Oglądasz profil – Kaynear

W tej karcie postaci zostały wprowadzone zmiany i wymagają one ponownej akceptacji
Awatar użytkownika

Ogólne

Godność:
Kaynear
Rasa:
Człowiek
Płeć:
Nieokreślono
Wiek:
29 lat
Wygląda na:
0 lat
Profesje:
Majątek:
Sława:

Aura

Magiczna aura o średniej sile, błyszcząca kolorem żelaza, który gdzieniegdzie przepleciony jest pasmami cyny, przyozdobionymi małymi plamkami w kolorze barachitu. Wokół niej roztacza się poświata, od której bije przyjemne ciepło, a przy tym mieni się kolorem topazu. Czasem można dostrzec magiczne obłoczki szafirowej mgiełki, które pojawiają się w losowych miejscach. Aura wydziela mieszankę przeróżnych aromatów. Najmocniejszą wonią jest zapach lasu, z nutkami nieprzyjemnego zapachu krwi, lecz zaraz potem docierają kolejne: woń kutego żelaza, suchego runa leśnego, czy też końskiej sierści i garbowanej skóry. Ten, kto doskonale odczytuje aury, będzie potrafił w tym wszystkim odnaleźć również delikatny zapach suszonych ziół i mocniejszą woń alkoholu, drażniący nozdrza. Zaraz za zapachem, do zmysłów docierają dźwięki dosyć charakterystyczne dla tej postaci. Można wychwycić dźwięk szczęku metalu, odgłosy walczących wojowników, a nawet świst lecącej strzały. Z oddali dobiega rżenie koni i miarowe uderzenie podków o twardy bruk. Czytający aurę może odnieść wrażenie, że jakaś nieokreślona siła próbuje przepchnąć go, przewrócić, atakując z każdej strony, co może być całkiem nieprzyjemnym uczuciem. Budowa aury jest całkiem prosta, wydaje się być twarda, lecz przy odpowiednim dotyku, bez problemu można wyczuć jej elastyczność i giętkość. Czasem zagina się tak, że tworzą się ostre krawędzie, lecz pomimo tego, jest całkiem gładka i przyjemna w dotyku. Miejscami bywa lepka, wywołując uczucie odrazy. Magiczna emanacja wywołuje gorycz w ustach, która pozostawia po sobie pikantny posmak.

Informacje o graczu

Nazwa użytkownika:
Kaynear
Grupy:
Martwe postacie:
Płeć gracza:
Mężczyzna

Skontaktuj się z Kaynear

PW:
Wyślij prywatną wiadomość

Statystyki użytkownika

Rejestracja:
5 lat temu
Ostatnio aktywny:
6 dni temu
Liczba postów:
47
(0.06% wszystkich postów / średnio dziennie: 0.02)
Najaktywniejszy na forum:
Mroczna Puszcza
(Posty: 15 / 31.91% wszystkich postów użytkownika)
Najaktywniejszy w temacie:
Niespodziewany wróg, przypadkowy sojusznik
(Posty: 15 / 31.91% wszystkich postów użytkownika)

Połączone profile


Atrybuty

Krzepa:silny, wytrwały, odporny
Zwinność:bardzo zręczny, bardzo szybki, dokładny
Percepcja:wyostrzony wzrok, dobry słuch, wyostrzony węch, pozbawiony zmysł magiczny
Umysł:pojętny, silna wola
Prezencja:Ładny, godny, przekonywujący

Umiejętności

JeździectwoBiegły
PolowanieBiegły
Skradanie sięOpanowany
TropienieBiegły
GarbarstwoPodstawowy
Orientacja w terenieBiegły
BestiologiaBiegły
Władanie mieczemMistrz
ŁucznictwoBiegły
UnikiBiegły
KulturoznawstwoPodstawowy
ZielarstwoPodstawowy
PływanieOpanowany
Tworzenie truciznOpanowany
Tworzenie lekarstwOpanowany
GeografiaOpanowany
AnatomiaPodstawowy

Cechy Specjalne

Przyśpieszona regeneracjaDar
Może ci mnisi mieli rację? Może faktycznie jestem wybrańcem tego ich boga?
SzczęściarzZaleta
No cóż. Nie jednokrotnie dostawałem dużego strita bądź fulla z ręki więc... chyba można mnie nazwać szczęściarzem, prawda?
Mocny łebZaleta
Dacie wiarę, że prawie nigdy nie udało mi się upić do nieprzytomności? Czasami wszyscy leżą pod stołami, a ja jeszcze mam siły tańczyć!
Zapamiętywanie długich nazwZaleta
[loteria]

Magia: Inkantacje

MocyNowicjusz
Przydatna umiejętność w dawnych czasach. Potrafię w pewnym sensie naginać prawa grawitacji. Rozumiecie, skakać dużo wyżej spadać z minimalną prędkością... lub zwiększać i tym samym przyśpieszać spadających przeciwników, którzy mogą zginąć, schodząc z krawężnika. Biedni wrogowie.

Przedmioty Magiczne

Magiczny kościany gwizdekZaklęty
Gwizdek wytwarza dźwięki odpowiednie do moich myśli. Jest słyszalny tylko dla mnie i Konrada. Przydatne cudeńko gdy chce mu cośprzekazać a jest zbyt daleko na szept.
Ostrze północyTajemny
Ostrze wykute przez starożytne lodowe elfy z polarnej stali w legendarnej Kuźni Czterech Zim. Zdobyłem go podczas jednej z moich wypadów. Jest on skuteczny przeciwko każdemu typowi potworów. W tym wampiry. Ludzie którzy otrzymali obrażenia od ostrza czują przejmujący mróz i mogą zamarznąć w miejscu cięcia. Przy okazji działą jako bardzo poręczna ochrona. Gdy odpowiednio ustawię ostrze z klingi rozszerzana jest ledwo widzialna biała energia w kształcie tarczy, która blokuje ataki magiczne takie jak kule ognia czy inne pociski
Opaska na ramieniuBaśniowy
Według południowego Bóstwa Zdrowia ów opaska miał pewnego dnia doprowadzić mnie do zadania które wpłynie bezpośrednio na losy świata.
MonoklBaśniowy
[loteria] Pozwala widzieć przez ściany.

Charakter

Jaki byłem? No cóż, to dość trudne pytanie. Na przestrzeni lat mój charakter gwałtownie zmieniał się i kształtował. Powiem jednak, jak się zachowywałem od okresu, gdy odszedłem ze świątyni.

Uwielbiałem adrenalinę. Kochałem pracować i tępić niebezpieczeństwo. Każde zlecenie dostarczało mi tyle frajdy i zabawy, że nie uznawałem tego za pracę. Najtrudniejsze zlecenia, które powodowały problemy, były najlepsze. Te emocje, gdy śledziłem nieuchwytne monstrum i świadomość, że mógł zrobić koło i stać dokładnie za mną. A ta adrenalina podczas walki! Wykonywanie szybkich cięć, pchnięć i ripost! Sekwencje połączonych młyńców i rąbnięć z góry! No ale walka nie jest tylko moim zadaniem. Potwór także chciał zabijać, więc musiałem się bronić! Uniki, przewroty i parowania! No i ta euforia, gdy stałem nad truchłem bez ducha i odcinałem dowód specjalnym narzędziem... No ale to jeszcze nie wszystko! W końcu na coś te pieniądze zbierałem. Wieczorem po zakończonym zleceniu i odebraniu nagrody zawsze udawałem się do najlepszej karczmy w mieście i balowałem całą noc. Miód pitny lał się nieprzerwanym kurkiem, co prawda nie zawsze do mojego kufla, ale bez przerwy na mój koszt, a karty powodowały, że miałem jeszcze więcej pieniędzy. W końcu co jak co ale szczęścia w kartach to można mi pozazdrościć. Wina nie znosiłem i nie znoszę do teraz. Nie rozumiem, jak te szlachetki mogą się tym raczyć przy każdej okazji. Byłem kilka razy na balach u baronów. Nawet nie wiecie, jacy to są nudziarze! Żadnej bójki, które uwielbiam ani pijaków pod stołami. Poza pojedyńczymi szlachcicami którzy zamiast trząść portkami w namiotach wolą ruszyć w bój. Oni trochę mniej zanudzają. Opowiadają jak to stracili nogę albo rękę na wojnie. Do nich mam przynajmniej śladowe ilości szacunku. No ale wracając do tematu. Gdy zlecenie było wyjątkowo dobrze płatne bądź karty się fajnie układały, to kupowałem kompanom towarzyszki na noc i wychodziłem przy akompaniamencie zawiedzionych znajomych od kufla. Zawsze mieli nadzieję, że postawię jeszcze jedną kolejkę miodu. Nigdy jednak nie wychodziłem pijany. Z jednej strony, dlatego że alkohol był mocno rozwodniony a z drugiej, bo wiedziałem, ile mogę wypić i kiedy wyjść. Można więc chyba powiedzieć, że byłem stosunkowo zdyscyplinowany.
Byłem mimo swojego awanturniczego trybu życia miałem także bardzo barwne i ekscytujące życie towarzyskie. Wszystko z powodu tego, że uwielbiałem zaczepiać kobiety i je uwodzić. No a gadane to ja miałem, oj miałem. Co prawda z tego względu nie jednokrotnie były wywieszane za mną listy gończe, gdy do łóżka zabrałem córkę urzędasa bądź komendanta. Raz nawet przypadkowo rozkochałem w sobie córkę barona. Wydał za mnie taką nagrodę, że nawet mój koń się zastanawiał czy na pewno warto ukrywać taką żyłę złota. Co prawda po trzech miesiącach całą rodzinę szlag trafił, bo jakaś zaraza się na zamku rozpanoszyła, ale to inna historia. Moją dobrą stroną, za co siebie samego karcę, jest zbyt wielka potrzeba pomocy biedniejszym. Gdy widzę żebraków zawsze wrzucam bilon. Sam nigdy nie chciałbym się znaleźć w takiej sytuacji, a nawet jeżeli bym tak skończył, to wiem, że musiałbym liczyć właśnie na miłosiernych obcych. Może moim zachowaniem otworzę ludzkie serca na biedę? Cholera, znowu poetycko filozoficzna część bierze górę. Tak, to kolejna moja cecha. Czasami zupełnie nieświadomie zaczynam rzucać przemyśleniami filozoficznymi. Staram się to tępić, jednak nie jest to łatwe. Teraz jestem także dużo bardziej opanowany, jednak może przejdziemy do kolejnego pytania.

Wygląd

Wyglądałem jak można się tego spodziewać zupełnie inaczej niż teraz. Byłem mocno zbudowanym mężczyzną obdarzonym średnim wzrostem. Włosy były w kolorze świeżego śniegu, tak samo brwi i zarost, który był równiutko przycięty i pozostawiony jedynie przy dolnej granicy szczęki. Biały odcień połączony z twardymi rysami powodował że nawet gdy miałem niewiele doświadczenia wydawałem się starym weteranem. Sądzę, że dodawało mi to profesjonalizmu. Oczy były i nadal są w kolorze zielonym. Skóra jak do dzisiaj pozostała lekko opalona od długich godzin spędzonych na słońcu. Ubierałem się zazwyczaj w skórzane brązowe spodnie płócienną koszulę z krótkimi rękawami i brązową kamizelkę. Zaraz poniżej granicy lewego rękawa zaczepiona była magiczna opaska. Która teraz pozostawiona jest w skrzyneczce w domu. Przez ramię przewieszony był kołczan. Na lewym udzie co do teraz mi zostało, zwisał długi jednoręczny miecz. Na szyi zawieszony miałem naszyjnik ze srebrnym wizerunkiem gołębia. Teraz ma go mój syn.

Historia

„A więc chcesz poznać moją przeszłość? Historie pełne okrucieństw, zła i śmierci? Niechaj tak się stanie”.

Samych narodzin tak jak wszyscy inni nie pamiętam. Wiem tylko tyle, ile mi powiedziano w sierocińcu. Nigdy nie dowiem się ile w tym prawdy, lecz niczego to nie zmienia. Matka zmarła przy moim porodzie, Ojciec zaginął, prawdopodobnie także nie żyje. Ja zostałem zabrany przez kobietę, która towarzyszyła matce przy porodzie. Ona zniknęła, a ja zostałem, w tym przeklętym sierocińcu. Budynek nazywał się "Przyjazna polana". Zapamiętałem to bo takiej ironii jeszcze świat nie widział. Dyrektorka sierocińca nienawidziła dzieci, a jej pomocnice jeszcze gorsze. Znęcały się nad nami psychicznie i fizycznie. Obrażały nas, groziły i oświadczały, że nikt po nas nigdy nie przyjdzie, bo jesteśmy beznadziejnymi bachorami bez przyszłości. Nie kryła szczęścia, gdy my płakaliśmy za naszymi rodzicami, i bliskimi. Jednak Ja jako jedyny, nie dawałem jej tej satysfakcji. Zawsze stałem w kącie i nie odzywałem się, czekając na nie wiadomo co. Gdy osiągnąłem dziesiąty rok życia miałem dosyć. Dyrektorka przyszła do mnie i powiedziała trzy zdania, które zabolały bardziej niż wszystko, co do tej pory.
- 10 lat minęło. Ty nadal jesteś tutaj. Nadal będziesz wierzył, że ktoś po ciebie przyjdzie? Po takiego nieposłusznego bachora? Dzieciaka bez przeszłości? Ha! Dobre sobie. Będziesz tutaj gnił przez jeszcze 8 lat, a potem będziemy mogły się ciebie pozbyć.
A następnie odeszła w stronę kuchni, aby przygotować nam kolejny posiłek z resztek ich obiadu. Wtedy postanowiłem, że ucieknę z tego okropnego miejsca. Przez wiele lat obserwowałem ją i jej pomocnice, więc dobrze wiedziałem jak to zrobić, tak aby mnie nie zauważyli. Najpierw podczas jednej z przerw na ogródku wyrwałem ze ściany gwóźdź i ukryłem go pod drzwiami, wbijając w ostatni centymetr piasku. Gdy dowiedziano się o całym wandalizmie, zostałem brutalnie pobity. Jednak ja nie krzyczałem. Nie płakałem. Patrzałem tylko na dyrektorkę, która stała kilka metrów przede mną i szyderczo się uśmiechałem. Ona wiedziała, że szykuje się coś złego. Nie wiedziała jednak co.
Gdy wracałem do budynku, zabrałem gwóźdź, udając, że się przewróciłem. Miał on około5 centymetrów długości i był lekko wygięty. Gdy mieliśmy iść spać, ja schowałem gwóźdź w poduszce i udałem, że zasypiam. Teraz tylko wystarczyło poczekać, aż właścicielka pójdzie spać.
Wszystkie opiekunki spały w jednym pokoju razem z dyrektorką. Klucz do budynku posiadała właścicielka i zawsze trzymała go w swojej szafce, obok łóżka. Wstałem i po cichu poszedłem do kuchni, aby zdobyć metalowy widelec. Pogiąłem go i stworzyłem z niego coś na kształt prowizorycznego wytrychu. Podszedłem do drzwi od sypialni i włożyłem drut do zamka, a następnie podważyłem wszystko gwoździem. Siłowałem się z zamkiem chwilkę, jednak bez efektu. Wyciągnąłem widelec, dogiąłem go w niektórych miejscach i spróbowałem ponownie, lecz nadal nic się nie stało. Nagle, drzwi się lekko uchyliły. Serce mi stanęło, bo myślałem, że to któraś z opiekunek. Okazało się, że drzwi nie były zamykane i wystarczyło je lekko popchnąć, a otworzyły się, bo zbyt mocno przycisnąłem gwóźdź. Wszedłem powoli do środka. Po pokoju poruszałem się bardzo cicho, uważając na skrzypiące belki. Niejednokrotnie sprzątałem tutaj podłogę, więc wiedziałem, gdzie nie należy stawać. Otworzyłem szafkę obok łóżka dyrektorki. Leżały tam dwa proste, miedziane klucze. Widziałem, do czego służy ten drugi, bo widziałem, jak właścicielką go kilka razy używała. Otwierał on szkatułkę z jej pieniędzmi. Wyciągnąłem więc skrzyneczkę spod jej łóżka i zabrałem wszystkie monety. W końcu za coś musiałem żyć, gdy już ucieknę. Powoli zamknąłem szkatułkę, jednak klucza nie odłożyłem na miejsce. Włożyłem go pod poduszkę jednej z okrutniejszych pomocnic, a następnie powoli opuściłem pomieszczenie. Cicho włożyłem klucz do drzwi wyjściowych. Nawet nie skrzypnęły, ponieważ kilka dni temu zostały one naoliwione. Rozejrzałem się po okolicy sierocińca, aby mieć pewność że nikt mnie nie zobaczy. Nie było nikogo. Wyszedłem na ulicę, gdzie znajdował się zazwyczaj targ. Wtedy poczułem się naprawdę spełniony. Nie interesowało mnie co będę robić, aby przetrwać. W głowie miałem tylko jedną myśl. Byłem wolny.

Od dziesiątych urodzin mieszkałem na ulicy. Moje życie nie było usłane różami, a pieniądze nie sypały się z nieba. Swoją drogą takie sypanie monet z nieba byłoby dość bolesne. Mogłoby się to skończyć poważnymi urazami głowy. Wracając jednak do historii. Musiałem wykonywać najcięższe prace, aby zarobić na jedzenie i zakwaterowanie. Czasami było to sprzątanie stajni, w której nikt nie pracował od wieków a czasami rąbanie drewna na opał jako pomocnik drwala, nigdy jednak nie była to praca na dłuższy okres. Wszystkie dni zaczęły zlewać się w jedną całość. Zaczęła doskwierać mi monotonia i nuda. Chciałem czegoś nowego. Czegoś, co pozwoliłoby mi odskoczyć od życia codziennego i zabawić się chociaż raz. Postanowiłem, że będę biegał. Lecz nie tak zwyczajnie, od straganu do kościoła czy do ratusza. Miałem zamiar biegać po budynkach. Wspinać się, skakać i biegać, jak człowiek którego nie obowiązują żadne reguły. Nie liczyły się dla mnie konsekwencje. Chciałem spróbować i tak się stało. Najpierw powoli, wspinałem się na mniejsze budynki o niższych dachach i skakałem tylko na jeszcze niższe budowle. Potem to nie wystarczało. Spróbowałem z wyższymi domami. Potem skakałem z niższego na wyższe. Było niesamowicie. Nigdy nie czułem większego spełnienia niż w tamten chwili. Byłem naprawdę podekscytowany i szczęśliwy. Widoki z dachów największych budynków, takich jak strzeliste kościoły czy ratusz były piękne. Mogłem przemieszać się z jednego krańca miasta na drugi w czasie dużo krótszym niż normalnie. Jednak to nie był koniec mojej podróży w dorosłość. W końcu uznałem, że potrzebuje jeszcze czegoś, co urozmaici mi dzień i podniesie adrenalinę. Przeszukałem śmietnik z odpadkami kowala i znalazłem kilka zardzewiałych strzał oraz wykrzywiony miecz z widocznymi ułomnościami w klindze. Od tamtego czasu we własnym zakresie trenowałem łucznictwo i walkę mieczem. Najbardziej lubiłem przeskakiwać przez dach i próbować strzelać w locie, co jednak udawało mi się raz na kilkanaście strzałów. Z mieczem radziłem sobie o niebo lepiej. Gdy pewnego dnia zobaczył mnie chłopiec, pomyślał, że jestem wojownikiem z legendy. Nie było wtedy dla mnie rzeczy nieosiągalnych. Byłem panem świata.

Miałem 15 lat. Kilka dni po urodzinach jak codziennie przebiegałem po pewnym domu, przy murach. Lubiłem go, ponieważ miał idealny dach, aby się rozpędzić i z impetem wskoczyć na wyższy budynek. Robiłem to tak często, że gospodarz miał dosyć mnie i tego, że dach sypał się na głowę. Wielokrotnie groził, że wezwie straż i powyrywa mi nogi z rzyci. Nigdy nie brałem tych gróźb na poważnie, w końcu był tylko zwykłym garbarzem, i powtarzał mi to dziesiątki razy, a nic z tego nie wynikało. Tym razem jednak spełnił swoje zapowiedziane groźby. Rzecz jasna nie te o wyrywaniu kończyn z rzyci. Na dachu rozciągnął długi, lecz cienki drut więc go nie zauważyłem. Podczas gdy akurat szykowałem się do skoku, noga zaczepiła mi się o kawałek metalu. Przewróciłem się i spadłem z dachu, w bardzo efektownym stylu, bo zrobiłem przypadkiem salto w powietrzu. Na szczęście nie było to wysoko, góra dwa metry. Skończyło się tylko na kilku siniakach i zadrapaniach. Jednak to nie było moim największym zmartwieniem, gdyż kilka kroków obok mnie stało dwóch strażników. Złapali mnie, podnieśli i zatargali do więzienia.
Mimo że nie było tam dobrych warunków do życia, to nie narzekałem. Miałem jedzenie, picie i miejsce do spania. Próbowałem się przyzwyczaić do tego, co miało trwać jeszcze kilka lat. Byłem najmłodszy ze wszystkich więźniów, mimo to po jakimś czasie nabrali do mnie szacunku. Przekonałem ich, aby nauczyli mnie kraść i otwierać proste zamki. Nie byłem w głównych osobnikach, którym wszyscy się kłaniali. Wystarczyło mi to, że nie byłem na samym dole, przy osobach których się biło i poniżało na różne coraz to okrutniejsze sposoby.
Jednak to, co miało ciągnąć się latami trwało w rzeczywistości pół roku. Pewnego dnia podczas godziny nudy (W rzeczywistości trwało to dużo dłużej niż godzinę) do mojej celi przyszedł strażnik. Kazał się zbierać i jak najszybciej zwolnić celę.
- Masz 5 minut - Powiedział, po czym rzucił we mnie moimi starymi ubraniami i poszedł dalej na obchód. Byłem zdziwiony, lecz posłusznie ubrałem się i czekałem na strażnika. Gdy wrócił, otworzył celę i powiedział:
- Za mną. Przyszedł ktoś, kto wykupił twoje nędzne życie. - Następnie wykonał ruch ręką w geście zaproszenia. Podążałem za nim w milczeniu. Więźniowie dookoła mnie patrzyli na mnie z wyrzutem. Starałem im się wytłumaczyć, że nie mam pojęcia, o co chodzi, lecz oni nie słuchali. Myśleli, że zostanę z nimi dłużej i dotrzymam im towarzystwa. Nie to, że mnie polubili, po prostu bawiło ich, że istnieje osoba, która trafiła do tego samego miejsca co mordercy i złodzieje za głupie bieganie po dachu. W sumie nie ma co się im dziwić. Też myślałem, że będę tutaj gnić jeszcze przez dobre dwa czy trzy lata. Aż do tej interesującej chwili.
Gdy doszliśmy do końca korytarza ujrzałem ciekawie wyglądającego jegomościa. Był on ubrany na zielono, jakby uciekł od driad, które chciały go upodobnić do siebie. Zielona kurtka z ciemniejszymi wstawkami, zielony trójróg na głowie z ciemnym zielonym paseczkiem i do tego przyczepione czerwone piórko. Posiadał także jasne brązowe buty oraz brązowe rękawice. Na szyi nosił naszyjnik ze srebrnym smokiem oplatającym szmaragdowy kamień. Przy pasie trzymał długi miecz jednoręczny w skórzanej pochwie z żelaznymi okuciami. Posiadał on także długi łuk składany, a na plecach skórzany kołczan z dwoma tuzinami strzał.
- Puśćcie mojego przyjaciela. - Powiedział wesoło do strażników, rzucając w nich sakiewką z pieniędzmi. Ten mnie popchnął i odszedł po cichu, przeliczając pieniądze. Nieznajomy posłał mu pogardliwe spojrzenie, a następnie wykonał ręką znak, abym za nim podążał. Nie miałem pojęcia, co się dzieje, więc po prostu zrobiłem to, o co mnie poprosił nieznajomy. Przeszliśmy kilka ulic, gdy nagle on się zatrzymał. Obrócił się na pięcie w moją stronę i powiedział:
- Dobrze. Powinienem ci przynajmniej powiedzieć, z kim rozmawiasz. Jestem łowcą potworów i mieczem do wynajęcia. Uwolniłem cię, ponieważ zobaczyłem w tobie siebie z młodości. Zagubionego chłopaka, który chce... Nie. Który potrzebuje wrażeń i adrenaliny. Jednak to, że wpłaciłem za ciebie kaucję, nie zobowiązuje cię do czegokolwiek wobec mnie. Daje ci dwie możliwości. Zapewniam, że żadna z odpowiedzi nie jest tą złą albo dobrą. Możesz odejść i zapomnieć o mnie i naszym spotkaniu. Wrócić na dachy i ponownie wykonywać najtrudniejsze prace fizyczne w mieście za ekstremalnie niskie wynagrodzenie, a nasze drogi prawdopodobnie nigdy więcej się nie skrzyżują. Jest jednak druga opcja, bardziej opłacalna. Wytrenuje cię na najemnika. Dam ci dach nad głową i godne warunki do życia. Pokaże ci zupełnie nowy świat. - Te wszystkie obietnice były piękne. Jednak były jednostronne. On dawał mi wszystko. Ja mu nic. Zapytałem więc:
- Gdzie jest haczyk? Ty dajesz mi sporo. Perspektywę na przyszłość, dach nad głową i wyżywienie. To nie może być takie proste.
- Widzę, że jesteś także nieprzeciętnie bystry. Przez cały trening będę ci dawał zlecenia. Łatwe, abyś nie zdechł, zanim cię wytrenuję. Całą pulę z zadań będę zabierał jako opłatę za naukę. No jest jeszcze jedna dość ważna rzecz. W dniu jutrzejszym wynosimy się z tego miasta. Jedziemy do mojej posiadłości.
- Zgoda. Gdzie i kiedy mam czekać?
- Jutro w południe przy głównej bramie. Nie zapomnij odwiedzić twojego znajomego garbarza i zapewnić go, że więcej nie będziesz go niepokoił. - Kiwnąłem głową na zgodę i poszedłem się przygotować. W sumie nie miałem dużo do roboty. Własności prywatnej nie miałem żadnej, poza mieszkiem monet i zardzewiałym mieczem. Postanowiłem, że muszę kupić coś nowego do ubrania. Moje ciuchy dzienne były już bardzo brudne i wystrzępione. Miały sporo dziur i od dawna nie trzymały ciepła. Poszedłem więc do krawca i kupiłem jakiekolwiek ciuchy. Wybrałem coś, co było tanie i jednocześnie jakkolwiek wyglądało. Miałem nadzieję, że mój przyszły mistrz da mi jakieś przebranie na miejscu, jednak nie mogłem być tego taki pewien. Stare ciuchy oddałem bezdomnemu jako koc. Często go widywałem jednak nie mogłem mu pomóc w żaden sposób. Nie miałem pieniędzy, aby zadbać o samego siebie a co dopiero o innych. Jego radość byłą naprawdę ogromna. Za pieniądze, które mi zostały opłaciłem dużą kolację i pokój w karczmie. Tej nocy pierwszy raz od dłuższego czasu nie doskwierało mi zimno i głód Wziąłem ciepłą kąpiel w łaźni i poszedłem spać. Gdy się obudziłem kupiłem coś do jedzenia na szybko i ruszyłem szybkim krokiem w stronę bramy głównej. Łowca już na mnie czekał przeżuwając coś spokojnie i obserwując miasto z konia. Nie było mowy, że się spóźniłem. Słońce dopiero wschodziło ponad mury, a większość straganów nawet jeszcze nie została otwarta. Gdy do niego podszedłem on powiedział wesoło:
- A więc jesteś. Myślałem już, że nie przyjdziesz, bo zabalowałeś w jakimś burdelu. Nie ma co zwlekać, i tak mamy mało czasu. Jedź za mną. - Wskazał na konia obok i pojechał do przodu. Mnie szło to trochę opornie, ale dałem radę. Pierwszy raz opuszczałem moje miasto. Do teraz nie wiem gdzie to było. Nigdzie nie znalazłem sierocińca, w którym spędziłem 10 lat mojego życia. Jednak wtedy czułem jedno. Że wszystkie moje problemy i trudności... Minęły.

Do celu dotarliśmy po czternastu dniach jazdy konnej. Mimo codziennych postojów w nocy byłem wyczerpany do skraju wytrzymałości. Jazda konna dla początkującego szła mi coraz lepiej, i już po tygodniu potrafiłem jeździć bez zbędnego wysilania większej ilości mięśni niż potrzeba. Od tamtego czasu już wiedziałem, że trafiłem do dobrego nauczyciela, bo do tamtej chwili nigdy nie miałem z końmi styczności.
Byliśmy na rozwidleniu dróg. W sumie nic nadzwyczajnego skraj lasu z dwoma dróżkami w głąb, które widać, że były dawno nieużywane.
- Zejdź z konia. - Rozkazał mistrz. Zeskoczyłem z siodła i rozmasowałem obolałe mięśnie, a następnie się wyprostowałem. Spojrzałem na mojego przewodnika pytająco. Mieliśmy w końcu dojechać prosto do jego kwatery, a nie na środek niczego.
- Teraz będzie twój pierwszy test, który pomoże mi w ustaleniu twojego toku nauczania. Muszę się dowiedzieć, na czym dokładnie stoję, aby cię nie przeforsować, ale także, abym nie dawał ci zbyt łatwych ćwiczeń. Zagramy w grę dla małych dzieci, którą na pewno znasz. W chowanego. Jednak trochę zmienimy zasady, bo nie będziesz musiał szukać mnie. Twoim celem będzie znalezienie mojego domu. Oczywiście będę cię pilnował z drzew. Ty mnie nie będziesz widział, lecz ja ciebie doskonale. Nie chce, abyś się zgubił gdzieś pomiędzy drzewami. - Przytaknąłem. W sumie jego ton dawał do zrozumienia, że nie przyjmuje odmowy. Zawiązał mi ciasno kawałek materiału na oczach, abym nie podglądał. Nic nie widziałem.
- Nie zdejmuj. Dowiesz się, kiedy nadejdzie czas na szukanie. - Potem słyszałem tylko stukot kopyt oddalającego się konia. Czekałem około pół godziny w milczeniu, nie widząc niczego. Kilka razy miałem wrażenie, jakby coś przemykało kilka metrów ode mnie, a chwilę potem ponownie znikało. Nagle szmatka sama opadła jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Pod stopami widniał napisany patykiem napis "Powodzenia". Uznałem, że czas na szukanie domu. Dookoła nie było nikogo, jednak cały czas czułem, że ktoś siedzi na drzewie i mnie obserwuje. Nie widziałem ów kogoś, jednak byłem pewien, że ktoś tam jest i patrzy na mnie. Wiedziałem jeszcze jedną rzecz. Nie był to człowiek. Nie wiem skąd, to wiedziałem. Po prostu to czułem, tak jak się wie, że herbata jest gorąca, zanim się ją wypije. Wyruszyłem jednak szukać śladów i zignorować obserwatora. Wtedy nie byłem jeszcze wytrawnym tropicielem, więc pewnie sporo z nich ominąłem, ale mimo tego jakoś sobie radziłem. Najpierw sprawdziłem stronę, gdzie słyszałem stukot kopyt. Widziałem ugniecioną trawę i wyraźne ślady, że ktoś tędy przejeżdżał. Jednak coś podpowiadało mi, że to nie jest to i mam szukać dalej. Sprawdziłem teren dookoła i miałem rację. W pewnym miejscu widać było mniej wygniecioną trawę. Koń musiał wrócić po tych samych śladach, a następnie skierować się w bok. Tym śladem ruszyłem. Po drodze kilkukrotnie koń przecinał strumyki, co trochę utrudniało sprawę, tym bardziej, gdy szedł on przez dłuższy czas z nurtem, jednak po wyjściu zwierzęcia z wody ślady były dużo widoczniejsze, przez jakiś czas co następnie ułatwiało mi poszukiwania. Po trzydziestu minutach podążania tropem mojego nauczyciela zauważyłem, że do niego dołączył się drugi ślad, także koński. Wygnieciony tak samo mocno, jak ten na początku. Jak widać, obydwa ślady prowadził mnie, w to samo miejsce, bo był to po prostu dwa konie. Jeden, z wyraźniejszymi śladami przewoził mojego nauczyciela, a drugi lżejszy nie posiadał jeźdźca. Na początku nie wziąłem do rachunku mojego konia. Dzisiaj nie popełniłbym takiego błędu i zajęłoby mi znacznie dłużej, aby dojść do wniosku, że konie się rozdzieliły. Sądzę, że czasami zbyt duża ilość wiedzy jest gorsza niż jej brak. Bez lekcji tropienia mogłem zdać się na instynkt. Nic innego bowiem nie miałem i jak widać, tamtym razem się udało. Już po dziesięciu minutach podążania śladem dwóch wierzchowców dotarłem do wykarczowanej polany. Było dużo miejsca na trening i spędzenie spokojnych wieczorów. Na środku polany stała drewniana chatka, niezbyt duża, ale wystarczająca, aby pomieścić na oko trzy lub cztery osoby. Za domem stały trzy tarcze strzelnicze z widocznymi śladami używania. Płótno w niektórych miejscach odrąbane i podziurawione leżało pod stojakami, a farba zaczynała blednąć. Gołym okiem można było też zobaczyć, że dom też nie jest pierwszej jakości. W dachu widać było dziurę, drzwi ledwo się trzymały na zawiasach, a okno kiedyś zapewne bardzo drogie teraz już nie nadawało się do niczego. Jednak coś zachęcało do wejścia do środka. Może to piękna, zielona okolica a może przytulność chatki. Nie miałem pojęcia, co mnie do niej tak ciągnęło, jednak nie miałem wątpliwości, że będzie mi tutaj naprawdę dobrze.
- Brawo. Nie dałeś się zwieść Kazamowi. - Kazam to ówczesny koń mojego trenera. Zmarł z powodu wykrwawienia od rany postrzałowej podczas jednej z misji. Natrafiliśmy na wyjątkowo denerwujące elfy, które napadały podróżnych. Zlecenie to zlecenie więc w ostateczności je wykonaliśmy, jednak nagroda nawet nie starczyła na nowego konia.
- Nie było łatwo. Na drugi raz niech nie przechodzi przez rzeki. Mokre ślady są dużo widoczniejsze w suchym piasku. - Poinformowałem. Nie wiem, dlaczego to powiedziałem. On to z pewnością wiedział, a ja wyszedłem na głupka. W tamtej chwili jednak wydawało mi się to trudne do zauważenia i czułem dumę, że poprawiłem osobę, która ma mnie uczyć. Nauczyciel tylko uśmiechnął się wesoło i odprowadził pod drzwi.
- Stan nie jest zbyt dobry, jednak naprawami zajmiemy się za kilka godzin. Jest poranek, a ty musisz być wyczerpany. - Powiedział, po czym otworzył drzwi. Te zaskrzypiały przeraźliwie, po czym runęły na ziemię. - Tym też będzie trzeba się zająć. Zaraz pojadę do miasta i zamówię u stolarza nowe. Nie było mnie tutaj od kilku lat, więc taki stan rzeczy mnie wcale nie dziwi. - Rzekł i ruszył ku jednemu z pokoi. Po drodze przyglądałem się wnętrzu. Było ono całkiem przytulne. Dom miał trzy pokoje. Dwie sypialnie i salon oddzielony od kuchni jedynie barkiem. W salonie stał przy ścianie kamienny kominek, w którym od dawna nie palił się ogień. Po prawej stronie od wejścia był korytarz prowadzący do dwóch drzwi od sypialni oraz schodów na strych. Trener wskazał mi mój pokój. Otworzyłem go, z niespotykaną delikatnością, jeżeli chodzi o tę czynność, a następnie wszedłem do pomieszczenia. W zasadzie było to nawet przytulne miejsce. Na lewo od drzwi stało łóżko z dębowego drewna, a po prawej stronie łóżka przy przeciwległej ścianie stało biurko z widokiem przez okno na polanę. Przy nim uczyłem się z notatek sporządzonych na lekcji o różnych kulturach i języków innych ras. Obok biurka, jeszcze bardziej na prawo stałą duża szafa na ubrania. Nie było tam na razie nic, jednak mogłaby ona pomieścić naprawdę dużo. Od razu rzuciłem się na łóżko, które okazało się niesamowicie wygodne. Nie wiem czym to przez zmęczenie podróżą czy naprawdę takie było, ale w tamtej chwili nawet nie marzyłem, aby być gdziekolwiek indziej. Pierwszy raz od urodzenia czułem, że znalazłem swoje miejsce. Byłem w domu. Moim domu.

Dni zlewały mi się w jedną całość, a trening u mojego nowego mistrz był piekłem na ziemi. Już od drugiego dnia pobytu wyrzucał mnie z łóżka przed świtem i kazał biegać po 30 okrążeń dookoła polany. Pierwsze wrażenie jest takie, że ów teren jest dość mały, ale jak robisz 20 okrążenie, całe kółko wydaje ci się wiecznością. Potem, abym się nie nudził, kazał mi rąbać drewno tępą siekierą. Na ostrzejszą były pieniądze, ale on uznał, że na to przyjdzie jeszcze czas. Mniej więcej po zakończeniu rąbania drewna nastawał świt. Dostawałem wtedy polecenia udania się z wiadrem nad rzekę i napełnienia beczki stojącej za domem. Zadanie byłoby dość łatwe, gdyby nie to, że beczka była ogromna, wiadro małe, rzeka daleko a moje mięśnie odmawiały posłuszeństwa po porannym maratonie. Na napełnienie pojemnika kąpiel miałem dwie godziny. Jeżeli zdążyłem, to musiałem pędzić na śniadanie. W przypadku gdy nie zdążyłem, zwyczajnie nie dostawałem jeść. Kara bardzo okrutna, ale niesamowicie motywująca i ucząca dyscypliny. Już po tygodniu naprzemiennego dostawiania posiłku nauczyłem się, że wystarczy się ciut więcej wysilić i da się to zrobić. Gdy już zjadłem, dostawałem godzinę na pozmywanie i odpoczynek. Zazwyczaj spędzałem ten czas na siedzeniu przed domem i podziwianiu terenu albo odsypianiu. Gdy czas się skończył, moim następnym zadaniem były naprawy domu. W tamtym czasie nie wiedziałem jak ma mi to pomóc, ale dzisiaj wiem, że całodniowa praca przy remoncie naprawdę mnie rozwinęła. Po kilku godzinach pracy przy naprawach nastawał czas na obiad. To była chyba lekcja, której nienawidziłem najbardziej. Mój mistrz twierdził, że aby przetrwać trzeba potrafić sobie ugotować coś samemu w polowych warunkach. Najpierw miałem udać się do lasu i zebrać wszystkich rzeczy z listy. Musiałem nazbierać grzybów, owoców i innych jadanych rzeczy, a następnie wrócić. Po powrocie on uczył mnie jak przyrządzić tego w miarę smaczny posiłek, który miał mi dodać sił do wieczora. Do tej pory niewiele potrafię, bo akurat na ten dział wiedzy byłem strasznie oporny. Po zjedzeniu miałem około godziny przerwy. Gdy już odpoczynek dobiegał końca, szliśmy do lasu i tam uczył mnie technik łowców potworów. Miał on system lekcji bardzo oryginalny. Pierwszego dnia miałem lekcję tropienia i zakładania pułapek, drugiego dnia strzelałem z łuku, aż ręce mi odmawiały posłuszeństwa, trzeciego szermierka tak długo aż byłem cały posiniaczony i obolały, czwartego trochę zielarstwa i alchemii dla odmiany a piątego trochę więcej teorii, bo połączenie geografii z kulturoznawstwem, i tak w kółko. Po treningu, który trwał kolejne kilka godzin, nastawała pora kolacji, która ku mojemu uradowaniu odbywała się bez lekcji gotowania. Po kolacji miałem półtora godziny przerwy i wtedy następowały ostatnie ćwiczenia. Na początek około 20 okrążeń dookoła polany a po zakończeniu jak to nazywał "rozgrzewki" miałem się wspinać na coraz to wyższe drzewa i skarpy. Po całym dniu treningu i ćwiczeń miałem dość. Bolał mnie wszystkie mięśnie od stóp po szyje, a nawet czasami głowę jak spadłem z drzewa. Wszystkie ćwiczenia i zadania wykańczał mnie do tego stopnia, że wieczorem padałem z nóg. Siadałem przy kominku razem z moim mistrzem i rozmawialiśmy zawsze chwilkę, a potem ja szedłem ostatnimi siłami do pokoju i kładłem się do łóżka. Zasypiałem bez problemu. Ciepło bijące z pieca zawsze bardzo przyjemnie rozprzestrzeniało się po domu, a zapach lasu i dźwięki nocnych zwierząt zawsze mnie usypiały. Do dzisiaj, gdy przypomnę sobie dni z moim mistrzem to aż łezka mi się w oku kręci. Tyle przygód! Tyle niesamowitych dni... Szkoda, że wszystko skończyło się tak tragicznie.

Minęło 8 lat od rozpoczęcia treningu. Z łuku trafiałem do poruszających się obiektów za każdym razem, a w szermierce dorównywałem mistrzowi. Znałem całą geografię oraz kultury Alaranii, oraz państw ościennych. Z ziół znalezionych w lesie potrafiłem sporządzić trucizny paraliżujące oraz powodujące śmierć, ale także odtrutki i różne maści i oleje. Potrafiłem wytropić zwierzynę z miejsca, w którym przebywała kilka dni temu i skutecznie zastawić na niego pułapkę, tak aby na pewno wpadło w sidła i nawet nie wiedziało, co je zabiło. Znałem prawie każdą maszkarę przynajmniej z opisu i potrafiłbym ją zabić bez obrażeń własnych. W końcu nadszedł dzień ceremonii ukończenia treningu. Mój mistrz odebrał u rzemieślników sprzęt bojowy i konia od trenerów. Zamówił jedzenie i przygotował stół. To miał być wesoły dzień, w którym oficjalnie stawałem się Łowcą Potworów.
Obudziłem się tego dnia wyjątkowo rześki. Gdy spojrzałem za okno z pokoju, zobaczyłem, że słońce jest już wysoko na niebie. Było południe, co bardzo mnie zaskoczyło. Zazwyczaj byłem budzony kilka godzin przed świtem, aby zdążył z całym treningiem. O całym wydarzeniu nie wiedziałem. Myślałem, że jak zwykle wstanę i rozpocznę kolejną serię morderczych prób i zadań. Ubrałem się w pośpiechu i skierowałem się ku drzwiom wyjściowym. Gdy wyszedłem byłem bardzo zaskoczony. Na podwórzu stało kilku ludzi. Na początku ich nie rozpoznałem, ale po chwili do mnie dotarło, kim oni są. Były to osoby, z którymi zdążyłem się w jakiś sposób zaznajomić lub zaprzyjaźnić. Stał tam Bob, trener koni, który uczył mnie tajników jeździectwa na moim przyszłym koniu, Kishenzi, tygrysołak, dzięki któremu poznałem zasady, jakie panują w lesie oraz z którym czasami robiliśmy potajemne wypady do miejskiej karczmy. Kawałek dalej stało trzech ubranych podobnie dawnych uczniów mojego mentora. Jedna z nich to kobieta, kilka lat starsza ode mnie Aliss, z którą wykonałem misję na wilkołaka, oraz jej wieczni adoratorzy Chris i Horan. Oni nauczyli mnie bardziej praktycznie jak się oprzeć magii sukkubów i jak je zabijać. Nie obyło się także bez późniejszego pobytu w karczmie, a potem w domu uciech. Wszyscy spojrzeli się na mnie i uśmiechnęli. Wszyscy podbiegli... No, prawie wszyscy. Bob był krasnoludem, więc raczej przy truchtał. Zaczęli mi gratulować ukończenia treningu i wyników, a potem zaprosili do stołu. Zastanawiałem się tylko, gdzie jest mój mistrz. Jedliśmy, piliśmy i śmialiśmy się, a on nie przychodził. Najbardziej skrępowany czułem się, gdy Chris opowiadał, jak podczas misji zbierałem się do zabicia sukkuba. Po chwili, gdy wszyscy byli już najedzeni Aliss powiedziała do mnie:
- Mistrz kazał ci coś przekazać, gdy już skończymy. Chce się z tobą spotkać osobiście, bez świadków. W sumie nie ma co się dziwić. Zawsze na zakończenie płacze jak bóbr! Będzie czekał tam, gdzie się to zaczęło. Nie możemy ci podpowiedzieć, bo sami nie wiemy. W moim przypadku czekał na drzewie przy rzeczce a u Horana w jaskini niedźwiedzia. Nie powinniśmy też iść z tobą. Sam nas o to poprosił. Musisz sam się z nim pożegnać. My tu jeszcze trochę posiedzimy. Nie często się zdarzają spotkania takie jak te. - Dokładnie wiedziałem w jakim miejscu go szukać. Chodziło o rozwidlenie dróg, gdzie odbyła się zabawa w szukanie domu. Wypiłem to, co jeszcze miałem w pucharze, a następnie pożegnałem się ze wszystkimi i ruszyłem w stronę rozwidlenia. Drogi nie używałem prawie wcale. Miasto było w drugą stronę i w sumie nie miałem tam żadnego interesu. Gdy dotarłem tam, zastałem mojego mistrza stojącego w tym samym miejscu co 8 lat temu. Trzymał on miecz konia, na którym zawieszony był cały mój sprzęt.
- Dobrze cię widzieć ten ostatni raz.
- Wcale nie ostatni. Jeżeli wytrenujesz kolejnego młodzika, to na pewno się spotkamy. - Powiedziałem, mimo że wiedziałem, że mój mistrz już jest stary i nie byłby w stanie wytrenować kogokolwiek. Jego włosy były już siwe z prześwitami, a nie kasztanowe i gęste. Broda kiedyś bardzo dokładnie przystrzyżona teraz rosła już bez końca i nawet nie miał chęci tego poprawiać. Strzał nie leciał już tak celnie i nie trafiały za każdym razem.
- Na pewno. - powiedział ze łzami w oczach i podszedł do mnie. Poklepał mnie po plecach, po czym złapał w niedźwiedzim uścisku. Mimo swojego już pokaźnego wieku to nadal miał krzepę jak mało kto. Chwilę tak staliśmy, po czym puścił mnie. Nagle jak strzała przeleciał gryf. Złapał mojego mistrza i cisnął nim o drzewo kilkanaście metrów dalej, a następnie usiadł obok niego i wrzasnął na mnie. Wyciągnąłem miecz z pochwy i bez zastanowienia rzuciłem się do przodu. Gryf zamachał ostrzegawczo skrzydłami. Wściekły gryf jest śmiertelnie niebezpieczny. Istnieje wiele historii jakoby, jeden gryf zniszczył cały fort. Podskoczyłem, złapałem się gałęzi i wciągnąłem do góry. Gryf spojrzał na mnie zdenerwowany, jednak skierował głowę na mojego mistrza. Ja wykorzystując jego nieuwagę, skoczyłem prosto na jego plecy. Następnie jednym ruchem wbiłem mu miecz pomiędzy kręgi i przebiłem szyję na wylot. Następnie nie puszczając miecza, zeskoczyłem z gryfa, rozpruwając mu całą gardziel. Podbiegłem do mistrza jednak wiedziałem, że po takim uderzeniu nie miał szans na życie. Widziałem jak leży w kałuży krwi i patrzy ma mnie mętnym wzrokiem. Powiedział wtedy słowa, których nigdy nie zapomnę.
- Co za ironia nie sądzisz?
- Tak. Ironia. Ale wyjdziesz z tego. Aliss jest specjalistką we wszelkich maściach i lekarstwach! Na pewno coś wymyśli! Nie pozwolę ci tak umrzeć!
- Nie. Idź do domu. Zanieś tam moje ciało. Pochowajcie je gdzieś niedaleko. Dom jest twój. Tak ustaliliśmy wszyscy jednogłośnie. Weź konia i wyrusz świat. I obiecaj mi jedno.
- Obiecam. - Powiedziałem ze łzami w oczach. Krew cały czas ciekła mu z boku potokiem. Wtedy straciłem poczucie świata. Straciłem najważniejszą osobę w moim życiu. Mój mistrz był dla mnie, jak którego ojciec nigdy nie miałem. Był mentorem, wzorem, ale także przyjacielem. Spędziłem z nim moje najlepsze osiem lat życia, a nawet nie wiedziałem, jak się nazywa. Cały czas mówiłem do niego "mistrzu" albo "trenerze". Nigdy nie dowiedziałem się, jak miał na imię. W tamtej chwili była jedyna okazja i zapomniałem się o to zapytać.
- Obiecaj, że zabijesz każdego gryfa, którego spotkasz - zaśmiał się, po czym zakaszlał krwią. Też się mimowolnie uśmiechnąłem. Potem nie było już nic. Klęczałem obok martwego ciała mojego mistrza i wpatrywałem się w jego nieruchomą twarz, która wyglądała jakby chciała powiedzieć "Żegnaj". Zabrałem jego ciało do domu. Tam przedstawiłem całą sprawę z gryfem. Podczas pogrzebu nie odezwaliśmy się do siebie ani słowem, mimo że był to ten sam dzień, kiedy jeszcze bawiliśmy się i śmialiśmy. Pożegnaliśmy się wszyscy i rozstaliśmy prawie bez słów. Chris i Horan odjechali razem, bo tak współpracowali jednak można było zakładać że do czasu następnego zlecenia nie będzie tak zabawnie w kompani. Od tamtego czasu nie widziałem nikogo poza tygrysołakiem który kilka razy mnie obserwował w lesie. Potem rozpoznawał że to ja i znikał w gęstwinie. Po tym dniu było bardzo dużo przygód, ale nie będę cię wszystkimi zanudzał. Opowiem tylko kilka, wybranych. Oto jedna z nich:

Słońce chyliło się ku zachodowi, aby zapaść w sen i zrobić miejsce dla srebrnego dysku. Ja natomiast, odpoczywałem w lesie na drzewie. Konrad leżał pod nim i także odprężał się, jedząc swoją ulubioną strawę. Nie miałem zwyczaju poruszać się w nocy po trakcie, gdyż łatwo wtedy zgubić drogę i wylądować gdzieś pośród gór albo trafić do obozowiska bandytów. Nagle coś wyrwało mnie ze słodkiego snu. Ktoś stał pod drzewem i wyczuł moją obecność. Zawołał do mnie kobiecym głosem:
- Możesz już zejść. I tak cię widzę - Uśmiechnęła się spod kaptura i nieświadomie ukazała kiełki wampira.
- A więc jednak da się mnie zobaczyć w środku nocy. Będę musiał to poprawić. - Powiedziałem spokojnie, a następnie istnie akrobatycznym ruchem zeskoczyłem z gałęzi drzewa.
- Arthas z Traktu. Miło mi. - Tak się bowiem wtedy nazywałem. Dlaczego zmieniłem imię dowiecie się w dalszej części historii. Natomiast dlaczego z traktu? Jak wiecie do teraz nie znam swojego dokładnego pochodzenia więc jako wędrowiec przedstawiałem się Traktem. Dodatkowo dodawało mi to pewnej nuty tajemniczości, która była bardzo pożądana w kontaktach z wieloma pięknymi damami.
- Nathanea. W skrócie Nate. Jesteś kupcem lub bardem? - Zapytała zaciekawiona.
- Oh, to zabolało. Jestem łowcą potworów. Tępię krwiożercze kreatury, gdy zaczynają one przeszkadzać mieszkańcom wiosek i miast. Jednak nie zabijam dla zabawy, robię to tylko, gdy zostanie wyznaczona za kogoś lub coś nagroda.
- Może opowiesz mi o tym przy ognisku? - Zaproponowała. Może chciała mnie pożreć? Do dzisiaj nie wiem. W tamtej chwili nawet coś do niej poczułem. Nie jestem pewien czy była to sympatia, czy już zauroczenie, ale jakaś część tej dziewczyny w niezrozumiały sposób mnie pociągała.
- Pewnie. I tak nie zasnę wiedząc, że można mnie zobaczyć więc co za różnica. - Powiedziałem. Nie miałem pojęcia, że skończy się to dla mnie tak tragicznie.
Najpierw zaczęło się spokojnie. Rozmawialiśmy o wszystkim, od mojej pracy aż do uzbrojenia. Mojego i Jej. Nie owijałem w bawełnę, od razu powiedziałem, że wiem, czym jest i się nie obawiam. Ona najpierw zrobiła się lekko zaniepokojona, jednak chwile potem wszystko wróciło do normy. Gdyby miała złe zamiary, zaatakowałaby od razu, a nie pozostała w tej samej pozycji. Nagle nasza nocna pogawędka została przerwana. Znikąd przybyły 3 postacie. Elf, Fellarianin i Ratakar. Twierdzili, że nie znają się, jednak taki zbieg okoliczności był naprawdę dziwny. Chwilę później zaatakowali nas bandyci. Wtedy jeszcze nie miałem takiego doświadczenia w walce, były to w sumie początki mojej wędrówki przez świat więc nie było łatwo. Walczyliśmy przez dobre kilka godzin. Bandyci byli naprawdę liczni, ponieważ nie byłą to jedna szajka. Wyglądało to tak, jakby każdy z tych przybłędów przyprowadził cały oddział kłopotów. Szło nam nawet nieźle, wampirka jako towarzyszka okazała się nieocenioną pomocą, jednak to właśnie przez nią wszystko nabrało dla mnie zgoła inny obrót. Wszędzie było pełno krwi i martwych ciał. W końcu jej instynkt nie wytrzymał i posiliła się na środku pola walki. Nigdy w życiu nie widziałem czegoś ohydniejszego, mimo że widziałem wiele. Oszołomiło mnie to na, tyle że para bandytów zdołała mnie zajść od tyłu i zdzielić pałką w potylicę, przez co straciłem przytomność. Od tamtego momentu wszystko pamiętam jak urywki jakiejś wizji. Zaciągnęli mnie oni poza pole walki, gdzie przywiązali do wozu i pociągnęli daleko od miejsca zdarzenia.
Nagle nastąpił kolejny zwrot akcji. Znikąd pojawił się mój koń! Konrad nie tylko odnalazł mnie,, dziesiątki kilometrów od miejsca gdzie go zostawiłem, ale także odważnie zaatakował porywaczy. Dzielny przyjaciel zaszarżował na nich i przewrócił, a następnie oszołomione ciała śmiertelnie poturbował. Nie wiem jak, ale wylądowałem na jego siodle i zabrał mnie, umierającego człowieka byle dalej od niebezpieczeństwa. Gdyby nie on to nie siedziałbym dziś tutaj z wami i nie pił z wami tego korzennego. Zdrowie mojego rumaka! Zdrowie Konrada!

Obudziłem się jakimś pokoju. Jedynym oświetleniem była świeca stojąca na stoliku obok. Spróbowałem poruszyć głową, jednak przy pierwszej próbie poczułem okropny ból. Złapałem się za głowę i ku mojemu zaskoczeniu poczułem, że jest cała zabandażowana. Spróbowałem sobie cokolwiek przypomnieć, jednak nie pamiętałem nic. Imienia, nazwiska ani kim w ogóle jestem. Leżałem więc, tak jak mnie zostawiono i czekałem aż osoba, która się mną zaopiekowała, ponownie przybędzie.
Po około godzinie drzwi otworzyły się z okropnym skrzypieniem nienaoliwionych zawiasów. Przez próg przeszła kobieta, na oko miała 25 lat. Pochodziła z kraju położonego na północ od Alaranii. Niosła ona talerz z nowymi bandażami i olejkami. Spojrzała na mnie, otwarła szeroko oczy i upuściła z wrażenia talerz, tłukąc porcelanowe naczynia z maściami i lekarstwami, a następnie wybiegła z pomieszczenia, jakby zobaczyła ducha. Kilka minut później przybiegł starzec. Wyglądał on na ponad 50 lat. Na głowie nie pozostał już nawet jeden włos, a bujna broda sięgała już klatki piersiowej. Pomarszczona twarz wyrażała zdziwienie, ale także podziw z jakiegoś niezrozumiałego dla nie powodu. Podszedł do mnie, zdjął bandaż i nic nie wyjaśniając, popukał mnie w potylicę. Następnie bardzo usatysfakcjonowany powiedział:
- No no, kolego. Nie wiem, który bóg ci błogosławi, ale jak widać, twój organizm jest bardzo wytrzymały. Z mojego doświadczenia wiem, że takie obrażenia jak u ciebie powinny się goić jeszcze długi czas a leki usypiające, które podaliśmy działać co najmniej przez dwa kolejne dni. Jak się nazywasz wybrańcu bogów?
- Ja... Nie wiem. Nie pamiętam. Gdzie ja jestem? Kim jestem? Co się stało?
- Hmmm... Tak jak sądziłem. Przez szok spowodowany obrażeniami w tylnej części czaszki utraciłeś wszystkie wspomnienia. To normalne, wiemy jak sobie z tym radzić. Pomożemy ci przywrócić przynajmniej część wspomnień. Na razie odpoczywaj. Nie jesteśmy przygotowani na tak szybkie przyjęcie ciebie w naszej świątyni. - Wyjaśnił. Następnie lekko zakłopotanym głosem dokończył. - Nie wyjaśniłem ci, kim jestem i gdzie się znajdujesz. Nazywaj mnie Mistrz Taurius. Znajdujesz się w świątyni Boga Zdrowia. Opiekujemy się ciężko chorymi i modlimy do naszego patrona o miłosierdzie i błogosławieństwo dla pacjentów. Pomagamy także w pooperacyjnej rehabilitacji, jeżeli taka jest wymagana. Jesteś tutaj, ponieważ przyprowadził się twój koń. Wierne zwierze błądziło w leśnej gęstwinie, jednak w końcu trafiło na odpowiednie miejsce. Zaopiekowaliśmy się nim. Jedna z naszych pomocnic pochodzi z rodu specjalizującego się w opiece i hodowli koni. Teraz leż białowłosy. Przyjdę jutro i przeniesiemy cię do innego pokoju.
- Dziękuje Mistrzu Tauriusie... ale zaraz... biało... włosy? Wcale nie! Mam kruczoczarne włosy! Nie bia... - Złapałem się za czuprynę i nie dowierzałem. Były niczym śnieg. Nie wiedziałem, co się stało. Jedno wspomnienie wróciło. Przeglądałem się wtedy w lustrze, w sierocińcu układając niesforne włosy. Były wtedy jak węgiel a teraz niczym spieniona woda obijająca się o skały nad brzegiem morza.
- Faktycznie, gdy cię zabraliśmy były czarne... hmm... Nie mam pojęcia, co się stało. Nasze lekarstwa nie powinny zmieniać barwy włosów... Nigdy nie słyszałem o takim przypadku. W każdym razie od dzisiaj jesteś białowłosy przyjacielu. Przyzwyczaj się do tego, nie sądzę, żeby miało się to w najbliższym czasie zmienić. A teraz idź spać. Nadal jesteś zmęczony - Powiedział zamyślony i wykonał dziwny gest przed moimi oczami. Nagle poczułem się przeraźliwie senny. Po kilku chwilach już tonąłem w głębokim śnie.
Następnego dnia ponownie obudziłem się w tym samym pokoju. Służąca z poprzedniego dnia akurat przygotowywała jakiś gorący napar. Spojrzałem się na siebie. Odkryłem koc, którym byłem przykryty i przeprowadziłem inspekcję. Ubrany byłem w białe, bardzo luźne szaty. Na stopach zamiast butów były mocno zaciśnięte bandaże, podobnie jak na rękach. Z całej tej mumifikacji wystawały tylko palce u dłoni i stóp oraz głowa z białymi jak śnieg włosami. Po chwili głębszą inspekcję przerwała mi służąca, która podała mi gorący napój ziołowy.
- Dziękuje. - Powiedziałem i odebrałem naczynie. Dziewczyna skłoniła się lekko, zabrała zawiniątko oraz talerz, a następnie wyszła bez słowa z pokoju. Po chwili namysłu nad milczącą dziewczyną postanowiłem zobaczyć, co dostałem do picia. Napój miał zielonkawy, nieciekawy kolor jednak smakował nie najgorzej. Coś jak połączenie herbaty miętowej z bliżej nieokreślonymi dodatkowymi ziołami. Gdy wypiłem zawartość kubka, odstawiłem go na stolik i usiadłem przodem do ściany. Po chwili bezczynności do pokoju wszedł mistrz Taurius.
- No no kolego. Szybko wstałeś. Może nawet dasz radę w naszych warunkach. Wstań, oprowadzę cię po świątyni. Wycieczkę skończymy w twoim pokoju, który specjalnie dla ciebie przygotowaliśmy. Czekają tam twoje rzeczy, które miałeś na sobie w dniu, gdy cię przyjęliśmy.
- Dobrze. Powiesz mi jak mam na imię? - Zapytałem w nadziei, że ktoś będzie wiedział.
- Niestety nie wiemy. Postaramy się, abyś je sobie przypomniał, a jeżeli będzie konieczne, wybierzesz nowe. - Odpowiedział ze współczuciem. - Nie oczekuj jednak cudów. Mało komu udaje się przypomnieć sobie wszystkie elementy przeszłości. Niektórym udaje się tylko odkryć, kim byli z zawodu oraz gdzie mieszkali. Jednak to nie jest temat na teraz. Wstań, oprowadzę cię po świątyni.
- Oczywiście. - Odpowiedziałem i spróbowałem się dźwignąć z łóżka. Mięśnie i kości do reszty zdrętwiały przez czas, gdy spałem, a więc przyszło mi to z wielką trudnością. Otrzepałem szatę i spojrzałem na Mistrza Tauriusa. Ten pokiwał zadowolony głową i wyszedł z pomieszczenia. Ruszyłem za nim powolnym krokiem, oglądając wszystko.
Pierwsze co zobaczyłem to filary. Ustawione w literę U dookoła gigantycznego placu z bujną roślinnością i fontannami. W kilku miejscach stały drewniane ławki z metalowymi okuciami jednak całe miejsce wydawało się oazą spokoju mimo przechadzających się ludzi. Wszyscy zerkali na mnie z podziwem i odwracali wzrok zamyśleni. Kilka razy usłyszałem określenia "Wybraniec bogów" czy "Przyjaciel Trilena". Budynki były rozsiane po całym terenie, który otaczał wielki mur. Wszystkie budynki były zbudowane z bardzo podobnego białego marmuru. Powoli przechadzałem się razem z mistrzem od jednego do drugiego, a ten tłumaczył mi, który pełni jaką funkcję. Były tutaj świątynie gdzie składano ofiary Bogowi Zdrowia, akademie dla nowych mnichów oraz pomocnic, łaźnie, ale także pokoje dla niższych rangą i całe posiadłości dla mistrzów cechu. Odwiedziłem miejsca, gdzie będą mi przywracane wspomnienia, a także plac gdzie będę mógł oddawać się treningom mięśni, które straciłem podczas zrastania się ran. Na sam koniec zwiedzania zostałem zaprowadzony przed potężny budynek mieszkalny. Był to blok dla nowicjuszy, jednak skierowano mnie tam ze względu na to, że potrzebowałem długotrwałej opieki.
- Tutaj nasze drogi się rozchodzą. Zaraz przybędzie tutaj twoja osobista służba, która zaprowadzi cię do pokoju. Przed pożegnaniem chciałbym ci wytłumaczyć jeszcze, co będziesz robił przez najbliższy czas. - Zapowiedział - Codziennie będziesz musiał wstawać zaraz po pierwszym uderzeniu dzwona. Będzie ono bardzo głośne. Jestem pewien, że nie pomylisz tego z żadnym innym dźwiękiem. Po obudzeniu będziesz miał około dziesięciu minut na przebranie się w szaty dzienne i przybycie przed wejście do tego budynku. Tutaj czekać już będzie twoja przewodniczka. Zaprowadzi cię ona, do miejsca gdzie danego dnia będziesz starał się odzyskać utracone wspomnienia. Po kilku godzinach skieruje cię ona do miejsca, w którym będziesz pracował na jedzenie i mieszkanie. W końcu my też musimy z czegoś żyć i się utrzymywać. Nie pobieramy w końcu od ciebie żadnych opłat. Po wykonaniu zleconych zadań będziesz miał czas wolny. Możesz go przeznaczyć na dorabianie sobie za pieniądze, za które będziesz mógł zamówić wybrane ubrania oraz potrzebny tobie sprzęt. Masz także możliwość, umeblowania swojego pokoju wedle uznania jednak wszystkie projekty zmian muszą zostać zatwierdzone przez dozorcę.
- Rozumiem. A co z moim imieniem? - Zapytałem - Nadal nie ustaliliśmy, jak się nazywam.
- To wspomnienie jest jednym z najbardziej utrwalonych. Powinno ono wrócić w ciągu trzech pierwszych dni. Po tym czasie nadamy ci imię, które wspólnie ze starszyzną wybierzemy.
- To dobra wiadomość. Dziękuję za wszystko. Czy za pieniądze, które zarobię dodatkowo w pracy, będę mógł unowocześnić wasz plac treningowy? Jest on bardzo mocno zaniedbany a potrzebuje miejsca, aby nadrobić stracone mięśnie.
- Bardzo hojnie z twojej strony. Oczywiście, będziesz mógł, jednak wszystkie tego typu sprawy będą musiały być przedyskutowane przez starszyznę. Jak sam rozumiesz. taki projekt będzie wymagał pewnych przygotowań i może spowodować dużo niedogodności które... - Rozmowę przerwała służąca, która była już gotowa zaprowadzić mnie do mojego pokoju. PO przyjrzeniu się jej zauważyłem, że była to ta sama kobieta, która zajmowała się mną w lecznicy.
- Do zobaczenia przyjacielu. Powodzenia w odzyskiwaniu wspomnień.
- Dziękuję. Mam nadzieje, że się jeszcze spotkamy.
- A ja szczerze powiedziawszy mam nadzieje, że z powodu odzyskania pamięci, a nie kolejnych urazów. Do zobaczenia. - Pożegnał się i odszedł w nieznanym kierunku. Od tamtego dnia wszystko poza dniem nadania mojego aktualnego imienia ciągnęło się jednym monotonnym rytmem. Bezskutecznie starałem się cokolwiek osiągnąć poprzez żmudne ćwiczenia umysłowe oraz napary z coraz o obrzydliwszych ziół. Potem długie godziny ciężkiej pracy, podczas której zarobiłem na renowację placu treningowego i porządne ubrania oraz zaoszczędziłem trochę pieniędzy na start po wyjściu. Nie zdziwi was także gdy powiem, że sporo pytałem o samą świątynię. W sumie, to przy każdej nadarzającej się okazji. Dowiedziałem się, że religia pochodzi z dalekiego kraju na południe od Alaranii. Tamtejszy kraj został podbity przez tyranów, zakazujących wierzeń w boga zdrowia więc mnisi uciekli do kraju wolnego od ograniczeń religijnych. Ich wiara nie była skomplikowana. Jeżeli nie zabijałeś ani nie trułeś innych, to bóg po śmierci da ci nagrodę. W ich świętej księdze nie zostało napisane co to za nagroda, jednak miała ona być tym większa, im bardziej dbałeś o zdrowie i życie innych. Jak można wywnioskować, bardzo pożądanymi pracami była właśnie posada mnicha, czyli lekarza ale także strażnika, oraz medyka polowego. Za zabijanie innych oraz trucicielstwo, Bóstwo miało po śmierci karać niewiernych kodeksowi. Nie zostało także dokładnie napisane co to za kara, jednak podobnie jak do nagrody, miała ona być tym większa i okrutniejsza, im bardziej zawiniło się za życia. No ale wróćmy do historii. Ćwiczyłem dokładnie rok i już kompletnie straciłem nadzieję, gdy nagle wydarzyło się coś zupełnie niespodziewanego.
Obudziłem się jak zwykle zaraz po pierwszym dzwonie. Uderzenie tak wielkiego przedmiotu roznosiło głuchy odgłos na całą szerokość świątyni. Ubrałem się w nowe, zakupione z zaoszczędzonych pieniędzy ciuchy, przemyłem twarz z miski, którą napełniłem dzień wcześniej i wyszedłem na podwórze. Tam jak co dzień czekała na mnie służąca. Zaprowadziła mnie ona do świątyni na otwartym powietrzu. Moim zadaniem było rozluźnienie się i medytacja przez długie godziny. Usiadłem, wypiłem napar uspokajający bicie serca i podążałem za wskazówkami mentora, aby zrelaksować mięśnie i umysł. Nagle usłyszałem trzepot skrzydeł. Otworzyłem oczy i zauważyłem, że nadlatuje do mnie śnieżnobiały gołąb. Byłem zaskoczony. Nie mogłem się ruszyć ani zamknąć oczu mimo wyraźnych poleceń nauczyciela. Jakaś moc rozkazywała mi cały czas patrzeć na tego gołębia. Usiadł on na moim ramieniu, spojrzał na mnie mądrymi oczami i wyszeptał do ucha:
- Obudź się Kaynearze! Masz zadanie do wykonania. Nie tutaj jest twoje miejsce! Poproś o pomoc michów! Oni mają przedmiot którego potrzebujesz Obudź się! OBUDŹ! - I nagle setki, a nawet tysiące obrazów przeleciało mi przed oczyma. Dzień narodzin, sierociniec i ucieczka z niego, pobyt w więzieniu, trening u mojego dawnego mistrza oraz dzień, w którym straciłem pamięć. Wszystko przyszło do mnie tak nagle, bez zapowiedzi. Nic nie było tak, jak zapowiadali mnisi. Twierdzili, że wspomnienia będą wracały bardzo powoli, sekwencyjnie. Najpierw te najbardziej utrwalone, czyli profesja, imię, nazwisko pochodzenie i miejsce zamieszkania a dopiero potem te mniej ważne jak pojedyncze osoby czy wreszcie sam tragiczny dzień z bandytami w roli głównej. A tu nagle ni z tego, ni z owego wszystko, co utraciłem, powróciło jak jeden strzał z bicza.
Obudziłem się, patrząc na niebieskie niebo. Dookoła mnie kłębili się ludzie szepczący coś do siebie. Ponownie słyszałem określenia "Przyjaciel bogów" i "Wybraniec", jednak wtedy nie zdawałem sobie zdania ze znaczenia tych słów. Leżałem i uśmiechałem się tępo bez powodu. Nagle przybiegł do mnie Mistrz Taurius. Zapytał:
- Kaynearze! Co się stało? Dobrze się czujesz? - Zapytał zaniepokojony. Odpowiedziałem z głupim uśmiechem na ustach:
- Biały gołąb. Pozwolił mi się obudzić. Już wszystko pamiętam!
- Gołąb? Śnieżnobiały gołąb? To znak naszego boga! Wydarzył się cud! - Wykrzykiwał uradowany - Czy ptak powiedział coś jeszcze? - Zapytał
- Tak... Powiedział, że mam do wykonania zadanie wielkiej wagi. Od niego będą zależały losy świata. Gołąb rozkazał mi poprosić was o pomoc. Podobno macie przedmiot, który mnie doprowadzi do zadania.
- My? T-to znaczy... Mamy magiczny przedmiot jednak nie wiemy, do czego służy. - Odpowiedział zaniepokojony - Podarował go nam nasz Bóg, jednak nie powiedział nic poza tym, że kiedyś nastąpi dzień, w którym będziemy musieli go oddać. Sądzę, że to o niego chodzi. - Dodał już pewniej. - Nie mi niestety sądzić czy go ci oddamy. Zwołam starszyznę świątyni, a oni zdecydują co robić. Nie jestem także w stanie zapewnić cię o jednoznacznej odpowiedzi. Cała procedura będzie trwała 3 dni. Dzień pierwszy na przygotowanie przemów i zebranie ludzi, drugi na rozprawę a trzeci na decyzję. Gdy wszystko się zakończy, przyjdę do ciebie i ogłoszę wyniki. Do tego czasu postaraj się zapełnić luki w czasie wolnym. Radziłbym ci zaoszczędzić trochę pieniędzy na drogę. - Poradził mistrz Taurius.
- Dziękuję za informację. Resztę tego dnia spędzę na odpoczynku. - Odpowiedziałem. Te trzy dni głównie odpoczywałem i ćwiczyłem strzelectwo oraz walkę mieczem. Gdy przypomniałem sobie dokładnie technikę, szło mi o niebo lepiej. Dzięki takiemu wstrząsowi zauważyłem ile naprawdę, się nauczyłem przez lata szkolenia. Taak... to było bardzo motywujące i dowartościowujące doświadczenie.
Po trzech dniach chwilę przed zachodem słońca i ostatnim tego dnia uderzeniem dzwonu ogłaszającego ciszę nocną, ktoś zapukał w drzwi mojego pokoju. Był to mistrz Taurius ubrany w bardzo oficjalny strój. Jego wyraz twarzy zdradzał zniecierpliwienie oraz zadowolenie z wyroku. W rękach trzymał szkatułkę z drewna dębowego okutą czystym złotem. Wszystko było szczegółowo zapełnione grawerowaniem na kształt znaków i tajemniczych inskrypcji w nieznanych mi językach.
- Witaj Kaynearze. Rada zdecydowała powierzyć ci magiczny przedmiot, abyś mógł wypełnić nadane ci przeznaczenie. - Wyjaśnił przesadnie poważnie. - Mogę wejść?
- Oczywiście mistrzu Tauriusie. Zapraszam. Przepraszam za te wszystkie torby i ubrania. Zacząłem już się powoli pakować na wyjazd. - Zapowiedziałem, wykonując zapraszający gest i usunąłem się z framugi, aby zrobić miejsce dla mnicha. Gdy ten wszedł do środka, ostrożnie zamknąłem drzwi, aby nie trzasnąć nimi zbyt mocno ze względu na przeciąg wiejący od otwartego okna i zrzuciłem jeden z tobołów z krzesła przy stoliku, a następnie usiadłem na taborecie naprzeciwko.
- Dziękuję - Powiedział z nutą niecierpliwości i usiadł, zostawiając szkatułkę na stole. - No już, otwieraj To. Zawartość tego, była znana jedynie trzem osobom, więc jestem naprawdę ciekaw, co jest w środku.
- Oh, tak, oczywiście. Już otwieram - Wydukałem przepraszająco lekko zdziwiony zachowaniem mistrza. Nigdy, nawet w najbardziej intrygujących sytuacjach nie wykazywał aż takiego zainteresowania czymkolwiek, jednak dzisiaj było widocznie inaczej. Podniosłem złoty klucz leżący na pudełeczku i z wielką ostrożnością przekręciłem go w zamku. Nagle rozległą się seria strzyków i kliknięć, po czym szkatułka otworzyła się, ukazując skórzaną opaskę leżącą na zielonej aksamitnej poduszeczce. Nie kryłem mojego zdziwienia, gdy zobaczyłem zawartość skrzyneczki, a następnie zabezpieczenia, które roiły się przy ściankach na całej powierzchni. Z pewną dozą uznania zauważyłem, że zamek był nie do sforsowania rękoma. Ktokolwiek by tego spróbował, nie tylko musiałby, zmierzyć się ze wzmacnianymi żelazem kołowrotkami i blokadami, ale także po udanej próbie uruchomiłby serię mechanizmów, które zniszczyłyby zawartość doszczętnie. Po inspekcji zabezpieczeń z powrotem zabrałem się do lustrowania samej świetnie bronionej zawartości. Była to na pierwszy rzut oka zwyczajna skórzana opaska z fikuśnym wzorkiem. Przy dłuższych oględzinach można by dostrzec niewielkie napisy na ów wzorze, jednak jedynie sprawne oko potrafiło dojrzeć fakt, że niektóre litery iskrzą się niezauważalnie zieloną poświatą.
- Oczekiwałem czegoś bardziej doniosłego po boskim darze. Toż to zwyczajna opaska. Nic wielkiego. Ciekawe, jakie ma magiczne zdolności, nie sądzisz? - Stwierdził. I faktycznie miał rację. Od tamtego dnia męczyło mnie pytanie, do czego służy ów opaska. Pytałem wielu magów jednak bez efektów. Każdy dostawał ataków drgawek bądź w najgorszym wypadku tracił zmysły.
- Faktycznie. Mimo tego, że przedmiot wygląda dość nieporadnie, nakazu boskiego nie należy lekceważyć. Będę nosić tę opaskę, jeżeli tego ode mnie oczekuje. - Powiedziałem, po czym założyłem opaskę na lewe ramię. - Dziękuję ci Tauriusie. Chciałbym dzisiaj wypocząć, jutro mam zamiar wyruszyć w drogę. - Wyjaśniłem i nagle rozbrzmiał dzwon zapowiadający ciszę nocną.
- Masz rację Kaynearze. Już późno. Zaraz wyślę sługę, aby zamówił dla ciebie prowiant na drogę i poinformował stajennego o tym, że wyruszasz w trasę. Musi osiodłać konia, a to trochę trwa. Poza tym powinien przygotować twojego towarzysza, że w końcu się spotkacie po tym męczącym roku.
- Tak, to był zaiste męczący rok. Do jutra Mistrzu Tauriusie. Mam nadzieje, że jeszcze przyjdziesz się pożegnać? - Zapytałem, mimo że doskonale znałem odpowiedź.
- Z pewnością przybędę przyjacielu. A teraz śpij. Jutro wielki dzień. - Oznajmił Taurius, po czym opuścił mój pokój w ciszy. Od razu przebrałem się w strój nocny i zrzuciłem toboły z łóżka. Wszystko było przygotowane na wyjazd. Miecz starannie naostrzony i naoliwiony, łuk miał wymienioną cięciwę oraz zaimpregnowane drewno, każda ze strzał wielokrotnie przejrzana i zaostrzona a pieniądze sprytnie ukryte w wewnętrznej kieszeni kamizelki. Tamtej nocy nie mogłem zasnąć. Snułem plany na dalszą drogę i zastanawiałem się gdzie wybrać się najpierw. Po kilku godzinach zaparzyłem sobie naparu nasennego i wypiłem go duszkiem. Następnie zmożony przez sen zacząłem śnić o przygodach i wyprawach, które już były oraz tych, które dopiero mogły nastąpić.
Obudziłem się jak zwykle o pierwszym budzeniu. Kolejny dzień z rzędu nie śpieszyłem się z ubieraniem oraz zażywaniem kąpieli. Po dłuższym czasie wykonywania porannych czynności wyszedłem, trzymając długi kij, na którym zawiesiłem wszystkie rzeczy na drogę. Przed budynkiem stała przewodniczka, ta sama orientalna piękność, która pracowała jako moja osobista służąca przez ostatni rok. Bez słowa ukłoniła się i szybkim krokiem zaprowadziła mnie na plac przed bramą główną. Na miejscu czekał na mnie mistrz Taurius, kilku moich trenerów, stajenny oraz mój koń Konrad. Ostatni, gdy mnie zobaczył, wykrzyczał w niebo głosy, biegnąc na mnie:
- Przyjacielu złoty! Gdzieś ty się podziewał przez ostatni rok! Nawet nie wiesz, jak tęskniłem. Odzyskałeś wszystkie wspomnienia?
- Tak, co do jednego. Tak mi się przynajmniej wydaje. - Odparłem dumny z siebie i uradowany, że mogłem zobaczyć mojego przyjaciela i towarzysza.
- Pamiętasz, więc że jesteś mi winny smakołyk, prawda?
- Oczywiście! Całą górę smakołyków. Jednak nie dam ci ich teraz, bo będziesz gruby jak beczka i nie przydasz mi się na drodze. - Zażartowałem ironicznie, widząc, że Konrad robi mnie w konia i stara się wycisnąć ode mnie coś dobrego.
- Jeszcze się kiedyś przypomnę - Zapowiedział, szczerząc zębiska. - Teraz jednak radziłbym ci się pożegnać z kimś, kto już nie może się doczekać rozmowy z tobą. - Powiedział i wskazał głową na Mistrza Tauriusa. - No już. Tylko szybko to załatw, mam ogromną chęć rozprostować kopytka w gęstym lesie.
- Jasne. - Odpowiedziałem i odwróciłem się do stajennego - Dobry przyjacielu, zaczep te torby o siodło mojego konia. - Poprosiłem i wręczyłem mu kij z torbami, wzdychając zadowolony, że nie muszę już dźwigać tego na ramieniu. Następnie zrobiłem kilka kroków stronę Mnicha. - Dzień dobry przyjacielu. Piękna dzisiaj pogoda nieprawdaż? - Zagaiłem, nie wiedząc jak zacząć rozmowę.
- Tak, naprawdę piękna pogoda. Dokładnie taka sama, gdy cię odnaleźliśmy. Też był ranek i też bardzo słoneczny. Ehhh... Minął cały rok... Bardzo żałuję, że lepiej się nie poznaliśmy. Mam nadzieję, że jeszcze nas odwiedzisz, gdy uratujesz świat od zagłady czy ponownie coś sobie zrobisz... - Odpowiedział sentymentalnie. Następnie wybuchnął emocjami i powiedział - No dobra, nie będę już zgrywał twardziela. Chodź tutaj, niech no cię uściskam na pożegnanie. - Powiedział, po czym złapał mnie w niedźwiedzi uścisk. Mimo swojego wieku nadal miał siłę więc musiałem naprawdę się kontrolować aby nie krzyknąć z zaskoczenia. Po chwili takiego ściskania puścił się mnie i powiedział ze łzami w oczach
- No, jedź już, zanim się do reszty rozkleję. - Powiedział popędzając mnie, uśmiechnięty. Wsiadłem sprawnym ruchem na konia i rzuciłem do stajennego mieszek z monetami.
- Na pewno jeszcze kiedyś tutaj wrócę i obwieszczę, że uratowałem świat. Postaraj się nie zanudzić tutaj na śmierć. Siebie albo ich. Do zobaczenia Mistrzu Tauriusie.
- DO zobaczenia przyjacielu. Niech ci droga łatwą będzie a bogowie łaskawi. - Powiedział i klepnął mojego konia, aby już pobiegł. Nie miałem nawet czasu spojrzeć za siebie i już byłem za bramą pędząc przed siebie na grzbiecie Konrada. Nagle koń odezwał się
- Gdzie tym razem Arthasie?
- Arthasa już nie ma. Od dzisiaj zaczynam nową historię jako Kaynear, Biały Gołąb.

I tak właśnie stałem się Kaynearem. Na dzisiaj to koniec mojej opowieści. Jutro opowiem wam, jak znalazłem mój miecz. A teraz - Powiedział Kaynear i szybkim ruchem wyciągnął sztylet do rzucania z płaszcza, a następnie rzucił nim w tarczę wiszącą na ścianie za nim. Nóż wbił się idealnie w sam środek. - Hah. Osiemdziesiąt lat na karku a nadal rzucam jak młodzieniec. - Zaśmiał się i wyszedł z karczmy.