Profil użytkownika Zgniłek

Avatar użytkownika

Ogólne

Potęga:
Imię: Zgniłek, "Złek", dawniej Shuotolei
Rasa: przemieniony z leśnego elfa
Wiek: 45


Aura

Na pewno możesz mieć problem z wyczuciem tej aury - jest niezwykła w swej prostocie, ale przy tym słaba i naznaczona naturalną niechęcią do bycia odczytywaną. Ale nie dziwmy się jej - kto chciałby aby mu przeszkadzano, gdy błogo tonie we wszechobecnym złocie o odcieniach tak rozmaitych jakby była to cała gama barw? Ten kolor zniewala, otumania i przytłacza; gdyby wraz z całą emanacją był wyraźniejszy to prawdziwym wyzwaniem byłoby go znieść - chyba, że także kochasz złoto? Lubisz? Wszelkie kosztowności? Ale czy na pewno TAK bardzo? Bo tutejsze skarby są udostępniane tylko najbardziej wytrzymałym i pazernym duszyczkom. Na chwilkę. Chwilulunieczkę. A teraz łapki precz! Jeżeli nie zniechęci Cię szorstka, mało kusząca powierzchnia to może wymownie bursztynowa poświata raczy wskazać Ci kierunek do wyjścia? Będzie się wić ostrzegawczo, a Ty poczujesz w ustach delikatną słodycz i lekko kwaskową nutę oraz nie dającą się zagłuszyć pikanterię. Gryzie w język, nieprawdaż? Zapach też gryzie, lecz w nozdrza - jest trudny do opisania, raczej wyjątkowy, ale jednoznacznie kojarzący się z gniciem lub psuciem się czegoś… obcego. Nadal chcesz więcej? Dookoła słychać tylko ciszę, ale możesz dalej polegać na dotyku. Nie znajdziesz tu nic zabójczo ostrego, choć i tak powinieneś uważać. Wszystko dookoła jest ni to twarde ni miękkie, jakieś takie nijakie. Za to giętkie i ruchliwe jak spętlone stado wężyków. Gdzieniegdzie ich łuski są suche, inne miejsca zaś oblepia tajemnicza, mocno kleista wydzielina. Czy to jest…? Brrr! Lepiej już uciekaj. No już, sio! Pa pa. I nie zapomnij zostawić napiwku!


Wygląd

Do jasnej... Czy oczy mnie mylą, czy może ktoś stroi sobie ze mnie jakieś żarty? Widzę przecież, ale oczom nie wierzę. Jakiś potworek przemyka wśród mych dostojnych gości. Od razu widać, że tu nie pasuje. Ma wyblakłoniebieski płaszcz, spod którego wystają dwie krótkie nóżki obute w długie do kolan czarne buty na klamry. Przebiera nimi szybko i jakoś tak... niezgrabnie. A jednak gdy zamykam oczy to nie ma możliwości, bym usłyszał jakiekolwiek tupanie. Myśli, że go nie widać, ale to po prostu ludzie nie zwracają na niego uwagi. Na ten mały kształt, którego wzrost z pewnością nie przekracza 4 stóp (ok.120 cm). Dzieciak, to musi być jakiś dzieciak... Elfi w dodatku, bo z narzuconego na głowę kaptura wystają mu pokaźne – nawet dość nietypowo długie – spiczaste uszy (Zasłużyly na specjalne otwory w nakryciu głowy). W każdym z nich po jednym okrągłym kolczyku. Tylko... Niech ja sobie przypomnę... Który z elfów ma taki kolor skóry? Zgniłozielony! Chyba żaden... No i ten kot. Rzuca się przecież w oczy. Jest rudy i dumnie siedzi na małym, sztywnym plecaku tego przemykającego cienia. Cienia czego? Samego siebie?
Nagle się odwaraca i to co widzę wybija mnie jeszcze bardziej z rytmu. Elf to z pewnością nie jest. Nie jest też... Właściwie nikogo nie przypomina w pełni. Duże żółte oczy z pionowymi źrenicami w kolorze kory świerku. Czarne włosy, nierówno ścięte pewnie sięgają nieco za ramiona. Niewielki nosek oznaczony jest kolejnym kolczykiem... Na co mu ten metal? Skoro nie przypomina żadnej inteligentnej rasy, to może jest zwykłym zwierzęciem, bestią, na którą się poluje za odpowiednią sumkę? Nie, to niemożliwe. Za dobrze sobie radzi. Choć, kiedy widzę jak się do mnie uśmiecha ciarki przechodzą po plecach i szczerze mam ochotę wysłać go w czeluście najgorętsze. Usta, jakieś takie nienaturalnie szerokie, choć warg prawie nie widać. Najgorsze jednak dostrzegam, kiedy je otwiera. Szczerzy się do mnie rząd trójkątnych kłów, z pewnością ostrych jak brzytwy, a gdy nagle podchodzi do mnie i otwiera buzię, ze środka wysuwa się wąski, różowy język... węża? Czyżby był eugoną? Ale gdzie gady na głowie, gdzie ogon pokryty łuskami zamiast nóg? Nie, to nie może być eugona.
- Hej, pseprasam. Mas jakies bandaze? Łuski mi odpadają.
I demonstruje kolejny argument za wężopodobną istotą. Unosi bandaż, którym pokryte jest najwidoczniej całe jego ciało. Pod spodem widzę plamę łusek. Opatrunkami musi je zakrywa. Nawet na twarzy. Najwięcej bandaży ma na szyi, dekolcie, rękach, potem usłyszałem, że też na piszczelach. Jak się później dowiedziałem jest to również kwestia praktyczna i higieniczna. Zabezpiecza losowo rozmieszczone punkty rogowych płytek przed odpadnięciem w nieodpowiednim momencie i osłania je przez zakażeniami, które mogą się wdać, dopóki nie pojawi się nowa wężowa skóra. Dziwna to sprawa.
Wykorzystuję chwilę by przyjrzeć się mu dokładniej. Pod płaszczem ma na sobie ciemnoszarą tunikę z pasem na biodrach. Do pasa poprzyczepiane ma kilka kieszeni. Gdy go później straże chwycą w obie ręce, wyczują też umocowane wytrychy, z tyłu pod odpowiednimi szlufkami i dwa lekko zakrzywione sztylety – z ostrzami długości niecałej dłoni właściciela. Na szyi – zwykle ukryty pod ubraniem – złoty medalion. Jest w kształcie liścia lipy i to drzewo też jest wygrawerowane. Na palcach szybko dostrzegam kilka losowych pierścieni – 3 szerokie ze złota, z czego jeden ma na środku 3 malutkie czerwone diamecniki. I jeszcze dwa cieniutkie ze srebra, bez dodatków, lecz ładnie ozdobionych drobnymi wzorami. Poza tym na nogach ma czarne, nieco luźne spodnie. I tyle.
Na tym kończą się moje oględziny, bo raptem orientuję się, że gdzieś zniknęły mi trzy dolne guziki kamizelki. Były śliczne. Złote i w kształcie różyczek. Gdy znów unoszę głowę na nieproszonego gościa, ten jest już znowu w tłumie i najwidoczniej zmierza do wyjścia.
- Łapać małego! – krzyczę i wkrótce mogę znów przyglądać się temu dziwnemu stworzeniu, lecz już poza moją posiadłością. Leży na bruku i wyraźnie oburzony zbiera dłońmi o długich paznokaciach, które przypominają pazury, jakieś drobiazgi. Wkrótce bierze jeszcze bardziej zniesmaczonego kota pod pachę i szybkim krokiem znika w mroku nocy.


Charakter

Zgniłek to chochlik szczególny. Szczególny, bo jego upodobania i sposób bycia nieraz przypominają krasnoludzkie. Problem w tym, że tak naprawdę nie jest on ani jednym, ani drugim. Chomikiem też nie jest, choć w swym nałogowym zbieractwie rzeczy wartościowych, gromadzonych po kryjomu przed stróżami prawa, może go czasem przypominać.
Jak można go więc odpowiednio nazwać? Elfem? Lecz gdzie dostojność i wrażliwość, z których znana jest ta rasa? Chyba wyłączniew momentach, gdy jest sam na sam ze swym dumnym towarzyszem. Sugerując się wyglądem – może eugona? Lecz gdzie animusz, agresja, powaga? Hm, właściwie nie można powiedzieć że ich brak. Wszczepiona natura węża czasem się odzywa.Wszystko jednak ma swój odpowiedni, zgniłkowy wymiar. Na przykład wspomniana odwaga. Nie można powiedzieć, że mu jej brakuje. Uliczne życie pozbawia takiej możliwości. Potrzeba śmiałości, by zadzierać z silniejszymi i walczyć o swoje dobro. Tak więc... Złek jest bardzo odważny. Gdy w grę wchodzą własne interesy, potrafi stanąć twarzą w twarz nawet z rozwścieczonym smokiem. Niemniej, gdy szala zwycięstwa przechyla się na niewłaściwą stronę – szybko bierze nogi za pas. I takiego często go ludzie widują. Może to zresztą i dobrze, bo później nie przewidują kryjącego się w małej główce sprytu, inteligencji... Przebiegłości. Dzięki nim opracowuje każdy ze swoich planów walki o życie i wyciągania z życia jak największej ilości przyjemności.
A jest wiele rzeczy, które Zgniłek lubi. Dzięki nim próbuje zapomnieć o własnej ponurej naturze, trudach życia i niesprawiedliwości świata, którą sam utrwala. Jeśli więc, z jakiegoś dziwnego powodu, będziesz chciał sprawić tej małej istocie przyjemność, zapamiętaj co następuje: Zgniłek uwielbia jeść. Najchętniej cały czas by coś podjadał. Najlepiej mięso i owoce leśne. Dlatego też, zawsze w swoim plecaczku ma jakieś zapasy; Hazard również jest wspaniały. Tak ekscytujący, odrywający od rzeczywistości i potencjalnie łatwo wzbogacający grającego. Najelpiej jest, gdy się oszukuje. Szulerstwo pierwsza klasa. Oczywiście, do momentu, gdy ktoś go nie nakryje. Może więc jednak... Szulerstwo druga klasa. Zgniłek chwyta się tego „sposobu grania”, bo nie potrafi przegrywać. Wpada wtedy we wściekłość, uwalnia się w nim agresja eugony, lub małe dziecko – może się obrazić i nie odzywać przez najbliższych kilka dni. Z reguły jednak tego się nie widzi, bo znika z pola walki; Picie również jest wspaniałe. Alkoholu, oczywiście. Gdy trafi się na dobre towarzystwo trunki leją się strumieniami, do momentu, gdy... gdy już nie może. W całej swej wytrwałości na ból fizyczny i okrutność świata, Zgniłek ma słabą głowę. I czasem wynikają z tego... interesujące historie; Świetną rzeczą jest również mówienie. Dużo i namiętnie, zwykle rzeczy zmyślonych lub zasłyszanych... Byle się wygadać, byle ktoś cię słuchał, byle było miło. Choć zwykle jest ponury i milczący, to gdy już nawiąże z kimś kontakt potrafi być wręcz irytująca gadatliwy. Żeby chociaż z przyjemnością słuchało się jego głosu. Ale nie! Ten dźwięk jest wysoki i niecho chropowaty. Brzmi trochę dziewczęco, czy może jak głos chłopca przechodzącego mutację, ale chrypka sprawia, że nie myślisz o nim, jak o normalnym dzieciaku. Na domiar złego ma problemy z wymową. Wiąże się to z etapem jego życia, spędzonym w pałacu naukowca. Mówił do niego w niezrozumiałym języku dalekich krain. Wkrótce nauczył się znaczeń poszczególnych słów i sam też nimi posługiwać, jednak problem z gramatyką pozostał i przeniósł się na pozostałe języki. Zgniłek posługuje się wspólną mową bardzo sprawnie, jednak jego skladnia i wymowa pozostawia wiele do życzenia. Nie wymawia „cz”, „dż”,„sz”, „ż”. Czasem jednak zniża głos i upodadnia do mowy węży – robi się cichy, mniej zadziorny, przeciąga syczące spółgłoski i nagle wydaje się bardzo poufny. Robi to wówczas, gdy chce zrobić na kimś wrażenie. Lub pokazać, że potrafi być niebezpieczny! Niczym wspomniany gad; Poza tym Zgniłek uwielbia żarty. Najczęściej, gdy może komuś spłatać kilka, niewinnych figli... Kończących się często odsiadką za kratkami, ale i tak niezwykle kuszących; Przede wszystkim jednak najprzyjemniejszy jest widok złota. Cudownie mieniące się w blasku pochodni czy słońca, nadające mieszkowi fantastyczny ciężar i obdarowujący świadomością bycia bogatym. O tym nie należy zapominać. Jeśli lubisz Zgniłka, oddaj mu swój najcenniejszy pierścień, a będzie cię kochał całym swym sercem i może nawet zaufa. A o jego zaufanie nie jest prosto. Choć czasem wydaje się naiwny przez nieznajomość zawiłości relacji międzyludzkich. Takich szczerych, kosmicznie popularnych wśród normalnych istot.
Czy coś jeszcze można powiedzieć na temat tej dziwnej istoty? Z pewnością wiele... Na przykład o jego słowie honoru. Gdy ci je da, gdy już sie z tobą w jakiś sposób zwiąże, to możesz być pewien, że dotrzyma swej obietnicy.
Wiele jeszcze można by pisać, wieloma słowami go określać, próbować zaszufladkować... Ale właściwie czy jest to niezbędne do życia? Zgniłek to Zgniłek, już nie Shutolei, choć bywają momenty, gdy tęskni za dzieciństwem. Teraz jednak skazany jest na życie złodzieja, z którego w końcu nauczył sie czerpać szaloną przyjemność.

Atrybuty

Krzepa:Niezbyt silny, Wytrzymały,
Zwinność:Niezwykle zręczny, Szybki, Precyzyjny,
Percepcja:Wszechsłyszący, Wyostrzony węch, Przytępiony smak, Przytępione czucie,
Umysł:Ineligentny, Słaba wola,
Prezencja:Brzydki, Nieokrzesany,

Cechy specjalne

Każdego poranka nowa skóra [S]Elfia eugona. Niedokończony, nie do końca udany eksperyment. Wszczepiane tkanki wężowego stworzenia pozostały w chłopięcym ciele i na zawsze je odmieniły. Choć od czasu ostatniej modyfikacji minęło już wiele lat, organizm wciąż walczy z niepożądanym intruzem. Objawia się to czymś, co zaobserować można u zwykłych przedstawicieli gadów, jednak w nieco uciążliwszej formie – zrzucaniem skóry, a konkretniej tej pokrytej łuskami. Jednak, jako że te pojawiają się tylko w niektórych miejscach na ciele, proces „odnowy” bywa kłopotliwy. Kiedy stare łuski zużyją się – a dzieje się to szybciej niż u normalnych węży, przez nieustanną walkę elfiego organizmu - nową warstwę zapowiada szczególna wydzielina, która po pewnym czasie znika, ustępując miejsce nowym łuskom. Cały cykl zachodzi... każdego dnia Z tego też powodu Zgniłek nieustannie nosi na ciele bandaże – umieszczone na skórze porośniętej łuskami. Mają one na celu powstrzymanie starej skóry przed odpadnięciem w niepożądanym momencie i ochronę przed zakażeniami, które w tym momencie mogłyby się wdać.
Solidarność węży [Z]Poza Tritonem, Zgniłek nie ma przyjaciół. A jednak, można go zobaczyć w grupce innych żyjących - węży. Nie to, żeby go szczególnie lubiły, w końcu nie jest nawet w pełni eugoną, jednak solidarność zobowiązuje. Gdy tylko usłyszą charakterystyczne syczenie, gromadzą się wokół niego i czasem nawet pomogą. Można wtedy usłyszeć jak rozmawiają od czasu do czasu - tylko i wyłącznie usłyszeć, bo komunikacja telepatyczna z gadami, nie jest tą cechą, którą Zgniłkowi dane jest używać.
Nie mów szeptem - i tak cię usłyszę [D]Cechy elfa i eugony nałożyły się na siebie potęgując m.in. zmysł słuchu. Zgniłek słyszy dużo. Bardzo dużo. Czasem nieznośnie dokładnie, tak, że jeśli ma gorszy dzień i chaos w myślach, to nie potrafi zasnąć. Niemniej... Nie określa tego skazą, bo jak się okazało, tak niezwykły słuch może nieść też wiele korzyści. W pracy złodzieja, informatora, czy zwykłym miejskim życiu. Także, nawet jeśli postanowisz go obgadywać z drugiego końca karczmy, nie łudź się, że nie poniesie to żadnych konsekwencji.
Po co chorować, gdy można balować? [D]Chorowanie to strata czasu. Większość elfów wychodzi z takiego założenia. A przynajmniej ich odporne organizmy. Zgniłek rzadko kiedy choruje, choć z pewnością groźniejszy wirus, zaraza szerząca się w mieście, nie ominęłaby i jego - bez odpowiednich środków ostrożności. Poza tym choroby układu nerwowego to już inna para kaloszy. Nawet te normalne, odporne elfy mogą łatwo na nie zachorować.
Coś tu śmierdzi odmieńcem [Z]Cechy rasowe: Zgniłek został przemieniony. Najprościej ujmując to właśnie mu się przydarzyło. A w życiu bywa jakoś tak, że proces ten łączy się z pewnymi stałymi cechami. Choć sam przemieniony jeszcze o tym nie wie, to o ile nikt go wcześniej nie pozbawi życia, charakteryzować się będzie długowiecznością. Na zbieranie świecidełek ma więc bardzo dużo czasu. Na dodatek, podobno ma bardzo słabo wyczuwalną aurę. Co prawda w tym musi uwierzyć innym wrażliwcom na słowo, ale trzeba przyznać, że bardzo mu to pasuje. Nie mając żadnych zdolności magicznych, dzięki którym mógłby potencjalnie śmierdzącą na kilometr aurę ukrywać, taki zbieg okoliczności, pasuje wręcz idealnie. Jest jeszcze jedna rzecz, która przydarza się mu bardzo rzadko, a jednak nie wolno jej pominąć. Jak większość przemienionych Zgniłek czasem... traci swoją fizyczność. Nagle staje się postacią półeteryczną. Bywa to praktyczne, gdy trzeba szybko skądś uciekać. Gorzej, jak perły, które włąśnie trzymasz w dłoniach, nagle rozsypują się po podłodze.

Umiejętności

Przetrwanie [P] Cóż, przetrwać trzeba umieć nawet w miejskiej dżungli, w czym Zgniłek jest już naprawdę dobry. Jeśli jednak rozumieć tę umiejętność bardziej klasycznie, wystarczy powiedzieć, że wyrzucony z miasta Zgniłek przetrwa kilka dni. Tyle, by dotrzeć do kolejnego. Najlepiej odnajduje się w lasach, gdyż w dzieciństwie w jednym z nich mieszkał. Potrafi więc rozpalić ognisko, sklecić szałas czy znaleźć inną naturalną kryjówkę. Zna się mniej więcej na tym co zielonego może zjeść, choć głównie jednak poluje.
Polowanie [W] Do wyrobienia tej umiejętności skłoniły go dwa czynniki: zwyczajny głód i agresja tej jego części, która została mu wszczepiona. Poluje na małe zwierzęta, głównie używając własnego ciała - zębów, twardych jak pazury paznokci, zębów… I sztyletów, gdy woli być nieco bardziej cywilizowany. Czasem zastawi pułapkę.
Czytanie [P] Od razu trzeba przyznać, że nigdy nie szło mu to najlepiej. O wiele lepiej przyswaja informacje zasłyszane. Niemniej, miał kilka lekcji i rozumie sens ogłoszeń czy też niezbyt skomplikowanych książeczek.
Walka sztyletami [W] Jest to jedyna broń, poza łukiem z dzieciństwa, którą uczył się posługiwać. Dwa odpowiednio małe ostrza, idealne dla jego sposobu życia, poruszania się i postury. Jednak, podczas gdy z łuku w ogóle już nie korzysta, tak sztylety przydają się dość często. Używa ich głównie z zaskoczenia lub by podkreślić wagę własnych słów. Nie ma jednak do czynienia z wieloma otwartymi walkami, toteż mistrzem w ich używaniu nie jest. Z pewnością jednak zna się na rzeczy. I to mu wystarcza.
Otwieranie zamków [M] Dobry kolekcjoner musi wiedzieć, jak zdobyć upragnione okazy. Czasem są one ukryte za grubymi drzwiami z wielką kłódką lub skomplikowanym zamkiem. Innym razem w malutkich skrzyneczkach. Zgniłkowi sprawia to ogromną frajdę, uwielbia to charakterystyczne kliknięcie pina i poczucie, że właśnie odkrywa się czyjąś tajemnice. Uczył się podstaw od bardziej tolerancyjnych mieszkańców ulicy, a później doskonalił się sam.
Skradanie się [M] Cóż, na tym polega jego życie. Żeby jeść musi kraść. Skradanie się musiało mu wejść w krew. Kiedy nie ucieka, to się skrada. Nawet jego zwykły chód wygląda często jakby był ukrywaniem się. A to dlatego, że Zgniłek nie chce się rzucać w oczy, o ile w danym momencie nie jest do potrzebne.
Szulerstwo [O] Zaczęło się od ciekawości. Chęć sprawdzenia jak przebiegłym się jest, wkrótce zamieniła się w przyjemność. A gdy zaczęło to przynosić zyski, stało się również sposobem na życie.
Uniki [W] Jeśli już dojdzie do starcia elfia eugona ma zwykle niewiele szans na skuteczny atak. Ratuje się jednak szybkością, refleksem i zwinnością, unikając wymierzonych ciosów.
Warzenie mikstur [W] Oj, napatrzył się w swoim życiu na ten proces. Jego porywaczka i oprawca znali się na tym doskonale. Zgniłek najbardziej zaznajomiony jest z efektami najbardziej przerażających mikstur, w końcu wszystkie sporządzone przez mistrza z Nanher trafiały do jego żołądka, by po wchłonięciu osiągnąć pożądane, trwałe zmiany w organizmie. Często były przygotowywane, modyfikowane w jego obecności, zresztą nawet, gdy ich receptura miała pozostać tajemnicą, chłopakowi nie sprawiało problemów zakradnięcie się do laboratorium, by zobaczyć, co go niedługo czeka. Dlatego dobrze znane mu są usprawniające organizm, wzbudzające negatywne emocje lub niszczące pożądane tkanki. Nie oszukujmy się jednak – nie jest alchemikiem. Nie miał wielu okazji przyrządzenia takowych mikstur. Niemniej teorię przyswoił doskonale. Większe doświadczenie ma w innego rodzaju miksturach – leczniczych, uspokajających, wzmacniających i przede wszystkim spowalniających proces obumierania tkanek – głównie jego własnych. Te często musi sobie sam przyrządzać, więc teoria podejrzana w laboratorium i wyuoczona przez porywaczkę nie poszła na marne.
Majsterkowanie [O] Naturalna kolej rzeczy. Gdy mieszkasz sam, nie stać cię na kupno pewnych sprzętów lub ich naprawę, trzeba nauczyć się robić to samodzielnie. Dodatkowo przydatne przy wytwarzaniu własnych wytrychów, sporządzaniu pułapek czy przerabianiu zwykłych przedmiotów na przydatne przy iluzji, kłamstwie i stwarzaniu pozorów.
Gotowanie [O] Nie można w końcu jeść tylko surowego mięsa i ziemniaków prosto z pola. Zgniłek na swym małym palenisku potrafi zrobić całkiem smaczne danie jednogarnkowe. Co więcej, ma się za smakosza. Triton często polemizuje jednak z jego talentem.
Pływanie [P] To wszystko przez tego kota. Któregoś razu w swej miłości do wody wypłynął za daleko. Nie miał siły już wrócić. Więc trzeba było w ciągu kilku sekund nauczyć się pływać. Całe szczęście pamiętało się coś dzieciństwa. Szkoda tylko czasu, który potem trzeba poświęcić na zmianę bandaży. Ten kot naprawdę nie myśli. A jeśli już to tylko o sobie.
Wspinaczka [P] Po budynkach, murach, drzewach. Byle jak najdalej od niebezpieczeństwa na ziemi. Przydatne w ucieczkach.
Sztuczki z monetami [W] Jest moneta. Nie ma monety. Trochę iluzji i dzieją się cuda, którymi może zabawić. Choć zdecydowanie bardziej gapie wolą sztuczkę z pomanżaniem pieniędzy. Szkoda tylko, że nie dla nich.

Magia

Nie potrafi używać magii.

Magiczne przedmioty

Towarzysz

Triton
Triton to kot nie byle jaki. Poznać to można już na pierwszy rzut oka. Niewielkie kocie ciałko, któremu objętości nadaje wyłącznie długie i mięciutkie futerko, widocznie wyróżnia go spośród innych kotów. Triton ma tego świadomość i z dumą obnosi się ze swoją odmiennością. Ta przede wszystkim objawia się w postaci uszu, a właściwie ich formie – nie przypominają bowiem kocich, bardziej można by je określić „króliczymi”. Dodatkowo zastanawiające mogą być jego wibrysy nad oczami - nienaturalnie wręcz gęste i długie, co wraz z wiecznie niezadowoloną miną i groźnym spojrzeniem turkusowych oczu nadaje kotu iście władczy wygląd. Co ciekawe, wydaje się, że mogą mieć one związek z drobinkami widocznej magii otaczającej delikatnie kocią postać. Szczerze mówiąc, Zgniłek sam nie jest pewien co ona oznacza, ale podejrzewa, że jest dowodem na niezwykłe zdolności towarzysza – tylko jeszcze nie wie jakie.
Poza tym jednak wygląda jak zwykły kot, choć z pewnością nie dałby się wmieszać w szeregi pospolitych dachowców. Wspomniane długie i bardzo miłe w dotyku futro przybrało barwę rudą z jaśniejszymi, miejscami białymi, pręgami i tym samym kolorze na brzuchu.
Kto wie, może geneza takiego wyglądu sugerowała się charakterkiem zwierzaka? Być może wygląd postanowił odzwierciedlić kocią osobowość? No, może z jednym wyjątkiem. Choć kot wielki jest duchem, to rozmiarami przypomina raczej kociego nastolatka. Co zresztą odpowiada Zgniłkowi, który dzięki temu z łatwością może wziąć go na ręce, o ile zajdzie taka potrzeba. A z reguły nie zachodzi, bo Triton nie przepada za unoszeniem go. Czuje się jako koci król i na pewno uważa, że nie przystoi mu być podnoszonym przez większych. No, chyba, że w lektyce, lub na plecaku Zgniłka, gdzie też zazwyczaj podróżuje obserwując co dzieje się za jego właścicielem. Nie przepada za samodzielnym przemieszczaniem się brudnymi ścieżkami i chodnikami. Wydaje się to wręcz nieprzyzwoite. Jak przystało na kociego króla.
Triton jest więc dumnym stworzeniem, dość wybrednym i nie cierpiącym, gdy ktoś robi coś bez jego pozwolenia. Także uważaj – jeśli chcesz go pogłaskać, lepiej najpierw go spytaj. Może zrozumie i sam przyjmie odpowiednią pozę, wygodną przy pieszczotach. Ma jednak jedną słabość, której nigdy nie może się oprzeć – wodę. Gdy tylko zobaczy odpowiednio duży zbiornik wodny, od razu się do niego ładuje. Uwielbia pływać, a wygląda przy tym doprawdy dostojnie. Poza tym uwielbia ryby i kocha swojego właściciela dziwną, chłodną i adekwatną miłością kota z laboratorium szalonego naukowca. Stamtąd bowiem pochodzi – z tego samego miejsca, w którym właściciel przeszedł przemianę. I tu doszukiwać się można wytłumaczenia jego wyjątkowości. Najpewniej próbowano mu wszczepić coś króliczego.

Historia

„Widzis, złociutki, kiedyś, wsystko było inacej.” Zwykła mówić elfia eugona do swojego rudego kompana. I na tym zwykle kończyła swą opowieść. Nie opowiadała o sobie zbyt wiele... A właściwie opowiadała, ale rzadko kiedy rzeczy prawdziwe.
Być może dlatego, że prawda często bywa bolesna. I tak też jest w przypadku Zgniłka, czy raczej Shuotolei. Tak bowiem miał niegdyś na imię. W bardzo odległych dla niego czasach, gdy jeszcze był zwyczajnym elfim dzieckiem.
Mieszkał wówczas w spokojnej wiosce położonej na wschodniej granicy Pustyni Nanher, niedaleko Elisii. Nie wyróżniał się szczególnie spośród rówieśników. Był łagodnym, wesołym i bardzo ruchliwym dzieckiem. Nieco niegrzecznym, jak każde w pewnym wieku. Może jedynie znano go z tego, że nie potrafił zrozumieć co złego jest w kolekcjonowaniu. Cudzych rzeczy oczywiście. Te dwa ostatnie czynniki – brak pokory i nałogowe gromadzenie rzeczy ładnych i cennych, doprowadziły go do stanu, w którym znajduje się obecnie. A zaczęło się pewnej gwieździstej nocy...

Shuotolei bawił się z innymi dziećmi. Biegali po lesie wyczyniając cuda, mimo usilnych nawoływań rodziców, by już wrócili do domów. Zabawa była zbyt cudowna, by ją przerywać!
- Jeszcze chwila! – krzyczały maluchy, bo nasz bohater właśnie zaproponował nową, ostatnią zabawę.
- Pobawmy się w chowanego! – powiedział.
Początkowo jego koledzy i koleżanki nie byli przekonani do tego pomysłu. W końcu było już ciemno, a wyszukiwanie kryjówek w lesie o takiej porze nie wydawało się szczególnie bezpieczne. Niemniej, to miała być przecież ostatnia zabawa, a Shuotolei był bardzo podekscytowany. Jak zwykle zresztą. W końcu więc wszyscy się zgodzili.
- Ale, żeby było ciekawiej, każdy z nas weźmie jedną rzecz szukającego. I jeśli on kogoś nie znajdzie, to ta osoba może sobie wziąć tę rzecz.
- Daj spokój! – powiedziała jedna z dziewczynek. – To niesprawiedliwe.
- Dlaczego? Przecież nie będziemy się chować nie wiadomo gdzie. Tylko w pobliżu starego dębu, dobra? Jeśli chowający się będą mieli rzeczy szukającego, to wtedy on będzie chciał je jak najszybciej znaleźć. Nie możemy przecież wrócić zbyt późno.
Dziewczynce się to nie spodobało i wróciła do domu, niemniej cała reszta nie zamierzała stchórzyć. Każdy z nich wziął jakąś rzecz pierwszego szukającego. Chustkę, kamizelkę, bransoletkę, rzemyk... Shuotolei wziął rodowy medalion.
- Przecież i tak mnie znajdziesz, prawda?
Zabawa rozpoczęła się. Wszyscy rozbiegli się w poszukiwaniu kryjówek. Mimo ustalonych zasad, Shuotolei odbiegł najdalej ze wszystkich. Jak się można było domyślić – nie zamierzał dać się odnaleźć i tym samym stracić zdobycz. Pobiegł więc na północ, w stronę granicy lasu. Ukrył się za jedną ze skarp, których tutaj było dość dużo ze względu na bliskość gór.
Słyszał stamtąd bawiące się dzieci. Jedno po drugim było odnajdywane. Wkrótce pozostał już tylko on. Siedział za ziemną ścianą ciesząc się ze swojej kryjówki i medalionu, który już był jego. Słyszał, że szukający się poddaje. Miał więc już wstać, by z tryumfem dołączyć do reszty, kiedy nagle... Krzyknął, gdy coś chwyciło go pod ramiona i wciągnęło do góry.
- Ciiii, maluszku. – usłyszał przerażający szept, tuż przy uchu. – Mamusia nie mówiła, żeby nocą nie włóczyć się po lesie?
Shuotolei wierzgał się rozpaczliwie i chciał krzyczeć, lecz nie mógł, bo jedna ręka wysunęła się spod jego ramienia i zatkała mu usta. Druga obejmowała jego klatkę piersiową i niosła jak lalkę. Na nic zdała się próba wyrwania z uścisku. Ten był żelazny. Mięśnie nawet nie drgnęły. Kiedy młody elf zdał sobie z tego sprawę, rozluźnił wszystkie mięśnie zrezygnowany i nareszcie spojrzał na porywacza... A właściwie porywaczkę. Dobrze zapamiętał ten widok z tamtej nocy. Jej długie jasne włosy, nienaturalnie jasną cerę i oczy – złote i dzikie jak u zwierzęcia. Czaiło się w nich coś trudnego do rozszyfrowania.

Obudził się w jasnym pokoju. Leżał na łóżku naprzeciw dość dużego, okratowanego okna. Widział przez nie niekończącą się złotą pustkę. Piaski Pustyni Nanher.
Pomieszczenie było zimne i surowe, choć komfortowe. Nie został przyjęty jak zwykły królik doświadczalny, którym wkrótce miał się stać. Wtedy miał jeszcze nadzieję, że wkrótce wróci do domu.

Przez pierwsze kilka dni widywał swoją porywaczkę. Była dla niego miła, choć zawsze zdystansowana. Jakby trochę smutna. To były dni, kiedy jeszcze nic się nie działo. Shuotolei siedział całe dnie zamknięty w pokoju, odmierzając czas przynoszonymi posiłkami, napojami o dziwnym smaku i zachodami słońca. Wtedy zasypiał i śnił o rodzinie.
Ale którejś nocy został wybudzony. Sługa kazał mu iść za nim. Wyszli więc na ciemny korytarz, słabo oświetlony pochodniami, a potem długi czas schodzili schodami coraz niżej. Szli powoli. Shuotolei nie był w stanie stawiać pewnych i szybkich kroków. Już od jakiegoś czasu odczuwał dziwne bóle w żołądku i klatce piersiowej. Na dodatek kręciło mu się w głowie, a skóra swędziała. W końcu doszli do poziomu, gdzie nie było już okien, tylko niewielkie kanały zapewniające wentylację. Shuotolei czuł zimno i coś niepokojącego przenikającego jego skórę i kruche kości. Podświadomość słusznie wyczuwała co się szykuje. Wkrótce stanęli przed mocnymi, okutymi żelazem drzwiami. Gdy otworzyły się, elf po raz ostatni spróbował uciec. Na darmo.
Zaczęło się łagodnie. Mężczyzna, którego elf widział po raz pierwszy, dokładnie go badał i kazał wykonywać dziwne zadania. Sprawdzał go. Potem podawał napoje - różne: ciepłe, zimne, gorzkie, słodkie, kwaśne i łagodne. Wszystkie smakowały trochę jak wino, ale zdecydowanie nie były nim w czystej postaci.
Chłopiec szybko zaprzestał oporu. Poddał się temu dziwnemu, postawnemu mężczyźnie, z ogoloną głową i krótką brodą. Był nawet miły, ale robił rzeczy, których nie sposób było zrozumieć. Nawet to przestało się liczyć po kilku miesiącach. Wtedy po raz pierwszy go skrępowano. Było to pewnej jasnej nocy, pierwszej spośród nadchodzącego tysiąca nieprzespanych.
Naukowiec znów podał mu jakiś napój. Zrobiło mu się po nim błogo i sennie. Zasnął, a gdy się przebudził, zrozumiał, że nie powinien był.
Leżał przypięty pasami do stołu, który tyle razy już widywał. Nie mógł się ruszyć, widział jak przez mgłę. Chciał krzyczeć, ale nie był w stanie. W pewnym momencie rozpoznał jasne plamy. Nabrały konturów. To była ona. Porywaczka. Już od tak dawna jej nie widział. Mimo że go tu sprowadziła, jej obraz zdołał się nieco wyidealizować przez te kilka dni na początku. Była dla niego dobra, rozmawiała z nim... miała kontakt ze światem spoza pałacu. Teraz jednak rozpoznał jej zmieszaną, trochę przerażoną twarz. Miała na sobie dziwne ubranie. Szybko usunęła się z widoku.
On nie śpi!
Wtedy nad Shutolei pojawił się on. Naukowiec. Również miał na sobie dziwne ubranie, a na nosie okulary. Zaś w dłoni...
Elf poczuł, że coś jest nie tak. Wtedy po raz pierwszy wszczepiono mu obce tkanki. Tkanki eugony.

Naukowiec pragnął stworzyć doskonalszą wersję eugony. Wężopodobnej istoty ukrytej w ciele elfa. Chciał stworzyć nową rasę, która słynąć będzie dowodem na to, że niemożliwe może stać się rzeczywistością. Nie wyszło mu. Nie do końca. Stworzył raczej nieidealnego mieszańca.

Kolejne operacje, kolejne przekształcenia, kolejne wszczepy... Lata mijały, a on zaczął dorastać. Jego ciało zmieniało się. Nie rósł jednak jak inne dzieci. Od czasu operacji kości nie wydłużyły się ani o centymetr, a głos jakby miał na zawsze pozostać na etapie mutacji. Gdy wypadły mu mleczaki, na miejscu zębów stałych pojawiły się ostre jak brzytwa kły. Wkrótce przyszła pora na oczy, wyostrzenie i przytłumienie odpowiednich zmysłów i szereg innych zmian. Jednak to dopiero zieleniejąca skóra ukazała czym w rzeczywistości jest Shuotolei. Plamy stwardniałej skóry pokrywającej się każdego ranka nowymi łuskami jasno dały wszystkim do zrozumienia, że coś naprawdę jest nie tak jak. Chłopiec był nieudanym eksperymentem. Królikiem doświadczalnym o zbyt silnym organizmie. Jego ciało jednocześnie przyjmowało zmiany nie uśmiercając elfa, lecz również nie akceptowało ich i próbowało się pozbyć – powrócić do pierwotnego stanu. Na daremnie. Próby naznaczone były jedynie bólem i nie przynosiły żadnych efektów. Mężczyzna już się o to postarał.

Wtedy Shuotolei był już zupełnie inną osobą. Przywykł do myśli, że jest skazany na wieczne więzienie i cierpienia. Jedynymi chwilami wyzwolenia były odwiedziny porywaczki. Znów zaczęła go odwiedzać, jednak nie traktowała już tak dobrze jak poprzednio. A jednak gdyby nie miała dobrych zamiarów, nie odwiedzałaby go ze stosami książek, by uczyć czytać. Szło mu to opornie, więc opowiadała mu również historie o wielkim świecie... Wkrótce po kryjomu zaczęła zabierać go do laboratorium, by tam uczyć przygotowywania mikstur, którymi mógł uśmierzyć swoje cierpienia. Tak minęło ponad 20 lat. W ostatnich tych latach, kobieta zaczęła uczyć go walczyć. Do żadnej z nauk nie przykuwała większej uwagi, bo też często nie było jej w pałacu. A jednak wyraźnie chciała zapoznać go z wieloma przydatnymi dziedzinami... Kiedy Shutolei miał ok. 30 lat zrozumiał dlaczego.
Porywaczka przyszła do niego, kiedy tylko słońce zniknęło za horyzontem. Miał właśnie zażyć środki nasenne, kiedy ona z szaleństwem w oczach, wyrwała mu je i rzuciła w ręce plecak.
- Ubieraj się. Wychodzisz stąd. – rzuciła i zniknęła za drzwiami.
Poprowadziła go korytarzami, o których istnieniu wcześniej nawet nie miał pojęcia. Otwierała drzwi za pomocą dużego pęku kluczy. I wkrótce... Znaleźli się na zewnątrz.
Shuotolei już nie pamiętał jakie to uczucie mieć NAPRAWDĘ do czynienia z przestrzenią. Czuł się dziwnie i nie do końca był w stanie pojąć co się właściwie dzieje. Czuł tylko, że jeśli zostanie mu to odebrane, to już nigdy więcej niczego nie poczuje. Ale tak się nie stało. Porywaczka ukucnęła i podniosła go do góry. Chwyciła jak dziecko, nie jak lalkę, i ruszyła przed siebie.

Tak oto Shuotolei znów był wolny. Choć właściwie imię to już dawno przestało być aktualne - z momentem przekroczenia progu pałacu. Dopiero, gdy kobieta zatrzymała się, elf poczuł, że jego marne życie, właśnie wkroczyło na nową ścieżkę.
Spojrzała na niego swoimi złotymi oczyma. Widział w nich żal i dziwną zaciętość.
- Nie przeżyłbyś kolejnej operacji... – powiedziała, po czym otworzyła jego plecak, a ze środka wysunęła się ruda, oburzona główka.
- On zresztą też.
I tyle. Patrzyła na niego jeszcze przez chwilę, a on na nią nie wiedząc co powiedzieć. Tak się rozstali. Kobieta zniknęła równie nagle, jak miała w zwyczaju się pojawiać.

Co miał zrobić ze sobą chłopiec – bo czym dla elfa jest 30 lat? – nie wiedzący jak funkcjonować w społeczeństwie? Bez opieki, wsparcia, bez punktu zaczepienia, żadnego pomysłu na siebie. Co zrobić miała niewielka istota, na którą patrzono z obrzydzeniem i wyśmiewano na ulicach?
Początkowo spał na ulicy i żebrał, licząc na jakiś znak z góry. Żaden jednak nie nadszedł. Zaszył się więc w opuszczonych zabudowaniach na obrzeżach miasta, a tam polował na drobne zwierzęta i podbierał wyrzuconą żywność i ubrania. Wkrótce jednak odkrył, że stać go na o wiele więcej. Jego elfie umiejętności, dodatkowe wężowe przekleństwo, własne talenty i nauki porywaczki okazały się skarbem, dzięki któremu mógł żyć. I to w całkiem dobrych warunkach.
Zgniłek – bo tak zaczęto go nazywać w Elisii – zaczął kraść. Początkowo tylko zawartość kieszeni przechodniów, ale potem odkrył, że potrafi więcej. I zaczęło mu to sprawiać dziwną satysfakcję. Elfia eugona wyrabiała sobie imię, choć tak naprawdę nigdy nie traktowano jej poważnie. Obrzydliwego mieszańca, o uśmiechu jak z koszmarów, głosie nieraz zbyt dziewczęcym i irytującym, i 4 stopach wzrostu. Mimo to w żartach zapraszano go do swoich przybytków - czy też sam nagle się w nich pojawiał – lub do karczemnych stołów. Szybko okazywało się, że z takim podejściem można wiele stracić. Wiele ładnych, cennych przedmiotów. I choć często wychodził z siniakiem na głowie, lub lądował na niej wyrzucony przez okno, to trzeba przyznać, że zapewnił sobie porządny – jak na ulicznika – byt. Dzięki temu, ostatecznie zrozumiał czym jest jego istnienie - piekielnie dobrą komedią, smaczną jak dobrze wypieczony królewski bażant. Farsą o gnijącym entuzjaście złota i kocim królu.

Dane gracza: Zgniłek

Nazwa użytkownika:
Zgniłek
Ranga:
Zbłąkana Dusza
Inne Postacie:
Kerhje, Smilla, Eldrizze, Umm, Øra, Ophelia,
Martwe postacie:
Status:
OFFLINE
 
 
PW:
Wyślij prywatną wiadomość
GG:
3358059
Grupy:
Dołączył(a):
So lut 03, 2018 12:30 pm
Ostatnia wizyta:
So lip 14, 2018 6:30 pm
Liczba postów:
8 | Znajdź posty użytkownika
(0.01% wszystkich postów / 0.05 posty dziennie)
Ostatni post:
Lodowce się nie topią, lecz okrywają złotem.
Wt cze 12, 2018 5:46 pm
Najaktywniejszy w dziale:
Ekradon
(Posty: 6 / 75.00% postów użytkownika)
Najaktywniejszy w wątku:
Lodowce się nie topią, lecz okrywają złotem.
(Posty: 6 / 75.00% postów użytkownika)

Podpis

cron