Raciczkami po rozżarzonym węglu


Miasto zamieszkiwane głównie przez elfy, jednak spotkać tu możesz też inne istoty takie jak wygnane Driady, a także małe chochliki poszukujące przygód. Elfy mieszkające w Elfidrani są niezwykle przyjaznymi istotami, dlatego schronienie w możne znaleźć tu każdy, a zwłaszcza Naturianie i istoty im pokrewne, ze względu na miłość elfów do wszystkiego co wolne.

Postprzez Ariatte » Cz paź 04, 2018 7:51 pm

Rzeczywiście, gdyby czarodziejka nie była pijana, to prawdopodobnie wstałaby, by zobaczyć, gdzie podziewa się Caitriona. Pech chciał, a może coś zupełnie przeciwnego, że jednak była i nie zamierzała ruszać się z miejsca. Uwierzyła Vaeli na słowo.Nie udawała także zawiedzenia, gdy ta uświadomiła ją, że jej dedukcja nie podołała wyzwaniu. Zgodziła się na propozycję zmiany zasad niezbyt chętnie, gdyż obawiała się tego, co przyjdzie do głowy satyrce. Pomimo tego przytaknęła stwierdzając, że bez tej dodatkowej zasady ta gra nie dostarczyłaby im odpowiedniej dawki emocji.
Zadanie dla Ariatte z początku wydało jej się absurdalne. Niby że ona ma go...? To niedopuszczalne! Spojrzała na satyrkę z niedowierzającym wzrokiem, po którym bez problemu można było wywnioskować pytanie: "Ale jak to?!".
- Vaelo, czyś ty oszalała? I niby co ja mam z nim zrobić? - były to pytania retoryczne. Oczywistym było, że kozica nie była do końca normalna, ale jej aktualny pomysł przerósł ludzkie pojęcie. - Nieważne! - odpowiedziała sama sobie dosyć ostro. Słuchaj no! - wstała gwałtownie i z udawaną złością wskazała na towarzyszkę palcem. - Nie zamierzam przegrać, rozumiesz? - zaraz po tym spięta Ariatte ruszyła w kierunku stołu nieznajomego, który od razu wychwycił wzrokiem zbliżającą się w jego kierunku żeńską postać. Ta jednak przystanęła w połowie drogi i podparła się jedną ręką o najbliższy stolik. Nie zrobiła tego czując, że zaraz upadnie. Zrobiła to dlatego, że do głowy przyszedł jej pewien ciekawy pomysł. Przecież nawet nie musiała się do niego zbliżać, by go rozgrzać! Gdy do tego doszła od razu na jej twarzy zagościł uśmiech, spowodowany nieziemską ulgą. Odwróciła się w stronę satyrki, po czym z powrotem skierowała się ku swojemu miejscu. Gdy do niego doszła bez słowa usiadła na krześle, które przed chwilą było przez nią zajmowane.
- Słuchaj no! Nie wiem, na jakie przedstawienie liczyłaś, ale nie dam ci go! - po tych słowach płomiennowłosa wykonała taneczny ruch dłonią, po czym dodała:
- Obserwuj uważnie tego biedaka. Założę się, że niedługo albo zdejmie swój płaszczyk, albo całkowicie opuści to miejsce. Podgrzałam mu nieco temperaturkę. - wzięła łyk ze swojego kufla i lekko chichocząc odwróciła się na krześle w stronę swojej ofiary. Utkwiła w nią wzrok oczekując na zamierzone efekty i jednocześnie myśląc nad swoim wyzwaniem dla satyrki. Zauważyła, że owy zakapturzony mężczyzna w dalszym ciągu się jej przygląda. W głowie czarodziejki przez krótki moment zadziałał alarm, który ostrzegał przed kłopotami, jednak przycichł, gdy podejrzana postać w przewidywalny sposób zdjęła z siebie płaszcz i odsłoniła swą łysą głowę skropioną lekkim potem.
- Przyjrzyj się mu, kochana. - Ariatte odwróciła się już w stronę stołu i utkwiła swój zadowolony wzrok w towarzyszce. - Biedak chyba trochę się zgrzał, nie sądzisz? Z tego co pamiętam nie powiedziałaś mi, w jaki sposób mam go rozgrzać. Nieprawdaż? Tak czy inaczej wymyśliłam już zadanie dla ciebie. Będziesz musiała podejść do tych przygłupów... - płomiennowłosa wskazała pięcioro mężczyzn siedzących przy stole niedaleko. Popijali oni wesoło piwo, grając również w jakąś grę, do której używało się dziwnych kart. - no i jak już do nich podejdziesz, to zacznij opowiadać im, jak rozmnażacie się wy, satyrzy. Podejdę nieco bliżej, by słyszeć wszystko doskonale. - Czarodziejka uśmiechnęła się chytrze do swojej rywalki, wzięła ostatni łyk i wstała, dając jej jednocześnie znak, że jest gotowa. - To jak? idziemy? Nie bój się. Gdy któryś postanowi wykorzystać wiedzę i WEŹMIE CIĘ W OBROTY... - podkreśliła ostatnie słowa - to będę w pogotowiu.
Avatar użytkownika
Ariatte
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Anetheron, Verfnir, Nathanea, Semirian,
Rasa: Czarodziejka
Aura: Jest to dość silna emanacja o barwach lekko już przytłumionych przez lata. Wokół silnie i wyraźnie brzmią trzaskające płomienie i to one zdają się być sednem tej aury. Równie mocno rozchodzi się tutaj woń kadzideł i świec rozgrzanych niedostrzegalnym, chociaż słyszalnym ogniem. Mimo niego atmosfera panująca tutaj jest raczej chłodna i skłania do utrzymania dystansu. Jeśli jednak zachowasz kulturalną powściągliwość, bez obaw przed poparzeniem możesz podziwiać soczyste smugi kobaltu, gęsto poprzeplatane srebrnymi wstęgami. W uplocie lśnią delikatne szmaragdowe poświaty. W dotyku początkowo aura sprawia wrażenie związanej z miękkich i twardych pasm. One zaś stanowią giętką całość o wyjątkowo gładkich powierzchniach, w których skryte są bardzo ostre krawędzie, na które powinieneś uważać. Emanacja jest wyraźnie lepka, ale szybko tak jak przy poprzednich cechach ujawni się jej dwoista natura, gdy poczujesz delikatną kwaskowość.
Wygląd: Co Cię obchodzi jak wyglądam? Nie, nie wstydzę się tego, gdyż w tej kwestii nie mam naturze niczego do zarzucenia. Wzrostem nie odbiegam od normy. Mam na myśli o czarodziejskie standardy. Mierzę sobie bowiem niecałe sześć stóp wysokości. Jak widzisz mam szczupłą sylwetkę, która przyciąga do siebie płeć przeciwną, a niekiedy nawet cieszę się głębszym zainteresowaniem grupą ... (Więcej)

Postprzez Lilianna » Pt paź 05, 2018 5:33 pm

Ostatnie godziny drogi świeżo przemienionej wampirzycy nie należały do najprzyjemniejszych. Przydarzyło jej się pożyczyć konia bez siodła, to też odrobinę bolał ją tyłek i plecy od niewygodnej jazdy. Przynajmniej warunki atmosferyczne nie były tragiczne. Chwilę po tym, jak dziewczyna dostrzegła w oddali oznaki cywilizacji postanowiła z ulgą zejść z grzbietu wierzchowca. Trzymając zwierze za lejce przeciągnęła się i rozprostowała kości. Miała jedynie nadzieję, że to nieco większa mieścina. Życie w drodze potrafi być wyjątkowo męczące, zwłaszcza, gdy już przywykło się do wąskich i brudnych brukowych uliczek. Liliana przysiadła jeszcze na moment na pniu nieopodal drogi, na skraju lasu właściwie. Pomyślała, że tutaj zostawi konia, bo prawdę mówiąc nie wiedziała nawet, czy będzie po niego wracać. Postanowiła również zdjąć i schować tajemniczy sygnet. Nie chciała rzucać się w oczy. Schowała też większość noży, właściwie zostały jej dwa w pasie wokół lewego uda i kilka mniejszych do rzucania ukrytych pod rękawem koszuli. Resztę swojego bardzo drobnego aktualnie dobytku schowała w drobny plecak, a właściwie worek z zapięciem, który mogła nosić na plecach dzięki doszytym paskom, no i po kieszeniach, rzecz jasna. Kosmyk średnio zadbanych aktualnie włosów opadał jej na policzek, odgarnęła go za ucho i poprawiła warkocz idąc już w kierunku świateł. Zarzuciła na siebie długi czarny płaszcz, który wyniosła tego feralnego wieczoru z wampirzej posiadłości. Spacer zdawał jej się być wyjątkowo przyjemny w porównaniu z podróżą konno.

Drzwi przybytku uchyliły się skrzypiąc, lecz dźwięk ten nie przebił się ani trochę do wnętrza sali, w której, co oczywiste było dość głośno. Wzrok wampirzycy szybko przeleciał po zebranych, gdy Lily chciała zaczerpnąć pierwszych informacji o tym miejscu. Pijalnia, jak każda inna. Ciemne typy, podchmieleni wojacy, bawiący się ludzie, śpiewy, tańce, hulanki. Na pierwszy rzut oka nic konkretnego nie zwróciło jej uwagi. Cicho liczyła na to, że zadziała to podobnie w odwrotną stronę. Nie bardzo marzyło jej się pakowanie w jakiekolwiek kłopoty. Właściwie jedynym, czego obecnie pragnęła była odrobina błogiego spokoju.

Dziewczyna miała na sobie białą, a właściwie już nieco szarawą koszulę i zwykłe skórzane spodnie, które nieco przylegały do jej ciała. Do tego ładny szeroki pasek i wspomniany wcześniej czarny płaszcz z szerokim kapturem. Jej delikatne rysy twarzy skalane były obecnie widocznym między innymi w jej oczach zamyśleniem i zmęczeniem.
- Muszę się napić. -
Stwierdziła od razu sama do siebie. Mimo, że nie była wielką zwolenniczką alkoholizowania się to wiedziała, że w takich miejscach lepiej być po kuflu, czy dwóch, bo inaczej to może mieć zupełnie odwrotny skutek do zamierzonego. Skierowała się od razu do baru, a że akurat jedno miejsce było przy nim wolne zwróciła się od razu do stojącego za ladą jegomościa. Wyciągnąwszy parę monet z niewielkiego mieszka zamówiła sobie nieco alkoholu. Czekając, aż szkło dźwięcznie uderzy o blat przed nią ponownie przyjrzała się zebranym. Tym razem wypatrzyła już kilka bardziej interesujących osób, sytuacji, czy zjawisk. Życie w takich lokalach nie było jej ani trochę obce, więc dziewczyna wiedziała na co zwracać uwagę, a i czego się wystrzegać. Nie żeby miała się z jakichś błahych powodów zaraz ewakuować, ale zawsze warto wiedzieć, co się święci. Ludzi było nawet sporo, Lily zastanawiała się przez chwilę, czy może mają wolne łóżka, ale stwierdziła, że to przemyślenia na późniejsze godziny.
- Dzięki. -
Rzuciła krótko i chłodno do mężczyzny, po czym spróbowała trunku. Zdarzało jej się pić znacznie gorsze, a wnioskując po stanie niektórych gości będzie potrzebowała tego napoju jeszcze trochę, by móc w ogóle zacząć myśleć o wtopieniu się w to szalone, bawiące się życiem otoczenie.
Wzrok Liliany dość uważnie analizując bawiących się zdawał się być skupiony na dwóch typach osób. Takich typowych gościach spod ciemnej gwiazdy i tych, którzy już kompletnie wyzbyli się hamulców w swojej hulance. Na pierwszych pewnie ze względów finansowo-biznesowych, a drudzy... byli po prostu zabawni do oglądania. Jak ta nietypowa... półkoza zmierzająca właśnie do stolika obsadzonego przez rosłych, pijanych mężczyzn.
Wampirzyca schowała krótki uśmiech za kuflem zimnego trunku, starając się w miarę dyskretnie obserwować rozwój wydarzeń.
Avatar użytkownika
Lilianna
Zbłąkana Dusza
 
Inne Postacie: Yao, Sven, Frey, Hessan,
Rasa: Wampirzyca (Jeszcze rok temu człowiek)
Aura: Aura charakteryzuje się znacznie ponadprzeciętną siłą magiczną. Już z oddali widać topazowe rozbłyski niosące ze sobą woń świeżej krwi wciąż jeszcze mieszającą się z ludzkim potem. Gdy podejdziesz bliżej, ujrzysz platynową, twardą powłokę, którą obwiązują kobaltowe wstęgi o żelaznych, lśniących końcówkach, delikatnie falujące, nawet gdy nie ma wiatru. Tu i ówdzie wiruje miedziany pyłek, opadając ostrożnie na powłokę i wszystko wokół. Niespodziewanie do uszu dociera echo czyichś słów, nim jednak zdoła się określić treść, jaką niesie, zanika w niepokojącej ciszy, która pochłania wszelki dźwięk. Emanacja popisuje się elastycznością, skutecznie unikając dotyku, straszy ostrymi jak brzytwa brzegami, a równocześnie kusi aksamitnym meszkiem na całości. Na koniec pozostawia pikantny posmak i nieprzyjemną lepkość w ustach.
Wygląd: Liliana jest kobietą przeciętnego wzrostu, mierzy pięć i pół stóp. Raczej drobnej budowy, o delikatnych rysach twarzy. Można powiedzieć nawet, że nieco szlacheckich, w końcu jest, znaczy było w niej coś ze szlachetnej krwi przed przemianą. Jej jasnobrązowe tęczówki czasem przechodzą w złotawy odcień, zależnie od światła lub emocji bohaterki. Długie ciemne blond włosy ... (Więcej)

Postprzez Vaela » Śr paź 17, 2018 10:25 pm

        Uśmiech, który utrzymywał się na twarzy Vaeli od chwili, kiedy ta podała czarodziejce polecenie, nie zmienił się nawet odrobinkę, gdy ta zareagowała na jej słowa; zdawało się, jakby lico satyrki stało się wyszczerzoną maską z oczami wbitymi w swoją rudowłosą towarzyszkę, zamarłą w podekscytowanym oczekiwaniu. Jedyną odpowiedzią, jaką otrzymała Ariatte, były te lśniące, kozie zębiska. Wzrok kozicy uniósł się wraz z chwilą, w której jej towarzyszka się podniosła i wycelowała w nią dłonią; chyba naprawdę była już porządnie piana – myśl, jak bardzo towarzyszyła Vaeli, gdy spoglądała za oddalającą się czarodziejką, opierając swoją brodę na dłoni, z figlarnymi iskierkami zainteresowania tańczącymi w jej oczach.
        Okazało się jednak, że umysł Ariatte pracował jeszcze na dostatecznie wysokich obrotach, aby ta zorientowała się w wytrychu, który celowo zostawiła jej Vaela, która zachichotała w chwili, gdy czarodziejka powróciła na swoje miejsce i kazała jej obserwować mężczyznę – fakt, dla niego może tak zabawne to nie było, no ale... przecież  sam się prosił, utrzymując taką minę! Teraz przynajmniej zdjął  siebie ten paskudny płaszcz i może da się porwać zabawie? Cóż... warto zdecydowanie mieć nadzieję! Nawet satyrka nie mogła w końcu być we wszystkich miejscach jednocześnie i pomagać każdemu zażyć nieco rozrywki. A czarodziejce ocaliła życie, więc zdecydowanie szybciej uda jej się je przemienić!
        Vaela odchyliła się na krześle i założyła ramiona na piersi.
        - Jeżeli mam być szczera, to miałam nadzieję, że włożysz w to nieco więcej ognia – odpowiedziała, wciąż chichocząc. - Ale muszę przyznać, że patrzenie, jak się wijesz było całkiem zabawne! I dobrze wiedzieć, że jesteś oddana kozim zabawom aż tak bardzo, że gotowa jesteś podjąć się uchybiających czynów! Doceniam to, kozi bogowie z pewnością cię wynagrodzą, jeżeli wciąż będziesz kroczyć tą ścieżką.
        Na twarzy Vaeli na chwilę pojawił się cień zaniepokojenia, kiedy usłyszała polecenia czarodziejki i spojrzała w stronę wskazanych przez nią mężczyzn. Nietypowa dla niej, skupiona mina towarzyszyła jej kilka sekund, z pewnością mogąc wzbudzić niepokój w większości osób, której zdarzyło jej się nieco lepiej poznać. Po chwili jednak w jej oczach pojawił się dziwny błysk, gdy skierowała wzrok na wstającą czarodziejkę, a chwilę później zalśniły jej zęby, kiedy przywołała na twarz swój charakterystyczny uśmiech i także się podniosła, po czym zarzuciła ramię na biodro czarodziejki, mocno ją chwytając i przyciągając do siebie.
        - Przekozie zadanie, moja droga! Chodźmy, nie pozwólmy im czekać!
        Czym prędzej ruszyła w stronę stolika z mężczyznami, ciągnąc przy sobie czarodziejkę nawet, gdyby ta nie chciała iść, żwawo się przemieszczając. Puściła ją dopiero, gdy znalazły się w pobliżu ich celu.
        - Tylko nie wystaw mnie tutaj, w razie czego naprawdę przyda się twoja pomoc! Bądź gotowa do akcji!
        Vaela zerknęła jeszcze raz na mężczyzn, po czym bez większych oporów wepchnęła się pomiędzy nich, opierając dłonie na stoliku i pochylając się, unosząc przy tym jedną nogę z kolanie i pojawiając się doskonale w zasięgu ich wzroku.
        - Hej, nie chcielibyście posłuchać, jak rozmnażają się satyry?
        Zaskoczony, ale zadowolony pomruk poniósł się po stoliku mężczyzn, którzy zdecydowanie byli zbyt podchmieleni, aby zwracać szczególną uwagę na futrzaste nogi lub inne wątpliwe pod względem atrakcyjności elementy ciała satyrki. Zadowolona z reakcji Vaela oparła się pewniej, a następnie...
        - Otóż satyry powstają poprzez umieszczenie magicznie stworzonego zarodka w ciele ludzkiej kobiety z pomocą tejże magii. Tak ogólnie. Wchodząc w szczegóły, w pierwszej kolejności należy pozyskać męski element, ale w tym przypadku raczej preferowany jest sztucznie stworzony, gdyż mniejsza jest możliwość, że będzie zawierać jakiekolwiek defekty. Aczkolwiek ludzkiego można też użyć w wypadku, kiedy czas i koszty grają istotniejszą rolę niż efekt końcowy. Następnie potrzebny jest żeński element, pozyskiwany raczej bez większych problemów z ciała kobiety – ten już zawsze poddawany jest magicznym modyfikacjom, a następnie dochodzi do ich połączenia na zewnątrz organizmu, zazwyczaj w magicznych gajach, gdzie panująca aura zapobiega uszkodzeniu owych elementów. Następnie należy stworzony zarodek wprowadzić do ciała surogatki, gdzie po kilku miesiącach noszenia ciąży rodzi się małe satyrzątko, raczej w sposób dosyć bolesny z powodu różnic anatomicznych.
        Przy stoliku zapanowało milczenie.
        - Otóż, ja i moja towarzyszka jesteśmy bardzo chętne, aby wypróbować to. To ta tam, ta ruda, jest czarodziejką i chętnie pozyska od któregoś z was męski element. Oczywiście naturalny sposób nie wchodzi w grę, szansa skażenia jest zbyt wielka. Jednak nie obawiajcie się, magia jest naprawę potężna i umożliwi zabranie go bezpośrednio z waszych ciał! Co prawda moja przyjaciółka wlała w siebie dzisiaj sporo alkoholu, ale wciąż jest bardzo pozytywnie do tego nastawiona! Ach, i jej żywiołem jest ogień, więc niestety może się tam trochę coś wam przypiec... ale nie musi! Na pewno uda się tego uniknąć, w końcu będzie ostrożna! To jak, panowie?
        Wystarczyła chwila, aby po koza oderwała się od stolika, przebiegła obok czarodziejki śmiejąc się i krzycząc: „wiej!”. W stronę Ariattę pomknęło dwóch mężczyzn z okrzykami „wiedźma!” na ich ustach. Za satyrką, pomykającą pomiędzy stłoczonymi ludźmi z radością i śmiechem, ruszyła trójka opojów, ale Vaela całkiem sprawnie przed nimi umykała. Z niepojętych powodów niezwykle trudno było jej zgubić mężczyzn – w końcu jak bardzo mogła rzucać się w oczy?! - ale tłum nawet w tak kłopotliwych okolicznościach był nadzwyczaj pomocny. W końcu satyrka przypadła do lady, posyłając uśmiech znanemu karczmarzowi oraz siedzącej obok, zastanawiająco bladej dziewoi. Pewnie szlachcianka, bo co innego mogło być tego powodem?!
        - Hej, jak się bawisz? - zagadała do niej satyrka, jak gdyby nic, opierając przy tym ramię na blacie. - Nie wyglądasz na zbyt rozrywaną.... może zagramy w grę?! Zawiera sporo alkoholu, przełamywania pierwszych lodów oraz śmiechu. Otóż widzisz, nalewamy kufle do pełna, a potem po kolei próbujemy powiedzieć coś o drugiej osobie. Jeżeli ci się uda, druga osoba pije łyk, w przeciwnym razie...
        - Mamy cię, pomiocie piekieł!
        Mężczyźni pojawili się przy ladzie, a Vaela schowała się prędko za nową znajomą; trójka spojrzała na przeszkodę na swojej drodze – na jej bladą cerę, oczy, sylwetkę... pijane umysły zaczynały wyścig analizy sytuacji, aż w końcu wyłonił się zwycięzca. - Wilkołak! Ludzie, bestia w karczmie!
        - Ha! Szach-mat, ksenofoby! - zakrzyknęła zwycięsko Vaela, wychylając się zza prowizorycznej obrończyni. - Jesteśmy w mieście elfów! Elfy kochają zwierzaki! Bierz ich, wilkołaczyco! Kąsaj zębiskami! Szarp kłami! Obroń niewinną kózkę przed zwyrodnialcami!
        Satyrka śmiała się niemal szaleńczo. Może alkohol na nią nie działał, ale klimat jak najbardziej, a teraz oddała się po prostu absurdalnemu potokowi zdarzeń. Jej emocje roznosiły się w powietrzu za pomocą jej magii, od razu wprawiając wszystkich wokół w jeszcze bardziej humorystyczny nastrój.
Avatar użytkownika
Vaela
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Dérigéntirh, Ognaruks, Sarpedon, Malawiasz, Vaela, Ziharria, Natanis, Sitrina,
Rasa: Satyrka
Aura: Owa aura o średniej sile magicznej różni się znacznie od każdej znanej, między innymi swym zapachem, który łączy przyjemną i słodką woń kwiatów z tą, która charakterystyczna jest dla kóz. Ponadto wykonuje niezwykle szybkie ruchy ukazujące pewną powtarzającą się sekwencję, co można by uznać za rodzaj tańca. Towarzyszą temu szmaragdowe błyski światła, jednakże ich zachowanie jest znacznie bardziej chaotyczne. Przechodząc do powłoki, na pierwszym planie, występują, otaczające całość, miedziane ślady kopyt. Otaczają one maleńkie nutki, gdzie każda ich grupa, którą tworzy obrys podkowy, wygrywa zupełnie inną melodię. U podstawy widnieje żelazna, wyraźnie zaznaczona linia znacznej grubości. Wszędzie natomiast są skupiska złotego pyłu, który nawet lewituje wokół i osiada na czytającym, by po chwili zachwytu zniknąć i zjawić się ponownie we właściwym miejscu. Uszy pieści zmysłowy szept, wywołujący istną burzę uczuć przetaczająca się przez organizm. Po dotknięciu powierzchni łatwo stwierdzić, iż należy do tych twardych, jest także w wielu miejscach niebezpiecznie ostra, a w kilku niespodziewanie tępa. Podobnie jest ze złotymi drobinkami będącymi również niezwykle aksamitnymi, ponieważ tam, gdzie ich brakuje czuć jedynie nieprzyjemną chropowatość. Uparcie przykleja się do podniebienia, jakby nie chciała dać nigdy o sobie zapomnieć.
Wygląd: Satyrka zdecydowanie posiada nadzwyczaj charakterystyczny wygląd, co sprawia, że naprawdę trudno jest pomylić bohaterkę legend i mitów z kimkolwiek innym. Zanim jednak o rzeczach, które posiada, warto wspomnieć o tym, czego zdecydowanie się w jej wyglądzie nie uraczy. Delikatnie mówiąc, Vaela nie odnalazła by się w roli uwodzicielskiej pokusy; przeszkodę stanowią nie tylko pokryte ... (Więcej)

Postprzez Caitriona » Cz lis 01, 2018 12:39 am

Gdy Alstair zapalał świece, Caitriona z wahaniem przycupnęła na krawędzi krzesła, skubiąc skraj peleryny. Rozglądała się niepewnie, chociaż w pomieszczeniu i tak nie było zbyt wiele do podziwiania. Ot, surowy wystrój, brak osobistych pamiątek, i tylko łóżko przykryte kolorową narzutą, zapewne wełnianą i wydzierganą przez jedną z matron rodu. Wnętrze pachniało drewnem i jeszcze czymś, czymś korzennym, co kojarzyło się błogosławionej ze świętami. Właściwie nie pamiętała, kiedy ostatni raz spędzała święta, takie z prawdziwego zdarzenia. W szpitalu w Rapsodii rzadko się obchodziło jakiekolwiek święta — może jedynie to poświęcone matce Naturze, kiedy małe dziewczynki przebierały się w białe sukienki i rzucały w powietrze płatki kwiatów, a ludzie na polach śpiewali piosenki na cześć Matki i prosili ją o dobre zakończenie żniw. Nawet w szpitalu robiło się wówczas odświętnie. Uzdrowiciele przystrajali korytarze gałązkami oraz roślinami, zaś w kuchni pieczono mnóstwo korzennych ciastek w kształcie różyczek, przyozdobionych białym i czerwonym lukrem. Smakowały naprawdę dobrze.
— Hej?
Poderwała zaskoczona głowę i spojrzała na rycerza. Stał nieopodal, pocierając kark i wyraźnie nie wiedząc, co powiedzieć. Uśmiechnęła się lekko, po czym wyciągnęła rękę w stronę Alstaira.
— Przepraszam, zamyśliłam się odrobinę. Może usiądziesz? Musi być niewygodnie tak ciągle stać…
Rycerz skinął głową, lecz nie złapał wyciągniętej ręki Caitriony. Taki zawstydzony wyglądał całkiem uroczo.
— Więc… — zaczął. — Chciałabyś może coś zjeść? Albo…
Caitriona już otwierała usta, żeby mu odpowiedzieć, kiedy usłyszeli huk z ulicy nieopodal oraz towarzyszące mu krzyki. Spojrzeli po sobie i wybiegli z domu. Alstair dobył miecza; ruszyli w kierunku źródła hałasu. Nie uszli daleko, kiedy ich oczom ukazała się pomarańczowa łuna. Wystraszeni pożarem ludzie biegali we wszystkich kierunkach, kilku uciekinierów minęło nawet Alstaira i Caitrionę. Tylko nieliczni zabrali się za gaszenie pożaru. Alstair od razu przejął dowodzenie i gromkim głosem wykrzykiwał rozkazy, pomagając w ewakuacji ludności oraz zapobieganiu dalszemu rozprzestrzenianiu się ognia. Niedługo później zjawiło się więcej przedstawicieli straży miejskiej. Wspólnymi siłami i po zużyciu chyba ton wody z pobliskiej rzeki udało się powstrzymać pożar, lecz musieli również uratować kilka osób z zgliszcz spalonych domów; ratownicy nawet wynieśli z ognia płaczące dziecko. Było też wielu rannych — poparzonych i z połamanymi różnymi częściami ciała. Cait uwijała się wśród nich, udzielając doraźnej pomocy. Usztywniała złamane kości tym, co miała pod ręką, kawałkami szmat oraz patykami. Gorzej było z tymi, którzy byli poparzeni. Z mniej poważnymi poparzeniami była w stanie poradzić sobie z pomocą maści, nieco gorzej było z rozleglejszymi, gdzie praktycznie cała skóra była czerwona, aż do kości. Błogosławiona nie miała w sobie aż tyle siły ani magii, żeby je całkowicie wyleczyć, więc jedynie starała się uśmierzyć ból, żeby ranni mogli jakoś dotrzeć do szpitala. Tam znajdą się pod profesjonalną opieką i z całą pewnością wyzdrowieją.
Pożar nie był wcale taki duży i na szczęście nikt nie zginął, lecz całkowicie spłonęły trzy domy oraz majątek całych rodzin. Ta dzielnica Elfidranii wcale nie była taka zamożna — mieszkańcy nawet nie mieli tyle pieniędzy, żeby zbudować domy z cegły — więc strata była dla nieszczęśliwców niepowetowana.
Błogosławiona przetarła twarz, nawet nie wiedząc, że rozsmarowuje po niej sadzę. Była całkowicie zmęczona całym dniem i miała ochotę usiąść na ziemi i zasnąć. Pozostała jej tylko jedna osoba do założenia opatrunku, młoda kobieta, która wpatrywała się w Caitrionę przerażonym wzrokiem. Miała złamaną nogę; spadła na nią belka z walącego się domu. Musiało ją okropnie boleć, ale przez cały czas milczała. Nie powiedziała ani słowa nawet wtedy, gdy błogosławiona składała kości do kupy, trzymała tylko dłoń aniołki i się trzęsła. Caitriona szeptała do niej uspokajające słówka, sama ledwo żywa. Wreszcie proces leczenia dobiegł końca, błogosławiona zrobiła, co tylko mogła. Ustawiła kości we właściwych miejscach i wlała w nie trochę magii, żeby szybciej się zrastały, ale całą resztę musieli zrobić uzdrowiciele ze szpitala. Ona już nie była w stanie.
— Chodź, Cait. Zrobiłaś już wystarczająco dużo.
Alstair pomógł jej wstać i objął ramieniem w talii, widząc, że błogosławiona ma kłopoty z ustaniem na nogach. On sam był równie usmolony jak ona.
— Dokąd mnie zabierasz? — spytała, próbując wytrzeć ręce o skraj sukienki.
— Z powrotem do mnie. To najbliżej, a ty się już ledwo trzymasz na nogach. Myślę, że powinnaś się przespać, choć kilka godzin, bo zaraz padniesz.
Caitriona przytaknęła. W tej chwili zgodziłaby się naprawdę na wszystko, byleby tylko móc już choć na chwilę zasnąć.
— No dobrze, księżniczko.
Alstair wziął ją na ręce, nie przejmując się jej okrzykami protestu, i skierował się w stronę uliczki, którą tutaj dobiegli. Ciężar Caitriony nie robił na nim żadnego wrażenia i zanim nawet dotarli z powrotem do jego domu, błogosławiona zasnęła.
Rycerz powoli położył ją na swoim łóżku i przykrył kocem. Aniołka się nawet nie poruszyła, pogrążona w głębokim śnie, więc Alstair się uśmiechnął. Złożył buziaka na jej czole i usiadł na krześle. Przez dłuższą chwilę po prostu tak siedział w ciszy, przecierając twarz i od czasu do czasu spoglądając na Caitrionę. Śpiąca błogosławiona naprawdę wydawała się aniołem. Miała buzię dziecka, piękne usta, długie i miękkie włosy otaczające jej twarz niczym aureolę. Wyglądała spokojnie, lekko się uśmiechała, jakby śniło jej się coś przyjemnego.
Rycerz sam nie mógł powstrzymać uśmiechu. Wreszcie jednak i nad nim zmęczenie wzięło górę. Rozłożył na podłodze pled i położył na nim wolną poduszkę. Noce w Elfidranii były ciepłe, więc nie potrzebował dodatkowego okrycia. Zasnął błyskawicznie i ani razu nie przyśniły mu się tej nocy koszmary.
Avatar użytkownika
Caitriona
Szukający drogi
 
Inne Postacie: Primavera,
Rasa: Błogosławiona
Aura: Ta dobra i łagodna aura przede wszystkim rozbłyskuje jaskrawym szafirem. To dopiero pośród niego da się wypatrzeć przyjemnie gładką i miękką cynę, podczas gdy barachitowe płatki dodają kolorytu swoją subtelną giętkością i ostrymi brzeżkami. Nie zdziwi cię pojawiający się tutaj przyjazny ton. Od początku czujesz się mile widziany pośród emanacji, jakby chciała zapytać czy potrzebujesz pomocy. Wesoły śmiech dzieci również nie będzie zaskoczeniem, prędzej zwyczajnie spełni twoje oczekiwania wobec tej aury. Słodki zapach lilii w pełnym rozkwicie unosi się w powietrzu jakbyś właśnie znalazł się w letnim ogrodzie podczas słonecznego popołudnia. Doskonale współgra on z żegnającymi cię przyjemnie kwaskowym smakiem i wyjątkowo delikatną lepkością.
Wygląd: Jest osóbką średniego wzrostu, choć niektórzy mogliby ją uznać za niską. W tłumie nie rzuca się w oczy – jej szczupłe ciało zawsze otula szara, długa peleryna z kapturem, która chroni swoją właścicielkę przed deszczem i zimnem. Anielską twarzyczkę Caitriony okalają długie, brązowe włosy, sięgające za ramiona. Często przyozdabia je kolorowa wstążka, najczęściej ... (Więcej)

Postprzez Ariatte » Pn lis 05, 2018 10:02 pm

Poczuła lekkie ukłucie w żołądku, spowodowane nagłym atakiem stresu. Coś podpowiadało jej, że Kozica wpadła na niezbyt rozsądny pomysł. Śmiały chwyt za talię czarodziejki i prowadzenie jej do tych mężczyzn nie mogło zwiastować niczego dobrego. Ariatte odsunęła się na bezpieczną odległość od słuchających wykładu Vaeli mężczyzn, by przypadkiem nie zostać ofiarą nagłego szturmu lub innych czynności, mogących zagrozić jej zdrowiu. Im dalej satyrka brnęła w swoje historie o rozmnażaniu się jej rasy, tym bardziej płomiennowłosa żałowała wyzwania, które dała towarzyszce. Wreszcie nadszedł punkt kulminacyjny historii. Ari nie mogła uwierzyć, że Vaela jest na tyle szalona, by pokazać tym mężczyznom to wszystko w praktyce. Chociaż może wcale nie chodziło jej o to? Może robiła to tylko dla zabawy i zamieszania, które to wywołało?
- Vaelo, nie... - czarodziejka zwróciła się do towarzyszki z politowaniem. Załapała się obiema dłońmi za głowę i potrząsnęła nią, jakby chcąc obudzić się z jakiegoś absurdalnego snu. Jednak ku zawiedzeniu to wszystko nie było żadnym snem. Mężczyźni naprawdę rzucili się na nie obie, jakby zasługiwały na ukrzyżowanie za to, co właśnie im opowiedziały. Płomiennowłosa skierowała swoje błagalne spojrzenie w stronę satyrki, oczekując na jakąkolwiek pomoc z narwanymi osobnikami. Lecz ta jedynie zniknęła w tłumie. Czarodziejce nie pozostało nic innego, jak próbować zrobić to samo. Dlatego też odwróciła się w stronę rozbawionej gawiedzi i szybkim krokiem zaczęła przepychać się pomiędzy ludem. Na szczęście nie trwało to długo, gdyż gdy tylko zbliżyła się do dwóch tęgich i dobrze zbudowanych elfickich osobników, ci stanęli za nią i zablokowali ciałem drogę dwóm mężczyznom, którzy ją gonili. Ariatte przystanęła, by przyjrzeć się zaistniałej sytuacji.
- Przykro mi, ale wasze zachowanie jest nie na miejscu. - jeden z elfickich wybawicieli upomniał oprawców, którzy przystanęli i z zaczepnym spojrzeniem przygryzali wargę.
- Tożto wiedźma! W naszych stronach takie lądują na stosie! - krzyknął ten odważniejszy.
- To jest Elfidrania i tutaj szanujemy wszystkich, którzy znajdą się za murami tego miasta. Poza tym, kobieta, którą chcecie palić jest lokalną czarodziejką, która przysługuje się mieszkańcom na wiele różnych sposobów. Dlatego też muszę zadbać o to, by pozostała przez was nietknięta. - tym razem drugi elf włączył się do rozmowy. Po jego słowach dwaj oprawcy rzucili gniewne spojrzenia w stronę płomiennowłosej, a następnie udali się do wyjścia karczmy.
- Dziękuję. Nie wiem, co im odbiło. My się tylko chciałyśmy zabawić... - Ariatte nie do końca rozumiała, że dwaj elficcy strażnicy mogą nie wiedzieć, o co jej właściwie chodzi. Ale jak to po alkoholu - czarodziejka robiła się gadatliwa i musiała bredzić bardziej sama do siebie niż do kogoś innego.
- Pani, zawsze do usług. Takiego zachowania nie tolerujemy w tym mieście. Dobrze o tym wiesz.
- Tak, jeszcze raz dziękuję. - czarodziejka otarła czoło z potu, uśmiechnęła się do swych wybawicieli i skierowała swój krok do lady, by zapytać się karczmarza, czy nie widział gdzieś rozbrykanej satyrki. Ku jej zdziwieniu, Vaela również znalazła się przy barku. Razem z trzema rozdrażnionymi mężczyznami. Płomiennowłosa westchnęła z politowaniem widząc, że jej towarzyszka chowa się za kolejną ofiarą tego cyrku. Szybkim i pewnym krokiem zaszła oprawców Kozicy od tyłu, po czym chwyciła jednego za ramię i odwróciła w swoją stronę. Biedak nawet nie wiedział, co tak właściwie się dzieje, gdyż gdy tylko skierował swój wzrok na czarodziejkę, otrzymał mocny cios pod brodę. Jego głowa odchyliła się w tył, a ciało bezwładnie spadło na drugiego z oprawców. Teraz obaj leżeli na ziemi. Jeden nieprzytomny, a drugi przygnieciony przez ciało swojego kolegi.
- A ty? Gdzie chcesz oberwać? Nos, wątroba, czy może miejsce, z którego można pozyskać materiał niezbędny do rozmnożenia satyra? - Stanęła z zaciśniętą pięścią i groźnym wyrazem twarzy, nie będąc do końca pewną, czy jest to dobry pomysł. Zamierzała jedynie przestraszyć trzeciego grą słowną. Wiedziała, ze gdy dojdzie do bójki nie ma z nim szans. Liczyła także na to, że nie odważy się uderzyć kobiety. Chociaż kto wie?
Avatar użytkownika
Ariatte
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Anetheron, Verfnir, Nathanea, Semirian,
Rasa: Czarodziejka
Aura: Jest to dość silna emanacja o barwach lekko już przytłumionych przez lata. Wokół silnie i wyraźnie brzmią trzaskające płomienie i to one zdają się być sednem tej aury. Równie mocno rozchodzi się tutaj woń kadzideł i świec rozgrzanych niedostrzegalnym, chociaż słyszalnym ogniem. Mimo niego atmosfera panująca tutaj jest raczej chłodna i skłania do utrzymania dystansu. Jeśli jednak zachowasz kulturalną powściągliwość, bez obaw przed poparzeniem możesz podziwiać soczyste smugi kobaltu, gęsto poprzeplatane srebrnymi wstęgami. W uplocie lśnią delikatne szmaragdowe poświaty. W dotyku początkowo aura sprawia wrażenie związanej z miękkich i twardych pasm. One zaś stanowią giętką całość o wyjątkowo gładkich powierzchniach, w których skryte są bardzo ostre krawędzie, na które powinieneś uważać. Emanacja jest wyraźnie lepka, ale szybko tak jak przy poprzednich cechach ujawni się jej dwoista natura, gdy poczujesz delikatną kwaskowość.
Wygląd: Co Cię obchodzi jak wyglądam? Nie, nie wstydzę się tego, gdyż w tej kwestii nie mam naturze niczego do zarzucenia. Wzrostem nie odbiegam od normy. Mam na myśli o czarodziejskie standardy. Mierzę sobie bowiem niecałe sześć stóp wysokości. Jak widzisz mam szczupłą sylwetkę, która przyciąga do siebie płeć przeciwną, a niekiedy nawet cieszę się głębszym zainteresowaniem grupą ... (Więcej)

Postprzez Lilianna » Śr lis 07, 2018 11:29 am

Świeżo upieczona wampirzyca była chyba swoistym magnesem na kłopoty i bardzo nietypowe sytuacja. To, co właśnie zaczęło się dziać tylko upewniło ją w tym stwierdzeniu. Jeszcze niedawno uciekała z dworu jakiegoś nawet nieznanego sobie krwiopijcy, który ją przemienił, tułała się po świecie, z masą różnorakich przygód rzecz jasna, a teraz...
Chciała tylko wejść do karczmy w spokojnej, jak mówią okolicy i napić się piwa. Tylko odetchnąć, choć na moment. Jak widać to jednak za wiele i los nie lubił robić sobie przerw w przetasowywaniu jej kart po raz kolejny i kolejny na coraz to bardziej losowe i nietypowe sposoby.
Gdy jakaś półkoza skocznym i bardzo rozbawionym krokiem wpadła na nią, a właściwie za nią Liliana prawie ulała piwa z kufla, ale zdołała opanować sytuację i w porę odłożyć szkło na blat lady, do której teraz stała już plecami po "przywitaniu się" z wyjątkową istotą. Ta druga właściwie jakoś wcisnęła się pomiędzy plecy drobnej wampirzycy, a dębowy blat. Lily potrzebowała dosłownie części sekundy by zorientować się dlaczego. Otóż trójka rosłych i mocno już wybawionych mężczyzn zmierzała w ich stronę wykrzykując coś. Cudownie. W pytającym spojrzeniu jej chłodnozłotych oczu, które posłała satyrce, jakby żądając wyjaśnień można było wyczytać coś, jak szczyptę pogardy zmieszaną z totalnym brakiem zrozumienia zabawy. Na wyjaśnienia jednak nie było czasu, bo mężczyźni zaraz zaczęli coś wykrzykiwać. Żeby było śmieszniej zidentyfikowali ją jako likantropkę, a na dodatek z jaką pewnością. Niesamowite, jak inteligentni są ludzie w tych stronach. Westchnęła cicho wypuszczając zimne powietrze z drobnych, sinych ust. A Vaela jeszcze im zawtórowała.
Gdyby nie sytuacja, w której właśnie się znajdowała pewnie zachowałaby się, jak urażona i poirytowana nastolatka, ale jakby musiała jeszcze jakoś odeprzeć... atak? Ciężko było właściwie stwierdzić. Rozejrzała się bardzo szybko dookoła, uniosła dłonie w geście w stylu. "Ja nic nie wiem, mnie w to nie mieszajcie."  Nie sądziła, by mogło to poskutkować czymkolwiek, ale na prędce spróbowała coś wyjaśnić.
- Jestem tylko kupiecką córką, przyszłam na piwo i nic więcej. Dajcie mi spokój Panowie. - ton głosu starała się zachować chłodny, choć był dość dziewczęcy, delikatny, stąd większość odbiorców nie brała jej na tyle poważnie, na ile by sobie tego życzyła wampirzyca. Warto też dodać, że kłamała, jak z nut. Bez zająknięcia. Właściwie wszystko co wypowiadały jej usta można było uznać za prawdę, a tą lubiła sobie manipulować na różne sposoby, byle z korzyścią dla siebie, rzecz jasna.

Liliana właściwie nie zamierzała podejmować żadnej walki, ba ciężko było jej wpaść na stosowną do podjęcia akcję, poza nerwowym rozglądaniem się za pomocą. Umówmy się drobna dziewczyna i koza przeciwko trzem zbitkom tłuszczu i mięśni. Konfrontacja nie wchodziła w grę, choć poirytowanie całą tą sytuacją zdawało się z każdą sekundą działać coraz bardziej na młodą dziewczynę. Całe szczęście pomoc miała już za moment dotrzeć, co ciekawe równie niespodziewanie, co kłopoty.
Tak też się stało, gdy za plecami chłopów pojawiła się czarodziejka w wielce bojowym nastroju. Zbawienie, jakby nie patrzeć było wyczekiwane, jak kojące ciepło domowego ogniska po długim jesiennym spacerze podczas chłodnego wieczoru. Sprawność, z jaką kobieta poradziła sobie z dwójką rosłych facetów zrobiła na Lily niezłe pierwsze wrażenie, wtedy też ich spojrzenia spotkały się po raz pierwszy, choć tylko na krótką chwilę. Swoje ogniste tęczówki zaraz po tym Ariette skierowała na ostatniego z trójcy, który właśnie odwrócił się do wampirzycy tyłem. Gdyby nie fakt, że znajdowali się w karczmie, a co więcej zaraz przy ladzie bez zawahania przeszyłaby chłodną stalą jego brudną i przepoconą skórę. Ot tak, by zadać ból. Wyładować swoją irytację. Wyszczerzyła jedynie drobne jeszcze kiełki w krótkim uśmiechu, z którego biło pogardą do istot, jakie uznawała za gorsze. W sumie była to dość spora część istnień.
Wstrzymała na chwilę oddech i zamachnęła się z całej siły, by walnąć łysego pijaczynę otwartą dłonią w odpowiednie miejsce na potylicy. Zrobiła to tak pewnie i precyzyjnie, że dziada z pewnością zamroczyło, a przed sobą gorącą czarodziejkę zobaczył w towarzystwie paru gwiazdek i mroczków. Zaraz po tym Lilianna kopnęła go z kolana prosto w udo, tak, że mięsień na chwilkę odmówił mu posłuszeństwa. Niewielki wzrost dziewczyny ułatwił jej jedynie w celnym trafieniu w odpowiednią partię nogi wyższego faceta. Później już tylko delikatne pchnięcie i osiłek zachwiał się, a później niemal bezwładnie padł przed płomiennowłosą na kolana. Głównie właściwie za sprawą dużej ilości alkoholu płynącej w jego krwi, ale można śmiało uznać, że wampirzyca wiedziała jak wykonywać akcje, których się podjęła. Gdy gość już klęczał między nią, a pradawną ich spojrzenia spotkały się po raz drugi. Na bladej twarzy Lily pojawił się delikatny uśmiech, a jej chłodne analizujące spojrzenie znów, zaraz po tym, jak zbadało okolicę utkwiło w gorącej czerwieni źrenic Ariette.
- Nie ma za co. - rzuciła krótko. Chyba właściwie do satyrki, ale nawet się do niej nie odwróciła.
- To Twoja zguba? - zapytała stojącej na przeciw kobiety, kiedy półkoza wyłoniła się prawdopodobnie po opanowaniu sytuacji zza jej pleców.
Tu chciała jeszcze zarzucić uwagą w stylu. "Powinnaś ją krócej trzymać.", albo coś na wzór tego, ale przemilczała pogardliwe myśli. Stwierdziła, że chyba należy jej się kilka słów wyjaśnień, albo po prostu święty spokój. Poczekała, co wydarzy się dalej.
Avatar użytkownika
Lilianna
Zbłąkana Dusza
 
Inne Postacie: Yao, Sven, Frey, Hessan,
Rasa: Wampirzyca (Jeszcze rok temu człowiek)
Aura: Aura charakteryzuje się znacznie ponadprzeciętną siłą magiczną. Już z oddali widać topazowe rozbłyski niosące ze sobą woń świeżej krwi wciąż jeszcze mieszającą się z ludzkim potem. Gdy podejdziesz bliżej, ujrzysz platynową, twardą powłokę, którą obwiązują kobaltowe wstęgi o żelaznych, lśniących końcówkach, delikatnie falujące, nawet gdy nie ma wiatru. Tu i ówdzie wiruje miedziany pyłek, opadając ostrożnie na powłokę i wszystko wokół. Niespodziewanie do uszu dociera echo czyichś słów, nim jednak zdoła się określić treść, jaką niesie, zanika w niepokojącej ciszy, która pochłania wszelki dźwięk. Emanacja popisuje się elastycznością, skutecznie unikając dotyku, straszy ostrymi jak brzytwa brzegami, a równocześnie kusi aksamitnym meszkiem na całości. Na koniec pozostawia pikantny posmak i nieprzyjemną lepkość w ustach.
Wygląd: Liliana jest kobietą przeciętnego wzrostu, mierzy pięć i pół stóp. Raczej drobnej budowy, o delikatnych rysach twarzy. Można powiedzieć nawet, że nieco szlacheckich, w końcu jest, znaczy było w niej coś ze szlachetnej krwi przed przemianą. Jej jasnobrązowe tęczówki czasem przechodzą w złotawy odcień, zależnie od światła lub emocji bohaterki. Długie ciemne blond włosy ... (Więcej)

Postprzez Caitriona » N gru 02, 2018 9:44 pm

Błogosławiona obudziła się przed bladym świtem i przez krótką chwilę kontemplowała, czy w ogóle musiała wstawać. Było jej w łóżku nadzwyczaj dobrze. Właściwie nie pamiętała, kiedy ostatni raz spała w jakimkolwiek porządnym wyrku. Zazwyczaj za posłanie służyła jej ziemia i własny płaszcz, nic więcej. Nie miała na własność domu, w którym mogłaby spędzić noc. Dotychczas się specjalnie nie zastanawiała nad wyborem profesji, bo zawsze wydawało jej się, że innej opcji nie było, że skoro już jej serce rwało się do podróży, mogła przy okazji wykorzystać swój talent i pomóc napotkanym po drodze istotom. Teraz jednak po raz pierwszy zaczęła się zastanawiać nad tym, czy by nie osiąść gdzieś w jakimś miejscu na stałe. Konkretniej — w Elfidranii, najlepiej u boku śpiącego beztrosko na podłodze rycerza. Przecież mogła z łatwością znaleźć posadę w miejscowym szpitalu lub nawet chodzić po domach i udzielać pomocy za drobną opłatę… Prawdę mówiąc, naprawdę nie miałaby nic przeciwko temu, żeby co noc powracać do tego samego ciepłego wyrka zamiast przeziębiać się po każdym śnie na gołej ziemi.
       Ale najpierw… Najpierw musiała znaleźć swojego pupila. Wyrzucała teraz sobie, że w tym pijackim szaleństwie tak po prostu zapomniała o Sonrisie, która pewnie biedna spała teraz gdzieś w krzakach nieopodal karczmy lub powędrowała w miasto… Caitriona osobiście wolałaby pierwszą opcję, bo jeżeli gronostaj faktycznie postanowił zmienić miejsce pobytu i się gdzieś wynieść, mogła go szukać przez całą wieczność, a pewnie i tak by go nie znalazła. Wbrew pozorom bardzo się do tego zwierzątka przywiązała i nie potrafiłaby się z nim tak po prostu rozstać. Ale nawet gdyby nie mogła jej znaleźć… na pewno jakaś uzdolniona czarodziejka mogłaby wykonać zaklęcie lokalizujące, prawda? O ile takowe działało na zwierzęta.
       Niechętnie zgrzebała się z łóżka. Gdy jej bose stopy dotknęły podłogi, aż się wzdrygnęła. Do niewielkiej izby z łatwością przenikał chłód poranka i błogosławiona zadrżała. Narzuciła sobie na ramiona pled, usiłując odnaleźć swoje buty i przypadkiem nie nadepnąć na śpiącego na podłodze Alstaira. Czuła się podwójnie winna — że uciekała ukradkiem jak zbieg i że pozwoliła mu spać na podłodze. I że jej gronostaj zaginął.
       O, Stwórco.
       Nie zdołała nawet dotrzeć do drzwi, kiedy Alstair się obudził. Początkowo usłyszała tylko pomruk dezaprobaty i pomyślała, że się przesłyszała, wkrótce jednak w ślad za basowym pomrukiem podążyło pytanie:
— Dokąd się wybierasz?
Zamarła z ręką na klamce i powoli się odwróciła. Dopiero co obudzony rycerz wyglądał naprawdę uroczo. Przecierał dłonią zaspane oczy, lecz po chwili spojrzał na nią nieco przytomniej. Przeczesał palcami włosy, jak gdyby odrobinę nerwowo.
— Idę poszukać gronostaja. Spędziła wystarczająco dużo czasu beze mnie.
— Ach. Poczekaj, pójdę z tobą.
W zasadzie nie potrzebowała eskorty, ale to było całkiem miłe, więc nie potrafiła odmówić. Posłała mu tylko nieśmiały uśmiech; jego własny był zdecydowanie szerszy.
Miasto dopiero budziło się do życia, więc po drodze do karczmy nie spotkali zbyt wielu osób. Nawet rynek wyglądał na wyludniony, kiedy nie było na nim przekrzykujących się przekupek usiłujących wcisnąć towary za jak najwyższą cenę. Caitriona i Alstair dotarli więc do karczmy w spokoju, kąpiąc się w pierwszych, nieco jeszcze bladych promieniach słońca. Tam, jednakże, balanga trwała w najlepsze i błogosławiona zupełnie nie wiedziała, jak ma znaleźć swojego gronostaja.
Avatar użytkownika
Caitriona
Szukający drogi
 
Inne Postacie: Primavera,
Rasa: Błogosławiona
Aura: Ta dobra i łagodna aura przede wszystkim rozbłyskuje jaskrawym szafirem. To dopiero pośród niego da się wypatrzeć przyjemnie gładką i miękką cynę, podczas gdy barachitowe płatki dodają kolorytu swoją subtelną giętkością i ostrymi brzeżkami. Nie zdziwi cię pojawiający się tutaj przyjazny ton. Od początku czujesz się mile widziany pośród emanacji, jakby chciała zapytać czy potrzebujesz pomocy. Wesoły śmiech dzieci również nie będzie zaskoczeniem, prędzej zwyczajnie spełni twoje oczekiwania wobec tej aury. Słodki zapach lilii w pełnym rozkwicie unosi się w powietrzu jakbyś właśnie znalazł się w letnim ogrodzie podczas słonecznego popołudnia. Doskonale współgra on z żegnającymi cię przyjemnie kwaskowym smakiem i wyjątkowo delikatną lepkością.
Wygląd: Jest osóbką średniego wzrostu, choć niektórzy mogliby ją uznać za niską. W tłumie nie rzuca się w oczy – jej szczupłe ciało zawsze otula szara, długa peleryna z kapturem, która chroni swoją właścicielkę przed deszczem i zimnem. Anielską twarzyczkę Caitriony okalają długie, brązowe włosy, sięgające za ramiona. Często przyozdabia je kolorowa wstążka, najczęściej ... (Więcej)

Postprzez Ariatte » Pt gru 07, 2018 10:11 pm

Czarodziejka z zapartym tchem obserwowała, jak ofiara kozicy radzi sobie ze zbójem. Gdy było po wszystkim zaczęła martwić się sytuacją, która miała miejsce. Rozejrzała się po karczmie i zorientowała się, że huczna zabawa dobiegła końca. Każdy gość tego zacnego przybytku skupiony był na awanturze i bójce. Gdzieś z lewej strony dobiegały stłumione przez tłum słowa dwóch strażników, którzy przed chwilą ocalili Ariatte przed oprawcami.
- Odsuńcie się! Z drogi! Dajcie nam przejść! - przeciskali się przez gawiedź, by po chwili znaleźć się przy ladzie. Po ich wyrazie twarzy można było wywnioskować, że jedyne, co czeka uczestników bójki to kłopoty. Gdy już dotarło do nich, co właśnie się wydarzyło, odwrócili się do tłumu i wykrzyknęli:
- Koniec zabawy! Wszyscy wracajcie do domów! No już! Właśnie zamykamy karczmę! - gdzieś dalej dało się słyszeć pomruk niezadowolenia i sprzeciwu, ale z ponurymi minami wszyscy skierowali się do wyjścia. Pech chciał, że nie każdy był w stanie utrzymać się na nogach, a skutkiem tego był silny cios w tył głowy satyrki. Jakiś pijany gość, próbując dotrzeć do drzwi wyjściowych zbyt gwałtownie odwrócił się w ich stronę i uderzył łokciem Vaelę. Na domiar złego ta straciła kontakt z rzeczywistością i upadła obok pokonanych w bójce mężczyzn. Zaraz po tym, płomiennowłosa nie zważając na nic zbliżyła się do swej nieprzytomnej towarzyszki i przyklęknęła przy niej, próbując nawiązać z nią kontakt.
- Hej, Vaelo! Słyszysz mnie? - gdy kozica nie reagowała, czarodziejka obejrzała miejsce, które ucierpiało przy otrzymaniu ciosu. Na szczęście nie było to nic poważnego. Jedyne, co rzucało się w oczy, to rosnący guz. Dlatego też Ari chwyciła za ramię naturiankę i lekko nią potrząsnęła. - Vaelo! Nie udawaj martwej, bo wszyscy wiedzą, że po prostu śpisz! Pobudka! - Wyglądało na to, że próby Ariatte na nic się zdają, a kozia przyjaciółka oberwała mocniej, niż mogło się to wydawać.
- Tak, to moja zguba - skierowała do blondwłosej kobiety, która swoją drogą posiadała dość niepokojącą aurę. Niestety, przez wpływ alkoholu zmysły czarodziejki nie działały w obecnej sytuacji zbyt dobrze, przez co nie mogła zidentyfikować dokładnie swojej towarzyszki w boju. - dzięki za pomoc... - dodała nieco zirytowana całym zajściem.
- Pani wybaczy... - odezwał się nagle jeden ze strażników. - ale powinniśmy zapewnić... Vaeli nieco swobody i przepływu powietrza.
- Tak, masz rację. - potwierdziła czarodziejka, po czym chwyciła przyjaciółkę pod ramiona i pytającym wzrokiem spoglądała na dwóch strażników. - Pomożecie mi? - Płomiennowłosa nie musiała prosić dwa razy, gdyż od razu po tych słowach jeden z wojowników podniósł satyrkę za nogi. Gdy wychodzili, Ari dostrzegła w wejściu Caitrionę ze swoim "gorylem", którzy, w mniemaniu czarodziejki, wrócili dalej bawić się i tańczyć po rozkosznym numerku. Ariatte posłała medyczce zmęczone i pełne zrezygnowania spojrzenie, po czym wyszła z karczmy. Zdziwiła się, gdy zobaczyła, że świat witają już pierwsze promienie słoneczne. Czas przy tej zabawie minął tak szybko, że wydawało się, jakby ktoś w magiczny sposób przyspieszył zegar i ustawił budzik słońca na o wiele wcześniejszą godzinę. Gdy już czarodziejka razem ze stróżem prawa wybrali dogodne miejsce dla poszkodowanej, ostrożnie położyli ją na wygodnej ławczce. Była ułożona w taki sposób, by mogła swobodnie oddychać i powoli dochodzić do siebie.
- Pani, przepraszam, ale... - zagadnął po chwili pomocnik płomiennowłosej.
- Żadna pani! Mam już dość tej pani, jasne? Jestem Ariatte i tak proszę się do mnie zwracać! - Czarodziejka powoli traciła cierpliwość. Co to ma znaczyć?! Ta pani?! Rozumiała etykietę i to, że nie była byle kim w tym mieście, ale dzisiejszej nocy słyszała już to słowo tyle razy, że nawet gdy nikt go nie wypowiadał, to odbijało się echem w jej głowie.
- Rozumiem. Zatem Ariatte, wszyscy będziecie musieli udać się z nami na przesłuchanie. Chyba rozumiesz...
Czarodziejka jedynie westchnęła i pokręciła głową. Nie miała już siły wpadać w furię, krzyczeć i obarczać winą te gnidy, które leżą pijane pod barkiem...


W między czasie, w karczmie, właściciel budynku, wyraźnie zdenerwowany i oburzony, sprzątał bałagan, jaki powstał przy całej tej zabawie. Zachowywał się tak, jakby nie było w pomieszczeniu nikogo innego, oprócz jego samego. Ustawiał stoliki, krzesła, wycierał wylane napoje, a nawet zmywał to, co komuś najwidoczniej się ulało.
- Proszę pani... - strażnik zwrócił się do blondwłosej i spojrzał na nią poważnym wzrokiem. - razem z tymi, którzy leżą tutaj będziecie musieli udać się ze mną i moim znajomym. Chyba wiecie, że to miasto słynie z tego, że każdy może tu spokojnie spędzić swój czas. Sytuacje takie jak ta, które miała tutaj miejsce nie mogą się wydarzać w tym mieście. Niestety, musimy wyciągnąć konsekwencje. Mam nadzieję, że pani rozumie?
Avatar użytkownika
Ariatte
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Anetheron, Verfnir, Nathanea, Semirian,
Rasa: Czarodziejka
Aura: Jest to dość silna emanacja o barwach lekko już przytłumionych przez lata. Wokół silnie i wyraźnie brzmią trzaskające płomienie i to one zdają się być sednem tej aury. Równie mocno rozchodzi się tutaj woń kadzideł i świec rozgrzanych niedostrzegalnym, chociaż słyszalnym ogniem. Mimo niego atmosfera panująca tutaj jest raczej chłodna i skłania do utrzymania dystansu. Jeśli jednak zachowasz kulturalną powściągliwość, bez obaw przed poparzeniem możesz podziwiać soczyste smugi kobaltu, gęsto poprzeplatane srebrnymi wstęgami. W uplocie lśnią delikatne szmaragdowe poświaty. W dotyku początkowo aura sprawia wrażenie związanej z miękkich i twardych pasm. One zaś stanowią giętką całość o wyjątkowo gładkich powierzchniach, w których skryte są bardzo ostre krawędzie, na które powinieneś uważać. Emanacja jest wyraźnie lepka, ale szybko tak jak przy poprzednich cechach ujawni się jej dwoista natura, gdy poczujesz delikatną kwaskowość.
Wygląd: Co Cię obchodzi jak wyglądam? Nie, nie wstydzę się tego, gdyż w tej kwestii nie mam naturze niczego do zarzucenia. Wzrostem nie odbiegam od normy. Mam na myśli o czarodziejskie standardy. Mierzę sobie bowiem niecałe sześć stóp wysokości. Jak widzisz mam szczupłą sylwetkę, która przyciąga do siebie płeć przeciwną, a niekiedy nawet cieszę się głębszym zainteresowaniem grupą ... (Więcej)

Postprzez Lilianna » N gru 09, 2018 10:25 pm

Wampirzyca nie dostała ni wyjaśnień, ni krótkiego dziękuję. Wywróciła aktorsko oczyma, po czym z obojętnością wróciła do baru. To znaczy obróciła się twarzą do karczmarza. Zamówiła kieliszek czegoś mocniejszego i wychyliła. Gospodarz był wyraźnie poirytowany, za plecami Lilianny działo się sporo chaotycznych rzeczy z gatunku takich, jakich właściciele tego typu przybytków nienawidzą najbardziej. Czytała wszystko z jego oczu z taką łatwością, był w końcu tylko prostym człowiekiem. Wódka nie była ani dobra, ani droga. Czego można było się spodziewać. Zostawiła na ladzie parę drobnych monet. Nachylając się po mieszek sprawdziła, czy wszystkie noże dobrze trzymają się uchwytów na odpowiednich pasach.
- Często macie takie jazdy? - zapytała krótko, naturalnym głosem. Chociaż zdawała sobie sprawę, jakie emocje buzują w rozmówcy. Względnie wiekowy, brodaty karczmarz w oczach miał przynajmniej lekką wściekłość zmieszaną w nieodpowiednich proporcjach z irytacją, bezradnością i nienawiścią do tych, których tak porwała zabawa. Pomyśleć, że całą bójkę rozkręciła jakaś khm.. istota z kopytami. Lily na myśl o tym zachichotała sama do siebie, w porę jednak zakrywając drobne usta bladą dłonią. Po chwili dramatycznej pauzy uzyskała też oczekiwaną odpowiedź.
- Psia mać, znów jak krew w piach. - mruknął przez zaciśnięte zęby. Nie trzeba geniusza, by domyślić się, że nie widziała mu się rozmowa o tym.
- Ehe, też nie cierpię chlejusów. - odrzekła młoda dziewczyna.
- Żeby tylko pili... Rozróba za rozróbą, a jeszcze w tak durny sposób wywołana. - złapał się za głowę. Wampirzyca zobaczyła jedynie jak pulsuje mu skroń, urwała dalszą rozmowę. Ten jedynie pokręcił łbem, połowicznie z niedowierzania, a trochę z załamania bieżącą sytuacją.

Właściwie płomiennowłosa czarodziejka, która zignorowała swojego rodzaju pomoc wampirzycy poirytowała ją nieco. Lilianna zamówiła jeszcze tego wieczoru jeden kufel zimnego piwa, który piła powoli, od czasu do czasu oglądając się przez ramię na sprzątających pobojowisko strażników. Nie śpieszyła się z piciem, właściwie zostawiła nieco mniej niż połowę trunku, gdy zdała sobie sprawę, że po jakimś czasie karczma niemal świeciła pustkami. Poczuła się nieco dziwnie. Chyba nie zdała sobie sprawy z tego, jak prędko upłynął jej czas. Rozejrzała się, ale nie dostrzegła ani strażników, ani kozy, ani ten nieuprzejmej magiczki. Dwóch gości ze straży przesłuchiwało jakiegoś gościa nieopodal drzwi, notowali jego zeznania. Lilianna przeciągnęła się. Karczmarz sprzątał już od jakiegoś czasu, ale dopiero teraz dziewczyna zerknęła z tego wszystkiego za okno. Zbliżał się świt. Jeszcze Słońce nie wstało, ale było już coraz bliżej.
- Niedobrze.. - mruknęła cichutko sama do siebie. Trzeba było wymyślić jakiś plan działania.
Ot tak wstała ze stołka i zaczęła pomagać gospodarzowi. Zbierała naczynia, odnosiła je, starała się być pomocna. Zły i zmęczony całą nocą karczmarz od razu zauważył, z początku nawet zwrócił jej nieuprzejmie uwagę.
- Co robisz, przecież dam se radę... Możesz iść. - ona była jednak uparta, coś na kształt planu tliło się w jej umyśle.
- Pomogę, pomogę, przecież potrzeba to ogarnąć, a później się wyspać. - odrzekła uprzejmie. Przyjęła postawę bardzo uczynnej, dobrej kelnereczki. Znała sporo takich, więc dobrze jej się to grało. Liczyła, że może uda się coś z tego ugrać.
- Eh.. w sumie masz rację. - westchnął zrezygnowany, zaczął otwierać okna, by wietrzyć pomieszczenie. Chłód poranka nieco go otrzeźwił, a Liliana w tym czasie złapała za miotłę i przeleciała raz dwa całą salę. Przez chwile nawet myślała, że gospodarz jest pod drobnym wrażeniem jej uczynności.
- Dziękuję.. - burknął po wszystkim, gdy dziewczyna oparła się zgrabnie o blat, zbliżyła nieco do niego i ładnie uśmiechnęła. Tak dziewczęco, wdzięcznie.
- Wie Pan, nie chciałabym tracić cennego czasu na pogadanki ze strażą, na pewno macie tu gdzieś... tylne wyjście? - zamrugała niewinnie. Gdy się uśmiechała, na jej bladych policzkach uwidaczniały się niewielkie dołeczki.
- Dobra, chodź. - wskazał jej drogę na zaplecze dłonią. Z zewnątrz wyglądało to tak, jakby po prostu dalej mu pomagała. Można nawet powiedzieć, że idealnie wtopiła się w rolę pomocnicy. Była z siebie bardzo dumna. Trochę mnie zadowalał ją fakt, że wzrok karczmarza podążał bezpośrednio za jej biodrami, gdy prowadził ją do tylnego wyjścia. Całe szczęście skończyło się na pragnącym spojrzeniu. Chyba na więcej był zbyt zmęczony. Skinęła mu krótko, szybko i sprawnie narzuciła na siebie pełny płaszcz wraz z kapturem, starannie zakryła każdą część swojej skóry. Była pewna, że pod wejściem dalej trwają czynności, więc udała się naokoło budynków, chociaż jej ciekawska natura wciąż kusiła, by powęszyć tu i ówdzie...
Poruszała się po okolicy na prawdę bardzo ostrożnie, niemal niepostrzeżenie i cicho, w czym oczywiście pomagał jej ukochany płaszcz i magiczny pierścień.
Avatar użytkownika
Lilianna
Zbłąkana Dusza
 
Inne Postacie: Yao, Sven, Frey, Hessan,
Rasa: Wampirzyca (Jeszcze rok temu człowiek)
Aura: Aura charakteryzuje się znacznie ponadprzeciętną siłą magiczną. Już z oddali widać topazowe rozbłyski niosące ze sobą woń świeżej krwi wciąż jeszcze mieszającą się z ludzkim potem. Gdy podejdziesz bliżej, ujrzysz platynową, twardą powłokę, którą obwiązują kobaltowe wstęgi o żelaznych, lśniących końcówkach, delikatnie falujące, nawet gdy nie ma wiatru. Tu i ówdzie wiruje miedziany pyłek, opadając ostrożnie na powłokę i wszystko wokół. Niespodziewanie do uszu dociera echo czyichś słów, nim jednak zdoła się określić treść, jaką niesie, zanika w niepokojącej ciszy, która pochłania wszelki dźwięk. Emanacja popisuje się elastycznością, skutecznie unikając dotyku, straszy ostrymi jak brzytwa brzegami, a równocześnie kusi aksamitnym meszkiem na całości. Na koniec pozostawia pikantny posmak i nieprzyjemną lepkość w ustach.
Wygląd: Liliana jest kobietą przeciętnego wzrostu, mierzy pięć i pół stóp. Raczej drobnej budowy, o delikatnych rysach twarzy. Można powiedzieć nawet, że nieco szlacheckich, w końcu jest, znaczy było w niej coś ze szlachetnej krwi przed przemianą. Jej jasnobrązowe tęczówki czasem przechodzą w złotawy odcień, zależnie od światła lub emocji bohaterki. Długie ciemne blond włosy ... (Więcej)

Poprzednia strona

Powrót do Elfidrania

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

cron