Dalekie Krainy[Góry Słone] Z deszczu pod rynnę...

Poza Środkową Alaranią istnieją setki, najróżniejszych krain. Wielka Pustynia Słońca, Góry Księżycowe, archipelagi wysp, płaskowyże, mokradła, a nawet lądy skute wiecznym lodem. Inny świat, inne życie, inni ludzie i nieludzie. Jeżeli jesteś podróżnikiem, czy poszukiwaczem przygód wyrusz w podróż w najdalsze zakątki wielkiej Łuski Alaranii.
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Emma
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 64
Rejestracja: 4 lat temu
Kontakt:

[Góry Słone] Z deszczu pod rynnę...

Post autor: Emma »

        Złorzecząc pod nosem na upartego jelenia, szła na palcach trawnikiem, zastanawiając się co na Los ma powiedzieć Floricowi. Ściągnęli ją do Menaos i kazali opiekować się młodzieńcem, któremu tylko zielone w głowie. Co ona ma niby na to poradzić? Próbowała przemówić mu do rozumu i taki był efekt. Może od razu powinna skierować się w stronę bramy, nim ten podstępny elf znów ją w coś wpakuje? Diabli ich nadali.
        Zamyślona nie zauważyła od razu zmiany w emanacjach wokół siebie. W głowie wciąż wygrażała niedojrzałemu zmiennokształtnemu i w kłopotach zorientowała się, gdy było już za późno. Trawę pod jej nogami przysłonił ciemny dym, wirując złowróżbnie wokół stóp naturianki i nie pozwalając na ucieczkę, do której oczywiście się rzuciła. Zniknęła jednak momentalnie, jak gdyby dosłownie zapadła się pod ziemię. Dym rozwiał się, na trawie została tylko para ozdobnych damskich butów, a w powietrzu echo nieprzystającego damie przekleństwa.

★ ☆ ★

        Poranek w tym rejonie Gór Słonych był dla tutejszych mieszkańców rześki, dla całej reszty – wyjątkowo zimny. Na jasnoniebieskim niebie nie było widać nawet jednej chmurki, a słońce raziło swoimi promieniami, chociaż ledwo co wyszło zza szczytów drzew. Pogoda była klasycznie jesienna, przynajmniej na tutejsze realia, i zapowiadała chłodny, ale piękny i słoneczny dzień.
        Nagłe pojawienie się na tym czystym nieboskłonie ciemnej chmury, było więc widoczne, jak plama na świeżo upranej koszuli. Co więcej, obłok miał czelność powiększać się na oczach, z każdą chwilą emanując coraz silniejszą magią. Ciemnoniebieski kłąb zawirował i poszerzył się gwałtownie, osiągając średnicę co najmniej dwóch staj, mieniąc się teraz barwami ciemnego fioletu. Gdy osiągnął apogeum, niebo przeszyła błyskawica, a kłębiące się chmury rozwarły się nagle, ziejąc czarną dziurą, z której wypadła postać.

★ ☆ ★

        Kobieca sylwetka spadała bezwładnie i w kompletnej ciszy. Magiczne przejście zamknęło się błyskawicznie, nie zostawiając po sobie najmniejszej ciemnej chmurki i odsłaniając na powrót czyste, błękitne niebo. Emma już gdzieś w odmętach portalu straciła przytomność. Łopocząca kurtyna różowych włosów zakrywała jej twarz, a perłowa suknia połyskiwała w blasku słońca, tworząc iście bajkowy widok. Na tle czystego nieba postać wydawała się opadać powoli, nabierając tempa dopiero w perspektywie zbliżających się drzew i jeziora. Taflę wody przebiła gwałtownie, tworząc spory rozbryzg wody i bijące od centrum fale, już po chwili leniwie sunące w stronę brzegów jeziora.
        To właśnie woda ocuciła syrenę. Emma otworzyła gwałtownie oczy i usta, a z pierwszym haustem lodowatej wody skrzela rozchyliły się szeroko i syrena rozwinęła ogon. Rozejrzała się po rozświetlonej promieniami słońca toni.
        Była w jeziorze. Znowu. Woda była wyjątkowo zimna, nawet dla niej, i przywoływała wspomnienia dna oceanu, ale też cuciła zamglony umysł. Emma uderzyła ogonem, wzbijając się ku tafli, chcąc rozeznać się w terenie. Wspomnienie otwierającego się pod nią portalu było mgliste i pierwszy raz poważnie zaniepokoiły ją potencjalne następstwa tej magicznej zależności. Miała szczęście, że znów wpadła do wody, ale gdzie tym razem się znalazła?
        Mimo wynurzenia się aż po biodra nad wodę, zdążyła dostrzec tylko zarys ciemnozielonych drzew i granice jeziora. W tym samym momencie bowiem całą jej uwagę pochłonęły konie wjeżdżające z impetem do wody i robiące piorunujące wrażenie na oszołomionej wciąż syrenie.
        „Jeźdźcy!”, huknął spanikowany umysł, w którym obudziły się dawne odruchy i Emma błyskawicznie wygięła się do tyłu, nurkując pod wodą. Dwa uderzenia ogonem oddaliły ją od wzburzonej kopytami wody i dopiero wtedy odwróciła się, licząc końskie nogi. Cztery wierzchowce, czterech jeźdźców. Widzieli ją na pewno, więc czy był sens ukrywać się pod wodą? Jezioro było zbyt małe, by mogła w nim zniknąć, czuła to i widziała po dnie. Nie mogła zebrać myśli, ale jak zwykle (pod tą postacią) wybrała konfrontację. Uciekać nie miała zresztą gdzie.
        Tym razem wynurzyła się minimalnie, jak zawsze, gdy zwykła obserwować kogoś z ukrycia. Tutaj nie miała szans na pozostanie niezauważoną, ale czuła się bezpieczniej. Nad wodą widać było więc tylko czubek różowowłosej głowy i parę niebieskich oczu, teraz podejrzliwie zmrużonych.
Awatar użytkownika
Jun
Zbłąkana Dusza
Posty: 6
Rejestracja: 1 miesiąc temu
Kontakt:

Post autor: Jun »

        Było świeżo po świtaniu, czyste niebo zwiastowało piękny dzień ale w powietrzu już się czuło nadchodzący mróz. Czwórka konnych, stępem przemierzała górski las.
Jechali w nieuporządkowanym szyku, co i rusz zamieniając się pozycjami, czasem niemal obijając się o siebie strzemionami, żeby chwilę później w najwęższych miejscach ścieżki truchtać gęsiego, oczywiście po to by znów zrównać się ze sobą tak bardzo jak tylko pozwalało na to ukształtowanie terenu.
        Końska sierść lśniła świeżym potem po wcześniejszym cwale, a w rześkim powietrzu, ze zgrzanych grzbietów unosiła się para. Jakby nader swobodny tor jazdy nie był dostateczną wskazówką, już z pewnej odległości dało się słyszeć co jakiś czas wybuchające salwy męskiego śmiechu co prowadziło do łatwych wniosków, że jeźdźcy świetnie się bawili.
        - To czego w zasadzie szukamy? - Chłodny głos przerwał chwilowy napad wesołości, a błękitne oczy spojrzały na jednego z pozostałych podróżników, można by się domyślać prowodyra jakiegoś bardziej konkretnego zamieszania. W wyglądzie odzywającego się można było dostrzec wyjątkową konsekwencję. Długa tunika z rozcięciami po bokach była śnieżnobiała, podobnie jej hafty czy ornamenty, oraz związujący ją pas, a spod niej wystawały białe nogawki spodni, zupełnie jakby mężczyzny nie imał się żaden brud. Wierzchowiec również, a jakże by inaczej, razem z rzędem, przynajmniej tymi elementami, których barwę można było wybierać, był w kolorze świeżego górskiego śniegu. Całości zaś dopełniały długie włosy, srebrne niczym światło księżyca. Związane w wysoki koński ogon niemal sięgały grzbietu ogiera, swoją jasnością mimo wszystko wyraźnie odcinając się na tle całej postaci.
        - Nie marudź Shun, trzeba korzystać póki śnieg jeszcze nie spadł - Ranek był chłodny, ale chyba nie dla jadącego na kasztanie. Czarna tunika z czerwonymi haftami wpuszczona była w czarne spodnie ale rozchełstana aż do pasa, zupełnie jakby trwało lato w pełnym rozkwicie. Rozpuszczone włosy opadały ciemną jak nocne niebo kurtyną na ramiona i plecy, a bursztynowe oczy rozglądały się po leśnym horyzoncie, niespecjalnie przejmując się nagabującym, błękitnym spojrzeniem.
        - Interpretując życzenie miłościwie nam dowodzącego, ścigamy pierwszą żywą bestie jaka się nieszczęśliwie nawinie - zarechotał jadący na karoszu brunet, równie długowłosy jak pozostała dwójka. Poza tym wyglądał jak całkowite przeciwieństwo białowłosego. Kruczoczarna kita opadała na plecy ciemno niebieskiej tuniki, a ciemnoszare oczy zerkały rozbawione na jasną postać.
        - Pieprz się Xiu - spięty przez jeźdźca kasztan gwałtownie uderzył bokiem w bok karego ogiera, który zaskoczony podskoczył z kwikiem do wtóru jeszcze głośniejszego śmiechu bruneta w granacie.
        - Łyka chcesz? - brunet szybko opanował karosza i wyciągnął zza pazuchy manierkę, ale jeździec kasztana machnął pogardliwie dłonią. Uznając, że nie jego strata, właściciel karego rumaka wzruszył ramionami i pociągnął z piersiówki solidny i ostatni łyk.
        - Naprawdę upadłeś tak nisko, że pijesz jeszcze przed polowaniem? - srebrnowłosy zebrał swojego rumaka do dostojniejszego kroku, żeby popatrzeć na towarzysza z pogardą.
        - Bo trzeźwym z tym oszołomem u steru strach zostać - znów zarechotał Xiu, i zaraz musiał ponownie hamować konia, który tym razem dostał kuksańca nie swoim strzemieniem.
        - Widzisz, okaz odpowiedzialności - podsumował Xiu, wywołując znudzone wywrócenie błękitnych tęczówek, gdy Shun zastanawiał się ile razy widział te dziecinadę. Dziwne, że za każdym razem wymyślali coś nowego.
        - Panowie… Przewidywał ktoś burzę na dzisiaj? - Odezwał się cichy do tej pory jeździec jabłkowitego wierzchowca.
        - Chen, co ty bredzisz? - Shun podążył za wzrokiem zielonookiego kolegi i ostro osadził konia na zadzie, uprzedzając hamowanie pozostałych raptem o pół uderzenia serca. Wielka granatowa chmura zasnuła błękit, a błyskawica przecięła nieboskłon.
        - Magiczna burza... - syknął ubrany w szarości właściciel ciemniejszego siwka.
Tyle, że chmury tak jak się gwałtownie pojawiły, równie nagle znikły, w powietrzu zostawiając smukłą postać w perłowej sukni opadającą bezwładnie w porannym świetle. Czwórka mężczyzn patrzyła przez moment w milczeniu nie wierząc własnym oczom.
        - Co do... anielica spada? - Xiu przełamał milczenie niedowierzającym głosem. To ocuciło resztę jeźdźców.
        - Galopem panowie! Ale żwawo! - zakrzyknął brunet dosiadający kasztana, a jego ogier już sforował się o kilka susów przed resztę grupy.
        Xiu gwizdnął ostro spinając swojego rumaka do szalonego cwału, żeby dogonić kasztana. Chen i Shun nie pozostali mu dłużni i wdech później siwki dreptały karoszowi po piętach.

        Czwórka koni rozwinęła się w wachlarz gdy tylko las się przerzedził i nie zwalniając, z łomotem piekielnych zastępów wpadli w płyciznę górskiego jeziorka.
Konie wzburzyły wodę wpadając w toń aż po stawy skokowe, i mąciły ją jeszcze dobrą chwilę gdy jeźdźcy obracali je na zadach, aby lepiej rozejrzeć się po tafli wody. Widzieli kobietę, która dała nura w tył...?
        - Książę Junjie, nie tylko okaz rozsądku, ale i mistrz orientacji w terenie - Xiu wrócił do kpin, czysto dla zasady. Wszyscy widzieli to samo i teraz nadal nie wierzyli własnym oczom.
        - Zamknij się,zgrywasz ślepego czy głupiego - warknął skupiony na poszukiwaniach jeździec kasztana, spinając i obracając konia ostro, aż ten stanął dęba z chrapnięciem.
        - Mówiłem jechać do gorących źródeł, wieczorem byśmy skoczyli do Mei... - Chen wjechał między białego i karego ogiera, rozglądając się wokół razem z pozostałymi. Woda była czysta i spokojna, jeśli panna zanurkowała w toń, to już powinna wypłynąć, chyba, że suknia pociągnęła ją na dno. Skaranie. Musieliby wjechać głębiej a kąpiel o tej porze roku nie należała do przyjemności. Gdy trójka debatowała, bursztynowe tęczówki znalazły czego szukały.
        - Sza - syknął Jun, uciszając trójkę, która jak na rozkaz spojrzała w tym samym kierunku. Z wody nieśmiało wychylał się czubek głowy.
        Kasztan postąpił kilka kroków w stronę przyczajonej syrenki. Shun podążał w krok za księciem, podczas gdy Xiu i Chen klasycznym manewrem, rozjechali się na boki, powoli żeby nie spłoszyć ofiary podchodów.
        - Panienko, nic ci nie jest? - książę spytał łagodnym głosem i wspierając się łokciem o szyję kasztana, nachylił się w stronę niebieskich oczu. Ogier chrapnął niezadowolony, ale wędzidło przytrzymywało mu łeb przy piersi, więc na tym jego protesty się skończyły. Do tej pory, każdy ze szlachciców poza burzą różowych włosów unoszących się w wodzie, zdążył dostrzec też rybi ogon.
        - Miała być anielica, a jest syrena, udane polowanie, nie powiem... - podsumował Chen.
        - A chciałeś iść do Mei - wesołkował Xiu, powoli razem z przyjacielem zamykając prowizoryczny krąg.
        - Kajam się. Ty ale czemu nadal nic nie mówi? Głosu nie ma czy co, jak w bajce może? - właściciel ciemnego siwka prychnął cichym śmiechem.
        - A nie powinna mieć wtedy nóg, głos za nogi czy jakoś tak - jeździec karosza kontynuował żarty.
        - No to biznes życia jej się trochę nie udał. Jej głos mi nie potrzebny, ale nogi to by mogła mieć, bo tak to co i jak, patrzeć i hodować jak kolorowego karpia? - parsknął Chen.
Shun tylko westchnął zniesmaczony, obserwując dziwo uważnie. Syreny widział w księgach i na tym wolałby poprzestać. Podobno swoim głosem mamiły marynarzy wiodąc ich ku zgubie, więc jak dla niego mogła pozostać niemową.
        - Przestańcie pajacować bałwany, bo w tym harmidrze nie da się rozmawiać - Junjie warknął, łypiąc znad końskiej grzywy.
        - Nie wiedziałem, że do monologów potrzebujesz milczącej widowni - prychnął Xiu, kolejny raz szukając zaczepki. Gdy kiedykolwiek Junjie lub Xiu się nudzili, zawsze kończyło się sparingiem, a jeśli ktoś po całym dniu treningów wciąż rwał się do bitki to właśnie ta dwójka.
        - Nie widzisz kretynie, że ją straszysz? - Jun odezwał się z większym naciskiem, bez śladu rozbawienia. Syrena zainteresowała go znacznie bardziej niż jakieś tam polowanie.
        - Panienko, nic ci nie jest? Mówisz we wspólnym? - odezwał się ponownie, znów czekając odzewu. Może uderzyła się w głowę i dlatego nie mówiła. Albo po prostu wypadła na nią czwórka jeźdźców zaraz po tym jak spadła z nieba... To też brał pod uwagę.
        - Oho, teraz będzie szpanował poliglota za miedziaka - burknął Xiu wywołując cichy śmiech Chena, i kolejne wywrócenie oczami u Shuna.
        - To ty spadłaś z tej magicznej chmury? - zapytał znów. Jeśli nie ona była pechową niewiastą, to w tym tempie żywej już jej raczej nie znajdą. Tyle, że pomijając drobne różnice jak brak sukni w zamian za obecność ogona, znali to jezioro jak i okoliczne lasy, i gdyby żyła w nim syrena przez wszystkie te lata raczej zdążyliby zauważyć.
Awatar użytkownika
Emma
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 64
Rejestracja: 4 lat temu
Kontakt:

Post autor: Emma »

        Nie mogła zrozumieć docierających do niej przez wodę głosów, ale też niespecjalnie skupiała się na treści słów, pogrążona we własnych rozmyślaniach. Może gdyby wiedziała, że w oczach jeźdźców stanowiła coś tak nierealnego, że być może wyimaginowanego, zdecydowałaby się ukrywać dalej, ale tak przynajmniej oszczędziła sobie bezsensownych podchodów. Wynurzyła się więc minimalnie, szybko obrzucając jeźdźców spojrzeniem, nim odnalazły ją bursztynowe oczy, na moment przykuwając pełną uwagę syreny. Przyglądała się mężczyźnie, dopóki jego wierzchowiec nie zrobił kroku do przodu. Wówczas syrena przeniosła czujny wzrok na zwierzę i odpłynęła o identyczną odległość, nie mącąc nawet wody. Emmie nie umknął też ruch po bokach i obrzuciła podejrzliwym wzrokiem pozostałych jeźdźców, znów się wycofując i nie pozwalając się otoczyć. Tym razem jednak wynurzyła się już na wysokość przysłoniętych włosami obojczyków.
        Męski głos znów zwrócił jej uwagę, ale tym razem syrena spojrzała na mężczyznę zdziwiona, nieznacznie przechylając głowę. Co to był za język? Elficki? Odruchowo sięgnęła dłonią do naszyjnika. Nie, zrozumiałaby. Chyba że naszyjnik przestał działać. Szlag, mogła trochę bardziej się wtedy zainteresować, ale miała większe zmartwienia. No dobrze, ale jeśli nie elficki, to jaki? Gdzie się znalazła? Co on do niej mówił? Łagodny głos na niewiele się zdawał, trafiając na niepodatny grunt podejrzliwego charakteru. Po chwili zaczęli odzywać się pozostali mężczyźni, a Emma już z jawnym niezrozumieniem skakała spojrzeniem od jednego do drugiego. I znów, tak jak czyjś śmiech zazwyczaj uspokajał towarzystwo i wróżył swobodną atmosferę, syrena spięła ramiona i znów się cofnęła.
        Jeszcze nie przeszło jej przez myśl, by się odezwać. Zajęta była przyglądaniem się obcym, a robiła to uważniej, niż można byłoby się spodziewać. Wyjątkowo porządnie odziani, ewidentnie zamożni i wyjątkowo swobodni, pewni siebie. Niepokój wywołany nagłą zmianą lokalizacji tylko wzmagał się z każdym kolejnym obco brzmiącym słowem. Na moment wykorzystała okazję, że mężczyźni zajęli się sobą i rozejrzała się dookoła, znów nieco bardziej się wynurzając. Dopiero surowy głos pierwszego jeźdźca na powrót przykuł jej uwagę. Strzeliła spojrzeniem do skarconego mężczyzny i zerknęła na bruneta akurat, gdy znów się do niej zwrócił. Na brzmienie wspólnej mowy rozluźniła się tak bardzo, że niemal się uśmiechnęła. Niemal.
        - Tak – odparła i zaraz potrząsnęła lekko głową. Od tej ulgi gotowa zacząć bełkotać. – To znaczy nic mi nie jest, i tak, mówię we wspólnym – powiedziała i po chwili wahania podpłynęła trochę bliżej. Z ciekawości, dla wygody konwersacji i może trochę z nawyku, ale nadal nie na tyle, by pozwolić się otoczyć. I chociaż takie zachowanie można byłoby potraktować jako przejaw zaufania, albo manifestację dobrych intencji, w wykonaniu większości syren zmniejszanie dystansu wyglądało raczej niepokojąco podobnie do polowania.
        To, że nic jej nie jest było zaś deklaracją nieco na wyrost, ale na takie pytania inaczej się nie odpowiada, chociażby komuś urwało nogę. Mężczyznę odzywającego się w obcym języku zignorowała, skupiając się na tym, z którym mogła się porozumieć. Jego kolejne pytanie wywołało jednak konsternację na pięknej twarzy, nim Emma zrozumiała, co miał na myśli. Portal. Musiał wyglądać jak chmura. Zadarła głowę, spoglądając w niebo nad sobą, teraz już idealnie błękitne i spokojne. Opuściła głowę i spojrzała na mężczyznę.
        - Tak sądzę… porwał mnie portal – wyjaśniła raczej oszczędnie, nie wdając się w szczegóły, bo nagle zapragnęła o wiele istotniejszych dla niej informacji.
        - Przepraszam, ale gdzie właściwie jestem? – zapytała niepewnie, co wynikało niestety z niechęci wobec własnego położenia. Miała też nadzieję, że w kontekście tego, że widzieli ją wypadającą z magicznego portalu nie brzmi zupełnie absurdalnie.
        – Daleko od Menaos? – dodała jeszcze z nikłą nadzieją. Ogólnie nie miałaby najmniejszego zamiaru wracać do porzuconych towarzyszy, wątpiła by jej szukano, ale potrzebowała punktu odniesienia, a w tej chwili też desperacko czegoś znajomego. Jej fenomenalna znajomość geografii pozwała jedynie na błyskotliwą obserwację, że jest w lesie, ale podświadomie czuła, że daleko od morza. Nie mówiąc już o obcym języku, który słyszała. „Ale może to tylko przejezdni cudzoziemcy?”, podsunął desperacko umysł. Nie, zbyt dobrze się tu czują. Są u siebie. Tylko gdzie to na bogów jest?
Awatar użytkownika
Jun
Zbłąkana Dusza
Posty: 6
Rejestracja: 1 miesiąc temu
Kontakt:

Post autor: Jun »

        Zaskakujące wydarzenia przysłoniły wszelkie możliwe do wymyślenia scenariusze polowania i Jun całkowicie stracił chęć na dalsze ganianie po lesie. Przynajmniej na ten moment. Nie co dzień syrena spadała z nieba, literalnie, prosto w twoje ręce, już metaforycznie.
        Początkowo Junjie spróbował podjechać, ale wodna panna cofnęła się, przezornie przywracając dystans do pierwotnego stanu. Okrążyć też się nie dała, dostrzegając ruch pozostałych jeźdźców. Nawet spojrzenie miała czujne, ostrożne, przyglądając się im wszystkim jak potencjalnemu zagrożeniu. A mimo to jednak nie uciekła. Całe szczęście, oszczędziła tym kłopotu sobie i mężczyznom, którzy wątpliwe by na tym etapie odpuścili łowy.
        Poza tym śliczna istotka wyglądała na dość zdezorientowaną. Każde słowo zdawało się tylko potęgować jej niepewność.
        Książę usadził pajacujących towarzyszy i przeszedł na uniwersalny język dla niemal każdego zakątku Alaranii. To było dobre posunięcie.
Uśmiechnął się łagodnie widząc jak dziewczyna poprawia samą siebie kręcąc delikatnie głową, po czym z nieznikającym uśmiechem patrzył jak syrena ośmiela się nieco i podpływa bliżej. Ponownie nachylił się nad końską szyją, a nieznaczny ruch palców dłoni zamkniętej na wodzach dał reszcie łowców sygnał by się nie ruszali, wywołując ciche i niezadowolone sapnięcia Shena. Nikt się nie powinien cieszyć gdy drapieżnik się zbliżał. Syreny były drapieżne, każdy to przecież wiedział, a książę… on lubił kusić los i testować swoje szczęście.
Jun łypnął kątem oka na srebrnowłosego przyjaciela z rozbawionym uśmieszkiem. Dla niego Bai zawsze dramatyzował a on zdążył poznać cały wachlarz tych westchnięć.
        Wyjaśnienia panny były jeszcze dziwniejsze niż same zdarzenia i Longwei zaczął słuchać uważniej, chociaż jego twarz wciąż pozostała łagodna. Pytanie sprawiło jednak, że Junjie zmrużył lekko oczy. Kłamała? Udawała? Dziewczyna nie wyglądała jakby próbowała ich zwieść udając bezbronną. A jeśli tak, to granie zagubionej wychodziło jej perfekcyjnie.
        - Poza tym, że w górskim jeziorze? - odezwał się początkowo grając na zwłokę, bacznie obserwując reakcje dziewczyny.
        - Jesteśmy w jednym z łańcuchów Gór słonych - odpowiedział krótko. Szczegóły sobie odpuścił.
        - Szmat drogi od Menaos - wyjaśnił, za moment rozwijając nieco wypowiedź.
        - Jesteśmy na zachodzie kontynentu podczas gdy Menaos leży w centrum - detale jaki grzbiet górski na obecną chwilę uznał za zbędne. Ani piękności by to wiele nie powiedziało, ani on nie miał chęci zdradzać wszystkich szczegółów.
        - Teraz panienko ja mam pytanie. Widzę, że ważysz słowa, słusznie, zastanów się więc dokładnie zanim odpowiesz. Czy ktoś stoi za twoim pojawieniem się tu? Czy mamy kogo lub czego się obawiać? - głos księcia nadal był grzeczny, ale dało się wyczuć, że mężczyzna nie żartował, a odpowiedź mogła mieć spore znaczenie.
        - Bo widzisz, wylądowałaś wyjątkowo niekorzystnym położeniu. W tej części gór karawan nie uświadczysz - zaczął tłumaczyć łagodnym głosem.
        - Statków do zatopienia również nie - wtrącił się Shun.
        - Kolega obawia się twych intencji - wytłumaczył, po czym kontynuował.
        - Musiałabyś odnaleźć główny trakt, ale o tej porze roku i to na niewiele ci się zda, gdyż większość z wędrownych kupców już przeprawiła się przez góry, liczyć można jedynie zdesperowanych lub wyjątkowo odważnych niedobitków. Idzie zima... - zawiesił głos zupełnie jakby ostatnie słowa tłumaczyły wszystko. Reszta jeźdźców dojechała stępem do swojego dowódcy, stając równo z Shunem czyli końską długość w tyle za kasztanem.
        - Góry zimą są bardzo niegościnnym miejscem i każdy kto ma choć odrobinę rozsądku nie sprawdza ich łaski. Poza tym już niedługo mróz zetnie jezioro i obawiam się, że może nie nadawać się do przeczekania niekorzystnej pory roku - książę dokończył wyjaśnienia.
        Jun rozejrzał się lekko i skłonił ogiera by zaczął się cofać. Pozostała trójka utrzymując szyk zrobiła to samo. Wyjechali na płyciznę, a książę znów bez jednego słowa na nowo zatrzymał konia. Ledwie wyjął nogi ze strzemion a pozostali podążyli za dowódcą zupełnie jak na rozkaz, gdy więc Jun przerzucał nogę przez kark rumaka, reszta mężczyzn szła w ślady dowódcy, tak, że wszyscy w jednym czasie zeskoczyli do wody sięgającej im już tylko do kostek. Nie godziło się przedstawiać damie siedząc w siodle, ale okazja nie była aż tak doniosła by moczyć odzienie niemal do pasa, szczególnie o tej porze roku.
        - Longwei Junjie, do usług - skłonił się dworsko.
        - Panowie... - zarządził zerkając na pozostałych - Dalej Xiu, dasz radę, powtarzaj za mną, Ja nazywać się Xiu - z pełną powagą zwrócił się w stronę bruneta trzymającego wodze karosza.
        - Pierdol się! - warknął wymieniony, nim skłonił się w stronę syreny.
        - Gratuluję, tyle to nawet Shun wyduka - parsknął śmiechem Chen.
        - Mnie w swoje kretyńskie przepychanki nie mieszajcie - warknął mężczyzna w bieli i skłonił się oszczędnie, dopełniając prezentacji - Bai Shun.
        - Mingyu Chen, do usług - z uśmiechem skłonił się jeździec jabłkowitego ogiera.
        - Weisheng Xiu - jako ostatni przedstawił się butny brunet.
Przedstawili się jako pierwsi, jak nakazywał obyczaj i dobre wychowanie, pozostało czekać na miano panny.
        - Rozumiem, że znalazłaś się w trudnym położeniu, służę więc gościną - oznajmił książę z pewnym siebie uśmiechem.
Awatar użytkownika
Emma
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 64
Rejestracja: 4 lat temu
Kontakt:

Post autor: Emma »

        Ulga z przejścia w rozmowie na wspólną mowę nie trwała długo, gdy Emma zdała sobie sprawę, że niewiele ma do powiedzenia. Nie wiedziała gdzie jest, czuła się zaskoczona obcą mową i wcale „nic jej nie było”. Była skołowana, zmarznięta i słaba jak dziecko. Mimo to starała się nadrobić braki podstawą, a i opieranie się na ogonie w wodzie było łatwiejsze od stania na nogach. Na łagodne uśmiechy rozmawiającego z nią bruneta nie zwracała większej uwagi, dopóki nie zniknęły one na rzecz podejrzliwego nagle wyrazu twarzy. Zamarła pod jego spojrzeniem, dając się zaskoczyć i rewidując własne słowa, by odnaleźć w nich cokolwiek mogącego zaniepokoić mężczyznę. Gdy jednak padła „odpowiedź” na jej pytanie, syrena zmarszczyła lekko brwi i zacisnęła usta, powstrzymując pogardliwe prychnięcie. „W górskim jeziorze”! Znalazł się dowcipniś. Nienawidziła być na czyjejś łasce, a teraz dokładnie tak się czuła, rozpaczliwe wyczekując jakichkolwiek sensownych informacji.
        Gdy w końcu padły nieco bardziej rzetelne określenia, Emma zamyśliła się, próbując przywołać w głowie mapę Alaranii. Góry Słone, gdzie to było do diaska? Sam fakt, że nie była to żadna znajoma jej, chociażby ze słyszenia, okolica wywołał ukłucie paniki, która nie pozwalała naturiance się skupić. Przywołanie kierunku świata przez jeźdźca nieco pomogło, a jej w końcu zamajaczyło coś w głowie i syrena zbladła. Słysząc, że mężczyzna ma do niej jakieś pytanie spojrzała na niego uprzejmie, ale wzrok miała wciąż nieobecny.
        Otrzeźwiło ją dopiero wyjątkowo bezpośrednie zauważenie jej czujności i… ostrzeżenie, o tak, dobrze słyszała. Protekcjonalne słowa przy poważnym tonie, a dodatkowo nakaz ostrożnego postępowania sprawił, że nim brunet skończył drugie pytanie, Emma znalazła się na nie wiele więcej niż trzy łokcie od niego, wynurzając się aż po pas. Ogier parsknął nerwowo, próbując się cofnąć, podczas gdy syrena starała się nie pokazać zębów, ani nie ściągnąć bezczelnego mężczyzny do wody. Dosłownie spadła z nieba, najwyraźniej na ich oczach, prosto do lodowatego jeziora, gdzie prawie została stratowana przez czwórkę koni, a on się pyta, czy ktoś ją wysłał?! Wściekły Los wyłącznie! Priorytetem!
        Łagodne wyjaśnienia jeszcze przez chwilę napotykały tylko rozgniewane spojrzenie niebieskich oczu, które tym razem skoczyło też do odzywającego się nagle w obcym języku innego jeźdźca. Dopiero gdy brunet przetłumaczył mniej więcej słowa towarzysza, syrena prychnęła, odwracając się zamaszyście, tylko po to, by spojrzeniem ogarnąć przeciwległy brzeg jeziora. Nawet nie miała gdzie odpłynąć, by zniknąć im z oczu. Żałosny akwen. Odwróciła się znów w stronę jeźdźców, by wysłuchać dalszych wyjaśnień.
        Nic z tego, co powiedział brunet nie uzasadniało w jej mniemaniu wcześniejszych pytań, ale za to dość mocno skorygowało postawę syreny. Każde kolejne słowo było jak zadra na jej dumie, gdy uzmysławiała sobie, w jak fatalnej pozycji się znajduje. Katastrofalnej wręcz. Góry, zima, daleko od traktu, który na dodatek i tak już nie jest uczęszczany? Co ona miała zrobić? Westchnęła.
        - Ocena czy stanowię zagrożenie należy do pana, jednak moim zdaniem to zbytek ostrożności. Zwłaszcza w kontekście tego, w jakiej fatalnej sytuacji się, pana zdaniem, znajduję – powiedziała z wyraźną niechęcią, ale biorąc głębszy oddech i uspokajając się, co pewnie było tylko początkiem podupadania na duchu. Nawet właściwa jej w tej formie arogancja nie pozwalała wierzyć, by faktycznie mogła zagrozić czterem dorosłym mężczyznom. Jednemu owszem. Może dwóm. Wolała jednak nie sprawdzać swoich szans przy takiej dysproporcji sił.
        Spojrzała znów na jeźdźców, gdy ci zaczęli wycofywać się z jeziora i mimowolnie odetchnęła z ulgą. Gdy brunet skłonił się i przedstawił, podpłynęła bliżej, przysiadając bokiem na płyciźnie, gdzie woda zaledwie przykrywała jej ogon. Niespodziewanie musiała kryć rozbawienie, gdy mężczyźni zaczęli przekomarzać się we wspólnej mowie, która ewidentnie nie była ich ojczystym językiem. Jej spojrzenie padło w końcu na ubranego na biało mężczyznę, tego który obawiał się jej intencji, a który nie dołączył do przechodzących na wspólny język towarzyszy. Zrozumiała jednak prezentację, mimo że jego miano brzmiało dla niej równie osobliwie, co bruneta, a także, jak się zaraz okazało, całej czwórki, która teraz spoglądała na nią wyczekująco.
        Emma spuściła na moment głowę, rozglądając się za jakimś logistycznym ratunkiem z niewygodnej sytuacji, ale niestety nie miała większego wyboru, jak przemienić się w wodzie. Ogon uderzył ostatni raz w kamienisty brzeg, a Rosa wstrzymała oddech, nagle dobitniej czując jak zalewa ją lodowata woda, lepiąc do ciała przemoczoną suknię. Wyciągnęła lekko dłoń, spoglądając na bruneta i z ulgą przyjmując pomoc przy wstawaniu.
        - Dziękuję – powiedziała, dopiero teraz odgarniając mokre włosy na jedno ramię. – Emmarilla Rosa – przedstawiła się z głębokim dygnięciem, chyląc głowę i palcami przytrzymując perłową suknię. Po wymaganym etykietą czasie wyprostowała się, splatając przed sobą dłonie i delikatnym skinieniem odpowiadając na propozycję gościny.
        Mimo to, nie odezwała się od razu, analizując na spokojnie swoją sytuację. Nie umknęło jej uwadze, że jest boso. Pięknie, czyli zgubiła po drodze buty. Nie żeby szpilki w górach wiele zmieniały, ale i tak to praktycznie uniemożliwiało jej jakąkolwiek podróż, niezależnie od tego czy samodzielne poszukiwania szlaku uznałaby za sensowne, czy też nie. Może i z jej ust nie wydobywała się para, ale było jej zdecydowanie zbyt zimno na przemierzanie Łuski boso, w balowej sukni, i to zimą. Chwilowo musiała założyć, że mężczyzna jej nie okłamuje, bo po prostu nie miała możliwości sprawdzenia prawdziwości jego słów. Ale mimo tego wszystkiego, przyjęcie gościny wcale nie było takie oczywiste, zamiast tego stawiając ją przed niemożliwym wyborem. Nie milczała jednak długo, by nie być niegrzeczną.
        - Dość skutecznie uzmysłowił mi pan moje trudne położenie, panie Longwei – powiedziała ostrożnie, zastanawiając się, czy dobrze zinterpretowała jego miano. Na dobrą sprawę jego nazwisko brzmiało tak samo obco, jak imię, ale postanowiła zaufać intuicji.
        - W związku z tym, czy oferuje mi pan pomoc w odnalezieniu drogi do Menaos? – zapytała, trzymając się miasta, o którym już wspomniała. Nie miała też chwilowo lepszego kierunku. – Bo chyba nie gościnę aż do wiosny – dodała z wymuszonym uśmiechem, podkreślając absurdalność takiej możliwości.
        Szczerze nie wiedziała, co robić. Nie była podróżnikiem. Włóczyła się po Łusce z braku innego wyboru, nie z zamiłowania. Całodzienny marsz był dla niej koszmarem, a próba samotnego przemierzania gór skończyłaby się tylko w jeden sposób. Na dodatek hasło „zima” skutecznie zniechęcało ją do szumnych deklaracji. Marzła już teraz, a mokra suknia nie pomagała, ani w ogrzaniu się, ani w utrzymaniu godności, gdy doskonale wiedziała, że nie wygląda teraz zbyt skromnie. I chociaż zazwyczaj nie afiszowała się ze swoją magią, często za jedyną przewagę mając element zaskoczenia, teraz mogła wybierać między zachowaniem w sekrecie tego drobnego atutu, a zapaleniem płuc. Czekając więc na odpowiedź bruneta osuszyła się z wody.
        Użycie magii zdradził tylko lekki powiew wokół różowowłosej sylwetki, gdy syrena przeciągnęła dłońmi najpierw po swoich biodrach, jakby przymierzała nową suknię, a później po włosach. Wyciągana w ten sposób woda kapała jej z dłoni, którymi dziewczyna strzepnęła lekko na boki, pozbywając się ostatnich kropel, po czym splotła je niewinnie na powrót przed sobą.
Awatar użytkownika
Jun
Zbłąkana Dusza
Posty: 6
Rejestracja: 1 miesiąc temu
Kontakt:

Post autor: Jun »

        Syrena była skołowana, zamyślała się co dało się dostrzec, ale od stracenia głowy była daleka, co z kolei przytrafiało się niektórym szlachciankom już w momencie początków rozmowy, a co dopiero gdy zadać im poważne pytanie.
Tymczasem panna podpłynęła znacznie bliżej niż początkowo i wynurzyła się odważnie z wody, strasząc konia, którego w miejscu utrzymywały wodze i obcasy jeźdźca. Brunet przeciwnie do wierzchowca i białowłosego kolegi wydawał się bagatelizować sytuację.
Jun widział, że rozdrażnił najwyraźniej dość dumną damę nielubiącą przesłuchań czy wytykania jej marnego położenia w jakim się znajdowała, ale rozeźlone oczy naturianki napotkały jedynie niezmienną, przyjazną ale jakże zadowoloną z siebie facjatę księcia. Wzburzenie syreny było wręcz zabawne, przynajmniej dla Juna, Shun zaś odetchnął z niemą ulgą, gdy drapieżna panna oddaliła się nieco.
        Oczywiście, że nie odpowiedziała a wymijająco zemknęła z sedna pytania. Podstępu całe szczęście na obecną chwilę nie wyczuwał. Co do magii… zdawał się na zmysły Shuna. Ten nie dramatyzował bardziej niż przy zwykłym lwie górskim, więc chyba nie było się czego obawiać.
        - W naszych stronach zwykło się mawiać, że wierzący ładnym pozorom krótko żyją - wyjaśnił uczynnie, z uśmiechem. Decyzje już podjął.
        Działanie wedle szyku, niczym na rozkaz, już dawno weszła mężczyznom w krew i czy chcieli się popisać czy też nie, robili dokładnie takie wrażenie jakby nieustannie szpanowali musztrą. Zsiedli z koni niczym kawaleria, przedstawili się i chyba nieco oswoili syrenę ze swoją obecnością, bo ta niemal wypłynęła na brzeg.
        Junjie podobnie zresztą jak pozostali przyglądał się powabnej choć wpół rybiej sylwetce, nie bez przyjemności. Na moment zapadła cisza, którą jeźdźcy zrozumieli dopiero po chwili, podobnie jak wreszcie powiązali to co widzieli najpierw z tym co zastali. Panna westchnęła a ogon przemienił się w suknię.
        Jun wyciągnął dłoń, pomagając kobiecie wstać, przy okazji lepiej przyglądając się piękności. Niczym nie przypominała tutejszych szlachcianek, a przemoczona suknia tylko podkreślała atuty syreny. Włosy w kolorze płatków wiosennych róż, sprawiały zaś, że wyglądała jak postać z baśni.
        Co do uzmysłowienia trudnego położenia, Jun bezczelnie wyłożył wszystkie karty na stół nie czując konieczności przyoblekania wszystkiego w piękne słówka i obietnice. Syrena w górach, to brzmiało źle nawet dla niego, chociaż o syrenach wiedział minimum. Zimą…? Nie bez powodu w okolicznych jeziorach nie żyły żadne ryby. Woda była krystalicznie czysta, a sam zbiornik wodny piękny, idealny do podziwiania, lecz dla życia zupełnie nieprzystępny. Wśród kamienistego dna trudno było o pożywienia, a niskie temperatury przemieniały wodę w lód niemal do skał, dusząc wszystko pod swoją powierzchnią. Dlatego właśnie woda była tak przejrzysta, w jeziorze nie potrafiły przetrwać nawet glony
        - Obawiam się, że służę mniej wygodną dla panny opcją - odwzajemnił syrenie uśmiech, na moment zamierając z tym wyrazem, gdy kobieta niemal jakby zdjęła z siebie wodę. Czujne oczy Shuna obserwowały zabieg, ale sam mężczyzna nie wyglądał na zaskoczonego. Niewzruszenie trzymał za wodze swojego ogiera i kasztana. To sprawiało, że Junjie czuł się niezmiennie pewnie. Odruchowo zawsze stali tak, by mieć swoje poczynania w polu widzenia. Zachowywali się niemal jak jeden organizm, bez ślepych punktów i martwych pól, w których mogło skryć się niebezpieczeństwo.
        - Jestem jedynie lokalnym szlachetką - zaczął Junjie, a Chen popatrzył na księcia pobłażliwie, zaraz odwracając wzrok do wyczekujących towarzyszy, Shuna w szczególności, szeptem tłumacząc słowa generała.
        - Mam swoje obowiązki i nie mogę ruszyć w tak daleką podróż. Nie mogę też posłać swoich ludzi w momencie gdy doświadczeni podróżnicy się poddają. Mogę jedynie zapewnić pannie schronienie do czasu aż szlaki znów będą uczęszczane. Wiosną karawany ponownie ruszą górskim szlakiem i jakaś na pewno u mnie zagości - dokończył wyjaśnienia.
        - Może panna też zatrzymać się u mnie - wtrącił się Xiu, wychodząc naprzeciw Rosy - Chen przetłumacz - ponaglił kolegę.
        - Trzeba się było uczyć - prychnął, ale po chwili przeszedł do tłumaczenia.
        - Xiu proponuję gościnę u siebie, ale nie polecam, mieszka na takim wywiejewie, że przy nim nawet ten las wydaje się sercem cywilizacji - odezwał się Chen wesoło, podczas gdy uśmiech spłynął z twarzy Xiu na rzecz zaciętego wyrazu. We wspólnym mówił słabo, wstydził tego jak kaleczył język więc wolał użyć tłumacza niż wystawiać się na pośmiewisko kolegów, w szczególności, ale ze słuchu trochę rozumiał. Teraz zrozumiał na pewno. Gnojek i zdrajca.
        - Za to służę swoją pomocą, może mój dwór nie przystaje do domostwa generała - Jun wywrócił oczyma na celowe wtrącenie cwaniaczka - Lecz również niczego by ci nie brakowało.
        - Już, skończyłeś licytację? - prychnął Junjie
        - Nie wiedziałem, że się licytujemy, dodałbym jeszcze co nieco - szeroki uśmiech nie schodził z twarzy Chena.
        - Panna Rosa marznie, a tobie zbiera się na brylowanie - Jun uciął temat.
        - Pertraktacje dokończymy w cieplejszym miejscu, przy herbacie? - książę dokończył zdanie pytająco zerkając na syrenkę.
        To by było na tyle rozmowy, ale jeśli Emma myślała, że zostanie poprowadzona boso do konia, to się przeliczyła. Jun podniósł dziewczynę i dopiero z nią na rękach skierował się w stronę rumaka. Pozostała trójka już była w siodle. Shun przytrzymywał kasztana ciasno za uzdę, siedząc na białym ogierze. Xiu nadal lekko naburmuszony siedział na karoszu, któremu udzielało się zdenerwowanie spiętego jeźdźca i teraz drobił w miejscu czekając by zerwać się do biegu.
        Jun podsadził piękność na koński grzbiet i dopiero sam wskoczył na siodło zaraz za nią. Objął kobietę w pasie, drugą ręką złapał wodze i konie już zrywały się do biegu. Początkowo zastępem, jeden za drugim, ale tak ciasno, że niemal czuło się na plecach oddech pędzących za sobą wierzchowców. Na głównym trakcie sznur rozwinął się w pełnoprawny szyk. W najszerszym miejscu, przez chwilę konie cwałowały łeb w łeb, by za chwilę ustawić się w dwójkach. Shun galopował u boku Juna, Chen i Xiu tworzyli drugą parę, a huk koput niósł się echem po lesie skutecznie zganiając ze swej drogi co żywe.
        Wierzchowce biegły wytrwale do momentu aż trakt zaczął się wznosić znacznie wyraźniej niż pierwotnie, zwęził się, a laz zastąpiły strome skalne ściany. W wąwozie zwolnili do galopu, i takim tempem dojechali do niewielkiej ni to osady, ni warowni. Otwarta na oścież brama wpuściła jeźdźców, którzy nie zwalniając przemknęli główną ulicą mijając kilka budynków mieszkalnych oraz stajnie, wypadając drugą bramą na jeszcze węższą drogę. Tam już gęsiego ale nieustającym galopem dobrnęli do końca drogi. Wąwóz kończył się przepaścią.
Jedynym przejściem był podwieszany most. Konie niechętnie weszły na chybotliwe deski. Nie raz je do tego zmuszano, więc już nie oponowały, ale nie musiały być zadowolone.
Po drugiej stronie czekał dopiero właściwy zamek. Wkomponowany w górskie zbocza, drewniany, o charakterystycznej dla regionu, parterowej zabudowie.
Dopiero tu, na podjeździe z drobnych białych kamyków jeźdźcy zeskoczyli z koni, na które już czekała służba.
Książę pomógł Rosie zsiąść i znów bynajmniej nie zastanawiając się, czy kobieta ma ochotę spacerować o własnych siłach czy też nie, z piękną panną w ramionach powędrował zadaszonym holem, którego powałę utrzymywały rzędy kolumn, prowadzącym do głównego budynku.
Awatar użytkownika
Emma
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 64
Rejestracja: 4 lat temu
Kontakt:

Post autor: Emma »

        Przez cały czas syrena traktowała jeźdźców niemalże bezosobowo. Jakby stanowili element krajobrazu, równie jej w tej chwili obcy, co nieznana okolica, a to że porozumiewali się w języku, którego nie rozumiała, tylko potęgowało uczucie odosobnienia. Nawet rozmawiając z brunetem traktowała go chwilowo wyłącznie, jako źródło informacji, a jednocześnie potencjalne zagrożenie. Mając ogon była mniej ufna i niechętna do ludzi, stawiając wyraźną granicę między „nimi” a sobą i swoim wodnym światem. Mogło się to wydawać dziwne, gdy ktoś nie wiedział, przez co naturianka przeszła, i jak kończyły się znajomości zawierane pod tą postacią. Cóż, może Irs był wyjątkiem, ale to i tak mogłoby ulec zmianie, gdyby została z nim dłużej.
        Dopiero, gdy wyszła na brzeg i przedstawiła się w odpowiedzi, poświęciła większą uwagę zarówno swojemu głównemu rozmówcy, jak i jego towarzyszom. Wcześniej skupiała się przede wszystkim na własnej sytuacji, która nie nastrajała optymistycznie, delikatnie mówiąc. Emmie nie podobało się bezlitosne nakreślenie wyjątkowo niekorzystnego położenia, w jakim się znalazła, niemalże odczuwając zamykające się przed nią opcje ratunku (w tej chwili bowiem traktowała swoją sytuację w kontekście tarapatów). Z naturalną podejrzliwością podeszła też do słów bruneta, oferującego jej gościnę. Propozycja zatrzymania się u niego na dobrych kilka miesięcy nie brzmiała dobrze, niezależnie od kontekstu. Mężczyźni byli młodzi i przystojni, więc nie powinni być zbyt zdesperowani, ale wciąż byli kompletnie obcy i nie ufała im za grosz. Prawdopodobnie stąd decyzja o skonfrontowaniu Junjie, zamiast uprzejmego udawania, że nie wie, co ten ma na myśli i grania na zwłokę. Jednak i za sto lat nie spodziewałaby się, że mężczyzna tak szybko i skutecznie zbije ją z pantałyku.
        Chociaż pierwsze dwa zdania balansowały jeszcze na granicy przykrytej uprzejmościami przepychanki, następujące po nich argumenty były do bólu logiczne i Emma jeszcze bardziej pogrążyła się w rozpaczy nad własną sytuacją. Jeśli znajdowała się tak daleko od jakiejkolwiek cywilizacji, a w dodatku w tak niesprzyjających warunkach, że brunet nie chce ryzykować dla niej bezpieczeństwa swoich ludzi, to było naprawdę źle. I jakże mogła tego oczekiwać, przecież na dobrą sprawę stanowiła w tej chwili ciężar. Uczucie dojmującego chłodu tylko się spotęgowało, gdy ostatecznie zrozumiała, że chcąc nie chcąc, znajduje się w tej chwili na ich łasce. Może brunet kłamał, a może nie. Nie ryzykowałaby samodzielnego marszu w górach, w taką pogodę i w takim stroju, by sprawdzić jego blef. Zresztą na co byłoby mu zwabianie jej podstępem, skoro równie dobrze mógłby przerzucić ją przez siodło, gdyby chciał. Skinęła pokornie głową.
        - Oczywiście. W takim razie dziękuję za gościnę, będę zobowiązana – odezwała się w końcu o wiele uprzejmiej, nawet jeśli wcześniej nie zdawała się uchybiać grzecznościom. Poza tym pomyślała, że gdziekolwiek mieszka mężczyzna, ma tam jakieś mapy, które pozwolą jej zweryfikować jego słowa. Wtedy będzie spokojniejsza.
        Już wcześniej zwróciła uwagę, że jej rozmowa z Junjie jest tłumaczona przez… Chena, jeśli dobrze pamiętała, pozostałej dwójce, ale pełną uwagę przeniosła na nich dopiero, gdy drugi brunet odezwał się głośniej, podchodząc do niej. Xiu? Och, połamie na nich język. Znów kojarząc imię, spojrzała pytająco na tłumacza, który prychnął krótko, powtarzając zaraz we wspólnej słowa ubranego na niebiesko bruneta i dodając swoje trzy miedziaki. Emma uśmiechnęła się delikatnie, gdy swoboda przyjaciół chcąc nie chcąc rozluźniała atmosferę. Tym bardziej było więc widać jej zaskoczone spojrzenie, gdy Longweia nazwano generałem. Spojrzała na niego odruchowo, ale mężczyźni znów ściągnęli na siebie jej uwagę. Co więcej, dopiero słowa Junjie sprawiły, że zdała sobie sprawę z tego, że niemal dygocze z zimna. Nic dziwnego, stała po kostki w lodowatej wodzie, a suknia, nawet sucha, nie dawała grama ciepła.
        - Chętnie – odparła słabym głosem, w środku gorzko rozbawiona myślą, że gdyby ktoś faktycznie ją tu wysłał, ubrałaby się cieplej.
        Uprzejmie pytające spojrzenie powitało zbliżającego się bruneta, a gdy tylko Emma zorientowała się, co ten planuje, było już za późno na protest. Zaskoczona mogła tylko objąć ramieniem szyję mężczyzny, z niejaką ulgą przenosząc się później na grzbiet wierzchowca. Wąska suknia pozwalała jedynie na damski siad i Emma przytuliła nogi do końskiego boku, spoglądając niepewnie na zwierzę, gdy dołączył do niej Junjie. Zerknęła kątem oka na oplatające ją w pasie ramię, ale nawet jedna myśl nie zdążyła jej przemknąć przez głowę, gdy jeździec ruszył gwałtownie galopem. Do takiej jazdy zdecydowanie nie była przyzwyczajona, początkowo z przerażeniem usiłując utrzymać się w niestabilnym siadzie, jak i włosy w garści, by trzepocząc nie zasłaniały jeźdźcowi widoku. Jednak gdy konie zerwały się do cwału, syrena porzuciła wszelką godność, odwracając się w stronę bruneta, praktycznie przerzucając mu teraz nogi przez udo i kurczowo trzymając się jego tuniki. Darowała sobie przeprosiny, które zginęłyby w huczącym od pędu wietrze i tylko trzymała się drogiego życia, starając nie spaść. Gdy na dodatek zorientowała się, że mimo nieprzyzwoicie rozchełstanego stroju od mężczyzny bije ciepło, wtuliła się bezkarnie w jego ramiona, kryjąc przed zimnem.
        Miała nadzieję, że w drodze przemyśli jeszcze raz to, co usłyszała, ale skupiała się głównie na tym, by utrzymać w siodle. Dopiero gdy konie zwolniły do galopu, wróciła do bardziej przyzwoitej pozycji, chociaż jej zdaniem wciąż niewłaściwej damie. Miała jednak chwilę by rozejrzeć się po okolicy, szybko oddając prawdziwość wcześniejszym słowom Junjie, że są głęboko w górach. Otaczające ich skalne zbocza były czymś, czego jeszcze nie doświadczyła, i wpatrywała się ze zdumieniem w ściany wąwozu. Było tu właściwie pięknie, na swój surowy sposób.
        Na widok zbliżających się murów poczuła nikłą nadzieję, że być może znajduje się tu jednak osada, ale gdy tylko wjechali przez bramę na główną ulicę, szybko przypomniała sobie tytuł generała. Tu wiec mogły stacjonować jego wojska? Ale żeby tak młody mężczyzna, zajmował tak wysokie stanowisko? Ale zaraz, jaką ona w ogóle miała pewność, że to są w ogóle ludzie?! Skończona idiotka. Ukradkiem pociągnęła nosem, odwracając się w stronę bruneta i skupiając na głębszym wrażeniu, niż woni zimna i końskiej sierści. Jednak to, co poczuła, zaskoczyło ją na tyle, że zamrugała gwałtownie, nagle zdjęta niepokojem. Próbowała się teraz doszukać w emanacji czegoś więcej, ale to nigdy nie była jej mocna strona, i dotarł do niej tylko błysk żelaza, nim znów podskoczyła w siodle, wtrącając się ze skupienia. Gdy się rozejrzała, byli już poza granicami warowni, a przed nimi grunt urywał się nagle. Spojrzała wielkimi oczami na chybotliwy mostek, którego jedynym budulcem były grube liny i deski.
        - Chyba nie zamierzacie… na bogów – urwała i jęknęła, na widok pierwszego wierzchowca, wchodzącego ostrożnie na most. Cofnęła się w siodle, jakby to miało oddalić od niej nieuchronny koszmar, a gdy usłyszała pierwsze skrzypnięcie desek pod końskimi kopytami, wróciła do najbezpieczniejszego w tej chwili, mimo wszystko, miejsca pomiędzy ramionami Junjie. „Nie patrz w dół, tylko nie patrz w dół, w dół nie patrz”, powtarzała w myślach jak mantrę, spięta z nerwów. Syreny nie latają, więc nie powinny się nigdy znajdować na takiej wysokości!
        Otworzyła oczy dopiero, gdy poczuła, że koń wrócił na stały grunt i wtedy rozejrzała się, szybko dostrzegając cel ich wędrówki. Nigdy nie widziała takiej architektury i nie odwracała spojrzenia od zamku już przez całą pokonywaną stępa drogę. Naprawdę była w innym świecie.
        Gdy się zatrzymali, usiadła prosto, spoglądając przez ramię na zeskakującego z konia bruneta, po czym z wdzięcznością przyjęła pomoc przy zsuwaniu się z wierzchowca. Generałowi należało pogratulować umiejętności żonglerki kobietami, bo Emma nawet nie dotknęła stopami ziemi, nim znów wylądowała niesiona na rękach.
        - Panie Longwei – odezwała się, spoglądając w całkiem ładne bursztynowe oczy, gdy zmierzali holem domostwa. – Doceniam pańską pomoc, ale moje nogi działają całkiem sprawnie, nawet bez butów – powiedziała, nieco rozbawiona coraz bardziej absurdalną sytuacją. Co gorsza, wciąż nie wiedziała, co powinna myśleć o swoim gospodarzu, ale liczyła że najbliższe godziny to wyjaśnią.
Awatar użytkownika
Jun
Zbłąkana Dusza
Posty: 6
Rejestracja: 1 miesiąc temu
Kontakt:

Post autor: Jun »

        Piękność o różowych włosach jawiła się jako książkowa dama w opresji rodem z rycerskich eposów. Gdyby ktoś próbował Junowi wcisnąć tego typu opowieść, nie dałby wiary nawet jednemu słowu, uznając typa za gawędziarza marzyciela. Tymczasem piękna dama spadła z nieba i powoli uświadamiała sobie, że wbrew pozorom nawet miała trochę szczęścia w całym tym nieszczęściu.
        Nadmiernie sprawdzać darowanej syrenki Jun nie planował. Gdy tylko Rosa przystała na propozycję pomocy, książę poderwał kobietę z wody. Uderzenie serca później, byli w drodze, a Junjie polowanie uznawał za nader udane.
        Chen łowy uznawał za niestety mniej szczęśliwe. Gdyby jeszcze Emmarilla wykazała się większą wybrednością, ale syrenka ani myślała oponować czy wybierać dwór i została bezpardonowo zawłaszczona przez księcia. Proporcje powinny być zgoła odwrotne, cztery panny na jednego, może by było trochę zabawy, a tak, tyle było z rozrywki. Ledwie był późny ranek a wracali do zamku. Podobne nastawienie miał Xiu, tyle, że dla niego panna dodatkowo mówiła w niewłaściwym języku.
        W opozycji do ogólnego optymizmu stawał Shun. Ktoś musiał czuwać gdy dla srebrnowłosego Rosa była jak podręcznikowa przynęta lub wstęp do zasadzki i mężczyzna nawet podczas jazdy obserwował każdy ruch syreny wtulonej w księcia. Musiałaby naprawdę dobrze udawać, co było trudne ale nie niemożliwe.
        Konie nabrały tempa, a książę ciaśniej przytulił szukającą oparcia kobietę, niestety niespecjalnie mając możliwość lepszego nacieszenia się sytuacją czy widokami. Nawet w wolniejszym galopie nie miał innego wyjścia jak dokładnie pilnować drogi, zamiast cieszyć się wdziękami czy lekko wymuszonym afektem syreny.
        Dopiero gdy dotarli do wąwozu książę wreszcie zerknął na kobietę, akurat w momencie gdy w Emmę uderzyła świadomość w postaci ostatniego etapu wędrówki. Rodzący się cichy śmiech został zduszony w zarodku i nie opuścił ust bruneta, bardziej przypominając głębokie westchnięcie.
        - Spokojnie, nie upuszczę cię - mruknął w barwne włosy, niewzruszenie prowadząc konia po chybotliwym mostku.
Góry wymuszały plan przestrzenny nie odwrotnie. Można było z naturą walczyć, lub wykorzystywać ją na swoją korzyść. Wąwóz o stromych ścianach z warownią po drodze uniemożliwiał prześlizgnięcie się komukolwiek niedostrzeżonym. Zamek ulokowany na płaskowyżu jednego ze szczytów, oddzielony od dróg głęboką przepaścią, trudno było najechać. Po odcięciu mostu, jedynym zagrożeniem była niedostateczna ilość zapasów. To była główna droga, nawet jeśli mieszkańcy znali sekretne górskie ścieżki umożliwiające im ewakuację.
        Stępem pokonali też ostatni fragment wznoszącej się ścieżki i byli na miejscu. Kopyta koni zachrzęściły na kamieniach, podobnie jak stopy zeskakujących jeźdźców i podchodzącej służby. Jun pomógł syrenie zsunąć się z siodła, ale zanim kobieta zdążyła się zorientować, że znów nie sięgnie ziemi, ponownie była niesiona.
        - Jun wystarczy - oznajmił brunet, z uśmiechem pokonując podjazd i stawiając pierwsze kroki na deskach holu. Teraz mógł się lepiej przyjrzeć uratowanej/uprowadzonej naturiance. Niestety nie byli sami.
        - Książę nie tak łatwo wypuszcza kobiety z rąk, gdy już jakąś złapie - Chen zrównał się z nimi lekkim krokiem, szczerząc się zadziornie.
        - Chen, ładnie proszę, zamknij się - prychnął Jun, ale obok znalazł się też Xiu i zabawę należało odłożyć na później.
        - Może kamienie mamy z głowy, ale deski są zimne - uprzedził uśmiechając się zaczepnie, jednocześnie pozwalając Emmie opaść stopami na podłogę.
Na koniec, by całkiem zakłócić spokój szybkim krokiem na przeciw wyszedł im zarządca dworu blady jak ściana. Panicze wrócili wcześniej, to nigdy nie wróżyło nic dobrego. Policzył jednak wszystkie kończyny, nie widział kałuż krwi, więc wypadając szybkim marszem zza zakrętu zaczął zwalniać gdy tylko zyskał ostrość. Gdy jego wzrok padł na kobietę zwolnił jeszcze bardziej, nim pytającym spojrzeniem popatrzył na Juna. Ten wydał kilka szybkich rozkazów i zwrócił się do Rosy.
        - Służka zaprowadzi cię do pokoju, w którym będziesz mogła się przebrać czy odświeżyć jeśli zechcesz, a potem pomoże ci trafić do saloniku gdzie będziemy czekać z herbatą - wytłumaczył z ciepłym uśmiechem, delikatnie dotykając pleców naturianki, nakłaniając ją do podążenia za pokojówką znajdującą się w cieniu szambelana, który chyba oczekiwał przynajmniej odrobiny wyjaśnień a nie tylko zaleceń.

        Wchodzącą do herbacianego salonu powitały spojrzenia czwórki mężczyzn siedzących w klęczkach, mniej lub bardziej, bo Jun bardziej na wpół leżał niż siedział, Xiu i Chen również byli raczej nonszalancko rozlokowani, jedynie Shun siedział prosto jak struna.
Na podłodze leżało kilka poduszek dla chętnych, albo bardziej wygodnych, chwilowo zupełnie wolnych. W środku pomieszczenia stał niewielki stolik z imbryczkiem z herbatą w komplecie z drobnymi filiżankami bez uszek. Obok stały paterki z lokalnymi przekąskami i owocami.
        Na pierwszy rzut oka szlachcice prezentowali się jak spójna całość. Podobny ubiór, wysokie, smukłe sylwetki, długie jak na mężczyzn włosy czy blada karnacja. Bez trudu zaliczało się ich do jednej nacji. Na tym podobieństwa się kończyły. W komplecie mężczyźni wyglądali niemal jak przedstawiciele czterech żywiołów.
Jeździec jabłkowitego ogiera wydawał się najmniej zapadający w pamięć. Długie, czarne włosy, spięte w wysoki koński ogon sięgały łopatek, podczas gdy krótsze kosmi wymykały się z wiązania i opadały na policzki mężczyzny, sięgając nieco poza jego szczękę. Ubiór zgodnie z klanowym zwyczajem swoim kolorem nie wykraczał poza szarości czy oliwkową zieleń, jedynie czasami (choć nie tym razem) zbliżając się do jaśniejszych barw bliskich kości słoniowej, nic ekstrawaganckiego ani krzykliwego. To intensywnie zielone tęczówki wydawały się najbardziej charakterystycznym z elementów w wyglądzie potomka rodziny Mingyu. Te spoglądały na wszystko i wszystkich wesoło, ale nie bez odpowiedniej dozy arogancji i teraz przyglądały się Rosie od stóp do głowy.
        - Witamy ponownie - uśmiechnął się szeroko. Chen przeciwnie do Shuna był towarzyski i stosunkowo łatwy w obyciu ale też równie skory do bijatyki jak Xiu, chociaż w mniej dosadny sposób. Początkowo można było nawet uznać bruneta za przykład rozsądku i umiaru. Przynajmniej dopóki nie zobaczyło się mężczyzny w akcji, bo Chenowi nie brakowało rozmachu zarówno w zabawie jak i walce. Chen był szermiermierzem, a u jego boku dało się dostrzec jednoręczny miecz podobny do tego noszonego przez Juna.
        Tak jak czwórka przyjaciół zawsze mogła na siebie liczyć, tak Chen i Xiu ze sobą dogadywali się najlepiej chociaż po sprzeczkach oczekiwałoby się czegoś innego. Dodatkowo ich włości leżały w sąsiedztwie, więc w najcięższe miesiące, gdy szlaki były zasypane, drogi do rozrywek odcięte, a czwórka podzielona, ta dwójka nieraz mimo wszystko miała możliwość się spotykać by wspólnie szukać zabawy.
        Barwy rodziny Weisheng oscylowały od granatów przez odmiany ciemno niebieskiego aż po czerń, i Xiu w takich kolorach zawsze się nosił.
Czarne włosy trochę dłuższe od towarzysza spięte były nisko, w luźny koński ogon. Szare, ciemne spojrzenie pełne buty niemal w każdej chwili błyskało chęcią do zaczepki. Bronią Xiu była długa włócznia, a przyjaźń z Junjie zaczęła się od nieustającej rywalizacji obu chłopaków, a nie wspierania się w przeciwnościach. Jeśli Xiu akurat nie zaczepiał Juna to zwykle sprzeczał się z Chenem. Na polowaniu włócznia tylko przeszkadzała więc podczas rozrywkowych wypadów, u boku Xiu spoczywała katana. W walce każdy doceniał wsparcie agresywnego włócznika. Xiu nigdy nie uczył się języków zawsze mając coś ciekawszego do roboty niż wkuwanie, ostatecznie więc umiał tyle co udało mu się przyswoić mimochodem, gdzieś przy okazji.
Większego przeciwieństwa dla Xiu niż Shun próżno by szukać. Już na pierwszy rzut oka mężczyźni byli jak ogień i woda, lub literalnie czerń i biel.
        Shun odróżniał się od reszty nie tylko nieskazitelnie jasnym wyglądem, ale i podkreślającymi go nietypowymi na tle pozostałych, srebrnymi włosami. Znacznie mniej przystępny charakter był równie widoczny jak kolor włosów.
Rodzina Bai od zarania należała do jednych z najbardziej konserwatywnych rodów, swoje wartości przekazując następnym pokoleniom niezmiennie, nie uginając się pod sugestiami bardziej postępowych familii. Takim sposobem Shun nie mówił we wspólnym nie dlatego, że brakowało mu zapału do nauki. Dziedzic rodziny Bai, tak jak cała rodzina uważał Wspólny za język mu całkowicie zbędny. Dla odmiany elficki Shun miał opanowany na poziomie umożliwiającym całkiem sprawny kontakt, ponieważ ten język jako jedyny uznawano za dość wartościowy by go przyswoić. Rodzina Bai miała jeszcze jedną ważną cechę. Od pokoleń opanowali i doskonalili sztukę walki dwoma mieczami, tak więc u boku Shuna zawsze spoczywała rodowa katana i jej nieco krótszy odpowiednik.
Shun poza tym był ostoją rozsądku i szóstym zmysłem całej ekipy. Jeśli ktoś oczekiwał nieoczekiwanego i przewidywał najgorsze scenariusze, to właśnie Shun. Dodatkowo czuły zmysł magiczny sprawiał, że mężczyzna był znacznie bardziej wrażliwy na otoczenie niż pozostali. Jeśli zaś ktoś skakał zaraz u prawicy księcia prosto w ogień to również srebrnowłosy wojownik. Przyjaźń łączyła tę dwójkę najdłużej, reszta chłopców dołączyła kilka lat później.
Ubrany zawsze w biel lub pokrewne barwy, długie niemal do pasa włosy, zawsze nienagannie związywał w wysoki koński ogon, i poza typowo nocnymi godzinami nikt nie uświadczał mężczyzny z rozpuszczonymi kosmkami. Błękitne tęczówki były jasne jak niebo w mroźny, zimowy, bezchmurny dzień, a spojrzenie zazwyczaj ostre i chłodne niczym sam lód. Właśnie to spojrzenie nawet podczas szarży co jakiś czas taksowało pannę wtuloną w ramiona księcia szukając najmniejszych wad czy potencjalnych problemów, przynajmniej tych wykraczających poza standardy wytyczane przez temperament Junjie.
        Junjie na tle kompanów wyglądał najbardziej beztrosko. Włosy niemal jak zawsze miał rozpuszczone przez co rozciągały się na podłodze razem z tuniką. Ciemne barwy przeszyte rdzawymi czy czerwonymi wstawkami podkreślały kolor oczu i butne spojrzenie, niezostawiając wiele miejsca na dywagacje kto symbolizowałby ogień w tym zestawie.
Awatar użytkownika
Emma
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 64
Rejestracja: 4 lat temu
Kontakt:

Post autor: Emma »

        Syrenka lekkim skinieniem głowy przyjęła zdrobnienie imienia do wiadomości – było o wiele prostsze do wymówienia.
        - Emma – odwzajemniła się, zgadzając w ten sposób na rezygnację z formalności, co zaledwie chwilę później nawet nie przeszłoby jej przez myśl. Gdy Chen zrównał z nimi kroku, bezczelnie nazywając przyjaciela kobieciarzem, syrena puściła ten przytyk mimo uszu, skupiając się tylko na jednym słowie.
        Książę? - pomyślała zaskoczona, niemalże już z rezygnacją. Niemożliwe. Generał i książę na dodatek? No to się nie dzieje. I co teraz? Żadne ceremoniały, które znała, nie przewidywały odpowiedniego zwracania się do księcia, który zdążył już nieść ją na rękach i zaproponować mówienie do siebie po imieniu. Syrenka w milczeniu opuściła nogi na (rzeczywiście zimne) deski, spoglądając z niedowierzaniem na bruneta. Oczywiście i tak było już po ptakach i nie było sensu odstawiać szopek. Gdyby chciał, żeby się do niego zwracać z emfazą to już na początku przedstawiłby się pełnym mianem, a on nie napomknął ani o tytule generała ani księcia. To Chen zarówno za pierwszym razem, jak i teraz, chyba umyślnie zdradził pozycję przyjaciela, a książę chociaż nie wydawał się rozgniewany, to w obu wypadkach szybko uciął temat.
        Gdy w holu pojawiła się kolejna osoba, Emma skinęła tylko uprzejmie głową na powitanie, jako że nikt ich sobie nie przedstawiał. Jun wydał chyba jakieś polecenia w ich mowie, bo zza zarządcy wychyliła się niska dziewczyna, a po chwili książę zwrócił się do syreny. Rosa skinęla głową i ponaglona delikatnym dotykiem ruszyła za służką, odwracając się jeszcze na krótko przez ramię, nim zniknęła za zakrętem.

        Posiadłość nie przypominała żadnego budynku, jaki Emma kiedykolwiek widziała. Sufity były stosunkowo niskie, część korytarzy praktycznie otwarta na zewnątrz, a do pomieszczeń prowadziły szerokie, jednoskrzydłowe drzwi bez klamek. Cuda na kiju. Idąca przed nią dziewczyna stawiała drobne kroki w dziwnym stroju, więc Rosa miała czas się porozglądać, nim służka w końcu zatrzymała się przed jednym z pokoi i otworzyła drzwi, wprawiając naturiankę w bezbrzeżne zdumienie, gdy skrzydło nie otworzyło się na oścież, ale odsunęło na bok. Emma ostrożnie weszła do środka, rozglądając się niepewnie i zaraz ruszając dalej, za prowadzącą ją dziewczyną. Tyle dobrego, że łazienka wyglądała względnie znajomo.
        Służka zakrzątnęła się wokół balii, szykując wszystko, razem z ręcznikami, na stojącym obok stoliczku, po czym, ku uldze Emmy, wycofała się w półukłonie, zamykając za sobą drzwi. Syrenka nie tracąc czasu odkręciła wodę, rozebrała się i przejrzała przyszykowane kosmetyki, czekając aż balia się napełni. Wówczas wrzuciła do środka znajomy kamień księżycowy i weszła do środka, z ulgą zanurzając się w gorącej wodzie. Nie zamierzała moczyć się długo; nie wypadało, by na nią czekali, jednak potrzebowała chociaż na chwilę się ogrzać, bo miała wrażenie, że ziąb przeniknął ją do samych kości.
        Niedługo później wyszła z wody i owinęła się ręcznikiem, a nasłuchująca chyba za drzwiami służka niemal od razu weszła do środka z jakąś długą, białą koszulą w rękach. Emma spojrzała niepewnie na materiał i na swoją suknię, ale erevalliańska dziewczyna przezornie złapała perłowy materiał, a syrenę ponagliła gestem, by się ubrała, znów znikając za drzwiami. Rosa zmrużyła oczy ze znużeniem i westchnęła, nie mając siły na dyskusję na migi. Wciągnęła przez głowę dziwny strój, wyglądający jak nieco bardziej dopasowana koszula nocna, i przeszła do pokoju. Służka z zadowoleniem pokiwała głową i poprowadziła naturiankę przed oparte o ścianę wysokie lustro. Emma śledziła spojrzeniem jej odbicie, gdy dziewczyna wracała po kolejny materiał, zaczynając ubierać gościa jak naturalnych rozmiarów lalkę, a naturianka nie oponowała. Szybko zorientowała się, że zakłada się jej jakiś lokalny strój i po prostu posłusznie podnosiła ręce, obracała się i przytrzymywała poły materiału, gdy ciemnowłosa dziewczyna kręciła się wokół niej sprawnie, w pewnym momencie nawet zawijając ją jakąś szarfą pod biustem. Rosa była na tyle zainteresowana działaniami dziewczyny, że na własne odbicie spojrzała dopiero po zakończonej sukcesem przymiarce.
        Sięgający kostek strój wyglądał jej zdaniem trochę jak grubsza podomka, ale mimo to prezentowała się w nim ładnie. Jednolicie czarny materiał urozmaicony był przez oparty na gałązkach drzewa kwiatowy wzór, pnący się gęsto od dołu i sięgający góry jedynie pojedynczymi płatkami różowego kwiecia. Te pojawiały się też na niemożliwie szerokich rękawach. Szarfa przytrzymywała szlafrokopodobny strój ciasno przy sylwetce, ale w rękawie Emma mogłaby schować głowę. Fascynujące. Nie czuła się w tym stroju pewnie, ale przynajmniej było jej ciepło i była wyjątkowo skrupulatnie zasłonięta przed męskim wzrokiem, czego nie można było powiedzieć o jej wcześniejszej sukni. Służka zamierzała się na nią jeszcze z dwiema długimi szpilami, ale tu Rosa zaprotestowała stanowczo, odgarniając bujne włosy na jedno ramię. Różowe pukle były jej chlubą i najcenniejszą własnością, i układała je tak, jak jej się podobało, a tym samym dość rzadko upinając w ogóle, o kokach nie wspominając.

        Służka poprowadziła ją znów tym samym korytarzem, tym razem nieco dalej, nim zatrzymała się przy drzwiach, zza których dobiegały już męskie głosy. Przesunęła skrzydło i od razu skłoniła się w pół, zaczynając coś szybko mówić w swoim języku, podczas gdy Emma obrzucała siedzących mężczyzn bystrym spojrzeniem. Służka w końcu wyprostowała się i gestem zaprosiła naturiankę do środka, wskazując jeszcze na jej nogi i mówiąc coś niezrozumiale. Rosa tylko przez tchnienie wyglądała na skołowaną, nim dostrzegła stojące w progu obuwie. Zsunęła więc sprawnie swoje pantofle, spoglądając pytająco na dziewczynę, która rozpromieniła się, kiwając głową i wycofała się, zamykając za sobą drzwi.
        Syrena uśmiechnęła się lekko na powitanie i podeszła boso do stolika, po czym zwróciła się w stronę gospodarza.
        - Jeszcze raz dziękuję za gościnę… Wasza Wysokość - powiedziała i skłoniła się z szacunkiem, ale zarówno w jej głosie, jak i spojrzeniu, gdy się wyprostowała, dało się odczuć subtelny przytyk, co do umyślnego utrzymywania jej w niewiedzy. Jak gdyby rozumiała dowcip, jednak go nie podzielała (“lokalny szlachetka”, też wymyślił). Formalnie jednak nie można jej było nic zarzucić, a Junjie nie wyglądał na wariata, który ścina głowy za podejrzenie o nutę ironii w czyimś głosie. Bo oczywiście i tacy po świecie chodzili.
        Emma zaś, mimo że już wcześniej postanowiła zastosować się do niemego życzenia księcia, by go nie tytułować, teraz nie potrafiła się zmusić do nazwania go po imieniu. Zwyczajnie nie przeszłoby jej przez gardło, więc jeśli generał życzył sobie nieformalnej atmosfery, musiał ją poprawić.
        Zajęła wskazane jej wolne miejsce na podłodze, sprawnie przyklękając i siadając na obciągniętych stopach, a naturalnie prostą sylwetką upodobniła się do białowłosego mężczyzny naprzeciwko niej. Brak krzeseł dla większości obcych byłby problematyczny, ale Emma nie przetrwałaby długo, gdyby nie umiała się sprawnie dostosowywać do panujących na dworach zwyczajów. Poza tym było jej nawet wygodnie, więc mogła zaspokoić własną ciekawość i spróbować czegoś nowego.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Dalekie Krainy”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość