TrytoniaO dwóch takich, co nic nie zrobili

Wielkie miasto portowe. To tutaj poszukiwacze przygód wynajmują statki, wyładowują je po brzegi i wypływają na niebezpieczne wytrawy. Miasto położone na szlaku handlowym, roi się tu od przybyszów z innych krain. Tutaj spotykać mażesz wszystkie istoty chodzące po ziemi... i nie tylko...
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Harmoniusz
Zbłąkana Dusza
Posty: 4
Rejestracja: 2 miesiące temu
Kontakt:

O dwóch takich, co nic nie zrobili

Post autor: Harmoniusz »

        Zakołysał się na łańcuchu oddzielającym wnętrze rzeźni od podejrzanie opustoszałej uliczki. Zaczynało mu się powolutku nudzić, bo rzeźnik przetrzymywał Faro już z dobry kwadrans tam w środku. Wiedział jak bardzo mężczyzna lubił tego psiaka, ale z każdą wizytą w mieście ten pies siedział tam coraz dłużej. W końcu Harmoniusz znudził się na tyle, by wejść do środka, na wpół przymykając oczy, bo choć mięso jadał, oglądanie świńskich tusz i krowich udźców preferował już bezpośrednio na palenisku. Ominął ostrożnie zwisającą głową w dół tuszkę, z której jeszcze kapała świeża krew. Chłopak skrzywił się z niesmakiem.
        — Bleh — mruknął pod nosem, a po plecach przeszły mu ciarki.
        Potarł czoło dłonią schowaną w rękawie za dużej koszuli i wyminął kolejne świeżo ubite zwierzę. Na zapleczu znalazł swoją włochatą zgubę. I psa. Naprawdę, trytoński rzeźnik był jednym z najbardziej owłosionych ludzi, jakich zdarzyło się Harmoniuszowi poznać, a poznał ich niewielu, bo zaledwie dwóch. Tym drugim był drwal, ale rzeźnikowi do pięt nie był w stanie dosięgnąć. Ten pierwszy zaś był niesamowicie rudy — rude miał włosy na głowie, brwi, brodę, włosy na rękach, na knykciach, na plecach... Chłopak zmarszczył swoje niczym nie wyróżniające się czarne brwi. Po dłuższym namyśle doszedł do wniosku, że Faro mógł uznać rzeźnika za jednego ze swoich albo za rudą owieczkę, tylko nieco wyrośniętą. Pies miał się bardzo dobrze; wywalony brzuchem do góry doznawał potężnej dawki miąchania i miziania, przy okazji dostając smakołyki w postaci surowego mięsa, za które dałby się pokroić i sprzedać duszę Harmoniusza samemu Panu Otchłani. To niestety była prawda. Gdyby ktoś wrogi wiedział, w jakim stopniu Faro kochał jedzenie, natychmiast zdołałby przekabacić psiaka na swoją stronę za pomocą kawałka kiełbasy. I to marnej.
        Oparł się ramieniem o futrynę drzwi, przyglądając się temu uroczemu obrazkowi.
        — Psa mi przekarmicie, panie Ryszardzie — odezwał się po chwili z głupim uśmieszkiem na ustach.
        Pan Ryszard, mimo tęgiej postury i groźnego wyglądu, był przemiłym człowiekiem, kochającym — o, ironio — zwierzęta. Harmo w ogóle tego nie rozumiał, kiedyś próbował, ale skończyło się na tym, że skapitulował i przyjął argumenty rzeźnika do wiadomości. Lubił z nim rozmawiać, lubił dzielić się z nim swoimi przemyśleniami i uwielbiał słuchać różnych plotek z miasta oraz ze świata. Jako prowincjusz Harmo nie miał możliwości lepszego zapoznania się z tym światem, toteż wszelkie informacje czerpał z książek i opowieści podróżnych, a jako że pan Ryszard był jedynym — legalnie zarabiającym — rzeźnikiem w mieście, to znał niemal wszystkich i niemal wszystko o nich wiedział. A Harmo również lubił dużo wiedzieć o innych.
        Pan Ryszard zarechotał donośnie i chwycił się pod biodra.
        — Co, chłopcze, wreszcie się zdecydowałeś tu wejść, hę?
        — Znudziło mi się patrzenie na bruk — odparł, przyglądając się wielkiemu zakrwawionemu stołowi.
        — Więc przyszedłeś popatrzeć na to? — Rzeźnik wskazał kciukiem obiekt obserwowany przez chłopaka.
        — W sumie to przyszedłem po psa. Muszę jeszcze podskoczyć w jedno miejsce.
        — Ach, nierozłączni druhowie! No, dobrze, idźcie zatem. Pa, psinko — zwrócił się pan Ryszard do Faro, drapiąc go za uchem.
        Harmoniusz gwizdnął, a pies zaraz zjawił się wiernie przy jego nodze, oblizując ze smakiem pyszczek. Chłopak podziękował rzeźnikowi za gościnę i wyszedł na uliczkę, schowawszy ręce do kieszeni przydużych spodni, których krok niemal wisiał na wysokości kolan. Dziwne, że chłopak się jeszcze o nie nie zabił. Harmoniusz zawsze chodził niedbale ubrany, wszystko na niego było za duże, oprócz butów, bo buty musiał mieć dopasowane, by nie pogubić ich w trakcie ucieczki przed kimś. A lubił nosić buty. Szczególnie w lesie.
        Wiedział dokładnie, dokąd zmierzać, nie zwlekał więc i żwawo podążył w głąb uliczki, by zaraz skręcić w jeszcze węższą uliczkę, a stamtąd w zaułek, którym przeszedł do doków. Zatrzymał się na wylocie, swobodnie oparł się o rozpadającą się ścianę, zgiął nogę w kolanie i przeczekał kilka minut aż straż sobie zniknie za odległym rogiem jednej z tawern. Faro usiadł przy jego nodze, wpatrując mu się z entuzjazmem w oczy. Harmoniusz mrugnął do niego, pogłaskał po łbie, po czym zgrabnie wyłonił się z zaułka, kierując w przeciwną do kierunku marszu straży stronę. Przeszedł jeszcze specjalny labirynt, który znali nieliczni i wyjątkowi, aż dotarł w końcu na miejsce. Zatrzymał się przed otwartym frontem sklepu z przydatnymi rzeczami, oceniając sytuację. Po drodze minął oburzonego mężczyznę z latającym płaszczem. Najwyraźniej był to klient. Albo się mylił. Na pewno jedno z dwojga. Przekroczył próg sklepu z wiernym psem u boku, chcąc wykonać tajemnicze wejście, lecz to nie wyszło całkiem dobrze, bo po drodze Harmo zahaczył rękawem za dużej koszuli o jeden ze stosów skrzyń. Jak można się domyślić, huku było co nie miara, Faro zaczął szczekać na walające się po podłodze sprzęty, a chłopak począł kląć pod nosem jak szewc.
        — Cholera! — zaklął, rzucając się do posprzątania.
        Wtem usłyszał za sobą kroki, więc będąc wciąż w kuckach, obrócił się dosyć pokracznie i uśmiechnął niewinnie.
        — Cześć, Pao — zagaił milusińsko, udając, że wcale nie przewrócił wielkiego stosu skrzyń. Oparł się o jedną z nich. — Co słychać?

Awatar użytkownika
Gongpao
Błądzący na granicy światów
Posty: 14
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Gongpao »

        Gongpao założyła ręce za plecy, zastanawiając się, co też podkusiło ją, by zaakceptować ofertę pracy. Mijała właśnie piąta z ośmiu godzin jej zmiany w sklepie z artykułami dla uczciwych inaczej, a klient - dżentelmen w dość grubym, czarnym i z pewnością zbyt ciepłym na obecną pogodę płaszczu - był zbyt wymagający nawet dla niej.
        - Mówi pan, że chce zbroję wodoodporną, lekką, przewiewną, a jednocześnie odporną na ciosy toporem i najlepiej nadającą się na pracę w urzędzie w dni powszednie, a ja panu delikatnie tłumaczę, że o takie, iż się tak wyrażę, itemy, należy się udać do maga, a nie pierwszego lepszego sklepu, czego tu nie rozumieć? - powtórzyła.
        - Wszystkiego! - obruszył się klient. - Droga pani, państwo są sklepem specjalistycznym, czyż nie? No, to powie mi droga pani, czy prośba moja nie jest dość dla was specjalistyczna?
        - Nie. Powiedziałabym raczej, że jest awykonalna - odparła Pao, pozwalając ostatniemu słowu powoli sączyć się z języka, tak, że nim wybrzmiała ostatnia jego litera, pierwsza już głębokim śladem wyryła się w umyśle rozmówcy.
        Klient, głęboko wzburzony, odwrócił się od niej na pięcie i gniewnym wzrokiem zlustrował przestrzeń sklepową. Po chwili do jego obecnego położenia przyłączył się czarny płaszcz, po drodze nie omieszkując pogwałcić dwóch czy trzech praw fizyki.
        - Chcę rozmawiać z menadżerem - oznajmił po chwili.
        - Nie ma sprawy - oświadczyła Gongpao. - Wróć pan jutro.
        - Jak to, nie ma menadżera w waszym sklepie?
        - Cięcia w personelu - wzruszyła ramionami elfka. - Ciężkie czasy idą, usłyszeliśmy od zarządu, to i ilość etatów się zmniejszyła.
        Klient pokiwał głową.
        - A, tak, słyszałem od kolegi krasnoluda. Jakieś te, jak on to określił? Recesyje się szykują.
        - Otóż tak - zgodziła się Gongpao, nie do końca wiedząc, co oznacza słowo wypowiedziane przez klienta. W jej rodzinnych górach ciężkie czasy nie były jednym z istotnych problemów, prędzej już dopadłaby ją tam śmiertelna nuda i błoga naiwność, niż niewypłacalność finansowa. - Zatem, jeśli chce pan spotkać się z menadżerem, to zapraszam jutro.
        - Hmm - odburknął klient, który przypomniał sobie naraz, że był zdenerwowany obsługą elfki. Niezwłocznie odwrócił się napięcie i opuścił sklep, nie omieszkując przy tym pozwolić swemu czarnemu płaszczu powiewać na nieistniejącym wietrze.
        Gongpao odczekała jeszcze chwilę, aż klient na dobre zniknie jej z oczu, nim wróciła do swojego zwyczajowego miejsca za prostokątną belą drewna, bardzo chcącą aspirować na kasę.
        - Możesz już wychodzić! - krzyknęła w przestrzeń.
        Zza kolumny stojącej pośrodku sklepu wyłonił się niski rudzielec w średnim wieku i pokracznie przemieścił się w kierunku elfki.
        - Dzięki - powiedział tylko.
        - Nie ma za co. - Uśmiechnęła się Gongpao. - Teraz tylko musisz wymyślić, co powiesz mu jutro. Menadżerze.
        Rudzielec machnął ręką.
        - Jakby to cokolwiek znaczyło w kwestiach finansowych, a nie tylko dodatkowych obowiązkach - mruknął. - Tak czy inaczej, wiszę ci pintę piwa. Wodoodporna, lekka, przewiewna i odporna zbroja, no jasne! Złodzieje w tych czasach nie znają granic, pamiętam, moja droga, gdy ja działałem, w samej koszuli zwiewało się przed strażą i nikt nie wybrzydzał.
        - To co, „Tysiąc Dróg” po zmianie? - przerwała mu elfka, nim na dobre zalała ją fala opowieści ze starych dobrych czasów.
        - Może być - zgodził się rudzielec, polerując pióro z ukrytym w nim nożem.
        Pao spojrzała na niego, spojrzała na pusty sklep, spojrzała na zegar, którego wskazówki uparcie wskazywały wciąż tę samą godzinę. I z braku zajęcia postanowiła, że jeszcze raz wybierze się w podróż sklepoznawczą, sprawdzić, czy aby na pewno wszystkie peleryny widki wiszą na tym samym haku, co pięć minut temu.
        Wisiały.
        Pao wróciła do menadżera, który próbował teraz doczyścić wyjątkowo głęboko schowaną część mechanizmu. Po krótkiej inspekcji elfka oceniła, że szansa, iż straci przy tym palce, wynosi około jeden do dwóch.
        - Wiesz, zawsze zastanawiałam się, po co komu sztylet ukryty w kałamarzu - oświadczyła, próbując zacząć rozmowę z szefem. - Większość osób, która do nas przychodzi, nie umie się nawet podpisać na karcie stałego klienta.
        - Pao, Pao, Pao - pokręcił głową rudzielec. - Gdybyś miała choć tyle wyobraźni, co cynicznych myśli, nie musiałabyś sterczeć tu ze mną w sklepie za marne grosze. Pomyśl tylko, piszesz list, podchodzi ktoś z tyłu, przykłada stal na gardło, czujesz jej chłód, słyszysz słowa: „Oddaj wszystkie swoje kosztowności lub zginiesz” i myślisz sobie, o nie, już po mnie! Ale wtedy właśnie przypominasz sobie, że przecież piszesz list! Sięgasz więc jak gdyby nigdy nic po kałamarz - zaprezentował podekscytowany rudzielec, który z jakieś powodu wciąż nie otrzymał imienia od autorów tego wątku - i ha! Wyciągasz sztylet!
        - No dobrze, ale ta druga osoba wciąż ma stal na twoim gardle - zauważyła Pao. - Która ma znacznie krótszą drogę do celu, niż twój sztylet w wyciągniętej ręce.
        Rudzielec otworzył usta, żeby jej odpowiedzieć, donośny huk zagłuszył jednak jego słowa.
        Oboje podskoczyli zaskoczeni. Nie byli przyzwyczajeni do takiej ilości klientów jednego dnia.
        - Sprawdzę, kto to - zaoferowała elfka. - Ty lepiej zostań i ćwicz wrodzoną prędkość.
        - Bardzo śmieszne. Jak cię zatrudniałem, byłaś mniej wygadana - burknął pod nosem rudzielec.
        Elfka puściła tę uwagę mimo spiczastych uszu, zbyt już zaaferowana nowym wydarzeniem, by się obrazić. Dobrze wiedziała, że tak czy siak rudzielec nie znalazłby nikogo na jej miejsce.
        - Cześć, Pao — usłyszała naraz od źródła hałasu, jakim był młody chłopak. - Co słychać?
        - Hej... - zawahała się, szukając w głowie imienia klienta. Nigdy nie miała do nich pamięci. - Renart. Renart, tak? U mnie wszystko w porządku, życie po staremu, jak widzisz. Czasem ktoś przyjdzie kupić płaszcz, innym razem trzeba posprzątać po wyjątkowo zdolnym kliencie. - Uśmiechnęła się delikatnie, zbierając porozrzucane sprzęty. - A jak sprawdza się twój wytrych, miałeś już go szansę wypróbować w akcji? Napadzie, skoku, kradzieży, obrabunku? Może byłbyś zainteresowany kupnem kałamarza z ukrytym sztyletem do zestawu? Świetny gadżet, sprawdza się doskonale w tych wszystkich sytuacjach, gdy piszesz list, a ktoś podkłada ci akurat nóż pod grdyk, wiesz, taka standardowa złodziejska Deria.
        W głębi sklepu oczy rudzielca ciskały w nią sztyletami. I to nie takimi ukrytymi w kałamarzu.

Awatar użytkownika
Harmoniusz
Zbłąkana Dusza
Posty: 4
Rejestracja: 2 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Harmoniusz »

        Dla niego podniesienie ciężkiej drewnianej skrzyni było jak pstryknięcie palcami dla magika-iluzjonisty, dlatego tak szybko poustawiał wszystko na miejsce, by zaraz pomóc elfce w sprzątaniu reszty gratów. Lubił Pao, była bardzo... bardzo elfia... Cokolwiek to znaczyło. W każdym razie, względem Harmosza zachowywała się przyzwoicie, a jej nieco wisielcze i sarkastyczne poczucie humoru bardzo mu odpowiadało. Myślał, że mógłby się z nią dogadać na wielu innych płaszczyznach poza tą sklepowo-zawodową.
        Udał, że jest zakłopotany wyrządzonym przez siebie bałaganem, uśmiechnął się nerwowo i potarł kark. Ale dlaczego nazwała go Renart? Ano, właśnie. Tak naprawdę Renart był z dawna zmarłym poetą pochodzącym z jakiejś wyspy na Morzu Jadeitów, a Harmoniuszowi tak się to imię spodobało, że postanowił przedstawić się koleżance właśnie nim. Dlaczego? Dla zabawy. Chłopak nie przepadał, a wręcz unikał wyjawiania swojego prawdziwego imienia, które notabene znał tylko jego ojciec; chciał roztaczać wokół siebie aurę tajemnicy, jakiegoś niedopowiedzenia. Tak robili wszyscy szanujący się szpiedzy, którzy odgrywali główne role w przeczytanych przez niego książkach. Poza tym spodobał mu się pomysł wcielania się w różne postaci, mające ratować dzień. Takim sposobem zdarzyło mu się już udawać posłańca, gdy został przyłapany na kradzieży listu miłosnego zaadresowanego do pewnej damy. Harmosz ma wyjątkowy dar do wymyślania imion na poczekaniu i kłamania jak z nut. Wszelkie zmyślone przez niego historyjki miały w sobie nierzadko ziarnko prawdy, można je było uznać za swego rodzaju parafrazy czy też parodie, jakby to powiedział reżyser tutejszego teatru. Nierzadko również nie udawało mu się przekonać wymiaru sprawiedliwości do swojej wersji wydarzeń. Niestety.
        W odpowiedzi na pytanie Pao szybko wyjął wytrych z kieszeni za dużych spodni i obrócił go zręcznie w dłoni.
        — Poza włamaniem się do własnej stodoły? — zastanowił się. — To nie. Żadnych rabunków, napadów... Jestem uczciwym złodziejem, nie to co te chłystki ze Szczurzego Zakątka — rzekł dumnie i uśmiechnął się figlarnie. Ponownie zakręcił wytrychem. — Kradnę tylko to, co wiem, że mogę ukraść.
        Mrugnął do niej flirciarsko, po czym schował sprzęt z powrotem do spodni. W tym samym czasie Faro usiadł obok nogi Pao z wywalonym jęzorem, merdając radośnie ogonem. Najwyraźniej nie dość mu było smakołyków... Po chwili jednak wstał i z nosem przy ziemi poszedł w głąb sklepu, zgrabnie - w porównaniu do Harmosza - omijając wszelkie przeszkody.
        — I po co tam leziesz? — zapytał za nim chłopak, ale pies już zniknął mu gdzieś z oczu. — Ciekawość zabiła kota! — krzyknął i zaśmiał się pod nosem.
        Wtem rozległ się kolejny huk, tym razem w parze z krótkim okrzykiem. Następnie do uszu ich obojga dotarła soczysta wiązanka, składająca się przede wszystkim ze słów wyjątkowo nieparlamentarnych. W kolejnej chwili podbiegł do Harmosza wielce szczęśliwy Faro, w pysku trzymając coś co przypominało... kałamarz? Ale ten kałamarz był jakiś taki... wygięty. Pognieciony? Stłuczony!
        Chłopak zabrał psu nową zabawkę i zaraz ruszył ku ladzie, za którą, przewracając wszystko na półkach, tłukł się niski rudzielec. Trzymał się za rękę. Dopiero poniewczasie Harmosz dostrzegł, że z ręki wypływa krew.
        — Co się stało? — zapytał zbity z tropu.
        — Co się stało? — powtórzył rudzielec, nadal przeszukując półki. — On się pyta „co się stało?”! Ja ci powiem, co się stało!
        Harmosz włożył ręce do kieszeni, czekając aż dowie się, co się stało.
        — To się stało, że twój pies, to... to bydlę wparowało tutaj, jak czyściłem ostatni do wyczyszczenia mechanizm! I, o! Widzisz?! — krzyknął piskliwie, wyszedł zza lady i podetknął krwawiącą rękę pod nos chłopaka. Ten odsunął głowę, a jego podbródek nagle stał się podwójny.
        — Jaki mechanizm? — zapytał głupio, wciąż utrzymując bezpieczny dystans.
        — Pao, weź mu powiedz, bo mnie tu krew zalewa.
        I rudzielec zniknął na zapleczu, pozostawiając Harmosza potężnie skonsternowanego. A Faro? Faro dalej myszkował z nosem przy podłodze, strącając z niższych półek co lżejsze precjoza.

ODPOWIEDZ

Wróć do „Trytonia”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość