Oglądasz profil – Yukine

Awatar użytkownika

Ogólne

Godność:
Yukine
Rasa:
Anioł Światłości
Płeć:
Nieokreślono
Wiek:
101 lat
Wygląda na:
0 lat
Profesje:
Majątek:
Sława:

Aura

Aura ta niezwykle wyraźna znajduje się w ciągłym chaosie. Widać to już po pierwszych ruchach przemieszczających się barw. Kłębowiska srebra szaleją jakby zamknięte w idealnie gładkiej kuli. Tli się tutaj także żelazny pył nadając emanacji niezwykłego uroku. Nikomu więc nie przeszkodzi zabrudzona, szmaragdowa poświata, szczególnie gdy słychać tej kontrastowy dźwięk szmeru wody. Jest uspokajający, na chwilę zatrzymuje czytelnika. Ogarnia jego serce ciepłem trzaskających płomieni, ale po chwili uderza pikanterią i ostrością nagle ujawniających się krawędzi. Jest twarda i raczej rzadko kiedy ulega ugięciu, lepi się za to bardzo zadziornie. Pachnie intensywnie mirrą oraz nutą kobiecości – bukietem lilii.

Informacje o graczu

Nazwa użytkownika:
Yukine
Grupy:
Martwe postacie:

Skontaktuj się z Yukine

PW:
Wyślij prywatną wiadomość

Statystyki użytkownika

Rejestracja:
2 lat temu
Ostatnio aktywny:
2 lat temu
Liczba postów:
8
(0.01% wszystkich postów / średnio dziennie: 0.01)
Najaktywniejszy na forum:
Valladon
(Posty: 6 / 75.00% wszystkich postów użytkownika)
Najaktywniejszy w temacie:
[Ulice Miasta]Gdzie nogi poniosą
(Posty: 6 / 75.00% wszystkich postów użytkownika)

Połączone profile


Atrybuty

Krzepa:raczej silny, delikatny
Zwinność:szybki
Percepcja:wyostrzony węch, wyostrzone czucie, czuły zmysł magiczny
Umysł:bystry, błyskotliwy, Żelazna wola
Prezencja:piękny, godny, przekonywujący

Umiejętności

Czytanie AurOpanowany
Targowanie sięBiegły
HandelOpanowany
FizykaOpanowany
Władanie Bronią (Włócznia)Biegły
Czytanie i pisanieBiegły
Pismo RuniczneBiegły
KartografiaOpanowany
Władanie Bronią (Sztylet)Podstawowy
RysowanieOpanowany

Cechy Specjalne

LatanieDar
Przyśpieszona RegeneracjaDar
Wrodzony talent magicznyZaleta

Magia: Rozkazy

OgniaAdept
WodyMistrz

Przedmioty Magiczne

MidareTajemny
Niewielki sztylet, który po wymówieniu imienia zmienia się we włócznie i wzmacnia jej moc magiczną.

Charakter

Na początku, warto dodać, że Yukine jest dość nieprzewidywalna. Właściwie zawsze zrobi to, co w danej chwili wyda jej się zabawne lub ciekawe, a gdy już coś sobie postanowi, nie odstąpi od tego, póki nie osiągnie swojego celu. Ma nieco inny pogląd na świat niż większość jej pobratymców, nie oceniając czy coś jest złe, czy dobre. By móc to ocenić, musiałaby to znać, a jedynie Pan wiedział wszystko o wszystkim.

Ceni sobie niezależność, przez co rzadko kiedy zwraca uwagę na polecenia innych. Wyjątkiem jest stwórca, którego rozkazy stara się wykonać z najwyższą dokładnością. Nie zamierzała skończyć jak para aniołów, która dała jej życie, bowiem rodzicami nie zamierzała ich zwać, poza tym owe zadania były zazwyczaj były ciekawe, przez co czasami wręcz z niecierpliwością czekała na kolejne.
Zazwyczaj stara się unikać większych skupisk istot, chociaż nie tak bardzo jak kiedyś. Nie zmienia to faktu, że jest w stanie totalnie zignorować każdego, kto nie wyda jej się ciekawy.
W dużej jednak mierze jej charakter jest zmienny niczym pogoda, dlatego rozwodzenie się nad nim nie ma sensu. Można jedynie stwierdzić, że mimo wszystko, uwielbia dobrą zabawę, rozumianą na swój własny dziwny sposób.

Wygląd

Drobna, mała i delikatna, tak na pierwszy rzut oka można by opisać Yukine, i opis ten byłby bardzo trafny. Swoją sylwetką wyróżnia się nawet wśród aniołów, co spowodowane jest jej niewielkim wzrostem. Nieco ponad pięć i pół stopy to niewiele, nawet w mierze ludzkiej, mimo to nie zadręcza się tym, pozwalając, by uroczy uśmiech wciąż gościł na jej delikatnej twarzy, przyozdobionej przez dwoje jasnych niczym szafiry oczu. Oczu, które czujnie wpatrywały się w każdy nawet najdrobniejszy element, jakby chciały go przejrzeć na wylot. Oczywiście, jeśli w danej chwili nie są zasłonięte przez jasną grzywkę, opadającą na czoło "młódki"

Jasna cera przyjemnie komponuje się z blond włosami, sięgającymi do pasa i opadającymi swobodnie na plecy, między śnieżnobiałymi skrzydłami. Szczupłe, zgrabne ciało chronione jest przez niewiele elementów garderoby, chroniąc oczy przed zbytną nagością.
Krótka biała koszulka odsłaniająca brzuch i koronkowa spódniczka był dla niej wystarczające. Zresztą i tak nosiła odzież tylko dlatego by nie kusić istot ludzkich swą nagością.
Nogi chronione przez parę sandałów, z niewielkim obcasem, które okalały pasami jej łydki, dzięki czemu dobrze przylegał do nogi, zapewniając komfort podczas chodzenia.
Spódniczka podtrzymywana była przez cienki, biały pas, do którego przytwierdzona była pochwa od sztyletu. Mahoniowa rękojeść była wyraźnie widoczna na tle białego materiału, jakby ostrzegając przed atakami.

Historia

Yukine przyszła na świat jako córka dwójki aniołów, parających się magią. Starsza para, nie była jednak zbyt zadowolona z kuli u nogi. Nie, gdy od początku planowali odwrócić się od najwspanialszego pana, pozostawiając ją samą niedługo po narodzinach, by zostać upadłymi aniołami.
Prawdopodobnie zmarłaby, gdyby nie została odnaleziona przez Harmodiusa. Stary anioł prowadził samotnicze życie z dala od innych, poświęcając się rozwojowi i odkrywaniu tajemnic rządzących światem, jednak nigdy nie pokazał po sobie, że była utrapieniem, nawet jeśli była, wykazując się niesamowitą cierpliwością i opanowaniem.
Pierwsze kilka lat jej życia upływało spokojnie.
Harmodius uczył ją wielu rzeczy, od najbardziej podstawowych, które powinien znać każdy anioł, takich jak znajomość hierarchii i praw, jak też prawidłowej etykiety czy czytania, dając jej jednak dużo czasu do zabaw. Las wokół chaty, w której mieszkali, był idealnym do tego miejscem. Nie było w nim niemal w ogóle drapieżników, za to niemal na każdym kroku dało się spotkać przeróżne zwierzęta, fascynujące młodą anielicę, która niemal całe dnie spędzała na odkrywaniu coraz to nowych miejsc. Ta sielanka trwała do wieku dziesięciu lat, gdy młódka przypadkiem odkryła w sobie niezwykłą moc, którą wcześniej widziała jedynie u swego opiekuna. Był to dla niej kompletny szok. Wciąż pamięta ten dzień.

Było gorące lato, przed nią rozpościerała się wielka polna skryta gdzieś w środku lasu. Drogę do niej wyznaczały jedynie zwierzęce szlaki, dzięki czemu nikt prócz niej nie znał tego miejsca. Rosły na niej niezwykłe, błękitne kwiaty o złotym, środku. Niczym piękny szafir z małą gwiazdą w środku. Leniwie ułożyła się wśród nich, rozkoszując się delikatną wonią unoszącą się w powietrzu. Yukine jednak nie zdawała sobie sprawy z jednego. To nie były zwykłe kwiaty. Już po chwili dostrzegła, że coś jest nie tak. Niebo zasnuły wielkie chmury, a cały las wokół niej spowił mrok. Nie było ani śladu po wcześniejszym cieple, które teraz zastąpił przenikliwy chłód.
Wśród drzew dostrzegła parę czerwonych ślepi, wielkie, złowrogie spojrzenie wręcz przewiercało ją na wskroś. Zbyt sparaliżowana strachem nie umiała się skupić, gdy nagle coś rzuciło ją na ziemie. Za nią pojawiła się niemal dwumetrowa bestia. Paskudne czerwone ślepia, łuskowaty pysk z niezliczoną ilością kolców, jednak najgorsze było ciało stworzenia. Gnijące zwłoki, od których wręcz odpadało mięso. Dla anielicy to było zbyt wiele. Po lesie poniósł się krzyk, a jej głowę zalała fala myśli. Spłoń, zniknij, cokolwiek. Paniczny strach sprawił, że wręcz modliła się, by stwór spłonął. Tak też się stało. Polana wokół niej zapłonęła żywym ogniem, paląc wszystko, stwory, kwiaty, płomienie nie omieszkały smagnąć nawet jej. Chociaż użycie magii wyczerpało ją tak szybko, że niemal od razu zemdlała unikając bólu.

Obudziła się dopiero dwa dni później, czując rozkosznie chodny dotyk poduszki na policzku. Czuła ucisk bandaży na rękach i plecach, a także fale bólu, która po chwili zalała jej poparzone ciało. Powoli się podniosła, by swobodnie rozejrzeć się po pokoju, gdy dostrzegła ojca siedzącego przy biurku i studiującego jakieś papiery.

- Ojcze? Mogę dostać coś do picia? - Cichy, lekko zachrypnięty głos poniósł się po pomieszczeniu, przykuwając uwagę Harmodiusa.
Gdy ugasiła pragnienie, spojrzała na swe obandażowane ręce.
- Miałaś wiele szczęścia Yukine — Spokojny głos wyrażał jedynie troskę, co ją nieco uspokoiło.
- Kwiaty, wśród których leżałaś, są przeklęte, ich woń sprawia, że zaczynasz widzieć najróżniejsze koszmary, jednak rzadko kiedy kończy się na czymś więcej niż strachu. Ty jednak omal nie zginęłaś. Chociaż to moja wina, mogłem Cię uświadomić wcześniej — Ciche westchnienie wyrwało się z ust jej opiekuna, a jego twarz przybrała zamyślony wyraz.
Koszmary, widziała te kwiaty już wcześniej, czemu wtedy nie padła ofiarą koszmaru? Westchnęła cicho. To wszystko było takie głupie. Opadła na łóżko porzucając swe rozmyślania, a z jej gardła wydobył się cichy krzyk. Zupełnie zapomniała o ranach na plecach.
Do jej uszu dobiegł śmiech Harmodiusa. To nie było śmieszne, wręcz przeciwnie. Ból wcale nie był śmieszny!
- Cicho, bo też dostaniesz ogniem — burknęła, odwracając głowę w drugą stronę.
- Może, kiedyś. Chciałabyś się nauczyć panować nad tą zdolnością? Jest dość rzadka, najwidoczniej musisz mieć w sobie talent do magii, skoro jesteś w stanie użyć jej bez żadnej inkantacji. To już nawet nie jest moc, bardziej jakbyś rozkazała spalić wszystko wokoło — Mimo setek lat anioł wydawał się zafascynowany zdolnością swej podopiecznej. Ta jednak jakby totalnie go zignorowała, odpowiadając jedynie cichym burknięciem i zapadając w sen.

Następne dni mijały niesamowicie... a raczej niesamowicie nudnie. Młoda anielica przyzwyczajona, że przez całe dnie mogła robić, co chce, teraz nie mogła się ruszyć z łóżka, by szybciej wyleczyć rany. Jedynym pocieszeniem był fakt, że uwaga Ojca, a teraz też Mistrza, skupiona była na niej, a nie na dziesiątkach magicznych zwojów. A i temat ich rozmów był fascynujący.
Dzięki błogosławieństwu Pana już po tygodniu jej rany niemal całkowicie się zaleczyły, a ona zdążyła nauczyć się przez ten czas wiele o magii. O rodzajach magii, żywiołach, o złej i dobrej magii, a także o sposobach, w jakie można z niej korzystać. Według Harmodiusa było to wystarczająco by przejść do praktyki, jednak nie dla niej. Czuła się głupia i słaba a wspomnienie bólu po pierwszym nieudanym zaklęciu wciąż krążyło jej w pamięci.
Dni zmieniał się w tygodnie a te w miesiące, podczas gdy Yukine coraz bardziej oddawała się zgłębianiu tajników magii i innych dziedzin, które mogłyby w niej pomóc. Fizyka, Pismo Runiczne, czytała nawet magiczne inkantacje, mimo iż ojciec zapewniał ją, że nie będą jej potrzebne. Zawierały one wiedzę na temat działania poszczególnych czarów, fizyka wyjaśniała wiele zjawisk, które również mogłyby mieć zastosowanie w magii. Można powiedzieć, że oddała całą swą duszę nauce nad tą tajemną mocą. Zresztą co innego mogło robić dziecko na odludziu, gdzie nie było nikogo prócz nich?
Czasami robiła sobie przerwy, prosząc ojca, aby zaprezentował jej poszczególne inkantacje, a następnie w milczeniu podziwiała efekty jego pracy. Za każdym razem owe pokazy dawały jej nowe pokłady motywacji do nauki magii, co najwidoczniej cieszyło starszego czarodzieja.
W ten sposób minęły jej następne cztery lata, dzięki którym udało jej się w przyzwoitym stopniu opanować fizykę, a dzięki ciągłemu wystawieniu na magiczne twory i wyczulonemu zmysłowi magicznemu, nauczyła się rozróżniać aury poszczególnych przedmiotów czy istot zamieszkujących okoliczną puszczę. Chociaż nadciągające dni miały sprawić, że więcej już ich nie spotka.

Była bystra i czujna, nie umknął jej niepokój ojca, a także to, że zaczął pakować najcenniejsze rzeczy w niewielkie tobołki. Widząc to, ona również zaczęła się pakować, nie pytając o nic. Dwa lata nauki nauczyły ją wiele, a jedną z tych rzeczy była cierpliwość. Jeśli ma się dowiedzieć, o co chodzi, nastąpi to w swoim czasie. W przeciwieństwie do ojca nie miała wiele pakowania, trochę ubrań, kilka ksiąg, których nie skończyła studiować, ot najpotrzebniejsze rzeczy.
Dwa dni później do ich chatki przybyło dwoje aniołów. Wysokie, barczyste i pięknych kręconych włosach, w zbrojach lśniących niczym polerowane złoto. Trzeba przyznać, że pierwszy raz widziała anioła innego niż ona sama czy jej opiekun i różnica była ogromna. Sami zazwyczaj nosili proste ciuchy, nie wyglądali też tak szlachetnie jak dwójka przybyszów.
Z początku siedziała w swoim pokoju, słuchając od niechcenia rozmowy starszych. W ich głosie dało się słyszeć wyraźny szacunek, zupełnie jakby Harmodius był kimś całkiem ważnym wśród niebian, dlatego też nie umiała powstrzymać narastającej ciekawości.
Wzięła głębszy wdech, pociągając za klamkę, po czym stanęła u progu, "kłaniając" się dwójce przybyszów z lekkim, niewymuszonym wdziękiem. Następnie ruszyła ku jednemu z regałów, sięgając po losową z ksiąg. Kątem oka obserwowała dwójkę przybyszów, do momentu aż dostrzegła ich miny. Pełne pogardy, odrazy i niechęci. Chłód bijący od dwójki aniołów sprawił, że jej ciałem wstrząsnął lekki dreszcz.
Gdy tylko pewniej pochwyciła księgę, żwawym krokiem wróciła do pokoju, zatrzaskując drzwi.
Co to w ogóle było? O co im chodzi? Zastanawiała się chwilę, odrzucając cenne rękodzieło jednego z mniej znanych pisarzy na łóżko. Znała ją niemal na pamięć, jak zresztą większość znajdujących się w domu zwojów i innych pism.
Czuła pod plecami chłód drwi, o które się opierała. Dopiero po krótkiej chwili ciszy, anioły wznowiły rozmowę jednak atmosfera jakby uległa zmianie. Z szacunku głosy nieznajomych przeszły w niemal w złość a język, w którym zaczęli rozmawiać, był dla niej zupełnie niezrozumiały.
Prychnęła zirytowana, po czym wróciła do swoich spraw, starając się nie zwracać uwagi na hałas dobiegający zza drzwi.

Gdy nastał wieczór, nareszcie w domu ucichło, co było oczywistym znakiem, że znów zostali sami. Nie wytrzymała, od razu zerwała się z łóżka na którym, chyba po raz trzeci, przeglądała wcześniej zabrany z regału tomik.

- Kto to był? Nie podobają mi się, nie wpuszczajmy ich więcej — Ciche słowa niebieskookiej wręcz emanowały złością, która spotkała się jedynie z ciepłym uśmiechem, siedzącego w fotelu starca. Starca - bowiem nawet wedle miary aniołów, Harmodius jako taki się zaliczał.
- Już nie wrócą, przyszli tylko przekazać wiadomość. Jutro się przeniesiemy do miasta. Będziesz musiała wstąpić do specjalnej szkoły. Każdy musi ją przejść, jednak ty już większość wiesz, więc przebrniesz przez to błyskawicznie. Potem będziemy mogli tu wrócić. - Twarz miał spokojną, lekko zamyśloną, mimo to złość została zastąpiona przez swojego rodzaju strach i niepewność? Tak, to dobre określenie. Tutaj to ona była górą, znała to miejsce, była do niego przyzwyczajona, jednak teraz wszystko miało się zmienić. Owszem, odkąd zaczęli się pakować, przeczuwała, że coś się szykuje, ale teraz prawda uderzyła w nią niczym młot.
- Czemu akurat teraz? I czemu wcześniej nic nie powiedziałeś? Zawsze musisz tyle ukrywać- Klapnęła lekko na ziemie. Chłód dębowych desek pozwalał jej uspokoić kłębiące się w głowie myśli.
- Wiedziałem tylko, że się zjawią, nie wiedziałem kiedy. Nie przejmuj się. Anioły, które tam spotkasz, nie będą wiedziały o magii nawet połowy tego, co ty. A teraz idź, przygotuj się i dobrze wyśpij. Jutro czeka nas męczący dzień — Czuła dobiegającą od maga aurę spokoju, szczerości, które łagodziła jej niepokój. Nie kłamał. Czego więc tak się lękała?
Westchnęła zrezygnowana, wstając z ziemi i udając się do swojego pokoju.

Przeprowadzka poszła szybko i sprawnie, nawet nie musieli nieść wcześniej spakowanych tobołków. Wszystko zostało przeniesione za pomocą magii przez jednego z gości, którzy ich wtedy odwiedzili.
Dom, w którym zamieszkali był znacznie większy. Dwupiętrowy, zdobiony przez niezwykłe malowidła przypominające las, w którym wcześniej mieszkali, z niewielkiego balkon porośnięty winoroślą tylko poprawiał efekt. Pokoje niemal niczym nie różniły się od tych, w których wcześniej mieszkali, prócz tego, że były dwa dodatkowe, jeden z jeszcze większą ilością ksiąg i drugi, w którym stały dziesiątki dziwnym urządzeń emanujących delikatną magiczną aurą. Niemal od razu poczuła się jak w domu.
Przez pierwsze kilka dni starała się nie wychodzić na zewnątrz, słysząc w pobliżu dziesiątki głosów. Ich dom znajdował się niedaleko centrum, na którym znajdował się rynek pozwalający nabyć najróżniejsze dobra. Od podstawowych jak żywność, przez drobiazgi, pancerze i broń aż po magiczne artefakty, z czego te ostatnie stoisko było bronione przez dwójkę aniołów z włóczniami w dłoniach.
Niestety nie mogła się ukrywać w nieskończoność.
Nadszedł dzień, kiedy w końcu musiała wyjść, a co gorsza miała iść do szkoły. Jak to komicznie brzmi. Anioł chodzący do szkoły. Taka jednak byłą jej irytująca rzeczywistość.
Znała drogę na pamięć, wiele razy się jej uczyła, uznając za koszmar zgubienie się wśród tylu nieznajomych, mimo to nie odważyła się iść tam sama, ku rozbawieniu ojca, który zgodził się ją zaprowadzić.

Pierwszy dzień nie był właściwie taki zły. Poznała wiele nowych osób, których imion nawet nie próbowała zapamiętać, a oprócz tego właściwie jedynie wystarczyło słuchać. Chociaż trzeba przyznać, że nie umiała powstrzymać śmiechu, gdy podczas wspomnienia o magii zła i śmierci, kilku rówieśników nieźle się oburzyło.
Jedyną wadą było to, że faktycznie omawiali podstawy podstaw, o których ona uczyła się dawno temu, przez co szybko straciła zainteresowanie nauczycielem, skupiając się na grupce aniołów ćwiczących walkę.
Większość wyglądała, jakby pierwszy raz trzymała broń w rękach. Widać to było po niepewności wymalowanej na ich twarzach. Tylko jeden się wyłamywał. Dobrze zbudowany, dzierżył włócznie o szerokim, długim ostrzu na końcu. Stał na uboczu, obserwując poczynania kolegów, jakby oceniał ich z boku. Zainteresował ją.
Kolejne dni upływały podobnie. Siedzenie i powtarzanie tych samych rzeczy, ignorowanie mentorów, którzy myśląc, że nie uważa, zadawali jej przeróżne, beznadziejnie łatwe pytania. Po kilku tygodniach zaprzestali, najwyraźniej zdając sobie sprawę, że to nie ma sensu, pozwalając jej w spokoju oglądać walczących chłopaków. Nie podobali jej się w żadnym tego słowa znaczeniu, jednak nie umiała powstrzymać śmiechu, gdy jeden, bądź drugi nieudolnie podczas walki potykali się czy sami na siebie wpadali. Mimo to wszyscy jak jeden mąż unikali jednego. - Anioła z włócznią. Z każdym dniem jej ciekawość rosła aż w końcu czara się przelała.

Znajdował się na sporym placu wypełnionym najróżniejszym orężem i aniołami, ku jej niezadowoleniu, samymi mężczyznami w dodatku z tego, co widziała, starszymi od niej. Siedział na ziemi, trzymając na kolanach ostrze włóczni, które w rozleniwieniu polerował szmatką. Był tym tak pochłonięty, że nie zwrócił nawet uwagi, gdy zbliżyła się do niego na wyciągnięcie ręki.

- Nie spodziewałam się, że ktoś w tak dobrej formie może bać się walki — mruknęła, chowając ręce za plecami i uśmiechając się niewinnie.
Cichy, dziewczęcy głos tak odmienny od szczęku stali poniósł się echem po polu bitwy, przykuwając uwagę co nielicznych. I dobrze, na to liczyła.
Chłopak przed nią uniósł wzrok, wlepiając w nią spojrzenie swych jasnych zielonych oczu. Nie powiedział nic. Zamiast tego wstał, górując nad nią wzrostem, przez co przez chwile, prawie w siebie zwątpiła. Z bliska jego sylwetka wydawała się jeszcze bardziej imponująca. Mięśnie wyraźnie rysowały się pod ciemną, opaloną skórą, zdradzając, jak wiele godzin poświęcił na trening.

- Kto chce ze mną poćwiczyć? - Krzyknął przed siebie, sprawiając, że pojedynki na chwile zostały przerwane, gdy wszyscy spojrzeli w ich stronę. Nikt jednak się nie odezwał.
- Musisz być naprawdę dobry, pewnie nawet sobie nie zdają sprawy, że twoją słabością jest dystans. Wystarczy podejść bliżej i już nie będziesz mógł zaatakować włócznią — mruknęła biorąc lekki zamach w kierunku "wojownika" była blisko, miała element zaskoczenia. A może jej na to pozwolił? Tak czy siak, przytknęła ostrze niewielkiego sztyletu, który wcześniej podniosła z ziemi, do jego piersi.

Widząc to, część aniołów jakby nabrała pewności siebie. Pewnie sobie pomyśleli, że skoro ona mogła, to czemu nie oni? Byli głupi. Z oddali dało się słyszeć kroki, gdy trójka anielskim chłoptasiów zaczęła się zbliżać.
- Widać masz przeciwników — mruknęła, odsuwając się od niego, by usiąść w cieniu na przyjemnie chłodnej ziemi. Nieznajomy włócznik zerknął na nią ostatni raz, z uśmieszkiem tańczącym w kąciku warg, a chwile później brzdęk stali rozległ się po polanie.
Wciąż pamięta ten dreszczyk emocji, gdy nieznajomy o szmaragdowych oczach stanął do walki.
Nie trwało to długo. Pierwszy, drugi, trzeci, nieważne jak próbowali, nie udało im się wygrać, przez co wręcz poczerwienieli ze wstydu. Trzech na jednego, a oni i tak przegrali. W dodatku na oczach wszystkich.
- Nieźle — mruknęła z wyraźną aprobatą, po czym ignorując pozostałe zajęcia, ruszyła w stronę domu.

Więcej nie wchodziła na plac ćwiczeń, skupiając się na własnej nauce. Wiele razy przynosiła własne księgi i zwoje, studiując je na zajęciach i — jak zawsze — ignorując wykładowców. Pozwalali jej na to, a ona dokładnie wiedziała czemu. Wszystko dzięki temu, że jeden z mistrzów spotkał ją wraz z ojcem przy jednym ze stoisk. Nie za bardzo rozumiała, ale najwidoczniej Harmodius był dość wpływowym aniołem.
Tak minął jej pierwszy rok nauki. I chyba jedyny bezproblemowy jak dla niej.
Najwidoczniej wiele osób miało jej za złe, że można jej było więcej niż innym.
Powoli zmierzchało, o tej porze plac ćwiczeń był już pusty, dlatego często przychodziła tutaj posiedzieć w ciszy. Tego dnia było inaczej. Siedziała w cieniu, zagryzając kawałek chleba, który kupiła po zajęciach, gdy do jej uszu dotarł tupot stóp. Niemała grupka pojawiła się tuż za nią, najwidoczniej planując wyładować na niej swą frustrację. Wśród nich była trójka wojowników, których wcześniej sprowokowała do walki.
Tego dnia wróciła znacznie później, cała poobdzierana i w siniakach, nie zniżyła się jednak do płaczu. Wręcz przeciwnie. Była zła a w dodatku na samą siebie. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, jak głupi błąd zrobiła, nie ucząc się władzy nad magią, gdy ojciec jej to zaproponował, lata temu.
Przez następny tydzień nie wychodziła z pokoju. Jej domeną nie były inkantacje, lecz naginanie świata swoją wolą. Dlatego właśnie, wolała poćwiczyć w swoim własnym zaciszu, gdzie mogła się w pełni skupić.
Nie była głupia, zdawała sobie sprawę, że najlepiej zacząć od czegoś łatwego, z czym już miała styczność. Ogień wydawał się idealny.
Pierwsze ćwiczenia były wręcz banalne, ukradła z kuchni spory garnek, w którym początkowo wytwarzała najróżniejsze płomienie, paliła skrawki papieru, a także podgrzewała wodę, powietrze, a także samo naczynie, chcąc się oswoić z tym niezwykłym uczuciem. Nie odważyła się próbować wytwarzać żadnych większych płomieni. Ryzyko spalenia domu było zbyt duże, a jej nie widziała się kolejna przeprowadzka.
Magia ognia nie była jednak jedyną, nad którą postanowiła się skupić.
Wygrzebała kilka starych zwojów, traktujących o magi wody, by mając tekst przed oczami, popracować trochę nad nią. Kto by pomyślał, że garnek może być tak dobrym narzędziem do treningu?
Woda nie wydawała się tak destruktywna, jak ogień, dlatego tym razem postępowała śmielej, zalewając garnek wodą, a potem zmieniając ją w parę wodną. Wymyślała najróżniejsze ćwiczenia, czasami nawet sprawiała, że cieniutka warstwa wody przylegała do skóry na jej dłoni, tworząc swego rodzaju pancerz.
Magia wydawała jej się banalnie łatwa, mimo to coraz bardziej ją fascynowała. Jeśli się wiedziało co robić i jak, zdawała się nie mieć żadnych ograniczeń. Pozwalając wytworzyć ogień czy wodę w niemal dowolnym miejscu pokoju, kontrolować ich ilość i właściwości. Wiedziała jednak, że więcej w pokoju nie osiągnie.

Gdy wróciła, wszyscy wydawali się jacyś inni. Spojrzenia pełne pogardy, skierowane w jej stronę zdawały się nie mieć końca. Z początku stanęła w progu, wahając się z lekka, ostatecznie jednak wydała z siebie ciche prychnięcie.
- Będę na placu ćwiczeń — mruknęła jedynie do jednego z mentorów, z którym miała mieć dziś zajęcia, po czym ruszyła w swoją stronę.
Dźwięk stali uderzające o stal zdawał się przyjemnie rozkoszny dla Yukine, był niemal oczywistą informacją, że jest to chyba jedyne miejsce, gdzie nikt nie zwróci na nią uwagi. Dobra. Nikt prócz włócznika, któremu posłała lekki uśmiech, siadając niedaleko niego.
Najwidoczniej nadal nie miał z kim ćwiczyć. Dobrze, przynajmniej nikt do nich nie podejdzie.
Jej plan był prosty, oswoić się z chaosem wokół niej, zignorować go, a potem przed sobą niewielką plamę magicznej wody.
Kolejne dni mijały jej podobnie. Wszechobecna pogarda, którą ignorowała, włócznik siedzący na wyciągnięcie ręki od niej i ćwiczenia wśród tego chaosu. Pierwsze próby były tragiczne. Nie mogła osiągnąć odpowiedniego skupienia, więc nie udało jej się stworzyć chociaż kropli, a jedynie wywołać jeszcze bardziej irytujący ból głowy. Nie przestawała jednak, aż w końcu po dwóch niezwykle długich tygodniach udało jej się stworzyć niewielką kałużę wielkości dłoni. Może to niewiele, jednak był to ważny krok, bez którego nie mogła ruszyć dalej.
W końcu była w stanie osiągnąć odpowiedni stan skupienia, by mimo chaosu, być w stanie użyć magii.
Następne dni poświęciła na poprawie swej kontroli nad magią, wytwarzając wokół siebie coraz to więcej wody, powoli odtwarzając ćwiczenia, które wykonywała w pokoju. Sprawdzona metoda zawsze była najlepsza. Minęły kolejne cztery tygodnie, gdy była w stanie w znośnym tempie wytworzyć warstwę wody pokrywającą ją skórę, a także ilość wody wystarczającą, by ochlapać siedzącego obok niej towarzysza. (Jego mina była bezcenna)
Była z siebie dumna. Sześć tygodni. Tyle zajęło jej opanowanie w znośnym stopniu podstaw z magii wody. A banda, która ją wtedy napadła, ledwie zaczynała praktykę. Już wkrótce pożałują swojego pomysłu.

Po kilku dniach odpoczynku od treningu wróciła na plac, tym razem jednak z tobołkiem najróżniejszych drobiazgów, które nikomu już nie były potrzebne. Zignorowała całkowicie, ciekawskie spojrzenie muskularnego anioła, nie odzywając się do niego ani słowem. Zabawne, przesiadywali obok siebie już półtora miesiąca, a nawet się do siebie nie odzywali. Ba, nawet nie znali własnych imion. Nie rozmyślała nad tym jednak długo. W końcu była zajęta.
Podobnie jak wcześniej z wodą, zaczęła powoli, lecz dość destruktywnie. Po prostu kazała płomieniom pojawić się na poszczególnych przedmiotach, które przyniosła, a następnie spopielić je i zniknąć. Płomienie nie były duże. W końcu nie o to tu chodziło.
Jednak nie byłaby ciekawską sobą, gdyby nie chciała sprawdzić granic swej władzy nad ogniem. Jej ulubioną sztuczką była chyba zmiana barwy. Zielone, różowe, czarne, nawet białe, płomienie, kolejno spopielały różne kawałki drewna, papieru, a także nielicznych roślin w pobliżu. Starała się precyzyjnie określać rozmiar płomieni, niemal przez miesiąc tworząc najróżniejsze, wymyślne ćwiczenia. Ogień wydawał jej się trudniejszą sztuką niż woda, dlatego, nawet gdy uznała, że w pełni opanowała podstawę, nie przestawała nad nią pracować jeszcze przez kolejny miesiąc. Powoli nadchodziła zima, dlatego jej ćwiczenia stawały się coraz bardziej praktyczne, jak na przykład podgrzewanie powietrza wokół siebie, przez co mogła siedzieć w cieple, gdy inni marzli. Trzeba przyznać — Nigdy tak się nie cieszyła z użycia magii, jak wtedy.

W ten sposób po prawie czterech miesiącach była w stanie używać podstawowej magii ognia i wody w najróżniejszych warunkach — Gdy szła po coś do jedzenia, gdy siedziała na nielicznych zajęciach z teorii, tylko po to, by sprawić, że nagle strój jednej z anielic stał się cały mokry, a ona uciekła z płaczem. Ba. Nawet udało jej się oziębić powietrze wokół jednego z wojowników, którzy ją wcześniej pobili. Mimo że wszyscy wokół traktowali ją z pogardą, te drobne rzeczy sprawiały, że uśmiech nie schodził z jej twarzy. Oczywiście mistrzowie, którzy ich szkolili zdawali sobie sprawę z tego co robi. Umieli czytać aury nawet lepiej niż ona, najwidoczniej jednak ignorowali to całkowicie, póki nie było to nic groźnego.

Dla niej to jednak nie wystarczyło. To tylko drobne sztuczki, które niedługo pewnie opanują inni. Musiała się przyłożyć. Zostawić ich daleko w tyle.
Po kilku dniach robienia głupich żarcików, wróciła na plac ćwiczeń, dostrzegając jednak delikatną zmianę. Włócznik walczył. Oczywiście wygrywał, to nie było nic niezwykłego, jednak jego przeciwnik, nie był aż taki zły.
- Zrobiłeś się słaby — krzyknęła w jego kierunku, z zadziornym uśmieszkiem, ruszając w stronę miejsca, w którym zazwyczaj z nim siedziała.
Chciała spróbować czegoś nowego. Czytała o tym wiele razy, wcześniej jednak nie była wystarczająco pewna swoich umiejętności, by tego spróbować.
Niedaleko niej stał oparty o stojak kij. Z początku kazała wodzie pokryć go po całej długości, nie pozostawiając ani jednego suchego miejsca, by następnie szybko obniżyć jej temperaturę, sprawiając, że niemal natychmiast zamarzła. Ciekawa efektów, podeszła bliżej kija, chwytając go w dłonie. Przenikliwy chłód drażniący delikatną skórę był niezwykle satysfakcjonujący.
Walnęła kijem z całej siły w ziemie, ten jednak nie pękł. Chyba powinna kazać wodzie wniknąć w jego wnętrze, jeśli chciała, by się skruszył.
Odkrycie jak zamrażać pobliską wodę było dla niej niczym dar od Pana. Od pamiętała starą powieść o czarodzieju władającym lodem i błyskawicami, który budził grozę w swoich czasach. Sama myśl, że i ona mogłaby władać lodem, napawała ją czymś w rodzaju dumy.
Wiedziała jednak, że jeśli chce stać się dobra, musi zmienić sposób swojego treningu. Zwiększyć szybkość, dokładność, a przede wszystkim siłę swojej magii.
Zaczęła od zasięgu i dokładności. Ćwiczenia były proste, jednak mimo to wyczerpujące. Tygodniami ogrzewała powietrze na placu ćwiczeń, dając obecnym ochronę przed chłodem, poszerzając zasięg swej władzy każdego dnia. Nie były to duże postępy, jednak była cierpliwa, dzięki czemu po czterech miesiącach była w stanie kontrolować temperaturę na całym placu ćwiczeń, który warto wspomnieć, był dość pokaźnych rozmiarów. Podobnie czyniła z magią wody, zbierając wilgoć z powietrza w niewielkie wodne kule, w różnych miejscach na placu ćwiczeń. Czasami, dla zrelaksowania się cisnęła jedną, czy dwiema w walczących, posyłając im niewinny uśmieszek, prócz tych chwil jednak nie rozpraszała się, spędzając całe dnie na ćwiczeniach.
Bywały dni, gdy któryś z mentorów ją obserwował, dając rady jak osiągnąć poszczególne efekty, które starała się zapamiętać.
Dzięki temu w wieku szesnastu i pół lat plac ćwiczeń mogła nazwać strefą swej kontroli. Jej magia była w stanie sięgnąć niemal trzydzieści metrów w każdą, stronę, pozwalając jej kontrolować temperaturę i wodę na całym obszarze w jej zasięgu. Gorzej było z dokładnością, bowiem jak umiała zebrać nawet najdrobniejsze ślady wilgoci i je skupić, tak kontrola temperatury nie była tak dokładna. Jednak tutaj dokładności nie potrzebowała. Wystarczyło, że zmuszała całe ciepło, znajdujące się w wodzie do zniknięcia. Dzięki temu woda od razu zamarzała.
Następnym etapem była szybkość, z jaką mogła skupiać wodę i ją kontrolować. Im dalej coś się znajdowało, tym mniej posłuszne jej było, co sprawiało niemałe problemy. Nie miała pojęcia jak się za to zabrać. Chyba po raz pierwszy od bardzo dawna, coś związanego z magią stawało się dla niej problemem. Zawsze myślała, że po pięciu latach czytania magicznych ksiąg i zwojów, magia nie będzie miała przed nią sekretów, a tu jednak. W tym celu udała się do źródła, któremu zawsze mogła zaufać. Do ojca.

To, czego się dowiedziała, było z lekka niespodzianką. Wcześniej wiele razy wyobrażała sobie procesy związane z magią, podczas wydawania rozkazów. Nie potrzebnie. Wystarczyło, że wyobrazi sobie efekt i zmusi żywioł, by jej się podporządkował. Zamiast wyobrażać sobie to, jak woda się zbiera, tworząc coraz to większą kulę, wystarczyło wyobrazić sobie od razu dużą wodną kulę. Banalne, jednak dowiedziała się też kilku innych rzeczy.
Jej rozkazy da się wzmacniać. Ciało było zbiornikiem energii, a poszczególne narzędzia są w stanie ją wzmacniać, szkoda tylko, że żadnego nie posiadała.
Na pewien czas tempo jej nauki spadło, jednak każdego dnia, dzień w dzień przychodziła na plac ćwiczeń, by ćwiczyć swoją kontrolę nad magią. Plan zajęć był prosty. Najpierw poszerzała zasięg, na którym mogła używać magii, potem tworzyła, jak najdalej się dało, najróżniejsze twory. Nakazywała płomieniom przybierać wygląd najróżniejszych zwierząt, wodzie nadawała najróżniejsze właściwości, jak rozstępowanie się nim dotknie skóry, dzięki czemu można było wsadzić rękę do wody, a ona wciąż była sucha, podczas deszczu zmuszała wodę, aby ją omijała. Jeśli chciała wprawnie korzystać z lodu, musiała jak najlepiej opanować obie te dziedziny magii, jednak trzy godziny dziennie, to było maksimum czasu, jaki mogła poświęcić. A to wszystko przez pracę.
Jeśli chciała sobie kupić coś wzmacniającego magię, musiała zarobić. W tym celu udało jej się przekonać właściciela kramiku z magicznymi artefaktami, by pozwolił jej u siebie pracować. W międzyczasie uczyła się od niego cen najróżniejszych dóbr, podstawowych praw handlu i tego jak nie dać się oszukać, lub jak utargować najlepszą cenę. Do tego ostatniego przykładała się najbardziej. Wszystko, co uda jej się utargować ponad cenę, której oczekiwał właściciel kramu, miało być dla niej. Była to oferta idealna.
Rano zajęcia z mistrzami na temat magii, potem praca a na końcu samotna praktyka. Dni wypełnione pracą mijały niemal błyskawicznie, nie dając jej ani chwili wytchnienia, jednak podobało jej się to.

Pięć spokoju to jednak zbyt wiele. Najwidoczniej Pan miał inne plany. Nagła choroba ojca sprawiła, że porzuciła swój dotychczasowy rozkład dnia. Wiedziała, że już nie wyzdrowieje. To były jego ostatnie dni i chciała je spędzić razem z nim, słuchając wszystkiego, co ma do powiedzenia.
Przez te kilka dni rozmawiała z ojcem o wszystkim. O przeszłości, przyszłości, o jej rodzicach i akademii, do której chodziła, starała się jednak nie przejmować tym, czego się dowiedziała. Jej prawdziwi rodzice stali się upadłymi aniołami. Kogo to obchodzi? Tylko go jednego uznawała za rodzinę, a teraz miał ją opuścić.
Nie umiała powstrzymać łez, gdy uszło z niego ostatnie tchnienie a w domu nastała ponura cisza. Jeszcze tej samej nocy ruszyła na plac ćwiczeń chcąc oderwać myśli od śmierci Harmodiusa. Żal powoli zmienił się w złość, której pozwoliła płonąć w środku i która tylko miała podsycać siłę jej magii.
Jeden krótki rozkaz a ziemia wokół niej stanęła w płomieniach, rozjaśniających ciemność. Mimo szalejącej w niej złości, nie pozwoliła sobie na słabość, zmuszając ogień, aby całkowicie jej uległ.
Świat ją denerwował, był niesprawiedliwy, męczący. Przez chwilę zastanawiała się, po co właściwie się trudziła, wciąż jednak w głowie słyszała słowa starego anioła. Gdyby teraz się poddała, zawiodłaby go. W jednej chwili uspokoiła się, gasząc płomienie i opadając na ubitą ziemie. Była taka chłodna...

Obudziła się dopiero o świcie, słysząc tępy dźwięk stali uderzającej o drewno. Nawet nie musiała się odwracać, by wiedzieć czyja to sprawka. Tylko jeden anioł był na tyle uparty, by ćwiczyć o tej porze.

- Jestem Yukine. A ty? - Po wielu latach i godzinach spędzonych w swoim towarzystwie, nawet jeśli niemal z sobą nie rozmawiali, chyba nadszedł czas by się przedstawić.
Na placu nastała cisza, przerwana jedynie słowami anioła.
A więc tak się nazywał.
- Zapamiętam — wraz z tymi słowami podniosła się z ziemi, wracając do domu. Etharel, ciekawe.

Na pogrzeb ojca wydała niemal całe swoje oszczędności, chcąc należycie go upamiętnić. Zostawiła tylko tyle by przetrwać kilka najbliższych tygodni. Nie rozpaczała, jednak nie pozwoliła sobie na słabość. Wątpiła, by ucieszyło go, gdyby teraz porzuciła wszystkie obowiązki i plany. Zamiast tego uprzątnęła dom, dostrzegając sporych rozmiarów szklany pojemnik ustawiony na stole a na nim kawałek papieru. Wcześniej go tu nie było, ostatnia magiczna sztuczka, na pożegnanie? Uśmiechnęła się lekko, sięgając ku kartce, pokrytej pismem, które tak dobrze znała.
List był pożegnaniem, ale też zadaniem.
Polecenie było tak głupie i śmieszne, że niemal od razu zrozumiała, że było po prostu żartem, na który jej twarz zaszła rumieńcem. Znaleźć sobie przyjaciela, na którym będzie można polegać. Naprawdę dziwne zadanie.
Odłożyła list na stół, by następnie sięgnąć po niewielki szklany pojemnik. Gdy tylko go dotknęła, szkło pękło na dziesiątki kawałków które niemal od razu wyparowały, uwalniając z wnętrza niewielki sztylet, do którego doczepiony był kolejny list. Szkło które wcześniej pękło, musiało być czymś w rodzaju zaklętej skrytki, blokującej nawet magiczną aurę, bowiem dopiero teraz wyczuła magiczną moc dobiegającą z niewielkiej broni.
List był prosty: Jego imię to Midare, Wymów je a przyjmie kształt najbardziej interesującej Cię broni, a także wzmocni twoją moc magiczną. Mam nadzieje, że Ci się spodoba.

Oczy znowu jej zaszły łzami. A to stary dziad, pozwolił jej przez pięć lat pracować, mimo że i tak zamierzał jej to dać. Gdy zdała sobie z tego sprawę, nie umiała powstrzymać śmiechu. Zawsze z nią pogrywał, jednak te pięć lat było cenną nauką.
Pochwyciła rękojeść w dłoń, wydobywając ostrze z pochwy. Niewielkie, proste ostrze nie wyglądało jakoś niezwykle, nie czuła też przypływu mocy. Musi wymówić jego imię. Tak?

Następnego dnia, o świcie udała się na plac ćwiczeń. Etharel już ćwiczył, jego włócznia śmigała w najróżniejszych kierunkach, jakby walczył z kilkoma przeciwnikami naraz. Gdy na nią spojrzał, wyjęła sztylet z pochwy, wymawiając jego imię. Obserwowała, jak niewielka broń zmienia się w jej dłoni, przyjmując kształt dość niezwykłej włóczni. O ty dziadu. Mruknęła sama do siebie, zastanawiając się, czy faktycznie podobały jej się włócznie, czy może Harmodius chciał jej coś za insynuować. I te ostatnie zadanie... że niby z nim? W sumie, przynajmniej coś umiał, na przyjaciela się nadawał.
Miała prawie dwadzieścia dwa lata a Harmodius daje jej znak, że powinna nauczyć się władać włócznią. Ciekawe.
Od tamtego dnia codziennie o świcie przychodziła na plac, ćwicząc walkę włócznią, niemal codziennie chodziła poobijana, gdyż muskularny anioł postanowił używać drewnianego odpowiednika i nie powstrzymywać się, w południe pomagała młodszym aniołom ucząc ich podstaw magii, a wieczorem urządzali sobie prawdziwą walkę bez żadnych ograniczeń. Ona magią, on włócznią. Nie powstrzymywali się, za każdym razem wzywała Midare, zmieniając go we włócznię i wzmacniając swoją magiczną moc. Nie bawiła, stosując całą swoją wiedzę o magii w walce.
Czasami byli obserwowani przez grupę młodzików zafascynowanych tym pokazem walki i magii, a ona z każdym kolejnym dniem coraz bardziej cieszyła się z towarzystwa Etharela. Był bardzo podobny do niej. Jedyne co ich różniło to dziedziny którymi się zajmowali.
Czasami między treningami łazili po najróżniejszych miejscach, po prostu rozmawiając. Jego ojciec okazał się upadłym aniołem, dlatego od zawsze sam musiał ćwiczyć walkę, czasami prosząc najróżniejsze anioły, aby się z nim zmierzyły.
Innymi razy po prostu siedzieli w ciszy jak kiedyś, obserwując walczących na placu ćwiczeń amatorów. Głównie to ona nalegała, wybierając pory w których ćwiczyły anioły odpowiedzialne za pobicie jej wiele lat temu. Nie umiała powstrzymać śmiechu, gdy widziała, jak sobie nie radzą z magią, dwie anielice pojedynkowały się, używając ledwie podstaw magii. Jedna władała ogniem, rzucając nieudolne kule ognia, podczas gdy druga władająca ziemią, była kompletnie beznadziejna, nie za bardzo chyba wiedząc, co powinna zrobić.

Wyzwała je wtedy na pojedynek, dwie na jedną, oczekując jakiegokolwiek wyzwania. Myliła się.
Nim anielica władająca ziemią, zrobiła cokolwiek zrobić, pod ich nogami już znajdowała się gruba pokrywa lodu. Czarodziejka Płomieni spisała się nieco lepiej, posyłając w jej stronę kule ognia, wielkości pięści. Dziecinada. Wykorzystała tutaj jedną ze swoich pierwszych magicznych sztuk. Pokryła swe ubrania i skórę warstwą wody która miała po prostu ugasić wrogi twór. Czuła wyraźnie magiczną aurę ulatniającą się z płomieni, pozwalającą jej ocenić, jak słaba była. Nie miała szans z jej wodnym pancerzem nad którym pracowała długimi dniami.
Gdy kula zniknęła z cichym sykiem parującej wody, rozkazała jej odczepić się od swojego ciała i ubrań, a następnie rozproszyć się wokół dwóch anielic. Nie minęła nawet sekunda, a kule pomknęły ku nim, mocząc je niemal całkowicie. Ach, jakie rozkoszne zwycięstwo.

Od tamtego czasu za każdym razem, gdy ją widziały, umykały w cień, ćwicząc swą magię gdzieś na uboczu.
Czasami, by wzbudzić ich zazdrość, namawiała Etharela na przełożenie wieczornego pojedynku by odbył się wcześniej, tylko po to, by pokazać im jaka różnica ich dzieli. Zawsze wtedy uaktywniała Midare używając najpotężniejszych zaklęć jakich mogła. Jej ulubionym było przykrywanie całej ziemi lodem, dzięki czemu mogła go potem wykorzystać do atakowania z każdej możliwej strony, a jednocześnie utrudniała poruszanie wszystkim prócz niej. Gdy tylko jej stopa zbliżała się do lodu, ten znowu zmieniał się w wodę i wsiąkał w ziemie.
Magia ta była niszcząca w starciu z wojownikiem, dlatego w zamian za naukę walki włócznią, postanowiła go nauczyć, magii ognia, co już wkrótce zaczął wykorzystywać, pokrywając swoja broń płomieniami, by zwiększyć szanse na przebicie się przez jej lodowe tarcze.
W ten sposób minęło jej kolejne osiem długich lat podczas których zyskała uznanie kilku anielskich magów, którzy pomagali jej zgłębiać tajniki magii wody i ognia. Czasami nawet się z nimi pojedynkowała, szukając czegoś odmiennego od ataków włóczni, co pomogłoby jej udoskonalić jej władzę nad wodą, a tym samym lodem.
Gdzieś w ciągu tych kilku lat ich znajomość przeszła na nowy poziom, przez co, ku jej niezadowoleniu, zmuszona była kupić większe łóżko. Nie byli parą. Właściwie nawet nie robili nic zdrożnego, jedynie pozwalała mu spać u swojego boku, gdyż jego dom znajdował się o wiele dalej. Nie przeszkadzało to jednak w tym, by następnego dnia znowu walczyli z sobą z pełnią swych sił, mimo to, Yukine potrzebowała czegoś nowego. Od wielu lat doskonaliła w tym miejscu swoją magię, nieskromnie stwierdzając, że niemal dorównywała niektórym mistrzom i musiała przyznać, że utknęła w miejscu. Ci sami przeciwnicy, to samo miejsce, a także brak strachu mimo zaciekłych pojedynków. Uznała, że tak nie osiągnie nic więcej. Jeśli chciała kiedykolwiek dorównać ojcu, musiała zaryzykować własnym życiem, by jej magia wstąpiła na ten najwyższy poziom. Nie widziała innego sensu w życiu niż doskonalenie się i poszerzanie swojej mocy, dlatego też postanowiła udać się do świata ludzi.

Zabrała sobą jedynie niezbędne rzeczy, Midare, trochę jedzenia, pozostawiając dom pod opieką Etharela, po czym udała się do specjalnego portalu.
Gdy znalazła się na ziemi, przez chwilę podziwiała piękno otaczającego ją świata, by następnie ruszyć przed siebie.
Wędrowała od miasta do miasta, w poszukiwaniu najróżniejszych magicznych ksiąg i zwojów, a przede wszystkim uzdolnionych magów. Uwielbiała takie wędrówki. Cisza, spokój, wolność i piękno natury, podczas gdy powoli dążyła do swojego celu. Czy mogło być coś lepszego?
Jedynym problemem były pieniądze. Wiele pism traktujących o magii osiągało pokaźne ceny, sprawiając, że nie było ją stać na zakup zbyt wielu, mimo to, miała coś równie wartego co księgi. Wiedzę. Pięć lat studiów najróżniejszych magicznych inkantacji i ksiąg z wielu różnych dziedzin magii sprawiało, że wielu magów było chętnych wymieniać się magicznymi zwojami, wiedzą, czy księgami, w zamian za to co sama wiedziała. Obustronna korzyść.
Czasami zatrzymywała się w poszczególnych miastach na dłużej, jeśli w jej oko wpadł jakiś bardziej interesujący i utalentowany czarodziej, by stoczyć z nim wiele pojedynków, a także wypytać go czy zna innych znanych magów.
Z pieniędzmi na niewielkie wydatki nie miała problemów. Imała się każdej pracy. Zabić jakąś magiczną bestię, rozprawić się z szajką zbójców na drodze, popilnować dzieciaka, pomóc przy stoisku, czasami sporządzała magiczne zwoje które sprzedawała, by opłacić sobie pobyt w karczmie, gdy planowała zostać gdzieś na dużej.
Starała się nie brać zbyt ryzykownych zadań, jednak polowania na bestie i zbójców były chyba jej ulubionymi. Mogła wtedy przetestować w walce, bez żadnych ograniczeń nową wiedzę którą zdobyła w okolicznych miastach, ale przede wszystkim, uwielbiała ten dreszczyk emocji, niepewność czy strzała ją zrani, czy może rozbije się o grubą lodową barierę tuż przed nią. Nie zabijała. Nie musiała. Wystarczyło zamrozić to co mieli na sobie, by twarda lodowa powłoka uniemożliwiła im poruszanie się, nim przybędzie straż i ich zamknie.
Oczywiście nie obywało się bez problemów. Samotna dziewka podróżująca pieszo, bez pancerza i ze sztyletem była łatwym celem. A przynajmniej tak im się zdawało, póki nie dostrzegali sporych rozmiarów skrzydeł, a Midare przybierał postać włóczni, emanując magią. Zazwyczaj to wystarczyło, aby odstraszyć jednego bądź dwóch. Najbardziej jednak nienawidziła wszechobecnych wokoło facetów. Zboczone wieprze nie umiały trzymać łap przy sobie. Za każdym razem, gdy poczuła klepnięcie, nie powstrzymywała się, zamrażając gacie w okolicy krocza, każdemu śmiałkowi. Musiało to być potworne, zwłaszcza że zazwyczaj ciężko je było przez to zdjąć, a odmarzały dość długo. Nie robiła tego jednak tylko dla siebie. Wierzyła, że ta kara, nauczy ich czegoś i sprawi, że zastanowią się dwa razy, nim klepną ją, czy jakąś inną młodą damę.

Czasami, gdy trafiała na jakieś większe miasteczko, z garnizonem czy innym skupiskiem wojaków, stawała z nimi w szranki, wyzywając, jednego, czasem dwóch do walki, by wciąż szlifować zdolność używania magii w walce. Poza tym, czasami przyciągało to innych magów.
Korzystała niemal z każdej sposobności, by spotkać się z kimś, kto dzieli z nią zainteresowania, z nadzieją, że ktoś może się okazać pomocny.
Pewnego razu trafiła nawet na maga władającego czterema różnymi żywiołami, który poziomem wciąż ją przewyższał. Podróżowali razem przez kilka miesięcy, on zafascynowany jej anielskim pochodzeniem, a ona jego znajomością nad magią. Dowiedziała się wtedy wielu przydatnych rzeczy na temat łączenia żywiołów, a także po raz pierwszy mogła się zmierzyć z kimś, kto również władał lodem, ale też błyskawicami czy światłem. Doprawdy było to wspaniałe doświadczenie które na długo utknęło jej w pamięci. Strasznie irytowała ją zamieć śnieżna którą tworzył, by ją oślepić. Zawsze po niej w jakiś sposób za pomocą magii światła kamuflował się i atakował z ukrycia.
Rozstali się dopiero, gdy mag postanowił ruszyć za morze, co totalnie nie było jej po drodze.

Kolejne lata mijał podobnie, ciągłe podróże, zmusiły ją, by nauczyła się sporządzać mapy, na których zapisywała najróżniejsze trasy, nie zważała na to czy są bezpieczne. Czasami celowo szła mniej bezpieczną drogą, nawet jeśli musiała nadłożyć dzień, tylko po to, by sprawdzić, czy nie pojawili się na niej rozbójnicy. W końcu, za coś musiała jeść.
Przez wiele lat zwiedziła sporą część świata, a to wszystko w poszerzaniu swej wiedzy. Czasami odwiedzała różne akademie magiczne, gdzie magowie dzielili się między sobą wiedzą, chociaż nigdy na długo. Zazwyczaj po prostu wymieniała się zwojami, które sporządzała wieczorami przy świetle ogniska. A czasami po prostu biorąc nowe zwoje w zamian za te które już przestudiowała i dokładnie zapamiętała. W końcu nie była niepokonana. Nawet ona mogła zostać zabita, jeśli ktoś dowiedziałby się, że ma przy sobie magiczne swoje i księgi warte małą fortunkę.

Czasami po wielu latach wracała do dawno odwiedzanych przez siebie miasteczek, do dawnej karczmy w której spała, ot ze zwykłego sentymentu, ale też z ciekawości czy może pojawił się jakiś nowy mag godny uwagi. W wielu różnych miejscach ludzie mieli całkiem ciekawe, a także czasami różne poglądy na magie i jej zastosowania, co było dość ciekawe. To jak słuchanie kilku różnych wersji tego samego mitu.
Z każdym kolejnym rokiem czuła jak jej moc magiczna powoli rośnie, sprawiając, że zaklęcia które były męczące nawet przy użyciu Midare, stawały się coraz łatwiejsze, dostępne w jej arsenale magii, nawet bez pomocy jej magicznego pomocnika.
Czasami dostawała różne zadania od Pana, jednak nawet wtedy nie przerywała treningu. Cel miała szczytny, może nigdy go nie zrealizuje, ale najwyżej zginie próbując.

Czasem wracała do nieba, odpocząć od trudów ziemi, spotkać się z Etharelem na placu ćwiczeń i stanąć do kolejnego zaciekłego pojedynku. Okazało się, że też podróżował. Nie tak jak ona, jednak kilka razy odwiedził ziemie, czy to z rozkazu Pana, czy to ze zwykłej ciekawości. Zdarzały się nawet przypadki, że zdobywał dla niej magiczne księgi odnośnie do magii wody i ognia, a czasami także z innych dziedzin, dla których zakupiła kolejny regał.
Głównym jednak celem były ćwiczenia z innymi aniołami władającymi magią. Każdy, kto praktykował tę sztukę, wyróżniał się jednym. Zawsze dążył do doskonalenia się, dlatego nie było lepszej skarbnicy wiedzy tajemnej, niż tak długowieczni czarodzieje. Za każdym razem, gdy wracała, spędzała długie tygodnie, dzieląc się nowo zdobytą wiedzą, prezentując nowe umiejętności, ale także ucząc się o nowych zastosowaniach magii wody i ognia, które odkrywali jej "Przyjaciele"

W ten sposób, po wielu latach tułaczki w poszukiwaniu wiedzy i mocy, znalazła się tutaj, z nadzieją, że znajdzie się ktoś, mogący nauczyć ją paru nowych rzeczy.