Daleka Północ[Śnieżny Las] Echa Przeszłości

Niezwykle odległe miejsce, położone daleko, daleko na północ od Środkowej Alaranii. Tutaj wznoszą się wysokie Góry Thargorn, a przed nimi rozciągają się wielkie Lodowe Pustkowia. To właśnie stąd pochodzą lodowe elfy, a także krasnoludy i pozostali nordowie.
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Eilys
Zbłąkana Dusza
Posty: 5
Rejestracja: 8 miesiące temu
Kontakt:

[Śnieżny Las] Echa Przeszłości

Post autor: Eilys »

         Śnieżny Las o świcie robi zaiste niesamowite wrażenie. Niebo przyobleka się w ciepłe barwy, tak rzadkie na dalekiej północy, a pierwsze promienie słońca odbijają się od lustra pokrytych szadzią drzew, budząc je do wyjścia z zamarzniętej skorupy. Kwiaty nieśmiało rozprostowują łodygi i unoszą swe pąki ku niebu, chłonąc życiodajne światło, przebijające się przez korony świerków, sosen i jodeł. Nad leśnym runem jeszcze rozpościerają się resztki delikatnej mgły, która niczym woal nocą otulała pnie drzew. Nieliczne ptaki śpiewające, dla których tutejszy klimat bywa zbyt surowy, wychylają się z gniazd i dziupli, by oznajmić nastanie kolejnego dnia - i zaraz po tym wyruszyć na poszukiwanie pożywienia. Nie tylko one zresztą rozpoczynają łowy. Tego ranka, oprócz leśnej zwierzyny, przez gęste krzewy przedzierało się coś jeszcze.
         A raczej: ktoś.
         Ślady, zbaczające z utartej ścieżki prosto w sosnowy gąszcz, należały do białowłosej kobiety i jej dwóch futrzastych towarzyszek. Mimo niskiej temperatury - wzrosnąć miała dopiero bliżej południa - elfka zrezygnowała z zakładania cieplejszej odzieży; zimno nie robiło na niej specjalnego wrażenia. Zwykła szara bluzka z podwójnej warstwy materiału i o długich rękawach w zupełności jej wystarczała. Jedynie grube buty przejawiały pewne właściwości ochronne. W końcu nie ma nic gorszego od włóczenia się po lesie w przemoczonym obuwiu przez cały dzień… A może nawet i dłużej. Nigdy nie wiadomo, co może się komu przytrafić podczas polowania, o czym Eilys nieraz przekonała się na własnej skórze. Tym razem nie planowała żadnych bardziej ambitnych tudzież ryzykownych przedsięwzięć, lecz plany nierzadko nijak mają się do rzeczywistości, na którą czasem nie ma się wpływu. Wszak zawsze należy spodziewać się niespodziewanego. Nawet podczas czegoś równie nudnego jak grzybobranie.
         Eis nie pałała zbytnią sympatią do grzybów. Miała z nimi styczność kilka razy; jej żołądek nie tolerował ich najlepiej, w związku z czym na co dzień elfka niezbyt się nimi interesowała. No, chyba że w kontekście leczniczych wywarów - ale do tych można było równie dobrze posłużyć się ziołami, o wiele łatwiejszymi do zdobycia. Co innego Setya. Eilys wiedziała, że Mama miała słabość do grzybów, a nade wszystko uwielbiała duszony z nich sos do mięsa. Ostatnio nie czuła się najlepiej, więc elfka postanowiła o świcie zebrać trochę rydzów, by na poprawę humoru przyrządzić Mamie jej ulubiony obiad. Właśnie z tej przyczyny węszyła teraz w sosnowym borze - wiedziała, że rydze lubią towarzystwo właśnie tych drzew - rozgarniając mech długim, akacjowym kijem. Kotki miały dotrzymywać jej towarzystwa, może czasem trochę pomóc, jednak przez większość czasu zajęte były gonieniem za nornicami i inną drobną zwierzyną.
         Na dnie koszyka, który Eis przerzuciła sobie przez rękę, znajdowały się pojedyncze sztuki pomarańczowych grzybów, wciąż jednak zbyt mało, aby uwarzyć z nich sos. Elfka westchnęła. Wolałaby zapolować teraz na jakąś łanię, lecz łuk zostawiła w domu. Nie był jej teraz potrzebny i tylko by zawadzał przy przedzieraniu się przez chaszcze. Poza tym… ostatnio w okolicach widywała niewiele zwierzyny. Zupełnie jakby coś przepłoszyło ją z tego terenu. Coś groźniejszego od śnieżnych wilków, których wyjące koncerty od kilku nocy także ucichły. Eilys rozważała nawet wybranie się do wioski, by zasięgnąć języka, lecz znowu taka całodniowa wyprawa bez łupów na sprzedaż była kompletnie nieopłacalna, łupów zaś kobieta nie miała, gdyż nie znała przyczyny nagłej pustki w lesie - i w ten sposób błędne koło się zamykało. A zima zbliżała się nieubłaganie, podczas gdy zapasów w spiżarni wcale nie przybywało.
         “Jak tak dalej pójdzie, będziemy musiały wprowadzić dietę opartą na tych wstrętnych grzybskach - myślała Eis ponuro. - Tylko co wtedy będą jeść koty?
         A koty właśnie zaczęły dokazywać. Widocznie znudziło im się polowanie na gryzonie i postanowiły stoczyć ze sobą pojedynek. Pstrokata kotka, o futerku w barwach bieli i czerni z domieszką rudego, syknęła ostrzegawczo sekundę przed tym, jak rzuciła się na swoją szaroburą przyjaciółkę. Przez chwilę biegały po ściółce jak szalone, rozrzucając wokół szyszki, igliwie i resztki staranowanej grzybni, by w końcu uderzyć w Eilys skotłowanym kłębkiem łapek i ogonów. Elfka zaśmiała się pod nosem i pokręciła głową.
         - Milva… Ładnie to tak napastować staruszków? - Pogroziła palcem kotce, która zamrugała niewinnie ślepiami w dwóch różnych kolorach. Druga z nich prychnęła z pogardą i Eis wyczuła płynącą od niej dezaprobatę. Mimo, iż miała na karku niemal półtorej setki, Finja nie lubiła, gdy ktoś wypominał jej wiek. Teraz również postanowiła pokazać, że poczuła się dotknięta i przez resztę wędrówki trzymała się na dystans, obrażona.
         Ilość rydzów w koszyku zdawała się być już satysfakcjonująca, więc Eilys śmiało mogła wracać do domu, lecz przypomniała sobie o wnykach, które niedawno rozstawiła kawałek dalej. Nic nie stało na przeszkodzie, by nadłożyć trochę drogi i sprawdzić czy przypadkiem coś się w nie nie złapało. Świeże mięsko z królika byłoby idealną bazą na obiad. Elfka zmieniła kierunek marszu i ruszyła przed siebie. Przeprawiła się przez strumień i podeszła na skraj polany; po jej drugiej stronie znajdowały się sidła.
         Uszła jeszcze kilka kroków, gdy poczuła wyraźne ostrzeżenie od zwierzęcych kompanów. Obie kotki były zaniepokojone, co widoczne było w ich nastroszonej sierści. Eilys wzmocniła uścisk na kiju, który trzymała w dłoni i w myślach nakazała sobie - a także Finji i Milvie - zachować ostrożność. Wyostrzywszy zmysły, zaczęła powoli, krok po kroku, zbliżać się w stronę polany; na ugiętych nogach, w pozycji gotowej zarówno do ataku, jak i szybkiej ucieczki. Milva wspięła się na świerk, by zbliżyć się do potencjalnego zagrożenia, skacząc po gałęziach drzew, Finja zaś porzuciła swoją obrażoną postawę i skradała się z elfką, tuż przy jej boku.
         Eilys nie wiedziała, czego mogła się spodziewać, ale na pewno nie spodziewała się tego, co zastała. Widok, jaki ukazał się elfce, gdy wyminęła ostatnie ograniczające wolną przestrzeń drzewa, w pierwszym odruchu przyprawił ją o mdłości. Szybko jednak się opanowała i, nadal czujna, podeszła jeszcze bliżej, by dokładnie zbadać miejsce straszliwej masakry.
         Na środku polany, gdzie teren odrobinę się obniżał, znajdowało się teraz jeziorko. Szkarłatna kałuża krwi. Ludzkiej krwi - to podpowiedział elfce jej zapach. Krew zwierzęca śmierdziała zupełnie inaczej. Jednak posoka sama w sobie nie była jeszcze najgorsza. Znacznie bardziej odrażający widok przedstawiały rozrzucone po polanie ciała i ich części. Jedno, straszliwie poszarpane, rozciągnięte było na korzeniach potężnego świerka; przynajmniej jedna jego część. Druga leżała porzucona w trawie, po przeciwległej stronie polany. Inne przedstawiało stan tak opłakany, iż trudno było w ogóle ocenić, jakiej rasy i płci był ów nieszczęśnik. Trzecie, ostatnie - przynajmniej z tych widocznych - leżało nieco dalej, twarzą do ziemi. Należało do mężczyzny. Do niego właśnie zbliżyła się Milva i miauknęła cicho, trącając pyszczkiem nieruchomą rękę. Eilys podbiegła w to miejsce i walcząc ze słabością, która nagle ją ogarnęła, odwróciła mężczyznę na wznak. Ze zdziwieniem, pomieszanym z przerażeniem, dostrzegła, iż biedak jeszcze żył, jednak szybki rzut oka na odniesione przez niego rany upewnił elfkę w tym, że był to koniec jego podróży po tym świecie. Dziury, jaka ziała w jego gardle, nie zdołałby uleczyć nawet najlepszy medyk, a jego klatka piersiowa była wklęsła niczym krater. Mężczyzna zacharczał przeraźliwie i otworzył na chwilę oczy, w ostatnim przebłysku świadomości posyłając Eis błagalne spojrzenie. Choć kobieta nie była szczególnie empatyczna względem obcych, zrozumiała prośbę, jaka kryła się w tym spojrzeniu. Zza paska wyjęła nóż, którego używała do dobijania zwierzyny i szybko, bez zbędnych szlochów, poderżnęła mężczyźnie gardło. Wówczas resztki życia uleciały z jego ciała, które znieruchomiało już na zawsze. Eilys zaś podniosła się z klęczek i raz jeszcze powiodła wzrokiem dookoła.
         - Przynajmniej wiemy już, co się stało z naszą zwierzyną - mruknęła. Starała się nie okazywać zdenerwowania i wyglądała na nieporuszoną, lecz jej dusza drżała. Takich okropieństw nie ogląda się na co dzień.
         Ślady krwi powiedziały jej, co mogło zajść w tym miejscu. Chaotyczne smugi wskazywały, w którym miejscu stoczono walkę na śmierć i życie - którą jak widać nie wszyscy ukończyli szczęśliwie - a dalej dało się zauważyć odbicia podeszw wielu butów. I znacznie większe ślady łap czegoś groźnego. Łap niedźwiedzia. Musiał mieć co najmniej ze dwa metry wzrostu, choć patrząc po głębokości odcisków w ziemi, Eilys szacowała, że liczba ta była bliższa trzech. Najwyraźniej jakaś grupa urządziła sobie polowanie i poniosła porażkę. Lub też została zaskoczona podczas wędrówki. Tak czy inaczej, elfka poczuła jak nieprzyjemny dreszcz przeszedł jej po plecach na myśl, jak potężna musiała być ta bestia, skoro zdołała tak zmasakrować członków skądinąd dość licznej drużyny.
         Część jednak przeżyła starcie. Ich krwawe ślady prowadziły do lasu, w stronę przeciwną od tej, z której przyszła Eis. Elfka spoglądała przez chwilę w tamtą stronę, bijąc się z myślami. Niespokojnie przekładała kij z ręki do ręki.
         - Powinnam się tym zająć - stwierdziła, stawiając ledwo wyczuwalny znak zapytania na końcu tej wypowiedzi.
         Milva wydała z siebie dźwięk między miauknięciem, a mruczeniem, wyrażając w tej sposób swoje poparcie. Czuła lęk, ale wygrywał z nim duch przygody, która kryła się za tym wszystkim. Finja z kolei podeszła do elfki i w ciszy usiadła przy jej nodze. Cała jej postawa wyrażała niepokój. Kotka martwiła się o Eilys i nie chciała, by te niepotrzebnie ryzykowała życiem. Kobieta przykucnęła, by pogłaskać swoją najwierniejszą przyjaciółkę po głowie.
         - Też mi się to nie podoba - zapewniła ją. - Ale to coś niebezpieczne i płoszy mi zwierzynę. Poza tym, jeśli oni go nie pokonają, to może wrócić i zaatakować naszą rodzinę. Muszę się tym zająć - powtórzyła, tym razem bardziej stanowczo.
         Zdawało jej się, że ze strony kotki dobiegło ją coś na kształt westchnienia, lecz nie mogła sobie pozwolić, by ją to zatrzymało. Wsunęła kij w uchwyt na paskach, które nosiła na plecach i podążyła za śladami.
         Zaiste, zawsze należy spodziewać się niespodziewanego. Nawet podczas czegoś równie nudnego jak grzybobranie.
Awatar użytkownika
Calathal
Mieszkaniec Sennej Krainy
Posty: 140
Rejestracja: 5 lat temu
Kontakt:

Post autor: Calathal »

Właściwie nawet teraz, gdy już wkraczał na teren Śnieżnego Lasu, nie był do końca pewien, dlaczego jakiś czas temu zdecydował się na to, żeby wrócić w rodzinne strony. Co więcej, chciał nawet udać się do miejsca, w którym mieszkał, a przecież doskonale zdawał sobie sprawę, że do tego czasu zostały z niego wyłącznie spalone ruiny domów… chociaż aktualnie nawet tego nie był pewien. Naprawdę nie zdziwiłby się, gdyby na miejscu zobaczył wyłącznie ziemię ukrytą pod śniegiem i w zasięgu wzroku nie znalazłby nawet najmniejszego fragmentu ściany jednego z budynków. Budynków, których lata temu stało tu kilkanaście i razem tworzyły niewielką wioskę. Jego dom… ale nie tylko, bo przecież każdy z domów zajmowany był przez większą lub mniejszą rodzinę. Już dawno pogodził się ze stratą, jednak teraz wspomnienia zarazy nawiedziły go ponownie. To zdarzenie sprawiło, że stracił rodzinę i przyjaciół, wszystkich, których wtedy znał. Został sam, ale poradził sobie, o czym świadczył fakt, że żył i wiedział, jak na siebie zapracować.
Westchnął, sam do siebie, bo przecież podróżował samotnie. Co prawda, pogoda dopisywała, a śnieg cicho skrzypiał pod podeszwami jego butów, ale las i tak wydawał się jakiś cichy. Niewiele zmieniało to, że podróżował drogą, zamiast przedzierać się przez gęstwinę pokrytych śniegiem gałęzi i krzewów. Nadal myślał o tym, dlaczego właściwie zdecydował się odwiedzić to miejsce i konkretniej też to, które jest celem jego podróży. Może chciał odbyć jednostronny dialog z osobami, które tam zginęły, konkretniej ze swoją matką? W końcu to jej zawdzięczał to, że przeżył. To ona nalegała na to, żeby uciekał, póki zaraza jeszcze go nie dopadła i, mimo iż sama była już chora, to i tak udało jej się przekonać go do tego, że opuszczenie domu jest najlepszym wyjściem z sytuacji. Poza tym, nie była to też jego pierwsza wędrówka i, co mogłoby być dziwne, za każdym razem mówił sobie, że poprzednia będzie już ostatnią – tak nie było, czego również był świadom. Mówił sobie, że powinien zamknąć ten rozdział, zapomnieć o swoim dzieciństwie i nie rozdrapywać starych ran, jednak ostatecznie i tak robił to sobie. To była kolejna, dziwna rzecz, bo wiedział przecież, że powinien już dać sobie spokój i najlepiej żyć tak, żeby nie musieć tu wracać, w dodatku z własnej, nieprzymuszonej woli. A, cóż… rzeczywistość była zupełnie inna.

Pierwszą część drogi ze Środkowej Alaranii do Śnieżnego Lasu pokonał konno, jednak zdecydował się pozostawić zmęczonego wierzchowca w jednej z przydrożnych gospód. Większość drugiej części przebył głównie z pomocą innych osób, które akurat podróżowały w tę samą stronę i robiły to na mniejszym lub większym wozie albo będąc częścią jakiejś karawany. Jeśli akurat konkretna część drogi była niebezpieczna, oferował swoją tymczasową, a jeśli była spokojniejsza, to chciał po prostu zapłacić za możliwość podróży w inny sposób niż pieszo. Niektórzy przyjmowali rueny, a inni nie zgadzali się na zapłatę, zwyczajnie zapraszając go na wóz. Może liczyli na to, że nowy kompan podróży, nawet jeśli wyłącznie tymczasowy, może okazać się ciekawym towarzyszem do rozmów. Zapytany, starał się odpowiadać, nawet zdarzało mu się opowiadać coś, co sam przeżył, jeśli został o to poproszony… I tak minęła mu cała ta podróż.
Nie spodziewał się, że w tym miejscu na kogoś się natknie, dlatego też zdziwił się, gdy na skraju drogi zobaczył grupę ludzi. Z jakiegoś powodu stali w miejscu, nawet, gdy już był pewien, że go ujrzeli. Jego droga prowadziła w ich stronę, więc zbliżał się do nich krok po kroku, a im bliżej był, tym lepiej mógł im się przyjrzeć. Byli ubrani w skórzane rzeczy, dodatkowo wzmocnione futrem i może nawet warstwą dodatkowego materiału, aby zapewnić ciepło ciała, chociaż jednocześnie nie wyglądało to tak, jakby ubrania te miały krępować ich ruchy. Zobaczył też, że mają łuki, chociaż jeden opierał na ramieniu kuszę – każdy z nich miał też kołczan wypełniony pociskami, a gdy podszedł bliżej, ujrzał również długie, myśliwskie noże przy pasie każdej z postaci. Dopiero, gdy znalazł się kilkanaście kroków od nich, zobaczył, że grupa myśliwych dzieli się równo na dwie kobiety i dwóch mężczyzn. Teraz też zauważył, że niektórzy są też ranni. Właściwie, prawie wszyscy byli, ale wyglądało na to, że zajęli się już sobą. Tylko mężczyzna z kuszą, który jednocześnie był najwyższy z nich – wzrostem niemalże dorównywał samemu Calathalowi – nie miał na ciele żadnych widocznych bandaży. Jedna z kobiet miała prawie całą lewą rękę ukrytą w tkaninie opatrunku, druga miała opatrzone lewe udo, a bandaże mężczyzny zabezpieczały ranę znajdującą się na jego brzuchu. Cała trójka siedziała na przewróconym pniu, tylko ten z kuszą stał i ciągle patrzył się w stronę Cala, przy okazji mówił też coś do swoich towarzyszy, którzy na koniec zgodnie kiwnęli głowami.
         – Nieznajomy, zechciałbyś nam może pomóc? - zapytał głośno, gdy elf znajdował się zaledwie kilka kroków od nich.
         – Nie wiem, co was tak urządziło, ale widzę, że zajęliście się swoimi ranami, więc…? - odpowiedział mu. Domyślał się już, o co może zostać poproszony, jednak chciał, żeby padło to z ust jednego z myśliwych.
         – Zauważyłem, że nosisz łuk i ogólnie wyglądasz na kogoś, kto radzi sobie z rzeczami związanymi z zawodem myśliwego, więc… Może pomógłbyś nam upolować to, co nas tak urządziło? - Cal usłyszał to, na co czekał i jednocześnie słowa, których się spodziewał. Bez słowa spojrzał w stronę mężczyzny, lekko podniósł też brwi w górę, co raczej było niemym pytaniem związanym z tym, żeby kontynuował, powiedział mu coś więcej na temat zadania tej grupy i może powiedział mu też, co on sam będzie z tego miał.
         – Na początku było nas siedem w tej grupie, ale pierwsze spotkanie z tym… stworzeniem zmniejszyło liczbę o trzy. Jeśli nam pomożesz i uda nam się zabić Bestię, przy okazji nie tracąc już nikogo, kto pozostał przy życiu, odstąpimy ci nagrodę tej trójki, która zginęła – powiedział to tonem, który raczej nie był przesadnie prawdomówny, nie brzmiał, jakby chciał ukryć swoje prawdziwe zamiary, więc bardziej prawdopodobne było, że mówi prawdę i, że rzeczywiście byliby skłonni oddać mu rueny, które normalnie przeznaczone były na nagrodę dla trzech myśliwych. Tylko, że jego nie przekonała wizja nagrody, a bardziej chęć dowiedzenia się, z czym ci ludzie mieli do czynienia. Co mogło zabić trzech myśliwych i ranić następną trójkę, wychodząc z tego bez szwanku lub z ranami, które nie sprawiły, że stworzenie to się wykrwawiło.
         – Na pewno mam zastąpić trójkę? Nie wydaje mi się, żeby ona… - Cal nie dokończył, bo dziewczyna, ta z zabandażowaną ręką, weszła mu w słowo.
         – Dam sobie radę! - krzyknęła w jego stronę, a jasne, niebieskie oczy spojrzały na elfa. Zarówno w jej głosie, jak i w jej spojrzeniu było widać determinację i pewność siebie. Przy okazji, już po samym głosie Calathal poznał, że jest to raczej młoda osoba, zauważył też, że spod jej kaptura wystaje kilka rudych kosmyków, a twarz ukryta tam faktycznie jest dość młoda i gęsto pokryta piegami na policzkach. Dziewczyna ściągnęła kaptur – ukazując długie, rude włosy splecione w warkocz – a pozostali poszli jej przykładem. Druga kobieta była starsza, miała niemalże czarne włosy i brązowe oczy, jej twarz była ładna, a jej wyraz wydawał się miły, poza oczami, w których widać było ciągłą czujność i baczną obserwację terenu… chociaż teraz tak samo uważnie patrzyła w jego stronę. Mężczyźni byli podobni do siebie, chociaż ten z kuszą wydawał się starszy – obaj mieli brązowe włosy i szare oczy z brązowymi plamkami, mieli też krótkie brody i podobne twarze, trójkątne, ale ich krawędzie były bardziej zaokrąglone, a nie ostre. Prawdopodobnie byli braćmi, ten z kuszą musiał być starszy, a ten ranny – z łukiem – młodszy.
         – Skoro zdecydowałem się wam pomóc, może opowiesz mi o tym, jak to się stało, że polujecie na to stworzenie i, jak ono wygląda? - zapytał i postanowił, że usiądzie. Przypadek chciał, że jedyne wolne miejsce znajdowało się obok rudowłosej dziewczyny.
Awatar użytkownika
Eilys
Zbłąkana Dusza
Posty: 5
Rejestracja: 8 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Eilys »

         Ten dzień potoczył się zupełnie inaczej, niż Eliys to sobie zaplanowała, a tego typu zmiany scenariusza ostatnimi czasy zdarzały się nad wyraz rzadko. Z jednej strony łowczyni nie miała nic przeciwko sporadycznym urozmaiceniom codziennej rutyny, z drugiej zaś… mordercza bestia grasująca w pobliżu domu nie była szczytem marzeń. Stwarzała zbyt duże zagrożenie, zarówno dla kobiety, jak i dla całej rodziny, dlatego też należało się jej pozbyć jak najszybciej, zanim monstrum rozzuchwali się na tyle, że zacznie wchodzić do ogródków mieszkańcom wioski.
Zamiast wrócić do domu po zdobyciu celu wyprawy, Eis porzuciła przy wnykach - pustych zresztą - koszyk z grzybami i przedzierała się dalej przez las, razem z kotkami, wiernie dreptającymi przy jej boku. Jedna rzecz nie dawała jej jednak spokoju. Po namyśle, elfka zawróciła w stronę polany. Milva miauknęła pytająco.
         - Nie mogę tak po prostu zostawić tych ciał - wyjaśniła. Nie była sentymentalna ani w żadnym stopniu religijna, lecz miała na tyle poczucia przyzwoitości, by traktować zmarłych z należnym im szacunkiem. Tego zdążyła się nauczyć w ciągu dziesięcioleci, kiedy to musiała co jakiś czas, siłą rzeczy, pożegnać któregoś z kocich braci i sióstr.
         Sama w środku lasu, bez jakichkolwiek narzędzi - łopaty czy siekiery - nie miała możliwości zorganizowania myśliwym choćby symbolicznego pochówku. Mogła jednak zabezpieczyć ciała tak, by nie dobrały się do nich wilki czy niedźwiedzie - jeśli jakiekolwiek jeszcze pozostały w okolicy. Jeśli później odnalazłaby resztę drużyny, mogła wskazać im miejsce, gdzie ukryła szczątki ich towarzyszy; wówczas oni sami zadecydują, co z nimi zrobić. Nie bez wysiłku przeniosła ciała do niewielkiego zagłębienia w terenie. Ze względu na braki w krzepie, te dwa, które pozostały w jednym kawałku, musiała ciągnąć po ziemi, zostawiając na polanie krwawe smugi. Złożywszy je w jednym miejscu, nacięła scyzorykiem nieco gałązek z ciernistych krzewów, przykrywając nimi ciała, a na to wszystko rzuciła jeszcze kilka kamieni i grubszych patyków, co by wiatr nie rozdmuchał tej prowizorycznej osłony. Po tym wszystkim podjęła próbę częściowego oczyszczenia ubrań z posoki za pomocą roztopionego w dłoniach śniegu; zapach krwi mógł niepotrzebnie przyciągać drapieżniki, z którymi spotkania elfka wolałaby uniknąć. Po tym zabiegu stanowi jej ubrań daleko było do określenia “czysty”, jednak większość plam wyblakła i nie wydzielała już tak intensywnie metalicznego zapachu. Oczywiście, po powrocie do domu Eliys będzie musiała porządnie wyprać odzienie, lecz na ten moment to musiało wystarczyć. Nie miała więcej czasu.

         Sądząc po kondycji zwłok, Eis oceniła, iż całe zajście musiało mieć miejsce nie dawniej niż dwie godziny wcześniej. Krew dawno zdążyła zakrzepnąć - nic dziwnego przy niskich temperaturach - ale ślady na śniegu były stosunkowo świeże, ponadto ów mężczyzna, którego elfka zmuszona była dobić, nie mógł przeżyć dłuższego okresu czasu z tak paskudną raną. Wnioskowała zatem, że po około dwóch godzinach marszu natknie się na grupę ocalałych, jednak szacunki te okazały się błędne. Ślady na śniegu stawały się coraz wyraźniejsze, mimo to w zasięgu wzroku kobiety nie było żywej duszy, poza ich trójką.
         - Muszą mieć twardą motywację - odezwała się, ni to do siebie, ni do kotów; Finja wydała z siebie zgodne miauknięcie. - No nic, idziemy dalej.
         Wędrówka zajęła jeszcze kolejne pół godziny, zanim do czułych uszu elfki dotarły dźwięki głosów. Zatrzymała się, nasłuchując. Udało jej się rozróżnić cztery różne głosy, zatem grupka musiała składać się co najmniej z tyluż osób; Eis mogłaby określić to dokładniej, gdyby zdołała wychwycić odgłosy kroków, jednak wciąż znajdowała się zbyt daleko, by było to możliwe. W myślach nakazując towarzyszkom ostrożność, elfka sama przeszła w tryb kota: jej zmysły wyostrzyły się, synchronizując z Finją i Milvą, a ruchy stały się szybkie, acz przy tym ostrożne i bezszelestne. Zdawało jej się, iż głosy myśliwych dochodziły ze stałych punktów, więc ci najprawdopodobniej w międzyczasie zatrzymali się w miejscu. Z każdą sekundą Eilys zmniejszała odległość między nimi, cały czas kontrolując pozycje kotów. Milva, swoim zwyczajem, skakała po gałęziach, podczas gdy Finja trzymała się ziemi, zachowując kilkumetrowy odstęp od elfki. Kobieta zastygła w bezruchu na kilka sekund, wychwytując głos, którego nie słyszała wcześniej; wprowadziła poprawki do swoich spekulacji w kwestii liczebności grupy. Pięć osób. Teraz była już tego niemal pewna, zwłaszcza że wyczuwała nieme potwierdzenie kotów, które znacznie lepiej od niej rozróżniały zapachy.
         Zbliżywszy się do ocalałych na tyle blisko, że dostrzegała już ich sylwetki między pniami, jeszcze bardziej wzmogła ostrożność. Niepostrzeżenie podbiegła do drzewa, bezszelestnie wspinając się na wysokość, która pozwalała jej na obserwację obcych, równocześnie nie będąc zauważoną przez nich. Oczy elfki czujnie przesuwały się od osoby, do osoby, zbierając informacje. Grupa myśliwych, z nieco odleglejszej wioski; nie znała ich wprawdzie, choć na tych dwóch braci, zdaje się, natknęła się raz czy dwa podczas polowań na grubszą zwierzynę. Kobiet nie kojarzyła zupełnie, ale głosy obu brzmiały twardo, jak u osób, które wiedzą czego chcą - i do tego dążą. Byli ranni, co Eis zauważyła już na samym początku; domyślała się pochodzenia owych ran. Przygryzła wargi. Z drużyną w takim stanie walka z bestią mogła okazać się większym wyzwaniem, niż elfka początkowo przypuszczała. Niedobrze. Choć w zasadzie łowczyni nawet nie wiedziała, jakie plany wobec drapieżnika mieli ci ludzie; postanowiła nie wychylać się na razie i zaczekać, aż dowie się czegoś więcej.
         W dole, pod drzewami, znajdowała się jeszcze jedna osoba. Eilys widziała ją od samego początku, jednak jego oględziny zostawiła sobie na koniec. Zainteresował ją najbardziej i wiedziała, że jeśli najpierw poświęci uwagę jemu, nie powstrzyma ciekawości na tyle, by móc skupić się na pozostałych.
         Lodowy elf. Osoba jej rasy.
         Był pierwszym, którego miała okazję spotkać. Choć mieszkała na Dalekiej Północy i powinna była wcześniej czy później natknąć się na kogoś ze swoich, jak dotąd nigdy taka sytuacja nie miała miejsca. I, co uświadomiła sobie dopiero w tej chwili, Eis w zasadzie nigdy się nad tym nie zastanawiała. Nie szukała swoich korzeni i prędzej utożsamiłaby się z kotem, niźli z którymkolwiek z członków rodziny, a przebywanie w towarzystwie ludzi - i Mamy, która Prasmok jeden wie, kim tak naprawdę była - wydawało jej się naturalne. Aż do tej pory.
         Lodowy elf. Eilys poczuła dreszcz, przebiegający po jej plecach. Zmarszczyła brwi. Nie przywykła do takich reakcji organizmu i nie miała pojęcia, jak powinna to interpretować. Przyglądała się mężczyźnie, podświadomie szukając w jego wyglądzie podobieństwo do siebie samej. Czy chciała je znaleźć, czy też wolała myśleć o sobie, jako kimś zupełnie innym - nie wiedziała. Dawno już stwierdziła, że nie interesuje jej własne pochodzenie ani rasa, bo w końcu bliscy zostawili ją na pastwę losu, teraz jednak zaczęła odczuwać… ciekawość. Tak, to było to odczucie. Nie ekscytację, nie radość, nie lęk - po prostu zwyczajne zaintrygowanie.
         Obserwowała z góry mężczyznę oraz sposób, w jaki przeprowadzał interakcję z myśliwymi. Usiłowała przy tym wychwycić istotne informacje na temat bestii, ale tych nie padło zbyt wiele. Futro, pazury, szczęka o nacisku tak wielkim, że kości łamały się jak chrust. Nic, czego elfka nie wywnioskowałaby sama, na podstawie poszlak pozostawionych na polanie. Powstrzymała pełne irytacji prychnięcie, by nie zdradzić swego położenia i pozostała w ukryciu. Gdy grupa ruszyła dalej, elfka zeszła z drzewa i skrycie podążyła za nimi, cały czas trzymając się kilka kroków z tyłu. Postanowiła nie wyjawiać swojej obecności.
         Jeszcze nie teraz.
Awatar użytkownika
Calathal
Mieszkaniec Sennej Krainy
Posty: 140
Rejestracja: 5 lat temu
Kontakt:

Post autor: Calathal »

         – Może najpierw, zanim jeszcze przejdziemy do tego, co tropimy, przedstawimy się sobie? - zaproponował jeden z braci. Cal nie miał nic przeciwko, chociaż dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, że przecież nie zapytał ich o imiona, ale sam też nie zdradził im swojego.
         – Calathal – elf odezwał się jako pierwszy, poczuł, że to właśnie on powinien zacząć.
         – Robert, a ten z łukiem to Kriss, mój młodszy brat – odpowiedział mu mężczyzna z kuszą i kiwnął głową, to samo powtórzył podobny do niego, ale młodszy, Kriss.
         – Ja mam na imię Elisa – odezwała się rudowłosa, ciągle spoglądając na Calathala. Czyżby nadal miała mu za złe to, że zbyt wcześnie uznał ją za niezdolną do ponownego starcia z Bestią? Może… A może chodziło też o to, że mogła pierwszy raz widzieć kogoś takiego, jak on, bo w końcu wyglądała na dość młodą osobę.
         – Alyson – na końcu swe imię wypowiedziała czarnowłosa kobieta.
         – Myśleliśmy, że to będzie łatwa robota i szybko uporamy się z problemem, zgarniemy nagrodę i wrócimy do swojej wioski. Myliliśmy się, a ta przeklęta Bestia okazała się groźniejsza, silniejsza i sprytniejsza, niż podejrzewaliśmy – przerwał swą opowieść tylko po to, żeby splunąć gdzieś na bok. W ten prosty sposób chciał wyrazić pogardę względem tego stworzenia, które w końcu zabiło już jego towarzyszy. Członków grupy, której prawdopodobnie był dowódcą. Nie powiedzieli mu tego wprost, ale wydawało mu się, że był on właśnie kimś takim.
         – Jak wiesz, zwierzę to zabiło trójkę naszych towarzyszy, a nas poraniło mniej lub bardziej. Jeśli o samą Bestię chodzi, to… z ogólnego wyglądu najbliżej było jej do niedźwiedzia, jednak byłaby największym niedźwiedziem, jakiego kiedykolwiek widziałeś i byś zobaczył do końca swego życia. Gruba skóra i futro stanowiące dodatkową warstwę ochronną nie tylko przed zimnem, lecz także przed bronią, wielkie łapy zakończone ostrymi jak brzytwy pazurami, czerwone ślepia i szczęki, którymi może bez problemu miażdżyć kości, a w których ukryte są też zęby, ostrością nieodstające od jej pazurów. Poza tym, jest bardzo silna i szybka, myślę, że ma też bardzo wyostrzony węch i dobry wzrok – dokończył. Cal patrzył się na Roberta, starał się zapamiętać opis tego potwora – bo zwierzęciem już nie można było tego nazwać – i właściwie nie sprawiło mu to większych problemów. Na pewno brzmiało to jak coś, z czym walka będzie trudna.
         – Nasz zleceniodawca powiedział tylko, że musimy wytropić i pozbyć się zwierzęcia, które im uciekło. Nie wspomniał nic o tym, że przeprowadzali na nim jakieś eksperymenty… Przecież w normalnych warunkach nie powstałoby coś takiego! - dodał jeszcze, na sam koniec podniósł też głos, jakby chciał nadać jeszcze większego brzmienia tym konkretnym słowom. Co więcej, jego towarzysze pokiwali głowami, w ten sposób wskazując elfowi, że w pełni się z tym zgadzają. Cóż, on właściwie też mógłby się zgodzić, Bestia musiała być jakimś obiektem badań, który uciekł i, który okazał się zbyt niebezpieczny na to, żeby próbować go złapać. A teraz chcą się jej zwyczajnie pozbyć.
         – Udało wam się ją w ogóle zranić, gdy walczyliście z nią wcześniej? - to pytanie zadał Cal, bo przecież jako jedyny w tej grupie nie uczestniczył w pierwszym starciu z tamtym stworzeniem, więc nie wiedział, jak ono przebiegło. No, poza tym, że Robert stracił w nim trzech ludzi, a pozostali zostali ranni.
         – Trafiło go kilka naszych pocisków, ale nie jestem pewien, czy wszystkie przebiły się przez warstwę futra – szybko odpowiedział mu mężczyzna. To nie musiało od razu oznaczać, że nie zranili tego „zwierza”, a jeśli Cal sam miał oceniać szansę na to, jaka broń – z ich wyposażenia – miała największe szanse na zrobienie tego, cóż, zdecydowanie byłaby to kusza. Ona albo ktoś, kto postępował ze swoimi strzałami podobnie, jak robił to on, czyli wzmacniał je magią i sprawiał, że leciały szybciej, a dzięki temu miały też większą siłę przebicia. Nie chciał się przechwalać, ale uważał, że dobrze wycelowana przez niego strzała – i wzmocniona oczywiście – nie będzie miała problemów z przebiciem się przez skórę tej Bestii.
         – Chcecie wyruszać już teraz? - zapytał ich, głównie dla pewności, w końcu to oni byli ranni, a nie on. Cała czwórka szybko i jednogłośnie odpowiedziała twierdząco na to, o co ich zapytał. Po chwili kaptury znów znalazły się na ich głowach, a cień rzucany przez nie częściowo zasłaniał ich twarze. Cal postąpił podobnie i również zarzucił materiałowy kaptur płaszcza na swoją głowę, ukrywając pod nim swoje włosy i uszy. Swoje pochodzenie i przynależność.

Śnieg w lesie tworzył grubszą warstwę niż ten, który zalegał na drodze lub w jej pobliżu. Chociaż to może zadziałać na ich korzyść, bo dzięki temu łatwiej będzie odszukać ślady Bestii i podążać za nimi, jeżeli na takie trafią. Poza tym, jeżeli ostatnio widzieli ją wtedy, gdy z nią walczyli, to… oznaczało to tylko tyle, że będą musieli wrócić w tamto miejsce. Co prawda, towarzyszący mu myśliwi wyglądali na twardych – nawet najmłodsza z nich, rudowłosa dziewczyna – ale i tak nie był pewien, czy na pewno będą chcieli zobaczyć ciała swych towarzyszy raz jeszcze, czy może wyślą jego, żeby nie tylko poszukał śladów, ale także przyjrzał się ciałom i, może nawet, pochował je. Chyba, że uda im się znaleźć trop wcześniej.
         – Właściwie… Co ty robisz w tej okolicy? - o dziwo, pytanie to padło z ust Elisy. Elfa nie zaskoczyło to, że został o to zapytany – spodziewał się takich pytań – ale bardziej to, kto mu je zadał. W każdym razie, nie zmieniało to tego, że i tak miał zamiar odpowiedzieć im zgodnie… z prawdą, chociaż odpowiednio dobranymi słowami, żeby nie zdradzać im wielu szczegółów.
         – Chciałem odwiedzić jedno, cóż, dość ważne dla mnie, miejsce. Raz na jakiś czas robię coś takiego, chociaż za każdym razem, gdy jestem już w drodze powrotnej, mówię sobie, że ten raz był ostatni – odpowiedział jej, a nawet spojrzał w jej stronę, chociaż mówił dość głośno i wyraźnie, tak, żeby inni też mogli go usłyszeć i, żeby jego głosu nie zagłuszyły dźwięki ich przemarszu przez zaśnieżony las.
         – Masz też… ciekawy łuk. Nie do końca wygląda jakby stworzony był z drewna, przynajmniej nie ze zwyczajnego i… czuję też od niego jakąś energię – rudowłosa mówiła dalej, chociaż jej oczy rozszerzyły się lekko w zaskoczeniu, gdy zorientowała się, co powiedziała.
         – O, czyli znasz się na aurach? - zapytał Cal, a dziewczyna poczerwieniała lekko na policzkach, co było widać mimo cienia jej kaptura i na pewno nie było to spowodowane niską temperaturą otoczenia.
         – Nie… Ja tylko… po prostu, gdy spojrzę jakiś przedmiot, czuję bijącą od niego energię i dzięki temu wiem, że jest to coś niezwykłego – odpowiedziała mu, choć przez chwilę widocznie zastanawiała się, czy na pewno chce to powiedzieć.
         – A zamierzasz przygotować go do strzelania? - dopytywała. Wydawała się dość ciekawa jego samego, jak i jego broni rodowej. Sam Cal jeszcze nie był pewien, czy chce zdradzić im, że Czarny Łabędź przechodzi z pokolenia na pokolenie wśród członków jego rodziny. Sam elf nie miał pewności, jak długo broń ta znajduje się w rodzie Maldragheil. Rodzie, którego prawdopodobnie jest jedynym, żywym przedstawicielem.
         – Mogę to zrobić w każdej chwili, gdy się przemieszczamy – odpowiedział jej, nawet pozwolił sobie na wzruszenie ramionami, choć było ono lekkie, a przez to słabo zauważalne. Już samo to mogło wskazywać na to, że jest doświadczonym strzelcem i na pewno zna też bardzo dobrze łuk, z którego strzela. Nałożenie cięciwy i napięcie jej nie należało do najłatwiejszych rzeczy, to wiedział i to, aż za dobrze.

Cal obejrzał się nagle za siebie, wiedziony przeczuciem tak samo nagłym, jak ruch głową, który wykonał. Przez krótką chwilę przyglądał się drzewom i ogólnie terenowi, który właściwie mieli już za plecami – zupełnie, jakby czegoś tam szukał, czegoś, co mogli nie zauważyć, gdy tamtędy przechodzili. Po chwili, gdy jego oczy nie dostrzegły niczego podejrzanego, wzruszył tylko ramionami sam do siebie i wznowił marsz.
         – Wydawało mi się, że ktoś za nami idzie, że ktoś nas śledzi i obserwuje… Ktoś lub coś – odezwał się do myśliwych. Wolał wytłumaczyć im swoje zachowanie, które przypadkowo mogło sprawić, że nagle zaczęliby być jeszcze bardziej uważni i nerwowi. Zresztą, powiedział to też spokojnym tonem głosu, co również mogło świadczyć o tym, że rzeczywiście uważał, że tylko mu się wydawało i w rzeczywistości nie ma tam niczego, co mogłoby okazać się dla nich niebezpieczne.
Awatar użytkownika
Eilys
Zbłąkana Dusza
Posty: 5
Rejestracja: 8 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Eilys »

         Nie wiedziała, jak długo zamierzała śledzić drużynę myśliwych, zanim ujawni im swoją obecność - jeśli w ogóle postanowi to zrobić. Gdyby po drodze natknęli się na bestię, zamierzała włączyć się do walki - choć pewnie musiałaby dość mocno improwizować, zważywszy na to, iż nie wzięła z domu swego łuku i jej jedyną bronią był obecnie akacjowy kij - lecz w sytuacji, gdyby nie znaleźli śladu potwora, Eilys nie była pewna czy chce doprowadzać do konfrontacji z grupą. Kojarzyła ich imiona, zwłaszcza dwóch braci; pochodzili z wioski oddalonej o dwa dni drogi na wschód od jej domu. Za czasów kariery łowieckiej elfka miała okazję łączyć siły z różnymi ekipami, lecz z ludźmi idącymi przed nią jak dotąd nie miała do czynienia.
         Obecność między nimi lodowego elfa, Calathala - powtórzyła w myślach imię mężczyzny, by dobrze je zapamiętać - nieco zmieniała postać rzeczy, jeśli chodzi o chęć rozmowy. Eis była ciekawa jego osoby. Nie żeby od razu nagle zapragnąć odkryć swoje korzenie, ale na tyle, by zainteresować się tym, jakie w ogóle są lodowe elfy. Do tej pory kobieta nie czuła ze swoją rasą połączenia w stopniu innym niż charakterystyczna budowa ciała; była ciekawa czy może to ulec zmianie. Na pewno zainteresowało ją stwierdzenie “ważne miejsce”. Takie określenie zazwyczaj kojarzy się z rodzinnymi stronami, ale… w okolicy nie było żadnej elfiej wioski. Eis polowała w tych lasach od dziesięcioleci, raczej wiedziałaby, gdyby było inaczej.
         Zwróciła uwagę na łuk elfa, gdy wspomniała o nim rudowłosa dziewczyna. Eilys nie wyczuwała w nim niczego niezwykłego, ale to ją nie dziwiło. Nie miała szczególnego daru do wyczuwania magii. Dla niej tenże łuk mógł równie dobrze być zupełnie zwyczajnym kawałkiem drewna - czy z czego tam był zrobiony - ale niewerbalny komunikat ze strony Finji, której zmysły były znacznie czulsze od zmysłów elfki, podpowiedział jej, że stwierdzenie Elisy było trafne. To elfce w zupełności wystarczyło, by przyjąć ten fakt za pewnik. Zmniejszyła nieco dystans między nią a grupa, by móc z bliższa przyjrzeć się łukowi Calathala. Nawet z odległości wyglądał imponująco dla kogoś, kto znał się na tego typu broni i Eis z nutą zazdrości porównała go do jej własnego łuku, który czekał na nią, oparty o ścianę przy drzwiach wejściowych. Mimo różnicy sprzętowej, chętnie zmierzyłaby się z mężczyzną w pojedynku na umiejętności strzeleckie. Wśród ludzkich myśliwych nie miała sobie równych, ale drugi elf… Eilys nie byłaby pewna swojego zwycięstwa. A to, samo w sobie, było intrygujące. Cóż, może po wszystkim zaproponuje mu coś takiego, kto wie… O ile oboje przeżyją potencjalne starcie z mutantem.
         Przywarła do drzewa i zamarła w miejscu, gdy elf odwrócił się nagle. Nie wystraszyło ją to, ale upomniała samą siebie, by zachować większą ostrożność, jeśli nie chce zostać zauważona. Calathal nie mógł jej usłyszeć, poruszała się całkowicie bezszelestnie, lecz skoro posiadał magiczną broń, być może mógł także wyczuć jej aurę czy jak to zwą. Albo po prostu miał cholernie dobrą intuicję.
         Poczuła nieme zapytanie, płynące od wciąż skaczącej po gałęziach Milvy.
         “Nie wiem, dlaczego nie chcę się ujawniać - odpowiedziała jej w myślach. - Chyba po prostu wolę być sama.
         Otwarte wejście w grupę zapewne wzbudziłoby ciekawość jej członków, a co za tym idzie - pytania i konieczność interakcji. Na tą zaś elfka nie miała zbytniej ochoty. Przywykła do polowania w pojedynkę i rozmów z kotami, a sytuacje społeczne, kiedy musiała wysilać mierne zdolności interpersonalne, męczyły ją i zmuszały do skupienia na durnych pogawędkach kosztem rzeczy istotnych. Jak przetrwanie. Eis wolała więc trzymać się na uboczu i tak też planowała kontynuować wędrówkę.
         … tylko że najwyraźniej nie było jej to dane.
         Nie zdążyła nawet wyczuć zamiarów Finji, by spróbować ją powstrzymać. Szarobura smuga śmignęła jej przed oczami i pognała prosto w stronę myśliwych, wpadając pomiędzy nich. Wywołało to okrzyki zaskoczenia i chaotyczne ruchy wszystkich obecnych; w pierwszej chwili Eilys obawiała się czy kotce nie stanie się krzywda, choćby przez to, że ktoś z grupy mógł zareagować odruchowo na potencjalne zagrożenie i w akcie obrony zranić Finję. Na szczęście zanim takie wydarzenie miało miejsce, kotka w kilku susach wróciła na swoje miejsce przy Eis. Elfka posłała jej zirytowane spojrzenie.
         - Bardzo dojrzałe - prychnęła.
         Finja zamiauczała przeciągle, wyraźnie z siebie zadowolona, w czym zawtórowała jej Milva. Do tej kakofonii elfka dołożyła swoje westchnienie. Ona już taka zadowolona nie była. Chwyciła dłonią układający się w poprzek na jej piersi pas, na którym zamocowany był jej kij i spokojnie wyłoniła się spomiędzy drzew, ukazując swą postać myśliwym. Bez słowa stanęła przed nimi, mierząc ich wzrokiem po kolei; spojrzenie posłane w kierunku elfa zatrzymało się na nim nieco dłużej niż planowała. Nie gapiła się jednak nachalnie ani intensywnie, po chwili zaś przeniosła wzrok na mężczyznę, któremu najbliżej było do roli lidera grupy.
         - Zaraz… Ty jesteś tą cizią od Szalonej Kociary. - Jako pierwszy ciszę przełamał młodszy z braci.
         Elfka posłała mu rozdrażnione spojrzenie.
         - Eilys - rzuciła dość ostrym tonem, wyraźnie urażona reakcją mężczyzny. - Mam na imię Eilys.
         - To tłumaczy ten koci atak sprzed chwili…
         Eis zupełnie zignorowała dalsze wywody Krissa i skupiła się na pozostałych. Teraz mogła przyjrzeć im się dokładniej, skoro nie musiała robić tego z daleka, w dodatku poświęcając znaczną część uwagi na ukrywaniu śladów własnej obecności. Wyglądali na zmęczonych, ale i zdeterminowanych. Na pewno byli w znacznie lepszym stanie niż ci, których Eliys znalazła kilka godzin temu. Niemniej wątpiła, by dali radę mutantowi w uszczuplonym i rannym składzie, nawet mimo obecności elfiego sprzymierzeńca. Ba, nie była pewna czy nawet obecność jej samej cokolwiek zmieni, ale to nie był czas na dzielenie się takimi spostrzeżeniami i osłabianie morali.
         - Byłam na polanie - oznajmiła bez zbędnych wstępów. - Zabezpieczyłam ciała waszych towarzyszy, żeby nie dobrały się do nich drapieżniki i padlinożercy. I pomogę wam ubić bestię.
         - Będziesz ryzykować życie dla garstki obcych ludzi? - spytała milcząca dotąd kobieta. - Nagroda nie jest znowu tak wysoka.
         - Nie zależy mi na nagrodzie. Mam w tym własną korzyść. To coś płoszy albo zabija leśną zwierzynę i jak tak dalej pójdzie, nie będę miała co wsadzić do garnka. Muszę wyżywić moją rodzinę. Dlatego pójdę z wami, czy się wam to podoba, czy nie.
         - I co, będziesz walczyć tym… drągiem?
         - Poradzę sobie.
         - Nasi kompani też tak mówili i spójrz, co im z tego przyszło - mruknął Robert.
         Wspomnienie wybebeszonych ciał odżyło w umyśle elfki i złagodziło jej surowość. Zdecydowanie nie chciała skończyć tak jak ci nieszczęśni łowcy, ale dawno już przemyślała wszystkie za i przeciw, i wiedziała, jak powinna w tej sytuacji postąpić.
         - Mimo to, chcę wziąć w tym udział. Nie mówcie, że nie przyda wam się dodatkowa para rąk, oczu i uszu.
         Na krótką chwilę po tym stwierdzeniu zapanowało milczenie, które przerwał dopiero śmiech Roberta. Nie był to wesoły śmiech, ale niósł ze sobą odrobinę pozytywnego nastawienia, którego chyba wszyscy w tamtym momencie potrzebowali.
         - To nam się poszczęściło. Dwa elfy w jednej drużynie to jak dobry los na loterii. Zaczynam wierzyć, że mamy jakieś szanse.
Awatar użytkownika
Calathal
Mieszkaniec Sennej Krainy
Posty: 140
Rejestracja: 5 lat temu
Kontakt:

Post autor: Calathal »

         – Naprawdę? - tym razem, co mogło być małym zaskoczeniem, odezwała się starsza z kobiet. Do tej pory jedynie słuchała, nie dołączała do rozmowy, choć to akurat można było powiedzieć także o braciach. Cal wiedział, że wszyscy słuchali, może nawet zapamiętywali niektóre rzeczy, te które uznali za warte zanotowania, ale jednocześnie również rozglądali się i byli uważni.
         – Nie uwierzycie na słowo nowego, elfiego kompana, prawda? - zapytał ich. Pokiwali głowami, chociaż rudowłosa zrobiła to z lekkim opóźnieniem i, cóż, Calathal stwierdził, że to właśnie ona mogła ocenić go najlepiej, a przez to mogła uznać, że wcześniejsze słowa nie były przechwałkami, a prawdą. Elfi łowca wzruszył tylko lekko ramionami. Chwilę później zdjął łuk z pleców jedną ręką, a drugą – w tym samym czasie – wyciągnął z sakiewki czarną cięciwę. Następnie bardzo zręcznie, bo przecież robił to już wiele razy, założył ją na łuk. I wszystko to w czasie, gdy cały czas szli przed siebie, co więcej swe ruchy dostosował nawet do tempa ich marszu. Później rozejrzał się po nowych towarzyszach i wszyscy wyglądali na bardziej zadowolonych, a nie zaskoczonych. Może i lekko zaimponował im, jednak wydawało mu się, że mimo wszystko podejrzewali, że będzie w stanie to zrobić. Później Cal zrobił to samo, ale w odwrotnej kolejności – nie chciał, żeby cięciwa cały czas znajdowała się na łuku, nawet jeśli ten był magiczny.
         – A to miejsce, o którym wspomniałeś? To, do którego szedłeś, gdy cię zatrzymaliśmy i zmieniliśmy twoje plany? - o to zapytała już Elisa, spoglądając na niego spojrzeniem, w którym kryła się ciekawość.
         – To miejsce, w którym… - niedane mu było dokończyć, bo w grupie nagle zapanował chaos. Jakiś mały kształt wpadł między nich. Biegał i skakał tak szybko, że czasem wydawał się znajdować w dwóch miejscach jednocześnie. Udało mu się dostrzec, że był to… kot? Tak, chyba tak. Co więcej, Cal nawet spróbował go złapać, gdy zwierzę znalazło się przy jego nogach, jednak udało mu się jedynie dotknąć sierści na jego grzbiecie. Widział, że myśliwi też próbowali złapać sprawcę zamieszania, jednak im również się to nie udało. Po chwili, zwierzak zniknął tak szybko, jak się pojawił… a właściwie odbiegł i to w konkretną stronę. Prosto do kobiety, która ukrywała się niedaleko.

         – Czyli przeczucie mnie nie myliło? Intuicja wieloletniego myśliwego, można by rzec – odparł, głównie do swoich kompanów, bo tamta kobieta mogła tego zwyczajnie nie usłyszeć i to nie tylko przez odległość, lecz także przez to, że nie powiedział tego zbyt głośno. Nie wyglądało na to, żeby miała wobec nich wrogie zamiary – inaczej możliwe, że nie ujawniłaby im swojej pozycji, nawet jeśli jeden z jej zwierzęcych towarzyszy zrobił to, co zrobił.
Przyglądał się jej, tak jak ona przyglądała się im. I dopiero teraz dojrzał, że należy ona do tej samej rasy, co on. Było to dla niego lekkim zaskoczeniem, bo zdecydowanie zbyt rzadko spotykał przedstawicieli swojej rasy. Nie pomyślał o tym świadomie, gdy wybierał się w te rejony, ale może chciał się tu pojawić nie tylko po to, żeby odwiedzić miejsce, w którym kiedyś się urodził. Może liczył też na to, że dopisze mu szczęście i natknie się na innego lodowego elfa. Czuł, że mu się przygląda, więc i on ponownie spojrzał w jej stronę, ale nie odezwał się, za to zrobił to jeden z myśliwych. Wydawało się, że ją rozpoznał. Zdziwił się, gdy wprost powiedziała, że chce się do nich przyłączyć i pomóc im w walce z bestią. Co nią kierowało? Wychodziło na to, że troska o swoją rodzinę. Calathal wywnioskował, że dziewczyna musiała mieszkać gdzieś na terenie tego lasu, razem z kotami i tą „Szaloną Kociarą”, o której wspomniał młodszy z braci. Chciał się odezwać, jeżeli doszłoby do tego, że myśliwi nie chcieliby przyjąć jej do drużyny lub mieliby co do tego wątpliwości, jednak zgodzili się oni na to, żeby się przyłączyła. To dobrze, akurat dziewczyna miała rację, gdy powiedziała, że przyda im się jeszcze jedna osoba w drużynie.
         – Ja uważam, że mamy dość spore szanse, jeśli walkę rozegramy… cóż, taktycznie – odezwał się, zresztą pierwszy raz od momentu, w którym podeszła do nich ta Eilys.
         – Najpierw jednak proponuję się przedstawić, więc ja mam na imię Calathal. Calathal Maldragheil – odparł i ukłonił się lekko, tak bardzo zwyczajnie. A swe nazwisko dodał tu specjalnie. Zawsze istniała jakaś szansa na to, że dziewczyna może rozpozna nazwisko rodziny, z której pochodził i, której był ostatnim żyjącym przedstawicielem. A przynajmniej on sam nie wiedział o tym, żeby po świecie chodził inny lodowy elf z właśnie takim nazwiskiem. Przedstawianie się obiegło później całą grupę myśliwych, więc Eilys mogła poznać imiona każdego z nich.
         – Chodźmy dalej, w trakcie marszu wytłumaczę wam, co miałem na myśli – zaproponował, ale nie wyszedł na przód grupy. Mimo wszystko, nie był ich liderem, więc nie miał zamiaru być prowadzącym marsz, zdecydowanie wolał trzymać się z tyłu, czyli właśnie tam, gdzie znajdował się wcześniej. Pasowało mu takie zabezpieczanie pleców, a jego wyostrzone zmysły były tam bardzo przydatne. Ciekawe tylko, gdzie w tym pochodzie usadowi się ich nowa towarzyszka ze swoimi kotami?

         – Ten niedźwiedź nadal jest bestią, bez różnicy na to, jak bardzo został „napompowany” magią, więc kieruje się instynktem, prawda? - zaczął i pierwsze słowa zakończył pytaniem, choć należało ono do tych, na które zadająca je osoba nie oczekiwała odpowiedzi.
         – Jeżeli będzie głodny, będzie polował. Jeśli go zaatakujemy, będzie się bronił, więc proponuję, żebyśmy zaatakowali go jednocześnie z jak największej liczby stron. Może uda nam się go zdezorientować przynajmniej na chwilę, zanim zdecyduje się zaatakować kogoś z nas. Będziemy musieli to wykorzystać na własną korzyść, poza tym, mogę spróbować ściągnąć go na siebie. Nie chcę nikogo obrazić czy zwątpić w czyjeś umiejętności, jednak wydaje mi się, że w bezpośredniej walce z nim mogę mieć największe szanse na to, żeby unikać jego ataków i przeżyć jak najdłuższej, jednocześnie ciągle skupiając jego uwagę właśnie na sobie – zdradził im swój plan, który w jego głowie powstał właściwie nie tak dawno. Nie robił też pauz, gdy mówił i nie zastanawiał się nad tym, co chciałby powiedzieć następne, więc dało się słyszeć, że plan najpierw ułożył sobie w głowie i dopiero później podzielił się nim zresztą grupy.
         – Jesteś tego pewien? Nie wiesz, jak zajadłe są ataki tej Bestii. Nie wiesz, czego się po niej spodziewać – odezwał się jeden z braci. Ten starszy.
         – Jestem pewien swych umiejętności. Może i nie wiem, jak atakuje, ale wiem, jak wygląda i trochę na temat tego, jak może się zachowywać. Reszty dowiem się, gdy już będziemy z nią walczyć – odparł Calathal, w jego głosie wyczuwalna była pewność siebie i prawdomówność. Po prostu wiedział, o czym mówił. Robert przymknął na chwilę oczy i pokiwał głową. Zgodził się na taki sposób działania i reszta właściwie zrobiła to samo, chociaż może mieli jakieś wątpliwości i pytania… Tylko, czy były one inne od tego, które zadał myśliwy? Wydawało mu się, że niekoniecznie. W końcu, nie znali go i nie wiedzieli, co umie, więc mogli mieć wątpliwości co do takiego planu. Planu, w którym ważną rolę odkrywa właśnie on. Cal spojrzał też na Eilys, ciekaw, co ona myśli o tym, co powiedział i, czy chciałaby podzielić się tym z nimi.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Daleka Północ”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość