Nowa AeriaJesienna rapsodia

Podczas Wielkiej Wojny Aeria została zrównana z ziemią, jedyne co po niej pozostało to sterta gruzów. Zanim Wielka Armia dotarła do miasta Król ewakuował ludność w góry, sam zaś zginą broniąc bram miasta. Po wojnie Aerczycy postanowili odbudować miasto, dziś na jego gruzach powstała Nowa Aeria - piękne, przyjazne, nowe miasto, niesplamione jeszcze żadną wojną.
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Vera
Zbłąkana Dusza
Posty: 8
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Jesienna rapsodia

Post autor: Vera » 11 miesiące temu

        W Nowej Aerii zaczynała się jesień. Był to jeszcze ten etap, kiedy dni są słoneczne i ciepłe, a liście na drzewach dopiero się czerwienią.
Tego dnia w powietrzu wisiała jednak melancholia, typowa dla kończącego się lata, zwiastująca zbliżające się ochłodzenie. Nasilające się podmuchy wiatru przypominały przechodniom, że poza grzejącym w twarze słońcem nadchodzą także zimne noce i rześkie, zabarwione na czerwono poranki. Jesienne kwiaty, głównie kolorowe astry, chryzantemy, delikatne dalie i niewysokie, chropowate wrzosy prezentowały się dumnie w ogrodzie Very. Pomarańczowe owoce miechunki w cienkich, niemalże papierowych kokonikach kołysały się lekko na wietrze. Dziewczyna podziwiała w zadumie barwy kwiatów, przetykane wypłowiałą zielenią mchu. Jesień była łaskawa w tym roku, obdarowując sadowników mnogością owoców i zatrzymując przymrozki na później.
        Skrzypaczka odetchnęła głęboko i zerknęła w głąb kubka z herbatą. Wyjątkowo ciężko było jej wstać tego ranka, tak jakby i ją dopadły jesienne niepokoje. Przez kilka chwil trwała w bezruchu, pozwalając by naczynie rozgrzało jej dłonie, skostniałe od pracy w ogrodzie. Matka zawsze powtarzała, że powinna dbać o swoje “muzyczne palce”, ale tym razem dziewczyna zapomniała rękawiczek i teraz odczuwała tego skutki. Nieprzyjemne mrowienie rozchodziło się wzdłuż paliczków, a skóra, do której powracało krążenie, szczypała lekko.
        Ciepło i korzenny aromat herbaty owiały jej twarz, gdy ktoś gwałtownie otworzył drzwi do Magicznej chatki. Vera bardzo rzadko wypowiadała tę nazwę głośno, zdając sobie sprawę z tego, jak dziecinnie brzmi, jednak uwielbiała jej brzmienie, powtarzane w myślach.
Podniosła się od stołu i niespiesznym krokiem ruszyła w stronę wejścia. Tylko parę osób wpadało do jej domu w ten sposób. Rodzice najczęściej wchodzili spokojnym krokiem, rzadko który muzyk odwiedzał ją po godzinach prób. Amelia czasami wbiegała radośnie do środka, jednak tylko jedna osoba robiła to z takim impetem i rabanem.
- Dzień dobry, Florko! - zawołała Claire, wchodząc do przedpokoju i uśmiechając się ciepło. Wiatr, który wpadł za jej gościem, wciągnął do środka kilka opadłych liści. Jesień namalowała na nich czerwono-pomarańczowe wzory i plamy. Nie zdążyły jeszcze wyschnąć i skruszeć, więc ich intensywna barwa pięknie kontrastowała z jasnym brązem drewna.
        Florka, a właściwie Floriana Crux, zatrzasnęła za sobą drzwi i odetchnęła z ulgą. Właścicielka niewielkiej, ukrytej na spokojnym placyku Nowej Aerii herbaciarni była bardzo specyficzną osóbką. Ubrana w długą, postrzępioną, czarną tunikę i zakutana w ażurowy szal, wydawała się jeszcze chudsza niż była w rzeczywistości. Na dłoniach miała rękawiczki bez palców, a jej krótkie, różowo-czarne włosy wiatr zmierzwił w artystycznym nieładzie. Z ulgą zrzuciła z dużych stóp buty na wysokim obcasie i bezceremonialnie usiadła na podłodze.
- Ufff, myślałam, że do ciebie nie dotrę! Wiatr robi się coraz silniejszy!
Potężny szum, który zatrząsł oknami chatki, ochoczo potwierdził jej słowa. Vera zerknęła zaniepokojona przez szybę. Gałęzie drzew kołysały się gwałtownie, a ich suchy, lekko zwiędły szmer był słyszalny nawet w bezpiecznym wnętrzu domu.
- Faktycznie. A jeszcze kilka chwil temu było tak spokojnie - stwierdziła z zadumą elfka - Ciekawe co przywieje taki dziwny wiatr do Nowej Aerii.
Przez chwilę przyjaciółki trwały w milczeniu, każda na swój sposób zastanawiając się nad tym co przyniesie los. Florka jako pierwsza potrząsnęła głową i przerwała ciszę.
- Wpadniesz ze mną do herbaciarni? Muszę rozpakować nową dostawę i pomyślałam, że mogłabyś coś zagrać…
- W taki wiatr? - zdziwiła się Vera, zerkając niepewnie za okno. Ulice wyludniały się z każdym, przybierającym na sile podmuchem. Nikt o zdrowych zmysłach nie wychodziłby teraz z domu.
        Było jednak coś w tym gwiździe i szumie, co nęciło i wołało ją do siebie. Może to dobry moment? Ostatecznie nie grała jeszcze dzisiaj zbyt dużo.
- Zgoda. Ale zaparzysz mi jedno z tych twoich rozkwitających cudów.
- Najlepsze! - zapewniła skwapliwie Florka i otworzyła z powrotem drzwi.

Awatar użytkownika
Lasota
Szukający drogi
Posty: 48
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Lasota » 9 miesiące temu

„To, co wypiłem na morzu i w trasie,
W Aerii odbiło mi się w pełnej krasie.”
- „Siedem pieśni o żywocie Mistrza”, Lasota z Valladonu, fragment


Poprzednia przygoda


        Mistrz z Valladonu był umierający.
        A przynajmniej tak powiedziałby on sam, gdyby go kto o to pytał. Wczorajszego dnia czuł się na tyle niemrawo, że jedynym lekarstwem i ratunkiem mogła być mu tylko beczka pitnego miodu, wiadomo wszak, że problem utopiony w takiej baryłce to problem rozwiązany. Zasada ta jednak zdawała się nie obowiązywać tych przypadków, gdy ciało chorowało, chciałoby się powiedzieć, samo z siebie. Co innego przepicie - to poeta potrafiłby wywęszyć z daleka! - i co innego choroba zgoła tylko poetom przeznaczona, choroba sercowa, namiętnościowa, wywołana nadmiarem wzruszeń. Od tego co najwyżej można było dostać czkawki, głowa mogła rozboleć, poboleć i przestać. Ale gdy przychodziło rozpalenie nie mające żadnego związku z płomiennym tempem liryków, gdy budził się kaszel uniemożliwiający w znacznej mierze śpiew i - najgorsze - gdy przez czerwony nos brakowało powietrza, aby odpowiednie dmuchnąć w instrument… wówczas sprawa nabierała powagi, niesamowitej powagi. I z tą właśnie myślą poszkodowany dźwignął się tego popołudnia (przysiągłby, że jest ranek!) ze swego siennika w zajmowanym pokoiku na piętrze miejskiej tawerny, nie bez jęku przywdział się w to, co tylko miał pod ręką, wcisnął na rozognioną głowę beret i niby zjawa w romantycznym poemacie spełzł na dół, do głównej sali.
        - Robertino! - zawołał strasznym głosem w kierunku gospodarza, ledwo co nie padając na ławę szynkwasu. - Bijcie na alarm! Zagłada! Zaraza w mieście, a jam jej pierwszą ofiarą!
        - Co też znowu… och, do kroćset, podnoś się, człowieku, bo narobisz mi złej sławy wśród klienteli! Co za czart!
        Chyba tylko dla własnego interesu rosły gospodarz o nabłyszczonych, jasnych wąsach usadził poetę twardo na ławie, zajrzał mu w oczy błyszczące jakimś wewnętrznym żarem, tknął w pierś i burknął niezrozumiale.
        - Spiliście się znowu! - osądził wreszcie.
        - Spi… Spiłem się, ja się spiłem? To swój marny stan próbowałem właśnie zapić, dobry gospodarzu! Och, czy ja mówię niewyraźnie? Słyszę się niewyraźnie. Oczy mi mokną! Ślepnę!
        Gdzieś w rogu karczmy ktoś grał jeszcze chwilę temu na fletni, ale teraz przerwał; kto tylko był bliżej, ten zwrócił już uwagę na podniesiony głos gościa, tego samego gościa, który jeszcze dwie noce temu pierwszy przewodził zabawie pod tym dachem. Gospodarz zwany Robertino zmieszał się, dostrzegając te spojrzenia, i zaraz wysnuł prędki wniosek.
        - Dobrze zatem - rzekł ciszej. - Nie spiliście się może, ale jesteście doprawdy rozpaleni jak kartofel z ognia. Medyk ze mnie żaden, powiem wam, ale na epidemię mi to nie wygląda. I epidemii też nie chcę…
        Poeta mrugnął najpierw jednym okiem, potem drugim, cmoknął ustami - i nim zorientował się, co oznacza ten nagły błysk zrozumienia na twarzy karczmarza, ten już łapał go za fraki i podnosił do góry.
        - Ale wyście, drogi panie, nie zapłacili mi za ostatnie noce, jeśli dobrze rachuję! - przypomniał sobie. - A teraz sprawiacie ryzyko, że mi się goście pochorują. Przykro mi, panie, ale nie ze mną te numery!
        I jak dotąd karczmarze w Nowej Aerii wydawali się poecie wyjątkowo uprzejmi, tak teraz w jednej chwili stracił i dach nad głową, i cały do nich szacunek. Wygrażałby się najpewniej, wygrażał na ile tylko złote usta mu pozwalały - ale gdy wypadł na ulicę, podniósł pięść i otworzył usta, w jednej chwili uderzył tak silny podmuch wiatru, że ledwo utrzymał się na nogach.
        A więc ostatnie tygodnie układały mu się, mówiąc językiem murarzy, jak marmurowe wieżyce na chatkach z gliny. A więc nijak. Obdarowany sugestywną ilością pieniędzy przez kapitana, z którym przedtem podróżował, wydał je wszystkie tak, jak się zdmuchuje przekwitły mlecz - najpierw, gdy oddawał się istnym bachanaliom na bardzo źle zorganizowanym spotkaniu bardów i minstreli, a potem wreszcie tu, u stóp gór Dasso, w tej rozkosznej mieścinie zwanej Nową Aerią. Ach, bo cóż to za szczęście było mieć pieniądze! Jakich potraw można był spróbować, ile podróżować! I korzystał wszakże, przez całe życie być może nie pokonał tak długiego odcinka drogi w tak krótkim czasie (i nie spotkał tak wielu markietanek pod rząd), próbował przeróżnych win i owoców o zadziwiających kształtach, odkrył inspiracje, o których dotąd mu się nie śniło, teraz zaś… teraz pozostał, jak zwykle, bez grosza przy duszy, ale za to z bardzo obszernym purpurowym płaszczem, który pod naciskiem wiatru na tyle się wzdymał, że poeta zaczynał przypominać raczej chodzący namiot, niż człowieka.
        Gdzieś obok niego przetoczyła się również pchana podmuchem butelka, by zaraz rozbić się w rynsztoku na bezkształtne kawałki o barwie przywodzącej na myśl trawy minionego lata. Ach, czemu minionego! Skąd ta jesień i skąd te upiorne wichrzyska, wyjące w pustych uliczkach jak zjawy po cmentarzyskach! Jesień, jesień. Dla poety mogła to być ostatnia jesień w życiu!
        Jęknął głucho i chwycił beret, by nie zerwało mu go aby z głowy. Przystanął na jakimś obszernym skrzyżowaniu, próbując okiełznać za duży płaszcz chociaż na tyle, by móc zorientować się, gdzie teraz pójść, ale jeśli nie poły szaty mu przeszkadzały, to włosy wpadające do oczu, jeśli nie włosy, to furkoczące u beretu pióro. Ostatnim razem, gdy nocą biegał po tych ulicach z dwiema urodziwymi nimfetkami, wiało podobnie. Czy to aby możliwe, że właśnie wtedy ów nadmiar wiatru…? Nie, niemożliwe. Zaraza. Zaraza była wyjaśnieniem, czemu nikt tego nie rozumiał.
        Ale doprowadzony do pewnych skrajności człowiek nawet w swoje małe szaleństwa przestaje zupełnie wierzyć, tak więc i on nie myślał już wcale o powodach potwornego samopoczucia, a tylko o tym, co teraz należy ze sobą zrobić. W okolicy nie było żywego ducha. Nawet słońca w tej chwili zabrakło, kto miał rozum skrył się więc zapewne w domu, przy ogniu… Ach, właśnie! Ogień. Ciepło. Może odrobina wina grzanego w kotle z kasztanami i imbirem. Tylko gdzie tu taki kocioł znaleźć?
        I o ile trudno jest w skrajnych przypadkach uwierzyć w cuda, tak po pokonaniu jeszcze dwóch wątpliwych zakrętów Lasota w pełni uwierzył, że zdarzył mu się cud. Duże okna na parterze, od ulicy, rozświetlone ciepłym blaskiem. Prosty szyld, trudny do odczytania, gdy zaczynało mu się już kręcić w głowie. Na pewno nie karczma, ale może coś podobnego! Garkuchnia? Albo… raj! Ach, bo czyż to było kolejny raz wycie wiatru, czy jednak jakiś instrument? Ach tak, instrument, muzyka, prosto z tego jasnego przybytku! Raj, bez wątpienia!
        Nim jeszcze na dobre pomyślał, pokonał ostatni odcinek drogi i pchnął drzwi. Zapach wczorajszego wina zderzył się z wonią parzonych ziół, chłód podwórza uderzył w ciepło wnętrza i zniknął. Tysiąc gorączkowych myśli rozrywało tę piękną głowę, ale ostatecznie z równie pięknych ust nie padło ani jedno słowo - poeta zdołał tylko zamknąć za sobą drzwi, lub też może sam podmuch wiatru to uczynił, zachwiał się i opadł na krzesło, które szczęśliwym trafem znajdowało się w pobliżu. Przegrał z żywiołem: wymęczony z zewnątrz przez wiatr, trawiony od środka przez ogień.
        I dopiero po kilku solidnych chwilach doprowadzania się mniej więcej do porządku, zdołał dostrzec dwie postacie pięknych pań, a dojrzawszy - pozdrowić je bardzo niewyraźnym kiwnięciem głowy.
        - Panie zechcą wybaczyć, że nachodzę - rzekł. I było to teraz o tyle brawurowe zagranie, że ledwo w ogóle już mówił, tracąc świadomość z każdą chwilą. - Ale na dworze tak… tak srodze grają duchy wietrzne pośród mglistych kominów cieni…
        I z tą frazą bardzo niemęsko omdlał.

Awatar użytkownika
Vera
Zbłąkana Dusza
Posty: 8
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Vera » 8 miesiące temu

        Vera brnęła pod wiatr, czując, że to wcale nie był dobry pomysł. Mimo ciepłego szalika i rękawiczek zmarzła, a stąd był już tylko jeden krok do przeziębienia. W myślach przeleciała listę herbat składowanych “U Florki”. Smoczy język, herbata rozwijająca się po zaparzeniu w piękny, czerwony kwiat, miała dodatek ostrej papryki i pieprzu. Będzie idealna na rozgrzanie po tej morderczej wędrówce.
        Florka chyba też zrozumiała istotę swojej pomyłki, bo z zaciętą miną podtrzymywała szal i szła powoli przed siebie. Na ulicach ziały pustki - one też powinny teraz siedzieć w cieplutkiej chatce Very i obserwować przetaczające się po chodniku liście! Jednak słowo się rzekło i głupio byłoby teraz zawrócić. Pokonały już ponad połowę drogi, a w oddali majaczył pełen zawijasów szyld.
        Kątem oka elfka dostrzegła nietypową sylwetkę okutaną w wielgachny, purpurowy płaszcz. Był to mężczyzna, chwiejący się na nogach, z bezradnie opuszczonymi ramionami. Zawierucha rozwiewała jego cienkie, ciemne włosy, a beret z piórkiem jedynie cudem trzymał się na głowie. Z trudem chwycił klamkę gospody.
- Zobacz Florka! Ten człowiek jest chyba bardzo chory!
- Daj spokój! - prychnęła panterołaczka, wygrzebując z torby klucz. - Jest pijany! A w taki wiatr nawet ja nie chciałabym być na gazie! Chodź!
        Pociągnęła przyjaciółkę za rękę i wepchnęła do bezpiecznego wnętrza herbaciarni. Szybko zrzuciła płaszcz i wzięła się za zapalanie świateł. Skoro już tu były, równie dobrze mogła dać znać innym wędrowcom, że jest tu ciepły ogień i jeszcze cieplejsza herbata.
        Cudowny zapach herbat o najróżniejszych aromatach wypełnił nos skrzypaczki. Zaciągnęła się nim z przyjemnością, powoli uwalniając się ze swojego okrycia. Rozejrzała się z uśmiechem po wnętrzu - kochała to miejsce tak samo jak Magiczną chatkę i czuła się tu jak w domu. Przesunęła spojrzeniem po głębokich fotelach obitych kolorowym aksamitem i dziesiątkach poduszek, na których można było usiąść. Część stolików miała ładne, ażurowe nóżki, a przy poduchach znajdowały się niskie, drewniane podesty dla tych, którzy woleli siedzieć po turecku. W głębi pomieszczenia zapłonął już wesoło kominek (jak Florka to robiła, że była w tylu miejscach na raz?!), otaczając wszystko ciepłą, pomarańczową poświatą.
        Claire odłożyła ostrożnie skrzypce na jedną z poduszek i podeszła do przyjaciółki, grzebiącej w szafce za ladą. Wielki regał wypełniony słoikami i puszkami z kawą i herbatą ciągnął się od podłogi do sufitu, a kolory niektórych z nich były zaiste zaskakujące. Niebieska herbata z Efne stała tuż obok bijącej po oczach białej herbaty z dodatkiem wściekle pomarańczowych kwiatów Wiosenki tanecznej, o słynnych właściwościach uzdrawiających. Nieopodal stała z resztą także lipa, prosta i skuteczna na przeziębienia. To, co wyciągnęła Florka z dużego, szklanego słoja było jednak o wiele lepsze niż każde z wymienionych ziół.
        Dwa niepozorne, czerwone pączki spoczęły na ozdobionych licznymi pierścionkami dłoniach zmiennokształtnej. Wprawnym ruchem zsunęła je do przezroczystych kubków z grubego, jasnego szkła. Wiele lat spędziła na gromadzeniu najróżniejszych czarek i filiżanek i nawet teraz, gdy wypatrzyła coś ciekawego na bazarze, od razu chwytała to w swoje łapki.
        Zalane wrzątkiem pączki powolutku rozchyliły swoje płatki, ukazując ich oczom przepiękne, czerwone wnętrze Smoczego języka. Wewnątrz, niczym rubinowe perełki, ułożone były ziarenka czerwonego pieprzu, a spomiędzy płatków wychylały się nieco sztywniejsze fragmenty ostrej papryczki.
        Vera zaciągnęła się z zachwytem słodkim, lekko pieprznym zapachem i ujęła kubek w dłonie, patrząc wdzięcznie na przyjaciółkę.
- Wypijemy i zabieram się za dostawę - oznajmiła Florka, usadawiając się wygodnie na parapecie. Elfka zawinęła się w jeden z leżących tu i ówdzie koców i usiadła obok przyjaciółki. Zamyślona spojrzała na ulicę, po której nadal przetaczały się kolorowe liście, niesione dziwnym, jesiennym wiatrem. Zastanawiała się czy człowiek w purpurowym płaszczu faktycznie był pijany i kim właściwie był. Znała wielu mieszkańców Nowej Aerii, ale obce twarze wcale jej nie dziwiły. Wiele osób przyjeżdżało tu chłonąć atmosferę miasta, jego kulturową magię, a nawet posłuchać jej koncertów. Ciekawa była co sprowadziło tu tego mężczyznę, choć wiedziała, że pewnie więcej go nie zobaczy. Odwróciła zamyślone spojrzenie od ulicy i wróciła do podziwiania pączka, który rozkwitł w trzymanym przez nią naczyniu.

Awatar użytkownika
Pani Losu
Urzeczywistniający Marzenia
Posty: 584
Rejestracja: 9 lat temu
Kontakt:

Post autor: Pani Losu » 7 miesiące temu

        Wicher szalał w najlepsze, wlewając szarość w puste alejki. Nadchodząca jesień zazdrośnie przeganiała resztki lata, chrupotem liści płosząc delikatną melodię upałów. Gdy tylko się pojawiało, podmuchy wiatru łapały słońce w locie i odciągały od sylwetek samotnych przechodniów. W taki dzień, drogi barwnych osobowości ledwo ocierały się o siebie, milcząco wymijając zgubione w popiołach nieznajome smaki. Panterołaczka w czerni, a z różem we włosach, stukając obcasami o trotuar nie zwracała na siebie uwagi. Towarzysząca jej elfia skrzypaczka znana była na całe miasto, ale nikt się za nią nie oglądał. Przygarbiony człowiek w berecie, mogący mową burzyć spokój ducha, pozostawał nieusłyszany.
Każdy w biegu, zmarznięty. Trzeba było się im rozgrzać, pomyśleć o sobie. I tak on wszedł w jedne progi, kobiety zaś zniknęły w drzwiach własnego lokalu.
On omdlał, one zaczęły powoli rozgrzewać wnętrze.
I co się stało z nim?

Vera przez chwilę zastanawiała się czy dobrnął do swego celu… a może nawet kim był. Ile osób mijała dzień w dzień na ulicach i ilu historii nie dane było jej poznać? Może on też miał jakąś do opowiedzenia? Ciekawe o czym by mogła być…

[Ciąg dalszy - Lasota]

Awatar użytkownika
Sherreri
Szukający drogi
Posty: 29
Rejestracja: 3 lat temu
Lokalizacja: Wrocław
Kontakt:

Post autor: Sherreri » 6 miesiące temu

        Minęły już przynajmniej dwa miesiące, od kiedy jej drogi z dziwną grupką się rozeszły. Trochę jej brakowało towarzystwa łagodnego kapitana, ale nie była małą dziewczynką. Rozstania były od dawien dawna częścią jej życia, które było dłuższe niż przeciętnego przedstawiciela ludzi. Co miało swoje liczne plus, ale także minusy.
        „Tylko czy mam prawo myśleć, że ktoś jest dziwny, jak sama jestem niecodziennym przypadkiem” — zamyśliła się, przechodząc przez bramy miasta Nowej Aerii.
        Nie był to pierwszy raz przemienionej w owym mieście, ale poprzednim razem przemknęła przez te okolice o wiele za szybko. Z drugiej strony dystans dzielący Szczyty Fellarionu, a Góry Dasso nie należał do najmniejszych, ale miała czas na takie wędrówki. Zawsze wędrowała bez większego celu, kierując się bardziej emocjami i chwilowymi kaprysami. Był tylko jeden przypadek, gdy w grę wchodziła magia, że stawała się prawdziwym wędrowcem.

        Ostatnia jednak jej wizyty w owym miejscu była tak dawno, że nikt nie pamiętał różowego dziwactwa, którym była. Często tak o sobie mówiła w żartobliwym tonie, próbując nie zahaczać o demoniczne podstawy swojego istnienia. W sercu i duszy zawsze będzie mroczną elfką, bez względu na to, jaką pokraką albo potworem się stanie. Liczy się w końcu wnętrze, ale jej wyidealizowane myśli nie zawsze miały odbicie w realnym świecie.
        Od kiedy przekroczyła mury miasta, czuła się obserwowana, ale nie mogła winić miejscowych strażników o podejrzliwość. Do tego wchodziły spojrzenia ciekawskich wyglądających zza zaszklonych okien, którymi bardzo się interesowała sama przemieniona, a konkretniej samym materiałem szkła. Same uliczki i chodniki były trochę wyludnione, ale z przyzwyczajenia obierała wąskie uliczki.
        Celem tego drobnego gestu było po prostu zgubienie strażników, jak i mniejsza ilość ciekawskich. W trakcie owego tańca ze strażnikami, między ścianami budynków, wąskimi uliczkami i ulicznym brukiem zaintrygowała ją woń niesiona z silnym wiatrem. Wyłapała to tylko przez przypadek, bo próbowała sobie torować drogę przez używanie magii powietrza.

        Gdy tylko udało się jej zgubić z niemałym trudem upartych strażników, odnalazła również źródło intrygującej woni, a to było już łatwiejszym i przyjemniejszym zadaniem.
        Zbliżała się do drzwi herbaciarni, przeprawiając się przez paskudną pogodę bez mrugnięcia powieką. Otoczyła się bańką magii powietrza ponownie, aby zanegować panującą wichurę. Była to drobna sztuczka, polegająca na tworzeniu własnych podmuchów powietrza z przeciwnym wektorem do tych panujących. Wymagało to, co prawda delikatnej manipulacji i skupienia.
        „Bułka z masłem! Pff, żadnej wiatr mi niestraszny” — zakpiła trochę z pogody, a wicher gwałtownie przybrał na sile. Skłoniło to ją do szybszego przebierania nogami i w końcu przekroczenia progu herbaciarni.
        Trzymała drzwi bez najmniejszego wysiłku z panującą tuż za jej plecami wietrzną pogodą. Wiśnia raczej należała do mentalnie silnych osobą a nie fizycznie. Otworzenie drzwi byłoby dla niej niemałym problemem bez pomocy magii. Bez niej prawdopodobnie wpadłaby do środka z hukiem i lądując twarzą na podłodze. Wizja takiego wejścia do publicznego budynku trochę ją zachęciła do większego wysiłku.
        Przekroczyła próg i zamknęła za sobą drzwi. W środku panowały pustki, za co pewnie winna była pogoda. Raczej nikt rozsądny nie opuszczałby ciepłych ścian, aby siłować się z matką naturą, ale ona była nierozsądnym magiem. To już całkiem inna bajka, dlatego była tu i teraz ze swoim nieco zamyślono-pogodnym wyrazem twarzy, gdy rozglądała się po wnętrzu zaciekawiona.
        Z reguły omijała z daleka takie miejsca z powodu swojego wyglądu, jak i zawsze wirujących wokół niej płatków wiśni. Tym razem wcale nie było inaczej, ale jednym pstryknięciem palców płatki zaczęły się łączyć i tworzyć kształty na wzór motyli. W taki sposób było ich o wiele mniej i stawały się znośniejsze dla otoczenia. Do tego wypełniająca wnętrze woń herbaty jakoś wpasowywała się w chaotycznie wędrujące po wnętrzu kreacje przemienionej.

        Minęła dłuższa chwila, zanim zauważyła dwie kobiecie sylwetki w pobliżu parapetu. To, co ją jednak najbardziej zainteresowało to obejmowana przez dłonie elfki ceramika. Nim kobiety zdążyły jakoś zareagować na niecodzienny wygląd przybyłej czy na to, co się teraz działo we wnętrzu ciepłego, przytulnego wnętrza — przemieniona stała już pochylona przy elfce i pociągnęła noskiem nad zawartością jej filiżanki, co było raczej niegrzeczne. Wiśnia jednak nigdy nie słynęła z okrzesania, ale wbrew pozorom uważała, aby nie zrobić żadnej z nieznajomych krzywdy swoimi rogami. Kto wtedy zrobiłby jej pyszną herbatę?!
        „Aaa, jak to cudownie pachnie” — pomyślała błyskawicznie i wyprostowała się, puszczając dłonie zza plecami. Przypomniała sobie też, że jeszcze się nie przedstawiła, a okoliczności raczej o to błagały.
        — Jestem Sherreri — stwierdziła dumnie, obserwując reakcje obu kobiet. — Możecie też mi mówić Sher, Sheri, jak wam wygodnie. Czy też mogłabym prosić o tę herbatę? — Wyciągnęła jedną z dłoni zza pleców i wskazała filigranowym palcem filiżankę trzymaną przez elfkę, którą nie tak dawno wąchała.
        — Mam słaby węch, ale pachnie przecudownie — pochwaliła herbaciany napar energicznie. — Przypomina mi herbatę, którą zawsze robił mi Mistrz — mruknęła już ciszej, bardziej do siebie niż kobiet, ale wciąż słyszalnym dla nich tonem.

        Po tym przesunęła spojrzenie na okno z nostalgicznym spojrzeniem, myśląc nie tylko o Mistrzu. Nazwanie jej przyjaciółką miało dla niej ogromną wagę, stąd nieco w pół-świadomie ścisnęła palce na materiale noszonej przez nią chustki, która ni w kij nie pasowała do jej różowiutkiej sukienki.

Awatar użytkownika
Vera
Zbłąkana Dusza
Posty: 8
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Vera » 6 miesiące temu

        Vera, nadal zamyślona, początkowo nie zauważyła poruszenia przy drzwiach. Pierwszym, co zarejestrowała, był chaotyczny ruch herbacianej pary, unoszącej się nad trzymanym przez nią kubkiem. Kiedy podniosła wzrok, zamrugała szybko zdziwiona. Przez chwilę wydawało jej się, że stoi przed nią Maria Teleri, ze swoim pięknym, ciepłym uśmiechem na twarzy. Elfka musiała być zmęczona, bo widziadło rozpłynęło się w ułamku sekundy, zastąpione przez jeszcze dziwniejsze zjawisko.
        Widok popielatych oczu, wyraźnie kontrastujących z ciemną skórą i różowych włosów, ale przede wszystkim wyrastających z głowy rogów tak blisko swojej twarzy, spowodował, że skrzypaczka drgnęła zaskoczona, rozlewając herbatę na rozłożony na kolanach koc. Szybko zreflektowała się i uśmiechnęła niepewnie, odstawiając ostrożnie kubek.
- Wybacz, zaskoczyłaś mnie… Sheri - powiedziała, uśmiechając się jeszcze szerzej na nietypowe imię nietypowej istoty. - Jestem Vera. Miło cię poznać.
        Przekrzywiła głowę, zaintrygowana CZYM właściwie jest ich nowa klientka. Wyglądała trochę jak mroczny elf, przez spiczaste uszy i ciemną cerę, jednak wirujące wokół niej płatki i słodki zapach wiśni przywodziły na myśl maie lub jakiegoś innego ducha lasu. Nawet zielona chusta, choć bardzo toporna w porównaniu do reszty ezoterycznej postaci, przywoływała takie skojarzenia. Claire była jednak zbyt taktowna, by o to zapytać. W przeciwieństwie do Florki.
- A ja Florka! - zawołała panterołaczka, ogarniając z oka długi, czarny kosmyk. Po raz pierwszy od bardzo dawna, ze swoją fantazyjną, dwukolorową fryzurą i rzędem kolczyków, wcale nie była najdziwniejszą istotą w ich herbaciarni.
- Dostaniesz taką herbatę kochanie i to nawet za darmo, jeśli tylko powiesz mi czym jesteś. Rogi i gałązki wiśni to dosyć… niecodzienny widok w naszym mieście!
Wyszczerzony od ucha do ucha uśmiech zmiennokształtnej był jak najbardziej szczery, jednak Vera westchnęła ciężko, podpierając twarz dłonią.
- Wybacz Florce, jest nieco… wścibska - mruknęła, posyłając przyjaciółce karcące spojrzenie.
- Jednak ma trochę racji, twoje… płatki są przepiękne. Nigdy nie widziałam czegoś takiego - powiedziała, wskazując wirujące, różowe motylki, które znikały niczym bańki mydlane po kontakcie z podłogą.
        W tym czasie Florka zniknęła za ladą, szykując kolejną porcję herbaty. Woda w imbryku była jeszcze ciepła, więc postawiła przy niskim stoliku czarkę z przezroczystego szkła i włożyła do niej kwiat Smoczego języka. Gestem przywołała do siebie Sherreri, wskazując na złożony pączek.
- Cała magia polega na obserwowaniu tego, jak pączek otwiera się w kwiat pod wpływem gorącej wody.
- Tak naprawdę to wcale nie jest kwiat, tylko liście herbaty, płatki lichi i fragmenty ostrej papryczki, związane razem - wyjaśniła Vera, przysiadając się do niej i trzymając w dłoniach na powrót swój kubek. - Pij ostrożnie, naprawdę mocno rozgrzewa. Chociaż chyba ci się to przyda, skoro przyszłaś w taki wiatr, zawinięta tylko w chustę - dodała, zerkając na opustoszałe ulice i wzdrygając się lekko. W tym momencie bardzo się cieszyła, że znajduje się w ciepłym, aromatycznym wnętrzu herbaciarni. Nawet w tak niecodziennym towarzystwie.

Awatar użytkownika
Sherreri
Szukający drogi
Posty: 29
Rejestracja: 3 lat temu
Lokalizacja: Wrocław
Kontakt:

Post autor: Sherreri » 5 miesiące temu

        Różowowłosa zrobiła dwa kroki do tyłu, bo zaczynało do jej żywiołowej osóbki docierać, iż zaskoczyła towarzystwo swoim zachowaniem. W końcu nie zawsze ktoś wchodzi do pomieszczenia, aby nagle się pojawić z nosem w cudzej herbacie. Machając przy tym rogami niebezpiecznie blisko cudzej twarzy, co zaskoczyłoby pewnie niejedną osobę. Czego jednak spodziewać się po kobiecie, która w życiu ugania się za magią, jak młódka za przystojnymi paniczami.
        Płakać nad rozlaną herbatą nie miała zamiaru, chociaż przez chwilę na pogodnej twarzy przemienionej ukazało się lekkie zawiedzenie. Zdarzył się jej okres w życiu, podczas którego miała bzika na punkcie magicznej herbaty. Wiedziała o niej dosyć sporo, a na pewno więcej niż przeciętne osoby, które piły zwykły niemagiczny napar. Zwłaszcza, że właściwości dobrze przygotowanej herbaty mogły być magiczne. Tak się składało, że nie zainteresowała się herbatą tylko przez zapach. Miała ona w sobie zalążki magicznej herbaty.

        Z uśmiechem, który wydawał się przylepiony do jej twarzy na stałe, zlustrowała obie kobiety. Przechyliła przy tym lekko głowę na prawo, co było jej drobnym przyzwyczajeniem, gdy coś ją zainteresowało.
        Pierwsza przedstawiła się Vera, która przez zaskoczenie wylała herbatę na koc – wysuszony już przez mroczną elfkę w trakcie zamieszania. Piękna, dojrzale wyglądająca elfka przypadła jej od razu gustu. Wbrew pozorom magia miała smak. Wpływały na to między innymi charakter, aparycja czy zdrowie. Elfka była tak smakowitym kąskiem, że Sheri oblizała nieświadomie górną wargę.
        Romanse damsko-damskie nie były jej obce, zwłaszcza, że energia magiczna kobiet była najsmaczniejsza. Vera pewnie przestraszyłaby się, jakby wiedziała, że ciemnoskóra nieznajoma ma o niej takie myśli. Nie było to też bez powodu, bo im mocniejsze emocje szarpały osobą podczas takiego „uzysku” magii, tym większą ilość magii mogła pozyskać z danej osoby. Z drugiej strony była to najbardziej czasochłonna metoda, więc w kwestii doboru osób była dosyć wybredna. Właścicielka kasztanowych włosów na swoje nieszczęście spełniała wszystkie wymagania.
        — Nie chciałam, wybacz. Mam nadzieje, że się nie oparzyłaś, ani nic z tych rzeczy? — zapytała zatroskanym głosem. W trakcie tych słów zbliżyła się do niej i złapała ją za dłonie, sprawdzając, czy nie wyrządziła kobiecie krzywdy.
        Troska przemienionej była prawdziwa, ale pod nią ukrywała się chęć zbliżenia się do niej. W końcu zapytanie się wprost czy może dotknąć jej dłoni, nie gwarantowało pozytywnej reakcji od elfki. Dopiero gdy dokładnie obadała dłonie czy nie zostały oparzone, delikatnie ześlizgnęła się palcami ze smukłych dłoni kobiety. Dawała wrażenie wahającej się, czy chce tracić ten subtelny kontakt z Verą. Sheri przestała ją pożerać wzrokiem i posłała jej ostatni uśmiech, zanim przeniosła spojrzenie na kolejną kobietę.
        Tryskająca energią panterołaczka, przedstawiająca się jako Florka, miała dosyć nietypowy, szalony wygląd. Krótkie, wielobarwne włosy i dużo biżuterii. Trochę sprawiała wrażenie buntowniczej i starającej się podkreślić własną oryginalność. Wiśnia jednak nie była dobrym psychologiem, bo inaczej nie byłaby szalona. Lubiła jej wygląd i oceniała ją przychylnie pod względem charakteru już po pierwszych słowach i reakcjach. Też miała ochotę uszczypnąć z niej trochę energii. Nigdy nie pomyślałaby, że trafi tak dobrze przez woń herbaty.

        Uśmiechnęła się przyjaźniej do dwójki, będąc w znamienitym humorze. Przynajmniej do czasu, gdy zmiennokształtna nie trzasnęła pytaniem, które zamiotło wszystko pod gruby dywan o nazwie „wrażliwy temat”. Nie tak dawno kotołaki nazwały ją demonem, dosyć świeże i nieprzyjemne wspomnienie. Sytuację ratował fakt, że zrobiły na niej dobre wrażenie.
        Wyraz twarzy przemienionej stał się niewyraźny na krótką chwilę, jakby zjadła coś niezwykle kwaśnego. Szczerze wątpiła, aby mogła ukryć swoją reakcję przed ledwo poznanymi kobietami.
        — Jestem mroczną elfką, która wieki temu znalazła się w złym miejscu o złym czasie. W duszy zawsze będę właśnie nią i badaczką arkan, niczym innym — powiedziała, gdy wędrowała wzrokiem pomiędzy kobietami, wyraźnie podkreślając w wypowiedzi dwa ostatnie słowa nutką goryczy w głosie.
        Powróciła do pogodnego uśmiechania się i stuknęła Sercem w podłogę. Artefakt rozprysnął się na dziesiątki motylów i dołączył do tych, które już przemierzały swawolnie pomieszczenie. Nie czuła potrzeby, aby otwarcie dzierżyć magiczną różdżkę przy tej dwójce. Świeżo poznanym rozmówczyniom nie wydawała się przeszkadzać wędrująca po pomieszczeniu magia w kształtach przypominających motyle, dlatego pozostawiła ją w spokoju.
        Mistrz zawsze powiadał przemienionej, że szanujący się badacz arkan nie włada swoją potęgą bezmyślnie. Rozsądek i czysty umysł były jednymi z najważniejszych cech, tak została wychowana. Schowanie właśnie magicznego oręża w obecności innych było niemymi słowami „ufam wam, więc wy zaufacie mi”.

Machnęła dłonią lekceważąco, gdy Vera przeprosiła ją za panterołaczkę.
        — Przynajmniej nie nazwała mnie demonem. Ciekawość i wścibskość to coś, co posiada każdy z nas, a ja często jestem jej źródłem — podsumowała z lekkim rozbawieniem, przysłaniając usta dłonią. — Przepraszasz za nią, a twoje reakcje i spojrzenie mi mówią, że zżerają cię podobne emocje — wytknęła subtelnie i puściła Verze oczko, a następnie zaczęła się rozpływać w powietrzu.
        Prawdziwa Wiśnia oparła się o plecy niczego niespodziewającej się Very, obejmując ją ramionami wokół szyi. Słodki zapach wiśni stał się wyraźniejszy, ale nie do tego stopnia, aby stać się nieznośny. Zamykając oczy, można było odnieść wrażenie, że przeniosło się na wzgórza kwitnących, wiśniowych drzew. Towarzyszące temu uczucie było świeże i odprężające, rozpływające się stopniowo po całym ciele, jak i umyśle.
        — Och, dziękuje. Ty też jesteś przepiękna — szepnęła jej filuternie na ucho, aby tylko ona mogła ją usłyszeć. — Tylko nie jestem pewna, że opisałabyś to tak samo, znając źródło tego fenomenu — dodała już normalnym głosem, w który wdarła się odrobina melancholii, obserwując razem z Verą iluzyjne motyle. Powstrzymywała się przy tym, aby nie chapnąć sobie z elfki magii.
        Zauważając kątem oka przywołujące gesty panterołaczki, uwolniła długouchą od swojego nagłego towarzystwa z cichym „Wybacz, zaraz wrócę”. Sheri zawsze grała otwartą talią, więc i tym razem zachowywała się dosyć otwarcie w nowym towarzystwie.

        Szybkimi i zgrabnymi ruchami znalazła się przy właścicielce szalonej fryzury. Z wyraźnym zainteresowaniem i uwagą wsłuchiwała się w jej słowa. Nie takiej magii się spodziewała, ale wciąż ją ciekawiło, co kobieta miała na myśli. Do tego szukała źródła zalążka magii, który znalazł się w poprzedniej herbacie. Jak się okazało, źródłem były emocje panterołaczki wobec miłości i pasji do parzenia herbacianych naparów.
        Zerkała na twarz Florki przez cały proces, ale najwyraźniej nie była ona nawet świadoma owego drobnego fenomenu. Nie można było jej za to winić. Rzadko kto interesował się energią magiczną jako taką, podczas gdy Wiśnia miała ku tej wiedzy wiele powodów.
        — Magiczny widok, chociaż z prawdziwą magią ma niewiele wspólnego — wtrąciła się z figlarnym uśmiechem, gdy motyle zaczęły tworzyć zamknięte pączki kwiatów wokół panerołaczki. Następnie wszystkie jednocześnie otworzyły się i wybuchły kobiecie prosto w twarz, nie robiąc niczego oprócz chwilowego zasłonięcia jej widoku.
        Rogata w tym czasie porwała ostrożnie swój kubek z herbatą, gdy w tym samym czasie podeszła i przysiadła się do nich Vera. Nie wydawała się brać zbytnio do serca poprzedniego zachowania różowogłowej.
        — Osłoniłam się magia. Dla jednych marnotrawstwo, dla mnie najzwyklejsza wygoda i praktyczność. Magia nie istnieje tylko po to, aby wyrządzać krzywdę. Magia to w końcu my. — Podmuchała w swoją herbatę i przyłożyła usta do brzegu filiżanki, biorąc ostrożnego łyka. To wystarczyło, aby odczuła satysfakcjonujące, rozgrzewające uczucie. — Macie niezwykle uporczywą straż w waszym mieście. Zgubienie ich zajęło mi trochę czasu. Posiadanie rogów to taki grzech? Wyglądam tak niebezpiecznie? — zadała nagle dwa pytania w stronę Very i Florki, lustrując je wyczekującym spojrzeniem. Zanim zdążyły odpowiedzieć, dodała jeszcze dziwniejsze pytanie.
        — Jakbyście mogły wybrać: posiadać wyjątkowy talent do magii kosztem własnego życia, a nie posiadać go wcale. Co byście wybrały? — Przymrużyła oczy, nie ukrywając własnego zainteresowania. Zrobiła kolejny łyk herbaty, zadowolona jej działaniem, jak i smakiem. Doceniała kunszt Florki i włożone emocje w zrobienie napoju.

Awatar użytkownika
Vera
Zbłąkana Dusza
Posty: 8
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Vera » 5 miesiące temu

        Vera z zaskoczeniem, ale bez oporu pozwoliła nieznajomej zbadać swoje dłonie. Nie umknęło jej też to jak sprawnie wysuszyła oblany herbatą koc. Uśmiechnęła się ciepło, widząc jak rogata przejęła się jej hipotetycznym oparzeniem. Rzadko kiedy ludzie byli tak mili dla osób, które ledwo znali.
        Widząc grymas na twarzy przybyszki, Vera jeszcze raz posłała Florce miażdżące spojrzenie. Oczywiście, że ją uraziła! Nie wolno tak pytać nieznajomych wprost o ich nietypowy wygląd. Przecież miały jak w banku, że jest to drażliwy temat.
- Pomyślałam o mrocznej elfce przez uszy i cerę, choć przyznam, że przez chwilę zastanawiałam się czy nie jesteś maie lasu - odpowiedziała nieśmiało, nie będąc pewną, na jak wiele może sobie pozwolić w tej rozmowie. To właśnie była jedna z najistotniejszych cech Very - ta delikatna elfka zawsze dbała, by inni czuli się przy niej komfortowo. A patrząc na minę Sherri, do komfortu było jej jeszcze daleko.
        Sekundę później jednak pokaz magicznych mocy całkowicie pochłonął uwagę skrzypaczki. Z zachwytem przyglądała się eterycznym motylom, których trzepotliwe skrzydełka wypełniły całą herbaciarnię.
- Piękne… - wyszeptała, bojąc się poruszyć, żeby nie przerwać wspaniałego pokazu.
Widząc jak przemieniona puszcza jej oczko uśmiechnęła się. Ucieszyła się, że mroczna elfka zrozumiała ich ciekawość i nie czuła się nią urażona. To pozwalało na większą swobodę w wyrażaniu kolejnych myśli. Jednak gdy Sherreri pojawiła się za jej plecami, drgnęła zaniepokojona. Nienawykła do magii teleportacji, poczuła się nieswojo. I choć rozchodzący się wokół zapach był piękny, a słowa rogatej miłe, odwróciła się płochliwie, próbując znaleźć się znowu twarzą w twarz z rozmówczynią.
- Chyba najważniejsze jest to jaka jesteś, a nie jak się taka stałaś - powiedziała poważnie. Miała nadzieję, że piękno otaczające Sherri odzwierciedla także jej duszę, a nie jest tylko przykrywką dla niepokojącego mroku, który czaił się momentami w jej oczach.

        Florka uśmiechnęła się na komentarz Sherri i podała jej kubek.
- Lubię ją - skwitowała - Twardo stąpa po ziemi.
Spokojnie patrzyła na pąki kwiatów, które otworzyły się przed jej nosem. Przekrzywiła głowę, zastanawiając się, czy gdyby ich dotknęła, rozwiałyby się niczym dym.
        Vera uniosła lekko brwi, gdy Sherri zapewniła, że magia nie istnieje tylko po to, by robić krzywdę. Nigdy nie myślała o magii w zły sposób. Dla niej były to głównie zaklęte skrzypce i sztuczki pokazywane na festynach. Skoro Wiśnia wspominała o tym, musiała mieć jakieś nieciekawe doświadczenia.
- Nowa Aeria to spokojne miasto - wyjaśniła Florka. - Żołnierze to w większości swoje chłopy, ale fakt, potrafią być podejrzliwi. A ty wyglądasz dosyć nietuzinkowo. To ich praca, kontrolować każdego, kto może być niebezpieczny. Nie mają tu wiele więcej do roboty.
Jej pytanie zaskoczyło Verę, która spojrzała na nią wielkimi oczyma.
- Ja nie umiem używać magii, więc chyba bym za nią nie tęskniła. Co innego muzyka… bez niej nie potrafiłabym żyć.
Kiedy pytające spojrzenie przeniosło się na Florkę, ta prychnęła lekceważąco, jednak nie zdążyła udzielić odpowiedzi.

        Wiatr pędzący ulicami Nowej Aerii niósł ze sobą zapach kwiatów, wilgotnej ziemi i liści. Szarpnął za włosy jednego ze strażników, strącając na ziemię beret, który młody chłopak uparcie nosił. Jako że straż w tym spokojnym mieście pełniła głównie funkcję porządkową, komendant przymykał oko na to małe dziwactwo.
        Teraz chłopak pognał za porwanym kawałkiem materiału, próbując w biegu uporządkować rozwiane włosy. Gdy się zatrzymał, dojrzał przez szybę dziwną, rogatą istotę, która uciekła im z oczu kilkanaście minut temu.
- Ty, patrz! - odezwał się do swojego kompana, wciskając beret na głowę i podchodząc do drzwi herbaciarni.
- Znalazło się to dziwadło.

        Drzwi otworzyły się nieco gwałtowniej niż planował to mężczyzna, popchnięte radosnym ramieniem wiatru. Do środka wpadł upojny zapach kwiatów i liści, a za nim złośliwie porwany beret. Znowu.
        Młody strażnik rzucił się na ziemię, bojąc się, że w zamkniętym pomieszczeniu nakrycie głowy nadal będzie mu uciekać. Kiedy podniósł wzrok, zobaczył przed sobą długie nogi panterołaczki, podpierającej się sceptycznie pod boki.
- Dzień dobry panno Florko! - poderwał się na równe nogi, salutując niezgrabnie. Zaczerwienił się przy tym aż po czubki uszu.
- Przyszliśmy tutaj, bo chcieliśmy wylegitymować… eee… tą panią - bąknął, wskazując na Sherri. Jego kompan, starszy, z poważnym, sumiastym wąsem, wysunął się do przodu i również zasalutował.
- Panno Florko, panno Claire - pochylił głowę z szacunkiem w kierunku skrzypaczki. - Proszę wybaczyć wtargnięcie. Mamy obowiązek skontrolować każdego podejrzanego intruza…
W tym momencie Florka wybuchnęła głośnym śmiechem i machnęła lekceważąco ręką.
- Ależ to nie żaden intruz! Sherreri jest badaczką magii i przyjechała aż do Nowej Aerii, żeby posłuchać koncertu Very i jej zachwycających skrzypiec! Siadajcie chłopaki to i wy się załapiecie! Stawiam kawę gratis.
Mrugnęła do nich okiem, a młodszy ochoczo przysiadł na kanapie. Starszy wykrzywił się, nie będąc pewnym, co powinien zrobić. Z jednej strony wygląd rogatej bardzo mu się nie podobał i podpadał pod kategorię “Kłopoty”, z drugiej znał Florkę od wielu lat. Działało to co prawda zarówno na jej korzyść jak i niekorzyść - była uczciwa i szczera, jednak czasami miewała szalone pomysły. Nigdy jednak nie zdarzyło jej się zrobić niczego niebezpiecznego. Zapach świeżo zmielonej kawy przychylił jednak szalę i strażnik usiadł obok swojego kompana nad czarką parującego, czarnego napoju. Panterołaczka dobrze wiedziała, że większość strażników uwielbia kawę, napój na który nie można było zbyt często sobie pozwalać.

        Vera spojrzała zdumiona na przyjaciółkę, zastanawiając się, dlaczego skłamała przed strażnikami. Przecież jeżeli Sherri przybyła do miasta bez złych zamiarów, nie było powodów, żeby jej nie przepytać. Z drugiej strony musiałaby się udać na komendę, gdzie by ją wylegitymowali, a nie wiadomo ile chciałaby o sobie powiedzieć. Florka oszczędziła jej nerwów a być może także niepotrzebnej awantury. Vera miała tylko nadzieję, że Sherri postanowi zagrać w tę grę, nie pakując zmiennokształtnej w niepotrzebne kłopoty.
        Elfka uśmiechnęła się wdzięcznie, kiwnęła głową i podeszła do okna, gdzie zostawiła futerał z Diviną. Pogładziła go czule, po czym szybkim ruchem otworzyła zatrzaski. Kliknęły, zwalniając wieko i ukazując piękną powierzchnię skrzypiec. Kiedy podniosła je do góry, po ich powierzchni przemknęło granatowo-fioletowe niebo, upstrzone tysiącami gwiazd. Oparła je o podbródek, odetchnęła głęboko i zamknęła oczy.

Awatar użytkownika
Sherreri
Szukający drogi
Posty: 29
Rejestracja: 3 lat temu
Lokalizacja: Wrocław
Kontakt:

Post autor: Sherreri » 3 miesiące temu

        — Piękna myśl, ale niepraktyczna — mruknęła cicho, wpatrując się w powierzchnię herbaty, na której widniało niewyraźne i zniekształcone odbicie rogatej. — Pojawiłam się i mnie oceniłyście już wstępnie po wyglądzie. To nieświadomy proces i żadna istota nie jest w stanie przed tym uciec. Pierwsze wrażenie jest ważne, więc i wygląd ma znaczenia. — zerknęła na nią z tajemniczym, łagodnym uśmiechem. — Fizyczność i piękno to dwie strony tej samej monety. Wszyscy chcemy uparcie je rozdzielić, ale w głębi siebie wszyscy wiemy, jacy z nas hipokryci. Każdy z nas ma w sobie większego albo mniejszego hipokrytę — podsumowała, dmuchając łagodnie w zawartość trzymanego naczynia.
        — Lubię takich małych hipokrytów jak ty, bo sama nim jestem — roześmiała się, po czym dodała: — Różnimy się jednak. Ja jestem zbłąkana i zagubioną w chaosie tego świata duszą, a ty jesteś światłem, do którego mimowolnie lgnę — podsumowała, lustrując uważnie elfkę nie pierwszy raz już tego dnia.
        Polubiła ją na wielu płaszczyznach, a przynajmniej do tego stopnia, aby nie chcieć bezmyślnie się na nią rzucić i zrazić do siebie. Elfka bez dwóch zdań była smakołykiem i słodyczą, ale Sheri nie była barbarzyńcą.
        Prawdopodobnie jak wytłumaczy jej wszystko w odpowiednim momencie, to przynajmniej dobrowolnie będzie jej dane skosztować nęcącej ją energii życiowej. Tak, tego zamierzała się trzymać. Wierzyła w to dobre, kochane serduszko długouchej.
        — Aww, jesteś za słodka! — wymamrotała nagle, gdy znalazła się przy niej i przytuliła ją bezceremonialnie. Swym zachowaniem przypominała trochę kota, który domagał się pilnie uwagi właściciela.
        Otarła o siebie ich policzki na koniec z zadowolonym wyrazem twarzy.
        — Musisz uważać, co robisz i mówisz, moja droga! — rzekła, odsuwając się parę kroków i pomachała do elfki palcem w powietrzu. — Jak będziesz taka słodka i kochana to ciebie… — pochyliła się, przysuwając usta bliżej szpiczastego ucha — ...zjemmmmm.
        Odsunęła się zaskoczona od towarzyszki rozmowy, gdy znajome sylwetki wkroczyły mężnie do pomieszczenia przez główne drzwi. Porzuciła całkowicie aktualną rozmowę na rzecz nowych wydarzeń.

        Przemieniona przyglądała się strażnikom z ciekawskim uśmiechem, lustrując ich zaskoczonym spojrzeniem, którego nie starała się ukrywać. Nie dawała jednak wrażenia osoby zbierającą się do ucieczki, a wręcz odwrotnie. Rozsiadła się tak nonszalancko i leniwie, nie spuszczając z nich oczu. Prowokacja była aż nazbyt czytelna. Założyła do kompletu nogę na nogę, odsłaniając przez to bardziej swe długie nogi. Wzięła kolejnego łyka i uśmiechnęła się słodko do młodszego ze strażników.
        Otaczała ją aura pewności i skromnej elegancji przy tym drobnym rytuale picia herbaty, połączonej z prowokacyjną grą.
        — Nie uczą młodych męż… — zlustrowała młodszego strażnika uważniej — chłopców, aby nie wskazywać damy palcem? Owszem, mam rogi, mam ogon, ale wciąż jestem kobietą. Cóż za brak ogłady! — fuknęła pod nosem, zmieniając swe nastawienie o pełen obrót. Dla podkreślenia sytuacji pokręciła głową z niedowierzaniem.
        Znakomicie się bawiła kosztem przybyłych, chociaż była pewna, że dwójka rozmówczyń zorientuje się w marnym aktorstwie wręcz natychmiastowo. Rozmawiały z nią, więc raczej nie uwierzą, że tajemnicza i dziwna kreatura jaką jest, nagle stała się damą.

        Starszy ze strażników już miał wkroczyć do akcji, ale Florka wybrała dobry moment, aby załagodzić sytuację. Przyprawiła co prawda swe wypowiedzi słodką odrobiną kłamstwa, ale robiła to w dobrej wierze. Sheri nie lubiła kłamców, ale nie każdy kłamca był zły. Zawsze ochoczo przyjmowała cudzą życzliwość, a przecież one ledwo ją znały! Zaczynała czuć się naprawdę dobrze w towarzystwie dopiero poznanych kobiet, chociaż wiedziała, że nie każdą książkę należało oceniać po okładce.
        Przerzuciła nogę na nogę ponownie, tylko tym razem na odwrót. Odstawiła herbatę na pobliski blat i usadowiła się w kierunku szykującej się elfki, opierając się łokciem o własną nogę z wzrokiem wbitym właśnie w główna bohaterkę nadchodzącego koncertu. Tyleż pięknych rzeczy się działo! Zachwycona nie mogła powstrzymać uśmiechu. Przemienionej nie umknął drobny rytuał tuż przed otworzeniem futerału. Z pewnością znaczyło to dla niej więcej, niż po prostu zwykłe granie. Rozpaliło w niej to ciekawość i chęć usłyszenia, co może wydostać się spod tych smukłych palców elfki.
        Nie była w żadnym razie koneserką muzyki, ani szeroko pojętej kultury sfer wyższych, ale nie była ignorantką. Co prawda i tak wolała magię, ale muzyka też była swego rodzaju magią, która potrafiła dotrzeć w najgłębszej zakątki dusz i serc. Tego była pewna bez wątpienia.

        Gdy Vera zaczęła grać, była mroczna elfka przez chwilę była tak oszołomiona, że nie wiedziała jak zareagować. Spodziewała się grania pasjonaty, ale dostała prosto po twarzy tak czystymi i bezbłędnymi nutami.
        Vera wyglądała zaprawdę majestatycznie w mdłym świetle wpadającym przez okiennice z jednej strony, a z innej strony oświetlana słabym światłem świec. Naturalna filigranowość elfki idealnie zgrywała się z zaistniałym obrazkiem.
        Dawała wrażenie bogini wykutej z jednego kawałka granitu. Zimna, twarda, pełna surowości w swojej formie i skupieniu, ale w towarzystwie tego co wydostawało się ze skrzypiec – stawała się wręcz boginią miłości i tajemniczego piękną, który zapierał Sherreri dech w piersiach. Ciężko było nie docenić owocu ciężkiej pracy ledwo poznanej kobiety, ale wierzyła, iż posiadała też ogromny talent. Jednak nawet największy talent był tylko nieoszlifowanym diamentem. Bez skrupulatnego podejścia i poświęcenia czasu, nie miał najmniejszego znaczenia, ale nie tym razem. Nie w tym przypadku.
        Wiśnia zamknęła oczy, porwana w świat muzyki stworzony przez granie długouchej. Trochę niechcący wydostająca się z niej magia złapała wszystkich obecnych w bardzo silną iluzję przez zachwyt, który ogarnął jej demoniczne serce. Dotykała wszelakie zmysły, co rzadko się zdarzało w wykonaniu oszczędnej z natury badaczki arkan.

        Ciasne pomieszczenie zastąpiła polana, która ciągnęła się po sam horyzont. Wypełniona kwiatami wszelakiej maści, kolorów, kształtów. Słodki zapach nektaru unosił się powietrzu, wraz z pracowitymi pszczołami, które dawały delikatnego akompaniamentu swym bzykaniem do muzyki wypełniającej polanę. Wszystko co widziała w życiu przemieniona mogło się tutaj znaleźć w pięknej roślinności, wszystko co kryła najgłębszych odmętach swej podświadomości.
        Wszyscy wciąż siedzieli na krzesłach przy stołach, a jedynie Verka stała przy malutkim drzewku. Chybotliwie i ledwo opierające się wiatrowi, wydawało się tańczyć z każdą następną nutą. Im dłużej grała i porywała swym koncertem, tym bardziej rosło one na oczach wszystkich obecnych. Ostatecznie elfka grała na skrzypcach w cieniu nietypowo dużego drzewa wiśni, które gwałtownie rozkwitło w finalnej części odgrywanej przez Very muzycznej uczty dla uszu. Wiatr zawiał i wypełnił polanę tysiącami płatków wiśni, które wzbijały się i opadały, tworząc wrażenie jakby sama natura tańczyła.
        Jednak wszystko co piękne, musi się kiedyś skończyć. Gdy tylko skrzypce ucichły, iluzja przepadła jak kamień rzucony w toń. Dla wszystkich w iluzji wyglądało to jakby świat nagle zaczął pękać jak kruche szkło, a drzewo obumarło wraz z całą polaną. Scena trwała krótko, ale nie pozwalała o sobie zapomnieć. Wszyscy znowu znajdowali się w pomieszczeniu florkowej herbaciarni.

        Przemieniona zerwała się pierwsza z miejsca, wyprzedzając wszelkie „ale“ obecnych. Vera ledwo odłożyła skrzypce do futerału, ale ktoś przerwał jej tym razem ceremonie zamknięcia. Sheri złapała ją za dłonie i ścisnęła w swoich, mając na twarz wyraźne rumieńce, widoczne nawet na ciemnej karnacji. Wbiła spojrzenie w twarz elfki i zadrżała, jak sobie przypominała koncert. Miała dreszcze przyjemności na samo wspomnienie i czuła się pełna energii! Nie miała pojęcia co się stało, ale odzyskała pewną część swojej energii magicznej. Ów fenomen wstrząsnął jej sercem jak nagły sztorm na morzu. Nie wspominając już o fakcie, że była gotowa czcić ją jak swe prywatne bóstwo.
        Przez te wszystkie emocje i magiczne zamieszenia, tatuaże ukryte zazwyczaj pod ubraniami, jarzyły się teraz wyraźnie w pomieszczeniu. Zazwyczaj działo się to podczas rzucania magii, ale tym razem trwało dłużej, a powód miała przed sobą. Chociaż największą zmianą w wyglądzie Wiśni były źrenice, które przypominały teraz typowo demoniczne z żywym i wypełnionym odrobiną szaleństwa spojrzeniem.
        — To było genialne! Jesteś jednym z cudów tego świata! Jak to robisz?!
        Z nieopuszczającym ją zachwytem, nie odchodziła od Very na krok, oczekując, iż już w tej chwili dowie się wszystkich sekretów tych smukłych palców mistrz skrzypiec. Z ledwością się powstrzymywała, aby się na nią nie rzucić. Była w takim doborowym nastroju, że miała ochotę poprzytulać biedną elfkę. No i może troszkę polizać ją po tych wspaniałych, boskich dłoniach, które doprowadziły ją do takiego wstydliwego stanu.
        Vera była pierwszą, która doprowadziła ją do takiej euforii samą muzyką. Fakt, była szalona, ale nie zamierzała tak delikatnego faktu oznajmić przed publicznością. W sumie spaliłaby się ze wstydu, gdy nie fakt zamieszania, którego była sprawczynią

Awatar użytkownika
Vera
Zbłąkana Dusza
Posty: 8
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Vera » 2 miesiące temu

        Vera trzymała przez chwilę skrzypce bez ruchu, gotowa rozpocząć koncert i dać się porwać muzyce. Odczuwała ją jako strumień energii, płynący nieustannie przez Wszechświat i jedynie chwilowo zatrzymujący się na jej dłoniach. Ten dotyk piękna pozwalał jej opowiadać niesamowite historie i zabierać słuchaczy w najodleglejsze zakątki świata.
        Nagle do jej myśli wkradło się wspomnienie Sherri, ocierającej o nią swój policzek i mówiącej, że mogłaby ją zjeść. Skrzypaczka wzdrygnęła się lekko. To było dziwne i... niepokojące, nawet zakładając, że rogata była wychowana w innych niż ona obyczajach. Zdecydowanie nie podobało jej się to określenie, zwłaszcza padające z ust kogoś tak niesamowitego. Odepchnęła jednak od siebie dławiące uczucie i ponownie skupiła się na instrumencie, poprawiając z czułością smyczek w dłoni. Już po chwili cały świat zniknął w dźwiękach magicznych skrzypiec.
        Początkowo melodia była prosta i słodka, powracająca rzewnym trelem do pojedynczego motywu - sunęła delikatnie jak wiatr, dotykający miękko mijanych leniwie drzew. Ciepłe nuty zakończone jasnym wibrato przypominały promienie słońca przebijające się przez leśne korony. Długie palce elfki, w ciepłym kolorze pustynnych piasków, tańczyły na gryfie, uciskając lekko srebrne struny, a głowa dziewczyny poruszała się delikatnie wraz z taktami muzyki. Claire zamknęła oczy, a na jej twarzy pojawił się wzruszony wyraz. Pojedyncza zmarszczka między brwiami i rozmarzony uśmiech świadczyły o tym, że choć artystka nie zobaczyła otaczającego ją za sprawą Sherreri widowiska, sama również znalazła się pod zaczarowanym drzewem.
        Przyspieszyła tempo melodii, raz wznosząc ją, raz opadając, niczym skoczne, leśne stworzonko, buszujące wśród traw. Najwyższe nuty, powtarzane w sposób radosny i niekontrolowany przywołały na myśl kukułkę i inne ptaki, przekrzykujące się nawzajem w koronach drzew. Po chwili melodia złagodniała, tak jakby wiatr zmęczył się beztroskimi figlami wśród pni. Pomału dźwięki opadły, sprowadzając ich na wypełnioną kwiatami polanę. Vera uśmiechnęła się nieco szerzej, słysząc w wyobraźni brzęczenie pszczół. Divina nigdy nie przestanie jej zadziwiać!
        Nie mogła wiedzieć, że dźwięki te pochodzą z iluzji stworzonej przez mroczną elfkę, która wywołała westchnienie zachwytu w piersiach wszystkich słuchaczy. Florka rozglądała się dookoła z szeroko otwartymi ustami, chłonąc każdy, półprzezroczysty kwiat i niesamowity wzrost widmowego drzewa. Zerknęła ukradkiem na Wiśnię, kojarząc z tą rośliną jej poprzedni “wybuch” - ciemnoskóra była całkowicie zapatrzona w Verę. Obaj strażnicy rozglądali się dookoła - młody z absolutnym zachwytem malującym się na chłopięcej twarzy, starszy ze znacznie większą dozą nieufności. Jednak nawet on nie mógł ukryć, że iluzja zrobiła na nim olbrzymie wrażenie. Jego mina, początkowo surowa, złagodniała, gdy na powrót skupił się na płynącej w jego stronę muzyce. Zaczął nawet lekko poruszać głową, a pod sumiastymi wąsami pojawił się cień uśmiechu.
        Claire, porwana muzycznym strumieniem Wszechświata, nie zastanawiała się nad swoją muzyką. Owszem, często grała znane utwory, doprowadzając ich szlif do perfekcji. Największą radość odnajdywała jednak w wygrywaniu własnej duszy i tego, co Wszechświat akurat chciał jej opowiedzieć. Tym razem zakończyła melodię miękko, niczym płatek kwiatu wiśni, opadający powoli na zalaną słońcem trawę. Gdy rozbrzmiał w powietrzu ostatni, słodki dźwięk, otworzyła fiołkowe oczy i uśmiechnęła się ciepło.

        Sherreri podbiegła do niej i chwyciła jej dłonie. Skrzypaczka spojrzała na nią zdumiona, przez sekundę rejestrując zmiany, jakie zaszły w przemienionej. Wypieki na policzkach upodobniły ją do rozentuzjazmowanej dziewczynki, którą zapewne była kilkaset lat temu. Na jej ciele jaśniały piękne, pełne zawijasów tatuaże niewiadomego pochodzenia. Być może uaktywniały się, gdy mroczna doznawała wyjątkowo silnych emocji? Verę zaniepokoiły jedynie jej oczy, zwężone w drapieżne szparki. Czuła jednak, że ich nowa znajoma nie ma złych zamiarów i jest po prostu zachwycona występem. Potwierdziły to słowa Wiśni, pełne absolutnego uwielbienia.
- Och, to nie tylko moja zasługa, ale również Diviny - powiedziała z czułością, gładząc długimi palcami powierzchnię skrzypiec. Fioletowa mgławica, która była widoczna na pudle w czasie gry, teraz rozwiała się ustępując miejsca czystemu, rozgwieżdżonemu niebu w odcieniu głębokiego indygo. Claire schowała skrzypce do futerału i zatrzasnęła, zamykając je w niepozornym opakowaniu. Niektórzy z artystów przywiązywali wagę do oprawy, jednak dla niej istotne było to, co znajdowało się w środku.

        Florka podniosła się z miejsca, zwracając się bezpośrednio do strażników. Bardzo chciała porozmawiać z Sherri, jednak wiedziała, że najpierw należy się pozbyć miłych, choć nieproszonych gości.
Starszy z nich zaklaskał głośno i z uśmiechem dobrotliwego wujka skłonił się nisko w kierunku Very.
- Do zobaczenia panno Claire. Dziękujemy za to wspaniałe przedstawienie. Słuchanie panienki jest zawsze ogromną przyjemnością i zaszczytem.
Młodszy, który po raz pierwszy miał przyjemność posłuchać muzyki Minovy, patrzył błędnym wzrokiem po ustawionych pod ścianami czarkach i imbryczkach. Nadal był pod wpływem uroku muzyki oraz samej skrzypaczki. Florka poklepała go po plecach i odprowadziła w stronę drzwi.
- Nie martw się, za jakiś czas puści. Każdy tak się czuje po pierwszym razie.
Wyszczerzyła się do niego zaczepnie i zamknęła drzwi przed zdumionym stróżem prawa. Teraz, kiedy pozbyła się strażników, trzema susami znalazła się obok przemienionej.
- Vera jest cudna, ale powiedz, jak TY to zrobiłaś? Ta iluzja była niesamowita! Kontrolujesz te obrazy, czy pojawiają się pod wpływem emocji? Możesz przywołać coś innego, czy zawsze jest to związane z kwiatami wiśni?

        Wiatr na dworze nieco się uspokoił, a ulice, początkowo zmęczone wichurą, ponownie wypełniły się ludźmi. Nie było ich dużo ze względu na porę, jednak spacerowali raźniej w ciepłych promieniach słońca. W stronę herbaciarni kroki swoje skierował również listonosz, mężczyzna chudy jak tyczka i wysoki jak brzoza. Nucił pod nosem prostą, skoczną melodię, fałszując co jakiś czas. Był w dobrym humorze, a do tego miał do dostarczenia już tylko ostatni list. Nie chciał zaglądać do środka - wiedział, że jeśli zacznie rozmawiać z Florką, wyjdzie dopiero wieczorem. Baba była niesamowicie gadatliwa, a - co tu dużo mówić - on również. Jednak nie tym razem! Tym razem miał zaplanowane coś bardzo ważnego, na co nie można było się spóźnić. Mianowicie miał spotkanie z kwiaciarką, słodką panienką Beatrice. Dlatego jedynie wsunął pod drzwiami list zaadresowany pięknym, eleganckim pismem. Skądinąd ciekawa była historia tego listu. Dostał go od posłańca o przedziwnej, dwubarwnej fryzurze, proszącego, by dostarczył list do herbaciarni. Tłumaczył się mętnie jakimś spotkaniem rodzinnym i czmychnął, gdy tylko zdumiony listonosz wysłuchał jego słów.

        Florka natychmiast zauważyła list i zaintrygowana podniosła go z ziemi, siadając na kanapie obok Very i Sherr.
- O, list od Vincenta - ucieszyła się, rozwiązując sznureczek i rozrywając kopertę. - Ciekawe co słychać u tego przystojniaka. Może Mimi też dorzuciła parę słów? - zastanawiała się głośno, rozkładając kartkę. Papeteria pachniała ładnie, choć zmiennokształtna nadal nie potrafiła określić tego aromatu. Gdyby mogła, już dawno zamknęłaby go w buteleczce i raczyła się nim od czasu do czasu.
- Mimi to kuzynka Florki - objaśniła Vera, odgarniając włosy za ucho i zdejmując szal. Być może to emocje z koncertu tak ją rozgrzały, jednak w herbaciarni zrobiło się zdecydowanie za ciepło na dodatkowe okrycie.
- A Vincent to dhampir, mądrala - dodała panterołaczka, wczytując się w list. W jej ustach był to oczywisty komplement, choć dla kogoś kto znał ją nieco krócej mogło to zabrzmieć jak przytyk.

”Droga Florko

Wybacz długą przerwę w korespondencji, lecz przez ostatnie miesiące nie mam czasu na nic, poza tym co należy do moich obowiązków, coraz chętniej przydzielanych mi przez wyższą instancję jaką jest mój nowy doradca (ten cień chodzący za nami po mieście, który Ci przedstawiałem - Mikael). Tym razem jednak, przy okazji wysyłania listu chcę sprawdzić umiejętności hrabiowskich posłańców, więc zapewne łaskawie pozwolenie otrzymam, a i sprawa, z którą do Ciebie się zwracam nie jest na tyle egoistyczna, bym nie mógł zignorować wytycznych w razie odmówienia mi praw do posiadania życzliwych znajomych i utrzymywania z nimi kontaktu.

Mam nadzieję, że Twoje i Very życie w Aerii toczy się nieco spokojniej i żadne kłopoty na was nie spadają (co najwyżej Ty okazjonalnie w jakieś wpadasz nie ciągnąc za sobą naszej delikatnej skrzypaczki). Przekaż jej proszę wyrazy uznania, bo jej nazwisko usłyszałem nie raz podczas pobytu w Fargoth. Zawsze chciałem zapytać jak radzi sobie w sytuacjach, gdy ktoś poznaje ją na ulicy. Teraz tym bardziej mnie to frapuje - czy wielkim nietaktem byłoby gdybym zwrócił się do niej bezpośrednio w następnym liście? Pytam o Twoje odczucia, bo jeżeli chodzi o etykietę to ona surowo zabrania podobnych praktyk. Zastanawiam się jednak czy może Vera (tak jak Ty i Mimi) nie jest skłonna tych zasad obejść. Miałbym też dla niej pewną propozycję, nim zdobędzie rozgłos tak wielki, że nie będzie miała jak wcisnąć mnie do terminarza (i choć pozornie brzmi to niemiło - nie życzę jej tego). Bycie nieznanym obywatelem jest doprawdy wspaniałe, a choć ona już nie pamięta zapewne tego uczucia, może pamiętać je jeszcze mniej - bowiem jeżeli będziecie miały ochotę na bliższe spotkanie z arystokracją, zapraszam Was do siebie, do hrabstwa, gdzie podzieliłbym się Waszymi talentami z resztą ludności. Konkretniej, kiedy wszystko już osiądzie i będę mógł pozwolić sobie na więcej niż wyściubienie nosa z pokoju (czego w zasadzie nie chcę), pragnąłbym byście były częścią urządzonego przeze mnie Pierwszego Bankietu (w tutejszym slangu to tyle co przyjęcie pokazujące klasę, gust i możliwości finansowe nowego hrabiego (chyba rodzaj takiej inicjacji, błagam ratuj)). Myślę, że wiesz jak bardzo zależy mi na tej imprezie; tym bardziej przyda mi się wsparcie. Nieoficjalnie planuję zorganizować to w okolicy urodzin Mim - kiedy wszyscy się nasycą i pomyślą, że wiem co robię, urządzilibyśmy jej osobny bal. Byłybyście zainteresowane? Vera oczywiście dostałaby odpowiednie honorarium jako artystka, a Ty za wspaniałą herbatę i obecność na pewno coś sobie wynegocjujesz, obawiam się. Nie proś mnie tylko o kryształowy żyrandol z holu - jeżeli Ci go oddam to mnie wydziedziczą.

Z bieżących zaś rzeczy:
Pamiętasz naszą ostatnią wizytę w Nowej Aerii? Mimi miała na sobie nowe kolczyki (chyba coś na kształt białych Myosotis), a teraz nie może ich znaleźć i trochę rozpacza. Jestem prawie pewien, że zostawiła je u Very w domu albo w herbaciarni. Znalazłyście je może? Bardzo by się ucieszyła. Możecie od razu przekazać je posłańcowi, bo bezpieczniejsze to niż wysyłanie. I co do posłańca - pracuję nad dwoma nowymi barwnikami do włosów, a efekty tego możesz zobaczyć na jego głowie (nie bój się go tarmosić, jest do Twojej dyspozycji - ale nie zdziw się jeżeli poprosi o coś do picia na mój koszt, czyli za darmo, bo po znajomości). Powiedz czy któryś z kolorów Ci się podoba, a następnym razem przyślę Ci mały zapas. I tradycyjnie pozwolę sobie zgadnąć - Twoje obecne to czarny i amarant? Założyłem się z Mikaelem; on postawił na ,,nie obchodzi mnie to”, więc mam szansę wygrać.

Poza posłańcem przekazuję Ci komplet zaklętej papeterii - po zaklejeniu koperty wiadomość pojawi się na moim biurku. I tylko tam, więc uważaj na treść, żebyś potem nie musiała mi grozić. Ale gdybyś napisała do Mimi to jej przekażę. Jest tego mało, bo miało służyć do celów chyba bardziej politycznych, ale może nikt nie zauważy zniknięcia paru kartek. Jednakże, póki wiadomości nie są pilne możesz polegać na posłańcach - ten którego Ci wysłałem ma rodzinę w Aerii i mam zamiar odesłać go tutaj z powrotem (tak w ramach nadużywania władzy). Jest tu parę osób, z którymi chciałbym utrzymywać kontakt, więc będzie zbierał od Was wiadomości i wracał do hrabstwa.

Pozdrawiam Ciebie i Verę serdecznie i liczę na jakieś ciekawe wiadomości z życia herbaciarni. Masz może jakiś nowych klientów - dhampiry, elfy lub błogosławionych? Albo kogoś bardziej egzotycznego? Nie poproszę byś przetrzymała ich dla mnie, ale gdyby udało się Tobie dowiedzieć czegoś ciekawego będę wdzięczy za wszelkie informacje.

Vincent Eevellyn”


Do koperty cienkim sznureczkiem przywiązana zaś była nabazgrana pospiesznie karteczka:
”Poprosiłem listonosza o doręczenie listu. Problemy z siostrą. Zgłoszę się później, pozdrawiam, Posłaniec.
Claire uniosła brwi zdumiona, czytając notatkę.
- Jeżeli podpisał się po prostu “Posłaniec” to nawet nie wiemy o kogo pytać. Miejmy nadzieję, że faktycznie się zgłosi i nie będzie mieć żadnych kłopotów.
- Skoro ma problemy z siostrą, to nie sądzę, żeby Vinny musiał o tym wiedzieć. Nie jego sprawa - podsumowała krótko Florka. - Co do kolczyków, to zaraz… Chyba je gdzieś widziałam…
Mrucząc pod nosem podniosła się i skierowała na zaplecze, zostawiając Verę i Sherri same z listem. Skrzypaczka jeszcze raz przeleciała szybko wzrokiem treść, notując w głowie, że sama napisze odpowiedź, którą dołączy do listu Florki.
- Z miłą chęcią zagram na jego koncercie, choć szczerze mówiąc nie lubię podróżować - wyznała przemienionej. - Florka czasami wyciąga mnie w różne miejsca, ale najszczęśliwsza jestem w swojej chatce. A jak to jest z tobą? Dużo podróżujesz?
Obróciła również w dłoni zaklętą papeterię, zastanawiając się nad jej magicznymi właściwościami. Wyglądała jak każda inna papeteria, elegancka, lekko chropowata w dotyku, w ładnym odcieniu ecru. Podała ją rogatej.
- Ty znasz się na magii. Faktycznie jest zaklęta?

ODPOWIEDZ

Wróć do „Nowa Aeria”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość