Szczyty FellarionuCień

Pokryte wiecznym śniegiem malownicze góry kryjące w sobie wiele tajemnic. Legendy mówią, że gdzieś w jednej z górskich dolin znajduje się sekretna wioska zamieszkała przez skrzydlatych ludzi. Nie są oni aniołami, ani demonami, posiadają jednak ogromne pierzaste skrzydła. Księgi mówią również że mają oni niezwykła moc uzdrawiania, jednak nikt nigdy nie spotkał tych tajemniczych sworzeń.
Awatar użytkownika
Avellana
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 52
Rejestracja: 3 lat temu
Kontakt:

Re: Cień

Post autor: Avellana » 1 rok temu

        Avell siedziała pod ścianą z wyprostowanymi przed sobą nogami i zastanawiała się nad pytaniem Bjornolfa. Niestety sam fakt, że zwleka z odpowiedzią był już niejako wskazówką samą w sobie, więc dziewczyna przemogła się w końcu i odezwała. W końcu wilkołak był z nią szczery i może nawet nie tyle wypadało się odwdzięczyć, co chociaż podtrzymać rozmowę i zdradzić co nieco o sobie, skoro mają razem podróżować.
        - Obawiam się, Bjorn, że nie pamiętam zbyt wielu bajań i legend – odparła powoli, dość swobodnie używając skróconego imienia swojego towarzysza, które do tej pory stosowała tylko w głowie. Pogrążona we własnych myślach chyba zapomniała go zapytać, czy nie ma nic przeciwko.
        – Na dobrą sprawę nie pamiętam w ogóle mojego dzieciństwa, dorastania i większej części dorosłego życia – dodała, w domyśle pozostawiając fakt, że patrząc na nią można się domyślić, że pamięta po prostu raptem kilka lat wstecz.
        – Coś na kształt amnezji. Nie wiem. W każdym razie bardziej niż legendy znam więc fakty i, cóż, plotki – uśmiechnęła się lekko i wzruszyła ramionami.
        – Głębsze poziomy podziemi zamieszkiwane są ponoć przez mroczne elfy i krasnoludy, chociaż na dobrą sprawę te pierwsze raczej nie wychodzą z własnej woli, a jeśli już się zdecydują, to mogą być… niezbyt przyjaźnie nastawione. Te drugie zaś już na tyle rozprzestrzeniły się na powierzchni Alaranii, że w podziemiach można je spotkać chyba tylko przy pracy w kopalniach, a na te nie natkniemy się „przypadkiem”. Obawiam się jednak, że bardziej zagrażają nam bestie, o których niestety nie wiem zbyt wiele…
        Przerwała jej kotłowanina pod sklepieniem jaskini, która początkowo jedynie zwróciła na siebie uwagę, nie absorbując jej zbyt wiele, dopóki zielarka nie zaczęła rozróżniać wyraźniej kształtów. Zmarszczyła brwi i pochyliła się, zginając nogi na bok, gdy to, co wcześniej wzięła za nietoperza, spadało, by następnie zderzyć się ze Spalle. Kilka pisków i skrzeków później kruk wzbił się w powietrze, lądując na ramieniu wilkołaka, a Avellana pochyliła się do gryzonia, biorąc go ostrożnie na dłoń, w drugą zaś łapiąc fragmenty materiału powiązane z kawałkami patyków. Jej działanie miało na celu wyniesienie myszki spoza zasięgu Spalle, ale też po poznaniu Vestry nabrała zwyczaju uważania nawet na takie drobiazgi, które nie raz kryły w sobie o wiele więcej, niż było widać na pierwszy rzut oka.
        Tak było i tym razem, gdy przysunąwszy dłoń bliżej twarzy, dojrzała stojącą na niej dumnie mysz. Stojącą na tylnych łapkach, co warto dodać, chociaż z trudem łapiącą równowagę, to jednak zielarka przypisywała bardziej upadkowi z wysoka oraz szokiem po spotkaniu ze Spalle, który cóż… z równowagi mógłby wytrącić nawet dorosłego człowieka. W każdym razie przybyła mysz odziana była w pełen strój – spodnie, kamizelkę, płaszczyk i nawet jakieś buty, a na głowie miała gogle. Wtedy Avellana przeniosła wzrok na konstrukcję w swojej drugiej ręce, a ta przy bliższych oględzinach okazała się… latawcem? Lotnią!
        - Na los, przyfrunęłaś tutaj tym? – zapytała odruchowo, przyglądając się dziełu małych łapek, ale wydawało się, że bardziej jej to zaimponowało, niż zaskoczyło. Tak, po znajomości z Vestrą Avellana zdecydowanie zmieniła swoje nastawienie do drobnych istotek.
        - Jedno skrzydło się rozpruło – mruknęła do siebie pod nosem. Miała co prawda w torbie igły i nici, ale były to wyjątkowo cienkie włókna, przeznaczone do szycia ran, i mogłyby nie wytrzymać napięcia sztywnego materiału, ale cóż, spróbować zawsze można… Tylko najpierw wypadałoby zapoznać się z nietypową istotką.
        - Hm, witaj, mam na imię Avellana.

Awatar użytkownika
Spinka
Zbłąkana Dusza
Posty: 6
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Spinka » 1 rok temu

        Kręciło jej się w głowie, a irytujące skrzeczenie raniło czułe uszy, wbijając igły aż do móżdżku. Słowa Spallego były więc dla niej tylko zbiorem nieistotnych dźwięków, których jedynym możliwym znaczeniem mogło być: grozi ci niebezpieczeństwo. Mimo to zareagowała mechanicznie, tak jak robi się to, gdy dzieciaki bawią się zbyt głośno, gdy ty próbujesz spać:
- Ciiiicho – mruknęła, kładąc po sobie uszy i marszcząc nosek.
        Potem znów odpłynęła skoncentrowana na własnym stanie. Na szczęście poza skrzydłem lotni i jej główką, która musiała zaliczyć porządne zderzenie z kamieniem, nic się nie stało. Zaczęła więc wyplątywać się z uprzęży, jednak nie wiedzieć czemu palce odmawiały jej posłuszeństwa. Jakby... drżały?
- Do licha...
        Nie była w stanie się wydostać, choć robiła to przecież tysiące razy. A nikt nie zamierzał na nią czekać. Z pewnością nie to uciążliwe ptaszysko, które co prawda zamortyzowało jej upadek, ale za to teraz dawało się we znaki i już na starcie udało mu się wbić igłę w odpowiednie miejsce.
- Szczur, żeby od razu od szczura wyzywać... – wymamrotała, rezygnując z wydostania się z uprzęży na klęczkach. Stanęła teraz na tylnych łapkach, wciąż majstrując przy paskach i demonstrując dumnie swoją stopę wzrostu. Dopiero teraz zsunęła pilotkę z głowy, tak że gogle odsłoniły jej oczy i szersza perspektywa raptem zmusiła do dokładniejszego zwrócenia uwagi na otoczenie. A gdy dotarło do niej, gdzie... a właściwie w towarzystwie kogo się znajduje, raptem podskoczyła do góry, wydając z siebie kolejne piśnięcie, i chciała już uciekać, ale zamiast tego potknęła się o opadające skrzydło Lotty i tym samym została zmuszona do wysłuchania kolejnych kierowanych do niej słów. Zarówno Spallego, jak i tego potwora, który z pewnością ostrzy sobie na nią zębiska. A miał je taaakie duże.
        Spalle dopiął swojego, choć to nie jego groźby zrobiły takie wrażenie na myszce, a rasa (i oh, Prasmoku - wielkość!) siedzącego obok wilka, którym pogroził. I choć ze słów wydawał się zupełnie przyjaznym stworzeniem, to w mysiej główce od razu rozbłysły wszystkie historie (ostrzeżenia!) o podstępnych drapieżnikach, np. takich, które potrafiły podać się za kogoś zupełnie innego i w ten sposób zwabić nawet biedne istoty ludzkie, by ostatecznie po miłych słówkach pożreć w całości. Spinka była mniejsza od większości istot ludzkich, a historia ta również dotyczyła wilka, równie szczególnego, bo przemawiającego ludzkim głosem... Zupełnie jak ten tutaj. Oh, jak dobrze, że myszka nie miała na sobie czerwonego kapturka... miała za to plecak, zamiast koszyczka. Niedobrze.
- Ja... Tak, jestem tylko myszką pracującą i zdaje się, że odłączyłam się od grupy, ale z pewnością zaraz będą mnie tu szukać. I dziękuję, wszystko ze mną w porządku.
        Chciała jeszcze dodać „To ja może już pójdę!”, lecz w tym momencie ze zgrozą musiała zdać sobie sprawę, że została sprytnie wepchnięta na czyjeś dłonie i przeniesiona coraz... bliżej... otworu gębowego... Ale nie wilka! Tylko jego wspólniczki, oh co za ulga, doprawdy. Spinka patrzyła oczyma wielkimi jak pięć ruenów w oczy piękności naprzeciwko. Naprawdę była śliczna i przez moment pomyślała, że może ta biedna kobieta została również oszukana przez wilka, ale jeszcze nie wie, co ją czeka. Może wypadało jej pomóc? Była taka onieśmielająco piękna i miła... Szkoda takiej ludzkiej istoty. Szczególnie gdy zaczyna mówić słowa tak trafne, że ich adresatka nie może sobie nie pozwolić na wypięcie małej piersi i nagły uśmiech na pyszczku.
- Tak, tak! To moja Lotta. Moja własna aerodyna, nad którą pracuję w każdej wolnej chwili. Ma szkielet z balsy, skrzydła z pęcherza. Bardzo wytrzymała, choć... No tak, nic nie jest niezniszczalne. Trzeba to będzie naprawić... Tylko łapki mi tak drżą... Ale! Najlepsze jest to, że w dowolnej chwili Lotta może zmienić swój rozmiar. Można się nią wzbić aż do chmur i lecieć nawet cały dzień, co jednak... Bywa nieco męczące dla prowadzącego, ale najważniejsze, że jest w stanie tak długo przebywać w powietrzu! W deszczu, śniegu, burzy... No może tylko nie w magicznej burzy, która, zdaje się właśnie nas tutaj dogoniła.
        Potok słów wypłynął z jej pyszczka równie szybko i płynnie, jak pojawiła się w jaskini, co następowało zawsze, gdy tylko ktoś rzucił odpowiednie hasło. Mogła wtedy opowiadać o swojej pasji nawet największemu wrogowi. Jednak ta została zaraz ostudzona przyziemnymi słowami, które przypomniały myszce, z kim ma naprawdę do czynienia i w jakich okolicznościach się znajduje. Należało zaś możliwie wydłużać tę błogą chwilę pozornego bezpieczeństwa, by w odpowiedniej chwili wziąć nogi za pas. Nie to, że myszka była tchórzliwa, ale realnie oceniała swoje możliwości obrony przed dziwaczną trójką. Poza tym Spinka wciąż nie zapominała o misji, która zmusiła ją do zaufania gęsiej przewodniczce. A propos gęsi...
        Z wylotu jaskini dało się nagle słyszeć chrzęszczący kaszel, przypominający bardzo kwakanie. Ciężko było jednak dobrze opisać ten dźwięk. Można było go jedynie próbować zrozumieć, gdy dostrzegło się jego źródło. Na ciemniejącym od deszczu tle pojawił się czarniutki kształt o karykaturalnych kształtach – owalna forma na dwóch patykach z kłapiącymi końcówkami, długa szyjka, a na jej końcu jakaś kulka z dzióbkiem. Zamiast teoretycznych skrzydeł i ogona – kostki.
- Khe, kha, kwa...
        Stworzenie ciemne, pozbawione upierzenia i które właściwie powinno być już martwe, kłapało w ich stronę, a oczy Spinki robiły się coraz większe.
- Wieehh, to niewadnie tak wakładać, we nie wyje... – dało się raptem słyszeć słowa wydobywające się z gardła potworka, ale przecież jego struny głosowe pewnie już dawno zamieniły się w popiół! Może jednak jego zdolność mowy (w tej jaskini gromadziły się chyba głównie takie stworzenia, które mówią, choć nie powinny) tłumaczyły iskierki fioletowawych wyładowań, które czasem błyskały wewnątrz smolistego dzióbka. W każdym razie nie można było zaprzeczyć, że to coś jest. Idzie i zagaduje. Nawet prawi morały.
- Oh, gąsko! – pisnęła w końcu myszka, nie odpowiadając na pytanie Avellany od razu.
        Gąska zaś już na nią nie patrzyła. Przechodząc obok kobiety, ciemnymi oczodołami przejechała po niej, wilkołaku i kruku, dobrze wiedząc na kogo „patrzy”.
- Wydaje się, we potwebujecie przewodnika. Nie uwajcie mapom, w tych wokowicach potrawią kwamać. Chodźcie wa mną – powiedziała, po czym minęła grupkę żyjących i raptem weszła w ścianę jaskini.
        Znów dało się słyszeć pisk, tym razem z pewnością nietoperza. Kiedy oderwało się oczy od pokrzepiającego blasku ogniska, od razu otulał cię chłodny i wilgotny mrok. Na zewnątrz zacinał deszcz i strzelały magiczne wyładowania. Wydawało się, że gdzieś osunęła się lawina. Ściana zaś, w którą weszła gęś-przewodniczka wyglądała na najczarniejszą ze wszystkich. Wszystko wydawało się krzyczeć „Zostań tu, nigdzie się nie ruszaj!”, a jednak w powietrzu czuć było, że nawet własny instynkt może być omamiony i lepiej na straży postawić rozsądek. A co ten mógł podpowiedzieć w takiej sytuacji?
- Ja bym za nią nie szła. Gdyby nie ta przewodniczka, nie miałabym awaryjnego lądowania, a ona sama byłaby jeszcze całkiem ładnym gęsim kąskiem – powiedziała dobrodusznie Spinka, jakoś wytrzymując spojrzenie Spallego i podchodząc na dłoniach Avellany bliżej jej samej. - Przepraszam bardzo, ale czy mogłabyś mi pomóc zdjąć płaszczyk i kamizelkę? Za cholerę nie mogę rozpiąć uprzęży do niej przypiętej.

Awatar użytkownika
Bjornolf
Szukający drogi
Posty: 42
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Bjornolf » 1 rok temu

        Bjornolf gapił się na całe zamieszanie, kompletnie nie rozumiejąc, co się dzieje. Był przekonany, że śni - w końcu w prawdziwym życiu myszy nie gadają, a tym bardziej gęsi! Gęsi się zjada i gdyby miały w tym cokolwiek do powiedzenia… Nie chciał wiedzieć, co mógłby od nich usłyszeć. Zresztą to idiotyczne! Dobrze, że nie ma tu innych członków jego plemienia, bo gdyby dowiedzieli się, że nawet myśli o konwersacji z myszą...
A może to wszystko jest chorą grą tego czarodzieja? Może zahipnotyzował ich i teraz bawi się w najlepsze ich kosztem, obserwując, jak próbują skomunikować się z nieistniejącym, GADAJĄCYM gryzoniem? Tak czy inaczej, bez względu na to, czy znajduje się we śnie, czy w bardzo dobrze wykonanej iluzji, nie zamierzał brać udziału w tej szopce.
        Spalle był jednak innego zdania.
- Bjornolf, czy ty słyszałeś, jak odezwała się do mnie ta wywłoka?! - skrzeknął, a jego słowa zakłuły nawet niewyszukany gust zmiennokształtnego.
- No już, opanuj się! - burknął w stronę kruka i odwrócił się do myszy plecami. Był przekonany, że gdy tylko straci ją z oczu, ta zniknie, a razem z nią cała grota. Jednak deszcz dalej padał, ognisko rzucało długie cienie, a małe stworzonko nie zamierzało przestać gadać. Zresztą Avellana wcale mu tego nie ułatwiała, bo sama z radością przyłączyła się do tej idiotycznej konwersacji. Wilkołak westchnął ciężko i zwiesił ramiona w wyrazie bezsilności. Skoro nie mógł się obudzić, musiał obserwować rozwój wypadków. Być może w trakcie uda mu się znaleźć sposób, by wyciągnąć siebie i zielarkę z tej paskudnej kabały.
        Z politowaniem patrzył jak kobieta podnosi “myszkę pracującą”, jak sama siebie określiła (używała formy żeńskiej, więc założyć, że musi to być “ona”) i wyraża zmartwienie stanem jej lotni.
Lotnia! A może to jednak nie sen? Może uderzył się w głowę, ale tak naprawdę bardzo, bardzo mocno?
        Uwaga myszy o magicznej burzy zaniepokoiła wilka. A więc to nie była zwykła ulewa, kontynuacja deszczu, który doprowadził do ich spotkania? W takim razie von Lippenstein maczał palce nie tylko w przeniesieniu ich z powrotem do groty? Ciekawe, jakie jeszcze niespodzianki czekały na nich po drodze?
        Odpowiedź na to pytanie wczłapała do groty i również przemówiła ludzkim głosem. Słyszał kiedyś o pogańskim święcie, podczas którego zwierzęta mówią ludzkimi głosami. Czy to przez takie wydarzenia jak to rodziły się równie nieprawdopodobne opowieści?
        Widmowa gęś oznajmiła, że mają nie ufać mapom i ochoczo zaproponowała rolę przewodnika. Być może i dałoby się jej posłuchać, gdyby po tych słowach nie zniknęła w ścianie. Nord nawet nie czuł już zdziwienia - zagęszczenie absurdalnych wydarzeń było tego dnia tak duże, że mózg przestał rejestrować je jako “zaskakujące”. Wilk wzruszył więc po prostu ramionami i skupił wzrok na malutkim stworzeniu w dłoniach Avellany.
        Uwaga myszki o gęsi, jeszcze niedawno będącej “ładnym kąskiem” rozbawiła go, a jego mózg momentalnie wykorzystał tę okazję. Bjornolf wybuchł gardłowym śmiechem, który uwolnił nagromadzone w nim emocje i pomógł umysłowi oswoić się z niemożliwym. Po chwili otarł wierzchem łapy oczy i z szerokim (wypełnionym zębami) uśmiechem zwrócił się do Spinki.
- Nie wiem czy jesteś iluzją von Lippensteina czy nie, ale jeśli tak, to ma cholernie dziwne poczucie humoru. Problem w tym, malutka, że tak czy siak musimy się dostać do kopalni, a magiczna burza na zewnątrz nie brzmi szczególnie zachęcająco. Nie chciałbym dostać tym, co walnęło w ciebie, zanim jeszcze zaczęłaś mówić.
Uniósł spojrzenie na Avellanę, a w jego oczach migotały rozbawione iskierki, wahające się na pograniczu humoru i lekkiej histerii. “Zobacz, rozmawiam z gryzoniem!”, zdawały się mówić.
- A ty jak uważasz? - zapytał dziewczynę tak pogodnym tonem, jakby umawiali się na herbatkę. - Musimy podjąć jakąś decyzję. Coś mi mówi, że ta burza potrwa jeszcze długi czas.

Awatar użytkownika
Avellana
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 52
Rejestracja: 3 lat temu
Kontakt:

Post autor: Avellana » 1 rok temu

        Potok słów przybyłej myszki rozbrzmiewał w jaskini cichym piskiem, mimowolnie wywołując uśmiech na ustach. Mimo widocznego strachu przed Spalle, gryzoń dzielnie stawił mu czoła, a i ofuknąć kruka się nie obawiał, zyskując sobie rosnąca sympatię zielarki. W końcu jednak mogło dojść do łapkoczynów, więc Avellana czym prędzej uniosła maleństwo na dłoni, przysuwając do siebie, by nieustająca rzeka popiskiwań zamieniła się w końcu we względnie zrozumiałe słowa. Jak się okazało, pytaniem trafiła w dziesiątkę. Drobiazg wyprężył się dumnie, co najmniej jak mężczyzna, którego prosi się o pomoc lub zachwala jego liczne walory i talenty, po czym zaczęła opowiadać z zapamiętaniem o swojej aerodynie, które to słowo szatynka musiała dodać do swojego słownika. Z lekko rozbawionym zdumieniem aż uniosła brwi, gdy opowieść rozwijała się coraz bardziej, przechodząc od przedstawienia maszyny, przez jej budowę, aż po wszelkie właściwości z opisem wymagań niezbędnych do jej prowadzenia włącznie. Av zacisnęła lekko usta, by stłumić cisnącą się na nie wesołość i tylko pokiwała poważnie głową, chociaż orzechowe oczy błyszczały rozbawieniem.
        - Brzmi niesamowicie - odpowiedziała grzecznie, zerkając ponad gryzoniem na Bjornolfa, który wyglądał, jakby cała ta sytuacja lekko go przerastała… delikatnie mówiąc.
        Chwilę później wydarzenia stały się trudne do ogarnięcia nawet dla niej. Do małych szczebiocących stworzeń z nadwyraz rozwiniętą inteligencją (oraz dumą) zdążyła przywyknąć, natomiast pieczeń z kaczki, którą ktoś za długo zostawił w piecu, wchodząca lekko chwiejnym, acz wciąż beztroskim krokiem do jaskini, była już widokiem co najmniej niecodziennym. Zielarka uniosła wysoko jedną brew, nie mogąc opanować zdumienia, gdy pieczeń się do nich odezwała. Szatynka przez moment wyglądała, jakby chciała o coś zapytać, ale zaraz zamknęła usta i potrząsnęła lekko głową, rezygnując. Chyba wolała nie wiedzieć. Zamarła pod spojrzeniem martwej/nie-martwej gęsi, odprowadzając ją wzrokiem, a później już jawnie wytrzeszczając oczy, gdy ptak zniknął w ścianie. Zamrugała dopiero, gdy pod sklepieniem rozległ się pisk, a nietoperz po raz kolejny otrzepał skrzydła, obsypując obecnych resztkami wody. Później myszka wyraziła swoja opinię, a racjonalność bijąca z pyszczka aż bawiła, najwyraźniej doprowadzając już Bjornolfa na skraj wytrzymałości nerwowej. Wilkołak ryknął histerycznym śmiechem, wywołując rozbawiony uśmiech u Avellany, gdy ta obserwowała, jak mężczyzna próbuje dojść do siebie, jednocześnie nie waląc głową w skałę. Na jego pytające spojrzenie tylko wzruszyła bezradnie ramionami. Nie rozumiała wiele więcej niż on.
        - Oczywiście drobino - odezwała się miło do myszki i podciągnęła do siebie jedno kolano, stawiając na nim myszkę, by później obiema dłońmi manewrować swobodnie przy szlufkach i zapięciach w rozmiarze zdecydowanie mini. W międzyczasie zaś odpowiedziała na pytanie wilka.
        - Zarówno magiczna burza, jak i maszerowanie wprost na skałę, nie brzmi dla mnie zbyt zachęcająco, ale skoro już rozważamy głupie pomysły to zacznijmy od tego, który nie wymaga moknięcia. Tyle razy już dzisiaj wchodziłam i wychodziłam z tej jaskini, że próba przejścia przez kamień nie wydaje się wiele gorszym rozwiązaniem. I nazwijcie mnie szaloną, ale wolę rozbity nos niż ponownie mokre ubranie, dopiero co wyschło - stwierdziła nadzwyczaj spokojnie, uznając, że poziom absurdu przekroczyli w momencie gadającej pieczeni i od tej pory wszystko spotka się z jej niezmienną cierpliwością. Nieświadomie bowiem, podobnie jak Bjornolf, cały czas dopuszczała do siebie możliwość, że zwyczajnie śni i niedługo się obudzi, nawet nie na powrót w jaskini, ale w ogóle na poddaszu kościoła, kawałek za Ekradonem.
        I jakby na potwierdzenie swoich słów, zabrała oswobodzoną z szelek mysz na powrót w dłoń, nie chcąc zostawiać jej ze Spalle, po czym skierowała się tam, gdzie jeszcze chwilę temu zniknęła gęś. Wbrew pozorom za najgorszą możliwą opcję uznawała to, że faktycznie jej się uda, bo wtedy będa musieli zmierzyć się z tym, co jest po drugiej stronie. Rozbite kolano było małą ceną za spokój i zachowanie zdrowych zmysłów. Mysia zaś była bezpieczna w jej dłoni i póki co daleko od przeszkody, na którą, po krótkim wdechu, ruszyła zielarka.
        - Weź mapę! Na wszelki wypadek - rzuciła jeszcze przez ramię do wilka. ”Pogięło mnie do reszty”, dodała zaś w myślach z niesłychanym spokojem, po czym zniknęła w skale.

        Ciemno. Ciemno, jak w… no bardzo ciemno. W sumie nie wiedziała, czego się spodziewać, ale chyba nie zakładała aż tak nieprzeniknionych ciemności. Ostrożnie przesuwając stopę po ziemi, zrobiła krok do przodu, jedną rękę wyciągając na omacku do przodu, drugą trzymając przy sobie, by chronić gryzonia. Od razu bowiem pomyślała, że musi odsunąć się od “wejścia”, bo jak Bjornolf tu wpadnie z tym skrzeczącym ptaszyskiem i na nie wpadną, to dopiero będzie dym.
Jej dłoń napotkała nagle gładką powierzchnię i Avell podeszła bliżej, przesuwając palcami po idealnie gładkim kamieniu. Ale… czy aby na pewno kamieniu? Tak idealnie gładkim? Gdyby tylko coś widziała!

Awatar użytkownika
Spinka
Zbłąkana Dusza
Posty: 6
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Spinka » 11 miesiące temu

- Tak, tak, jest niesamowita! - potwierdziła Spinka, szczęśliwa, że przypadek nie rzucił jej w łapy totalnych ignorantów, niedoceniających kunsztu jej aeorodyny. Nawet jeśli nie wiedzieli o niej zbyt wiele, wystarczyło, że chcieli to zmienić. Że potrafili skinąć głową z uznaniem. Przynajmniej Avellana była w stanie to zrobić, A Spince wystarczyło to, by pochlebną opinią obdzielić innych, towarzyszących jej. Wilkołak nie zaprzeczył, Spalle się nie liczył (choć oczywiście mógł zacząć). Przemieniona była w każdym razie dumna i zachwycona, choć chyba głównie tym, że może usłyszeć własne słowa prezentujące jej obiekt wiecznej miłości. Spojrzała błyszczącymi oczyma na skrzydła, wciąż przymocowane do jej pleców. Ciążyły i gdyby nie to, że znajdowała się w powietrzu, pewnie nie zdołałaby również ustać wyprostowana. Zresztą nawet teraz kwestią sekund był kolejny upadek z pokaźnym sprzętem na tyłach. Na szczęście śliczna kobieta miała chyba równie dobre serce, bo pomogła zdjąć aerodynę, która od razu zmniejszyła swoje rozmiary i zniknęła w kieszeni płaszcza. Spinka zrobiła to sprawnie, by jeszcze raz pochwalić się swoim sprzętem.
- Dziękuję Avellano. Jesteś bardzo miła. I... oh, zdaje się, że nie zdradziłam swojego imienia. Jestem Spinka.
        Później w jaskini pojawiła się gęś, a ten z wielkimi zębiskami zaczął zachowywać się bardzo dziwnie. A przynajmniej mówił dość szczególne rzeczy i śmiał się, a to nie pasowało do jego groźnego i poważnego początkowo wizerunku. Spinka uznała więc, że albo jest szalony (a więc tym bardziej groźny, bo nieprzewidywalny), albo... Avellana ma rację i po prostu ostatnie wydarzenia zbyt mocno ich zaskoczyły, nie dając chwili wytchnienia. To myszka była w stanie zrozumieć. Sama nie do końca mogła przyswoić sobie widok żywej inaczej gęsi-przewodniczki, której śmierć przecież widziała. W ciszy pozwoliła jednak naradzić się tamtej dwójce, wtrącając tylko swoje małe trzy grosze i zerkając na Spallego, próbując doprowadzić się do porządku. Ostatecznie z plecaka wyciągnęła wystający z niego podłużny kształt, po czym umieściła go przy pasie. Floret. Niezbyt groźna, ale odpowiednia dla niej broń, którą jednak zdobyła dopiero miesiąc temu, przez co nie była najlepsza w posługiwaniu się nim. Miała jednak wyczucie i odpowiednią intuicję. Nie miała zaś kuszy. Straciła ją podczas ostatniego zlecenia - a szkoda. Ale może to i dobrze, i tak korzystała z niej raczej podczas lotów, gdyż wciąż nie miała okularów, których mogłaby używać pomiędzy lotami, by dostrzec dokładnie cel, do którego mierzy.
        Cichutko było jednak do momentu, w którym Bjornolf znów dał upust swoim emocjom. Wtedy nie wytrzymała. Poczuła się źle, totalnie nie rozumiejąc, co tamten ma na myśli, ale odebrała to jako coś nieprzyjaznego.
- Oh, wypraszam sobie. Jestem tak samo prawdziwa, jak twój zabójczy oddech i wcale nie jestem taka malutka. Panie wilku, ale umówmy się, że nikt nikogo nie będzie zjadać, ani obrażać, a ja zrobię wszystko, by ułatwić wam podróż. Wbrew pozorm, potrafię być całkiem pomocna. Zgoda?
        Po tych słowach spytała cicho Avellany - której zdążyła już zaufać - czy nie mogłaby póki co siedzieć na jej ramieniu. Przynajmniej póki łapki jej się nie przestaną trząść. A gdy już się znalazła na wskazanym miejscu wyjęła z kolejnej kieszeni w płaszczu kompas i przyjrzała mu się uważnie.
- Hm, może i widmo wie co mówi... Wciąż prowadzi mnie na północny zachód.
        Chwilę później decyzja została podjęta. Gryzoń nie był nią szczególnie zachwycony, ale rozumiał, że może być to naprawdę jedyna możliwość. Wyglądało zaś na to, że dwójka ( plus gadający ptak ) również mają konkretny cel, do którego zmierzają i kto wie... Może nawet część ich drogi będzie się pokrywać. W każdym razie zdecydowanie nie powinni moknąć na magicznym deszczu.

        Było ciemno. Naprawdę ciemno. Tak jakby nic mogło być materialne, a oni weszli właśnie w nicość. Fizycznie się to odczuwało. Powietrze było wilgotne i ciepłe, ale nie gorące, raczej starało się dorównać temperaturze ciała człowieka. Przestrzeń była też dziwnie gęsta i wydawało się, że napręża się z każdym krokiem. Słychać było tylko szum, a może pomruk.
        Avellana jako pierwsza odkryła w niczym "coś". Było twarde i gładsze od kamienia, którego mogli się spodziewać w jaskini. Nie sposób było jednak zobaczyć co to.
        Mysie zmysły niewiele tu pomogły. Może i przemieniona widziałaby w ciemności cokolwiek więcej - chociażby niedostrzegalne dla innych kontur - ale tak się składało, że od zawsze widziała ledwo ledwo co. Nawet kształty były niewidoczne, bo znikąd nie docierała do nich choćby krzta światła. W normalnych warunkach jej przewaga polegałaby dodatkowo na szerszym polu widzenia, dzięki szeroko rozstawionym i odpowiednio wypukłym oczom, ale wadą zawsze pozostawało to, że oddalone przedmioty pozbawione były szczegółów. Chyba że nosiła gogle - te odrobinę korygowały jej mysią przypadłość.
- Ma ktoś światło? - spytała, po czym podźwignęła się do góry, by stanąć na ramieniu upadłej. Dobyła swojego floretu.
- Gąsko? - odpowiedział jej tylko stłumiony pomruk.
        Stała tak, jedną łapką delikatnie utrzymując równowagę, dzięki położeniu jej na włosach Avellany. Drugą lekko wyciągała przed siebie mając dziwne wrażenie, że jej Igiełka może wkrótce się przydać.
        Nie musiała długo czekać. Raptem gdzieś z boku rozległo się krótkie, również stłumione kwaknięcie. Do tego doszedł fioletowy, niewielki rozbłysk, który rozjaśnił na ułamek sekundy bordową przestrzeń, która jednak z całą pewnością musiała być czymś. Czymś bardzo dziwnym.
        Myszka wystraszyła się. W jednej chwili podskoczyła i wykonała pchnięcie, usiłując automatycznie dźgnąć rozbłysk. Niemal przypłaciło ten manewr upadkiem na ziemię, czy na cokolwiek, co znajdowało się pod stopami kobiety. Na szczęście skończyło się tylko na zsunięciu na jej plecy, po których szybko znów wdrapała się na ramię i przytuliła do kobiecego karku, w jednej dłoni wciąż trzymając Igiełkę.
- Przepraszam - mruknęła, lecz jej słowa przestały być szybko istotne, gdy dostrzegła, co osiągnęła dźgnięciem ciemności.
        Pojedyncza rysa jaśniała delikatnym światłem. Zadra była niewielka, ale wyglądało na to, że powoli rośnie, tym samym odkrywając przed wędrowcami zupełnie nowy widok. Gdyby zbliżyć się do rozcięcia, można by powiedzieć, że z całą pewnością nic w poprzedniej grocie nie wskazywało na to, że tuż za niewidoczną wcześniej ścianą znajdowało się cokolwiek wartego uwagi. A przynajmniej z perspektywy ich planowanej wędrówki. Niemniej za pęcherzową ścianą, na szarym kamieniu leżała z pewnością spalona i martwa już gęś. Nie przypominała już widma, a zwyczajnie pieczeń, o której ktoś zapomniał i zbyt długo trzymał na ruszcie. Kolacja ta wydawała się prezentem powitalnym w nowej części nieznanych terenów.
        Pokaźna grota, do której weszli, była pusta, ale wszystko wskazywało na to, że tylko chwilowo. Ściany były gładkie, pozbawione stalaktytów, które mogłyby spaść komuś na głowę. Sklepienie miejscami podtrzymywały stemple, a już bardziej pomyślana konstrukcja obejmowała trzy tunele, z pewnością wydrążone przez istoty żyjące. Nie były szczególnie wysokie, Bjornolf musiałby się pochylić, by przejść przez nie bez problemów. Z całą pewnością były jednak solidne. Przede wszystkim jednak były oznaczone pochodniami, które paliły się rzucając przyjemny blask na wnętrze. Na środku zaś groty znajdowało się ognisko z pustym rusztem i porzuconymi skórami, na których ktoś zapewne siedział. Do tego kilka kubków, misek i trzy kilofy. Właściwie wyglądało to całkiem przyjaźnie. Przynajmniej dla Spinki, która uwielbiała towarzystwo ludzi czynu o solidnych dłoniach i zaraz dostrzegłaby pod jedną ze skór zniszczoną mapę, cyrkiel i pióro. Chyba nawet leżały tam jakieś igły. Ale póki co była zbyt daleko by zobaczyć takie szczegóły, więc to, co zarejestrowała w pierwszej chwili, było czymś zupełnie odmiennym od obrazka ze środka groty. Zauważyła za to, że na ścianie, pomiędzy jednym tunelem a drugim, rozrasta się szczególna roślina. Taka, której jeszcze nigdy wcześniej nie widziała. Z pewnością jakaś z rodziny bluszczowatych - pięła się po ścianie, małymi przyssawkami wpijając w zagłębienia kamienia, a delikatnymi, błonkowymi liśćmi przysłaniając resztę powierzchni. Nie wyglądało jednak na to, by ktoś, kto tu się wcześniej znajdował, poświęcał jej tyle uwagi, ile teraz zrobiła to wyrosła mysz.

Awatar użytkownika
Bjornolf
Szukający drogi
Posty: 42
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Bjornolf » 10 miesiące temu

        Patrząc jak zielarka, najwyraźniej obdarzona mniejszą dawką zdrowego rozsądku niż sądził, raźno maszeruje w stronę ściany, westchnął ciężko i zrezygnowany podążył za nią.
- Baby… - mruknął pod nosem, nieufnie przyglądając się skale. Avellana z myszką na dłoni zniknęła po drugiej stronie.
        Przez chwilę zbierał się na odwagę, lustrując wzrokiem kamień. Nie różnił się od pozostałych niczym poza tym, że najwyraźniej stanowił magiczny portal. Czy był tu od początku? A może umieścił go tu von Lippenstein, by ułatwić im wędrówkę?
        Wilkołak był prostym facetem. Lubił rzeczy, które rozumiał - walkę o teren z wrogim plemieniem, przepędzanie najeźdźców, zwalczanie dzikich zwierząt. Ale to? Poziom magii i absurdu przekroczył tolerowany przez niego zakres. Jedyne co mu pozostało to poddać się tej dziwnej fali i wyrwać z niej najszybciej jak się da. Jeżeli coś wiedział o magii na pewno to to, że zwiastowała kłopoty.
- Stary, na pewno chcesz to zrobić? - zapytał Spalle, siadając na jego ramieniu - Nie ufam szczurowi ani tej babie.
Bjornolf westchnął ciężko i w przypływie nagłej czułości pogładził kruka po głowie.
- Nie mam wyboru przyjacielu. Sam nie odnajdę już Cienia.
Nabrał głęboko powietrza i wbrew krzyczącemu głośno rozsądkowi, wszedł w ścianę.

        Gdy wilkołak znalazł się w absolutnej ciemności, jego sierść najeżyła się jak choinka. Mimo przystosowanych do widzenia w mroku oczu nie był w stanie rozpoznać wokół siebie żadnych kształtów. Chwilowo był zdany jedynie na swoje uszy i nos. Słyszał oddalone nieco oddechy Avellany i myszki. Zaciągnął się powietrzem, próbując ustalić, dokąd się przenieśli. Dziwna, organiczna nuta zaniepokoiła go - tak jakby mieli do czynienia z czymś żywym, wydzielającym soki. Towarzyszył temu zapach skał, ale innych niż te, które czuł w grocie. W oddali unosiła się również dziwna nuta… spalenizny.
Szósty zmysł podpowiadał mu, że wie jak skończył się smutny żywot widmowej gęsi. Przed sobą usłyszał poruszenie i skierował kroki w kierunku swoich nietypowych towarzyszek. Najwyraźniej zrobiły dziurę w czymś, co w istocie okazało się pulsującym życiem pęcherzem i powiększały ją, uwalniając ich z tego upiornego tunelu.
Z ulgą podążył ich śladem i znalazł się w wykutym w skale pomieszczeniu. Ktoś nieźle się tu urządził. Były tu skóry, ognisko, miski i kubki.
- No to się mieszkaniec zdziwi - mruknął, podchodząc do leżącej na ziemi mapy - Miejmy nadzieję, że nie wróci zbyt prędko.
Podniósł pergamin, przyglądając mu się uważnie. Część była pokryta schematycznymi rysunkami, wykonanymi przez rękę przyzwyczajoną do dzierżenia kilofu, a nie pióra. Wiele obszarów było jednak pustych lub oznaczonych znakami zapytania. Labirynt tuneli prowadzący od ich groty był wyrysowany dosyć wyraźnie. I co najważniejsze, jedna z jego odnóg zakończona była naszkicowanym w pośpiechu diamentem. Niepokojące było jedynie to, że kamień znajdował się w otoczeniu kilku cienkich, pokrytych przyssawkami macek, narysowanych z wyraźnym drżeniem dłoni.
- Spójrzcie - powiedział, podając Avellanie mapę. Sam rozejrzał się po pomieszczeniu, szukając czegoś, co mogłoby im się przydać. Znalazł zwój liny, wyjął też z uchwytu jedną z pochodni. W miejscu mapy zostawił dwie srebrne monety. Zgoda, byli złodziejami. Ale przynajmniej podziękowali za mimowolną pomoc.
- Ruszajmy się. Nie ma sensu tu siedzieć i czekać, aż ktoś będzie od nas żądał wyjaśnień.
...Bo przejście przez widmową błonę nie brzmi zbyt wiarygodnie, nawet po tym, jak faktycznie to zrobiliśmy” pomyślał, podchodząc do rozwidlenia i przyglądając się krytycznie trzem tunelom. Zamierzał zaufać mapie, bo tak naprawdę nie miał żadnego wyboru.
        Z westchnieniem ocenił wysokość sklepienia jako wielce niezadowalającą. Już czuł ciągnący ból w karku, jakim opłaci ten spacer. Odwrócił się i zerknął przez ramię na Avellanę i usadowioną na jej ramieniu myszkę. Jego oczy błysnęły w półmroku, odbijając żółty blask pochodni.
- Idziemy?

Awatar użytkownika
Pani Losu
Urzeczywistniający Marzenia
Posty: 585
Rejestracja: 9 lat temu
Kontakt:

Post autor: Pani Losu » 8 miesiące temu

        Choć wspólna przygoda zdawała się złączyć zielarkę i wilkołaka na okres nieco dłuższy niż sami na początku zakładali, to fale Losu już wiedziały, że zadanie tej dwójki nie tyle się właśnie kończy, co przestaje być udziałem obojga. Avellana, nie dało się zaprzeczyć, byłaby niezgorszym wsparciem dla nerwowo wyczerpanego mężczyzny (lepszym niż gadająca mysz), ale plany były dla niej inne, choć chyba już nieco w jej odczuciu monotonne… Ile to razy ostatnio była z nagła przenoszona z miejsca na miejsce? Dość, by zaczynać wątpić w istnienie normalnych dróg. Nie można jednak powiedzieć, by pojawienie się z nagła niziutkiej, fioletowej istoty przekraczało ostatnio wyznaczone granice absurdu - wręcz wydawało się całkiem na miejscu.
- Nie! - Zakrzyknęła bezczelnie na pomysł wilkołaka, stając za całą gromadką. Odwrócili się, a ona wyszczerzyła przydługie ząbki w mało zachęcającym uśmiechu pana na włościach. Mało zachęcającym, choć przyjaznym - naprawdę, cała ta grupka nawet jej się podobała i - pomijając historię z gęsią - wydawali się całkiem uroczy.
Na jej zaś korzyść przemawiał fakt, że bardziej przypominała pełnoprawną zmiennokształtną niż gadające zwierzątko (a pieczoną gąskę to już w ogóle) i ostatecznie choć wilk nie mógł wyczuć w niej nietoperza nosem to oczy mówiły im jasno - stała przed nimi zwierzakołaczka.
Ale czy aby na pewno?
Nie wyjaśniała im tego, tak jak nie dziwiła się ich wyglądowi - pyskom, wąsikom… chwila, a to co!? A, to kobieta.
W takim razie w porządku.
- Przepraszam, że wam przerywam zwiedzanie tuneli, ale przysyła mnie von Lippenstein - niewinne kłamstewko - z małym ogłoszeniem: a więc panna Avell nie idzie z wami. - Uśmiechnęła się i nim zdążyli się choćby zdziwić, dziewczyny już nie było. Bidna mysia do niedawna zajmująca strategiczną pozycję na jej ramieniu teraz spadłaby niechybnie na ziemię, ale od upadku powstrzymały ją fioletowe łapki… wykonujące od niechcenia magiczny gest.
Gryzoń zatrzymał się w powietrzu łagodnie i niewidzialną siłą, może to wiatrem, a może i innym ustrojstwem został posadzony na kamiennej podłodze.
- Tak może być… o! - Zerknęła na dwie monety położone w miejscu mapy. - Uczciwy z ciebie gość, tak tak… - i z mruczącą aprobatą sięgnęła po pieniążki, by obejrzeć je z uznaniem - Wezmę sobie w ramach napiwku, co? Nieczęsto płacą mi za robotę - Parsknęła i zaczęła się zgrabnie wycofywać w rytm dochodzących z jednego z trzech tuneli ciężkich kroków oraz biesiadnej melodii nuconej z samozadowoleniem męskim, dudniącym głosem.
- Przyszedł wasz przewodnik… no to powodzenia w szukaniu Cienia i… - spojrzała na myszkę - nie byciu zjedzoną! Jak będziecie mieć fart już się nie spotkamy! - I machnąwszy im na pożegnanie łapką, zniknęła w nagle zgęstniałej ciemności.

Nie mieli czasu naradzić się, ani jak ona wycofać, gdy z lewego korytarza wyszedł tęgi niziołek z brodą, o konstytucji świadczącej tak o upodobaniu do ciężkiej roboty jak i sutych uczt, gdzie tłuszcz lał się strumieniami, a mięso zajmowało tak cały talerz biesiadnika jak i jego sąsiada. Trzymał on w ręce przybrudzony woreczek ze skóry, a nad wydatnym nosem parę zdziwionych, mądrych oczu w kolorze sosnowej kory.
- Na bogów, a cóż się tu wyprawia! No i masz Rupert, mówiłeś że coś dziwnego wejdzie w nieczas w nasze budowy i niech to, miałeś rację! - Zwrócił się do siebie w ramach gadania do nietowarzyszącego mu kolegi i się podrapał po głowie.
- A cóż wy za jedynaki? Wilk z ptakiem, za przeproszeniem i co widzę… nie widzę. W każdym razie chodzi i ma uszy. O! Ubrane toto. A czymże toto jest? - Zapytał bez zastanowienia, przyklękając przed mysią na swoich krótkich nogach. Nie wyglądał ani na zachwyconego, ani oburzonego - pojawienie się niecodziennych gości w jego grocie chyba zwyczajnie go nie krępowało, do tego stopnia, że potraktował ich jak zwyczajnych podróżnych. Bo żeby takie tylko rzeczy jak gadające futrzaki widziało się w podziemiach!
- Hm? Masz moją mapę widzę… no panie dziejku, ale mam nadzieję, że nie kradniesz? - Zapytał z dobrotliwym przekąsem wilka, który choć górował nad nim wzrostem i uzębieniem, potraktowany został jak niegrzeczny chłopiec.
- No dobrze, dobrze, już dam wam dojść do głosu - Zerknął bystro spod krzaczastych brwi - Zwę się Armagedon, możecie mi wszystko powiedzieć, ba! nawet chętnie posłucham wyjaśnień, a jak będą składne to może dam radę posłużyć wam wskazówką? Czy to pieczona gęś?

Awatar użytkownika
Spinka
Zbłąkana Dusza
Posty: 6
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Spinka » 7 miesiące temu

        Sprawczynią zamieszania była jakaś dziwna fioletowa istotka, która z dziwnym nazwiskiem na ustach przyczyniła się do zniknięcia tej milutkiej kobiety, której mysz postanowiła już zaufać. A przynajmniej tak, jak się ufa troszczącemu się o ciebie fotelowi na kółkach.
        W każdym razie fioletowa była jakaś dziwna i wieloznaczna. Tym, co przemawiało na jej niekorzyść, było tylko pojawienie się ot tak – trochę strasząc – i bez pytania o zgodę wyrzucenie Avellany z historii. Biedna kobitka. Co też mogło jej się stać? I może Spinka spytałaby o to, tuż po tym, jak bezpiecznie wylądowała na zimnym kamieniu, gdyby nie fakt, że zmiennokształtna zniknęła równie niespodziewanie, co się pojawiła.
        A niech to… Avellana miała jej zaszyć skrzydło lotni. Teraz będzie musiała zrobić to sama.
- Wilku? Mam nadzieję, że nie lubiłeś jej zbyt bardzo, bo wąsiki mówią mi, że nie wróci prędko. - rzuciła, ostentacyjnie ignorując ptaszysko. Powiedziała to dla reszty towarzystwa z poziomu podłogi, tylko po to, by po chwili gwałtownie zacisnąć ząbki na dźwięk dochodzącego z głębi tunelu tubalnego głosu. Ogonek postawiła jak antenkę, a wielkość uszu zademonstrowała w pełni. Oczy zmrużyła, próbując dojrzeć potencjalne niebezpieczeństwo, ale to wąsiki i nosek zadziałały pierwsze. Rozpoznały wielki, spocony kształt krasnoluda. Kolejna niespodzianka, w dodatku już na wstępie urągająca mysiej inteligencji.
        Cofnęła się jakoś automatycznie w stronę wilkołaka, kiedy pokaźnych rozmiarów (głównie przez brodę), poczciwa gęba nieznajomego zbliżyła się do jej pyszczka.
- Toto potrafi dużo więcej – oznajmiła, kładąc dłoń na swym florecie, ale nieznajomy otworzył tylko szeroko oczy i zaśmiał się tak, że mysie uszy zafalowały od powiewu wywołanego oddechem. Chwilę później skupił swoją uwagę na wilkołaku zapytując o mapę. A ruenów nie było…
        Spinka uznała jednak, że to problem wilka, przecież może mapę z powrotem odłożyć. Ucieszyła się za to bardzo, że kolejny owłosiony wielkolud nie skupia uwagi już na niej. Pozwoliła więc sobie zajrzeć w tunel, z którego przyszedł, by upewnić się, czy wspomniany Rupert zaraz nie przyjdzie. Odeszła więc kilka kroków, ale raptem zatrzymała się w połowie drogi, słysząc imię krasnoluda. Armagedon… Spięty mysi ogon powędrował do dołu. Cóż, za dziwny zbieg okoliczności.
- Armagedon od Murarzy? - spytała. - Ah, a czy to jest kopalnia klonoktytów twojego ojca?
        Krasnolud odwrócił się w jej stronę i przyglądając uważniej pociągnął nosem. Przykucnął.
- Ano, dobrze piszczysz. To ja, a to kopalnia klonoktytów, ale nie ojczulka, bo ten już świętej pamięci. Mija miesiąc niedługo odkąd kopania mi się należy.
- Oh, moje kondolencje. Nie spodziewałabym się pana jednak tutaj. Jako właściciela.
- Niektóre rzeczy lepiej robić samemu.
        Spinka miała już pewność. Przypomniała sobie już opis krasnoluda do którego kazano jej się udać. Jednak gęś dobrze ją zaprowadziła.
- Przysyła mnie…
        W tym momencie z głębi tunelu, z którego przybył Armagedon doszedł podejrzany pomruk. Krasnolud spoważniał raptownie wstając. Pociągnął znów nosem.
-Interesy chyba muszą poczekać. Zbieramy manatki, drodzy goście. Wycieczka nie powinna się zatrzymywać na zbyt długo.
        To mówiąc zgarnął do plecaka kilka drobiazgów rozrzuconych wokół ogniska, pod pachę wziął posłanie, na ramię zarzucił kilof, i po chwili zastanowienia zgarnął jeszcze pieczoną gęś, na co Spinka nie powiedziała ani słowa.
Ostatnio edytowane przez Spinka 4 miesiące temu, edytowano łącznie 1 raz.

Awatar użytkownika
Bjornolf
Szukający drogi
Posty: 42
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Bjornolf » 6 miesiące temu

        Pojawienie się fioletowego stworzenia Bjornolf wyczuł ułamek sekundy wcześniej niż usłyszał. Instynkt wojownika i wilka, ten który przeprowadził go dotychczas przez setki bitew, nie zawiódł i tym razem. Nie miał jednak szans z nadprzyrodzoną istotą, która zmaterializowała się bezpośrednio z powietrza. Gdy stanął z nią pyskiem w… twarz, zdążyła już rozpocząć swoją krótką, nie znoszącą sprzeciwu przemowę.
- Kim jesteś? - warknął, jednak nietoperzowata zignorowała go, jednym ruchem ręki doprowadzając do zniknięcia Avellany. Rzucił się żeby złapać myszkę przed upadkiem, ale nieznajoma ubiegła go, najwyraźniej przy pomocy magii opuszczając ją na ziemię. Czy wszystko w tej przeklętej krainie dzieje się za pomocą magii?! Zjeżył się i wyprostował, chwytając za trzonek topora. Jeśli będzie chciała skrzywdzić jego gryzonia, będzie musiała pokonać najpierw jego!
- Ani się waż! - rozdarł się Spalle z typowym dla siebie brakiem pohamowania, widząc że fioletowa zabiera pieniądze. Ona jednak - bezczelnie i całkowicie ignorując jego sprzeciw! - rąbnęła srebrniki i zniknęła.
- W porządku? - spytał wilkołak, patrząc na Spinkę nieco zdezorientowanym wzrokiem. Nie zdążył jednak nawet skomentować zniknięcia Avellany, bo z głębi tunelu wyłonił się poprzedni właściciel mapy we własnej, krasnoludziej osobie.

        Dotychczasowe doświadczenia norda z krasnoludami były dosyć neutralne. Kilku z nich mieszkało w jego wiosce i stanowiło osobną część plemienia. Podziwiał ich umiejętności w walce, jednak zawsze traktował jak obcych - głównie dlatego, że mieli swoje własne chaty, oddalone od pozostałych i zawsze trzymali się na uboczu. Nie mógł powiedzieć, że nie byli pożyteczni - pracowali tak samo ciężko jak pozostali, naprawiali narzędzia, wydobywali przydatne skały i minerały. Był to jednak lud specyficzny i wilkołak nigdy nie odnalazł z nimi wspólnego języka.

- Jestem Spalle, a to mój wilkołak, Bjornolf. Toto natomiast to szczur… To znaczy mysz, Spinka - oznajmił kruk z przekąsem, podlatując do krasnoluda i siadając mu na ramieniu. Najwidoczniej z jakiegoś niezrozumiałego, ptasiego powodu, przypadł mu do gustu ten pękaty brodacz, bo rozgadał się bardziej niż zazwyczaj w obecności nieznajomych. Być może miał na to wpływ fakt, że mało kto reagował z tak stoickim spokojem na pojawienie się wilka, traktując go jak wyrośniętego chłopca.
- Absolutnie nie kradniemy, drogi panie! Szukamy diamentu dla pewnego typa, który ma nas zaprowadzić do…
- Spalle! Wystarczy! - huknął wilkołak, podchodząc do krasnoluda i wyciągając rękę na powitanie - Witaj. Zostawiliśmy za mapę srebrniki, ale… Cóż, to długa i mało wiarygodna historia - westchnął, czując, że Spinka, która dotychczas ochoczo korzystała z ich obecności, nie zamierza w żaden sposób mu pomóc w tłumaczeniach. Z resztą czemu spodziewał się pomocy po gryzoniu wielkości małego kotka? Jednak ten właśnie gryzoń okazał się zaskakująco obeznany, rozpoznając jegomościa o nietypowym imieniu.
        Niski, wprawiający ziemię w drżenie pomruk przerwał wymianę zdań między krasnoludem i myszą, wywołując zdecydowaną reakcję Armagedona. Widać było, że kontakt z tym dźwiękiem to dla niego nie pierwszyzna, i doskonale wie, gdzie powinni się teraz znajdować. Jak najdalej.
- Co to? - zaskrzeczał zaniepokojony Spalle, wbijając się mocniej pazurami w szerokie ramię. Najwidoczniej podróżowanie na otyłych barkach krasnoluda było dla niego jak siedzenie na na kanapie w porównaniu z ramionami wilka, bo umościł się wyraźnie zadowolony i ignorował pospieszne ruchy mężczyzny.
- To, panocku, jest franca, które trzyma macki na wszyściutkich złożach klonoktytów w podziemiach. I na waszym diamenciku tyz - dodał, zerkając przez ramię na wilkołaka - Od dawna próbujemy ją wykurzyć. Za mną! Ino żwawo! - zarządził, ruszając szybko w stronę środkowego tunelu. Kolibał się przy tym jak kaczka, co jednak wcale nie przeszkadzało mu poruszać się zaskakująco sprawnie.
        Bjornolf, nie pytając o zgodę, złapał Spinkę pod pachę i ruszył za Armagedonem. Nie sądził, żeby obecność krasnoluda również była sprawką von Lippensteina, ale darowanemu nordowi nie zagląda się w zęby.
- Jeżeli zamierzasz teraz marudzić, że znowu przestawiają cię z kąta w kąt, wiedz, że od kilku dni nie dzieje się ze mną nic innego. I mam tego serdecznie dosyć. - burknął, zezując ostrzegawczo na gryzonia. Stosunkowo szybko pogodził się z absurdalnym faktem, że rozmawia ze szkodnikiem. Ale wyrzuty z jego strony to mogłoby już być za wiele.

Awatar użytkownika
Spinka
Zbłąkana Dusza
Posty: 6
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Spinka » 4 miesiące temu

        Wchodzili właśnie w kolejną odnogę labiryntu jaskini, gdy ostatni blask gasnącego ogniska schował się za zakrętem i zapanowała zupełna ciemność. Przynajmniej takie wrażenie miał mały gryzoń naprędce wzięty pod pachę włochatego drapieżnika, na dodatek tył na przód, czyli ogonkiem w stronę celu wędrówki. Nie zauważyła blasku lampy Armagedona, wydawało jej się po prostu, że to jej lepsze widzenie w ciemności. Przynajmniej w wychładzającej się przestrzeni i gęstniejącej od ponurych pomruków atmosferze, mogła jako pierwsza zauważyć coś, co mogłoby chcieć ich zaskoczyć od tyłu. Nawet jej to pasowało, bo gdyby miała te mroczne dźwięki za swoimi plecakami, cały czas zastanawiałaby się, czy chłód na karku, to przypadkiem nie oddech potwora. Inna sprawa, że ze swoim słabym wzrokiem zauważyłaby nieprzyjaciela dopiero z odległości 4 metrów.
        Przez pewien czas milczała rozmyślając o tym wszystkim, po czym przypomniała sobie, że najbliższa paszcza najeżona zębami i żądna krwi, niesie ją właśnie jak zdobycz. Czuła mdły zapach wilczego futra, a nawet jego dotyk na ramieniu. Zesztywniała, jakby już była martwa i zastanowiła się nad słowami Bjornolfa.
- Wiesz, w porządku, ale wolę mieć pewność, że dziś wieczorem nie będziesz obgryzać moich zacnych kostek na kolację. Swoją drogą odpada ci guzik i masz małe przetarcie, o tutaj - mysz dźgnęła wilka w spodnie, tuż przy ogonie. - Możemy się umówić, że ty mnie dzisiaj nie zjesz, a ja ci naprawię te łachmany. Jestem w tym całkiem dobra.
        Co prawda do tej pory wilkołak zachowywał się całkiem cywilizowanie, ale też dotychczas obok była mniej drapieżna Avellana. Teraz warunki nieco się zmieniły i trzeba było je na nowo określić, szczególnie przy tym wrednym ptaszysku.
-Armagedonie - odezwała się wkrótce po raz kolejny myszka, pragnąc zmienić swój tor myślenia
- jak długo powinniśmy obawiać się tej francy?
        Krasnolud odwrócił się spoglądając w mrok zostawianego za plecami tunelu, po czym skierował spojrzenie na Spinkę, a raczej jej mysi zadek. Charknął cicho ze śmiechu, po czym odwrócił się znów w swoją stronę.
- A strachać się to trza ciągle. Póki nie wyjdziecie z kopalni. Lepiej pytać "jak bardzo?"
        Łatwo się domyślić, że ta odpowiedź wcale nie zadowoliła gryzonia. Wypatrywała zagrożenia z jeszcze szerzej otwartymi oczyma, kierując się zasadą, że dopóki się patrzy, dopóty potwory będą się chować. Wcale też nie ucieszyła się, że automatycznie zadała kolejne pytanie:
- A jak bardzo teraz musimy się bać?
        Krasnolud milczał przez chwilę. Nikt nie widział, że uśmiecha się pod nosem. Po tygodniach samotności i zaznajamiania z warunkami kopalni bardzo go bawiło to, jak łatwo może kogoś nastraszyć. Dla niego wilgoć, mrok i pomruki potwora były już codziennością.
- Dobrze, że twój wilk ma topór - odpowiedział tylko, po czym skręcił w prawo na kolejnym rozwidleniu.
        Wciąż nie wiedzieli nawet, gdzie idą. Wydawało się jednak, że teren z każdym krokiem wiedzie ich odrobinę bliżej powierzchni.

Awatar użytkownika
Bjornolf
Szukający drogi
Posty: 42
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Bjornolf » 4 miesiące temu

        Na dworze lało jak z cebra. Padało tak mocno, jakby chciało utopić cały świat w deszczu. Mech nasiąkał grubymi kroplami, a liście trzeszczały pod naporem ulewy.
Tymczasem w kopalni było cicho i sucho. Co jakiś czas rytm ich kroków zaburzały jedynie odległe pomruki mackowatego stwora, który został już daleko w tyle.
        Propozycja myszki była całkiem sensowna i paradoksalnie nie była najdziwniejszą rzeczą, jaka go dzisiaj spotkała. Cały czas przegrywała z widmową gęsią pieczenią, fioletową istotą i niepokojąco organicznym portalem. Choć wyobrażenie gryzonia cerującego mu portki mimo wszystko było dziwne.
- Słuchaj, wyjaśnijmy sobie jedno. Gryzoni na kolację nie jadam - mruknął niskim głosem, sadzając mysz na ramieniu - Ale z propozycji chętnie skorzystam.
Nie czuł się w nastroju żeby tłumaczyć Spince, że choć generalnie jest mięsożerny, zachowuje przy tym cywilizowane standardy - woli mięso pieczone niż surowe, a najlepiej w towarzystwie ziemniaków i piwa.

        Wilkołak przewrócił oczami, słysząc jak krasnolud straszy myszkę, w sposób całkowicie zamierzony. Armagedonowi nie udało się ukryć złośliwej satysfakcji jaka odmalowała się na jego twarzy, której jednak mała nie zdołała zobaczyć.
- Dobrze już, możesz przestać nas straszyć. Skoro od tak dawna radzisz sobie w kopalni, musi być jakiś sposób, żeby tę maszkarę obejść.
Krasnolud odwrócił się w jego stronę i wyszczerzył, klepiąc go po ramieniu. A przynajmniej tam, gdzie ramię zamierzał zastać. W efekcie trafił norda w brzuch, jednak ten z kamienną twarzą zignorował uderzenie potężnego łapsa.
- Ach, cwany jesteś, panie złodziejaszku. Widać, że łeb masz nie od parady.
Bjornolf westchnął ciężko, ignorując określenie, jakim uraczył go Armagedon. Złodziej i pożeracz bezbronnych myszek. To był naprawdę owocny dzień.
- Mackowata to paskuda, wielce inteligentna, ale klonoktytem się żywi. Dlatego ciąglem wydobywamy, zanim wszystko zeżre. Wystarczy dobrze ją zanęcić ciemnymi kryształami, a wszystko rzuci i zajmie się jedzeniem. To jednak hazard - franca potrafi wyczuć żarło z drugiego końca góry i przypełznąć za tym, kto je trzyma.
Bjornolf przez chwilę analizował w milczeniu słowa krasnoluda. Jeżeli “mackowata franca” faktycznie była w posiadaniu poszukiwanego przez von Lippensteina kamienia, wystarczyło zwabić ją klonoktytem i kamień odebrać. Pytanie tylko czy kamień nosiła ze sobą, czy znajdował się w samym centrum labiryntu jaki tworzyły kopalnie.
- Powiedz, towarzyszu, co wiesz na temat kamienia, którego szukamy? - zapytał, starając się utrzymać tempo krasnoluda, które na dłuższą metę było bardzo męczące. Górnik, wyposażony w masywne nogi, w dodatku nawykły do szybkiego poruszania się, przewyższał kondycją nawet wilkołaka, który posiadał zwierzęce geny i nawykły był do długich wędrówek. Zarówno Spalle jak i Spinka, mierzący się od czasu do czasu nieufnym spojrzeniem, zapewne nie odczuwali szybkości, z jaką przemierzali niekończące się korytarze.
- Ha, to dopiero zagadka! Złodziej pyta, co wiem o kamyczku, który pragnie ukraść!
Armagedon wyszczerzył się i podsunął mu pod nos mapę.
- Ten kamień, mocium panie, to obiekt pożądania bez mała wszystkich krasnoludów i jeszcze większej liczby czarodziei. Wielu moich kamratów połamało zęby i topory żeby go zdobyć. Jednak nikt się nie przedarł przez macki, żeby dotrzeć choćby do cielska potwora.
- Ale ta błyskotka, ona się znajduje w legowisku tak? Nie wystarczy potwora wywabić? - zaskrzeczał Spalle, przerywając drzemkę i przekrzywiając lekko główkę. Krasnolud zwinął mapę i pokręcił głową.
- No właśnie w tym cały ambaras, że nie, drogi ptaku. Legowisko to miejsce, do którego bestia wraca na trawienie. Jednak kryształ ma zawsze przy sobie. Nikt nie wie gdzie, bo nikt jej jeszcze dobrze nie widział. Otóż jej macki - już same w sobie - są wielce trujące, a jad z nich kapiący wyżera skały. O, tak jak tutaj - dodał pogodnie, wskazując dziurę wielkości dłoni, wypaloną w kamiennym podłożu.
Bjornolf spochmurniał i zamyślił się na chwilę. Niezłe zadanie zlecił mu von Lippenstein, nic dziwnego, że skurwysyn sam nie chciał się go podjąć. Wilkołaka zdjęła nagle obawa co do właściwości magicznych kamienia. Nie chciał wywołać kolejnej wojny, dając go czarodziejowi, a nie wątpił, że ten nie wykorzysta go w szlachetnych celach. Jeśli chciał uratować swoją wioskę musiał jednak skupić się na jego zdobyciu. Później będzie się martwił, jak to dalej rozegrać.
- A czemu właściwie szukasz tego kamienia, wilczku? Nie wyglądasz na takiego, co to magią się para, zbyt poczciwy z ciebie chłop. Chyba, żeś najemny, ale wiedz, że wtedy ci nie pomogę!
- Nie jestem najemnikiem. To długa historia, naprawdę nie sądzę…
- Korytarze też są długie, panie wilczku. Opowiadaj, bo jeszcze sporo przed nami, zanim do leża dotrzemy - przerwał Armagedon, poprawiając wyładowany po brzegi plecak. W środku coś szkliście zabrzęczało.
Rad nierad, Bjornolf opowiedział im o swojej wiosce i tym, jak dotychczas był jej strażnikiem. Opowiedział o demonie Cieniu i bransolecie, która została mu skradziona. W końcu, pomijając fragmenty nieistotne, dotarł do von Lippensteina i obietnicy złożonej w zamian za informacje. Wyraził głośno swoje obawy, jednak wyraźnie podkreślił, że nie ma większego wyboru. Po tym jak stracił trop Cienia, dziwaczny i lekko szalony czarodziej był jego jedyną nadzieją, by powrócić do domu z Kruutem i honorem.
        Być może Bjornolf nie był dobrym mówcą, a historię przedstawił w prostych słowach, przemilczając niektóre zdarzenia i postacie, jednak dopiero w trakcie opowiadania zdał sobie sprawę, jak dramatycznie brzmiała. On sam przez cały ten czas widział tylko cel, do którego dążył i determinację, która pchała go do kolejnych, coraz bardziej absurdalnych decyzji. Teraz, gdy spojrzał z perspektywy na swoje działania, poczuł jak bardzo jest zmęczony. Noc spędzona z Avellaną w ciepłej grocie zdawała się odległa o dziesięciolecia, choć dzieliła go od niej zaledwie doba.
- O kurna… - mruknął pod nosem krasnolud - To faktycznie gruba afera. Nie bój synku, skoro tak sprawa stoi - ponownie walnął łapskiem w nadal obolały nieco brzuch norda - To i ja ci pomogę!

Awatar użytkownika
Spinka
Zbłąkana Dusza
Posty: 6
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Spinka » 3 tygodnie temu

        Spinka uwierzyła. Wilk, co prawda był wielki, włochaty i zębach jak jej pół pyszczka, ale mówił do rzeczy i zachowywał się w miarę przewidywalnie. Co prawda nikomu nie można ufać po godzinie od poznania, ale nie sposób było też cały czas zakładać najgorsze. W ten sposób niczego razem nie osiągną, a zapowiadało się, że spędzą razem jeszcze trochę czasu. Trzeba było więc wykorzystać ten darmowy transport pod wilczą pachą. Myszka postanowiła więc uważniej przyjrzeć się odnalezionej dziurze i zaplanować, jak najlepiej będzie ją zaszyć. Ściągnąć, czy naszyć łatkę?

        Historie którymi krasnolud uraczył ich troje przyprawiały o ciarki. Spinka zastanawiała się, czy byłaby w stanie żyć w ten sposób. W zamkniętej przestrzeni tuneli, z niebezpieczeństwem czającym się w ciemnościach i nie wiadomo kiedy, mogącym cię zabić. Zapewne większość osób uznałaby, że to niewyobrażalne, że tak nie można żyć - w nieustannym stresie i obawie o własne życie, a słońce widując tak rzadko. Ale myszka doszła do wniosku, że ona nie jest jak inni. Wciąż pamiętała swoje życie sprzed przemiany. Wciąż była gryzoniem, który większość życia spędził w norce i własnozębnie stworzonych miniaturowch labiryntach. To było jej życie, nie przerażało jej to. Perspektywa wdarcia się na jej teren kota lub ataku kota, gdy wyściubi nos z norki wcale nie była gorsza od niebezpieczeństw istot "tych dużych". Właściwie wchodząc w relacje z innymi i zapewniając sobie bezpieczeństwo, trzeba było mieć świadomość tego, jak wszystko jest zmienne i pozorne. W świecie "dużych" wszystko było dużo bardziej skomplikowane. Osoba której ufasz mogła wbić ci nóż w plecy, a tak przynajmniej zarówno mysz polna, jak i Armagedon wiedzieli czego się obawiać. I to się nie zmieniało. Spinka poczuła, że wiele ją łączy z krasnoludem.
        Po chwili jednak dotarło do niej coś innego.
- Chwila, czemu nagle wszyscy idziemy prosto w paszczę mackowatej francy? - odezwał się nagle mysi ogon, bo tylko go mógł zobaczyć krasnolud czy wilk obracając głowę w jego stronę. - Ja rozumiem, że jaśnie wilk ma cel i jest całkiem uprzejmy niosąc mnie tutaj tak... Ale właściwie ja mam interes tylko do Armagedona. Przepraszam cię, wilku. Taka prawda.
        Jakiegokolwiek Spinka nie miała podejścia do niebezpieczeństw, zawsze była też rozsądna i kalkulowała, czy coś jej się opłaca. Można powiedzieć, że odzywał się w niej duch najemniczki. Dlatego teraz miała wrażenie, że trochę nie nadąża za tokiem myślenia obu mężczyzn. Dlaczego krasnolud uznał, że pójdą wszyscy razem prosto w paszczę potwora? Czy miał w tym jakiś interes? Czemu nie wygwizdał ich, nie zostawił, czy nie miał własnych zajęć, czemu jego kroki były tak ciężkie i szybkie, dlaczego...
        Ale wtedy przypomniała sobie, że zyskała świadomość na miarę istot ją otaczających. A co za tym idzie... dziwną umiejętność empatii. Wilk początkowo małomówny i opierający się zachętom opowiedzenia swojej historii, raptem się rozgadał. Słowa z jego pyska płynęły wzburzonym strumieniem, do tego stopnia, że mysz kazała mu się postawić na ramieniu krasnoluda, gdzie usiadła pyszczkiem do tamtego i obserwowała drapieżnika, gdy opowiadał.
        W tunelach było słychać tylko jego głos. Był cichy, nieco chrapliwy, niski. Wydawało się, że opowiada ot jakąś tam historyjkę, że już się ze wszystkim pogodził. Ale czasem głos mu się załamywał, innym razem wąs drgnął, a oko zaświeciło. Nie trzeba było zresztą nawet tych obserwacji, by zrozumieć jak dramatyczną historię ma Bjornolf. Nie uszedł ten fakt również krasnoludowi, który przecież przy tym ani na chwilę się nie obrócił i cały czas szedł przed siebie.
        Spinka zapomniała, że miała zagadać Armagedona i w końcu wypełnić powierzone jej zadanie. Raptem poczuła wyłącznie współczucie i ogromną chęć pomocy wilkowi. Biedak całe życie miał naznaczone przeznaczeniem. Zawsze coś go gnało w określonym celu, zawsze miał czemuś służyć. Nie miał czasu na rozkwit prywatnego życia, na spokój. Czy bardzo mu to przeszkadzało? Spinka przynajmniej była wolna. Nie miała konkretnego celu w życiu, w zależności od ochoty zmieniała miejsce zamieszkania, pracę, znajomych, ale miała też przyjaciół, do których zawsze wracała, pasje, które rozwijała. Kiedy popatrzyła na ostatnie lata z tej perspektywy, raptem uznała, że ma całkiem dobre życie.
- O, wilku. Przydałby ci się porządny urlop - westchnęła. - Zdobędziemy ten kryształ. I tak zawsze brakuje mi roboty. Więc choćbyśmy mieli poruszyć...
...i się poruszyło. Nagły łomot i niskie buczenie zatrzymało ich stopy. Krasnolud zamarł, zmarszczył brwi. A potem zobaczyli, jak kilkanaście metrów przed nimi osuwa się kamień, a za nim...
- SKRĘCAMY.
        I pognali w boczną odnogę korytarza, ale wszyscy wiedzieli, że wzrastające w jaskini ciepło nie pochodzi wyłącznie z ich spoconych ciał.

ODPOWIEDZ

Wróć do „Szczyty Fellarionu”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość