Kryształowe KrólestwoZ kim będzie ci tak źle, jak nie ze mną?

Elfie pałace zbudowane głęboko w ukrytych leśnych polanach. Wieże strażnicze wznoszące się ponad chmurami, gdzieś wśród ostrych skał - to wszystko możesz spotkać tutaj w Kryształowym Królestwie, gdzie zbiegają się szlaki elfich książąt, magów i smoków.
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Kayleight
Błądzący na granicy światów
Posty: 10
Rejestracja: 8 miesiące temu
Kontakt:

Z kim będzie ci tak źle, jak nie ze mną?

Post autor: Kayleight »

        Szkoła w Et Iris uchodziła za monument architektury, wychylający się ponad otaczające miasto lasy terenów Tęczowych Jezior. Wybudowana na wzniesieniu za miejskimi murami przyciągała wzrok każdego, kto znajdował się w okolicy, i wprawiała w zachwyt najbardziej wymagających koneserów sztuki architektonicznej. Specyfika terenu i jego ogromny potencjał pozwoliły na stworzenie kilku kompleksów uczelnianych, z których każdy z nich był symetryczny i pasujący do reszty; budynki okraszone były przytłaczającą ilością rozmaitej, egzotycznej roślinności, która dzięki magicznym wspomaganiom była w stanie przetrwać zmienne warunki pogodowe panujące w tej części Alaranii. Z relacji zwiedzających gmachy szkoły zdecydowana większość uważa wijące się po jasnych ścianach wielobarwne bluszcze i winorośle za istny fenomen spośród całej gamy różnorodnej flory, co stanowiło niemałą motywację dla badaczy i ogrodników, by poszerzać asortyment docenianej ekspozycji. Uwadze postronnych również nie uchodzą rzeźby wyciosane z czarnego marmuru, przedstawiające postaci założycieli i założycielek szkoły magii. Posągi ustawione były wzdłuż wyłożonej białymi kamieniami drogi, łączącej ze sobą wszystkie kompleksy uczelniane, zaś pomiędzy nimi posadzono krzaki fioletowych róż z Rapsodii. Całość terenu odgrodzona była wysokim na kilka sążni żywopłotem, w którym gniazdowały właśnie wróble, sójki, gile i pliszki. Wiosną, zaraz po pierwszych śniegach, trawniki wyściełane były odbijającymi promienie słońca przebiśniegami, tworzącymi kuszący i cieszący oczy dywan. Wiele studentów i studentek korzystało wtedy z dobrodziejstw wiosny i trwającej Jaskółki, sprzyjającej młodocianym zalotom. Tak było i tego roku — całe rzesze adeptów i adeptek zbiegły się na placu Sześciu Gwiazd, by wspólnie celebrować powrót Natury do życia po długiej i ostrej zimie. Nie szczędzili również zaklęć.
        Święto Brzasku obchodzone było w Et Iris z największym entuzjazmem, zwłaszcza, że oznaczało ono również trzydniową przerwę od zajęć, by móc skupić się przyjemnościach, a nie tylko obowiązkach. W czasie tych trzech dni wykładowcy również mogli odetchnąć z ulgą i zająć się sobą i swoimi sprawkami. Jedni kontynuowali badania, drudzy biegali od katedry do katedry, by wypełnić wszelkie dokumenty, których nie zdążyli wypełnić przez cały poprzedni semestr, z kolei inni za nic mieli swoje obowiązki, wyznając zasadę, że przerwa od zajęć to przerwa od zajęć, więc albo szli do miasta, by upić się w jakiejś karczmie, albo siedzieli na terenie szkoły, nie mając co ze sobą zrobić, mimo że pogoda tego dnia sprzyjała wszelkim aktywnościom na świeżym powietrzu. Kayleight miała zamiar skorzystać z tej okazji.
        Nawałnica obowiązków w ciągu ostatnich kilku dni zmniejszyła swój impet bardzo skutecznie, kiedy do pracy wrócił długo i niecierpliwie wyczekiwany dyrektor Katedry Magii Stosowanej i Tyromancji, Kluivert de Bergeraque, naczelny sprawca chaosu w dokumentacji i organizacji studiów. Kluivert bowiem bez żadnego miauknięcia raczył wyjechać z Et Iris, a gdy już to uczynił, nie poinformował dosłownie nikogo o tym, kiedy zamierzał się na powrót zjawić. Przez co najmniej pięć tygodni wszyscy biegali jak z pęcherzem i z sięgającymi do kolan językami, bo pan dyrektor raczył zniknąć jak za dotknięciem magicznej różdżki po prostu. Wszystko byłoby pod kontrolą, gdyby ktokolwiek wiedział o zamiarach czarodzieja. Takim sposobem pani Igo, zamiast w spokoju sprawdzać postępy swoich studentów i studentek, przypadł udział w badaniu wpływu magii manipulacyjnej na osoby nieposiadające barier blokujących zaklęć telepatycznych. Nie narzekała na taki obrót spraw, bo choć z początku badania wydawały jej się nieco bezcelowe, to gdy zdołała poznać pewne mechanizmy sterujące barierami myślowymi, wciągnęła się w temat na tyle, by w projekcie pozostać. Nie została jednakże zwolniona z nauczania młodych czarodziejów i czarodziejek. Sama na to nie pozwoliła. Jako wykładowczyni szeroko pojętej magii manipulacyjnej Kayleight z chęcią dzieliła się wynikami swoich badań ze studentami, wysłuchując przy okazji komentarzy, opinii oraz najróżniejszych teorii, z których jedna była bardziej nieprawdopodobna od drugiej. Była taka, która choć nietrafiona, przypadła jej do gustu, a mianowicie, że siła barier myślowych jest zależna od diety, dlatego niejedzący mięsa nigdy nie zostaną mistrzami w dziedzinie manipulacji, nawet tej niewymagającej magii. Kayleight musiała przyznać punkty za pomysłowość, lecz za rzetelność już nie. Niestety, w każdym miejscu znajdzie się taki, co uważa, że jedni są gorsi od drugich. Dlatego polityka prężnie działała w niektórych państwach…
        Popołudnie Kayleight spędziła w gabinecie, zaczytując się w romansie O różach z czarnych łez — czytało się bardzo kiepsko, książka była tak zła, że aż nie można było się od niej oderwać. Do bólu pruderyjna główna bohaterka podążająca za przystojnym wojownikiem, któremu tylko wojaczka w głowie, a w czasie ich przygód uczucie pomiędzy nimi zaczyna się rozgrzewać. Kiczowate, sztampowe i przesycone grafomaństwem, ale czarodziejka potrzebowała czegoś ogłupiającego do czytania, aby móc się jakkolwiek zrelaksować. Promienie wiosennego słońca nieśmiało oświetlały pomarańczowożółte ściany gabinetu, wzdłuż których ciągnęły się wysokie regały wypełnione po brzegi księgami i grymuarami. Czarodziejka siedziała w wysłużonym fotelu okrytym ciemnoczerwonym aksamitem, zgrabnie i po szlachecku złączywszy nogi pod karminową suknią.
        Ktoś zapukał do drzwi. Szmaragdowozielone oczy Kayleight nawet na chwilę nie oderwały się od tekstu, gdy wypowiedziała subtelne „proszę”. Do gabinetu wszedł, skłoniwszy się lekko, brodaty mężczyzna w ciemnym kaftanie. Gdyby nie fakt, że miał na piersi odznakę posłańca, można by przypuszczać, że należał do jakiejś grupy przestępczej.
        — Pani Kayleight — odezwał się niskim tonem, nie śmiąc wejść dalej.
        Czarodziejka westchnęła bezgłośnie, zamknęła książkę i przeniosła wzrok na mężczyznę. Czekał cierpliwie na jakąkolwiek reakcję z jej strony, wstała więc niespiesznie i z pełną gracją — rubinowa kolia na jej głębokim dekolcie zalśniła w promieniach słońca, rozpraszając po pomieszczeniu czerwone refleksy. Podeszła do posłańca pewnym krokiem i posłała mu uśmiech.
        — Ma pan coś dla mnie, jak rozumiem?
        — Zgadza się — odpowiedział, wręczając jej zapieczętowaną kopertę.
        Podziękowała ślicznie za doręczenie przesyłki, zostawiła mu co nieco za fatygę, a gdy wyszedł, usiadła przy biurku, by w skupieniu zająć się korespondencją. Koperta została potraktowana zaklęciem pieczętującym, aby nikt niepożądany nie był w stanie jej otworzyć. To nie wróży dobrze, pomyślała Kayleight, sięgając do źródła zaklęcia, które stanowiło podstawę do jego zdjęcia. Nie było ono silne, lecz rzucone nad wyraz precyzyjnie. Udało jej się zniwelować czar dosyć szybko, po czym mogła zabrać się za rozerwanie koperty. Miała pieczęć króla Denawetha z Kryształowego Królestwa. Zdmuchnęła z twarzy wystające z warkocza kasztanowe kosmyki włosów i wczytała się w treść listu.
        — Niech to szlag... — zaklęła pod nosem.
        Wstała i natychmiast szybkim krokiem podeszła do kominka, w którym dogasały resztki drewna. Podarła list na drobne kawałeczki, po czym wrzuciła je do ognia i poczekała, aż doszczętnie się spalą.
Awatar użytkownika
Erremir
Mieszkaniec Sennej Krainy
Posty: 110
Rejestracja: 6 lat temu
Lokalizacja: Wrocław
Kontakt:

Post autor: Erremir »

        Minął tydzień od momentu opuszczenia posiadłości przez Erremira, Tayę i dwójkę bliźniaczek. Szybkość ich podróży i przemieszczenia się zawdzięczali możliwości lotu, ale wytropienie ukrywających się w mroku społeczności szczurów nie było łatwe. Musieli poruszyć wiele kontaktów, aby odnaleźć ich gniazdo i większość pobocznych kryjówek. Ostatecznie wszystkie informacje doprowadziły małą grupę wypadową wprost do Kryształowego Królestwa i jego dalszych oraz bliższych okolic.
        Erremir jako były dowódca armii upadłych nie bał się zorganizowanej grupy bandytów i opryszków, ale nie zamierzał ich również bagatelizować. O ile logicznym posunięciem byłyby powolne, taktyczne ruchy i zajęcie się po pierwsze pobocznymi kryjówkami, wypłoszyłoby to resztę szczurów. Tym razem zamierzał wyeliminować Czerwonych Łowców z obiegu na stałe. Była to jedna z większych grup, jaka istniała w Alaranii, a mimo tego pozostawała nietknięta z powodu nieudolności władzy. Pierzasty nie mógł zrozumieć, jak można pozwolić rozrosnąć się szkodliwemu ciału na własnych ziemiach do tego stopnia. Nie pojmował tego ani nie interesowały go problemy innych władców tego świata. Jednak! Jednak jest duże „ale” w tym wszystkim. Nie miał zamiaru tolerować kładzenia łap na osobach, które przysięgały mu służyć. Nie różniło się to niczym od naplucia mu na twarz lub spoliczkowania. Jedno ostrzeżenie najwidoczniej nie wystarczyło, ale na drugie nie mogli liczyć.
        W taki oto sposób zaczęły się bardzo krwawe żniwa w Kryształowym Królestwie. Pierwsza padła główna siedziba, będąca praktycznie mózgiem Czerwonych Łowców. Nie było żadnych fajerwerków. Jedna noc wystarczyła, aby tętniąca główna kryjówka stała się kryjówką duchów i martwych ciał. O ile liczba stu bandytów mogła odstraszać, to zostali zaskoczeni w nocy i nie mieli czasu się zorganizować. Dostali się do środka poprzez oddanie się w niewolę, a reszty można się domyślić. Sprawna i bezbłędna czystka, nikt nie opuścił kryjówki następnego ranka oprócz grupy upadłego.
        Ten sam los spotkał inne ważniejsze kryjówki i tak coraz niżej, i niżej. Pech chciał, że w owe żniwa wpadło parę niewinnych osób, będącymi szpiegami króla Denawetha. Upadły nie miał czasu ani ochoty dociekać ich historii dołączenia do bandytów. Każdy miał stracić życie oprócz porwanych, nie było żadnych wyjątków od tej twardej reguły. Podzielili więc oni los bandytów, a tym samym oryginalnie cicha akcja odbiła się głębokim echem, jak i czkawką dla obecnego rządzącego.

        Ratunek zakończył się częściowym sukcesem i grupa o nazwie „Czerwoni Łowcy” została wymazana z kart historii. Niedobitki prędzej czy później rozpadną się lub zostaną zniwelowane przez rządzącego. Upadły jednak nie był szczęśliwy, o ile cztery piąte porwanych podwładnych uratowali i odesłali z powrotem do posiadłości, nie wiedział co z resztą.
        Podczas ostatniego transportu pod opieką córek postanowił trochę odciągnąć się od tych myśli i skorzystać z tymczasowej samotności. Wybrał niezbyt wyróżniającą się karczmę o wdzięcznej nazwie „Kruchy Liść”, która idealnie pasowała do elfiej właścicielki. Spędził w niej parę dni, korzystając z możliwości noclegu, bo najzwyczajniej dobrze dogadywał się z właścicielką, nie wspominając już o jedzeniu i smacznym alkoholu.

        Nadchodziła następna noc, a Emirey siedział samotnie przy stoliku ze świeżym jadłem oraz alkoholem, po które niezbyt chętnie sięgał. Jadł mniej niż zazwyczaj, ciągle myśląc nad tym, co powiedzieć i jak zachować się wobec tych, którzy nie odzyskają lub mogą nie odzyskać członków rodziny. Westchnął ciężko nie pierwszy raz już tej nocy, powoli opróżniając kufel i patrząc w jego dno. Nie mógł się upić, ale sama czynność niejako sprawiała, że coś robił i zajmował myśli. Wymordował ponad dwa tysiące istnień ludzkich i nie czuł ani krzty winy. Zabijanie przychodziło mu z łatwością, zwłaszcza, że to w porównaniu ze straconymi istnieniami podczas wielkich bitew znaczyło nic w jego oczach. Bawiło go to, a jednocześnie dawało do myślenia, czemu niektórzy nazywali go potworem. Podczas ekspansywnej eliminacji szczurów słyszał to wiele razy, ale i tak nie cierpieli. Zabijanie nie było dla niego rozrywką, a akcją zrodzoną z konieczności i sytuacji.
        Pierzasty nie wyróżniał się niczym specjalnym z tłumu klientów w karczmie, oprócz może faktu, że jako jedyny nie był w humorze, aby panująca rześka i wesoła atmosfera udzieliła się mu w jakiekolwiek sposób. Nieobecnym, ciężkim spojrzeniem obserwował bawiącą się klientelę karczmy, jak i nieliczne kobiety, które tańczyły z mężczyznami przy skocznej melodii. O ile sporą część obecnych stanowili nie-elfy, tych ostatnich również nie brakowało. Kobiety jak zawsze piękne, ale nie robiące na milenijnym upadłym większego wrażenia. Nie jedno w końcu widział, chociaż podziwianie wdzięków płci pięknej nigdy się nie nudziło, ani nie wychodziło z obiegu.
Awatar użytkownika
Kayleight
Błądzący na granicy światów
Posty: 10
Rejestracja: 8 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Kayleight »

        Gruby wełniany dywan o barwie krwistej czerwieni skutecznie tłumił przyspieszone kroki w wąskim korytarzu prowadzącym do uczelnianych piwnic, w których znajdowały się pracownie alchemiczne. Korytarz kończył się równie wąskimi krętymi schodami niknącymi w cieniach, pod podłogą. Do tej części budynku uczelnianego mieli wstęp jedynie wykładowcy oraz adepci wyższego stopnia zaawansowania w sztukach alchemicznych; nowicjuszy odprawiano z kwitkiem ze względu na wysokie ryzyko zatrucia, poparzenia i utraty wzroku — niewtajemniczeni w metody ochrony przed toksycznymi oparami byli w grupie narażonych na właśnie takie powikłania zdrowotne, dlatego nie robiono wyjątków dla wybrańców. Nikt z władz uczelnianych nie zamierzał pieścić się z oskarżeniami rodziców — już na immatrykulacji pierwszego roku wyliczane są zastrzeżenia, zakazy i środki ostrożności, których nowi adepci powinni przestrzegać bezdyskusyjnie i bez przerwy. Nie tolerowano cwaniakowania, a jeśli już znalazł się delikwent, któremu życie niemiłe, wyrzucano takiego ze szkoły. Nie było mowy o litości. Eksperymentowanie na własną rękę to jedno, bo odpowiedzialność spada wówczas na tego, kto bałagan narobił, lecz w murach uczelni to jej przedstawiciele dostaliby nie dość, że po kieszeni, to na dodatek po łbie i sumieniu.
        Zszedłszy do piwnic, otoczyła czarodziejkę zielonkawa poświata, pochodząca od pochodni zawieszonych na kamiennych ścianach. Oczy rozbłysły jej szmaragdowym blaskiem, gdy odwróciła się ku jednej z nich i wzięła ją do ręki. Rozwiązanie oświetlenia piwnic zimnym ogniem było o tyle lepsze, że nie istniało zagrożenie ze strony reakcji płomieni z trującymi oparami, które niekiedy wydostawały się spod kontroli badaczy. Niełatwo było pracować z aktywnymi odczynnikami... Niemniej, ryzyko spłonięcia, jak i zatrucia było teraz zerowe, zatem czarodziejka pewnym krokiem przecięła jedną z pracowni, nie zwracając uwagi na złowieszcze bulgotanie w jednej ze zlewek, nad którymi pastwił się jej kolega po fachu. Stary alchemik znany był ze swojego stoickiego podejścia do życia, acz prace badawcze wyzwalały w nim osobowość siarczyście klnącego szewca, nie umiejącego poradzić sobie z porażką. Usłyszawszy stukot pantofli, podniósł głowę znad zlewek i pociągnął nosem.
        — A ty dokąd tak się spieszysz? Duchy cię gonią? — zapytał, przekręcając kurek w korbie.
        Zatrzymała się. W świetle pochodni jej nieskazitelnie gładka i blada twarz wyglądała niczym twarz nieboszczki.
        — Nie duchy. Na dwór się wybieram, spieszno mi. Hagar przy portalu?
        — Przy portalu — odparł alchemik, spoglądając przez okular. — Od dobrych pięćdziesięciu lat.
        — Owocnej pracy — rzuciła Kayleight, znikając za dębowymi drzwiami z kołatką w kształcie głowy lwa. Zaraz jednak uchyliła z powrotem drzwi i dodała: — Przekaż Eliarze, że biorę wolne. Wyjaśnię jej wszystko w liście.
        Starzec mruknął coś pod nosem, co oznaczało, że usłyszał, lecz odpowiedzieć nie mógł, bo właśnie był bliski dokonania przełomowego odkrycia. Czarodziejka postanowiła mu dłużej nie przeszkadzać. Zamknęła drzwi. Pochodnia rozświetliła wąziutki korytarzyk, prowadzący do kolejnych drzwi, tym razem mniejszych, prostszych, bez kołatki. Szybko przekroczyła prób następnej komnatki, odruchowo zasłaniając przedramieniem oczy. Blask, jaki bił od portalu, był niemalże oślepiający, choć sam twór wprawiał w zachwyt. Na przeciwległej ścianie znajdował się purpuroworóżowy portal, wydający z siebie diamentowe dźwięki wymieszane ze śpiewem ptaków. Drugi efekt został nałożony przez strażnika portalu pięćdziesiąt lat temu, który twierdził, że odgłosy dochodzące zza portalu męczą mu słuch i doprowadzają do szału.
        Hagar nie był czarodziejem. Hagar był goblinem, w dodatku ślepym. Wzrok stracił przez wieloletnie siedzenie przy portalu bez opaski na oczy, która już nie była mu potrzebna. Miał za to doskonały słuch, obrócił więc natychmiast głowę ku Kayleight i począł węszyć. Nie dość, że potrafił rozpoznać rozmówcę po zapachu, to w dodatku wystarczył sam tembr głosu, a goblin od razu zgadywał tożsamość przybysza. Nie był bystry, ale czułość jego zmysłów zdołała przerazić już niejednego wprawnego maga.
        — Spokojnie, Hagar — powiedziała czarodziejka, odwieszając pochodnię. — To tylko ja.
        Goblin charknął, co miało zastąpić krótkie „wiem”. Wstał zgarbiony ze swojego rozpadającego się już krzesła. Spytany przez Eliarę var Raen, czy chce nowe, odmówił natychmiast, rzucając się do nóg tego starego i błagając je o wybaczenie, jakby miał do czynienia z partnerką, którą raczył zdradzić z inną. Hagar nie lubił zmian. I nie ufał obcym. Ale Kayleight nie była obca, dlatego nie zadawał pytań, nie węszył, nie nasłuchiwał. I nie pluł. Czarodziejka zmrużyła oczy, goblin przeniósł spojrzenie białek na jej twarz. Charknął ponownie.
        — Destynacja jaka? — zapytał dumny z siebie, że znał tak skomplikowane słowo. Bardzo trudno było go nauczyć czegokolwiek, dlatego Kayleight również była przepełniona dumą. Uśmiechnęła się.
        — Do Kryształowego Królestwa, jeśli można prosić.
        Skinął ochoczo łysą, poznaczoną bruzdami i brodawkami zgniłozieloną głową z resztkami włosów. Albo skalpu. Podszedł niezgrabnie do portalu, przyłożył do niego wykrzywioną dłoń i długich paznokciach. Portal zalśnił w kolorach jasnego błękitu, zapłonął szafirowym ogniem, zawiał potężny wiatr. I jak wszystko się szybko zaczęło, tak szybko się uspokoiło. Czarodziejka podziękowała brzydalowi za pomoc, po czym, uniósłszy rąbek sukni, weszła w portal.
Awatar użytkownika
Erremir
Mieszkaniec Sennej Krainy
Posty: 110
Rejestracja: 6 lat temu
Lokalizacja: Wrocław
Kontakt:

Post autor: Erremir »

        W tym samym czasie, gdy pewna kobieta przechodziła przez portal, upadły pożegnał się z gościnną karczmą. Ulice Kryształowego Królestwa tętniły życiem od samego wschodu słońca, co dla pierzastego było wręcz pożądane, aby wtopić się w tłum ludzi w uliczkach i ulicach.
        Tarcza słońca nieśmiało wychylała się znad budynków po przeciwnej stronie ulicy, oświetlając twarz i sylwetkę Emireya, stojącego tuż przed drzwiami do karczmy. Gdyby nie paskudna blizna przechodząca przez prawą stronę twarzy nad okiem, uznany mógłby być za nawet przystojnego osobnika. Przez większość czasu i tak ukrywały ją opadające częściowo na twarz kruczoczarne włosy. Ubrany w niezbyt wyróżniające się skórzane spodnie o naturalnym ciemnobrązowym odcieniu, oraz białawą, lnianą koszulę. Na tę ostatnią nałożony był wytarty, skórzany kubrak ze smoczej skóry, ściągnięty byczym pasem, szerokim na męską dłoń. Do wszystkiego dochodził szarawy długi płaszcz z kapturem sięgający łydek. Rozglądając się po otoczeniu, dawał wrażenie rozluźnionego, ale inny wojak z łatwością zauważyłby pełną gotowość do walki i niezwykłą ilość doświadczenia wypaloną wręcz w każdym mięśniu, nawet przy błahych ruchach.

        Plotki o rzezi przemytników żywym towarem rozeszły się równie szybko jak burzowy grom. Kwestią czasu było, aby Kryształowe Królestwo zainteresowało się sprawą. Najchętniej opuściłby to miejsce jeszcze dzisiaj, ale nie zamierzał porzucić nadziei na odnalezienie resztek porwanych. Dzisiaj miał się spotkać ze smoczycą i królikołaczkami. Taya miała powrócić z eskorty uratowanych, a Dalia i Delie ze zdobywania informacji na swoje sposoby. Miejscem spotkania była fontanna w centrum, jedno z bardziej popularnych miejscówek Kryształowego Królestwa. Pod latarnią najciemniej, jak to mawiają. On sam chyba był dosyć staroświecki i preferował coś poza granicami miasta, ale wyjątkowo zgodził się na ofertę dziewcząt. Nie byli w końcu jeszcze poszukiwani, ale tego się nie obawiał, po prostu rozsądek i czujność podpowiadały, że to kiepski pomysł. Umysł splamiony walkami, bitwami, krwią, jak i śmiercią na wszystko patrzył przez pryzmat ostrożności i ciemnych scenariuszy.
        — Nie ma co stać i bujać w obłokach, czas się zbierać — mruknął sam do siebie, mrużąc oczy przed światłem pomarańczowej kuli na niebie, i wtopił się w tłum, wcześniej zakładając kaptur na głowę.

        Podczas oczekiwania na trójkę córek pod fontanną upadły z zainteresowaniem obserwował zmiany, które zaszły wręcz z dnia na dzień. Ilość patroli się zwiększyła, jak i ich rozmiar. Przy czym ilość osób wokół gildii poszukiwaczy przygód niezbyt się zmieniła. Nie trzeba było być mistrzem dedukcji, aby zrozumieć, że król się już z pewnością dowiedział i obawiał nieznanych egzystencji.
        Z płytkiego zamyślenia wyrwał go głos Tayi, która wraz z bliźniaczkami stała już przed upadłym siedzącym na krawędzi fontanny.
        — Podróż minęła bez problemów, ale niektórzy narzekali na podróż na moim… grzbiecie — zaraportowała ze sporym niezadowoleniem w głosie.
        — Nie dziw się im, smoki nie są raczej typowymi wierzchowcami — dodał zgryźliwie, wstając i kładąc dłoń na jej głowie. — Świetna robota, dziękuję. — Pogłaskał po głowie rudowłosą, która z zadowoleniem przymrużyła oczy. Znał ją za dobrze, aby nie wiedzieć jak przeciwdziałać jej kiepskiemu samopoczuciu.
        — I jak, udało się wam zdobyć jakieś informacje o reszcie parowanych?
        — Owszem.
        — Tak.
        Odpowiedziały prawie równocześnie, ale wpatrywały się w przybranego ojca, jakby czegoś oczekiwały.
        — Ech, chodźcie. Też zasłużyłyście. — Wywrócił oczami i położył dłonie na głowach bliźniaczek, traktując je podobnie jak Tayę. — Czego się dowiedziałyście? — zagadnął poważniejszym tonem i rozejrzał się wokół. Nikogo podejrzanego nie zauważył, więc mogli kontynuować rozmowę. Tłum i zgiełk robiły również za całkiem dobre maskowanie. W końcu byli w samym centrum Kryształowego Królestwa.
        Bliźniaczki spojrzały na siebie różnobarwnymi źrenicami i w końcu odezwała się Delie, starsza z bliźniaczek.
        — Są ciągle w Kryształowym Królestwie. Czerwoni Łowcy prowadzą, a raczej ich niedobitki, sprzedaż broni białej legalnie, ale to tylko przykrywka. Problemem jednak jest położenie tego interesu. — Wskazała palcem za siebie, gdzie widniał szyld ze skrzyżowanym mieczem i toporem. Ruch mieli niesamowity, tyle trzeba było im przyznać, ale zawdzięczali to właśnie takiej lokalizacji.
        Erremir nie wiedział, co powiedzieć. Miał ochotę wysłać ich do wszystkich diabłów za to, że cwane szczury tak się zabezpieczyły.
        — Patrole w nocy wcale nie słabną na sile — wymamrotała cicho Dalia. Pierzasty tylko utrzymywał opanowaną fasadę i czuła to.
        — Rozumiem…
        Err zmrużył niebezpiecznie oczy, zastanawiając się jak dobrać się do zadów niedobitków. Najchętniej wpadłby tam już teraz, ale rozsądek mu podpowiadał, że to skończyłoby się bardzo, bardzo źle. Nie był nieśmiertelny ani nie chciał trójki dziewcząt niepotrzebne narażać.
        — Wrócimy tu w nocy, mam plan. Korzystając może jednak z tego, że jesteśmy razem, może jakiś rodzinny posiłek?
        Żywe potrójne „tak” podniosło go na duchu, i oddalili się, znikając w tłumie.
        „Wytrzymajcie, wrócimy po was” — podniósł się na duchu, rzucając ostatnie, chłodne spojrzenie na szyld.
Awatar użytkownika
Kayleight
Błądzący na granicy światów
Posty: 10
Rejestracja: 8 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Kayleight »

        Denaweth zastukał nerwowo rodowym pierścieniem o blat mahoniowego, grubo ciosanego biurka. Jego młoda, przystojna twarz nosiła ślady chronicznego zmęczenia, a w blasku zachodzącego słońca wyglądała bardzo niezdrowo. Od kilku dni oddelegowywał każdego, kogo nie znał, nie chciał i nie musiał słuchać, lawirując między swoim gabinetem a gabinetami podwładnych. Niecierpliwie wyczekiwał pojawienia się najistotniejszej przedstawicielki z grupy doradców, dzięki której szanse na dowiedzenie się czegokolwiek mogły znacznie wzrosnąć, bo jak na razie wszyscy inni kompetentni ludzie okazali się niedostępni lub niedysponowani. Zdołał zniecierpliwić się już na tyle, by wstać zza biurka i zdobyć motywację do przejścia się po pałacu bez konkretnego celu. Nie zamierzał bowiem siedzieć bezczynnie — to tylko jeszcze bardziej go denerwowało, a był już o krok od utracenia wszelkiego stoicyzmu. Przemierzał więc długie, pogrążone w ciszy korytarze powolnym tempem, przypatrując się dokładnie każdemu szczegółowi. Wszystkie drobiazgi wydawały się perfekcyjne i doskonałe, nawet farba nie odchodziła od ścian. Denaweth nie mógł się do niczego przyczepić, tkwił zatem w swojej frustracji w milczeniu, przyspieszając nieco kroku. Jeżeli ktokolwiek zamierzał przejść tym samym korytarzem, którym przechadzał się król, natychmiast rezygnował z tego przedsięwzięcia i zawracał, by stanąć z nim twarzą w twarz. W ekstremalnych momentach dworzanie starali się unikać jakiegokolwiek kontaktu z Denawethem lub przynajmniej go ograniczać do minimum, by nie dawać królowi kolejnych powodów do jeszcze większego rozsierdzenia.
        Zatrzymał się na szczycie szerokich schodów wyłożonych czerwonym aksamitem, prowadzących do głównego holu. Położył dłoń na kryształowej poręczy, wykonując krok naprzód, lecz zawiesił nogę w powietrzu, bacznie nasłuchując pałacowych odgłosów. Westchnął ciężko i obrócił się, by w chwilę później ujrzeć nadciągającego zdyszanego sekretarza. Poprawił mankiety dubletu, wyprostował się, unosząc dumnie podbródek.
        — Panie — wysapał mężczyzna, próbując złapać oddech — racz wybaczyć, że przeszkadzam...
        — Wybaczone — odparł natychmiast Denaweth. — Ad rem, poproszę.
        Sekretarz pokiwał skwapliwie głową, odetchnął głębiej, uspokoił się.
        — Pani Kayleight przybyła. Czeka na waszą wysokość w pałacowych ogrodach.
        Denaweth podziękował i odprawił sekretarza, by móc w spokoju udać się we wskazane miejsce. Zszedł więc do holu, a stamtąd skrótem przez salę balową i kuchnię, z której do ogrodów było już rzut beretem. Po drodze nie rozmawiał z nikim, mimo że kilka osób wyraźnie wykazywało ku temu chęci. Zbywał wszystkich machnięciem ręki. To nie był dzień na pogawędki.
        Opuściwszy gmach pałacu, zaciągnął się świeżym powietrzem, w którym czuć było delikatną woń kwitnących kwiatów. Zmrużył oczy, zamrugał kilkakrotnie — po trzech dniach przesiadywania w gabinecie musiał na nowo przyzwyczaić się do ostrzejszego światła, dlatego nie od razu zauważył stojącą tyłem do niego postać, bez ruchu przypatrującą się imponującej fontannie. Kayleight Igo miała w zwyczaju zjawiać się bez zapowiedzi, nawet gdy zjawiała się na wezwanie króla. Denaweth zdołał się już do tego przyzwyczaić. Ta kobieta go co najmniej fascynowała. Podszedł do niej dostojnym krokiem, jak na władcę przystało. Obejrzała się na niego przez ramię, uśmiechnęła, po czym dygnęła po szlachecku, skinąwszy okraszoną kaskadą kasztanowych włosów główką. Niedoświadczony mężczyzna pomyślałby o niej jako uroczej istocie, lecz Denaweth wiedział, jakiego pani Kayleight potrafiła pokazać pazura. Egzotyczna piękność, kryjąca w sobie niepoliczalne pokłady tajemnic i temperamentu.
        — Wasza wysokość — powiedziała melodyjnie, prostując się. — Przybyłam najszybciej, jak mogłam.
        — Doceniam pośpiech — odparł i wskazał ławkę po jego lewej. — Usiądźmy.
        Usiedli. Kayleight złączyła elegancko nogi pod karminową suknią. Rubinowa kolia zaświeciła w blasku zachodzącego słońca. Denaweth nie lubił przedłużać uprzejmości, przeszedł zatem do sedna.
        — Jak wspomniałem w wiadomości, obserwowane przez nas grupy przestępcze zostały uszczuplone niemal do zera... Nie twierdzę, że smuci mnie taki obrót spraw, lecz co innego bandy zbirów, a co innego porządni ludzie na moich rozkazach. Wysłanników było dziesięciu i od żadnego z nich nie dostałem raportu. Nie sądzę, by zmienili stronę lub całkowicie stchórzyli. Nie zatrudniam byle kogo. Sęk w tym, że nie udało się znaleźć sprawcy tej czystki. Żadnych śladów, niczego. Dlatego potrzebuję pani pomocy. Nie mogę zdać się jedynie na domysły pomocników. Potrzebna mi wykwalifikowana czarodziejka.
        — To będzie zaszczyt, wasza wysokość — powiedziała bez cienia wahania. — Bezzwłocznie uruchomię wszelkie kontakty w mieście. Dowiem się, kto za tym stoi. Jedyne, czego będę potrzebowała, to pracownię. Prekognicja, hydromancja i połączenia telepatyczne potrzebują ciszy i spokoju.
        — Wszystko pani dostanie, proszę się o nic nie martwić — zapewnił król, podnosząc się z ławki. — Zginęli dobrzy ludzie. Chcę dla nich zadośćuczynienia.
        Czarodziejka jedynie skinęła głową z szacunkiem. Król ukłonił się i już miał odchodzić, kiedy Kayleight zatrzymała go jeszcze na chwilę.
        — Czy jest szansa, by przyniesiono mi coś, co należało do jednej z ofiar? Nie ma znaczenia, czy ofiarą był zbir, czy królewski szpieg. Ułatwi mi to namierzenie zabójcy — dodała w wyjaśnieniu.
        Denaweth obrócił się ku niej.
        — Jak mówiłem, dostanie pani wszystko, co potrzebne. Pracownia będzie gotowa. Proszę zatem zacząć uruchamiać swoje kontakty.
        Odetchnął głębiej. Skinął czarodziejce głową na pożegnanie i w pośpiechu wrócił do pałacu, by zająć się przygotowaniami.
Awatar użytkownika
Erremir
Mieszkaniec Sennej Krainy
Posty: 110
Rejestracja: 6 lat temu
Lokalizacja: Wrocław
Kontakt:

Post autor: Erremir »

        Środek nocy posiadał magiczną aurę, do której ciągnęło nawet upadłego. Nie należał może do zapalonych romantyków, ale jednak. Okryty ciemnościami panującymi w wąskiej uliczce, obserwował magiczne lampy rozświetlające otoczenie trupiobladą bielą, wabiącą wszelakiej maści insekty z okolicy. Nie był to widok, który można było zastać w każdej części tej krainy. W większości przypadków: nieliczne pochodnie i wszechobecny mrok. Kryształowe Królestwo mogło sobie pozwolić na takie coś, bo władza posiadała na to środki, jak i możliwości.
        Od czasu do czasu panującą nocną ciszę przerywały głosu podpitych gości karczm, jak i regularne patrole tutejszego garnizonu. Panował względny spokój, podobnie jak i wewnątrz samego upadłego. Wszystko było już zaplanowane, ale najcięższe brzemię całej akcji ciążyło na nim. Nie przyszłoby mu do głowy, aby zostawić to córkom.
        W końcu przyszedł czas i dzwony w pobliskim sanktuarium rozbrzmiały.
        — To już czas — odetchnął głęboko, wyciągając z magicznej przestrzeni czarną maskę.
        Była to balowa maska i nie byłoby w niej nic specjalnego, gdyby nie wygląd. Maska najwidoczniej starała się przedstawić demona ze złowieszczym wyrazem twarzy. Rogi, czerwone oczy i dziki uśmiech. Rozbawiony wyobraźnią twórcy maski, odgarnął grzywkę i nałożył na twarz, sprawdzając dla pewności mocowanie. Po czym w podobny sposób, jak wyciągnął maskę, zrobił to samo z dwoma wiernymi mieczami. Alfa i Omega były jak przedłużenie jego własnego ciała. O ile innych mogły się wydawać nieporęczne i wręcz niemożliwe do użytku, dla niego było to równie naturalne, jak każdy oddech.
        Dzwony umilkły i wyleciał z uliczki wprost w trójkę patrolujących strażników. Wpadł w nich z bara, taranując i dotkliwie obijając, po czym biegiem ruszył w stronę rynku. Nie trzeba było długo czekać na reakcję. Przed akcją postarali się nakarmić władze fałszywymi informacjami, jak wyglądał sprawca poprzednich zajść.
        — Złapać go żywcem, to on! — Takie i podobne krzyki zaczęły rozbrzmiewać w mrokach nocy. Rozbrzmiały różne dźwięki i alarmy, cała okolica stanęła w gotowości. Przebiegając przez rynek i sprawnie omijają większość strażników, znalazł jakiś większy plac, prawdopodobnie boczny rynek.
        „Wszystko idzie po naszej myśli, chodźcie do mnie myszki. Za serem prosto w pułapkę” — przeszło mu przez myśl, kiedy wszedł w pierwsze zwarcie z młodym strażnikiem.
        — Taki młody i naiwny. — Z łatwością ominął pełnej dziur i lekceważącej postury młodziaka, i zbił go z nóg jednym uderzeniem w kark.
        — Oj, oj, oj. Jak tylko na tyle was stać, to nawet nie będzie rozgrzewka. — Kolejne zwarcia kończyły się podobnie, bo nie trafił na nikogo doświadczonego i z łbem na karku. Nawet rzucając się w parę osób, dostawali oni sromotny łomot. Najgorsze i najbardziej bolesne jednak dla wszystkich pokonanych i obserwujących był fakt, że wszyscy nieprzytomni żyli.
        Oddech upadłego znacząco przyspieszał, więc wyrównywał go raz na jakiś czas. Nie wiedział, ile to trwało, ale plac wyglądał jak pobojowisko. Poniszczone budynki, poniszczone mienie i jeden wielki chaos, w którego centrum było on.
        — Do diabłów, nie potraficie jednego człowieka powalić, żartujecie sobie! Dajcie tu łuczników, nafaszerować go strzałami!
        — Ale… Ale kapitanie. Tam na ziemi leżą nasi, jak nie trafimy, to…
        — Powiedziałem: strzelać! Śmiesz podważać słowa własnego przełożonego?
        Chociaż wszyscy myśleli podobnie, nikt nie śmiał sprzeciwić się rozkazom. Upadły nie był nieprzygotowany, ale nie mógł uwierzyć, że jednak posuną się tak daleko. Ich dowódcą kierowała chyba już duma, a nie rozsądek. Totalna porażka w porównaniu do ciążącej na nim odpowiedzialności.
        — I to ja jestem piekielnym, zabawne — stwierdził pod nosem i złączył ostrza razem.
        Gdy tylko cięciwy zostały zwolnione, obracające się z dużą prędkością ostrza Alfy i Omegi odbijały nadlatujące lekkie strzały z łatwością. Mógł uciec, ale nie chciał wciągać do tego życia niewinnych ludzi. Wykonywali tylko swoją pracę. Czasem używał magii, aby po prostu strzała wylądowała w jego wymiarze do przechowywania. Nie udało mu się przechwycić każdej, ale sporą część po prostu zniszczył, pochłonął magią, a te, które już trafiły, to tylko w ich własnych ludzi. Na szczęście tylko mało poważne trafienia, bo te groźniejsze zniwelował. Nie był bogiem, ale przynajmniej dla tych biedaków mógł tyle zrobić. Miał nadzieję, że kapitanowi się później oberwie za ten bezmyślny rozkaz. Zwłaszcza, że teraz ów osobnik wyglądał, jakby miał zbierać szczękę z miejskiej brukowanej drogi.
        „Silne aury magiczne, czas się zbierać”.
        Podszedł do lampy stojącej tuż obok niego i chwycił ją obiema dłońmi. W to, co zobaczyli później wszyscy obecni, prawdopodobnie nikt by im nie uwierzył. Mężczyzna w masce z łatwością wyrwał stalową, grubą lampę jak małe drzewko. Korzystając z lampy jak z taranu, zrobił sobie najzwyczajniej przejście. Po prostu wyszedł jak z balu, który mu się znudził. Nim ktokolwiek ocucił się z szoku i tego, co zaszło, upadły przepadł w ciemnościach licznych wąskich uliczek.

        Ostatecznie plan dywersji i odciągnięcie uwagi od rynku poszedł po myśli upadłego. Dziewczyny były właśnie w trakcie podróży do posiadłości ze zgubami. Tymczasem upadły powrócił do tej samej tawerny, w której był wcześniej. Właścicielka, najwidoczniej przyzwyczajona do widoku poobijanych podróżników, o nic nie pytała. Jedzenie i picie było tak samo dobre, jak poprzedniego dnia. Nie martwiąc się niczym, poowijany bandażami w paru miejscach, po prostu korzystał z życia. Ogólnie większość rozmów wokół dotyczyła wczorajszych wydarzeń. Większość z nich była tak wybujała, że rozumiało się, czemu plotki są po prostu złe.
Awatar użytkownika
Kayleight
Błądzący na granicy światów
Posty: 10
Rejestracja: 8 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Kayleight »

        Promienie wschodzącego słońca raczyły bezczelnie przebić się przez kryształowe ściany komnaty i przez szczelinę między jedwabnymi zasłonami, bezpardonowo padając dokładnie na wzburzoną pierzynę o błękitnej barwie. Pierzyna wzburzyła się jeszcze bardziej, a spod niej wychynęła kaskada kasztanowych włosów, która zaraz na powrót prędko zniknęła. Promienie dosięgnęły błękitnej puchowej poduszki, więc po chwili rozbrzmiało stłumione niezadowolone jęknięcie, a to zamieniło się w warczenie. Pierzyna ponownie się zakotłowała, a następnie z wolna opadła, ukazując znajdującą się pod nią sylwetkę. Pomimo imponującej warstwy potencjalny obserwator zdołałby dojść do wniosku, że skrywane pod nią kształty były całkiem niczego sobie. Sylwetka znieruchomiała, całkowicie skryta przed światem.
        Rozległo się pukanie do drzwi, a spod pierzyny wydostało się kolejne soczyste warknięcie, przepełnione rozgniewaniem. Prawdopodobnie było to przekleństwo, ale materiał skutecznie je zniekształcił i powstrzymał przed dotarciem do odbiorcy. Pukanie się powtórzyło, tym razem bardziej nachalne. Spod błękitnej narzuty wydobyła się ręka, która, chwyciwszy mocno puchar pełen wody, rzuciła nim z całą siłą w drzwi.
        — Precz! — krzyknęła właścicielka ręki, znikając na powrót pod pierzyną.
        Zza drzwi wydobyło się ciche, wręcz nieśmiałe stęknięcie.
        — Pani Kayleight...
        Znów rozgniewany ton wydobył się z komnaty, tym razem odbiorca mógł wyraźnie usłyszeć skierowane ku niemu bluźnierstwo. A raczej ku jego matce. Sekretarz przełknął ślinę, ze strachem chwytając za pozłacaną klamkę. Kliknięcie, według mniemania przerażonego mężczyzny, mogłoby obudzić nieboszczyka pośród tej ciszy, a co dopiero rozzłoszczoną i niewyspaną czarodziejkę. Było to najgorsze możliwe połączenie ze wszystkich najgorszych możliwych połączeń na świecie i w historii. I on miał obowiązek wdepnąć w tę śmiertelną pułapkę. Nawet nie pułapkę — wejście do komnaty pani Kayleight z rana równało się przynajmniej wejściu do leża rozwścieczonego smoka. Nie na darmo mawiano: „Czarodziejka, plus prośba, plus ranek, równa się globalna katastrofa”. W szczególności ta konkretna czarodziejka... Sekretarz jednak nie mógł nie wykonać powierzonego mu przez króla zadania.
        Przekroczył próg komnaty, spisując w myślach testament.
        Pani Kayleight nie raczyła zaszczycić go jakimkolwiek gestem, nawet gestem pogardy. Leżała nieruchomo pod grubą pierzyną, nie dając jakichkolwiek oznak życia. Mężczyzna zatrzymał się zaraz za drzwiami, niemal wtapiając plecy w oszlifowane drewno, by maksymalnie zwiększyć dystans oraz jak najbardziej zminimalizować ryzyko wykonania misji za cenę własnego zdrowia. Odchrząknął ledwie słyszalnie — żadnej reakcji. Odchrząknął ponownie — również brak odzewu. Wytarł trzęsącą się dłonią spocone ze stresu czoło, ponownie przełknął ślinę, choć zaschło mu w gardle. Słyszał opowieści o tym, co pani Kayleight robiła z tymi, którzy budzili ją za wcześnie. I z całym przekonaniem sekretarz nie chciał zostać jednym z nich. Wykonał niemrawy krok naprzód, potem kolejny, powolutku zbliżając się do paszczy lwicy. Na własne życzenie... Podskoczył, łapiąc się za serce, usłyszawszy głuchy trzask pioruna. Natychmiast cofnął się do drzwi, a gdy zerknął na szafkę nocną przy łożu czarodziejki, odetchnął z ulgą. Trzask pochodził z zamglonej kryształowej kuli, w której aktualnie kotłowała się cała meteorologia alarańska. Sekretarz nie mógł zrezygnować. Wygładził przód kamizelki i podszedł bliżej leża lwicy.
        — Pani... — zaskrzeczał. Odchrząknął i ponowił adresację. — Pani Kayleight... Mam dla pani wiadomość. Od króla — dodał prędko, by nie dostało mu się za zawracanie czarodziejce głowy błahymi sprawunkami.
        Spod pierzyny wydobyła się dłoń, której gest dał mężczyźnie do zrozumienia, by kontynuował. Sekretarz odetchnął głęboko, otarł ponownie czoło i jął czytać notkę od Denawetha:
        — „Szanowna Pani Kayleight, proszę wybaczyć, że jest Pani budzona o tak nieludzkiej godzinie, acz zostałem do tego zmuszony. — Nie ty ryzykujesz życiem, wasza wysokość... — Otóż dzisiejszej nocy ponownie doszło do rzezi, tym razem nie dość, że przetrzebiono grupę, która nielegalnie sprzedawała broń przestępcom, to jeszcze miejscy strażnicy właśnie przebywają w szpitalu, gdzie leczone są ich poważne rany. Proszę Panią, aby zaczęła Pani działać najszybciej jak to możliwe. Z poważaniem, Denaweth”.
        Mężczyzna zwinął królewski pergamin, skłonił się w pas i bez słowa wycofał się z komnaty. Drzwi zamknął cichutko i bez skrzypnięcia, a za nimi odetchnął z ulgą i cisnął wściekle papier w głąb korytarza. Nie po to został sekretarzem, by narażać swoje zdrowie!
        Kayleight wtenczas donośnie warknęła i ze złością skopała z siebie pierzynę, obracając się na plecy.
        — Pieprzony zabijaka — mruknęła pod nosem, wpatrując się w malowniczy sufit komnaty.
        Z łóżka wstała niedługo później. Noc miała koszmarną, o czym świadczyć mogły podkrążone i opuchnięte oczy czarodziejki i ogólna niechęć do czegokolwiek, włosy zaś miała w nieładzie, gdzie zwykle na noc je zaplatała w fikuśny warkocz. Nie była przyzwyczajona do pracowania po nocach. Na szczęście udało jej się skontaktować ze znajomym czarodziejem oraz przygotować pracownię do rzucenia potężnych czarów namierzających. Sama nie była w stanie tego uczynić, gdyż nie dysponowała tego typu magią, musiała więc spotkać się z kolegą po fachu i zaprowadzić go z powrotem do pałacu, gdyż bez niej nie miałby on wstępu na teren dworu królewskiego. Co za bezsens. Kayleight była teraz w takim stanie, że mogłaby bez wyrzutów sumienia podważyć nawet fakt istnienia grawitacji. Niewyspana, spragniona i głodna zaczęła szykować się na owocne spotkanie, które, swoją drogą, miało odbyć się w podrzędnej karczmie. Znajomy czarodziej był bez mała paranoikiem, dlatego wolał głośne, duszne, śmierdzące piwem i męskimi wydzielinami przybytki, aby nikt przypadkiem nie miał okazji do zdybania go w samotności. Lubił mieć świadków. Kayleight — nie za bardzo. Nie miała jednak wyjścia, jak zgodzić się na jego plan. Potrzebowała go.
        Makijaż nałożyła szybko i sprawnie, przywdziała dosyć zwiewną, odsłaniającą ramiona białą suknię w różowe kwiaty. Włosy zaplotła w koszyczek, pozwalając kilku kosmykom swobodnie muskać jej porcelanową cerę. Założyła dodatkowo na ramiona aksamitną pelerynę, by uchronić się przed porannym chłodem, po czym opuściła tereny pałacu, zagłębiając się w miasto.

        Karczma „Złoty Kotek” szczyciła się całkiem dobrą renomą, głównie dlatego, że znajdowała się bliżej centrum niż obrzeży, a stąd więcej przybywało do niej ludzi na względnym poziomie. Kayleight przekroczyła próg przybytku, pachnąc fiołkami i konwaliami, czyli bardzo słodko. Już samym zapachem wyróżniała się spośród tłumu, nie wspominając o eleganckiej, acz kobiecej prezencji. Mimo targającego nią głodu nie zamówiła niczego do jedzenia, do picia tym bardziej — piwo pijała okazjonalnie, a wodzie w tawernach nie ufała. Nie musiała długo czekać ktoś zwróci na nią uwagę. Podszedł do niej młodo wyglądający mężczyzna o zmęczonych modrych oczach, wziął ją pod ramię i zaprowadził do stolika w kącie izby. Nie wymienili uprzejmości ze względu na chęć zachowania anonimowości w miejscu publicznym. Czarodziejka zdziwiła się gestem towarzysza, bo sądziła, że od razu ruszą do pałacu, a on po dżentelmeńsku odsunął jej krzesło, dając do zrozumienia, by usiadła. Nie spierała się. Zająwszy miejsce, rozejrzała się po izbie. Klientela dopisywała tego dnia, ludzi było co nie miara, a przekrój był ogromny — od samotnie siedzącego czarnowłosego przystojniaka, przez bardów i urzędników, po grupki elfów i niziołków grających w karty. Kayleight uśmiechnęła się, wspominając dobre dawne czasy, w których podróżowała z „Barwnymi Papużkami” po kontynencie. Aż czasem chciała rzucić to wszystko i ponownie zwiedzić wraz z nimi świat.
Awatar użytkownika
Erremir
Mieszkaniec Sennej Krainy
Posty: 110
Rejestracja: 6 lat temu
Lokalizacja: Wrocław
Kontakt:

Post autor: Erremir »

        Pierzasty należał do osób, które wbrew pozorom były dosyć ostrożne i doinformowane. Pojawienie się sławetnej Kayleight zdziwiło go nieznacznie. Tutejsze podziemie widziało w tej kobiecie korzyści, jak i wroga, stąd posiadało o niej podstawowe informacje, które tak naprawdę były dostępne dla każdego zainteresowanego. Erremir należał do ludzi, którzy woleli to zlecić specjalistom w tej dziedzinie. Biorąc pod uwagę klasę czarodziejki, nie zapuściłaby się bez powodu do bezklasowej karczmy.
        Nic nie zmieniło się w zachowaniu upadłego od momentu jej pojawienia się, po prostu robił to co dotychczas. Nie bał się spojrzeć w jej stronę ani trochę, zwłaszcza, że nie można było się oszukiwać. Ta kobieta wiedziała dokładnie, jak podkreślić swoją urodę i wdzięki. Widział wiele w życiu, przeżył wiele romansów i miłości, nie wspominając o urodziwych damach. Mimo filigranowej budowy prezentowała się wyśmienicie, a otoczenie wręcz to jeszcze podkreślało. Zaśmiał się w myślach z tego, jak wyróżnia się w niepasującym do jej persony tłumie.
        Odsłonięte ramiona pobudzały męską wyobraźnię i pokazywały pewność siebie. Lustrował kobietę jak interesujące dzieło sztuki. Wyborów miał wiele, na przykład mógł po prostu wyjść. Jeżeli taka osoba była w ruchu, nie trzeba było być geniuszem, aby wiedzieć, że król wyrywał sobie właśnie włosy z głowy, jednak upadły był znany z dosyć śmiałych ruchów podczas dowodzenia armią, walki czy w życiu poza nią.
        Uśmiechając się pod nosem do siebie, skonsumował strawę do końca ze smakiem. Odchodząc od swojego stolika, skierował się do głównej lady. Po krótkiej rozmowie z właścicielką przekazał jej dosyć dyskretnie zwinięty skrawek papieru wraz z monetami. Na zewnętrznej stronie napisane było dosyć eleganckim pismem, o które nie można by podejrzewać wojaka, imię „Kayleight”. Kobieta skomunikowała się z nim uśmiechem, bo nie było to rzadkością, że pewne wiadomości przekazywano w taki sposób.
        Świadomie wchodził w paszczę lwa, a raczej lwicy, ale tak rozegrane karty będą stanowczo ciekawsze. Z widocznym zadowoleniem z samego siebie wrócił na swoje miejsce, cierpliwie oczekując, aż jeden z pracowników dostarczy skrawek papieru i wszystkie trybiki się zazębią.
Awatar użytkownika
Kayleight
Błądzący na granicy światów
Posty: 10
Rejestracja: 8 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Kayleight »

        Znajomy czarodziej, który z manią prześladowczą obserwował otoczenie rozbieganym spojrzeniem, z początku nie miał zamiaru odpowiadać na jakiekolwiek pytania. Siedział naprzeciw koleżanki, nie racząc nawet odezwać się słowem. Początkującego, który trafił dopiero do towarzystwa czarodziejów, takie zachowanie bardzo by zaniepokoiło, głównie z braku wiedzy na temat ogromnego przekroju natury tej rasy, bowiem jej przedstawiciele posiadali niepohamowaną chęć poznawania świata i podporządkowaniu sobie praw nim rządzących, co nierzadko doprowadzało ich do utraty zmysłów lub kończyn. Albo jednego i drugiego. Gren, bo tak miał na imię znajomy czarodziej, należał — o dziwo — do tej normalniejszej grupy, i choć wydawał się niespełna rozumu, jego obfita w czarne włosy głowa skrywała naprawdę imponujące pokłady wiedzy tajemnej, których niejeden arcymistrz arkan magicznych nie mógłby się powstydzić. Dlatego Kayleight go tak bardzo potrzebowała. Hydromancja z pewnością była bardziej skuteczna od prekognicji i cuchnącej tyromancji, lecz sama nie posiadała daru odczytywania przeszłości z pomocą wody, zaś Gren uchodził w tej dziedzinie za autorytet. Gdyby nie fakt, że mania prześladowcza przeszkadza mu w podróżowaniu, już dawno Kayleight zadbałaby o to, by wykładał w Et Iris.
        Zastukała ze znudzeniem ładnymi paznokciami o blat, nie tracąc na swojej elegancji — choć siedziała dość swobodnie, z jedną nogą na drugiej, opierając łokcie na stole, nie ujmowało jej to wdzięku, a wręcz przeciwnie, bo go nabrała. Niczym królowa na balu w otoczeniu nieciekawych osobistości. Bo ileż można czekać? Nie chciała doprowadzić czarodzieja do zawału, ale nie miała czasu na jego paranoidalne zagrania.
        — Nie po to zostałam obudzona o świcie, by teraz do południa tu gnić — zauważyła ostro. — Pół nocy przygotowywałam pracownię, by przez kolejne pół ledwo móc zasnąć. Jestem niewyspana i głodna, i jeżeli nie wydusisz z siebie teraz choćby słowa, siłą cię do tej pracowni zaciągnę.
        Gren wyraźnie zbaraniał, przełknął ślinę i zamrugał kilkakrotnie nerwowo. Pokiwał głową ze strachem w oczach, po czym odchrząknął i nachylił się konspiracyjnie ku czarodziejce.
        Nie musiał jednak wypowiadać ani słowa. W tym samym czasie podeszła do nich śliczna kelnerka i postawiła przed nimi na blacie koszyk z chlebem oraz dwa talerze z bigosem. Kayleight uniosła brew z niezadowoleniem wymalowanym na twarzy. Chwyciła delikatnie kobietę za przedramię.
        — Zaszła pomyłka, niczego nie zamawialiśmy — powiedziała grzecznie, acz jej w jej tonie słychać było ostrość.
        Kelnerka zaśmiała się perliście, uśmiechnęła się i położyła swoją dłoń na dłoni czarodziejki.
        — To na koszt firmy, życzymy smacznego — odparła profesjonalnie, po czym subtelnie wyswobodziła się z uścisku Kayleight, by następnie zniknąć w tłumie.
        Czarodziejka zerknęła porozumiewawczo na towarzysza, a następnie z podejrzeniem popatrzyła na pachnące jedzenie. Poczuła, jak burczy jej w brzuchu. Nie dała się zwieść, nikt w karczmach za darmo nic nie daje, bo nawet mężczyzna musi kupić drinka, by poczęstować nim obiekt swoich westchnień. Prychnęła więc z pogardą, odstawiając oba talerze na bok, i dopiero wtedy dostrzegła kawałek kartki wystającej spod kromek chleba. Ach, no tak, nie mogli przekazać samej wiadomości, bo zwróciłoby to niepotrzebną uwagę osób niepożądanych. Czarodziejka nie cackała się długo, od razu chwyciła za róg wystającego papieru, odczytała, do kogo wiadomość była adresowana, a następnie zajęła się lekturą.

Jeżeli interesuje Cię osoba siejąca zamęt w Kryształowym Królestwie, mogę pomóc.
Pozdrawiam
Czarny wojak ze stołu obok


        Nie od razu się obróciła. Przez lata służby w roli szpiega zdołała przyswoić sobie najważniejszą zasadę: wszelkie informacje przekazywane na piśmie natychmiast niszcz. Tak więc zrobiła; nie dość, że podarła kartkę na drobne kawałeczki, to na dodatek jednym ruchem dłoni przeteleportowała pozostałości do kałuży za karczmą. Wolała uprzedzać fakty. Nie ufała jednak niesprawdzonym źródłom, toteż i nie podeszła do stołu obok. Zamiast tego przekazała Grenowi z pomocą telepatii, by udali się do pałacu i tam porozmawiali. Bez świadków. Zgodził się.
        Wstali więc oboje, czarodziej poszedł przodem. Elegancka Kayleight elegancko odczekała kilka sekund, żeby nawiązać kontakt wzrokowy z tajemniczym, przystojnym wojownikiem, by następnie i jemu przekazać wiadomość. Mężczyzna usłyszał więc w głowie słodki, zaprawiony pikanterią głos czarodziejki:
        Doceniam chęci. Za godzinę w miejskich ogrodach.
        I wyszła, pozostawiając po sobie zapach fiołków i konwalii.
Awatar użytkownika
Erremir
Mieszkaniec Sennej Krainy
Posty: 110
Rejestracja: 6 lat temu
Lokalizacja: Wrocław
Kontakt:

Post autor: Erremir »

        Erremir był bardzo cierpliwą osobą. Obserwował rozwój sytuacji od momentu podejścia obsługi do stołu czarodziejki aż do momentu wstania towarzystwa od niego. Mężczyzna towarzyszący kobiecie niespecjalnie go zainteresował, w końcu bardziej robił właśnie to wszystko dla własnej rozrywki. Pod latarnią najciemniej w końcu, a tą latarnią była właśnie owa kobieta. Przynajmniej tak czuł, a wierzył w swój zmysł do takich spraw. Jednak nawet gdyby się mylił, zakręcenie się wokół pięknej kobiety wcale nie było takim kiepskim pomysłem. Należało mu się po wykonaniu czystek w ostatnich tygodniach.

        Gdy nagle rozbrzmiał mu w głowie głos, przyjął to całkiem normalnie. Nie miał pierwszy raz styczności z taką formą przekazywania informacji, chociaż zawsze pozostawiała mu pewien dyskomfort, który ciężko było opisać słowami. Głos i sposób, w jaki te słowa zostały przekazane… nie miał nic przeciwko, żeby chociaż iść ją usłyszeć na żywo, nawet gdyby całość spotkania była bezowocna. Z pewnością wiedziała, jak zdobyć przychylność płci przeciwnej. Lubił pewne siebie kobiety, nie wspominając o tym jednym, krótkim spojrzeniu między nimi. Kobieta z temperamentem bez dwóch zdań i z twardym charakterem. Zapowiadała się niezmiernie ciekawie. Odprowadził dwójkę wzrokiem do drzwi, lustrując kobietę z ciekawością, nim zniknęła z tegoż marnego lokalu. Niedługo po tym również sam opuścił, aby wybrać się w miejsce spotkania, przechodząc przez ciągle utrzymujący się zapach fiołków i konwalii.

        O miejskich ogrodach Kryształowego Królestwa wiele słyszał, ale nigdy nie miał okazji w nich zawitać , a żył już w tym świecie ponad setkę lat. Dla człowieka mogło to się wydawać całym życiem, ale dla upadłego był to po prostu nowy rozdział. Wręcz ledwo zaczęty. W przeszłości jako król był specyficznym człowiekiem, ale życie wojaka chyba pasowało do niego bardziej. Lubił swą wolność.
        Do ogrodów dotarł dosyć szybko z drobną pomocą miejscowych, bo w niecałe półgodziny był już na miejscu w ogrodach, gdzie mieli się spotkać. Miejsce położone na skraju, daleko ułożone od ruchliwszej i częściej odwiedzanych części ogrodu. Ciężko można było mówić o brak prywatność w takim odludnym miejscu, chociaż była to część miasta. O miejscu wiedział tylko przez informacje przekazane przez Kayleight – przekazała ona mu te informacje prosto do głowy. Inaczej raczej ciężko byłoby im się spotkać w tak ogromnym ogrodzie miejskim.

        Ogrody z pewnością był wspaniałe i czymś, czego w normalnym życiu nie da się raczej zobaczyć bez bycia kimś żyjącym w luksusach. Emirey przyglądał się wszystkim odwiedzającym ogrody z oddali, skryty w cieniu jednego drzew, oparty wygodnie o pień dosyć potężnego i starego drzewa. Nie robiło na nim to żadnego wrażenie, bo urodził się jako książę, który stał się później królem. Widział wspanialsze rzeczy. Ogród jednak budził w nim nostalgię za czasami dzieciństwa, gdzie wszystko wydawało się takie proste. Gdy jeszcze był niewinny i nie miał dłoni splamionych krwią niezliczonych ilości istnień, nawet tych boskich. On sam zahaczył o półboskość, ale teraz? Stracił wszystko i wylądował w tym świecie jako cień dawnego siebie. Co dziwne, nawet ten ułamek pozwał mu być kimś potężnym w danym świecie.
        Cała sytuacja z porwaniem wyszła impulsywnie. Możliwe, że gdzieś głęboko w sobie wciąż myślał jak władca i nie mógł znieść takiej sytuacji. Popełnił błąd, że nie wyeliminował tych szczurów za pierwszym razem. Dlatego tym razem zrobił czystkę do samego dna. Ktoś mógłby nazwać go bezdusznym, ale on widział to inaczej. Miał odpowiedzialność dbać o tych, którzy w niego wierzą i nie potrzebował trzymać się moralności. Zrobił to, co uważał za słuszne i nie żałował. Każdego człowieka, którego zabił ostatnimi tygodniami, każdy z nich musiał gdzieś być przygotowany, że tak może się to właśnie skończyć. Owszem, był zły i potworem, pewnie wiele osób pozbawił bliskich, ale nie był w stanie uszczęśliwić każdego. Nie był bogiem, więc dbał o to, co było dla niego ważne. Po prostu był sobą.
        Tak pogrążony w myślach, zsunął się po pniu i usiadł na trawie, zginąć nogi i kładąc na nich ramiona. W krótkim czasie zapadł w kruchy sen, gdzie śmiał się, pił i jadł jako król upadłych odmiennego świata. Świata, który teraz był tylko mglistą przeszłością.

        Otworzył oczy, czując znajomą aurę. Owa kobieta się zbliżała, ale nie wiedział skąd i jak, więc po prostu czekał. Czas minął mu szybciej niż się spodziewał. Westchnął cicho i uśmiechnął się sam do siebie, wciąż tęsknił za straconą przeszłością. Blizna, która zapewne do końca tego żywota będzie świeża w jego myślach. Zerknął powoli na wierzch prawej dłoni i widniejącego na niej znamienia. Miał jedynie nadzieje, że czarodziejka nie będzie miała wiedzy o tak antycznych sprawach jak to znamię. Na kartach historii owego świata pojawiły się tylko parę razy, bo przestudiował temat. Nikt nie musiał wiedzieć, że jest zbiegiem z tamtego miejsca za zabijanie bogów. Nikt raczej nie patrzył przychylnie na szaleńców, którzy porywają się na walkę z istnieniami uznawanymi za najwyższy szczyt.
Awatar użytkownika
Kayleight
Błądzący na granicy światów
Posty: 10
Rejestracja: 8 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Kayleight »

        Godzina zdecydowanie nie wystarczała, by powołać do życia wszelkie zaległości wraz z dopiero co rodzącymi się planami. Nie dla Kayleight. Czarodziejka z całego serca nie znosiła pracować w pośpiechu, przez co jej nastrój dramatycznie się obniżył, mimo że to ona podała dokładny termin spotkania z nieznajomym. Lecz to nie mogło czekać; tak jak czekać nie mogło doprowadzenie Grena do przygotowanej wcześniej pracowni, gdzie wspólnie będą mogli podjąć się rzucania zaklęć hydromancyjnych. W drodze do pałacu czarodziej zdołał opowiedzieć jej o trzech teoriach spiskowych, według których każdy, kogo nie zna osobiście, czyha na jego drogocenne życie. A przynajmniej na jego bezcenną wiedzę, dlatego bardzo szybko znaleźli się za królewskimi murami. Nie, żeby uwierzyła mu w te farmazony, ale dla własnego świętego spokoju chciała mieć już ten temat za sobą, wiedząc, że jeśli kolega się rozgada, nie będzie już odwrotu. Mogłaby mu zwyczajnie wyczarować knebel na ustach, lecz nie chciała posuwać się do tak drastycznych środków. Chcąc nie chcąc, czarodzieja darzyła niemałym szacunkiem, i nie miała zamiaru uwłaczać jego dumie. Choć niezmiernie ją to kusiło. Miała niepohamowaną nadzieję, że w pracowni Gren zacznie składać bardziej logiczne zdania, nie szczędząc na merytorycznym przekazie.
        Zajrzała jeszcze prędko do swojej komnaty. Stos korespondencji, który zalegał na komodzie, raczyła bezczelnie zignorować. Nie miała czasu ani ochoty na zaczytywanie się w koślawych literkach napisanych przez równie koślawych nadawców. Powierzone jej zadanie nie stanowiło kwestii życia i śmierci, lecz i z pewnością nie grzeszyło lekkością w wykonaniu. Już od dawna nie dotknęło jej takie zmęczenie, nawet w ciągu ostatnich kilku tygodni w Et Iris, w czasie nieobecności dyrektora de Bergeraque’a. Rozejrzała się po kryształowej komnacie; przez jedwabne zasłony sączyło się miękkie światło porannych promieni słonecznych, które gdzieniegdzie przedzierały się w przerwach między tkaniną, odbijając się od srebrnej zastawy na mahoniowym stoliczku oraz od bogato zdobionego lustra w stylowej toaletce. Czarodziejka westchnęła cicho, usiadła na pościelonym łożu, schowała twarz w dłoniach, przymykając na moment oczy. Kilka rzeczy w tym chaosie naprawdę nie miało sensu. Wiadomym było, że około dwudziestu – dwudziestu pięciu procent środków w budżecie państwa pochodziło z interesów grup przestępczych, wszyscy uprzywilejowani do posiadania tego typu informacji o tym wiedzieli. Jako że Kayleight sprawowała swego czasu stanowisko państwowego skarbnika, miała również wgląd do archiwum i sprawozdań z kadencji jej poprzedników. I dopóki Denaweth nie zarządził, by kontrolować przestępców i zbierać od nich haracz, tamci panoszyli się niczym dumne sroki, pustosząc wszystko na swojej drodze. Nie dość, że król zniwelował ich działalność do minimum, to w dodatku ścigał za każde, choćby najdrobniejsze, złamanie zasad ultimatum. Oni nie ginęli. A państwo miało pieniądze. Skąd więc pomysł, by ich eliminować? Skąd zabójca wiedział, gdzie szukać przestępców? Nawet Denaweth nie znał ich kryjówek – wysyłali zawsze po jednym przedstawicielu z każdej grupy, aby się nie narażać. Kto? Jak? I dlaczego?
        Nie dane jej jednak było trwać w tych rozmyślaniach. Już drugi raz tego samego dnia rozległo się pukanie do drzwi jej komnaty. Jęknęła pod nosem zrezygnowana i wyprostowała się niechętnie.
        — Proszę — powiedziała tonem przepełnionym wszelką możliwą niechęcią.
        Uśmiechnęła się niemrawo, zobaczywszy, kto zawitał w jej nieskromnych progach. Nieziemsko przystojny elfi hrabia, dla którego dziewczęta w Kryształowym Królestwie były w stanie podnieść kiecę powyżej biodra, nawet te nieśmiałe sztuki. Jej mąż, Yvel Alardin Igo, którego błękitne oczy zaskrzyły się radośnie na widok czarodziejki.
        — Och — wyrwało jej się cicho. W duszy dziękowała za porządny puder, ukrywający jej rumieńce.
        — Ciebie również miło widzieć, kochana. — Podszedł do niej, pochwycił delikatnie jej dłoń i ucałował, by po chwili powtórzyć ten gest na jej policzku.
        Zamruczała błogo, przypominając sobie, czemu wciąż go lubiła, pomimo różnicy poglądów. Yvel potrafił zaimponować kobiecie, nie tylko kupując jej drogie precjoza i różne exotica. Choć do pewnego czarodzieja było mu jeszcze bardzo daleko. Niemniej, starał się, a to się ceniło. Wskazała mu krzesło przy łóżku, by na nim usiadł, a sama powróciła na miękki materac.
        — Obawiam się, że nie mam dla ciebie wiele czasu — rzekła, poprawiając fryzurę.
        — Czyżby konwentykiel z przyjaciółmi? — zażartował elf, spoglądając na nią z ukosa.
        — Nie, rendez vous z informatorem — odparła, uśmiechając się przekornie.
        — Uwielbiam, kiedy się droczysz. Powiesz, o co chodzi?
        — Tajemnica państwowa, kochany. Przykro mi.
        Yvel parsknął z rozbawienia, Kayleight uniosła brew.
        — Widzę, że poprawiłam ci humor… — powiedziała nieco zbita z tropu.
        — Owszem — zgodził się elf, całkiem pewny siebie. — Wiem, że rozpracowujesz sprawę znikających bandytów.
        Robiła wszystko, by panować nad mimiką i nie zdradzić, że jest niezwykle zaskoczona przebiegłością męża. Zmarszczyła brwi w wyrazie niezrozumienia.
        — Skąd…?
        — Jeśli tajemnicę znają więcej niż dwie osoby, to przestaje być ona tajemnicą, a staje się informacją, kochanie. — Uśmiechnął się złośliwie.
        Czarodziejka odwzajemniła złośliwy uśmiech, po czym wstała, poprawiła sukienkę i oparła się ręką o obramowanie łóżka, dając mężowi wyraźnie do zrozumienia, że czas dla niego poświęcony właśnie się wyczerpał. Wychwycił przekaz. Wstał więc z krzesła, by ukłonić się i bez słowa wyjść. I nie zamknąć za sobą drzwi. Kayleight przewróciła oczami; cóż za elegancki pstryczek w nos, bardzo w jego stylu. Nic dziwnego, że codziennie miał inną kobietę w łóżku.

        Na jednej z gałęzi potężnej, rozłożystej wierzby płaczącej, znajdującej się w centrum ogrodów, siedziała niepozorna, choć jaskrawa ptaszyna. Wyróżniała się intensywnie żółtym upierzeniem kontrastującym z jasną zielenią liści, ale pomimo tego nie zwracała na siebie uwagi. Obserwowanie śpiącego mężczyzny powoli zaczynało ją nużyć. Zleciała więc zgrabnie na ławkę nie opodal, na której w chwilę później pojawiła się kasztanowo włosa kobieta w białej sukience z różowymi kwiatami na niej. Założyła nogę na nogę i położyła obie dłonie na kolanie, przyglądając się budzącemu się mężczyźnie. Kiedy dostrzegła, że wojak począł się rozglądać, uśmiechnęła się delikatnie.
        — Dzień dobry — odezwała się nader słodko, acz w jej głosie dało się usłyszeć pikantną nutę.
        Zdążyła dobrze przyjrzeć się mężczyźnie. Agresywnie przystojny o mocnych rysach twarzy, bynajmniej szlachetnych, acz wzbudzających szacunek i obawę. Prawidłowo umięśniony, nadzwyczajnie wytrenowany do machania żelastwem, co wywnioskowała po silnych ramionach. Blizna na twarzy dodawała mu egzotyczności, a jego kruczoczarne włosy intensywnie kontrastowały z jasną cerą. Kayleight lubiła kontrasty. Wierzyła w porzekadło, jakoby przeciwieństwa się przyciągały. Wstała powoli i niespiesznym, dystyngowanym krokiem ruszyła ku wojakowi. Zatrzymawszy się nad nim, wyciągnęła ku niemu delikatną dłoń, dając jednoznacznie do zrozumienia, że pozwala mu się dotknąć i odpowiednio przywitać.
        — Niewykluczone, że ma jegomość świadomość, kim jestem, ale żeby formalności stało się zadość: Kayleight Igo, w służbie Jego Wysokości króla Denawetha. A pan to...?
Awatar użytkownika
Erremir
Mieszkaniec Sennej Krainy
Posty: 110
Rejestracja: 6 lat temu
Lokalizacja: Wrocław
Kontakt:

Post autor: Erremir »

        Upadły wyczuwał obecność aury kobiety, ale nie zorientował się, że była nad jego głową jako wielobarwny ptak. Z tego powodu na twarzy mężczyzny widniały ślady zaskoczenia. Miał do siebie również pretensje, bo w końcu mogło to zostać wykorzystane w mniej przyjemny dla niego sposób. Odwzajemnił uśmiech, wstając i się otrzepując solidnie. Nie był specjalnie ubrudzony od leżenia przy drzewie, ale to było bardziej przyzwyczajeniem niż potrzebą w danej sytuacji.
        Nie spieszył się z odpowiednim przywitaniem, bo to w końcu nie jemu zależało na informacjach. Miał czas, ale jakąś odrobiną szarmancji wypadało się wykazać wobec płci piękniejszej. Mimo wojackiej aury, którą roztaczał, musnął grzbiet dłoni kobiety ustami, trzymając jeszcze pod nią swoją własną. Nie było w tych ruchach zawahania się ani zbyt obfitej ilości kontaktu z jej ciałem. Wielu mężczyzn popełniało ten prosty błąd, ale upadły jako były król nie mógł potknąć się na takim detalu. Przywitania nie służyły w końcu, aby przekraczać pewne granice, czyż nie?
        Wyprostował się po przywitaniu należycie Kayleight, zlustrował ją wzrokiem. Pierwszy raz miał okazję przyjrzeć się owej kobiecie z bliska. Z pewnością była jedną z bardziej urodziwych, jakie było mu dane zobaczyć w życiu. W dużym stopniu można było wręcz się pomylić, że jest elfką, takową urodę właśnie posiadała. Myląco elfią, co o dziwo wcale nie było nie na miejscu. Każdy detal wydawał się być proporcjonalny w wyglądzie tej niebezpiecznej kobiety. Nawet ubiór podkreślał odpowiednio atuty elfiopodobnej sylwetki.
        — Informatorzy zapomnieli wspomnieć o urodzie, stanowczo — napomknął wystarczająco głośno, aby dotarło to do uszu osoby tuż naprzeciw niego. Zrobił to celowo i nie zamierzał się kryć z tymi myślami. W końcu zrobiła na nim wrażenie, wypadało jakoś docenić jej trudy.
        — Owszem, dzień dobry — uśmiechnął się do niej nieznacznie, błądząc wzrokiem po jej twarzy. W głowie wciąż rozbrzmiewał mu głos rozmówczyni, który był przyjemny dla ucha i męskiej wyobraźni. Stanowczo wiedziała, co robi.
        — Och, nie jestem nikim specjalnym, szarą figurą na kartach historii, która wie co nieco o problemach dotykających stojącą przede mną damę. — Przymrużył oczy, śmiało podziwiając urodę stojącej przed nim kobiety, aby w końcu uśmiechnąć się ponownie pod nosem.
        — Jednak mam informacje, które mogą ułatwić twe trudy z tym problemikiem tycim, który król zrzucił na twe barki. — Puścił jej oczko i obrócił się na pięcie, aby rozpocząć powolny spacer.
        — Ale wypadałoby się przedstawić, zwą mnie Erremir — dodał, aby zamknąć formalności, jak i użył imienia, którego nigdy nie używał w tym świecie. Nie skłamał, ale jednocześnie ukrył swą prawdziwą fasadę.
        — Jestem skromnym wojakiem w towarzystwie pięknej kobiety. Co byś chciała wiedzieć? — zagadnął, rozpoczynając temat, który prawdopodobnie interesował ją najbardziej w całym spotkaniu. — Jak i co będę miał? — Ponownie odwrócił się na pięcie i po krótkiej chwili znów stał na wyciągnięcie ręki od Keylight. Pogładził ją grzbietem dłoni po policzku z trochę odległym wzrokiem, jakby o czymś głęboko myślał. Po czym popatrzył prosto w oczy czarodziejki.
        — Lubię ryzyko, jak i niebezpieczne kobiety. — Uśmiechnął się troszkę figlarnie.
Awatar użytkownika
Kayleight
Błądzący na granicy światów
Posty: 10
Rejestracja: 8 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Kayleight »

        Przystojny wojownik o enigmatycznym wyglądzie grzeszył testosteronem na taką skalę, że w obszarze kilkunastu skoków kobiety wzdychały z cicha, zasłaniając zarumienione twarze bogato zdobionymi wachlarzami. Kayleight trwała niewzruszona, bacznie obserwując każdy, najdrobniejszy ruch mężczyzny. Zdawał się on równie stateczny, co czarodziejka, choć nie tak powabny i dystyngowanie chłodny. Ona zdążyła już pojąć, że wśród ludzi wysoko usytuowanych w społecznej hierarchii i mających dostęp do różnej maści informacji, należy zachować zimną krew oraz pokerową twarz. Blokada przeciw zaklęciom telepatycznym również się przydaje. Kwiatowa woń, którą wokół siebie roztaczała, przybrała niespodziewanie orzeźwiającą nutę, jak gdyby czarodziejka umyślnie ją nakierowała, by wywołała u odbiorcy pewien rodzaj przestrogi. „Możesz patrzeć, ale nie dotykać”, głosiło podprogowe ostrzeżenie. Kayleight była niczym dziko rosnąca róża na polu — dotknij ją wbrew jej woli, a zwiędnie. Dlatego właśnie mężczyźni nierzadko żałowali swoich pochopnych decyzji i niekontrolowanego popędu; czarodziejka dawała im wyraźną i bolesną nauczkę. Tym razem nie było inaczej. Wojownik miał kontakt z jej ciałem, ponieważ ona mu na to łaskawie pozwoliła. Wyraziła zgodę na obcowanie ze swoją delikatną i gładką skórą ku uciesze rozmówcy. Była świadoma swojej mocy sprawczej nad płcią przeciwną i tego, że gdyby tylko miała taką ochotę, mogłaby bez większego wysiłku sprawić, by padano do jej stóp. Tę umiejętność zdarzyło jej się wykorzystać nie raz, nie dwa, i to nie tylko względem mężczyzn.
        Jego gesty i dbałość o szczegóły okazały się słodką melodią dla skrzypiec, na których właśnie grała. Doskonale, wojownik umiejący się zachować. Nieczęsto napotykała taki fenomen; zdawała sobie sprawę, że w boju savoir-vivre go nie dotyczył, lecz miło było utwierdzić się w przekonaniu, że ostała się jeszcze szansa dla zachowania dobrych obyczajów wśród prostego ludu. Niemniej, oczy jej błysnęły, i to bynajmniej na słowa komplementu. „Informatorzy”. Zmrużyła drapieżnie pomalowane różem powieki, acz nie dała się wyprowadzić z równowagi. Wybrnęła z klasą. Uniosła dumnie podbródek.
        — Nie musieli. Była ona nazbyt oczywista.
        Pewna siebie kobieta nie czuła potrzeby dziękowania za kulawe komplementy. Mimo szarmancji, ten człowiek miał przed sobą jeszcze wiele nauki. Uwielbiała pochlebstwa, lecz nie po nie przybyła na to spotkanie. A jeśli ten mężczyzna liczył, że kupi ją słodkimi słówkami, to mocno się przeliczył. Gdy trzeba było, Kayleight okazywała się nieustępliwa i nie do złamania. Kobieta biznesu. To od jej podejścia do sprawy zależało powodzenie zadania, nie mogła więc pozwolić sobie na podkładanie się pierwszemu lepszemu, który twierdził, że miał jakiekolwiek interesujące ją informacje. Aż tak łasa na komplementy nie była.
        Pierwsze przyjemne wrażenie zostało zmyte przez pretensjonalne słowa jej rozmówcy. Zmarszczyła nieznacznie brwi, uniosła jedną, by ukazać swoje niezadowolenie. Tak subtelny sygnał jednakże nie został zarejestrowany przez mężczyznę. Pozostało jej trwać w chłodnym dystansie, który był wyczuwalny również w postaci wojownika. Splotła dłonie, ładnie się wyprostowała i zatrzepotała firankami rzęs.
        — Szara figura nie miałaby pojęcia o dotykających mnie problemach — rzekła enigmatycznie, odbijając piłeczkę. — Zatem jegomość musi być kimś więcej niż przysłowiowym nikim.
        Jej ton był słodki niczym miód wielokwiatowy zaprawiony odrobiną goryczy. Dało się bowiem dosłyszeć w jej głosie pewność wobec swojej tezy, bowiem nikt nieuprzywilejowany w realnym świecie nie wiedziałby nawet, że ma do czynienia z czarodziejką na usługach króla; ten tu zaś zdawał się doskonale znać jej tożsamość jeszcze przed oficjalną wymianą uprzejmości. Wszakże to on zainicjował to spotkanie. A ona grała. Grała cierpliwą i wcale nie poirytowaną. Nie po to ustawiła spotkanie jak najszybciej to możliwe, by teraz wysłuchiwać, za przeproszeniem, bzdur.
        Podjęła powolny spacer wzdłuż wyłożonej białymi kamyczkami dróżki, po której obu stronach znajdowały się obfite krzewy wielobarwnych kwiatów. Zachwyciłaby się nimi, gdyby nie jej towarzysz. Uwagę o problemiku puściła mimo uszu, udając, że jej nie dosłyszała. Następnie, w końcu, poznała imię swojego rozmówcy. Uśmiechnęła się delikatnie i skinęła głową z szacunkiem, aby zakończyć formalności. Usłyszała kolejny komplement, tym razem bardziej trafny. Nie odpowiedziała na niego. Miała zamiar przejść natychmiast do odpowiedzi na pierwsze pytanie, lecz wówczas Erremir raczył się zatrzymać, dlatego i ona przystanęła.
        W następnej chwili szybkim ruchem nadgarstka, przypominającym odganianie nachalnej muchy, odsunęła mężczyznę od siebie na odległość sążnia. Erremir zaorał butami ziemię, będąc niewidzialną siłą ciągnięty w tył za kołnierz koszuli. Czarodziejce nawet powieka nie drgnęła. Kayleight stała w tym samym miejscu, w którym się zatrzymała, patrząc na wojownika groźnym, surowym spojrzeniem. W jej oczach skrzyły się iskry złości.
        — Zatem oto namiastka niebezpieczeństwa — fuknęła niczym wściekła kotka. — Nie chcesz, bym dała ci go więcej.
        Zrezygnowała z eleganckiego adresowania rozmówcy, nie zasłużył sobie na nie. Cała postawa czarodziejki zmieniła się diametralnie w mgnieniu oka — dłonie miała zaciśnięte w pięści, twarz miała wykrzywioną w grymasie oburzenia,a gdyby to było możliwe, z jej oczu ciskałyby właśnie w natarczywego adoratora śmiertelne błyskawice.
        — Więcej nie przekroczysz tej granicy, chyba że wyraźnie ci pozwolę, zrozumiano? — powiedziała z groźbą w głosie.
Awatar użytkownika
Pani Losu
Splatający Przeznaczenie
Posty: 606
Rejestracja: 10 lat temu
Kontakt:

Post autor: Pani Losu »

        Zaczęło się robić poważnie. Abstrahując od masakry na przestępcach i wezwaniu od króla oczywiście. Bo i jakie wrażenie robiło na skrzydlatym wojowniku zabijanie kolejnych dziesiątek czy tam setek ludzi. Ot, kolejna słuszna sprawa do wykonania. Bo czy nie tak twierdził? No i robił takie rzeczy wielokrotnie. A nawet gorsze, chociaż się tym nie chwalił.
        A na czarodziejce? Jakie wrażenie robiła na niej poważna sytuacja i zadanie od samego władcy, skoro władca był cóż… tylko władcą? Ona też robiła ciekawsze rzeczy w swoim życiu i umiałaby znaleźć dla siebie zajęcie nie tylko bardziej porywające, ale i nie zmuszające jej do porannego wstawania i nieprzesypiania nocy.
        Ale siebie nawzajem chyba zaintrygowali.

        Łatwo jednak nie było - zapach fiołków i konwalii oraz sama uroda rozmówczyni zdaje się za bardzo skusiły tego-który-miał-wiele-kobiet i nie pohamował się on w swoich odruchach. Myślał może, że i ta dama lubi jak się ją głaszcze przy pierwszym spotkaniu. Ale to nie było do końca w jej guście. Lubiła przyciągać - i jak przyciągała! Ale wolała spojrzenia, nie ręce. Dlatego jej protest był stanowczy i na tyle agresywny na ile pozwalał jej rozsądek. Informacje - chętnie. Ale obcy nie miał prawa przekraczać granic bez jej pozwolenia. Jak nikt nigdy i nigdzie!

        Ich konfrontacja skończyła się jednak tak jak nikt by się nie spodziewał - nie flirtem, nie romansem, nie walką, ani nawet nie wymianą wiedzy na interesujący władzę temat. Zamiast tego przestrzeń się chyba zacięła. Magia, emocje, przeznaczenie… lub fioletowa istotka jak zwykle bawiąca się wymiarami. Kto wie. Grunt, że odepchniętego Erremira coś złapało w sidła i nie było to zaklęcie pradawnej - przymusowo znieruchomiał zaskoczony magią… albo i nie zaskoczony, bo trudno osądzić, czy nie zdażyło mu się takie coś już wcześniej - a jego postać zaczęła rozmazywać się nieregularnie wśród lawendowych przebłysków. Kilka chwil i w odosobnionej części ogrodu pozostała już tylko czarodziejka. Bez informacji po które przyszła, za to z ciekawą obserwacją...
... że w Alaranii możliwe jest wszystko.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Kryształowe Królestwo”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 5 gości