Warownia Nandan-Ther[Pod murami miasta] Nie jesteśmy byle kim!

Miedzy górskimi szczytami i wzgórzami Nanderu, kryje się królestwo króla Arata, ogromne warowne miasto, otoczone zewsząd skałami i murami. Jest tylko jedna droga do tego miejsca, a prowadzi ona przez Bramy Vidmosu. Mieszkańcy tego miejsca czują się niezwykle bezpieczni. Dzięki lokalizacji, Nandar - Ther ominęły wszystkie wojny, a miasto zachowało się w niezmiennej formie od tysięcy lat.
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Rosa
Błądzący na granicy światów
Posty: 24
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

[Pod murami miasta] Nie jesteśmy byle kim!

Post autor: Rosa »

        Minęły tygodnie od jej pierwszej samotnej wyprawy za mury - więcej, za granice Równin! Ile niebezpieczeństw udało jej się uniknąć, jak wielką odwagą i zaradnością się wykazała! A mimo tego nie osiągnęła swojego celu. Mistrz pozostał nad Błyszczącym Jeziorem, a po drodze nie udało jej się spotkać nikogo, kto mógłby jego stanowisko zająć. Choć zrobiła najbardziej szaloną w swoim życiu rzecz, naukę wyciągnęła jedną - to nie wystarczy. Tyle doświadczenia, co dała jej cała ta podróż może nie zdobyłaby szybko, ale na pewno siedząc i w warowni dowiedziałaby się dość. W walce nie była ni trochę lepsza, o kondycję dbać mogła i na podmiejskich szlakach, a i większa była szansa, że spotka kogoś zarówno wyszkolonego we władaniu szlachetnym orężem, jak i czystego z duszy i stabilnego moralnie. A tak? Najpierw dziwnie wychowany wampir, później krótkie spotkanie z palladynem, tydzień w wiosce z dziwną wieżyczką i powrót w najbardziej szalonym towarzystwie krasnoluda i szlachcica, który miał bardzo nierówno pod kopułką. Brr! Jedyne dobre to, że Joan i Fran okazali się milszymi kompanami, niż skłonna była sądzić. Dwójka wioskowych dzieciaków (no, może młodzieńców, bo byli w jej wieku) odeskortowała ją pod same bramy, a kiedy ich w zamian za tę uprzejmość ugościła, okazali zaskakującą ogładę. No, jak na kogoś, kto nie pochodził z miasta. Jednak takim szacunkiem, z jakim się zwracali do jej babki, Zofii Blunder, to dawno nikt się nie popisał. Choć nieco niezbornie, to pomagali w obowiązkach i chodzić z nimi po sprawunki było doprawdy lżej, niźli samej się z tym wszystkim tachać. Poza tym posiadywali trochę na podwórzu, spacerowali za bramą, dbali o tego ich nieszczęsnego kucyka, który choć dobrze miał w pobliskiej stajni, to chyba tęsknił za domem. I w końcu obszarpani, niedorobieni kawalerowie musieli wrócić.
        Teraz w kamienicy było dziwnie pusto - i cicho. Rosa odzwyczaiła się już od takiego spokoju. Żadnego planowania dalszego odcinka drogi, żadnych obaw, że coś wyskoczy zza krzewów - cisza i porządek. Ale brak… brak tego dreszczyku. Myślała, że niezbyt za nim przepadała, ale teraz czuła ku niemu tęsknotę. Z tyloma rzeczami, tam na zewnątrz, dawała sobie radę - a teraz kaleczyła mięso kurze, nie umiejąc go posiekać do rosołu. Ścieranie kurzu, zmywanie naczyń, ganianie pająków po schodach - tyle zostało z wyzwań, które miały udowodnić jej męstwo. Wieść o jej małej wyprawie rozeszła się zresztą i nawet dotarła do trójki z jej braci - przez posłańca Damond wyraził nawet uznanie dla jej czynu, choć i miał nadzieję, że więcej bez niego w tak dalekie strony udawać się nie waży; a gdy Freunian wpadł z wizytą, opuszczając koszary, to był ją pogłaskał po głowie!
Ale co to dawało? Nikt nie uznał tego za czyn bohaterski (bo i jaka w tym wielka odwaga?) ani dowód, że ta mała kicia zdolna jest pokonać nie taką przeszkodę, by zostać strażnikiem!
        Nie, nikt tutaj nie chciał jej uczyć… nikt już nie brał na poważnie jej słów. Gdy dawnym przywilejem nieślubnej córki hrabiego przychodziła patrzeć na pojedynkujących się adeptów, nie proponowano jej, by się przyłączyła, by pokazała, ile potrafi osiągnąć dzięki swojej zwinności i determinacji. Coraz częściej uśmiechano się tylko i żartem rzucano, że przyszła na konkurentów popatrzeć. Konkurentów do jej ręki. Że może sobie którego wybierze. A kysz!
Już swoje zdanie na ten temat miała - dla niej służba, nie domowe obowiązki. Bo i jaką gospodynią by była? Nawet kurczaka oskubać nie umiała!
        Popatrzyła wątpliwie na trzymane ptaszysko.
        Co miała zrobić? Co miała zrobić, by nie utknąć tutaj i nie być zmuszona do zamążpójścia, żeby się jakoś w przyszłości utrzymać? Oczywiście mogłaby się zająć rękodzielnictwem czy pracą rzemieślniczą, ale… nigdy się tego nie uczyła i wcale nie sądziła, że chce. Miała już swoje marzenie - tylko czy determinacja mogła wygrać z rozsądkiem? Jeżeli nikt jej nie pomoże, ona sama szermierki się nie nauczy. Mogłaby jedynie wykorzystać przyrodzone zdolności do tego, by zostać złodzie… A KYSZ! Nie, absolutnie wykluczone! Wstyd i hańba nawet tak pomyśleć! Musiała pracować uczciwie, ale i nie byle gdzie - a choćby musiała ruszyć z wyprawą na smoka, zdobędzie szacunek, poważanie i w końcu ją w szeregi przyjmą! Ona im pokaże!
        Rzuciła kurę i w te pędy ruszyła do wyjścia, chwytając jeszcze swoją kochaną szpadę.
        Czas na krótką przebieżkę!

        Wyszedłszy za bramy, potruchtała uczęszczanym szlakiem - nie będzie siedzieć nad garami, bo gotować i tak się przecie nie nauczy, a kondycji jej od tego też nie przybędzie. Nie mogła się poddawać tylko dlatego, że chwilowo jest pod górkę. Nie, będzie biegła dalej. W spódnicy, w falbanach i ochraniaczach na nogi. Będzie biegła, a kupcy, chłopi i mieszczanie będą się za nią oglądać. A i niech patrzą! Niech patrzą i oswajają się z widokiem - swojej przyszłej strażniczki! Pierwszej z takim białym futerkiem, jeśli się nie myliła.

        W końcu dotarła na skraj lasu, a że zadziorności przybyło jej od tej niesławetnej wyprawy, wbiegła do niego bez zawahania i dopiero po wielu minutach kończącego marszu zdecydowała się na odpoczynek. Jeśli ją kto zaczepi, zawsze miała broń, nie mówiąc o tym, że słyszała jak mało kto i szanse, by ktoś się zakradł były doprawdy niewielkie. Zima zresztą ustępowała i na gałęziach zaczęły zielenić się młode liście - więcej już było ich, niż ciężkich kupek śniegu przy drodze. Łatwo było się chować, nawet gdy miało się na sobie delikatne błękity, a nie ochronne zielenie. Wystarczyło nasłuchiwać z daleka i nie tracić czujności.

Awatar użytkownika
Melodia
Szukający drogi
Posty: 42
Rejestracja: 3 lat temu
Kontakt:

Post autor: Melodia »

Melodia znacznie oddaliła się od Szepczącego Lasu, lecąc kawałek dalej na południowy zachód Alaranii. Przez dość długi czas, jak na nią, milczała. Pegazica była coraz bardziej zmartwiona, ale jeszcze nie interweniowała. Jeleniołaczka po prostu musiała sobie przemyśleć te ostatnie zdarzenia i co rusz dotykała śladu po wampirzym ugryzieniu na szyi. Już zdążyło zakrzepnąć i powstawał strup, a właściwie to dwa. Rozmyślała nad tym, czym był przemieniony i o tym, co mówił o jemu podobnych, ale tak nie całkiem.

- Świat jest taki skomplikowany. – Westchnęła, kładąc się bardziej na grzbiecie swej klaczy.
- Chcesz wracać do domu? – Niebieska spytała z nutką nadziei w głosie.
- O nie, w żadnym wypadku. To znaczy, jeszcze nie teraz.
- Nawet po tym, co się stało?
- Nie mogę wrócić jak tchórz. Przybyłam tu, by pomagać i dopnę swego – zawołała zawzięcie.

Skrzydlata prychnęła i zaczęła podchodzić do lądowania. Akurat pod nimi rozciągał się niewielki lasek. Melodia zmarszczyła brwi, widząc śnieg. Po chwili zadrżała od chłodu, kawałek dalej było w miarę ciepło! I te drzewa takie łyse jakieś.
Gdy tylko pegazica postawiła kopyta na ziemi, zmiennokształtna zjechała po jej skrzydle i podeszła do kupki śniegu. Nieśmiało go dotknęła i patrzyła jak te kilka płatków, które zostały na jej palcu, przybierają ciekłą postać. Cały czas miała rozdziawione usta.

- Co to jest?
- Śnieg.
- To jest śnieg? Taki zimny i tak szybko znika w rękach. – Nabrała go więcej, po czym szybko strzepnęła - AJĆ! Za zimny! – Pochuchała na swoje ręce, by je szybciej ogrzać.

Klacz zarżała rozbawiona. Tymczasem jeleniołaczka zaczęła się trząść z zimna. Miała na sobie jedynie błękitną sukienkę od Sasanki, która ledwo do kolan sięgała. Na dodatek nie miała butów, więc co chwilę tylko przeskakiwała z nogi na nogę. Nawet już chciała przybrać zwierzęcą postać, kopytka w końcu tak nie marzną, jak ludzkie stopy. Niby mogłaby wejść na grzbiet Niebieskiej, co byłoby dość rozsądne, gdyby nie fakt, że już długo na niej leciała i wszystko ją tam na dole pobolewało.
Od działania powstrzymał ją odgłos czyichś kroków kawałek dalej. Nastawiła uszy i próbowała wyłapać każdy najmniejszy nawet dźwięk.

- Słyszałaś? – spytała szeptem pegazicę.
- Tak. Myślę, że to dobry moment na kontynuację naszej podróży… - nim skrzydlata skończyła mówić, zobaczyła tylko parę jelenich kopytek znikających między drzewami. – Cudownie… - Ostrożnie zaczęła iść w stronę, gdzie zniknęła jej przyjaciółka.

Melodia czuła, że miała genialny pomysł. Jako zwierzę była taka niepozorna, zwykła, młoda łania jeszcze w kropeczki. Nikt nie będzie chciał jej porwać, więc czuła się bezpiecznie. Beztrosko biegła w stronę źródła odgłosu, co jakiś czas przystając gwałtownie i nasłuchując dalej. W pewnym momencie tak się rozpędziła, że przebiegła tuż obok kotołaczki, prawie ją wywracając. Chwila. Kotołaczki?
Brunetka tym razem nie zdołała wyhamować i pofikołkowała kawałek, zatrzymując się na drzewie. Od razu się przemieniła, zapominając o zdroworozsądkowym podejściu i wstała, rozmasowując obolałe pośladki. Jej głowa nie ucierpiała, ale coś za coś.

- Cześć! Jestem Melodia, a ty? – zawołała do drugiej zmiennokształtnej wesoło i chwyciła jej dłoń, energicznie nią potrząsając. Przynajmniej już nie mówiła na wstępie o byciu półboginią, był postęp. Szkoda tylko, że z tego wszystkiego nawet nie zwróciła uwagi na porwaną przez swoje przemiany sukienkę. Wystarczyło tylko poczekać, aż całkiem jej spadnie. – Nawet nie wiesz, jak bardzo się cieszę! To niesamowite, w końcu spotykam kogoś takiego jak ja! – Była uradowana. – Ojejuniu! Ale masz fajne wąsiki! Mogę dotknąć? – Nie zaczekała nawet na pozwolenie, po prostu nie mogła tego odpuścić i przejechała po nich palcem.

I wtedy, na domiar nachalności, przybiegła pegazica. Gdy tylko spostrzegła broń u białofutrej, prychnęła na nią nieufnie.

- O! Jesteś wreszcie, to jest Niebieska – przedstawiła swoją klacz kotołaczce. – O, właśnie. Rozumiesz zwierzęta? W razie czego będę tłumaczem, bo to trochę jak szeptanie w towarzystwie, gdy dwie osoby ze sobą rozmawiają, a trzecia nie może zrozumieć… A ja nie chciałabym być niegrzeczna.

Awatar użytkownika
Rosa
Błądzący na granicy światów
Posty: 24
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Rosa »

        Czasami zwykła czujność nie wystarcza. Pewna swoich zmysłów Rosa właśnie przekonała się, że gdyby coś biegało naprawdę szybko i chciało ją złapać - miało taką szansę. Dobra lekcja. Straciła jednak na znaczeniu, kiedy kotka, słysząc hałas, podskoczyła i zamiast głową, ruszyła całym ciałem, ledwo unikając potrącenia przez łanię.
        Łanię!?
        Łapiąc oddech, myśli i chęć do walki, z czystym zdumieniem spojrzała na ubraną(!) zwierzynkę, która z nieznanych jej przyczyn, rąbnęła o drzewo. Była ranna? Półślepa? A może coś ją oszołomiło? I dlaczego miała na sobie ubranie!?
        Zdębiała, kiedy otrzymała natychmiastową odpowiedź na podświadomie rodzące się pytania - nie zdążyła nawet wyjąć broni, a pod drzewem już nie leżało zwierzę, a… młoda dziewczyna.
        Pierwszym, co przeleciało kotołaczce przez myśl, była przewrotnie nie inna zmiennokształtna, a zaklęta księżniczka. Jako dziecko słyszała wiele takich opowieści - o żabich książętach i zamienionych niewiastach. Za to jeleniołaka nigdy jeszcze osobiście nie widziała (bo zaklętą rodzinę szlachecką na pewno), więc nie było to dla niej aż takie oczywiste. Chociaż rogi nieznajomej mogły jej dać do myślenia.
        I może dałyby, gdyby miały czas - ale obca była szybsza od wszelkich analiz i nim kotka złapała oddech, ta już stała przy niej. Ściskając jej dłoń!

        Rosa napięła się i zjeżyła od ogonka po same policzki, ale nie odskoczyła - jakimś zmysłem, półzwierzęcym instynktem wręcz czuła, że nie jest w niebezpieczeństwie. Uśmiech dziewczyny, jej otwarte gesty, szczery ton głosu czy rodzaj spojrzenia - wszystko dawało jasny sygnał, że to przyjaciel, nie wróg. Mimo tego, nieufność kotki dała o sobie znać, a charakter nie pozwolił jej uśmiechnąć się czy choćby przestać marszczyć brwi. Patrzyła na obcą nie agresywnie, ale stale czujnie, niemalże świdrując ją pionami źrenic - lecz niewiele to dało. Brunetka trajkotała radośnie i nie zmniejszała dystansu, więcej! Pozawalała sobie na kolejny dotyk!
        Kicia nie miała pojęcia, jak zareagować - ku własnemu zdumieniu nie czuła w sobie jasnego lęku czy sprzeciwu wobec takich zachowań, a jedynie głębokie zdumienie. W zasadzie do tej pory była pewna, że gdyby ktoś ważył się dotknąć jej wąsików, to w najlepszym razie pacnęłaby go łapą (a gdyby był młodzieńcem - nadziała na szablę). Teraz zaś odsunęła się jedynie i nadal patrzyła, jak jej rogata chyba-rówieśniczka oddaje się powitaniom. Naprawdę nie miała odruchu wystawienia w jej stronę pazurków. To dlatego, że była młoda i mówiła tak bezpośrednio? Czy może, bo była tak dziwna, że trudno było odpowiednio na to zareagować? Rogata wesołka w podartej sukni? A może… bo powiedziała, że spotkała „kogoś takiego jak ona”?
        Były jakkolwiek podobne?

        Nie wybrała jeszcze żadnego słowa do odpowiedzi, nie zdecydowała, jak zacząć „rozmowę”, kiedy usłyszała, jak nadchodzi kolejne stworzenie - czworonożne, ale cięższe niż łania. Jeleń?
        Jednak nie. Pegazica.
        Choć Rosa nie znała mowy zwierząt jako takiej, łatwo rozpoznawała ich nastawienie - klacz chyba nie lubiła jej tak, jak wielkoucha. Patrzyła na nią nieprzychylnie i jeszcze prychnęła. Kotka kojarzyła to prychanie, choć… zwykle konie ją lubiły. No cóż, widać w każdym duecie musi być ktoś miły i ktoś, kto grymasi.

        Następne słowa rogatej… Melodii?… dały jej chwilę na opanowanie się i zastanowienie. Nieznajoma mówiła bardzo szybko, zachowywała się, jakby cały czas wąchała kocimiętkę i wyglądała jak dzikus, ale jej zdania były jak najbardziej poprawne i miały sens. W zasadzie były nawet grzeczne. Nie mogła być obłąkanym włóczęgą - prędzej kimś w podróży.
        Rozejrzała się dyskretnie na boki, nasłuchując - choć łaniowata wypadła z krzaków jak oparzona, nie wyglądało na to, by coś ją goniło. Chyba, że pegazica.

        - Wszystko w porządku? - zapytała jednak profilaktycznie i poprawiła płaszczyk przekręcony od tego całego witania. - Strasznie szybko biegłaś.
        Ale, że nic już nie było słychać, pozwoliła sobie nie ciągnąć tematu i odpowiedzieć:
        - Miło mi, że troszczysz się o etykietę. Uprzejme z twojej strony. - Skinęła głową, co chyba miało rekompensować surowość jej własnych manier. - Nie znam języka zwierząt… w ten sposób. Rozumiem tylko trochę ich intencje. - Spojrzała na klacz, jakby chciała potwierdzić „tak, o tobie mówię!”. Zaraz wróciła jednak do Melodii.
        - Nazywam się Rosa. Blunder. Mieszkam w Nandan-Ther. Zmierzasz tam może? - spytała, choć skoro jakiś podróżny znalazł się w tych okolicach, to oczywiste, że szedł do jedynego słusznego ośrodka cywilizacji! Nawet jeżeli miał rogi i ogon i podróżował z pegazem. Że też po drodze nie trafiły na kłusowników! A może?...
        Czy powinna być tego ciekawa?

Awatar użytkownika
Melodia
Szukający drogi
Posty: 42
Rejestracja: 3 lat temu
Kontakt:

Post autor: Melodia »

Melodia była taka zafascynowana, w ogóle nie zwróciła uwagi na to, jak bardzo może dezorientować nieznajomych swoją wrodzoną towarzyskością. Kompletnie nie przeszkadzała jej małomówność kotołaczki. Zawsze mogła gadać za nie dwie albo trzy, wliczając Niebieską, ale właśnie w tym momencie jej nowa koleżanka się odezwała, ku radości rogatej.

- Jak najbardziej – odpowiedziała uśmiechnięta, niewiele myśląc, dlatego po dłuższej chwili musiała nieco zmienić swą odpowiedź. – To znaczy, w sumie to… niezbyt. Bo to było tak, biegłam szybko, bo usłyszałam chyba ciebie i byłam ciekawa ktoś ty. Musiałam przybrać formę łani, bo moje stopy wręcz zamarzają! – Cały czas aktywnie przebierała nogami w miejscu i równie szybko mówiła. – Strasznie zimno na tych terenach i… o nie! Nie, nie! Moja sukienka! – Dopiero zobaczyła, w jak kiepskim jest stanie – Gdyby Sasanka widziała, co zrobiłam z jej prezentem... – Na jej twarzy pojawił się grymas niezadowolenia. Spróbowała lekko poprawić to, co z jej ubrania zostało, aby całkiem jej nie spadło.

Przynajmniej dzięki temu na chwilę zamilkła i dała okazję kotołaczce do powiedzenia czegokolwiek. Choć wciąż patrzyła na swoje biedne odzienie, uważnie słuchała Rosy. Pegazica tymczasem, widząc spojrzenie nieznajomej, wyprostowała się dumnie i zatrzepotała skrzydłami od niechcenia.

- To będę ci tłumaczyć, jak powie coś, czego nie zobaczysz na pierwszy rzut oka – stwierdziła Melodia, którą najwyraźniej lekko dobiła zniszczona sukienka, bo przestała trajkotać jak przekupka na targu. – Rosa? Jak rosa po deszczu? Śliczne imię! A co to znaczy Blunder?– Znów się rozpromieniła. – Natanter? Jeśli to jakieś miasto, to bardzo chętnie! Tak! Niebieska nas podrzuci, a ty powiesz którędy lecieć, prawda Niebieska? – spytała swej czterokopytnej przyjaciółki.
- Jeśli myślisz, że będę wozić na grzbiecie jakichś nieznajomych… Zresztą spójrz na nią! Ma broń, zauważyłaś w ogóle? Może być niebezpieczna…

Rogata przewróciła oczami i westchnęła.

- Niebieska mówi, że jesteś niebezpieczna, bo masz jakiś szpikulec… Ale nie martw się, ona zawsze taka nieufna. To jak, pomóc ci wejść na jej grzbiet czy dasz radę sama?
- Chyba ci powiedziałam, co o tym myślę… Poza tym może lepiej do tego miasta wejść, niż wlecieć jak już? Pamiętasz, co było ostatnio?

Melodia nic nie odpowiedziała swojej towarzyszce, ponieważ nagle złapał ją podwójny atak kichania. Dziewczyna podciągnęła nosem i choć już prawie zgrzytała zębami z zimna, wciąż się uśmiechała. Klacz, zaniepokojona jej stanem, podeszła i troskliwie okryła ją swoim skrzydłem.

- Chyba potrzebuje takich osłon na stopy jak twoje – zwróciła się do Rosy, spoglądając na jej buty. – Skąd je masz? Łatwo się w tym chodzi? I czy dałabym radę na nie szybko zarobić? Bo wiesz, szukam miasta, w którym będę mogła rozwinąć skrzydła jako uzdrowicielka – wyznała.

Awatar użytkownika
Rosa
Błądzący na granicy światów
Posty: 24
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Rosa »

        To była bardzo gadatliwa… nie, szczera?… Gadatliwa i szczera dziewczyna. Tak. Tak gadatliwa, że mieszała się w swoich odpowiedziach i tak szczera, że zaraz się poprawiała, nie zważając na to, jak brzmi. Rosie nie tak znowu bardzo to przeszkadzało - wolała wylewną beztroskę niż przemyślane kłamstwa. Dlatego też zapanowała nad swoim niepokojem i spojrzała na nieznajomą tak, jakby patrzyła na przedstawioną sobie na miejskim skwerze pannę. Trochę bardziej ubraną, trochę dalej stojącą i może bez pegaza, ale nadal podobną temu, co przedstawiała sobą obecnie. Może nawet z rogami i włosami w dwóch kolorach… ciekawe, jak ludzie by na nią patrzyli. Czy budziłaby większe zainteresowanie niż kotołaczka? Z takimi rogami? Pewnie tak. Kotołaki w Warowni się zdarzały, wszak były całkiem towarzyskie i lubiły ciepło solidnych domów. Zmiennokształtne jelenie zaś… czy możliwe, że panna Melodia pochodziła z miasta?
        Być może, bo choć postrzępiona, sukienka była ładna i w drogim kolorze - byle mieszkaniec lasu czy nawet wieśniak nie mógłby pozwolić sobie na taką kreację. Zaraz jednak okazało się, że trop był, jeśli nie mylny, to mało przydatny - sukienkę panna jelonka dostała od kogoś. Może to ta Sasanka była bogata i przyjęła zdziczałą przyjaciółkę przy jakiejś okazji? Chociaż dziewczyna na zdziczałą nie wyglądała. Nawet w łachmanach czy z dzidą w ręce nie przypominałaby analfabetycznej dzikuski! Wysławiała się ładnie, ruszała zgrabnie i miała pewne maniery. Rosie naprawdę trudno było dojść do tego, kim mogła być i skąd się tutaj wzięła.
        - N-nie przejmuj się sukienką - koślawo, bo koślawo, ale starała się ją jakoś marudnie pocieszyć. - Następnym razem będziesz wiedzieć, żeby się w niej nie zmieniać. To… można oddać do zszycia - podsumowała tak pomocnie, jak tylko mogła, jednocześnie zachowując dystans. Czy rogata nie wiedziała, że ubrania się niszczą? Nie nosiła ich wcześniej czy jak? A może po prostu się… zagapiła? Tak, to było najsensowniejsze wyjaśnienie.

        - Rosa… em, tak - przytaknęła, otwierając oczy w osłupieniu. - Chociaż to imię nie od tego pochodzi. - Wróciła do dawnej miny niezadowolonego kociaka i poprawiła kokardkę. Zaraz też spojrzała w bok wymijająco. Dosłowne znaczenie jej nazwiska było czymś, co głupio tłumaczyło się obcym. W zasadzie… najbardziej lubiła, jak nie zwracano na nie uwagi. To nawet nie było jej prawdziwe nazwisko! Ale tego po ojcu nie mogła używać. Więc teraz co jej zostało? Ot, z lekka urągające, prześmiewcze miano, którego używała jej babka, a potem matka. Ale one miały do niego dystans, a dumna i pozbawiona takiego poczucia humoru Rosa - nie. Nie przepadała za nim. Traktowała raczej jak wyzwanie i motywację do tego, by kiedyś odzyskać przywilej nazywania siebie de Brieu. Tylko do tego było jej potrzebne.
        - To… tymczasowe nazwisko. Nie znaczy nic wybitnego - odparła krótko, nie rozwodząc się nad szczegółami. Zresztą należało zająć się czymś ważniejszym!
        - Nandan-Ther - poprawiła wyraźnie i głośno, jak na obywatelkę przystało. - To nie byle miasto. To najwspanialsza alarańska warownia. Nigdy nie zdobyta, pilnie strzeżona. - Aż się wyprężyła, mówiąc o jej wspaniałościach. - Bramy widać, jak tylko wyjdzie się z lasu. Nie trzeba lecieć - wyjaśniła przy okazji, darując sobie uwagę, że nie ufa nieznanej klaczy. Zwłaszcza jeżeli ta miała skrzydła. Koń to koń, powinien stąpać po ziemi.
        - Szpada? - Zerknęła też zaraz na swoją ukochaną broń. - Tak, nie rozstaję się z nią. Nierozsądnie byłoby dziewczynie chodzić bez niczego do obrony - stwierdziła dobitnie, zerkając na „Niebieską”. Zaraz też przeniosła wzrok na nową znajomą. Taaaak… ona nie miała żadnej broni. Jak mogło to o niej świadczyć? Potrafiła bronić się rogami? Czy może zawsze uciekała jako łania? A może ratowała ją pegazica? Tak czy inaczej, Rosa poczuła się satysfakcjonująco silna. Była uważana za niebezpieczną, miała broń i była praktycznie na swoim terenie. Obca zaś była chyba zgubiona, do tego zmarznięta i w podartych ubraniach. Nie mówiąc o tym, że niewysoka, urocza i jakoś tak nieporadna… Czy przy niej ona sama mogła wyglądać odstraszająco? Odważnie? Na wszelki wypadek zachowywała odpowiednią postawę i tym dumniej obnosiła się ze swoją szpadą.

        To i kolejne słowa podziałały na korzyść jeleniołaczki - czyli wiedziała, jak działa miasto, a także chciała uczciwie zarobić! Rosa obstawiałaby, że ktoś taki rozumie jedynie barter, ale wyglądało na to, że i pieniądze były jej nie obce. To bardzo dobrze.
        - Ja… od szewca. - Zdziwiła się, ale zaraz przeszła do rzeczy. - Dobre buty są raczej drogie - stwierdziła na początek, by nie rozentuzjazmować dziewczyny. - Ale tylko takie warto kupować. W takich najlepiej się chodzi. Na pewno można też sklecić jakieś samemu, ale… nigdy tego nie robiłam. Ale moja babka na pewno ma chodaki do pożyczenia. Być może będą pasować. - Zerknęła dyskretnie na nogi Melodii, dochodząc do wniosku, że jej drobne stopy w rozmiarze całkiem przypominają te jej. Dopiero po chwili złapała się na tym, że w zasadzie zaproponowała nieznajomej osobie (spoza miasta!) wycieczkę do swojego domu. Nie bezpośrednio, ale czy nie do tego zmierzała? Czy tak należało?
Wystraszona uniosła wzrok i zacięła się na chwileczkę. Zaraz jednak doszła do siebie, przypominając sobie czego nauczyła ją podróż. Jeżeli czegoś, to głównie tego, że bez pomocy obcych daleko by nie zajechała. A teraz to panna Melodia była obca. Nie można było tego tak zostawić!
        Nie namyślając się dłużej odwiązała sznureczki i narzuciła swoją błękitną opończę na ramiona jelonki. Odsunęła się też zaraz i fuknęła cichutko.
        - Nie ma sensu, żebyś się przeziębiała. Ja mam futro, a do tego rozgrzałam się biegiem. - Uniosła wysoko podbródek. Teraz, bez wierzchniego odzienia, widać było, jak bardzo jest drobna - zapinany ciasno płowy żakiecik nie dodawał jej masy, a mająca to nadrabiać rozkloszowana spódnica spełniała swoją funkcję o tyle, że wyrównywała proporcje, ale nic ponad to. Rosa chyba podświadomie to wiedziała, więc stanęła tym prężniej, kładąc dłonie na talii. Nie, nikt nie wmówi jej, że bez okrycia sobie nie poradzi!
        - Jednak pomijając tę porę roku, bywa tu cieplej. Zwłaszcza w samym mieście. Góry chronią nas przed wiatrem - wyjaśniła i zawahała się chwilkę. - Mogę cię tam wprowadzić, jeśli chcesz. Jeżeli masz zamiar pracować… Warownia jest dobrym miejscem. Oczywiście o ile masz odpowiednie zdolności. - Nie chciała być niegrzeczna czy drwić z nieznajomej, ale nie widziała wielu osób w podobnym jej wieku, które miałyby odpowiednie zdolności, by już z miejsca pracować w takim fachu.
        - Ale najpierw należy wejść do środka, potem szukać ewentualnych nauczycieli. - Odwróciła się i poczuła, jak ze stresu bije jej serce. Nie umiała rozmawiać… z rówieśniczkami. Nie umiała rozmawiać z nikim, gdy próbowała być miła!

Awatar użytkownika
Melodia
Szukający drogi
Posty: 42
Rejestracja: 3 lat temu
Kontakt:

Post autor: Melodia »

Melodia spojrzała na Rosę z grymasem zamyślenia, zerkając kilka razy na swą biedną sukienkę. Szybko się rozpromieniła i przytaknęła kotołaczce co do jej sugestii.

- Ale jest jeden problem! – stwierdziła nagle. – Jak oddam do zszycia, to nie będę miała w czym chodzić, a Sasanka mówiła, że nie jest dobrze chodzić w tych rejonach nago. – Jeleniołaczka westchnęła. – No i jednak jest też trochę za zimno na to, brr. – Zadrżała i potuptała chwilę w miejscu w celu drobnej rozgrzewki.

Mimo to nie przestała uważnie słuchać Rosy. Oczywiście jak tylko zrozumiała, jak bardzo źle wymówiła tę dziwną nazwę, natychmiast powtórzyła tak, jak to zrobiła jej nowa znajoma. Tym razem poszło lepiej, wciąż nie idealnie, ale przynajmniej bardziej zrozumiale. Ponadto widząc dumę, z jaką kotołaczka mówi o swym mieście, Mel rozdziawiła usta w szerokim uśmiechu pełnym zachwytu. Nie sądziła, że trafi do tak wspaniałego miejsca, nawet jeśli nie była pewna, czy wszystko dobrze zrozumiała.

- To nawet dobrze się składa. Damy trochę wytchnienia twoim skrzydłom, co Niebieska? – Poklepała klacz po szyi, po czym ponownie zwróciła się do Rosy. – O, a więc to tak się nazywa. Szpada, Szszsz-pada. Brzmi trochę dziwnie… - Już chciała dodać, że „szpikulec” to byłoby zdecydowanie lepsze określenie, ale w tym momencie białofutra powiedziała coś, co szczerze zaintrygowało Melodię. – Jak to? To tutaj też jest tak niebezpiecznie? Czy ja też muszę zdobyć jakąś broń? – spytała z niepokojem. Na myśl przychodziły jej ostatnie wydarzenia, o których najchętniej by zapomniała. Na dodatek nie umiała walczyć ani trochę, a jeszcze przy pomocy jakiejś broni?!

Niebieska prychnęła, oburzona naiwnością brunetki i wymownym spojrzeniem kotołaczki w jej stronę. Z tego wszystkiego aż solidnie tupnęła kopytem w ziemię.
Tymczasem, na wieść o kosztach butów, Melodia wydała z siebie bardzo smutne westchnienie, ale już kilka sekund później, gdy Rosa zasugerowała, że może jej takie pożyczyć, brunetka ponownie się ucieszyła i rzuciła towarzyszce na szyje z gorącym uściskiem w ramach podziękowania.

- Jeju! Jesteś kochana! Nie potrafię opisać mej wdzięczności! Widzisz, Niebieska? Nie każdy musi być zły – powiedziała dumna, że wyszło na jej. Na dodatek w tym momencie Rosa poratowała ją od chłodu i użyczyła swój płaszczyk. – Jak milusio! Dziękuję! Nie wiem, jak ja ci się odwdzięczę…

Klacz, widząc to, przestała krzywo patrzeć na Rosę. Oczywiście dalej jej do końca nie ufała, ale to już był dobry znak.

- Całe szczęście, w mojej wiosce zazwyczaj cały czas jest ciepło – powiedziała z uśmiechem, ciepło wspominając dom. – Oh! Byłoby cudownie! Większość mojego życia spędziłam na nauce jak leczyć i uzdrawiać, mam wiedzę teoretyczną i nawet znam się trochę na takiej magii, brakuje mi głównie praktyki – stwierdziła pewna siebie. – Nauczycieli? Nie będę mogła wyjść na ulicę i od razu zacząć pomagać? Przecież już tyle czasu spędziłam z nosem w książkach… - Ciężko westchnęła i spuściła głowę, nawet nie zauważając zdenerwowania kotołaczki.

Pegazica widząc, że ta tak stoi dłuższą chwilę, podeszła i lekko trąciła Mel w ramię. Ta wzięła głęboki oddech i na jej twarzy ponownie zagościł uśmiech, jakby jej energia nieustannie się odnawiała.

- W sumie, to wiesz co? Co będzie, to będzie. Grunt, to się nie poddawać i dążyć do spełniania, co nie, koleżanko? – Przyjacielsko szturchnęła Rosę w bok.

Awatar użytkownika
Rosa
Błądzący na granicy światów
Posty: 24
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Rosa »

        Chyba dobrze, że było za zimno. Jeżeli to powstrzymywało pannę Melodię przed lataniem bez żadnego odzienia, to Rosa była gotowa błagać bogów pogody o powrót śnieżnych zamieci.
        Czyli jednak musiała pochodzić z lasu.
        Las z kolei był dla Rosy zbiorczym określeniem na każdą dzicz, która nie mieściła się już nawet w kanonach zwykłej, zabitej dechami wioski. Wiedziała o nich tyle co nic - głównie plotki i nieprzychylne komentarze podróżnych. Może nawet legendy o dziwnych stworzeniach zamieszkujących bagniska czy inne bory przy traktach. Szczerze też do tej pory sądziła, że z nikim stamtąd pochodzącym nie będzie miała ochoty rozmawiać, ba - ucieknie, lub nabije go na szablę, jak tylko go zobaczy. Ale Melodię widziała i to wcale nie skłoniło jej do podobnych zachowań. Wręcz przeciwnie! Postąpiła wbrew wszelkim założeniom, a może nawet - wbrew rozsądkowi?
        Przyglądała się dziewczynie czujnie, od czasu do czasu łypiąc na pegazicę, ale nie umiała znaleźć w nich nic, co uspokoiłoby jej sumienie, gdyby postanowiła zostawić je zmarznięte i zagubione na szlaku. Nawet broni nie miały!

        Wyszło jednak na to, że przynajmniej dała im (jej?) do myślenia. Zrozumiała przy tym, że jelonka nie miała najpewniej do tej pory styczności z bardziej zaawansowanymi dziełami myśli płatnerskiej - pewnie widziała dzidę i dmuchawkę, może też prymitywny łuk. Albo procę. Jak jej plemię (bo to plemiona, prawda?) się broniło? Może… może magią?
        To miałoby sens.
        - Wszędzie jest niebezpiecznie, jak jest się małym i… i niezbyt silnym - burknęła. Nie wiedziała, jak określić kondycję jeleniołaczki, przy okazji nie ubliżając samej sobie. Gabarytami w końcu niewiele się różniły… zakładała, że siłą również. Więcej! Przemieniona łania mogła być nawet bardziej kompetentna w tym temacie! Grrrr!
        - W mieście jest dużo patroli i zawsze można zawołać strażnika. Ale poza murami lepiej nie ryzykować - dodała w kwestii wyjaśnienia, nadal szalenie dumna, że straż, do której chce dołączyć, jest taka doskonała. Przypomniało jej to jednak…
        - Dziwię się, że sama chodzisz bez broni. Chyba, że ta ,,Niebieska” odstrasza napastników. Wygląda jakby mogła - mruknęła, o dziwo, z ukrywanym uznaniem. Sama uważała konie za niebezpieczne, a jeśli do tego klacz miała tak bliską więź z jelonką, mogła okazać się niczego sobie przeciwnikiem dla zaskoczonych rabusiów. Ale czy to znaczyło, że te dwie w ogóle się nie rozdzielają? Jak Melodia radziła sobie bez wsparcia?

        Rosa, jako samotniczka, nie uznawała polegania na innych za wybitną strategię. Niewątpliwie jakąś, ale nie na tyle dobrą, by nie chcieć jej skorygować. Może gdyby dziewczyna była zwykłą mieszczanką - a nawet chłopką! One miały braci i mężów od tego, by strzegli ich zdrowia i honoru, a w mieście (jak już wspomniała) porządku pilnowała straż. Ale jeżeli Melodia wypuściła się sama w świat, za towarzyszkę mając jedynie pegaza, to brak broni i przeszkolenia w kwestii samoobrony uznać można było w najlepszym przypadku za przeoczenie, w najgorszym - za zwykłą głupotę.
        Tylko czego oczekiwać od kogoś, kto nawet nie ma dopasowanego do pory roku ubrania? I… niczego na zmianę?

        Do Rosy ponownie dotarło znaczenie jednej z poprzednich wypowiedzi i mentalnie już zaczęła rozmasowywać sobie skronie. W co ona się wpakowała… z kim rozmawiała!? Przecież to niemożliwe, by dogadała się z kimś tak bardzo nie rozumiejącym jej kultury! Jedynej, jaką ONA znała! Czyli jedynej słusznej!
        Spojrzała na Melodię nieco zmęczona, ale bez niechęci, której nie umiała jakoś z siebie wykrzesać. Gorzej - z każdą kolejną zachwyconą odpowiedzią rogatej czuła, że chciałaby rozmawiać z nią dalej. Więcej. Tyle entuzjazmu, ile obca w sobie miała… ale czy to na pewno to? Rosa nie uważała się nigdy za fankę entuzjazmu, naiwnej radości i szczebiotania - miała marny kontakt z osobami przejawiającymi podobne cechy. Dlaczego więc z Melodią dalej rozmawiała? I dlaczego dawało jej to coś na kształt satysfakcji?
        Choć zaskoczona własnym stanem, nie analizowała go długo - zawsze wolała skupiać się na tym, co ją otaczało, niż na sobie samej, a teraz tym bardziej powinna mieć oczy i uszy otwarte szeroko. Co prawda nie spodziewała się ataku ze strony jelonki, ale nigdy nic nie wiadomo. Może grupa zbójców wysłała ją na zwiad. A nawet jeśli nie i była niewinna, to grupa zbójców mogła ją śledzić. Albo zostać zachęcona przez ich głośną rozmowę.

        - Ciepło? To musisz pochodzić z daleka - skwitowała krótko, o dziwo nawet zaintrygowana. „Wioska”… to wioska czy dzicz? A może… może to była jedna z tych dzikich-plemiennych wiosek? Nie miała teraz śmiałości i czasu, by zapytać, ale jeżeli nadarzyłaby się okazja… ale najpierw brama!
        - Najlepiej, by ktoś ocenił twoje zdolności nim wyjdziesz na ulicę - stwierdziła, odwracając się. „Jeżeli wprowadzę cię do miasta, to na mnie spadnie odpowiedzialność za twoje ewentualne pomyłki!”. Jednak sama nie znała się na temacie, więc mogła jedynie zdać się na cudzą ocenę. I na rozsądek Melodii.
        - Zresztą nie można od tak wyjść i pomagać gdzie popadnie… od tego są gildie i usystematyzowane systemy pracy! Dzięki temu wszędzie panuje porządek - uzupełniła, choć chyba potrafiła zrozumieć podejście jelonki. Jednak… nawet gdyby ta była całkiem sprawnym medykiem, to bez wsparcia gildii zaraz zostałaby wykorzystana przez chcących jej pomocy mieszkańców. Zabrałaby też pracę tutejszym zielarzom i ostatecznie - pewnie by ją przepędzili. Nie umiała jej teraz tak jasno tego wyłożyć, ale tym sposobem myślenia kierowała się, gdy udzielała jej rad. Miała nadzieję, że dziewczyna posłucha i nie będzie sprawiała problemów…
        Zachwiała się i napuszyła jak dzika, gdy Melodia wesoło szturchnęła ją w bok. Przygłaskała policzki i odchrząknęła, wskazując kierunek i udając, że wcale się nie spięła.
        Tak - żadnych problemów.

Awatar użytkownika
Melodia
Szukający drogi
Posty: 42
Rejestracja: 3 lat temu
Kontakt:

Post autor: Melodia »

- Dlatego warto mieć przyjaciół – stwierdziła jeleniołaczka.

Jeszcze niedawno, gdyby najpierw spotkała Rosę, pewnie jej odpowiedź byłaby bardziej naiwna. Teraz jednak jej światopogląd ulegał szybkim zmianom, w końcu chciała żyć w tym nowym dla niej świecie i musiała jakoś udźwignąć te wszystkie dziwne zasady, które w nim panowały.

- Nigdy nie sądziłam, że mogłaby być mi potrzebna. Cóż, przynajmniej nie żeby bronić się przed ludźmi… - dodała z konsternacją i na chwilę zamilkła. Nie na długo oczywiście. – A Niebieska ma skrzydła, zawsze uważałam je jako najlepszą obronę, czyli ucieczkę – powiedziała bez cienia wstydu, a nawet z uśmiechem. Nie była tchórzem, uważała takie zachowanie za rozsądne dla kogoś, kto nie umie walczyć w żaden sposób.

Jeleniołaczka rozpromieniła się na wspomnienie o odległym, choć ciepłym domu. Nie chodziło tylko o klimat, ludzie z plemienia emanowali przyjaznym ciepłem. Wszyscy byli jedną, kochającą się rodziną.

- Och tak, trochę tu leciałyśmy – odparła z cieniem tęsknoty w oczach. – Może kiedyś, jak się już ustatkuję, zabiorę cię tam. Co ty na to? – spytała z entuzjazmem. Nieważne, że ledwo na siebie wpadły, rogata uznała, że skoro kotołaczka zaprasza ją do siebie, to ona zrobi to samo, choćby w postaci planu na przyszłość. – Ludzie z mojego plemienia na pewno by cię pokochali! – przypadkowo aż krzyknęła z tej radości. – No wiesz, my, zmiennokształtne, jesteśmy dla nich praktycznie półbogami… - Zaśmiała się z lekka nerwowo, przypominając sobie, jak odkryła, że to tylko takie wierzenia, a nie prawdziwa prawda.

Brunetka przekrzywiła głowę i zrobiła krzywą minę pełną niezrozumienia. Nie potrafiła pojąć, dlaczego nie można było tak po prostu wyjść i pomagać. Przecież niektórzy nie mogą czekać! A ona była gotowa, miała siły, czas, umiejętności, co prawda teoretyczne, ale to zawsze coś. Miała jednak świadomość, że to miejsce rządzi się innymi prawami, a ona musiała to jakoś zaakceptować, nawet jeśli nie dostrzegała w nich większego sensu. Niestety wyczerpalne złoża cierpliwości i ponadprzeciętny entuzjazm sprawiły, że dziewczyna nie mogła tak stać ani chwili dłużej! Z Rosą chętnie pogada dalej, ale po drodze!

- To świetnie! Chodźmy, chodźmy, chodźmy! – Chwyciła ją pod ramię i zaczęła ciągnąć ku wyjściu z lasu.

Niebieska poruszyła skrzydłami, jakby chcąc je sobie lepiej ułożyć i ruszyła za dziewczynami. Melodia nawet nie musiała jej wołać. Po drodze rogata znalazła niemal całkowicie prosty patyk o długości podobnej do szpady Rosy.

- Hej! Patrz – powiedziała zadowolona ze znaleziska, które natychmiast podniosła – wygląda trochę jak twój szpikulec… O! Ale mam pomysł! Może znajdziemy drugi taki i nauczysz mnie walczyć tym… dźgaczem…? Wybacz, wypadła mi z głowy nazwa. – Zachichotała. Dobrze się bawiła, wymyślając nowe nazwy dla szpady. Oczywiście nie ze złośliwości, bo naprawdę zapomniała prawidłowego nazewnictwa, ale wcale jej to nie przeszkadzało w dobrej zabawie. – Patyki wydają się bezpieczniejsze do nauki – dodała dla jasności.

Powoli odległość między dziewczynami a wejściem do miasta malała. Jeleniołaczka natomiast dosłownie bez przerwy świergotała. Najpierw zaczęła dopytywać o walkę szpadą, później z kolei rozgadała się na temat medycyny, magii leczniczej i niesamowitych właściwości niektórych ziół i roślin. Niespodziewanie przerwała.

- Ej, twoja kolej! Opowiedz mi coś więcej o sobie, plany, marzenia, pasje? – pytała ze szczerą ciekawością. – I jeszcze opowiedz mi więcej o codziennym życiu w mieście. Och, jest tyle rzeczy, które chciałabym wiedzieć. Mam nadzieję, że nigdzie się nie śpieszysz. – Westchnęła, rozważając o czym jeszcze warto nabyć informację. Nawet nie spostrzegła, jak szybko minął czas. Właśnie stały przy wejściu.

Awatar użytkownika
Rosa
Błądzący na granicy światów
Posty: 24
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Rosa »

        ,,Warto mieć przyjaciół”…
        No, jeżeli nazywasz przyjacielem konia…
        Ale lepiej móc liczyć na siebie i swoją broń!

        Tak sądziła Rosa, która jeśli ufała - to rodzinie, a w sprawie walki - tylko braciom, którzy w tej kwestii i tak nie zaufaliby jej. Oczywiście swoje bezpieczeństwo powierzała bez reszty straży, ale zasadniczo zdrady na rzecz jakichś przyziemnych korzyści czy głupiego kawału spodziewała się z każdej strony. Ona też do niedawna była bardziej naiwna - ale po stracie kontaktu z mentorem… po tej małej wyprawie… tylu różnych było dookoła ludzi i tyle odmiennych potrzeb. A większość osób dbała o własne interesy. Ona chciała… inaczej. Choć może przez własną dumę i też dla siebie, chciała zapewnić spokój innym. Być szanowaną, ale i odpowiedzialną za ich zdrowie i życie, bo… wiedziała, że ich nie zawiedzie. Sobie mogła zaufać. Może jeszcze nie własnej sile, może nie doświadczeniu, ale przynajmniej postawie. A inni? Oni udowadniali, że są warci swoich stanowisk, prawa i broni. Tak jak ona udowodni, że nadaje się na strażnika. Harda, nieprzekupna, czujna…
        Wierzyła, że to najlepsza droga.

        Rozważania na temat zaufania i polegania na innych przerwało jej wspomnienie o ucieczce. No tak! Ktoś, kto ucieka, oczywiście, że bardziej polegać będzie na skrzydlatym koniu niż swoich zdolnościach! Uspokojona, z pewną ulgą przyznała sobie rację co do postępowania, ale przy okazji nie oceniła Melodii jakoś bardzo źle - uznała ją po prostu za ten typ osoby, na który lepiej się nie zdawać jeżeli chodziło o pokonywanie niebezpieczeństw. Jak to medyk, musiała dbać raczej o siebie i uciekać, by móc leczyć rannych. Na linii frontu tacy jak Rosa broniliby takich jak ona. Ale ta druga przynajmniej także umiała robić coś pożytecznego i miała raczej społeczny charakter, więc niech będzie, że mogła nie wykazywać się nie wiadomo jaką odwagą i chęcią pokonywania wrogów.
        Pomyślała Rosa, która bała się wyjść poza mury.

        Dalej jednak otworzyła aż oczy ze zdziwienia. Została… zaproszona? Ot tak? Czuła, jak spontaniczne ciepło rozlewa się po jej ciałku, ale szybko ostudziła je sądząc, że to po prostu żart lub nieuważnie rzucona wypowiedź. Tak wesolutkim osobom jak jelonka czasami się to zdarzało. Pohamowała więc radość i tylko skinęła głową, kiedy uderzyło ją coś zupełnie innego; zmiennokształtne traktowane gdzieś w ten sposób… to było nieprawdopodobne! Oczywiście ona sama przez jakiś czas była maskotką rodziny (nie przyznałaby się, że dla braci jest nadal), ale do półbogów… było jej rodzinie niestety bardzo daleko. Ludzie tutaj nie traktowali tak zwierzołaczek. Matka straciła swój dom, ponieważ była kotem. Babka i ona sama nie umiały zmienić się w ludzi i zawsze były oceniane poprzez swój niewielki wzrost i puchate futerko. Wszyscy… z góry patrzyli na koty. Dlatego Malchi w końcu… nie, jego zhańbienia rodziny nie można było usprawiedliwić presją czy zwykłą złością. Miał wadliwy charakter, po prostu. Udowadniał, że kotołaki to złodzieje i w ten sposób tylko pogarszał reputację całej rasy! A Melodia…? Jak tutaj patrzyliby na Melodię?
        Przyjrzała się jeszcze raz niewielkiej postaci; jej dwukolorowym włosom, wielkim uszom i porożu. Jak dziwna by była dla mieszkańców miasta? Przecież dla nich akurat nie była „taka jak oni”. Czy rogata mogła być dla niej „taka jak ona”?
        Przeniosła spojrzenie na swoje białe, poduszeczkowe łapki i zacisnęła piąstkę. Choćby nie wie co, wprowadzi Melodię do miasta i dopilnuje, by traktowano ją godnie!
        Nawet jeżeli była bardzo nietypowym gościem.

        - Byłoby ciekawie. Może kiedyś - pokrzepiona własnym postanowieniem skomentowała nagle zaproszenie i nawet uśmiechnęła się krótko. Raczej gorzko, ale naprawdę szczerze. Byłoby ciekawie zobaczyć miejsce skąd pochodzi tak nierozsądna, dziwaczna dziewczyna.
        I może miło byłoby zostać półboginią. Choć tylko na jakiś czas!

        Zgodnie ruszyły ku bramom, a pełną harmonię przerwał dopiero kolejny dotyk rogatej. Rosa umiała chodzić w szeregu, za kimś, przed kimś, a nawet trzymając (brata) za rękę, ale tak jak teraz… czy kiedykolwiek tak szła!?
        Zaskoczona nie napuszyła się aż tak, uznając, że w ramach okazania dobrej woli nie będzie na razie zwracać większej uwagi na to, jak przesadnie otwarta bywa brunetko-siwa i pozwoli jej zachowywać się wobec siebie tak jak jej wygodnie. Będzie poprawiać ją powoli, przedstawiając też miejskie zasady. A na razie starała się nie zgubić kroku i iść równo z prowadzącą łanią, ani nie ciągnąc jej, ani na nią nie wpadając. Tak się na tym skupiła, że wszystko inne wyleciało jej z głowy.

        Aż pojawił się patyk.
        Entuzjazm Melodii można było uznać za skrajnie naiwny, ale w tym akurat przypadku Rosa całkowicie go popierała. Mimo iż do tej pory jelonka wydawała się kompletną ignorantką w dziedzinie wojaczki, teraz pokazała, że jest rozsądniejsza niż można by zakładać. Nie mówiąc o tym, że (zapewne nieświadomie) pochlebiła kotce tak bardzo, iż ta zaczęła się peszyć i puszyć jednocześnie, nie umiejąc wybrać jedynej słusznej reakcji. Oczywistym było, że ma od niej wiele więcej doświadczenia, choć w pierwszym odruchu chciała odesłać ją do zawodowców. Teraz jednak zmieniła zdanie. Nie tyle dlatego, że chciała być w końcu od kogoś lepsza… ale niestety jeżeli jej, urodzonej tu kotki, nie brali na poważnie, to co powiedzieliby Melodii? Może gdyby polecił ją ktoś zasłużony, ale nie Rosa. Aż zmarszczyła brwi.
        Nie. Każą jej radzić sobie samej, to i sama nauczy Melodię! A gdy obie już będą dobre, wtedy dopiero…
Przerwała ciąg myślowy zaskoczona w jak daleką przyszłość wypycha swoją znajomość ze zdziczałą dziewczyną. Nie powinna tego robić; nie może jej nawet nic obiecać. Nie mówiąc o tym, że nie wiadomo co takiej może do głowy strzelić. A jeśli zacznie szaleć po mieście i wpraszać się do obcych? Tak, przede wszystkim należało mieć ją na oku i nie zakładać, że na pewno się dogadają. To nadal była obca. Teraz Rosa już wiedziała, że potrafią być oni całkiem nie najgorsi, porządni nawet, ale… jaki był sens w pałaniu do nich sympatią?

        Nie umiejąc sobie odpowiedzieć, skupiła się na praktycznej wymianie informacji i ewentualnych, planowanych działaniach. Naukę dało wymienić się na coś innego - od satysfakcji, że zrobiło się coś słusznego, po poprawienie kondycji jednej z przedstawicielek małych, zezwierzęconych dziewczyn, podnosząc tym samym nieco ich opinię w świecie. To też było słuszne. I też dawało satysfakcję, więc… chyba poza nią Rosa nie chciała póki co niczego. Sama na pewno dzięki temu potrenuje, więc przynajmniej nic nie traciła.
        - Wybór broni powinien być bardziej przemyślany, ale… - wspomniała swoje zabawy z braćmi - możemy zacząć od wyćwiczenia refleksu. - Po dłuższej pauzie dodała: - I tak, trenuje się często na drewnianych odpowiednikach. Ale najczęściej chodzi o miecze. Floret jest treningową wersją szpady. - Tu pokazała swoją dumę, czyli broń, którą jeszcze tak dobrze władać wcale nie umiała i chowając ją z powrotem, wyraźnie się rozluźniła.

        Doszłyby w spokoju, pewnie i pod samą bramę, gdyby nie to, że Melodia nie znała chyba jej definicji słowa „spokój”. I powściągliwość. Sama mówiła otwarcie, a Rosie nie przeszkadzało to zbytnio, bo w końcu wyłapać sprzeczne sygnały i kłamstwa łatwiej, gdy ktoś mówił dużo - niestety najwyraźniej oczekiwała tego samego od innych, milczenie więc nie miało zbytnio racji bytu.
        - Szermierka - odpowiedziała lapidarnie. Nie chciała być niemiła, ale w tym słowie zawierało się wszystko to, co mogło podchodzić pod jej plany, marzenia i pasje. Nie znała wiele poza tym. I nic poza tym nie sprawiało, że czuła się naprawdę godnie.
        Więcej miała do powiedzenia na temat życia w Nandan-Ther. Cieszyła się nawet, że dziewczyna pyta, bo dzięki temu nadarzyła się okazja do przemycenia jej części zasad.
        Nie wiedziała tylko co tak naprawdę może być dla jeleniołaczki obce, a o czym ma ona jakieś pojęcie. Założyła więc, że najlepiej będzie zacząć od podstaw, nawet jeżeli w ten sposób nieco nie doceni jej wiedzy. Ale nie wyglądało na to, by rogata miała się za to obrazić. To nie ten typ osoby.
        - Więc… po pierwsze do miasta, zwłaszcza tak dużego jak nasze Nandan-Ther, wchodzi się zawsze przez bramy. Są strzeżone i pyta się o powód przybycia, żeby ograniczyć plagę włóczęgostwa i złodziejstwa. - Niemal fuknęła, wymawiając te nazwy. - Dlatego wprowadzę cię jako mojego gościa i będę też odpowiedzialna za to, co robisz - wyjaśniła, mając nadzieję, że to odwiedzie Melodię od ewentualnych wybryków. - A w samym mieście… na rynku znajdują się sukiennice, gdzie się handluje, a także świątynie i ratusz z kramami. Nie ma za wiele zieleni, bo drzewa są poza miastem. Wszędzie dookoła są domy i ludzie w nich mieszkający, więc należy przestrzegać pewnych norm i im nie przeszkadzać. Oczywiście do cudzych domów nie można wchodzić i… nad siedzibami gildii czy pracowniami rzemieślników, a także gospodami wiszą szyldy informujące co to za miejsce. Tam można zapukać i wejść, jak ma się interes. Włóczęgostwo jest karane, więc mogę cię zapewnić, że w nocy jest bezpiecznie. Względnie, bo uważać trzeba zawsze. Ale w nocy najlepiej nie wychodzić z domu. Zwłaszcza jeżeli nie jest się mieszkańcem. - Pokiwała głową do samej siebie na podkreślenie tych słów, po czym kontynuowała:
        - Jedzenie kupujemy zazwyczaj co rano, chyba że ktoś ma gosposię, wtedy one chodzą. U nas w kamienicy jest kilka, babka czasami bierze coś od nich. Wymieniamy się też z sąsiadami. My mamy kury. - Po czym przerwała, bo zaczęły zbliżać się do bram. Musiała się skupić.
        - Resztę opowiem ci w środku. Pytaj, jak nie będziesz czegoś wiedzieć - zakończyła niezwykle długą jak na siebie, uprzejmą zachętą i spojrzała na Melodię sceptycznie, zastanawiając się, czy nie popełniła błędu zapraszając ją. Nawet nie chodziło o jej rasę czy charakter - ale wyglądała jak nieudolna pastereczka, która nie dość, że pogubiła swoje owce, to jeszcze została napadnięta przez wilka. Trzeba będzie to szybko naprawić!
        To, co je ratowało, to płaszczyk Rosy, który ukrywał nieco poszarpanie i smętne wiszenie cennej niegdyś kreacji. Właśnie! Skoro materiał sukni wyglądał na drogi, powinno być łatwiej wprowadzić zmiennokształtną i wyjaśnić, że… jest wieśniaczką-podróżniczką w kosztownym odzieniu? Faktycznie, w tym przypadku ubiór nie świadczył o statusie, majątku ani obyciu. Ale Rosa chciała dać zielarce szansę, więc postanowiła korzystać ze związanych z odzieżą klaso-społecznych pozorów.

        - Och, panienka Blunder. Witaj z powrotem… - Średnio młody, wąsaty strażnik przywitał ją serdecznie, ale zaraz spojrzał uważniej na rogatą dziewczynę i skrzydlatą klacz. Na chwilę zaciął się i jakby zamyślił. W końcu jednak zapytał:
        - Kogo to przyprowadziłaś? Panienka potrzebuje pomocy?
        Rosa przytaknęła.
        - Tak. Zajmę się nią. Zaprosiłam ją do siebie.
        Wąsacz wydawał się nieco zaskoczony i zmieszany, słysząc taką odpowiedź. Widząc jego wahanie, kotka dodała:
        - To ucząca się uzdrowicielka. Chcemy znaleźć mistrza, który oceniłby jej umiejętności. Klacz jest jej.
        Mężczyzna milczał chwilę, lecz w końcu, widząc jak dziewczyny przewiewa i drżą, stracił opory i nieco niepewnym, choć ciepłym gestem zaprosił je do miasta.

        Czy do pierwszego, jakie widziała Melodia?

Awatar użytkownika
Melodia
Szukający drogi
Posty: 42
Rejestracja: 3 lat temu
Kontakt:

Post autor: Melodia »

Melodia uważnie słuchała wskazówek Rosy i wlepiała w nią te swoje wielkie, turkusowe oczy aż do granic komfortu. Na dodatek musiała być naprawdę zaciekawiona skoro aż zamilkła na dłuższą, jak na nią, chwilę. W końcu jednak musiała zadać pytania, kotołaczka mówiła niczym profesjonalistka, naprawdę musiała się dobrze znać na tych broniach, a jeleniołaczka bardzo chciała się dokształcić w… W sumie, w czym się dało.

- Floret, to trochę podobnie brzmi do fletu… Choć podobne wcale nie jest – stwierdziła, uważnie przyglądając się zaprezentowanej broni.

Melodię trochę zdziwiła krótka odpowiedź na temat pasji i zainteresowań Rosy. Bardziej była gotowa na barwny opis nieznanych jej jak dotąd czynności. Mimo to się uśmiechnęła, czasem warto chwycić się jednej rzeczy i dopracowywać do perfekcji. Uznała, że tak jest w przypadku kotołaczki, co bardzo szanowała oczywiście.
Trochę ją zmartwiły słowa o złodziejach, zwłaszcza gdy zmiennokształtna nazwała to plagą. Wprawdzie jelonka nie posiadała zbytnio niczego cennego, aczkolwiek miała pegazicę. Wcale nie uśmiechała się jej powtórka z lasu. Po chwili jednak odetchnęła, Rosa miała broń, w razie czego mogła na niej polegać, była tego pewna, być może aż za bardzo.

- Sukiennice? – spytała zdezorientowana. – To takie sukienki? Dlaczego handlujecie w sukienkach? O czekaj, wiem! To ze względu na złodziei, chowacie się pod sukienkami, aby zakryć to, co sprzedajecie? To całkiem… sprytne – stwierdziła i to całkiem poważnie.

Wprawdzie nie była tak nieokrzesana, by wchodzić komuś do domu bez pytania, ale przytaknęła na to poprzez skinienie głową. W jej wiosce niektórzy tak robili, ale to dlatego, że wszyscy byli niczym jedna rodzina, a w takim mieście zapewne jest mnóstwo ludzi, którzy nie zawsze mają nawet szansy na zapoznanie, a co dopiero zbudowanie na tyle przyjaznych relacji.

- To znaczy, że w nocy nie można wychodzić bez celu nawet na spacer pod gwiazdami? – spytała lekko niepocieszona.

Miała jeszcze cały stos pytań w zanadrzu o byle drobnostki, aż z trudem się powstrzymywała, aby nie wypowiedzieć ich wszystkich naraz, bo ustalenie i nadanie priorytetów poszczególnym musiałaby sobie rozpisać na papierze i mieć dobrą chwilę na ich przemyślenie. Właśnie dlatego będąc zachęconą przez kotołaczkę, postanowiła wybrać losowo.

- Kamienica brzmi podobnie do sukiennicy, to jakaś odmiana, tylko że z kamieniami? Kurki? Lubię je, zabawne są, choć koguty bywają zadziorne. – Prychnęła, przypominając sobie jednego takiego, co lubił gonić za ludźmi i dziobać w pięty. Co ciekawe, to było jedyne miejsce, które sobie upatrzył, strasznie złośliwa bestia. Nie omieszkała opowiedzieć także i o tym swojej nowej koleżance.

Gdy doszły do bramy i Melodia zauważyła strażnika, od razu obdarowała go szczerym i szerokim uśmiechem. Nawet mu pomachała. Najpierw tylko niemo przytakiwała na wyjaśnienia koleżanki, ale w końcu nie wytrzymała.

- Witam, jestem Melodia – zawołała. – Ma pan bardzo ładne wąsy – powiedziała do mężczyzny. W jej plemieniu mężczyźni zwykle nie mieli aż tak bujnego zarostu, więc z czystego zaciekawienia trudno jej było oderwać wzrok od strażnika.

Pegazica była spokojna, przynajmniej pozornie. Nie chciała przysparzać dziewczynom kłopotów, ale też niepokoiło ją wejście do miasta. Najchętniej wróciłaby z Mel do wioski. Tam byłoby bezpiecznie. Teraz jednak nie było już szans na odwrót, weszły za bramę.

- Rosa, a jak ludzie reagują tu na pegazy? Bo raz wylądowałyśmy w takim jednym mieście, ale nawet się nie zdążyłam napatrzeć, bo ludzie nas otoczyli i w sumie to nawet nie wiem, o co dokładnie im chodziło… - Ton jej głosu dawał do zrozumienia, że nie było to przyjemne doświadczenie. – Ale wtedy uratował nas ten spiczastouchy mag – dodała z uśmiechem. – Nigdy wcześniej przed tym zdarzeniem nie widziałam elfów, ale to chyba całkiem pokojowe istoty, bo później spotkałam jeszcze taką elfkę, to od niej ta sukienka, już chyba wspominałam. – Zrobiła krótką przerwę, po czym doznała olśnienia: – Ah, ale nie mówiłam ci, że ona też miała te śmieszne, spiczaste uszy. Tu też mieszkają elfy?

Już zaraz za bramą były pierwsze budynki, których ilość zwiększała się praktycznie z każdym krokiem w głąb miasta. Jeleniołaczka zadzierała głowę do góry, podziwiając wysokie budowle. Wprawdzie nie pierwsze, jakie widziała, ale pierwsze, którym mogła się na spokojnie przyjrzeć. Zastanawiało ją, jak to jest żyć na samej górze tych kamienic. Również dziwnie jej było iść po ścieżce z wygładzonych kamieni, były trochę zimne, ale przynajmniej nie raniły jej bosych stópek.

- Hej, skoro ja mogę stać się łanią, to ty możesz kotem, prawda? – spytała po chwili nieco bezczelnego, ale też niewinnego przyglądania się Rosie.

ODPOWIEDZ

Wróć do „Warownia Nandan-Ther”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość