczonym wzrokiem po dachach miasta. Nagle jej żółto-zielone oczy rozszerzyły się nieznacznie, kiedy zauważyła smugę ciemnego dymu unoszącego się nieopodal. A przynajmniej tak się jej wydawało - perspektywa jest czasem okropnym zjawiskiem. Mari szybko założyła buty i związała nieudanego kucyka, zabrała książkę pod pachę i niepewnie spojrzała na okno. Skrzywiła się, i przytuliła mocniej tomiszcze. Okno to zły pomysł.

I tak zaczęło się wymykanie do kuźni, gdzie denerwowała kowala swoją obecnością. Oczywiście służba dokładnie wiedziała, że dziewczynka chodzi właśnie tam, ale właściwie lepiej było jak znajdowała się poza domem i nikogo nie pytała o to, co robią, jak i dlaczego. Kowal miał co prawda odmienne zdanie na ten temat... Małe, blade, rude i przemądrzałe dziecko, prawie księżniczka czy inna bogaczka, a siedzi w brudnej kuźni i pochłania wzrokiem wszystko, co się dzieje. A już najgorzej było jak zaczęła zadawać pytania. Bo w sumie jak małej dziewczynce wytłumaczyć długi proces wykuwania broni? I po co w ogóle jej to tłumaczyć? Gdyby chociaż chłopcem była, to jeszcze można to jakoś zrozumieć... ale jej? Przez długi czas była zbywana z odpowiedziami, ale w końcu, po kilku latach częstego przychodzenia do kuźni, wszyscy na tyle przyzwyczaili się do jej obecności, że przestali ją traktować jak arystokratkę, a zaczęli jak pachołka do prostych prac, który w nagrodę mógł się czegoś nauczyć.
- Mari, a tak w ogóle to czego żeś zaczęła tu przyłazić dzieciaku? - spytał w końcu Pevla, najstarszy kowal, który jako pierwszy stracił cierpliwość i zaczął dawać jakąkolwiek robotę rudej, żeby tylko się uciszyła. Na niewiele to się zdało, ale przynajmniej nie chodziła pomiędzy kowadłami i piecami. Był potężnym i silnym mężczyzną, nawet w tym wieku przewyższał witalnością młodszych kowali. A teraz prawie z politowaniem patrzył na umorusaną sadzą dziewczynę, która polerowała niedawno wykuty sztylet. Ruda parsknęła krótkim śmiechem, co bywało dość rzadkie i zamyśliła się na chwilę, niepewna czy wyrażać swoje myśli na głos. W końcu spojrzała na starszego kowala i uśmiechnęła się z zażenowaniem, szczerząc swoje dziecięce zęby.
- Myślałam, że metale naprawdę mają stopy... jak ludzie. - wzruszyła ramionami. - Chciałam to sprawdzić.
Kowal tylko poklepał ją po głowie swoją wielką dłonią, wcale nie ukrywając zdziwienia zmieszanego z rozbawieniem. Od tego czasu trochę mniej opornie odpowiadał jej na różne pytania, przestał się też przejmować jej poparzeniami czy zadrapaniami, których było coraz więcej. A ruda lubiła przebywać w kuźni zdecydowanie bardziej niż w domu, gdzie specjalnie wybrani nauczyciele wbijali jej do głowy jak powinna mówić, chodzić i myśleć młoda dama, która kiedyś będzie musiała stać się żoną i matką. Nie mogła jednak całkiem olewać wszystkich obowiązków, które narzucili na nią rodzice. Uczyła się zatem całkowicie bezużytecznej z jej punktu widzenia, etykiety, rysunku i kaligrafii, ale także bardziej praktycznych rzeczy, takich jak jeździectwo czy pływanie, które musiał posiadać każdy człowiek chcący aktywnie uczestniczyć w życiu społecznym arystokracji. Rzecz w tym, że Mari nie chciała. Gdy tylko mogła, wymykała się ze spotkań lub wymawiała się chorobą. Czasem nawet jadła surowe ziemniaki, byleby tylko zostawili ją w spokoju. Na przyjęciach z których nie udało jej się wymigać, odstraszała ludzi zezłoszczonym spojrzeniem, a kiedy to nie działało, to pokazowo demonstrowała jak nudne jest towarzystwo intruza. Nie znosiła makijażu, sukien, perfum i tego wszystkiego, co wiązało się z byciem damą. Siedząc przed lustrem i patrząc na swoje upiększone odbicie, krzywiła się tylko i wywracała oczami.
- Eh, no przecież to nie ja... - wzdychała zawsze, dotykając palcem upudrowanej twarzy i podkreślonych węglem oczu. Jej makijażem była sadza z kuźni, albo mąka kuchenna. Pokręciła tylko głową, patrząc na okno. Może dzisiaj? Westchnęła raz jeszcze, patrząc na swoją suknię. Okno to był zły pomysł. Ale kiedyś zdecydowanie nim ucieknie.

Zajęło to wiele lat od jej narodzin, ale jej ojciec w końcu zauważył, że jego córka nie jest typową dziewczyną, która myśli o balach i książętach. I choć mocno tego żałował, bo wychowanie takiej arystokratki byłoby zdecydowanie prostsze i wygodniejsze, to jednak przestał traktować Marianne jak córkę, a zaczął traktować jak syna. Zamiast haftów i krawiectwa, nakazał jej naukę matematyki, fizyki, a nawet medycyny. Bardziej dziwiło go nagłe posłuszeństwo własnego dziecka w tej materii niż to, że radziła sobie z typowo męskimi w jego odczuciu dziedzinami. Ojciec zabierał ją także ze sobą do kopalni, gdzie razem z miejscowymi medykami pozwalano jej zajmować się robotnikami, którzy w jakiś sposób ucierpieli w czasie pracy. Dużym problemem było dla niej to, że wszyscy traktowali ją z jakimś dziwacznym szacunkiem i dystansem, doskonale wiedząc kim jest... i kim powinna się stać gdy dorośnie. Marianne pragnęła wtedy być całkowicie anonimowa. Nie chciała specjalnego traktowania. Nie przynosiło jej to satysfakcji. Dlatego stała się złośliwa i znudzona, mając nadzieję, że może dzięki temu ktoś wreszcie zacznie ją traktować jak zwyczajną dziewczynę. Dodatkowo, jak przystało na syna, ruda zaczęła się uczyć walki bronią białą, ale była w tym wyjątkowo kiepska. Przegrywała każdy pojedynek, nawet z młodszymi od siebie chłopcami. Wiedziała, że nic tutaj jej nie pomoże, chyba, że nagle bogowie obdarzą ją nadprzyrodzoną - albo jakąkolwiek - siłą. W końcu doszła do wniosku, że samą siłą nic tu nie zdziała, zawsze będzie słabsza niż mężczyzna - dlatego zdecydowała się unikać ciosów, a nie parować, męczyć przeciwnika tańcem z bronią, a wtedy, kiedy nadarzy się okazji i ten się odsłoni - właśnie wtedy zaatakować. Nie działało za każdym razem, ale dawało lepsze efekty niż walka z wiatrakami. Przynajmniej lekcje z etykiety i tańca na cokolwiek jej się przydały w życiu... a myślała, że są całkiem bezużyteczne w jej przypadku.

Choć Marianne wolała zdecydowanie męskie zajęcia, była jedna rzecz, którą wręcz uwielbiała robić z innymi kobietami, a mianowicie kucharkami z ich rezydencji: piec ciasta i pędzić alkohol. Kucharki były jednymi osobami, które nie przejmowały się jej urodzeniem i bez najmniejszych oporów nazywały ją obibokiem, idiotą, beznadziejnym przypadkiem i całkowitym beztalenciem.
- Znowu marnujesz mąkę?! Jak ci zakalec wyjdzie, to sama będziesz go jadła! Tego nawet zwierzętom wstyd dawać!
- To nie ma żadnego smaku, czy ty wiesz, że po to istnieją przyprawy? A taka mądra niby, patrzcie to.
- Sprzątaj, sprzątaj, tylko do tego się nadajesz w kuchni dziewczyno!
- Jeszcze raz. Tym alkoholem to mogę czyścić przypalone garnki, a nie ludziom podawać...
Kucharki były szczere do bólu, ale nie wyganiały Mari z kuchni. Pomagały i poprawiały, aż w końcu zaczęły jej wychodzić ciasta i potrawy zdatne do jedzenia. Były to chyba jedyne osoby, którym naprawdę zależało, aby dziewczyna przejęła od nich jakąś wiedzę. Miały wtedy darmową pomoc w kuchni i więcej czasu na plotki i narzekanie. W tym miejscu ruda czuła, że nie musi się przejmować niczym. Generalnie, jak wielu osobom nie podobało się to, że większość młodości ruda spędziła ubrudzona smarem z kuźni, tak w przypadku gotowania jej rodzina sprzeciwiała się jednomyślnie. Przecież to arystokratka! Jak mogła parać się zajęciem dla zwyczajnego motłochu?! Mari wiedziała, że gdy przyłapywano ją w fartuchu i czepku, białą od mąki, w jej rodzicach aż się gotowało. Ale lubiła to robić mimo zakazów - a może właśnie przez nie - więc nie przejmowała się nimi ani trochę. Poza tym umiała robić dobry alkohol już jako nastolatka, więc często udawało jej się ujarzmić gniew ojca dzięki butelce dobrego trunku... Choć zastanawiała się, kiedy jej rodzice zaczną rozważać adopcję jakiegoś normalnego dziecka, które będzie ich słuchało.

Miesiące mijały i zmieniały się powoli w lata. Marianne dalej funkcjonowała z nieustępliwą obojętnością dla dobrych obyczajów i etykiety wyższych sfer. Dziewczyna z kapryśnego dziecka zmieniła się w równie bezpretensjonalną nastolatkę, której przedstawiano co raz to nowych potencjalnych małżonków. Nie wytrzymywali zbyt długo w jej obecności. "A więc mówisz, że to ja, a nie fortuna ojca Cię interesuje?", "Pamiętasz chociaż moje imię?", "Mówisz jeszcze gorzej niż wyglądasz", "Zatem, ile księżniczek odwiedziłeś w tym tygodniu?", "Twoje włosy wyglądają jak stara miotła...", "Idiota", "Szowinista", "Nudziarz", "Mamo! Serio? Ten jest w wieku mojej babki, miejże litość..." - nie siliła się nawet na uprzejmość na wymuszonych przez matkę spotkaniach. Oczywiście, potem musiała swoje wysłuchać, ale przynajmniej miała pewność, że żaden z jej potencjalnych wybranków nie będzie nią już zainteresowany. W dniu, w którym wyjątkowo dała się we znaki jednemu z młodych i dumnych kawalerów, kazano jej zjawić się na kolacji - co było równoznaczne z dodatkową karą - jednak tym razem zaproszono także starą znajomą rodziców, Cruzelle. Była to kobieta, która w całkowicie niezrozumiały sposób była inna niż pozostali ludzie. Wyglądała jak zwykła, stara ciemnoskóra kobieta z ogromną otyłością, jednak jej oczy były tak wyjątkowe, tak bardzo przebijała przez nie inteligencja i tajemnica, że Mari nie mogła się im oprzeć od pierwszego wejrzenia. Wiedziała, że ta kobieta może jej pomóc, pokazać czym jest prawdziwa wiedza i prawdziwy świat. Ale, za cholerę, nie umiała znaleźć ku temu logicznego wyjaśnienia. W czasie kolacji dowiedziała się, że Cruzelle jest królewskim alchemikiem. Nie była pewna czy ta informacja miała wyjść na jaw czy była to nie do końca subtelna manipulacja ze strony Cruzelle lub jej ojca, ale po tym oświadczeniu ruda była przekonana, że nie da alchemiczce spokoju, dopóki ta nie zechce wziąć jej na adepta. Dziewczyna nie wiedziała zbyt wiele o alchemii, ale jeśli dałoby jej to przepustkę na dwór królewski... to może nie będzie musiała wychodzić za mąż! Przygryzła wargi na myśl o tym. Była świadoma tego, że powód jest marny. A mimo to desperacko się go uczepiła, żeby nie przyznawać przed sobą jak bardzo zainteresowała ją ta stara kobieta. Po kolacji zaproponowała Cruzelle, że odprowadzi ją do domu, jednak ta odmówiła, ponieważ czekał na nią powóz. Marianne powlekła się więc do swojego pokoju i zamknęła drzwi na klucz. Nie zapalała światła, patrząc się na okno... Skrzywiła się i przewróciła oczami. Okno to był zły pomysł. Ale... żadnego innego nie miała. Matka ją zabije. Szybko otworzyła okno, zanim zaczęły targać nią wątpliwości. Jej pokój był na pierwszym piętrze, niżej znajdował się dach ganku, na którym miała zamiar wylądować. Złapała się mocno parapetu i opuściła po drugiej stronie okna. Zerknęła w dół, upewniając się, że dach jest pod nią i puściła parapet jak ostatni kretyn, spadając bezwolnie i uderzając z rabanem o dachówki. Była zbyt zaskoczona by krzyknąć, a już ześlizgiwała się z dachu ganka prosto na mokrą od deszczu i twardą kostkę brukową. Nie mogła złapać oddechu przez długi czas, całe ciało ją bolało, a w ustach miała piach. Cała była w błocie. Kiedy już miała się podnosić, obok niej zatrzymał się powóz, a był w nim nikt inny jak Cruzelle. Otworzyła drzwi, uśmiechając się z pobłażaniem i rzuciła tylko:
- Nie dla ciebie takie zabawy, co? - po czym zatrzasnęła drzwi, a powóz ruszył dalej. Mari nawet nie zarejestrowała jej słów, przyćmiona bólem i wstydem powoli wstała, idąc jak pijak za powozem. Nie mogła stracić go z oczu. Trzymając się za żebra, lekko utykając, podążała za pojazdem, który poruszał się z iście ślimaczym tempie. Tego faktu też nie była do końca świadoma. W końcu jednak się zatrzymał, a Cruzelle weszła do domu, nie oglądając się za siebie. Ruda kilka minut później dotarła do jej drzwi i oparła się o nie ciężko. Nie miała sił, żeby zapukać. Nie miała sił, żeby z nią rozmawiać. Deszcz padał na nią monotonnie, ale nie przeszkadzało jej to ani trochę. Nawet nie zauważyła kiedy usnęła pod drzwiami starej alchemiczki... Rano zaś obudził ją niezbyt delikatny kopniak. Marianne początkowo przytłoczył bół głowy, który zaciemniał jej oczy, jednak po chwili dotarło do niej gdzie się znajduje i po co tu przyszła. I że nie było jej w domu całą noc. I wygląda jak głodny włóczęga. A z tym głodnym to nawet była prawda.
- Matka cię zabije. - stwierdziła staruszka, patrząc na dziewczynę swoimi przenikliwymi oczyma. - No już, uciekaj do domu. Jeszcze ktoś pomyśli, że pozwalam bezdomnym spać na swoich schodach.
- Ale ja... - zaczęła, jednak Cruzelle szybko jej przerwała.
- Nie ma szans.
Przez chwilę Mari patrzyła na nią w ciszy, nie będąc do końca pewną co znaczyły te słowa. Skrzywiła się i w końcu wstała, dalej opierając się o drzwi.
- O co ci...
- Nie będę cię uczyć. Daruj sobie. I wracaj do domu, zanim posądzą mnie o porwanie szlachcianki. - po czym zamknęła drzwi z hukiem tuż przed twarzą Marianne.
Gdyby dziewczyna nie była tak obolała i zdumiona, pewnie kopnęłaby w coś ze złości albo zaczęła rzucać przekleństwami. Tym razem jednak czuła się całkowicie wykończona. Wróciła do domu, doskonale zdając sobie sprawę z tego co ją czeka. A było jeszcze gorzej. Choć kiedy usłyszała, że ma zakaz wychodzenia z pokoju, nie mogła powstrzymać śmiechu, czym jeszcze bardziej zdenerwowała swoją matkę. Ruda zaprzysięgła sobie jednak, że Cruzelle prędzej czy później przyjmie ją jako swojego ucznia. Nikt nie był w końcu tak uparty jak ona. Od tego momentu zaczęła trochę rozsądniej planować swoje ucieczki przez okno. Sztyletem od Pavla podważyła jedną deskę i trzymała pod nią linę, rękawiczki i butelkę alkoholu. Niemal codziennie odwiedzała Cruzelle w jej domu i prosiła ją, żeby została jej nauczycielem alchemii. Kobieta, przez początkowych kilka tygodni nawet nie otwierała jej drzwi. Później przepędzała ją zniecierpliwiona przez kolejne tygodnie. Jednak w końcu, zmęczona nieustępliwym nachodzeniem przez Marianne, zgodziła się ją nauczać. Dziewczyna robiła wszystko co jej kazano, sprzątała, gotowała, robiła pranie Cruzelle. Nie miała zamiaru narzekać. Nie, jeśli ceną była wiedza, która może dać jej wolność. Kiedy dom alchemiczki był wysprzątany na błysk i nie mogła nic innego wymyślić nastolatce, kazała jej uczyć się glifów, pisma runicznego, symboli alchemicznych i niektórych symboli astronomicznych. Kiedy dziewczyna powtarzała zapisy, Cruzelle w międzyczasie opowiadała jej o pierwiastkach i związkach alchemicznych i dwunastu podstawowych procesach. O żywiołach, metalach i różnorakich zastosowaniach alchemii w życiu ludzi. O zasadach, których musi się trzymać i przestrzegać. I choć początki nauki teoretycznej, dzięki znajomości metalurgii, medycyny, matematyki, fizyki... i pędzenia bimbru, nie były aż tak trudne, późniejsze kroki takie już się stały. Gdy Cruzelle uznała, że Marianne w końcu opanowała teorię na tyle, by zacząć praktykować, podstawiła przed nią dość dużą, zamkniętą na kilka zamków skrzynię.
- Proszę, to prezent dla ciebie. W środku masz wszystkie sprzęty, które będą ci potrzebne do alchemii.
Dziewczyna uniosła brew, patrząc się na staruszkę. Wyciągnęła dłoń w jej stronę, ostentacyjnie czekając aż poda jej klucz. Cruzelle zaśmiała się tylko z rozbawieniem i pstryknęła ją w czoło.
- Masz otworzyć ją sama. Inaczej lekcje uznam za zakończone.
Dziewczyna zamknęła oczy, czując jak się w niej gotuje. Wstała bez słowa i wyszła, trzaskając drzwiami. Niech ta głupia baba sobie tylko nie myśli, że Marianne się poddała. Musiała po prostu przejść się do kuźni, gdzie wyprosiła u kowali pożyczenie kilku metalowych sprasowanych blaszek i imadła - i choć poświęciła na to cały dzień, zrobiła z nich wytrychy, z którymi wróciła do alchemiczki. Nie miała pojęcia ile czasu zajęło jej otwieranie kolejnych zamków, miała jednak wprawę po otwieraniu co raz to nowych kłódek zamontowanych przy jej oknie. Dlatego kiedy otworzyła wszystkie zamki... Miała wrażenie, że tym razem nie zdoła powstrzymać przekleństw. I faktycznie, nie zdołała. W odpowiedzi słyszała jedynie śmiech Cruzelle. W dużej skrzyni, była druga skrzynia - mniejsza, także zamknięta, a do tego skuta łańcuchem.
- Jak ja jej, kurwa, nienawidzę... - mruknęła pod nosem, czując jak nogi się pod nią uginają. Położyła się na ławie, patrząc się najpierw tylko w sufit, a potem przepełzała wzrokiem po wszystkich fiolkach, słoikach i pudełkach, które stały na półkach. Było ich od groma. Z każdym kolejnym spojrzeniem co innego przykuwało jej oczy. Nagle usiadła gwałtownie, patrząc przed siebie jakby zobaczyła ducha.
- Woda królewska... - szepnęła, odtwarzając w głowie wszystkie kroki, aby ją uzyskać. - Chyba wszystko znajdę... siarka, sól kamienna... - podchodziła do półek, by przypatrzeć się etykietom. - Nitrokalit... - zmrużyła oczy. Związała włosy w kucyk i powoli zdejmowała pojemniki z odpowiednimi składkami. Miała nadzieję, że nic jej nie wybuchnie od razu, bo zamierzała skorzystać ze sprzętu zostawionego tu przez Cruzelle. Potrzebowała kwasu siarkowego, by potem uzyskać kwas solny i azotowy, a następnie... Zabrała się do pracy. W takich sytuacjach całkowicie się odcinała od świata. Skupiła się tylko i wyłącznie na tym, żeby nie zginąć. Nie wiedziała ile jej to zajęło, ale w końcu udało jej się ukończyć wodę królewską, bezbarwną mieszaninę, która miała jej pomóc w otworzeniu skrzyni. Wzięła fiolkę w obcęgi i podeszła do zamkniętego pudła.
- Przysięgam, jeśli znajdę tam kolejną skrzynię, to chyba ją uduszę... - mruknęła, jedną ręką wylewając kilka kropli na łańcuchy, a drugą zatykając nos. Metal jednak pozostał nienaruszony. - Co do...
- To chrom, dziecko. Tak mi się wydawało, że będziesz chciała użyć wody królewskiej, żeby się tam dostać... - usłyszała głos Cruzelle, która stała u stóp schodów i patrzyła na nią z uśmiechem. Co dziwne, nie był to uśmiech przepełniony politowaniem, a raczej satysfakcją. - Żeby roztworzyć chrom, musiałabyś...
I w ten sposób zaczęła się jej prawdziwa nauka alchemii. Cruzelle była wymagającą, ale oddaną nauczycielką. Marianne w trakcie pobierania nauk kilka razy podpaliła swoje ubranie lub włosy, spowodowała niezliczoną ilość wybuchów oraz kilka razy wypiła zatrute wino - zanim nauczyła się odróżniać trucizny na różne sposoby. Cruzelle jednak nie pozwoliła jej umrzeć, zanim nie przekaże jej całej swojej wiedzy. Tak oto trwało jej terminowanie. Specjalnie odmierzone składniki, określona ilość czasu na destylacje, kalcynowanie, ogrzewanie, fermentację, koagulację, związanie, zmiękczanie, sublimację, filtrację, rozpuszczenie, powielenie, projekcję lub ekstrakcje, zasady równoważnej wymiany, setki wybuchów i nieudanych eliksirów, by w końcu, po 16 latach nauki, dorównać swojemu mistrzowi. Cruzelle zachorowała w czasie jej nauki, żadne mikstury i eliksiry nie były w stanie jej uleczyć, zmarła kilka miesięcy po zakończeniu nauk. Marianne w tym czasie prawie z nią mieszkała i zajmowała się z taką troską, na jaką tylko było ją stać. Po śmierci Cruzelle, podjęła decyzję o stworzeniu kamienia filozoficznego i oddania ludzkości możliwości długiego życia. A przynajmniej stworzeniu panaceum. Podobno to były tylko bajki... a jednak w bajkach zawsze kryje się ziarno prawdy.

Problem był jednak taki, że Marianne była jedynaczką, a rodzice nie zdecydowali się na adopcję normalnego dziecka. Matka dziewczyny w końcu straciła cierpliwość w kwestii wyboru przez nią przyszłego małżonka i wzięła sprawy w swoje ręce. Wybrała jej męża i postawiła rudą przed faktem dokonanym. Żółtooka zdusiła w sobie cały opór, który w zniewalającym tempie obejmował jej ciało. Postanowiła udawać zmęczoną uległość. Wiedziała jednak, że nie będzie w stanie prowadzić życia takiego, jak wymyślili to sobie jej rodzice. Dlatego kilka dni przed ślubem, w nocy, spakowała swój najcenniejszy dobytek, wymknęła się przez okno, ukradła konia i odjechała w świat, dochodząc do wniosku, że równie dobrze może żyć z robienia alkoholu, jako wędrowny sprzedawca. Piękny plan na życie, prawda?

Dane gracza: Marianne

Nazwa użytkownika:
Marianne
Ranga:
Błądzący na granicy światów
Martwe postacie:
Płeć:
Kobieta
Status:
OFFLINE
 
 
PW:
Wyślij prywatną wiadomość
Grupy:
Dołączył(a):
N wrz 02, 2018 6:39 pm
Ostatnia wizyta:
Pt paź 12, 2018 5:40 pm
Liczba postów:
13 | Znajdź posty użytkownika
(0.02% wszystkich postów / 0.13 posty dziennie)
Ostatni post:
[Okolice jeziora Doren] Karczma "Pijany alchemik"
N wrz 23, 2018 8:58 pm
Najaktywniejszy w dziale:
Równina Drivii
(Posty: 11 / 84.62% postów użytkownika)
Najaktywniejszy w wątku:
[Okolice jeziora Doren] Karczma "Pijany alchemik"
(Posty: 11 / 84.62% postów użytkownika)
cron