Oglądasz profil – Lokstar

Awatar użytkownika

Ogólne

Godność:
Lokstar Hellgun Van Yallan
Rasa:
Przemieniony z Łowcy Dusz - Dawn
Profesje:
Płeć:
Nieokreślono
Wiek (w latach):
815 lat
Wygląda na:
0 lat

Aura

Aura lśni soczystą barwą cyny, w której to dostrzec można zalążek kobaltu. Oblana pełnym blaskiem złota, zdaje się nie wydzielać żadnej poświaty. Chociaż niektórzy twierdzą, że dostrzegają jej topazowy blask. Rozbrzmiewa kakofonią jęków, a za nimi ciągnie się rytmiczne buczenie przerywane ciszą. W dotyku dość twarda, niezwykle giętka, wyróżnia się niezwykłą ostrością. Gładka powierzchnia wielokrotnie przerywana jest szorstkimi pasmami. Pachnie dość specyficznie, ponieważ, jak na ironię, nie daje się określić w żaden sposób. W smaku zdecydowanie łagodna, delikatnie lepi gorzki smak do podniebienia.
Nazwa użytkownika:
Lokstar
Wiek:
23
Grupy:
Martwe postacie:
Płeć:
Mężczyzna
Zainteresowania:
Muzyka, kobiety i śpiew.
Odrobina motoryzacji
Zawód:
Student, gitarzysta, specjalista ds. OCR i DTP, specjalista ds. Rekrutacji
Lokalizacja:
Bełchatów

Skontaktuj się z Lokstar

PW:
Wyślij prywatną wiadomość

Statystyki użytkownika

Rejestracja:
4 lat temu
Ostatnio aktywny:
1 miesiąc temu
Liczba postów:
55
(0.07% wszystkich postów / średnio dziennie: 0.03)
Najaktywniejszy na forum:
Fargoth
(Posty: 14 / 25.45% wszystkich postów użytkownika)
Najaktywniejszy w temacie:
[Fargoth] Zakaz konkurencji
(Posty: 14 / 25.45% wszystkich postów użytkownika)

Podpis

Śmierć dla jednych jest końcem. Dla mnie była początkiem nowego życia.
~Lokstar

Atrybuty

Umiejętności

Czytanie i pisanieBiegły
Pobierając nauki w klasztorze nie zapomniał tej dość przydatnej umiejętności, dającej przewagę nad niewykształconymi istotami.
KłamstwoMistrz
Najlepsze kłamstwo to najdziwniejsza prawda, w którą najtrudniej uwierzyć.
OszustwoMistrz
Nie ma to jak wzbogacać się na niewiedzy swoich ofiar.
SzulerstwoMistrz
Tasowanie kart to dla wielu tylko zwyczaj przy grach, jednak już na tym etapie można wiele zyskać.
BlefBiegły
As w rękawie. Może jest, może nie, ale to ty decydujesz w co uwierzysz. To jak obstawiasz?
Zwinne dłonieBiegły
Zabieranie kluczy przechodzącemu obok strażnikowi czy umiejętne przerzucanie kości to błahostka.
AktorstwoBiegły
Umiejętność przydatna w wielu aspektach życia. Zabawianie gapiów dla paru ruenów czy granie na nosie najwyższego sądu w okolicy to klasyczne zagrywki aktorów.
TaniecMistrz
Drobny ruch, gest w rytm muzyki, a nawet cały układ tańców na dworach to idealny sposób zaskarbienie sobie serc dam.
UnikiOpanowany
Kilka trików pomagających w konfliktach lub pokazach.
Walka wręczBiegły
Jak nie da się przemówić komuś do rozsądku, to czasem trzeba zwyczajnie przyłożyć. A to często ma miejsce w karczmie.
Walka bronią białą (jedno i oburącz)Opanowany
Jakiś miecz czy inne ostrze zawsze mile widziane w wypadku niezadowolenia osoby oszukanej, czy zwyczajnie w torowaniu drogi ucieczki.
DemonologiaOpanowany
NiebianologiaOpanowany
Czytanie RunOpanowany
Przydatna umiejętność, ułatwiająca pojmowanie niektórych nazbyt trudnych aspektów nowych sztuczek.
Rzucanie kartami / nożemMistrz
As, wbity tuż przed twarzą osoby, zamierzającej opuścić pomieszczenie z nieswoimi rzeczami, zawsze robi wrażenie.
JeździectwoBiegły
Jeden z ulubionych sposobów przemieszczania. I zawsze jakiś wierzchowiec się znajdzie.
PrzetrwaniePodstawowy
Drobne udogodnienie gdy kończą się zapasy w środku dziczy.
Rozszyfrowywanie iluzjiBiegły
Dobra iluzja to taka, której nikt nie rozpozna.
Odgadywanie kłamstwBiegły
Kłamca pozna kłamcę. Najzwyczajniej w świecie.
FałszerstwoBiegły
Kilka ruchów, rzut oka i wiesz czy to oryginał. Samo podrabianie drobiazgów gdy masz dostęp do materiałów nie jest skomplikowane.
AkrobatykaOpanowany
Gdy wszystko zawiedzie, ewakuujesz się. Co z tego, że grałeś partyjkę na szczycie baszty z jakimś księciem w obstawie. Jakoś trzeba się dostać szybko na dół.
KontraBiegły
W walce w zwarciu dobrze jest wykorzystać całego przeciwnika i jego oręż. Może coś zostanie w ręku do dobicia.
GotowanieMistrz
[loteria]

Cechy Specjalne

Odorność na alkoholDar
Ciężko go upić, nie... Bardzo ciężko go upić... Nie... Dobra... Nie da się go upić...
Zwiększona regeneracjaZaleta
Wszelkie rany goją się szybciej, a on sam potrzebuje znacznie mniej snu w ciągu doby.
Odporność psychicznaZaleta
Opanowany zawsze i wszędzie, a zastraszenia czy umysłowe sztuczki nie są skuteczne przeciwko Lokiemu.
Widzenie w ciemnościachZaleta
Zapewniają mu to pozostałe po demonicznej formie oczy.
Słabość do anielskich piór/PhobophobiaSkaza
Za oryginalne pióro anioła jest w stanie wiele poświęcić, jednak nie wszystko./ Strach przed strachem [loteria].

Magia

ChaosuAdept
Kontrola oczek na kościach czy wywoływanie przypadkowych zdarzeń pomagających w osiągnięciu celu.
IstnieniaUczeń
Jednym z ulubionych przez Lokiego zastosowań tej dziedziny magii jest tworzenie kwiatów i biżuterii dla kobiet ale nie pogardzi też wytrychem czy dodatkową kartą w grze o wysoką stawkę.
PustkiAdept
Klon wyglądający dokładnie jak on, ale niematerialny, doskonale nadaje się do infiltracji czy spotkań z niebezpiecznymi osobnikami.
ZłaAdept
Jak nie działa słowo trzeba użyć siły, a co boli przekonuje. Zawsze można kogoś zmusić do płaczu z bólu albo zwyczajnie wysadzić jego monety.

Przedmioty Magiczne

Anielskie pióroArtefakt
Za jego sprawą Loki przybrał znów wygląd człowieka i stał się przemienionym. Dodatkowo blokuje wszelkie wpływy Demonów jak i Piekielnych na Lokstara.
Opaska na ramię - Eteryczna torbaZaczarowany
Po co nosić jakiś ciężki, nieporęczny plecak, jak wszystko można trzymać w poręcznej torbie o niemal nieograniczonej pojemności, zaklętej w formie schludnej opaski na ramię zdobionej runami.

Charakter

    Mój charakter można opisać na kilkanaście sposobów. Jedni mówią, że jestem arogancki i niegrzeczny, z kolei inni uważają mnie za godnego przeciwnika, nie tylko w walce, ale i w grach hazardowych oraz piciu. Jeszcze inni mają mnie za bezczelnego podrywacza. No cóż, nie ukrywam, lubię kobiety. Ale najlepiej przedstawią to krótkie opowiastki z mojej przeszłości. A więc...:
centerstrong~~I~~/strong/center
    — Nie widziałeś, gdzie pobiegł ten biały jednorożec? — spytał zdyszany myśliwy, z trudem łapiąc oddech po gonitwie.
    — Biały? Nie, ale widziałem niebieskiego goniącego różowego i pobiegły... Tam! — wyciągnąłem rękę w bok. — Albo tam! — Wskazałem zupełnie inny kierunek. — W sumie to nie wiem, ślepy jestem. — Poprawiłem okulary i odszedłem wymachując przed sobą bezładnie kijem.
    — Proszę pana, drzewo... — krzyknął myśliwy.
    — Widzę przecież. — Odwarknąłem, omijając owe drzewo i odchodząc w dal...

centerstrong~~II~~/strong/center
    Pewien szlachcic chciał udowodnić swoim towarzyszom, jak to dobrze włada szpadą, jeśli tak można nazwać tę wykałaczkę przy pasie.
    — Ty! — wskazał na mnie. — Wyglądasz na zacnego szermierza! — wykrzyknął mi w twarz swoim nieświeżym oddechem delikwent w żabocie.
    — A ty na niewiastę... — skwitowałem patrząc na jego jakże wymuskany strój i perukę. No i ten wąsik, jak z innej ery.
    Ja uważam się za dobrego kłamcę i oszusta. I możesz wierzyć mi na słowo, że w tej kwestii nie kłamię. Może nie idzie to w parze z honorem i wiernością, ale cóż. Tego doświadczyć mogą tylko najbliższe mi stworzenia. Dodatkowo opowiadanie jest jednym z najmilszych zajęć. A dobra historia to klucz do sakiewek słuchaczy. Najlepsze z nich tworzy życie.
    Kocham przygody i nie potrafię usiedzieć na miejscu, nie chcę się przywiązywać. Są z tego tylko same problemy. A ja tego nie lubię. Wolę wszędzie rozpoczynać przygodę z czystą kartą. A najlepiej z Asem w rękawie. Chociaż pozostawienie wrażenia po sobie też jest zwykle dla mnie ważne. Uwielbiam patrzeć na miny ludzi, którzy nie wierzą w to co się stało. Przegrywają całe majątki i patrzą za mną z nienawistnym wzrokiem, jak odchodzę z ich dorobkiem życia.
    Rzadko mówię kim naprawdę jestem, skąd pochodzę i co widziałem. Dla niektórych było by to zbyt nierealne lub zwyczajnie zbyt...kuszące. Nie mam przyjaznych relacji z Piekielnymi. Jako iż jestem mężczyzną, który „przeżył” swoje, uwielbiam przyziemne rozrywki. Wszelkiego rodzaju gry to przednia zabawa, a im większa stawka tym większe emocje. Po za tym interesują mnie kobiety. Nie chce się jednak z żadną związać. Nie mam ochoty się przywiązywać do niczego ani nikogo. Jestem typem podróżnika, poszukiwacza przygód i nagród. Jeśli zapłacisz odpowiednio wysoką sumę zabiję dla ciebie nawet twoją matkę. Żadne związki, relacje, powiązania nie są dla mnie istotne. Zlecenie to zlecenie, nie myśl jednak, że dam się wykiwać. Ale nikt do końca nie wie, jaki jestem. Tutaj przypomina mi się kolejna historia z pewnym kapłanem w świątyni, do której zawitałem z czystej ciekawości.

centerstrong~~III~~/strong/center
    Otworzyłem wielkie wrota, a moim oczom ukazał się ołtarz. Nic ciekawego. Gdy wyszedłem, zza kolumny na dziedzińcu wyłonił się kapłan, trzymający w ręku księgę.
    — Kim jesteś? - Spytał drżącym głosem, jakby zobaczył ducha.
    — A kim chcesz abym był? — spytałem ciepłym tonem.
    Kocham takie sytuacje. Najczęściej ludzie nie wiedzą co odpowiedzieć i można z nimi robić niemal wszystko. A takimi łatwo się manipuluje.

Wygląd

    Żaden szanujący się kanciarz nie będzie chodził w łachmanach. Wszak jeśli jest taki dobry za jakiego się uważa powinno go być stać na lepsze ciuchy. I tak jest w przypadku Lokstara. Jego ulubiony styl ubierania się jest dość klasyczny jednak przykuwający uwagę. Ciemny kapelusz zagiętymi bokami ku górze z zatkniętym za ozdobną tasiemkę białe pióro oraz podniszczony as wyciągnięty z jakieś talii kart. Całość wykonana z dobrej jakości skóry. Spod niego wystają długie, kruczoczarne włosy spięte w kitę. Metalowy kolczyk w kształcie kwadratu w lewym uchu. Same uszy są zwyczajne. Na nosie okrągłe, ciemne okulary, które kryją złote, demoniczne oczy o pionowych źrenicach zwieńczone wąskimi brwiami. Między nimi, w dół, schodzi nieduży nos osadzony nad wąskimi, lekko zaróżowionymi wargami, które kryją szeregi białych zębów z dłuższymi niż na człowieka przystało kłami. Choć nie takimi, jakimi mogą poszczycić się wampiry. Twarz typowego zmęczonego czasem i podróżami mężczyzny. Wygląda na mniej więcej czterdzieści lat. Niektórzy dają mu więcej, inni mniej. Zgrabnie zarysowana szczęka dodaje trochę pikanterii jego dość schludnej twarzy. W ustach nieodzowna, drewniana wykałaczka. Na szyi wisi coś w rodzaju talizmanu o bliżej nieokreślonym kształcie - powykręcany we wszystkie strony symbol splatający się sam ze sobą. Schowany jest pod dość głęboko rozpiętą pod szyją, czarną koszulą wpuszczoną w spodnie. Na niej kamizelka w kolorze ciemnego bordo lub jak kto woli krwi. Spodnie długie, ciemne, szerokie, opadające luźno na buty. Szwy przyozdobione jasnym wątkiem, wyraźnie odcinającym się od materiału z jakiego wykonana jest dolna część garderoby. Na prawym udzie wisi cienki złoty łańcuszek, na którym jest doczepione jedno białe pióro. Przez szlufki przepuszczone dwa pasy. Jeden gruby, z masywną klamrą przytrzymuje na swoim miejscu całość, drugi nieco cieńszy, przewieszony przez prawe biodro, służy jako wieszak na sztylet i kilka małych sakiewek, zawierającymi między innymi talię kart. Buty na niewielkim podbiciu, uszyte z drogiej skóry, które wygrał gdzieś w jakieś karczmie w pokera; są niemal nie do zdarcia. Prawy z pary zdobiony jest wzorami plemiennymi nieznanego pochodzenia. Na palcu, u lewej dłoni srebrny pierścień, wyżej, na nadgarstku, coś w rodzaju ochraniacza ze skrytką na niewielki nóż, czy asa. Na prawej dłoni rękawiczka z obciętymi palcami – kciukiem, wskazującym i środkowym. Na ramieniu nad łokciem opaska, która rzekomo jest torbą, jednak nikt nigdy nie widział jej działania. Jedynie sam właściciel wie jak jej używać. Całość sylwetki przykryta jest długim, ciężkim płaszczem, zapewniającym ochronę przed zimnem, wiatrem jak i ostrymi zaroślami. Poza tym chroni również skutecznie przed deszczem. Ma w nim też kilkanaście kieszeni i mniejszych schowków na drobiazgi. Kilka pętli po wewnętrznej stronie idealnie nadaje się do przechowywania krótkich mieczy czy innych zabawek.
    Lokstar chodzi pewnie i dumnie, choć z nutą nonszalancji. Każdemu jego krokowi po podłodze w karczmie towarzyszy dźwięk uderzenia obcasa. Ręce trzyma w kieszeni, plecy wyprostowane, twarz skrytą w cieniu kapelusza. W ustach wygiętych w zadziornym, mówiącym o pewności siebie, uśmieszku wędruje co jakiś czas wykałaczka. Mówi swobodnie i nie tłamszą go nawet silniejsi, czy wyżej postawieni. Wszystkie wypowiadane słowa są ciepłe. Nawet gdy przemawia przez niego gniew, co zdarza się niezwykle rzadko jego głos wciąż brzmi ciepło z lekką chrypką. Ogranicza gesty do minimum, choć nie na tyle, by wyglądać nienaturalnie. Zna etykietę w wysokim stopniu co pomaga mu często w kontaktach. A jeśli o kontaktach mowa, to Loki lubi sobie wypić. Nie ma co jednak marzyć o spiciu go. Jest odporny na alkohol, z czego często korzysta.
    Nie jest zbudowany niczym grecki bóg. Swoją figurą przypomina raczej wątłego, zapalonego podróżnika niż wojownika z zamiłowania. Szczupłe ramiona nie wyglądają jakby mogły unieść więcej niż worek ryżu. Nogi, ukryte w szerokich nogawkach, wyglądają znacznie lepiej. Niech jednak swoją budową nie zwiedzie. Coś jednak ostało się z jego poprzednich wcieleń. Potrafi powalczyć półtoraręcznym mieczem, a i nawet całkiem nieźle przyłożyć, jeśli trzeba.

Historia

    Do karczmy wszedł mężczyzna w kapeluszu. Zamówił piwo i przysiadł się do wolnego stolika, gdzie grali w karty.
    — Witam, można? — Spytał szarmancko. Krasnolud wskazał mu miejsce i rozdał karty.
    — Masz coś ciekawego do postawienia, pięknisiu? — Spytał szorstko, popijając z kufla złocisty trunek.
    — Mam interesującą historię. — Odparł pewnie i tajemniczo, próbując zainteresować słuchaczy.
    — Jak nie masz nic ciekawszego to mam nadzieję, że będzie to naprawdę dobra historia. — Wtrącił się młody elf. — Kocham historie. Zwłaszcza, te które mogę skrytykować. — Zaśmiał się.
    — Ta cię nie zawiedzie. — Ciągnął, wypluwając wykałaczkę.
    — No to dawaj, pięknisiu. — Dodał krasnolud. — Ale potem gramy na poważnie.
    — Wszystko zaczyna się daleko stąd. Na odległym lądzie, w niewielkim miasteczku, nieznanym z nazwy... — Zaczął nieznajomy.

centerstrong***Człowiek - Kapłan***/strong/center

    Młody chłopak imieniem Loki w wieku 6 lat mieszkał na dużej, samowystarczalnej wyspie. Nie była daleko wysunięta w morze, ale nikt z jej mieszkańców nie czuł potrzeby zapuszczenia się na kontynent. Osady były rozrzucone po obrzeżach, a w samym centrum lądu znajdował się klasztor, gdzie tylko nieliczni pobierali nauki. Krążyły o nim niezliczone historie, które przyprawiały o dreszcze część mieszkańców. Sam Loki nie przejmował się tymi historiami, wszak jeszcze ich nie rozumiał. Jego ojciec miał zupełnie odmienne zdanie na temat tych "ruin", do których tylko szaleńcy się zapuszczali. W każdym razie w domu nie mówiło się o niczym związanym z górą czy klasztorem kapłanów. Raz na jakiś czas słychać było bicie dzwonu, wtedy nikt nie pracował i siedział w domu, bojąc się gniewu Prasmoka.
    W domu Yallanow panował względny spokój. Wszystko toczyło się własnym rytmem. Taki stan rzeczy utrzymywał się przez kilka lat, aż do ukończenia przez młodzieńca 10 roku życia. Przez 4 lata, gdy nie był jeszcze w stanie pomagać ojcu w kuźni, chcąc się pobawić chodził na strych. Często dostawał naganę od rodziców, ale i tak tam przebywał i przekopywał skarby, które przez dziesięciolecia nie widziały światła dziennego. Znalazł wtedy talię kart. Widniały na niej obrazy zupełnie inne niż te, które widywał u ojca. Leżało tez sporo starych map, notatników, a nawet przerdzewiały miecz. Bawił się nim, tak samo ja kartami. Nie tylko udawał, ze gra. Któregoś razu dostrzegł, że da się nimi rzucić tak, aby wbiły się w cel. Z racji, że szkoda było cennego znaleziska, ukradł z szafki ojca inną talię i na niej trenował. Używanie kart w ten sposób było znacznie trudniejsze, co mocno motywowało chłopca. W końcu miał jakieś zajęcie, które nie przeszkadzało rodzicom i mógł spędzać na nim długie godziny. Pewnie zapytacie, dlaczego nie bawił się z rówieśnikami. Otóż w tej części wyspy on był najmłodszy i nie umiał znaleźć wspólnego języka z kolegami starszymi o 6 lat. Musiał bawić się sam lub z matką.
    Gdy miał 11 lat, jego ukochana mama zachorowała. Całe dnie spędzała w łóżku, majacząc. Żaden miejscowy lekarz nie był w stanie jej pomóc. Wkrótce po tym zmarła przez gorączkę. Loki załamał się. Gdy o tym usłyszał, siedział całymi tygodniami na strychu. Ojciec starał się nim zająć, jednak nie umiał pogodzić pracy i opieki nad synem z żalem jaki zagościł w jego sercu. Wpadł w długi przez alkohol, który spożywał w coraz większych ilościach.
    Gdy pewnego dnia jego syn podrósł, a stężenie alkoholu we krwi zmalało na tyle, że Arazel był w stanie to dostrzec, stwierdził, że nie jest wstanie dłużej zajmować się potomkiem, nie robiąc mu krzywdy. Decyzja, która podjął wstrząsnęła całą okolicą. Pomógł swojemu szesnastoletniemu podopiecznemu się spakować, pozwolił mu zabrać, co chciał pod warunkiem, że to uniesie. Loki z mieszanymi uczuciami poszedł po kilka drobiazgów z pokoju, po czym zabrał notes i karty ze strychu. Spakował plecak i stanął gotowy do drogi. Nie wiedział, gdzie idzie, kiedy i czy w ogóle wróci. Ojciec stanął za nim.
— Kiedyś mi podziękujesz. — powiedział z przesadną pewnością siebie i pchnął chłopca przez próg. Wyszedł zaraz za nim. Przeszli razem przez plac w osadzie i ku zdziwieniu Lokiego skierowali się ku centrum wyspy. Przez kilka godzin szli przez las. Wydawało się, że nie ścieżka nie ma końca, jednak w pewnym momencie zaczęła wspinać się co raz bardziej w górę oraz wić większymi serpentynami. Gdy słońce chyliło się już ku zachodowi, jego promienie, odbite od tafli wody w oddali, rzucały dość przerażające cienie. Światło dochodziło jakby od stóp góry. Zabił dzwon. Arazel przełknął głośno ślinę, a po plecach Lokiego przebiegł dreszcz. Nie zwolnili. Po ostatnim zakręcie, gdy wielkie oko chowało się już, ostatnimi promieniami oświetliło im potężne bramy klasztoru. Wrażenie w tym oświetleniu wywarły kolosalne. Można było się poczuć, jakby przekraczało się granice światów.
    Ojciec Lokiego podszedł do bramy, uniósł wielką kołatkę i uderzył nią miarowo. Przez dłuższą chwilę nic się nie działo. Drzewa szumiały, a w oddali jakaś sowa huczała. Już procedura miała się powtórzyć, gdy wielkie skrzydło drgnęło, po czym otworzyło się, ukazując zakapturzonego mnicha, za nim ogromne palenisko i kilku innych, odprawiających rytuały. Nie padło ani jedno słowo. Gestem ręki zostali zaproszeni do środka. Teren ogrodzony kamiennym murem ciągnął się daleko w górę i na boki. Powstało tu takie małe miasto. Zupełnie inne od tego. o jakim opowiadali ludzie w miasteczkach. Było tutaj życie, względnie wyglądające na normalne.
    Kazano młodzieńcowi poczekać na dziedzińcu, a ojca poproszono do jednego z większych budynków. Trwało to może godzinę. Zdążyło się już ściemnić całkowicie, a jakiś mężczyzna spacerując od lampy do lampy zapałał je płomieniem. Według Lokiego, wyglądało to dość dziwaczne, gdyż płomień powodujący zapłon lampy pojawiał się tylko na chwilę. Ostatecznie mógł to być jednak tylko efekt zmęczenia całym dniem wędrówki i ciemnościami, w których czasem umysł płata figle.
    Gdy mężczyźni wyszli z budynku, Arazel przytulił syna.
    — Mama chciała ci go dać. Nie zdążyła. — wręczył mu niewielkiego misia uszytego z wełny. Jeszcze raz przytulił i bez słowa odszedł. Loki nie wiedział zupełnie, co się właśnie stało. Odprowadzono ojca za bramę, która zamknęła się ze smutnym skrzypnięciem.
    — A więc to ty jesteś Loki. Nasz nowy podopieczny. — podszedł starszy mężczyzna z długą, siwą broda i kosturem w ręku. Jak na zaistniałe okoliczności wydawał się przyjaźnie nastawiony. Jego zmarszczki na całej twarzy nie odpychały. Zaprowadził młodego Yallena do małej klitki z jednym oknem, łóżkiem, małą szafką i drewnianymi drzwiami.
    — Wyśpij się. Jutro się spotkamy i porozmawiamy. — Staruszek odszedł, ukłoniwszy się z uśmiechem. Loki, nie wiedząc co teraz dalej się będzie działo, posłusznie wykonał polecenie. Zasnął w mgnieniu oka, nawet nie zdążywszy dobrze się ułożyć.
    Rano obudził go dzwon, znacznie jednak cichszy. Nie wiedział co zrobić, więc usiadł na pryczy i grzecznie oczekiwał spotkania, na które był umówiony. Nie miał pojęcia, co się teraz wydarzy, a oczekiwanie jeszcze bardziej potęgowało uczucie niepewności.
    Nie musiał długo czekać. Drzwi otworzyły się bezszelestnie. Stanęło w nich, poza staruszkiem, który w świetle wyglądał na jeszcze starszego, dwóch młodych chłopaków.
    — Twój ojciec nie powiedział ci, czemu cię tu przyprowadził ale zapewne się domyślasz, młody Yallanie. Twój dotychczasowy opiekun nie mógł już dłużej się tobą zajmować...
    — Tak, wiem, proszę pana — wtrącił się młody Loki.
    — ...Wiesz też zapewne, że z racji długów jakie narobił został przymuszony do odpłacenia ich na kontynencie. — Tego chłopak nie wiedział. Wszystko powoli zaczęło układać się w logiczną całość w czasie gdy Starzec opowiadał dalej. — Mam nadzieję, że mimo podjętej za ciebie decyzji uszanujesz wolę swojego ojca, wyrośniesz na szlachetną osobę i nie będziesz musiał borykać się z problemami takimi jak on. A my mamy zamiar ci w tym pomóc, z uwagi na to iż nie jesteś pierwszym z rodu Yallan'ów, który u nas się kształcił. — Sędziwy mężczyzna widać lubił opowiadać. Bardzo długo mówił o historii tego klasztoru, jego latach świetności. Najbardziej jednak interesująca była wzmianka o dniu, w którym to miejsce okryło się legendą, przez którą wszyscy omijali je z daleka. Mnisi poza zwyczajnymi zajęciami, jak uprawa roli czy medytacja, mieli jeszcze inny sposób spędzania czasu, owiany tajemnicą i przeróżnymi plotkami. Tylko najstarsi i najbardziej doświadczeni wiedzieli o tym procederze. Niestety, jest to tylko legenda. Legenda, która przeważyła jednak nad decyzją Lokiego o pozostaniu wśród murów tego mało znanego mu miejsca.
    — Oprowadzimy cię po klasztorze. — zaproponował młody, o gładkiej cerze chłopak, jak się później okazało, w wieku 20 lat. Rozrzut wiekowy w tym ośrodku oświaty był przeraźliwie duży. Ponoć najstarsi, czyli ci, których nie widywało się na codzień, liczyli sobie ponad dwa wieki. Ile w tym prawdy? Nikt nie wiedział, poza nimi samymi.
    — Myślę, że szybko się zaprzyjaźnimy. — Dodał z uśmiechem drugi, nieco niższy, gładko ogolony chłopak o dość przerażających oczach - mocno przekrwionych z zszarzałymi tęczówkami. Kojarzył się przez to z upiorem. W dodatku długi habit, zakrywający nogi, powodował, iż wyglądał na sunącą tuż ponad ziemią zjawę. Wędrówka po okolicy trwała do obiadu, czyli momentu gdy dzwon wybił dwa razy. W czasie tych kilku godzin zwiedzili największy budynek na terenie - świątynię smoka, kilka mniejszych kapliczek, plac treningowy razem z salą do medytacji i pojedynków. Mężczyźni szukali różnych sposobów na odprężanie się i zmiany choćby na moment swojego planu dnia. Dalej były szklarnie, ogromny ogród umiejscowiony na zboczu góry, który z dołu wyglądał imponująco, mieniąc się przeróżnymi barwami kwiatów i drzew owocowych.
    — Każdy zajmować się może tym, na co ma akurat ochotę, lub pobierać nauki od bardziej zaprawionych braci. — Rzucił szybko "straszne oczy" w okolicy budynku, w którym trzymano zwoje i księgi sprzed wielu lat. Minęli jeszcze kuchnię, stołówkę oraz rzędy małych budyneczków, w których mieszkali między innymi przewodnicy nowego przybysza.
    — Smacznego — szepnął do swoich towarzyszy przy stole Loki. — Nie wiedział, czy dobrze zrobił, wszak nikt jeszcze go nie poinstruował jakie zwyczaje tu panują. Nikt go nie zganił, a kilka uśmiechów powędrowało w jego stronę. Młodzieńcze serce szybko się uspokoiło i zabrał się do jedzenia. Wszyscy milczeli. Nagle wszedł ten sam staruszek z długą, siwą brodą, z którym widział się rano w swojej kwaterze.
    — Od dzisiaj mamy nowego członka naszej rodziny. Loki Yallan! — wskazał na siedzącego jak na szpilkach chłopca. — Nazwisko już pewnie znane części z nas. Będziemy go traktować równo i nauczymy wszystkiego, czego umiemy. Wiem, że kiedyś na pewno nam się odwdzięczy. Nikt nie wie kiedy to nastąpi, ani on ani my. A teraz smacznego moi bracia! Dziś coś wyjątkowego dla was mamy. - Cały wieczór minął na śpiewach, wspólnych grach, a po zachodzie przy ognisku wspólne czuwanie i opowiadanie historii. Zupełnie inny dzień. I tak minęła pierwsza doba młodego Lokiego wśród "przerażających" murów klasztoru, Zakonu Smoka na wyspie Artemis.
    Każdy kolejny dzień przez 4 lata obecności mijał w stałym rytmie. Dzwon o świcie obwieszczał pobudkę oraz śniadanie. Potem wspólne zajęcia z mentorami, na których Yallan uczył się pisać i czytać. Wstyd mu było, że zawsze był najsłabszy w grupie. Czuł jednak przez to silną motywację. Poprosił nawet któregoś dnia o pozwolenie na wejście do skryptorium. Tam za pomocą skryby wybierał księgę czy zwój i ćwiczył umiejętności przepisując losowo wybrane zdania. Z czasem umiał już płynnie czytać w swym języku, dorównując poziomem braciom. Po kolacji był czas na spotkania z innymi i kontemplacje na temat minionego dnia pracy. Zwyczajny dzień jak każdy inny.
    Jednej z nocy, Loki nie mógł spać. Przewracał się z boku na bok, ale i to nie pomagało. Postanowił wyjść na spacer. Przechadzał się po ogrodach w ciemnościach rozświetlanych jedynie przez księżyc. Po godzinie spaceru, postanowił powoli wracać do siebie, by nie natknąć się na kogoś, kto mógłby jego nocną eskapadę źle odebrać. Przechodząc przez główny plac, kątem oka ujrzał, że w świątyni smoka coś się dzieje. Przez szczelinę we wrotach biło ognisto pomarańczowe światło. Loki, zainteresowany tym, podszedł bliżej. Im bardziej się zbliżał, tym więcej słyszał. Z wnętrza dobywały się jakieś głosy, które niemal zlewały się w jeden. Teraz już wiedział, czemu ten budynek był tak daleko od kwater - chodziło by takie procedery nie budziły mnichów. Wszystko wydawało się dobrze, starsi mentorzy i kapłani prowadzili jakiś rytuał. Loki już miał zawracać, gdy do jego uszu dobiegł krzyk kobiety, zmieniający się w jęk agonii i bólu. Podszedł jeszcze bliżej. Przez szparę ujrzał kilku kapłanów z księgami, a jego nozdrza podrażnił potężny odór siarki, palonych włosów i dymu. Próbując nie nawdychać się tego świństwa, zakrył nos i usta kaftanem, po czym przytulił się jeszcze bardziej do drzwi. Nagłe drżenie ziemi, wywołane zdarzeniami wewnątrz świątyni, spowodowało, że drzwi uchyliły się do środka, a młody Yallan wpadł razem z nimi na posadzkę świątyni. Jego oczom, gdy podniósł się po upadku, ukazała się młoda dziewczyna o czerwonych włosach, wijąca się wśród świec i symboli wymalowanych na ziemi. Nikt o dziwo nie zwrócił uwagi na przypadkowego świadka. Kolejny wybuch jakieś energii uciszył dziewczynę. A raczej spowodował, że jej głos nie był już tak silny. Powoli zmieniał się w krzyk, jakby potwora, który dobiegał niczym z pod ziemi. Krótko po tym z namalowanych symboli podniosła się aura, w której stanęła potężna istota ze skrzydłami, czerwoną skórą, rogami i ogonem. Owo stworzenie, które na pewno nie pochodziło z tego świata, obróciło swoje potężne cielsko i spojrzało głęboko w oczy Lokiego. Wzrok pochodzący z zimnych, złotych ślepi przeszył umysł i ciało chłopca. Ostatnie, co zobaczył, to jak piekielny znika w krzyku przerywanym śmiechem i zaklęciami kapłanów. Strach, jakim napełniła serce Lokiego ta sytuacja, zamroziła jego ciało. Nie był zdolny się odezwać ani poruszyć. W tym stanie wyniosło go do kwatery dwóch przechodzących obok chłopców, którzy mieli mieć wartę tej nocy.Tam przez kilka dni odwiedzali go kapłani, jednak z młodzieńcem nie było kontaktu. Dopiero po tygodniu, w środku nocy, rozległ się krzyk. Każdy pobiegł w stronę skąd dochodził. Na miejscu już kilku młodych adeptów próbowało uspokoić przerażonego chłopca. Dopiero zioła, odrobina magii i siła kilku braci zdołała uspokoić nerwy Yallana.
    — Co widziałeś? — Spytał sędziwy mężczyzna o ciemnej brodzie z wyraźnym niezadowoleniem.
    — Nie bądź taki surowy. — Zbił go z tropu dobrze znany Lokiemu siwy staruszek z długą brodą i kosturem. — Nie zabezpieczyliśmy odpowiednio rytuału. A teraz chłopcze spokojnie. Opowiedz wszystko co pamiętasz.
    — Te oczy...
    Któregoś wieczoru, gdy Loki szykował się do snu, trącił swój wcześniejszy strój. Wypadła na ziemię talia kart i pluszowy miś. Sięgnął po nie. Przez dłoń przebiegł dreszcz, dreszcz wspomnień. Nie były to jednak złe uczucia. Wręcz przeciwnie. Posadził misia na pryczy po czym odpakował karty zawinięte szczelnie w skórzanym woreczku. Wziął jedną, obejrzał dokładnie ze wszystkich stron i... rzucił. Karta ze świstem przeleciała pokój i wbiła się w drzwi. Zaskoczyło to chłopaka. 20 lat na karku, a zaskoczyła go karta do gry. Spróbował znów, jednak ta próba skończyła się fiaskiem. Tak samo jak każda kolejna. Było to na tyle dziwne, że spróbował powtórzyć rzut tą samą kartą, która jako pierwsza się wbiła. Nic. To samo wielkie nic jak poprzednio. Po kilkunastu próbach, gdy usłyszał zbliżających się mnichów, posprzątał leżące wkoło karty i jakby nigdy nic ułożył się na pryczy. Leżąc wygodnie postanowił, że znów zacznie się uczyć rzucać kartami. Ot tak, dla siebie. Jakaś pamiątka z domu w postaci hobby.
    Postanowił nie dzielić się z nikim swoim nowym pomysłem na spędzanie wolnego czasu. Jak zwykle chodził na lekcje, potem pomagał gdzie było można. Najwięcej jednak czasu przeznaczonego na samokształcenie spędzał w skryptorium. Tam czytał o historii stworzenia świata, o legendach, istotach zamieszkujących jego świat, a także o niesamowitych miejscach na kontynencie. Wiele z tych zapisków sięgały czasów, gdy jego prapradziadkowie się jeszcze nie narodzili. Loki nigdy nie był skory do nauki, gdy go do niej gonili rodzice, jednak teraz gdy ma wolną rękę w tym czego chce się nauczyć czuł, że im więcej się dowiaduje tym więcej chce wiedzieć. W wieku 25 lat przeczytał cały ogólnodostępny zasób. Codziennie czytał po kilkanaście godzin. Od końca lekcji do ostatnich promieni światła dziennego. Natomiast wieczorami ćwiczył rzuty kartami. Po kilki miesiącach pierwsze karty zaczynały latać prosto, po kilku latach dwie na dziesięć się wbijały. po kolejnych dwóch latach trzy na osiem wbijały się po przeleceniu linii prostej.
    Gdy miał 30 lat spotkał się ze swym opiekunem i mentorem w klasztorze. Tym samym, który przed czternastoma laty przyjął go pod swoje skrzydła.
    — Witaj chłopcze. — zwracał się do niego tak samo jak na samym początku. Był to miły akcent. — Czego ci trzeba?
    — Witaj. — skłonił się nisko Loki. — Czy mógłbym dostać pozwolenie na czytanie innych zwojów i ksiąg?
    — Mało ci wiedzy zawartej w skryptorium? — spytał zdziwiony.
    — Przeczytałem tam już wszystko. — Odparł dumny z siebie Loki, jednak nie przesadnie.
    — W takim razie dostaniesz zezwolenie na wejście do Biblioteki jeśli odpowiesz na moje pytania. Też znam cały księgozbiór skryptorium. Sam go tworzyłem wieki temu. - Zaśmiał się ciężko starzec będąc pewnym, że to zadanie jest niewykonalne w tak krótkim czasie.. Ostatnie zdanie wywołało nieznany dotąd dreszcz. Od staruszka przez chwilę biła nieznana energia, która momentalnie zgasła. Było to niewytłumaczalne zjawisko, które zaniepokoiło Yallana.
    — Dobrze więc. Jestem gotów na pytania. — Podniósł wzrok na staruszka, który nie ukrywał zaskoczenia i oczekiwał.
    Przez następne kilka godzin Fannlor, tak miał na imię siwy mężczyzna, zadawał serie pytań. Loki ku jemu zdziwieniu znał odpowiedzi na każde z nich. Nawet te najbardziej zawiłe, jakie tylko mógł sobie przypomnieć. Nagle padło pytanie, na które odpowiedzi nie było w skryptorium. Loki szukał w głowie odpowiedzi na to, jednak nie mógł sobie nic przypomnieć. Fannlor uświadomił sobie co zrobił, jednak nie zamierzał poprawiać swego błędu. Uważał, że Loki jest zbyt nieokiełznany by móc go wpuścić do najstarszych zapisków jakie udało się zdobyć zakonowi.
    — Przykro mi, Loki...
    — Nie... Podpuściłeś mnie... Nie było wzmianki na ten temat w zbiorze! — Uniósł się Yallan. — Nie dam się tak łatwo wykiwać! Obiecałeś mi nauczyć mnie wszystkiego czego umiecie. Miałem mieć dostęp do wszystkiego! — Gdy krzyknął wielki żyrandol zatrząsł się, a kilka świec pękło jakby rozsadzone od środka. — Nie po to jestem tutaj, by nagle zacząć się marnować. Nie po tym co widziałem, nie po tym co przeszedłem! — parł dalej Loki. — Zabrano mi wszystko co miałem. Matkę, ojca, dom. A teraz chcesz mi zabrać jedyną możliwość, aby oderwać się od tych ciągłych rytuałów i coraz bardziej bezużytecznych lekcji. Nikt nie chce mnie szkolić w niczym innym jak ciągłe przepisywanie ksiąg! — Kilka kolejnych świec spadło na ziemię. Fannlor, poczuł potężny ładunek magii wewnątrz Lokiego, który właśnie się wytworzył.
    "On nie ma pojęcia..."
    — Masz rację... — przytaknął starzec mężczyźnie.
    — I jesz... słucham?! — Zdziwił się.
    — Masz rację... - powtórzył... — Nikt nie chce cię uczyć. Ale nie dlatego, że mają takie widzimisię. To moje polecenie. Chciałem sprawdzić czy masz w sobie to co każdy z poprzednich Yallanów. — Ciągnął spokojnie starzec. — Nie pomyliłem się. Chodź ze mną.
    Przeszli do świątyni. Za Ołtarzem pod podłogą znajdowała się ukryta klatka schodowa. Fannlor zapalił pochodnię tak samo jak na początku widział to w pierwszy dzień gdy tutaj przybył. Zeszli kilkadziesiąt stopni w dół. O dziwo schody były przez cały czas proste. Weszli do ciemnego, zakurzonego pomieszczenia.
    — Jesteśmy na miejscu, Loki. — Wskazał dłonią przejście między zdobionymi kolumnami w łuski smoka. Przejście u szczytu zdobiły dwie smocze głowy wykute z kamienia. Przekroczyli próg. Oczom Lokiego ukazały się rzędy regałów zwojów ksiąg, stoły z zapalonymi świecami, żyrandole i setki metrów przejść między regałami.
    — Czemu nikogo tu nie ma? — Spytał nieśmiało Loki.
    — Wstęp mają tutaj tylko nieliczni. — Delikatny ciepły podmuch uderzył w twarze mężczyzn. Wszystkie obecne świece zapłonęły naraz. Przeraziło to w pierwszej chwili nieobcującego do tej pory z magią mężczyzny. — Wszystko co chcesz wiedzieć znajdziesz tutaj. Jeśli czegoś nie możesz znaleźć spytaj obecną tutaj starszyznę naszego zakonu. — Rzucił mag.
    — Dlaczego mnie tutaj przyprowadziłeś? — Pytał dalej idąc za swym mentorem wśród ksiąg i starych zapisków.
    — Masz to "coś". Jestem przekonany, że odkryjesz tutaj czym to jest. To co się działo ze świecami na górze nie było przypadkiem. Czuć od ciebie aurę. — Tłumaczył, jak najbardziej cierpliwy ojciec, Fannlor. — Mam nadzieję, że jesteś zadowolony.
    — To się okaże jak zacznę przeglądać. — Z ironią odpowiedział Loki. — Przepraszam za moje nerwy, nie powinienem się unosić na kogoś, komu tyle zawdzięczam. — Zganił się.
    — Nie mam ci za złe. Potrzebowałeś dobrego impulsu by ukryta w tobie moc miała ujście. — Zaśmiał się ciężko druid. — Możesz tu przychodzić kiedy potrzebujesz. Ale pilnuj by nikt nie zszedł za tobą. — Po tych słowach towarzysz Lokiego zniknął w ciemnym korytarzu prowadzącym na schody.
    Przez następne kilka miesięcy Loki przeglądał zwoje. Analizował to co w nich znalazł. Wszelkie nieścisłości analizował wraz ze spacerującymi tutaj innymi dopuszczonymi do Biblioteki. Był najmłodszym, który kiedykolwiek miał dostęp do tych zapisków. Wszyscy pozostali byli sędziwymi magami, którzy, z tego co mówili, mieli za sobą przynajmniej wiek życia. Yallan do tej pory czytał tylko o tych "dobrych" istotach, wróżki, driady, jednorożce i inne piękne stworzenia. Teraz zapoznawał się z istotami nie z tego świata. Demony, piekielni, upadłe anioły, łowcy dusz, smoki, które były tajemnicą istnienia tego zakonu i ogromne ilości innych stworzeń, o których nawet w bajkach nie słyszał. Wszystko przykuwało jego uwagę i rodziło coraz więcej pytań. Nie było wątpliwości, że to tylko fragment tej całej skarbnicy wiedzy. Nigdy nie dopuszczał, by dopadło go zmęczenie. Nie chciał niczego przegapić, czy dopuścić by umknęło jego pamięci. Dlatego gdy tylko czuł, że dosyć przeczytał wychodził do swej kwatery. Tam znów uczył się rzucać kartami dla relaksu.
    Od jakiegoś czasu też uczęszczał na lekcje walki. Mimo wieku radził sobie dobrze. A wiele technik jakimi mógł się pochwalić przed nauczycielem właśnie odkrył dzięki nowemu źródłu wiedzy. Teraz tylko próbował je w praktyce. Mentorzy pomagali w szlifowaniu ruchów i techniki. Nie był najmłodszy, a mimo to, niektórzy z dobrze wyszkolonych wojowników miało z nim problem. Pewnego razu, Loki odkrył, że najlepiej walczy mu się dwoma krótszymi ostrzami niż jednym długim. Może bardziej kontrolować to co się dzieje i odpowiadać na więcej ciosów na raz. Miesiące nad księgami nie zmniejszyły jego refleksu. Trening z kartami w pokoju przyśpieszył jego reakcje. Może nie były to szczyty umiejętności ale wystarczało by poradzić sobie w razie ataku. Ci najlepsi po kilku minutach wygrywali pojedynki. Choć jak na 30 letniego mężczyznę był zwinny i szybki. Co nieraz myliło młodych przeciwników.
    Któregoś dnia Loki doszedł do perfekcji rzucając kartami. Potrafił wbić je niemal we wszystko. Nawet w kamień. Nie chodziło tutaj o siłę tylko o sposób rzucenia. Postanowił sprawdzić jak się to ma w warunkach zewnętrznych. Wyszedł pod mur. Ustawił tarczę w postaci kilku pędów bambusa znalezionych w ogrodzie. Oczywiście skonsultował zabranie ich, nie chciał niczego kraść. Odmierzył kilka kroków i spróbował. Karta przeleciała ze świstem. Przecinając całkowicie bambus. Odszedł dalej od celu. Kolejna próba. Podobny efekt. Znów zwiększył dystans i rzucił. Znów szczyt pędu upadł na ziemię. Zaznaczył miejsce, w którym stał, zmienił cel i wrócił. Odmierzył jeszcze kilkanaście kroków. Między nim a bambusem o średnicy pięści dzieliło go około czterdziestu kroków. Wydawać się by mogło dużo. I fakt było dużo. Karty może i leciały prosto ale po przebyciu trzech czwartych drogi zwalniały i traciły stabilność. Do dwudziestu metrów mógłby nimi zabić. Papierowe ostrza przemierzały odległość błyskawicznie, a skuteczność wynosiła blisko sto procent. Już nawet nie myślał o rzucie. Patrzył tylko na cel. Jego ręka sama wykonywała niezbędne korekty. Jego trening wypatrzyło kilku młodziaków. Zafascynowani nowym widowiskiem podbiegli zaciekawieni. Loki nie wiedział do końca jak się zachować.
    — Jak ty to robisz? — spytał jeden.
    — To jakieś czary? — przekrzykiwali się jeden przez drugiego.
    — Zwykła sztuczka. Trik... — Odparł Yallan rzucając jeszcze jedną kartę, która strącił znów szczyt pędu. — Ale nie mówcie o tym nikomu. przynajmniej na razie. - Cicho dodał. Wiedział, że i tak przy pierwszej okazji się zlecą młodzi i ci starsi. Sam był zszokowany jak papierowe karty do gry przechodzą przez bambus. Przeraziła go myśl o tym jakby to wyglądało jakby się wbiły w ludzkie ciało.
    Przez następne trzy lata Yallan przedzierał się przez tony papierów w zamkniętej Bibliotece. Pewnego razu dotarł to działu o magii.
    — To chyba jakiś żart. Przecież magia nie ma prawa istnieć. — Wypowiedział głośno słowa, które miały go upewnić. Mimo to sięgnął po pierwszą księgę. Zastosowanie magii i ich rodzaje były niezliczone. Każda kolejna książka, zwój wnosiły coś nowego. Wszystko było jednak opisane pobieżnie i bez większych szczegółów. Poza kilkoma. Najlepiej opisanymi księgami były te dotyczące magii z pozoru najprostszych. Magia Chaosu. Według ksiąg pozwala na naginanie z pozoru losowych zdarzeń, czy wywoływanie zupełnie nowych. Ingerowanie w pogodę, czy nawyki żywieniowe zwierząt są typowymi zastosowaniami. Zmiana stanu skupienia materii czy ożywianie przedmiotów. Dalej było opisane jak używać danego rodzaju "zaklęć" czy sposób nauki magii. "Skoro Fannlor powiedział, że mam w sobie magię, to wykorzystajmy to." Przewertował kolejne instrukcje, opisy i postanowił się skupić na jednej dziedzinie. Ale dopiero wtedy gdy odkryje więcej i będzie mógł sobie wybrać to co mu się spodoba. Następnymi księgami i zwojami na jakie trafił były te dotyczące Magii Istnienia. Pozwalająca na kreowanie nowych przedmiotów z niczego. " Przydatne, zwłaszcza gdy niszczy się je tak szybko." Spojrzał na swoją niekompletną już talię, którą zabrał ze sobą przywiązaną do habitu w woreczku. Następnymi rodzajami magii były Pustka oraz dziedzina Zła. Te cztery domeny wydały się Lokiemu najbardziej interesujące. Pozwalały mu na trochę zabawy bez sporządzania większej krzywdy. Może poza ostatnią. Ta jednak wryła się w pamięć sposobem jakim była opisana. Było to coś w rodzaju pamiętnika. Wszystko opisane, od początku do końca. Nie pominięto najdrobniejszego szczegółu. Przez następne kilka miesięcy powtarzał te same księgi, próbując zrozumieć jak z tych zapisków mógłby skorzystać w sposób rzeczywisty. Próbował też bawić się magią w swojej kwaterze. Po kilku latach nieudanych prób nie zniechęcił się. Próbował. I znów. Pewnego dnia, spróbował czegoś innego. Skupił się na konkretnej karcie. As pik. Podrzucił całą talię w powietrze i pozwolił jej się rozsypać. Wszystkie karty upadły rewersem do góry. Jedynie As pik ostał się awersem. Próba powtórzona kilka razy z różnymi kartami dowiodła iż magia zawarta w księgach działa. Drobna sztuczka a ucieszyła młodego adepta magii jak nic dotąd. Powtórzył to jeszcze kilka dni później aby mieć pewność. I udawało mu