Ekradon[Miasto] Przyjaciele aż po grób

Warowne miasto położone u podnóża gór, otoczone grubymi murami i basztami, jego bramy zdobią dwa ogromne posagi gryfów. Miasto słynie z handlu, pięknych karczm i ogromnej armi. Armi niezwykłej, bo składającej się z wojowników i gryfów. Od setek lat ekradończycy udomawiają gryfy, które później służą w ich armi, stacjonującej w górach poza miastem.
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Skowronek
Kroczący w Snach
Posty: 210
Rejestracja: 5 lat temu
Kontakt:

[Miasto] Przyjaciele aż po grób

Post autor: Skowronek »

        Jesień minęła nim ktokolwiek się obejrzał. A później zima, wiosna, lato, kolejna jesień... Nadeszła już kolejna zima. O Skowronku - elfiej Przyjaciółce o ciętym języku - już nikt nie pamiętał. Z początku pytano, dociekano. Niektórzy nie wierzyli, że tak po prostu dała się zabić jakiemuś prostakowi w porcie - przecież jej grupa była trenowana by nie z takimi dać sobie radę. Jednak jej morderca był ponoć pod wpływem jakiś środków, które być może przechyliły szalę zwycięstwa na jego stronę. I ponoć ona sama była już w kiepskim stanie - za długo nie brała odtrutki. Tak mówiono. Jej grupa zaś nie należała do tych, którzy w ogóle uznają żałobę - są zbyt pragmatyczni. Można by uznać, że Mistrzowie nie przejęli się jej zniknięciem, ale widać była ona dla nich na tyle cenna, że pozwolili sobie na pewne sentymentalne posunięcie. Jej morderca nie wyszedł z aresztu. Zginął tam, uduszony własnym językiem - ponoć była to reakcja na ugryzienie jakiegoś robala. Robal był jednak bardzo egzotyczny i nie występował normalnie w Trytonii... Ale tam żaden stróż prawa się tym nie przejmował. Oni mieli mniej roboty, a świat był lżejszy o jednego zbira. Wszyscy wygrali.

        Skowronek również uważała się za wygraną, choć z początku było ciężko. Sukces jej przedsięwzięcia zależał od tego czy dogada się z Ralonem, a on wcale nie był taki uległy, jak mogłoby się wydawać zważywszy na jego stan. Długo wodził ją za nos, bo wiedział, że to on ma najlepsze karty w ręce. Przede wszystkim nie mogła go zabić - jego śmierć oznaczała śmierć również dla niej. Również przy torturach musiała być przez to subtelna - przykro by było, jakby przez przypadek przeholowała. Musiała więc znaleźć coś, co skusi go do współpracy i by cena dla obojga była korzystna... W końcu doszli do porozumienia, które było takie samo, jak reszta ich relacji - albo oboje zyskują, albo oboje tracą tyle samo. I jak zawsze to ona odwalała brudną robotę, a on siedział i czekał na wyniki... Jednak myliłby się ten, kto myślałby, że Skowronkowi to nie pasuje. Ona robiła to z prawdziwą radością i dużą satysfakcją. Bardzo dużą.



        Zimowa noc to cudowna pora dla skrytobójców. Bardzo cicho, bo śnieg wygłusza kroki. Bardzo pusto, bo nikomu nie chce się wychodzić na ulice ani nawet siedzieć długo w karczmie. Czasu jest w bród, bo wcześnie zapada zmrok, a ranek wstaje późno. Jedyny problem stanowi śnieg, bo na nim szybko widać skradające się postaci i łatwo zostawić ślady. Za to nigdy nie słychać kroków.
        Z tego względu ten pościg był taki niezwykły. Siedem osób - całkiem sporo. Nie starali się być niewidoczni, nie starali się być subtelni… Poza tym, że nikt nie krzyczał. Ani szóstka z pościgu, ani uciekająca przed nimi drobna postać. Nawet nie oddychali za głośno, bo ich twarze skryte były za szalami i maskami. Biegli ile sił w nogach, a śnieg tłumił ich kroki. Czasami ktoś się poślizgnął na zakręcie - zawsze ktoś z pościgu, nigdy ta samotna postać na przedzie. Ją na pewno motywowała myśl, że pierwsze potknięcie będzie również ostatnim, bo nie była w stanie odsadzić pościgu na bezpieczną odległość - nieustannie dyszeli jej w kark. Zamiast przerażenia prezentowała jednak determinację i skupienie. Niejeden z jej fachu widząc tę pogoń najpierw wzgardziłby, że w ogóle dała się nakryć, a później z uznaniem stwierdził, że radzi sobie naprawdę dobrze. Miała szansę uciec… Gdyby dobrze znała miasto. Bo Ekradon od jej ostatniej wizyty tutaj troszeczkę się zmienił, jak to każde duże, tętniące życiem miasto. Budynki powstawały i były burzone, zakładano nowe skwery, a gdzie indziej na ich miejsce stawiano gmachy. Więc pomyłka prędzej czy później musiała się zdarzyć.
        Drobna postać w czerni znajdowała się już wśród zabudowy niskich, pokracznych domków robotniczych. Ulice wiły się tu niczym żywe organizmy - przypadkowo, wedle własnego widzimisię. Dobre miejsce na zgubienie pościgu, wystarczy odpowiednio sprytnie kluczyć… I nie trafić na ślepy zaułek.
        - Kurwa! - syknęła ścigana postać. Jeszcze pchana siłą rozpędu spróbowała wybić się od zalegających w zaułku skrzyń i złapać rynny, ale ta była za wysoko. Trzy budynki, zwrócone do siebie plecami. Żadnych tylnych wejść do lokali, żadnych okien, a na dachy nie sposób było się wspiąć. Na samym końcu ktoś zmontował sobie zagrodę, za którą rosły jakieś rachityczne krzaczki i stały naczynia z ziarnem i zamarzniętą już wodą - pewnie ktoś tu sobie kury pasł latem. Ale to akurat nikogo w tej chwili nie obchodziło. Dla ściganej to oznaczało jedynie utrudnienie, a dla ścigających miłą niespodziankę - ich ofiara miała mniej miejsca do obrony. Ale wiedzieli też, że tanio skóry nie sprzeda, z jednego prostego powodu: skoro już została zmuszona do walki, na pewno nie będzie chciała zostawiać świadków. Oni zresztą też by nie chcieli na jej miejscu. Cała siódemka wyciągnęła broń. Noże, pałki, kastety - typowe wyposażenie miejskich rzezimieszków. No bo po co zwracać na siebie uwagę łukiem czy mieczem? Ona miała nóż o ostrzu nie dłuższym niż dłoń. Zaraz jednak dokonała zmiany - wykorzystując nieuwagę jednego z przeciwników, który wyszedł przed szereg i nieroztropnie się odsłonił, dopadła go, wbiła nóż w jego oko, a gdy padał bez życia i nawet bez jednego krzyku, wyjęła z jego ręki maczetę. To było znacznie skuteczniejsze narzędzie - tym bardziej, że teraz miała zacząć się właściwa walka, bez zasad, a jedynie z celem, by nikt z przeciwników na koniec nie ustał na nogach.

Awatar użytkownika
Samiel
Kroczący w Snach
Posty: 239
Rejestracja: 5 lat temu
Nagrody: [img]http://granica-pbf.pl/images/gwiazdki.png[/img]
Lokalizacja: Wrocław
Kontakt:

Post autor: Samiel »

Po pożegnaniu się z Leilą i Namirem, Samiel wyruszył w dalszą drogę. Na początku planował, że po prostu będzie szedł przed siebie, jednak już przy pierwszym rozwidleniu podjął swego rodzaju decyzję, chociaż przez nią powędrował w przeciwną stronę, niż planował na samym początku. Minęło lato, później jesień, aż w końcu nastała zima. Zabójca przyjął w tym czasie kilka zleceń, które okazały się naprawdę krótkimi… a może to on stał się w tym tak dobry, że wydawały mu się takie. W każdym razie, zrobił to, co planował i w pierwszym mieście, jakie odwiedził – a było to Danae – przyjął pierwsze zadanie. Zabił wyznaczony cel, odebrał nagrodę, a później opuścił miasto, zanim straż zaczęła badać sprawę morderstwa szlachcica, co wiązałoby się także z tym, że sprawdzaliby każdego, kto opuszczałby miasto. Później zawędrował do Nandan-Ther, chociaż tam uzupełnił tylko zapasy, następnie do Efne, skąd wyruszył wzdłuż rzeki Nefari z karawaną handlarza, któremu zwyczajnie zapłacił za to, żeby przez jakiś czas móc podróżować z jego karawaną. Następna była Nowa Aeria i w końcu Ekradon, do którego dotarł zimą. Jeśli spojrzeć na mapę, Samiel właściwie zrobił niemalże pełne okrążenie wokół Szepczącego Lasu i Gór Dasso.

Śnieg skrzypiał lekko pod jego butami, gdy zmierzał drogą w stronę bramy wejściowej do miasta. Nie przepadał za zimą, zwłaszcza taką ze śniegiem i to nie ze względu na to, że było zimno, bo to akurat było zdecydowanie najmniejszym problemem. Zdecydowanie chodziło o to, że bez względu na to, jak dobrym było się w skradaniu i dbaniu o to, żeby nikt nie słyszał twoich kroków, to i tak zostawiły one ślad w śniegu – byłoby trzeba unosić się nad ziemią, żeby ich nie zostawiać, gdy trwa ta pora roku. Co prawda zima owocowała też w ładniejsze widoki, a to z kolei przełożyło się na to, że w szkicowniku Samiela pojawiło się kilka rysunków krajobrazu, a także sam szkarłat krwi pięknie kontrastował ze śnieżną bielą, jednak… skradanie. Tak, to zostawianie śladów było największym powodem, dla którego ta pora roku nie była przez niego lubiana. Przemieniony pogrążony w swoich myślach nie zauważył nawet, gdy zatrzymał go nadgorliwy strażnik. Samiel, owszem, zatrzymał się przed mężczyzną, jednak nie zrobił niczego więcej – nie spojrzał na niego i nie wypowiedział też ani jednego słowa.
         – Jaki interes sprowadza do miasta? - zapytał stróż prawa zabójcę po tym, jak ten na niego spojrzał. Możliwe, że zadawał to pytanie drugi albo nawet trzeci raz, a przemieniony zareagował na to dopiero teraz. To mogło zdenerwować strażnika, to prawda.
         – Chcę uzupełnić zapasy i odpocząć chwilę od szlaku – odpowiedział mu. Cień kaptura, który Samiel miał na głowie, skutecznie zasłaniał też większość jego twarzy. Jego oczy obserwowały rozmówcę, jednak ani w nich, ani w jego głosie nie było żadnych emocji.
         – Możesz przejść – odezwał się tamten i wrócił na swoje stanowisko, tym samym otworzył też drogę prosto do miasta. Wysoka postać przeszła przez bramę. Akurat teraz, z racji tego, że była zima, miał na sobie ciemny płaszcz z kapturem – aktualnie niezapięty – pod którym ubrany był w koszulę i skórzaną kurtkę. Niżej miał na sobie spodnie i wysokie buty, jedno i drugie także wykonane ze skóry. Jego dłonie chronione były przez rękawice, również skórzane. Pod płaszczem natomiast ukrywał kuszę i kołczan z bełtami do niej, a obok nieduży plecak podróżniczy. Przy pasie niósł ze sobą sztylety schowane w pochwach, a także małą torbę skórzaną z rzeczami, które chciał mieć pod ręką. Minęło też sporo czasu, od kiedy ostatni raz przebywał w Ekradonie, więc spodziewał się zobaczyć trochę zmian, jednak i tak pierwszym, co chciał zrobić, byłoby znalezienie jakiejś karczmy. Właściwie, miał już nawet jedną na myśli – oby nie okazało się, że przez ten czas została sprzedana przez jej właścicielkę, bo to równałoby się temu, że straciłby znajomą osobę w tym mieście.

Była noc, a on znalazł się w dzielnicy robotniczej, bo właśnie tutaj zbudowana była też karczma, do której kierował swe kroki. Gdy miał zamiar przejść przez skrzyżowanie jednej ulicy z drugą, mniejszą od niej, zatrzymał się nagle, gdy usłyszał dźwięk kroków, który echem odbijał się od ścian budynków, chociaż i tak był również wygłuszany przez świeży śnieg leżący na ulicach. Tylko, że nie wygłuszał ich na tyle, żeby czułe uszy Samiela ich nie wyłapały. Gdyby nieświadomy wszedł na skrzyżowanie, z zamiarem dostanie się na drugą stronę, na pewno wpadłby na biegnące osoby – przeszkodziłby im w czymś… ale nie był pewien w czym. Dlatego zatrzymał się - chciał poczekać, aż przejdą przed nim. Może przy okazji zobaczy też, co się dzieje.
Najpierw dostrzegł ją. Później jej sześcioosobowy pościg.
Właściwie wystarczył mu rzut oka na niższą postać, żeby wiedzieć, że jest ona kobietą. Zaczęło mu się nawet wydawać, że rozpoznał postać, chociaż jednocześnie nie był też pewien, czy na pewno jest to ta osoba, o której pomyślał. Chciał jej pomóc? Nie był tego pewien, chociaż i tak już odwrócił się w stronę, w którą pobiegli tamci. Westchnął, czemu towarzyszył ledwie widoczny obłoczek pary, który opuścił jego usta, a później zaczął biec za pościgiem.

Poruszał się szybko, więc dogonienie ich nie było dla niego wyzwaniem. Sześciu przeciwko jednej… to mogło być problemem, chociaż teraz było zupełnie inaczej, bo przecież zyskała przewagę w postaci Samiela, mimo że najpewniej jeszcze o tym nie wiedziała. Nie atakował, jeszcze nie. Poczekał do momentu, w którym mężczyźni zapędzili swoją ofiarę tam, gdzie już nie mogła im uciec. Ciekawe, czy zorientowali się, że do pościgu dołączył ktoś jeszcze? Ktoś, kogo w ogóle nie znali i nie wiedzieli też, jakie ma względem tej całej sytuacji zamiary.
Do działania przeszedł krótko po tym, jak nieznajoma zaatakowała jednego z tamtych i zabrała mu broń po zadaniu śmiertelnego ciosu. Zresztą, wszyscy się wtedy ruszyli, nie tylko on i tamta kobieta. Samiel nie spodziewał się dużego oporu z ich strony, dlatego tego dnia tylko jeden z jego noży miła skąpać się w krwi przeciwników.
Pierwszy oberwał ten, który stał na końcu. Samiel dobiegł do niego, a później jednocześnie wbił mu sztylet pod żebra i zakrył mu też usta. W wewnętrznej części dłoni ukrył przerwany krzyk, który tamten mógłby z siebie wydać. Wyrwał ostrze z jego ciała i odrzucił je na bok. Przez oblicze zabójcy przemknął uśmiech, jednak bardzo daleko było mu do miłego – ten był… zły, po prostu. Ostrza zaśpiewały brzękiem metalu o metal, gdy przeciwnik z długim nożem w ręku zauważył go i od razu zaatakował. Przemieniony nie przepadał za blokowaniem, jego broń niespecjalnie nadawała się do czegoś takiego, a on sam przez swoją szybkość i zwinność przyzwyczajony był bardziej do unikania. Skoczył do tyłu, tym samym zapewniając sobie odległość od walczącego z nim mężczyzny. Czekał na to, aż tamten zaatakuje – przyjął zaproszenie i z krótkim okrzykiem ruszył w stronę zabójcy, przygotowując się do zadania mu cięcia. Samiel uchylił się przed ręką z nożem. Przebiegł tak lekko pochylony tuż przy przeciwniku i wyprowadził jedno, precyzyjne cięcie, które zabarwiło czerwienią nie tylko jego sztylet, lecz także ubrania tamtego. Po chwili nawet śnieg skąpał się w szarłacie, gdy tylko nożownik padł na ziemię, a krew z rany na jego klatce piersiowej zaczęła przeciekać.
W ferworze ulicznej walki nie zauważył nawet, że do ostatniego żyjącego przeciwnika doskoczył w tym samym momencie, w którym zrobiła to kobieta. Jednocześnie wbili ostrza swych broni w jego ciało. Ostrza, które skrzyżowały się w klatce piersiowej – teraz już martwego – mężczyzny. Dodatkowo, maczeta, którą walczyła tamta, przeszła też na wylot, a rana wyjściowa i kąt wyjścia sprawił, że ostrze znalazło się tuż obok ramienia Samiela. Wyciągnął swój nóż z ciała w tym samym czasie, w którym swą broń wyciągnęła kobieta. Zwłoki upadły na śnieg, odsłaniając ich przed sobą. Zabójca, w razie czego, zrobił krok w tył, ciągle mierząc nieznajomą wzrokiem. Nie schował też długiego noża, a także napiął lekko mięśnie pod ubraniem. Nie byłoby błędem, gdyby ktoś teraz porównał go do dzikiego zwierzęcia, które było gotowe w każdej chwili zaatakować lub bronić się, jeżeli sytuacja będzie tego wymagała.
         – Chyba nie zaatakujesz kogoś, kto zabił część tych, którzy cię gonili? - zapytał, ciągle mierząc wzrokiem osobę, która miała takie same szanse na to, że stanie się jego przeciwnikiem, jak na to, że jednak nie postanowi rzucić się na niego z maczetą.

Awatar użytkownika
Skowronek
Kroczący w Snach
Posty: 210
Rejestracja: 5 lat temu
Kontakt:

Post autor: Skowronek »

        Skowronek nie była stworzona do walki, a już szczególnie do walki przeciwko grupie uzbrojonych napastników. Jej zadaniem zawsze była cicha eliminacja celu, a jeśli wdawała się w potyczkę, były to raczej starcia z jedną, góra dwiema osobami - tyle zazwyczaj pilnowało drzwi do tej ostatniej komnaty. Tutaj... Cóż, powinęła jej się noga i miała przez to na karku cały gang. Póki miała szansę im uciec, korzystała. Nie widzieli jej za dobrze, wiedzieli pewnie jedynie, że gonią kobietę. Miała kaptur, chustę na twarzy - na pewno nie wiedzieli, że mają do czynienia z elfką. A już na pewno nie wiedzieli, że siedzą na ogonie Przyjaciółki, która już od roku powinna być martwa. Teraz jednak mieli sposobność, by jej się przyjrzeć, by wszcząć alarm. Nie mogła sobie na to pozwolić i próbować się jeszcze raz wyrwać. Musiała z nimi walczyć i nie mogła dopuścić do tego, by którykolwiek wyszedł stąd żywy. Albo ona, albo oni - tak jak to zwykle w półświatku bywało. Tak postawiona sprawa podnosiła jej determinację, choć gdyby dano jej chwilę na zastanowienie się, naprawdę nie liczyłaby na to, że wyjdzie stąd cała. Byle nie zdołali jej w razie czego pojmać...
        Maczeta dodawała siły jej wątłym ramionom - była nauczona walki krótkimi ostrzami i wiedziała jak je wykorzystać, by zyskać dodatkowy impet. Sama w sobie była szybka, zwinna... i stosunkowo niewielka, przez co nie było jej wcale tak łatwo trafić. Zaułek również działał na jej korzyść, bo trudniej było ją otoczyć. Musiała tylko się pilnować, aby samej nie wyrywać się za daleko i dobrze dysponować siłami, nie tracić ich na bzdurne machanie ostrzem. Dlatego jej walka nie wyglądała specjalnie spektakularnie. Jak to typowy nożownik, przyczajała się, po czym robiła szybki wypad, uderzała i cofała się. To była jednak strategia przeznaczona do walki jeden na jeden - przy takiej przewadze Skowronek musiała uważać, bo chętnych do sięgnięcia jej podczas wypadu było znacznie więcej. Udało jej się mimo to trafić jednego w brzuch, a gdy się cofała, kogoś cięła po ręce, uniemożliwiając mu trzymanie broni. Odskoczyła do tyłu tak daleko, że aż trafiła na to wątłe ogrodzenie dla kurczaków, ale zaraz wróciła z nowym atakiem. Raz, dwa - kolejny wyeliminowany z walki. Ona poczuła ukłucie na ramieniu - niegroźne, ledwo draśnięcie. Nawet nie jęknęła.
        Walka dobiegła końca szybciej niż się zaczęła. Naprzeciw swego ostatniego przeciwnika Skowronek stanęła nie mając zupełnie miejsca, by zrobić zamach - kiepsko, wszak maczeta nadawała się głównie do cięcia. Ona jednak nie rozwodziła się nad tym specjalnie długo - nie należała do purystów jeśli chodzi o styl walki. Ujęła rękojeść swojej broni w obie ręce i wykorzystując do tego ruchu impet całego ciała idący aż od kolan, wbiła maczetę w ciało napastnika. Chwilę później nad własnym ramieniem dojrzała zakrwawione ostrze, które przeszyło jej wroga od drugiej strony. Odskoczyła szybko, wyszarpując maczetę - przeczuwała, że może jej się jeszcze przydać.
        Stanęła naprzeciwko wysokiej postaci w ciemnym podróżnym płaszczu, z osłoniętą twarzą. Szybko zorientowała się, że ktokolwiek to był, na pewno pomógł jej wyjść z tego starcia cało - część ofiar była na pewno jego, umiała do tylu liczyć. Nie od razu go zaatakowała, bo i nie wiedziała kto to i jakie ma względem niej intencje. Przyjaciel czy wróg? Nie wiedziała na kogo patrzy, ale była ciekawa kogo on widzi przed sobą. Drobną postać w ciemnych ubraniach, z kapturem i zasłoniętą twarzą, tak jak on. Może byli znajomymi po fachu? To niestety nie dawało żadnych gwarancji na to, że był po jej stronie - wszystko zależało od tego, kto mu zapłacił.
        On pierwszy przerwał milczenie. Sprytnie odwołał się do jej poczucia przyzwoitości i do żelaznej logiki, którą z pewnością kierowałby się każdy przeciętny obywatel - wróg mojego wroga jest moim przyjacielem. Jego głos był spokojny, wyważony, a brzmienie jakby znajome, lecz Skowronek nie umiała go nigdzie przypasować. Nie była mimo wszystko specjalnie ufna, bo życie nauczyło ją, że zaufanie to luksus, na który nie każdy może sobie pozwolić. Zwłaszcza w jej zawodzie.
        - A skąd mam mieć pewność, że nie zrobiłeś tego, aby nie dzielić się nagrodą? - odparła hardo. Nie zamierzała dać się nabrać na znajomy głos i na coś, co mogło być tylko z pozoru pomocą. A już na pewno nie planowała dziękować - to było coś, co poczytywała za oznakę słabości. Nie mogła powiedzieć, że jego interwencja jej nie pomogła, ale zdecydowanie wolała przemilczeć, że jej potrzebowała. To była kwestia dumy. I tego, że wcale nie wierzyła w jego dobre zamiary.
        Skowronek nie zamierzała również czekać aż ten typ zdecyduje co chce z nią zrobić - wolała uprzedzić jego ruchy. Był co prawda wielki i zajmował sporo światła zaułka, ale nie mogła mu się dać tutaj zamknąć. Bez żadnego uprzedzenia, nawet nie sygnalizując wcześniej swoich zamiarów, nagle skoczyła w jego stronę. Poruszyła ręką z maczetą, jakby chciała uderzyć go w bok, lecz jednocześnie pochyliła się. Wypuściła ostrze z ręki, aby jej nie przeszkadzało. Plan był taki, by podczas gdy on spróbuje się osłonić albo kontratakować, ona minie go bokiem, pod wyciągniętym ramieniem, i zwieje. Tak, wcześniej nie zamierzała zostawić nikogo żywego, ale wiedziała też, że tak jak przy tamtych miała minimalne szanse powodzenia, przy tym gościu nie miała już żadnych. On miał styl, technikę, zasięg i nie był na pewno nawet w połowie tak zmęczony jak ona. Nie wygrałaby z nim, nie na tych warunkach. Najważniejsze teraz było, by nie dać mu się złapać.

Awatar użytkownika
Samiel
Kroczący w Snach
Posty: 239
Rejestracja: 5 lat temu
Nagrody: [img]http://granica-pbf.pl/images/gwiazdki.png[/img]
Lokalizacja: Wrocław
Kontakt:

Post autor: Samiel »

Czy grupa miejskich bandytów była dla niego wyzwaniem? Nie. Znaczy, na pewno nie byli nim ci, z którymi walczył przed chwilą. Od momentu, w którym za nimi ruszył, nawet przez myśl nie przeszło mu, żeby w jakiś sposób użyć Smoczego Oka, aby sprawić, że szansa na zwycięstwo będzie jeszcze bardziej po jego stronie. W tej krótkiej walce wystarczające okazały się wyłącznie jego umiejętności i ciało ukształtowane przez wieloletnie ćwiczenia. I jeden sztylet. Tak, jedno ostrze w jego ręku było wystarczające do tego, żeby pozbyć się tych, z którymi akurat walczył. Gdy ciała padały, on przesuwał się bliżej osoby, którą postanowili zaatakować, aż w końcu stanął z nią niemalże twarzą w twarz. W dodatku jej broń – możliwe, że tylko tymczasowa – znalazła się bardzo blisko jego ramienia, chociaż o długim ostrzu sztyletu też można było powiedzieć coś podobnego. Samiel poczuł wcześniej, jak ta część jego broni wychodzi z drugiej strony ciała tego ostatniego przeciwnika, który pozostał przy życiu i na którego oboje rzucili się w tym samym czasie.
Gdy w końcu między nimi nie znajdywało się nic, co mogłoby ich sobie zasłaniać, zabójca przyjrzał się osobie, której pomógł. Właściwie mógł dostrzec jedynie tyle, że była od niego niższa, była kobietą – chociaż to wiedział już wcześniej – i także ukrywała swoją tożsamość poprzez ciemne ubrania i zasłanianie twarzy. Może właśnie na tej podstawie stwierdził, że ona także może zajmować się czymś, co on sam obrał za profesję, dzięki której zarabia na własne życie, chociaż wiąże się ona z przynajmniej kilkoma niedogodnościami. Tak, w tej właśnie chwili stwierdził, że przed nim stoi zabójczyni, chociaż nie mógł stwierdzić czy – jak on – działa w pojedynkę, czy może należy do jakiegoś ugrupowania. Tak naprawdę niespecjalnie go to obchodziło do momentu, w którym zaczęłaby próby mające na celu zwerbowanie go. Postanowił też odezwać się pierwszy, gdy tylko myślami wrócił do aktualnej sytuacji. Uznał, że może to właśnie on powinien zacząć rozmowę, jeżeli do takiej w ogóle dojdzie.
         – Nie wiem nawet, o jakiej nagrodzie mówisz – odparł i nawet wzruszył lekko ramionami. Po chwili spojrzał w górę, jakby chciał określić czas na podstawie tego, jakie jest niebo.
         – Dzisiejszej nocy przybyłem do miasta, nie mam pojęcia co się tu dzieje i kto, kogo ściga – dopowiedział. Chmury, z których możliwe, że już za chwilę zacznie padać śnieg, zasłaniały księżyc i gwiazdy, a przez to skutecznie uniemożliwiły mu określenie pory nocy. Poza tym to, że bramę wejściową przekroczył niedawno oznaczało też, że nawet nie zdążył rozejrzeć się za jakimiś zleceniami i także porozmawiać z „odpowiednimi osobami”, od których także mógłby dostać zlecenia, mniej oficjalne, ale jednocześnie lepiej płatne niż te dostępne dla większości zabójców. Może jedno z nich dotyczyłoby właśnie tej dziewczyny, która stała przed nim. Teraz nie widział powodu, żeby pozbawiać jej życia, chyba, że ona sama zdecydowałaby się go zaatakować, wtedy musiałby to zrobić, aby móc zachować swoje.

Poza tym… jej głos. Przez te kilka słów, które wypowiedziała, znów odniósł wrażenie, że może jednak kiedyś ją spotkał. Jeśli tak, to może nawet więcej niż jeden raz i to nie przelotnie, bo przecież musieliby ze sobą rozmawiać… kiedyś, jeżeli miałby znać jej głos. Z drugiej strony, zawsze można spotkać na swojej drodze kogoś, kto ma podobny głos, więc może tak też było w jego przypadku i kojarzy jej głos z kimś innym, a nie z tą zamaskowaną osobą, która stała przed nim.
Zauważył, jak szykuje się ona do „czegoś”. Tym razem zaczął zastanawiać się czy powinien użyć Smoczego Oka, aby z lekkim wyprzedzeniem widzieć to, co dziewczyna chce zrobić. Mimo tego, czuł wahanie, a przez to nie był do końca pewien, czy na pewno chce ją zabić. Normalnie nie czuł czegoś takiego i nie miał z tym problemów. Dlaczego teraz tak było? Czym ta sytuacja różniła się od wielu innych, w których się znalazł? Nie wiedział. Nie miał pojęcia. Ostatecznie nie skorzystał z tego ułatwienia, dlatego że dziewczyna przeszła do akcji szybciej, niż mu się wydawało, że to zrobi. Napiął mięśnie, przygotował się do zareagowania na to, co chciała zrobić. Jego ciało działało jakby samo z siebie. Chciał uderzyć w jej dłoń, a później złapać ją i, może, odrzucić ją w tył. Tyle tylko, że cios maczetą nie nadszedł, a ona przebiegła pod jego ręką i zaczęła uciekać. Jej broń upadła, a tam, gdzie spoczęło ostrze, śnieg zabarwił się lekką czerwienią.
Samiel rzucił się w tył, żeby złapać uciekinierkę za nogę lub nawet kostkę ukrytą w bucie, żeby zatrzymać ją. Chciał spróbować to zrobić, chociaż w dalszym ciągu nie miał pewności nie tylko co do tego, dlaczego chce to zrobić, lecz również do tego, czy aby na pewno jest ona osobą, którą wydawało mu się, że jest. Gdy jego plecy zetknęły się z pokrytym śniegiem podłożem, kaptur zsunął się z jego głowy. Odkrył twarz przemienionego, jednak ważniejsze były konkrety, które się na niej znajdowały i które były dla niego dość charakterystyczne. Chodziło tu o żółto-pomarańczowe oczy, które teraz patrzyły w jej stronę, kilka blizn na całej twarzy, a także krótkie włosy mające kolor ciemnego srebra. Czuł, że udało mu się coś złapać, jednak nie wiedział, czy rzeczywiście jej nogę, czy może tylko but, który został w jego dłoni, gdy ona postanowiła go ściągnąć. Warknął, niby cicho, jednak przez nocną atmosferę nawet to dało się usłyszeć i na pewno odgłos ten dotarł do jej uszu.
         – Nie doszłoby do tego, gdybyś okazała chociaż trochę wdzięczności. Nawet jednym słowem – powiedział, nadal spoglądał w jej stronę, chociaż równie dobrze mógł obserwować oddalającą się postać, jeśli jednak nie udało mu się jej złapać.

Awatar użytkownika
Skowronek
Kroczący w Snach
Posty: 210
Rejestracja: 5 lat temu
Kontakt:

Post autor: Skowronek »

        Nie spodziewała się, że to się uda. Nie widziała co prawda jak ten gość walczył, ale umiała poznać drapieżnika i on na pewno nim był. Załatwił połowę, a może i większość z tych, którzy ją ścigali, a przy tym nie narobił hałasu ani bałaganu. Czysta, gładka robota. Gdyby główną drogą przechodziła straż miejska, być może nawet by tego nie zauważyli… A już pomijając jego styl, miał nad nią fizyczną przewagę. Był wyższy, miał dłuższe kończyny i przede wszystkim jeśli chciała mu uciec, musiała minąć go bokiem, a nie obrócić się i wiać. Gdyby to było takie łatwe, już wcześniej nie dałaby się wciągnąć w walkę.
        Niby sprawiał wrażenie niegroźnego. Niby mówił tak, że chciało mu się wierzyć… Ale łatwo się mówi - sama doskonale o tym wiedziała. Mogła mu powiedzieć na przykład wcześniej powiedzieć, że jest niewinna, a tamci ją ścigali, bo chcieli ją sprzedać do burdelu. Albo o: że właśnie z takiego burdelu uciekła i dlatego się tak maskowała. Ale kto by jej tam uwierzył. Mogła mu też powiedzieć, że byli po jednej stronie… Lecz skąd mogła to wiedzieć? Jedynym pewnym sojusznikiem była ona sama… No i Ralon. Powiedzmy. Na razie mu zależało, więc mogła z nim współpracować, lecz z nikim więcej. A ten tutaj mógł dobrze blefować. Świat zabójców, złodziei i kanciarzy nie był światem, który rządził się prawdą.
        Nie odpowiedziała na jego argumenty. To było zbędne, a poza tym nie mogła odpuścić tak dogodnej okazji do tego, by zwiać. Mężczyzna podniósł wzrok i dał jej cenny czas na zerwanie się do biegu. Cudownie. Przez moment miała wątpliwości czy nie pomyliła się jego w ocenie, a miałą dwa miejsca, w których mogła popełnić błąd: albo wcale nie był tak dobry w swoim fachu, albo faktycznie na nią nie polował i miał przyjazne zamiary. Jeśli to drugie… Cóż, szkoda, ale ona nie była księżniczką do ratowania i polegała sama na sobie. Więc do widzenia, książę.
        Udało jej się go okiwać. Już znajdowali się plecami do siebie, już widziała przed sobą szeroką, pustą ulicę, bez świadków i bez przeszkód. Za wcześnie jednak ucieszyła się swoim sukcesem. Skurczybyk złapał ją za nogę. Niezły był, bo pomyślał i nie tracił energii na zbędne obroty. Nie dopadłby jej, gdyby nie zareagował natychmiast… Elfka syknęła pod nosem coś, co brzmiało jak przekleństwo. Prawie straciła równowagę na śniegu, ale podparła się i przynajmniej nie wylądowała na bruku jak długa. Obróciła się bokiem i szarpnęła, a później kopnęła. Nie sięgnęła go. Powtórzyła ten sam ruch, lecz teraz trochę inaczej ustawiając stopę. Niczym jaszczurka zrzucająca ogon w trakcie ucieczki, tak ona pozbyła się zbędnego balastu - wyjęła nogę z buta, który został w ręce tamtego, a ona była wolna. Zaraz się zerwała i zaczęła uciekać, choć nie biegła tak efektywnie jak wtedy, gdy miała obute obie nogi. Zimno. Cholera, zimno i mokro! Ale najważniejsze, że on nie miał już szans jej dogonić. Zwiała kilka przecznic, a później trochę kluczyła, by go zgubić. W końcu zatrzymała się w jakiejś bramie. Miała czas by odetchnąć… I się zastanowić. Bo on jednak wcale nie był obcy. Jego głos wydawał jej się znajomy, ale kto w jej wieku zwraca uwagę na takie rzeczy - mógł być kimkolwiek z jej przeszłości. A to wbrew pozorom nie oznaczało niczego dobrego, bo ona nigdy nie miała przyjaciół. To byli z reguły przeciwnicy, zleceniodawcy, cele i narzędzia… Ale nie on. Pamiętała skądś te złote oczy i srebrzyste włosy. On nie był obcy…
        - Noszkurwaniemożliwe - wyrwało jej się nagle, gdy sobie przypomniała skąd znała te oczy. Ona naprawdę go znała, to nie były żadne przywidzenia. Tylko nie widziała go już kilkadziesiąt lat, więc zdążyła go już zapomnieć, a poza tym… Niech to, kto w tym zawodzie dożywa tego wieku? Owszem, słyszała o nim tu i ówdzie przez te lata, ale zawsze zakładała, że to stare plotki. Nie doceniła go.
        Cholera… Elfka aż przysiadła na murku. Jego to się nie spodziewała. Musiała zweryfikować swoją wcześniejszą listę. Znajomi z przeszłości to przeciwnicy, zleceniodawcy, cele, narzędzia i Samiel. On był z innej kategorii. Nigdy nie mieli otwartego zatargu, może wręcz trochę się lubili. A co więcej on nie lubił jej organizacji za to, że nie rozumieli, gdy się im odmawia. Teraz… Mogłaby to wykorzystać. Skoro los podsunął jej takie dogodne rozwiązanie, może jeśli trochę ugnie karku…

        O tej porze dzieciaków już na dworze raczej nie ma, a ci, którzy szukają guza, nie bawią się w subtelności. Zwłaszcza, gdy mają do czynienia z samotnym przechodniem. Trafienie śnieżką w tył głowy mogło więc zaskoczyć. Szczególnie w chwili, gdy adrenalina po niedawnej walce jeszcze z człowieka nie zeszła. A gdy po odwróceniu się do napastnika widziało się osobę, która przed chwilą przed tobą uciekała - ciekawe co wtedy po głowie chodzi?
        - Ile jest przypadku w tym, że znowu się spotykamy, złotko? - zapytała go elfka, podrzucając w dłoni drugą śnieżkę.

Awatar użytkownika
Samiel
Kroczący w Snach
Posty: 239
Rejestracja: 5 lat temu
Nagrody: [img]http://granica-pbf.pl/images/gwiazdki.png[/img]
Lokalizacja: Wrocław
Kontakt:

Post autor: Samiel »

Czy spodziewał, że to się uda? Ciężko powiedzieć, ale i tak chciał spróbować. Nie do końca był też pewien, dlaczego zwyczajnie nie pozwolił jej na ucieczkę, tylko jeszcze próbował łapać ją tak długo, jak mógł to zrobić. Miał dziwną chęć na usłyszenie od niej słów wdzięczności, nawet jeśli byłyby wymuszone, to prawda, jednak przecież zachowywał się teraz dokładnie tak, jak mógł robić to ktoś, kto faktycznie chciał ją złapać i zgarnąć nagrodę dla siebie, a konkurencji pozbył się przy okazji. Cóż… trudno.
Na początku wydawało mu się, że udało mu się ją pochwycić, jednak okazało się, że faktycznie złapał za jeden z jej butów, a ona szamotała się chwilę i w końcu ściągnęła go sobie z nogi. I uciekła. A on został z butem w dłoni, który na początku chciał odrzucić, ale po chwili pomyślał, że może go zatrzyma. Może kobieta zmieni zdanie i postanowi wrócić, chociażby tylko po to, żeby spróbować odebrać mu tę część całego ubioru, która o tej porze roku jest czymś naprawdę ważnym. Wstał, otrzepał płaszcz ze śniegu, który zdążył się do niego przyczepić i ponownie nasunął kaptur na głowę. Spadł stamtąd przypadkowo, ale jednocześnie podejrzewał, że jeśli była ona tym, za kogo ją wziął, to może właśnie wtedy rozpoznałaby go. Tak się nie stało, a Samiel zaczynał być coraz bardziej przekonany do tego, że się pomylił i to naprawdę była nieznajoma, której akurat pomógł, a która wzięła go też za kogoś, kim niekoniecznie musiał być. Poza tym, zawsze mógł ją wyśledzić. Co prawda śnieg zaczął już prószyć, jednak opad ten nie był intensywny, więc ślady nieznajomej były widoczne na zasypanych ulicach. Ciemność nocy także mu nie przeszkadzała, bo Smocze Oko pozwalało mu na widzenie w ciemności. Może akurat uciekła gdzieś, gdzie uzna, że będzie bezpieczna czy coś… Znowu nie wiedział, dlaczego chciał to zrobić – teraz wychodziło na to, że ją wytropić – ale skoro już się w to wplątał, to chciał to jakoś doprowadzić do końca, a pozwolenie jej na ucieczkę raczej nie było końcem, który go zadowalał. Dlatego też zaczął iść za śladami, które wiedział, że należą do niej. Zresztą, nie żeby musiał je rozpoznawać wśród innych – od czasu, w którym ruszył za pościgiem, okolicą nie przechodził nikt poza nim, nią i przestępcami, których pozabijali.

Mógł wyglądać trochę dziwnie. Wysoki, w ciemnym płaszczu, z twarzą ukrytą w cieniu kaptura, roztaczający wokół siebie aurę tajemniczości i niebezpieczeństwa, a także… z kobiecym butem w ręku. I także co chwilę patrzący w dół, na ulicę i ślady w śniegu, jakby upewniał się, że idzie w dobrą stronę. Z drugiej strony, mógł też zostawić to w cholerę i wrócić na wcześniejszą ścieżkę – taką, która doprowadziłaby go do karczmy, którą powinna prowadzić jego znajoma, jeżeli budynek ten nadal stoi w miejscu, w którym znajdował się, gdy Samiel przebywał w tym mieście ostatni raz.
Rzekę jego myśli przerwała śnieżka, która trafiła go w głowę – była niczym nagle postawiona tama, która zablokowała bieg rzeki i sprawiła też, że momentalnie wrócił do rzeczywistości i do tego, co go aktualnie otaczało. Od razu rozejrzał się w poszukiwaniu tego, kto miał na tyle odwagi, żeby rzucić w niego zbitym śniegiem, uformowanym w niedużą kulę. Zobaczył tylko jedną postać, którą od razu rozpoznał i jednocześnie wiedział też, że to ona rzucała. Spotkał już ją wcześniej, niemalże przed chwilą, gdy pomógł jej w walce i z nią rozmawiał.
         – Druga już nie trafi – powiedział to w taki sposób, że można było to uznać za zwyczajny fakt i za coś, co stanie się na pewno. Nie było innej możliwości.
         – Przyszłaś odzyskać zgubę? - zapytał i pomachał butem w jej stronę, a później nim rzucił. Prosto w kobietę, jednak tak, żeby wylądował tuż przed nią, a nie, żeby trafić w jakąś część jej ciała. Nie podchodził bliżej, może nie chciał ponownie sprawić, że zacznie uciekać, chociaż wydawało mu się, że teraz jest bardziej pewna siebie.
         – Przypadek nie ma tu nic do rzeczy… Rozpoznałaś mnie, a przeczucie mnie nie okłamało – odparł, a przez jego twarz ukrytą w cieniu kaptura przebiegł uśmieszek.
         – Prawda, Skowronku? - dodał jeszcze. Słowa te brzmiały jak dokończenie tego, co powiedział wcześniej, a ta krótka przerwa między tamtym zdaniem i tym pytaniem miała może wprowadzić napięcie albo coś jeszcze innego. Od razu zauważył, że nie ukrywa twarzy tak, jak wcześniej – teraz jedynie zasłaniał ją cień kaptura, przez który Smocze Oko Samiela przebiło się bez problemu. Wtedy też mógł zobaczyć jej twarz i niektóre szczegóły na niej, dzięki temu miał już pewność, kto stoi przed nim i że jednak ją zna. Zapadła mu w pamięć, mimo że nie wpadali na siebie często. Niektórzy mają to do siebie, że wydają mu się warci zapamiętania i okazało się, że ją także zaliczył do takich osób.
         – Kopę lat, hm? - odparł, tym razem zrobił nawet krok w jej stronę. Teraz wiedział, że nie rzuci się na niego ponownie i nie będzie próbowała od niego uciekać, chyba… Znaczy, jeśli ona rzeczywiście go pamiętała i rozpoznała. Wtedy będzie też wiedziała, że nie jest jednym z tych, którzy by na nią polowali dla nagrody.
         – Jak już spotkaliśmy się po tylu latach, to może porozmawiamy… Ale nie tutaj, nie na zewnątrz. Wcześniej kierowałem się w stronę pewnej karczmy, do której nadal chciałbym wstąpić. Może udasz się tam ze mną? - zaproponował. Karczma, o której wspomniał, mogłaby sprawiać wrażenie takiej, w której Samiel wiedział, że będą – zwłaszcza ona – bezpieczni, więc można było domyślić się, że może znać osobę, która jest jej właścicielem.
         – W czasie drogi też możemy rozmawiać, więc… Czym im podpadłaś? - zapytał. Ruszył przed siebie z zamiarem powrotu na drogę, którą szedł wcześniej i jednocześnie liczył też na to, że elfka rzeczywiście do niego dołączy.

Awatar użytkownika
Skowronek
Kroczący w Snach
Posty: 210
Rejestracja: 5 lat temu
Kontakt:

Post autor: Skowronek »

        Skowronkowi przyszło do głowy, że jej stary znajomy wygląda jak jakiś zwyrodnialec – zboczeniec, który szuka śladów swojej ofiary w śniegu, bo już-już prawie ją dopadł i wiedział, że daleko nie uciekła. Gdyby chciała mu zaszkodzić na pewno by to wykorzystała – dobiegłaby do miejsca, gdzie albo byłoby dużo ludzi albo straż i płaczliwym głosem zaczęła wzywać pomocy. Na pewno uwierzą prędzej zapłakanej dziewczynie niż takiemu mrocznemu typowi, który ją ewidentnie śledził. Samiel miał jednak szczęście, że szkodzenie mu w żaden sposób jej się nie przysłuży. Nie mogła nawet zrobić sobie z niego zasłony dymnej, by afera związana z jego starciem ze strażami (nie zamknięciem – wiedziała, że on by się nie dał zamknąć) – w końcu sama robiła sobie właśnie zasłonę dymną. Dlatego mogła go potraktować co najmniej neutralnie. A może wręcz przyjaźnie – w końcu miała niewielką szansę coś u niego ugrać.
        - Owszem, bo jej nie rzucę. Miała tylko sugestywnie wyglądać – oświadczyła żartobliwie i upuściła podrzucaną śnieżkę na ulicę. Kulka cicho zagłębiła się w puchaty śnieg i zniknęła.
        Elfka nawet nie musiała przytakiwać w kwestii buta. Gdy Samiel jej go rzucił, ona wychyliła się do przodu - balansując wyciągniętą w tył bosą nogą jakby robiła jaskółkę – i złapała swoją zgubę nim ta wpadła w śnieg. Otrzepała zmarzniętą stopę, w której już prawie nie czuła palców, i z pewną ulgą założyła na nią odzyskane obuwie. Stanęła jednak ostrożnie, bo wiedziała, że skostniała kończyna może ją jeszcze chwilę zawodzić, a ona teraz nie musiała być czujna – bez słowa i ona i złotooki zabójca zgodzili się na chwilowe zawieszenie broni.
        - Dzięki – zwróciła się do niego, bo akurat za takie drobiazgi umiała dziękować. Gorzej za coś poważniejszego, co mogłoby w jakiś sposób podważyć jej kompetencje.
        - Hm… Może – przyznała z zadowoleniem, gdy Samiel zapytał ją o zdanie i nawet zwrócił się do niej po imieniu. Nie zapytała go kiedy ją rozpoznał, bo to nie miało większego znaczenia. Przypuszczała, że być może miał już podejrzenia, gdy mu zwiała, ale na pewno nie wcześniej – to jej wystarczyło.
        - No… Kopę lat – przyznała, gdy on rzucił tym wyświechtanym frazesem. – Myślałam, że może w końcu cię dopadli, dawno nie miałam o tobie żadnych wieści – dodała z rozbrajającą szczerością, uśmiechając się. Nie dodała jednak, że wcale nie szukała informacji o nim. Znali się i nie nienawidzili, ale to tyle, bo w tym środowisku nie było miejsca na przyjaźń. Zwłaszcza w ich przypadku, gdy on był wolnym strzelcem, a towarzysze Skowronka mieli głupi pomysł, by z nim zadrzeć – personalnie nic do siebie nie mieli, lecz Przyjaciele nie przepadali za złotookim zabójcą.
        Gdy Samiel się do niej zbliżył na stanowczo zbyt bliską jej zdaniem odległość, cofnęła się posyłając mu taki uśmiech, jaki posyła dziewczyna na randce, gdy jej wybranek na zbyt wiele sobie pozwala i dostaje pierwsze ostrzeżenie. Zabójca nie zbliżył się jednak na tyle blisko, by czuła jego oddech – raczej gdyby zrobił daleki wypadł, mógłby ją sięgnąć. To wystarczyło. W tym zawodzie trzeba było zachować ostrożność, zwłaszcza gdy miało się do czynienia z takim specjalistą. I tak okazała mu już zaufanie tym, że wróciła. Ten but nie był jej wbrew pozorom wcale potrzebny do życia – miała drugą parę w wynajmowanym przez siebie pokoju. A nawet gdyby nie miała, mogłaby sobie coś ukraść – w tym zawodzie żadna kradzież nie hańbi.
        Propozycja pójścia do karczmy trochę ją zaskoczyła. Przechyliła głowę, ściągając usta, jakby bardzo intensywnie myślała nad odpowiedzią.
        - Dobrze – zdecydowała w końcu. – Prowadź.
        Niewiele ryzykowała. Nie więcej niż rozmawiając z nim wcześniej. W ciasnej przestrzeni karczmy to ona wbrew pozorom miała przewagę, bo była mniejsza i to pozwalało jej na znacznie większy wachlarz ruchów. O ile nie ciągnął jej w przemyślaną pułapkę i w lokalu nie będzie tuzina jego kamratów, była bezpieczna. A wiedziała, że on nie pracował w grupie – dowiedziała się o tym ponad sto lat temu, bardzo dobitnie.
        - Weszłam tam, gdzie nie wolno mi było być – odpowiedziała na jego pytanie niby wymijająco. – Ale nikt nie będzie ich szukał… Nie oficjalnie. Wiesz, to miejsce nie było do końca legalne, więc nikt nie poleci do straży by się poskarżyć. A lokalny półświatek nie jest specjalnie dobrze zorganizowany i nie wystarczy, że jeden tuz krzyknie, aby reszta sięgnęła po broń. Można więc powiedzieć, że to był wypadek przy pracy, ale niewielki, do naprawienia – oświadczyła lekko, jakby to naprawdę nie było nic wielkiego. No bo nie było. Tak naprawdę nie zależało jej na niczym, czego szukała w tamtej posiadłości, to miała być tylko zasłona dymna dla jej następnych działań. Ale Samiel nie musiał tego wiedzieć.
        - A ciebie co sprowadza do tego miasta? – zapytała grzecznościowo. – Praca czy wakacje?

Awatar użytkownika
Samiel
Kroczący w Snach
Posty: 239
Rejestracja: 5 lat temu
Nagrody: [img]http://granica-pbf.pl/images/gwiazdki.png[/img]
Lokalizacja: Wrocław
Kontakt:

Post autor: Samiel »

Wzruszył tylko ramionami na wzmiankę o śnieżce i o tym, że w dłoni Skowronka znajdowała się praktycznie tylko na pokaz. On natomiast wiedział, że bez problemu zszedłby z drogi lecącej w jego stronę kulki ze śniegu, mógłby też pokusić się o próbę złapania jej albo zbicia tak, że mogłaby wylądować z powrotem w śniegu, jednak tego raczej by nie robił. Wystarczyłby zwykły krok w lewo lub w prawo, a śnieżka przeleciałaby obok niego i albo wylądowała na ulicy, albo w coś uderzyła. Obserwował, jak elfka łapie swojego buta tuż przed tym, jak ten miałby wylądować w śniegu i zakłada go sobie na stopę. Nie spodziewał się zagrożenia z jej strony, nie po tym, jak już okazało się, że oboje się znają, jednak… dla niego czymś normalnym było to, że obserwował otoczenie i zwracał uwagę na to, co dzieje się przed nim lub ogólnie wokół niego.
         – Musieliby starać się o wiele bardziej, żeby mnie „w końcu” dopaść – odparł, a na jego ustach znów zagościł uśmieszek, chociaż ukryty był on w cieniu rzucanym przez jego kaptur. Nie powiedział nic, co mogłoby zaprzeczać temu, że próbowali się go pozbyć – bo robili to, tylko, że nie udawało im się, a on najczęściej wychodził z tego bez szwanku. Do tego można było też dopisać to, że niektóre organizacje po tylu latach nadal próbowały go wciągnąć w swoje szeregi. Czasem były to te same, a czasem jakieś nowe, rzadziej tacy, którzy dopiero stawiali pierwsze kroki w zorganizowanym pozbywaniu się ludzi na zlecenie i chcieli mieć u siebie kogoś, kogo imię było dość znane i, o kim krążyło sporo opowieści. Z jego strony odpowiedzią zawsze była odmowa, a oni… rzadko chcieli ją słyszeć i tak samo rzadko zgadzali się na polubowne zakończenie sprawy, dlatego też Samiel musiał przekazywać wiadomości osobom, które przysłały tamtych, co najczęściej robił przez zabicie posłańców, którzy zdecydowali się – albo mieli takie rozkazy od swoich szefów – na to, żeby się go pozbyć. Samiel zdawał sobie sprawę, że wielu zorganizowanym zabójcom, częściej po prostu tym, którzy siedzieli „na górze” danych ugrupowań i przewodzili im, nie podobało się to, że po świecie chodzą samotne wilki, którym dodatkowo powodzi się, jeśli chodzi o zlecenia i zarobki z nich. Na szczęście z czasem uczyli się, że nie warto wysyłać ludzi na pewną śmierć z jego ręki – z drugiej strony byli też tacy, którzy można by powiedzieć, że dość regularnie próbują namówić go, żeby się do nich przyłączył, za każdym razem oferując mu więcej ruenów, przywilejów i korzyści, które byłyby jego, gdyby się do nich przyłączył. Rzecz w tym, że on już przyzwyczaił się do tego, że działa samotnie, tylko czasem przyłączał się do innych, gdy akurat zadanie wyglądało na większe i musiało być wykonane przez grupę zabójców, a nie wyłącznie jednego. Co do samych opowieści, były drakon wiedział o nich i nie robił niczego, co skutkowałoby tym, że te nagle zniknęłyby. Nie przeszkadzały mu one, a często miały też w sobie dużo prawdy, a także w jakiejś części wpływały na jego reputację jako zabójcy.
         – Może nadstawiałaś uszu w nie tych miejscach, w których powinnaś – dopowiedział jeszcze, nawiązał tym samym do tego, co wspomniała na temat wieści z nim związanych i tym, że dawno nie słyszała takowych. Tak, Samiel wiedział również o tym, że w niektórych kręgach społecznych informacje wszelakiej formy o nim samym rozchodzą się trochę szybciej niż w innych kręgach. Oczywiście te, w których obracali się różni przestępcy, należały raczej do tych, w których te wieści na jego temat rozchodziły się trochę szybciej, chociaż tutaj na pewno można było też podzielić je na dwie grupy, z czego osoby jednej mogłyby dowiadywać się czegoś takiego szybciej niż te, które znalazłyby się w tej drugiej.

Może jednak nie powinien robić tego kroku do przodu, o czym pomyślał dopiero po tym, jak zauważył reakcję Skowronka na to, że to zrobił. Dlatego też postanowił, że nie podejdzie jeszcze bliżej, jeżeli ona sama tego nie zrobi. On akurat nie zamierzał cofać się, jeżeli elfka zdecydowałaby się na podejście do niego. Z drugiej strony, może mogłaby to też odebrać jako, może, lekceważenie jej i jej zdolności? Tylko, że on tego nie robił, bo nie uważał, że nie mogłaby być dla niego zagrożeniem, poza tym nie wiedział też, jak bardzo rozwinęły się jej umiejętności od czasu, w którym spotkali się ostatnio.
Poza tym, zgodziła się też na wybranie się z nim do karczmy, w której będą mogli porozmawiać dłużej, zjeść i napić się czegoś, a także odpocząć. Znaczy, on na pewno miał zamiar zatrzymać się tam na dłużej, jednak nie wiedział, czy ona także postanowi zostać w tej karczmie, czy może niekoniecznie. Domyślał się, że w mieście przebywała dłużej niż on, więc może miała już miejsce, w którym mogła się zaszyć i przespać.
         – Nadal się nie zorganizowali chociaż trochę? Wydaje mi się, że już nigdy tego nie zrobią i nadal to będzie wyglądało tak, jak wygląda teraz – odparł. Śnieg trzeszczał lekko pod podeszwami ich butów, jednak dźwięk ten nie był na tyle głośny, żeby chociaż trochę zagłuszał głos jego lub jej. Chciał nawet dopowiedzieć jeszcze, że tak samo wyglądało to wtedy, gdy przebywał w Ekradonie ostatnim razem, jednak ostatecznie powstrzymał się i zostawił to wyłącznie swoim myślom.
         – Ja? Wpadłem zobaczyć, jak mają się sprawy i, czy znajdę sobie tu coś do roboty – odpowiedział krótko, jednak zgodnie z tym, jak było naprawdę. Co prawda, z tym, co już udało mu się zarobić i odłożyć, co bezpiecznie znajdowało się chronione w kilku miastach, mógłby już postanowić, że na jakiś czas zrobi sobie wolne od pracy, jednak on nie chciał tego robić.
         – Nie spodziewał się, że wpadnę tu na kogoś znajomego – dodał jeszcze, chociaż początkowo chciał powiedzieć, że nie spodziewał się spotkać w tym mieście Przyjaciela. I nie chodziło tu o osobę, którą mógł tak nazwać, bo zaufał jej w tak dużym stopniu, a o członka organizacji, do której wydawało mu się, że Skowronek nadal należała.

Po kilku minutach dotarli w końcu do budynku, który wyglądał na karczmę. Duży, dwupiętrowy i drewniany budynek różnił się od pozostałych nie tylko tym, że z jego okien na zewnątrz wydostawało się światło, lecz także swoim rozmiarem. Nad drzwiami, przez które przed chwilą wyszedł jakiś mężczyzna z kobietą, wisiał szyld, na którym znajdowało się okazałe drzewo – był to dąb, jeśli ktoś mógł to rozpoznać – a obok niego wyryta była nazwa, „Dębowa Karczma”. Kwestią domysłu było to, z jakiego drewna została ona zbudowana. Samiel zaprowadził swoją towarzyszkę w stronę właśnie tego budynku, do którego zresztą także weszli.
Dotarły do nich dźwięki rozmów, śmiechu i muzyki – tą ostatnią przygrywał niewielki, trzyosobowy zespół i była ona wesoła, raczej szybka i taka, która nadawała się do tańca, więc niczym dziwnym nie był widok kilku par, które robiły właśnie to w pobliżu sceny, na której grali muzycy. Znajdowali się teraz w czymś, co można było nazwać salą wspólną. Była ona duża i na jej środku znajdował się spory stół, przy którym mogłoby zasiąść kilkanaście osób, chociaż obok znajdowały się też mniejsze, ale nadal mieszczące po kilka osób. Zresztą ten największy zajęty był przez grupę mężczyzn, którzy wyglądali na jakichś robotników, którzy może coś właśnie świętowali, a z tych mniejszych tylko przy jednym siedziała grupa innych mężczyzn, których groźne spojrzenia, umięśnione ramiona i pałki przy pasach sprawiały, że od razu widziało się w nich „strażników porządku” w karczmie. Po lewej stronie sali znajdowało się też przejście bez drzwi, które prowadziło do innego i mniejszego pomieszczenia. Za ladą stał wysoki mężczyzna w średnim wieku, który wyglądał jak… karczmarz. Oprócz tego, że miał na sobie strój karczmarza, to widać było też jego lekki brzuszek, który rysował się pod utrzymywanym w porządku fartuchem. Obok jego stanowiska znajdowały się też drzwi, które prawdopodobnie prowadziły do kuchni i magazynu. Samiel nie kojarzył go, jednak to niewiele znaczyło, bo mężczyzna ten nie był osobą, która go interesowała, ale i tak musiał do niego podejść i o coś zapytać.
         – Amarillia, nadal jest właścicielką tego budynku? - zapytał, gdy tylko podszedł do drewnianej lady. Karczmarz przyglądał mu się przez chwilę i mruknął coś do siebie. Co miał oznaczać ten dźwięk? To wiedział chyba tylko ten mężczyzna.
         – Tak. Jaki interes do panny Farfir może mieć ktoś taki, jak ty? - zapytał Samiela, ciągle mu się przyglądając. Może w jakiś sposób oceniał go wyłącznie po tym, jak teraz wyglądał i wyciągał jakieś wnioski. Spojrzał też na Skowronka, ją też zresztą oceniał w ten sam sposób, co jego.
         – To już jest moja sprawa, więc… Gdzie ją znajdę? - odparł i od razu zadał kolejne pytanie.
         – W drugiej sali – odpowiedział mężczyzna, chociaż poprzedził to westchnięciem, jakby spodziewał się, że jeśli nie odpowie, to może wpakować się w jakieś kłopoty, a tego widocznie nie chciał. Zabójca kiwnął tylko głową, co było oszczędnym podziękowaniem z jego strony. Później odwrócił się i ruszył w stronę przejścia do drugiego pomieszczenia, bo to właśnie ono było tą „drugą salą”.

Druga pomieszczenie, czy tam druga sala, prezentowało się już trochę inaczej. Od razu w oczy rzucało się to, że była ona mniejsza od sali wspólnej, a także to, że znajdowały się tutaj wyłącznie stoliki przeznaczone dla dwóch osób, z których zresztą kilka było zajętych. Tutaj na scenie znajdowały się dwie osoby – mężczyzna i kobieta – którzy przygrywali spokojniejszą muzykę, dlatego też atmosfera w tym pomieszczeniu wydawała się trochę inna niż w tym, z którego tu przyszli. Co więcej, gdy tylko przekroczyli próg wejścia, szybka muzyka i głośne rozmowy nie docierały już do ich uszu. Teraz słyszeli wolniejsze nuty i ciche dialogi. Znajdowała się tu też drewniana, chociaż również mniejsza, lada i przejście do kuchni. Za ladą stała dość wysoka – na oko mogła mieć jakieś sześć stóp wzrostu – elfka o długich włosach w kolorze ciemnego brązu, które miała rozpuszczone, ale też jednocześnie zaczesane za szpiczaste uszy tak, żeby ich nie zakrywały. Nie widzieli całego jej ciała, jednak raczej dało się zauważyć, że ma na sobie suknię. Samiel zaczął iść w jej stronę, a im bliżej byli, tym lepiej można było dostrzec szczegóły. Na przykład jej bardzo ładną twarz o jasnej cerze, małym nosie, długich rzęsach i ciemnoniebieskich oczach, która dodatkowo była też pozbawiona oznak starzenia, więc ciężko było powiedzieć, ile lat może mieć ta kobieta. Spojrzała w ich stronę, jednak chyba nie rozpoznała Samiela, więc podszedł jeszcze bliżej i ściągnął kaptur z głowy. Oczy Amarillii stały się nagle większe, a jej usta rozchyliły się lekko w wyrazie jawnego zaskoczenia.
         – Samiel! - powiedział głośno i uśmiechnęła się do niego.
         – Co sprowadza ciebie i… twoją towarzyszkę do mojej karczmy? - zapytała i zerknęła w stronę Skowronka, do której zresztą też się uśmiechnęła.
         – Ami… Ciszej. Nie chciałbym, żeby ktoś nieodpowiedni dowiedział się o tym, że przebywam w mieście – powiedział do niej. Oczywiste było to, że się znali i to raczej dobrze, co można było wywnioskować nie tylko po zaskoczeniu Amarillii, gdy go zobaczyła, lecz również po tym, że nie Samiel nie zwracał się do niej jej pełnym imieniem.
         – Na pewno będę potrzebował noclegu, chociaż jeszcze nie wiem, na jak długo. Poza tym, przydałby się nam stolik, przy którym moglibyśmy usiąść i porozmawiać tak, żeby nikt nie podsłuchiwał. Wypatrzyłem już taki – powiedział do niej. Na ostatnie słowa Ami pokiwała tylko głową, a wyraz jej twarzy zdawał się mówić „Tak, tak. Oczywiście, że już go znalazłeś. Nie spodziewałabym się, żeby było inaczej”.
         – Na pewno będę chciał też coś zjeść. Hmm… Myślę, że bitki z wołowiny z dodatkiem cebuli byłyby dobrym wyborem, do tego jakieś dobre, czerwone wino – odparł, a Ami kiwnęła głową.
         – A ty? Będziesz coś jadła? - zapytał i odwrócił się w stronę Skowronka. Amarillia także na nią spojrzała, czekała na jej odpowiedź. Bez różnicy na to, jaka ona była, gdy już elfka odpowiedziała, Samiel zaprowadził ją do stolika, który wypatrzył. Czuł też na sobie wzrok Ami, jednak wydawało mu się, że obserwuje ich po to, żeby wiedzieć, gdzie usiądą, a nie z innej przyczyny. Zabójca wybrał stolik raczej bliżej ściany, który dodatkowo sąsiadował wyłącznie z takimi, które nie były zajęte przez gości.
         – To… Co ty robisz w mieście? Wcześniej o to nie zapytałem, więc pomyślałem, że zrobię to teraz – odezwał się krótko po tym, jak zajęli swoje miejsca na krzesłach.

ODPOWIEDZ

Wróć do „Ekradon”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość