Profil użytkownika Jarzeb

Avatar użytkownika

Ogólne

Potęga:
Imię: Jarzęb
Rasa: Człowiek
Wiek: 34


Aura

Choć aura posiada siłę przeciętną, to otacza ją silny obsydianowy blask, który wręcz hipnotyzuje. Powierzchnie przyodziano w żelazną barwę, co jakiś czas zmienia się ona w kobaltową, by następnie powrócić do poprzedniej. U góry widać wyraźne barachitowe ślady jakby ktoś odciął na niej listki przeróżnych drzew. I na końcu, jeśli dobrze się przyjrzeć, dostrzec można jak miedziane drobinki na dole, tańczą poruszane wiatrem, niczym maleńkie wróżki. Nie została obdarzona żadnym odgłosem, tak więc panuje przy niej cisza. Natomiast zapach, jaki niesie łatwo skojarzyć z ludzkim potem. Powłoka bardzo twarda, mimo iż ciężkim zadaniem byłoby ją złamać, dzięki swej elastyczności łatwo uciekłaby przed ciosem. Zaniepokojenie mogą tu wzbudzać niezwykle ostre brzegi oraz chropowate miejsce, jako jedyne niebędące pokryte aksamitnym puchem. Smak zaś da się określić jako lepki, aczkolwiek intrygujący.


Wygląd

Wygląd zależy od otoczenia, miejsca, w jakim się przebywa. Od upodobań, a w szczególności — od stylu życia.
Młody Jarzęb, mieszkający niegdyś w mieście, był gładkim młodzieńcem. Na twarzy bały mu się wyskoczyć jakiekolwiek włosy, a to za sprawą ostrej niczym zupa teściowej brzytwy, która tylko czyhała, aby pozbawić kolejnego brązowiaka głowy. Szmaragdowe, pełne ciekawości i bystrości oczy, lustrowały wszystko i wszystkich, wyłapując małe szczególiki. Nieraz sam Jarzęb złapał się na tym, że rozmawiając z jakimkolwiek jegomościem, przy okazji dowiadywał się, co rozmówca ma w kieszeni, w cholewie i za plecami. A przynajmniej tak sądził.
Staruch nauczył go, jak chodzić godnie, praktycznie z pewną wprawą imitując bogatych paniczów, którzy niejedno wiedzieli i jeszcze niejedno mieli się dowiedzieć. Niestety, wszystko przemija — tak samo sprawa miała się z Jarzębem.
Przybycie Kruka wszystko zmieniło. Włosy, najpierw marne pokraki, wreszcie poczuły się pewniej i wylazły na pysk Jarzęba, omotując cały podbródek, tworząc, nie tylko obraz nędzy i rozpaczy, ale także niezłą zbroję przed ciosami w pysk. Postawa też mu się zmieniała. Niegdyś, poruszał się niczym kotek, teraz — człapał niczym nieokrzesany dzikus. Żyjąc w lesie, musiał się do niego przystosować. To były warunki gry. I on je zaakceptował. Tylko oczy pozostały takie same.
Szmaragd nigdy nie zblednął.
Po usamodzielnieniu się, Jarzęb nie mógł dalej żyć w dziczy. Kochał ją. Kochał wszystko, co było z nią powiązane. Ale musiał też mieć kontakt z ludźmi. Uwielbiał rozmawiać, poznawać — odkrywać po prostu. A w lesie, mógłby co najwyżej nowy gatunek jarzębiny odkryć. Więc musiał się przybrać nową twarz. Nową maskę. Jednak nie maskę obcego mężczyzny, a swoją, własną. Tyle, że na inną okazję. Która właśnie teraz nastąpiła.
Broda, równie przystrzyżona, dalej wyglądała pokracznie, ale przynajmniej sprawiała wrażenie ogarniętej. Futra z lisa i kozy górskiej zamieniły się na praktyczne, skórzane ubrania. Zazwyczaj w kolorach ciemnych, czasami, od święta, z jaskrawymi akcentami. U boku zawsze wesoło dynda torba, a w niej brzękają setki buteleczek, w akompaniamencie z ziołami i innymi, ważnymi cosiami. Przy pasie jest przytoczony nóż — nie miecz, coby nie sprowokować jakiegoś szlachciciątka i nie topór — coby nie uznać go za jakąś pokrakę, co prosto z parku dziwadeł uciekła.
Chód też uległ zmianie, na powrót wracając do korzeni. Jednak teraz to nie był mały dachowiec, a wielki kot — tygrys. Człapie, ale wyważenie. Czai się, aby w stosowanym momencie zaatakować. Ma w sobie coś z dzikiego zwierza. Coś nieokrzesanego. Coś nieoczywistego. Dlatego może nie pasuje na ludzkie salony.


Charakter

Smutek, żal czy rozpacz. Emocje niemal nieznane dla Jarzęba. On uśmiechnięty, zawsze był bastionem radości i szczęścia. Do czasu. Demony Śmierci szybko go zaatakowały, chcąc wszystko zagarnąć. Jednak utrzymał się, biorąc na mury swoją matkę, próbując jej pomóc, stając się dla niej podporą. Spoważniał i zaczął być odpowiedzialny. Musiał sam zarabiać na rodzinę, nierzadko wykorzystywany — często też wyciągano do niego pomocną dłoń. Wszyscy wiedzieli, w jakiej był sytuacji. Szkoda, że już nie wszyscy chcieli mu pomóc.
Śmierć matki go kompletnie odmieniła. Inaczej — w ogóle go nie zmieniła. Zamknęła wszystkie radosne emocje w jednym miejscu, a klucz wyrzuciła w bezdeń rozpaczy i smutku. Od czasu do czasu dało się uciec jakiemuś płomyczkowi, który później chciał przerodzić się w wielki płomień emocji — na próżno. Wiatry smutku zaraz zbierał swoje żniwo, przeganiając każdy pozytywny aspekt. Jarzęb w pracy znalazł wytchnienie. Najpierw ucząc się nazw ziół na pamięć, później wykorzystywania ich w praktyce — odciągał złe myśli, dając cichą nadzieję dla tych dobrych, dalej zamkniętych.
Nie miał znajomych — czasami wychodziło do karczm, ale raczej tylko po to, by posłuchać wieści, niźli w jakikolwiek sposób znaleźć ludzi godnych jego zainteresowania. Nie to, że takich nie było. On po prostu bał się do kogoś przywiązać, by na powrót stracić ważną mu osobę.
Kolejnym, ogromnym zwrotem w jego umyśle było przybycie Kruka. Emocje: i te dobre, i te złe, wybuchnęły zewsząd, już na zawsze żyjąc w harmonii, nie przeszkadzając sobie nawzajem. Pomagając skupić się Jarzębowi na danej chwili, dając mu te kilka sekund więcej, niż miał jego przeciwnik. Dając mu przewagę.
Otworzył się przed wujem. Słuchając jego opowieści, sam wyobrażał siebie jako człowieka żądnego przygód, podróżującego po całej Prałusce, mając przy sobie tylko wnyki, łuk i strzały. Stał się weselszy, nierzadko śmiejąc się z samego siebie — mający nieco ironiczne podejście do życia. W niektórych sytuacjach bardzo honorowy, stawiający dane słowo nad ludzki rozsądek i, czasami, własne życie, co czasami doprowadzało go do (nie) ciekawych sytuacji.

Atrybuty

Krzepa:Silny, Wytrwały, Odporny,
Zwinność:Zręczny, Szybki, Perfekcyjny,
Percepcja:Wyostrzony wzrok, Dobry słuch,
Umysł:Niezwykle bystry, Błyskotliwy, Żelazna wola,
Prezencja:Piękny, Nieokrzesany, Charyzmatyczny,

Cechy specjalne

Las bratem... siostrą też być może [Z]Możliwe, że to właśnie przez to, że Jarzęb mieszkał przez kilka lat w lesie, ba, to wydaje się oczywiste. Chłopak, a następnie mężczyzna — widzi o wiele więcej niźli jakikolwiek inny tropiciel. Zatarte ślady nigdy nie mogą pozostać nieodkryte. Bo w naturze nic nie ginie. A w szczególności Jarzęb.
Jesteś moim przyjacielem [D]Zwyczajną rozmowę z psem może przeprowadzić byle plebs — hau, hau i chleb, chleb. Jednak trzeba być kompozytorem, prawdziwym artystą, by zrozumieć naturę zwierzęcia i się z nim spoufalić. Jarzęb to potrafi. Potrafi myśleć jak wilk, jak niedźwiedź nawet jak cholerna łania. Potrafi poprosić żuka, ażeby ten przez kilka godzin tropił muchę, która miała odnaleźć innego żuka. Mówiąc prosto — zwierzęta nie są mu posłuszne. Nie są jego niewolnikami. On po prostu je rozumie. Czuje, co one potrzebują i potrafi im to dać (czyli też mowa zwierząt).
Zioła mocne, ciało zdrowie, staruch postarał się trochę [Z]Podobno, kiedy przez jakiś czas przyjmuje się nawet minimalną dawkę śmiertelnej trucizny, to można się na nią uodpornić. A co jeśli do tego dodać... większość ziół znanych i nieznanych, mikstur, które powstać miały, ale Jarzęb, po spróbowaniu, stwierdził, że człowiek nie przeżyje kontaktu z nimi. Mówiąc zwięźle i po chłopsku — dajcie mu wszystkie trucizny świata, a później zatkajcie nochale, bo fekalia będą doprawdy ohydnie jechać. A Jarzęb będzie tylko bardziej głodny. (Trucizny, mikstury — nawet najgorsze, nie działają na niego. Prosto mówiąc — ich działania będą ledwo co odczuwane przez jego organizm. Rzecz jasna, wszystko w ograniczonych ilościach — dziesięciu dawek śmiertelnych nie przeżyje).
Jesteś niczym, jestem sobą, a ty porcją wołową [D]Nikt nie będzie kłamać Jarzęba. On nauczył się patrzeć i słyszeć. Las mu pomógł. Las go nauczył. Bo Jarzęb był cierpliwy, by odróżnić ułudę od rzeczywistości. Żeby zrozumieć, że podszepty cwanych węży to nie jego jestestwo, a zwykłe, próżne kłamstwa. Że kiedy czuje, że coś mu się wbija do łba — to nie oznacza złych demonków, który mszczą się za nadepnięcia na mrowisko. To oznaka tego, że Jarzęb się komuś spodobał. Cóż. To nie jest akurat dziwne. Jednak dziwne jest to, że Jarzęb, mimo swojej kompletnej niewiedzy na temat magii, ma swoisty system obronny. I to cholernie dobry. (Rozróżni mniejsze i nieco większe iluzje, a także wyczuje, kiedy ktoś będzie chciał nim w jakiś sposób manipulować. Rzecz jasna, chodzi o magię. A jeśli chodzi o samo opanowanie emocjonalne/umysłowe Jarzęba — trzeba o wiele więcej wysiłku, niż przy innym mężu).

Umiejętności

Jeździectwo [O] Tyłek obity, noc nieprzespana — co jeszcze może przemawiać za tym, żeby wreszcie nauczyć się jeździć na głupiej kobyle? Jarzęb woli załatwiać wszystko twardo stąpając, lecz nie jest głupi, nie udaje dobrego piechura, podróżując po kilkanaście mil dziennie. To nie ten wiek.
Przetrwanie [W] Las jest miłośnikiem śmierci. Uwielbiam kolekcjonować kolejnych śmiałków, którzy w przypływie — skądinąd, zazwyczaj mocno zakropionej — odwagi, wyruszają zemścić się na złowieszczych wilkołakach czy okrutnych i próżnych elfach. Jarzęb wie, że las nie wybacza. I może dlatego jeszcze żyje. Pustynia, czy inna płaszczyzna — to wszystko tylko marne odnogi tego, co może spotkać każdego w, odciętym od świata, zagajniku. Samego.
Szulerstwo [P] Kiedyś grało się w kart. Kiedyś dawało się po pysku temu, kto oszukiwał. A trzeba było najpierw rozpoznać czy ktoś faktycznie kantował, czy tylko udawał łajzę bez honoru i perspektywy na rychłe zwycięstwo.
Tropienie [W] Wszystko ma swoją naturę, swój początek. Wszystko ma swój pierwotny wygląd. Złamana gałązka nie jest tylko złamaną gałązką. Jest znakiem, że ktoś musiał ją złamać. Dziwne, zniekształcone ślady w ziemi nie są zwykłymi, pozbawionymi sensu znakami. Są wskazówką, że jednak ktoś próbował coś ukryć. I to doskonale wie Jarzęb. A przynajmniej wiedział. Pewnie mu te książki wyżarły całą wiedzę, zastępującą ją poprawnymi gramatycznie literkami. Czy coś.
Alchemia [W] Jedna kropelka więcej i zamiast leku na wrzód, powstanie eliksir tworzący niby: małe, złośliwe chochliki, pożerające wszystko w żołądku pacjenta. A tego byśmy nie chcieli, prawda?
Torturowanie [O] Są na świecie chodzące błazny, które próbują w jakiś sposób przypodobać się władzy i wyciągnąć z różnych zbójców istotne informacje. Szkoda tylko, że miast torturować ich tak, żeby wyśpiewali wszystko pięknie, oni robią to tak brutalnie i bez obycia, że zabijają ofiarę. A to jest niedopuszczalne. Czasami.
Zielarstwo [W] Na początku kompletnie nieprzydatne, używane tylko po to, by zaspokoić głód i wiedzy, i swego żołądka — z czasem przyniosło wiele i odwdzięczyło się po stokroć. Nieraz jedna, malutka szrama zamieniła się w paskudną, ropiejąc ranę. A natura była wszystkim, czego było trzeba, żeby pozbyć się takiego paskustwa.
Anatomia [W] Anatomia nie tylko człowieka, ale i zwierząt. Umiejętność niezwykle przydatne — i to nie tylko do leczenia.
Bestiologia [W]
Czasologia [O]
Etykieta [W]
Handel [O]
Geografia [P]
Historia [O]
Kulturoznawstwo [W]
Matematyka [W]
Medycyna [W] Pośrednio związane z alchemią, zielarstwem i anatomią. Prawdę mówiąc — tych trzech dziedzin, uczyć się można było razem. I nie inaczej było w tym przypadku.
Prawo [P]
Władanie Bronią białą [M] Przynajmniej mlaśnięcie, kiedy żelazo przebija ciało człowieka. Wchodzi w jego trzewia, brutalnie odbierając mu dech i kradnąc życie. Piękny, wręcz niebiański jęk konającego, świadomość tego, że jest się panem życia i śmierci. Bycia na tych cholernym padole łez. Cienkiej granicy, która dzieliła jedno, od drugiej. Czegoś, co istniało zawsze i istnieć będzie. Nienawiści i władzy silniejszego. Może właśnie tego wystrzega się Jarzęb? Może chłód roznoszący się po jego dłoni, zbyt długu przynosił mu poczucie bezpieczeństwa?
Łucznictwo [W]
Uniki [W]
Aktorstwo [O]
Kaligrafia [W] Kaligrafia to coś, z czym trzeba się urodzić. Większość osób pisać nie potrafi. Czemu? Bo większość osób to czarna masa, dla której smoki są istotami wymarłymi, a ich królowie są nieśmiertelni i wszechpotężni (czasami mają rację, cóż). Jarzęb umiał i czytać, i pisać odkąd ukończył osiem lat. Później, pomagając (a następnie samemu się trudniąc) alchemią, zielarstwem i medycyną, polepszył się w swoich własnych oczach. I wreszcie nie pisze z błędami własnego imienia, co wbrew pozorom, trudne było dla niego.
Recytacja [W] Alchemia słynie z tego, że jest sztuką ciężką. Nauką długą, mozolną i nie zawsze opłacalną. Liczy się w niej cierpliwość, dokładność i forma. W tym przypadku, recytacja też jest cholernie ważna. Bo chyba nikt nie chciałby się zbłaźnić przed potencjalnym kupcem, nie potrafić wymówić przedmiotu zainteresowania. Chyba. Nie wiadomo co ludziom po łbach chodzi i co tam mieszka.
Taniec [P]

Magia

Nie potrafi używać magii.

Magiczne przedmioty

Towarzysz


Historia

Światło. Kolory. Lekki szum wiatru, kołyszący drzewa i wprawiający je w, niemal hipnotyczne, miarowe ruchy. Dźwięk. Hałas. Spadający kawałek drewna, upadający na śnieżnobiały, mięciutki puch. Który, tak naprawdę, okazuje się chytrym i podstępnym lodem, ukrywającym się pod uwielbianą przez dzieci, powłoką. Młody Jarzęb ma się o tym przekonać niejednokrotnie, biegnąć czy to za Marchewą, czy to za bratem.
Było zimno, widział to po mamusi i tatusiu. Oni dali mu duży, włochaty koc. Ciągle gryzł go w szyję, gdzie, oburzona całą sytuacją skóra, zaprotestowała, jasno oznajmiając, że to nie materiał dla niej. Jednak Jarzęb się tym nie przejmował. Nosił wszędzie za sobą koc, który przypominał mu o cieple, jaki mu dawał. A to było najważniejsze.
- Ludzie kłamią, synu. Pamiętaj, żeby nie dać się ogłupić. Wydrzeć to, co masz tutaj — mówił ojciec, wskazując na, jeszcze wtedy drobną, pierś chłopaka. - Bo to sprawia, że jest tym, kim jesteś. Będziesz wyjątkowy, rozumiesz? I nie możesz sobie tego odebrać.
Słowa opadły spokojnie na ziemie niczym tumany kurzu wzbijające się w powietrze, pod ciężkimi i zabójczymi podkowami koni. Jarzęb wiedział, że to, co ojciec mu mówił, było ważne. Nie rozumiał jednak tego. Czemu ktoś miał mu wydrzeć serce? Pozbawić jestestwa? Dlaczego tatuś nie miał go wtedy obronić? Przecież mogli schować się razem pod koc. Wtedy wszystko cichło i byli bezpieczni. Przynajmniej do czasu.



- Mamo, mamo, tata wraca! - rozbrzmiał donośny i dość piskliwy głos. Zanim stare deski schodowe załkały żałośnie, uginając się pod ciężarem równie wiekowych buciorów, zanim Jarzęb zdążył zbiec na dół, aby z radością rzucić się w ciepłe i silne ramiona swojego ojca, zanim to wszystko się wydarzyło, rozległ się odgłos upadającego metalu, który, niczym kości do gry, upadł na zbutwiałą podłogę, mocząc ją niemal szkarłatną posoką, będąc częścią pysznej pomidorówki. - Mamoo? - ponownie odezwał się Jarzęb, dopiero teraz zbiegając ze schodów. - Co się dzieje?
Odpowiedział mu tylko dźwięk skrzypiących zawiasów, które już dawno temu jęły się zadania trzymania, równie wytrzymałych, drzwi. Na razie sprawowały się dobrze, zupełnie jakby czekając na godną nagrodę. Niestety, ich głos, ba, muza, przywodziła na myśl skowyt umarłych, którzy wreszcie upomnieli się o swoją daninę, wyciągając łapczywie; długie, poskręcane paluchy.
- C-co się dzieje? - Słowa padły na mroźne powietrze, jakoby zawisając na nim i czekając, niczym sępy, na rozwój wydarzeń.
Człowiekiem na wozie nie okazał się tatuś, a obcy pan. Jednak był on jakiś taki dziwny, noszący niby maskę obojętności i smutku, jednak nieumiejący ukryć emocji kłębiących się w jego oczach, tym razem wyrażających smutek i prawdziwą skruchę. Zupełnie jakby przez niego ktoś umarł.
Matka łkała głośno, stojąc zaraz za powozem. Przyglądała się jakiemuś podłużnemu przedmiotowi. Jarzęb, nie bacząc na chłód wstępujący w jego ciało i hamujący jego ruchy, wskoczył wtedy do środka, uchylając wieko wielkiego pudła. To miała być jego najgorsza decyzja w życiu.

- Musisz jeść. Słyszysz? - Puste słowa, bez żadnego znaczenia, znowu odbiły się od całunu smutku i bólu, którym otoczyła się matka Jarzęba, nie bacząc na nic. On za to próbował każdym sposobem. Krzykiem, płaczem, błaganiem — nawet zastraszał. Nic. Jakby była zepsutą marionetką, którą lalkarz wyrzucił, bo znalazł sobie nową zabawkę. - Cholera jasna, POMÓŻ MI. Nie zostawiaj mnie, słyszysz? - Zupa rozlała się na podłodze, a dźwięk tłuczonego naczynia rozniósł się po całej chałupie. Jarzęb stał nad matką, patrząc na jej niewzruszoną twarz; niegdyś rumianą, piękną, teraz będąc marną imitacją dawnej siebie.

Wtedy Jarzęb miał piętnaście lat. Wiedział już, co to ból. Wiedział, co to ciężka praca. Wiedział, co to smak goryczy i porażki. Zakosztował go niejednokrotnie, kiedy matka wypluwała jedzenie wprost przed siebie, nie bacząc na nic. Mogła nawet opluć samego Prasmoka — nic by to nie zmieniło. Była niczym opuszczona, zniszczona skorupa. Bez środka. Sensu życia.
Życie było cholernie ciężkie. Jednak dla Jarzęba miał zapłonąć mały, nieśmiały płomień. Płomień, który miał przemienić się w wielki ogień.

Setki dłoni. Łapiących, rwących i dotykających. Chcących pokazać mu, jak dobrze jest tam. Po drugiej stronie. A myśl ta, z drobnego pomysłu, rośnie ciągle, stając się jedyną myślą ciągle powracającą do Jarzęba…
- Niech spoczywa w pokoju, a jej dusza uzyska wieczny dom u Pana Naszego — głos dobiega jakby zza grubej kotary, wytłumiony. Jakby niechciany, odpychany przez świadomość chłopaka. Jednak sam sens do niego dociera, a on wreszcie otwiera oczy.
Stoi na samym przodu kilkudziesięciu osób, sam, patrząc się na twarz swej matki. Teraz niemal uśmiechniętej, wyrażającej wreszcie błogi spokój. Głos cichnie, jednak dalej rozbrzmiewa w głowie Jarzęba, odbijając się echem. On sam domu nie miał. Dom to była rodzina. Dom to było ciepło, którym darzyli go rodzice. A tego już nie było.
- Chłopcze, jak się trzymasz? Wszystko będzie dobrze — rzecze miły staruszek, kładąc pomarszczoną dłoń na jego ramieniu. Jarzęb prycha, niemal nie zrzucając wykrzywionych reumatyzmem, palców starca, zwąc go głupcem i ignorantem. Niemal, w ostatniej chwili się powstrzymując. Chce zostać sam, a ten staruch wcale mu w tym nie pomaga. Zresztą, tłum ludzi, powoli rzednący, też bierze w tym jakiś udział. - Zimno ci? Może przyjdziesz do mnie, napijesz się czego ciepłego? - kontynuuje, widocznie biorąc odgłos za oznaki zimna wdzierającego się pod płaszcz Jarzęba. Chłopak kiwa tylko głową, ostatni raz patrząc się na twarz swej matki. Zaraz ma zostać zakopana, aby jej ciało w spokoju mogło zamarznąć w zlodowaciałej ziemi. Nie boi się, że pazury zgnilizny i rozkładu sięgną ciała jego rodzicielki. Przy takiej temperaturze, nawet powietrze wydaje się drżeć z zimna.
Razem rusza ze staruchem, tak naprawdę znajdując sobie usprawiedliwienie, żeby jak najpóźniej wejść do swojej chałupy. Zagłębić się w stare rzeczy rodziców, ich portrety; szczotkę mamy, którą zawsze rano czesała włosy; fotel taty, zawsze wesoło skrzypiący przy każdym ruchu. To już było martwe tak, jak jego rodzice. Niegdyś żywe, przepełnione energią, teraz tylko czyhało, by wbić haki w pamięć Jarzęba, zatrzymując go już na zawsze. Kradnąc jego życia i oddając je Śmierci.
Jednak tak nie mogło być.

- Bo widzisz. Niedługo wyruszam do miasta. Nowej Aerii. Słyszałem, że twoje wujostwo tam mieszka. Przynajmniej tak mi mówił twój ojciec — raczył historią starzec, patrząc się w ogień.
Domek jego był przytulony. Przykucnięty na uboczu drogi, sprawiał wrażenie ospałego, niemal wyglądając jak właściciel. - Mógłbym cię zabrać. Jeśli oczywiście chcesz.
Herbata była pyszna, z dodatkiem imbiru i cytryny. Jarzęb nie pytał się, skąd starzec miał takie dobra. Widział już wiele rzeczy, nic go nie mogło zadziwić. No, prawie nic.
- Tata… nigdy nie mówił mi o wujku — przemówił cicho, podążając za wzrokiem starca. Płomienie tańczyły, tworząc osobliwy obraz śmierci i życia. Kiedy jedne już na zawsze znikały, inne pięły się w górę, podpierając się trupami swych braci i sióstr.
- Podobno się pokłócili. Wiesz, Jarzębiu, twój tata był dobrym człowiekiem. Życzliwym dla wszystkich i nie wiem, co musiało się stać…
- Żeby ojciec nie chciał przyznać się do brata — dokończył Jarzęb, upijając kolejny łyk gorącego napoju, przyjemnie drapiącego go po gardle.
- Dokładnie. - Starzec pokiwał głową, wstając z fotela i podchodząc do kominka. Dopiero teraz Jarzęb zauważył obraz wiszący nad nim, spowity w mroku, niewidoczny z już i tak małej, odległości. - Spójrz, to twoja matka. - Staruch wskazał malowidło Jarzębowi, znowu siadając na swym siedzisku. - Wtedy poznała twoje ojca. Wracał z wojny — dodał, spoglądając w atrament rozlany za oknami chałupy. Jakby szukał tam kogoś… albo czegoś.
Mamę rozpoznał od razu. Piękne, czarne pukle włosów, swobodnie opadały jej do łopatek, dając na myśl wodospad czarnej wody. Obok niej stała jakaś dziewczyna, równie urodziwa, lecz nieco niższą i krąglejszą, przywodząc na myśl dorodną brzoskwiń.
- Kto to? - zapytał chłopak, wstając z miejsca i podchodząc bliżej.
- Ach, to moja wnuczka, Dobromiła — odparł starzec, zamykając oczy i kładąc się wygodniej na fotelu. - Zmarła dwa dni po namalowaniu tego obrazu. Przepadła w bezdni rzeki.
Chłopakiem znowu wstrząsnął lodowaty dreszcz, sięgając aż do końcówek jego palców. Zimna dłoń zacisnęła się na jego szyi, a on sam ledwo co przełknął ślinę. Lecz nie przeraziła go śmierć dziewczyny, a obojętność, z jaką opowiedział o tym starzec. Czy on też kiedyś taki się stanie? Obojętny, nieczuły na nic? Zamknięty w skorupie własnych smutków i obaw?

Objęcia samotności, szpony śmierci i jęki umarłych. To przywitało Jarzęba, kiedy ten uchylił drzwi do chałupy. Wszystko wyglądało normalnie, jakby nic się nie wydarzyło. Bo przecież tata nie mógł ot tak zginąć, a matka nie powinna dać się omamić obietnicą spotkania się z nim. Nie tak to powinno wyglądać. Fotel powinien skrzypieć od ciężaru ciała, a nie arktycznych chochlików, wdzierających się siłą do wnętrza pomieszczenia.
- Marchew? - Padły słowa, jakby puste, bez żadnego znaczenia. Bezbarwne, nienaznaczone żadnymi emocjami, nacechowane obojętnością i nicością. Ogień zgasł i nie miał zamiaru znowu oświetlić drogę Jarzębowi.
Więc musiał sam go rozpalić.
- Marchew?! - Głos, niczym psy myśliwskie, rozbiegł się po całym domu, wąchając każdy kąt i wciskając się w najmniejszą szparę. On nie mógł wrócić bez odzewu. Był niczym niestrudzony myśliwy, musiał kogoś znaleźć. Albo chociaż pozostałości po tym kimś.
Żałosne wycie, niemal niedosłyszalne dla ludzkiego ucha, rozniosło się po drewnie budującym ten dom, szepcząc do ucha Jarzęba jedną, pamiętliwą piosnkę.
Piosnkę zapomnienia i krzywdy. Tęsknoty, samotności i niepisanej groźby. Lecz nie groźby śmierci czy innego Licha. To były rzeczy podrzędne, błahe, nieważne. Jarzęb wiedział, o co chodziło. I od razu pożałował, że zostawił swoją jedyną rodzinę w zapomnieniu i złej ułudzie, że jednak nikogo już nie ma. Że Marchew został już na zawsze sam, skazany na śmierć w domu pustym. Bez dawnego życia.

Krzesło mamy, niegdyś brązowe, teraz z każdej strony porysowane i wyblakłe, emanowało wiekowością, krzycząc niemal: należy mi się szacunek, nie sadowić już na mnie ciężkich tyłków! Tam właśnie Marchew leżał, swoim czarnym i dużym noskiem dotykając jednej z drewnianych nóg, wprawiając w ruch siedzisko. Jednak nie było żadnej odpowiedzi. Pani nie przychodziła, nie siadała obok i nie czesała swoich pięknych i długich włosów. Nie było już nic, tylko duch zapomnienia, który rozsiadłszy się wygodnie, kopał swoimi buciorami o okiennice, wprawiając je w nieustannych ruch.
- Ja też tęsknię, ja też - przemówił po chwili ciszy Jarzęb, siadając na emanujących zimnem deskach, kładąc głowę na wręcz gorącym brzuchu Marchewa. Wsłuchując się w nieustanne bicie jego serca, chłopak po raz pierwszy poczuł ciepło w chałupie. Poczuł drgawki trupa jego rodziny, który miast umierać, podniósł się z cholernego grobu, wydzierając się: ja jeszcze nie umarłem, żyję!
- Tutaj już nie ma dla nas miejsca. - Słowa, wypowiedziane niemal bez emocji, były tylko całunem skrywającym całą ich gamę. Jednak Jarzęb nie chciał odkrywać nic. Chciał już zawsze zostać tam, w ukryciu, nie wychodząc na światło dzienne.
Pies, spoglądając przez chwilę na swego pana, w końcu obudził się z letargu, traktując lodowate policzki Jarzęba ciepłym językiem. To nie był jeszcze koniec.
Rodzina została zabrana z domu. Bestialsko wyrwana, rzucona na pastwę Śmierci. Ogień został zgaszony, a truchło nadziei zeżarte przez stado szakali. Jednak nadzieja gdzieś się tliła, ogarniając coraz to większe połacie serca. Serca Jarzęba.

- Zabrałeś ze sobą przyjaciele, hę? No dobrze, będzie nam weselej, bo podróż żmudna być może. - Staruch, mimo już podeszłego wieku, żwawo przemierzał ścieżkę wydrążoną z jego domu do przycupniętego budynku obok, pełniącego funkcję stajnio-składzika. Raz po raz tachał ze sobą ciężkie kufry, jakoby leniwe kochanki, które za nic miały sobie rychłą groźbę opuszczenia ciepłego, bezpiecznego gniazdka.
Marchew pierwszy zareagował na starucha, podbiegając do niego i wąchając go swoim wielkim, czarnym nochalem, niby próbując aurę go otaczającą. Jarzęb stał w miejscu, spoglądając w bezdeń wieczornego nieba, myśląc i o swej przyszłości, jak i o nadziei, która, przynajmniej na razie, wyciągnęła do niego bezinteresownie dłoń.
- Eno, ty mnie słyszysz, czy co? Pomóż mi z tymi starymi dziadami, bo i do następnego księżyca się nie uwiniemy — rozległ się, w mniemaniu Jarzęba, nagle głos starca, wyrywając go z głębokich i jakże ważny dumań. - Rusz się i dawaj to, coś tam ze sobą wziął.
Chłopak podszedł bez słowa do wozu, kiedy już na jego dnie był ustawione rzędy z najróżniejszymi różnościami, skrzynkami z drewna i żelaza, a także dziwnymi buteleczkami, które co rusz obijały się o ciebie, śpiewając pieśń pożegnalną dla tego miejsca. Jarzęb rzucił swój niewielki pakunek na pakę, patrząc się pytającym wzrokiem na starca, który, w dosłownie, mgnieniu oka, z rzędu wydającego rozkazy, zamienił się w kilkunastoletniego wieśniaka bawiącego się z psem, przeciągając się z nim patykiem.
Zabawa trwałaby może i o wiele dłużej, gdyby nie fakt, że i nocy nie była sprzymierzeńcem starucha, i jego ciało też odmówiło posłuszeństwa, gdyż po jednym z mocniejszych pociągnięć Marchewa, staruch potknął się o wystający korzeń, niby to sidła zastawione na nieuważną zwierzynę, lecąc na łeb i szyję, waląc mocno pyskiem w ziemię. Piesek, nie wiedząc kompletnie, o co chodzi, podszedł powolutku do starca, upuszczając przy jego głowie patyk, patrząc ze zdziwieniem na zaistniałą sytuację.
Jarzęb za to działał za szybko, żeby jakaś siła była zdolna go zahamować. Szybko podbiegł do starucha, krzywiąc się na litanię przekleństw dobiegającą z jego ust, a także podając mu dłoń, kiedy to niezdarnie próbował się podnieść.
- A to cholera, myślałem, żeś słabszy — zwrócił się to ni do psa, ni do Jarzęba, podnosząc się z godnością starego, obalonego już króla, dotykając się po szczęce, jakby dopiero co wyszedł z karczemnej bitki. - A ty co? Do roboty się bierz, a nie jak kołek będziesz stać i czekać na pieruńskie licho! - Słowa, niewątpliwie skierowane w stronę Jarzęba, mogły i mieć negatywny wydźwięk. Ba, mogły urazić w jakiś sposób chłopaka, zasiewając w nim ziarenko niepokoju, które, odpowiednio pielęgnowane, mogło urosnąć wielkie i silne. Jednak Jarzęb nie odpowiedział nic, po prostu spoglądając z rumieńcami na licu, w stronę starucha, słuchając całego kazania. - W domu, przy wejściu, jeszcze sporo tego cholerstwa jest. Jeśli ruszysz swoje leniwe dupsko, to i może skoro świt wyruszymy — dodał, już odwracając się od chłopaka i, lekko kuśtykając, kierując się w stronę wozu.
- Ciężka noc, oj ciężka, Marchew — wymruczał Jarzęb do swej psiny, ruszając w stronę domu.

Wielkie, masywne zębiska wyrastając z ziemi, niczym miecz wbity w ciało, przecinały połacie ziem na połowę, stanowiąc swoistą wyrwę na całej Prałusce. Jarzęb za to je kochał. Wielkie, kamienne, nazywane przez większość; Góry Dasso, widać już było z oddali. Słońce jeszcze na dobre nie zagościło w objęciach obłoków, a ona już były. Czekały. Niby lew, z otwartą paszczą patrząc, jak ofiara sama wchodzi pomiędzy jego kły, aby następnie z krwiożerczą siłą zacisnąć je nań, kradnąc życie i ułudę wszelakiej nadziei.
- Niedługo będziemy na miejscu — zaczął staruch, spoglądając ukradkiem na Jarzęba. - Jeśli wszystko pójdzie po mojej myśli, a pójdzie na pewno, to przed zmierzchem powinniśmy już pić grzańca, ogrzewając nogi przed kominkiem, ot — kontynuował, jakby na potwierdzenie swych, wyciągając jedną nogę naprzód i ruszając butem, wprawiając go w stan prawie-żywy.
Zapadła niezręczna cisza, kiedy ostanie słowa starucha zawisły w powietrzu, z błagalną modłą czekając na kogoś, kto wreszcie zlituje się nad nimi i odetnie ich od stryczka, pozwalając upaść na dół. Jednak dziś litości miało nie być, a Jarzęb, zazwyczaj wątpliwie rozmowny, dziś przechodził sam siebie, praktycznie wydobywając tylko zwierzęce odgłosy ze swojego gardła.
- Twoja psina znowu pogoniła za jakimś czortem — zauważył staruch, znowu próbując w jakikolwiek sposób nawiązać dialog. Może i jakby pojechał sam, byłoby mu lepiej, gdyż nie musiałby cierpieć, mając u boku takiego ignoranta. A może i rozumiał chłopaka, wiedząc, że tamten wszystko stracił.
Jedynie wóz znowu odpowiedział starcowi, kiedy to oś żałośnie zaczęła jęczeć, kiedy napotkała na drodze kamień, który niczym cichy myśliwy, tylko czekał na okazję, by ukraść komuś czas. Jarzęb mimowolnie spojrzał w dół, w duchu powtarzając sobie, ażeby nic takiego się nie stało. Ażeby cholerne drewno wytrzymało, a oni mogli dojechać na czas. Staruch jedynie zaśmiał się do siebie, patrząc z chochlikami w oczach na młodzika, drapiąc się po swojej dużej brodzie.
- Ten wóz przeżyje i nas, chłopcze.

- Czemu wojsko stacjonuje poza murami miasta?
Ciekawość zwyciężyła. Jarzęb, bo kilku długich chwilach, nie mógł już wytrzymać. Słyszał różne dziwactwa, od zabicia zwierzęcia tylko dla skóry, po syrop wydłużający życie, kończąc na zrzekaniu się tytułów szlacheckich. Jednak to było coś innego. Jak oni bronili miasta, kiedy nie byli w nim?
- Chłopcze... - zaczął starzec, drapiąc się po swych zsiwiałych włosach — to nie jest takie proste. Straż nie jest potrzebna w mieście. Tam każdy bogatszy staruch, a później jego dzieciuch, sam dba o swoje bezpieczeństwo. Nie ma żadnej możliwości, żeby miasto upadło, bo ma... własnych system obronny. Rozumiesz?
- No to po co oni tutaj są?
- Wojsko w mieście nigdy nie wróży dobrze. A jeszcze jak dodać do tego, że Nowa Aeria jest neutralna... Ludzie są lękliwi, chłopcze. Czują się bezpiecznie, kiedy nie czują oczu łypiących na nich z murów miasta.
Jarzęb wysłuchał starca do końca, nie potrafiąc zrozumieć jednej, ważnej rzeczy. Najpierw poukładał sobie wszystko w głowie. Każdy bronił własnego nosa, każdy dbał o swoje. Tylko...
- Więc po co jest straż, skoro to miasto jest neutralne? - zadał nurtujące go pytanie. Skoro z nikim nie miało wojen, nikt nie napadł na nie... To było czyste marnotrawstwo pieniędzy na bezużyteczną straż miejską. Chyba.
- Chłopcze, zapamiętaj jedną, najważniejszą rzecz na tych cholernym, pozbawionym smaków świecie. Nic tu nie jest bezpieczne. Królowie umierają, choć mają najlepszą ochronę. Potężni magowie są rozrywani na strzępy przez magię, choć tresują ją całe życie. Nawet wataha wilków nie potrafi dać pewności, że obroni wszystkie młode. A wiesz dlaczego?
- Dlaczego?
- Bo życie nigdy nie idzie nam na rękę. Chcąc coś osiągnąć, zawsze trzeba mieć kilka wyjść. Nawet z najgorszej sytuacji. Pamiętaj, dopóki myślisz, możesz przetrwać. Dopóki jesteś wolny, masz cel w życiu. Jeśli to stracisz, to nie masz nawet czego tutaj szukać.

Cholernie, ciężkie kufry. Co on tam miał?
- Jeszcze tylko kilka, nie przestawiaj, bo będzie ci trudniej zacząć! - podzielił się jedną ze swych mądrości staruch, siedząc na krześle, z wyciągniętymi nogami do przodu. Jakby całą tę drogę przeszedł, a Jarzęb przejechał. No tak.
- Jasne — mruknął cicho do siebie, kładąc kolejny pakunek na podłodze. Ręce miał odrętwiałe, palce białe, a plecy jęczały niby drzwi w jego starym domu. Jedyny fakt jaki cieszył chłopaka, to wesoło tańczące ognisko, wręcz śpiewające niczym syrena, wołając Jarzęba. To był jego jedyny cel. Jeśli szybko przeniesie rzeczy, będzie mógł się do niego dostać. Przysiąść się, położyć. Pocałować Marchewa w nos i iść z nim wreszcie spać.

- To już ostatni - staruch przerwał nagle stękania, prychania i jęczenia chłopaka, kiedy ten wmaszerował znowu do kamienicy. Skąd on to wiedział? Czyżby liczył, ile razy Jarzęb chodził w tą i z powrotem? Zamiast takich dyrdymałów, mógłby wreszcie ruszyć swój skamieniały tyłek i pomóc mu.
- Wytrwałość i dążenie do celu, to co, chłopcze — dodał staruszek, jakby czytając w myślach chłopaka. Ten mimowolnie się wzdrygnął, upuszczając kufer na podłogę, przez co cała zawartość wyspała się na deski, mieszając się ze sobą. - Nie czytam ci w myślach, chłopcze. Jednakowoż, nie muszę być teraz potężnym magusem, by stwierdzić, że będziesz miał ciężko noc.
Jarzęb pokręcił z niechęcią głową, patrząc się na jakieś głupie łodyżki, liście i trawę. Jedzenie dla kozy, a nie przydatne rzeczy. Jak on to miał od siebie odróżnić? Wszystko było jednakowe, a staruch nie kwapił się, by pomóc w jakikolwiek sposób Jarzębowi.
Jasna cholera.

Dni przemijały, a Jarzęb wciąż mieszkał, spał i jadł u starucha. Uczył się, myślał i słuchał. Wyglądał przez okiennice, wyszukując skrawków rozmów, by później połączyć strzępki w jedną całość. Musiał nauczyć się oddzielać złoto od piasku, stal od diamentu i kobietę od mężczyzny. Brzmiało to banalnie, Jarzęba sądził nawet, że opanuje to w kilka chwil.
Jak cholernie się mylił.
Wujostwa nie sposób mu było znaleźć. Mimo odwiedzin w kilku tawernach, nie miał żadnych wieści na jego temat. Wszak ciężko było znaleźć kogoś, kogo się nigdy nie widziało, nie słyszało się o nim, a nawet nie znało imienia. Jednak Jarzęb się nie poddawał. Czuł, że jest blisko.
Mieszkali w ludzkiej części miasta, od wszystkich stron otoczeni smutnymi, wręcz paskudnymi, kamiennymi poczwarami, które tylko dybały na kogoś życie. Codziennie rano na ulicach zalegały fekalia, a szczury wesoło harcowały w zakamarkach. Co było najdziwniejsze, ludzie, wszak bogaci i dobrze urodzeni, nie zwracali na to żadnej uwagi. Zamykali się w swoich murach, odcinając się od całego świata, sprawy załatwiając przez innych ludzi.


Staruch od rana jest jakiś nieswój. Ciągle zrzędzi i narzeka, a nawet nakrzyczał na Marchewa. Coś mi tutaj nie pasuje, bo co jak co — pies od zawsze jest osobą niemal boską w tych ścianach. Wiekowy, zsiwiały, upodobnił się do starucha, spędzając z nim większość czasu w sklepie, a później przy kominku. Jednak ja nie jestem już zazdrosny. Przeszło mi. Teraz nawet nie mogę wyjść z nim za mury miasta, bo od razu zaczyna rozkraczać się na tylnych łapach, a w oczach widać mu tylko smutek i żałość. Nie mogę czasami na niego patrzeć. Po prostu odwracam wzrok. Jest to moja jedyna, prawdziwa rodzina. Jedyna istota, którą kocham. Dlaczego, do jasnej cholery, on musi odejść?! Czy tak to wygląda? Wszystko, co ważne, zawsze odchodzi, zostawia nas samych sobie? Może tym razem będzie inaczej.
Może.
- Nie ten, ty zgorszony ośle. Dwie krople, a nie trzy. Ty mnie w ogóle słuchasz? Jasna cholera, co się z tobą dzisiaj dzieje? - mówi staruch, a ja nawet nie zwracam uwagi na niego. Od kilku lat już wiem, że trzeba dodać trzy krople. Czy dzisiaj, do jasnej cholery, jest dzień dwóch kropel? Dzięki za informacje, o opaczności!
- Dobra, dobra. Idź już do sklepu, bo zaraz jeszcze bardziej zsiwieje przez ciebie — znowu odzywa się staruch, przeczesując swoje resztki białych włosów. Mimowolnie się uśmiechem. Chyba zapomniał nałożyć sobie tupeciku, że tak mówi.
- Zrób to, zrób tamto. Może po prostu usiądę przy kominku i będę narzekać, tak jak teraz ty? - mruczę cicho pod nosem, nie odważając się powiedzieć tych słów na głos. Mimo tego, że staruch to staruch, dalej się go obawiam. Jest w nim coś dziwnego. Takiego.
Magicznego.
- Już schodzę, na Prasmoka jednego! - wołam, schodząc po schodach. Już stąd słyszę, jak ktoś uderza w drzwi sklepiku. Pewnie znowu jakiś gość, mając problem ze swoim mniejszym kolegą, albo niespełniony młodzik, szukając czegoś, aby rozkochać w sobie wybrankę serca.
Dum. Dum. Dum.
- Cholera jasna, co mu się tak śpieszy — mruczę nieco głośniej. Zeskakuje z ostatnich stopni i idę szybko w stronę drzwi. To musi być coś pilnego, skoro typ nie daje ani chwili wytchnienia swojemu łapsku.
- Słucham! - mówię, kiedy tylko przekręcam klucz, wprawiając mechanizm znajdując się w drzwiach, w ruch. - Dopiero co wstało słońce, niech waść da odetchnąć — dodaję, kiedy widzę poprzecinaną bruzdami twarz, zielone, dziwnie znajome oczy i wąskie usta. Ską...
- Jarzęb? - Dźwięk rozchodzi się po pomieszczeniu, a ja milknę. Wpatruję się w oczy obcego, nie mogąc w żaden sposób przestać. On tu stoi. Jest tutaj.

- I co ty sobie myślisz? Że po kilkunastu latach przychodzisz i ot tak go sobie weźmiesz? Nawet zwierząt się tak nie traktuje, nawet zwierząt! - Staruch krzyczy, a ja dalej udaję, że nic nie słyszę, grzejąc swoje dupsko przy kominku, w asyście, oczywiście, Marchewa.
- Jeremy, rozumiem. Wychowałeś go. Ciężko ci to zrozumieć, ale to ja jestem jego rodziną. Teraz potrzebuje mnie, a nie twoich ziółek i miksturek.
Jeremy? Czyli to tak ma na imię staruch? Cóż, nigdy nad tym nie rozmyślałem, ba, nawet nie miałem zamiaru go o to zapytać. Bo i po co? Przecież to była zbędna informacja, a staruszek przez to by nie odmłodniał. Bynajmniej, wyglądałby na jeszcze starszego. Jeremy postarza, ot co.
- Rodziną? Chyba kpisz. Rodzina to jest coś, co zawsze jest przy kimś. Co zawsze wspiera kogoś, nie bacząc na skutki. Rodzina... to jest miłość. Największa na świecie. Nie do przerwania. A ty? Nie. Ty nie jesteś jego rodziną. Jesteś śmierdzącym, krwiożerczym obdartusem, którego wyrzekła się własna matka. - Przy ostatnich słowach, staruchowi bije piana z ust. Nie podoba mi się to. Za bardzo się denerwuje. Za dużo mówi. Za dużo myśli. To nie może być dla niego dobre.
- A skąd ty możesz wiedzieć, co to jest rodzina, co? Twoja żona cię opuściła, a córka od dawna leży zeżarta przez robale. I co? Ty chcesz mnie pouczać? TY? Głupi zrzęda, całe dnie spędzający przy ziółeczkach i miksturkach na porost włosów?
Nie mam słów. Takie coś... nigdy nie słyszałem niczego takiego. Padają tu takie słowa, że mimowolnie jeżą mi się włosy na głowie. Może to coś oznacza? Może powinienem wstać i wyjaśnić całą sytuację? Sam. Bo przecież jestem dorosły.
- Wyruszę z wujem — mówię, przerywając kolejną ciszę przed burzą. Wszystkie, trzy pary oczów, zwracają się w moją stronę. W jednych widzę radość i zwycięstwo, a w dwóch kolejnych — tylko smutek. Czy to na pewno jest dobra decyzja?
Okaże się.

Wujek był zupełnie inny. Nie mieszkał w wielkich, kamiennych, otoczonych murami miastach. Nie powierzał swojego życia osobom, których nawet nie znał. Liczył tylko na siebie, radząc sobie z każdymi przeciwnościami losu. No, prawie. Samotność zawsze dopadała każdego.
Zawsze.
Żyłem z nim w lesie. Nierzadko spaliśmy w przydrożnych domostwach, za dach nad głową i miękkie siano odwdzięczając się pomocą domową, czy upolowaniem jakiegoś zwierza na strawę. To nie był świat, gdzie pieniądz i tytuł był najważniejszy. Ludzie ufali sobie na uściśnięcie, a słowo honoru — to już była rzecz niemal boska. Dziwny był ten świat, bez dokumentów, pokwitowań i rzędów rachunków. Dziwny był brak brzęku monet w sakwie, dziwna była miłość, jaką darzył las wujek. To było coś zupełnie innego. Niespotykanego. Jakby to las dawał mu życie, a zarazem o nim decydował. Jakby to las był najważniejszą rzeczą w jego życiu.
A przynajmniej mi się tak wydawało.
Uczył mnie wszystkiego. Czułem się jak niemowlę. Bezbronny w wielkim, okrutnym świecie. Bez Marchewa (w domu zostać musiał, za stary już był), bez starucha. Nie mając żadnego wsparcia. Tylko czujne oko wuja, który tylko sprawdzał i poprawiał. Wtedy tego nie cierpiałem. Teraz wiem, że jestem mu cholernie wdzięczny.
Dzięki niemu żyję.
Tu nie było jak ze starcem. Od razu poznałem jego imię. Kruk. Zastanawiałem się, dlaczego właśnie takie. Może to była gra słów, swoista zagadka, mająca na celu omamić każdego człeka, wprawiając go w stan dumań i różnych rozmyślań. Albo po prostu, to była normalna, ludzka nazwa. Tego się nigdy nie dowiedziałem.
Poczułem co to ciężka, fizyczna praca. Zawsze wtedy, kiedy Kruk kazał mi nosić wielkie, cholernie wielkie i wielkie oraz... wielkie bele drewna, zawsze wracałem myślami do tego dnia, kiedy znosiłem kufry starucha do kamienicy. Z perspektywy czasu — tamta sytuacja była niczym spacerek. Bezstresowa, praktycznie niemęcząca. Teraz tak myślę.
Nauczyłem się słuchać i rozumieć, a nie tylko słyszeć pojedyncze dźwięki. Widziałem i czytałem, a nie tylko ślepo patrzyłem na wprost siebie. Zrozumiałem, jak rozmawiać. Nie tylko z Krukiem. Ze wszystkim, co mnie otaczało. Liściem, grudką ziemi, nawet zgniłym jabłkiem — to wszystko wręcz krzyczało. Dziwne było to, że wcześniej tego nie słyszałem.
Głupi i młody byłem. Jedyne, kompromisowe wyjaśnienie.
Zwierzęta były dla mnie niby bracia. Tak. Zabiłem je. Kruk dokładnie mi pokazywał, co i jak. Jednak nie marnowaliśmy żadnego kawałeczka. Wszystko zużywaliśmy. Nie robiliśmy tego dla zarobku — robiliśmy to dla siebie. Dla przetrwania. A nie dla chciwości czy innej podłości ludzkiej. Można powiedzieć, że dopiero wujek otworzył mi serce, zamykając je jednocześnie. Zwidy były tylko zwidami, a halucyny mijały tak szybko, jak się pojawiały. Nawet przeszkody od Pani Natury nie mogły w żaden sposób mi zaszkodzić. One tylko pomagały. Oślepiały wroga. Ja i tak słyszałem. Wszystko i zawsze.
Tak jak tamtego, zupełnie innego dnia.

- Miała cewkę złamaną. Długo by nie pożyła — mówię, wchodząc do kręgu kamieni i drewna, otaczającego wesoło tańczące ognisko. Kruk, zresztą, jak zawsze — nie odzywa się. Siedzi i ostrzy ostrze. Kiedyś powiedział, że musi być zawsze ostre i przygotowane na wszystko. No cóż. Pewnie ma rację. Nigdy jeszcze mnie nie okłamał.
Zabieram się do wycięcia najważniejszych części. Najpierw jednak muszę ją oskórować. Będzie dobry materiał na buty na cieplejsze dni i rękawice, na te zimniejsze. Nawet nie myślę o tym, że przydadzą nam się teraz pieniądze. Żyjemy w lesie już prawie dwa miesiące, a jedyne istoty, jakie spotykamy, to mieszkańcy lasu i duchy przyszłości. A tych ostatnio, coraz więcej się pojawia.
- No, dalej, dalej — mruczę sam do siebie, zaczynając oddzielać skórę od reszty ciała sarenki. Kiedyś wprawiało mnie to w obrzydzenie, wręcz w dziwną stagnację. A teraz? Przychodzi mi to bieglej, niźli pląsanie na deskach karczemnych.
- Dziś się rozstajemy — przemawia niemal grobowym głosem Kruk, smętnie grzebiąc patykiem w ogniu, jakby chcąc tam coś zakopać. Może wyrzuty sumienia? Spodziewałem się tego, że kiedyś usłyszę te słowa. Że będę musiał już raz na zawsze odłączyć się od wuja i zacząć nową drogę. Minęło wszakże już kilka, długich lat. Jednak... dziś? To było coś nieprawdopodobnego. Nie mówię nic. Nie mam co, dalej robiąc, to co do mnie należy. Mięso trzeba szybko upiec, bo się zepsuje. Nadchodzą ciepłe dni, nie będzie już długich, niemal miesięcznych przenoszeń jedzenia ze sobą. Może to i dobrze. Może w końcu zacznę coś robić z sobą, a nie tylko jeść mięso posypane korzonkami, ciesząc się przy tym, jak głupi.
- Nie szukaj mnie. Bo i tak nie znajdziesz. - Kolejne słowa, bez kompletnie żadnego znaczenia. Rzeczy oczywiste, sprawy, od których wiedziałem już od dawna. Szukać Kruka? To tak jakby próbować wytropić jeden liść w lesie. Niemożliwe.
Dzisiejszy dzień też taki się wydawał. Do teraz.

Dane gracza: Jarzeb

Nazwa użytkownika:
Jarzeb
Ranga:
Zbłąkana Dusza
Inne Postacie:
Kallem,
Martwe postacie:
Płeć:
Mężczyzna
Status:
OFFLINE
 
 
PW:
Wyślij prywatną wiadomość
Grupy:
Dołączył(a):
Pn sty 25, 2016 8:12 pm
Ostatnia wizyta:
Cz lip 12, 2018 10:15 am
Liczba postów:
6 | Znajdź posty użytkownika
(0.01% wszystkich postów / 0.01 posty dziennie)
Ostatni post:
[Na trakcie do Danae] Pościg
Cz lut 25, 2016 9:57 pm
Najaktywniejszy w dziale:
Szepczący Las
(Posty: 4 / 66.67% postów użytkownika)
Najaktywniejszy w wątku:
[Na trakcie do Danae] Pościg
(Posty: 4 / 66.67% postów użytkownika)
cron