Raciczkami po rozżarzonym węglu


Miasto zamieszkiwane głównie przez elfy, jednak spotkać tu możesz też inne istoty takie jak wygnane Driady, a także małe chochliki poszukujące przygód. Elfy mieszkające w Elfidrani są niezwykle przyjaznymi istotami, dlatego schronienie w możne znaleźć tu każdy, a zwłaszcza Naturianie i istoty im pokrewne, ze względu na miłość elfów do wszystkiego co wolne.

Postprzez Ariatte » So kwi 28, 2018 3:21 pm

Jakże wielkie zdziwienie wywołało u czarodziejki zarówno zachowanie tego dziwaka, jak i reakcja satyrki. Ariatte zdążyła już się zorientować, że ta druga bardzo przywiązała się do Caitriony, ale takiego obrotu spraw się totalnie nie spodziewała. To było zbyt pochopne, energiczne i... głupie! Mieć odwagę zaatakować na oczach całego tłumu człowieka i to w sposób aż nazbyt brutalny.
- Vaelo, czyś ty...?! - czarodziejka odruchowo wyciągnęła do satyrki rękę, jednak doszła do wniosku, że ta jest już tak pochłonięta wymierzaniem ciosów biedakowi, że w najlepszym wypadku nie zwróciłaby na nią żadnej uwagi. W najgorszym natomiast, Ariatte musiałaby wracać do domu z przynajmniej podbitym okiem.
Gdy satyrka skończyła wymierzanie kary narwańcowi, Ari dostrzegła szybko zbliżającą się do nich straż. Gdyby tego było mało, ofiara straciła przytomność i wyglądała, jakby została przemielona złej jakości, połamanym i powyginanym pługiem.
- Nie bądźcie głupi! On tylko stracił przytomność! - czarodziejka zwróciła się do tłumu nieco głośniej. - Poza tym. Należało mu się. Widzieliście, jak potraktował tę niewiastę? - to pytanie zadała jeszcze głośniej, tak, aby znajdująca się już blisko straż bez problemu mogła je dosłyszeć. Gdy dwaj strażnicy przyodziani w solidnie wyglądające, w pełni wyposażone i dobrze chroniące ciało zbroje podeszli do nieprzytomnego, cały tłum zamilkł. Wszyscy wlepili swój wzrok w pikinierów, oczekując na dalszy rozwój wydarzeń.
- Co to za awantury? Co się z nim stało? Nic ci nie jest, pani? - jeden ze strażników skierował to pytanie do Ariatte, najwidoczniej sugerując się jej porwaną i zakrwawioną suknią.
- Nie, wszystko w porządku. Ten o to - tu wskazała na leżącego. - łajdak zaatakował moją przyjaciółkę. Na szczęście nasza wspólna znajoma satyrka jest gotowa skoczyć w ogień za dobrą przyjaźń i stanęła w obronie biedaczki.
- Hmm. Rozumiem. Już nie raz mieliśmy z nim problem. Z chęcią zabrałbym go ze sobą, ale w tym stanie chyba musi trafić do szpitala.
W tym momencie do akcji wkroczyła Caitriona, zapewniając wszystkich, że ofierze nic poważnego się nie stało. Ariatte z zaciekawieniem przyjrzała się jej dokładniej, gdy ta zaczęła używać swej magii. Czarodziejka zauważyła, że ponowne użycie zdolności sprawiało już uzdrowicielce mały problem. To potwierdziło, że Cait nadal powinna rozwijać swoje zdolności. Dlaczego potwierdziło? Dlatego, że Ariatte wyczuwała w niej źródło mocy, jednak dla doświadczonego maga ukrycie swojej energii nie jest trudnym wyzwaniem.
Gdy pobity został uzdrowiony i zorientował się, w jakiej jest sytuacji, zwyczajnie podniósł się i dał nogę. Strażnicy nawet nie próbowali za nim gonić, a jedynie pokręcili głową i dodali:
- Nigdy się nie nauczy. Zawsze ucieka i zawsze wraca. Takich jak on powinno zamykać się w specjalnych miejscach. Już ja się postaram, by do takiego trafił.
Ari domyśliła się, że Cait będzie osłabiona. Nie spodziewała się jednak, że aż w takim stopniu. Gdy opadła na ziemię, Ariatte odruchowo upuściła księgę i laskę czarnoksiężnika, po czym błyskawicznie znalazła się przy niej, przyklękając i kładąc dłoń na jej ramieniu. Strażnicy nie byli gorsi i również znaleźli się obok, jednak starając się nie blokować swobodnego przepływu powietrza, który dla osłabionej był w tej chwili bardzo ważny.
- Co się dzieje? Zaraz zawołam po pomoc! - oświadczył ten, który od samego początku robił za mówcę.
- Nie! Damy sobie radę. Po prostu za często próbowała leczyć dzisiaj ludzi. Musi odpocząć i nic jej nie będzie. - zareagowała czarodziejka ognia.
- Skoro tak twierdzisz, pani. To wy tu jesteście ekspertami w dziedzinie magii.
Ariatte uważnie spoglądała na eliksir, który Caitriona zaczęła pić. Po reakcji gronostaja płomiennowłosa nie była do końca pewna, czy ten wywar, aby na pewno w pełni pomagał. Tak czy inaczej, po chwili uzdrowicielka odzyskała siły i była gotowa do dalszej drogi. Ari powstała, podniosła zdobycze po swoim oprawcy i zapewniła strażników, że już wszystko w porządku. Ci natomiast przeprosili za całe zajście z niezrównoważonym mężczyzną i odeszli, wracając do patrolowania ulic.
Czarodziejka najchętniej zgromiłaby Vaelę wzrokiem i odprawiłaby solidne kazanie, jednak to ona wraz z Cait uratowały jej życie. Dlatego też postanowiła darować sobie zgryźliwości.
- Słuchajcie. Karczma jest niedaleko. Musicie skręcić w tę - wskazała na jedną z ulic po prawej stronie. - uliczkę i cały czas iść prosto. Poznacie ją po szyldzie, na którym widnieje oświetlana promieniami słońca róża. Ja udam się do swojego domu, by się przebrać i odnieść to, co zabrałam temu, przed którym mnie uratowałyście. Zaraz po tym do was dołączę i może nieco przybalujemy. - chytrze uśmiechnęła się do obu kobiet, po czym skierowała swe słowa do satyrki. - Postaraj się nie atakować kolejnych mieszkańców. Nie mogę świecić za nas oczami bez końca.
- A ty, Caitriono. Musisz odpocząć, czego chyba wszystkie jesteśmy świadome. - nie mogła uwierzyć, że przy wypowiadaniu tych słów jej ton był tak troskliwy. Przecież to do niej nie pasowało, ale... Czuła się odpowiedzialna za znajomą? Tylko dlaczego? - A teraz, przepraszam was, ale mam dość tych podartych łachmanów. - Po tych słowach czarodziejka udała się w kierunku swojego domu.
Avatar użytkownika
Ariatte
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Anetheron, Verfnir, Nathanea, Semirian, Nassara,
Rasa: Czarodziejka
Aura: Jest to dość silna emanacja o barwach lekko już przytłumionych przez lata. Wokół silnie i wyraźnie brzmią trzaskające płomienie i to one zdają się być sednem tej aury. Równie mocno rozchodzi się tutaj woń kadzideł i świec rozgrzanych niedostrzegalnym, chociaż słyszalnym ogniem. Mimo niego atmosfera panująca tutaj jest raczej chłodna i skłania do utrzymania dystansu. Jeśli jednak zachowasz kulturalną powściągliwość, bez obaw przed poparzeniem możesz podziwiać soczyste smugi kobaltu, gęsto poprzeplatane srebrnymi wstęgami. W uplocie lśnią delikatne szmaragdowe poświaty. W dotyku początkowo aura sprawia wrażenie związanej z miękkich i twardych pasm. One zaś stanowią giętką całość o wyjątkowo gładkich powierzchniach, w których skryte są bardzo ostre krawędzie, na które powinieneś uważać. Emanacja jest wyraźnie lepka, ale szybko tak jak przy poprzednich cechach ujawni się jej dwoista natura, gdy poczujesz delikatną kwaskowość.
Wygląd: Co Cię obchodzi jak wyglądam? Nie, nie wstydzę się tego, gdyż w tej kwestii nie mam naturze niczego do zarzucenia. Wzrostem nie odbiegam od normy. Mam na myśli o czarodziejskie standardy. Mierzę sobie bowiem niecałe sześć stóp wysokości. Jak widzisz mam szczupłą sylwetkę, która przyciąga do siebie płeć przeciwną, a niekiedy nawet cieszę się głębszym zainteresowaniem grupą ... (Więcej)

Postprzez Vaela » Śr maja 02, 2018 5:35 pm

        Wyglądało jednak na to, że dzisiejszego wieczora w mieście nie urządzi się publicznego ogniska, na którym to upiecze się jakże bez wątpienia smaczną kozicę; Vaela z podziwem patrzyła, jak Caitriona rzuca się do pomocy mężczyźnie, podobnie jak wcześniej jej. Szaleniec jednak nie okazał podobnej wdzięczności co Vaela, przez co ta nabrała ochoty ponownego sprania jego pyska. Zorientowała się jednak, że jej pani tego nie lubi, a skoro tak... to może trzeba by się nieco powstrzymywać od podobnych zachowań — nie żeby były one dla niej na porządku dziennym! Nie należała do takich osób, ale człowiek sam się o to prosił! Jej zaniepokojenie wzrosło tym bardziej, gdy Caitriona wyraźnie osłabła, a Ariatte – która wcześniej swoją drogą świetnie ogłupiła gawiedź — wraz ze strażnikami rzucili się, aby pomóc; Koza została na swoim miejscu, przyglądając się im z oddali, z zamyśleniem, drapiąc się po kozim podbródku. ”Odpocząć? Oj... Chyba nieco przesadziłam. Karczma! Tak, to doskonała myśl!” Wzrok Vaeli powędrował za dłonią czarodziejki, która wskazała drogę do najwspanialszego miejsca na ziemi. Satyrka energicznie pokiwała głową. Zniknęła na chwilę, po czym ponownie się pojawiła, tocząc beczkę, która wcześniej – w wyniku jej skoku – skończyła na poboczu. Czym prędzej ruszyła w kierunku wskazanym przez czarodziejkę. Najchętniej złapałaby teraz Caitrionę za ramię i odprowadziła, ale nie miała wolnej dłoni. W końcu priorytety to priorytety...
        - Spokojnie, lada chwila wszystkie twoje problemy znikną, gwarantuję. Znam się na karczmach! Odwiedziłam ich wiele i nauczyłam się, że choć ludzie są różni, to karczmy... karczmy nigdy się nie zmieniają.
        Ta konkretna ukazała się im niedługo potem; wyglądała rzeczywiście całkiem porządnie, nie jak zabita dechami rudera, w których zdarzało się Vaeli przebywać dosyć często. Ta tutaj wyglądała wręcz elegancko; drewno było zdecydowanie dobrej jakości, brązowiutkie ściany lśniły w świetle gwiazd, wyraźnie regularnie malowane, czerwioniutkie niczym daszek muchomora dachówki wyróżniały się pomiędzy innych budynków, zaś złocony szyld oraz srebrne zdobienia wokół framug drzwi oraz futryn okien nadawały temu miejscu obiecujący wygląd.
        Drzwi trzasnęły, a wszyscy obecni w karczmie spojrzeli – w większości posępnie – na wejście, zaciekawieni, kto to dołącza do ich towarzystwa. Ku ich konsternacji ujrzeli wielką beczkę, zza której po chwili wyłoniła się rogata głowa z chytrym uśmiechem na ustach oraz iskierkami w oczach, które przeskakiwały po pomieszczeniu, lustrując wszystko, co tylko dało się wykorzystać do zwiększenia poziomu bezczelnej entropii oraz hulanki w tym pomieszczeniu.
        - Karczmarzu, dostawa! - zakrzyknęła Vaela, wtaczając baryłkę do środka, manewrując pomiędzy stolikami, by w końcu postawić ją przed ladą, tuż obok przedstawionych do niej siedzisk.
        Zanim jednak zdziwiony mężczyzna zdołał cokolwiek zrobić, Koza śmignęła już do Caitriony, nie chcąc pozwolić jej na zrobienie jakiegoś głupiego błędu; w końcu były w jej królestwie. Ramieniem otoczyła kobietę, po czym zaprowadziła ją do wybranego przez siebie stolika – niezbyt mocno, aby nie zrobić jej krzywdę, ale i na tyle zdecydowanie, aby nie mogła wyrwać się z jej uścisku. Po chwili Caitriona została usadowiona przy stoliku z czterema krzesłami, który znajdował się stosunkowo blisko kominka, dzięki czemu można było chłonąć przyjemne ciepło. Był stąd też świetny widok na całą karczmę. No i jeszcze jedna atrakcja. Młody, dwudziestoparoletni mężczyzna w tunice z wyrychtowanym na niej herbem przedstawiającym srebrzystą głowę jednorożca. Miał miłą, choć nieco zasmuconą twarz, ale uniósł wzrok ze zdziwieniem, gdy nagle zyskał niespodziewaną kompanię.
        - Posiedzisz sobie tutaj i pogawędzisz z miłym panem, podczas kiedy ja... nie martw się, wszystkim się zajmę. Ze mną w karczmie nie zginiesz. - Poklepała kobietę po ramieniu, po czym odskoczyła, przebierając podekscytowana kopytkami; jej zaciśnięte w piąstki, uniesione dłonie także drgały z ekscytacji. - Jest tyle do zrobienia!
        Po chwili wystrzeliła z powrotem do lady, a tymczasem mężczyzna siedzący obok Caitriony spojrzał na nią, przez krótką chwilę wpatrując się ze zdziwieniem, ale szybko na jego ustach pojawił się uprzejmy uśmiech, który nawet nie był wymuszony. Wyciągnął rękę, delikatnie chwytając dłoń kobiety oraz składając na niej pocałunek.
        - Jestem Alrik Slammerar, bardzo miło mi cię poznać, pani. - Uniósł wzrok, spoglądając przyjacielsko w oczy Caitriony swoimi otoczonymi złotem źrenicami, po czym przeniósł go na satyrkę. - Masz bardzo... hmm, energiczną przyjaciółkę.
        Tymczasem Vaela wskoczyła na beczkę, siadając na niej zupełnie tak, jakby była kolejnym siedziskiem przed ladą – trójka siedzących obok gości spojrzała na nią z zaciekawieniem, a karczmarz, będący elfem o dosyć ciemnej karnacji z lekką obawą.
        - Poproszę o posiłek dla mojej przyjaciółki. Ale nie takie elfie łapu-capu – bez obrazy rzecz jasna – ale coś takiego, co naprawdę da kopa! Jest bardzo zmęczona i potrzebuje czegoś, co ją pokrzepi. Zdecydowanie ciepłego. Żadnych warzyw! Ewentualnie cebulę... Cebula może być! Bardzo zdrowa... No i gdybyś był tak uprzejmy, to mógłbyś spróbować jakoś nadać temu kształt serduszka? W jakikolwiek sposób! Oczywiście za odpowiednią dopłatą! I wiesz co... poproszę drugie takie samo. Tylko bez serduszka! - Karczmarz spoglądał na nią z przekrzywioną brwią, ale chyba stwierdził, że mówi poważnie; miał już udać się do kuchni, gdy satryka nagle zeskoczyła z beczki i objęła ją, unosząc nad ladę. - I jeszcze jedno! Ta beczka... to jedno z najwspanialszych win, jakie widziały moje kozie oczy! Otworzysz ją i zafundujesz... póki co dwie kolejki na mój koszt, a potem zobaczymy, ile się tego ostanie!
        Lekko spanikowany karczmarz chwycił beczkę, obawiając się, aby nie upadła na ladę i nie zniszczyła jej, po czym powoli położył po swojej stronie. Karczmę przepełniły radosne okrzyki; pomimo iż większość jej gości stanowiły elfy, to te jednak także potrafiły docenić szkarłatny trunek. Koza tymczasem, świadoma, iż karczmarzowi nieco zajmie spełnienie jej zaleceń, postanowiła jakoś inaczej wykorzystać ten czas; dostrzegła grupę elfów siedzących przy dwóch sąsiednich stolikach, którzy wyglądali dla niej dziwnie znajomo. W podskokach się do nich zbliżyła, a ci spojrzeli na nią ze zdziwieniem.
        - Hej, hej, czy to nie najbardziej muzykalna banda po tej stronie gór?! Byłam na masie waszych wystąpień! Nawet miałam kiedyś taką laleczkę przedstawiającą Kaliarię! A raczej dosyć wiele... chyba ktoś chciał je wykorzystać do jakichś bezczeńskich rytuałów, to musiałam was ratować! A co wy tu robicie?! - Koza nie czekała na wyjaśnienia, tylko szybko odpięła swoją torbę i zaczęła zbierać autografy na jej pasku. Wkrótce stała się najszczęśliwszą kozicą na świecie, ściskając swój mały skarb w rączkach i trzęsąc się niczym nastolatka. - Hej, to może zagracie tutaj coś?! Nie chcę rzecz jasna jakichś waszych hitów, ale myślę, że przydałoby się nieco ożywić to miejsce!
        Wkrótce więc karczmę wypełniła dosyć skoczna muzyka, która sprawiła, że część gości opuściła swoje siedziska i ruszyła do tańca. Satyrka obserwowała przez dłuższą chwilę swoich idoli ze świecącymi się oczami, po czym przypomniała sobie o swojej pani. Pognała do lady, chwytając talerze z przygotowanym gulaszem z indyka, któremu towarzyszyły stare, dobre ziemniaki; w tym przeznaczonym dla Caitriony sos oblewał je w formie przypominającej serce. Vaela czym prędzej popędziła z nimi do odpowiedniego stolika, wręczając posiłek wraz ze sztućcami swojej pani oraz towarzyszącemu jej szlachcicowi; upewniła się, aby nie pomylić talerzy.
        - Smacznego, gołąbeczki – zaświergotała, po czym znowu popędziła do lady, tym razem aby przynieść nieco wina, którego przecież nie mogło zabraknąć!
        W karczmie zaczęło robić się wesoło, po części z powodu muzyków, po części przez szkarłatny trunek, który w tym przypadku nie należał do najsłabszych. Vaela przeskakiwała zgrabnie pomiędzy tłumem, lecz nagle uderzyła o czyjąś klakę piersiową. Uniosła wzrok, spoglądając w twarz trzech elfów, które zdobiły wymalowane błękitną farbą barwy wojenne; przyglądali się jej spod byka.
        - Cyrkowcy! - zakrzyknęła Koza, a tłum wokół jakby się rozrzedził, robiąc miejsce. Wzrok większości osób w karczmie skierował się w ich stronę.
        - Jak śmiesz nasz obrażać, kobieto z klanu Reddard?! - powiedział jeden z nich z wściekłością. - Wyzywam cię na pojedynek!
        - Co? - Valea na chwilę zdębiała, po czym obudził się w niej ognisty duch. - Ach tak?! Dobra! Sam tego chcesz! Będziemy się bić!
        - Że też do waszego klanu przyjmują tak barbarzyńskie istoty... - prychnął elf, a jego dwaj towarzysze się odsunęli; powstał krąg, umożliwiając dwójce przeciwników swobodne pojedynkowanie się.
        - Ej, ej, zaraz – zakrzyknęła Vaela, gdy mężczyzna uniósł pięści, stając w bojowej pozycji. - A co dostanie wygrany?
        - Honor!
        - Eeee tam, utrata honoru nie jest zabawna! Musimy się o coś założyć!
        - Na przykład?
        - Emmm... - Vaela podrapała się po głowie. - Wiem! Jak przegrasz, to będziesz cały dzień udawał kozę!
        - Dobra... ale jeżeli ty przegrasz, to staniesz się moją niewolnicą.
        - Co takiego?! Emmm, nie mogę...
        Vaela wskazała dłonią stolik, przy której siedziała Caitriona razem z przyjaznym mężczyzną. Spojrzenia wszystkich obecnych w karczmie powędrowały w tamtą stronę; dziesiątki głów natychmiast się odwróciło, spoglądając prosto na błogosławioną. Koza wyszczerzyła ząbki i zamachnęła energicznie łapką, ale chwila beztroski nie trwała długo, bo po chwili ponownie odwróciła się w stronę napastnika, a spojrzenia powróciły na ich dwójkę.
        - Uratowała mi życie i teraz moje należy do niej.
        - Rozumiem... Hmm, to może... Ta beczka... - Uśmiechnął się, gdy oczy Vaeli się rozszerzyły. - Weźmiemy całą resztę. Stoi?
        - Stoi!
        - To...
        Zanim zdążył dokończyć zdanie, Koza już do niego przypadła. Przewróciła na podłogę, po czym obydwoje zwarli się w uścisku, przetaczając się po tej, gdy każde z nich próbowało obalić przeciwnika. Tłum co chwila przesuwał się, aby dać im miejsce, cały czas też dobiegały okrzyki, gdy jeden z walczących zdawał się zyskiwać przewagę. Tymczasem Alrik Slammer spojrzał na Caitrionę z zaciekawionym, choć trochę zawstydzonym spojrzeniem.
        - Naprawdę uratowałaś jej życie?
        Mogli rozmawiać zupełnie bezpiecznie, gdyż uwaga wszystkich skupiona była na scenie rozgrywającej się na środku karczmy, gdzie Vaela właśnie siedziała na plecach elfa, ściskając z całych sił jego nogę i ciągnąc ją ku sobie, co było bez wątpienia bardzo bolesne dla kości delikwenta, nie mówiąc już o nim samym – jego wrzaski świadczyły same za siebie.
        - P-poddaję się!
        - Kolejne wielkie zwycięstwo! - wykrzyknęła Vaela, zeskakując z niego, a tłum pogratulował jej oklaskami. Ukłoniła się kilka razy, po czym skierowała się w stronę lady, po drodze przyjmując gratulacje oraz kilka kufli złotego trunku, którego nie wypada przecież odmówić. Szybko jednak karczma powróciła do poprzedniego stanu – pokonany elf wraz z niebieskolicymi towarzyszami czmychnął czym prędzej, zaś muzyka zaczęła grać na nowo, a obecni tańczyć lub oddawać się sprawom we własnym gronie; w coraz większym stopniu były to zabawy! Satryka tymczasem „pożyczyła” trzy srebrne czary wcale nie małych rozmiarów, przeskoczyła przez ladę, nabrała do nich wina aż po brzegi, po czym ruszyła w stronę Caitriony, niosąc po jednej w dłoniach, trzecią zaś na głowie, wywołując tym powszechną ciekawość. Po chwili dotarła do stolika, kładąc naczynia przed nadzwyczaj miłym mężczyzną oraz swoją panią, ściągając trzecie z głowy i chwytając dwiema łapkami.
        - To do dna! - zakrzyknęła, po czym zbliżyła wino do ust i przechyliła czarę, pijąc przez kilka sekund, aż nie wysiorbała ostatnich kropli; postawiła wtedy naczynie z hukiem, spoglądając na Caitrionę i Alrika z figlarnymi iskrami w oczach. - Znam taką jedną zabawę! „Nigdy w życiu nie...” Jest bardzo śmieszna, zawiera picie alkoholu i doskonale nadaje się do integracji! No i zdradzaniach kozich sekretów! To jak... chcecie zagrać?!
Avatar użytkownika
Vaela
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Dérigéntirh, Ognaruks, Sarpedon, Malawiasz, Vaela, Ziharria, Natanis, Sitrina,
Rasa: Satyrka
Aura: Owa aura o średniej sile magicznej różni się znacznie od każdej znanej, między innymi swym zapachem, który łączy przyjemną i słodką woń kwiatów z tą, która charakterystyczna jest dla kóz. Ponadto wykonuje niezwykle szybkie ruchy ukazujące pewną powtarzającą się sekwencję, co można by uznać za rodzaj tańca. Towarzyszą temu szmaragdowe błyski światła, jednakże ich zachowanie jest znacznie bardziej chaotyczne. Przechodząc do powłoki, na pierwszym planie, występują, otaczające całość, miedziane ślady kopyt. Otaczają one maleńkie nutki, gdzie każda ich grupa, którą tworzy obrys podkowy, wygrywa zupełnie inną melodię. U podstawy widnieje żelazna, wyraźnie zaznaczona linia znacznej grubości. Wszędzie natomiast są skupiska złotego pyłu, który nawet lewituje wokół i osiada na czytającym, by po chwili zachwytu zniknąć i zjawić się ponownie we właściwym miejscu. Uszy pieści zmysłowy szept, wywołujący istną burzę uczuć przetaczająca się przez organizm. Po dotknięciu powierzchni łatwo stwierdzić, iż należy do tych twardych, jest także w wielu miejscach niebezpiecznie ostra, a w kilku niespodziewanie tępa. Podobnie jest ze złotymi drobinkami będącymi również niezwykle aksamitnymi, ponieważ tam, gdzie ich brakuje czuć jedynie nieprzyjemną chropowatość. Uparcie przykleja się do podniebienia, jakby nie chciała dać nigdy o sobie zapomnieć.
Wygląd: Satyrka zdecydowanie posiada nadzwyczaj charakterystyczny wygląd, co sprawia, że naprawdę trudno jest pomylić bohaterkę legend i mitów z kimkolwiek innym. Zanim jednak o rzeczach, które posiada, warto wspomnieć o tym, czego zdecydowanie się w jej wyglądzie nie uraczy. Delikatnie mówiąc, Vaela nie odnalazła by się w roli uwodzicielskiej pokusy; przeszkodę stanowią nie tylko pokryte ... (Więcej)

Postprzez Caitriona » So maja 12, 2018 7:10 pm

Błogosławiona musiała przyznać, że odrobinę zdziwiło ją zachowanie czarodziejki i to, że tak bezceremonialnie pozostawiła ich na środku ulicy, nawet jeśli zdawała się o nie troszczyć. Koniec końców wzruszyła ramionami i wzięła Sonrisę na ręce, nie chcąc, żeby gronostaj przepadł gdzieś w tłumie. Sońka wciąż była obrażona i patrzyła na swoją panią zmrużonymi oczami, nie wydając z siebie żadnego dźwięku. Jej plan się powiódł, lecz nie dostała spodziewanej nagrody, tylko naganę. Mimo wszystko to było tego warte.
Gdy ruszyły wreszcie w stronę karczmy, Caitriona rozglądała się dokoła z wyraźną ciekawością. Jeszcze nigdy nie była w Elfidranii, więc miasto pachniało nowością. Wyglądało zresztą pięknie — ulice były bardzo szerokie, zbudowane z drewna domy zadbane, podobnie jak oazy zieleni kryjące się na rogach ulic. O dziwo nie dostrzegła zbyt wielu nieczystości na ziemi, co się zdarzało w innych miastach. Chyba nie przejeżdżało tędy zbyt wiele zwierząt; wydawało się też, że miasto jest zamieszkane głównie przez elfy. Błogosławiona dostrzegła co prawda również kilka driad, lecz mimo wszystko widać było, że dominują elfy, o dziwo nastawione całkiem przyjaźnie, bo większość z nich się uśmiechała. Nieopodal na ulicy bawiły się nawet w berka elfie dzieciaki. Caitriona roześmiała się. Na szlaku rzadko stykała się z taką beztroską. Większość podróżnych była milcząca, skupiona jedynie na dotarciu do celu; z rzadka trafiali się bardziej wygadani i przyjaźni kupcy, którzy zapraszali do swoich wozów i nawet dzielili się wieczerzą, twierdząc, że kobieta nie powinna wędrować samotnie w tych niebezpiecznych czasach.
Na razie jednak wszelkie niebezpieczeństwo zdawało się omijać Caitrionę, dzięki niech będą wszelakim bóstwom, bo błogosławiona jak na razie nie miała do czynienia z żadnymi rozbójnikami, złodziejami czy kimkolwiek innym, kogo zrodziła droga. Wszelkie kłopoty zaczęły się dopiero wtedy, gdy spotkała te dwie dziwne kobiety — ranną czarodziejkę i kozę o dziwacznym poczuciu humoru.
Była już naprawdę zmęczona, więc szyld karczmy powitała jak objawienie. Również Sonrisa się ożywiła, widząc jasne światło wypadające przez okna. Miejsce musiało być naprawdę bardzo uczęszczane, bo już z daleka słychać było gwar głosów i stukot wielu dzbanów. Przynajmniej była szansa, że tym razem dostaną do jedzenia coś przyzwoitego, niezepsutego i do tego sto razy lepszego niż zaschnięte suchary.
Chyba już nawet nieświeże mięso było lepsze niż zaschnięte suchary.
Błogosławiona nawet się nie zdziwiła, kiedy Koza weszła do karczmy, tocząc przed sobą nieszczęsną beczkę. Jakim cudem jeszcze nic się nie wylało, pozostawało dla Cait tajemnicą.
Kiedy Vaela stwierdziła, że ona się doskonale zna na karczmach i karczmarzach, błogosławiona jedynie uniosła brwi. To w gruncie rzeczy też nie było nic dziwnego. Cait wiedziała o karczmach tylko tyle, ile powinna — właściwie wystarczało jej, żeby dostała w karczmie przyzwoitą zupę albo mięso i w miarę normalne łóżko. Niczego więcej do szczęścia nie potrzebowała, nie była wymagającą klientką. W przeciwieństwie do Kozy najwyraźniej.
Dała się posadzić w kącie obok nieznajomego mężczyzny — zresztą i tak mogłaby usiąść gdziekolwiek, bo już ledwo trzymała się na nogach. Na szczęście to miejsce znajdowało się całkiem blisko kominka, więc było tam ciepło. Spodobało się to również Sońce, która rozłożyła się przed trzaskającym ogniem i się przeciągnęła zadowolona.
Cait była naprawdę ujęta doskonałymi manierami nieznajomego. Dawno nie miała do czynienia z nikim tak uprzejmym, więc się odrobinę zarumieniła. Mężczyzna mógł zresztą uchodzić za przystojnego; miał miłą, uczciwą twarz, a w jego oczach migotały ciepłe iskierki. Może jednak rycerstwo w tych czasach jeszcze nie wyginęło.
— Caitriona Morningstar. — Cait również spojrzała w stronę Kozy, po czym westchnęła. — Tak, to prawda, moja… przyjaciółka jest aż nazbyt energiczna.
Po tych słowach zapadła krępująca cisza, w której trakcie oboje przyglądali się wyczynom Kozy — Cait z uniesionymi brwiami, a Alrik zdumiony. Było zresztą na co popatrzeć. Cait dochodziła do wniosku, że Koza naprawdę musiała być wszędzie w centrum uwagi. Miała w sobie coś, co przyciągało i ciekawość ludzką, i przy okazji kłopoty. Błogosławiona już się spodziewała, że nim nadejdzie północ, znowu będzie musiała kogoś uzdrowić. Przy temperamencie Vaeli to było bardzo prawdopodobne.
Jedynie jedzenie podawane w tej karczmie było naprawdę dobre i Caitriona w międzyczasie zajadała ze smakiem. Dawno nie jadała czegoś tak pysznego, a w dodatku ciepłego. Nawet Sonrisa podniosła głowę i spojrzała na swoją panią smutnymi oczami, błagając o coś do jedzenia, choć dobrze wiedziała, że w ramach kary miała nie jeść niczego.
Błogosławiona jednak, jak zwykle, nie potrafiła się długo gniewać, więc poczęstowała swoją podopieczną odrobinką gulaszu.
— Naprawdę uratowałaś jej życie?
— Co? Tak. Chyba tak.
Caitriona nieco zaskoczona podniosła głowę i spojrzała na siedzącego obok niej mężczyznę. Wyglądał na odrobinę zawstydzonego, niepewnego. Aż zachciało jej się śmiać, bo nie pamiętała, kiedy ostatnim razem jakikolwiek przedstawiciel płci brzydkiej był przy niej nieśmiały.
— Jestem pełen podziwu, pani.
Błogosławiona posłała Alrikowi ciepły uśmiech i powróciła do kończenia gulaszu. Ją samą nagle też opanowała nieśmiałość.
— To naprawdę nic takiego. Wszystko wydarzyło się właściwie… przypadkiem. — Zamyśliła się na chwilę, spoglądając ponownie na Alrika. — Mogę spytać, dokąd zmierzasz?
Avatar użytkownika
Caitriona
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Primavera,
Rasa: Błogosławiona
Aura: Ta dobra i łagodna aura przede wszystkim rozbłyskuje jaskrawym szafirem. To dopiero pośród niego da się wypatrzeć przyjemnie gładką i miękką cynę, podczas gdy barachitowe płatki dodają kolorytu swoją subtelną giętkością i ostrymi brzeżkami. Nie zdziwi cię pojawiający się tutaj przyjazny ton. Od początku czujesz się mile widziany pośród emanacji, jakby chciała zapytać czy potrzebujesz pomocy. Wesoły śmiech dzieci również nie będzie zaskoczeniem, prędzej zwyczajnie spełni twoje oczekiwania wobec tej aury. Słodki zapach lilii w pełnym rozkwicie unosi się w powietrzu jakbyś właśnie znalazł się w letnim ogrodzie podczas słonecznego popołudnia. Doskonale współgra on z żegnającymi cię przyjemnie kwaskowym smakiem i wyjątkowo delikatną lepkością.
Wygląd: Jest osóbką średniego wzrostu, choć niektórzy mogliby ją uznać za niską. W tłumie nie rzuca się w oczy – jej szczupłe ciało zawsze otula szara, długa peleryna z kapturem, która chroni swoją właścicielkę przed deszczem i zimnem. Anielską twarzyczkę Caitriony okalają długie, brązowe włosy, sięgające za ramiona. Często przyozdabia je kolorowa wstążka, najczęściej ... (Więcej)

Postprzez Ariatte » N maja 20, 2018 8:56 pm

Dom czarodziejki stał zaledwie kilka uliczek dalej. Nie była to wpasowująca się w krajobraz kamienica, lecz oddzielny, średniej wielkości budynek. Ariatte mogła poszczycić się wcale niemałym podwórkiem, na którym rosło kilka bujnych drzew. Skrywały one za swoją koroną norę płomiennowłosej. Nora ta jednak dawała wrażenie, jakby wcale nie chciała się chować, a wręcz przeciwnie. Spomiędzy liści dało się zauważyć ceglane ściany, gdzieniegdzie ukazujące przez okna wnętrze domu. Parter był pokojem typowo dla odwiedzających. Znaczy to tyle, że po prawej stronie drzwi wejściowych znajdowało się miejsce, by zostawić obuwie i zawiesić swoją odzież na stalowych, stojących obok wieszakach. Dalej zaś znajdowało się umeblowanie typowo dekoracyjne. Szafki ze szklaną szybą, za którą stała masa naczyń różnego przeznaczenia, przytulny kominek, wygodna sofa zaraz przy nim. Przy lewej ścianie pod oknem stały cztery krzesła, zasunięte pod stół, przy którym to jadało się posiłki i rozmawiało zarówno o błahostkach, jak i problemach rzeczywiście wartych uwagi. Ariatte miała w zwyczaju częstować gości nie byle jakim winem. Przetrzymywała je w kolejnej szafce, stojącej zaraz przy stole. Aby sięgnąć po napitek, wystarczyło sięgnąć ręką za siebie. Oprócz tego na ścianach można było podziwiać obrazy o różnej wielkości i tematyce. Jedne były zwykłymi portretami czarodziejów, którzy w jakiś sposób urzekli płomiennowłosą. Drugie ukazywały niszczycielskie zastosowanie żywiołu ognia, a trzecie przedstawiały życie prostych ludzi w ich naturalnym środowisku. Za źródło światła służyły porozwieszane w jednakowej odległości od siebie świece, ulokowane na świecznikach o egzotycznych kształtach. Pierwsze skojarzenia po ujrzeniu ich mogły przywoływać na myśl lochy jakiegoś obskurnego zamku. To był chyba jedyny element, który nie pasował do przytulnej atmosfery pomieszczenia.
Na drugie piętro prowadziły kręte schody, umieszczone przy prawej ścianie na parterze. Było ono znacznie mniejsze niż salon, jednak to właśnie ono posługiwało jako prywatny pokój czarodziejki. Znajdowało się tam duże łóżko z baldachimem, stojące obok okna. Przy łóżku znajdowała się także szafka z garderobą czarodziejki. Po prawej stronie od schodów, za cienką ścianką ulokowana była toaletka płomiennowłosej, w której to pracowała nad wszystkim, co związane było z urodą. Przy ścianie po przeciwnej stronie pomieszczenia, na wprost od schodów, ustawiony był mały kominek, który w trakcie chłodnych wieczorów wypełniał pomieszczenie ciepłem. Natomiast na prawo od niego stała metalowa, średniej wielkości balia. Posiadała ona również kran, z którego można było odkręcić zimną wodę. Na środku pokoju Ariatte zdecydowała się ustawić stół, nad którym studiowała i poszerzała wiedzę o przeróżnych rzeczach i zjawiskach. Bałagan, który się na nim znajdował był zatem całkiem uzasadniony i zrozumiały. Oprócz tego wszystkiego niedaleko toaletki stały małe meble z szufladami, w których to czarodziejka chowała swoje prywatne i najcenniejsze rzeczy. No i za oświetlenie podobnie jak w salonie robiły świece na świecznikach, porozwieszanych na ścianie.
Dom posiadał również piwnicę, do której prowadziły schody przy wejściu. Ta jednak była pomieszczeniem bez żadnego źródła światła. Znajdowały się tam jedynie rzędy półek z książkami i wbrew pozorom nie było tam kurzu, pająków ani szczurów. Ariatte dbała o swoje skarby i nie dopuszczała, by ktokolwiek lub cokolwiek się ich tykało. Nawet brud.

Gdy płomiennowłosa dotarła do swojego lokum, od razu poszła na górę, odłożyła na stolik grymuar i laskę, po czym zrzuciła z siebie pokrwawioną i podartą suknie. Rozebrała się do naga i zapełniła balię wodą. Spojrzała się w lustro i zauważając swoją bliznę w lustrze zawieszonym na ścianie, skrzywiła się i poczuła małe ukłucie przygnębienia. Tak nie mogło być! Jej ciało miało pozostać bez skazy! To znamię musiało zniknąć! Zaraz po tym postanowieniu podgrzała sobie wodę zaklęciem, po czym weszła do naczynia, dając się pochłonąć przyjemnej kąpieli. By odświeżyć swój zapach, użyła magicznego specyfiku, który otrzymała od znajomego alchemika. Była to bardzo pożyteczna mikstura, gdyż nie dość, że całkiem nieźle dawała sobie radę z brudem, to dodatkowo nadawała ciału przyjemną woń wiśni. Spędziła tak kilka chwil, po czym wytarła się zawieszonym obok ręcznikiem i za pomocą magii wysuszyła sobie włosy. Następnie podeszła do szafki z odzieżą. Stwierdziła, że wieczór nie należał do najcieplejszych, więc od razu zrezygnowała z wszelkiego rodzaju sukni. Nie minęło dużo czasu, nim wybrała sobie cały, skórzany i ciemnoszary komplet. Były to wysokie buty na obcasie, spodnie zapięte pasem i odsłaniająca nieco biustu kurtka. Zaraz po tym skierowała swój krok do lustra w toaletce. Poprawiła włosy, przeprowadziła ogólną obserwację i stwierdzając, że jej aparycja wygląda całkiem nieźle i kusząco skierowała się do wyjścia. Następnie udała się w umówione miejsce - do karczmy.
Droga dłużyła się czarodziejce, zwłaszcza że nic interesującego się nie działo. Zza chmur powoli zaczął wyglądać księżyc, rzucając światło na dachy domów. Ariatte zastanawiała się, co zrobić ze swoim śladem po ranie. Przez krótką chwilę była całkowicie bezradna. Trwało to do momentu, w którym zaraz przed jej stopami przebiegł mały pies. Przypomniał on jej o pewnym znajomym. Był jednym z nauczycieli w Hertuzanie i specjalizował się w leczeniu ran oraz chorób. Dlaczego ten szczeniak przypomniał o nim czarodziejce? Dlatego, że ów lekarz również potrafił przybrać postać zwierzęcia, które akurat przyszło mu na myśl. Doprawdy interesująca umiejętność...
Ariatte zbliżała się do oberży i już w odległości kilkudziesięciu metrów mogła usłyszeć, że dużo się tam dzieje. Nie mogła rozpoznać, czy głosy ją dobiegające są radosne, czy raczej pełne gniewu. Dlatego też przyspieszyła nieco kroku. Już po kilku bardzo krótkich chwilach znalazła się w progu karczmy, orientując się, że zabawa trwa tu w najlepsze i nic złego się nie dzieje. Uśmiechnęła się lekko do siebie, a przez jej głowę przeszła pewna myśl o kozicy. "Cholera, ona naprawdę potrafi rozruszać towarzystwo. O losie, kogo mi podsuwasz za towrzystwo?". Po tym pogładziła się lekko po czole i ruszyła w stronę baru.
- O! Słyszę, że chcecie w coś grać! Mogę się przyłączyć? - zawołała wesoło w stronę kozicy i Caitriony. Nie zwróciła uwagi na starszego mężczyznę siedzącego przy tej drugiej, gdyż jego zdanie i tak się dla niej nie liczyło.
- Hej, Ruthell, podasz mi to, co zwykle? - czarodziejka zapytała się karczmarza, gdy dotarła już do barku. Oparła się brodą o dłoń, łokieć kładąc na ladzie.
- Ależ oczywiście, panienko. Jaki powód zaszczycenia mnie swą osobą? - Ruthell zaczął nalewać piwo z beczki do kufla czarodziejki.
- Te dwie. - Ariatte skinęła głową w stronę swoich nowych towarzyszek. - Uratowały mi dzisiaj życie, więc wszystko, co biorą, biorą na mój koszt. Jasne?
- Oczywiście, panienko. Obawiam się jednak, że jak tak dalej pójdzie, to dzisiejszego wieczoru zbankrutujesz. - Karczmarz podał czarodziejce trunek i uśmiechnął się do niej żartobliwie.
- Nie bój się. Mam nieco grosza w zapasie. - płomiennowłosa puściła oczko do karczmarza, odwróciła się w stronę "przyjaciółek" i zawołała do Vaeli:
- To jak? Wyjaśnisz, na czym polega gra? Chociaż wydaje mi się, że już się tego domyślam...
Avatar użytkownika
Ariatte
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Anetheron, Verfnir, Nathanea, Semirian, Nassara,
Rasa: Czarodziejka
Aura: Jest to dość silna emanacja o barwach lekko już przytłumionych przez lata. Wokół silnie i wyraźnie brzmią trzaskające płomienie i to one zdają się być sednem tej aury. Równie mocno rozchodzi się tutaj woń kadzideł i świec rozgrzanych niedostrzegalnym, chociaż słyszalnym ogniem. Mimo niego atmosfera panująca tutaj jest raczej chłodna i skłania do utrzymania dystansu. Jeśli jednak zachowasz kulturalną powściągliwość, bez obaw przed poparzeniem możesz podziwiać soczyste smugi kobaltu, gęsto poprzeplatane srebrnymi wstęgami. W uplocie lśnią delikatne szmaragdowe poświaty. W dotyku początkowo aura sprawia wrażenie związanej z miękkich i twardych pasm. One zaś stanowią giętką całość o wyjątkowo gładkich powierzchniach, w których skryte są bardzo ostre krawędzie, na które powinieneś uważać. Emanacja jest wyraźnie lepka, ale szybko tak jak przy poprzednich cechach ujawni się jej dwoista natura, gdy poczujesz delikatną kwaskowość.
Wygląd: Co Cię obchodzi jak wyglądam? Nie, nie wstydzę się tego, gdyż w tej kwestii nie mam naturze niczego do zarzucenia. Wzrostem nie odbiegam od normy. Mam na myśli o czarodziejskie standardy. Mierzę sobie bowiem niecałe sześć stóp wysokości. Jak widzisz mam szczupłą sylwetkę, która przyciąga do siebie płeć przeciwną, a niekiedy nawet cieszę się głębszym zainteresowaniem grupą ... (Więcej)

Postprzez Vaela » Pt maja 25, 2018 7:27 pm

        - Zmierzam na północ, do Szepczącego Lasu. Mój przyjaciel, elf, zmarł jakiś czas temu i zostałem poproszony, aby stać się jego Przewodnikiem. To niewypowiedziany honor i... cóż, kiedy się o tym dowiedziałem, zabrakło mi słów. Mam nadzieję, że godnie spełnię swoje zadanie...
        Rozmowa pomiędzy rycerzem a błogosławioną nie mogła jednak długo trwać, gdyż przerwało je coś, co znacznie mniej nadawało się do rozmów na temat życia pozagrobowego czy obowiązków. Koza. Rycerz spojrzał ze zdziwieniem na podarowaną mu czarę, po czym uniósł ją i z grzeczności chyba wypił kilka łyków. Vaela wcale nie wyglądała na rozczarowaną brakiem entuzjazmu ze strony jej towarzystwa, wiedząc, że zdąży to się jeszcze zmienić. Atmosfera gęstniała, w powietrzu pobrzmiewała muzyka, a alkohol uderzał do głów... no, przynajmniej tych nierogatych. Za to spiczaste uszy satyrki poruszyły się, gdy usłyszała znajomy głos; odwróciła się i przyłożyła dłonie do ust, wołając:
        - Wpadaj, kiedy chcesz i w każdym towarzystwie! - Stwierdziła, że nie będzie wykrzykiwać na całą karczmę reguł gry, bo zaraz się wszyscy dewianci zlecą. Dlatego wyskoczyła zza stołu, podbiegła do Ariatte i, chwytając ją za bok, lekko przyciągnęła do siebie, prowadząc do stolika niczym pannę na balu. Nie było w jej dotyku jednak nic niepoprawnego, a oczy błyskały rozbawieniem. - Śmichy, chichy, alkohol, kompromitacja, sekrety, integracja. Tak w skrócie.
        Zaprowadziła ją do stolika, puszczając ją tutaj oraz teatralnym gestem odsuwając dla niej krzesło i kłaniając się, wskazując jej miejsce dłonią; co prawda bardziej by to pasowało, gdyby płomiennowłosa wciąż była w sukni, ale... Koza uważała, że to nie szata zdobi człowieka. Gdy już jedyne miejsce przy stoliku pozostało dla niej, satyrka zakrzyknęła radośnie: „idę po przekozi dzban, zaraaaaaaz wraaaaacam”, po czym podreptała do lady. Karczmarz po usłyszeniu „przekozi dzban” spojrzał na nią z politowaniem, twierdząc, iż coś takiego nie istnieje, ale Vaela była uparta i elf w końcu wpuścił ją na zaplecze; w sumie nie miał wyboru, gdy kozica przeskoczyła przez ladę i zaczęła mu buszować po szafkach. Niedługo potem powróciła, triumfalnie niosąc przytulony do klatki piersiowej wielki, wysoki na dwie i pół stopy, bardzo pojemny, choć wąski dzban na wino z dwoma uchami.
        - To się nazywa...
        - Przekozi dzban! - zakrzyknęła Vaela, kładąc go na podłogę i palcem pokazując na swoje rogi, po czym na uszy dzbana, a podobieństwo rzeczywiście było zaskakujące. - Nalewaj do pełna!
        Karczmarz machnął dłonią, uznając, że klient ma zawsze rację, po czym wypełnił go winem; miał obawy, czy satryka go udźwignie, ale ta beztrosko go chwyciła i, przytulona do niego, ruszyła przez pomieszczenie, by z hukiem postawić go na środku stołu. Rycerz spojrzał ze zdumieniem na nieznane sobie naczynie, ale Koza nawet się nie zatrzymała, ponownie dopadając do lady i zabierając cztery kubki, którymi bez wahania zaczęła żonglować, idąc pomiędzy tłumem i wywołując zaciekawienie. Tak doszła do stolika; ciągle żonglując, usiadła na blacie, bokiem, tak aby mieć doskonały dostęp od dzbana, po czym napełniła kubki, podając każdy każdemu. Sama pozostała w swojej pozycji, trzymając swoją porcję w powietrzu, będąc gotową do ewentualnego uzupełniania napoju bogów.
        - Zasady są proste. Jedna osoba mówi rzecz, którą nigdy w życiu nie zrobiła, a każdy przy stoliku, kto jednak to kiedyś robił, wypija łyk czy też może więcej, wedle uznania! Potem pyta kolejna osoba i kolejna, i tak w kółko, aż ktoś nie odpłynie do krainy bogów albo też nie skompromituje się całkowicie. Oczywiście można też grać tylko do pewnego momentu, ale meh, w takim towarzystwie...!
        - To ja zacznę! Nigdy w życiu... - Vaela uniosła wzrok, który latał jej na lewo i prawo, gdy intensywnie myślała. Niełatwo było znaleźć rzecz, którą nie zrobiła, miała wysoką szansę na wydarzenie się, a do tego mogło nieść ze sobą odpowiednią dawkę emocjonalną. Jej wzrok zawędrował na włosy Ariatte... - Nigdy w życiu nie podpaliłam sobie włosów!
        Kolejna w kolejce była czarodziejka, po niej błogosławiona, a następnie rycerz; Vaela odpowiednio wychylała porządny łyk, jeżeli spełniała kryteria. Alrik Slammerar przez dłuższą chwilę się zastanawiał.
        - Mam coś, ale to chyba głupie... - powiedział, ale Koza tak go dopingowała, że w końcu wydukał. - Nigdy w życiu nie uderzyłem kobiety.
        Koza natychmiast wypiła całkiem spory łyk, w dodatku tak ochoczo, że rycerz spojrzał na nią z lekką konsternacją. Vaela opuściła kubek, po czym postukała w niego palcami, zastanawiając się.
        - Nigdy w życiu nie natknęłam się na osobę, która mnie przytłaczała – powiedziała rzecz dosyć prostą, ale bardzo prawdziwą. Kolejma kolejka poleciała dosyć szybko i znowu trafiło na rycerzu.
        - Nigdy w życiu nie... uciekałem przez okno.
        Tutaj satryka także pociągnęła porządny łyk. Kiedy jednak ponownie przyszła na nią kolej, nagle poczuła szarpanie za ramię, choć delikatne; ze zdziwieniem spojrzała na mężczyznę, w którego oczach dało się dostrzec upojenie alkoholowe oraz czyste przerażenie.
        - Z-zabierają wino!
        - Cooooo?!
        Nie trzeba jej było dwa razy powtarzać; wystrzeliła z miejsca niczym z katapulty, w mig znajdując się za ladą, niemal wpadając na mężczyznę w średnim wieku, porządnym kaftanie oraz dosyć zabawnym berecie; Vaela wpatrzyła się w niego jak zahipnotyzowana, czując nagłą, niespodziewaną chęć, aby przeżuć go. Z tego stanu wyciągnęło ją dopiero pochrząkiwanie mężczyzny; opuściła wzrok, przyglądając mu się z przekrzywioną głową. Obok niego stał karczmarz, wyraźnie nachmurzony, a zaraz obok feralna beczka.
        - Śmiem wnioskować, iże to pani jest właścicielką pojemnika drewnianego typu beczka na napój alkoholowy typu wino.
        - Taaaa... - powiedziała powoli Koza, czując rosnący niepokój.
        - Zostaliśmy zawiadomieni przez troskliwego obywatela tego miasta, iże w tym przybytku pożytku publicznego doszło do nieopodatkowanej darowizny w postaci pojemnika drewnianego typu beczka na napój alkoholowy typu wino, wypełnionego owym.
        - Ale... to wino nie jest nawet z tego kraju... nie miałam jak je...
        - A więc przemieszczenie pojemnika drewnianego typu beczka pomiędzy przez granicę z ominięciem opłaty celnej!
        - Oż cho... - ”Skarbówka... no to klops...” – Em... na pewno się jakoś dogadamy!
        - Czyżby? - Mężczyzna spojrzał na nią podejrzliwym wzrokiem.
        - No więc... - W głowie kozicy pojawiła się najbardziej rozsądna, oczywista oraz poprawna moralnie możliwość rozwiązania problemu; wizja związanego mężczyzny, z kneblem w ustach, ukrytego w skrzyni podrzuconej na wozie kupca zmierzającego na drugą stronę kontynentu. Tak zwykła radzić sobie z podobnymi sytuacjami. Teraz jednak znajdowała się w towarzystwie dwóch kobiet i nijako jej działania miały wpływ i na nie... Dlatego też... W jej oku błysnęła inteligencja, o jaką nie podejrzewał ją nikt, kto oceniał ją przez jej codzienne zachowanie. - Ma pan dzieci?
        - Tak...
        - Małe...?
        - Siedmioletnią dziewczynkę. Co to ma do...
        - Mogłabym przyjść na jakieś urodziny. Dzieci ponoć mnie kochają. Lubią dotykać rogów, szarpać za nie, wyrywać kłaki z nóg, ciągać za ogon... a te grzeczniejsze świetnie się bawią, gdy im zagram na flecie lub zatańczę...
        Twarz urzędnika nagle jakby złagodniała, a w oku pojawił się błysk człowieczeństwa. Zamrugał kilka razy i spuścił głowę, zastanawiając się. W końcu westchnął.
        - Dla mojej małej królewny wszystko... Ma urodziny w tym tygodniu a ja... chyba nie poświęcałem jej ostatnio zbyt wiele czasu... - Wyciągnął notatnik, z którego wyrwał kartkę i napisał na niej coś, po czym podał satyrce. - To adres i data. Ale jeżeli się nie pojawisz, to cię znajdę. Nie będzie trudno.
        - Mhm....
        Odwrócił się i ruszył w kierunku drzwi, jednak Vaeli udał się jeszcze capnąć niezauważenie jego beret, który natychmiast przybliżyła do ust i zaczęła radośnie przeżuwać. Złożyła kartkę na pół, a potem jeszcze raz, dopóki nie zrobił się z niej podłużny, ale wąski kształt, po czym wsadziła go do kieszeni. Wróciła do stolika, przeżuwając materiał beretu w ustach. Powróciła do zajmowanej ponownie pozycji, przełknęła, po czym wyszczerzyła się do przyjaciółek; między jej zębami dało się dostrzec kilka błękitnych kawałków materiału.
        - To jak, co przegapiłam? Jakieś ciekawe rzeczy? Może pikantne rozmowy? Na mój temat, hmm? Obgadywało się mnie pod moją nieobecność?
Avatar użytkownika
Vaela
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Dérigéntirh, Ognaruks, Sarpedon, Malawiasz, Vaela, Ziharria, Natanis, Sitrina,
Rasa: Satyrka
Aura: Owa aura o średniej sile magicznej różni się znacznie od każdej znanej, między innymi swym zapachem, który łączy przyjemną i słodką woń kwiatów z tą, która charakterystyczna jest dla kóz. Ponadto wykonuje niezwykle szybkie ruchy ukazujące pewną powtarzającą się sekwencję, co można by uznać za rodzaj tańca. Towarzyszą temu szmaragdowe błyski światła, jednakże ich zachowanie jest znacznie bardziej chaotyczne. Przechodząc do powłoki, na pierwszym planie, występują, otaczające całość, miedziane ślady kopyt. Otaczają one maleńkie nutki, gdzie każda ich grupa, którą tworzy obrys podkowy, wygrywa zupełnie inną melodię. U podstawy widnieje żelazna, wyraźnie zaznaczona linia znacznej grubości. Wszędzie natomiast są skupiska złotego pyłu, który nawet lewituje wokół i osiada na czytającym, by po chwili zachwytu zniknąć i zjawić się ponownie we właściwym miejscu. Uszy pieści zmysłowy szept, wywołujący istną burzę uczuć przetaczająca się przez organizm. Po dotknięciu powierzchni łatwo stwierdzić, iż należy do tych twardych, jest także w wielu miejscach niebezpiecznie ostra, a w kilku niespodziewanie tępa. Podobnie jest ze złotymi drobinkami będącymi również niezwykle aksamitnymi, ponieważ tam, gdzie ich brakuje czuć jedynie nieprzyjemną chropowatość. Uparcie przykleja się do podniebienia, jakby nie chciała dać nigdy o sobie zapomnieć.
Wygląd: Satyrka zdecydowanie posiada nadzwyczaj charakterystyczny wygląd, co sprawia, że naprawdę trudno jest pomylić bohaterkę legend i mitów z kimkolwiek innym. Zanim jednak o rzeczach, które posiada, warto wspomnieć o tym, czego zdecydowanie się w jej wyglądzie nie uraczy. Delikatnie mówiąc, Vaela nie odnalazła by się w roli uwodzicielskiej pokusy; przeszkodę stanowią nie tylko pokryte ... (Więcej)

Postprzez Caitriona » Cz cze 07, 2018 5:30 pm

Cait już chciała dopytać swojego towarzysza o to całe bycie Przewodnikiem — nigdy się z czymś takim nie zetknęła — kiedy ich rozmowa po raz kolejny została brutalnie przerwana. Błogosławiona tylko westchnęła, dochodząc do wniosku, że w tych warunkach absolutnie nie da się normalnie pogadać. W karczmie panował gwar i rwetes jeszcze większy niż zazwyczaj, głównie za sprawą Kozy, co Caitriona stwierdziła z niejakim rozbawieniem.
Gdy zaś niedługo potem rozpoczęła się dziwaczna gra, błogosławiona początkowo zamierzała się wycifać. Nie miała głowy na takie zabawy z alkoholem, nie grała nigdy też w żadne gry... towarzyskie. Obserwowała jednak towarzystwo z wyraźną ciekawością, decydując się na włączenie się do gry w drugiej rundzie, upijając solidny łyk alkoholu. Momentalnie zakręciło jej się w głowie.
Czując nagły przypływ śmiałości, odezwała się, gdy przyszła jej kolej:
— Nigdy w życiu nie zostawiłam nikogo w potrzebie!
Tutaj też zadziwiająco dużo osób wychyliło kielichy, głośno przyctym rechocząc. Cait w gruncie rzeczy nie była zdziwiona — nie spotkała wielu osób, które się poświęcały i pomagały innym.
Zdziwiła się za to, gdy się okazało, że zabierają wino — co prawda nie na stałe, lecz poskutkowało to przynajmniej kilkuminutową nieobecność Kozy. Dzięki temu też Cait zyskała chwilę spokoju, choć wcale nie zaprzestała popijania wina. Było zadziwiająco dobre, choć odrobinę paliło w przełyku i szybko uderzało do głowy. Już zaledwie po paru łykach błogosławiona poczuła, że kręci jej się w głowie. Musiała się oprzeć plecami o oparcie ławy, bowiem sufit zaczął nagle i niepokojąco wirować.
— Więc o co chodzi z tym byciem Przewodnikiem? — spytała nieco bełkotliwie siedzącego obok mężczyznę. Zdawał sobie radzić z alkoholem znacznie lepiej niż ona.
Odpowiedzi jednak nie usłyszała, bo właśnie w tym momencie zawroty głowy wróciły ze zdwojoną siłą.
Oprzytomniała na tyle, by usłyszeć kolejne pytanie:
— A ty czym się zajmujesz, pani?
— Jestem medyczką. Węęędrow... Ach. Wędrowną. Tak.
— Och.
Cait nie wiedziała, czy Alstair wyrażał swój podziw czy po prostu wzdychał, więc wzruszyła ramionami i wypiła kolejny łyk boskiego wina.
Świat się stał nagle weselszy i pełen żywych kolorów. Nawet szczerząca zęby Sonrisa wyglądała przyjaźniej niż przed chwilą, więc błogosławiona wciągnęła ją na swoje kolana i pocałowała w nos, mrucząc cicho czułe słówka.
Koza wróciła chwilę później, wyraźnie zadowolona, bo zacierała ochoczo ręce. Błogosławiona ledwo na nią spojrzała, bo przywidziało jej się, że widzi nie jedną kozę, a dwie. Nie wiedziała, czy już ma z tego wszystkiego omamy, czy to jakaś karczemna fatamorgana. Szybko opuściła wzrok, bowiem przynajmniej gronostaj pozostał niezmieniony i w pojedynczej formie. Przymknęła na chwilę oczy, mając nadzieję, że świat przestanie wreszcie wirować i zarzucać ją anomaliami. Jedna Koza na tym świecie to i tak było już stanowczo za dużo.
Gdy Sonrisa zaczęła warczeć, nie chcąc zostać zagłaskaną na śmierć, błogosławiona wypuściła ją z objęć i nieco chwiejnie wstała, ignorując spojrzenia ciekawskich. Potrzebowała świeżego powietrza, i to zaraz, więc wymknęła się na dwór. Nie była jedyną osobą, która chciała odpocząć od alkoholu. Kilku bywalców karczmy już też się słaniało na nogach.
Świeże powietrze sprawiło, że Cait odrobinę oprzytomniała. Już nie miała wrażenia, że wszystko się kręci jak bączek, lecz teraz dla odmiany zachciało jej się wymiotować. Na szczęście w pobliżu kwitły jakieś krzaczory, więc w ich pobliżu opróżniła żołądek. Dzięki temu poczuła się lepiej. Wyraźnie słyszała też niewybredne komentarze stojących nieopodal mężczyzn i wywróciła oczami. Ich komentarze musiały być równie stare, jak świat, bo w każdej karczmie Caitriona słyszała dokładnie to samo. Chcieli ją, oczywiście, zaciągnąć do łóżka, lecz błogosławiona za każdym razem odmawiała, po czym się cicho wymykała. Tym razem jednak nie mogła po prostu zwiać i pozostawić swoich przyjaciół. To by było co najmniej niegrzeczne. No i Sonrisa...
Ignorując niegrzeczne odzywki i obiecując sobie, że nie wypije już ani kropelki alkoholu, dopełzła z powrotem do karczmy. Wcale się nie zdziwiła, gdy weszła w sam środek hucznej biesiady. Piwo o wino lały się strumieniami, kilku mężczyzn śpiewało pieśni w dziwnym języku, a pośrodku wszyscy po prostu tańczyli. Niektórzy na stołach. Przewodziła im, oczywiście, Koza.
Cait chyba już naprawdę nie chciała wiedzieć, czym jeszcze zaskoczą ją jej towarzyszki.
Avatar użytkownika
Caitriona
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Primavera,
Rasa: Błogosławiona
Aura: Ta dobra i łagodna aura przede wszystkim rozbłyskuje jaskrawym szafirem. To dopiero pośród niego da się wypatrzeć przyjemnie gładką i miękką cynę, podczas gdy barachitowe płatki dodają kolorytu swoją subtelną giętkością i ostrymi brzeżkami. Nie zdziwi cię pojawiający się tutaj przyjazny ton. Od początku czujesz się mile widziany pośród emanacji, jakby chciała zapytać czy potrzebujesz pomocy. Wesoły śmiech dzieci również nie będzie zaskoczeniem, prędzej zwyczajnie spełni twoje oczekiwania wobec tej aury. Słodki zapach lilii w pełnym rozkwicie unosi się w powietrzu jakbyś właśnie znalazł się w letnim ogrodzie podczas słonecznego popołudnia. Doskonale współgra on z żegnającymi cię przyjemnie kwaskowym smakiem i wyjątkowo delikatną lepkością.
Wygląd: Jest osóbką średniego wzrostu, choć niektórzy mogliby ją uznać za niską. W tłumie nie rzuca się w oczy – jej szczupłe ciało zawsze otula szara, długa peleryna z kapturem, która chroni swoją właścicielkę przed deszczem i zimnem. Anielską twarzyczkę Caitriony okalają długie, brązowe włosy, sięgające za ramiona. Często przyozdabia je kolorowa wstążka, najczęściej ... (Więcej)

Postprzez Ariatte » Cz lip 12, 2018 9:12 pm

Lekko się zdziwiła, gdy koza pochwyciła ją i odprowadziła do stolika. Po drodze czarodziejka uważała, by nie ulać ani kropli alkoholu ze swego kufla, gdyż była świadoma tego, jakie oburzenie mogłoby to wywołać wśród mężczyzn. Tak naprawdę nigdy tego nie rozumiała. Dlaczego płeć męska tak panicznie boi się rozlać trochę tej obrzydliwej cieczy? Gdyby to jeszcze smak miało dobry... W każdym razie zadanie było trudniejsze, gdy Ariatte musiała część swojej uwagi poświęcić również przysłuchiwaniu się hasłom rzucanym przez kozę odnośnie gry. Rzekomo miały być one czymś w rodzaju skróconych reguł, ale bez odpowiedniego wyjaśnienia brzmiały odrobinę groźnie. Płomiennowłosa jednak stwierdziła, że jak już ogłosiła przy wszystkich gościach, że jest zainteresowana tym rodzajem rozrywki, to dla dobra jej aparycji musi wziąć w niej udział. Dlatego też usiadła na krześle podsuniętym przez kozicę i posłała jej serdeczny uśmiech za grzeczny gest. Oparła się wygodnie i założyła nogę na nogę, z zaciekawieniem przyglądając się Caitrionie i jej męskiemu kompanowi.
- Ciekaw jestem, co też Vaela wymyśliła tym razem. - skierowała w kierunku siedzącej obok pary, gdy wspomniania udała się w kierunku lady w polowaniu na coś, co zwała "Przekozim Dzbanem" - Chociaż obawiam się, że nie dam rady znieść tego na trzeźwo. - dodała żartobliwie, po czym wzięła duży łyk ze swojego kufla.
To, co zwało się tym "Przekozim Dzbanem" wcale nie było "przekozie". Dla czarodziejki był to zwykły dzban na wino, który stał tu odkąd pamiętała. Gdy owy przedmiot z hukiem pojawił się na stoliku przy nich, Ariatte miała złe przeczucia. Tj. złe, ale z tych dobrych. Takie złe, które wcale nie wróżą niebezpieczeństwa, lecz może odrobinę przesadzony skutek dobrej zabawy.
- I widzę, że nawet nie będę musiała. - odpowiedziała na swoje obawy sama sobie. - Wygląda na to, że bez upojenia alkoholowego się nie obędzie. - po tych słowach czarodziejka wzięła kilka większych łyków ze swojego kufla tak, by dopić jego pozostałą zawartość i być na czysto w trakcie gry z ilością otumaniającego trunku. Wiedziała, że mieszanie takich substancji nie wyjdzie jej na dobre, jednak mimo to postanowiła zaryzykować i chociaż ten jeden wieczór dobrze się zabawić. W końcu nie codziennie zostaje uratowana przez tak interesujące istoty.
Vaela dokładniej wyjaśniła zasady gry, która teraz wydawała się tak banalnie prosta, a jednocześnie dostarczająca tak wiele emocji. Ariatte dobrze wiedziała, czym mogłaby zmiażdżyć konkurencję, ale przecież nie chodziło tutaj o żadną wygraną. No i nie zamierzała zdradzać się tak szybko, a zwłaszcza nie w karczmie przy tylu ciekawskich gapiach. Gdy Vaela postanowiła rozpocząć zabawę, Ariatte odstawiła pusty kufel pod krzesło tak, aby przypadkiem kozicy nie wpadł do głowy pomysł picia z dwóch naczyń na raz. Czarodziejka oparła się łokciem o blat stołu, dłonią jednocześnie przytrzymując swą głowę, po czym chwyciła za ucho swojego kubka. Gdy jej przyjaciółka skierowała na nią swój wzrok podczas wymyślania... no właśnie, czego? Pytania? Nie, przecież tu nikt nikogo o nic nie pytał. Ach, to bez znaczenia, jak można nazwać to, nad czym kozica teraz dumała. Przecież każdy wie, o co chodzi. W każdym razie czarodziejka już wtedy wiedziała, że to będzie coś, za co będzie musiała odpokutować pierwszą kolejką. I tak! Tak właśnie było! Ariatte najpierw rozejrzała się po konkurencji, po czym stwierdzając, że tylko jej się to przytrafiło, piła długo i w dodatku dużymi łykami. Chciała podkreślić w ten sposób to, że dawniej zdarzało jej się podpalać swoje włosy bardzo często. W końcu odstawiła swój pusty już do połowy kubek, złapała trochę powietrza, po czym utkwiła swój wzrok w trzymanym naczyniu. Myślała bardzo intensywnie, po czym jak grom z jasnego nieba wpadł jej do głowy pewien pomysł.
- No więc... Nigdy w życiu nie obudziłam się w polu po wypiciu dużej ilości alkoholu! - po tym uważnie patrzyła na graczy z nadzieją, że jednak trafiła przynajmniej w jedną osobę. Następny był rycerz. I bum! Jak płomiennowłosa mogła nigdy nie uderzyć kobiety? Podczas kłótni ze swą wybranką czasami puszczały jej nerwy i częstowała ją, jak to mawiają, siarczystym liściem. I tak o to za swój grzech czarodziejka dopiła połowę połowy swojego kubka. Zaraz po tym kolejne "nigdy w życiu nie". No i oczywiście kolejne łyki wina. Jak mogła nie napotkać kogoś, kto ją przytłacza? Ją prawie wszyscy przytłaczają!
- Vaelo... ja tak... - płomiennowłosa przerwała na chwilę czując, że zaraz zacznie się jej odbijać alkoholem. Powstrzymała to jednak, jak na damę przystało, po czym powróciła do swej wypowiedzi. - jeśli tak dalej pójdzie... to długo z wami nie zagram. - można by było stwierdzić, że skłamała biorąc pod uwagę fakt, że bardzo ochoczo podsunęła swój pusty kubek pod udo Vaeli, by ta napełniła go trunkiem.
- No to teraz znowu ja. - zamyśliła się na chwilę, po czym odparła niepewnie. - Nigdy w życiu nie poprosiłam mężczyzny do tańca. - po tych słowach poczuła, że dla swojego dobra nie powinna była tego mówić. Zaklęła i skarciła się w duchu za swą lekkomyślność. Cóż, mimo tego dalej oczekiwała reakcji ze strony rówieśników z niemałym zainteresowaniem. Potem nadeszła kolej Caitriony. Ku uldze czarodziejki "nigdy w życiu nie" medyczki nie zmuszało płomiennowłosej do wypicia alkoholu, przez co poczuła się nieco bezpieczniej na tę jedną rundę. Rycerz także jej nie zawiódł i dał jej odpocząć. Ariatte nigdy nie miała okazji nawet stworzyć sytuacji, w której musiałaby uciekać przez czyjeś okno.
Ariatte poczuła nagły przypływ złości, gdy ktoś śmiał przerwać im tę jakże cudowną grę. Prawdopodobnie wypity alkohol zaczynał wyzwalać w niej negatywne emocje, ale na szczęście dla wszystkich złośnica jeszcze potrafiła się opanować. Ograniczyła się do odwrócenia swego wzroku w kierunku mężczyzny zaczepiającego Vaelę. Nawet się nie zorientowała, jak kozica o mało co ją nie staranowała. Jak to zabierają wino? Kto zabiera? Bez wina nie ma gry, a bez gry dobrej zabawy! Tak nie mogło być! Czarodziejka podniosła się z krzesła z zamiarem pomocy towarzysce, jednak ledwie się wyprostowała, a poczuła silny zawrót głowy. Nie chcąc ryzykować upadkiem stwierdziła, że jak do tej pory kozia przyjaciółka dawała sobie radę z niebezpieczeństwem prawie "wzorcowo". Dlatego też i tym razem sobie da. Tak, na pewno da radę. Czarodziejka odkręciła się w stronę całego zajścia, a gdy tylko zorientowała się, co się święci pokręciła głową wiedząc, że to nie skończy się dobrze. Uznając, że to, o czym rozmawia Cait z nieznanym rycerzem jest mało ważne, całą swą uwagę poświęciła potencjalnej i przykrej konkwiskacie. Ku jej zdziwieniu koza wydawała się zakłopotana, zniecierpliwiona, ale jednak mimo wszystko spokojna. Gdy po krótkiej chwili intensywnych rozmów koza powróciła, Ariatte odczuwała już skutki alkoholu pełną parą. Kręciło się jej w głowie, nie do końca zdawała sobie sprawę z tego, gdzie jest, a w dodatku jej umysł usilnie próbował położyć ją do łóżka. A raczej na stół. W dobrym wypadku, bo bardzo możliwym było, że czarodziejka niefortunnie znajdzie się pod nim.
- Wiesz... Chyba za szybko to wszystko wypiłam... Tak.. Za szybko. A ty, Cait? Jak się... czujesz? - po krótkiej chwili bez odpowiedzi, podpierająca czoło czarodziejka powtórzyła pytanie. - Cait! Jak się czujesz... Powiesz mi? Hej, Cait! - dopiero teraz Ariatte podniosła głowę i zorientowała się, że nigdzie nie ma medyczki. - O! Gdzie ona... poszła? - nieobecność towarzyszki tak zaniepokoiła Ariatte, że w jednej chwili wstała na równe nogi i zaczęła nerwowo oraz nietrzeźwie rozglądać się po rozbujanej i dobrze bawiącej się karczmie.
- Wyszła się przewietrzyć. - odpowiedział Alstair.
- A Ty puściłeś ją samą?! - odkrzyknęła zmartwiona płomiennowłosa. - Też mi rycerz - fuknęła, po czym zobaczyła, że zagubiona wchodzi właśnie do przybytku. Osunęła się z wyraźnie widoczną ulgą z powrotem na krzesło, znów podparła czoło ręką i zawołała Caitrionę.
- Dlaczego nie powiedziałaś nam, że wychodzisz? - zapytała towarzyszkę, gdy ta tylko się zbliżyła. Odczekała chwilę na odpowiedź, po czym stanowczo i rygorystycznie, jakby nie tolerując sprzeciwu skierowała do towarzystwa.
- To teraz ja kontynuuję. I oboje pijecie podwójnie w ramach pokuty! - wskazała na Caitrionę i Alstaira. -  Nigdy w życiu nie umówiłam się z facetem na randkę! - tym "nigdy w życiu nie" spowodowała, że śmiechy i rozmowy przy najbliższych stolikach ucichły, a siedzący przy nich goście z zainteresowaniem zaczęli wpatrywać się w czarodziejkę. Jak to? Miejscowa mistrzyni żywiołu ognia nigdy nie była na randcę w facetem?
- Chcesz, to mogę być tym pierwszym! - takie zdanie dało się słyszeć zza pleców grającego z nimi rycerza.
Avatar użytkownika
Ariatte
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Anetheron, Verfnir, Nathanea, Semirian, Nassara,
Rasa: Czarodziejka
Aura: Jest to dość silna emanacja o barwach lekko już przytłumionych przez lata. Wokół silnie i wyraźnie brzmią trzaskające płomienie i to one zdają się być sednem tej aury. Równie mocno rozchodzi się tutaj woń kadzideł i świec rozgrzanych niedostrzegalnym, chociaż słyszalnym ogniem. Mimo niego atmosfera panująca tutaj jest raczej chłodna i skłania do utrzymania dystansu. Jeśli jednak zachowasz kulturalną powściągliwość, bez obaw przed poparzeniem możesz podziwiać soczyste smugi kobaltu, gęsto poprzeplatane srebrnymi wstęgami. W uplocie lśnią delikatne szmaragdowe poświaty. W dotyku początkowo aura sprawia wrażenie związanej z miękkich i twardych pasm. One zaś stanowią giętką całość o wyjątkowo gładkich powierzchniach, w których skryte są bardzo ostre krawędzie, na które powinieneś uważać. Emanacja jest wyraźnie lepka, ale szybko tak jak przy poprzednich cechach ujawni się jej dwoista natura, gdy poczujesz delikatną kwaskowość.
Wygląd: Co Cię obchodzi jak wyglądam? Nie, nie wstydzę się tego, gdyż w tej kwestii nie mam naturze niczego do zarzucenia. Wzrostem nie odbiegam od normy. Mam na myśli o czarodziejskie standardy. Mierzę sobie bowiem niecałe sześć stóp wysokości. Jak widzisz mam szczupłą sylwetkę, która przyciąga do siebie płeć przeciwną, a niekiedy nawet cieszę się głębszym zainteresowaniem grupą ... (Więcej)

Postprzez Vaela » N lip 15, 2018 11:16 pm

        Kiedy  usłyszała  hasło rzucone  przez  błogosławioną, Koza  przez  chwilę  nie  wyglądała,  jakby miała  zamiar  wypijać  wina, lecz  po pytaniu  chyba  retorycznym:  „skurwysyny  też  się  liczą  jako ktosie, prawda?”  postanowiła  wziąć  łyk,  jednak dosyć  normalny.  Fakt, zdarzało jej  się,  ale  wtedy  z reguły  okoliczności  były  naprawdę  niesprzyjające.  Nie  żeby  nie  pomagała  komuś, kto  tej  pomocy nie  chciał,  twierdziła,  że  ona  sama  lepiej  wie,  jak ma  być,  ale  czasami  nawet  ona  nie  miała możliwości  przywołania  na  czyjąś  twarzyczkę  uśmiechu. Straszne  chwile. Uszy  satyrki  nieco oklapły  po tej  rundzie, ale  na  szczęście  szybko  przyszły  kolejne  kwestie.
        - Przewodnik pomaga  duszy  zmarłego elfa  w  dostaniu się  tam, gdzie  elfy  wędrują  po śmierci  – wyjaśnił  rycerz  błogosławionej. - Oprócz  tego jednak później  jest  się  w  stanie  ze  zmarłym komunikować  i  korzystać  z  jego rady,  wiedzy,  czasem  może  umiejętności...  Elfy  rzadko  kiedy powierzają  tę  rolę  komuś  spoza  swojej  rasy.
        Zdanie  wypowiedziane  przez  Ariatte  sprawiło,  że  Vaela  przekręciła  lekko  głową. Jej  samej nigdy  się  to  nie  zdarzyło, więc  pozostawiła  kubek nietknięty,  jednak... zdawała  sobie  sprawę, że inne  istoty  potrafią  nieszczególnie  dobrze  reagować  na  zbyt  wielką  ilość  alkoholu.  Gdy  tak  się stawało, z  reguły  to właśnie  na  Kozę  spadał  obowiązek  zatroszczenia  się  o nich.  Nigdy  jednak nie pozwoliła,  aby  jakiś  spał  na  polu!  Podejrzewała,  że  tego wieczoru  będzie  zmuszona  robić  podobnie, także...  zastanowiła  się, czy  nie  zabawnie  będzie  wynieść  czarodziejkę  rzeczywiście  na  pole, aby  ta miała  okazję  zobaczyć,  jak to  jest.  To, że  się  z  czymś  takim  zdradziła  aż  prosiło się  o wykorzystanie...  jednak satyrka  była  przekonana, że  jednak postanowi  zająć  się  tą  dwójką  o wiele bardziej  opiekuńczo i  uczciwie.
        - Oh nie! - wykrzyknęła  Koza,  gdy  czarodziejka  podzieliła  się  swoją  uwagą.  Zależało  ją, aby zabawa  trwała  w  najlepsze, a  jeżeli  czarodziejka  miałaby  odpaść  już  przy  rozgrzewce...  to zdecydowanie  nie  był  dobry  scenariusz.  Postanowiła  więc  zachować  w  pamięci, że  trzeba  coś  na  to poradzić.  Póki  co jednak... wracać  do zabawy!         Przy  kolejnym  zdaniu  czarodziejki  kozica  wypiła  siarczysty  łyk  wina.  Trudno było jej  nie prosić  do tańca  mężczyzn,  kobiet  w  sumie  też.  Vaela  tańczyła  z  każdym  przy  każdej  okazji, więc  nie było tutaj  mowy  o żadnych  preferencjach  płciowych  czy  rasowych. Dwa  razy  udało  jej  się  zaszaleć z  minotaurem!  Centaury  były... ciekawe. Nieco  wyzywające  w  tańcu, ale  przy  stepowaniu  niemal nie  ustępowały  jej  pola.  Anioły... skrzydła  sprawiały,  że  tłukły  wszystko  dookoła, ale  to było  w sumie  bardzo  zabawne.  Po chwili  jednak uwaga  Kozy  została  skupiona  na  zupełnie  innej, palącej sprawie.  Zabawa  była  imperatywem,  ale  bez  dobrego  wina  nie  mogło być  zabawy!  Czując  się  jakby ratowała  wszechświat, Koza  ruszyła  w  obronie  boskiego triumfu. I powróciła  z  zadowoleniem równie  wielkim. Kiedy  jednak zorientowała  się, że  błogosławionej  nie  ma  – przechyliła  się  nawet przez  cały  stół,  dając  swoim  dwóm  towarzyszom  całkiem  dobry  widok na  swój  zad,  sprawdzając, czy  Caitriona  nie  leży  przypadkiem  pod stołem.  Jednak  dostrzegła  tylko gronostaja, który  warknął na  nią.
        - Nie  zjadłeś  swojej  pani,  mały,  prawda?  - spytała  nieco zdezorientowana  Koza, po czym wyprostowała  się  po chwili, kiedy  rycerz  powiedział,  co właściwie  się  stało.  Jak to wyszła?! Przecież  przed  nimi  był  jeszcze  cały  wieczór!  Koza  jeszcze  bardziej  się  zaniepokoiła.  Co jeżeli dopadnie  ją  ten  sam  dewiant,  który  zaatakował  ją  wcześniej?!  A  jej  nie  będzie  przy  niej! Czy  tak bardzo wkręciła  się  w  zabawę, że  zaniedbała  swoje  obowiązki  wobec  nowej  pani?  Niedobrze! Po chwili  jednak  Ariatte  odnalazła  błogosławioną,  na  co  Vaela  z  ulgą  odetchnęła.  Przyjrzała  się  jej  z uwagą.  Wydawała  się  niekoniecznie  kontaktować  z  rzeczywistością.
        - Hej, nie  śnisz  może  na  jawie, co?  - rzuciła  w  jej  stronę. -  A  jeżeli  tak, to mam  nadzieję, że  o mnie!
        Zerknęła  na  Ariatte, która  zdecydowała  się  kontynuować  zabawę. Ona  sama  jednak  trochę  się zaniepokoiła  tym,  jak nadmiar alkoholu zaczął  działać  na  jej  towarzyszki. Nie,  nie  oznaczało  to, że mają  przerwać  zabawę, ale... Koza  pociągnęła  łyk, kiedy  usłyszała  zdanie  czarodziejki, po czym obróciła  się  i  wykonała  siarczysty  zamach. Kubek przeleciał  przez  powietrze, po czym  trafił  w głowę  gagatka, który  odważył  się  rzucić  sprośny  komentarz  – nie  ciskała  mocno, nie  chciała  zrobić mu  krzywdy,  a  jedynie  dać  nauczkę.  Wino  znajdowało  się  teraz  na  całej  jego twarzy,  a  jego towarzysze  rechotali  z  niego.
        -  W  porządku, czas  chyba  kończyć  tę  małą  zabawę  – powiedziała,  Koza, wskakując  na  stół. - A jako, że  nie  mam  kubka,  pozwolę  sobie  na  to ja. Nigdy  w  życiu nie ogoliłam  nóg, ha!  A  teraz...  Jest tu jakaś  uczynna  dusza,  chcąc  pomóc  damom  w  potrzebie!
        Ochotnik szybko się  pojawił, a  satyrka  chwyciła  swój  wazon z  winem,  każąc  mu  odnieść  go karczmarzowi;  uszy  mężczyzny  nieco oklapły,  ale  było już  zdecydowanie  za  późno, aby  mógł  się wycofać;  Koza  przykucnęła, wręczając  mu  przekozi  dzban, wpatrując  się  w  niego z  wielką  czcią, a gdy  wręczyła  go w  jego ręce,  własne  otworzyła,  prostując  je  i  kierując  w  stronę  dzbana,  zupełnie tak, jakby  oddawała  mu  wielki  hołd. Dopiero  kiedy  zniknął, ponownie  się  wyprostowała,  po czym zastukała  kopytem  dwa  razy  o blat  stołu,  chcąc  zwrócić  na  siebie  uwagę  swoich  towarzyszy  – zupełnie  jakby  potrzebowała  tego  robić.
        - Odpocznijmy  może  nieco  od trunku i  pozwólmy  mu  z  głowy  spłynąć  do żołądków!  Tańców czas! - zakrzyknęła,  po czym  spojrzała  na  błogosławioną  i  rycerza. -  Albo pan szlachetny  poprosi cię,  albo masz  mi  tutaj  tańczyć  ze  swoim  zwierzakiem!
        Rycerz  otrząsnął  się  i  zareagował  szybko,  wstając  od stołu  oraz  podając  rękę  Caitriony, zapytując  ją  także, czy  zechce  z  nim  zatańczyć.  Po chwili  ich  dwójka  nieco  się  oddaliła,  choć satyrka  zerkała  na  nich, chcąc  się  upewnić, czy  błogosławionej  nic  nie  grozi  – po jej  zniknięciu zaczęła  się  o nią  nieco martwić. Jednak  wyglądała  na  to, że  znalazła  się  w  dobrych  ramionach.
        -  Teraz  zaś...
        Ariatte  miałą  tylko chwilkę  na  zorientowanie  się, o co chodzi  Vaeli,  gdy  ta  przeniosła spojrzenie  na  ognistowłosą, a  w  jej  oku zabłysnęła  iskra. Satyrka  błyskawicznie  się  schyliła, chwytając  czarodziejkę  pod pachy,  podciągając,  chwytając  za  biodra, znowu podciągając, po czym stawiając  w  końcu na  powierzchni  stołu,  który  nieco  się  zatrząsł.  Valea  chwyciła  dłonie  Ariatte, cofając  się  i  ponownie  przywracając  pełną  równowagę  stołu. Uśmiechnęła  się  łobuzersko.
        - Czy  zechce  pani  ze  mną  zatańczyć?  Możliwe  odpowiedzi:  tak, bardzo  tak, zaszalejmy, rogata!
        Nie  potrzebując  nawet  odpowiedzi  Ariatte,  Vaela  od razu ruszyła  z  inicjatywą,  mocno trzymając  dłonie  czarodziejki  oraz  wirując  wraz  z  nią  w  rytm  muzyki;  kapela  grała  energiczną, dziką  muzykę  hulankową, dlatego taniec  był  nadzwyczaj  szybki, pełen obrotów, zbliżania  się  do siebie,  oddalania, wirowania,  zmian  pozycji,  w  przypadku Kozy  stukania  raciczkami  oraz podnoszeniu czarodziejki  w  powietrze  za  biodra, tylko po to, aby  nieco zawirować  z  nią  w powietrzu  lub podrzucić, aby  zaraz  potem  ją  złapać. Dopiero teraz  Ariatte  mogła  w  pełni  się przekonać  o sile  oraz  zręczności  satyrki,  która  w  tańcu  doskonale  sobie  radziła,  ani  razu nie pozwalając  sobie  na  to, aby  któraś  z  nich  stanęła  drugiej  na  stopie  albo,  co gorsza  – aby  podrzucona kobieta  upadła  na  stolik,  niezłapana  przez  rogatą  partnerkę. Muzyka  grała  długo,  a  towarzyszył  jej radosny  śmiech  Vaeli  i  stukot  jej  kopyt  o blat  stołu za  każdym  razem, kiedy  robiła  krok.
        W  końcu jednak muzyka  się  zmieniła.  Tym  razem  zagrano coś  radosnego, ale  zdecydowanie wolniejszego.  Koza  jedną  dłonią  złapała  czarodziejkę  za  talię,  drugą  za  rękę,  którą  wyprostowała razem  z  nią.  Zaczęły  się  obracać  wzdłuż  osi  stolika, przesuwając  się  co chwila  o kilka  kroków, dopóki  blat  zbytnio  się  nie  przekrzywił.
        -  Tak szczerze,  to wygląda  pani  czarodziejka  na  rozrywkową  kobietę  – powiedziała  radośnie Vaela, po której  nie  widać  było  widać  żadnego  zdyszenia  ani  innych  oznak zmęczenia  po tak energicznym  i  długim  tańcu. - Oczywiście  jak na  nierogatą, ma  się  rozumieć.  Niezbyt  pasuje  mi  to do wizji  zatopionej  w  księgach  mistrzyni, która  nie  ma  czasu na  związki.  Hmmm?
        Nawiązywała  do jej  zdań podczas  ich wcześniejszej  gry.  Ułamek  sekundy  po tym,  jak Koza zadała  to pytanie,  w  melodii  odezwał  się  charakterystyczny  ton, a  Vaela  obróciła  swoją  partnerkę. Teraz  ręce  czarodziejki  były  skrzyżowane, a  ona  sama  plecami  przyciśnięta  była  do klatki piersiowej  satyrki, której  ręce  pozostawały  proste,  a  w  takiej  pozycji  ich dwójka  wciąż  obracała  się wokół  własnej  osi.
Avatar użytkownika
Vaela
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Dérigéntirh, Ognaruks, Sarpedon, Malawiasz, Vaela, Ziharria, Natanis, Sitrina,
Rasa: Satyrka
Aura: Owa aura o średniej sile magicznej różni się znacznie od każdej znanej, między innymi swym zapachem, który łączy przyjemną i słodką woń kwiatów z tą, która charakterystyczna jest dla kóz. Ponadto wykonuje niezwykle szybkie ruchy ukazujące pewną powtarzającą się sekwencję, co można by uznać za rodzaj tańca. Towarzyszą temu szmaragdowe błyski światła, jednakże ich zachowanie jest znacznie bardziej chaotyczne. Przechodząc do powłoki, na pierwszym planie, występują, otaczające całość, miedziane ślady kopyt. Otaczają one maleńkie nutki, gdzie każda ich grupa, którą tworzy obrys podkowy, wygrywa zupełnie inną melodię. U podstawy widnieje żelazna, wyraźnie zaznaczona linia znacznej grubości. Wszędzie natomiast są skupiska złotego pyłu, który nawet lewituje wokół i osiada na czytającym, by po chwili zachwytu zniknąć i zjawić się ponownie we właściwym miejscu. Uszy pieści zmysłowy szept, wywołujący istną burzę uczuć przetaczająca się przez organizm. Po dotknięciu powierzchni łatwo stwierdzić, iż należy do tych twardych, jest także w wielu miejscach niebezpiecznie ostra, a w kilku niespodziewanie tępa. Podobnie jest ze złotymi drobinkami będącymi również niezwykle aksamitnymi, ponieważ tam, gdzie ich brakuje czuć jedynie nieprzyjemną chropowatość. Uparcie przykleja się do podniebienia, jakby nie chciała dać nigdy o sobie zapomnieć.
Wygląd: Satyrka zdecydowanie posiada nadzwyczaj charakterystyczny wygląd, co sprawia, że naprawdę trudno jest pomylić bohaterkę legend i mitów z kimkolwiek innym. Zanim jednak o rzeczach, które posiada, warto wspomnieć o tym, czego zdecydowanie się w jej wyglądzie nie uraczy. Delikatnie mówiąc, Vaela nie odnalazła by się w roli uwodzicielskiej pokusy; przeszkodę stanowią nie tylko pokryte ... (Więcej)

Poprzednia strona

Powrót do Elfidrania

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

cron