Kto dogoni psa? kto dogoni psa?


Podczas Wielkiej Wojny Aeria została zrównana z ziemią, jedyne co po niej pozostało to sterta gruzów. Zanim Wielka Armia dotarła do miasta Król ewakuował ludność w góry, sam zaś zginą broniąc bram miasta. Po wojnie Aerczycy postanowili odbudować miasto, dziś na jego gruzach powstała Nowa Aeria - piękne, przyjazne, nowe miasto, niesplamione jeszcze żadną wojną.

Postprzez Know » Pt paź 26, 2018 11:11 pm

        Szczur jaki jest każdy widzi. Zwierzę rozmiarami niezbyt spore, choć w zależności od kanału, z którego wypełzło bywa mniej lub bardziej spasione. Pociągły pysk z parą zaokrąglonych uszu na szczycie. Dwa wystające przednie siekacze szerokie, długie i żółte, służące jednako za zęby, dłuta, łopaty i kilofy – i w zależności od potrzeb świetnie radzące sobie z przebiciem każdego możliwego materiału. Wyłupiaste oczy, które mogą nawet sprawiać wrażenie rozumnych. Zwykle bure, liniejące futro. Długie, żyłkowate wąsy, krótkie łapki i gruby, obleśny, łysy ogon. Co tu dużo gadać - pychotka. Zaraz po kotach oczywiście, bo koty były daleko bardziej smaczne – głównie dlatego, że zwykle nie jadają śmieci ani fekaliów. Nie zawsze jednak chce się za dosyć zwinnymi sierściuchami gdzieś po zaułkach uganiać. Dzisiaj mu się nie chciało. Dzisiaj doszedł do wniosku, że to jest ten moment, kiedy dla podtrzymania nawyku należy trochę popościć. Zwłaszcza, że był mnichem, do tego z własnego wyboru takim tylko żebrzącym i bezdomnym. A że szczur to jednak dość pośledni rodzaj „wołowiny”, więc na umartwienie nadawał się w sam raz. Miejski włóczęga zatem zamiast polować, po prostu idąc na swój posterunek obserwacyjny schylił się kilka razy po truchła padłych tu i ówdzie gryzoni.
        Zagryzając kanałowymi rezydentami swe nudne przedpołudnie Pankracy uważnie obserwował wschodnią bramę. Póki co nic ciekawego - to samo co zawsze szóstego dnia miesiąca dzika. Beczkowóz. Oddział straży. Zaprzęg pocztowy. Kilka wozów z klamotami. Handlarze płótna z Valladonu. Pielgrzymka tęczowych ekshibicjonistów uwielbiających chwalić się światu swoją ledwie znośną (żeby nie używać bardziej dosadnych słów) fizycznością, a pośrednio i jakby przy okazji swoją totalnie zwichniętą psychiką. I oczywiście tak ekstrawagancki, że niemożliwy do niezauważenia młody Antonio deKerekes, któremu już od tej ojcowskiej fortuny w rzyci się poprzewracało. Jego lektyka dosłownie waliła pomiędzy oczy blaskiem złotych (pozłacanych?) girland. Była tak przesadnie pyszna, że aż nieprzyzwoita, no i (nowość!) targana była już nie przez czterech, a tym razem ośmiu czarnoskórych niewolników – no ewidentnie młodzieniaszek zwariował. Jak mawiał Know: „Pod kopułą ciasno od bąbelków” - czyli, tłumacząc z filozoficznego na ludzki: sodówka uderzyła chłopu do głowy. Ale uliczny mędrzec niczego młodemu nowobogackiemu nie zazdrościł. Nie komentował. To nie jego sprawa - chociaż przez swą dociekliwą naturę dobrze wiedział, że przez legendarne już skąpstwo zgrzybiałego seniora rodu deKerekes te piękne girlandy nie są wcale ze złota tylko z tombaku, a napęd to żadni tam ekskluzywni czarni niewolnicy, tylko zwykłe białasy wynajęte gdzieś po okolicznych zaściankach za czapkę gruszek i dla większego „prestiżu” tylko wysmarowani pastą do butów.
        Rutyna tego miejsca nie była już dla Knowa ciekawa – znał ją na pamięć. On tu czekał na ekscesy. Jednak nie takie pokroju defilady zboczeńców albo szpanerskich popisów pyszałkowatego młodego szlachcica. Jego interesowało to, co mogło mieć jakiekolwiek poważniejsze znaczenie. Już mijało południe, ale ciągle nie doczekał się. Zapowiadał się kolejny dzień posuchy. Nagle zwierzołak zakrztusił się obgryzanym włochatym szczurem. Natychmiast z głośnym kaszlnięciem wypluł to co miał w ustach.
- Łajda…K! – kłapnął zębami, aż echo poniosło pomiędzy kamienicami trzask jego zamykającej się szczęki. Raz i drugi zawołał swojego małego podopiecznego, ale psiak nie zareagował. Najwyraźniej zbytnio zajęło go obszczekiwanie kramu z najróżniejszymi magicznymi wihajstrami turkoczącego się powoli, ale za to niezwykle głośno po nierównym bruku szerokiej ulicy w stolicy światowego handlu. Kundelek jak zaczarowany podążał za przeładowaną furą, tym samym coraz bardziej oddalając się od kryjówki swojego pana.
        Achterpick westchnął. Zakrzywionym szponem poskrobał się po głowie. Wszędobylskie pchły były jednymi z tych mieszkańców Nowej Aerii, których paskudny kloszard nie tylko nie odstraszał, ale wręcz do siebie przyciągał. Ewidentnie polubiły jego gęste, przepocone, wilkołacze futro, które zawsze skrzętnie poukrywane było pod grubymi paltami, przez co wagabundzie ciężko było nawet porządnie się podrapać, gdyby któraś za mocno ucięła go w garbaty grzbiet. Do szkutów na łepetynie jednak dostęp miał zdecydowanie łatwiejszy. Nie przejmował się jednak zbytnio nieproszonymi lokatorkami, a podrapał się również nie ze względu na nie. Po prostu w jego mniemaniu był to gest bardzo dobrze wspomagający zastanawianie się. Kudłaty mędrzec nie dorobił do tego jeszcze żadnej swojej filozofii, ale z całą pewnością była to tylko kwestia czasu. Każdy aspekt życia da się wszak opisać zwięzłą, acz pełną mądrości sentencją. Teraz jednak nie mógł zmitrężyć ani chwili na dywagacje. Musiał działać, i to szybko. Naciągnął przepastną czapkę z powrotem na czerep i zanim stracił z oczu swojego małego towarzysza wychynął z ciemnego zaułka.
        Przygięty do ziemi żebrak dłońmi niemal powłócząc po trotuarze ostrożnie podążył za swoim nieposłusznym zwierzątkiem w kierunku kolorowych jarmarków rozkładających się gdzieś w centrum miasta.
Avatar użytkownika
Know
Zbłąkana Dusza
 
Inne Postacie: Jeremy, Agelatus, Niphred, Dima, Rufus, Oswald,
Rasa: wilkołak
Aura: Hej, hej - podejdziesz tu!? Nie? A może chociaż spojrzysz? Znowu odmawiasz? W sumie nic dziwnego. Ta aura nie będzie Cię wołać, nie przykuje Twojego spojrzenia. Niewielkiej siły i jakby przykurzona siedzi sobie gdzieś z boku, w absolutnej ciszy, takiej która pochłania wszelkie inne odgłosy. Duszą się w niej i tłamszą aż znikają zupełnie i nie pozostaje po nich żaden wyraźny ślad. Na ich miejsce wypełza z ukrycia delikatna szafirowa mgiełka, snująca się ospale po cynowych uliczkach. Uważaj tylko żeby jej nie spłoszyć, bo wtedy czmychnie migusiem i zniknie gdzieś w barachitowym zaułku nim zdążysz poczuć jej obleśną lepkość. Prześlizgując się śladem uciekiniera między ulicznymi pododcieniami kobaltu, możesz natknąć się na twardsze fragmenty chropowatej jak stopy pastucha powierzchni woniejącej psią sierścią i mokrą ziemią, jakby litości dla biedaka nie mieli. Miejski szlak wyginać się będzie ostro od czasu do czasu, a Ty lepiej pilnuj swoich bucików, bo stępione kocie łby naraz zmienią się w brutalnie sterczące odłamy kamulców tylko czekających na kawałek obrobionej skórki. Jeżeli zaś będziesz mieć pecha i potkniesz się w czasie pogoni, nie zdziw się gdy w Twych ustach pojawi się słodkawa ciecz o pikantnym, dezorientującym posmaku. Lecz unieś wtedy głowę. Powykręcana sylwetka szarego wędrowca już wyciąga do Ciebie dłoń. Chwyć ją i stań na nogi, a potem odejdź w pokoju w swoją własną stronę.
Wygląd: Nigdy nie przybiera formy czysto człowieczej. Czasem w razie potrzeby korzysta z formy bestii, ale zwykle pozostaje w formie hybrydy. Jako taki na stałe nosi kilka cech typowo zwierzęcych i przy bliższych oględzinach można po nich poznać, że nie jest człowiekiem, ale kto by tam dokładnie przyglądał się bezdomnemu. Posiada całkiem atletyczną budowę sprintera: jest wysoki, szczupły ... (Więcej)

Postprzez Kuna » Śr lis 07, 2018 12:36 pm

Zimniasto.
Tak sądziła zakładając na swoją naramienną koszulkę przyduży stary płaszcz.
Niepraktycznie.
Uznała patrząc na zwisające rękawy i sięgający aż po łydki nadmiar materiału.
Nieźle!
Pochwaliła, kiedy udało jej się tępawym nożykiem odciąć co niepotrzebne.

        Widziała teraz swoje dłonie i kolana - zamachała, okręciła się jak dziewczę przed zwierciadełkiem i pogładziła pozbawiony większości guzików przód czarnego kubraczka. Całkiem nowego znaleziska. Ktokolwiek wyrzucił to cacko nie był podrzędnym zjadaczem chleba (nie w oczach Kuny przynajmniej), i okrycia wierzchniego pozbył się po lekkim tylko przetarciu mankietów i wywalczeniu sobie prawa do dziury w kieszeni. Nawet nie oddawał do krawca, nie poprosił żony by naprawiła, nie nakazał tego zrobić służce. Może jedna z nich kierowana praktyczną ręką rozsądku oderwała część cennych guzików. Może głupiec zdenerwował się wtedy, że to zachowanie niegodne jego domu, wyrwał płaszcz i wyrzucił gdzie mu było wygodnie - za okno.
       Tam właśnie znalazła go opalona czarodziejka; jeszcze wolnego od plam z nieczystości, ludzkich to, psich czy gołębich, niezjedzonego przez nadgorliwe robaki, nie znoszonego przez nikogo kto byłby brudniejszy od niej. Idealny prezent!
       Dla niej samej oczywiście. Traktowała go jako podarek za to, że jest i uznała, że chyba dobrze się ostatnimi czasy sprawowała.

       Poniekąd szkoda było używać na nim noża. Tak w sumie. Ale Kuna nie żałowała dorosłych tak jak dzieciaków - ubranka pasujące na tych pierwszych mogła zdewastować, by leżały jak ulane na drugich (w tym na niej samej).
Idyllicznie więc przemierzała uliczki, dumnie prostujący sylwetkę i pokazując zabieganemu światu jak to jej się dziś poszczęściło. A jak ładnie musiała wyglądać w czymś tak eleganckim! Och, pewnie nawet przypomina dojrzewającą dziewczynę, taką zdrową pannę na wydaniu. Jeszcze chwila i zaczną się do niej chłopcy zlatywać - jak ich wtedy odgoni?
       Krótki śmiech dobył się z jej gardła. Tak, to by było zabawne. Bardzo fortunny to dzień na zaloty był, swoją drogą. Zbielałe oko Prasmoka łypało tajemniczo znad kominów, wytrzeszczone; usadzone nisko jakby bestia przyczajona do skoku starała się skryć za okruchami budynków, niknąc w zbielałej szarości mgielnych chmur rozciągniętych po całym niebie. Zdawały się być tak blisko. Smok też.
       W atmosferze zimnego napięcia na pewno dobrze się spacerowało we dwoje. Aura skłaniała do przemyśleń i poważnych rozważań - uczciwego zacieśniania więzi. To dobrze robiło rozbrykanym, którym głównie motyle w głowie. Ci zaś, którzy poznawali się ze względu na interesy rodzinne i towarzystwie swatki starali wmówić sobie, że nawet się tolerują mogli w spokoju i z łatwością popadać w melancholię i szybciej poddać się przeznaczeniu.

       Dziewczyna minęła od rana kilka takich scenek rodzajowych. Przespacerowała się po dwóch dzielnicach, brukowanym ryneczku i placu, przeszła przez bardziej zadbany park - to tam miała stałe miejsca na darmowe przedstawienia - komedie, tragedie, tragikomedie, opowieści obyczajowe, a niekiedy i otarła się o fragment kryminału. Może nie umiała czytać, ale obeznana w sztukach była nieźle.
       A ulice tak jak i one bywały gładkie i wyboiste, niektóre krótkie, a inne ciągnęły się po miejski horyzont. Właśnie na takiej osobliwości się teraz znalazła. Kolorowa mimo pogody, rozkrzyczana i tłumna - oblepiona miejskim brudem, naleciałościami wielu lat używania, przeplatana lekkim górskim powietrzem, straganami i wózkami, zapachem żywych kurczaków, otwartych konfitur w dłoni mijanej kobiety, znoszonymi kożuchami, perfumami dobranymi chyba tylko pod kolor włosów i wystawionymi na pokaz dziełami promującymi metalurgię artystyczną.
       Od czasu do czasu coś Kunę popchnęło, ktoś ją potrącił, jakaś ptaszyna przedreptała tuż pod jej butem. Ładnym, beżowym. Miała jeszcze drugi, czarny, ale zciudrachany już porządnie i wypchany szmatami, bo za duży. Jak tylko będzie cieplej to go wywali i poszuka innego na następny zimowy sezon.
       Zanim jednak, to zedrze podeszwę na tej kupieckiej alei. Widziała nawet jej koniec - gdzieś, majaczący daleko w oddali. Aż dziw, że było na to miejsce.
       Ale komu za dużo miejsca, ten zaraz na kogoś wpadał.
       - Suń się! - huknął mężczyzna.
       - Sam się pan suń! - warknęła buńczucznie, gdy odszedł dość daleko, by mogła skarcić jego plecy spojrzeniem zmrużonych oczu. Mruknęła coś do siebie, wzruszyła ramionami i godnie popełzła dalej.

       Nic szczególnego nie przykuwało jej uwagi - bo ta wędrowała do prozaicznych towarów, modnych krojów ubrań (wszystkich więc podobnych do siebie, że nie ma zmiłuj, a żonę poznasz tylko po wymyślnym kapeluszu), słojów pełnych kuszących przetworów, pospolitych, niewyróżniających się twarzy żeńskich, męskich i nijakich. Trudno szukać tu było prawdziwych piękności, ale i szkarady chowały się w bocznych alejkach. Idealne wręcz miejsce dla Kuny.
       Jednak od czasu do czasu coś szło nie tak jak należy i drepczący tłumek przecięło coś nietypowego, odstającego od reszty i gryzącego po oczach. Tym czymś był tym razem chyba-elf. Wysoki. Wyprostowany. Choć wątły, jak to długouch. O poważnej, zamyślonej twarzyczce całodobowego uwodziciela obu płci. Czarnych włosach rzuconych na plecy. Odziany w ciężką zdobną szatę, pewnie obszytą złotymi nićmi czy czymś podobnym. Jej brzegi z wybitną dokładnością ścierały kurz z drogi i oblepiały się wszelkim paskudztwem.
       Chyba tego nie zauważał.
       Albo ignorował, bojąc się o swoją dumę.
       Nie, nie zauważał.
       Ten wniosek dopadł Kuniastą, gdy obserwując mężczyznę może z minutkę, trzy razy widziała jak kogoś potrącał jeśli na czas nie zszednięto (tak, właśnie tak) mu z drogi. I nie robił tego celowo, bo potem szczerze, choć nieuważnie przepraszał, nie zabierając nawet ofiarom sakiewek.
       A więc musiał być zamyślony, jak wcześniej ona.

       Zaintrygowana podreptała za nim. Wyglądało na to, że elf szuka czegoś w odległym tłumie, ślepnąc przy okazji na to co działo się bliżej niego - na wszystko i wszystkich. Wypatrywał jakiejś osoby? Towaru? Kuna mogłaby powiedzieć mu co gdzie jest. Może byłby na tyle miły, że by jej potem podziękował? Hmm… w najlepszym wypadku da jej jakiegoś miedziaka, w najgorszym opluje.
       Ciekawe którym jest typem. Nie wyglądał na źle wychowanego i bufoniastego, choć w jego buźce był jakiś rys arogancji.  

       Śledziła go aż do centrum, Głównego Rynku, gdzie obok sukiennic rozstawiali się i inni, którzy mieli coś do sprzedania i zdążyli zaklepać sobie miejsce.
       I tam jej gdzieś zniknął.
Avatar użytkownika
Kuna
Zbłąkana Dusza
 
Inne Postacie: Kana, Funtka, Mansun, Lucy, Daro, Maka, Noa, Kito, Nutria, Lotta,
Rasa: Czarodziejka
Aura: Słabiutka i delikatna aura lśni soczystym i wciąż młodym szmaragdem. Nie jest on jednak lity, zawiera w sobie delikatnie obsydianowe centra wokół których reszta połysku pływa i kotłuje się, zupełnie jakby dopiero następne lata miały poświatę ukształtować i zadecydować o jej ostatecznym wyglądzie. Jej psotne iskierki odbijają się jaskrawie w splotach srebra i cyny, podczas gdy w oddali słychać delikatne grzmoty i uderzenie kowalskiego młota. Mieszają się one ze sobą by zniknąć pod głęboką melodią, która zaniknie niewiele później. Wyczuwa się tu bardzo subtelny zapach potu, i chociaż wydaje się on być nieco mylącym, choć by się chciało nie można mu nawet przez chwilę zarzucić braku prawdziwości. Emanacja ma w sobie trochę całkiem twardych fragmentów pomieszanych z gładko chropowatą mozaiką. A giętka to ona jest niczym sama łasica, ucieka i zmyka spod palców, ledwo dając ci dokończyć jej oględziny, mało co nie kalecząc cię swoimi ostrymi krawędziami. Smak jej zdaje się być lekko suchym, o delikatnie pikantnym posmaku, który ubarwiony jest nikłymi nutkami słodyczy.
Wygląd: Jakby ktoś pytał mnie jak wyglądam odpowiedziałabym - zwyczajnie. Bo nie mam ani żadnych wyjątkowych mankamentów urody, ani żadnych pozytywnych cech, które by mnie wyróżniały, choć tak jak ja, wyglądam tylko ja - Kuna.

Nie rzucam się w oczy, bo nie jestem wyjątkowo niska, ani też zanadto wysoka (161 cm). Z budowy to raczej ze mnie smukła flądra i przypominam młodego ...
(Więcej)
Uwagi: Podług aury powinna być człowiekiem.

Postprzez Know » Pn lis 12, 2018 10:27 am

        Żebrak nerwowym, rozbieganym wzrokiem przepatrywał tłum, ale nigdzie mógł dostrzec swojego pupila. Mały szczeniak zniknął na rynku głównym Nowej Aerii w gęstwinie nóg, kopyt i kół.
- „Porwali go!” – Czarne wizje kolejnymi falami zalewały zgnębiony umysł. – „Będzie biedaczek okrutnie torturowany, aż IM wszystko wyszczeka.”
Podświadomie swoją umiejętność gadania ze zwierzętami przypisywał również ludziom. Nie wszystkim - tylko tym, którzy podobno go ścigali. Miał paranoiczną tendencję do podejrzewania ICH o biegłość we wszelkich możliwych umiejętnościach. Uważał swoich prześladowców za niezwykłe umysły, bo tylko takie mogły stworzyć spisek o zasięgu światowym, a wyłącznie swojej własnej nieprzeciętności i szczęściu zawdzięczał, że ciągle był jeszcze w stanie IM się wymykać. Dlatego nie mogąc dorwać Pankracego, schwytali jego jedynego przyjaciela - Łajdaka. Wszystko to, cały obraz nieszczęścia wydawał się coraz bardziej pewny, jasny i klarowny, a w głowie zmiennokształtnego powoli zaczynała rządzić rozpacz. Zdołał powstrzymać ją jednak na jakiś czas, bowiem pojawiła się iskierka nadziei.
        Kątem oka dostrzegł przechadzającą się dziewczynkę w wytartym, za dużym i raczej męskim płaszczu. Nosiła kilka imion, ale ostatnimi czasy wszystkim kazywała na siebie wołać Kuna. Dlaczego? To trudno powiedzieć, bo tego już nie wyjaśniała. Nawet wszechwiedzący Know akurat tego nie wiedział, ale jak na mędrca przystało miał swoje podejrzenia i niejako domyślał się powodów. Nazwała się Kuną, bo tak jak kuny lubiła ludziom buszować po piwnicach i srać po poddaszach. Nie sprawdzał jednak słuszności tej teorii. Była zbyt błaha, by ryzykować dla niej życie i na pewno nie warto było go narażać tylko dla upewnienia się gdzie dziewczynka załatwia swoje potrzeby fizjologiczne. Było proste uzasadnienie tego braku dążenia do zweryfikowania postawionej tezy: wilkołak jak każde zwierzę przygruntowe zwyczajnie bał się wysokości. Ale ponieważ nie chciał się przed nikim do swojej fobii przyznać, to zamiast zwyczajnego wytłumaczenia wymyślił jakieś takie podniosłe i filozoficzne, brzmiące bardziej racjonalnie: „Kto z dachu spadnie, temu pan bóg kule nosi.” - czy jakoś tak. Dlatego jego domem była ulica i kanały, a na dachy nie właził i już. W życiu trzeba mieć zasady.
        Z Kuną znali się już jak byli małolatami, choć oczywiście tylko z widzenia. Jak to zwykle bywa między chłopakiem i dziewczyną, on miał swoją bandę, a ona swoją. I mimo, że oboje w pacholęcym wieku patrzyli na świat i jego mieszkańców całkiem pozytywnie, to jakoś tak akurat ze sobą nawzajem nie zamienili nigdy więcej słów niż to było naprawdę niezbędne. A potem on wpierw dorastał, potem się starzał, a wreszcie zezgredział, a ona nie. Pomimo upływu lat pozostawała smarkulą. Starą smarkulą. Starą, pięćdziesięcioletnią smarkulą – bo przecież byli rówieśnikami.
        Nawet pomimo ekstrawaganckiego stroju nie wyróżniała się specjalnie z kolorowego tłumu, ale Achterpickowi wyraźnie rzuciła się w oczy. Jak każdy szanujący się i (przede wszystkim) boskie prawa mnich nie oceniał ludzi po zewnętrznych znamionach bogactwa, ale miał pewien cierpliwie wymedytowany dar świdrowania w głębi duszy i badania ludzkiej moralności, potencjału i wiedzy. Od razu widział czy dany osobnik faktycznie coś sobą reprezentuje, czy tylko stwarza pozory istoty myślącej, a dla zamaskowania słomy w butach dodaje sobie sztucznej wielkości poprzez przywdziewanie pysznych gronostajów, puszczanie sobie pod pachy perfumowanych pierdów z elfickich drogerii i unoszenie się świętym oburzeniem, gdy ktoś nie zdąży przed nim na czas zadąć w fanfary i rozwinąć czerwonego dywanu.
        Mała Kuna zainteresowała Knowa, bo jak nikt w pobliżu mogła mu w tym momencie pomóc. Umysłowo była całkiem sprytna i zaradna. Co prawda niezbyt poważne sprytna, ale jednak. Wiedziała kto wczoraj zaprawiał ogórki, kto dla zabawy pluje i chwyta, gdzie jest słonko kiedy śpi, czemu ryś tak zęby szczerzy rad, albo które przekupki na bazarze są na tyle zaangażowane w swoje swary i kłótnie (albo przynajmniej wystarczająco przejęte plotkowaniem), że można im ukradkiem na tyłach straganu wywrócić wiadro jabłek, potem niespostrzeżenie owoce pozbierać i udawać, że się je znalazło, a nie ukradło. Chodziło dokładnie o ten rodzaj sprytu – taki najbardziej gówniarski z możliwych. Owszem, sympatyczny, ale zupełnie nieużyteczny w dorosłym świecie. Może właśnie dlatego nie dojrzewała, tylko nadal była podlotką? Może. Cóż, oto kolejny temat dla kudłatego myśliciela do głębszego rozważenia. Poza tym była to powsinoga i gałganiara jak on. Koleżanka po fachu znaczy się, tylko że zdecydowanie bardziej beztroska. Bez pojęcia na czym ten świat stoi. Ślepa na te wszystkie znaki dziejące się wokół. Nieświadoma Spisku. Ignorantka!
- „Eh, nieważne.” – westchnął i machnął ręką. Mogła pomóc. Nie było na co czekać.
        Tak jak poprzednio wyskoczył z zaułka cicho i bezszelestnie jak kosmaty cień i z zachowaniem wszelkiej możliwej w tych warunkach ostrożności podbiegł od tyłu do małej czarodziejki. Bez zbędnych ceregieli złapał ją pod ramiona, uniósł bez większego wysiłku, wepchnął sobie pod pachę i pokracznym truchtem czmychnął z nią z powrotem w ciemne podwórze. Miał sprawę nie cierpiącą zwłoki, ale to jeszcze nie powód, żeby łamać zasady konspiracji i prowadzić rozmowę na otwartym terenie, gdzie każdy mógłby ich zobaczyć czy podsłuchać. Achterpick zdecydowanie przeceniał zainteresowanie zwykłych ludzi nie-swoimi sprawami i ich gotowość do udzielania bezinteresownej pomocy obcym. Ktoś bez paranoi łatwo mógł przewidzieć, że nikt nawet nie zwrócił na dwójkę włóczęgów uwagi, a reakcja osób postronnych na problem kidnapingu dziecięcego była zupełnie żadna.
        Postawił ją na trotuarze najdelikatniej jak potrafił. Przepraszać nie było za co, a na powitania szkoda było tracić czasu, dlatego od razu przeszedł do rzeczy.
- Spostrze..K! twój wzro..K! gdzie pobie...K! Łajda...K! ? – zaszczekał na nią kłapiąc potężnymi zębiskami jak turoń na ludowym widowisku obrzędowym. Nie patrzył wcale na małą, tylko rozglądał się nerwowo wokół w poszukiwaniu zagrożeń i podsłuchów. Drżał na całym ciele spanikowany jak zwykle. To nie było nic nowego, ale fakt, że teraz dodatkowo martwił się o swojego przyjaciela to jeszcze spotęgowało neurotyczne dygotanie.
        Dziewczyna milczała wybałuszając na niego wielkie oczy. Obraziła się za obcesowość, z jaką została potraktowana? A może nie rozpoznała znajomego? Nie wszyscy przecież tak jak wilkołaki widzą w ciemnościach. Ale nie ma problemu. Wszy, które na pewno przeskoczyły już od Pankracego do jej własnej roztrzepanej fryzury, zaraz zapewne zawędrują w okolice uszu i poszepną jej z kim ma do czynienia. Może nawet zrobią to jeszcze zanim dotkliwie ją pogryzą.
A może po prostu nie zrozumiała, co powiedział? Gadał co prawda dziwnie, ale chyba komunikatywnie. Ciężko przecież się ładnie i wyraźnie wysławiać w ludzkiej mowie, jak się ma paszczę pełną za długich kłów, a mięśnie szczęki silniejsze niż aligator i każdym ich drgnięciem można by bez większego wysiłku kruszyć kości.
- Łajda..K! – powtórzył. - Mój psia..K! – dał jej chwilę na reakcję, ale wcale niedługą. - On przybie..K! tu na tar..K! i zni..K! – zaskowytał wreszcie rozpaczliwie.
Avatar użytkownika
Know
Zbłąkana Dusza
 
Inne Postacie: Jeremy, Agelatus, Niphred, Dima, Rufus, Oswald,
Rasa: wilkołak
Aura: Hej, hej - podejdziesz tu!? Nie? A może chociaż spojrzysz? Znowu odmawiasz? W sumie nic dziwnego. Ta aura nie będzie Cię wołać, nie przykuje Twojego spojrzenia. Niewielkiej siły i jakby przykurzona siedzi sobie gdzieś z boku, w absolutnej ciszy, takiej która pochłania wszelkie inne odgłosy. Duszą się w niej i tłamszą aż znikają zupełnie i nie pozostaje po nich żaden wyraźny ślad. Na ich miejsce wypełza z ukrycia delikatna szafirowa mgiełka, snująca się ospale po cynowych uliczkach. Uważaj tylko żeby jej nie spłoszyć, bo wtedy czmychnie migusiem i zniknie gdzieś w barachitowym zaułku nim zdążysz poczuć jej obleśną lepkość. Prześlizgując się śladem uciekiniera między ulicznymi pododcieniami kobaltu, możesz natknąć się na twardsze fragmenty chropowatej jak stopy pastucha powierzchni woniejącej psią sierścią i mokrą ziemią, jakby litości dla biedaka nie mieli. Miejski szlak wyginać się będzie ostro od czasu do czasu, a Ty lepiej pilnuj swoich bucików, bo stępione kocie łby naraz zmienią się w brutalnie sterczące odłamy kamulców tylko czekających na kawałek obrobionej skórki. Jeżeli zaś będziesz mieć pecha i potkniesz się w czasie pogoni, nie zdziw się gdy w Twych ustach pojawi się słodkawa ciecz o pikantnym, dezorientującym posmaku. Lecz unieś wtedy głowę. Powykręcana sylwetka szarego wędrowca już wyciąga do Ciebie dłoń. Chwyć ją i stań na nogi, a potem odejdź w pokoju w swoją własną stronę.
Wygląd: Nigdy nie przybiera formy czysto człowieczej. Czasem w razie potrzeby korzysta z formy bestii, ale zwykle pozostaje w formie hybrydy. Jako taki na stałe nosi kilka cech typowo zwierzęcych i przy bliższych oględzinach można po nich poznać, że nie jest człowiekiem, ale kto by tam dokładnie przyglądał się bezdomnemu. Posiada całkiem atletyczną budowę sprintera: jest wysoki, szczupły ... (Więcej)


Powrót do Nowa Aeria

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

cron