Mauria[Tereny podległe] Tańce pod krwawym księżycem

Miasto położone na północny-zachód od Mglistych Bagien, otoczone gęstą puszczą, jedyną droga prowadząca do miasta jest dolina Umarłych lub też nie mniej niebezpieczne bagna. Niewielu tutaj przybywa miasto zaczyna wymierać, gdyż młodzi jego mieszkańcy uciekają stąd jak najdalej od tajemniczej Doliny Umarłych.
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Kathléen
Zbłąkana Dusza
Posty: 5
Rejestracja: 1 rok temu
Rasa: Wampir
Profesje: Arystokrata , Szlachcic , Uczeń
Kontakt:

[Tereny podległe] Tańce pod krwawym księżycem

Post autor: Kathléen »

        - Jestem co do tego przekonana, jaki inny byłby motyw, aby ukrywać się w taki sposób, szczególnie, że majątku zdecydowanie mu nie brakuje, a i urody mu i mój narzeczony mógłby zazdroszczyć?
        - Panienko, to nie godzi się czegoś takiego sugerować. To, że przystojny mężczyzna stroni od towarzystwa, może znaczyć wiele rzeczy.
        - Moja droga, żadna z nas nie urodziła się wczoraj; jeśli ktoś nie korzysta z talentów, jakimi został obdarzony, to oznacza, że te talenta nic mu dać nie mogą.
        Kathleén zacisnęła wargi, w końcu poddając się i uchylając księgę, która uprzednio zasłaniała jej widok na całą bibliotekę, w której się znajdowały - cztery kobiety odziane elegancko, acz codziennie, z czego dwie miały wyraźnie prostsze suknie, wyraźnie wskazując na ich rolę jako służki. Wampirzyca dostrzegła, że czwarta dziewczyna o nawet bardziej bladej twarzy dołożyła swoją książkę na stolik obok - dwie służki miały ich własne otwarte, ale położone na ich kolanach.
        - Jakiż to mężczyzna powinien stać się obiektem zazdrości szlachetnego mistrza Asmala, iż preferujecie taki temat ponad jego jakże fascynujące mądrości? - spytała Kathleén z zaczepnym grymasem.
        - Och, jestem przekonana, że szlachetny mistrz, gdyby jeszcze żył, preferowałby takiego rodzaju dyskusje na swój temat ponad dogmatyczne dysputy. - Zachichotała Avaria, jasnowłosa dziewczyna o zielonych oczach i wyjątkowym smaku do odzieży, sztuki oraz skandali.
        - Niejaki hrabia Vergil von Weyarn - wyjaśniła Octavia, druga służka, ciemnowłosa, z wyraźną obecnością elfiej krwi w żyłach, a na uniesioną brew swojej pani dopowiedziała. - Hrabia jedynie tytularny, z tego, co się orientuję, dlatego panienka go nie kojarzy.
        - Ach, rozumiem. A w czymże ów von Weyarn przyćmiewa zagadkę egzystencji? - Kathleén założyła stronę w księdze, po czym odłożyła ją na bok, zamiast tego sięgając po filiżankę ciemnoczerwonej herbaty, z którego zaraz pociągnęła kilka łyków.
        - Wszystkim! - zachłysnęła się Sylva, wampirka zdecydowanie stojącą za tym wszystkim, na co słóżki zareagowały rozbawionymi spojrzeniami, których nie brakowało im w ostatnich dniach. Córka barona posiadała charakterystyczny sposób bycia, co bez problemu dostrzegali goście mości włodarza.
        - Panienka Sylva ma sporo racji, gdyż swoją tajemniczością nasz hrabia gotów stanąć w szranki z zagadką bytu, a i próby odpowiedzenia na niego zdaje się być tyle, ilu ludzi o nim słyszących, z nie mniej odważnymi interpretacjami - powiedziała zaraz Octavia, kładąc dłoń na ramieniu wampirzycy, która zaraz entuzjastycznie pokiwała głową.
        - Potyczki na słowa z tobą i czart powinien się obawiać - uznała jej wypowiedź Kathleén, która aż odłożyła filiżankę i położyła dłonie na kolanach, pochylając się w fotelu w stronę dziewczyn. - A więc? Czuję się pokrzywdzoną bez wiedzy niezbędnej w tak ciekawej dyskusji.
        - Ród von Weyarn nie był dużą rodziną, choć majętną oraz czystej krwi - zaczęła oczywiście Avaria, gestykulując na tyle ochoczo, że jej jasne loki latały na lewo i prawo.
        - Niektórzy powiadają, że Vergil w istocie jest człowiekiem przemienionym i zaadaptowanym jako dziedzic, bo rodzice nie mogli mieć dziecka - wtrąciła Sylva.
        - Podobne stwierdzenia są powszechnie wytaczane dla każdego wampira na tyle podeszłego, aby publiczna świadomość nie pamiętała jego dzieciństwa - stwierdziła Octavia, której ręce pozostawały nieruchome, a mimika skromna - na taką odpowiedź policzki córki barona nieco się powiększyły; Kathleén uważała ów nawyk za uroczy u dzieci, ale nie u piętnastolatki co chwila wspominającej o nadchodzącym ślubie.
        - Ale zdecydowanie nie o każdym się mówi, że zabił własnych rodziców.
Można by rzecz, że momenty takie jak te rekompensowały tę uroczość, jednak Kathleén wolałaby, aby dziewczyna pozostała czysto urocza; wampirka wzięła głęboki wdech, gdy jej plecy opadły na oparcie fotela, a płomień świecy stojącej obok zamigotał, gdy kąciki woskowej wieży pokryły się ledwo widocznymi kryształkami szronu. Nie umknęło to wzrokowi Octavi, która spojrzała na swoją przyjaciółkę znacząco. Avaria zamrugała, po czym otworzyła swoje ustka, przerywając ciszę.
        - To rzeczywiście jedna z powszechniejszych pogłosek na jego temat; ponoć podróżował wiele w przeszłości, tak samo zresztą jak w teraźniejszości. Otóż jednego dnia powrócił do posiadłości rodu, a następnego dnia stał się już jego jedynym członkiem.
        - Rzekomo wypił ich do cna, a sam zagarnął całe bogactwo, które posiadali - dodała Sylva.
        - To już bajdurzenie. Nie wiadomo nic o bogactwach von Weyarnów, nasz hrabia znany jest z wielu podróży, których przebieg nie jest znany. Spekuluje się na temat tego, jakie krainy odwiedził i jakich rzeczy dokonał. Niektórzy nawet mówią, że udało mu się zabić smoka i jego skarb skrywa w podziemiach swej Leśnej Posiadłości.
        - Jestem ciekawa, czy trzyma tam też księżniczkę - mruknęła Octavia, która jak dotąd milczała z twarzą ponownie skrytą za okładką książki.
        - Muszę przyznać tutaj rację naszej pragmatycznej towarzyszce - odezwała się Kathleén. - Zabicie smoka to sprawa osobna, której prawdziwości lub fałszu nie można potwierdzić hipotezując, jednak przetransportowanie smoczego skarbu w sposób nie skupiający na sobie uwagi? Wybaczcie, ale nie wierzę, aby różnica naszych kultur była w stanie coś takiego uzasadnić.
        - Jednak w jaki sposób twoja kultura uzasadniałby tak tajemniczy styl życia i trzymanie tylko jednego, męskiego służącego? - Nie ustępowała Sylva.
        - Och, droga panienko, czy w takim razie obecność naszej tu tylko czwórki powinna wzbudzać gorszące plotki? - zachichotała Avaria, czym wywołała natychmiastowe rozwarcie warg Sylvy, jednak dziewczyna kontynuowała swoją myśl, mieszcząc się w czasie zarezerwowanym na jej kolejne słowo. - Oprócz tego to tylko jedna strona tych plotek, mi udało się usłyszeć coś znacznie przeciwnego; ponoć kiedy nasz hrabia opuszcza tę swoją posiadłość, a chyba zwykł to robić często, to cierpi na okropną słabość do pięknych kobiet. W gruncie rzeczy, jeżeli chociaż połowa tego, co na ten temat się mówi jest prawdą, to wręcz obawiałabym się stanąć obok niego!
        - Ale… - Wzrok pozostałych trzech kobiet skierowany został na córkę ich gospodarza w oczekiwaniu na kontrargument, podczas gdy ta nagle spojrzała w przestrzeń, orientując się w swojej sytuacji. W takim wypadku uratować bądź pogrążyć ją postanowiła sama Kathleén.
        - Szczerze powiedziawszy, odnoszę wrażenie, że posiadasz jakiś szczególny powód, aby nie pałać zbytnią sympatią do owego Vergila van Weyarna. - Wampirka przez chwilę poruszała wargami, sprawdzając jak to imię na nich leży. - O ile nie jest to tylko wielkie zamiłowanie do dyskusji, które kompletnie potrafię zrozumieć, choć wolałabym pewnie nieco odmienny temat.
        - Tak, dokładnie - uśmiechnęła się Sylva, na co Kathleén klasnęła w dłonie.
        - Wybornie, w takim razie zaproponowałabym odmienny temat, choć wierzę, że po takiej wymianie zdań pozostaje wciąż bliski idei rozmowy, ufam, że przypadnie ci do gustu. Czy możliwe jest poznanie osoby bez widzenia jej uprzednio na oczy. - Brwi obu służek uniosły się, po czym wymieniły spojrzenia. - Wedle zapisków niejakiego Vimhara z Demary wszyscy jesteśmy zwierzętami o mniejszym lub większym stopniu rozwinięcia; wszyscy zdajemy sobie sprawę, że zachowania zwierząt są stosunkowo proste do przewidzenia, na tyle, że słysząc nazwę gatunku jesteśmy w stanie w znacznym stopniu je “poznać". Jednakże wśród zwierząt jednego gatunku także zdarzają się różnice w zachowaniu, wywołane odmienną rolą w przyrodzie, stadzie czy powiedzmy społeczeństwie. Dzieląc je jednak na kilka kategorii możemy stosunkowo łatwo opisać każdego osobnika, lecz im bardziej skomplikowane zwierzę, to i większe rozdrobnienie i różnorodność ról dla niego się przejawia. Wobec tego powiedzmy człowiek czy wampir także możliwy jest do opisania przez odpowiednią ilość kategorii nałożonych na siebie, dających obraz jednostki. Informacje na temat kategorii, do których ów jednostka przynależy, możliwe są natomiast do pozyskania za pośrednictwem innych jednostek, bez potrzeby bezpośredniego spotkania osobnika. Co ty sądzisz na ten temat, Octavio?
        - Mistrz Asmal wyprowadza tezę, iż informacja tym bardziej zostaje uszkodzona, im dłużej znajduje się w przyrodzie. W ten sposób wytłumacza dlaczego nasze wspomnienia zanikają, dlaczego tak mało wiemy o najdawniejszych czasach, dlaczego nie jesteśmy w stanie zbadać oka Prasmoka. W ten sposób jakakolwiek wiedza na temat człowieka przekazywana przez ludzi jest niepewna, uszkodzona, a nawet często nieaktualna, szczególnie w przypadku długowiecznych ras. Wobec tego wysoce wątpię, aby możliwe było odpowiednie przypisanie kategorii tylko na podstawie relacji pośredniej.
        - Celne źródło, choć zdziwiłabym się, gdyby było inaczej. - Kathleén skinęła w jej stronę. - Sylvo, jak ty się do tego odniesiesz?
        - Bardzo chętnie bym to zrobiła, ale niestety musicie mi wybaczyć, to czas na moje lekcje tańca. - Sylva skinęła im, po czym chwyciła skraje sukni aby wstać ze swojego fotela; Avaria zaraz przejęła od niej jej książkę, na co córka barona uśmiechnęła się do niej. - Bardzo miło się dyskutowało i chętnie powtórzę to w przyszłości.
        - Naturalnie.
        Spojrzenia trzech dziewcząt śledziły oddalającą się panienkę, po czym przesunęły się na świecę liczącą czas; podziw co do chęci nie spóźnienia się Sylvy został przemilczany, ale po chwili Octavia wysunęła inną kwestię:
        - Muszę przyznać, że panienka Salva posiada talent do testowania samokontroli, czyż nie, pani?
Kathleén wywróciła tylko oczami.
        - Ubolewam nad tym, że nieszczególnie do siebie pasujemy - powiedziała wampirka, biorąc kolejny łyk herbaty. - Nie jest zdecydowanie straconym przypadkiem, w rękach odpowiedniego rzeźbiarza z tej bryły zdecydowanie mógłby powstać piękny pomnik. Pozostaje mi mieć nadzieję, że w przyszłości trafi na kogoś takiego.
        - Och, panienka może dożyć na tyle długo, aby to ujrzeć i opowiedzieć naszym wnukom - zachichotała jasnowłosa dziewczyna.
        - Avario! Trochę wiary! - Kathleén odłożyła książkę na bok i podniosła się z fotela, na co jej służki natychmiast także się uniosły. - Podejrzewam, że mistrzowi został oddany odpowiedni hołd, przede wszystkim przez obecną tu kapłankę filozofii. - Octavia uchyliła skromnie głowę, ale pomiędzy welonem czarnych włosów widoczny był uśmiech. Wampirka skierowała się do wyjścia, a obie ruszyły jeden krok za nią, szybko wyłapując rytm. - Zażyjmy nieco księżyca.

        A ów wisiał wysoko tego późnego wieczora, rzucając swoją połowicznie wypełnioną tarczą jasny blask na dziedziniec zamku; zgromadzonych tutaj ludzi obserwował z parapetu zamkowego mężczyzna o bladojasnej skórze, odziany w ozdobną tunikę z herbem służącym za zapięcia płaszcza okrywającego jego ramiona. Długie włosy związane w koński ogon odsłaniały karmazynową opaskę zasłaniającą prawe oko, podczas gdy w lewym odbijały się sylwetki ludzi zgromadzonych w dole, kilku sług krzątających się dookoła i grupki osób zgromadzonych w krąg, pośrodku którego stało dwóch mężczyzn, z mieczami w ich dłoniach, nie spuszczających z siebie wzroku.
        - Mości baronie, miło widzieć was na nogach; przepełnia mnie nadzieja, że sen sprzyjał.
        Mężczyzna odwrócił się i uśmiechem przywitał Kathleén z obydwiema służkami u boku, które zaraz chwyciły skraje sukni i dygnęły, pochylając głowy odpowiednio nisko.
        - Jak najbardziej, pani. Cieszę się, że widzę cię tutaj, udało ci się zdążyć na nie lada widowisko. - Baron chwycił dłoń wampirki, którą zaraz ucałował przelotnie, po czym delikatnie podprowadził ją na skraj balkonu. - Szkoda tylko, że mojej córki nie ma, ona z pewnością byłaby tym zachwycona.
        Owszem, byłaby, bo jednym z pojedynkujących się w dole był nie kto inny tylko jej narzeczony, mężczyzna dosyć znany ze swoich umiejętności z ostrzem. Naprzeciwko niemu zaś stał… Kathleén uniosła brwi, kiedy ujrzała swojego “własnego rycerza”. Młodzieńca z rodziny szlacheckiej z okolic Turmalii, który przysiągł walczyć w jej imieniu (przez bliżej nieokreślony okres). Był dobry, ale niewiele więcej, każdego bandytę byłby w stanie bez problemu pokonać, ale to nie z takim się teraz mierzył. Dodatkowo mimo wszystko był tylko człowiekiem.
        -Niestety musiała spieszyć na swoje lekcje - powiedziała Kathleén, zerkając na służki, które stanęły obok niej, także zerkając z zaciekawieniem.
        - Za kim obstawiasz, pani? - spytał baron.
        Widziała, jak mężczyźni wymieniają kilka uderzeń i już wiedziała. Alryk nie miał szans, jakkolwiek zdeterminowany by nie był; wampir był wyraźnie bardziej doświadczony i posiadał lepszy refleks, jego ostrze przesuwało się i zatrzymywało, czekając na przeciwnika, podczas gdy młody rycerz musiał bez przerwy się poruszać. Był zwinny niczym lis, ale jego pazury niewiele mogły zrobić przeciwko skale, jaką okazywała się defensywa nieumarłego. Nie, nie chodziło tu o to, kto wygra, ale kiedy.
        - Jak zawsze wierzę w swojego obrońcę - powiedziała wampirka i zdołała wyłapać błysk rozbawienia w zdrowym oku barona. On też widział zbyt wiele, aby mieć takie złudzenia, ale ona miała prawa takie nie tylko posiadać, ale i je wyrażać.
        - Zrozumiałe. Korzystając z twojej obecności, chciałbym zaprosić panienkę na bal. - Uniesione brwi odpowiedziały starszemu wampirowi, który zrozumiał nieme pytanie. - Mój brat ma w tradycji urządzać przyjęcie w swojej posiadłości gdy na niebie jest krwawy księżyc. Dostałem dziś od niego wiadomość o najbliższym terminie i jestem przekonany, że zaszczyściłabyś nas obu swoją obecnością na nim.
        - Och, schlebia mi baron tymi słowami - odrzekła Kathleén. - Nie…
Jej słowa jednak zostały przerwane przez okrzyki ludzi z placu - dwójka arystokratów zerknęła na dół aby ujrzeć Alaryka powalonego na ziemię, leżącego na ziemi i przyciskającego ramię do klatki piersiowej. Jego wytrącony miecz leżał dobre kilka metrów obok, a nad mężczyzną stał jego wampirzy oponent, wciąż s pozycji kończącej cios. Wszystko to wystarczyło, aby Kathleén odszyfrowała manewr, który przed chwilą został użyty. Nie tak trudny do obrony, ale wampirka świetnie rozumiała nerwy przy mierzeniu się z o wiele lepszym przeciwnikiem.
        - Czy jest ranny?!
        Avaria otworzyła szerzej oczy, zerkając na swoją przyjaciółkę, a Kathleén posłała jej zaciekawione spojrzenie, zerkając na dłonie uczonej i artystki, teraz zaciśnięte na krawędzi balustrady. Zwycięzca pojedynku zaczął chować swój miecz do pochwy i zbliżać się do pokonanego człowieka, ale wyprzedził go syn barona, który zaraz przypadł do rannego, a po chwili go poddźwignął. Dobrze, że na palcu był też zamkowy medyk, po którego torbę zaraz poleciał młodzik.
        - Spokojnie, z takiej rany wygrzebie się bez problemu - powiedział baron uspokajająco do Octavii, na co ta zamrugała i szybko przyjęła neutralną pozę, choć opuściła twarz, aby ukryć delikatny rumieniec.
        - Jednak wybaczy baron, ale powinnam zdecydowanie sprawdzić, a jakim stanie jest mój rycerz - powiedziała Kathleén. - Gdyby nie pańska obecność, już bym bez wątpienia pędziła na dół, więc pozwoli baron, że powrócimy niedługo do tej rozmowy.
        Wampirka pośpiesznie się oddaliła, w tempie marszowym, a przynajmniej dworskim jego odpowiedniku. Znała już układ korytarzy na tyle dobrze, że dotarcie na plac zajęło chwilę. W międzyczasie Kahleén zdążyła podzielić się ze służkami analizą co do cięcia, na co Octavia wysunęła szybką diagnozę, zwiastującą młodzieńcowi kilka tygodni w temblaku, a Avaria nie omieszkała wyrazić ulgę z tego, że panienka Sylfa jest zajęta tańcami. Już na dziedzińcu prędko odnalazła wzrokiem Alryka, siedzącego na ławie w towarzystwie medyka, który właśnie skończył bandażować obnażone ramię, oraz syna barona, który siedział po drugiej stronie. Kathleén skinęła dłonią, a dwie służki odstąpiły od niej na bok, podczas gdy ona podeszła do ławki; syn barona dostrzegł ją i zaraz się podniósł.
        - Pani.
        - Ma pani! - Odezwał się zaraz Alryk, po czym spróbował wstać, ale medyk zaraz powstrzymał go.
- Witajcie, panowie. Wybacz, że odmówię sobie jej przyjemności, ale czy mogłabym porozmawiać w cztery oczy z moim rycerzem? - zapytała wampirka, na co syn barona skinął głową i odsunął się w delikatnym ukłonie, posyłając jeszcze Alrykowi współczujące spojrzenie. - Spokojnie, może nie wyglądam, ale zapewniam, że dam radę utrzymać go na miejscu.
        To przekonało medyka, który zostawił ich samych. Alryk spojrzał w górę, a gdy dostrzegł wampirkę, stojącą z dłońmi splecionymi za plecami, spoglądającą, na niego z przekrzywioną głową i tajemniczym uśmiechem, który mógł w sobie kryć równie dobrze współczucie, jak i rozbawienie, spuścił głowę i wymamrotał: “Przykro mi, że zawiodłem.”
        - Och, ależ jeszcze w niczym mnie nie zawiodłeś; choć widzę, że jesteś na dobrym ku temu kursie. - Wampirka usiadła obok rycerza, który wyraźnie był zdezorientowany - Kahleén nie ułatwiała pewnie przepełnionemu adrenaliną i zranionemu organizmowi swoimi słowami. - Nie zginąłeś, co można by uznać za zawód i porażkę. Straciłeś kilka innych rzeczy, to fakt. Nieco dumy, najpewniej kilka godzin treningów, ale błędy nie istnieją w naturze po to, aby odbierać. Istnieją, aby dawać. Przynajmniej do pewnego momentu. Więc wykorzystaj ten błąd i wyciągnij lekcję, a uczynisz siebie lepszym, a mnie dumną.
        - Oczywiście. - Młodzieniec skinął głowę, a wzrok Kathleén podążył za jego zdrową ręką, która chwyciła oparty o ławkę miecz. - Na pewno przemyślę tę walkę i wyciągnę z niej wnioski.
        Wampirka westchnęła.
        - Och, ależ nie wątpię, że poprawisz dzięki tej porażce swoje szermiercze zdolności. Jednak nie jest to dokładnie to, co miałam na myśli. - Kobieta położyła dłonie na kolanach i spojrzała w niebo, na księżyc. - Władanie ostrzem to tylko jedna z umiejętności, które winien posiadać rycerz. Twój umysł powinien być nie mniej ostry niż twój miecz. A umysł najlepiej szlifuje się w odpowiednim towarzystwie.
        - Pani… - Kathleén podniosła dłoń, rezerwując sobie prawo do mówienia dalej.
        - Zdaję sobie sprawę, że nie przypada ci do gustu atmosfera, która panuje pośród arystokracji, jednak z chwilą złożenia mi ślubów skazałeś się na tę ścieżkę, którą jak dotąd zgrabnie wymijałeś, jednak czas, abyś się z nią zmierzył. Nasi dobroczyńcy za jakiś czas urządzają bal i chcę zobaczyć cię na nim.
        - W… w jaki sposób będzie to dla mnie lekcją? - spytał wyraźnie zdezorientowany młodzieniec, a Kathleén tylko uśmiechnęła się i położyła mu dłoń na ramieniu.
        - To pierwszy krok na drodze do dworskich manier, które z kolei są świetnym treningiem dla umysłu, o ile nie przytłoczą cię. Oprócz tego, jeżeli wciąż nie jesteś przekonany, możesz to potraktować jako rodzaj kary; w końcu to mnie reprezentujesz w walce.
        - W porządku. - Alryk westchnął. - Zaszczytem będzie pójść na bal z tobą.
        - Oh, obawiam się, że to nie zadziała; skazywać się na coś takiego byłoby o wiele zbyt brutalne dla ciebie, nie miałeś okazji poznać, jaka jestem na balach. - Wampirka zachichotała. - Nie, tobie potrzeba innej partnerki, odpowiedniej dla kogoś wchodzącego w ten świat. Wobec powyższego zdaję sobie sprawę, że brakuje ci wymaganego doświadczenia, aby dostrzec, które kryteria w kobiecie byłyby perfekcyjne, dlatego pozwolę sobie zasugerować. - Kathleén położyła palec na podbródku i uniosła wzrok, zatopiona w myślach. - Najlepiej, aby był to ktoś z pewnym doświadczeniem na dworze, ale nie na tyle wielkim, aby twój jego brak psuł jej zabawę. Wobec powyższego przydałoby się także, aby była to osoba na tyle inteligentna, aby móc służyć ci wsparciem i na tyle wyciszona, aby nie dać się ponieść i pamiętać o tobie. Zasugerowałabym także, że ktoś nieco zaznajomiony byłby idealnym kandydatem na pierwszą towarzyszkę, więc ktoś z kręgu mojej świty nadałby się tutaj świetnie. Warto także wspomnieć…
        Kathleén żywo gestykulowała dłonią, na tyle, że wzrok rycerza w końcu musiał na niej opaść. A wtedy dziewczyna nie omieszkała wykorzystać tej uwagi, aby pozornie niedbale przesunąć ręką w ten sposób, że oczy Alryka skierowały się na dwie służki, stojące pod drzewem na uboczu i zajęte rozmową. Wampirka mówiła jeszcze chwilę, ale obserwując jego twarz, wiedziała, że nie musi. Zapewniła jeszcze, że zapewni mu wsparcie w zdobyciu odpowiedniego stroju, po czym wstała i powróciła do dziewczyn, które zaraz ustawiły się po jej bokach.
        - Czas zawiadomić barona, że pojawimy się na owym balu.

        Octavia zanurzyła pióro w atramencie zupełnie tak czarnym jak jej włosy, a następnie pozwoliła kilku kroplom ścieknąć zanim położyła je na pustym pergaminie. Przybór tkwił pochylony tuż przed działaniem, podczas gdy sama kobieta podniosła głowę i zerknęła w oczekiwaniu na Kathleén, chodzącą po pokoju z przymkniętymi oczami i uniesionymi dłońmi, którymi poruszała zupełnie jakby chciała z powietrza uchwycić właściwe słowa.
        - “Prawdziwie Szanowny Hrabio von Weyarn…” - Tu przerwała, pozwalając dźwiękowi skrzypiącego pióra wypełnić pomieszczenie, podczas gdy ona sama przeniosła wzrok na Avarię. - Nie nazbyt oficjalnie?
        - To pierwsze słowa, które kierujesz do hrabiego, pierwsze odłamki twojego bytu, z którymi się spotka! Moim zdaniem powinnaś się wysilić na coś bardziej… poetyckiego.
        - Przypominam, że pierwsze ułamki bytu hrabiego pochodziły z niezbyt przyzwoitych plotek - pozwoliła skomentować Octavia, która już położyła pióro na nowej linijce. - Oprócz tego oficjalność moim zdaniem jest perfekcyjna w takiej sytuacji. Mało kto z arystokracji lubi szczególne spoufalanie się z nieznajomymi; o ile rzecz jasna to nie wychodzi od nich, lecz w przypadku siebie nawzajem tkwią w specyficznym pacie.
        - Jak dobrze nie być arystokratką - zachichotała Avaria.
        - Wracając… - Kathleén wykonała piruet i uniosła dłonie do skroni, układając słowa w głowie. - “Zdaję sobie sprawę, że piszę do Was jako osoba zupełnie wam obca z propozycją, która w swojej naturze zwykła odbiegać od takiego stanu relacji, jednak pokładam nadzieję w tym, że nie stanie to nam na przeszkodzie.Wszak świat to scena okazji, które pojawiają się, gdy ktoś zechce po nie sięgnąć.
        Przechodząc do meritum, moja skromna osoba pragnęłaby zaprosić Was do udziału w balu, odbywającego się w baronii Vivic, dokładnie miesiąc od chwili pisania tego listu. Udało mi się zasłyszeć wiele interesujących historii na Wasz temat i przepełnia mnie chęć, aby ujrzeć osobę odpowiedzialną za nie wszystkie na własne oczy oraz zweryfikować, które z nich mają w sobie ziarno prawdy. Wobec tego zaszczyściłoby mnie, gdybyście zgodzili się zostać moim partnerem na tym wydarzeniu.”
        Kathleén przerwała i zerknęła znad ramienia Octavi na pergamin, szybko przebiegając wzrokiem po słowach ze zmarszczonym czołem. Sama dziewczyna postawiła ostatnią kropkę, po czym uniosła wzrok oraz brwi.
        - Szczerze powiedziawszy, brakuje mi pomysłu, jak to zgrabnie dalej pociągnąć - powiedziała wampirka. - Nigdy nie lubiłam przedstawiać się w listach, zawsze odnoszę wrażenie, że nie da się tego zrobić w sposób nieekspresujący narcyzmu.
        - Może nie potrzeba wiele więcej - zasugerowała Avaria, także podchodząc bliżej i zerkając na list. - Być może właśnie to, co potrzeba, aby schwytać tajemniczego mężczyznę, to nieco tajemniczości z drugiej strony. Ktoś z dalekiego kraju, z rodu cieszącego się specyficzną sławą, w dodatku tak młoda osoba podróżująca po świecie… cóż, nawet jeżeli nie byłby tego świadom, jestem pewna, że pieczęć powinna go zainteresować.
        - W porządku. Wracając: “Wierzę, że jeżeli będzie Pan skory zaakceptować moją ofertę, zdołamy ustalić szczegóły co do technicznych aspektów całego wydarzenia. Niezależnie od Waszej decyzji, życzę Wam udanego dnia, jak i całego przyszłego nie-życia.
Z wyrazami szacunku”
        Wampirka pochyliła się, aby złożyć swój podpis własnoręcznie: “Kathléen Valentina Alice Madeleine Noémie”. Po tym, jak Octavia odłożyła pióro i zatkała kałamarz, dziewczyna podgrzała odpowiednią ilość karmazynowego wosku, pozwoliła atramentowi wyschnąć, po czym zwinęła go oraz wylała wosk na miejsce, w którym kończył się pergamin, Następnie Kathleén wyjęła swój sygnet rodowy i odcisnęła go na liście - nietypowy, trójkątny herb z krukiem o rozpostartych skrzydłach ozdobił papier. Ten zaraz przewędrował z rąk Octavi do Kathleén, a ta prędko podała go Avarii, która z kolei zbliżyła się do drzwi, aby przekazać go słudze do wysłania. Kiedy tylko jednak dotknęła klamki, ta opuściła się, a zaskoczona dziewczyna odsunęła się, gdy drzwi o mało nie uderzyły jej twarzy. W nich zaś ukazała się dokładnie osoba, która była pożądana.
        - Sir Aleryk prosi o rozmowę w cztery oczy z panienką Octavią - powiedział mężczyzna, a na jego twarzy pojawiło się zmartwienie, gdy dostrzegł Avarię oraz jej zaskoczoną twarz i odchyloną w tył sylwetkę z rozpostartymi ramionami. Zdziwienie widoczne było także w spojrzeniu Octavii, kiedy usłyszała te wieści, lecz Kathleén tylko się uśmiechnęła i skinęła dłonią w jego stronę.
        - Jeżeli tylko sobie panienka życzy, to nie mam nic przeciwko. - Splotła po tym dłonie na łonie i pochyliła głowę, słysząc, jak dziewczyna odsuwa krzesło. - Mógłbyś też przy odprowadzaniu jej od razu wysłać list dla mnie.
        - Oczywiście! - Sfrasowany sługa skłonił się i przyjął list w swoje dłonie, po czym poczekał na zbliżającą się Octavię, aby skłonić się przed nią, a następnie zamknąć za nimi drzwi. Kathleén zachowała neutralny wyraz twarzy, choć musiała przyznać, że kosztowało ją to nieco wysiłku. Jednak zdecydowanie nie można go było porównać z tym, jak trudno było Avarii nie wybuchnąć podekscytowaniem.
        - Ciekawe, jaki interes mógłby mieć nasz cnotliwy rycerz do kochanej czarnulki - zaświergotała tylko sugestywnie, nie mogąc powstrzymać wyrobionych przez lat nawyków.
        - Też chciałabym to wiedzieć - odpowiedziała niewinnie Kathleén.

        Alerykowi do twarzy było w uroczystym stroju, a Octavii - z młodym rycerzem pod ramieniem; jej twarz promieniała jak nigdy, a zazwyczaj zupełnie proste, długie włosy splecione w warkocze, luźne i spięte. Czerń włosów lśniła w ostatnich promieniach zachodzącego słońca, świetliste smugi przeskakiwały po atramentowych pasmach, kiedy para szła powolnym krokiem w stronę dwóch karoc czekających już u wrót miasta.
        - Zapowiada się doskonała noc - stwierdziła Kathleén, która poświęciła nieco własnej wygody i pozwoliła najlżejszym, lecz wciąż słonecznym promieniom skubać jej bladą skórę.
        - Jak najbardziej, panienko - odpowiedział burmistrz, odprowadzający ją pod ramieniem.
        - Oby nam sprzyjała na balu! - dodała podekscytowana kobieta, która szła pod drugim ramieniem mężczyzny, jego córka, która okazała się interesująca kartą przetargową; Kathleén podczas dwutygodniowej gościmy w jego progach zdołała zapoznać się z nią na tyle, aby stwierdzić, że jest towarzyskim brzydkim kaczątkiem. Szczęśliwie dla niej wampirka gotowa była pomóc jej wkroczyć na ścieżkę prowadzącą ku zostania łabędziem; a przynajmniej zapewnić jedną noc w piórach takowego. O tym mogła już zapewnić burmistrza, który w zamian zgodził się na quasiuroczyste odprowadzenie jej - dziewczyna była zadowolona z faktu, że nawet w tak obcym kraju była w stanie zapewnić sobie warunki w miarę odpowiadające komuś jej pozycji. Dziewczyna odziana była w prostą suknię o czerni przyzwoitej dla terenów Maurii. Bardzo prosta w swoim kroju i z niezbyt drogich materiałów, standardowe wyposażenie kogoś nie uczestniczącego w podobnych uroczystościach. Dla uratowania dziewczyny od przykrych uwag, a siebie od uszczerbku na prestiżu, Kathleén pożyczyła jej nieco swojej biżuterii, dzięki czemu suknia wyglądała bardziej na świadomą decyzję niż przymus majątkowy. Mimo wszystko na tę noc dziewczyna pozostawała jedynie podopieczną Kathleén i przydałoby się ten fakt zaakcentować.
        W końcu dotarli na skraj drogi - Kathleén zatrzymała się, a w zasięgu jej wzroku pojawiła się Avaria, w nieco krzykliwej, jak najbardziej świadomie dobranej sukni, z naprawdę świadomie wybranym partnerem. Pomimo niskiego urodzenia dziewczyna miała dar przebierania wśród mężczyzn zupełnie, jakby w jej żyłach płynęła błękitna krew. Za dwoma parami i jednym trio ustawili się słudzy - w końcu nie można było mieć zbyt dużo ufności, a i nieco pomocy dla organizujących nie powinno być uchybiające. Dwie karoce czekały już na nie, ale pomiędzy nimi znajdowało się jeszcze sporo miejsca na trzecią - tradycja dobrym wzrokiem patrzyła na mężczyznę, który był gotów zapewnić powóz swojej partnerce, dlatego podczas wymiany listów z Vergilem do takiej właśnie decyzji doszli - wampir został też oczywiście uprzednio powiadomiony o tym, kogo kobieta zabiera ze sobą i dobrze wypytany, czy taki stan rzeczy mu odpowiada.
Kathleén poluźniła nieco uścisk ramienia, zatrzymując się tuż przed pustą przestrzenią. Ona sama miała na sobie coś odpowiednio prezentacyjnego, przy czym lekkiego; wampirka obawiała się, że przez nauki swojej matki nigdy nie będzie stanie zaakceptować bogatych strojów, ale miała nadzieję, że wiek przyniesie swoje. Wobec tego teraz stała przy drodze w dwuwarstwowej sukni, granatowy jedwab opinał jej ciało, podkreślając kobiece kształty wraz z prostokątnym dekoltem, podczas gdy na to wszystko narzucony był ćwierćprzezroczysty, czarny szyfon wiązany pod biustem, lekki. Stopy chronione były przez czarne pantofelki na niskim obcasie, a nogi - przez białe pończochy. Szyję zdobił skórzany naszyjnik z wyszlifowanym obsydianem, a lekko rozpięte włosy przyzdobione kilkoma sztucznymi kwiatami o równie czarnej barwie. Wszystko było na swoim miejscu, zaplanowane co do cala. Brakowało tylko hrabiego.
Awatar użytkownika
Vergil
Mieszkaniec Sennej Krainy
Posty: 112
Rejestracja: 5 lat temu
Rasa: Wampir
Profesje: Wędrowiec , Arystokrata , Wojownik
Kontakt:

Post autor: Vergil »

         – Przecież wiesz, jakie jest moje zdanie na temat zaproszeń na bal, Igarze – odezwał się Vergil, siedząc w fotelu w bibliotece, gdy jego przyjaciel i jednocześnie opiekun tej posiadłości, podszedł do niego i bez słowa wręczył mu zapieczętowany list.
         – Tylko, że ten list wydaje się interesujący – odezwał się drugi wampir. Oczywiście, było to tylko jego przeczucie, chociaż możliwe też, że ta opinia mogła nie być bezpodstawna. Vergil westchnął cicho, odłożył księgę, którą czytał, wcześniej zaznaczając stronę, na której skończył i przyjął zapieczętowany pergamin od Igara.
Pierwszym, co zwróciło uwagę wampira, był oczywiście herb rodowy, odbity w wosku pieczętującym list – w trójkątnym herbie znajdował się kruk wyglądający, jakby znajdował się w czasie lotu, a przynajmniej właśnie to na myśl przywołały Vergilowi rozpostarte skrzydła zwierzęcia.
         – Może rzeczywiście będzie warto poświęcić mu chwilę… Chociażby po to, żeby sprawdzić, do kogo należy ten herb – odezwał się nieumarły, krótką chwilę później przełamując pieczęć. List rozwinął się, chociaż Vergil i tak musiał przytrzymać go, żeby nie zwinął się ponownie.
         – No właśnie! Obaj doskonale wiemy, że moja wiedza na temat rodów szlacheckich Środkowej Alaranii, zwłaszcza wśród naszej rasy, jest większa niż twoja… A mimo tego, nie jestem w stanie rozpoznać herbu. Prawdopodobnie może należeć do kogoś, kto pochodzi spoza środkowej części krainy – odparł Igar, na co Vergil kiwnął tylko głową. Zdawał sobie sprawę z tego, że młodszy wampir ma rację, przynajmniej w tym przypadku. Łatwo można było wytłumaczyć to faktem, że po prostu mieli inne zainteresowania – Vergila interesowało poznawanie świata i podróże, a Igara, między innymi, wysoko urodzone wampiry i stosunki między poszczególnymi rodami.
         – Sprawdźmy, co jest tam napisane… - powiedział i chwilę później zrobił właśnie to, zaczynając od przeczytania pierwszych słów wstępu, które zresztą okazały się zwrotem – z odpowiednim szacunkiem – dokładnie do niego.

         – Szczerze mówiąc, przyznam, że panna Noémie mnie zainteresowała… Myślisz, że powinienem odpowiedzieć na jej zaproszenie i to twierdząco, zgadzając się na to, żeby towarzyszyć jej na balu? - zapytał, gdy już skończył czytać list. Przeczytał go na głos, nie ukrywając przed Igarem zawartości pergaminu – w końcu chciał przecież poznać jego zdanie na ten temat, a wampir nie mógłby się wypowiedzieć, jeżeli nie wiedziałby, o co chodzi.
         – Myślę, że może powinieneś oderwać się nieco od swoich podróży, a wydarzenie to może być właśnie czymś takim – odpowiedział mu po chwili. Wcześniejsza chwila milczenia została przez Igara spożytkowana na krótkie zastanowienie się nad odpowiedzią.
         – Poza tym, mógłbym po prostu udać się tam głównie po to, żeby dowiedzieć się czegoś o osobie, która jest autorką tego zaproszenia, a bal byłby jedynie dodatkiem, chociaż już teraz jestem pewien, że baron Vivic będzie zainteresowany tym, dlaczego postanowiłem pojawić się właśnie na przyjęciu organizowanym przez niego, wcześniej wielokrotnie odrzucając inne zaproszenia – kontynuował Vergil. Towarzysz rozmowy nieumarłego jedynie kiwał głową, dając dość jasny znak, że zgadza się z tym, co mówił starszy wampir.
         – Podejrzewam, że Baron nie będzie jedynym zainteresowanym tą kwestią – słusznie zauważył Igar. Vergil sam także zaczął uważać, że na pewno spotka tam innych, którzy mniej lub bardziej otwarcie będą poruszać kwestie związane z jego przybyciem na bal, o ile zgodzi się na to, żeby towarzyszyć na nim pannie Noémie… Chociaż co do tego, raczej nie miał już złudzeń i wiedział, że zgodzi się na jej propozycję.
         – Jeszcze dzisiaj napiszę odpowiedź i od razu ją wyślesz – odparł, w końcu wstając z fotela. Co prawda, pisaniem chciał zająć się także w swej bibliotece i nie przeszkadzało mu, że Igar ciągle będzie mu towarzyszył, przy okazji czuwając też w pewnym stopniu nad tym, co będzie pisał sam Vergil, jednak najpierw musiał przejść w jej inny rejon. Przy ścianie, między regałami zawierającymi różnorakie pisma, które związane były z jego rodem, stało biurko wyposażone w przyrządy do pisania i nanoszenia pieczęci na wszelakie listy i inne takie, a także w plik czystych pergaminów, z których tylko jeden leżał naprzeciw – teraz przysuniętego (i wygodnego) – krzesła. Vergil odsunął je i zajął, a później przesunął, przygotowując się do pisania.

„Szanowna Panno Noémie” – zaczął wampir i zatrzymał się na tych zaledwie trzech słowach. Nie był pewien, jaki tytuł posiada osoba, do której pisze, więc wydawało mu się, że ten sposób rozpoczęcia – chyba – nie będzie zły.
„Przyznam szczerze, że propozycja, jak i również sama osoba Panienki wzbudziła moje zainteresowanie” – przerwał ponownie, może nie do końca będąc pewnym, czy na pewno powinien od razu przechodzić do rzeczy. Po chwili uznał, że nie ma potrzeby krążenia wokół tematu i postanowił też, że tą część pozostawi niezmienioną, od razu zabierając się za kontynuację.
„Dlatego też postanowiłem, że zgodzę się na propozycję pojawienia się na balu w Waszym towarzystwie. Zaręczam również, że chętnie osobiście odpowiem na pytania związane z moją osobą. Zajmę się także kwestią naszego transportu w miejsce, w którym odbędzie się wcześniej wspomniany bal” – dopisał kolejną część listu, który wydawał się troszkę krótki. Vergil raz jeszcze przeczytał wszystko, w dodatku na głos, żeby – w razie czego oczywiście – Igar mógł podpowiedzieć mu, co mógłby tam zmienić albo dopisać, jednak młodszy wampir nie odezwał się i jedynie pokiwał głową, gdy starszy na niego spojrzał.
„Z wyrazami szacunku i życzeniami udanego dnia, a także całej, przyszłej egzystencji. Hrabia Vergil von Weyarn” – dokończył w końcu, stawiając ostatnią literę w swoim podpisie.
Wampir poczekał, aż atrament wyschnie, w czasie tym rozgrzał wosk, a także przygotował sygnet rodowy, żeby odcisnąć go w czerwonym wosku, gdy ten znajdzie się na zwiniętym pergaminie. Sygnet ten znajdował się albo w torbie podróżnej Vergila – zawsze wtedy, gdy nieumarły wyruszał w świat – albo na jego palcu, co miało miejsce wtedy, gdy przebywał na terenie swej posiadłości lub w towarzystwie innych wysoko urodzonych wampirów. Oczywiście, miał też zamiar zabrać go ze sobą na bal, chociaż jeszcze nie był pewien, czy chce go prezentować otwarcie, czyli na palcu dłoni, czy może przechowa go w kieszeni ubrania, w którym się tam uda.
Wosk w końcu roztopił się, a atrament na pergaminie także zdążył już wyschnąć, więc Vergil wylał jego odpowiednią ilość na przed chwilą zwiniętą kartę, przytrzymał ją, żeby się nie rozwinęła i w czerwieni odbił herb rodowy, znajdujący się na sygnecie. Zbiegiem okoliczności było to, że w jego herbie także znajdował się kruk. Herb miał kształt tarczy, w którym można było zobaczyć lecącego kruka z szablą w szponach. Tak zapieczętowany list, wampir przekazał Igarowi, który od razu poszedł wysłać go w imieniu Vergila.

W czasie, który minął od wysłania pierwszego listu, aż do dnia, w którym miał odbyć się bal, Vergil i Kathléen wymienili jeszcze kilka listów, głównie pisząc o różnych kwestiach związanych z balem. Wampir nie pytał o dziewczynę, uważając, że najlepiej będzie poznać się osobiście, a nie poprzez listy. Karoca stała już przed jego posiadłością, a Igar już wcześniej zgodził się na to, żeby kierować nią, w ten sposób „towarzysząc” mu na balu.
         – Chyba czas ruszać – odparł, sprawdzając jeszcze, czy na pewno wziął ze sobą wszystko to, co chciał wziąć. Oczywiście, musiał pozostawić swoją szablę, chociaż i tak nie będzie znajdowała się na terenie posiadłości. Razem z Igarem postanowili – tak… w razie czego – ukryć ją pod siedzeniem woźnicy, które zajmie młodszy wampir.
Obaj wyszli na zewnątrz, gdzie czekała czteroosobowa karoca. Wykonana z wysokiej jakości drewna bukowego, dodatkowo pomalowanego na kolor granatowy, z czym zresztą kontrastowały wypolerowane, metalowe wstawki, które poprowadzone były przy drzwiach. Drzwi była para po jednej i para po drugiej stronie, co pozwalała na wychodzenie z wnętrza lub wchodzenie doń zarówno z jednej, jak i z drugiej strony. Miały też nieduże okna, które – jeżeli byłaby potrzeba – dało się zasłonić od środka. Koła mimo, że były cieńsze i bardziej eleganckie niż w zwyczajnych wozach, wydawały się i tak wytrzymałe – i właśnie tak było przez to, że nie dość, iż były wykonane z drewna dębowego, a także wzmocnione stalą. Na krawędziach dachu, po obu stronach, także znajdowały się wypolerowane, metalowe zdobienia, które na obu końcach wyginały się w fantazyjne spirale. Zaprzęg karocy stanowiły dwa czarne konie, których skórzane uprzęże przyozdobione były białymi wstawkami. Vergil nie znał się na koniach, ale cena, którą zapłacił za całość, sugerowała mu, że muszą być szybkie i wytrzymałe, a także niełatwe do spłoszenia.
Vergil wsiadł do środka, gdy Igar zajął swoje miejsce woźnicy. Ten drugi ubrany był w skórzane buty, czarne i materiałowe spodnia, a także elegancką koszulę – w ciemnym kolorze, ale z jasnymi wstawkami – na nią narzucony miał tak samo elegancki, wykonany z czarnego materiału długi płaszcz, który częściowo zapiął. Chwilę później powóz ruszył, kierując się na miejsce, z którego mieli odebrać pannę Noémie i towarzyszące jej osoby.

Karoca w końcu dotarła na miejsce, a Igar wymanewrował nią tak, że zatrzymała się między dwiema, które już tam stały. Następnie woźnica zszedł ze swojego miejsca, aby otworzyć drzwi przed Kathléen i osobami, które jej towarzyszyły i także miały jechać jednym pojazdem razem z nią i Vergilem. Wewnątrz, oprócz bardzo wygodnych i miękkich siedzeń, które w pierwszej, krótkiej chwili sprawiały wrażenie, jakby chciały pochłonąć osobę, która w nich siada, aby później dopasować się do jej ciała i… po prostu sprawić w ten sposób, że jazda karocą była przyjemna i wygodna.
Oprócz nich, w środku znajdował się też sam Hrabia, który ubrany był w trzyczęściowy, czarny garnitur zgodny z najnowszą modą panującą wśród wampirzej arystokracji, po którym od razu było widać, że robiony był na miarę i tak, żeby idealnie pasował na noszącego go wampira. Pozbawiony był też zbędnych deseni i ozdobników. Z kolorem ubrania kontrastował srebrny fular wykonany z jedwabiu, na którego tle zresztą dobrze widoczny był też naszyjnik z rubinowym krzyżem, z którym Vergil praktycznie się nie rozstawał. Dla większości mógł on wyglądać jak zwykła biżuteria lub – może – jakaś pamiątka i mało kto wiedział, iż jest on także magiczny, zapewniając wampirowi możliwość tymczasowego przebywania w świetle dnia, a także odporność na trucizny. Poza tym, w kolorze srebra była także sprzączka przy pasku spodni, które miał na sobie. Srebrny był też kolorem spinek przy mankietach garnituru Vergila. Natomiast spinki te stylizowane były na wzór podobny do tego, który widniał w jego herbie, czyli na kruka z szablą w szponach.
Wampir postanowił wyjść z pojazdu, co miało dwa cele – były to wstępna prezentacja swojej osoby, a także ubioru, który wybrał na bal, a także wyjście swojej przyszłej towarzyszce naprzeciw, podprowadzenie jej tych kilku kroków i ewentualną pomoc z wejściem do karocy. Gdy znalazł się na zewnątrz, spojrzenie dwukolorowych oczu – lewego w jasnym, złotym kolorze i prawego o kolorze granatu – spoczęło na Kathléen, w której stronę zresztą zaczął po chwili iść.
         – Miło jest w końcu ujrzeć Panienkę na własne oczy – odparł, pomijając przedstawianie się, bo przecież znali swoje imiona i nazwiska. Wyciągnął w jej stronę dłoń, gotową do ujęcia jej dłoni, aby później przywitać ją w odpowiedni sposób – kłaniając się zgodnie z etykietą i należnym jej szacunkiem, muskając ustami wierzch jej dłoni, aby złożyć tam krótki pocałunek.
         – Mógłbym towarzyszyć Panience w tej krótkiej drodze do karocy? - zapytał, oferując jej też swoje ramię, jeżeli chciałaby iść z nim właśnie pod ramię. Gdy już dotarli do pojazdu, Igar ponownie otworzył przed nimi drzwi, a Vergil – zanim jeszcze wszedł do środka – najpierw przepuścił wszelkie przedstawicielki płci pięknej, dopiero później wsiadając do środka samemu. Po chwili drzwi za nim zamknęły się, a Igar-woźnica zajął swe miejsce z przodu. Karoca ruszyła, kierując się na miejsce balu, przy okazji dając im też trochę czasu na rozmowę w czasie tej podróży.
Awatar użytkownika
Kathléen
Zbłąkana Dusza
Posty: 5
Rejestracja: 1 rok temu
Rasa: Wampir
Profesje: Arystokrata , Szlachcic , Uczeń
Kontakt:

Post autor: Kathléen »

        Wszyscy zgromadzeni przed drogą spoglądali na nią w oczekiwaniu na hrabiego; oczywiście w międzyczasie rozpoczęły się nieobowiązujące rozmowy, mające na celu nadać temu czekaniu mniej niezręczną, a bardziej naturalną atmosferę. Większość z nich nie dotyczyła zbytnio niczego, co by Kathleén szczególnie interesowało, więc ich losem było zagubienie w odmętach umysłu z chwilą, kiedy się skończą. Jedynie jeden temat tak naprawdę przykuł jej uwagę.
        - Tylko nie pozwól się tam pożreć, dziecinko - zaśmiał się burmistrz, czym wywołał widoczną konsternację u swojej córki, która zaraz zerknęła niepewnie na wampirkę.
        - Spokojnie, będę czuwała nad nią, aby żaden wielki, zły, straszny wampir nie spróbował czasem jej skosztować - powiedziała z szerokim uśmiechem.
        Zdołała go utrzymać nawet pomimo pewnej konsternacji, która pojawiła się na twarzach zarówno ojca, jak i córki. Czyżby znowu nie doceniła, jak onieśmielająca jej prezencja potrafi być? Najwidoczniej za bardzo, aby pozwolić sobie na rzucanie takich żartów bez cienia wątpliwości, czy aby nie jest nimi urażona. Choć po części była jak najbardziej szczera - miała zamiar pilnować, aby nikt nie odważył się podnieść kłów na dziewoję. Dzięki latom silnych preferencji co do spożywanej krwii, jej węch był na nią na tyle wyczulony, że mogła bez problemu stwierdzić, iż jej nowa podopieczna obdarzona została całkiem niczego sobie osoczem. Zakładała, że być może będzie zmuszona bronić jej przed jej dalekimi kuzynami; kto wie, może nawet hrabia okaże się na tyle skuszony, aby czegoś spróbować? Tak czy owak, wampirka miała zamiar dotrzymać danego słowa, nawet jeśli rzuconego półżartem.

        Szesnaście minut i czterdzieści trzy sekundy później błękitne oczy wampirki spoczęły na czerni garnituru mężczyzny, który wysiadł z powozu. Podczas kiedy Avaria wzrokiem dobierała się właśnie do koszuli hrabiego, starając się odsłonić w wyobraźni to ukryte pod spodem co nieco, Octavia wpatrywała się w naszyjnik znajdujący się na szyi arystokraty, a jej czujny wzrok już rozkładał krzyż na czynniki pierwsze. Szczęśliwie dla nich, ich partnerzy niespecjalnie zdawali sobie sprawę w tym, do czego ich partnerki wykorzystywały niewielkie skinienie głowami, oficjalnie służące okazania szacunku, a że wykorzystywały niżej skierowane spojrzenia w nie tak uczciwych celach, to już pozostawało ich prawem.
        W miarę, jak wampir się zbliżał, utrzymywanie przez dwie służki pochylonych spojrzeń stawało się coraz trudniejsze, albowiem ich prawdziwe cele przesuwały się coraz wyżej… zupełnie niczym głowa Kathleén, przechylona delikatnie na bok i podwyższana przez wznoszącą się coraz bardziej sylwetką Vergila. Kiedy stanął przed nią, młoda arystokratka musiała zadzierać ją, aby móc wciąż spoglądać w te niezwykłe oczy. Jej własne zmrużyły się nieco, drapieżnie, choć tylko na moment, zanim przypomniała sobie, że w tych stronach nieszczególnie było to normą. Mężczyźni towarzyszący służkom spoglądali z pewną konsternacją na górującego także nad nimi hrabiego, a burmistrz wraz z córką gięli się w ukłonach, które najpewniej szybko przerodziłyby się w pokłon, gdyby nie ramię Kathleén wciąż nie trzymało starszego człowieka w górze. Chodź patrząc na Vergila, była to względna góra.
        - Zapewniam, że pełna przyjemność spoczywa po mojej stronie. - Wampirka stłamsiła w sobie chęć dodania prowokującej gry na koniec grzecznego wyrażenia, choć uniesienia się kącika jej ust nie zdołała już powstrzymać; widok tak pokaźnego mężczyzny kłaniającego się, aby ucałować jej uniesioną odpowiednio dłoń był zbyt urzekający. Dobrze, że ów skupiony był teraz na jej palcach. - Pragnę wam przedstawić mojego gospodarza w tym uroczym miasteczku, Clavera Sigimunda, sprawującego zaszczyty burmistrza Raginhalmu.
        - Zaszczyconym - stwierdził burmistrz, prostując się nieco, po czym wskazał ruchem dłoni na wampirkę. - Obecna tu panienk Kathléen Valentina Alice…
        I tak rozpoczęły się oficjalne przedstawienia wszystkich istotnych zgromadzonych, co mogło być całkiem pomocne dla hrabiego: Avaria oraz Octavia zostały przedstawione jako “towarzyszki podróży panienki”, jego córka, Eliza Sigimund jako “podopieczna panienki”, sir Aleryk jako “rycerz przysięgły panienki”, zaś towarzysz Avarii, którego cała prezencja emanowała słowo “wampir” (w przeciwieństwie do jego aury) jako “arystokrata z południowych krajów”.
        - Naturalnie - odpowiedziała wampirka na pytanie hrabi, a jej ręka delikatnie pociągnęła ramię burmistrza. Ten zorientował się, o co chodzi i szybko zjechał dłonią niżej, aby ująć jej nadgarstek i przekazać go Vergilowi. Kathleén zgrabnie owinęła swoje ramię wokół jego, jednocześnie przejmując także dłoń Elizy i prowadząc ją po drugiej stronie. Cała trójka ruszyła do powozu, podczas gdy dwa duety towarzyszyły po ich bokach, coraz bardziej się rozchodząc. - Ufam, że nie urąga panu obecność mojej podopiecznej. Ostateczne decyzje zapadły na tyle późno, że wysłany posłaniec z pewnością minąłby się z hrabii karocą. Obawiam się, że pewna entropia w organizacji jest rzeczą nie do uniknięcia podczas przebywania w ciągłej podróży.
        Po chwili dotarły do karocy - Kathleén z uśmiechem skinęła głową Vergilowi, po czym wkroczyła do środka, prowadząc za sobą Elizę. Wampirka usiadła i powstrzymała odruch, aby zamknąć oczy i położyć głowę na oparciu; zamiast tego rzuciła szybkim spojrzeniem po wnętrzu. ”Obustronne drzwi, dobrze, przydadzą się w razie ataku, większa manewrowość od środka. Drewno łatwo podpalić, ale wątpię, aby ktoś chciałby ryzykować uwzględniając, ile jestem warta żywa. Oprócz tego ogień nie jest wielkim problemem. Ryzyko staranowania? O ile nie mieliby bestii bojowej, to uderzenie od boku jest mało prawdopodobne, a od przodu i tyłu osłaniają nas dwie pozostałe karoce. Widoczność mogłaby być lepsza, ale…” Kathleén zamrugała, po czym oderwała spojrzenie od niewielkiego okienka i zamiast tego przeniosła je na o wiele ciekawszy widok, wypychając z siebie myśli podsyłane przez instynkty wpojone przez jej matkę.
        - Nasi gospodarze twierdzą, że dzisiejszej nocy będzie dane ujrzeć nam, jak księżyc barwi niebo czerwienią - zaczęła rozmowę, próbując w ten sposób znaleźć proste wyjaśnienie, dlaczego tyle zaglądała przez okno; na wieczorne niebo powoli wznosiła się już biała tarcza. - Muszę stwierdzić, że budzi to mój spory sceptycyzm; w moich stronach zjawisku temu przypisywany jest szereg właściwości, choć wymyka się próbie wszelakiej obserwacji. Szczególnie biorąc pod uwagę, jak mocno wiara w niektóre legendy wpojona jest w społeczeństwo. Obawiam się, że efekt przekonania skutecznie jest w stanie zaburzyć wszelakie socjologiczne obserwacje, a przeprowadzenie badań anatomicznych jest dosyć problematyczne. Jeden z moich dawnych nauczycieli miał obsesję na punkcie zdobycia ciała wampira, który zginąłby w trakcie krwawego księżyca. Oczywiście czysto naukową, choć muszę przyznać, że temat ów potrafił budzić pewną niezręczność w towarzystwie.
        - Nie posiadam zbyt wielu informacji na temat tego, w jaki sposób wy postrzegacie ów fenomen, ale słyszałam, że między innymi wywołuje przyspieszenie reakcji, pobudzenie, czasem nawet krwawy szał, zwiększone zapotrzebowanie na pokarm, ale także i zwiększoną aktywność organizmu. Osobiście nigdy nie doświadczyłam żadnego z owych, więc albo chroni mnie mój sceptycyzm, albo też po prostu należę do grona odpornych na ów efekt. Musi hrabia przyznać, że natura naszej rasy sprzyja olbrzymiej ilości wyjątków i odstęp od norm, śmiałabym stwierdzić, że większa różnorodność występuje jedynie pośród smoków. Obserwacja innych wampirów także nie zapewniła mi jednolitej odpowiedzi.
        - Tak naprawdę uważam, że wiara w ów fenomen w olbrzymim stopniu zależy od przekonania jednostki co do własnej wolnej woli. A dokładniej w związku z uznaniem, w jakim stopniu bogowie kształtują nas los. W końcu nieboskłon jest ich domeną, a więc w mojej skromnej opinii wszelkie efekty wywoływane przez zmiany na owym należy przypisać im. Dostrzegłam, że w waszych stronach bardzo silnym jest kult Śmierci, na tyle, że wasz ustrój stał się teokracją. Odnoszę jednak wrażenie, że taka wiara jest jedną z bardziej pragmatycznych, dlatego też z chęcią poznałabym opinię hrabiego na ten temat. Cóż, wszystkich tematów przeze mnie poruszonych właściwie.
        Kathleén pozwoliła sobie na spokojny chichot, podczas gdy w głowie zaklinała, aby Vergil nie uznał jej wywodu za nazbyt nużący, czy to w związku z tematem, czy też ze sposobem prowadzenia; nie wszyscy byli tak dobrymi towarzyszami do podobnych dysput jak Octavia i Avaria. Wzrok wampirki dyskretnie przeniósł się na Elizę, która przysłuchiwała się całej rozmowie z boku, wykorzystując fakt, że to Kathleén przebywała w centrum uwagi, aby przyglądać się wampirowi siedzącemu naprzeciwko.
        - Ach, ale niech hrabia nie pozwala mi tak bardzo zawracać hrabi głowę tylko moją personą, jakkolwiek miło by nie było gościć w hrabi umyśle. - Dłoń wampirki wylądowała na ramieniu Elizy, która się lekko spięła. - Moja podopieczna, jak z pewnością hrabia wyłapał, należy do rodziny burmistrza, w dodatku najbliższej, będąc jego córką. Muszę ostrzec, że należy na nią uważać; posiada niebanalny umysł i szkoli odpowiednie umiejętności, gotowa stać się prawdziwą reformatorką. Radziłabym mieć na nią oko w przyszłości.
        - Och, przesadza pani - powiedziała Eliza, a jej wzrok powędrował na wampirkę kiedy tylko ta wspomniała o niej, starając się dyskretnie uciec od dwukolorowych oczu Vergila. - Pomagam nieco ojcu, jak córce przystało, ale nie mam takich ambicji.
        - Niech hrabia nie da się zwieść tej skromności, panienka posiada w swoim posiadaniu księgi, które gotowe byłyby przerazić niejednego monarchę - stwierdziła wampirka, obserwując twarz Elizy i z zadowoleniem dostrzegając cień skrywanego szczęścia. I mnóstwo skrępowania. Cóż, długa noc jeszcze przed nimi. - Jeśli hrabia postara się o względy Elizy, ta z pewnością gotowa zdradzić nieco z sekretów rządzenia.
        Kathleén przechyliła lekko głowę, ciekawa odpowiedzi. Jej umysł wyłapywał kolejne szczegóły w prezencji wampira, podsuwał jej pod nos cudowny zapach kąsków, o które chciała zapytać, ale wiedziała, że nie wypada jeszcze na tak wczesnym etapie. Nie mogła się już doczekać rozpoczęcia prawdziwej gry, mającej na celu wydobycie z hrabiego tak wiele, jak to tylko możliwe, a upewniła się, że będzie mieć przy sobie jak najwięcej narzędzi zwiększających ilość okazji.
Awatar użytkownika
Vergil
Mieszkaniec Sennej Krainy
Posty: 112
Rejestracja: 5 lat temu
Rasa: Wampir
Profesje: Wędrowiec , Arystokrata , Wojownik
Kontakt:

Post autor: Vergil »

Zdawał sobie sprawę z tego, że był wysokim mężczyzną, może nawet bardzo wysokim i przez to nie tylko kobiety wydawały się przy nim niższe niż w rzeczywistości, lecz niektórzy mężczyźni także. Dlatego chyba nieco zaskoczyło go to, że jego towarzyszka okazała się osobą niedużego wzrostu. Myślał, że będzie nieco wyższa, chociaż z drugiej strony dość szybko się do tego przyzwyczaił, mimo że będzie musiał spoglądać w dół, jeżeli będzie chciał spojrzeć w jej oczy. Ucałowanie jej dłoni także wymagało do niego tego, żeby zgiął się trochę bardziej. Ta różnica wzrostu może też okazać się pewnym problemem później, już na samym balu, ale Vergil już teraz wiedział, że na pewno jakoś uda się go rozwiązać. Zresztą, teraz nie zaprzątał sobie tym głowy, bo nadszedł czas na oficjalne przedstawianie się, co dotyczyły nie tylko tych, którzy wybierali się na bal, lecz ogólnie wszystkich, którzy stali przed wampirem. Vergil przedstawiał się każdemu z osobna, zapewniając, że jest zaszczycony i także zapamiętywał imiona, nazwiska i tytuły innych, co przychodziło mu łatwo. Może kiedyś przyda mu się to, a może nie… Na pewno będzie musiał o nich pamiętać w czasie trwania całego balu, chociaż później najpewniej także pozostaną w jego pamięci i będzie mógł przywołać czyjeś imię albo nazwisko, gdy będzie musiał to zrobić.
         – Nie mam nic przeciwko jej obecności – odpowiedział krótko Kathleén. Naprawdę mu to nie przeszkadzało, tym bardziej, że karoca, którą tu przyjechał i tak mogła pomieścić w sobie cztery osoby, a nie wyłącznie dwie. Nie można było powiedzieć, że może przewidział to, że jego towarzyszka będzie chciała zabrać ze sobą kogoś jeszcze – nie zrobił tego – bo taki pojazd wybrał wyłącznie dlatego, iż osobiście uważał go za najładniejszy z dostępnych wtedy, gdy go wynajmował. Do środka wszedł na końcu, najpierw wpuścił tam Kathleén i jej podopieczną, a później zamknął za sobą drzwiczki karocy. Igor ciągle zajmował miejsce z przodu, cały czas gotów do ruszenia koni i w konsekwencji także samego powozu. Wampirzy przyjaciel Vergila był też jednocześnie jego wsparciem, chociaż ograniczało się ono bardziej do tego, że jeśli będzie musiał, to dostanie się do środka i przekaże mu szablę, aby miał on jeszcze jeden środek do ataku albo obrony. Cóż, obaj uważali, że raczej nie będą musieli realizować tego planu, jednak zgodnie przyznali też, że lepiej jest być gotowym na każdą ewentualność. Sam Igor wolał polegać na swoim nożu myśliwskim, który teraz i tak ukryty był przez długi płaszcz woźnicy.

Usiadł naprzeciw obu kobiet, opierając się plecami o miękkie oparcie. Odruchowo spojrzał też w okno, przez które jedna z nich wyglądała na zewnątrz, jednak jego oczy przeniosły się na nią, gdy zaczęła mówić i zajęła swe miejsce. Kathleén mówiła w sposób, który był bardzo charakterystyczny dla wysoko urodzonych osób. Sam Vergil nigdy za tym nie przepadał, bo uważał, że jest to kolejny sposób dla arystokratów na pokazanie niżej urodzonym tego, że może uważają się za kogoś lepszego od nich. On patrzył na to w zupełnie inny sposób, chociaż raczej starał się ukrywać swoje zdanie na ten temat – wiedział po prostu, że nie było ono czymś, na co zdecydowania większość wysoko urodzonych patrzyła przyjaźnie i mógłby założyć się, że chcieliby, żeby zmienił swe zdanie na takie, które było bliskie temu, co oni sami sądzili.
Chciał się odezwać, żeby nawiązać do czegoś, o czym mówiła Kathleén, jednak dziewczyna zwinnie przeszła do następnego tematu, więc postanowił, że spokojnie poczeka, aż powie wszystko to, co chce powiedzieć i wysłucha jej. Coś takiego na pewno nie wydawało mu się nudne i było o wiele ciekawsze, niż rozmawianie o jakichś rzeczach, które można by było uznać za „typowe tematy” dla osób im podobnych.
         – Krwawy Księżyc, mimo że jest pięknym zjawiskiem za każdym razem, gdy się je obserwuje, to osobiście myślę, że nie posiada tych „właściwości”, które są mu przypisywane. Sam już niejednokrotnie miałem okazję na własne oczy widzieć księżyc w czerwieni, jednak nigdy nie odczułem tego, o czym Panienka wspomniała. Myślę, że to, czy jednostka może odczuć jego rzekomy wpływ, zależy głównie od osobistych przekonań tejże osoby i od tego, jak bardzo wierzy w to, że Krwawy Księżyc ma jakieś właściwości magiczne i inne, które mogą mieć bezpośredni lub pośredni wpływ na taką osobę – odparł. Vergil oczywiście był świadom tego, jakie rzeczy przedstawiciele różnych ras i grup społecznych mówią o Czerwonym Księżycu, jednak, jak wspomniał przed chwilą, na własnej skórze nigdy nie doświadczył przynajmniej jednej rzeczy, którą mógłby wywołać właśnie ten wyjątkowy kolor księżyca w pełni. Zresztą, przy okazji, może nawet nieumyślnie, mógł też wspomnieć o tym, że nie był młodym wampirem, mówiąc o tym, że miał już przynajmniej kilka okazji do tego, żeby obserwować to, co będą mogli zobaczyć także dzisiejszej nocy.
         – Może to też być kwestia wiary w bogów, jak wcześniej wspomniałaś. Jako przykład można by było podać prostych ludzi, którzy właśnie bogom mogą przypisywać więcej rzeczy niż ktoś, kto wie od nich więcej o świecie albo po prostu jest lepiej wykształcony… Nie, żebym miał coś przeciwko tym ludziom i ich wierze – dodał jeszcze. Nie chciał, żeby jego słowa zabrzmiały tak, jakby padły z ust osoby, która nie przepada za prostym ludem i nie chce mieć z nimi w ogóle do czynienia. Vergil z własnego doświadczenia wiedział, że czasem przebywanie właśnie wśród takich osób było lepszym doświadczeniem niż spędzanie tego czasu w towarzystwie innych arystokratów lub innych osób wysoko urodzonych. Oczywiście, o tym także wolał nie wspominać, chociaż głównym powodem ku temu było to, że po prostu jeszcze nie zdążył poznać Kathleén i nie wiedział też, jakie zdanie mogłaby mieć na temat czegoś takiego. Tak, niektóre rzeczy lepiej było zachować dla siebie, jeżeli nie było się pewnym, że rozmówca będzie osobą wyrozumiałą na tyle, żeby zwyczajnie zaakceptować zdanie lub czyny tej drugiej osoby.

Przeniósł wzrok na towarzyszkę wampirzycy, gdy ta zaczęła o niej mówić, jednak nie gapił się na nią jak ktoś, kto już może mieć jakieś niestosowne plany jej względem. Po prostu przyglądał jej się przez krótką chwilę, a później z powrotem spojrzał na Kathleén, która jeszcze nie skończyła mówić.
         – Z pewnością nie wypada mi starać się o względy panienki Elizy, gdy tuż obok niej siedzi moja towarzyszka, która jednocześnie jest też przecież osobą, z którą tego wieczora najpewniej spędzę najwięcej czasu – odparł. Ukrył w sobie tą nutę niepewności, która wynikała z tego, że nie do końca był pewien, co chce odpowiedzieć.
         – Chociaż nie oznacza to też tego, że nie chciałbym dowiedzieć się czegoś więcej o Panience, co jednocześnie równałoby się też lepszemu poznaniu jej – dodał. Co prawda, dziewczyna nie do końca była w jego typie, jeżeli już o to chodziło, jednak może znajomość z nią może kiedyś się przyda. Dlatego też nie miał nic przeciwko rozmowie z Elizą, która miałaby na celu właśnie lepsze poznanie jej osoby. Nie byłoby to też jednostronne, no przecież, bo ona też na pewno chciałaby przy okazji dowiedzieć się czegoś o nim, może nawet doszłoby do tego, że nawiązywałaby do jakichś plotek i opowieści na jego temat, licząc przy tym na to, że wypowie się o nich i potwierdzi je albo im zaprzeczy.
         – Możemy zacząć nawet teraz, wykorzystując do tego czas w podróży do miejsca, w którym odbywa się bal – zaproponował, a to, że przeniósł spojrzenie z jednej kobiety na drugą i później z powrotem mogło świadczyć o tym, że propozycja ta dotyczy zarówno Kathleén, jak i Elizy.
         – Możecie mnie o coś zapytać, coś związanego ze mną, a ja postaram się odpowiedzieć… Chociaż nie mogę obiecać, że zrobię to, jeżeli uznam, że pytanie jest zbyt prywatne – dopowiedział. Naprawdę nie miał nic przeciwko takiemu przebiegowi tej niedługiej podróży, ale spojrzał znów na kobiety siedzące przed nim, był ciekawy ich reakcji, a także słów, które na pewno padną z ich ust już za chwilę.
Awatar użytkownika
Kathléen
Zbłąkana Dusza
Posty: 5
Rejestracja: 1 rok temu
Rasa: Wampir
Profesje: Arystokrata , Szlachcic , Uczeń
Kontakt:

Post autor: Kathléen »

        W czasie przysłuchiwania się odpowiedzi Vergila, Kathléen – oparta o ramię - „chwyciła” dolną wargę końcówkami palców, po czym poczęła nimi o nią uderzać leniwie, naprzemiennie, prezentując lśniące srebrzystym blaskiem, przycięte i równe paznokcie. Początkowo na jej twarzy malował się wyraz neutralnego zainteresowania, choć w miarę słyszenia kolejnych słów, jedna z jej brwi zaczęła unosić się delikatnie do góry, a nieco uniesione palce zasłaniać niewielki uśmieszek w kącie jej ust. Gdy skończył mówić, nie odpowiedziała, obdarzając wampira oczekującym wzrokiem, no i po chwili ciszy ten jednak dodał coś jeszcze. Dopiero po tej wypowiedzi wampirka westchnęła, po czym odsunęła dłoń od twarzy, unosząc ją i prostując palec wskazujący, celując nim w sufit karocy.
        - Och, rozumiem szybkie skojarzenie z prostym ludem, jednak sama nie do końca porównywałam tu społeczeństwo tak szeroko, aby uwzględniać różnice w tak skrajnych grupach społecznych. Oprócz tego ów zjawisko dotyczy jedynie przedstawicieli naszej rasy, a osobiście jeszcze nie słyszałam o wampirze wiodącym żywot agrarny, jak i ciężko mi sobie wyobrazić takiego osobnika. Sama nie posuwałabym się do przywiązywania edukacji z silną wiarą; jej obecność wśród ludzi wykształconych jest może nie tak wszechobecna jak wśród niższych klas, lecz wciąż dosyć powszechna. Z pewnością uraczymy możliwości obserwacji tego wkrótce, nie wspominając już o tym, jak inni z naszego gatunku przyjmują obecność krwawego księżyca. - Miękki uśmiech pojawił się na jej ustach, gdy wspomniała o tym. - Zaiste coraz bardziej tylko mnie intryguje, jak nasi szanowni gospodarze oraz pozostali wielmożni goście zniosą obecność tego fenomenu. Obawiam się, jak i zachwycam tym, że przyjdzie nam obserwować ten spektakl z samej sceny.
        Po chwili jednak temat zszedł na osobę Elizy, a przynajmniej o nią zachaczył. Mieszczanka nieco się speszyła, kiedy wampir zaczął o niej mówić, co w jej przypadku oznaczało napięcie większości mięśni, szczególnie na twarzy, szczególnie w ustach, które zacisnęły się razem. ”Cóż, przynajmniej trzyma się cała”, pomyślała Kathléen, niepokojąc się nieco, czy nie zabrała dziewczynę na zbyt głęboką wodę. Przysunęła się nieco bliżej Elizy, pozwalając jej oprzeć się na swoim boku, co sprawiło, że dziewczyna w końcu zdołała wypuścić powietrze. ”Oby to było na tyle dyskretne, aby nie zauważył, albo hrabia, aby nie speszył jej jeszcze bardziej.”
        - Och, zdaję sobie sprawę, że nie mogę rywalizować z panienką Kathléen! - powiedziała Eliza, panując nad swoim głosem na tyle, że nawet nie zadrżał. - I niezwykle mi schlebia, że jest gotów hrabia się zainteresować mną choćby trochę.
        ”Jeszcze się ją doszlifuje.”
        Na propozycję wampira uniosła brwi, po czym zerknęła na swoją towarzyszkę, która odwzajemniła spojrzenie; gdzie wampirka jednak doszukiwała się perspektywy drugiej osoby, Eliza obdarzyła ją pytaniem o to, jak ma zareagować na coś takiego. Kathléen skinęła głową, przyzwalająco oraz zachęcająco, po czym położyła dłonie na łonie i opadła plecami o wygodne siedzisko, pozwalając sobie na nieco nonszalancji, podczas gdy Eliza zadawała swoje pytanie:
        - Hrabia posiada dosyć wyjątkowe oczy. Można wiedzieć, dlaczego są różnego koloru? Czy to jakaś magia? Schorzenie? Mutacja? A może... jakieś urządzenie? Naprawdę przyciągają wzrok... jakie mają właściwości?
        ”Czy mogę dostać jego oczy jako prezent?” - takie właśnie pytanie zadała swojej matce Kathléen, gdy przeszło sześć lat temu zdarzyło jej się ujrzeć osobnika o podobnej przypadłości. Vasira wyjaśniła jej, że wynika ona z urodzenia, że to rzadkie zjawisko. A rzadkie przedmioty u każdego rodziły jedną myśl: „Czy mogę posiadać to na własność?” Siostra wampirki nawet zaoferowała się, że sama może wydobyć tak niecodzienne tęczówki z oczodołów jegomościa, na szczęście ich matka nie pozwalała im na samowolkę. No i była jedną z nielicznych osób, które doskonale radzą sobie z nastoletnimi psychopatkami. Od tamtego czasu Kathléen nauczyła się sporo i widziała już, jak bardzo chęć posiadania dwójki lśniących, oczysczonych i zakonserwowanych oczu w szkatółce, niczym parę rzadkich klejnotów, była naiwna, obrzydliwa i mało praktyczna. „Nie”, pomyślała wampirka, przyglądając się odpowiadającemu Vergilowi, a na jej ustach zakwitł uśmiech. ”Jeżeli chcesz posiadać coś takiego na własność, potrzebujesz całego kompletu.”
        - Wybaczy hrabia, ale powstrzymam się jednak – powiedziała Kathléen, kiedy zapadła cisza i potencjalnie pojawiła się możliwość zadania przez niią pytania. - Mam jednak zbyt dużą słabość do odkrywania kogoś „w tańcu”, jeżeli hrabia rozumie, co mam na myśli. Och, i także do niedopowiedzeń oraz domysłów, dlatego mam nadzieję, że hrabia wybaczy, iż samolubnie zechcę utrzymać w hrabim jak najwięcej tajemnic przez jakiś czas. Choć z drugiej strony, pomimo iż pewne pokłady wymaganej skromności i niechęci do hipokryzji mnie powstrzymują, prawda jest taka, że nie miałabym nic przeciwko, jeżeli hrabia miał jakieś pytania co do mojej osoby. Powiedzmy że... zaryzykuję i wystawię się tak samo, jak hrabia. Powinno to być uczciwe, nieprawdaż?
Awatar użytkownika
Vergil
Mieszkaniec Sennej Krainy
Posty: 112
Rejestracja: 5 lat temu
Rasa: Wampir
Profesje: Wędrowiec , Arystokrata , Wojownik
Kontakt:

Post autor: Vergil »

Jego słowa zaczęły ją nudzić? Właśnie takie wrażenie odniósł, gdy spojrzał na to, co robiła Kathléen… chociaż później zauważył też u niej rosnące zainteresowanie i ciekawość. Teraz już nie był pewien, jakie emocje kobiety tej wiązały się z jego odpowiedzią, jednak nie winiłby sam siebie o to, że może wypowiadał się niekoniecznie ciekawie. Nigdy nie przepadał za wypowiadaniem się bardziej wyniosłym językiem i takim, który byłby bogaty w słowa nieznane dla prostszego ludu – to zdawać by się mogło, że lubiło wielu arystokratów, może nawet zdecydowana większość, tylko, że Vergil nie należał do tej grupy. Z drugiej strony mogło chodzić też o to, że przecież nierzadko przekładał podróże i poznawanie świata – za tym szło także obcowanie z tymi, którzy nie byli wysoko urodzeni, a także z przedstawicielami ras, które nie były tak długowieczne, jak krwiopijcy – nad przebywanie na balach czy też w obecności innych wysoko urodzonych wampirów. Wielu próbowało to zmienić, co przeważnie odbywało się poprzez wysyłanie mu zaproszeń na bale lub inne przyjęcia, jednak on nie przyjmował ich, dopóki rzeczywiście nie był zainteresowany. Chociaż teraz nie tylko ciekawość przemawiała za tym, że zgodził pojawić się na balu, lecz także uznał, że może po prostu warto będzie pojawić się na czymś takim i swoją obecnością wskazać pozostałym, że żyje i, że obserwuje, jednak ma też inne zajęcia, które uważa za ważniejsze.
         – Z drugiej strony, nie jest przecież tak, że całe społeczeństwo wampirze składa się wyłącznie z tych wysoko urodzonych i bogatych – odparł krótko. Żył już dostatecznie długo, żeby na swojej drodze móc spotkać wampiry, które żyły wśród zwyczajnych mieszkańców miast, nawet czasami w wioskach – chociaż to było rzadsze – a także „dzikie wampiry”, które zaszywały się gdzieś, gdzie prowadziły żywot samotniczy, a swe kryjówki opuszczały po to tylko, żeby zapolować i się najeść.
         – Również i mnie to ciekawi – dodał krótko, co było odpowiedzią na jej ostatnie słowa. Wiedział, że dla niego księżyc koloru czerwieni jest tylko rzadkim i także pięknym zjawiskiem, dla którego jednak nie przypisywał żadnych nadnaturalnych wpływów, a także nie do końca wierzył w to, że ma on je właśnie na przedstawicieli jego rasy. Był też świadom tego, że jeśli ktoś w to wierzy i jest również wampirem, to prawdopodobnie może wykazywać u siebie te objawy, które przypisywane są właśnie do krwawego księżyca. Zaiste, może okazać się to sceną, którą będzie oglądał z ciekawością. Ilu z zaproszonych na bal wiedziało o dzisiejszym Księżycu? Ilu z nich uważało, że będzie on miał na nich wpływ? Na te pytania na pewno uda mu się uzyskać odpowiedzi dzisiejszej nocy, wystarczyło, że jedynie poczeka na odpowiedni moment.

Później rozmowa na krótko zeszła na temat towarzyszki Kathléen. W tym czasie Vergil, a raczej już wtedy, gdy wyjawił im swoją propozycję, rozsiadł się wygodniej i pozwolił sobie na trochę swobody, chociaż jednocześnie zabiegiem tym mógł dać obu kobietom do zrozumienia, że jeśli pytania będą odpowiednie, to na pewno na nie odpowie.
         – Schorzenie? Raczej nie. Mutacja? Może… Powiem tylko, że odziedziczyłem je po mojej matce, której oczy były niemalże takie same, jak moje – odpowiedział. Z dwukolorowymi oczyma nie wiązała się też żadna wyjątkowa magia i nie dawały mu one żadnych dodatkowych i magicznych zdolności. Dodatkowo, po jego twarzy bardzo szybko przemknął cień uśmiechu, gdy wspomniał o matce i mogło to wyglądać tak, jakby może nawet był zadowolony z tego, że to właśnie jego matka także miała te wyjątkowe oczy, a nie ojciec.
         – Poza tym, że przyciągają wzrok i są ładne, nie mają żadnych właściwości. Nie są jakieś magiczne, nie sprawiają, że widzę jeszcze lepiej niż inni, przewyższając tym inne wampiry i tak dalej… Po prostu są czymś, co nie jest często spotykane, a przez to wzbudzają ciekawość innych – dodał jeszcze. Oczywiście, że panienka Eliza nie była pierwszą osobą, która tak od razu zwróciła uwagę właśnie na jego oczy, a także śmiało o nie zapytała. Na pewno nie jest też ostatnią i Vergil będzie musiał – albo nie, jeśli nie będzie chciał – odpowiadać na pytania związane właśnie z jego narządami zmysłu wzroku.
         – Naprawdę… Jak już się je „pozna”, mogą okazać się mniej niezwykłe, niż wydawałoby się na początku – dopowiedział na sam koniec, już jasno kończąc też wypowiedź na temat swoich oczu. Wcześniej już spotkał się z tym, że ktoś przypisywał im (jego oczom) jakieś dziwne właściwości magiczne albo jeszcze jakieś inne, które bardziej ułatwiały mu życie. Słyszał też o tym, że są osoby gotowe zapłacić za samo posiadanie takich oczu jako jakiegoś trofeum albo dziwnego rodzaju talizmanu, który niby miałby im przynieść szczęście w różnych rzeczach. Na szczęście – i to prawdopodobnie dla osoby, która próbowałaby go zabić dla oczu – na swojej drodze nie spotkał nikogo takiego.

         – Właściwie, to mam jedno pytanie, które pojawia się w mojej głowie już od dłuższego czasu – zapowiedział i wskazał też, że z jego ust padnie tylko jedno pytanie, póki co przynajmniej.
         – Dlaczego nie przeszkadza ci tak duża różnica w latach, które już przeżyliśmy? - odparł, od razu zadał też pytanie. Ciekawiło go to, jakiej odpowiedzi udzieli Kathléen. Zdawał sobie sprawę z tego, że zbyt duża różnica może być powodem, dla którego nawet pojawienie się w towarzystwie tej osoby na przyjęciu może nie dojść do skutku i sytuacje takie mają miejsce ogólnie wśród wysoko urodzonych. Była też kwestia wizerunkowa i te nieprzychylne spojrzenia innych uczestników, gdy zobaczyliby piękną, młodą dziewczynę w towarzystwie starego arystokraty, który nie należał do jej rodziny lub odwrotnie – młodego mężczyznę lub nawet chłopaka idącego pod ramię z o wiele starszą kobietą, która nie byłaby jego matką. Chociaż akurat kwestia wizerunku i tak mało obchodziła Vergila, bo on zwyczajnie nie przejmował się tym, jak wypada w oczach wysoko urodzonych, którzy mniej lub bardziej go znają.
         – Pozostałe pytania… Niech będzie, że też zadam je później – powiedział już po tym, jak Kathléen odpowiedziała mu. Przez oblicze wampira ponownie przemknął uśmiech, chociaż tym razem był inny od tego wcześniejszego, tym razem miał w sobie coś z uśmieszku osoby, która coś kombinuje, a nawet subtelne nuty drapieżności.
Awatar użytkownika
Kathléen
Zbłąkana Dusza
Posty: 5
Rejestracja: 1 rok temu
Rasa: Wampir
Profesje: Arystokrata , Szlachcic , Uczeń
Kontakt:

Post autor: Kathléen »

        Kathléen zmrużyła oczy, przyglądając się uważnie wampirowi w chwili, kiedy wspomniał o swojej matce. Skorzystała z momentu wygody w postaci Elizy, która stanowiła niczego sobie dystrakcję, pozwalając wampirce na odrobinę ukrytej bezczelności. W międzyczasie zaś sama dystraktorka także nie omieszkała wpatrywać się w Vergila, nerwowo spajając wszystkie jego słowa. Nieco się tylko zarumieniła, kiedy wspomniał, że jego oczy są ładne oraz że przyciągają ciekawość, a jej palce zaczęły się nawzajem szczypać. Kiwnęła tylko głową w podziękowaniu na tak szczegółową odpowiedź, może nawet zbyt szczegółową, niż by sobie tego życzyła. Jednocześnie sama wampirka zaprzestała tak agresywnej obserwacji, zapisując kolejne poszlaki w pamięci, w notatniku śledztwa zatytułowanym „Istota hrabiego von Weyarna”. Może i nie zamierzała go publikować, ale pewne było, że rezultaty zostaną przełożone na mowę. Teraz jednak przybrała maskę obojętności, która przeobraziła się w zaciekawienie, kiedy przeszli do swoich pytań. A szczególnie jego.
        - Och, doprawdy schlebiasz mi założeniem, że jestem tak młoda – zachichotała Kathlén kurtuazyjnie, zasłaniając ustka dłonią i przymykając powieki, aby po chwili przeniknąć mężczyznę swoimi błękitnymi oczami. - Choć muszę przyznać, że przypuszczenie jak najbardziej trafne; jeżeli należę do tych wampirów, które obdarzone są szczególnie młodym wyglądem i są w stanie ubierać takie pozory przez setki lat, to jeszcze nieco poczekam, aby się o tym przekonać. A jeżeli chodzi o pytanie, cóż… widzi hrabia, najpewniej wynika to z tego prostego faktu, iż jestem przyzwyczajona do bycia otoczoną przez znacznie, znacznie starsze osoby. Największego jednak powodu doszukiwałabym się, wybacz mi proszę tę poufałość, w mojej matce, która jest iście pradawna. Fakt, że mój wiek wciąż nakłada na mnie pewne ograniczenia, co pewnie będziesz miał okazję uświadczyć wielokrotnie dzisiejszego wieczoru, jednak kiedy na porządku dziennym obcuje się z umysłem tak wiekowym… jest się niemal zmuszonym, aby przyswoić sobie radzenie z taką różnicą w latach. A także odnajduje się czymś takim pewną przyjemność, którą trudno szukać w czymkolwiek innym.
        Kathléen przeniosła wzrok na Elizę, która po kilkunastu sekundach milczenia opuściła głowę, a jej palce zaczęły szczypać suknie. Niedobrze! Jeżeli tak będzie, to ten starannie dobrany i ufundowany przez młodą arystokratkę strój będzie do niczego! Ah, no i samopoczucie dziewczyny także było na szali; trauma z takiej nocy mogła przesądzić o jej przyszłości w wyższych kręgach - a raczej jej braku.
        - Nie mogłam nie usłyszeć historii o twoich umiejętnościach szermierczych – odezwała się wampirka, z powrotem spoglądając na Vergila, choć kątem oka wyłapując błysk w uniesionych oczach Elizy. - Wybacz mi brak spostrzegawczości, ale nie jestem pewna, czy zauważyłam ostrze przy twoim boku, a dane mi było słyszeć, że możemy spodziewać się niejednego fechmistrza na balu. Całkiem sprzyjająca okazja do przetestowania umiejętności, nie uważa hrabia? Choć muszę przyznać, że nie pogardziłabym także usłyszeniem o jakimś pojedynku z twoich własnych ust.
        W ten oto sposób wampirka wojowała o milsze środowisko dla swojej podopiecznej, która wyraźnie odnajdywała nieco spokoju w przysłuchiwaniu się cudzym konwersacjom. Kurtuazyjna rozmowa trwała jeszcze przez jakiś czas, jednak nie można było oczekiwać, aby wynikło z niej nazbyt wiele – jest pewna granica tego, jak daleko można się posunąć przy zapoznawaniu się w - nawet tak eleganckim – powozie, w otoczeniu tych samych osób. Szczególnie że wampirka nie miała zamiaru skonsumować całej istoty Vergila tak wcześnie – marnotrawstwem byłoby przyzwyczajenie się do smaku już teraz, przed samym balem, stanowiącym główne danie, którym Kathléen miała zamiar się delektować.

        Wkrótce dotarli na miejsce – dziewczęta wyjrzały przez niewielkie okienko powozu, aby przyjrzeć się skąpanym w blasku księżyca zamku. Wzniesiony na całkiem sporym, stromym wzgórzu, stanowił bez wątpienia świetny punkt obronny, z jedną tylko drogą prowadzącą do środka – kamiennym mostem ponad przepaścią, przez który trzy powozy wkrótce przejechały. Wąska budowa kładki sprawiała, że przez okieneczko dało się spojrzeć nad samą krawędź przepaści, aby ujrzeć spore, całkiem malownicze jezioro, daleko w dole. Wkrótce ten widok jednak zniknął, a powóz wjechał w szereg równie wąskich uliczek. Domy przystrojone były w fioletowe, czerwone oraz srebrne barwy, a droga wskazywana była przez kilkunastu sług porozstawianych w całej twierdzy, porządnie rozbudowanej i wyposażonej w zabudowania niemalże miejskie. Powoli robiło się już tłocznie, z innymi powozami zmierzającymi do wspólnego celu.
        - Dosyć ponury wystrój – skomentowała Kathléen, wciąż zerkając przez okienko, z Elizą przyciśniętą tuż obok; panienki pozostawiały też dostatecznie dużo miejsca, aby hrabia bez trudu mógł się temu wszystkiemu z nimi przyglądać.
        - W tradycji Maurii jest używanie ozdób o chłodnych barwach i nieoświetlanie ulic nocą – wyjaśniła podopieczna arystokratki, na co ta uniosła brwi w rozbawieniu. - Myślę, że to po to, aby nie tłumić światła księżyca.
        Srebrzysta poświata w istocie nadawała uliczkom oraz wysokim budynkom pewnego szczególnego uroku, jednak…
        - Hmm, to musi być cecha wampirów z centrum kontynentu – stwierdziła wampirka, po czym przeniosła nieco figlarny wzrok na Vergila. - Z tymi wszystkimi ludźmi przekonanymi, że należy wytępić każdego z nas, nie dziwię się, że wytworzyliście taką tradycję. Brak możliwości życia za dnia, bez wywoływania szczególnej uwagi lub obrażeń na własnym ciele, ukrywanie się pośród innych ras, przystosowanie do nocnego trybu życia, to wszystko przeniosło się na kulturę Maurii, jak podejrzewam. Nie, żebym wam czegokolwiek uchybiała, to po prostu coś… nietypowego dla mnie – a co za tym idzie, ciekawego.
        Wkrótce powóz dotarł do samego serca zamku – pałacyku wzniesionego wewnątrz umocnień obronnych oraz ponad budowlami użytku mieszkalnego, logistycznego i rzemieślniczego. Tutaj znajdowało się centrum dowodzenia… oraz luksusu. Kiedy drzwiczki otwarły się przed dwoma arystokratami oraz mieszczanką, ich oczom ukazał się sporych rozmiarów ogród – szczególnie jak na takiego rodzaju twierdzę. Pasmo zieleni oddzielało ich teraz od zasadniczego budynku. Ciemnej zieleni, skąpane w bladym światłach latarni, wiszących pod słupami i żelaznymi łukami wyznaczającymi ścieżki. Wcale wysoki żywopłot nadawał całej okolicy lekkiego wrażenia labiryntu, urozmaicały je zaś dwie fontanny ozdobione mitologicznymi postaciami – w większości skąpo ubranymi, młodymi, i ludzkimi do stopnia, że niejeden wampir mógłby nabrać ochoty, aby się wgryźć. Labirynt ten prowadził ku wielkiemu budynkowi, głównemu w całym kompleksie. Pośród nocnego półmroku wyróżniał się, gdyż z jego okiennic uderzało jaskrawe światło, drzwi rozwarte szeroko w zapraszającym geście. A przed nim, pole usłane odzianymi w czerń sługami. Większość z nich ubrana była w stroje zasłaniające każdą część ciała, łącznie z głowami, na które zarzucone były kaptury. Uderzająca od nich silna woń perfum nie pozostawiała wątpliwości co do ich natury – nieumarli, których widok oraz wątpliwej przyjemności zapach zostały skrzętnie usunięte z oczu co wrażliwszych gości. Choć gdy tylko Kathléen wraz z Vergilem i Elizą dotknęli trawnika, zaraz zjawił się ktoś, kto prezentował się znacznie przyjemniej dla oka i ucha.
        - Ach, uszanowanie, uszanowanie dla pięknej panienki, mężnego kawalera i, och, kolejnej panny, witamy w naszych skromnych progach. Tylko, jeśli można, poprosiłbym zaproszenie, dla formalności.
        Młodzieniec, niemalże chłopak, choć pewnie mógłby być sporo starszy; nieśmiała bladość skóry, razem z wydłużonymi kłami w szerokim uśmiechu zdradzały jego dhampirską naturę. Urody na pewno natura mu nie poskąpiła, a głos otrzymał melodyjny i delikatny. I chociaż Kathléen to umknęło, z dosyć oczywistego powodu, ale dla stojących obok podobieństwo pomiędzy nią, a odzianym w krwistą liberię sługę, było oczywiste. Wampirka jednak była na ten fakt ślepa, wyjmując zawinięty zwój i przekazując dhampirowi, który zaraz przebiegł wzrokiem po jego treści i skinął głową.
        - Ah, z osob…ami towarzyszącymi, wszystko się zgadza – stwierdził, gdy z powozów obok wyszły Octavia oraz Avaria, wraz z ich towarzyszami, ustawiając się po bokach. - Panienka Noémie, z bezpośrednim zaproszeniem, miło gościć po raz pierwszy w naszych progach. Ah, no i szlachcic, którego nie trzeba przestawiać! Hrabio von Weyarn, samą swoją obecnością wzbudzisz poruszenie na sali! Doskonale, doskonale, zapraszam. Pozostało jeszcze nieco czasu, zanim wszyscy się zjadą, a bal zacznie na dobre, wrota stoją jednak szeroko otwarte. Choć w międzyczasie polecam pozwiedzać nasz skromny ogród, w tym sezonie kwiaty to istne arcydzieło natury. Oh, pani Ghilhamesh, jakaż przyjemność! Uszanowanie, uszanowanie, dla słynnej…
        Dhampir zaraz podbiegł, aby przywitać następną parę, a Kathléen musiała mu przyznać, że struny głosowe miał niczego sobie, zdolne wypluwać tyle słów w tak krótkim czasie – rzadko spotykała podobny zapał i tempo w mowie innych. To, jak prędko sama potrafi z siebie wyrzucać potoki słów, niezbyt uwzględniała.
        - Octavio, Aleryku, przejmijcie proszę Elizę na jakiś czas, niech odsapnie nieco od aury hrabiego – powiedziała Kathléen ze słodkim uśmiechem w stronę Vergila. - Nie dziwię się, że rzadko pojawia się na przyjęciach, przy niej nietrudno o zawroty głowy!
        Tym sposobem mieszczanka powędrowała do nowej pary, choć wampirka była przekonana, że Octavia za jakiś czas przekaże ją Avarii, chcąc także nacieszyć się swoim partnerem sam na sam, o ile dało się na balu, a plotkarska służka z pewnością skieruje ją z powrotem do niej. Taki stan rzeczy nie był nazbyt dobry, jednak zdecydowanie lepszy, niż wkraczanie z nią i od razu skupianie uwagi wszystkich obecnych. A zdecydowanie by się tak stało; dama z partnerem, dama z podopieczną, to wszystko było normą, ale z obydwoma naraz? Ojoj, tutaj zaczęłyby się szepty. A skoro jedno z nich jest takim rarytasem, to co może kryć się za tą niewinną, dziewczęcą twarzyczką drugiej osoby? Rozwiązanie było proste, całkiem angażujące, a osiągnięcie go mogło stać się pierwszą grą wampirki na tym balu – odnalezienie jej odpowiedniego partnera na miejscu.
        - Chętnie przyjrzałabym się ogrodowi – stwierdziła Kathléen, prezentując Vergilowi swoje ramię i szczerząc kły w żartobliwym uśmiechu. - Trochę oddechu byłoby wspaniałym, zanim zamkniemy siebie w kolejnym pudełku – może i znacznie większym i kamiennym, ale z proporcjonalnie dużym towarzystwem!
        Takiej myśli było najwidoczniej sporo gości, gdyż ogród wypełniony był nimi, a także nieumarłymi służącymi, roznoszącymi na srebrzystych – ale bez grama srebra rzecz jasna – tacach wszelkiego rodzaju alkohol. Towarzystwo było… niespecjalnie barwne – blada skóra i moda na czarne stroje skutecznie sabotowała tę możliwość – ale na pewno rozmaite. Młoda arystokratka pozwalała prowadzić się Vergilowi, sama absorbując otoczenie.
        - Z tego, co się orientuję, większość z tych roślin pochodzi spoza Maurii – zauważyła wampirka, po czym z zaciekawieniem spojrzała na hrabiego. - Prezenty z dalszych stron? Dosyć jednak mało egzotyczne na to. Zamówione? Możliwe. A może… baron dorobił się fortuny na najazdach na sąsiednią krainę. Radan… Rodin… Radoden… - Wampirka pstrykała palcami, próbując sobie przypomnieć nazwę, a także szukając wsparcia w znacznie bardziej lokalnym hrabim. - Być może podczas gdy mąż zajmował się zdobywaniem złota, broni, jeńców, baronowa zgarniała kwieciste łupy? Urocza myśl, przechadzać się pomiędzy polem zdobyczy. Ach, wybacz, ponownie przynudzam, nie jesteśmy tu by rozmawiać o kwiatach. A więc, jakiś pomysł na rozpoczęcie tego wieczora? Zdaje się, że oblega nas dostatecznie dużo szlachty, aby znaleźć kogoś ciekawego do przedstawienia się, mamy też na tyle przestrzeni, aby wydostać się przez wyłom i znaleźć jakieś cichsze miejsce. Możemy też…
        - Na wszystkich zmarłych, nie do wiary!
        Krzykowi towarzyszyło zamieszanie, gdzieś z bocznej ścieżki. Kathléen zerknęła tam, po czym przeniosła błyszczące błękitne oczy na Vergila.
        - Możemy też sprawdzić, co jest na tyle poruszające, aby ktoś wywoływał zmarłych z grobów.
Awatar użytkownika
Vergil
Mieszkaniec Sennej Krainy
Posty: 112
Rejestracja: 5 lat temu
Rasa: Wampir
Profesje: Wędrowiec , Arystokrata , Wojownik
Kontakt:

Post autor: Vergil »

Nie przeszkadzało mu to, że jego dwuosobowa „publiczność” ciągle się w niego wpatruje. Zresztą, przecież mówi do obydwu kobiet, więc raczej nie było czegoś dziwnego w tym, że patrzyły na osobę, która się do nich odzywa. Co prawda, zauważył też rumieńce na twarzy jednej z nich, ale nie dał po sobie znać, że jest świadom tych lekkich, czerwonych plamek.
         – W takim razie, może mnie też uda się czuć swobodniej w młodszym towarzystwie. Ja również, jeśli chodzi o samą wampirzą społeczność przynajmniej, częściej jestem otoczony przez osoby żyjące długo. Czasami nieco krócej ode mnie, a innym razem mające na karku dziesiątki lub nawet setki lat więcej, niż mam ja sam – odparł. Poza tym, jeśli miałby być szczery, nawet wyłącznie z samym sobą, to młode wampiry przeważnie zachowywały się inaczej od starszych osobników. Nie miał ich doświadczenia życiowego, umiejętności i tak dalej, chociaż dostrzegł też, że Kathléen z pewnością może stanowić jeden z wyjątków, jeśli chodzi o jego opinię na temat krwiopijców… będących kimś takim przez mniej niż jakieś sto lat. Z drugiej strony, ciekawiło go też, ile lat może mieć matka dziewczyny, skoro ona sama określiła ją mianem „pradawnej”. Przeczucie mówiło mu, że może być starsza – może nawet o wiele – od niego, a wiedział przecież, jak długie już jest jego życie.
         – Chociaż, z wiekiem wiąże się też liczba ciekawych zdarzeń i sytuacji, które można zmienić w opowieść. Tym bardziej, jak długowieczny wampir jest poszukiwaczem przygód i woli podróżować po świecie, zamiast po rezydencjach innych wampirów, aby uczestniczyć w przyjęciach w nich przygotowywanych – dodał jeszcze, a przez to, że posłużył się takim przykładem, mógł też lekko zasugerować, że może właśnie mieć dużo do opowiadania, jeżeli chodzi o to, co przydarzyło mu się na szlaku, gdy oddawał się podróżom, odkrywaniu świata i może nawet poznawaniu nowych osób i stworzeń, o których wcześniej jedynie tylko czytał.
         – Nie przepadam za przechwalaniem się, ale, skoro o moich umiejętnościach krążą już opowieści, to, cóż… Najpierw powinienem zaznaczyć, że opowieści te, zwłaszcza z ust osób, które nie widziały czegoś bezpośrednio, mogą być podkoloryzowane. Dopiero po takim krótkim wstępie mogę przyznać się do tego, że owszem, moja znajomość technik szermierczych i sposobu obchodzenia się z szablą stoją na wysokim poziomie – odpowiedział. Może i mógłby o tym opowiadać, o sytuacjach w których fechtunek ratował jego samego lub jego i także osobę albo osoby, z którymi podróżował. Czy to, gdy dochodziło do sytuacji, że trzeba było walczyć z rabusiami lub innymi nieprzyjaźnie nastawionymi humanoidami, czy to wtedy, gdy należało zmierzyć się z zagrożeniem ze strony dzikich zwierząt lub stworzeń magicznych, potocznie zwanych potworami. Tylko, że robiłby to nieco niechętnie, czasem uważałby nawet na słowa i może nieszczególnie opisywałby też ze szczegółami cały przebieg walki.
         – Tak samo nie przepadam za walkami na pokaz, chociaż, jeśli ktoś zdecyduje się obrazić mnie lub towarzyszące mi osoby i będzie to robił dostatecznie długo i z dużą dozą nachalności, wtedy mogę zmienić swoje nastawienie… tylko, że mogłoby też zrobić się niebezpiecznie, zwłaszcza dla osoby, która wypowiadała te obraźliwe słowa – dopowiedział jeszcze. Nie powiedział tego bezpośrednio, ale dało się wyczuć, że jeśli z kimś walczył to tak, żeby pozbyć się zagrożenia, a nie po to, żeby dać pokaz umiejętności wszystkim, którzy by go wtedy obserwowali. Z tych słów można było już domyślać się, jakie jest jego nastawienie nie tylko, do natury samych pojedynków, lecz także do posługiwania się bronią i może nawet do tego, kiedy powinno się po nią sięgać.
         – A moja szabla, cóż… Nie mam jej przy sobie, jednak znajduje się ona bardzo blisko. Jeśli zajdzie potrzeba, szybko znajdzie się ona przy moim boku i będę mógł jej użyć – dodał na sam koniec. Zgadywał, że Kathléen domyśli się, iż broń jest ukryta gdzieś w pojeździe, którym właśnie się przemieszczają. Możliwe też, że mogła być domyślna na tyle, żeby pomyśleć o tym, że wampir kierujący ich karocą pełni też pieczę nad cenną bronią Vergila.

         – To prawda – odpowiedział, znajdując się tuż obok dwóch dziewcząt. On również przyglądał się miejscu, w którym ma się odbyć bal. Nie odezwał się więcej, bo Eliza wytłumaczyła już, dlaczego wystrój sprawia takie wrażenie. Wyglądało na to, że dziewczyna sporo na ten temat wiedziała i właściwie nie zdziwiłby się, gdyby jej wiedza była większa, niż jego i to mimo, że żył przecież o wiele dłużej niż ona.
         – Nie powinno się wrzucać do jednego wora wszystkich, którzy nie są wampirami. W czasie swoich podróży spotkałem wiele osób, którym w ogóle nie przeszkadzało to, kim jestem i na pewno nie chcieli unicestwiać mnie lub całej naszej rasy. Spotkałem też takich, którzy byli wręcz zafascynowani naszą rasą i niektórzy z nich w różny sposób próbowali mnie przekonać do tego, abym zgodził się zmienić ich w wampira – odezwał się, ale można było też odnieść wrażenie, że przerwał mówienie w trakcie, jakby może opamiętał się i pomyślał, że nie jest to tematem ich rozmowy. Cóż, zrobił to trochę za późno, więc pozostawało liczyć na to, że jego towarzyszki nie pochwycą tematu i nie będą zadawać pytań z tym związanych.
Krótko po tym mogli już opuścić pojazd, a ich oczom ukazał się duży i ładny ogród. Miło. Gdyby znudziło mu się przebywanie wśród wampirzej arystokracji, zawsze będzie mógł wymknąć się na zewnątrz – sam lub w towarzystwie Kathléen. Czujne, wampirze oczy zaczęły przyglądać się zawartości ogrodu, może już teraz szukał jakiegoś miejsca, w którym później będzie mógł się zaszyć i trochę odetchnąć. To był jego pierwszy taki bal od… dość długiego czasu, więc niewykluczone było, że będzie chciał w pewnym momencie wyjść na zewnątrz i zaznać orzeźwiającego, nocnego powietrza. Po chwili przeniósł wzrok na młodego wampira, który pojawił się przed nimi, aby ich przywitać.
         – Zdaję sobie z tego sprawę – powiedział do młodzieńca, gdy ten wspomniał o jego osobie. Może dlatego też w końcu zdecydował się pojawić na jakimś balu, może chciał też zobaczyć, jak dużą sensację wzbudzi samo to, że przyjął czyjeś zaproszenie.
         – Również chciałbym mu się przyjrzeć i możliwe też, że odwiedzę go już w trakcie przyjęcia. Wtedy, gdy większość gości będzie na sali – odparł i ustawił się tak, żeby Kathléen mogła ująć jego ramię. Niczego nie sugerował i nie zapytał też, czy chciałaby mu wtedy towarzyszyć, więc decyzję tą w pełni pozostawił w jej rękach. Zaczął iść w stronę ogrodu, prowadząc tam i siebie, i osobę mu towarzyszącą.
         – Chodzi o Rododendronię? Jeśli tak, to jest to tylko nazwa miasta, a nie całej krainy – odparł, próbując jej pomóc. Według niego brzmiało to tak, jakby dziewczyna chciała wypowiedzieć właśnie tę nazwę, jednak nie miał co do tego pewności, skoro mówiła o „sąsiedniej krainie”.
         – Poza tym, z tego, co się orientuję, baron zajmuje się handlem, a nie wojaczką, więc myślę, że mogą to być albo prezenty od wszelakich znajomych, albo coś, co kupił i kazał sprowadzić, aby stanowiło część jego ogrodu – dopowiedział. Wątpił w to, żeby baron zdecydował się zmienić to, czym się zajmuje, z tego, co pamiętał nie był on kimś, kogo pociąga wojaczka i najazdy.
         – Ja z kolei myślę, że niedługo nie będziemy mogli odpędzić się od osób, które będą chciały z nami porozmawiać. Wystarczy, że przez dłuższą chwilę będziemy po prostu przechadzać się dróżkami w ogrodzie – powiedział do niej, przy okazji chciał też trochę pooglądać sam ogród, nie tylko rośliny, lecz także miejsca, w których ustawione są ławki. Możliwe, że chciał powiedzieć coś jeszcze, jednak krzyk, który prawdopodobnie rozniósł się po całym ogrodzie, uniemożliwił mu to.
         – Jestem za tym, żeby to sprawdzić – odparł, nie starał się ukrywać ciekawości. Nie tym razem. Chwilę później znów prowadził ze sobą Kathléen, ale tym razem w stronę, z której dotarł do nich wcześniejszy krzyk.
Awatar użytkownika
Pani Losu
Splatający Przeznaczenie
Posty: 612
Rejestracja: 11 lat temu
Rasa:
Profesje:
Kontakt:

Post autor: Pani Losu »

        Krzyk nie okazał się niczym szczególnym, choć przyciągnął uwagę wielu gapiów. Nie zamienił się jednak w żadną większą aferę ani nawet ciekawą anegdotkę i można było, a wręcz należało wrócić do podstawowych obowiązków i grzeczności towarzyskich. Młoda wampirzyca musiała pilnować swojej podopiecznej kontemplując przy okazji wystawność balu, mauryjskie dekoracje, alarańskie akcenty i urok tutejszych obyczajów. Jej towarzyszki oraz towarzysze jej towarzyszek umieli zająć się sobą i bawili się nienajgorzej, załatwiając przy okazji swoje małe (sercowe bardziej lub mniej) interesy. Kathleen dobrze zaś wywiązywała się ze swoich obowiązków - jej ludzka znajoma przez cały wieczór ani nie została przez nikogo ugryziona ani też nie wpadała w panikę - to było wyjątkowo udane wejście do towarzystwa.

        Tymczasem mniej przejmujący się tymi kręgami i zasadami Vergil nie tyle do towarzystwa wszedł co powrócił - przynajmniej na moment. Przez całą długą noc nie tylko przetańczył najlepsze tańce ze swą egzotyczną towarzyszką, ale i zaszczycił tym przywilejem parę innych dam. Niektóre kojarzyły go z dawniejszych lat, dla innych był wcześniej jedynie pogłoską. Nie zaniedbywał też panów - korzystając z takiej okazji nie mógł nie odnowić paru znajomości, przypominając o sobie starym kolegom ich żonom i synom. Mógł dzięki temu zostać przedstawionym paru nowym twarzom i nawiązać nowe, korzystne relacje. Wszystko to przebiegało w atmosferze podniosłej, półuroczystej, ludzko-wampirzej krzątaniny przy krwistym poblasku czerwonego księżyca. I mimo tych dzikich łun nic złego ani niepokojącego nie miało się wydarzyć. Kto się z kim lubił to lubili się nadal, kto był zazdrosny ten raczył nie szaleć, a gniew zapijano i przetańczano aż nikt nie miał siły na niesnaski i żale.

        Barwna gromada rozeszła się więc w dobrych humorach, obarczona miłymi wspomnieniami i licznymi obowiązkami natury towarzyskiej - zrewanżowaniem zaproszeń, obiecaną korespondencją i planami rychłych spotkań w mniejszych i większych gronach.

        A hrabia von Weyarn? Czy komuś coś obiecał? Na dobre odnowił swe więzy z mauryjskim światem?
Większość widziała tylko jak wsiada wraz ze swą tajemniczą towarzyszką i jej młodą kompanką do powozu, po czym odjeżdża w nikłym blasku poranka.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Mauria”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość