Las DriadJa Cię szukam, A Ty nic

Kraina baśniowych stworzeń, gdzie mgliste polany i rozległe lasy zamieszkują majestatyczne pegazy i jednorożce, a gdzieś w głębokimi lesie spotkać możesz cudownie piękne, leśne Driady. To właśnie w tym lesie położony jest wielki Jadeitowy Pałac Królowej Driad i ich święte miasto ze Źródłem Nadziei i Ołtarzem Nocy.
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Tean
Szukający drogi
Posty: 26
Rejestracja: 3 lat temu
Nagrody: [img]http://granica-pbf.pl/images/gwiazdki.png[/img]
Kontakt:

Ja Cię szukam, A Ty nic

Post autor: Tean »

Słodkie szaleństwo demonicy sprawiało, że diabeł nie przestawał o niej myśleć. Nie ważne czy była obok, czy nie, on wciąż miał jej obraz przed oczami.
Gdy wychodzili z budynku, piekielny był z siebie bardzo zadowolony, nadal miał obie ręce, ponadto w jednej trzymał delikatną dłoń swej ukochanej, aż mu się cieplej robiło na jego czarnym sercu.

- W takim razie, następnym razem zabiorę cię na spacer po piekle – stwierdził Tean i z lekkim uśmiechem obserwował uciekających ludzi, kobiety piszczały albo krzyczały – Biedactwa – prychnął z rozbawieniem – Jak już coś robić to konkree… -zaniemówił widząc jak demonica zaczęła tańczyć z powietrzem.

Niedbale odgarnął kosmyki włosów, które opadały mu na oczy i z rozbawieniem patrzył na jej taniec. Jednocześnie przyglądał się jej wirującemu ciału i wcale tego nie ukrywał. Podobało mu się, więc nawet nie śmiał jej przerwać. Niestety ktoś inny miał inne zdanie i postanowił nie pozostawiać jej bez partnera. Grymas na twarzy piekielnego natychmiast się zmienił, ruszył w stronę tego idioty, a jeszcze bardziej się wkurzył, widząc, że to Brian. Miał ochotę go sprać na kwaśne jabłko, ale nagle poczuł, jak nie może wykonać żadnego ruchu. Nie ważne jak bardzo napinał mięśnie rąk i nóg ani jak bardzo pragnął przełamać to zaklęcie nim będzie za późno. Zniknęli.
Czar mężczyzny przestał działać, a diabeł nieprzygotowany na nagłe zwolnienie napiętych mięśni wywrócił się i padł twarzą w ziemię. Zaraz oczywiście wstał i wydał z siebie okrzyk wściekłości. Miał w nosie, że większość oczu spoczęła na nim, a było tu całkiem sporo ludzi. Jedni przyszli z ciekawości zobaczyć co się stało, inni pomóc gasić pożar, pomóc rannym, a inni zaś znaleźli się w tym miejscu całkowicie przypadkowo.
Piekielny targany negatywnymi emocjami wsiadł do wozolotu i odleciał z tego miejsca czym prędzej, nie miał czasu na rozlew krwi, a jeszcze kilka chwil i by się w ten sposób rozładował.

- Odnajdę cię Camie, odnajdę – powiedział pod nosem, był zdeterminowany.

Szybko opuścił centrum Valladonu znajdując się nad jego obrzeżami. Droga powietrzna była najlepsza, żadnych utrudnień, zakrętów wydłużających podróż, prosta droga z jednego miejsca na drugie. Gdyby tylko diabeł wiedział, dokąd właściwie ma lecieć.

- Przeklęty! – krzyknął, uderzając w ster swojego wynalazku, co nie skończyło się dobrze, bo prawie stracił na nim panowanie – Ugh – westchnął.

Był spory kawałek nad ziemią, upadek mógłby być dość bolesny, dlatego postanowił skupić się nad lotem, niż na pielęgnowaniu tej złości, którą miał nadzieję przelać na tego śmiecia, Briana, jak go tylko dorwie. Nie kradnie się diabłu kobiety.
Czas mijał, a Tean oddalił się od Valladonu spory kawałek, był nad jakimś lasem, a jako że zdążył się zmęczyć, postanowił wylądować. Zresztą nie miał pojęcia gdzie szukać swojej maie, którą ten mężczyzna mógł zabrać nawet gdzieś poza Alaranie.
Diabeł postawił pojazd obok drzewa, pod którym postanowił odpocząć i pomyśleć. Nie przejmował się zbytnio innymi ludźmi, nadal utrzymywał czar iluzji, która upodabniała go do zupełnie zwyczajnego mężczyzny. Nawet się nie zorientował, gdy zmorzył go sen.
Śniła mu się Camie, bezbronna, uwolniona od tych śmiercionośnych wstęg i Briana. Mógł z nią zrobić, co chciał, nagle we śnie pojawiły się niezwykle irytująca para bachorów, śmiejących się tak, że uszy bolały. Tean otworzył oczy i natychmiast odkrył źródło dziwnych obrazów we śnie.

- Co jest? – wstał natychmiast, widząc, jak młode rodzeństwo skacze po jego pojeździe. Diabeł bez ogródek podszedł do dzieciaków, chwycił je za fraki i dosłownie cisnął nimi jak najdalej. Gdy te wystraszone i zdezorientowane zaczęły płakać od bolesnego spotkania z ziemią, przez moment pokazał im swoją prawdziwą twarz, od razu wstały i uciekły, gdzie pieprz rośnie.

Niestety narobiły trochę szkód w pojeździe, a więc krótki postój zapewne się wydłuży. Piekielny rozjuszony kopnął kilka razy ziemię i zaczął chodzić w kółko. Nie spodziewał się takiego obrotu spraw, przecież tu nawet nie widać było żadnej wioski, a nie miał przy sobie odpowiednich narzędzi do naprawy swego tworu.

- Cholera… - westchnął diabeł – Skąd te potwory się tutaj wzięły?!

Awatar użytkownika
Carmen
Błądzący na granicy światów
Posty: 20
Rejestracja: 4 lat temu
Kontakt:

Post autor: Carmen »

Co to za cygan bez wozu? Żaden. Carmen skazana była więc na towarzystwo "szczęśliwej" (nie bardzo), cygańskiej (chyba) i głośnej (to na pewno) rodzinki, która zaoferowała się podwieźć ją na stare śmieci. Tak sobie elfka mówiła do siebie, że jak znajdzie kilka osób ze starej zgrai to może przyłączy się do występów znowu, jakoś trzeba było na chleb ukraść... eee, to znaczy zarobić.
Podobała jej się nowa kompania, ale w końcu wszystkich wywiało na cztery strony świata, no i nic, trzeba podróżować samej. A nawet Carmen sama ze sobą nie może długo wytrzymać. Skoro więc nadarzyła się okazja to wskoczyła do tego wozu w ramach podwózki. Trochę tylko miała już dość rodzinki zamieszkującej jej wnętrze.
Rodzice byli ludźmi, oboje, w średnim wieku. I z mocnym temperamentem. Bywało, że się mocno pokłócili na temat jakiejś głupoty - każda z tych dyskusji była bardzo żywiołowa. Z drugiej strony jednak tak samo głośni byli kiedy wspólnie śpiewali albo gotowali, a nawet byli dla siebie czuli. Rodzeństwo, dziewczynka i chłopczyk, widocznie odziedziczyli po nich ten sposób bycia, w kółko przytulając się do siebie albo wtykając patyki w oko. Może po prostu mieli taki styl bycia, nie miała nic przeciwko. Nawet całkiem miło było, kiedy pośpiewała z nimi coś-niecoś albo dzieciom opowiedziała historyjkę. Słodko się te bachorki śmiały jak pokazywała jak na rękach potrafi chodzić albo żonglować kamieniami.
Miała tylko podejrzenia co do tego, czy ten wóz i ta tułaczka to faktycznie ich styl życia. Nie zatrzymywali się nigdzie, jedli z zapasów, i widać było, że nie do końca przyzwyczajeni, jakoś im ciężko było. Carmen nie chciała być wścibska, więc z początku próbowała nie pytać, ale mimo chęci Carmen wścibską jest, więc zapytała. Okazało się, że rodzinka ucieka na północ, znaleźć jakąś pracę w Sharii albo Thenderionie. Tam skąd pochodzą już nie jest bezpiecznie. Zwykle byli wylewni, a teraz jakoś obchodzili temat, więc elfka stwierdziła że nie ma co naciskać. Ich sprawa. Dobrze, że są razem, że nic ich nie rozdzieliło.
No to jechała z nimi, dalej i dalej, nawet cieszyli się z tego, że do nich dołączyła, bo trochę na dzieci popatrzyła, trochę ugotowała, no i pocieszna była.

Zatrzymali się raz na postój gdzieś w środku lasu. Carmen wyskoczyła z wozu rozprostować kości i dla swojej małej dwuosobowej publiczności zrobiła małe przedstawienie pod tytułem "patrzcie, tak się umiem wyginać, jakbym nie miała kręgosłupa!". W końcu dzieci zaczęły zajmować się własnymi sprawami i poleciały się bawić w chowanego, a elfka dostawała szewskiej pasji próbując im dać do zrozumienia, że tego typu gra pośrodku wielkiego lasu nie jest zbyt dobrym pomysłem. Albo maluchy całkiem ją zignorowały i już się nawzajem szukały, albo ukryły się gdzieś blisko i robią do siebie głupie miny. Carmen próbowała je znaleźć, tracąc cierpliwość z minuty na minutę, mamrocząc pod nosem przekleństwa.
Aż w końcu usłyszała ich donośny pisk.
- Aaaa, mam was! - zakrzyknęła, pędząc w ich stronę.
Zatrzymała się przed mężczyzną, który wyglądał jak zwykły człowiek, ale pachniał nieco jak piekielni. Popatrzyła na niego zdziwionym wzrokiem.
- W którą stronę pobiegły te małe potworki? - zapytała w końcu, przechodząc prosto do rzeczy, i uśmiechając się nieco głupawo.

Awatar użytkownika
Camelia
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 68
Rejestracja: 4 lat temu
Kontakt:

Post autor: Camelia »

        Zgrzyt. Brzdęk. Kolejny zgrzyt. Camelia wsłuchiwała się w harmonię dźwięków, które teraz ją otaczały. Ostatnio, jak znajdowała się w tych lochach, siedziała bezwładnie w celi. Zmęczona wcześniejszymi eksperymentami nie miała siły nawet odpyskować zerkającym do niej strażnikom. W tamtych czasach widok Briana przyprawiał ją o dreszcze. “A żeby teraz było inaczej…”, pomyślała przemieniona. Kiedy ujrzała swojego ukochanego na balu, z całego serca pragnęła odciąć mu głowę i wykopać ją przez okno. Teraz także miała ku temu zapędy, lecz istniało coś, co przeszkadzało demonicy. A ona musi odkryć, co to takiego.
        Teraz spokojnie mogła siedzieć we wszystkich opuszczonych celach. Mogła spać bez koszmarów. Mogła poruszać się po całym obiekcie. Mogła, mogła…
        Nie mogła go zabić.

        Camelia przewróciła się ponownie na bok, narzekając w myślach na niewygodne posłanie. Może i koszmary odeszły, ale zmory tamtych czasów przypominały o sobie niemiłosiernie. Każde zadrapanie na ścianie krzyczało do maie: “wróciła! Haha, znowu wróciła! Głupia!”, jakby doskonale zdając sobie sprawę, dużo bardziej niż czarnowłosa, jaki okropny błąd popełniła.
        Ona nie mogła się im poddać. Musiała być silna - w końcu jest teraz nową Camelią. Nie może umrzeć za szybko.

        Brian nie pozwolił jej poleżeć za długo. Wparował do “jej celi” z impetem i już otwierał usta, żeby coś powiedzieć, jednak jego niedoszła kochanka odezwała się pierwsza:
        - Dlaczego tutaj? - Nie odwróciła się do niego nawet na chwilę. Podniosła się powoli z posłania i wyjrzała przez malutkie okienko. Czarne ściany oświetlał delikatny promień jasnego światła.
        - Nostalgia, Camie - odparł, uśmiechając się pod nosem. - Poza tym, wiesz, że potrzebuję twojej pomocy przy… - Nie skończył mówić. Jedna ze wstęg momentalnie znalazła się przy jego gardle. Zatrzymana o włos, groziła wizją szybkiej i nagłej śmierci. Niech wie, że demonica może go zabić w każdej chwili.
        - Jeszcze nie - odparła, po czym ponownie położyła się na posłaniu i cofnęła wstęgę. Usłyszała za sobą trzask drzwi, co dało jej jawny sygnał, że Brian opuścił pomieszczenie. Zrozumiał, że Camelii trzeba dać dużo więcej czasu na przystosowanie się.
        Do końca dnia zastanawiała się, czy Tean już jej szuka…

Awatar użytkownika
Tean
Szukający drogi
Posty: 26
Rejestracja: 3 lat temu
Nagrody: [img]http://granica-pbf.pl/images/gwiazdki.png[/img]
Kontakt:

Post autor: Tean »

Tean wciąż łaził w kółko, myśląc, jakich narzędzi potrzebuje i czy da radę stworzyć je magicznie jakoś tak na szybko. Nie mógł sobie pozwolić na długie postoje, miał zadanie do wykonania i to takie, które mu się szybko nie znudzi, co było rzadkością. Nie chciał więc zaprzepaszczać szansy na jego wykonanie. Skończył niemal bezczynne rozmyślanie i przeszedł do oceniania strat. Te małe bestie zniszczyły jedno skrzydło wozolotu. Materiał wprawdzie nie został rozerwany, ale sam szkielet, na który był nałożony, miał wyraźne pęknięcie. To akurat uznał, że naprawi z drobną pomocą magii, gorsza sprawa z tylnym kołem. "I niby to piekielni sieją chaos i destrukcję?" – prychnął w myślach. To były dzieciaki, a to było koło. W obu przypadkach nie było tego widać.

Stworzył sobie delikatny, ale mocny sznur, którym zaczął obwiązywać pękniętą część. W międzyczasie rozmyślał skąd wziąć zapasowe koło. Rozważał nawet wyczarowanie, ale jak ostatnio próbował zrobić coś podobnego, nie wyszło najlepiej. Podrapał się po głowie i rozejrzał wokół. Gdyby tylko ktoś tędy przejeżdżał…
Postanowił ruszyć w stronę traktu, który widział z góry kawałek dalej. Nim jednak gdziekolwiek zaszedł, na jego drodze stanęła piękna, ciemnoskóra kobieta. Tean, choć wciąż zirytowany, od razu się do niej uśmiechnął w taki sposób, jakby na moment zapomniał o Camie. Mina mu zrzedła, gdy elfka wspomniała o parze niewychowanych i nadpobudliwych bachorów.

- Och, tak… Gdzieś tam pobiegły — odburknął i niedbale machnął ręką w losowo wybranym kierunku, nie zważając na jego niewłaściwość — Zapewne zaraz zniszczą kolejny wóz… - dodał zgryźliwie.

Piękne kobiety uwielbiał, mężczyźni bywali użyteczni, ale dzieci to był jakiś koszmar. Nigdy nie rozumiał, czemu rodzice tak rozpaczają po ich stracie, skoro zostali uwolnieni od tych małych szkodników i ciężaru obowiązku, który się za nimi ciągnął. Powinni chwalić Prasmoka, a nie go przeklinać. Mimo zdenerwowania nie chciał, aby te potwory zniszczyły mu to niespodziewane, choć miłe spotkanie. Dyskretnie odetchnął i wrócił do uśmiechu.

- W każdym razie, chyba nie zaczęliśmy najlepiej. – Chwycił jej dłoń i ją ucałował. – Zwą mnie Teaniusz. Jeśli można spytać, jak to możliwe, że taka piękność biega sama za dzieciakami w wielkim, niebezpiecznym lesie, panienko…? – dał jej znać, by również wyjawiła swe imię.

Kątem oka dostrzegł patrzące zza jakiegoś dalszego krzaka przerażone rodzeństwo. Mistrzami kamuflażu to oni nie byli. Domyślał się, że spiczastoucha może za chwilę również ich zauważyć, co było mu nie na rękę. Z pewnością zaraz by opowiedzieli, co widzieli, co postawiłoby go w złym świetle. Musiał zareagować pierwszy.

- Zdaje mi się, czy ktoś nas obserwuje? – spytał, spoglądając znacząco na kryjówkę dzieciaków. Nim kobieta ruszyła, sam pewnym krokiem do nich podszedł. – Piśnijcie choć słowo o tym, co widzieliście, a wasza śmierć będzie długa i bolesna – szepnął ze złością w głosie, po czym jak gdyby nigdy nic chwycił ich za ręce i wyciągnął z kryjówki. – Czy to nie tych łobuzów szukasz? – dopytał, uśmiechając się miło.

Awatar użytkownika
Carmen
Błądzący na granicy światów
Posty: 20
Rejestracja: 4 lat temu
Kontakt:

Post autor: Carmen »

Napotkanie na swojej drodze tak czarującego mężczyzny było dla niej naprawdę miłym dodatkiem do dzisiejszego dnia. Ostatnie tygodnie były dość monotonne i nużące. Szybko podjęła grę, jaką rozpoczął, rzucając w jego kierunku uważnymi spojrzeniami spod lekko przymkniętych powiek i częstując go powściągliwym uśmiechem. Nie była przy tym nieśmiała czy skrępowana, to nie należało do jej charakteru. Podała mu rękę z wdziękiem. Oprócz tego jednak zauważyła wóz, o jakim mówił piekielny i od razu przypomniała sobie, jak jej wóz został zniszczony. Szczerze współczuła mu, w końcu wiedziała, jak to jest nie mieć jak się przemieszczać na dłuższe trasy. Być zdanym na łaskę przewoźników. Niefajnie. Prawdę mówiąc, chętnie pomogłaby mu tutaj i może zaproponowała układ, nowo napotkany mężczyzna zdawał się być ciekawym towarzyszem do dalszej podróży.

- Carmen - dodała, kiedy spytał o imię. Teaniusz. Bardzo ładnie. - To nie moje diabełki - dodała z uśmiechem na ustach.
Kiedy odszedł w krzak, w którym sama również zauważyła poruszenie, wywróciła oczami i sama lekko westchnęła.
- O, tu są, małe kanalie - dodała, szczerząc do nich zęby niby drocząc się z nimi. W rzeczywistości niezbyt była zadowolona, że tak szybko się znalazły. Podeszła do nich i wzięła je za ręce.
- Słyszałam, że zepsuły twój wóz? - spytała. - Okropna sprawa. Szczerze przepraszam. Może przyda ci się pomoc? - zaproponowała.
- Muszę tylko odstawić te czarcie pomioty na miejsce - powiedziała, odchodząc z nimi w stronę nieco wydeptanej ścieżki.

- Oddaję ci je i uciekam na swoje - powiedziała, bez zbędnych wyjaśnień, kiedy dotarła do rodzinki. Matka dzieci stała zaskoczona, patrząc, jak elfka pakuje tych kilka swoich rzeczy, jakie posiada.
- To może chociaż zjesz coś...
Elfka wzięła kilka podpłomyków ułożonych na szafce.
- Dzięki, pa!
I tak zostawiła zaskoczoną rodzinkę pośrodku polany. "Poradzą sobie sami" - pomyślała elfka.

Podbiegła do polany, na której nadal znajdował się nowo poznany.
- Hej! Pokażesz mi, co nawaliło w twoim wozie? - Uśmiechnęła się promiennie.
Miała zamiar pomóc mu się stąd wydostać, a najlepiej to wydostać się z nim. Już dość miała tamtej monotonii.
- A jeśli można wiedzieć... dokąd się wybierasz?
Elfka pomyślała, że nieważne gdzie, byleby iść dalej. Tęskniła za przeżyciem czegoś ekscytującego.

Awatar użytkownika
Camelia
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 68
Rejestracja: 4 lat temu
Kontakt:

Post autor: Camelia »

        Camelia zastanawiała się jak wyrzutki zapominają swojego imienia w długich chwilach samotności. Kiedy człowiek jest zdany tylko na siebie, na swoje towarzystwo, powoli zatraca się we własnym umyśle, mózg zaczyna wariować i w końcu cofa się. Na samym początku zapomina się prostego, logicznego filozofowania na temat świata. Kończy się możliwość rozważania bytu, życia, celu i sensu. W końcu wszyscy zaczynają zapominać słów, swojego imienia, a ostatecznie swojej tożsamości.
        Brian zaglądał do niej coraz częściej. Niecierpliwił się. Dociekał cały czas, czy jest gotowa mu pomóc w jego planach. Camelia niestety nawet nie wiedziała, co on dokładnie planuje. Umowa była prosta. Ona wykazuje inicjatywę pomocy, on jej tłumaczy, ona jest zobowiązana mu pomóc chociaż w połowie. Wszystko na niekorzyść maie.
Czasem się zastanawiała, dlaczego w ogóle z nim poszła. Chętnie zwalała to na swoją niestabilność umysłową, która nakazała jej jakoś dokończyć sprawy z dawną miłością, ale z drugiej strony… Odrodziła się na nowo. Psychicznie nie była już starą, zranioną demonicą. Fizycznie serce nadal biło jej, kiedy widziała Briana. Próbowała go zapomnieć, skupiając się na Teanie. Widocznie nie skończyła wcześniejszego rozdziału, aby zacząć nowy…
        Ciekawe, co teraz robił Tean, zastanawiała się. Może jej szuka? I co zrobi, jeśli już się odnajdą? Zdradzi Briana tak samo, jak zrobiła to diabłu? A jeśli czuł się tak źle, że postanowił jej w ogóle nie szukać? Tyle pytań kłębiło się w głowie demonicy, tak mało możliwości, aby zaspokoiła swoją ciekawość. Mogła tylko czekać, aż coś w końcu się stanie.
        - Przemyślałaś to? - zapytał Brian. Camelia wzdrygnęła się, słysząc jego głos.
        - Kiedy tutaj wszedłeś? - Zmierzyła go nierównie wzrokiem. Chciała go zabić. Nie mogła.
        - Och, Camie - zaczął, uśmiechając się szeroko. - Od zawsze odpowiadałaś mi pytaniem na pytanie, jak się denerwowałaś. Ja za to lubię cię zaskakiwać.
Maie spochmurniała. Zaczynała żałować swojej decyzji.
        - Zaraz do ciebie przyjdę.

Awatar użytkownika
Tean
Szukający drogi
Posty: 26
Rejestracja: 3 lat temu
Nagrody: [img]http://granica-pbf.pl/images/gwiazdki.png[/img]
Kontakt:

Post autor: Tean »

Tean uśmiechnął się i powtórzył w myślach jej imię ku utrwaleniu w pamięci. Choć nie sądził, by mógł tak szybko zapomnieć - w końcu zaczynało się podobnie do Camelii, która gdzieś mu zniknęła. No właśnie, przydałaby się jakaś poszlaka. Trochę go irytowała myśl, że będzie musiał latać po całym kontynencie, a nawet może poza nim. To jak szukanie igły w stogu siana, ale przecież… no nie mogła się zapaść pod ziemię, w końcu się muszą spotkać.
"I całe szczęście" – odetchnął w duchu, że nie trafił na jakąś młodą matkę z bachorami, bo sama w sobie elfka przypadła mu do gustu. Dzieciaki skutecznie by go od niej odrzuciły.
- Tak… Niestety – prychnął, choć zraz uśmiechnął się szczerze, przynajmniej pozornie. – Ale tak to bywa z młodymi. Chyba będę w stanie to naprawić, ale pomocą nie pogardzę.

Tean był uradowany: oddanie dwóch małych „diabełków” na rzecz jednego, prawdziwego diabła to była zdecydowanie dobra decyzja. Przynajmniej dla niego. Miał tylko nadzieję, że nie będzie musiał czekać w nieskończoność, niektóre kobiety miały to do siebie, że lubiły jakieś ckliwe i zdecydowanie przydługie pożegnania.
Ku jego zaskoczeniu Carmen wróciła, zanim jeszcze zaczął się niecierpliwić. Dobrze, zyskiwała w jego oczach z każdą chwilę, a gdyby się tak jeszcze z Camelią polubiła… Brudne myśli krążyły mu po głowie, choć usiłował sprawiać wrażenie grzecznego i powściągliwego, przynajmniej w miarę.

- Oczywiście, choć muszę cię uprzedzić, że mój wóz nie jest… typowy – powiedział dumnie i zaprowadził elfkę do swojego wynalazku. – Jak widzisz, tył wozu znacznie ucierpiał, jest wprawdzie jeszcze drobne złamanie na skrzydle, ale to akurat drobnostka, do której nie będę potrzebował zamienników w przeciwieństwie do koła. Przydałoby się nowe… Tylko skąd? – spytał, licząc, że ciemnoskóra naprawdę może pomóc.

Zamilkł, usłyszawszy pytanie o cel podróży. Gdyby on sam wiedział… Nie był też pewny czy jakiś zmyślić, to znaczy podać tymczasowy, który akurat wpadnie mu do głowy i przypadkiem tam się uda, czy może zagrać w otwarte karty. Ostatecznie postanowił wybrać coś pomiędzy.

- Szukam dziewczyny, to dobra znajoma. Nieszczęśliwym trafem… Została porwana – powiedział dramatycznym głosem, wzdychając dodatkowo przy ostatnich dwóch słowach, chcąc odpowiednio zaakcentować swoją troskę. – Pomyślałem, że skieruje się do lasu, tacy oprawcy często się w nich chowają. Jednakże w tej chwili rozważam lot na północ… Oczywiście jak tylko mój wozolot będzie sprawny…

Mówił w sposób, jakby jego wynalazek nie był nadzwyczajny i każdy byle majsterkowicz mógł zrobić coś takiego. Nie wiedział przecież, czy dziewczyna preferuje bardziej tych skromnych, czy z dumą prezentujących swe dzieła. Znów musiał obrać neutralną taktykę. Carmen mu się podobała i nie chciał jej od siebie odrzucić, zwłaszcza że Camie nie było w pobliżu, prawdopodobnie. Zawsze mógł zrzucić winę na to, że uciekła, a on przecież nie obiecywał jej wierności aż do śmierci, nawet nie byli razem w teorii.
"Dlaczego staram się usprawiedliwić?" – piekielny zdziwił sam siebie, w końcu był diabłem, mógł robić, co chciał – "Za dużo myślę, za mało działam" – stwierdził niezadowolony.

ODPOWIEDZ

Wróć do „Las Driad”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość