Pneumonia


Równina rozciągająca się od Gór Dasso, aż po Warownie Nandan -Ther, zamieszkała przez istoty wszelkiego rodzaju, jednak jej ogromne przestrzenie są przede wszystkim krainą dzikich koni, które galopują w bezkresie jej zieleni w poszukiwaniu swoich braci.

Postprzez Chaldrion » Śr sie 21, 2013 5:24 pm

        Najmita wyczołgał się z rowu z niewyraźnym jękiem. W głowie mu dzwoniło tak, jakby hufiec krasnoludów postanowił poszukać diamentów pod jego czaszką, język miał drętwy, wzrok zamglony. No i niewiele pamiętał z ostatniego wieczoru. Zdaje się, nieco zdemolował przydrożną karczmę, został z niej wyrzucony i resztę nocy spędził w rowie. Szybki przegląd ekwipunku nie wykazał w nim żadnych braków, nie licząc tego, że nie miał pieniędzy. Ciekawe, czy wydał wszystko, czy został ograbiony. Wstał chwiejnie, przypasał Ignisa i wylazł na gościniec, próbując się zorientować, gdzież to może być. Błysnęła mu niewyraźna myśl, że chyba powinien kierować się do Meot. Ech. Komu w drogę, temu czas.
        Pociągnął nosem. Pięknie. Przez nocleg w rowie nabawił się kataru.

        Szedł gościńcem w stronę Meot, pojękując raz po raz i krzywiąc się, kiedy wstrząsał nim napad kaszlu. Jako że nie miał konia, droga do miasta miała mu zająć parę dni. Tam będzie musiał znaleźć jakieś miejsce, gdzie będzie mógł odpocząć, podkurować się nieco i rozejrzeć za zleceniem, które pozwoliłoby mu podreperować budżet.
        Gorączka dopadła go po zachodzie słońca, gdy począł rozglądać się za miejscem na nocleg. Cholera, niedobrze. Tą noc spędzi przy ognisku, ale jutro koniecznie trzeba będzie poszukać jakiegoś wozu.

        Wstał rano, czując się koszmarnie. Bolała go głowa, mięśnie, suszyło go jak diabli, wstrząsały nim zimne dreszcze. Nie ma szans, żeby wyleczył się z tego na trakcie, potrzebował kilku dni w łóżku i ciepłego rosołu. Mus mu wrócić na drogę. Napił się wody z pobliskiego źródełka, napełnił manierki i powlókł się w stronę drogi. Klatka piersiowa bolała go przy oddychaniu.

        Kolejny nocleg przy ognisku. Ruchu na gościńcu nie było, a tych parę osób, które spotkał, na jego widok pospieszały konie. Niby nie dziwne. Był brudny, oczy miał przekrwione i błyszczące, a miecz przy pasie bardzo nieprzyjemny. No cóż. Jutro na pewno znajdzie transport.

        Poranek. Obudziły go dreszcze i kaszel. A to co...? Bogowie!
        Pluł krwią.
        Musi dostać się do medyka!

        Wóz podskakiwał na wybojach drogi, ale Chaldrion ledwo to czuł, będąc na wpół przytomnym. Trawiła go gorączka, bolały mięśnie, kaszel rozrywał gardło. Oddech miał nieprzyjemnie świszczący, cały czas zdawało mu się, że się dusi. Wieśniak twierdził, że za dwa dni będą w mieście. Oby nie było za późno.

        - Do medyka jedziem, panie. Z tym na wozie źle, oj, źle, Kostucha mu w oczy patrza.
        - Po zmroku bramy nie rozewrę, na stryk by mnie wzięli, jakby się setnik zwiedzieli. Setnik srogi człek.
        - Dacie człowiekowi skapiać pod bramą, jak psowi jakiemu?
        - A co on, mój brat, cobym dla niego życie swoje i rodzinę narażał? A bo to ja dzieci nie mam? Jak ojców zabraknie, to kto im żreć da? Nie, wy jedźcie w swoją drogę, a my go weźmiem do odwachu. Bogowie dadzą, wytrzyma do świtania, a my znajdziem dobrego medyka albo czarownika jakiego...

        Wytrzymał. Czarownika nie dało się znaleźć, przyszedł medyk. Opukał, osłuchał, pomodlił się. I tyle, bo, jak stwierdził, nic więcej zrobić nie mógł. Maga szukać. Mag może coś poradzi, medycyna - nie.

        Mag znalazł się pod wieczór, przypadkiem, bo wjeżdżał do miasta tuż przed zamknięciem bram, strażnicy uprosili, żeby się chorym zajął. Tyle, że i mag wiele poradzić nie mógł. Nie był uzdrowicielem, a jego skromne zdolności nie naprawiły rozległych szkód w organizmie. Jedno, co zrobił, to uśpił najemnika, by ten nie czuł bólu, choć Chaldrion i tak był bólu nieświadomy - teraz był cięgiem nieprzytomny.

        Zgasł w nocy. Śmierć nie najgorsza, cały czas był pogrążony we śnie. Strażnik, choć bramy nie chciał otworzyć, miał jednak dobre serce. Wziął zmarłego na plecy i zakopał pod ładnym klonem za miastem. Miejsce zaznaczył, gdyby szukała go jakaś rodzina, choć wątpił, by bezimienny nieznajomy miał wzbudzić czyjekolwiek zainteresowanie. Ignis został położony w grobie razem z właścicielem. Jarzył się niedobrym światłem, kto wie, co to za diabelstwo. Tym bardziej, że chwilę przed śmiercią obcy wrzasnął raz, nieludzko, bardziej jak demon jakowyś...

        Tak odszedł Chaldrion, najmita, pijak, mało komu znany, nikomu niepotrzebny na świecie. Człowiek całkiem porządny, ale, cóż, tak już bywa, że ktoś umiera, by żyć mógł... ktoś.
Chaldrion
Szukający drogi
 
Rasa: Człowiek
Aura: Przeciętna, żelazno-cynowa aura o nietypowym zapachu. Promienieje silną, topazową poświatą. Napełnia usta gorzko-ostrym smakiem. Dziwne, nienaturalne głosy i dźwięki mieszają się z trzaskiem płomieni, tworząc kakofonię demonicznych odgłosów. Aura ta jest twarda w dotyku.
Wygląd: Chaldrion jest wysokim na ponad 180cm, dobrze zbudowanym człowiekiem. Ma bladą cerę i wyraziste rysy twarzy. Właściwie nie byłaby to jakoś
specjalnie wyróżniająca się twarz, gdyby nie oczy. Źrenic nie da odróżnić się od czarnych tęczówek, a białka nie są białe, lecz pomarańczowe. Nosi
długie, czarne włosy opadające na ramiona. Kontrastują one ze srebrną zbroją ...
(Więcej)
Uwagi: Opętany.

Powrót do Równina Maurat

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

cron