Równina Maurat„Wpłynąłem na suchego przestwór oceanu...”

Równina rozciągająca się od Gór Dasso, aż po Warownie Nandan -Ther, zamieszkała przez istoty wszelkiego rodzaju, jednak jej ogromne przestrzenie są przede wszystkim krainą dzikich koni, które galopują w bezkresie jej zieleni w poszukiwaniu swoich braci.
Awatar użytkownika
Agelatus
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 51
Rejestracja: 2 lat temu
Inne Postacie: Jeremy, Niphred, Dima, Rufus, Know, Oswald, Walt
Lokalizacja: 3city
Aura: Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone.
Kontakt:

Re: „Wpłynąłem na suchego przestwór oceanu...”

Post autor: Agelatus » 2 lat temu

        Koczownik powiedział niewiele, a jeszcze mniej dotarło do świadomości minotaura. W głowie pulsowała mu mnogość głosów, wszystkie Matki. „Skupienie. Opanowanie. Dyscyplina. Spokój. Nie szarżuj. Rób swoje. A ja będę walczyć.”
- Tym razem spróbujmy go nie wystraszyć – powiedział do niego Yuma, ale Agelatus nie bardzo zrozumiał.
- Wystraszyć? – pomyślał. – A jakie to ma znaczenie?
Prychnął jednak głośno i nie wyraził swoich myśli w ludzkiej mowie. Nawet gdyby chciał, to nie był w stanie. „Skupienie. Opanowanie. Dyscyplina.” – natłok myśli Matki nie pozwalał mu rozpraszać się na rozmowach. Zgodnie z rozkazem Matki rzucił tylko w odpowiedzi niezbyt wyraźne.
- Ty bij żywych. Reszta jest moja.
        Szedł naprzód obok jeźdźca szybkim krokiem, gdy wtem zatrzymał się gwałtownie. Jego amulety unoszące się wokół szyi i nadgarstków już zupełnie zwariowały. Szarpiąc się na uwięzi skórzanych rzemieni, zdawałoby się chciały je zerwać i polecieć w mrok, w kierunku, z którego zbliżali się przeciwnicy. Powietrze wypełniło się smrodem gnijącego mięsa i trupiego jadu. Co poniektóre z nich zaczynały trzeszczeć i pękać. To był najgorszy aspekt starć z nieumarłymi. O ile amulety po piekielnych, demonach czy niebianach również szarpały się na paskach, dymiły, jarzyły poświatą lub śmierdziały w charakterystyczny dla aur ich właścicieli sposób, to amulety zrobione z nieumarłych były zdecydowanie najmniej trwałe. W zależności od mocy zaklęć magii śmierci używanych w pobliżu, kościane amulety najczęściej w wyniku długotrwałych podrygów zamieniały się w mączkę kostną, a trupie czaszki, którymi obwieszony był szaman pękały jak bańki mydlane. Stąd też, najwięcej czasu zajmowało odtworzenie gotowości bojowej właśnie po utarczkach z umarlakami, bowiem wymagało to odprawienia mnogości rytuałów zaklinających nowe amulety, przywracający szamanowi ich stan posiadania sprzed bitwy.
        Przenikające trzaski implodujących wisiorów nasilały się. Agelatus widział już w pomroku zbliżające się potwory. Ryknął przeciągle dudniącym głosem nadciągającego huraganu, po czym szerokim zamachem zza głowy wbił w ziemię swój kostur. Zamarł. Przekrwione ślepia wlepił w wyłaniające się spomiędzy kurhanów ghule. Szał bitewny odciął już komunikację między jego ciałem i umysłem. Wielka postać minotaura stężała nieruchomo, w postawie wyprostowanej, z palcami prawej dłoni kurczowo zaciśniętymi na wielkiej skamieniałej gałęzi. Umysł zaczął tkać magię. Naginać rzeczywistość. Kształtować zgodnie z jego wolą. I z wolą Matki. Kostur rozgorzał jak morska latarnia, tworząc wokół siebie i minotaura wirującą zaporę odłamków skalnych. Spod konaru wyrosły i rozpełzły się wokół po glebie, pulsujące żywym buromiętowym blaskiem, grube, utkane z czystej magii korzenie. Oplotły swoją gęstwą niewielką połać ziemi wokół, w tym również kopyta barbarzyńcy, i z chrzęstem wgryzły się w podłoże. Pokorny sługa Matki Natury, szaman Klanu Pradrzewa, czerpiąc moc z artefaktu zakotwiczył, stając się żywym Obeliskiem, przekaźnikiem mocy Matki Natury. Tu gdzie była potrzebna.
        Pomiędzy ożywieńcami przebiegali ludzie. Najemnicy. W powietrzu zaczęły furkotać bełty i strzały. Co któraś wydawało się, że dosięgnie ciała Agelatusa, jednak większość z nich rozpryskiwała się na niewidzialnym polu siłowym chroniącym szamana. Te nieliczne, które doszły celu nie robiły jednak żadnego wrażenia na rogaczu. Minotaur, jak to barbarzyńcy mają w naturze, nie przejmował się swoimi obrażeniami, gdy przeciwnik był w polu widzenia, a dodatkowo, zgodnie z tym, co powiedział wcześniej do Yumy, nie zajmował się żywymi w ogóle. Skupił się na swoim zadaniu. Na ghulach. Co raz któryś padał na ziemię dezintegrowany przez szamana czerpaną z kostura magią Harmonii, odsyłany potężnymi zaklęciami w zaświaty, spowrotem tam, skąd przybył. Co odporniejsi, którzy znali arkana chaosu i potrafili postawić jakąś zaporę przeciwko odesłaniu, eliminowani byli czysto mechanicznie. Taki truposz, który nie opuścił tego świata pod wpływem wprowadzania Harmonii, odchodził przygnieciony, zmiażdżony, przebity, albo odrzucony i roztrzaskiwany o skały, jakże prostą i skuteczną w swym oddziaływaniu brutalną Magią Sił. Kolejne fale nieumarłych rozbijały się o okopanego półbyka, jak o skałę bodącą morze, ginąc całymi dziesiątkami, ale samemu minotaurowi czyniąc raczej niewielkie szkody. Raz po raz jakiś martwiak zdołał w tłumie dotrzeć do barbarzyńcy i zaatakować go pazurami lub połamanymi zębiskami, ale, po pierwsze: szał bitewny skutecznie odcinał odczuwanie bólu, po drugie: pojedyncze zadrapania od niewielkich i pokracznych istot nie były jakoś bardzo groźne dla kogoś jego rozmiarów, i wreszcie po trzecie: rany rogatego szybciej goiły się, gdy szaman oddawał swój umysł pod władanie Matki Natury i korzeniami wypuszczanymi z kostura spajał się z Nią.
        W pewnym momencie nastąpiła jednak zmiana w tym starciu. Minotaur zaczął jakby słabnąć, a nad jego głową zaznaczyła się zgniłoczerwona emanacja. Rogacz kaszlnął i bryzgnął rubinową posoką z ust. Nie zachwiał się, bowiem mocno trzymały go korzenie kostura, ale dotychczas napięte do granic wytrzymałości mięśnie zaczęły powoli wiotczeć. Łeb opadł pomiędzy ramiona. Parujący pot śmierdział jeszcze bardziej niż zwykle. Ktoś tkał wokół barbarzyńcy sieć klątw osłabiających i zsyłających chróbska. Organizm dzikusa był silny i odporny, ale działające przekleństwa nieubłaganie nadwątlały jego zdrowie. Mimo to walczył zawzięcie nadal i kolejni nieumarli padali pod niewidzialnymi ciosami minotaura. Gdy wreszcie zabrakło atakujących ghuli, na plac boju wystąpił sprawca tego zamieszania. Niewysoki mężczyzna, być może lodowy lub górski elf, o bladomlecznych włosach i cerze porytej mnogością bruzd i zmarszczek. Ubrany elegancko i bogato, w ciemnogranatowy żupan, z bufiastymi rękawami, wysokim stawianym kołnierzem i staromodnym halsztuchem wokół szyi, a na nogach wysokie kozaki z obcasami. Przez półprzymknięte oczy obserwował swoją ofiarę i nie przestawał motać wokół barbarzyńcy kolejnych warstw klątw i uroków. Wychudłe dłonie dzierżyły laskę magiczną, zakończoną kamieniem szlachetnym emanującym słabym fioletowym światłem. Z rozświetlonego końca różdżki wypływały smętnie strumienie śmiertelnej energii, które docierając do szamana były przyczyną krążącej wokół niego nawałnicy, raz po raz kąsającej go uderzeniami niebieskawych macek jakby pejczem. Minę miał zaciętą, a na twarzy połyskiwały krople potu. Opanował śmiertelne arkana w stopniu mistrzowskim, ale walka z prostackim minotaurem widocznie stanowiła nawet dla niego nie lada wyzwanie. Biedak, nie wiedział na co się porwał. Z kim tak naprawdę przyszło mu się zmierzyć. Widząc siejącego zaklęciami szamana prymitywnych ludów zlekceważył przeciwnika. Minotaury? Jaką magią mogliby dysponować tacy analfabeci? Podstawową, Uczniowską najwyżej. Ot akurat tyle, żeby poodsyłać w zaświaty ghule – słabe i głupawe mięso armatnie. Ale co to dla takiego mistrza jak on. Dwa zaklęcia i rogata bestia będzie miała po zabawie. Dlatego bez żadnego maskowania się ruszył do boju na stojącego jak posąg Agelatusa. Przeliczył się. I wkrótce miał się o tym srogo przekonać.
        Przytłamszony nawałą nekromanckich zaklęć barbarzyńca zniknął z oczu nomada. Ochraniająca go kula pola siłowego całkowicie zatonęła w rzece mrocznej energii. Nie trwało to jednak długo. Dosłownie chwilę. Wybuch jasnego światła rozerwał okowy śmieci. Magia nekromanty i wszystkie wywoływane przez nie efekty zniknęły nagle w powodzi turmalinowego blasku roztaczanego przez triumfującego szamana. Wszystkie negatywne skutki klątw zniknęły, a wielki rogaty potwór znów emanował potęgą i miażdżącą siłą jak przedtem. Jak na osobistego sługę Matki Natury przystało. Na twarzy elfa odmalowało się największe zdziwienie.
- ”O co tu chodzi? Głupi minotaur włada magią potężniejszą ode mnie?”
Nie dano mu jednak czasu na rozważanie przyczyn, bo niewidzialna garść półbyka najpierw wytrąciła mu magiczną różdżkę z rąk, a następnie chwyciła go za kołnierz i uniosła wysoko w górę. Później nie bawiąc się już zupełnie w żadne subtelności, kilkakrotnie brutalnie wygrzmociła magiem w skalne usypisko kurhanu. Ciało ledwie dychającego czarownika uniosło się nad ziemię ostatni raz, by na tle jaśniejącego w pełni księżyca było doskonale widoczne. Spazm bólu raz po raz wstrząsał mężczyzną.
- Chciałeś z nim rozmawiać? – ryknął Agelatus do swojego kolegi. Zdanie wypowiedział bezbłędnie, płynnie, zupełnie jakby od zawsze posługiwał się ludzką mową. Głos jednak miał inny. Nie swój. Zupełnie niepasujący do aparycji rogatego potwora z dzikich ostępów prapuszczy. Był to bowiem głos kobiecy. Śpiewny. Kojący. Ale zaskakująco silny i mocny. Godny. Władczy. Nie znoszący sprzeciwu. Głos Bogini. Natury. Matki. Posługiwała się ciałem minotaura. W taki sposób, jak potrzebowała. Był jej sługą. Tragarzem. Ekspozyturą. Należał do Niej. To była jego Misja.
- Nie zdążysz – mówiła dalej ustami barbarzyńcy. – Zakłócających Porządek spotyka najsurowsza kara. Ten będzie pierwszy. I niech świat dowie się o tym. Mój mściciel wyruszył. Mój szaman. Minotaur. Wędrowny mnich. Nie będzie miał żadnej litości. Dość kalania Natury. Pójdzie tam, gdzie trzeba. Zrobi, co trzeba. A ja będę z nim.
        Lewitujące ciało nekromanty w ułamku sekundy zostało zmiażdżone w niewielką kulkę, jakby na ten jeden moment został poddany ogromnemu ciśnieniu hydrostatycznemu, panującemu na dnie najgłębszych oceanów. Była to jednak tylko chwila, bo zaraz owe siły ustały, a krwawa miazga pozostała po magu śmierci rozbryzgnęła po okolicy.

Awatar użytkownika
Agelatus
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 51
Rejestracja: 2 lat temu
Inne Postacie: Jeremy, Niphred, Dima, Rufus, Know, Oswald, Walt
Lokalizacja: 3city
Aura: Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone.
Kontakt:

Post autor: Agelatus » 2 lat temu

        Przeszukał okolicę piędź po piędzi. Odnalazł i zdemolował postawione tam kręgi i ołtarze, służące odprawianiu mrocznych rytuałów przejścia. Kierując się podszeptami Matki unieszkodliwił je wszystkie, kreśląc na nich kosturem ochronne znaki Natury. Poniszczył odnalezione czarne księgi, emanujące nieprzyjazną magią. Pozbierał zaklęte, a walające się wokół kości i czaszki, które wcześniej nekromanta wykorzystywał do potępieńczych rytuałów, a następnie rozpoczął sporządzanie z nich własnych amuletów. Było to czasochłonne zajęcie, ale szaman nigdzie się nie spieszył. Po paru dniach jego arsenał ostrzegawczych wisiorków znów był kompletny. Kamień z głowicy nekromanckiej różdżki również zadyndał w charakterze amuletu przy pasie minotaura.
        Uprzątnął pobojowisko. Z nabożną czcią pozbierał wszystkie, rozrzucone po nim fragmenty ciał ghuli, które sam przecież zmasakrował i porozrywał na kawałki potężną magią. Wszak kiedyś byli ludźmi, pięknymi tworami Natury. Należał im się szacunek i nic nie mogło tego zmienić, nawet to, że po śmierci jakiś szaleniec wykorzystał ich martwe ciała w niecnych celach. Zebrał wszystkie w jednym miejscu, po czym ułożył na nich warstwę kamieni, tworząc kolejny kurhan.
        Cały czas czekał na swojego przewodnika. Ale Yuma zniknął bez słowa. Ostatnie co pamiętał, to była jego propozycja o zachowaniu przy życiu napastników. Dalej miał już tylko lukę we wspomnieniach, jak za każdym razem, gdy władzę nad umysłem barbarzyńcy przejmował szał bitewny. Gdy się ocknął, nomada już nie było. Agelatus spędził w sumie dwa tygodnie na oczekiwaniu, przy okazji wypełniając swoje rytuały, tworząc amulety i odprawiając szamańskie modły nad pogrzebanymi, ale mimo to się nie doczekał. Ruszył zatem dalej, w swoją stronę, realizować swoją „Świętą Misję”, zaprowadzać Harmonię, wypełniać wolę Matki.

Agelatus ciąg dalszy

ODPOWIEDZ

Wróć do „Równina Maurat”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość