Na'Zahir[Trakt] Obowiązki wzywają

Orientalne miasto na wschodnim krańcu Wielkiej Pustyni Słońca, słynące z eksportu płytek ceramicznych, niebieskiego barwnika oraz egzotycznych roślin i zwierząt. Zamieszkiwane przez ludzi, pustynne elfy i leonidów, rzadko odwiedzane przez turystów, jednak wyjątkowo dla nich gościnne, chociaż jak każde posiada bardziej niebezpieczne dzielnice.
Awatar użytkownika
Sadik
Zbłąkana Dusza
Posty: 7
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

[Trakt] Obowiązki wzywają

Post autor: Sadik » 1 rok temu

        Misja okazała się być wręcz podejrzanie łatwa. Sadik spodziewał się, że skoro księżniczki nie schwytano zaraz po dokonaniu morderstwa na własnym ojcu, to udało jej się też uciec tak, by nikt nie mógł pójść jej śladem. Zastanawiał się nawet, czy przypadkiem ktoś jej nie pomagał - na przykład jakiś Szakal, to byłoby chyba zadanie odpowiednie dla nich, tylko pytanie co by ich do tego motywowało… Okazało się jednak, że tak naprawdę trafienie na trop dziewczyny nie było takie trudne, zwłaszcza gdy dysponowało się oficjalnymi rozkazami i można było wypytywać każdą napotkaną na drodze osobę. To kazało Sadikowi zastanowić się, czy przypadkiem nikt nie podaje mu fałszywych tropów, lecz skoro nie miał nic innego, czego mógłby się złapać, na razie po nich podążał, rozważając, czy to od początku nie było tak proste, tylko wcześniej nikt nie chciał, by księżniczka Maia wróciła do kraju.
        Już od tamtego feralnego poranka wiadome było, że następczyni tronu uciekła w stronę granicy kraju - określono nawet z grubsza miejsce, gdzie mogła ją przekroczyć, później jednak ślad się urywał. Sadik - ku własnemu zaskoczeniu, ale i zadowoleniu - dość szybko trafił na odpowiedni trop. Opisując zbiegłą księżniczkę taką, jaką ją zapamiętał - dziewczynę młodą i piękną, o pełnych wargach, gęstych włosach i bajecznych piersiach - sprawiał wrażenie zrozpaczonego kochanka podążającego tropem ukochanej, a to rozplątywało ludziom języki, bo takie historie były tym, o czym tak przyjemnie plotkowało się przy pitej wieczorem słodkiej herbacie. Informacje były dość skąpe, ale rekompensowała je ilość i w końcu Sadik dowiedział się, że Maia została pojmana i na wozie łowcy niewolników zawieziona na północny-zachód - ten czy ów widział ją wśród innych dziewczyn, które podzieliły jej los, nikt jednak nie wiedział z kim ma do czynienia, zapewne łącznie z samym handlarzem. Później sprawa była już łatwa - nie szukało się jednej dziewczyny tylko całego kupieckiego wozu, który twardo podążał wzdłuż szlaku, zatrzymując się co jakiś czas by upłynnić towar. W takich momentach Sadik musiał zwolnić i dokładniej sprawdzić trop, upewnić się, że nikt w danym mieście nie kupił Mai i nie wywiózł gdzie indziej, lecz i w tym w końcu nabrał wprawy i dokładnie wiedział gdzie pytać.
        Tak łatwo było aż do Fargoth, gdzie nastąpił zwrot wydarzeń: ktoś kupił księżniczkę na targu niewolników, na dodatek za niemałą kwotę. Ponoć nie minął nawet tydzień od tamtych wydarzeń i nadal pamiętano i ją i tego, który był jej nowym właścicielem: mężczyznę w typie brutala, o ciemnych włosach i kocich oczach. Sadik bez problemu dowiedział się za ile kupiono Maię i że zainteresowanie nią było spore, spekulowano również do czego mogła zostać przeznaczona, a el-Bihtu słuchał i uśmiechał się porozumiewawczo, choć wcale nie było mu w smak słuchać takich historii opowiadanych na temat księżniczki. Nie mógł jednak robić zamieszania, bo jeszcze ktoś nabrałby podejrzeń, a on wolał zachować dyskrecję.
        Później znowu szło szybko - wciskając ludziom różne bajki dowiedział się gdzie K’amina i ten, który ją kupił, spędzili noc i też tego, gdzie wyruszyli. Za bramą miasta trop jednak się urywał. Choć Sadik gnał konia jak szalony - bo był już przecież tak blisko - w miasteczku, które było następne na trasie, nikt o tej parze nie słyszał. Musieli zniknąć gdzieś wcześniej, może odbili w jakąś dróżkę, którą przeoczył… El-Bihtu wrócił więc po własnych śladach i upewnił się, czy tak właśnie nie było, nie znalazł jednak żadnego tropu na tyle pewnego, by nim podążyć, zataczał więc coraz większe kręgi w nadziei, że trafi na jakąkolwiek informację. Porażka nie wchodziła w grę, nie teraz, gdy był już tak blisko i prawie czuł słodki smak zwycięstwa.

        Tego dnia Sadik od samego rana był w siodle - jadąc lekkim cwałem sprawdzał szlaki biegnące coraz bardziej na południe od Fargoth, choć powoli tracił przekonanie o sensowności tych poszukiwań. Od opuszczenia miasta żadna mijana osoba nie widziała egzotycznej dziewczyny w towarzystwie ciemnowłosego dryblasa, a przecież taka para musiała zwracać na siebie uwagę. Czyżby zawrócili? Ale po co? To nie miałoby najmniejszego sensu, bo przecież nikt nie mógł wiedzieć, że nowy władca Na’Zahiru wysłał kogokolwiek do odnalezienia księżniczki.
        A jednak tego dnia do el-Bihtu uśmiechnęło się szczęście. Najpierw jego uwagę zwrócił dźwięk łamanej gałęzi i wzmożony szelest gdzieś z boku traktu. Gdy wstrzymał konia i spojrzał w tamtą stronę, nie od razu spostrzegł co się tam poruszało, oprócz tego, że na pewno było to większe od zająca. Później jednak dotarło do niego, że była to biegnąca kobieta. Długo musiał jednak patrzeć nim dostrzegł to, co powinien. Młoda dziewczyna w znoszonych spodniach i bluzce, trochę sponiewierana, z potarganymi wiatrem włosami… Nie wyglądała tak, jak ją zapamiętał: jak rajski ptak w złocie i tiulach, o nieskazitelnej cerze i włosach gładkich i lśniących jakby pokrywał je pył ze szlachetnych kamieni. Ta tutaj była tak inna, ale jednocześnie znajoma. Sadik zamrugał gwałtownie, jakby sprawdzał czy mu się nie wydawało, a gdy ona jednak nie znikła, utwierdził się w przekonaniu, że to księżniczka Maia.
        - K’amina! - zawołał natychmiast, zeskakując z konia. Wyszedł jej naprzeciw, bacznie spoglądając nad jej ramionami w las, bo przecież biegła jakby przed czymś uciekała. Na razie jednak nikogo ani niczego nie dostrzegał. Tymczasem przed nim stała jedyna żyjąca przedstawicielka rodziny królewskiej… Odruchy zadziałały same. Sadik stuknął obcasami i skłonił się przed księżniczką, wyciągając przed siebie złożone w pozdrowieniu wojowników ręce - pięść owiniętą drugą dłonią. Zaczął mówić nie podnosząc wzroku przez szacunek dla księżniczki.
        - K’amina, jestem Sadik el-Bihtu z pałacowej straży, poszukiwałem cię - przedstawił się pospiesznie. - Proszę, musisz iść ze mną, jesteś nam potrzebna, od dnia gdy zniknęłaś tyle się wydarzyło…
        Sadik zawiesił głos, jednocześnie podnosząc wzrok, na księżniczkę spojrzał jednak tylko przelotnie, zaraz patrząc za nią - jego uwagę przykuł kolejny nietypowy dźwięk świadczący o tym, że zbliżało się do nich coś dużego i szybkiego.
        - K’amina, cofnij się za mnie - zwrócił się do księżniczki, sięgając natychmiast po nóż i postępując do przodu tak, by odgrodzić Maię od tego, który ją ścigał, zapewne tego czarnowłosego typa, który ją kupił. Jednocześnie wyciągnął rękę w bok, dając księżniczce jasny znak, by zaczęła iść w stronę konia - nie był to może wyścigowy ogier, ale w razie czego da radę ponieść ich dwójkę.

Awatar użytkownika
Talen
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 55
Rejestracja: 3 lat temu
Kontakt:

Post autor: Talen » 1 rok temu

Maia była głupia jeśli sądziła, że tak po prostu mu ucieknie. Kiedy Jon go zbudził, Talen już wiedział co się święci. Mógł się domyślić, że ta krowa będzie próbowała mu uciec. Trzeba było nie mieć litości i przypiąć bydle do kuli. Ale nie, ulitował się nad biedną dziewczyną, która okazała się być gorsza od kundla. Powinna się cieszyć, że to akurat on ją kupił. Nikt jej nie gwałcił, nie molestował, nie bił. Mogła trafić dużo gorzej i dzisiaj leżałaby w rowie zgwałcona i pobita przez bandę oprychów. Cholerna niewdzięcznica. Talen był wściekły, ale nie dał tego po sobie poznać. Nie zamierzał pokazywać przed Jonem, że aż się w nim gotuje na samą myśl o tej małej... A szkoda było słów.

Kiedy Jon odszedł, Talen posprzątał obozowisko i przypiął konie do drzewa. Zrobił to w mig, bo zaraz zamierzał rzucić się w pościg. Przemienił się w panterę, bo w tej postaci jego zmysły były znacznie bardziej czułe i ruszył tropem kobiety. Łatwo było ją wyczuć, ale wiedział, że zdążyła zajść już dość daleko. Jeśli sądziła, że straci trop przechodząc przez rzekę to grubo się myliła. Talen wywęszył ją bez problemu. Kiedy zaczął słyszeć jej kroki, zwolnił. Skradał się i po cichutku szedł za dźwiękiem łamanych gałęzi i szelestu suchych liści. "Matka nie byłaby ze mnie dumna...", przeszło mu przez myśl. Więził kobietę, a teraz ją ścigał i zamierzał siłą dowieźć na wyznaczone miejsce. Nie spodobałoby się jej to wszystko. Talen zatrzymał się nagle, bo dotarło do niego co robi. Myśl o matce go przeraziła. Przecież gdyby tylko wiedziała, byłoby jej za niego wstyd. Serce mu się ścisnęło na tą myśl. Stał nieruchomo, a w jego głowie pojawił się obraz matki patrzącej na niego ze wstydem i smutkiem. Nigdy nie będzie mógł jej powiedzieć o tym co robił, co poświęcał dla pieniędzy. Ideały. Miał być strażnikiem, uczciwym człowiekiem, a tymczasem kupił człowieka, żywą istotę, na targu niewolników i chciał sprzedać ją kolejnej osobie. Jak mógł... Przełknął ślinę, bo kiedy o tym myślał wiedział, że robi źle. Przecież nie był zły. Nie był. Po prostu życie potoczyło się tak a nie inaczej. Ale kiedy porzucił swoje ideały? Kiedy porzucił przyzwoitość? Kiedy to się właściwie stało? Kiedy zapomniał, że inni ludzie mają uczucia i powinni mieć takie samo prawo do wolności jak on...

Nagle do jego uszu dobiegł nieznajomy głos i wyrwał go z gorzkich rozmyślań. Obawiając się, że Maię ktoś napadł, rzucił się w pogoń. Przez tą krótką myśl o matce zmieniło się jego postrzeganie świata, może na chwilę, może na dłużej, nie wiedział, ale teraz nie miało to znaczenia. Wyskoczył z zza krzaków i rycząc głośno spojrzał żółtymi oczami na mężczyznę ze sztyletem. Nie zastanawiają się szczególnie skoczył na pierś mężczyzny i powalił go na ziemię wytrącając mu z ręki sztylet. Przygwoździł go silnymi łapami i wyszczerzył zęby jakby zaraz chciał mu rozszarpać pół twarzy, ale nie zrobił tego. Na razie tylko wyglądał groźnie i co najwyżej obił mu parę żeber przewracając na ziemię.

Awatar użytkownika
Maia
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 55
Rejestracja: 3 lat temu
Kontakt:

Post autor: Maia » 1 rok temu

        Jak długo można biec? Ile kroków w życiu może postawić człowiek? Czy ten ból w piersi to płuca próbujące wypaść jej gardłem, czy tylko zawał serca? Księżniczki nie biegają, czy nikt o tym nie słyszał? Mimo to biegła dalej, coraz bardziej wystraszona, gdy każda gałązka, która strzelała pod jej butem, zdawała się być hałasem wywoływanym przez ścigającego ją panterołaka. Oglądanie się przez ramię nic nie dawało. Las był gęsty i po wielkim czarnym kocie nie było śladu, a ona tylko traciła równowagę, tracąc cenne chwile.
        W końcu jednak musiała zwolnić. Oddech miała ciężki, a usta spierzchnięte, gdy przykładała dłoń do piersi, jakby przez klatkę chciała uspokoić własne serce. Wiedziała, że powinna uciec, jak najdalej, ale musiała się uspokoić, złapać oddech i… odnaleźć? Brunetka zatrzymała się nagle, rozglądając bezradnie. Fantastycznie, uciekła mu. Tylko gdzie? Las wokół niej był gęsty, a słońce wisiało wysoko, więc trudno jej było nawet określić kierunek. Póki co biegła tylko przed siebie, więc na pewno nie natknie się zaraz znów na rzekę, ale mimo wszystko musiała zacząć działać bardziej rozmyślnie.
        Nieco uspokojona, zmieniła nieco kierunek, obierając ten obiecujący chociaż minimalny prześwit w drzewach. Znów ruszyła biegiem, ale nie forsując się już aż tak, gdy dotarło do niej, że nie wie, jak długo będzie tak uciekała. Niczym powtórka z rozrywki po zabójstwie ojca, tylko że wtedy miała konia! A propos koni…
        Wypadła nagle na jakiś szlak, zatrzymując się jak wryta, niczym zaskoczona na gościńcu łania. Niespodzianką była zarówno granica, urywająca na moment bezbrzeżny las, jak i widok jeźdźca, którego nie usłyszała, skupiona na hałasie, który sama robiła, a największą – widok Nazahirczyka. Swojego krajana poznałaby wszędzie, wyróżniali się w tej części Alaranii jakby naprawdę przypłynęli z innego lądu. Do tego te słowa, rozbrzmiewające echem w jej głowie. K’amina. Miała wrażenie, że minęły lata, odkąd ostatni raz się ktoś tak do niej zwrócił i teraz zaniemówiła, czując ucisk w gardle.
        Do teraźniejszości przywrócił ją znajomy stukot obcasów i pozycja strażnika - teraz to nie ulegało wątpliwości, znała to powitanie. I jakby ktoś wypowiedział odpowiednie zaklęcie, Maia Andhera Bhraanti wyprostowała się dumnie, na powrót stając się księżniczką, którą próbowano z niej wydrzeć siłą w ciągu ostatnich tygodni. Spoglądała z góry na nietypowo barwne włosy mężczyzny, słuchając jego słów z nieznacznie zmarszczonymi brwiami. El-Bihtu, znała to nazwisko. Poważany i wierny królestwu ród. Zdawało jej się, że przelotnie kojarzy samego młodzieńca, jednak wtedy na pewno nie był w pałacowej straży, co od razu wzbudziło podejrzliwość dziewczyny, bo samo imię też niewiele jej mówiło; opierała się tylko na przelotnym wspomnieniu. Wystarczyło jednak krótkie spojrzenie na sygnet rodowy na palcu mężczyzny, gdy jego dłoń wciąż obejmowała kurczowo drugą pięść, by dać wiarę jego słowom. No, też niezupełnie, Maia była podejrzliwa z natury, a w szczęśliwe sploty losu rzadko wierzyła, ale w tej chwili miała ważniejsze rzeczy na głowie.
        Jednak jej się nie zdawało, ścigał ją. Odwróciła się gwałtownie, w tym samym momencie, w którym Sadik zrobił krok w przód, by ją zasłonić. Spoglądała teraz ponad jego ramieniem na najpiękniejszą i najgroźniejszą bestię, jaką widziała w życiu, chociaż zachwyt niknął nieco pod strachem, gdy pantera zbliżała się w ich stronę długimi susami. Maia spojrzała za gestem strażnika w stronę jego konia i krótka myśl przemknęła przez jej głowę. Dosiąść wierzchowca, jak poproszona, i zwyczajnie odjechać w siną dal. Tyle by ją obaj widzieli, zajęci walką. To był moment i impuls samozachowawczy, któremu nie uległa, gdy tylko przypomniała sobie wcześniejsze słowa Sadika. Co właściwie wydarzyło się w Na’Zahirze, odkąd opuściła królestwo? Poza wiadomą klątwą i plotkami o najeźdźcach, które wtedy ściągnęły ją z powrotem, nie wiedziała nic. Ta chwila zawahania i przedłożenia losu królestwa nad własny przesądziła o jej decyzji. Wszystko działo się tak szybko, że sama ledwo za sobą nadążała, ale takiego działania była nauczona. Najpierw zażegnać kryzys, później oceniać własne rany. W jednej chwili panterołak przewrócił Sadika na ziemię, a Maia podniosła sztylet, który wypadł mu z dłoni.
        - Talen! – krzyknęła, zwracając na siebie uwagę zmiennokształtnego. – Zostaw go.
        Tym razem nie wyciągała broni w jego stronę, jak wtedy nieudolnie próbując zastraszyć go kawałkiem szkła. Sztylet trzymała pewnie w dłoni, ale obie uniosła nieco w górę, poprzez gest poddania, ale z bronią wciąż w ręce pokazując, że dąży do chwilowego kompromisu. Ważyła każde słowo, wiedząc, że od tego, co się teraz tutaj stanie zależy jej przyszłość. I nie tylko jej. Panterołak nie odpuści jej kolejny raz, czuła, że wyczerpała jego cierpliwość.
        - Talen, musimy porozmawiać. Puść go i porozmawiaj ze mną. To nie może się tak ciągnąć. Nie będę współpracować, więc jeśli mam przestać uciekać i z tobą walczyć musiałbyś mnie zatłuc, a za to nie dostaniesz grosza – mówiła spokojnie i rzeczowo, wręcz sucho, jakby nie chodziło o jej własną skórę. Chociaż nie czuła się najlepiej z wiedzą, że przybyły po nią strażnik pozna dokładne okoliczności, w jakich znalazła się jego k’amina, jako niewolnica, wzięła głębszy oddech i kontynuowała.
        - Ale za odnalezienie księżniczki i pomoc w zajęciu przez nią należnego jej tronu, zostaniesz nagrodzony. Wiesz kim jestem. To jest wojownik z mojego królestwa. – Wskazała powoli na Sadika, nie odwracając spojrzenia od żółtych oczu swojego dotychczasowego oprawcy. – Wysłano go, by mnie odnalazł. Jeśli chcesz, możesz go zabić, mnie przykuć do tej cholernej kuli i próbować dokończyć swoje „zadanie”, ale uwierz mi na słowo, że przez ten krótki czas uczynię z twojego życia piekło, bo takim stanie się moje, jeśli naprawdę trafię do niewoli. Nie pozwolę na to, chociażbym miała zginąć. Nie masz nic do stracenia, a ja za twoją pomoc mogę ci wiele zaoferować.
        Jej głos nie drżał, gdy słowami walczyła o swoje życie. Nie miała nic do stracenia. Albo właśnie wszystko – zależy, jak na to spojrzeć. Ale od decyzji jednego najemnika zależała jej przyszłość i w Mai przebudziła się dyplomatka. Nie raz w zastępstwie pijanego w sztok ojca łagodziła waśnie między przedstawicielami okolicznych miast, przyjmowała poselstwa i brała udział w naradach. Do tej pory nie było osoby, która po odpowiedniej ilości czasu i argumentów, nie przystawała chociaż w części na propozycje księżniczki. Jednym uśmiechem zjednywała sobie wrogo nastawionych oficjeli, więc do cholery, jeśli nie uda jej się przemówić Talenowi do rozsądku, to chyba nawet nie ma po co wracać.

Awatar użytkownika
Sadik
Zbłąkana Dusza
Posty: 7
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Sadik » 1 rok temu

        Sadik co prawda zakładał, że stanie przed nim ten, który kupił Maię - ten czarnowłosy mężczyzna - ale liczył się również z tym, że może go spotkać niespodzianka. Typek mógł mieć kolegów, mógł też przekazać księżniczkę komu innemu, mógł też komuś zlecić ściganie jej - w końcu żaden ze słownych przekazów kupców nie wspominał o tym, czy ten człowiek działał sam czy na czyjeś zlecenie, nie było wiadome co nim kierowało. Sadik szykował się więc na to, że walka może go zaskoczyć… ale nie spodziewał się, że zaskoczy go AŻ TAK bardzo.
        El-Bihtu już z daleka słyszał szelest liści, trzask łamanych gałęzi i wiedział, że ktokolwiek puścił się w pogoń za księżniczką, nie zamierzał być subtelny. Coś w tych odgłosach było co prawda nie tak, lecz może to przez te emocje coś mu umykało… Strażnik w ostatniej chwili spostrzegł, że ma do czynienia ze zwierzęciem - czarną panterą i to w nienaturalny sposób ogromną. Kot z pewnością mógł dostrzec zaskoczenie na jego obliczu na moment przed tym, gdy na niego skoczył. Na taką walkę Sadik nie był gotowy - nie miał już czasu na unik, jedyne co mógł zrobić to osłonić się. To zrobił już zupełnie podświadomie. Cofnął się o krok, podnosząc przed siebie rękę i unosząc kolano, by osłonić niechroniony brzuch, który ta pantera mogłaby z taką łatwością rozpruć pazurami tylnych łap. Sapnął boleśnie, gdy nagle wylądował na ziemi, przygnieciony ciężarem bestii. Sztylet wyleciał mu z ręki, lecz nadal żył i co więcej: nie został ugryziony. Czarny drapieżnik jakby zadowolił się unieruchomieniem go. Strażnik gdy tylko mógł, zogniskował wzrok na górującej nad nim bestii - była ogromna, naprawdę ogromna. Jej kły były chyba długie jak jego palce. Skąd brało się takie zwierzę? Nieważne. El-Bihtu nie miał teraz czasu na przejmowanie się uwarunkowaniami kształtującymi lokalną florę, bo zaraz mógł skończyć z łbem urwanym jednym ciosem tej potężnej łapy. Na razie zdawało się, że trwała walka nerwów - pantera z obnażonymi kłami patrzyła na jego oblicze jakby czekała, czy stchórzy. Sadik może z początku był zdezorientowany i przez to niepewny, ale rezon odzyskał w mgnieniu oka. Patrzył w oczy bestii, nadal osłaniając szyję uniesionym przedramieniem, a drugą ręką ostrożnie macał ziemię wokół w nadziei, że może jego nóż nie spadł daleko. Powoli napinał mięśnie, by w razie czego szybko zareagować - zaatakować albo się bronić, tego jeszcze nie wiedział. Jak miałby uderzyć? Może tą ręką, którą się osłaniał, dałby rady sięgnąć oczu bestii i wrazić w nie palce, by się cofnęła. Może nawet by ją przy tym oślepił… Wystarczyłoby jednak, by kot uderzył go na odlew łapą cofając się, by urwać mu połowę twarzy. Musiał istnieć więc jakiś inny sposób…
        W najśmielszych snach Sadik nie spodziewałby się, że tym wyjściem będą negocjacje, a te właśnie podjęła księżniczka Maia. Podniósł na nią zaskoczony wzrok. W pierwszej chwili liczył, że zawołała swojego oprawcę, który może dopiero do nich dotarł, lecz nie, ona faktycznie mówiła do tego bydlęcia, które dociskało go do ziemi. Co więcej to również w nie celowała nożem, który el-Bihtu wypuścił z ręki podczas upadku. Strażnik w pierwszej chwili pomyślał, że to utrudni mu obronę, a zaraz potem zaniepokoił się, czy też może dziewczyna nie postradała zmysłów w trakcie niewoli - wszak kto wie jakich okropności się wtedy naoglądała… Lecz gdy znowu skupił wzrok na panterze doszedł do wniosku, że może faktycznie nie jest to taki do końca żart, bo na pysku tego zwierzęcia malowała się przerażająca wręcz inteligencja i zrozumienie. Mimo to na jego usta nadal cisnęło się pytanie: jak ona zamierzała rozmawiać z panterą?! Niestety Sadik nie za bardzo znał się na rasach innych, niż te najbardziej podobne ludziom - po prostu nigdy nie spotkał żadnego ich przedstawiciela. Przez to nie wiedział, że tak naprawdę na jego barkach stał mężczyzna w ciele pantery, a nie zwykły przerośnięty kot i dlatego ta scena była taka… odrobinkę abstrakcyjna po prostu. Skoro jednak na razie był w pozycji, która nie pozwalała mu partycypować w rozmowie na równych warunkach, zadowolił się słuchaniem. Podobał mu się styl księżniczki - piękny szantażyk, taki w typowo kobiecym stylu. No i gładkie przejście do konkretów: kij i marchewka. Nie podobało mu się co prawda to, że tak beztrosko mówiła o zabiciu go, ale przecież nie miał w tym momencie nic do gadania. Dotarło do niego, że skoro tytułował ją “K’amina”, to nie mógł dyskutować, musiał jej zaufać… Nawet jeśli było to równie trudne co teraz. Nie mógł walczyć z tym kotem, bo wtedy słowa księżniczki straciłyby na znaczeniu i sytuacja stałaby się o wiele bardziej czarno-biała - albo pozbyliby się tej pantery i mogli spokojnie wrócić do Na’Zahiru, albo księżniczka zostałaby z tą bestią sama po tym, jak jej krajan doprowadził kota do furii… Nie, kiepska opcja. "Oby księżniczka była tak zdolną dyplomatką, jak to rozpowiadali mędrcy w pałacu...", prosił tylko w duchu, nadal napinając mięśnie do walki.

Awatar użytkownika
Talen
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 55
Rejestracja: 3 lat temu
Kontakt:

Post autor: Talen » 1 rok temu

Talen był wściekły i ta wściekłość malowała się na jego pysku. Niby słuchał słów Mai, ale cały czas patrzył żółtymi ślepiami na mężczyznę. Miał nieodpartą ochotę ugryźć go w ramię wyszarpując mięśnie. Tak to już było, umysł po części zaślepiał mu panterzy temperament. Sapnął głośno, chuchają Sadikowi prosto w twarz gorącym powietrzem z nozdrzy. Matka... Znów mu się przypomniała. A jej widok w głowie osłabił panterołaka. Wsłuchał się w słowa Mai. Czy jej wierzył? Nie wiedział. Ale przecież nie mógł rozszarpać tego... tego... posłańca? Czy kim on tam był. Może i był złym człowiekiem, może i potrafił rozszarpać na strzępy gwałciciela albo mordercę, ale ten tutaj... Jak na razie nic mu nie zrobił. Powalenie go miało uratować Maię. Bał się, że posłaniec jej zagraża, ale ona mówiła co innego. Przez długą, wydawałoby się niekończącą, chwilę przygniatał do ziemi mężczyznę. W końcu sapnął po raz drugi z niezadowoleniem i cofnął łapy. Zrobił kilka kroków w tył i zszedł z bezbronnego mężczyzny. Przez moment stał jako pantera i wpatrywał się w Maię.

Prychnął z niezadowoleniem i pochylił głowę jakby był zmęczony, ale nie, on po prostu przybrał pozycję by się przemienić. Chwilę później stał przed nimi rosły mężczyzna o kruczoczarnych włosach, a na jego twarzy wyraźnie malowała się złość.
- Niby dlaczego mam ci wierzyć, co? - zaczął gniewnie.
- Jaką mam gwarancję, że dostanę to co mi obiecujesz? No jaką! Myślisz, że jest mi wygodnie targać ze sobą kogoś, kto tego nie chce? Myślisz, że o to chodzi w moim życiu, żeby kupować niewolnice i transportować je w świat?! Co?! Tak właśnie o mnie myślisz?! Otóż pragnę ci oświadczyć, że się mylisz! Na tym cholernym targu mógł cię kupić ktokolwiek. Mogłaś trafić do burdelu, do haremu, do cyrku albo jeszcze gorzej. I dziś leżałabyś gdzieś pobita i zgwałcona przez bandę śmierdzących spirytusem oprychów. Otóż "księżniczko" pragnę cię poinformować, że wcale nie uśmiechało mi się cię kupować, ale życie nie jest kolorowe i czasem trzeba robić rzeczy, których się nie chce. Opatrzyłem twoje rany. Dostawałaś jeść i pić. A w tych cholernych lochach uratowałem cię przed tym przeklętym szczurem. Myślisz, że robiłem to wszystko dla pieniędzy? Myślisz, że tylko dlatego opatrzyłem ci ręce? Otóż nie, moja droga. Może ci się wydawać, że jestem tylko bezwzględnym najemnikiem, ale nie. Nie jestem. Po prostu życie zmusiło mnie do takiej, a nie innej roboty. I może cię to dziwić, ale też mam uczucia.
- Powiedz mi, jaką mam gwarancję, że cokolwiek od ciebie dostanę? Masz już swojego kompana, po co ci jeszcze ja? Do obrony? Bo ten tutaj to wygląda raczej miernie - prychnął patrząc na Sadika.
- Chcesz, żeby twój oprawca odtransportował się co twojej krainy? Po co? Pytam się po co? Jaką mam gwarancję, że kiedy usnę, to mnie nie zasztyletujecie? Mówisz, że nie mam nic do stracenia. To prawda tylko po części. Mogę stracić reputację, bo nie dostarczę cię do mojego pracodawcy. Mogę stracić pieniądze. A ty możesz nie dać mi nic. A kiedy wkroczymy do twojego kraju, możesz kazać mnie zamknąć w lochu. Jaki według ciebie mam wybór? Bo według mnie żaden. Mogę cię albo przypiąć do kuli, a twojego towarzysza przywiązać do drzewa, albo po prostu odejść tracąc wszystko. Wytłumacz mi proszę jaki mam inny wybór, bo ja go nie wiedzę - skończył, a ze złości, która się w nim gotowała oddychał niczym po długim biegu. Patrzył teraz Mai prosto w oczy. Dla niego nie było dobrego wyjścia z tej sytuacji. Po prostu nie było.

Awatar użytkownika
Maia
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 55
Rejestracja: 3 lat temu
Kontakt:

Post autor: Maia » 1 rok temu

        Ukradkiem odetchnęła z ulgą. Pantera wycofała się i zeszła z Sadika, skupiając teraz swoją uwagę na Mai, dobrze… o dziwo. Kolejne mięśnie dziewczyny, ze stresu ciągle napięte niczym struny, powoli rozluźniały się, gdy mężczyzna zmienił postać. Wściekłość na twarzy Talena wcale nie powinna wywoływać w niej takiego uczucia, ale przynajmniej mogła już tę twarz zobaczyć, zamiast czarnej paszczy rozwartej w warkocie, odsłaniającej długie kły. Przemiana zmiennokształtnego była bowiem krokiem w jej stronę, nawet jeśli najemnik wyglądał na ledwie hamującego się przed atakiem szału; to nieistotne. Przeszli już kawał drogi i przyzwyczaiła się do napadów złości mężczyzny, czasem tylko przeplatanych ludzkimi odruchami. Wolała więc tę jego wersję, z którą mogła porozmawiać, niż bestię, która jednym kłapnięciem szczęk mogła pozbawić życia ten skrawek jej przeszłości, który pojawił się nagle pod postacią nazahirskiego posłańca. Życie i zdrowie el-Bihtu nie było jej obojętne, jednak nie mogła sobie teraz pozwolić na spojrzenie w jego stronę, nawet by upewnić się, że nic mu nie jest. Miała też nadzieję, że mężczyzna nie spróbuje zaatakować panterołaka, bo to zaś mogłoby zrujnować całe jej starania.
        Z niemalże spokojnym wyrazem twarzy słuchała wściekłych słów Talena. Nawet pod ludzką postacią prawie warczał, rzucając jej w twarz jednocześnie oskarżenia i wyrzuty, wręcz drwiąc z niej nieustannie w jakiejś zakamuflowanej próbie samoobrony. Znosiła jednak ten wybuch w milczeniu, nie pyskując, jak zwykła czyniła to do tej pory. Sytuacja zmieniła się znacząco i w momencie, w którym Maia dostrzegła najmniejszą szansę na to, że naprawdę może wyjść z tego cało, zmieniła zupełnie swoje postępowanie. Wcześniej mogła wściekać się i szarpać do woli, tak naprawdę wiedząc, że nie ma innego wyjścia, niż podążać za mężczyzną, a jej bunt i złość były po prostu jedyną walką, jaką mogła podjąć. Teraz miała inne wyjście, inne środki. Było coś, co pozwoliło jej się targować, dało cokolwiek, od czego mogła zacząć negocjacje i poczuła się jak ryba w wodzie, niemalże spokojna. Maia stała z wciąż lekko uniesionymi rękami i sztyletem w jednej dłoni, leżącym w niej niemal bezwładnie, przytrzymywany tylko drobnymi palcami, jako sygnał poddania. Nie przerywała Talenowi, nawet nie próbowała zabrać głosu w tych krótkich przerwach, jakie najemnik robił na nabranie oddechu, nim znów wznawiał swoją tyradę. Nawet gdy skończył, milczała jeszcze kilka chwil, pokazując swoją wyższość, jak ją nauczono, a gdy się odezwała, mówiła dźwięcznym, pewnym głosem.
        - Nie musisz mi wierzyć, Talen, ani ufać. Jeszcze nie. Oczywiście, że próbowałam uciekać. Oczywiście, że z tobą walczyłam, chodziło o moje życie, nadal jest ono stawką. Gwarancją zaś jest tylko moje słowo. Ale widzisz, właśnie dlatego ci je daję, bo nie myślę o tobie tak, jak mi to zarzucasz. Miałam okazję zobaczyć, że nie jesteś zły do szpiku kości i właśnie dlatego ci to proponuję. Jesteś dobrym wojownikiem, może dobrym człowiekiem. Pokaż mi to. Jedź ze mną do Na’Zahiru. Pomóż mi w drodze, a później objąć tron, a w zamian otrzymaj to, co zechcesz. Daję ci moje słowo, wiem, że to dla ciebie może być niewiele, ale w tej chwili to wszystko, co mam, że nie skażę cię ani w żaden sposób nie każę ukarać za twoje dotychczasowe uczynki. To jest krok z mojej strony, bo, Talen, jakkolwiek starannie mnie nie opatrzyłeś, wciąż prowadziłeś mnie na sprzedaż, nie zapominaj o tym. Ja nie zapomnę, ale też nie będę wyciągała konsekwencji, jeśli tu i teraz podejmiemy współpracę. K’un Sadik, twój pierścień – powiedziała nagle, niemal tym samym tonem, nie spoglądając na strażnika, a jedynie wolnym, pełnym gracji ruchem, wyciągając dłoń w jego stronę, w naturalnym odruchu oczekując posłuszeństwa.
        Ryzykowała. Każdy strażnik rozpoczynający służbę w Pałacu otrzymywał od Króla pierścień, jako przypomnienie o lojalności, działającej w jedną i drugą stronę. Gwardia pałacowa nie musiała się ukrywać, więc ozdoba nie przeszkadzała w wykonywaniu obowiązków, a wysadzana wielkim rubinem była dowodem przynależności i znakiem przywilejów. Za kamień takiej jakości można było postawić dom. Pytanie jednak, czy Sadik go posiadał. Wiedziała, że jest ze straży, ale nie pamiętała go tak dobrze, a chociaż teraz przedstawił się, jako wysłannik stricte pałacowy, nie zdołała zobaczyć dowodu, gdy pięść z pierścieniem królewskim skryta była pod dłonią zdobioną jedynie znakiem rodowym. Lepiej jednak dla niego, żeby miał dowód na swoje słowa, zarówno dlatego, że za podszywanie się pod strażnika pałacowego może stracić głowę, jak również dlatego, że w tej chwili musiałby oddać pierścień ojca. Maia potrzebowała czegoś dla poparcia swych słów. Na szczęście po chwili poczuła delikatny dotyk metalu na dłoni i kątem oka dostrzegając błysk rubinu, ze skrywaną ulgą skierowała pierścień w stronę Talena.
        - Weź go, jako dowód na prawdziwość moich słów. Dołącz do mnie, mając zalążek przyszłego bogactwa, albo odejdź z niczym. To jest twój wybór, bo trzeciego rozwiązania nie ma. Nie dostarczysz mnie żywej tam, gdzie zamierzasz, masz moje słowo. Nie pozwolę na to.
        Dziewczyna dumnie unosiła głowę, pewna tego co powiedziała i z błyskiem zdeterminowania w pustych zazwyczaj oczach. Każde jej słowo było przesiąknięte szczerą prawdą i wręcz namacalną siłą, sugerującą, że Maia jest zdolna naprawdę do wszystkiego, byle tylko postawić na swoim – w tym przypadku nawet zginąć, by nie pozwolić dowieźć się na miejsce. Tylko jej podnosząca się ciężko klatka piersiowa zdradzała zdenerwowanie i zmęczenie księżniczki, która nie nawykła ani do bycia krępowaną i sprzedawaną, ani do długich, pieszych wędrówek i walki o życie w podziemiach, ani do lodowatych kąpieli w rzekach i szaleńczego biegu przez las. Czuła postępujące osłabienie i tak naprawdę ledwie trzymała się na nogach, jednak niezrażona kontynuowała negocjacje o swoje życie. Z wciąż mokrymi włosami, zadrapanym policzkiem, w do bólu zwyczajnych ubraniach, a do tego dwa razy mniejsza niż jej rozmówca nie powinna prezentować się godnie, a jednak tak było. Nie miała innego wyboru. Wóz albo przewóz. W tej sytuacji nie było miejsca na kompromisy.
        - Możemy w tej chwili zacząć od nowa. Decyduj, Talen.

Awatar użytkownika
Sadik
Zbłąkana Dusza
Posty: 7
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Sadik » 1 rok temu

        Słowa Mai dotarły do pantery, która jakby po chwili namysłu i co więcej ze sporym niezadowoleniem cofnęła się i puściła strażnika. Ten nie marnował czasu na niedowierzanie - zaraz podciągnął się na rękach i wysmyknął spod drapieżnego kota nim ten zmienił zdanie. Chwilę później był na nogach i chociaż stanął między napastnikiem a księżniczką, nie sięgnął po broń - negocjacje trwały, pozostawało jedynie zachowanie czujności na wypadek, gdyby jednak dobór argumentów okazał się nietrafiony.
        Przemiana kota w mężczyznę na pierwszy rzut oka nie zrobiła wrażenia na Nazahirczyku - przyglądał się jej bez emocji, choć w duchu opadła mu szczęka. To wyjaśniało jakim cudem pantera była taka olbrzymia - magia. Niewiele podobnych stworzeń widział w życiu Sadik, bo nie ruszał się raczej poza granice stolicy swego kraju, w którym dominującą rasą byli zdecydowanie ludzie. Lecz z drugiej strony ten tutaj po przemianie do złudzenia przypominał człowieka, łatwo było więc zapomnieć czym tak naprawdę był. Łatwo, lecz wcale nie rozważnie - Sadik nie zamierzał go lekceważyć. Tym bardziej, że gość był wściekły. El-Bihtu jednak nawet powieka nie drgnęła, gdy panterołak wyraził swoją niepochlebną opinię na jego temat. Ba, sprawiał wręcz wrażenie, jakby to w ogóle nie było o nim ani nawet o nikim mu znajomym. Zbyt wiele razy słyszał w rodzinnym Na’Zahirze podobne słowa, by przejmować się, gdy padały one z ust obcego. Dobra, nie popisał się, bo dał się rozbroić, ale to nie był wcale koniec walki - wszystko mogło się różnie potoczyć, gdyby nie Maia, która dla nich obu była bardzo ważna i sama w sobie stanowiła tak dużą wartość, że mogła próbować ich sobie ustawiać. Strażnik słuchał się jej bezwzględnie, a tego obcego musiała do siebie przekonać, a to nie wyglądało na łatwe zadanie, zważywszy na emocje targające tym obcym. Sadik pomyślał jednak kwaśno, że panterołak był wyjątkowo łaskawy, bo w swojej “propozycji” rozwiązania sytuacji chciał go jedynie przywiązać do drzewa, “a mógł zabić”, jak to mówiono w starej anegdotce. Gdy jednak nieznajomy wylał już wszystkie swoje żale i wyartykuował groźby przyszła kolej na księżniczkę, która przemawiała z pewnością siebie godną następczyni tronu. Jakby nad wszystkim panowała, a jej charyzma była tak duża, że nikt postronny nie miałby wątpliwości, że to ta drobna dziewczyna zasługuje na największy respekt spośród tej trójki.

        Maia oczekiwała posłuszeństwa, a Sadik był po to, by te oczekiwania spełnić, bo może nie był zwykłym służącym, ale jedną zasadę wpajano wszystkim mieszkańcom pałacu bez wyjątku: bezwzględnie słuchać się rodziny królewskiej. Dlatego gdy tylko księżniczka zwróciła się do niego po imieniu, on momentalnie na nią spojrzał i zaraz był gotów spełnić polecenie. Chociaż jego palce zdobiło kilka różnych pierścieni, on nie musiał pytać, który konkretnie Maia sobie życzy - to było oczywiste zważywszy na kontekst rozmowy. Sadik poczuł jednak w głębi serca wyraźne ukłucie, gdy padło to polecenie - strażnicy z dumą nosili symbol swojej profesji i odebranie im go stanowiło znaczny dyshonor, prawie jakby równocześnie pozbawiano ich pozycji. Jednak el-Bihtu szybko stłumił żal i wątpliwości tłumacząc sobie, że księżniczka wie co robi i jego uczucia mają niewielkie znaczenie. Natychmiast więc zdjął swój pierścień z rubinem i podał go Mai na dwóch złożonych dłoniach, kłaniając się jej lekko w oznace szacunku. K’amina jednak bez patrzenia wyciągnęła do niego dłoń, więc Sadik błyskawicznie dostosował się do jej gestu i delikatnie podał jej pierścień, po czym nadal trwając w ukłonie odsunął się o krok i dopiero wtedy wyprostował. Odruchowo spojrzał w dół, na swoje dłonie - odrobinę jaśniejszy fragment skóry na serdecznym palcu wyglądał jak niemy wyrzut. ”Ale przecież to wszystko dla dobra kraju”, powtarzał sobie, milcząc gdy księżniczka negocjowała.
        Tymczasem Maia zagrała za wszystko - albo będzie po jej myśli, albo w ogóle. Z jakiegoś powodu chciała zabrać tego mężczyznę ze sobą, a pierścień strażnika posłużył za marchewkę, za dowód na poparcie prawdziwości jej słów… Gdyby byli w Na’Zahirze, nikt nie żądałby gwarancji od księżniczki - jej słowo by wystarczyło. Reakcji tego Talena, jak nazywała go Maia, nie można było jednak przewidzieć, dlatego Sadik dyskretnie cofnął rękę za siebie, po drugi z noży, jaki nosił w kaburze na plecach. Oczami wodził do panterołaka - po którym spodziewał się niebezpieczeństwa - do księżniczki, która mimo swej władczej postawy wyglądała bardzo słabo… Zmieniła się przez te tygodnie nieobecności, jakby schudła i zmarniała. Skoro jednak trafiła do niewoli (co Sadik zamierzał puścić mimo uszu by nie robić jej afrontu), trudno było się dziwić, że odbiło się to na jej kondycji. Nim wrócą do kraju na pewno jej stan się polepszy i będzie prezentować się prawie tak dobrze, jak w momencie, gdy opuszczała kraj.

Awatar użytkownika
Talen
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 55
Rejestracja: 3 lat temu
Kontakt:

Post autor: Talen » 1 rok temu

- Nie mam żadnego, ale to ŻADNEGO wyboru! - wrzasnął na Maię z całej siły. Był wściekły do granic możliwości. A Maia pieprzyła głupoty jakich świat nie widział. Nie mógł jej ufać. Nie mógł. I ona to wiedziała, a jednak cały czas gadała i gadała. Już sam jej głos doprowadzał go do szału i ta jej cholerna wyższość. Dla niego była nikim. Nie była żadną pieprzoną księżniczką, tylko zwyczajną dziewczyną. Już wolałby usłyszeć coś ze szczerego serca. Normalnego. Mogła poprosić go o wolność, powiedzieć, że nie chce zostać sprzedana, że w końcu i tak ucieknie. To, że wcześniej mu to mówiła, to nic. Mogła powtórzyć, bo to by go ułagodziło. Wolał widzieć ją jako ofiarę. Ale nie. Ona już taka nie była i im bardziej była harda, tym bardziej ją nienawidził. Nienawidził tego w jaki sposób się zachowywała. Wielka dama, z wielkiego królestwa. Cholerna księżniczka. Gdyby dał upust swoim pragnieniom, swojej wściekłości, zamiast Sadika ukatrupiłby tę małą, wredną i wywyższającą się dziwkę. Ze złości dyszał głośno i mimo ludzkiej postaci bardziej przypominał teraz zwierzę niż człowieka. Nawet swojego strażnika potraktowała jak gówno, każąc mu oddać pierścień. Zmieniła się diametralnie.

- Musisz taka być, prawda? - warknął.
- Walcząca. Nie potrafisz się pogodzić z losem ofiary. A może powinnaś - powiedział bardziej do siebie niż do niej.
- Sama powiedziałaś, że wolisz zginąć walcząc niż się poddać. Może masz rację. Może tak powinno się robić - nadal analizował mówiąc bardziej w przestrzeń niż do niej.
- Co nie zmienia faktu, że kiedy wydaje ci się, że jesteś kimś więcej traktujesz ludzi jak gówno i swoich poddanych. Myślisz, że co? Że twoje słowo jest więcej warte, bo jesteś księżniczką z jakiegoś kraju? Tak myślisz? Prawda? Nie potrafisz inaczej? - Talen przestał wrzeszczeć. Mówił zaskakująco spokojnie i choć nie były to pochlebne słowa, a raczej oskarżenia, ton jego głosu był zupełnie inny niż wcześniej. W międzyczasie panterołak zauważył, że Sadik chowa rękę za plecy, mimo wszystko pozostawał czujny.

- Nawet o tym nie myśl. - Spojrzał na niego gniewnie. - Bo rozszarpię ci gardło w ciągu sekundy - zawarczał.
- A twoja księżniczka już nigdy nie zobaczy swojego kraju. - Ciągle był zły, ale nie gotowało się w nim tak jak na początku. Uspokajał się, choć nie wiedział w jaki sposób. Jego oddech zwolnił. Patrzył raz na Maię, raz na jej chudego strażnika.
- Zwrócę ci wolność pod kilkoma warunkami - rzekł stanowczo.

- Chcę równowartość tego ile za ciebie zapłaciłem, plus nadpłatę dla mojego pracodawcy. Poza tym dasz mi tyle złota, bym mógł założyć warsztat i ściągnąć do twojego kraju moją matkę. Ja i ona mamy żyć w spokoju i dostatku do końca naszych dni. Masz jej zapewnić opiekę w razie gdyby była taka potrzeba. Jeśli zginę, masz ją odnaleźć i zapewnić dostatek do końca życia. Jeśli twoje słowo jest tak cenne, to teraz masz mi je dać.

Awatar użytkownika
Maia
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 55
Rejestracja: 3 lat temu
Kontakt:

Post autor: Maia » 1 rok temu

        Drgnęła, gdy na nią krzyknął. Nie miała już na to energii ani cierpliwości. Była jednocześnie zła, zmęczona, przestraszona, bezsilna i zirytowana własnym żałosnym położeniem, ale teraz przede wszystkim była zraniona. Bardziej niż więzy raniły jej nadgarstki, ściany podziemi obcierały ramiona i brzuch czy ostre skały dna rzeki kaleczyły stopy. Raniły ją niesprawiedliwe słowa, wywrzaskiwane z nieprawdopodobną wściekłością w jej twarz, podczas gdy ona próbowała zachować spokój i pion jednocześnie. Bolała ją pogarda, z którą Talen na nią spoglądał i to, że w ogóle się tym przejmowała. Nie powinna. Była dla niego nikim i powinna do tego nawyknąć, ale nie umiała. Co gorsza, on zachowywał się, jakby traktowała go tak, jak on traktował ją, od kilku dni na zmianę pomiatając, jak bydłem prowadzonym na targ, i opiekując się z podejrzaną troską. Czysty absurd. Przez moment nawet przemknęła dziewczynie myśl, jak silna jest jej duma i czy wygra z postępującym osłabieniem, nie pozwalając jej za moment zemdleć.
        Spojrzała na niego niedowierzająco, słysząc kolejne słowa i westchnęła cicho, spuszczając nieznacznie głowę. Nie wiedziała skąd w nim tyle złości, ale nie miała siły z nią walczyć. Nie musiała mu nic udowadniać, niech sobie opinię o niej ma, jaką chce. Ona nie była po to, by ją lubić, a po to, by służyć swojemu królestwu. Dlatego jej spojrzenie zawsze było puste i dlatego zawsze będzie.
        - Ty byś nie walczył? – zapytała tylko cicho, miękkim znów głosem, widząc, że mężczyzna się uspokaja.
        Odwróciła jednak twarz, gdy usłyszała, jak to ona traktuje ludzi, jak gówno, powstrzymując się, by nie prychnąć ze złością. Co za arogancki sukinkot. Ale pozwalała mu mówić i wylewać z siebie żale, w głębi duszy zastanawiając się tylko, czy w ogóle dobrze robi, biorąc kogoś takiego ze sobą. Jak mają współpracować po tych słowach, które padły? Ona daje mu propozycję czystej karty, darowania wszelkich żali, a on ma czelność przerzucać winę na nią, tak agresywnie, tak niesprawiedliwie. Przez moment przemknęła jej myśl, że żałuje, że jej po prostu nie zabił. Skończyłoby się to wszystko, ten ból, upokorzenia, ciągła walka. Nie musiałaby się martwić o królestwo; martwi nie mają zmartwień. Ale właśnie dlatego nie mogła. Dlatego walczyła i dlatego trzymała się teraz prosto na miękkich nogach, nadstawiając drugi policzek. Dla swojego królestwa. Tylko to teraz miała i tylko ją miał Na’Zahir.
        Do rzeczywistości przywróciło ją warknięcie Talena. O dziwo nie w jej stronę, jak do tej pory, a w stronę Sadika, na którego spojrzała. Cofał właśnie dłoń zza pleców, gdzie skryty miał drugi sztylet. Skinęła mu głową, że wszystko jest w porządku. Nie było, ale nie dałby sobie rady, gdyby postanowił zaatakować panterołaka, zwłaszcza tak wściekłego, jak teraz. Nie chciała jego śmierci, to oczywiste, zwłaszcza tak bezsensownej. Wróciła spojrzeniem do Talena, który zaczął stawiać warunki. Słuchała uważnie i spokojnie, rozważając je na bieżąco, jeden po drugim.
        - Zgadzam się na wszystko, poza jednym – powiedziała spokojnie, wiedząc, że igra z bestią. – Dostaniesz swoje wydane pieniądze, nawet z nadwyżką, jeśli tego chcesz, ale nie zapłacę temu, kto miał mnie kupić – stwierdziła chłodno. – Jeśli chcesz założyć warsztat w Na’Zahirze, pomogę ci w tym jak tylko będę mogła, twojej matce również. Jestem gotowa spełnić wszystkie twoje żądania, poza tym jednym, masz na to moje słowo, jakkolwiek niewiele dla ciebie nie znaczy. Przestań jednak proszę wymachiwać moim pochodzeniem, nigdy nie zachowywałam się wobec ciebie z wyższością i nie robię tego teraz, ale nie oczekuj, że człowiek, który miał mnie kupić dostanie ode mnie złamanego ruena.
        Maia mówiła spokojnie, możliwie ignorując obecność Sadika, która utrudniała sytuację jeszcze bardziej. Lojalność będzie po jej stronie niezależnie od okoliczności, ale łatwiej szanować królową, której nikt nie pędził w łańcuchach na drugi koniec Łuski. Albo przynajmniej, gdy się o tym nie wie. Ale nie miała wyboru, tu musieli być ze sobą do bólu szczerzy, a ona mogła liczyć tylko na to, że strażnik umie trzymać dziób na kłódkę albo że jej poddani uwielbiają ją tak bardzo, jak to zapamiętała. Jeśli jednak plotka wydostanie się na dwór...
        - Talen, mówię ci o tym kim jestem, żebyś uwierzył, że mogę ci coś zaoferować i nie są to obietnice bez pokrycia – tłumaczyła znów łagodnie, jakby próbując przedrzeć się do tej części mężczyzny, która przejawiała się tak rzadko i niestety tylko, gdy działa jej się krzywda. – Gdy zaatakowała nas wiwerna mogłam cię zostawić rannego i uciec, ale nie zrobiłam tego, prawda? Próbowałam ci pomóc. Co z tego, że i tak byś mnie złapał, nie o to chodziło. Nikt nie każe ci mnie lubić, ale nie bądź wobec mnie niesprawiedliwy, gdy ja próbuję być sprawiedliwa wobec ciebie. Masz moje słowo, że cię nie oszukam – dodała na koniec, nie mając już siły na dalsze dyskusje.

        Talen ostatecznie nie wziął pierścienia z jej dłoni, więc Maia skinęła głową i zamknęła na nim palce, opuszczając ręce wzdłuż ciała, razem z tą, trzymającą wciąż ostrze w górze. Dopiero teraz mogła się rozluźnić i ramiona jej opadły, gdy odwracała się w stronę Sadika.
        - Dziękuję k’un Sadik, za twoją pomoc – powiedziała, oddając mu zarówno ostrze, jak i pierścień. Ten ostatni dokładnie w ten sam sposób, w jaki wręczało się go po raz pierwszy, samodzielnie zakładając obrączkę na palec strażnika, jak w wielu innych krajach czynili to małżonkowie. Wiedziała, co oznaczało oddanie pierścienia i doceniała, że mężczyzna nawet się nie zawahał, udowadniając swą lojalność wobec niej, jako następczyni tronu. Teoria bowiem, by z taką lekkością oddał sygnet komukolwiek innemu, była zbyt absurdalna, by ją w ogóle rozważać.
        Maia zadarła lekko głowę, spoglądając na chylące się już ku zachodowi słońce i westchnęła cicho. Minął cały dzień, a ona jednocześnie miała wrażenie, jakby dopiero obudziła się pod tamtym drzewem, i jakby miało to miejsce tysiące lat temu.
        - Czy masz gdzieś tu swój obóz? – zapytała swojego strażnika, a po chwili przeniosła wzrok na Talena, jakby jej się coś przypomniało.
        - A co z Jonem? – zdziwiła się. – Został w obozie, czy… - nie dokończyła, zawieszając lekko głos, świadoma że towarzystwo łowcy dusz było przypadkowe i mogło się urwać w każdej chwili. Skoro więc Talen przybył tutaj sam, odpowiedź nasuwała się sama. Wciąż jednak pozostawili chyba za sobą obozowisko i konia panterołaka, po którego ten z pewnością będzie chciał wrócić.

Awatar użytkownika
Sadik
Zbłąkana Dusza
Posty: 7
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Sadik » 1 rok temu

        Sadik zaczynał nabierać przekonania, że jednak powinien się wtrącić, bo póki co stał jak idiota między Maią i tym zmiennokształtnym i tylko wodził oczami od niej do niego, słuchając jak przerzucają się zarzutami i obelgami… Których chyba nie powinien słyszeć. Księżniczka nie dawała tego po sobie poznać, ale nikt nie chciałby, by podwładny słuchał, jak to inny ich tak wyzywał - zwłaszcza młoda dziewczyna. Jednak chyba jedyne co mógł zrobić to udawać, że nie słucha i mieć nadzieję, że księżniczka uwierzy, że zachowa ten incydent dla siebie. Nie zależało mu na podkopywaniu jej autorytetu - przecież jechał przez połowę Alaranii po to, by powrócić z nią w chwale, a nie przyprowadzić z powrotem niewolnicę. Może i lud ją kochał, ale uwielbienie i respekt miały swoje granice.
        El-Bihtu nie wyglądał na zaskoczonego, gdy panterołak nagle zwrócił się do niego, a nie do księżniczki. Patrzył na niego tak jak do tej pory i nie zamierzał ani uciekać wzrokiem, ani zabrać ręki. Wtedy jednak dostrzegł nieme skinienie księżniczki i odpuścił, zabierając rękę z noża. Musiał się jej słuchać i wierzyć jej osądowi - to ona negocjowała i to ona lepiej znała tego zmiennokształtnego. Dobrze, że rozmowa miała się ku końcowi, bo strażnik zaczynał się już robić trochę nerwowy - zdawało mu się, że to zmierzało w złym kierunku. W końcu jednak tych dwoje się dogadało… Chyba. W każdym razie zawiesili broń, co dało się wyczuć po nagłej zmianie atmosfery, jakby powietrze między nimi w mgnieniu oka się oczyściło. Nawet zaczął wiać lekki wietrzyk, choć to akurat był dość kiczowaty zbieg okoliczności.

        Sadik wyciągnął obie ręce w stronę Mai, by przyjąć od niej oba oddawane przedmioty. Sprawnie odebrał sztylet, łapiąc go początkowo palcami za ostrze, by później zgrabnie go obrócić tak, by rękojeść elegancko spoczęła w jego dłoni. Zaraz płynnym ruchem schował go do pochwy przy pasku. Myślał, że księżniczka w podobnie niezobowiązujący sposób odda mu pierścień, dostrzegł jednak jej specyficzny ruch i zaraz mu się podporządkował - był niski stopniem i przywykł do tego, by wykonywać niewypowiedziane rozkazy i domyślać się potrzeb przełożonych. I tym razem udało mu się w porę odgadnąć zamiary Mai… I musiał przyznać, że to w jaki sposób założyła mu z powrotem strażniczy pierścień na palec było bardzo miłe - nie musiał już nic mówić, to były najszczersze podziękowania. Księżniczka nie wyraziła swoich przypuszczeń na głos, ale miała rację - Sadik rozstałby się ze swoim sygnetem tylko w chwili, gdy odrąbanoby mu z nim rękę.
        Gdy już pierścień wrócił na swoje miejsce, el-Bihtu stulił rękę i przytulił ją do serca, jak się robiło na szczęście. Skłonił się i cofnął. ”Pamiętaj, że robisz to dla kraju”, upomniał jednak sam siebie, by nie zapomnieć się w samozadowoleniu i sympatii.
        - Tak, mam, k’amina - przytaknął, gdy padło pytanie o obóz. To może śmieszne, ale każda twierdząca odpowiedź na pytanie księżniczki sprawiała, że czuł się trochę lepiej po hańbie, jaka go spotkała już na samym początku. Dał się rozbroić jak wtedy, gdy miał kilkanaście lat i jeszcze nic nie umiał. Teraz… jakby nadal nic nie umiał. Huruk!
        - K’amina… - zwrócił się do Mai, gdy ta porozmawiała już z tamtym czarnowłosym mężczyzną. On w międzyczasie podprowadził do niej konia i w tym momencie oferował jej pomoc przy wsiadaniu. To było oczywiste, że odda jej miejsce w siodle, bo po pierwsze była kobietą, a po drugie widać było, że wiele przeszła.
        Gdy już Maia przyjęła jego niemą ofertę (bądź też nie), pozostała jeszcze jedna kwestia, którą należało rozwiązać najlepiej jak najwcześniej.
        - Sadik el-Bihtu - przedstawił się strażnik podając zmiennokształtnemu mężczyźnie rękę do uścisku. Mógł dodać coś o tym, że miło poznać, że czeka ich wspólna podróż czy cokolwiek w tym stylu, ale zważywszy na okoliczności w jakich się poznali byłoby to bardzo fałszywe. Może akurat nim wrócą do Na’Zahiru okaże się, że to tylko zły początek dobrego, ale na ten moment tak na pewno nie było.
        - Chodźmy, to niedaleko - oświadczył, prowadząc swojego wierzchowca za uzdę.

        Faktycznie miejsce, w którym zatrzymał się strażnik, znajdowało się w odległości spaceru od miejsca, gdzie spotkał się z księżniczką i zmiennokształtnym. Nie była to żadna karczma, bo takich w okolicy nie było, Sadik urządził się po prostu nieopodal drogi, w miejscu, gdzie drzewa przerzedziły się na tyle, by można było rozpalić ognisko bez ryzyka spowodowania pożaru. Wśród ściółki było nawet widać krąg z kamieni, a pod jednym z pni leżały zwinięte i zabezpieczone brezentem rzeczy strażnika. Nigdzie nie odznaczało się miejsce po jego legowisku, gdyż spał tu zaledwie jedną noc, ale zamierzał zostać na co najmniej jeszcze jedną - po tym jak zgubił ślad kawałek na północ stąd próbował go podjąć przeszukując systematycznie okolicę, a do tego potrzebna mu była baza. Teraz, skoro już znalazł księżniczkę, nie będzie takiej potrzeby, ale przynajmniej nie trzeba było szukać miejsca na odpoczynek.
        Gdy już całą trójka znajdowała się na polanie, Sadik przywiązał swojego wierzchowca do pnia nieopodal i zwrócił się do Mai.
        - K’amina, czy życzysz sobie przebrać się? - zapytał z pokornie spuszczoną głową. - Nic mojego, proszę się nie martwić - zastrzegł natychmiast. - Zabrałem na wszelki wypadek damskie ubrania, są co prawda lokalne, ale podobne do tych z Na’Zahiru.
        Sadik był gotów służyć Mai czym tylko ona sobie zażyczy… Oczywiście również informacjami, bo te były chyba najważniejsze, lecz nie chciał wyskakiwać z nimi przed szereg w chwili, gdy księżniczka była taka wykończona, bo jeszcze nie wszystko by zrozumiała albo zareagowała nadmiernie emocjonalnie.

Awatar użytkownika
Talen
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 55
Rejestracja: 3 lat temu
Kontakt:

Post autor: Talen » 1 rok temu

Talen nie był do końca zadowolony z obrotu sytuacji, ale cóż... Nie chce płacić za siebie – w porządku, on wyciągnie od niej tyle, że odda swojemu pracodawcy, a Maia już nie musiała o tym wiedzieć. W duchu jednak trochę odetchnął. Może wreszcie wszystko się uspokoi, może to, że przestaną się szarpać i będzie mógł się normalnie wyspać. Nie wiedział czy może ufać tej dwójce, ale nie miał już innego wyboru. Ten cały Sadik był dla niego zagadką, ale wyglądało na to, że naprawdę słuchał się Mai. A czy jej mógł ufać? Też nie wiedział. Było mnóstwo niewiadomych, ale prawda była taka, że ta cała kłótnia z Maią, ten cały pomysł by ją kupić, by ją sprzedać to było... niemoralne. Ale kiedy był na targu niewolników myślał inaczej. Sądził, że to dobry interes, że uratuje dziewczynę od gwałtów i pobić i odda w jakieś lepsze miejsce. Nie wiedział wtedy z kim ma do czynienia, nie chodziło o to, że była księżniczką, tylko o jej upór i chęć walki.
- Talen Aureon – przedstawił się Sadikowi. Tym samym zdradził swoje nazwisko Mai, wcześniej nie mieli okazji by się normalnie poznać. Może teraz była chwila by coś zmienić. Nie zamierzał mówić strażnikowi, że miło mu go poznać, bo wcale tak nie było. Musiał przełknąć swoją wielką dumę i zgodzić się na to co proponowała Maia. Ale... ale może tak było lepiej.
- Jon odszedł – odpowiedział krótko dziewczynie.
- Wiesz dobrze, że nic go z nami nie trzymało. Poszedł w swoją stronę – rzekł, ale nic więcej na ten temat nie miał do powiedzenia. Kiedy ruszyli do obozu strażnika, wiedział, że długo tam nie zabawi. Chciał tylko zobaczyć jak wygląda i gdzie się znajduje.
- Nasz obóz jest daleko stąd – powiedział do ogółu.
- Tam sam nasze konie i cały dobytek. Pójdę tam i wrócę z nimi – chciał dodać, że jeśli ich tu nie zastanie i mu zwieją, to zostawi w cholerę wszystko i ich wytropi, by... się zemścić za kłamstwa, ale nie powiedział tego na głos.
- Odpocznij – rzucił w stronę Mai wręcz czule. Jego ton głosu był spokojny i naprawdę miły. Skoro zmienili status swojej znajomości na „przyjazny”, to nie było co się szarpać. Zresztą Talen nie był złym człowiekiem, naprawdę. W głębi jego serca i duszy wiele było dobra i czułości. Nie był świnią na jaką się kreował. Westchnął cicho i odwrócił się. Szybko zniknął między drzewami. Kiedy nikt go już nie wiedział przemienił się w panterę, tak było mu łatwiej biec, był szybszy i nie męczył się tak bardzo jak w ludzkiej postaci.

Kiedy dotarł do ich starego obozu, zaczynało się ściemniać. Pozbierał wszystkie rzeczy, pochował je do juków, osiodłał konie, chwycił za uzdy i ruszył już w ludzkiej formie przez las. Minęło sporo czasu nim wrócił do Sadika i Mai. Wokół było już ciemno, ale miał doskonały wzrok, więc udało mu się dotrzeć do obozu, nawet prowadząc konie przez chaszcze. W obozowisku paliło się ognisko, które dostrzegł już z daleka pomiędzy drzewami. Przywiązał konie do najbliższego drzewa i rozsiodłał je, zdjął z ich grzbietu także pakunki by nie były obciążone. Usiadł pod drzewem i oparł plecy o jego pień. Był wykończony, chciał zasnąć, ale jak na razie jeszcze czuwał.

Awatar użytkownika
Maia
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 55
Rejestracja: 3 lat temu
Kontakt:

Post autor: Maia » 1 rok temu

        Na dźwięk znajomego "k’amina" reagowała wręcz instynktownie. Odwróciła się płynnie w stronę strażnika, który podszedł do niej z koniem. Moment, w którym się zawahała był nie do zauważenia i księżniczka podeszła do wysokiego wierzchowca. By złapać za łęki musiała wręcz stanąć na palcach, więc chociaż pomoc Sadika nie była niezbędna, znacznie usprawniła cały proces. Dziewczyna wsparła kolano o podłożone dłonie i podciągnęła się na siodło, niemalże nie pozostawiając ciężaru na uchwycie strażnika. O dziwo wygoda nie była pierwszą jej myślą, zwyczajnie miała dosyć dyskutowania już na jakikolwiek temat, nawet jeśli strażnikowi wystarczyłoby jej jedno „nie, dziękuję”. Poza tym w tej chwili mogła jeszcze zgrywać twardą, ale nie wiedziała, jak daleko jest to „niedaleko”, a zmiana zdania w połowie drogi byłaby zdecydowanie niepożądana.
        Maia spoglądała na Talena, gdy ten witał się z Sadikiem, chociaż sama przed sobą nie potrafiłaby z całą pewnością stwierdzić, czy wynikało to z zainteresowania, czy może upewniała się, że panterołak nie rzuci się na strażnika, a ona nie wróci do roli towaru prowadzonego do kupca. Mężczyźni jednak tylko uścisnęli sobie dłonie i dziewczyna rozluźniła się widocznie, a później uwaga najemnika spoczęła na niej. Kiwnęła głową, słysząc o Jonie, domyślała się tego, ale wypadało zapytać o ich towarzysza, nawet jeśli nie spodziewała się z jego strony ratunku ani wsparcia. Ich losy splotły się przypadkiem i rozwiązały, gdy tylko było to możliwe, jak to w życiu bywa. Mogła tylko się cieszyć, że i jej sytuacja uległa zmianie. Dosiadła więc konia po męsku, odruchowo łapiąc wodze, ale po chwili opierając spokojnie dłonie o przedni łęk, gdy Sadik poprowadził wierzchowca za uzdę i ruszyli do jego obozu.

        Naprawdę nie był daleko i panująca po drodze cisza nawet nie zdążyła zrobić się niezręczna. Wszyscy byli chyba zmęczeni, a z pewnością każde miało o czym myśleć. Gdy dotarli do obozu Maia sama zeskoczyła, a właściwie bardziej zsunęła się z siodła, nie czekając czy Sadik będzie próbował jej w tym pomóc. Stanęła za koniem, chwilę przytrzymując się zwierzęcia, by nabrać oddechu, po czym wyszła zza niego znów z wyprostowaną sylwetką. Da sobie radę.
        Przyłapawszy spojrzenie Talena skinęła głową, nieco machinalnie przyjmując do wiadomości, że musi wrócić po ich wierzchowce. Nie wiedziała nawet jak daleko są, zupełnie straciła orientację w terenie, gnając na przełaj przez las, a wcześniej próbując zmylić pościg pantery przez podążanie strumieniem. Zapłaci za to przeziębieniem, już czuła to w kościach. Słysząc jednak czuły ton najemnika podniosła na niego zaskoczone spojrzenie i znów tylko skinęła głową. W innych okolicznościach pewnie uśmiechnęłaby się wdzięcznie, ale Talen ostatnio zbyt mącił jej w głowie, by reagowała odpowiednio. Na zmianę krzycząc i troszcząc się o nią sprawiał, że Maia sama już nie wiedziała, co myśli, ani jak się czuje. Rozluźniła się dopiero, gdy zniknął między drzewami, chociaż odprowadzała go wciąż zdezorientowanym wzrokiem. Nawet nie zarejestrowała, że strażnik uwiązał już konia i do rzeczywistości przywróciło ją dopiero brzmienie jej tytułu, ostatnimi czasy działając jak sygnał alarmowy.
        Spojrzała na Sadika, dopiero teraz przyglądając mu się uważniej. Tak, kojarzyła go. Tak barwna postać rzucała się w oczy nawet nie pozostając zazwyczaj w jej bezpośrednim otoczeniu. Widocznie jednak mężczyzna awansował pod jej nieobecność, co teoretycznie świadczyło o nim dobrze. Bhraanti wstrzymała się jednak z pochlebnymi opiniami, ze względu na to, że do owego awansu doszło pod jej nieobecność i prawdopodobnie po śmierci jej matki. Strażnik mógł okazać się całkiem solidnym źródłem informacji, ale zawahała się, słysząc jego pytanie.
        - Tak, chyba powinnam – westchnęła, zwracając się do mężczyzny dość swobodnie.
        Jakkolwiek głodna wiedzy o swoim królestwie by nie była, rzeczywiście lepiej było prowadzić rozmowy na spokojnie, teraz mieli czas. Ona zaś, mimo skrupulatnego uprania odzieży, nie wyglądała najlepiej, co może nie przeszkadzało jej osobiście, ale gryzło się z wyuczonymi zasadami, silnie zakorzenionymi w umyśle. Gdy ją pojmano, rzucono jej byle jakie ubrania, które pasowały i pozwalały sprzedać jej bogate stroje, które wówczas miała na sobie. I chociaż do tej pory nie robiła z tego powodu szumu, głównie z braku jakiegokolwiek wyboru, teraz chętnie zamieniłaby znoszoną, cudzą odzież, na czystą, nową i własną.
        - Zaraz wracam – powiedziała, odbierając od strażnika tobołek i kierując się w stronę zarośli.
        Nie odeszła daleko, korzystając z gęstwiny dzikiego lasu i kryjąc się nieopodal za jednym z bardziej rozłożystych krzaków, rozwinęła tobołek i uśmiechnęła się pod nosem. Miał facet gust, trzeba mu oddać. Odzież rzeczywiście była lokalna, nawet nie importowana z ich stron, ale ewidentnie nimi stylizowana. Najprostsza była bluzka, biała i pozornie krótka, jak jej poprzednia, z tym że tutaj brzuch zasłaniały ciągnące się od materiału frędzle. Krótki rękawek zaś odchodził z szerokiego łódkowatego dekoltu, odsłaniającego ramiona. Cóż, Na’Zahir nie słynął z nadmiernej pruderii. Ciemnopurpurowe spodnie zaś uszyte były z lekkiego materiału, ściąganego w biodrach i nad kostkami, dla wygody. Pokryte cienką siatką czarnego wzoru stanowiły mniej pstrokaty odpowiednik typowych spodni noszonych przez jej krajanki. Do tego ciemnogranatowe, proste i wygodne pantofle oraz lekka narzutka z frędzlami, tego samego koloru. Jeśli chodziło o idealnie dopasowany rozmiar stroju – Maia bezpiecznie założyła, że mężczyznę poinformowano o tym jeszcze w kraju. Dopiero kompletnie ubrana zwinęła swoją starą odzież w zgrabny tobołek (nie wiadomo, kiedy może się przydać) i wróciła do obozu.
        - Dziękuję, k’un Sadik – powiedziała i usiadła wyprostowana przy ognisku, krzyżując przed sobą nogi. – A teraz powiedz mi, co dzieje się w kraju – poleciła już bardziej oficjalnie, spoglądając wprost w błękitne oczy.

Awatar użytkownika
Sadik
Zbłąkana Dusza
Posty: 7
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Sadik » 1 rok temu

        Sadik przyjął słowa Talena z lekkim skinieniem głową. Nie miał powodu, by węszyć podstęp w jego zachowaniu, bo z tego co wiedział, panterołak nie miał żadnych wspólników, by teraz ściągnąć im ich na łeb. Może nawet był mu za to trochę wdzięczny - będzie mógł porozmawiać z księżniczką sam na sam, gdy tylko ta się przebierze.
        W międzyczasie el-Bihtu miał co robić. Gdy Maia przyjęła od niego tobołek z rzeczami, patrzył za nią przez moment tylko po to, by upewnić się gdzie w razie czego ją szukać, po czym obrócił się w stronę obozowiska i zabrał za rozpalenie ognia. Miał przygotowane trochę opału, musiał go tylko ułożyć i podpalić. Niby nic, ale trochę czasu zajęło, dlatego gdy księżniczka wróciła do niego, już przebrana, on dopiero zaczął przygotowywać coś do zjedzenia. Jednak podniósł na nią na moment wzrok i w duchu uznał, że może strażnikiem był beznadziejnym, ale jako prywatny służący by się sprawdził, bo Maia wyglądała w przygotowanych przez niego rzeczach bardzo dobrze - pasował i rozmiar, i krój, i kolor. Zadowolony z siebie strażnik wrzucił do gotującej się nad ogniem wody kilka liści mięty, by przygotować z nich napar, a później skupił się już całkowicie na księżniczce, która usiadła przy ognisku.
        - Oczywiście, k’amina - odparł natychmiast, lecz nim zaczął mówić, wziął głębszy wdech. To była kwestia, nad którą bardzo długo myślał: wiedział, że to pytanie padnie i już wcześniej układał sobie w głowie odpowiedź. Teraz jednak czuł się jak przesłuchaniu i wszystkie te zdania, które tak pieczołowicie wcześniej układał, teraz wypadły mu z głowy - przecież rozmawiał właśnie z księżniczką. Zaczął jednak mówić spokojnie i płynnie.
        - Pozwolisz, k’amina, że zacznę od samego początku… Od waszego zniknięcia - doprecyzował. Nie dobierał słów z rozmysłem, po prostu tak wyszło, że nie powiedział “po tym jak zamordowałaś swojego ojca”. Każdy wiedział, czego dopuściła się księżniczka Maia, a ona wiedziała o tym najlepiej, nie trzeba było nic przypominać, tylko zacząć tam, gdzie ona skończyła.
        - Przez pierwsze dni wszystkie siły były skupione na odnalezieniu was, ale to się nie powiodło - zaczął, zerkając na księżniczkę wzrokiem, który jasno mówił “wiem, że to oczywiste, ale to tylko wstęp”. - Gdy wrócił ostatni żołnierz, który również nie przyprowadził was ze sobą, królowa targnęła się na swoje życie… Nie było już nikogo, kto mógłby objąć tron, kraj pogrążył się w żałobie i żalu. Wtedy pojawili się obcy, ludzie spoza Na’Zahiru, którzy bardzo chcieli pomóc krajowi w niedoli - kontynuował, to zdanie okraszając lekko kpiarskim tonem i cytując to, co sam słyszał od okupantów. - Ludowi to się nie spodobało, ale siłą zmuszono ich do pochylenia głowy. Szybkie, niezbyt krwawe przejęcie władzy. W samej stolicy walki trwały jakiś tydzień, a w pałacu raptem dwa dni. Najeźdźca szybko ustanowił swoje rządy, na pokaz każąc stracić tych, którzy byli najwierniejsi rodzinie królewskiej…
        Sadik wymienił wszystkie osoby, których egzekucja zakończyła krwawy początek okupacji. Byli wśród nich dyplomaci, żołnierze, doradcy. Jedną z wymienionych osób był Iban el-Bihtu, ojciec Sadika, lecz przy wypowiadaniu jego imienia młodemu strażnikowi nawet nie drgnęła powieka.
        - Ci posłużyli jako przykład, lecz życie straciło znacznie więcej wiernych królestwu osób - każdy, kto miał jakiekolwiek znaczenie. Później garstka tych, którzy ocaleli, awansowała, a resztę miejsc okupant obsadził swoimi ludźmi. Zmyto krew z bruku i życie toczyło się dalej… - Sadik nabrał tchu, sygnalizując, że to koniec pewnego epizodu. - Lud nie cierpi póki co niewoli czy niedostatku, dla przeciętnego obywatela niewiele się zmieniło. Wspominają jednak was z tęsknotą i choć nie dzieje im się krzywda, tkwi w nich tęsknota za monarchią…
        El-Bihtu na moment przerwał, by przelać trochę naparu ze słodkiej mięty do kubków. Jeden, oburącz i z odpowiednim szacunkiem, wręczył księżniczce, jeden zaś trzymał w pogotowiu dla Talena, który wkrótce powinien do nich dołączyć. Sam trochę zwilżył usta przed dalszym mówieniem.
        - K’amina, nie będę udawał, że nie dostałem żadnych rozkazów - zaczął. - Władza najeźdźcy to kolos na glinianych nogach, na razie stoi, ale nie wiadomo jak długo… Kazano mi was odnaleźć, bo aktualny władca żeniąc się z wami chce umocnić swoją pozycję. Lud nadal was kocha i to ich na pewno przekona. Dlatego mam sprowadzić was z powrotem do stolicy… Jednak za zabójstwo króla rzucono na was klątwę, przez którą nie możecie wrócić - przekroczenie granicy kraju może skończyć się śmiercią. Mam artefakt, który wam to umożliwi… K’amina, mówię to wszystko, bo nie jest mi obojętne kto zasiada na tronie Na’Zahiru i nie chcę, by zrobiono z was marionetkę. Składałem przysięgę przed k’umeti, waszym ojcem, a nie człowiekiem, który teraz zajął jego miejsce. K’amina, proszę, wróć ze mną do Na’Zahiru i odbierz co wam się należy. Lud was poprze, nadal was kocha i mając wybór między wami a aktualnym władcą, na pewno opowie się po twojej stronie.
        Sadik starał się mówić z opanowaniem, lecz jego głos lekko drżał - w końcu nie wiedział, czy Maia chce wracać, czy nie wyrzekła się tronu. Liczył, że pójdzie z nim po dobroci i nie jest jej obojętny los jej poddanych, ale jeśli byłoby inaczej, będzie musiał użyć innych argumentów.

Awatar użytkownika
Talen
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 55
Rejestracja: 3 lat temu
Kontakt:

Post autor: Talen » 10 miesiące temu

Talen miał w głowie wielki mętlik. Znalazł się w zdecydowanie gównianej sytuacji. Nie dość, że nie wykona zadania, to jeszcze będzie musiał szlajać się za tą małą pindą po świecie. Ale czy miał jakieś inne wyjście? Pieniędzy nie miał dość by założyć warsztat. Mógł oczywiście olać sprawę z Maią, wybyć na drugi koniec Alaranii i dalej szukać jakiejś roboty, ale to wcale nie było takie proste. Tak czy siak musiał się ewakuować z tej części świata, bo jak znajdą go zleceniodawcy, od których wziął forsę, to zapewne go zatłuką. Z jednej strony nie widziało mu się przeprawianie się przez pół świata do jakiegoś kraju z tą oto księżniczką, z drugiej... Co właściwie miał do stracenia? Co najwyżej swoją godność. Ale tą akurat można było sobie na jakiś czas wsadzić w buty. Mimo całego tego bałaganu starał się myśleć trzeźwo. Nie chciał wracać do matki, nie jeśli był w takim stanie, nie jako nieudacznik. Miał nadzieję, że Maia go nie oszuka, że powiedziała mu prawdę.

Jeśli tak było, może jednak opłacało mu się przedzierać przez kontynent, by dostać od tej dziewuchy to, czego żądał. Pojawienie się jej strażnika nie było na rękę panterołakowi, ale musiał to jakoś ogarnąć. Nie słuchał rozmowy tych dwojga, był za bardzo zmęczony, nie chciał jednak za szybko zasnąć. Wolał zaczekać, aż zrobi to reszta. Niestety był tak wyczerpany, że oczy zaczęły mu się zamykać, nawet nie wiedział kiedy. Parę razy potrząsnął głową by się przebudzić, ale w końcu zrozumiał, że nie da rady dłużej. Wstał ze swojego miejsca i w mgnieniu oka przemienił się w panterę. W tej postaci miał lepszy słuch, lepszą czujność, no i w każdej chwili mógł zaatakować. Przeciągnął się leniwie, ziewnął i położył pod tym samym drzewem pod którym siedział wcześniej. Gdzieś w zakamarkach jego umysłu znajdował się strach. Bo czy ten przeklęty strażnik na pewno nie zasztyletuje go w nocy? Czy nie zwieją mu nagle, kiedy on będzie spał? Przeszedł w tryb czuwania, uszy miał postawione i czujne, lecz w końcu zapadł w płytki sen.

Awatar użytkownika
Maia
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 55
Rejestracja: 3 lat temu
Kontakt:

Post autor: Maia » 9 miesiące temu

        Maia siedziała prosto, wbijając ciemnoniebieskie oczy w strażnika. Gdyby nie to, że znajdowali się w środku lasu, siedząc na ziemi przy ognisku, czułaby się niemal jak na standardowej odprawie. Nie przytakiwała na każde kolejne zdanie, nawet gdy mężczyzna zawieszał głos. Polecenie było, by mówił, nie czuła potrzeby poganiania go za każdym razem. Na jej twarzy nie malowały się w tej chwili żadne emocje i chociaż większość ludzi zdradza ich spojrzenie, piękne oczy księżniczki jak zawsze były puste.
        W trakcie opowieści analizowała wszystko w milczeniu. Zastanawiała się, czy zaznaczenie, że jej matka targnęła się na własne życie dopiero po informacji, że jej córka zapadła się pod ziemię, jest wersją oficjalną i czy plotki, które do niej dotarły były nieprawdziwe. Gdyby jednak to żal pchnął królową do takiego czynu, wątpliwe, by jej ostatnim życzeniem było, aby Maia już nigdy nie postawiła nogi w królestwie. Bezmyślne było również pozostawienie kraju bez władzy, czego dziewczyna nigdy nie wybaczy matce. Zawsze jej broniła, traktując jako ofiarę silniejszego od niej tyrana, ale nie doceniła słabego ducha matki i jej przywiązania do brutalnej rzeczywistości, w której żyła. Nigdy nie były blisko, ale wydarzenia, które rozegrały się po śmierci króla sprawiły, że matka stała się dla niej jedynie rodzicielką, nikim więcej.
O najeźdźcach również słyszała, a lekko kpiarski ton strażnika wbrew pozorom dał jej nieco szerszy pogląd na sytuację. Pretekst był oczywisty, ale i tak interesującym było, że uzurpatorowi zależało na pokazaniu się z tej lepszej strony, zamiast wzięcia kraju siłą. Nie było to nietypowe, ale wyraźnie świadczyło o chęci zadomowienia się w Na’Zahirze, miast jedynie przetrząśnięcia kraju w poszukiwaniu surowców i ruszenia dalej. Zarówno powody, jak i konsekwencje takiego postępowania mogły być wielorakie, ale w tej chwili nie było sensu się nad nimi rozwodzić. Walki były oczywiste, nikt nie pochyla głowy z własnej woli, ale „szybkie i niezbyt krwawe” przejęcie władzy tylko potwierdzało domysły Mai. Stracenie zaś osób najbardziej przywiązanych do rodziny królewskiej było oczywiste, podobnie jak tych mniej znaczących, lecz niezmiennie lojalnych, którzy mogliby, nieco okrężną drogą, ale skutecznie, namącić w planach najeźdźcy. Chociażby właśnie podburzając lud.
- Przykro mi z powodu twojego ojca, k’un Sadik – powiedziała, gdy mężczyzna wymienił poległych, w tym Ibana el-Bihtu.
        Wieść o tym, że jej poddani nie są bezpodstawnie ciemiężeni wywołała ulgę, ale nie nadmierną. Każda zmiana w państwie ma swoje konsekwencje, nawet powrót na tron prawowitego władcy, czyli w tym przypadku jej. Nie chciała, by w procesie poddani ucierpieli jeszcze bardziej.
- Sheral – podziękowała odruchowo w rodzimym języku, odbierając kubek z naparem od Sadika i dopiero teraz spuszczając go z oczu. Wzrok utkwiła w lekko falującej tafli wody i unoszącym się na niej listku mięty. Zamyślona śledziła jego ruch i do rzeczywistości przywrócił ją głos strażnika, który znów utknął pod czujnym spojrzeniem dziewczyny.
        Nawet nie drgnęła, słysząc o planach małżeństwa. Mimo tego, jak brzemienna w skutkach była ta wiadomość, można było jej się spodziewać po wcześniejszych wieściach. Działania uzurpatora były niebezpiecznie logiczne i sensowne. Tak, lud od zawsze ją kochał. Jeśli wróciłaby i wyszła za najeźdźcę, ludność Na’Zahiru uznałaby to za jej świadomy wybór i po pierwszym zaskoczeniu rozpoczęłaby się powolne, ale stabilne postępowanie akceptacji dla nowego władcy. Maia już od szesnastego roku życia mogłaby być samodzielną królową państwa, ale będąc u boku zapewne znacznie starszego mężczyzny, szybko usunęłaby się na dalszy plan, jeśli chodzi o podejmowanie decyzji związanych z rządzeniem krajem. Lud nadal by ją wielbił, ale wciąż traktował jak swoją ukochaną księżniczkę, podczas gdy wszystkie urzędy i armia podległe rodzinie królewskiej kierowałyby się słowem króla. A gdyby królowa miała zdanie odmienne, z pewnością zostałaby szybko utemperowana przez małżonka.
Maia dopiero teraz niemal zagotowała się w środku, z trudem zachowując obojętny wyraz twarzy. Wzrok jej stężał, opadając w stronę kubka z naparem, a palce zacisnęły się mocniej na naczyniu. Nie stanie się swoją matką, nigdy. „Prędzej po raz kolejny pozbawię Na’Zahir króla”, pomyślała z ponurym rozbawieniem, ale wcale nie było jej do śmiechu, to wręcz bolało. Zależało jej na dobru państwa bardziej niż na własnym, a kraj nie podniósłby się po kolejnym zamachu na władcę, więc chcąc nie chcąc musiałaby pochylić głowę…
        Odetchnęła głębiej. Nie ma co wybiegać zbyt daleko w przód, musi to wszystko dokładnie i na spokojnie przemyśleć, biorąc pod uwagę wszystkie czynniki, a teraz dysponowała strzępami informacji. Podniosła wzrok na strażnika, gdy wspomniał o klątwie i dopiero teraz nieznacznie skinęła głową. Po chwili zaś wbiła silniej spojrzenie w mężczyznę, gdy ten niefortunnie wspomniał możliwość, że dziewczyna stanie się czyjąś marionetką.
- Nie zapominaj się k’un el-Bihtu, synu Ibana – powiedziała spokojnie, ale nie bez ostrzeżenia w głosie. – Ze względu na moje aktualne położenie nie wymagam przestrzegania etykiety w znacznej jej części, ale jeśli jest tak, jak mówisz, to wciąż jestem twoją k’amina i lepiej byś zważał na słowa.
Maia nie próbowała strażnika zastraszyć, w jej słowach nie kryła się groźba, a jedynie suche stwierdzenie faktów. Rozumiała, że siedząc z nią na ziemi mężczyzna mógł się zapomnieć i nie winiła go za to. Jeszcze w Na’Zahirze nie wymagała od poddanych tak ścisłego przestrzegania etykiety, jak jej rodzice, co było właśnie jednym z powodów, dla których lud ją uwielbiał. Księżniczka, która pozwalała się zaczepiać na ulicy, rozmawiała i odpowiadała na pytania zawsze była ludziom bliższa niż król i królowa, widywani jedynie z daleka. Zwłaszcza ojciec Mai rządził twardą ręką i gdyby ktoś nieopatrznie skierował takie słowa w jego stronę, niechybnie straciłby głowę. Między innymi nad takimi sytuacjami czuwała zawsze Maia, prostując bezwzględność ojca.
Nie oznaczało to jednak, że nie wymagała szacunku. Gdy chodziła po mieście, między ludzi, słuchając ich problemów, nie raz zdarzyło się, że wpadło na nią dziecko lub jakiś pies w nadmiernej radości skoczył brudnymi łapami na jej sukienkę. Księżniczka jednak nie miała w zwyczaju robić rabanu z powodu drobiazgów. Na treningach z dowódcą straży nie raz lądowała na tyłku, nieoszczędzana przez nauczyciela, który tylko przepraszał machinalnie, nie powstrzymując ciosów. Ale zasugerowanie, że mogłaby zostać marionetką w rękach najeźdźcy i powiedzenie jej to w twarz nie było zbyt rozsądne, delikatnie mówiąc.
        Oczywiście takie ryzyko było jak najbardziej realne i Sadik wcale się nie mylił, ale taką sugestię mógłby przedstawić, w o wiele bardziej dyplomatycznych słowach, dowódca jej straży lub ktoś wyższy stopniem niż strażnik, który dopiero co otrzymał swój pierścień. Poza ostrzeżeniem nie wydawało się jednak, by Maia miała zamiar wyciągać większe konsekwencje, czy w ogóle drążyć temat. Teraz zadarła lekko głowę, spoglądając niewidzącym wzrokiem w las i zastanawiając się nad wszystkim co usłyszała. Raz tylko spojrzała w stronę wracającego Talena, ale gdy panterołak zignorował ich zupełnie, układając się do snu, przyjęła to z ulgą. Nie by jej rozmowa z Sadikiem stanowiła tajemnicę, jednak potrzebowała teraz czystego umysłu, nie ciągłego rozpraszania się.
- Oczywiście, że wrócę – powiedziała w końcu, cicho wypuszczając powietrze. Miętowy napar już dawno wystygł w jej dłoniach, jednak dziewczyna jakby dopiero sobie o nim przypomniała, popijając ze spokojem letnią herbatę.
- Ale nie na ślepo. K’un Sadik, czy ten artefakt pozwoli ci przeprowadzić mnie przez granicę, nie informując od razu uzurpatora… jak on się w ogóle nazywa? – prychnęła, przerywając zdanie na moment i kontynuowała dopiero, gdy usłyszała odpowiedź. – Chciałabym rozeznać się w sytuacji, zanim podejmę jakiekolwiek kroki.
Wśród wymienionych poległych znajdowali się wszyscy jej strażnicy i dowódcy. Jednak tylko ci oficjalni. Cały sekret Na’Zahiru polegał na tym, że żaden z dowódców nie znał pełnego składu innych oddziałów, a tożsamość szpiegów znała tylko rodzina królewska i najwyżsi dowódcy. Tych zaś uzurpator stracił i Maia nie wątpiła nawet przez moment, że sekrety zabrali oni do grobu. O Szakali nawet Sadika nie pytała, to było zdecydowanie powyżej jego pensji. Wiedziała jednak, jak znaleźć co najmniej jednego z nich w mieście. Potrzebowała tylko czasu. I wsparcia. Oby nie potrzebowała wojowników. Jeśli jednak przekroczenie przez nią granic państwa będzie wiązało się z natychmiastowym stanięciem oko w oko z Saffarem… będzie zmuszona tańczyć, jak jej zagra… póki co.

Awatar użytkownika
Sadik
Zbłąkana Dusza
Posty: 7
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Sadik » 9 miesiące temu

        Sadik znał ten sposób rozmowy, który bardziej przypominał przesłuchanie - tak również zachowywali się jego najwyżsi rangą przełożeni. Dopiero jego nowi dowódcy stanowili krótką odmianę od tego schematu - przez to, że nie zawsze rozumieli słowa typowe dla Na’Zahiru, zdarzało im się przerywać albo oszczędnie wyrażać emocje, co pomagało w prowadzeniu historii. Nie by się do tego przyzwyczaił, ale i tak modulował głosem i czasami bardziej opowiadał niż relacjonował. Sprzyjała temu nieformalna atmosfera obozu w środku lasu i to, że oboje byli w cywilnych szatach. Lecz mimo to strażnik nadal miał gdzieś z tyłu głowy, że nie rozmawia z koleżanką albo kuzynką a z kobietą, której należy się szacunek. Prawie mu to wyszło.

        Kondolencje otrzymane od księżniczki Sadik przyjął lekko kłaniając jej się z szacunkiem i tylko na chwilę przerywając swoją opowieść. On żałobę po rodzinie - bo nie tylko po ojcu, ale też matce, braciach, wujkach - już zakończył. Nie było czasu na rozpamiętywanie własnej straty, sytuacja była zbyt napięta, niepewna, można było szybko stracić głowę. A gdy już wszystko się uspokoiło, utrata bliskich była jak zły sen, koszmar, który przeminął wraz ze świtem - gdy strach i rozpacz mija, póki jest się jeszcze rozespanym, lecz przez cały dzień człowiek chodzi jakiś struty. Tylko skala była inna. Ale tak jak wcześniej nad samym wydarzeniem zdołał przejść do porządku dziennego, tak teraz był w stanie opowiedzieć o tym i iść dalej, nie zamieniając raportu w potok żali.
        - Neh tu - odparł machinalnie, gdy księżniczka podziękowała za napar. W sumie nie powinien chyba tak mówić do księżniczki, takie prostackie “na zdrowie” chyba nie przystawało… Ale powiedział to cicho, więc może zostanie mu wybaczone. Dlatego kontynuował jakby nic się nie stało, opowiadając już o sytuacji w kraju i tym na czym polegała jego misja. Wydawało mu się, że już jest w porządku i to go zgubiło. Sam ton głosu i to w jaki sposób księżniczka się do nie zwróciła, utwierdziły Sadika w przekonaniu, że popełnił wielką gafę. To tak jak z matkami: na co dzień mówią do dzieci zdrobniale, jakimiś rodzinnymi przezwiskami, lecz gdy nagle zaczynają używać pełnego imienia oznacza to, że żarty się skończyły. Gdy więc nagle Maia zwróciła się do Sadika nie dość że nazwiskiem, to jeszcze imieniem ojca, strażnik poczuł, że w kraju mogłaby go czekać za to chłosta.
        - Proszę o wybaczenie - odparł momentalnie, głęboko kłaniając się przed księżniczką, którą nieumyślnie uraził. Zastanowił się czym sobie aż tak przeskrobał i jednak udało mu się dojść do tego, że poszło o marionetkę. Może faktycznie wyraził się niefortunnie, ale nie miał niczego złego na myśli. Wszak księżniczka miała tylu potencjalnych wrogów - nawet jego samego mogłaby za takiego uznać - że tak naprawdę mogłaby nie mieć wielkiego wyboru, gdy wszyscy wokół zepchnęliby ją do roli ładnego dodatku do korony. No, może poza kolejną ucieczką albo targnięciem się na własne życie…

        Po powrocie Talena Sadik samym gestem zaoferował mu kubek z miętowym naparem, by nie przekrzykiwać się przez polankę. Panterołak poczęstunku nie przyjął, a gdy strażnik zorientował się, że nie ma sensu zaproszenia powtarzać, odstawił kubek niedaleko ogniska, by jednak zmiennokształtny mógł przyjść się napić gdyby zmienił zdanie.

        Sadik pozwolił sobie na bardzo dyskretnie westchnienie ulgi - łatwo poszło. Cieszył się, że księżniczka podjęła taką decyzję i jednocześnie pomyślał, że chyba od początku tego się po niej spodziewał - ukochana przez lud następczyni tronu, słynąca z dobroci i rozsądku nie zostawiłaby swoich poddanych na pastwę losu. Pewnie i bez jego próśb by wróciła, ale zajęłoby jej to być może więcej czasu, pochłonęło więcej nakładów sił… Na pewno by wróciła.
        - Wican Saffar - przedstawił zaraz aktualnego władcę Na’Zahiru. - Z tego co mi wiadomo ten artefakt nikogo nie powinien poinformować, bo kazano mi złożyć meldunek zaraz po przekroczeniu granicy, by goniec zaniósł go do stolicy - doprecyzował by było jasne skąd brały się jego przypuszczenia. - Z tego co wiem Saffar nie przyprowadził ze sobą zbyt wielu magów, a spośród tych, którzy zamieszkiwali dwór przed jego pojawieniem się, znaczna część zginęła bądź została stracona, miał więc ograniczone możliwości.
        Sadik mógł się oczywiście mylić, bo nie znał osobiście każdej osoby na dworze i być może przeoczył jakiegoś zdolnego maga albo czarodzieja… Ale jakie były na to szanse? Ktoś taki z pewnością cieszyłby się poważaniem i wpływami, a takich akurat się widziało i o takich się słyszało, zwłaszcza gdy było się tak towarzyską i odrobinę wręcz plotkarską personą jak Sadik.
        - Za pozwoleniem, k’amina, wystarczy przekroczyć granicę kraju od strony pustyni, tam posterunki są rozstawione rzadziej i będzie łatwo się przemknąć - pozwolił sobie na wyrażenie swojego zdania. - Dodatkowo wyruszając na poszukiwania przekroczyłem granicę na północy, niedaleko głównego szlaku prowadzącego do Elvareth, podejrzewam więc, że i tam będą mnie oczekiwać. Później dopiero w samym mieście trzeba będzie uważać, aby nikt was nie rozpoznał. Na ulicach jest więcej patroli niż za czasów k’umeti Makina, ale nie aż tyle, by nie dało się w miarę swobodnie poruszać... Saffar ma jednak na pewno swoich informatorów w mieście, nie tylko agentów, którzy przybyli razem z nim, ale też na pewno mieszkańców, którzy sprzedają informacje... Udaje zaufanie i pokojowe zamiary, ale patrzy jednak na ręce.
        Sadik zamilkł na chwilę, dając księżniczce czas na przetrawienie informacji i zadania dodatkowych pytań.
        - K'amina - zwrócił się do niej po chwili. - Z całym szacunkiem, może zostawmy tę rozmowę na jutro. Proszę odpocząć, a rano będziemy mogli do tego wrócić, już w drodze - zaproponował.
        Sadik przygotował posłanie dla księżniczki na tyle blisko ognisko, by mogła się ogrzać. Sam na razie nie przygotowywał się do snu - wyjaśnił, że zamierza pełnić wartę. Był najbardziej wypoczęty spośród całej ich trójki, więc był to wręcz oczywisty wybór. Nie zamierzał jednak czuwać całą noc i gdy grubo po północy zrobił się senny wręcz nie do zniesienia, zdecydował się zbudzić Talena. Stanął w bezpieczniej odległości od śpiącego kota i zawołał go podniesionym szeptem, tak aby nie obudzić Mai.
        - Weź zmień mnie - zwrócił się do niego jakby byli już dobrymi znajomymi i nie trzeba było bawić się w grzeczności. Co prawda wcześniej wahał się czy może zaufać niedawnemu oprawcy księżniczki, ale skoro zawarli umowę założył, że może mu dać pewien kredyt. Nie może zresztą od tej pory nie spać ani w dzień ani w nocy, by patrzeć Talenowi nieustannie na ręce.
        - Przy ognisku jest napar z mięty i jedzenie, gdybyś miał ochotę - oświadczył mu jeszcze nie dodając, że może korzystać jeśli jest spragniony czy głodny, po czym udał się na spoczynek. Następnego dnia mieli wszak od razu wyruszyć w drogę powrotną do Na'Zahiru.

ODPOWIEDZ

Wróć do „Na'Zahir”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości