Równiny Theryjskie[Nandan-Ther i okolice] Kocie sprawy

Spokojna równina zamieszkana głównie przez pokojowo nastawione elfy i ludzi. To właśnie na niej znajduje się słynne Jezioro Czarodziejek i zamek, w którym się spotykają. Na równinie położone jest również osławione królestwo Nandan- Theru. To harmonijna kraina rzek, jezior i lasów.
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Slavia
Zbłąkana Dusza
Posty: 8
Rejestracja: 9 miesiące temu
Kontakt:

[Nandan-Ther i okolice] Kocie sprawy

Post autor: Slavia »

        Nandan-Ther miało być dla Slavi tylko miejscem odpoczynku i w którym będzie mogła uzupełnić swoje zapasy, nim ponownie wyruszy w drogę powrotną do domu. Nigdy by nie przypuszczała, że chcąc odwiedzić jak najszybciej rodzime strony najpierw uda się w zupełnie przeciwnym kierunku, ale w Rododendronii musiała przedstawić jednemu magowi zdobyte informacje o kilku nowych bestiach, które atakowały północną bramę, a w Maurii po prostu zawsze jest coś ciekawego dla czarodzieja. Sama magiczna natura lichy jest na tyle zajmująca, że można by ją studiować przez cały wiek, a i tak nie odkryje się wszystkich tajemnic nieumarłych czarnoksiężników. Poza tym Uro miał tam stanowczo zbyt wielu znajomych, z którymi miał do załatwienia pewne "sprawy tylko dla dorosłych" - jakby Slavia była nadal małym dzieckiem... W każdym razie nie wnikała i nie zamierzała, bo przynajmniej mogła odpocząć chwilę od tego starego dewianta, a i sama miała ciekawsze rzeczy na głowie.
        Z Mauri ruszyli do Thenderionu, odwiedzili Nową Aerię, bo jak to tak nie odwiedzić Nowej Aerii, stamtąd udali się do Adrionu, Leonii i w końcu trafili tutaj do Nandan-Ther. Niby wyglądało to tak jakby dziewczyna w ogóle nie zamierzała wracać, ale po drodze było tyle ciekawych rzeczy do sprawdzenia, legend do zbadania i artefaktów do sprzedania, że po prostu szybciej się nie dało. No i właśnie Warowne Miasto nie było w tej kwestii wyjątkiem, bo siedziała tu już drugi tydzień. Nie zbierało jej się na razie do dalszej drogi. A i Uro'Borros nie narzekał za specjalnie. Zatrzymała się u jednego dość roztargnionego elfiego adepta magii, z którym jaszczur lubił spędzać długie noce przy kufli sprowadzanego krasnoludzkiego piwa na jeszcze dłuższych niż noc rozmowach natury nie koniecznie filozoficznej. Dobrym było to, że z kilku takich bełkotliwych konwersacji pijaków, dowiedziała się, że pierwsi mieszkańcy tych terenów zamieszkiwali otaczające państwo góry. Czyli było tam wiele czekających na odkrycie jaskiń. Uro w trakcie tych rozmów dodawał jeszcze coś od siebie, łatając swoją dziurawą pamięć, a Slavii nie trzeba było dwa razy powtarzać. Nie kiedy chodziło o odkrywanie dawno zapomnianej historii danego regionu.
        - Slavia, gdzie ty znowu idziesz? Mmm...nie możesz choć jeden dzień spędzić w domu? Ze mną? - zapytał ledwo żywy elf, gdy w przebłysku świadomości, dostrzegł jak naga czarodziejka uwolniła się z jego objęć i wstała z łóżka. Właśnie się ubierała i plotła długie, czarne włosy w gruby warkocz. Słońce ledwo co zaczęło nieśmiało zerkać przez okna mieszkania Yskaarna.
        - Nie - odparła od razu, bez chwili zastanowienia. - I ty chyba też nie możesz. Nie masz dzisiaj czasem jakiegoś ważnego spotkania z arcymagiem?
        - ...Okrutna... - jęknął skacowany elf, krzywiąc się jakby go uderzyła w twarz. Zaraz jednak zerwał się z posłania jak oparzony, gdy dotarło do niego co właśnie powiedziała czarodziejka. Wyskoczył z łóżka z głośnym "cholera" na ustach.
        Kobieta rzuciła od niechcenia "powodzenia" nim wyszła i już szła nadal sennymi ulicami Nandan-Ther kierując się w stronę okolicznych gór, które powoli zaczynała znać jaka własną kieszeń. Miała ze sobą swój notatnik i węglowy rysik oraz skromny prowiant, gdyby zasiedziała się w jakiejś jaskini i dopadłby ją głód.
        Wyprawa w góry była... całkiem owocna. Pięć kolejnych jaskiń okazało się być jedynie pozostałościami po niewielkich, dawno zapomnianych kopalniach, w innej natomiast znalazła ślady wskazujące na to, że zamieszkiwać ją mógł niedźwiedź, albo co bardziej niespotykane, jeden z przedstawicieli szablozębnych tygrysów. Ogromne szramy na ścianach bez wątpienia zrobione przez pazury wskazywały na jakąś dużą bestyjkę, ale w mieście nikt nie mówił o jakimś obcym w tej okolicy stworzeniu, więc musiał to być jeden z tutejszych drapieżników. Najciekawsze były jednak ledwo widoczne na ścianach zagadkowe symbole w tej samej jaskini, a gdy Slavia podążyła ich tropem, dotarła do niewielkiej groty. Musiała w niej klęczeć na czworaka, bo inaczej by się nie wcisnęła w tę dziurę. Znalazła tam coś jakby kamienną figurkę przedstawiającą... w sumie nie wiedziała co. Widziała wydrążone w skałce oczy i... mordkę albo kolejne oko... Wyczarowała nieco jaśniejszą od poprzedniej kulę światła, by się lepiej przyjrzeć swojemu znalezisku, lecz wtedy dostrzegła, że jest jakby otoczona przez podobne twory, a mała jama, jak jej się z początku wydawało, okazała się ogromną komnatą pełną rycin, tych figur i nie wydobytych przez nikogo ze ścian złóż kryształów. Widok był tak samo interesujący, co niepokojący przez te figurki, które... zbliżały się do niej?
        Zamknęła oczy i pokręciła głową skupiając się wyłącznie na własnym oddechu, kiedy otworzyła je z powrotem wszystko było tak jak na samym początku, mała, klaustrofobiczna wręcz wnęka, pusta, a w jej dłoni owalna skala, lecz już nie jako zwykły, szary kamień ze żłobieniami, a biały, przezroczysty jak lód kryształ, w środku którego znajdowało się jakby zielonkawo-złote jądro. Wcześniej Slavia nie zwróciła uwagi na to, ale miejsce to aż przesycone było magią. Będzie musiała wrócić tu z Uro'Borrosem, może on będzie coś wiedział na temat tego miejsca i iluzji, jakiej na moment się czarodziejka poddała. Wyszła tą samą drogą, co przyszła, lecz już do samego miasta musiała się posiłkować kulą światła, bo by się pogubiła na szlaku, albo by spadła. Było już tak ciemno, że gdyby nie robiące jej za oświetlenie zaklęcie, miałaby trudności z dostrzeżeniem własnych dłoni. Ten dziwny kryształ miała bezpiecznie schowany w swojej torbie.
        Kiedy przekroczyła bramy miasta, nie musiała już się posiłkować zaklęciem by coś widzieć, więc je zniknęła i w pierwszej kolejności skierowała się w stronę tutejszego sprzedawcy drogocennymi kamieniami. Nie zamierzała mu sprzedawać tej figurki, ani mu jej pokazywać, ale mogłaby się zapytać czy znałby taki kamień, po prostu mu go opisując. Jeśli on jej nie pomoże może będzie do tego zdolny sprzedawca różności, staroci, a w ostateczności, gdy niczego nie znajdzie również w bibliotece, zgłosi się zwyczajnie do arcymaga, u którego uczył się Yskaarn.
        Najpierw jednak musiała dość do sprzedawcy kamieni, później będzie myślała czy będzie musiała chodzić po ludziach o tej porze.
Awatar użytkownika
Ian
Zbłąkana Dusza
Posty: 9
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Ian »

Ian siedział na dachu jednej z kamienic, oparty plecami o skrzydła misternie rzeźbionego gargulca pokrytego grubą warstwą mchu i czuwał. Ktoś inny powiedziałby, że zasnął, lecz wyrównany oddech i zamknięte oczy nie były dostatecznymi dowodami zbrodni. Przynajmniej nie w opinii kotołaka, który zawsze słucha, co się do niego mówi, nawet kiedy śpi, więc zarzucanie mu drzemki w godzinach pracy jest nie na miejscu. Podobnie z resztą jak prośby o powtórzenie zasłyszanych przez niego informacji. "Skoro tajne ustalenia już raz zostały wypowiedziane, nie rozgrzebujmy ich, bo się wszyscy pogubimy w zeznaniach", odpowiadał za każdym jak zacięty automat, ostentacyjnie dłubiąc przy tym w uchu. "I że też ktoś taki należy do zespołu dywersyjnego szybkiego reagowania", zastanawiał się Maloy, drugi z czuwających na dachu, zajmujący dogodną pozycję na stercie cegieł obok komina i krytycznie przyglądający się swojemu śpiącemu, jakby tego było mało, dowódcy. Za jakie grzechy on, mistrz miejskiego kamuflażu musiał niańczyć młodszego wiekiem, jak i stażem podrzędnego złodzieja świecidełek? To ujmowało jego godności, jak i hierarchii w szajce, ale może pewnego dnia to się zmieni.
Z tą myślą mężczyzna wychylił głowę ponad zardzewiałą rynnę i przyjrzał się wybrukowanej niżej ulicy.
- Ludzi coraz mniej - zakomunikował z nieodpartym wrażeniem, iż gada do siebie. - Możemy zaczynać.
- A Goffry i Mika? - rozległo się pytanie od strony gargulca. - Na pozycjach?
- Od jakiś dwóch godzin - rzucił z pretensją Maloy, podchodząc do kotołaka. - Wstawaj i daj im sygnał, bo nie chcę znów wrócić do twojego brata z pustymi rękami!
- Uspokój się, Maloy - westchnął Ian, przecierając zaspane jeszcze oczy, aby przegnać resztki snu o ślicznej blondynce karmiącej go rybą. - I... - chwila zawieszenia - ... może powtórzmy nasz plan?
"Uduszę go!", wykrzyczał w myślach Maloy. "Pewnego dnia uduszę go własnymi rękami i nikt nie zapłacze po takim idiocie. Albo sam mu wmówię, że jest już martwy i dla pewności każę skoczyć z czwartego piętra. Zostanę bohaterem."
- Od trzech godzin obserwujemy tę ulicę, ponieważ większość bogatych snobów wraca tędy do domu - zaczął spokojnie mistrz kamuflażu, wmawiając sobie, że ten dzień jeszcze nie nadszedł. - Wybieramy jednego, odgrywamy pokaz i co sił w nogach do kryjówki...
- Tylko tyle? Łatwizna - przerwał mu Ian, wyciągając z tylnej kieszeni spodni rękawice bez palców i zakładając je, podszedł do krawędzi dachu, by przyjrzeć się ludziom.
O tej godzinie szanowani obywatele Nandan-Ther kończyli swoje interesy i w towarzystwie żon: swoich, cudzych lub wynajętych, wracali do domu. Większości z nich nawet do głowy by nie przyszło, że mogliby zostać ofiarami kradzieży w biały dzień, toteż sakiewki nosili zawsze przy sobie. Dla Iana, Maloy'a i dwóch dziesięciolatków z ulicy chcących dołączyć do szajki była to wręcz idealna okazja. Wystarczyło tylko zrobić to szybko, a potencjalny cel wyłaniał się właśnie zza rogu. Mężczyzna mógł mieć około czterdziestki, był pyzaty i sporo przy tuszy, czego szeroki płaszcz nie zdołał w żaden sposób ukryć. Szedł wolno jakby nawet trucht mógłby wywołać u niego atak serca. Idealny.
Niestety ulica nie zdążyła opustoszeć w pełni i zanim Ian wydał ukrytym w zaułku chłopcom sygnał, na scenę wkroczyła piękna kobieta z długim, czarnym warkoczem. Poruszała się z magnetyzującą gracją, a jej skórzana kurtka pięknie opinała wyeksponowany dekolt. I jak gdyby nigdy nic spacerowała ulicą, obserwując nudne murale na nudnych kamienicach. Gdyby nie kilka złotych ozdób, zapewne zostałaby przypadkowo zignorowana, ale kotołak miał dobry wzrok. I słabość do świecidełek. I do pięknych kobiet.
Zanim Maloy zdołał mu to wyperswadować, młodszy złodziej wskazał nowy cel i dał sygnał do działania.
- Dlaczego ty zawsze głupiejesz na widok niewiast? - zastanowił się głośno starszy z tej dwójki, opuszczając się za kotołakiem po rurze odprowadzającej deszczówkę.
Nie otrzymał jednak żadnej odpowiedzi po za pełnym niegodziwości uśmiechem.
Jednocześnie do akcji przyłączyli się chłopcy, wyskakujący z zaułka. Pierwszy z nich, Goffry, świetnie znał miasto i pracował jako goniec dla szajki. Natomiast jego kolega, Mika potrafił rozpłakać się na zawołanie, czym wzbudzał współczucie i zainteresowanie. Razem stanowili niezły duet. Kiedy wokół tajemniczej czarnowłosej zrobiło się dość miejsca chłopcy zaczęli grać w berka. Pierwszy nadbiegł Goffry, rzucając krótkie przepraszam do mijanej kobiety, choć nawet o nią nie zahaczył. Mika miał mniej szczęścia i przypadkiem potknął się tuż obok niej, a przed rozbiciem sobie nosa ratował się przytrzymaniem kurtki i paska torby spacerującej.
- Mika, co z tobą?! - wołał za nim Goffry, widząc jak zbiera mu się na płacz.
- Bardzo panią przepraszam - wydukał Mika, ocierając łzy, które błysnęły w ostatnich promieniach słońca na jego dłoni. A może to był nóż trzymany w małych palcach? Ciężko stwierdzić, ponieważ chłopiec zaraz zaczął biec za kolegą, przyciskając do piersi jakiś pakunek po czym zniknął za rogiem.
Tam czekał już na nich Ian i "śpiący bezdomny", który odsunął niewielki właz prowadzący do kanałów i na którym natychmiast zasnął. Kotołak natomiast słysząc jak ktoś biegnie w jego kierunku i woła "złodziej" stoczył zażarty bój o skórzaną torbę. Niestety złodziej zdołał uciec zanim w zaułku pojawiła się upatrzona ślicznotka.
- To pani własność? - zapytał zatroskany i jednocześnie trochę zdziwiony, że Mika w pośpiechu zdążył opróżnić torbę z jakiś fantów i powkładać je do kieszeni w tak krótkim czasie, choć tego drugiego nie mógł zdradzić swoją postawą. - Udało mi się ją dla pani odzyskać, nie ma za co dziękować - dodał z uśmiechem i zanim nieznajoma zdążyła coś powiedzieć, odwrócił się i poszedł w swoją stronę.
Ostatnio edytowane przez Ian 6 miesiące temu, edytowano łącznie 1 raz.
Awatar użytkownika
Slavia
Zbłąkana Dusza
Posty: 8
Rejestracja: 9 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Slavia »

        Plan był prosty - dotrzeć do jakiegoś jubilera, a po tym ewentualnie sprzedawcy "od wszystkiego", biblioteki i na samym końcu wypytać Uro'Borrosa o dziwny kryształ jaki udało jej się znaleźć. Los miał jednak inne plany co do tego. Choć z początku zapowiadał się raczej przyjemny dzień. Nic nie zapowiadało tego co, miało się wydarzyć.
        Widząc kątem oka nadbiegające dzieciaki, zdążyła się w ostatniej chwili zatrzymać nim pierwszy chłopiec na nią wpadł i tylko rzuciła za nim "Ej uważaj!", drugi jednak nie tylko był chyba wolniejszy od kolegi, ale również mniej zwinny, co niestety skończyło się zderzeniem z czarodziejką. Choć za pierwszym spojrzała surowo, na drugiego nie mogła być zła widząc jak napływają mu łzy do oczu.
        - Nie przepraszaj tylko uważaj następnym razem - poradziła dzieciakowi i westchnęła ciężko. Poprawiła torbę i chciała już odejść, lecz... właściwie uświadomiła sobie, że nie miała czego poprawić.
        Odwróciła się oburzona za uciekającymi łobuzami. Nie będzie ciskała w dzieci zaklęciami, bo przez obronę swojej własności skończy w tutejszym więzieniu, za zaatakowanie i zrobienie krzywdy parze dzieciaków. Nie mogła jednak stać z założonymi rękami, miała w torbie dużo ważnych rzeczy - swój notatnik, węglowy rysik, oczywiście misterny kryształ, sakiewkę z kilkoma drobniakami jakby zgłodniała po drodze, mapę najbliższych terenów okalających Nandan-Ther, niewielki bukłak z wodą i nieco jedzenia, którego nawet nie tknęła, zbyt skupiona na eksploracji jaskiń, w których jeszcze nie była. Notatnik i ten kryształ po prostu musiała odzyskać.
        Zawołała raz czy dwa "złodziej!" z naiwną nadzieją, że może ktoś z mijanych ich zatrzyma, ale oczywiście nie było na co liczyć. Slavia nie chcąc tracić ani chwili więcej rzuciła się w pościg za nimi, trochę dopomagając sobie magią powietrza, by nadrobić stracony czas. Niewiele to dało co prawda, bo jak już była pewna, że dogoniła tych złodziei, ich już nie było, za to był jakiś kotołak z jej... pociętą torbą.
        Odebrała od niego swoją własność, przyglądając mu się sceptycznie i choć w sumie nie musiała (bo torba była wiotka jak zwykła szmata od podłogi) przejrzała ją czy może coś uszło uwadze młodocianych złodziei, ale tu kolejne złudne nadzieje. Westchnęła ciężko, poirytowana i chciała z grzeczności podziękować temu kotu (choć w sumie i tak nie było za co), lecz ten już był dobrych kilka sążni przed nią. A darła się nie będzie.
        Wielce niepocieszona spojrzała jeszcze raz na swoją torbę i rzuciła ją na najbliższy śmietnik, bo na nic innego ten strzępek lekkiej skóry i tkaniny się nie nadawał. Uro'Borros chyba pęknie ze śmiechu jak się o tym dowie, ale z drugiej strony, gdyby nie moczył pyska z Yskaarnem w jakiś szczynach, które ciężko w ogóle było nazwać piwem, a już szczególnie krasnoludzkim, i by poszedł z czarodziejką, nigdy by do czegoś takiego nie doszło. Smok, choć niewielki i bardziej zarozumiały niż chciwy, był mimo wszystko dobrym strażnikiem torby pradawnej i wszystkiego co w jej torbie się znajdowało. Będzie musiała coś wymyślić by odzyskać kryształ i swój notatnik. Ale czy miała czas czekać?
        Zmarszczyła się niemiło i jeszcze gorzej zaklęła pod nosem, ale poszła szybszym tempem za zmiennokształtnym.
        - Ej t... Młody panie - zawołała i zaraz się z nim zrównała. - Wyglądasz na kogoś kto dobrze zna tutejsze ulice... - zaczęła, nadal przyglądając mu się raczej podejrzliwe, ale nawet jeśli on miałby być też złodziejem, a wiadomo, że kotołaki miały lepkie łapki i zamiłowanie do świecidełek godne prawdziwego smoka, i tak musiała zaryzykować. Większego wyboru nie miała. - Posłuchaj, dam ci złotego gryfa, jeśli odnajdziesz tamte dzieciaki i przyniesiesz mi gdzieś takiej wielkości przezroczysty kamień podłużny jak sopel lodu oraz coś takiego - wyrysowała w powietrzu za pomocą magii świetlisty kontur jej notatnika. - To się nazywa książka. Potrzebuję jej. I tego kamienia - mówiła i podkreślała jak do idioty, bo im dłużej przyglądała się zmiennokształtnemu tym bardziej wątpiła w odzyskanie tych rzeczy. Zwłaszcza, że oczy mu się świeciły i to raczej nie przez obietnicę otrzymania pięciuset ruenów w jednej złotej monecie, po odzyskaniu jakiejś tam książki i kawałka skały. W sumie... Przyszedł jej w ostatniej chwili do głowy całkiem interesujący pomysł.
        - Jeśli ich znasz albo z nimi współpracujesz, pokażę wam jaskinię, w której było więcej takich kamyków, ale! - zastrzegła nagle, łapiąc podpierając jedną rękę na biodrze, a palcem drugiej lekko pogroziła kotołakowi. - Najpierw chciałabym odzyskać swoją książkę i ten przezroczysty kamień - powtórzyła dobitnie, jakby to jeszcze nie dotarło do rudzielca. Nie miała czasu na cackanie się z jakimś kocim młokosem.
        - Wszystko jasne? - zapytała jeszcze by się upewnić.
Awatar użytkownika
Ian
Zbłąkana Dusza
Posty: 9
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Ian »

Trzy... dwa... jeden... dyskretne spojrzenie przez ramię i szeroki, niegrzeczny uśmiech.
Ogon kotołaka podrygiwał próbując dostosować się do rytmu jaki wybijały kobiece buty i znieruchomiał nagle, kiedy jego właściciel został wywołany. Głos nieznajomej był ciepły i melodyjny, jednak z każdą sekundą rozmywał się w zaułku, pozostawiając po sobie zbliżone do echa szepty. Było w nim jednak coś takiego, co zmuszało do posłuszeństwa lub rzucenia krótkiego "słucham, proszę pani?". Był wręcz urzekający, niewinny i jednocześnie władczy. Zwykła wieśniaczka nie potrafi nadać swojemu głosu takiej barwy. "Młody pan", jak to później z kpiną skomentował Maloy, odwrócił się powoli i niemal odskoczył, nie spodziewając się, że dziewczyna stanie tak blisko.
Była niższa niż się z początku wydawało, ale w jego typie, jak ocenił na szybko kotołak, przyglądając się tym szczegółom, których nie mógł dostrzec z dogodnej pozycji na dachu. Teraz też co prawda nie mógł tego zrobić, bo dziewczyna zadarła głowę chcąc spojrzeć mu w oczy, a więc i on nie mógł bezczelnie wpatrywać się w jej biust. Chociaż korciło.
Zauważył jednak, że miała małe i delikatne, ale silne dłonie, kiedy odbierała swoją uszczuploną o całą zawartość własność. Jeśli miała kota, którego lubiła głaskać, to Ian zazdrościł mu na całej linii.
- Orientuję się - zapewnił dyplomatycznie, ryzykując szybkie zerknięcie na usta nieznajomej, a potem ponad jej ramieniem na bezdomnego. Zaraz jednak zrobił bardziej poważną minę i z udawanym zakłopotaniem podrapał się po karku. - Ale obawiam się, że niewiele mogę pomóc z tymi dzieciakami. To sieroty. W mieście jest wiele sierot, które coś komuś kradną. - Starał się powoli wytłumaczyć dziewczynie życie w wielkim mieście, jak komuś, kto żyjąc w wyższych sferach pierwszy raz zszedł do slumsów i zapytał człowieka w rynsztoku czy ma może rozmienić sto złotych gryfów.
Minutę później sam próbował powstrzymać się od chichotu, kiedy kobieta tłumaczyła mu czym jest książka. Nie widząc paskudnego uśmiechu na twarzy Maloy'a, ani tego, że złodziej sięga po nóż, na wypadek gdyby sytuacja wymknęła się spod kontroli, Ian wiedział już, że starszy kolega nigdy mu tego nie zapomni. Do końca życia kotołak będzie tym, który na słowo "książka" dębieje i dla którego przeczytanie tytułu napisanego wielkimi literami to niezłe osiągnięcie.
- Dwie ulice dalej jest posterunek straży - kontynuował Ian, strzygąc uszami i pokazując prześwit ulicy za sobą. - A jak pójdzie pani przez rynek - palec wskazał tym razem duży plac za plecami czarnowłosej - to obok karczmy jest stanowisko do grania w trzy kubki. Wiele dzieciaków kręci się w pobliżu.
Następnie, wykonując te gesty bardzo powoli, kotołak sięgnął do tylnej kieszeni spodni i wyciągnął z niej cztery kolorowe piłeczki, którymi zażąglował, nie spuszczając wzroku z pięknej nieznajomej. Oczami zdawał się jednak mówić "mam nadzieję, że pomogłem", "przykro mi z powodu torby" oraz "proszę, podrap mnie za uchem".
- Ja jestem tylko ulicznym artystą - zapewnił i zademonstrował to kilkoma żonglerskimi sztuczkami. - Występuję tu zaraz za rogiem. Jeśli coś zauważę, mogę przekazać.
I na tym rozmowa dobiegła końca. Ian przeprosił jeszcze dziewczynę za torbę i nie odzyskanie jej rzeczy, po czym odrwócił się i zniknął w kolejnej uliczce.
Kilka minut później, kiedy było już bezpiecznie, do grona gapiów dołączyła postać w czarnym, podartym płaszczu, która w milczeniu obserwowała występ ulicznego artysty, a po nim, ruszyła za nią.
- Kiedyś te twoje wyskoki i maślane oczy nie zadziałają i będziesz miał kłopoty - rzucił krótko Maloy, przeliczając zawartość kubeczka. - Mogliśmy okraść tego grubasa i przy okazji ze trzech pozostałych.
- Ale to dużo biegania, Maloy.
"Coś za coś", mruknął pod nosem mistrz kamuflażu.
- Nawet nie zapytałeś jej, jak ma na imię.
- To Piękna Pani - odpowiedział kotołak, doskakując do szyldu i podciągając się, żeby kontynuować spacer po parapetach. - Powiedz lepiej ile zarobiliśmy.
- Dość żeby się napić - odpowiedział starszy złodziej wiedząc, że jego szef nie radzi sobie dobrze ani z wyższą, ani z niższą matematyką. - A jutro przypilnujemy chłopców na targu. Kieszonkowcy przynoszą większe łupy.
- Zgoda.
- I tym razem, proszę, postępuj zgodnie z planem.
Awatar użytkownika
Slavia
Zbłąkana Dusza
Posty: 8
Rejestracja: 9 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Slavia »

        Nie do końca takiej pomocy się spodziewała ze strony zmiennokształtnego, cicho liczyła jednak na to, że o ile nie zechce doprowadzić jej do tych dzieciaków, żeby mogła się z nimi dogadać, to przynajmniej powie jej gdzie wszyscy złodzieje tego miasta sprzedają swoje fanty, by mogła odkupić swoje rzeczy. Naprawdę nie miała ani czasu, ani chęci na zabawę w podchody. Miała ważniejsze sprawy na głowie, jak choćby dokładniejsze przyjrzenie się temu kamieniowi i oczywiście przygotowanie się do ponownej wyprawy do tamtej jaskini. A ten, zamiast konkretnie jej jakoś pomóc, odsyłał ją do miejskiego posterunku... Już dużo bardziej pocieszona była informacją o tym, które miejsce w mieście ściąga do siebie dzieciaki, acz i tak wątpiła by przy zwykłym szulerze znalazła tych dwóch nicponi.
        - Hmm - zamyśliła się na moment, przez chwilę zapominając w ogóle o tym, że zaczepiony przez nią kotołak nadal stoi przed czarodziejką. W głowie szybko zapisała sobie, gdzie znajduje się rzeczony oszust od Trzech Kubków.
        Ruch rudzielca nie umknął jednak jej uwadze, przez co ponownie na nim skupiła swoje spojrzenie. Patrzyła na niego pobłażliwie, a kiedy zaczął żonglować, westchnęła ciężko, tracąc wszelką nadzieję, że ten błazen zdoła jej w ogóle pomóc.
        - Nie wiele mi pomogłeś, ale i tak dziękuję - powiedziała i sięgnęła dłonią do swojego dekoltu, na moment ją w nim chowając, by zaraz po chwili wyciągnąć jednego srebrnego orła. Te maślane oczy zmiennokształtnego nawet ślepy by zauważył. Zbliżyła się o krok do rudzielca łapiąc go za dłoń, by zaraz w niej umieścić i zamknąć wyjętą przed chwilą ze swojej "tajemnej skrytki" srebrną monetę. - Byłabym niezmiernie wdzięczna, gdybyś podczas swoich występów miał oko na tych dwóch gałganów i rzeczy, których poszukuję - mruknęła do niego kusząco, po czym się odsunęła i wyszła z zaułka.
        Będzie musiała zdobyć nieco informacji, by móc znaleźć szefa jednej z tutejszych szajek i poprosić go ładnie o pomoc. Albo współprace jeśli nie będzie innej możliwości na odzyskanie swoich rzeczy i możliwość kontynuacji badań. Najpierw jednak postanowiła pójść po Ura, a później zakręci się obok rzeczonego szulera.
        Jak postanowiła, tak też zrobiła. Uro'Borros oczywiście nie mógł bez komentarza puścić rewelacji o tym, że czarodziejka dała się okraść jakimś dwóm dzieciakom. Na szczęście zapomniał z niej kpić, gdy znaleźli się przy wspomnianej karczmie i szulerze grającym z przechodniami w trzy kubki. Stary jaszczur od razu zeskoczył czarodziejce z ramienia i zbliżył się do oszusta. Oderwał jedną ze swoich łusek i sprawnie zmienił ją w złotego gryfa, stając zaraz na tylnych łapach.
        - Tylko ty i ja sssynku. Ale ossstrzegam, nie daasz rady zzze mną wygrać. Nie daasz rady ooszukać wssspaniałego Uro'Borrosssa, ucieleeśnienie sssamego Prasssmoka! - wysyczał dumnie do hazardzisty zręcznie podrzucając monetą, by szuler był w stanie ją bez problemu złapać i rozpocząć z gadem nową rozgrywkę.
        Slavia z politowaniem tylko pokręciła głową i zostawiła jaszczura samego sobie. Miał jej pomóc, a ten jak zwykle jak się nie rozpijał, to zaraz oddawał się hazardowi. Prawie dwa tysiące lat na karku, a ten zawsze taki sam. To już wcześniej spotkany kotołak był bardziej pomocny, niż ta łuskowata menda.
        Rozglądała się po wszystkich przechodniach i chętnych do zagrania z szulerem, którym niestety tę przyjemność odbierał ciągle siedzący u niego Uro. Gad się naprawdę wciągnął i dobrze bawił, choć dał się oskubywać, jak kura na obiad. Najważniejsze, żeby nie przyleciał później do czarodziejki, gdy mu się jego pieniądze skończą.
        Na obserwacji jednak nie poprzestała, bo podchodziła też i zagadywała tych co wydawali jej się godni uwagi i mogliby coś wiedzieć na temat tutejszego półświatka i gdzie mogłaby odzyskać swoje rzeczy.
Awatar użytkownika
Ian
Zbłąkana Dusza
Posty: 9
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Ian »

        Koślawo spisany na serwetce plan jutrzejszej akcji zamienił się w kolejną pomiętą kulkę i wylądował w karczemnym kominku. Maloy obserwował, jak krawędzie papieru powoli znikają, pożerane przez ogień, a potem z politowaniem spojrzał na swojego dowódcę, bawiącego się srebrną monetą. I znów ogarnęło go dziwne uczucie niesprawiedliwości, takie, które zazwyczaj dopada człowieka, gdy ten dowiaduje się, że za rok ciężkiej pracy awans otrzymuje ktoś inny, za ładne oczy i z inteligencją dziecka po szkole podstawowej. Stworzenie planu tak prostego, aby nawet On nie mógł tego zepsuć wymagało zaprzęgnięcia do pracy wszystkich szarych komórek. Niestety połowa z nich nie pracowała jak należy i trzy puste kufle po piwie mogły mieć z tym coś wspólnego. W takich chwilach każde pomysły były na wagę złota. Choćby i te od dziecka.
        - To się nie uda - rzekł do samego siebie mistrz miejskiego kamuflażu, skreślając coś na serwetce. - Jutro jest targ i rynek będzie pełen strażników. Oni wiedzą, że okazja czyni złodzieja.
        - To odciągnijmy strażników - zaproponował kotołak, przerywając zabawę, jakby skupienie się na jednej rzeczy było zbyt ciężkie. - Ja i Stary Ron możemy zaimprowizować bójkę. Ludzie kochają bójki.
        - Bezdomny oszust walczący z kocim włóczęgą nie przejdzie. Ten numer odgrywałeś już cztery razy w tym miesiącu. Z resztą ty masz się tam w ogóle nie pokazywać. Strażnicy znają twoją gębę. Będziesz czekał w zaułku.
        - To jak chcesz pilnować chłopaków? Sam?
        - Nie - odpowiedział mu Maloy i zerknął ponad ramieniem szefa na to, co działo się za oknem.
        Karczma "Pod Prosiakiem" mieszcząca się w samym środku wschodniej ściany rynku była idealnym (po za główną siedzibą) miejscem na planowanie złodziejskich operacji. Rynek był sercem każdego miasta, wiele ulic zbiegało się tu i wychodziło, cały czas zapewniając przepływ tłumów. A czasami nawet i zator, kiedy rajca miejski organizował publiczne egzekucje lub piętnowanie przestępców. Właśnie tego ostatniego starszy stażem złodziej chciał za wszelką cenę uniknąć. Mając jednak do dyspozycji umiejętności Starego Rona - bezdomnego kanciarza od kubków, Goffrey'a i Mikę - dwóch nieletnich złodziejaszków oraz Iana - niekompetentnego idiotę i kobieciarza, musiał improwizować.
        - Jutro pójdzie ze mną Ron. Jego nieciekawy wygląd sprawi, że ludzie będą próbować trzymać się bliżej siebie z dala od niego. W ścisku chłopakom będzie łatwiej zwinąć sakiewki.
        - A ja? - zainteresował się kotołak, wyczuwając, że zostanie pominięty w zabawie.
        - Jeśli coś pójdzie nie tak to odwrócisz uwagę strażników.
        - Jasne.
        - Na pewno? - zdziwił się Maloy. Jego szef nigdy nie prezentował podobnej postawy.
        Zaraz też uwagę mistrza kamuflażu przykuł pewien drobiazg: Ian siedział bokiem, trzymając przy ustach szklankę rumu z mlekiem i wpatrując się w powiększające zbiorowisko przed karczmą. Słońce już prawie zaszło, o tej godzinie ludzie powinni iść do domów, jednak ci tutaj tego nie robili. Zza szyby dało się słyszeć odgłosy poruszenia i kibicowanie.
        - Stary Ron ma chyba towarzystwo - mruknął zmiennokształtny, dopijając drinka i wstając. - Sprawdzę co u niego, spotkamy się w domu.
        I wyszedł pospiesznie, nie chcąc stracić z oczu pewnej czarnowłosej dziewczyny. Maloy jej nie dostrzegł, bo nie był kotołakiem i z całą pewnością nie pochwaliłby takiego zachowania, dlatego tym lepiej, że Ian poszedł sam.
        Przed budynkiem stał spory tłumek, przyglądający się jak Stary Ron wygrywa kolejną rundę w swoje ukochane trzy kubki z jakąś jaszczurką. Nandan-Ther było miastem dużym i różnorasowym, toteż Iana nie dziwił taki widok. Sam należał do mniejszości etnicznej. No ale nie przyszedł tu dla przedstawienia... chociaż zabawa zapowiadała się przednia.
        - Nieźle ci idzie - pochwalił gada i zanim ten zdołał wyrwać sobie kolejną łuskę, mężczyzna podał oszustowi srebrnego orła. - Ale w tym tempie on zostanie nowym hrabią.
        Kilku najbliższych słuchaczy roześmiało się, a w tym czasie Ron zakręcił kubeczkami. Ian nawet na nie nie patrzył, próbując skupić na sobie wzrok nieznajomej. Kiedy jednak przyszedł czas decyzji, kotołak bez namysłu wskazał kubek po środku i odebrał od oszusta dwie monety zysku. Jaszczur i inni nie byli jak koty. Nie słyszeli tego cichego "szur-szur" jakie wydawała moneta przesuwana pod kubkiem. Stary Ron też nie słyszał, ale w obecności szefa nie kręcił nimi tak szybko żeby niezauważalnie wyjąć monetę spod kubka.
        Ian powtórzył ten numer jeszcze kilka razy, za każdym podwajając swoją wygraną, przenosząc na zabawę całe zainteresowanie. Toteż nie zauważył, kiedy ładna dziewczyna sobie poszła. Podobnie jak inni gapowicze. I że księżyc już był na niebie.
Awatar użytkownika
Slavia
Zbłąkana Dusza
Posty: 8
Rejestracja: 9 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Slavia »

        Wielki zapał Slavi dość szybko zaczął topnieć w oczach. W ciągu pół godziny, chyba z osiem osób powiedziało jej, by poszła porozmawiać ze strażnikami. I nie żeby nie radzili jej racjonalnie, bo przecież każda osoba, którą ktoś okradł w pierwszej kolejności zgłosiłaby się na miejski posterunek, jednakże Slavia była aż nazbyt świadoma tego, że władze by jej nie pomogły, a nawet jeśli to może po kilku miesiącach odzyskałaby swoją własność. Niestety czarodziejka nie miała tego komfortu, że mogłaby poczekać z założonymi rękami i powierzyć sprawę w pełni strażnikom. Zaczynała być zła na siebie, że dała się tak oszukać. To był najgorszy dzień w całym jej życiu... "Chociaż Uro się dobrze bawił."
        Z tą myślą spojrzała w tamtą stronę i od razu spostrzegła znajome, rude uszy i skierowała się w tamtą stronę po jaszczura, który obecnie wypinał się do tłumu z postawionym ogonem, wy wyrwać sobie z zadka następną złotą łuskę i zastygł w tej pozie, gdy kotołak go zaczepił i wtrącił się w jego grę.
        - Te, kiciuśśś - zawarczał groźnie na zmiennokształtnego. - To gra dla dorosssłych, lepiej byśśś sssobie jakiejśśś myszyy poszuukał? - rzucił w jego stronę, nim dotarła do stoiska Slavia i wzięła niesfornego jaszczura na ręce. Ten kurdupel już chciał się bić z dużo większym od niego kotołakiem. Choć może gdyby ten się zmienił w kota, szanse byłyby wyrównane?
        - Przepraszam za niego i dziękuję, że mu przerwałeś - powiedziała do kotołaka nim odeszła, zostawiając go sam na sam ze starym szulerem.
        Kiedy się odwróciła i chciała wstąpić do karczmy, by może tam spróbować swojego szczęścia, jej uwagę przykuła dwójka niewyrośniętych łebków. Oczywiście nie myśląc za dużo rzuciła się za nimi w pogoń chcąc zwyczajnie odzyskać swoją książkę.
        - Zaczekajcie! Przecież nic wam nie zrobię! Chcę tylko odzyskać swoją książkę! - krzyczała za nimi. Nie miała jednak takiej kondycji, szybkości i zwinności co dzieciaki, więc dość szybko zaczęła zostawać w tyle. Chciała sobie dopomóc magią wiatru, lecz ledwo zaczęła składać zaklęcie, gdy nagle odbiła się od kogoś i upadła na ziemię.
        - Ała... - jęknęła, podciągając się na wyciągniętej w jej stronę dłoni, by wstać.
        - Nic ci nie jest, Slavia? - zapytał z troską Yskaarn, na co czarodziejka pokręciła głową w jasnej odpowiedzi, że raczej nic jej nie jest. Prócz oczywiście stłuczonego tyłka i straconej okazji na odzyskanie swojej własności. - Czemu biegasz jak szalona po mieście?
        - Chcę tylko odzyskać swoją książkę, kilka godzin temu zabrały mi ją jakieś dzieciaki. Myślałam, że jak za nimi pobiegnę i poproszę ich o oddanie mi jej...
        - Och, Slavia... - westchnął elf i zaraz przytulił do siebie kobietę. Jak tylko poluźnił nieco swoje objęcia, od razu go od siebie odepchnęła z butnym wyrazem twarzy. Zakłopotany tym mężczyzna zarumienił się nieco i odwrócił wzrok, przecierając dłonią kark. - Byłaś już w tej sprawie na posterunku?
        - Na Prasmoka! Jeśli jeszcze raz dzisiaj usłyszę, żeby iść na posterunek, to chyba kogoś uduszę - burknęła już mocno tym wszystkim poirytowana.
        - Zawszeee możeeesz zakręcić tyłeczkiem przed tamtym kotołakiem. Wydawało mi sssię, ale chyba był w raczej dobrej komitywie zzz tamtym szszulerem - zasugerował Uro'Borros wdrapując się pradawnej na ramię i usadowił się tam wygodnie. Zaraz jednak znalazł się na ziemi i pod butem czarodziejki za kosmate myśli i obleśnie wywalony język. Może gdyby nie dyszał jej przy tym do ucha, nie przygniatałaby go teraz pod podeszwą.
        - Czekaj...CO?! Jaki kotolak? Nie zgadzam się na żadne kręcenie tyłeczkiem przed obcymi! - powiedział stanowczo i tym razem można by się zastanawiać czy zaczerwienił się z gniewu, czy był tak zawstydzony tą propozycją i sam by chciał by to jemu Slavia poświęciła nieco uwagi.
        Wystarczyła chwila by stracił całą swoją pewność. A dokładniej potrzebne do tego było jedno, srogie spojrzenie czarodziejki posłane w jego stronę. Zadane przez nią pytanie było już wyłącznie formalnością.
        - Słucham? - spytała groźnie, łapiąc się przy tym pod boki. Elf zadrżał w miejscu i przełknął głośno ślinę.
        - Bo myślałem... że może... skoro ty... i my razem... - zaczął bełkotać lecz nie był w stanie się porządnie wysłowić.
        Slavia podeszła do niego, nie zwracając uwagi na to, że Uro znów skończył pod jej butem (należało się zboczeńcowi jednemu), i dźgnęła Yskaarna palcem w pierś.
        - Następnym razem dobrze ci radzę, nie myśl tyle, bo to, że u ciebie i z tobą sypiam nic nie znaczy. Nie należę ani do ciebie, ani nikogo innego i sama decyduję o tym z kim i co robię. Jasne? - zapytała, choć wcale nie musiała, bo mężczyzna od razu, jak zaczęła się bura, zgadzał się i kiwał energicznie głową na każde jej słowo. Slavia westchnęła ciężko i pokręciła z politowaniem swoją czarną czupryną. "Ehh... Faceci."
        Poklepała zestresowanego Yskaarna po ramieniu na znak, że już wszystko w porządku i wróciła z nim do domu, odpuszczając sobie swoje poszukiwania księgi, na ten moment. Oczywiście Uro'Borros został zeskrobany z ulicy i zabrany razem z nimi. Jeszcze by zaczął napastować jakąś niewinną dziewoję i Slavia musiałaby się z tego tłumaczyć na posterunku... Tą sprawą oczywiście strażnicy szybko by się zajęli, nie to co poszukiwania zaginionej książki.
Awatar użytkownika
Ian
Zbłąkana Dusza
Posty: 9
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Ian »

- Dwadzieścia pięć złotych gryfów - oznajmił finalnie skryba, dopisując dzisiejszy utarg szajki Iana do ogólnego rejestru.
Oczywiście wszyscy zgromadzeni w pokoju wiedzieli, że wartość łupu wahała się plus-minus do dziesięciu procent, ponieważ pan Albert Dum, księgowy gildii, sam był złodziejem i swoje pod stołem skracał przy dodawaniu w pamięci, jednak nikomu to nie przeszkadzało. Był najstarszym złodziejem w kamienicy, a za młodu jednym z najlepszych w mieście, choć nigdy nie wyściubił nosa ze swojej klitki za starym browarem, obarczonej ciężkim, złoconym szyldem "Lichwa - tanie pożyczki", wszystkie interesy załatwiając z pomocą pośredników (tych ubranych w bogate szaty jak i tych z kijem nadziewanym gwoździami). Teraz jednak pracował dla Hugo Moro i jego bandy, służąc radą i doświadczeniem.
- Całkiem nieźle - przyznał rozleniwiony na kanapie kotołak, trącając palcami zaczepiony nad głową dzwonek. Jego dźwięk sprawił, że skryba wycofał się bokiem i zamknął za sobą drzwi.
"Ale mogło być lepiej", dopowiedział sobie Maloy, wpatrując się w starszą i bardziej umięśnioną wersję swojego szefa, który obecnie zajęty był flirtem ze złodziejami płci pięknej niż sprawą dzielenia łupu.
Honor złodzieja głosił, że kto zwinie to jego, jednak nie zapewniało to gwarancji, że jutro wciąż jego będzie. Dlatego szef wprowadził prosty system dzielenia łupu zdobytego przez daną grupę pomiędzy jej członków plus datek na siedzibę (remonty, łapówki dla strażników i tym podobne) i coś dla szefa oraz zakazał okradania siebie nawzajem. Wydawało się to sprawiedliwe i rzeczywiście takie było, jednak wynikało też z tego, że On, Stary Ron, Ian, Goffry, Mika i Hugo muszą podzielić się dwudziestoma pięcioma (minus podatek pana Duma) złotymi monetami, a to co zostanie idzie do skarbonki.
- Ale mogło być lepiej - kontynuował szef, wpatrzony w mistrza kamuflażu z wiadomych obojgu przyczyn. - Musicie popracować nad dobieraniem sobie ofiar i unikać popełniania głupich błędów.
- Wiesz dobrze, że to niemożliwe z nim. - Maloy nawet nie próbował wymawiać tego z naciskiem. - Twój brat jest...
- Jednym z najlepszych złodziei i wabików w tej dziurze - dokończył Hugo, przeciągając się. - Temu nie zaprzeczysz.
- Jest nieostrożny, nieodpowiedzialny i głupi.
- Dlatego właśnie rozmawiam z tobą, a nie z nim - wyjaśnił zmiennokształtny. - Mój braciszek musi być pod stałą obserwacją, a tylko ty potrafisz robić w to sposób jawny i kryty jednocześnie. Donosisz mi o wszystkich jego wyskokach...
- A ty żałujesz, że nie możesz być tam razem z nim.
- Dokładnie. - Szef szajki złodziei wybuchnął nagle chichotem i klasnął w dłonie. - Jestem szefem i siedzenie na biurkiem to koszmar... kto wpuścił tu tę ćmę? - błyskawicznie zmienił temat, wodząc wzrokiem po owadzie pod sufitem i zapominając o Maloy'u.
"Oboje są siebie warci", mruknął do siebie w myślach elf. Jednakże gdyby nie wykształcenie Hugo, banda nigdy by nie powstała albo byłaby zbyt zależna od tej, którą dowodził zmarły przed trzema laty ojciec obu kotołaków. Koniec końców może istniała dla nich jeszcze jakaś szansa.
Wychodząc mistrz kamuflażu zapewnił jeszcze szefa o poprawie w zachowaniu bandy, a za drzwiami od razu odszukał i podszedł do Iana, zabawiającego żonglerką dwie sympatyczne dziewczyny.
- Co powiedział Hugo? - zainteresował się kotołak, cmokając jedną z nich w policzek.
- Że jutro spodziewa się lepszego wyniku.
- Jasna sprawa. Mika i Goffry uderzą na targu. Obłowimy się.
- Oby.
- Zaufaj mi. - Kotołak klepnął towarzysza w ramię i ruszył po chybotliwych schodach na swoje poddasze. - Zero wpadek.

Następnego dnia Maloy nie przejmował się ani późną godziną pobudki, ani hałasami za oknem. Targ trwał już w najlepsze, tłumy kłębiły się w pełnym słońcu pod straganami, a on dopiero dobierał kolor płaszcza pod strój typowego przechodnia. Mika i Goffry czekali na niego na schodach kamienicy, grając ze Starym Ronem w kości i przegrywając kieszonkowe.
Stary Ron nie przepuszczał nikomu.
Na widok mistrza kamuflażu cała trójka doprowadziła się do porządku i ruszyła zająć swoje pozycje. Dopiero kiedy dotarli na skraj rynku, elf odważył się zapytać kręcącego się w pobliżu bezdomnego.
- A Ian?
- Wyszedł z samego rana - oznajmił Ron z nutą uznania w głosie. O dziwo nie zaspał. Powiedział, że będzie obserwował pozycje i trasy strażników.
- Czyli zaczepia kobiety przy straganie z biżuterią - poprawił go typowy przechodzień. - Straż zawsze obserwuje takie stoiska. No ale nic... zaczynajmy.
Awatar użytkownika
Slavia
Zbłąkana Dusza
Posty: 8
Rejestracja: 9 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Slavia »

        Droga do domu elfa, minęła im w całkowitej ciszy. Oczywiście, ciężko było się tego spodziewać, skoro Uro'Borros był razem z nimi, ale nadal odczuwał w kościach konsekwencje swojego żartu i gniewu Slavi. Nawet Yskaarn bał się słowem odezwać, jeszcze tak wściekłej czarodziejki nie widział odkąd się znają. Co prawda nie rozumiał do końca o co poszło, przecież tak dobrze im razem było, dogadywali się, nie wchodzili sobie w drogę, gdy zajęci czymś byli. Każdy, kto by na nich spojrzał, od razu uznałby ich za parę, nawet tutejszy arcymag, profesor Volonio, którego elf był uczniem, nie jednokrotnie pytał jak tam jego związek z czarodziejką. Nie czuł się więc obecnie najlepiej, gdy dowiedział się, że kobieta, którą miał za miłość swojego życia, w ogóle nic do niego nie czuła. Szedł do domu załamany, kilka sążni za Slavią ze sponiewieranym na ramieniu jaszczurem. To nie był najlepszy dla nich obu dzień.
        Po dotarciu do swojego chwilowego mieszkania, zjadła na szybko przygotowany przez siebie obiad i gdy upewniła się, że załamani życiem mężczyźni (tak, miała również na myśli Uro'Borrosa) pójdą grzecznie do łóżek najpewniej zalać się łzami i pogrążyć w swojej rozpaczy, wyszła z domu. Potrzebowała nowej książki do spisywania swoich notatek i obserwacji, dopóki nie odzyska tamtej, którą jej ukradziono. I miała nadzieję, że nie długo będzie musiała się męczyć z tym chwilowym zastępstwem dla swojego notatnika. Fakt, że i tak musiałaby kupić nowy, gdy skończyłoby jej się miejsce na nowe zapiski w tamtym, ale tam miała jeszcze połowę książki w ogóle nie zapisaną. No i jeszcze jej notatki, których nie zdążyła skopiować i wysłać do Rapsodii. Musiała odzyskać swój dziennik i już chyba nawet miała pomysł, jak to zrobić.
        W pierwszej kolejności udała się do tutejszej biblioteki, potrzebowała kilku informacji i pewnego zwoju, miała nadzieję, że o ile nie uda jej się tu znaleźć odpowiedniego kupca, to spróbuje sama taki spisać. Ciekawe, czy profesor Volonio zechciałby jej w tym pomóc? To na pewno bardzo by jej ułatwiło całe zadanie. Ale po kolei.
        Wyszła z biblioteki w środku nocy, a pozostałą część do świtu spędziła u Volonio. To w magach uwielbiała najbardziej - mogli być starzy jak świat i brzydcy jak noc, ale dzięki magii potrafili się i odmłodzić i upiększyć choćby dla własnego widzimisię, albo... gdy w środku nocy przychodziła z wizytą urodziwa, "młoda" czarodziejka potrzebująca pomocy i oferująca w zamian miło spędzony czas. I nawet nie było tu kwestii tego, że tacy po prostu faceci już byli i łatwo było ich uwieść, bo znała niejedną czarodziejkę, która z chęcią przyjmowała na prywatne korepetycje urodziwych młodzieńców wykazujących choć odrobinę chęci "nauki". Choć w sumie dla czarodziejów i tak najważniejsza była wiedza, a nie tworzenie zażyłych relacji, nie wszystko więc sprowadzało się i kończyło w alkowie, bo wystarczyła chociażby zwyczajna wymiana informacji. Slavia jej akurat nie potrzebowała, chciała by mag pomógł jej w stworzeniu zaklęcia oznaczającego i drugiego lokalizującego, z którego pomocą miała nadzieję znaleźć swoją książkę. Musiała więc jedynie odpowiednio zmotywować czarodzieja, do pomocy w tym.
        I tym sposobem ona zyskała zwój i dwa opalizujące, niewielkie kamyki, wyglądające jak szlachetne klejnoty, ale mieniące się feerią barw, a Volonio miłe wspomnienia na stare lata. Wyszła z rezydencji maga i poszła na miasto. Mimo zarwanej nocy była pełna determinacji i energii, choć sińce pod oczami, mówiły swoje. Poszła na rynek i kupiła sobie słodką bułkę. Okrążyła jeszcze kilka razy targ, po czym za pomocą magii powietrza, uniosła się nad dachy miasta. Przysiadła tak na jednym i obserwowała tętniąca życiem ulicę, na której ludzie wyglądali niczym kolonia mrówek. Starała się wypatrzeć jakiś złodziejaszków, na których mogłaby zarzucić swoją przynętę. Zdecydowała się porzucić czarodziejski, przepięknie mieniący się kolorami kamyk w miejscu, gdzie zeszłego dnia widziała małych złodziejaszków, a drugi tam gdzie siedział ten kanciarz od trzech kubków. I czekała cierpliwie aż ktoś z półświatka połknie jej przynętę. Już siedziała z rozwiniętym na kolanach drugim zwojem, który okazał się mapą miasta i okolic, z pulsującymi magicznie i delikatnie dwoma punktami na niej, oznaczającymi oczywiście położenie zaczarowanych kamieni.
Awatar użytkownika
Ian
Zbłąkana Dusza
Posty: 9
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Ian »

Pierwszy frajer... o przepraszam - troskliwy obywatel Nandan-Ther, pragnący jedynie z czystej dobroci serca pomóc dwóm chłopcom, którzy zgubili na rynku matkę, został przez nich skrojony jeszcze zanim dzwon z pobliskiej świątyni wybił godzinę dziesiątą, a gdy w końcu ucichł, nawet strażnicy miejscy niewiele mogli już pomóc. Sakiewka pełna srebrnych monet tak po prostu przepadła w tłumie targujących się mężczyzn, plotkujących kobiet i plączących się pod nogami dzieciaków, o twarzach tak pospolitych i nie wyróżniających się jak kolejne źdzbło trawy w ogródku, oraz ich czworonożnych pupili. Każdy z nich mógł być Miką i Goffrym, którzy tak naprawdę w innej już części rynku, oddawali potajemnie swój łup niewinnie wyglądającemu spacerowiczowi w ciemnym, szaro-zielonym płaszczu. Ów człowiek z koleji bardzo szybko, sprawnie i co najważniejsze, na oczach kapłanów Najwyższego przekazał go siedzącemu na schodach kaplicy bezdomnemu. Gest ten zmusił niektórych z nich, a przynajmniej tych, którzy nie uciekli wzrokiem od zebranych w pobliżu wiernych, do identycznego zachowania, co w rezultacie przyniosło bezdomnemu legalny zysk czterech złotych gryfów.
Kilka minut później, nie mogąc przestać się uśmiechać pod nosem, Stary Ron był już najbogatszym ulicznikiem w tej części Nandan-Theru.
W innej natomiast Maloy był już świadkiem trzech przypadkowych potknięć możnych kupców, których tusza nie sugerowała pustych spiżarni i uczynnych dzieci, pomagającym im powstać. Za każdym razem ofiara z wyraźnym opóźnieniem orientowała się w sytuacji co do zniknięcia sakiewki monet spod wałów tłuszczu i tkanin, co było tym bardziej korzystnym dla złodziejaszków. Mistrz kamuflażu cieszył się z każdego, nawet drobnego przewinienia, jakie padały tego dnia i wydawałoby się, że nic mu już go nie zepsuje. Niestety ktoś walący w drzwi z tyłu jego umysłu kazał mu zajrzeć na stoiska z biżuterią.

Zabawiający kobiety przy straganie kotołak nie spodziewał się, że ktoś się do niego zakradnie i bez powodu strzeli w szpiczaste ucho. Zdezorientowany aż podskoczył, wypuszczając z rąk kolorowe piłeczki, które następnie z wrodzonym refleksem połapał i schował, nie przestając się uśmiechać.
- Czego? - mruknął zaraz po tym lekko rozdrażniony, odwracając głowę.
Jednak widok surowego spojrzenia Maloya nie speszył go ani na sekundę.
- Nie widzisz, że pracuję?!
- To nazywasz pracą? - zapytał elf, odciągając Iana na bok, z dala od oczu i uszu patrolujących strażników.
- No... tak, tylko spójrz. - Ledwo Maloy zdążył się cofnąć, miał przed nosem futrzasty ogon, z nawleczonym na nim dwoma złotymi naszyjnikami. - I jeszcze kilka pierścionków - dodał zmiennokształtny, wyciągając łup z kieszeni spodni.
Maloy był pod sporym wrażeniem złodziejskich umiejętności szefa, choć po wielu latach współpracy nauczył się tego nie okazywać. Nie dlatego, żeby kotu woda sodowa zbytnio nie uderzyła do głowy, tylko dlatego, że kiedy jemu szło dobrze, kłopoty same, prędzej czy później ich znajdą.
- Ron już skończył przy świątyni - oznajmił na chłodno mistrz kamuflażu, zbierając fanty do jednego worka, który nosił pod szatami. - Znajdź chłopaków i wycofujemy się. Strażnicy chyba zaczynają coś podejrzewać.
- Są tępi i powolni - odparł Ian i już miał wrócić na rynek, kiedy jego oczy dostrzegły na ziemi połyskujące coś. - O zobacz, błyszczy.
"Jak z dzieckiem", pomyślał Maloy, przyglądając się dorosłemu mężczyźnie, zafascynowanemu świecącym kamykiem.

- To ten, panie władzo!! To on mnie okradł!! - zawołał nagle ktoś z brzegu i oczom elfa ukazała się kobieta w szykownym futrze, prowadząca dwóch strażników. Palcami uginającym się od nadmiaru złotych pierścieni wskazywała na stojącego do nich plecami kotołaka. - Jestem tego pewna.
- No dobrze! - wtrącił strażnik, podchodząc bliżej i brzdąkając metalowymi obcasami. - Zajmiemy się tym.
- Ian - szepnął Maloy do szefa, który uciszył go, przykładając palec do ust.
A potem, wykorzystując do tego impet ze skrętu bioder, odwrócił się uderzył strażnika pięścią w nos. Ofiara nie miała nawet czasu na jakąkolwiek reakcję, podobnie co jej towarzysz i przyglądająca się zajściu kobieta. Wbrew wszystkiemu to ona pierwsza jednak podniosła głos, przyciągając najbliżej stojących.
- No i tyle było z pięknego dnia - mruknął jeszcze na odchodne, wrzucając kamyk do kieszeni i skacząc w głąb zaułka.
Strażnicy niemal natychmiast rzucili się za nim w pogoń, kompletnie ignorując Maloya, który w całym tym zamieszaniu i tak zdążył zniknąć. Ian z kolei znalazł się w swoim naturalnym żywiole, gnając na złamanie karku poprzez zaułki i miejskie przeszkody, wykorzystując do tego koci refleks oraz fakt, że nie nosił płytowego pancerza, miecza, hełmu, halabardy i tarczy. Zanim więc funkcjonariusze zdążyli wskoczyć za winkiel, on był już na dachu dwie kamienice dalej.
Awatar użytkownika
Slavia
Zbłąkana Dusza
Posty: 8
Rejestracja: 9 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Slavia »

        Plan wydawał się być genialny w swej prostocie i czarodziejka miała do siebie żal o to, że nie wpadła na ten pomysł od razu. Już zeszłego dnia mogła mieć możliwość odzyskania swoich rzeczy, ale zamiast załatwić sprawę z głową, bezmyślnie dała się ponieść naiwnemu, nie do końca przemyślanemu działaniu wypytania osób kręcących się na targu i poszukania swoich rzeczy za pośrednictwem mało rozgarniętych strażników. W sumie teraz przy jej obecnym planie, to co wczoraj wyprawiała było po prostu żałosne.
        Siedząc na dachu jednej z kamienic wznoszących się nad targiem z początku nie odrywała oczu od zaczarowanej mapy, na której nadal jasno lśniły dwa porzucone przez nią kamyki. Bardzo szybko jednak znużyło ją to bezowocne gapienie się w kawałek zwoju i przeniosła swój wzrok na przechodzących ulicami pod nią ludzi. Znów miała złudną nadzieję, że może ona sama szybciej wypatrzy znajomych złodziejaszków, niż w końcu kogoś skusi jej przynęta. No właśnie… kogoś. Im dłużej czekała i nic się nie działo, tym bardziej powątpiewała w geniusz swojego pomysłu. Przecież gdyby to ona przechodząc zauważyła takie intrygujące świecidełko, beztrosko leżące sobie na chodniku i tylko plątające się pod butami innych, którzy co najwyżej nieświadomi kopali kamyk z kąta w kąt, ona od razu by się po niego schyliła i wzięła ze sobą, choćby po to by sprawdzić czym błyskotka była i jaka magia w niej siedziała, że tak ładnie mieniła się całą paletą kolorów. A przecież dziewczynie zależało na tym, by skusić kamykiem złodziei, którzy ją okradli, a nie kogokolwiek z przechodniów.
        - Ugh… I po co ja w ogóle zaczynałam o tym myśleć? - jęknęła załamana tym, że najprawdopodobniej jej pomysł znów nie wypali i znów nie odzyska swojej książki. Już pal licho tamten kryształowy posążek, ale jej książka… Prędzej odda cały stój talent magiczny i cały swój majątek, niż tak po prostu odpuści sobie próby odzyskania swojego notatnika!
        - Tak! - powiedziała z determinacją do siebie, a w jej oczy płonęły żywym ogniem. Podniosła się z dachu i złapała pod boki, patrząc na ludzi w dole i już myśleć o nowym planie. Kątem oka jednak dostrzegła jakiś delikatny ruch i spojrzała na leżący obok niej zwój lokalizujący. O dziwo, gdy już miała sobie odpuścić ten durny pomysł z zaczarowanymi kamykami, ktoś złapał jej przynętę i… znacznik na zwoju przypisany do tego kamyka, bardzo szybko przesuwał się przez pergamin. I tak jakby nie za bardzo w prostej linii… O! W pijanej prostej linii! To było najlepsze określenie. Chociaż…
        Pokręciła energicznie głową, by nie dać się pochłonąć kolejnym, w tej chwili bezsensownym, rozmyślaniom. Spakowała szybko wszystkie swoje rzeczy do nowej torby (podobno antyzłodziejowej, choć wątpiła w istnienie takiej rzeczy, której nie dałoby się ukraść skoro można ukraść nawet czyjeś życie czy miłość) i ze zwojem przed oczami podążyła na skrzydłach wiatru śladem przemieszczającego się znacznika. Wcale się nie spieszyła, bo w powietrzu i tak miała sporą przewagę nad uciekającą uliczkami z jej kamykiem rybką. Czarodziejka nie musiała się przejmować przeszkodami w postaci śmieci czy tłumu, nie musiała zwalniać przed zakrętem, by nie stracić równowagi. Mogła sobie po prostu szybować leniwie niczym jedna z białych chmurek sunących jeszcze wysoko nad nią. Cały czas zerkała to na zwój, to na ludzi w dole, zastanawiając się w pewnym momencie czy nie zniżyć lotu, by lepiej widzieć, ale zrezygnowała z tego pomysłu, gdy zobaczyła wbiegających w jedną z okolicznych uliczek strażników. Już mocno zdyszanych. Wbiegli w tę samą uliczkę, w którą przesunął się znacznik na zwoju. Oczy jej błyszczały z ekscytacji i aż nabrała więcej powietrza w płuca, czując się jak dziecko, które właśnie ma otworzyć swój prezent urodzinowy. Przecież zaraz się miała dowiedzieć kto miał jej kamyk i pomoże jej w odnalezieniu jej księgi-notatnika.
        Poszybowała pospiesznie w kierunku uliczki, coraz bardziej zbliżając się do znacznika, wgapiona z podekscytowaniem w zwój, przez co omal nie wpadła na stojącego na dachu kotołaka. Chociaż nie… wpadła na niego tak, że oboje runęli na dachówki. W sumie to nie było aż tak źle, Slavia miała raczej miękkie lądowanie i może oprócz delikatnie zdartych kolan, nie potłukła się jakoś mocno, gdy wylądowała plackiem na rudowłosym zmiennokształtnym. On natomiast poczuje to zderzenie najpewniej w kościach, bo takie rąbniecie plecami w dach na pewno nie należało do najprzyjemniejszych sytuacji w życiu. Aczkolwiek z tego co zdążyła zauważyć, to chyba nie powinien za bardzo marudzić, bo gdy zrobili kanapkę na dachówkach, strażnicy spojrzeli w ich stronę i przez to, że Slavia z kotołakiem leżeli płasko, mundurowi nie byli w stanie ich dostrzec ze swoich pozycji. Być może czarodziejka właśnie uratowała mu ogon, a przynajmniej tak będzie sobie wmawiać.
        - Uważaj jak chodzisz! - jęknęła naburmuszona, sięgając zaraz po zwój, który już chciał jej uciec wraz z delikatnym porywem wiatru. Zwinęła go i schowała do swojej torby, gdy w końcu sobie uświadomiła, że w sumie jej coś za bardzo wygodnie jak na siedzenie okrakiem na dachu jakiejś kamienicy. Poderwała się jak oparzona na równe nogi i zeszła w końcu z kotołaka. Orientując się trochę po czasie, że przecież skądś go kojarzy, ale każdy by chyba z pewnym opóźnieniem rejestrował takie rzeczy skoro jej niemalże dziecięca ekscytacja, w jednej chwili zmieniła się w szok. No bo jak często wpada się na kogoś szybując niemalże o włos nad dachami kamienic?
        - To znowu ty? Jeszcze trochę i zacznę się zastanawiać czy mnie aby nie prześladujesz – powiedziała lekko dla rozluźnienia nieco sytuacji. Podała zmiennokształtnemu dłoń by pomóc mu wstać, choć akurat siły miała tyle, że prędzej znów by się na nim rozłożyła, niż udałoby się mężczyźnie podciągnąć na jej wyciągniętej dłoni.
        - Masz coś co należy do mnie, przez co wychodziłoby na to, że albo mój pomysł rzeczywiście nie był najlepszy i pominęłam w trakcie planowania kilka drobnych, acz niebywale znaczących szczegółów, albo od samego początku to ciebie szukałam – powiedziała niby do niego, ale jakby do siebie samej, zaraz zaczynając się zastanawiać.
        - Przepraszam, że na ciebie wpadłam, wiesz coś na temat mojej książki? - wypaliła niemalże na jednym wdechu, patrząc na niego badawczo i z pewną iskierką nadziei w oczach. - Wiesz… tej która mi zniknęła jak tamte dwa małe łobuzy mnie napadły i ty tak dzielnie starałeś się odebrać im moje rzeczy – przypomniała zaraz.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Równiny Theryjskie”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 3 gości