Shari[Lazaret] Oszukać przeznaczenie

Shari jest jedynym królestwem rządzonym od pokoleń wyłącznie przez kobiety. Jego potęga tkwi w rozległych terenach rolniczych na zachodzie. Dzięki dobremu gospodarowaniu żyznych ziem, Shari ciągle przeżywa rozkwit ekonomiczny. Do tej pory królowe stawiały główny nacisk na gospodarkę, jednak obecna królowa zajmuje się również kwestią militarną królestwa - rozpoczęła rozbudowę muru obronnego wokół miasta i fosy wokół dworu. Rozpoczęto również ulepszanie armii, stawiając nie tylko na jej liczebność, ale na poszerzenie jej specjalizacji.
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Emily
Zbłąkana Dusza
Posty: 3
Rejestracja: 3 miesiące temu
Rasa: Dotknięty
Profesje: Zielarz , Artysta , Urzędnik
Kontakt:

[Lazaret] Oszukać przeznaczenie

Post autor: Emily »

        Zima w Shari powoli odchodziła w zapomnienie. Drogi wciąż bywały oblodzone, ale głównie dlatego, że przygrzewające w ciągu dnia słońce wraz z niską temperaturą sprawiały, że topniejący śnieg zalewał bruk wypełniając jego braki i lekko przymarzał. Nie na tyle by utworzyć prawdziwy lód, z którego cieszyłyby się dzieci, ale na tyle upierdliwą gołoledź, by końskie kopyta ślizgały się niebezpiecznie, a wozy przemieszczały się w ślimaczym tempie. Ci bardziej doświadczeni wiedzieli, że taka pogoda jest gorsza od porządnego mrozu – lód jest bardziej śliski przy kilku stopniach niż przy ujemnej temperaturze. Niestety zdarzali się też tacy, którym zawsze się spieszyło i którzy bagatelizowali błyszczące od wody kamienie, powodując wypadki. To właśnie stało się na Północnej, głównej drodze prowadzącej przez miasto.
        Zaczęło się spokojnie, rankiem tak wczesnym, że jutrzenka dopiero rzucała jakiekolwiek światło na ulice. Ciągnący się od bramy sznur wozów z zaopatrzeniem snuł się powoli do przodu, barykadując niemal całą drogę. Byli to głównie mieszkający poza grodem rolnicy, zwożący swoje towary do miejskich kramów lub pragnący samodzielnie sprzedać owoc swojej pracy na rozpoczynającym się wcześnie rano targowisku na głównym placu. Ci czekali niechętnie, ale w spokoju, z poluzowanymi wodzami pozwalając koniom snuć się własnym tempem za wozem przed nimi. Niektórzy odsypiali wczesną pobudkę, ale byli też tacy, którzy nie chcąc marnować czasu otwierali boki wozu i prosto z ulicy sprzedawali swoje produkty przechodniom. Słowo rozeszło się szybko i część mieszkańców, która zazwyczaj wybierała się na targowisko, teraz odwiedzała ulubionych sprzedawców na ich trasie. Szło to nawet sprawnie i miało swój urok, wciąż jednak powodowało jeszcze większe zastoje na drodze.
        Te praktyki zdecydowanie przeszkadzały innym podróżnym, którzy przez miasto planowali jedynie przejechać, teraz plując sobie w brodę, że nie zdecydowali się go jednak ominąć. Już sama pogoda sprawiła, że humory były raczej wisielcze, wiele osób było chorych, a obserwowanie jak innym, stojącym w korku razem z nimi, ta sytuacja wcale nie utrudnia życia, było tym bardziej frustrujące, w myśl zasady „jak mi ma być źle, to niech im też będzie”. Zaczęło się od zirytowanego pokrzykiwania, które niestety przerodziło się w głośną kłótnię, której nie byłoby daleko do rękoczynów, gdyby sytuacja nie pogorszyła się jeszcze bardziej. Jeden z podróżników, znużony oczekiwaniem, a na dodatek zły i głodny, postanowił opuścić szereg wozów. Rozpoczęło się więc kolejne zamieszanie, w którym sąsiadujące wozy odsuwały się kawałek, by umożliwić woźnicy manewr. I właściwie wszystko byłoby dobrze, bo jeden powóz mniej w kolejce poprawiał wszystkim humor, gdyby nie fakt, że odjeżdżający już równolegle podróżnik uznał, że skoro jest tak daleko na przodzie poruszającej się kolumny, to czemu by nie wjechać z powrotem? Tym razem na samym początku.
        Rozgrywające się później fargothskie sceny z udziałem najbardziej prymitywnych ludzkich odruchów okazały się niczym w obliczu prawdziwej tragedii mającej miejsce, gdy od próbującego wrócić do kolejki wozu odpadło koło. Paka runęła na bok, przygniatając jednego z przechodniów. Szarpnięty przez uprząż koń pociągowy stanął dęba, płosząc inne wierzchowce, co powodowało reakcję łańcuchową na całej ulicy. Owoce i warzywa posypały się po ulicy. Ludzie przewracali się sami, na lodzie, na rozsypanym towarze, potrącani przez innych, przez wozy i kopani przez konie. Krzyki było słychać aż w lazarecie cztery przecznice dalej i było to jedyne ostrzeżenie przed napływającą falą rannych.

        - Pięlęgniarka! O, Willow! Chodź tu natychmiast!
        Emily poderwała głowę, spoglądając szybko na lekarza dyżurującego, a później na dziecko, którym się zajmowała.
        - Zostaw go i chodź tu, szybko!
        Nie mając wielkiego wyboru dziewczyna spojrzała tylko smutno na malutkiego chłopca i odłożyła kompres na bok. Przybiegła do lekarza i stanęła jak wryta. Mężczyzna leżący na łóżku był cały zakrwawiony, nieprzytomny i jedną nogę miał wygiętą pod bardzo złym kątem. Wyglądał jakby runął na niego budynek, a nie wóz, z tego co słyszała.
        - Przytrzymaj go – poinstruował, podnosząc spojrzenie na dziewczynę i marszcząc zaraz brwi. – Popraw najpierw chustę, zjeżdża ci – rzucił oschle, a dziewczyna pokiwała gorliwie głową, zaciskając supeł chusty na tyle głowy i dopasowując ją lepiej do twarzy. – Dobrze. Przytrzymaj mu ręce. Nie chciałbym oberwać, gdyby się nagle ocknął.
        Willow pokiwała głową i prawie położyła się na ramionach pacjenta, teraz trochę przerażona, że ten naprawdę się przebudzi. Na szczęście po chwili było po wszystkim. Noga strzeliła cicho, mężczyzna dalej był nieprzytomny, a Emily bezradnie usiłowała wytrzeć zakrwawione ręce.
        - Zostaw, potem się umyjesz. Zawiąż mu też coś na twarzy, bo w tym miejscu prędzej zabije go zaraza, niż ten wypadek. Przemyj i zaszyj rany, i zawołaj mnie, jeśli się ocknie.
        Emily pokiwała głową i odczekała chwilę aż lekarz odejdzie, nim popchnęła z trudem łóżko na kółkach, przesuwając je pod ścianę. Przysunęła sobie zaraz taboret i wyciągnęła zestaw do szycia, rozkładając go na stoliczku obok, po czym zabrała się do pracy. Wstyd było przyznać, ale pasowało jej to o wiele bardziej, niż pomaganie w przyjmowaniu kolejnych rannych. Grobowa cisza panująca przez zarazę w lazarecie była zazwyczaj nie do wytrzymania, ale dziewczyna tak się do tego przyzwyczaiła, że rozlegające się teraz co chwila krzyki wytrącały ją z równowagi. Pracowała więc w milczeniu, zaszywając głębokie rany i bandażując te powierzchowne. Lekarz miał paskudne wyczucie chwili, bo w momencie, w którym odcięła ostatnią nitkę, zawołał ją z drugiego końca sali, stojąc przy „jej” chłopcu. Zerwała się natychmiast i podbiegła do medyka, klucząc pomiędzy stojącymi wszędzie łóżkami, a nawet rozłożonymi na ziemi posłaniami. Zatrzymała się na moment, przepuszczając inną pielęgniarkę, wyprowadzającą na noszach kolejną ofiarę zarazy, po czym stanęła na baczność przed lekarzem.
        - Czemu on tu nadal jest? – zapytał nieprzyjemnie.
        Willow zrobiła wielkie ze strachu oczy i zaczęła szybko pokazywać na migi najpierw gorące czoło, a później nos i płuca, po czym udawała, że nie może oddychać. Lekarz przyglądał się tej scenie ze znużeniem, ale pokiwał ze zrozumieniem głową. Niestety nie oznaczało to aprobaty.
        - Teraz oddycha, czyli jest w o wiele lepszym stanie, niż połowa zarażonych, a nam brakuje łóżek i miejsca w ogóle. Znajdź jego rodziców i wypisz go. Niech siedzą z nim w domu i nie wychodzą – powiedział, odwracając się i odchodząc, nim dziewczyna zdążyła zareagować.
        Emily spojrzała za nim bezradnie i rozejrzała się po pogrążonej w chaosie sali. Chwilowo nikt jej nie wołał, ale niestety nie oznaczało, że nie jest potrzebna, więc pobiegła do pokoju pielęgniarek, gdzie trzymała swoje rzeczy. Przetrząsnęła torbę, na szybko wybierając z pęczków ziół kilka liści azodii księżycowej i gałązkę wierzby, po czym tak samo szybko pobiegła do kuchni, na migi dopraszając się o zaparzenie naparu. Oddała liście, gałązkę chowając do kieszeni, po czym z gorącym kubkiem wróciła ostrożnie na salę. Wciąż rozglądała się w przestrachu, mając nadzieję, że nikt jej nie zawoła. Już nie raz słyszała od lekarza zakaz „takich” praktyk w jego szpitalu, więc wolała, by jej nie przyłapał.
        Ostrożnie postawiła kubek na stoliczku koło łóżka chłopca i przykryła go chustą, by materiał nasiąkł zapachami ziół. Dopiero wtedy na nowo przykryła nos i usta dziecka, a później ukradkiem wyciągnęła gałązkę z kieszeni. Zamoczyła ją w naparze i trzymając ją nisko, by nikt nie zauważył, obeszła łóżko, kręcąc witką sobie tylko znane symbole, i dotykając nią rączek i nóżek chłopca. W najlepszym razie zbije gorączkę, w najgorszym ukoi chociaż zmęczony gorączką umysł. Jej rytuały zawsze działały lepiej na umysł, niż ciało, ale Willow się nie poddawała, licząc, że w końcu odblokuje i te moce. Zioła na pewno udrożnią drogi oddechowe, ale to rozpalone czoło martwiło ją najbardziej. Przemyła je jeszcze raz kompresem moczonym w zimnej wodzie. Przynajmniej tego im nie zabraknie.
Awatar użytkownika
Durante
Zbłąkana Dusza
Posty: 4
Rejestracja: 1 miesiąc temu
Rasa: Błogosławiony
Profesje: Strażnik , Najemnik , Nauczyciel
Kontakt:

Post autor: Durante »

        Ostatnich kilka dni było istnym koszmarem i to nie tylko z powodu szerzącej się zarazy, przez którą ludzie niemalże umierali na ulicach Shari. Zima się kończyła i robiło się coraz cieplej, masa mieszkańców i kupców, którzy opuszczali miasto by przeczekać mrozy w rejonach z wyższą temperaturą, teraz powracali na stare śmieci. Zmęczenie niewygodami długich podróży i osłabienie spowodowane ostatnimi mrozami w nocy i dodatnimi temperaturami za dnia, sprawiały, że ludzie byli mniej czujni i łatwiej się irytowali, o głupie awantury o byle błahostkę zdarzały się więc dosyć często. Nie mówiąc już o tym, że im więcej wozów przejeżdżało lub zatrzymywało się w mieście, tym chętniej co niektórzy wykorzystywali okazję i popełniali drobne przestępstwa. Powoli wybudzali się ze snu zimowego samotni kieszonkowcy i aktywne na powrót zaczynały być gildie złodziei, których nie tak łatwo się pozbyć, gdy są pod protekcją różnych państw. Strażnicy miejscy mieli, więc pełne ręce roboty i często musieli wybierać między mniejszym i większym złem, choćby miedzy bójką na targu, a zgłoszeniem kradzieży jakiejś rodzinnej pamiątki.
        Durante się dwoił i troił by porozdzielać zadania między swoich ludzi tak, aby dało się rozwiązać jak najwięcej problemów mieszkańców przy coraz to bardziej zmniejszającej się liczbie strażników na służbie, którzy przecież byli zwykłymi ludźmi i tak samo jak inni, mogli złapać jakieś przeziębienie albo inne choróbsko. Z tego powodu błogosławionemu zdarzało się spędzać cały dzień w koszarach, niekiedy w ogóle nie opuszczać posterunku albo wracać bardzo późno w nocy do domu. Tam jednak również nie był w stanie porządnie wypocząć przed kolejnym dniem pracy przez swoich synów, którzy budzili się co chwila bo głodni, bo mieli brudną pieluchę, bo chcieli się powiercić i pobawić. Do tego Ezraela znów męczyła jakaś choroba i przez gorączkę jeszcze trudniej było mu przespać spokojnie całą noc. Błogosławiony nie miał już powoli na to wszystko siły i choć bardzo kochał chłopców, nie mógł się doczekać aż zima i cały ten chaos w mieście się skończy, aby wyruszyć na poszukiwania dobrej rodziny dla swoich synów.
        - Panie - odezwał się cicho czarny kotołak ubrany w prostą koszulę nocną, wchodząc do pokoju błogosławionego z zapalonym kagankiem w czarnych łapach. - Powinien pan spróbować chociaż odrobinę odpocząć, bo się pan wykończy i ani nie pomoże pan swoim dzieciom, ani miastu. Zaparzyć panu zioła na sen? - spytał naprawdę mocno zmartwiony tym jak bardzo niebianin się w ostatnim czasie przepracowywał. Starał się cały czas mówić na tyle cicho, by nie zbudzić Laventego śpiącego na łóżku kapitana i Ezraela, którego błogosławiony trzymał na rękach.
        - Dziękuję Uta, nie trzeba. Zaraz się położę - zapewnił, zamykając książkę, którą czytał młodszemu z bliźniaków i zaraz wstał, aby położyć go na łóżku obok drugiego dziecka. - Dorzuć drewna do pieca jak będziesz na dole, bo się zimno w domu zaczyna robić i idź spać - polecił, na co kotołak jedynie westchnął, nie zamierzając się kłócić z panem tego domu i wyszedł, aby wykonać powierzone mu zadanie.

        Kilka godzin później, gdy ledwo zaczęło świtać, Durante poprzydzielał swoim ludziom rejony, w których ci mieli pilnować porządku i sam po załatwieniu wszystkich spraw w koszarach, głownie nużącej papierologii, nad którą przysypiał, wyszedł na ulice miasta. W pierwszej kolejności zrobił obchód czy wszyscy strażnicy byli na swoich miejscach i czy nie było żadnych przejawów niesubordynacji. Przy południowej i zachodniej bramie był spokój. Nie działo się nic niepokojącego, każdy podejrzany wóz i podróżnik był przeszukiwany, aby do miasta nie dostali się żadni bandyci, którzy zaburzyliby spokój i porządek na ulicach miasta. Z tego powodu zatrzymany został Uta, gdy chciał przekroczyć zachodnią bramę, bo raczej nie widuje się w tej okolicy zbyt wielu zmiennokształtnych, a szczególnie kotołaków, które dość często były sprawnymi złodziejami. Zrobił się przez to lekki zastój, bo świeżo przyjęty do straży młokos nie chciał wpuścić do miasta czarnego kocura z Ezraelem na rękach. Chyba miał jakiś uraz do zmiennokształtnych albo czarnych kotów, bo ani przez moment nie dopuszczał do siebie możliwości, że Uta mógł mówić prawdę, odnośnie tego, że syn jego pana potrzebuje pomocy.
        - To jest syn kapitana Durante i potrzebuje pilnej pomocy, bo się dusi! Przepuść mnie w końcu jeśli nie chcesz mieć życia niewinnego dziecka na sumieniu! - wykłócał się z rozgorączkowaniem Uta, którego krzyki błogosławiony zdołał usłyszeć przecznicę dalej.
        - Pewnie. A ja jestem księciem Lewarem. Już ja dobrze znam te wasze kocie sztuczki. Odpuść już myszołapie i przestań zajmować niepotrzebnie kolejkę. I oddaj to biedne dziecko jego rodzicom. Co się z tym światem porobiło, że oszuści zaczęli wypożyczać od innych dzieci, by brać na litość naciąganych przez siebie ludzi - prychnął i widać było, że powoli zaczął tracić cierpliwość. - I ciesz się zapchlony oszuście, że trafiłeś na mnie i mam dobry dzień, a nie na kapitana...
        - Co się tu dzieje? - zapytał spokojnie Durante, stając zaraz za pewnym siebie, poirytowanym strażnikiem. Spojrzał chłodno najpierw na podwładnego, a po tym na Utę niosącego na rękach Laventa mocno zainteresowanego całą sytuacja i wszystkim dokoła oraz bardzo słabego, oddychającego z trudem Ezraela.
        - Panie - odezwał się kotołak z wyraźną ulga w oczach. - Ez...
        - O, pan kapitan! Dobrze kapitana widzieć, ten zmiennokształtny łgarz utrudnia innym dostanie się do miasta - wtrącił się szybko strażnik w słowo kotołaka, bardzo dumny z siebie, że złapał oszusta i udaremnił mu wejście do miasta. Chciał jeszcze coś powiedzieć, ale Durante mu przerwał.
        - Zabierz Ezraela jak najszybciej do lazaretu i uważaj na drodze. Za niedługo do was przyjdę - powiedział błogosławiony, przepuszczając kotołaka i odprowadzając go spojrzeniem, aż ten nie zniknął pospiesznie za rogiem. Nowo przyjęty strażnik aż pobladł przez to i z obawą przełknął ślinę.
        - Doceniam twoją czujność, jednakże następnym razem najpierw zweryfikuj prawdziwość słów osoby chcącej przybyć do miasta, a dopiero po tym oskarżaj ją o kłamstwo. Nie zachorujesz od przyłożenia dłoni do czyjegoś czoła, by rzeczywiście sprawdzić czy nie ma gorączki - powiedział spokojnie i bardzo chłodno, jakby wcale nie był zadowolony z tego jak zachował się młody strażnik. Tak też w sumie było, bo gdyby młokos użył odrobiny rozumu, w ogóle nie byłoby tego całego zamieszania i Uta byłby już dawno w połowie drogi do lecznicy.
        - Osoby chore i potrzebujące opieki lekarskiej niech ustawią się w drugim rzędzie! - zwrócił się do tłumu osób oczekujących na wjazd do Shari. Zapanował lekki chaos, a ci którzy byli zdrowi i chcieli załatwić tylko jakieś sprawy w mieście czy skrócić sobie drogę przez miasto, zaczęli narzekać i burczeć pod nosami z niezadowoleniem, lecz nikt nie odważył się skrytykować decyzji niebianina. No może oprócz tego strażnika, którego Durante zaraz poklepał uspokajająco po ramieniu.
        - Nie trzeba mieć sokolego wzroku, by poznać po kimś, że rzeczywiście dręczy go jakaś choroba. Co trzecią osobę chorą, wpuszczaj do miasta jedną osobę z tej drugiej kolejki. Jak się sprawnie uwiniesz i nie będziesz się niepotrzebnie awanturował z tymi ludźmi do południa powinieneś się uwinąć - poradził strażnikowi i odszedł sprawdzić jak się sprawy mają przy pozostałych bramach.
        Przy wschodniej bramie wszystko przebiegało raczej sprawnie, choć ludzie narzekali na tłok i stanie w kolejce tylko po to, by przejechać przez miasto. Zaproponowany został objazd i pilnujący tej bramy strażnik sprawnie przekonał co niektórych, by jednak zdecydowali się na ominięcie miasta i pojechanie dłuższą drogą, bo dzięki temu szybciej dotrą do celu. Durante będąc przy tym pochwalił swojego podwładnego za wymyślenie takiego rozwiązania i poszedł dalej.
        Dużo poważniejsze problemy zaczęły się na ulicy Północnej i to jeszcze nim doszedł do bramy. Nie dość, że było ślisko, to jeszcze przez ślimacze tempo w jakim przesuwała się kolumna wozów kupieckich, podróżni, którzy w niej utknęli bardzo się irytowali. Dochodziło do kłótni, a nawet mniejszych bójek między podróżnymi i nawet czterech strażników z tego rejonu, skupionych praktycznie w jednym miejscu nie dawało sobie rady z opanowaniem tego całego bałaganu. Tu wozy praktycznie na siebie wpadały, tam towary sprzedawane były z kolejki, nieco dalej jakiś koń się pośliznął na śliskiej drodze i spanikowany kopnął przez przypadek jakiegoś przechodnia. Każdy praktycznie każdemu siedział na plecach, a do tego nie wszyscy stosowali się do zaleceń strażników przy bramach, aby zakrywać usta przez szalejącą po mieście zarazę.
        Nie minęła chwila, gdy zrobiło się jeszcze gorzej po tym jak jeden z wozów postanowił wyjechać z kolejki, jakby chciał po prostu zawrócić i wyjechać z miasta inną drogą. Niestety geniusz wpadł zaraz na pomysł powrotu do kolejki praktycznie na samym początku i zaczął się wpychać, co tylko zapoczątkowało niepotrzebną awanturę. Durante nie mógł dłużej pozwalać na taki brak szacunku wobec innych i zwykłe chamstwo. Co prawda zamierzał właśnie iść do lazaretu porozmawiać z Utą i dowiedzieć się co z Ezraelem, ale postanowił w pierwszej kolejności zażegnać zaistniały spór i ukarać i wyrzucić z miasta tego cwaniaka.
        - Proszę natychmiast zawrócić i pojechać na koniec kolejki! - rozkazał prowadzącemu wóz krasnoludowi, na co ten tylko prychnął z pogardą, zwyczajnie ignorując polecenia sharijskiego kapitana. Nawet lekko przyspieszył tak, że błogosławiony musiał truchtać, żeby się z nim zrównać.
        - Radził bym panu mnie posłuchać, jeśli nie chce pan mieć większych kłopotów! - zawołał ostrzegawczo i lekko się skrzywił, przystając i zaraz rozglądając się dokoła. Słyszał dziwny, raczej niepokojący dźwięk, którego źródła długo nie mógł znaleźć, aż nie spojrzał z powrotem na oddalający się od niego wóz.
        - Zatrzymaj się natychmiast! - krzyknął i rzucił się sprintem, by siłą zatrzymać upartego krasnoluda, który nawet nie wiedział jak wielkie zagrożenie w tej chwili stwarzał jego wóz z uszkodzonym kołem.
        - Wszyscy na bok! - polecił przechodniom, odganiając zaraz wszystkich, którzy byli w pobliżu. Praktycznie w ostatniej chwili udało mu się uchronić przechodniów przed przygnieceniem przez ten wóz, jednak sam nie zdołał w porę uskoczyć.
        Szumiało mu w uszach i nie do końca rozumiał co się dzieje. Był przytomny, gdy powóz ze wszystkimi towarami, które krasnolud przewoził, przewróciły się na niego. Był tak oszołomiony przez zaistniałą sytuację, że nie czuł żadnego bólu w tej chwili, lecz widząc chaos jaki zaraz zapanował, chciał wstać i go opanować. Nie mógł jednak i dopiero wtedy zrozumiał co się stało. Ludzie dokoła biegali i krzyczeli, konie się płoszyły, kolejne towary wylądowały na ulicy i było coraz więcej rannych. Wybuchła panika, ktoś chyba starał się uwolnić przygniecionego kapitana, o którego potykali się uciekający przechodnie. Praktycznie skopany i stratowany przez ludzi, których chronił stracił przytomność.

        Uta wykonał swoje zadanie i od razu jak tylko został wpuszczony do miasta, gnał jak na złamanie karku do lecznicy, by szukać tam pomocy dla duszącego się, gorącego jak rozpalone żelazo Ezraela. Kiedy dotarł na miejsce wręczył chorego chłopca jednej z pielęgniarek i szybko opisał co się z dzieckiem dzieje. Po tym posłusznie czekał na zewnątrz, by nie przeszkadzać zabieganym lekarzom i wypatrywał swojego pana, bawiąc się z Laventem w łapki. Durante jednak długo nie przychodził, nie wiadomo też jeszcze było co z Ezraelem, a drugi z chłopców zdążył zabrudzić pieluchę i oczywiście po zrzuconym balaście zgłodnieć. Odszedł więc kawałek od lazaretu i przebrał marudzącego Laventego, zaraz po tym kierując się do najbliższej piekarni by kupić mu jakąś bułkę, by sobie pociamkał.
        Nie spodziewał się, że podczas tej swojej krótkiej nieobecności, Durante przybędzie do lecznicy. A raczej zostanie do niej przyniesiony w kiepskim stanie. Chłopiec na jego rękach był przeszczęśliwy ze świeżej, maślanej bułeczki, którą dostał od kotołaka i na zmianę się nią bawił i odrywał małe kawałki, które zaraz wkładał sobie do buzi.
        - Już wszystko dobrze, diabliku? - zapytał siedzącego kotołakowi na kolanach chłopca i westchnął, gdy ten zaklaskał radośnie w dłonie, a zaraz posmutniał bliski płaczu, gdy przez przypadek wypadła mu trzymana w rączkach bułka.
        Przytrzymując jedną ręką chłopca, Uta zaraz się schylił i podniósł upuszczone pieczywo, podmuchał je i otrzepał z piasku, po czym wręczył z powrotem Laventemu.
        - Trzymaj, zasada pięciu sekund. Jedzenie trzeba szanować - wyjaśnił maluchowi, który kompletnie nie wiedział o co chodzi i spojrzał to na bułkę, to na kotołaka i tak kilka razy.
        - Ta-ta.
        - Nie, tata nie musi o niczym wiedzieć. To będzie taki nasz mały sekret - powiedział spokojnie do chłopca. - Ciekawe gdzie on się podziewa. Co prawda nie podawał konkretnego czasu kiedy przyjdzie, ale to wręcz nie podobne do niego by czekać tyle czasu aż przyjdzie - zastanawiał się na głos, po części ignorując zaczepne gaworzenie Lava. Spojrzał w stronę wejścia do lazaretu i obrócił mimowolnie lekko jedno ucho w tamtą stronę, wyłapując strzępek jakiejś rozmowy.
        - Bach! - zakrzyczał radośnie chłopiec, wyrywając nagle kotołaka z jego rozmyślań i ciesząc się wesoło, a kiedy Uta na niego spojrzał, zaczął stękać i próbować sięgnąć znów leżącą na ziemi bułkę.
        - Znów ci wypadła? Tak to jest jak się wygłupiasz, a nie jesz - zburał łagodnie dziecko i znów po oczyszczeniu bułki z piachu mu ją dał. - Tym razem trzymają mocniej to ci nie... EJ! - krzyknął oburzony, gdy Lavente ze śmiechem rzucił pieczywo z powrotem na ziemię, jak tylko je otrzymał. - Tak się bawić nie będziemy! Słuchałeś w ogóle jak mówiłem, że jedzenie trzeba szanować? Nie życzę ci tego, ale jak tak będziesz traktował jedzenie, zobaczysz, że w pewnym momencie będziesz głodny chodził i wierz mi to nie będzie już takie zabawne.
        - Daj! - wykrzyczał chłopiec, starając się odebrać od kotołaka bułkę, lecz zmiennokształtny miał dużo dłuższe ręce i tym razem nie dał jej już maluchowi.
        - Nie dam, bo rzucasz ją na ziemię. Może gdybym był psem, to miałoby to jakiś sens, ale koty nie aportują - powiedział stanowczo na co mały zaczął krzyczeć i uderzać rączkami oraz nóżkami, powoli zaczynając płakać.
        - Ałć! Uspokój się wreszcie, nie ma bułki koniec i kropka! A ty zaraz wrócisz do domu i będziesz tam siedział sam jeśli się nie uspokoisz i wyjdzie potwór z szafy i cię zje! - kłapnął groźnie wyszczerzonymi kłami. Maluch się uspokoił na moment, patrząc na Utę wielkimi, zaszklonymi oczkami, zdziwiony tym co się właśnie stało. Wyglądało tak jakby miał zaraz wybuchnąć płaczem, ale zamiast tego zaczął się śmiać i ciągać zmiennokształtnego za wąsy i samemu na niego szczerzyć zęby.
        - Ej! Ał! Przestań! Grrr! Ałć! Lave... Ała!!!

        Durante dość długo leżał nieprzytomny, pogrążony w całkowitej ciemności swojego umysłu, przez który w pewnym momencie zaczęły przebijać się odgłosy lekarzy, a przede wszystkim rozsadzające od środka czaszkę wrzaski dochodzące chyba z zewnątrz lecznicy. Zdołał otworzyć lekko jedno oko (drugie miał strasznie spuchnięte przez to jak spanikowani ludzie praktycznie po nim przebiegli) i nieznacznie odwrócił głowę w stronę wyjścia z lazaretu, gdzie zaraz stanął niezbyt przyjemny, z tego co słyszał, lekarz. Niewyraźnie słyszał jak upomina surowo osoby (a raczej jednego kota), znajdujące się na zewnątrz, które cały czas słyszał mimo panującego w środku hałasu. Był bardzo słaby i nie do końca rozumiał co się dzieje i gdzie tak właściwie jest. Odetchnął głęboko, zaraz krzywiąc się z bólu i zanosząc się mocnym kaszlem, jakby zaraz płuca miał z siebie wypluć. Raczej to mu nie pomoże szybciej zregenerować połamanych żeber. Zaczął więc dużo ostrożniej oddychać, gdy tylko opanował kaszel i zaciskając zęby, dźwignął z trudem swoje ciało do pozycji półsiedzącej.
Awatar użytkownika
Emily
Zbłąkana Dusza
Posty: 3
Rejestracja: 3 miesiące temu
Rasa: Dotknięty
Profesje: Zielarz , Artysta , Urzędnik
Kontakt:

Post autor: Emily »

        Emily została z chłopcem, aż nie ocknął się na tyle, by mogła podać mu gorący jeszcze napar z azodii księżycowej. Nie był zbyt mocny. Nie miała wiele liści, bo trudno było jej się wymykać nocą za bramę, ale może nawet lepiej przy tak młodym dziecku. Udało jej się wmusić mu pół kubka, a później ułożyć do snu, z chłodnym kompresem na czole. Jeśli rzeczywiście będzie musiała dzisiaj wypisać dziecko, chciała by był w jak najlepszym stanie. Dopiero wtedy ruszyła po sali pomagać kolejnym pacjentom.
        Rozlegające się na zewnątrz okrzyki nie brzmiały niebezpiecznie, ale zwracały uwagę nie tylko pielęgniarek, ale i lekarza, który w końcu rozdrażniony skierował się do wyjścia, by upomnieć awanturników. Willow zdawało się nawet, że rozpoznaje głos, ale nim zdążyła się nad tym dobrze zastanowić, usłyszała charczący kaszel, a gdy odruchowo podążyła wzrokiem za źródłem dźwięku, zobaczyła, że stratowany pacjent się ocknął. Zamknęła na kluczyk szafkę z lekami, którą porządkowała i podeszła szybko do mężczyzny, po drodze poprawiając chustę na twarzy.
        Dopadła do niego w momencie, gdy ten starał się podnieść i pomachała lekko dłońmi w geście zaprzeczania, nim położyła je ostrożnie na jego ramionach, starając się nakłonić pacjenta do położenia się z powrotem. Może nie była najsilniejsza, ale liczyła że ranny nie będzie stawiał wielkiego oporu. Starała się też złapać z nim kontakt wzrokowy i pokazać na rany i usztywnioną nogę, jako kolejne argumenty, by się nie ruszał. Lekarz kazał jej od razu zgłosić przebudzenie pacjenta, ale najpierw musiała się upewnić, że ten w amoku nie umknie jej ze szpitalnego łóżka. Pokazała jeszcze na migi, by poczekał moment i w końcu pognała prędko po lekarza.
        Znalazła go kłócącego się z kotołakiem, który rano przyniósł tu chłopca! Zza chusty błysnęły zaskoczone oczy i dziewczyna jeszcze na moment zagapiła się na drugiego malucha ciągnącego zmiennokształtnego za wąsy, nim oprzytomniała na tyle, by próbować zwrócić na siebie uwagę lekarza, który zaraz chyba wyjdzie z siebie i stanie obok. W końcu niechętnie pociągnęła go za fartuch, oznajmiając swoją obecność. Nie znosiła tego robić, bo czuła się wtedy jak małe dziecko, ale trudno. Przyszpilona w końcu rozgniewanym spojrzeniem pokazała lękliwie palcem w stronę wnętrza sali, a później skrzyżowała dłonie na piersi i zamknęła oczy, jakby spała, po czym otworzyła je nagle szeroko. Pacjent się ocknął. Lekarz zrozumiał. Czasem był okropnie niemiły, ale jednak nie miał z nią nigdy żadnego problemu i jeszcze jej nie wyrzucił, więc chyba nie mógł być taki zły. Medyk spojrzał ostatni raz na kotołaka.
        - Ma tu być spokój, bo zawołam straż – rzucił oschle i odwrócił się z łopotem fartucha, co Emily momentalnie przywiodło na myśl pelerynę jakiegoś czarnego charakteru i co najmniej kilka pomysłów na rysowane scenki.
        Miała zamiar towarzyszyć lekarzowi, bo może się przydać, ale najpierw chciała poinformować kotołaka, co z jego… podopiecznym, prawdopodobnie. Tu było jednak już trochę za dużo do pokazywania i dziewczyna wyciągnęła z kieszeni fartucha notesik i rysik, kreśląc szybko drobne słowa. Później wyrwała karteczkę i przekazała zmiennokształtnemu, po czym pobiegła za lekarzem, chowając resztę do kieszeni.
        „Chłopiec czuje się lepiej. Oddycha sam, ale ciągle ma gorączkę. Prawdopodobnie dzisiaj będzie trzeba go wypisać, bo brakuje łóżek. Najlepiej, gdyby był pan w okolicy albo wrócił za parę godzin."

        - Kapitanie, brał pan udział w wypadku. Ma pan złamaną nogę, połamane żebra, prawdopodobnie wstrząśnienie mózgu i sporo innych, mniej groźnych obrażeń… O, dobrze, że jesteś Willow. Kapitanie, jeśli jest ktoś, kogo chciałby pan poinformować o wypadku, proszę przekazać pielęgniarce. Jest niema, ale rozumie i przekaże wiadomość.
        Emily, trochę niepewnie, ale skinęła pacjentowi głową. Wiec to był kapitan straży, dlatego lekarz traktował go poważniej, niż innych. Hm, wyglądał znajomo, czyżby kiedyś go widziała? Na pewno nie w sądzie, wtedy stanowisko zajmował Rosaine, ale przecież ciągle mówił o emeryturze, więc może to jego następca? Może po prostu widziała go gdzieś na ulicy? Zazwyczaj patrzyła pod nogi co prawda, ale głowę dałaby sobie uciąć, że mężczyzna kogoś jej przypomina…
        - Willow, dopilnuj, żeby kapitanowi niczego nie zabrakło – zarządził lekarz, wytrącając dziewczynę z zamyślenia. Szatynka rozejrzała się odruchowo po sali pełnej chorych, ale nawet gdyby miała odwagę zaprotestować, to i tak nie zrobiłaby tego przy pacjencie. Lekarz chyba coś zauważył, bo nachylił się do niej.
        - Opiekuj się kapitanem, to przetrzymamy do wieczora tego twojego dzieciaka, w porządku? – zapytał cicho i zerknął na dziewczynę, a ona pokiwała głową. Nadal nie było to w porządku, ale i tak więcej, niż się spodziewała. Lekarz poklepał ją po ramieniu.
        - Puścił twój szew w ranie na ramieniu, popraw to – powiedział jeszcze, wskazując kapitana i ukłonił mu się krótko, po czym wrócił do innych pacjentów.
        Emily przysiadła znów na taboreciku obok szpitalnego łóżka i przyszykowała sobie narzędzia, zerkając niepewnie na pacjenta. Trochę wstyd, ale chyba jej wybaczy. Szatynka ponownie oczyściła ranę, a później podniosła igłę z nitką nieco wyżej, by uprzedzić kapitana, chociaż nie powinno go to bardzo boleć. Spadł na niego wóz, na pewno ból głowy wygrywa teraz ze wszystkimi innymi bodźcami.
Awatar użytkownika
Durante
Zbłąkana Dusza
Posty: 4
Rejestracja: 1 miesiąc temu
Rasa: Błogosławiony
Profesje: Strażnik , Najemnik , Nauczyciel
Kontakt:

Post autor: Durante »

        Nadal strasznie szumiało i kręciło się w głowie Durantemu, a do tego niemalże wszystko go bolało. Najgorsze, że nie wiedział co bardziej - głowa czy klatka piersiowa. Dobrze, że chociaż nie stracił czucia w ciele. Rozejrzał się na wpół przytomnie dokoła, po czym spróbował się podnieść, co akurat nie wyszło mu na dobre. Miał spore problemy z opanowaniem duszącego kaszlu, który zaraz zaalarmował młodą dziewczynę i sprawił, że ta znalazła się szybko przy sponiewieranym kapitanie.
        Gdy kaszel mu odpuścił i dziewczyna usilnie zaczęła go powstrzymywać przed wstaniem z łóżka, Durante w pierwszej chwili pokiwał lekko głową i nieznacznie uniósł dłoń, by się już uspokoiła. Obawiał się, że gdyby się odezwał zbyt gwałtownie, znów mógłby dostać napadu kaszlu. Westchnął ciężko, nieco się przy tym krzywiąc z bólu.
        - Rozumiem, spokojnie - powiedział ostrożnie i przez to trochę cicho, ale miał nadzieję, że mimo to został usłyszany i zrozumiany przez dziewczynę. Na dowód tego, zaraz się położył tak, jak tego od niego oczekiwała.
        Ponownie kiwnął nieznacznie głową i odetchnął tyle, na ile pozwalały mu połamane żebra. Utkwił spojrzenie w sklepieniu i zaczął się zastanawiać nad tym, jak w ogóle będzie mógł wykonywać swoje obowiązki, skoro miał leżeć cały połamany w łóżku. Nie był bezmyślnym dzieckiem i nie zamierzał na własną rękę opuszczać szpitala. Już dawno nauczył się, że gdy będzie cierpliwie czekał, szybciej będzie mógł wrócić do pracy, niż gdyby miał zacząć forsować swoje i tak osłabione przez ten wypadek ciało, w ogóle nie zważając na swoje zdrowie. Może i był pracoholikiem, ale nadal potrafił słuchać głosu rozsądku. Spróbował więc nieco odpocząć do powrotu tej pielęgniarki, co wcale nie było takie proste jak mogłoby się wydawać, gdyż wrzaski dochodzące z przed namiotu nie pomagały w rozluźnieniu się. „Co ja się mam z tym kocurem…” – pomyślał z lekką irytacją i odetchnął, głęboko by się nieco zrelaksować. W prawdzie zakuło go przez to w piersi i syknął cicho, krzywiąc się, lecz było to bardziej do zniesienia, niż ból rozsadzający mu czaszkę od wewnątrz.

        - Przepraszam bardzo za naszą dwójkę – powiedział skruszony Uta, kładąc lekko po sobie swoje długie uszy, gdy został zbesztany przez tego strasznego lekarza. Domyślał się, że mogli z Lavente trochę za głośno się zachowywać i przeszkadzać przez to medykom w pracy, ale uważał, że tutejszy szefu mógłby być nieco milszy. Przecież nikomu nie działa się żadna krzywda no i… Lavente nawet w chwili by obaj byli upominani przez ordynatora, nie był w stanie spokojnie usiedzieć na rękach zmiennokształtnego. Roznosiło go jeszcze bardziej, niż zwykle. „Padać będzie, czy jaki grzyb?” – zastanawiał się Uta. Uśmiechnął się przyjaźnie do lekarza, raz jeszcze obiecał spokój i ukłonił mu się.
        Nie zdążył jednak odetchnąć z ulgą, że im się w sumie upiekło, gdy zauważył jak chłopiec na jego rękach robi głupie, złośliwe miny do odwróconego plecami lekarza, pokazując mu przy tym język. Aż włos się kotołakowi na karku zjeżył, gdy pomyślał jak bardzo by im (MU!) się oberwało, gdyby mężczyzna odwrócił się w tym momencie w ich stronę. A jeszcze bardziej, jakby jego pan się o tym dowiedział. Na samą myśl przeszły go dreszcze i zaraz zasłonił swoją łapą, buzię swojego podopiecznego.
        Zamiauczał wystraszony, omal nie podskakując w miejscu i nie wyginając pleców w nienaturalny łuk (co bardzo rozbawiło Laventego, że aż zaczął klaskać w rączki), gdy młoda pielęgniarka zakradła się do niego niemalże tak cicho, jak kot tylko po to, aby… wręczyć mu liścik miłosny? Jakaś kocia wielbicielka? I jeszcze żeby tak uciec bez słowa… Chociaż…
        - Hej, zacze…! – zawołał za nią, lecz zaraz się z zakłopotaniem i rezygnacją uśmiechnął, szczerząc swoje ostre kły, gdy lekarz rzucił mu przez ramię ostrzegawcze spojrzenie. Westchnął ciężko, trzymając na jednej ręce syna swojego pana, a w drugiej liścik, który w końcu postanowił przeczytać.
        - I widzisz? Ty tu rozrabiasz w najlepsze, ja dostaję przez ciebie po uszach, a przecież twój brat leży tu chory. Nie wiem czy chcę wiedzieć jakie diablę z ciebie wyrośnie, Lavi – powiedział ze zmartwieniem patrząc na chłopca, który właśnie ziewnął sennie, bardzo szeroko i wtulił się w miękkie, ciepłe, czarne futro swojego opiekuna.
        - Hej, słuchasz ty mnie w ogóle?! Nie waż mi się teraz zasnąć jakby nigdy nic, po tym jak dostałem przez ciebie reprymendę! Poza tym twój tata w każdej chwili może przyjść. – Łagodnie dmuchnął chłopcu w buźkę, by go w ten sposób spróbować obudzić, ale nic to nie dało. Uta poprawił sobie małego na rękach i zaczął się rozglądać czy nie ma może nigdzie jego pana.
        Wypadałoby też w sumie chociaż na moment pokazać się Ezowi, biedaczek leżał tutaj zupełnie sam już tak długo, jeszcze w jego małym rozumku wykiełkuje myśl, że Uta go tu zostawił i o nim zapomniał. Kotołak nie mógł dopuścić do czegoś takiego.
        - Umm… Przepraszam? – odezwał się, niepewnie wkładając głowę do wnętrza namiotu i rozglądając się w poszukiwaniu tamtej pielęgniarki, która wręczyła mu liścik. Chciał ją zapytać czy może odwiedzić Ezraela. Kiedy ją odnalazł spojrzeniem… aż mu uszy i wąsy oklapły.
        - Ta-ta! – wykrzyknął radośnie Lavente, od razu się rozbudzając, gdy jego senne oczka wychwyciły w tym tłumie obcych osób znajomego mężczyznę i zaraz zaczął wyciągać rączki w jego stronę, próbując się wyrwać jakoś Ucie.

        - Dziękuję doktorze za pańską opiekę – powiedział cicho i z lekkim trudem, wolno i ostrożnie wypowiadając każde słowo, by jak najbardziej ograniczyć ból w klatce piersiowej. – I przepraszam za kłopot – dodał spokojnym tonem, mając oczywiście na myśli to, że zajmuje prawdopodobnie bardziej potrzebującej od niego osobie szpitalne łóżko.
        - Jestem pewien, że niczego mi nie zabraknie. Jestem w dobrych rękach – zapewnił mężczyznę, nie wtrącając się w wydawane przez niego polecenia młodej pielęgniarce. I tak nie miał za wiele do powiedzenia, bo akurat tutaj to nie on wydawał rozkazy. To terytorium należało do tego lekarza.
        Raz jeszcze podziękował medykowi i kiwnął mu lekko głową, gdy ten odchodził, po czym spojrzał na dziewczynę, która przy nim została. Poprawił się nieco, ale nie tak by ją niepokoić nadwyrężaniem się i nadstawił jej swoje ramię.
        - Bez obaw panienko Willow, każdy popełnia błędy, a ty pewnie dopiero się uczysz, prawda? – zapytał łagodnie. Może się nie uśmiechał, ale starał się jej nie wystraszyć. Nie był ani krwiożerczą bestią z Mrocznej Puszczy, ani w chwili obecnej również sharijskim kapitanem. Był wyłącznie mocno poturbowanym pacjentem. Co prawda doceniał gest głównego lekarza, ale niezbyt mu się podobało to, że miałby być ważniejszy od innych poszkodowanych osób, przebywających w lecznicy. Że miałoby być mu poświęcane więcej uwagi, niż reszcie.
        - Panie! – zawołał Uta, zwinnie wymijając przechodzące przed nim osoby i zbliżył się zmartwiony do błogosławionego. – Na Prasmoka, co się panu stało? Ja głupi cały czas na pana czekam i się rozglądam, a tu się okazuje, że pan cały czas pod moim nosem był – powiedział energicznie, praktycznie nie dając niebianinowi dojść do słowa i pewnie mocno dekoncentrując młodą pielęgniarkę.
        - Uspokój się Uta, bo w lecznicy jesteś. Daj innym w spokoju odpocząć, bo jak na razie słychać cały czas tylko ciebie – upomniał go słabo Durante, po chwili zawieszając spojrzenie na zaciekawionym Lavente. – Jestem pewien, że i ty ponosisz tu winę młody. Bądź grzeczny i miły dla Uty – zwrócił się do syna i pogłaskał go po główce.
        - A co z Ezraelem? – zapytał patrząc najpierw na kotołaka, a po tym zerknął na Willow, by się upewnić czy nadal tak trzymać rękę czy mógł już sobie wygodniej położyć ramię.
        - No właśnie… - mruknął lekko zakłopotany kotołak, drapiąc się po karku. – Dziewczynko – zaczepił młodą pielęgniarkę, obecnie zszywającą Durantego. – Czy mógłbym przenieść do mojego pana, tego chłopca, którego z rana tutaj przyniosłem? Tego, o którym, wiesz, napisałaś mi liścik – zapytał, mając nadzieję, że skoro błogosławiony i tak prawdopodobnie trochę czasu spędzi w szpitalu, nim będzie mógł go opuścić, to może Ezrael będzie mógł dłużej przebywać pod fachową opieką medyczną. W razie jakby coś się stało, a czego Durante by mu chyba nigdy w życiu nie wybaczył.
        - Jeśli czuje się lepiej, nie widzę potrzeby żeby musiał dłużej zabierać miejsce i uwagę medyków innej chorej osobie – powiedział spokojnie kapitan straży.
        - Ale panie… - próbował zaprotestować, ale chłodne spojrzenie niebianina sprawiło, że z pokorą spuścił głowę.
        - Zostaw tutaj Laventego i za pozwoleniem panny Willow – lekko skinął z szacunkiem dziewczynie głową – sprawdź co u Ezraela. A po tym możecie wracać do domu, bo nie ma sensu byście na mnie dłużej czekali – polecił kotołakowi, którego nie napawały optymizmem słowa Durantego.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Shari”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość