[Posiadłość rodziny Mandeville] Symfonia Wolności


Miasto założone na cześć córki króla Bedusa, która w wieku dziesięciu lat oddała swój wzrok za lud. Uratowała go od zniszczenia. Efne otaczają liczne lasy, góry oraz wzgórza graniczące z Pustynią Nanher.

Postprzez Nevaeh » So lip 07, 2018 8:52 am

        Podczas prowadzenia niezwykle miłego dialogu z córką swych nowych właścicieli, Nevaeh dzieliła uwagę między baczną obserwację niebianki, a wędrowanie po bezdrożach własnych wspomnień. Przez głowę bardki przemknęła myśl, że zachowanie Aureoli uległo subtelnej zmianie, lecz zaraz dalsze pytania panienki zepchnęły ową myśl na sam skraj świadomości wokalistki.
        - Tak, śpiew możemy poćwiczyć - zgodziła się bez większych oporów. - Nie chcę, żebyś miała mnie za nie wiadomo jak wielki autorytet w tej kwestii, bo sama jestem w dużej mierze samoukiem, ale chętnie udzielę ci kilku dobrych rad, jeśli będzie trzeba.
        Na wzmiankę o tańcu śpiewaczka zaśmiała się, odrobinę niepewnie. Uważała zapał niebianki za uroczy, aż przez ułamek sekundy odniosła wrażenie, że naprawdę chciałaby spróbować. Potem jednak wróciła świadomość tego, jak zazwyczaj kończą się tego typu próby, a Nevaeh nie zamierzała kompromitować się w oczach wszystkich bardziej niż potrzeba. Pokręciła głową, ledwo dostrzegalnie. “Może kiedyś, w odległej przyszłości…”
        - Opowiem ci o wszystkim, co tylko cię zainteresuje - mrugnęła porozumiewawczo. - Ale uprzedzam, żebyś potem nie była rozczarowana, spodziewając się wielkich przygód. Jestem zwykłą bardką, niewolnicą, a nie łowcą nagród, tudzież damą w opresji czy innym herosem. W moich historiach nie znajdziesz walk z potworami, ukrytych skarbów ani rycerzy na białym koniu…

        Nevaeh znów delikatnie przygryzła dolną wargę. Nie mogła oprzeć się wrażeniu, że choć rozmowa z zarządcą posiadłości w zasadzie niewiele różniła się od tych, które przeprowadzili ze sobą do tej pory, to jednak tej konkretnej towarzyszyło osobliwe napięcie. Być może chodziło o dwóch dodatkowych świadków, których przenikliwe spojrzenia bardka czuła na sobie przez cały czas trwania ich dialogu, a może o coś zupełnie innego… Lutnistka była rozproszona - to znaczy, bardziej niż zwykle - i z wielkim trudem przychodziło jej skupienie własnych myśli, choć dziwnym trafem prowadzenie konwersacji z Rianellem nie sprawiało jej szczególnego problemu. Wprawdzie z początku bardzo się pilnowała, by nie powiedzieć czegoś, co mogłoby zostać przez mężczyznę odebrane jako nietaktowne, lecz w miarę upływu czasu i kolejnych słów, w jej wypowiedź wkradł się nieco swobodniejszy ton, świadczący o tym, iż kobieta nie czuje się źle w towarzystwie Pestellego.
        - Bez obaw, nie miałam na myśli niczego złego - zapewniła, mając nadzieję, że prychnięcie zarządcy nie jest oznaką dezaprobaty w jej kierunku. - To zupełnie normalna rzecz; kiedy tak wiele istot żyje pod jednym dachem, nie da się uniknąć poczty pantoflowej. A dopóki nikogo to nie krzywdzi… - urwała i nieznacznie wzruszyła ramionami. Jej konkluzja była tak oczywista, że wokalistka nie wątpiła, iż Rianell resztę zdania dopowie sobie z kontekstu.
        Trochę rozczarowała ją reakcja półelfa na propozycję wybrania przez niego jednej piosenki na wieczór. Śpiewaczka naprawdę pragnęła sprawić mu przyjemność - i wbrew temu, co przed chwilą powiedziała, nie chodziło tylko o odwdzięczenie się za uroczą gałązkę zdobiącą teraz włosy artystki, choć to na pewno też miało jakieś znaczenie. Chciała po prostu zobaczyć jak wygląda twarz zarządcy, kiedy mężczyzna się uśmiecha; nie tym wystudiowanym, służbowym uśmiechem, lecz szczerze. Nie przez wymogi etykiety, lecz z własnej woli. Nie była pewna czy kiedykolwiek zdoła sprawić, że za jej przyczyną chmurne oblicze Pestellego się rozpogodzi, co jednak wcale nie znaczyło, że nie zamierzała spróbować. Do tej pory jej śpiew porywał całe rzesze istot, wlewając w nie wszystkie uczucia, którymi wokalistka chciała się podzielić, lecz kobieta dobrze wiedziała, że pociągnięcie za sobą tłumów, a dotarcie do jednej, konkretnej osoby, to dwie zupełnie odmienne rzeczy. I nie miała wątpliwości, która z nich wymaga więcej pasji i zaangażowania.
        - Nie sądzę, żeby była to kwestia bycia prymitywnym, bo za takowego pana nie uważam - oświadczyła. - Myślę, że to raczej przez brak doświadczenia, a nad tym można popracować, wystarczy odrobina chęci... - uśmiechnęła się nieco szerzej, skubiąc wargę zębami, po czym  wydała z siebie lekkie westchnienie. - W takim razie dołożę wszelkich starań, żeby zarówno panu, jak i państwu Mandeville oraz całej publiczności spodobało się to, co usłyszycie. Bo patrzeć nie ma na co - zaśmiała się pogodnie.
        Czułe uszy bardki wychwyciły ciche parsknięcie, które Amser wydała z siebie po upomnieniu Rianella.
        - Skoro nasza gwiazda sama twierdzi, że nie ma co patrzeć, chyba wypadałoby to zmienić, nieprawdaż? - mruknęła tancerka, a Nevaeh, choć odrobinę dotknięta jej ironicznym tonem, musiała przyznać, że dziewczyna podała całkiem słuszny argument na swoją obronę.
        Po usłyszeniu kolejnego upomnienia, tym razem skierowanego w stronę czarnowłosej malarki, śpiewaczka zaśmiała się w duchu. Pomimo tego, że reakcja rzeczonego Pestki na pseudonim wydała jej się na swój sposób zabawna, kobieta nie chciała dodatkowo narazić się zarządcy, który najwyraźniej rzeczywiście nie lubił spoufalać się z artystkami. Jednak kiedy Pestelli na chwilę odwrócił wzrok, a Iorwen, korzystając z okazji, bezczelnie wywaliła jęzor w całej okazałości i po raz nie wiadomo już który przewróciła oczami, Nevaeh nie mogła dłużej się powstrzymać; z jej ust wyrwał się chichot, który szybko stłumiła, usiłując przybrać skruszony wyraz twarzy.
        Ze spokojem wysłuchała opinii półelfa, z którą, chcąc nie chcąc, musiała się zgodzić, mimo iż część jej świadomości, odpowiedzialna za strefę komfortu, głośno protestowała. Rzuciła przelotne spojrzenie swojej szacie i skrzywiła się. Szkarłatne plamy z farby, które za sprawą Iorwen ozdobiły suknię bardki, sprawiały, że kobieta wyglądała obecnie jak niedoszła ofiara brutalnego morderstwa.
        - Nie musi pan szukać eufemizmów - machnęła ręką, udając niewzruszoną, choć w głębi serca trochę się stresowała tą całą sytuacją i szczerze powiedziawszy, cieszył ją fakt, że Rianell widocznie starał się być dla niej miły. - Nazwijmy rzeczy po imieniu: ta suknia to łachman i nie nadaje się na salony. I właśnie dlatego zawsze wolałam występy w gospodach od tych wszystkich wspaniałych pałaców i kolorowych falbanek, do których nigdy nie pasowałam… Zresztą nieważne; skoro powiedziałam, że podporządkuję się pańskiemu zdaniu, to tak właśnie zrobię - oświadczyła stanowczo. - W obecnej sytuacji nie sądzę, żeby ta kiecka miała mi się jeszcze do czegokolwiek przydać - dodała, nie kryjąc lekkiego żalu. - Chociaż trochę szkoda tak po prostu ją wyrzucać… A gdyby tak oddać ją jako kostium do teatru? Materiał może i na to nie wygląda, ale jest naprawdę porządnej jakości. Jest tu w okolicy jakiś teatr? … Znowu za dużo mówię, prawda?
        Uwadze Nevaeh nie uszedł fakt, iż pozostałe artystki zdawały się być urażone komentarzem zarządcy o byciu grzecznym, choć lutnistka podejrzewała, że Iorwen tylko udaje wielce oburzoną; jej przypuszczenia potwierdziły się, gdy już na korytarzu dziewczyny skrzyżowały spojrzenia, a malarka błysnęła zębami w uśmiechu i wykonała brwiami jakieś dziwaczne akrobacje, których Nev nie potrafiła zinterpretować. Amser znów milczała, miotając wzrokiem pioruny. Z jakiegoś powodu wyglądała na zirytowaną…

        Zachowanie Pestellego z minuty na minutę coraz bardziej zaskakiwało Nevaeh. Kiedy poczuła dotyk jego dłoni nieco poniżej swojej talii, niemal podskoczyła w miejscu i mimo że tym razem nie zaznała tego nieprzyjemnego dreszczu, który zazwyczaj towarzyszył dotykowi mężczyzny, całe jej ciało znów stało się naprężone niczym struna lutni. Jednak gdy odniosła wrażenie, iż Rianell zamierza cofnąć rękę - choć może tylko tak jej się zdawało - zareagowała w sposób nieoczekiwany dla niej samej, nakrywając dłoń zarządcy swoją własną i tym samym ją przytrzymując. W jakiś niezrozumiały sposób wydało jej się to na miejscu, poza tym śpiewaczka uznała sytuację za dobry moment na rozpoczęcie walki z tym denerwującym odruchem obronnym, któremu zazwyczaj się poddawała, ilekroć ktoś nawiązywał z nią kontakt fizyczny. (Co wcale nie oznaczało, iż sama z własnej woli nie podejmowała takiej inicjatywy; ba, wokalistka wręcz uwielbiała rozdawać znajomym przypadkowe uściski). Prawie natychmiast jednak cofnęła rękę, uświadamiając sobie, jak jej nagły wybryk może być odczytany przez świadków zdarzenia i samego zarządcę.
        “Nie chce pan przejść na ty, ale przed macaniem oporów nie ma, hm?” - pomyślała bardka żartobliwie, bez cienia złośliwości. Dobrze wiedziała, iż nie był to jeden z “tych” gestów; nie w przypadku Pestellego. Przywołała się do porządku. Odniosła wrażenie, że chwilę temu z tyłu dobiegło ją osobliwe chrząknięcie, ale bezpiecznie postanowiła uznać je za wytwór wyobraźni i zignorować.
        Skłoniła głowę z przyjaznym uśmiechem, kiedy została przedstawiona krawcowej, później zaś w milczeniu przysłuchiwała się wymianie zdań między Simoną a Rianellem. Nie chciała niekulturalnie im przerywać, zwłaszcza że i tak chwilowo nie miała nic do powiedzenia. Rozglądała się tylko dyskretnie, wdychając zapach starych i nowych tkanin. Ilość barw nagromadzonych w jednym pomieszczeniu trochę ją przytłaczała, choć na pewno nie tak jak rozległe korytarze, w których kobieta nie tak dawno się zgubiła. W zasadzie było tu całkiem przytulnie; lutnistce przypomniała się garderoba jej matki, z okresu, kiedy jeszcze mieszkały we dworze Lahza’yów. Razem z Yesah uwielbiały bawić się w chowanego między rzędami miękkich sukien, a niekiedy dla wygłupu próbowały założyć na siebie co wytworniejsze egzemplarze. Jak większość dziewczynek w ich wieku, lubiły wcielać się w role pięknych księżniczek, a fantazyjne stroje były takie kuszące...
        - Hola, hola, panie Pestka! - Iorwen obróciła się na pięcie tak gwałtownie, że łokciami trąciła zarówno wyrwaną z zamyślenia Nevaeh, jak i Amser, która syknęła ostrzegawczo. - Już znikasz i umywasz ręce, akurat wtedy, kiedy opinia osobnika płci przeciwnej tak bardzo by się przydała? Nasza kochana bardka na pewno bardzo ceni pańskie zdanie... Co nie, Nev?
        Wokalistka, która zupełnie się nie spodziewała tego typu pytania skierowanego w jej stronę, zamrugała oczami, nie wiedząc, jak w takich okolicznościach powinna się zachować.
        - Ech… ja? Cóż… - szukała w głowie odpowiednich słów. W myślach przeklinała czarnowłosą koleżankę, szczerzącą się jak dziecko, któremu ktoś wręczył ciastko.
        Nieoczekiwanym wsparciem okazała się Amser.
        - Nie bądź głupia - rzuciła beznamiętnie, śwridrując wzrokiem malarkę. - Pestelli ma na głowie ważniejsze sprawy niż dyskusje o fasonach damskich sukienek i podglądanie śpiewaczek w negliżu.
        Mało brakło, by Nevaeh zakrztusiła się powietrzem po słowach tancerki. Zakaszlała kilkakrotnie, błagając w myślach Rianella, by jak najszybciej opuścił pokój, zanim któraś z jej towarzyszek powie coś jeszcze bardziej kompromitującego… o ile cokolwiek może być bardziej kompromitujące.
        - Oj przestań, mówisz tak, bo jesteś za… au! - Iorwen urwała, poczuwszy siłę dyskretnego, acz bezlitosnego kopniaka, którego wymierzyła jej Amser. - Zatroskana! To właśnie miałam powiedzieć. Wcale nie zazdrosna, tylko zatroskana.
        - Ty mała…
        - Dziewczyny, dajcie spokój - Nevaeh zaśmiała się nerwowo, by pokryć własne zakłopotanie. Znała wiele sposobów na wybrnięcie z niezręcznych sytuacji, lecz obracanie wszystkiego w żart zazwyczaj wychodziło jej najlepiej. - Zapewniam was, że nagie śpiewaczki są przereklamowane i nie warto się o nie kłócić. Prawda? - to pytanie skierowała najpierw w stronę Simony, później zaś elfiego zarządcy; skoro udawała, że całe zajście nie zrobiło na niej większego wrażenia, musiała pociągnąć tę farsę do końca.
        Na szczęście nie trwało to długo. Niebawem Pestelli zniknął, a bardka poczuła ulgę z subtelną nutką rozczarowania. Nie znaczyło to, rzecz jasna, iż artystka życzyłaby sobie obecności mężczyzny w chwili, kiedy będzie ona zmieniać strój, ale w jego towarzystwie mogła przynajmniej skupić na nim swoją uwagę, co było o wiele lepsze od bycia atakowaną przez ponure myśli, których Nev nie zdążyła się dotąd pozbyć.
        Teraz jednak musiała się skoncentrować nad jeszcze inną sprawą. Zastanowiła się chwilę, zanim udzieliła krawcowej odpowiedzi na pytanie.
        - Naprawdę, nie ma potrzeby zawracać sobie głowy - uśmiechnęła się i położyła dłoń na ramieniu Simony, delikatnie je ściskając. - Do występu nie zostało zbyt wiele czasu, a nie chcę, żebyś się przeze mnie niepotrzebnie stresowała, więc może po prostu pokażesz mi coś z gotowych strojów? Nie jestem jakaś szczególnie wymagająca, wystarczy mi coś podobnego do tej szaty, którą mam na sobie.
        Gdy cztery kobiety stanęły półkolem na wprost długiego drąga, na którym zawieszone były suknie rozmaitej maści, Nevaeh znów poczuła przypływ nostalgii. Zaraz jednak został on zepchnięty na margines przez pełne zachwytu okrzyki pewnej piegowatej plastyczki, która z zapałem przeglądała stroje, podniecona jeszcze bardziej niż do tej pory.
        - Niby zwykłe kiecki dla służby, a są naprawdę cudne!
        - Tak, są bardzo ładne - przyznała bardka. - Tylko że ja potrzebuję czegoś… skromniejszego. Co zasłania więcej niż absolutne minimum - dodała z naciskiem, kiedy malarka wepchnęła jej pod nos skąpy kawałek materiału, który trudno było w ogóle określić mianem sukienki.
        Przez następne kilkanaście minut zarówno Iorwen jak i Simona podsuwały Nevaeh najróżniejsze stroje - Amser nie brała udziału w wojennej naradzie i sama szukała czegoś dla siebie, stojąc w bezpiecznej odległości od epicentrum chaosu - lecz wszystkie w opinii wokalistki były zbyt frywolne. Spodobała jej się dopiero sięgająca ziemi, zwiewna sukienka z lekkiego materiału, delikatnie zwężona w talii. Całościowo utrzymana w łagodnej, kremowej barwie; gorset, rękawy i dolny brzeg sukni okrywały kolorowe, kwiatowe wzory, głównie brąz i czerwień, z domieszką ciemnego granatu. Wyglądały jak elementy wiejskiego folkloru, ale nie tego prymitywnego, karczemnego; przywodziły na myśl wdzięczne panienki z ukwieconych łąk, o których mowa w ludowych pieśniach.
        - Przymierz ją - odezwała się Iorwen stanowczo, widząc rozmarzony wzrok śpiewaczki.
        Nevaeh przeniosła wzrok na towarzyszkę, po czym znów obdarzyła strój krytycznym spojrzeniem.
        - … Ale ona ma zupełnie odkryte ramiona - położyła dłonie na wspomnianych częściach ciała.
        - I bardzo dobrze! Na pewno będziesz w niej wyglądać o wiele lepiej niż w tym ponurym habicie.
        - Nie zależy mi na tym, żeby pięknie wyglądać. Chodzi o to, żeby przykuć uwagę śpiewem, a nie aparycją.
        - Bzdura - padło nagle z rogu pokoju.
        Trzy pary oczu zwróciły się w stronę Amser. Tancerka westchnęła ciężko, odłożyła na stolik sukienki, których zgarnęła pełne naręcze i skrzyżowawszy ręce na piersi, spojrzała na bardkę wyniośle.
        - Możesz śpiewać jak chóry anielskie i wmawiać sobie, że osiągnęłaś szczyt swoich możliwości; naprawdę nie mam nic przeciwko, bo to zawsze mniejsza konkurencja dla mnie. Lecz jeśli chcesz być godna miana prawdziwej artystki, musisz pamiętać, że dla odbiorcy liczy się całokształt. I owszem, to czy pojawisz się na scenie w worku pokutnym, czy też rzeczonej sukni ślubnej królowej Aladriel, nie wpłynie na możliwości twojego głosu, ale zmieni sposób, w jaki postrzega cię publiczność.
        Iorwen przytaknęła, posyłając Nevaeh znaczące spojrzenie.
        - Jakkolwiek z trudem przechodzi mi to przez usta - skrzywiła się - po raz pierwszy od niepamiętnych czasów muszę przyznać jej rację. Jako malarka wiem bardzo wiele na temat wpływu obrazu na ludzką podświadomość i moja wiedza zgadza się ze słowami Amser. Nev, musisz uwierzyć w siłę kobiecego wdzięku. No i nie uważasz, że jesteś coś winna pewnym osobom? - mrugnęła półżartem.
        Przez kilkanaście sekund lutnistka toczyła ze sobą zaciętą wewnętrzną bitwę. W końcu jednak się poddała. Wzięła sukienkę z rąk Iorwen i usunęła się w najodleglejszy kąt, by zmienić ubranie, podczas gdy jedna z pozostałych dziewczyn starała się choć trochę zasłonić jej nagość pierwszą lepszą płachtą materiału - na wypadek, gdyby ktoś nieproszony nagle wpadł do pomieszczenia. Jak się okazało, czynności zapobiegawcze nie były daremne, bo kilka chwil później ktoś zapukał do drzwi. Nevaeh nigdy jednak nie dowiedziała się, kim był ów tajemniczy gość, bowiem zdołała jedynie usłyszeć surową reprymendę, jaką udzieliła nieszczęśnikowi Iorwen, zanim trzasnęła drzwiami tuż przed jego nosem.
        - … i żeby ci nie przyszło czasem do głowy, że jak jesteś wyżej w hierarchii, to możesz sobie pozwolić na bezczelne molestowanie biednych, rozebranych artystek!
        Śpiewaczka zaniosła się śmiechem. Odniosła nieodparte wrażenie, że w tym towarzystwie nie zazna nudy, będącej skutkiem codziennej rutyny. Poprawiła zwinięte fałdy sukni i przejrzała się w lustrze. Nie mogła zaprzeczyć, nowe ubranie leżało na niej całkiem dobrze; wyglądała zupełnie inaczej niż jeszcze pięć minut temu. I mimo iż jej strefa komfortu została gdzieś daleko w tyle, kobieta uśmiechnęła się do swojego odbicia. Ciekawe, co by powiedziała Yesah, gdyby ją teraz zobaczyła. Ciekawe, co na jej widok powie Rianell...
        - No i teraz wyglądasz prześlicznie! - stwierdziła malarka, zjawiając się nagle za jej plecami. - Prawda, dziewczyny? … Teraz zostaje tylko zrobić coś z tym dzikim buszem na twojej głowie.

        Ostatecznie dziki busz zmienił się w ciężki, gruby warkocz, przerzucony przez ramię Nevaeh. Fryzura była skromna i bardzo prosta, a za jedyną ozdobę służyła kwitnąca gałązka bzu. Za namową Iorwen bardka zgodziła się poddać twarz drobnym zabiegom kosmetycznym i teraz jej oczy błyszczały energicznie, otoczone cieniami w kolorze ciemnego fioletu, a usta przykuwały uwagę intensywnym burgundem. Kobieta czuła na sobie wzrok służby i schodzących się powoli gości wieczoru, co sprawiło, iż na nowo zaczęła się stresować, a jej dłonie wciąż bezwiednie poprawiały sznurek przy dekolcie sukni. Spojrzenia ludzi zdawały się palić żywym ogniem jej odkryte ramiona i przez krótką chwilę wokalistka rozważała taktyczny odwrót, lecz w momencie kiedy dyskretnie zaczęła wycofywać się w stronę wyjścia, stanęła przed obliczem samej pani domu.
        - Witaj, Nevaeh - Aurora Mandeville uśmiechnęła się anielsko. - Nie miałyśmy jeszcze okazji się poznać.
        - Dobry wieczór, pani - onieśmielona bardka pochyliła się w głębokim, pełnym szacunku ukłonie. - Jestem dozgonnie wdzięczna za okazaną dobroć. Zrobię wszystko co w mojej mocy, aby to państwu wynagrodzić.
        Kiedy podnosiła wzrok znad podłogi, udało jej się uchwycić spojrzenie Pestellego, stojącego kilka kroków dalej, w odświętnym ubraniu. Śpiewaczka musiała przyznać, że prezentował się w nim nienagannie, a że był mężczyzną całkiem przystojnym, Nev miała na czym zawiesić oko, choć po chwili namysłu doszła do wniosku, że Rianell podoba jej się zdecydowanie bardziej w swoim roboczym stroju, który dziwnie do niego pasował. Tak rozmyślając, ledwie zauważyła fakt, iż półelf do niej mrugnął. Nieco ją to zdziwiło, ale nie bardziej niż inne gesty, które uczynił do tej pory. Odpowiedziała więc promiennym uśmiechem i powstrzymała nagłą chęć pomachania zarządcy. Choć miała ochotę z nim porozmawiać - choćby tylko zamienić dwa zdania, zanim przyjdzie czas na jej występ - nie mogła zignorować wyższego priorytetu, jakim była pani Mandeville.
        - Zechcesz uchylić rąbka tajemnicy i zdradzić, co zamierzasz nam dzisiaj zaprezentować? - spytała tymczasem anielica.
        - Przykro mi, pani, ale to pilnie strzeżony sekret - Nevaeh wykonała ruch, jakby zamykała usta kluczem, który wyrzuciła za siebie. - Mam nadzieję, że nie narażę się na pani gniew, jeśli powiem, że to niespodzianka?
        - Ależ skąd. Będę czekać z niecierpliwością - zapewniła pani Mandeville. - A teraz muszę cię zostawić, jako pani domu mam obowiązek godnie powitać wszystkich zaproszonych gości.
        - Oczywiście, pani.
        Niebianka oddaliła się w stronę nowo przybyłego barona i jego najbliższych, tymczasem Nevaeh zajęła swoje miejsce za podwyższeniem, na którym miała wystąpić.
        - Chyba tak - odpowiedziała na pytanie Aureoli, która pojawiła się znikąd. Pamiętała, żeby w miejscu publicznym stosownie zwracać się do szlachcianki. - Panienka też będzie występować? Bardzo chciałabym to zobaczyć.
        Pan Mandeville wygłosił krótką przemowę, po której zaprosił artystkę na scenę. Nevaeh wzięła w dłonie swą ukochaną lutnię i energicznie weszła na prowizoryczną scenę. Podeszła na sam skraj i wysuwając do tyłu lewą nogę, dygnęła z gracją.
        - Och, no proszę, tym razem się udało - zaśmiała się głośno w nadziei, że zjedna sobie publiczność poczuciem humoru. I rzeczywiście, tu i ówdzie rozległy się chichoty tych, którzy pamiętali jej poprzedni występ, który niemal rozpoczął się katastrofą.
        Teraz jednak obeszło się bez większych zagrożeń i bardka zajęła swoje miejsce, przygotowując się do występu. Ułożyła palce na strunach lutni, cichutko odchrząknęła i pozwoliła cząstce swej duszy ulecieć z ciała pod postacią muzyki. Pieśń, którą wybrała, była jedną z tych bardziej melancholijnych, lecz jej wybór nie był przypadkowy. Kobieta pogrążyła się w dawnych uczuciach, a jej przejmujący głos niósł się echem w pięknej komnacie.

Dawniej nam brzmiała radosna pieśń
Na przekór wszelkim przeciwnościom losu
Teraz się niesie echem przez wieś
Pusta melodia, brak drugiego głosu
Bo razem z tobą...
Zniknęły chwile spędzonych wspólnie lat
Zniknęły z dzbanka kwitnące kwiaty bzu;
Chcę jeszcze raz zobaczyć uśmiech twój
Wróć razem ze mną do pięknego snu…


        Nikt nie mógł wiedzieć, kim była osoba, o której śpiewała Nevaeh, lecz słowa piosenki przy smutnym akompaniamencie lutni trafiały w serca wielu słuchaczy. Po zwrotce artystka dała się ponieść dźwiękom instrumentu i grała jej wariacje przez długi czas; palce lutnistki tańczyły po strunach tak lekko, że wyglądały jakby płynęły w powietrzu. A kiedy bardka zawiesiła melodię i wydawało się, że nastąpi koniec pieśni… kobieta ponownie uderzyła w struny, tym razem podwyższając tercję; zniknął tęskny mol, a piosenka popłynęła weselszym nurtem. W oryginalnej wersji utworu druga zwrotka również była poświęcona pamięci Yesah, jednak tego wieczoru bardka całkiem ją przeformułowała, wedle tego, co podyktowało jej serce.

Wczoraj niepewność i ciężko grać
Gdy obie ręce zakute w kajdany
Dzisiaj zaś wiara i jedna myśl
Szczęśliwy człowiek, kiedy jest... lubiany


        Przez ułamek sekundy, dosłownie ułamek, Nevaeh się zawahała. Zamierzała zaśpiewać to inaczej, ale jakaś niewidzialna ręka ściągnęła ją na ziemię. Ta sama niewidzialna ręka, która powstrzymywała ją przed przywiązywaniem się do tych, których szybko może stracić. I ta sama ręka, która nie pozwalała jej wykonywać drobnych gestów, za pomocą których wokalistka chciała przekazać ludziom swoją sympatię. Ta ręka, która pętała kobietę niewidzialnymi kajdanami, nawet kiedy żelazo nie więziło jej dłoni.
        Pieśniarka wróciła do poprzedniej tonacji, kończąc ponownie rzewnymi akordami.

A razem z tobą...
Znów w moich myślach nadziei cichy szept
Znów w moich włosach kwitnące kwiaty bzu;
Chcę chociaż raz zobaczyć uśmiech twój
Tym razem proszę, nie budź mnie ze snu


        Nie potrafiła zmusić się do tego, by spojrzeniem odszukać osobę, której dedykowała zmienione wersy ostatniej zwrotki. Nie chciała też patrzeć w przypadkowy punkt w przestrzeni, zabijając w ten sposób wszystko to, co chciała przekazać. Dlatego dając się porwać emocjom, które wypłynęły z niej jak krew z przebitego serca, Nevaeh zamknęła oczy. Pozwoliła lutni śpiewać jeszcze przez chwilę, utrzymując publiczność w stanie skupienia, po czym wyciszyła linię melodyczną, aż ta płynnie przeszła w miękką ciszę, przerywaną jedynie oddechami gości.
        Po skończonym utworze bardka zagrała jeszcze dwa; jedną z ludowych piosenek, których nauczyła się podczas podróży wzdłuż i wszerz Alaranii oraz pozbawioną słów, skoczną melodyjkę, przy której aż nabiera się ochoty do pląsów. Kiedy przebrzmiały ostatnie dźwięki, Nev ponownie się ukłoniła i opuściła piedestał, a schodząc ze sceny rozejrzała się za znajomymi niebieskimi tatuażami. Nie zdołała jednak wypatrzyć Rianella, bo szybko musiała ratować się przed upadkiem, do którego przez nieuwagę niemal się doprowadziła. Westchnęła, poprawiając sukienkę. Miała nadzieję, że jeszcze tego wieczoru uda jej się spotkać zarządcę.
        Aktualnie zaś musiała się skupić na występach pozostałych artystów.
Avatar użytkownika
Nevaeh
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Gaia, Ayeesha, Mikao,
Rasa: człowiek
Aura: Nawet początkujący czytelnik aur pierwsze co odkryje w tej emanacji to delikatność. Jej siła jest nieznaczna, mimo to wyraźne szmaragdowe światło otula ją troskliwie. Powłokę szczegółowo pokrywa miedziana barwa, widać na niej grube kobaltowe pasma przecinające się pod różnymi kątami. Tworzące nadzwyczajną mozaikę. Nie słychać żadnych dźwięków, jedynie ciszę, która jakby oczekuje, aż z czułością zmąci ją melodia lub śpiew. Do tego miłym dodatkiem staje się woń perfum. Niestety często psuje ją zapach ludzkiego potu. Powierzchnia w dotyku jest niezwykle miękka, choć gdzieniegdzie zdarzają się miejsca nieco twardsze. Potrafi być na tyle elastyczna, że może przybierać kształt zbliżony do różnych nut. Później jednak potrzebuje chwili wytchnienia, więc uparcie sztywnieje. Prezentuje przy tym niebezpieczne, ostre zakończenia, które skrywa częściowo aksamitny puch, przypominający świeży śnieg. Dodatkowo aura pozostawia po sobie lepki posmak.
Wygląd: Gdyby wygląd sam w sobie był jedyną rzeczą wyróżniającą człowieka, Nevaeh dawno zginęłaby w morzu podobnych do siebie istot. Większość spotykanych przez nią osób określiłaby ją jako przeciętną i szybko straciła zainteresowanie zupełnie zwyczajną kobietą na rzecz jej znacznie atrakcyjniejszych towarzyszek.
Nawet w tak podstawowej kwestii wyglądu, jaką jest wzrost, ...
(Więcej)

Postprzez Aureola » Cz lip 12, 2018 6:06 pm

        - Baaaardzo poproszę! - rzekła Aureola, szczerząc ząbki. Wzmianka o nauce śpiewu szczerze ją ucieszyła, co oczywiście było widoczne na twarzy niebianki. Dziewczyna uwielbiała wszystko, co związane z muzyką, odkąd tylko pamiętała. Kiedy dostała swoje pierwsze skrzypce… Ach, cóż to było za wspaniałe doświadczenie, wydać pierwsze czyste dźwięki! Aureola czuła, że jej dusza całkowicie należy już do muzyki.
        - Ale mnie takie historie już znudziły. Po prostu chcę poznać świat… Nie tylko z perspektywy dam w opałach czy wielkich herosów. Zdradzę ci sekret - dodała błogosławiona, uśmiechając się i puszczając Nevaeh oczko. - Nigdy nie byłam poza wioską.

***

        Aureola do każdego podchodziła z uśmiechem; czy to służba, przyjaciele rodziny czy też służący przyjaciół rodziny! Dziewczyna dla każdego miała sporą porcję pozytywnego nastawienia i radości. Także dla nowych mieszkańców posiadłości. Niebianka bardzo chciała poznać Nevaeh oraz pozostać z nią w jak najlepszych relacjach.
        - Denerwujesz się? - zapytała Aure, ponownie wysyłając do bardki pozytywną energię w postaci szczerego uśmiechu. - Tak, występuję jako coś w stylu dodatku do was. Ale chcę zrobić… wrażenie. - Dziewczyna skłoniła się, kiedy ujrzała za Nevaeh swojego ojca, dając tym samym znać kobiecie, że powinna się odwrócić i zrobić to samo. Aureola miała nadzieję, że bardka zdążyła poznać ją podczas rozmowy w pokoju na tyle, żeby wiedzieć, jak błogosławiona zachowuje się w towarzystwie rodziców. Pan Mandeville to człowiek naprawdę pogodny i wyrozumiały (Pestka potwierdzi to drugie po przygodach z wybrykami Aure), aczkolwiek również mężczyzna ściśle trzymający się wszelkich spisanych i niespisanych zasad.
        - Witaj, ojcze - powiedziała Aureola, spuszczając wzrok i wbijając go w ziemię. Szczery i radosny uśmiech został zastąpiony skromnym uniesieniem kącików ust.
        - Słoneczko, idź przywitaj gości. Pojawiła się dwójka młodych chłopców, to kuzyni państwa Rhaben, powinnaś ich poznać - rzekł, a oczy Aureoli straciły nieco blasku. Nie trzeba było doszukiwać się w tej wiadomości ukrytego przekazu, albowiem on był jasny; zaprzyjaźnij się, znajdź męża, bądź dobrą damą. Bądź idealną córką, żoną.
Bądź tym, kim powinnaś być.
        - Dobrze, tato. - Aureola posłusznie skinęła głową, uśmiechając się nieznacznie, po czym grzecznie poszła do znajomych twarzy; sąsiedzkich rodzin, przyjaciół jej matki. Jakkolwiek nie podobała się błogosławionej wizja poznania kolejnych potencjalnych narzeczonych, tak nie mogła tego po sobie pokazać.
        Aureola do każdego podchodziła z uśmiechem.

        Niebianka po powitaniu niemal każdego (z osobna wysyłając uśmiech), wzrokiem odnalazła Rianella i podeszła do niego. Aureola stanęła obok Pestki i obserwowała występ Nevaeh, która właśnie wchodziła na podwyższenie. Błogosławiona nie mogła się powstrzymać od myśli, że bardka prezentowała się naprawdę pięknie, a humor, jaki przedstawiała na scenie przed występami, tylko dodawał jej uroku. Dziewczyna spojrzała kątem oka na Rianella, sprawdzając, czy może także to zauważył. Aureola uśmiechnęła się pod nosem, kiedy w jej głowie pojawił się nowy pomysł.
        - Jakby co, jestem z Moną, bo poczułam się źle - szepnęła niebianka do pół-elfa, po czym momentalnie zniknęła. Przyrzekła sobie, że zdąży wrócić na występ Nevaeh; przecież otwarcie bramy może zająć niebiance niewiele czasu. Tak też się stało…

        Oczywiście, nikt nie mógł nic zauważyć. Aureola jak szybko zniknęła, tak równie prędko pojawiła się z powrotem. Trzymając się ściany, podeszła do podwyższenia i stanęła niedaleko, znajdując dogodne miejsce do obserwowania sali. Wszyscy byli bardzo zaabsorbowani występem bardki, a po kilku chwilach i niebianka dołączyła do ich grona. Słuchając tekstu piosenki Nevaeh, błogosławiona poczuła się, jakby ktoś rzucał na nią urok. Niezwykle przyjemny czar, z którego wyzwolić ją może tylko wysokiej klasy czarodziej.
I wtedy padły słowa o gałązce bzu. Za podwyższeniem Aureola usłyszała radosny śmiech Iorwen, sama zaś przyłożyła do ust dłoń, uśmiechając się i niemal piszcząc. Jakaż Nev jest urocza, chciało się rzec!
        Potem pozostałe piosenki również porwały publiczność. Dwójka rodzeństwa nawet wyszła na środek tańczyć, co nie spotkało się z aprobatą ich rodziców. Aureola uśmiechnęła się pod nosem.
        Arystokraci byli nazbyt przekonani, że powinni dawać przykład idealnego zachowania. Jednakże gdzie w tym wszystkim zabawa? W tejże chwili, podczas ostatniego występu Nevaeh, można było dostrzec tajemniczy błysk w oczach błogosławionej.
Chwilę po występie bardki na scenie pojawiła się także Amser. Ludzie oglądali ją oczywiście w pełnym skupieniu, aczkolwiek zapewne to nie wystarczyło tancerce. Mimo że dostała równie głośne oklaski co Nev, kobieta pragnęła czegoś więcej. Aureola bowiem pamiętała, że Amser zawsze starała się być lepsza od innych.

        Nadszedł więc czas na występ Aureoli. Dziewczyna po zapowiedzi ojca weszła na podwyższenie, przywołując swoje skrzypce, co zapewne spotkało się z zaskoczeniem kilku osób na widowni. Błogosławiona ukłoniła się z gracją, po czym zrzuciła z siebie płaszcz.
I tak oto zaczął się występ małej Aureoli. Wpierw dziewczyna delikatnie muskała smyczkiem struny skrzypiec, a po sali popłynęły powolne dźwięki muzyki klasycznej. Niebianka z podwyższenia widziała uśmiechy swoich rodziców oraz wpatrzonych w nią ludzi, którzy zapewne zaczęli myśleć o niej jak o dobrze wychowanej córeczce.
“Cóż za talent!”
“Rodzice zapewne są dumni”
“Taka kobieta u boku to skarb”
“Już zazdroszczę jej ukochanemu!”
Ach, no tak. Aureola występowała teraz nie dla siebie. Występowała dla zaprezentowania się. Błogosławionej od dziecka tłumaczono, że powinna mieć bardzo dobrą opinię wśród arystokracji, gdyż to pomoże jej ustawić się w życiu.
“Cóż. Teraz zepsuję sobie tę opinię”.
        Wówczas kiedy kolejne delikatne dźwięki płynęły ze skrzypiec, na scenę wkroczył zakapturzony człowiek. Niski, garbaty, wniósł ze sobą nieco stary taraban. Kiedy ów człowiek zdjął kaptur, wszystkim ukazał się młody chłopiec. I właśnie w chwili, w której uśmiech Aureoli poszerzał się, powiększały się oczy zaskoczonego Felippe’a.
Muzyka przyspieszyła. Dołączył doń bęben i błogosławiona podskoczyła, powoli schodząc z podwyższenia. Podczas tego, zza sceny wyłoniły się postacie ubranych na biało dziewcząt, zapewne w wieku Aureoli. Wszystkie tańczyły, prawie idealnie naśladując kroki samej niebianki.
        Muzyka stała się skoczna, wręcz zapraszała do tańca. Tak więc, jak to Aureola planowała, jedna z dziewcząt chwyciła kuzyna rodziny Rhaben, porywając go w taneczne szaleństwo. Pewne państwo zrozumiało, że to część balowa, a więc również poderwali się do tańca. Aureola przemykała między gośćmi, ciągle grając, skacząc, tańcząc, wyginając ciało we wszelakich pozach… Tancerki wówczas biegały skocznymi krokami po sali, tym razem chwytając następne osoby, łącząc służących, arystokratów, starych, młodych w pary. W pewnej chwili również niebianka wskazywała smyczkiem na persony, które natychmiast były łączone przez jej przyjaciółki. Dziewczęta chwytały za rękę wskazanych ludzi i biegiem prowadziły do pary. Tak mniej więcej skończyła Iorwen z Moną i Pestka z Nevaeh. Aureola uśmiechnęła się przelotnie do bardki, dając jej tym znać, że tutaj nie musi potrafić tańczyć. Wystarczy skakać do rytmu. Sama błogosławiona właśnie tak teraz tańczyła, dając przykład wielu niedoświadczonym osobom na sali. Nawet pani Aurora pozwoliła się porwać do tańca swojej dobrej przyjaciółce.
        Jedynie Felippe ciągle siedział na miejscu, obserwując występ.
Avatar użytkownika
Aureola
Zbłąkana Dusza
 
Inne Postacie: Jane, Isara, Camelia, Keira, Sevi, Eliae, Quillithea, Loneyethe, Rheyaen,
Rasa: Błogosławiona
Aura: Emanacja świeci żwawym, szmaragdowym światłem, choć jej siła wciąż jest niewielka. Powłokę spiralnie otacza miedziane pasmo biegnące od góry do dołu. W miejscach, których nie zakrywa widać złocistą barwę, która lśni w słońcu, jakby był to najprawdziwszy metal szlachetny. U góry widać kobaltowy pyłek leniwe i bardzo powoli rozlewający się powierzchni. Wokół słychać wesołą melodię, która wręcz zmusza nogi do delikatnych podrygów, a czasem nawet i tańca. Wraz z muzyką przychodzi przyjemne uczucie spokoju i błogości. Potęguje to słodka woń lilli, wydzielana przez aurę i przywodzącą na myśl wiosnę. W dotyku niebywale miękka, trzeba bardzo uważać, aby nie zostawić na niej żadnej skazy. Zwłaszcza gdy wygina się na wszystkie strony świata w nieprzewidywalny i chaotyczny sposób. Lepiej też stale mieć na oku brzegi, są raczej tępe, aczkolwiek występują również te ostre i niebezpieczne. U góry natomiast widnieją drobne piórka, białe i nadzwyczajnie aksamitne. Na koniec zaskakuje pozostawieniem po sobie okropnej lepkości w ustach, która będzie dawać o sobie znać nawet przez dłuższy czas.
Wygląd: Mała niebianka to szczyt urody i słodkości, od samego patrzenia na jej pucatą twarz można dostać cukrzycy. Aureola posiada piękne, błękitne oczy, które odziedziczyła po matce, oraz ciemnozłote włosy, sięgające jej nieco poniżej łopatek, które z kolei kojarzą się wszystkim z jej ojcem. Drobniutki nosek wykrzywiony w groźnym grymasie niestety niszczy wizję słodkiej i ... (Więcej)

Postprzez Rianell » N lip 15, 2018 4:53 pm

        Pestka skinął Nevaeh głową z podziękowaniem, ale i tak wiedział swoje - on i sztuka byli jak woda i oliwa, nie mieszali się, cały czas osobno. Miał zbyt praktyczny charakter by zaprzątać sobie tym głowę i wyrobić własny gust… Ale to nie znaczyło, że nie miał ochoty posłuchać występu nowej bardki - rano miał już okazję usłyszeć jej głos i chętnie to powtórzy, bo był naprawdę piękny. Zastanowiło go nawet przez moment czy Nevaeh wiedziała, że on tam wtedy był i jej słuchał? Pewnie była tak zestresowana, że nawet go nie zauważyła dopóki przed nią nie stanął. A potem tak od razu uczepiła się jego rękawa - ciekawe w sumie co jej chodziło wtedy po głowie.
        I to przygryzanie wargi! Czy ona była świadoma tego jak w tym momencie wyglądała i jak takie coś działało na każdego zdrowego mężczyznę? Rianellowi chyba aż odrobinę szczęka opadła i stracił ciągłość myśli, przez co nie zdołał odpowiedzieć na to ostatnie zdanie, nim nie zrobiło się tak zupełnie za późno. Może to i lepiej, bo jeszcze pomyślałaby sobie bóg wie co… A tak to myślał to sobie tylko on.
        Rianell starał się być dla Nevaeh łagodny w temacie jej sukni, bo najwyraźniej dziewczyna miała jakieś kompleksy, które pod nią ukrywała. Albo traumę… Nie był jednak w swej ocenie aż tak surowy jak to zarzucała mu bardka - nigdy nie użyłby tego typu słów, choć faktycznie, na salony to się średnio nadawało.
        - Hm? - Pestelli zdawał się być lekko zaskoczony pomysłem oddania sukni do teatru. - Ależ nie, nie mówisz za dużo, choć ten pomysł jest dość… nietypowy. Jak mówiłem, możesz ją sobie zachować na te luźniejsze dni, ale jeśli faktycznie chcesz ją oddać, proponuję przekazać ją naszej krawcowej: ona na pewno będzie wiedziała co z nią zrobić.

        Simona faktycznie wiedziała co zrobić z szatą Nevaeh. Gdy tylko dowiedziała się, że ma znaleźć zastosowanie dla starego ubrania bardki, wykorzystała moment gdy ta się przebierała i obejrzała suknię. Potwierdziła, że to dobry, choć już trochę znoszony materiał i że jeszcze długo mógłby komuś służyć.
        - Jeśli chcesz, można to pofarbować, trochę przeszyć w talii i nadal możesz to nosić - zaproponowała, szczypiąc materiał by zwizualizować co ma na myśli. Nie nalegała jednak i jeśli Nevaeh faktycznie nie chciała dłużej tego nosić, to zapewniła, że zrobi z tego dobry użytek i odłożyła workowatą sukienkę na bok, aby zająć się tą na dzisiejsze wielkie wyjście.

        Pestelli jakby nie do końca zdawał sobie sprawę z tego jak bardka odebrała sposób, w jaki ją objął. Chciał ją tylko wprowadzić do środka i puścić, bez żadnego podtekstu, tym bardziej zdziwił się, gdy ona przytrzymała jego dłoń, nie dał jednak tego po sobie poznać. W sumie to nawet podobało mu się, że mógł chwilę dłużej trzymać ją w objęciach… Ale co dobre szybko się kończy i w końcu również Nev odpuściła, a on nie miał już powodu by tak z nią stać, więc odpuścił i dalej rozmawiał z Simoną jakby absolutnie nic nie zaszło. Gdy wszystkie ustalenia były już poczynione, zarządca wycofał się, wiedząc z góry, że spotka się z jakimiś docinkami ze strony pozostałych artystek. Nie pomylił się - za dobrze je znał. Co więcej Iorwen od razu postarała się wciągnąć w dyskusję Nevaeh, a Pestka miał na całą trójkę na tyle dobrą perspektywę, by od razu spostrzec, że bardka się speszyła.
        - Poradzicie sobie - spławił po swojemu malarkę, a zaraz potem do akcji wkroczyła Amser, rozstawiając wszystkich po kątach, dobierając do tego całkiem słuszne argumenty… Ale i tak cała rozmowa poszła w zdecydowanie nie tym kierunku, w którym powinna, a on żałował, że jednak nie wyszedł od razu, jeszcze wymownie trzaskając drzwiami.
        - Tu bym polemizował, ale obowiązki wzywają… Powodzenia! - zawołał od drzwi, gdy zaczęto rozważać atrakcyjność nagich śpiewaczek. Takich pytań nie powinno się zadawać mężczyźnie, jeszcze na dodatek zdrowemu kawalerowi, jeśli nie było się gotowym na jego brutalną odpowiedź.
        Powrót do pokoiku Simony był dokładnie taki, jak zakładał - z krzykami, piskami i zakazem wchodzenia do środka.
        - Najpierw nie chciały mnie wypuścić, a teraz wpuścić, ech, te baby - skomentował głośno i dobitnie w kierunku drzwi, które Iorwen zatrzasnęła mu tuż przed nosem. Spodziewał się tego, ale ponarzekać musiał, by tradycji stało się zadość. Zaraz usłyszał jednak dobiegający ze środka szczery śmiech, którego nie rozpoznawał - to pewnie Nev. Musiała dobrze się bawić… To dobrze. Rianell sam poczuł zadowolenie na myśl, że dziewczyna nie zamartwiała się po niewoli u kupca i nadal potrafił się tak pięknie, otwarcie śmiać. On do tej pory nie odzyskał tej umiejętności.

        Gdy Rianell wieczorem zobaczył Nevaeh, jego usta same złożyły się do pełnego aprobaty gwizdu, którego jednak z siebie nie wydobył. Oj dziewczyny się postarały, zdecydowanie - bardka wyglądała przepięknie. Jak w tej bajce o brzydkim kaczątku, teraz stała się łabędziem - jej gruby warkocz prezentował się bardzo okazale na tle jasnej skóry i kremowego materiału sukni. Jednocześnie nie było to przebranie - miało w sobie coś lekkiego, przekonującego, pasowało do niej. W innych okolicznościach - a już zwłaszcza dwadzieścia lat temu - Pestelli pewnie wciągnąłby brzuch, wypiął pierś i uderzył w konkury, gdyby dojrzał taką dziewczynę w tłumie. Nie był w tej ocenie jedyny, bo wychwycił kilka innych spojrzeń wyrażających aprobatę, a czasami nawet mężczyzn, którzy patrzyli na Nev tak samo jak on. Co odrobinę go irytowało, ale nie było tego po nim widać, bo chmurne oblicze przypisywano jego typowej powierzchowności. A też nikt nie śmiał podejść, by razem pozachwycać się wyglądem Nevaeh, więc i nie było kogo upominać. Pozostawało więc dalej robić swoje, jedynie zerkając od czasu do czasu na bardkę, która tego wieczoru błyszczała jak prawdziwa gwiazda, a przynajmniej tak postrzegał ją Rianell.
        Czy panienka Aureola dostrzegła tę aprobatę w oczach zarządcy, trudno orzec, była jednak jedną z niewielu osób, przed którą nie zamierzał się kryć - łącząca ich więź, podobna do tej, która łączy rodzeństwo, wykluczała tego typu tajemnice.
        - Hm? Dobrze - przyjął do wiadomości wymówkę Aureoli. Nie wnikał, czy była prawdziwa, chyba po prostu wolał jej zaufać, bo niby nie było niczym niezwykłym, że dziewczyna może potrzebować chwili na odzyskanie sił, ale jednak w połączeniu z niespodzianką, która miała mieć miejsce tego wieczoru, Rianell mógłby wysnuć zbyt celne wnioski i musieć wybierać czy woli pomóc Aureoli, czy uprzedzić jej ojca… Nie, wolał sobie tego oszczędzić. Tak było najlepiej. Tym bardziej, że właśnie zaczynał się występ.
        Gdy już przygaszono połowę lamp, co było jasnym sygnałem rozpoczęcia pokazu, Pestelli jeszcze się krzątał - wydawał ostatnie dyspozycje osobom, które roznosiły drinki i posiłki, upewniał się, że każdy kolejny etap jest przygotowany i czeka tylko na odpowiedni sygnał, a gdy to już było gotowe, zarządca mógł ze spokojem znaleźć chwilę dla siebie. Przystanął niedaleko drzwi wejściowych z tyłu sali. W tym świetle zdawało się, że stał dumnie wyprostowany, z rękami splecionymi za plecami i czekał na choćby jedno skinienie państwa, lecz tak naprawdę dość swobodnie opierał się o ścianę, dając chociaż trochę odpocząć nogom. Nie lubił swoich butów do liberii, były dla niego zbyt dopasowane i gdyby mógł, chętnie zamieniłby je na obuwie robocze. Zapomniał jednak szybko o tej drobnej niewygodzie, gdy Nevaeh zaczęła swój występ. Słuchał jej z dużą uwagą i szacunkiem - podobała mu się muzyka, którą dziewczyna prezentowała. Głos też przypadł mu do gustu - bardzo kobiecy i łagodny, idealnie pasował do tej pieśni. Zarządca aż przymknął oczy, dając się jej ponieść. Lubił takie klimaty, przy takich nastrojowych utworach potrafił się odprężyć i przez moment nie myśleć o własnym życiu i wszelkimi związanymi z tym troskami. Przypominały mu się historie, którymi karmiła go matka - te wszystkie legendy o rycerzach, księżniczkach i smokach, inne jednak niż typowe dziecięce bajki, doroślejsze i nie zawsze z tak szczęśliwym zakończeniem, jakiego się oczekiwało. W tamtych czasach lubił się w nich odnajdywać - wyobrażał sobie, że sam jest takim rycerzem, który znajdzie swoją księżniczkę, odda jej serce i razem wyruszą w świat. Życie jednak wyśmiało jego marzenia, odebrało ideały i postawiło w tym miejscu i czasie, tak odległym od tego, o którym śnił Rianell. Lecz w tym momencie, gdy Nev śpiewała swoją melancholijną kompozycję, on jednak dochodził do wniosku, że tak też jest dobrze. Nawet bardzo dobrze.
        Nagle Pestelli otworzył oczy - usłyszał zmianę tonu w piosence Nevaeh i zaintrygowało go to - smutek przeszedł w nieśmiałą radość i nadzieję, a do niego coraz bardziej docierało, że to żadna ludowa przyśpiewka tylko coś, co pewnie ona ułożyła sama, a każdy dźwięk, każde słowo, płynęły z głębi jej serca. Zdawało mu się, że pojął co chciała przekazać, że ją rozumie. Nie dosłyszał tego drobnego zawahania na końcu zwrotki, a jeśli nawet - zrzucił je na karb silnych emocji. Znowu z trochę nieobecnym wzrokiem patrzył i słuchał. Do momentu, gdy padła ta jedna konkretna linijka, te słowa o kwiatach bzu we włosach. To nie mógł być zbieg okoliczności, ona naprawdę… Naprawdę… Rianell nie wiedział czy jest głupi, czy naiwny, czy może mu się nie przesłyszało. Jego serce zabiło tak mocno, że pewnie postronni mogli to usłyszeć. Patrzył na Nevaeh wzrokiem wyrażającym ogromne zaskoczenie, prawie nie mrugał, a jego wargi zastygły lekko rozchylone, bo nie potrafił wydobyć z siebie słowa. ”Uśmiechnij się, głupku. Powinieneś się uśmiechnąć. Uśmiechnij się!”, krzyczał głos w jego głowie, ale on nadal tylko patrzył, bo przecież można być optymistą, ale nie aż takim by oczekiwać, że ta piosenka była skierowana do niego. Przecież nawet na niego nie patrzyła, skupiona całkowicie na muzyce.
        Gdy utwór dobiegł końca, Rianell klaskał razem ze wszystkimi, nim jednak wybrzmiały owacje, wymknął się na korytarz.

        Wrócił nim Nevaeh skończyła swój występ, poważny i opanowany jak zawsze, jakby nigdy nic się nie stało. Podszedł w pobliże sceny, bo chciał pomóc jej zejść i pogratulować, lecz jak na złość wtedy zawołał go pan Felippe, którego zarządca nigdy w życiu nie śmiałby spławić. Podszedł więc, jedynie kątem oka spoglądając na bardkę, która opuściła scenę - oczywiście potykając się, niezdara - i zniknęła wśród reszty artystów.
        Nie było istotne czego chciał lord Mandeville, bo była to jedna z setek typowych próśb, jakie mogły paść w takiej sytuacji - Rianell zrobił to, co do niego należało i znowu oparł się gdzieś z boku o ścianę. Patrzył na występ Amser, ale myślami był gdzieś daleko, nadal pochłonięty przez pieśń Nevaeh. Trochę się ożywił, gdy miejsce tancerki zajęła Aureola ze swoimi magicznymi skrzypcami. Wysłuchał jej ze spokojem i zadowoleniem, lecz tylko do czasu, gdy nagle na scenie pojawił się jakiś zakapturzony osobnik. Pestelli momentalnie poderwał się i ruszył w stronę sceny, przekonany, że to jakiś intruz, już nawet podwijał rękawy, by w razie czego znokautować go na miejscu, lecz w porę pojął, że Aureola wcale nie była zaskoczona pojawieniem się tego człowieka. A to znaczyło, że pewnie sama go wprowadziła… ”Czyli to jest ta twoja niespodzianka…”, pomyślał kwaśno zarządca, już wiedząc, jak to się może rozwinąć. Zerknął kontrolnie na stoli zajmowany przez państwo Mandeville - oboje byli zaskoczeni, lecz w przypadku pani Aurory było to zaskoczenie radosne, a pana Felippe pełne niedowierzania. Tylko czekać, aż poprosi żonę, by ta go uszczypnęła… Na razie jednak nikt go nie wołała, więc Rianell dyplomatycznie nie wysuwał się przed szereg.
        Rianell był nie w sosie, ale dzielnie się trzymał, by nie dać po sobie poznać, że tego nie było w planach - po co ludzie mają o tym wiedzieć, niech dobrze się bawią. Pani Aurora była zresztą podobnego zdania, a jej uśmiech zaraził tyle osób, że już nikt nie wnikał, czy te dziewczęta miały się tu pojawić i co to w ogóle ma znaczyć. Gdy zaczęły się tańce nawet do nich dołączyła, na co nie mógł jednak przystać Pestelli. Nie, on nie tańczył, koniec. Kiedyś mu się zdarzało, gdy był młodszy i wolny, wtedy każdy tydzień pracy kończył się dla niego na potańcówkach, gdzie wręcz go wyczekiwano, bo miał charyzmę i polot, a dziewczęta go uwielbiały. Teraz jednak nie zamierzał dołączyć.
        - Nie, nie ma mowy, nie… - protestował, gdy nagle podbiegły do niego dwie nastolatki i pociągnęły go do reszty. Opór stawiał słaby, by nie robić scen, ale tak się na tym skupił, że nie wiedział kogo wybrano mu do pary, aż ta osoba nie znalazła się w jego ramionach.
        - Nevaeh? - zapytał zaskoczony. Ktoś z tyłu go jednak szturchnął i wiedział, że nie mogą tak stać w nieskończoność. Uciekać też nie zamierzał, bo nie chciał sprawić dziewczynie przykrości… i sobie może przy okazji też, bo kto wie, kiedy zacząłby sobie wyrzucać tchórzostwo. Widząc jednak lekką panikę w spojrzeniu bardki pewnie objął ją w talii, szorstką od pracy ręką złapał ją za dłoń i ruszył.
        - Zdaj się na mnie - powiedział, by trochę się rozluźniła. O ile nie będzie spięta, da radę ją poprowadzić, bo wiejskie przytupańce, jakie akurat trwały, nie miały żadnych stałych kroków, żadnych obowiązkowych figur i można było robić co się chciało i kiedy chciało. Pestelli wykorzystał to więc na swoją korzyść. Podskakiwał z Nevaeh w ramionach, czasami puszczając ją jedną ręką i pozwalając by się kręciła, a potem wracała do niego, gdy ją przyciągnie. Dziewczynom zawsze się coś takiego podobało, liczył, że ona nie będzie wyjątkiem. Chciał, by się dobrze bawiła.
        W końcu tańce dobiegły końca. Rianell skłonił się pięknie przed bardką, dziękując jej za wspólne chwile. Gest był teatralny, stanowił kolejne echo czasów, gdy był młody, charyzmatyczny i często podkreślał, że jego ojcem był elfi książę, więc jego maniery nie brały się znikąd.
        - Dziękuję za taniec, lady Nevaeh - zwrócił się do niej niskim, przyjemnym głosem. - Teraz proszę jednak o wybaczenie, muszę wracać do obowiązków…
        Tak, koniecznie musiał, bo już podczas zabawy dostrzegł ten wzrok pana Felippe - niby spokojny i miły, ale skrywający niezadowolenie. Rianell zaraz do niego podszedł i upewnił się, że ma rozgonić to towarzystwo, ale bez robienia scen - spodziewał się tego. Wstał więc zaraz i zaczął z uśmiechem wypraszać koleżanki Aureoli, dziękując za zapewnioną przez nie rozrywkę. Samej błogosławionej posłał proszące spojrzenie “nie utrudniaj”, czego ona oczywiście nie zamierzała robić - postawiła na swoim i to było najważniejsze. Teraz tylko bura i spać.

        - Wybacz, panie, za te zmiany w planach, nie dopilnowałem wszystkiego.
        Rianell jak zawsze starał się wziąć na siebie przynajmniej część winy za wybryk Aureoli, lecz Felippe zwęszył pismo nosem i lekceważąco machnął ręką na zarządcę.
        - Fakt, może nie dopilnowałeś - zgodził się. - Ale to niestety głównie zasługa mojej córki.
        - Chciała urządzić dla gości miłą niespodziankę - bronił jej Rianell. Pan Mandeville westchnął, spoglądając na niego z pewnym pobłażaniem.
        - Niektórych rzeczy nie wypada robić nawet jeśli ma się dobre intencje - zauważył. - Wracaj już do swoich zajęć, pewnie masz jeszcze sporo na głowie… I dziękuję, że przyszedłeś mi to powiedzieć.
        - Oczywiście, panie - odpowiedział natychmiast Pestka, nim skłonił się i odszedł, by dopilnować sprzątania po zabawie.

        Dobiegała północ, gdy do pokoju artystek ktoś zapukał. Kolacja z muzyką skończyła się już dawno i tak naprawdę już każdy, kto nie był zaangażowany w sprzątanie, kładł się spać. Kogo więc mogło nieść o tej porze? Pierwszą, która zerwała się by to sprawdzić, była malarka.
        - Cześć, Iorwen.
        - O, cześć, Pestka - odpowiedziała mu zaskoczona dziewczyna.
        - Nevaeh śpi?
        - Nie… zawołać?
        - Jakbyś mogła.
        Rianell czekał na bardkę oparty ramieniem o ścianę korytarza, w którym świecił się tylko pojedyncze świece, tworząc klimatyczny, intymny półmrok. Zarządca był nadal ubrany w liberię, lecz jego rozwiązana muszka wisiała swobodnie, a ostatnie dwa guziki koszuli były rozpięte, włosy zaś poczochrane. Wyglądał na zmęczonego, lecz gdy zobaczył wychodzącą do niego Nevaeh, uśmiechnął się nikle.
        - Gratuluję występu - zapewnił szeptem, by nie przerywać nocnej ciszy. - Naprawdę pięknie śpiewasz… Mam coś dla ciebie.
        Rianell dopiero teraz ujawnił, co trzymał za plecami - był to bukiet kwiatów.
        - Od tajemniczego wielbiciela, który chciałby zachować anonimowość - wyjaśnił. - Proszę - dodał, wręczając jej wiązankę. Była to kompozycja złożona z frezji i goździków, w jasnych odcieniach bieli i różu. To nie było bez znaczenia. Rianell - no bo nikt nie powinien mieć wątpliwości, że kwiaty były od niego - choć posiadał tylko część elfiej krwi, tak jak chyba każdy elf podświadomie rozumiał mowę kwiatów. I nie chodziło tu wcale o te głosy, które w baśniach słyszeli książęta, gdy cała łąka szeptała, gdzie zły mag zbiegł z uprowadzoną księżniczką. Chodziło o symbolikę. I tak w jednym bukiecie zawarł swoje nieme zapewnienia o podziwie pod postacią goździków, a frezjami wyraził szacunek, ale i chęć do flirtu, o ile w ogóle Nevaeh była nim zainteresowana. Kolory - biel i róż - ładnie się ze sobą komponowały, ale też świadczyły o czystości jego intencji i chęci budowania solidnego uczucia, przyjaźni czy miłości, to już zależało od jej wyboru. Nie powołał się na pełną pasji czerwień, bo to byłoby zbyt prostackie.
        - Jest już późno, nie będę zabierał ci czasu - zapewnił szeptem, odbijając się ramieniem od ściany. - Dobranoc, Nevaeh.
Avatar użytkownika
Rianell
Zbłąkana Dusza
 
Inne Postacie: Sanaya, Jorge, Dżari, Skowronek, Yastre, Tioyoa, Kinalali, Widugast, Ijumara, Nikolaus, Kaikomi, Rael, Mniszek, Mitra, Sadik,
Rasa: Półelf
Aura: Każdy sprawny czytelnik dostrzeże, że emanacja ta rozbudowywała się wiele lat i nadal jest w trakcie kształtowania się. Zdejmując obsydianową płachtę trzeba być gotowym na sporą dawkę cynkowego kurzu. Wywołuje kaszel i drapanie w gardle, ale gdy wzniesiony pył opadnie, odczuć można wyłącznie zachwyt. Kobaltowa konstrukcja wzmocniona jest platynowymi wkładkami oraz zawiasami. Budowla ta jest niebywale twarda i wytrzymała, choć z widocznymi pęknięciami, które zasklepione zostały miedzianą żywicą. Smakuje ona gorzko i delikatnie lepi się między palcami. Ów drobne mankamenty wskazują na bogate doświadczenie, ale także przerywają ciągłość jaką stanowi dobrze zeszlifowana gładź. Lekki powiew niesie ze sobą zapach wiórków dopiero, co rąbanego drewna oraz mokrego drzewa. Chętnie więc oddycha się tutaj pełną piersią, a różnobarwne skrawki materiałów tworzą taśmy przytrzymujące świeżo sklejona kawałki. Ich mdłe barwy gną się z niezwykłą łatwością, ale tylko wtedy, gdy nie są naprężone. Inaczej łatwo zranić się ich ostrą krawędzią czy też nabawić drzazgi w palcu. Ich poruszenie nie wywołuje żadnego dźwięku, jedynie drżą, by po chwili zastygnąć w miejscu.
Wygląd: Półelf już na pierwszy rzut oka, doskonała mieszanka cech obu tych ras, troszeczkę tylko przybrudzona - to najkrótszy i najcelniejszy opis aparycji Rianella. Na dodatek od razu widać, że to mężczyzna, któremu niestraszna jest praca fizyczna. Sylwetkę ma krzepką, ale nie przypomina wojownika ani siłacza - jego mięśnie ukształtowała praca, a nie walka i ćwiczenia, przez co na ... (Więcej)
Uwagi: Dla przyjaciół Pestka.

Postprzez Nevaeh » Pn lip 16, 2018 9:52 am

        Reakcją Nevaeh na słowa niebianki było lekkie zaskoczenie. Przemyślawszy to jednak ponownie, kobieta doszła do wniosku, że zasadniczo fakt, iż młodziutka córka arystokratów nie zaznała jeszcze uroków świata zewnętrznego, nie był niczym dziwnym. Bogatym ludziom zdarza się podróżować, owszem, ale zazwyczaj robią to po osiągnięciu pewnego wieku i w dużej mierze przywilej ten przysługuje mężczyznom. Kobiety zaś, pełniące głównie funkcję wzorowych pań domu, z reguły się tego domu trzymają - a w ostateczności, zepchnięte do roli atrakcyjnego dodatku do męża, towarzyszą mu w podróży, niekoniecznie czerpiąc z niej jakąkolwiek przyjemność. Sama bardka ostatecznie nie zwiedzała świata dla własnej rozrywki i gdyby losy jej rodziny potoczyły się inaczej, zapewne także nie wyściubiłaby nosa poza balkony arturońskich rezydencji.
        Równocześnie jednak doskonale znała takie pojęcia jak głód wiedzy i rozumiała ducha przygody, który przemawiał przez usta panienki Mandeville. Śpiewaczka uśmiechnęła się ciepło, a następnie oparła dłonie o kolana, prostując ręce w łokciach i delikatnie kiwała się na łóżku, to w przód, to w tył.
        - Jeszcze zdążysz zaspokoić swoją ciekawość świata - zapewniła dziewczynę. - Podobno muzycy są jak uprawiana przez nich sztuka: dynamiczni, pełni pasji, nie dający się schwytać… Jeśli choć część z tego jest prawdą, nie dziwota, że większość bardów prowadzi wędrowniczy tryb życia. Ale wiesz, co ci powiem? - przekrzywiła głowę, patrząc na energiczną niebiankę. - Według mnie, nieważne czy zwiedzasz najdalsze zakątki światów, czy całe życie spędzasz w zabitej dechami wiosce; póki masz wokół siebie ludzi, którzy dobrze ci życzą i kochają cię niezależnie od tego, jakie decyzje podejmujesz, to wystarczy, żeby być szczęśliwym.

        Walcząc zarówno z falbankami przymierzanego stroju, jak i z nieodpartą chęcią wzięcia nóg za pas, póki jeszcze była ku temu sposobność, Nevaeh pozostawała skupiona na wszystkim, co działo się w pomieszczeniu. Na dźwięk słów krawcowej poczuła coś na kształt ulgi. Nie żeby jej stara szata miała dla bardki jakieś większe znaczenie sentymentalne, ale mimo wszystko była dość wygodna i całkiem praktyczna, bez niepotrzebnych udziwnień czy zawadzających wstążek, a poza tym w zadowalającym stopniu zakrywała jej ciało, dlatego kobieta rozstawałaby się z nią bardzo niechętnie.
        - Jeśli to nie problem, byłabym wielce zobowiązana. Naprawdę lubię ten kawał szmaty.

        Oprócz delikatnej woni olejków zapachowych, rozprowadzanych po komnacie, w pomieszczeniu dało się wyczuć wzrastające podniecenie. Oczekiwane występy zbliżały się z każdą sekundą i część gości zaczynała się niecierpliwić. Ci bardziej zaciekawieni - i mniej subtelni - wychylali się z zajmowanych przez siebie miejsc, by podejrzeć ostatni etap przygotowań, rozgrywający się za sceną. Do Nevaeh to wszystko powoli przestawało docierać; jej umysł stopniowo izolował się od bodźców zewnętrznych, budząc w sobie wrażliwość na to, co wydobywało się ze środka jej duszy. Śpiewaczka jednak wciąż pozostawała na tyle przytomna, żeby zdawać sobie sprawę z tego, co działo się w jej najbliższym otoczeniu, dlatego nadal potrafiła prowadzić z Aureolą rzeczowy dialog.
        - Nieszczególnie - odpowiedziała na pytanie o zdenerwowanie. - Występuję na scenie od wczesnego dzieciństwa, a solo już od ładnych paru lat, więc przez ten czas zdążyłam oswoić tremę. Mam tylko nadzieję, że to, co zamierzam zaprezentować, przypadnie wam do gustu… - dodała nieco ciszej. Uśmiechnęła się do niebianki, kiedy dostrzegła pełen ekscytacjii blask w jej oczach. - Cokolwiek panienka planuje, na pewno zrobi wrażenie. Może nawet przyćmi moje rzępolenie…? - puściła dyskretne oczko w stronę dziewczyny.
        Zauważyła jednak nagłą zmianę w jej zachowaniu, a że bycie roztrzepaną wcale nie oznacza ignorancji, wiedziała już, z czym miała do czynienia. Odwróciła się szybko, by okazać szacunek gospodarzowi i swemu nowemu właścicielowi.
        - Dobry wieczór, panie Mandeville.
        Nie zamierzała niepotrzebnie niczego dodawać, zwłaszcza że arystokrata najwyraźniej miał obecnie na uwadze nie bardkę, lecz swoją córkę. Lutnistka taktownie postąpiła krok do tyłu, wiedząc, że uczestnictwo w konwersacji, która nie jest przeznaczona dla ciebie, to zachowanie nieprzystojące nikomu, a już na pewno nie służącej na prawach niewolnicy. Mimo iż kobieta w żadnym wypadku nie zamierzała podsłuchiwać rozmowy, do jej uszu doleciała wypowiedź Fellipe’a. Nevaeh nie była głupia i doskonale wyłapała kryjącą się za nią aluzję. W jej głowie pojawiło się pytanie, jak tego typu sugestie wpływają na panienkę, lecz nie dane jej było na razie zgłębić tego tematu, bo właśnie nadeszła pora na jej występ.
        Może kiedyś, przy okazji, poruszy tę kwestię. Ale to zdecydowanie nie był odpowiedni czas ani miejsce na takie bezpośrednie zachowania.

        Nev stała nieco na uboczu, w skupieniu podziwiając występujących po niej artystów. Starała się nie zwracać uwagi na Iorwen, która co kilka sekund szturchała ją łokciem albo dosyć boleśnie dźgała palcem w bok, ale malarka była uparta jak zawsze.
        - Co to miało być, hm? - zagadnęła śpiewaczkę szeptem, po raz kolejny wbijając paznokieć między jej żebra. - Nie ignoruj mnie, jak zadaję zrozumiałe pytanie. Wprawdzie mówiłam ci, że masz się nie krępować, ale no czegoś takiego to się nie spodziewałam. Ja myślałam, że cicha woda z ciebie, a tu… tsunami, po którym nam wszystkim mokro! Zdajesz sobie sprawę z tego, że Amser już cię nienawidzi, prawda?
        Nevaeh prychnęła bezgłośnie, niby z nonszalancją, choć jej duszę zalała fala wątpliwości. “Może faktycznie przesadziłam…”, myślała gorączkowo. “Może nie powinnam była tego robić; najpierw to całe zajście w pracowni Simony, teraz wyskoczyłam z tą pieśnią… Mam nadzieję, że Rianell nie odbierze tego źle. W końcu zrobiłam to w dobrej wierze…”
        Odnosiła jednak nieodparte wrażenie, że argument o działaniu w dobrej wierze niekoniecznie trafi do złotowłosej artystki, która w tej chwili zachwycała publiczność swoim tańcem. Nevaeh czuła na sobie jej wzrok, a to doznanie nie należało do najprzyjemniejszych. Kiedy Amser schodziła ze sceny, śpiewaczka posłała jej najserdeczniejszy uśmiech, na jaki mogła się zdobyć, lecz grymas, który dostała w zamian, wcale nie poprawił jej samopoczucia. Wolała nie myśleć o konfrontacji, do jakiej zapewne dojdzie wieczorem, gdy dziewczyny zamkną za sobą drzwi swojej sypialni.
        Na szczęście nie musiała w tym momencie martwić się zazdrosną koleżanką, bowiem całą swoją uwagę postanowiła poświęcić panience Mandeville, której występ był następny w kolejności. Bardka zamknęła oczy, wsłuchując się uważnie w każdy dźwięk przyjemnej, klasycznej melodii; nieznacznie kiwała głową w rytm muzyki. W jej ocenie gra Aureoli była poprawna, a warsztat sam w sobie nienaganny, dlatego widzowie wydawali się ukontentowani, ale dla wytrawnego ucha… w występie niebianki czegoś brakowało. Nevaeh dobrze wiedziała czego. Tego zaangażowania, tej pasji, z jaką dziewczyna wcześniej rozmawiała o muzyce. Bo choć lutnistka ani przez chwilę nie wątpiła w to, że Aure czuje graną przez siebie melodię, to jednak za jej pomocą nie wyraża prawdziwej siebie, lecz coś zupełnie innego. Tworzyło to zgrzyt, niewychwytywalny dla zwykłego obserwatora, ale aż nazbyt widoczny dla kogoś, kto muzyce oddał całą duszę.
        Nevaeh zacisnęła wargi, mając już w głowie pierwszą lekcję, jakiej udzieli młodej niebiance, gdy nastąpił nagły zwrot akcji. Melodia uległa zupełnej przemianie, a wśród tłumu dało się dostrzec poruszenie. Bardka spojrzała na rozpromienioną Aureolę i uśmiechnęła się. Tak, teraz było zdecydowanie lepiej. Teraz dziewczyna nie grała już poprawnie - tak jak poprzednio Nevaeh, wyszła poza schemat utworu, zmieniając jego dźwięki w słowa, niosące ze sobą przesłanie. I to właśnie było sednem sztuki.
        Wokalistka poruszała się w rytm melodii, choć wciąż stała w miejscu. Całe jej ciało aż rwało się do tańca, jednak umysł pozostawał trzeźwy. I myślał zapobiegawczo. Kobieta nie zamierzała podejmować żadnych ryzykownych kroków - a te taneczne z całą pewnością do takowych się zaliczały - więc tylko przyglądała się gościom, którzy dali się porwać muzycznemu szałowi.
        … aż do momentu, w którym to dwie pary szczupłych rąk bezceremonialnie wciągnęły ją na parkiet, zanim zdążyła w jakikolwiek sposób się sprzeciwić. W myślach cofała słowa, jakoby teraz było zdecydowanie lepiej. Co to, to nie; właśnie zapowiadało się na największą katastrofę wieczoru. Nevaeh poczuła skurcz zdenerwowania, który nieco ścisnął jej organami wewnętrznymi. A kiedy stanęła naprzeciw tego, z którym dobrano ją w parę… Cóż, jeśli do tej pory można było mówić o lekkim stresie, to aktualnie w jej oczach malowało się czyste przerażenie. Uniosła dłonie w obronnym geście.
        - O nie, ja nie tańczę... - mamrotała spanikowana, szukając wzrokiem ratunku albo chociaż szczeliny w tłumie, przez którą mogłaby uciec. - O nie. Nie, nie, kategorycznie… Ach! - stłumiony okrzyk wyrwał się z jej ust, kiedy Pestelli przyciągnął ją do siebie i poprowadził w tan. - To się skończy bardzo źle… - mruknęła jeszcze, ale już z mniejszym przekonaniem.
        Wzięła głęboki oddech i za wszelką cenę usiłowała skupić się na swoich nogach i na tym, by nie poplątać ich ze sobą, ze suknią, a w najgorszym razie z nogami partnera, co w jej przypadku nie było wcale takie nieprawdopodobne - ale dopóki Nevaeh bardzo się pilnowała, poruszanie się zgodnie z rytmem szło jej wcale nie najgorzej. Problem w tym, że kiedy za dużą uwagę poświęcasz stawianiu odpowiednich kroków, cały sens tańca znika. Bardka prawie zdołała pogodzić się z myślą, że nie jest jej dane zaznać w ten sposób przyjemności, lecz słowa Rianella poddały ową myśl w wątpliwość. Spojrzała mężczyźnie w oczy, zastanawiając się, na ile może zaufać mu w tej kwestii. Może i znał się na tańcu, ale nie miał jeszcze styczności z niezwykłym antytalentem panny Lahza’ya, więc pieśniarka obawiała się, że jeśli sobie pofolguje, zabawa skończy się tak, jak to bywało do tej pory. Jednak zarządca zdawał się być pewny swego, dlatego po chwili wahania, Nev postanowiła zaryzykować, ten jeden, ostatni raz. Pozwoliła Pestellemu przejąć kontrolę nad sytuacją i poruszała się dokładnie tak, jak kierowały ją jego ręce - i musiała przyznać, robiły to całkiem zręcznie. Kiedy po dłuższym czasie, mimo systematycznego wpadania w innych gości, śpiewaczka nadal trzymała się w pionie - co już samo w sobie było sporym sukcesem - i zaczęła odnosić wrażenie, że niespodziewane pląsy sprawiają jej więcej radości niż mogła przypuszczać, poczuła się nieco pewniej. Przez cały taniec zaliczyła tylko jedną wpadkę. Gdy podczas piruetu jej ręka mimowolnie wzięła jakiś dziwny zamach, bardka cofnęła się gwałtownie, by nie przygrzmocić Rianellowi w jego przystojną twarz. Pech chciał, że w tym momencie nogi zupełnie przestały się jej słuchać, w konsekwencji czego Nevaeh z efektownym hukiem uderzyła pośladkami w posadzkę.
        Z krzywym uśmiechem spojrzała w górę na zarządcę, pozwalając rękom opaść wzdłuż ciała w dramatycznym geście.
        - Ale hej, są pozytywy! - zawołała z niezłomnym optymizmem. - Przynajmniej tym razem nie skrzywdziłam nikogo innego.
        Niezrażona drobnym niepowodzeniem, kontynuowała taniec, tym razem nieco ostrożniej, wciąż jednak swobodnie dawała się prowadzić i wciąż była bardzo świadoma fizycznego kontaktu między nią a Pestellim. Kilkakrotnie przyłapała się na tym, że jej spojrzenie uciekało w stronę ich złączonych rąk. Przez głowę lutniski przemknęła myśl, że dłonie Rianella są jak on sam: szorstkie, ale ciepłe. Dające poczucie bezpieczeństwa, kiedy wszystko jest pod kontrolą zarządcy. Dlatego Nev bez sprzeciwu podporządkowała się jego opinii w kwestii sukni - i dlatego przełamała swój strach przed tańcem. Wprawdzie nadal stanowiła realne zagrożenie dla otoczenia - na co niezaprzeczalny dowód stanowił incydent sprzed chwili - ale teraz przynajmniej wiedziała, że można to kontrolować. Nawet jeśli ona sama tego nie potrafiła, istniał ktoś, kto był w stanie zapanować nad jej chaosem.
        To było zaskakujące odkrycie.
        Artystka nie mogła zaprzeczyć - bawiła się całkiem nieźle. Ale, jak wiadomo, nic nie może trwać wiecznie. Razem z muzyką, skończyły się tańce. Nevaeh odsunęła się od Pestellego, obserwując jego dostojny ukłon, który, musiała przyznać w duchu, zrobił na niej niemałe wrażenie. Lecz kiedy następnie mężczyzna zwrócił się do niej w tak górnolotny sposób, bardka parsknęła śmiechem. Wiedziała, że to niestosowne, więc szybko zakryła dłonią usta - zwłaszcza że nie chciała w żaden sposób urazić zarządcy - i starała się przybrać poważny wyraz twarzy, ale kąciki jej ust wyraźnie drgały, chcąc wygiąć się ku górze. Odchrząknęła nieznacznie i odrobinę uniósłszy w dłoniach falbany sukienki, dygnęła równie elegancko.
        - Przyjemność po mojej stronie, panie Pestelli. - Poczuła nagłe déjà vu; już drugi raz tego dnia kłaniała się temu samemu mężczyźnie, usiłując zachować kamienną twarz. Skinęła lekko głową, gdy Rianell się pożegnał i odprowadziła go cichym chichotem - nie z gatunku tych denerwujących, kokieteryjnych, typowych dla młodych podlotków, lecz takim, w którym dało się słyszeć szczere rozbawienie.
        Z tego wszystkiego Nevaeh zapomniała spytać półelfa o opinię na temat jej występu i uświadomiła to sobie dopiero teraz, kiedy zarządza zniknął jej z oczu. Westchnęła, poprawiając gałązkę bzu, która wysuwała się z jej włosów. No trudno, jeszcze będą ku temu okazje… Śpiewaczka obróciła się na pięcie i rozejrzała po sali, w której zapanowało nagłe zamieszanie. Nie umiała na razie zlokalizować jego przyczyny, ale prawdopodobnie miało to związek z niespodziewanym wystąpieniem panny Mandeville. Cóż, Nev, która spędziła sporo czasu “między chłopy”, osobiście potrafiła docenić elementy wiejskiej zabawy, lecz nie dziwił jej fakt, że w arystokratycznym środowisku takie wybryki nie były zbyt mile widziane i gdy tylko wywołany muzyką entuzjazm opuścił gości, gdzieniegdzie dało się słyszeć pełne dezaprobaty szepty. Ale na to wokalistka już nic nie mogła poradzić. Pozostało jej tylko mieć nadzieję, że niezupełnie przychylna reakcja nie zniechęci Aureoli, której występ w tym wydaniu bardzo się bardce podobał.
        Nawet mimo tego, że zmusił ją do zapomnienia o istnieniu czegoś takiego jak strefa komfortu.

        - Witamy w klubie zdziwaczałych artystek! - Iorwen zamknęła bardkę w uścisku zaraz po tym, jak dziewczyny przekroczyły próg pokoju. - Teraz już oficjalnie jesteś jedną z nas. W związku z czym... - wyciągnęła zza pleców butelkę pełną burgundowej cieczy. - Świętujemy!
        - Nie chcę wiedzieć, skąd to wzięłaś - mruknęła Amser, obrzucając trunek podejrzliwym spojrzeniem.
        - Spokojnie, wszystko załatwione prawie że legalnie. Stary znajomy ma znajomego, którego brata szwagier rozprowadza wino po Efne, więc ten znajomy nieraz dostaje w prezencie skrzyneczkę lub dwie… - Malarka uśmiechnęła się przebiegle. - Wprawdzie typ jest bardziej skąpy niż karczmarz o poranku, ale ja mam swoje sposoby. I nie jestem złodziejką.
        - Ja tego wcale nie powiedziałam…
        Czarnowłosa artystka upewniła się, że drzwi do pokoju pozostają zamknięte - wprawdzie kieliszek wina poza godzinami służby nie był zabroniony, lecz afiszownie się z tym nie należało do pochwalanych zachowań - i z szafki, w której lokatorki mogły trzymać swoje prywatne rzeczy, dziewczyna wyciągnęła trzy szklanki. Były nieco obtłuczone i jednej brakowało ucha, ale póki naczynia spełniały swoją rolę, nikt nie przywiązywał wagi do szczegółów. Iorwen nalała do każdego po trochę trunku i rozdzieliła je między przebywające w pomieszczeniu artystki, po czym wzniosła toast. Amser także uniosła swoją szklankę, nie chcąc okazywać otwartej wrogości, ale jej oblicze ciągle pozostawało pochmurne.
        - Za Nevaeh, naszą zdolną bardkę. Za przyszłe lata, które spędzimy tu wspólnie!
        Na dźwięk słów malarki, Nevaeh poczuła silne ukłucie, które niemal wywołało jej łzy. “Wspólne przyszłe lata? Jeśli czegoś nie wymyślę, jeśli nie stanie się cud, to nigdy nie dojdzie do skutku…” Nie dała jednak po sobie poznać nagłego smutku, który ją ogarnął. Uśmiechnęła się szeroko i zderzywszy z dziewczynami szklanki, wypiła część zawartości swojej. Mimo późniejszego nalegania ze strony Iorwen, tego wieczoru wokalistka nie wzięła już do ust ani kropli alkoholu. Nie miała szczególnie silnej głowy, dlatego nie chciała narażać się na nieprzyjemne konsekwencje, szczególnie pierwszego wieczoru. Wino skończyło w rękach tancerki, która porwawszy butelkę z całą jej zawartością, schowała ją pod materac i pilnowała przez resztę nocy, podczas gdy pozostałe dziewczyny oddały się niezobowiązującym rozmowom o ulubionych kolorach, potrawach i typach mężczyzn… Co nie skończyło się zbyt dobrze, bowiem Iorwen nie umiała powstrzymać się od aluzyjnych komentarzy, które powodowały, że powieka Amser drżała od powstrzymywanej furii.
        - Taki Pestka na przykład podobno całkiem nieźle tańczy, a przynajmniej tak głoszą plotki. I jak na razie tylko Nev wie czy są one prawdziwe - malarka wyszczerzyła zęby. - Moja partnerka, na przykład, była katastrofą… Oczywiście z całym szacunkiem dla poczciwej Mony. Jest niezastąpiona na wielu polach, ale taniec nie jest jej mocną stroną. Staje się wtedy bardziej sztywna niż włosy Amser po tym, jak moczyła je w krochmalu…
        - Jeszcze raz o tym wspomnisz, a nie ręczę za siebie.
        W ten sposób konwersacja przeciągnęła się niemal do północy. Kiedy lżejsze tematy się wyczerpały, a było zbyt późno na poruszanie życiowych problemów, każda z dziewczyn postanowiła zająć się sobą i przygotować do snu. Właśnie wtedy rozległo się pukanie. Nevaeh usłyszała je bardzo dobrze, ale była akurat zajęta rozplątywaniem swego warkocza, dlatego do drzwi pospieszyła Iorwen, której łóżko znajdowało się najbliżej wyjścia. Zamieniła dosłownie dwa zdania z kimś, kto znajdował się po drugiej stronie, po czym wycofała się do sypialni i zwróciła w stronę bardki z wymownym uśmiechem.
        - To ktoś do ciebie, Nev.
        - Do mnie? O tej porze? - lutnistka nie kryła zdziwienia, ale kiedy malarka skinęła głową, w dalszym ciągu wyszczerzona, Nev wstała z łóżka i wyszła za drzwi.
        Widok osoby, która ukazała się jej oczom, zaskoczył artystkę mniej, niż można się było spodziewać. Chyba zaczęła się powoli przyzwyczajać do tego, że Pestelli pojawiał się w najmniej oczekiwanych momentach. Chociaż… w tym wydaniu, po pracy, jeszcze go nie widziała. Jej spojrzenie prześlizgnęło się po ogarniętych nieładem włosach zarządcy, jego wytatuowanej twarzy, na której malowało się widoczne zmęczenie - i rozpiętej koszuli. Tam, na krótką chwilę, śpiewaczka zatrzymała wzrok. Zdawało jej się, że na szyi Rianella dostrzegła ciemniejszą plamę, ale może to był tylko cień… A skoro o cieniach mowa, panujący w korytarzu półmrok, oprócz bycia nastrojowym, dodawał mężczyźnie tajemniczego, zmysłowego uroku, który sprawił, że po ciele Nevaeh przebiegł dreszcz i przez moment bardka nie była zdolna wypowiedzieć słowa. Zastygła w bezruchu, z dłonią nadal wetkniętą w na wpół rozpuszczony warkocz i w milczeniu wpatrywała się w półelfa, zapomniawszy o dość istotnej czynności, jaką jest oddychanie. Dopiero jego słowa przywróciły kobiecie zdolność myślenia.
        - Bardzo się cieszę, że podobał się panu mój występ - odezwała się cicho, z delikatnym uśmiechem, by następnie w nagłym przypływie nieśmiałości spuścić wzrok. - Nie chciał pan wybrać dla siebie piosenki, więc… chociaż tyle mogłam zrobić - zmusiła się do tego, by znowu spojrzeć Pestellemu w oczy. - Mam nadzieję, że się pan za to nie gniewa...
        Nie wiedziała, co się z nią dzieje. To na pewno była wina tej kameralnej atmosfery… Przecież Nev nigdy nie miała problemu, jeśli chodzi o dogadywanie się z osobnikami płci przeciwnej; pracując dawniej w karczmie, miała do czynienia z wieloma mężczyznami, więc dzięki doświadczeniu, zazwyczaj traktowała ich jak dobrych kompanów i tak też się z nimi porozumiewała. Po męsku, bez zbędnych uprzejmości i bez dbania o to, jak wypadnie w ich oczach. Ale Rianell… z nim tak się nie dało. Dlaczego - tego wokalistka już nie wiedziała. Albo raczej nie chciała tego przyznać.
        - Dla mnie? - powtórzyła z niedowierzaniem, a na widok kwiatów jej oczy rozszerzyły się. - Och… - wyciągnęła ręce, by przyjąć trzymany przez zarządcę bukiet. Uniosła go wyżej i zanurzyła w nim część twarzy, rozkoszując się cudownie świeżym zapachem. Zamknęła oczy i uśmiechnęła się. Zalała ją fala przyjemnego ciepła, którego nie czuła od bardzo dawna. Które, tak jak w jej dzisiejszej pieśni, przypominało kobiecie o pięknym śnie, równocześnie dając nadzieję. I choć w ciągu lat swych występów bardka niejednokrotnie była obdarowywana prezentami, to jednak jak dotąd żaden nie poruszył jej tak bardzo, jak ten szczery, subtelny bukiet, tak bardzo odmienny od tych krzykliwych róż, wciskanych jej na siłę do rąk. Kiedy ponownie spojrzała na Rianella, na jej twarzy malował się dziewczęcy rumieniec, a oczy błyszczały z pasją. - Proszę przekazać owemu wielbicielowi, iż dziękuję za prześliczne kwiaty i bardzo żałuję, że nie chce on wyjawić mi swojej tożsamości. Przez to nie mogę go należycie zapewnić o mojej wdzięczności… czy mogę? - spytała, zniżając nieco głos, który lekko zadrżał. Delikatnie przycisnęła bukiet do piersi i z bijącym sercem czekała na odpowiedź.
        - Może pan zabierać, co pan chce, w granicach rozsądku - zaśmiała się wesoło, starając się pozostać w głośności szeptu. - Ale rzeczywiście, godzina niezbyt sprzyja dłuższym pogawędkom, a pan wydaje się zmęczony - w jej głosie brzmiała troska. Rianell naprawdę wyglądał na znużonego, a jednak wciąż znalazł czas, żeby się z nią spotkać. Lecz Nev nie zamierzała tego faktu wykorzystywać. - Niech pan dobrze wypocznie, żeby jutro znów mieć siłę znosić niezdarną, rozgadaną śpiewaczkę. Dobranoc.
        Pożegnała go jeszcze jednym uśmiechem i wróciła do pokoju, zamykając za sobą drzwi. Modliła się, żeby Iorwen i Amser leżały już w krainie marzeń. Nie chciała znowu musieć się tłumaczyć...

        Późną nocą, kiedy dziewczyny spały kamiennym snem, Nevaeh niespokojnie krążyła po pokoju. W dłoni miętosiła pewien kawałek pergaminu, który zdawał się palić jej skórę żywym ogniem. Przez głowę lutnistki przelatywało milion myśli na minutę, a serce nie wiedziało już, co powinno czuć. Radość i wściekłość. Szczęście i smutek. Miłość i nienawiść. Wszystkie te uczucia przestawały się mieścić w duszy kobiety i powoli rozrywały ją na kawałki, usiłując wydostać się na zewnątrz. Bardka zatoczyła kolejny krąg wokół stolika, na którym stał wazon z kwiatami. Zdążyła rzucić bukietowi krótkie spojrzenie, zanim poczuła, że dłużej nie wytrzyma.
        Pomieszczenia dla służby zajmowały całe skrzydło budynku, zaś sypialnie znajdowały się na piętrze, tuż nad kuchnią. Już wcześniej Nev odkryła, że z okna ich pokoju da się zeskoczyć na niewielki daszek, osłaniający tylne wejście od strony spiżarni. Tak też bardka uczyniła. Bacząc na to, by nie wydać żadnego dźwięku, który mógłby obudzić jej współlokatorki i zachęcić je do zadawania niewygodnych pytań, kobieta wspięła się na parapet, otworzyła jedno ze skrzydeł i ostrożnie opuściła się na zadaszenie. Upewniła się, że jej pozycja jest stabilna i nie grozi jej nieprzyjemny upadek, po czym oparła się o ścianę i wbiła wzrok w niebo. Widok zamazywały łzy, które wezbrały w kącikach jej oczu. Pozwoliła im swobodnie spływać po twarzy. Teraz, kiedy jedynym jej świadkiem był księżyc, mogła wyrzucić z siebie wszystko to, co nie dawało jej spokoju.
        Dotknęła ręką starej bransoletki z rzemyków.
        - Wiele się dzisiaj wydarzyło, nie sądzisz, siostrzyczko? - odezwała się szeptem, wyobrażając sobie, że Yesah siedzi na murku, tuż obok niej. - Dwa występy naraz, w dodatku jedne z najbardziej udanych. Znowu śpiewałam o tobie, wiesz? I poznałam dziś tylu wspaniałych osób… Polubiłabyś ich - pieśniarka uśmiechnęła się przez łzy. - Państwo Mandeville to dobrzy ludzie, a ich córka, Aure, jest dokładnie taka, jak my w dzieciństwie. Pełna zapału, dzieląca się z ludźmi swoją pasją... Pamiętasz to jeszcze? Miło spotkać młodszą wersję siebie i przypomnieć sobie czasy, kiedy przyszłość jawiła się jako droga wiodąca ku słońcu… Mam też nowe współlokatorki! Iorwen gada prawie tyle samo co ja, a taniec Amser mogłabym podziwiać godzinami, bo sama jestem w tym beznadziejna… co dzisiaj udowodniłam wszystkim po raz kolejny. Mona, Simona i reszta służących też wydaje się miła. No i jeszcze jest Rianell Pestelli… Trochę onieśmiela swoim zdystansowaniem i tą ponurą miną, ale wydaje mi się, że tak naprawdę jest całkiem życzliwy. Lubię go, chociaż czasem tracę przy nim trzeźwość myślenia… To dziwne. I dziwnie przyjemne. Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek jakiś mężczyzna tak na mnie wpływał, wiesz? … Od dawna nie miałam aż tyle do powiedzenia. Czuję się taka… szczęśliwa. W tym domu mogłabym spróbować na nowo ułożyć sobie życie… - głos Nevaeh się załamał. Strumień łez na jej twarzy zamienił się w rzekę. Śpiewaczka objęła się rękami i zaszlochała. - Więc dlaczego…? Dlaczego po prostu nie może być dobrze? Dlaczego nie mogę się od niego uwolnić? Co myśmy wszyscy mu zrobili? Nie wiem, co mam robić, Yesah, po prostu nie mam pojęcia…! - Schowała głowę w ramionach. - Chciałabym się z nimi zaprzyjaźnić. Chciałabym kochać i być kochaną. Tak wiele chciałabym móc dla nich wszystkich zrobić… Ale nie chcę oddawać im serca, kiedy wiem, że zostanie ono brutalnie wyrwane. Ja znów będę samotna, a oni… oni się na mnie zawiodą. Nie chcę ich zawieść… Jak ty byś postąpiła na moim miejscu?
        Bardka jeszcze długo rozmawiała z wyobrażeniem swojej siostry. Dopiero kiedy niebo zaczęło się przejaśniać, a poranny chłód wywołał u Nevaeh dreszcze, kobieta z powrotem wspięła się przez okno do pokoju i położyła we własnym łóżku.
        Ale tej nocy nie nacieszyła się długim snem.
Avatar użytkownika
Nevaeh
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Gaia, Ayeesha, Mikao,
Rasa: człowiek
Aura: Nawet początkujący czytelnik aur pierwsze co odkryje w tej emanacji to delikatność. Jej siła jest nieznaczna, mimo to wyraźne szmaragdowe światło otula ją troskliwie. Powłokę szczegółowo pokrywa miedziana barwa, widać na niej grube kobaltowe pasma przecinające się pod różnymi kątami. Tworzące nadzwyczajną mozaikę. Nie słychać żadnych dźwięków, jedynie ciszę, która jakby oczekuje, aż z czułością zmąci ją melodia lub śpiew. Do tego miłym dodatkiem staje się woń perfum. Niestety często psuje ją zapach ludzkiego potu. Powierzchnia w dotyku jest niezwykle miękka, choć gdzieniegdzie zdarzają się miejsca nieco twardsze. Potrafi być na tyle elastyczna, że może przybierać kształt zbliżony do różnych nut. Później jednak potrzebuje chwili wytchnienia, więc uparcie sztywnieje. Prezentuje przy tym niebezpieczne, ostre zakończenia, które skrywa częściowo aksamitny puch, przypominający świeży śnieg. Dodatkowo aura pozostawia po sobie lepki posmak.
Wygląd: Gdyby wygląd sam w sobie był jedyną rzeczą wyróżniającą człowieka, Nevaeh dawno zginęłaby w morzu podobnych do siebie istot. Większość spotykanych przez nią osób określiłaby ją jako przeciętną i szybko straciła zainteresowanie zupełnie zwyczajną kobietą na rzecz jej znacznie atrakcyjniejszych towarzyszek.
Nawet w tak podstawowej kwestii wyglądu, jaką jest wzrost, ...
(Więcej)

Poprzednia strona

Powrót do Efne

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

cron