Poszukiwania artefaktu


Tajemnicze strzelające w niebo białe obeliski otaczają portal w którym za pomocą zaklęć i tajemnych mocy można przenieść się w przeszłość... i przyszłość.

Postprzez Gardenia » Cz cze 02, 2011 8:53 pm

Maie otwarła oczy. Okolica wydawała się znajoma. Przeorany chmurami błękit nieba i piach po horyzont. Podniosła się i otrzepała ubranie i włosy z jasnych ziarenek. Powiodła wzrokiem dookoła. Panowała tu przenikliwa cisza i bezruch, właściwe wszystkim ogromnym, pustym przestrzeniom. Oprócz miarowo przesypującego się piasku nie było tu nic, co przykuwałoby uwagę. Wiatr wędrujący znad wydm niósł ze sobą woń spalonej, wyschniętej ziemi. Spojrzała w górę, na słońce. Świeciło coraz jaśniej i jaśniej, zalewając pustynię potokiem światła. Zmrużyła oczy, założyła ręce za plecami i chrząknęła znacząco.
- Kimkolwiek jesteś, rozprosz iluzję i wypuść mnie stąd. Nie lubię być więziona.
- Masz dobre oko.
Gardenia pozwoliła sobie na krotki uśmiech. – Trochę się znam na wykrywaniu mirażu. Pewien demon zamęcza mnie swoimi wysublimowanymi iluzjami za każdym razem, kiedy go odwiedzam. Bez urazy, ale jego wytwory są lepsze.
Przed nią zafalował ciemny, prześwitujący cień o humanoidalnym kształcie.
- Przyznaję, zaklęcie układałem naprędce i nie zadbałem o wszystkie detale. – Głos nieznajomego był spokojny, lecz z pewnością nie przyjazny. Ton wskazywał na starszą osobę. Spróbowała określić rasę rozmówcy na podstawie kształtu jego awataru, lecz był on za bardzo rozmyty.
– To niebezpieczne spać samej na środku pustyni.
– Tak samo jak wchodzenie do czyjejś głowy bez zaproszenia.
- Możliwe. Potrzebowałem jednak umieścić cię tutaj, by móc zamienić kilka słów bez ingerencji twojego nieumarłego pana.
Magini wolno nabrała powietrza.
- Licz nie jest moim panem.
- Jeśli chcesz w to wierzyć. W tej chwili nie ma to żadnego znaczenia. – Niespodziewanie głos nieznajomego nabrał większej stanowczości. Był to dla niej jasny sygnał, że pora opuścić to miejsce. Jak najszybciej. Za pomocą zmysłu magicznego zaczęła badać strukturę "iluzorycznej pustyni", szukając jakiegokolwiek punktu zaczepienia.
- A teraz, sługo Licza, jeśli chcesz jeszcze kiedykolwiek oglądać świat na zewnątrz, pokażesz mi artefakt, który ze sobą nosisz.
Pokręciła głową.
– Nie pokażę ci niczego, dopóki mnie nie wypuścisz.
- Nie zrobię tego. Jeszcze nie. Dzięki utrzymywaniu cię w zaklęciu pustki mogę dokonać niezbędnych oględzin artefaktu bez uciekania się do przemocy, której nie pochwalam. Pokaż mi swój artefakt a obiecuję, że nikomu nie stanie się krzywda.
- Kłamiesz równie kiepsko, jak tworzysz iluzje, starcze.
Jej nogi, jakby ciągnięte niewidzialną siłą, zaczęły szybko pogrążać się w piasku. Gardenia zacisnęła zęby. Siłą woli starała się powstrzymać swój umysł przed uleganiem magicznej sugestii. Niestety, opóźniło to opadanie tylko nieznacznie. Nerwowo zaczęła rozglądać się za jakimkolwiek luźniejszym elementem iluzorycznego tworu. Nic. Wszystkie nici mocy, które udało jej się dostrzec w otoczeniu, były dokładnie ze sobą splecione i połączone.  
W końcu piach zaczął jej sięgać do pasa.
– W porządku. Zatrzymaj to.
- Dobrze. Tylko nie próbuj mnie oszukać.
Znajdowała się w iluzji, więc mogła tu umieścić każdy obraz, jaki tylko sobie wymyśliła. Wyciągnęła w stronę cienistej postaci otwartą dłoń. Przywołała z pamięci najdokładniej jak potrafiła kształt, ciężar i fakturę, kolor oraz zapach. Wkrótce na jej dłoni zmaterializowała się niemal doskonała kopia „Szczęk Margaora”.
Humanoidalny cień zbliżył się do na wpół zakopanej maie i popatrzył na przedmiot.
- Kpisz ze mnie?!
Silne szarpniecie ściągnęło ją w dół, szybko przykrywając grubą warstwą piachu. Otoczyła ją ciemność. Z początku starała się uwolnić nogi z silnego uścisku. Widząc, że nie przynosi to efektu, rozluźniła się i skupiła wyłącznie na powstrzymywaniu ziaren piasku przed dostaniem się do nosa. Świadomość, że jest istotą energetyczną, która nie potrzebuje tlenu, niewiele tu pomagała. Jej organizm zaczynał się dusić. Mimowolnie otwarła oczy i od razu tego pożałowała. Skoncentrowała uwagę, by wykonać jeszcze jedno badanie struktury iluzji. Miała nadzieję, że pod powierzchnią głównego obrazu pustyni energetyczne nici złączono z mniejszą starannością i dokładnością. Tak też było. Zauważyła niewielkie, pojedyncze włókno wystające poza główny węzeł, zapewne na skutek wykonywania czaru w dużym pośpiechu. Nie zastanawiając się długo Gardenia sięgnęła w jego stronę. W tym momencie był to jej jedyny łącznik z realnym światem, jak również twórcą iluzji.
Po nitce do kłębka, ognisty impuls pomknął po energetycznym śladzie. Jego wytyczne były proste – podpal wszystko, co napotkasz na końcu drogi. Nie bez pewnej satysfakcji maie odczuła, jak zacisk na jej nogach słabnie i zanika.
Jednakowoż, kiedy wygrzebała się na powierzchnię, cienista postać wciąż tam stała.
- Oh, na litość Stwórcy, nie mam na to czasu. – wymamrotała poirytowana i splunęła piaskiem, który wypełniał jej całe usta – Jeśli chcesz mój artefakt, iluzjonisto, będziesz musiał pofatygować się po niego osobiście.
- Możesz być pewna, że niedługo cię odnajdę, sługo Licza – w słowach nieznajomego nie było już ani spokoju, ani stanowczości. Tylko gniew. - I bynajmniej nie po ten nasiąknięty plugawą magią śmieć.
Otoczenie zafalowało. Wiedziała, że jest to znak, iż następuje rozproszenie iluzji. Maie stała w miejscu, spokojnie czekając na zakończenie działania czaru pustki. Jednocześnie miała przeczucie, że umyka jej właśnie coś bardzo ważnego. Jeśli nieznajomy nie szukał kościanego naszyjnika…
- To czego?
Kilka sekund przed tym, jak fikcyjny obraz zupełnie zniknął jej z widoku, rzuciła w kierunku cienistej postaci wszystkie niemagiczne przedmioty, które nosiła przy sobie w sakwie.
Postać drgnęła.

*        *        *


Minęło wiele nocy, podczas których Gardenia nie odkryła żadnej kolejnej próby wtargnięcia do jej umysłu. Wyglądało na to, że mag-iluzjonista albo zrezygnował, albo jej zaklęcie zapalające miało większa moc niszczącą niż to zakładała przy tworzeniu zaklęcia.
Zmieniała się. Z każdym dniem energia emanująca z kościanego naszyjnika coraz lepiej rezonowała z jej własną. Stawała się silniejsza, ale nie tylko to. Jej aura również nabierała nowego kształtu. Nie potrafiła na ten moment określić co się stanie, gdy proces dobiegnie końca. Jednakowoż teraz był to najmniejszy z jej problemów.
Poszukiwania drugiej części Talizmanu Kolorów utknęły w martwym punkcie. Sprawdziła większość terenu, na którym położone były skupiska osad jeszcze przed powstaniem pustyni. Nie udało jej się wykryć żadnego śladu magicznej emanacji, który pasowałby do tego, wytwarzanego przez artefakt. Jedyne drobne sygnały, jakie zdołała wychwycić, należały do zamieszkujących te tereny egzotycznych bestii i niewielkiej kupieckiej karawany.  
Teraz siedziała oparta o jeden z monumentalnych, białych obelisków, oglądając swoją mapę z każdej strony i zastanawiając się nad dalszymi krokami. Odchyliła głowę do tyłu i spojrzała na strzelający w niebo głaz. Jego koniec trudno było dostrzec. Piaski Czasu były tajemniczym i zagadkowym miejscem. Podobno zdolny mag znający odpowiednią formułę mógłby za pomocą tego portalu podróżować tak w przeszłość, jak i w przyszłość. Ile było w tym prawdy, a ile romantycznej legendy, w tej chwili mało ją to obchodziło. Krąg z obelisków był dla niej po prostu jednym z dwóch głównych punktów orientacyjnych zaznaczonych na mapie pustyni. Pierwszy, który odwiedziła, Zatopione Miasto, okazał się fałszywym tropem. Być może w tym miejscu będzie mieć więcej szczęścia. Być może…
Odrzuciła mapę i zwiesiła głowę. Powoli zaczynało ogarniać ją zobojętnienie. Była już tym wszystkim zmęczona. Po upływie pierwszego tygodnia przestała liczyć dni, jakie upłynęły od rozpoczęcia poszukiwań. Myślała tylko, jakim kawałkiem piaszczystego terenu zająć się w następnej kolejności. Niestety, liczba potencjalnych miejsc ukrycia artefaktu malała w oczach. Co zrobi, kiedy się skończą?
- Zacznę od początku.
Wyciągnęła z sakwy zakupioną od wędrownych kupców butelkę z nalewką domowej roboty. Sięgnęła po kruka i za pomocą jego dzioba podważyła korek. Nad wydmami nieubłaganie zapadał zmrok. Nie było już sensu zaczynać jakiegokolwiek badania terenu, a tym bardziej schodzić pod jego powierzchnię. Czując za plecami chłód kamienia powąchała wypełniający butelkę płyn, pociągnęła solidnego łyka, i kolejnego.
Zawartość okazała się niezwykle ciekawa.

*                *                *


Coś zaszeleściło za jej plecami. Odwróciła się zaniepokojona. Nie, tym razem nikt się nie skradał, to tylko kruk rozgrzebywał piasek dookoła. Z ulgą powitała widok ożywieńca. Czuła się zbyt pijana, żeby zawiązać skuteczne zaklęcie. Zaśmiała się krótko i oparła z powrotem o monolit. Przymknęła powieki.
Ciemność i cisza.
*        *        *


Zerwała się, drżąc z zimna, choć noc była ciepła i spokojna. Ogarnęło ją poczucie, jakby ktoś właśnie przeszedł po jej grobie. Zastanawiała się, czy ten ktoś to Licz Megdar.
Wstała z ziemi. Wzięła głęboki oddech i przetarła spoconą twarz. Nie, ze strony nekromanty raczej nie musiała się niczego obawiać. Przynajmniej do czasu, gdy dostarczy mu drugą część talizmanu. Ta myśl nie poprawiła jej jednak samopoczucia. Coś wisiało w powietrzu, była tego pewna…
Kolejny hałas za plecami. Odwrócił się na pięcie i zamarła w miejscu. Ktoś stał na przeciwległej krawędzi utworzonego z monolitów kręgu. Głośno przełknęła ślinę. Od jak dawna ją obserwował?
- Ogień.
Błyskawicznie otoczyła maginię szczelna, pulsująca płomieniami bariera, rozjaśniając ziemię wokół niej pierścieniem światła. Powoli skierowała swoje kroki w stronę postaci. Zanim jednak zdążyła przekroczyć granicę portalu, zobaczyła wyciągniętą w swoją stronę dłoń. Gest nakazywał zatrzymanie się. Strzeliste, białe monolity, dotąd martwe i nieruchome, teraz, jeden po drugim, zaczynały emanować mocą. W samym centrum pojawiły się skomplikowane wzory, które rozbłysły intensywnym blaskiem i zaczęły wirować z wibrującym hukiem wokół całego kręgu. Powstające przy tym drgania terenu rozchodziły się we wszystkich kierunkach z postępującą siłą. Nie czekając na dalszy rozwój wypadków Gardenia zaczęła okrążać skupisko energii, by dotrzeć do osoby, która, jak podejrzewała, była za to odpowiedzialna. Im bliżej podchodziła, tym struktura obcej aury stawała się coraz wyraźniejsza.
Kiedy poruszające się jednostajnym ruchem, jaśniejące symbole zaczęły układać się w nowy obraz, zaprzestała pościgu. Przytrzymała kruka, który zupełnie nie bacząc na panujące wewnątrz portalu wysokie zagęszczenie mocy, wyrwał się do przodu. Nic dziwnego. Nad utworzonym z białych monolitów kręgiem unosiła się druga połówka Talizmanu Kolorów. Dokładniej zaś jego powiększona, prześwitująca projekcja. Maie schowała miotającego się na boki ożywieńca za połę kurtki i przyjrzała się uważniej obrazom, które zaczęły się przed nią pojawiać.

Wyglądało to jak ceremonialny pochód, może dziesięcioosobowa grupa podobnie ubranych kobiet i mężczyzn. Wyruszyli spod Piasków Czasu i oddalali się w głąb pustyni. Ich przewodnik, którego twarz skryta była pod ciemnozieloną peleryna, niósł przed sobą poszukiwany przez Gardenię artefakt. Wytężyła wzrok, by jak najdokładniej prześledzić przebytą przez nich trasę. Było to o tyle trudne, że obrazy pokazywały zdarzenia z odległej przeszłości, kiedy tereny przy portalu wyglądały zupełnie inaczej. Skały, wśród których wędrowali, z daleka niewielkie, z bliska okazały się potężnymi blokami. Przez kilka kolejnych minut błądzili w labiryncie kamiennych korytarzy, by dotrzeć w końcu do ciemnego otworu w skale. Uczestnicy pochodu zatrzymali się a odziany w zieleń przewodnik postąpił kilka kroków do przodu. Odwrócił się. Dość długo rozmawiał ze stojącą na przodzie grupy kobietą. Wygląda jakby się żegnali. W końcu powiernik artefaktu zniknął w mroku jaskini, cały obraz zaczął blednąć a zgromadzona we wnętrzu kręgu moc rozproszyła się.

Powoli budziła się ze stanu odrętwienia, jej myśli powracały do teraźniejszości.
- Wiem… wiem gdzie to jest.
Ze zdziwieniem zauważyła, że klęczy na piasku. Głęboką ciszę jaka zapanowała wokół zaczął przerywać jej spokojny, niepewny oddech. Niedługo potem dołączyło do niego głośne krakanie. Zabawne, pomyślała, to chyba pierwszy raz kiedy słyszała, by ożywieniec wydał z siebie jakiekolwiek dźwięk. Odwróciła głowę. Czarny ptak zataczał koła nad miejscem gdzie, jak jej się zdawało, ktoś stał tuż przed aktywacją portalu.

*        *        *
Cenzurze fabularnej mówimy Nie.
Gardenia
Zsyłający Sny
 
Rasa:
Aura: Potężna, barachitowa aura o turmalinowej poświacie. Wokół niej słychać trzask ognia i grzmoty. Wydziela zapach miodu i kwiatów. W dotyku jest giętka, twarda i ostra a w smaku łagodna i gorzka.
Wygląd:

Postprzez Gardenia » Śr lip 06, 2011 2:36 pm

Dotarłszy po raz wtóry w okolice ziejącego czernią otworu w skale rzuciła się na piasek, odwróciła na plecy, rozłożyła ręce na boki i wbiła wzrok w niebo. Po granatowej, rozgwieżdżonej sferze rozpiętej nad Pustynią Nanher leniwie sunął pękaty półksiężyc. Obraz ciszy i spokoju.
Tymczasem tam na dole, leżała kobieta targana emocją dokładnie przeciwną: roztrzęsiona, ponura i zła. Odwróciła głowę, daremnie wypatrując jakiegokolwiek śladu emanacji Talizmanu, a potem znów odszukała wzrokiem księżyc. Prawda była bolesna jak sierpowy minotaura. Na tym terenie nie było kropli magii. Czysto. Pusto. Sterylnie. A przecież widziała na własne oczy, jak zeszłej nocy człowiek w zielonej szacie wnosił połówkę artefaktu właśnie tutaj. Obrazy, które ukazały się w portalu… Więc co właściwie widziała? Scenę z przeszłości? Miraż? Wzmocnione kiepskim alkoholem i nadzieją halucynacje?
- Koniec z przypadkowymi trunkami – wychrypiała na głos. - Od dziś ogłaszam nowy porządek. Koniec z przypadkowymi trunkami i koniec z eksperymentami.
Mówiła to całkiem poważnie, ale, jak mawiała jej ekscentryczna mentorka, oszukujemy siebie tak często, że gdyby dawali nam za to miedziaka, stać by nas było na zamek w każdym mieście Alaranii. Kilka sekund później zapadła decyzja.
- Stef, zbieramy się. – Klasnęła w dłonie.  
Usłyszała powolne odgłosy szurania ptasich szponów o kamień, których rytm uległ znacznemu przyśpieszeniu. Przewróciła się na bok. Przez zmrużone powieki zobaczyła, jak kruk w podskokach oddala się w głąb jaskini.
- Hej?!
Odpowiedziało jej coraz cichsze szuranie niewielkich odnóży o ziemię.
- Tam nic nie ma. Waruj! Chole…!
Spróbowała dosięgnąć go zaklęciem, ale już zdążył zniknąć jej z widoku.
- Zły kruk!

*        *        *

       Wywołany naprędce płomień oświetlił wnętrze. W jaskini było zimno, nawet bardzo zimno. Skierowała się do jednego z odchodzących z niej korytarzy. Po pewnym czasie droga skończyła się. W chybotliwym światłe ognia dostrzegła, że znajduje się w niewielkiej grocie, której podłogę wyściela piasek. Ukryty w mroku kruk zaszeleścił skrzydłami zdradzając swoją obecność. Gardenia zwiększyła natężenie światła i zawiesiła je na jednej ze ścian. Jak się okazało, ptak stał przy największej, zamykającej drugi koniec komory ścianie. Jego pokryte bielmem ślepka miotały się nerwowo, zupełnie jakby ptak próbował spoglądać we wszystkich kierunkach na raz.
- Ślepy zaułek – westchnęła krótko i prychnęła śmiechem. Zdążyła przywyknąć, że ożywieniec zachowywał się nieprzewidywalnie. Nigdy jednak nie oddalał się od niej na taką odległość bez ważnego powodu. Co go tu przygnało?
       Przesunęła ręką po chropowatej powierzchni ściany, obejrzała dokładnie wszystkie rysy i wypukłości, sprawdziła kąty, ubytki i odpryski. Nic. Pozostało sprawdzenie, co leży po drugiej stronie. W pewnej chwili magini wyprostowała się i splotła ręce na karku. Od dobrych kilku minut jakaś natarczywa myśl próbowała się przebić do jej świadomości. Do tej pory czekała cierpliwie, aż właścicielka aparatu analizującego poradzi sobie z kolejną falą frustracji. Teraz jednak, widząc dla siebie szansę, przepuściła frontalny atak i zagarnęła dla siebie całą uwagę.  


       Powiernik połówki Talizmanu odwrócił się i zniknął wewnątrz jaskini. Dokładnie tej, w której teraz stała. Zanim jednak do tego doszło, rozmawiał o czymś ze stojącą na przedzie pochodu kobietą. Prawdopodobnie była dla niego kimś ważnym. Maie miała dziwne wrażenie, że to zdarzenie pokazane jej było z jakiegoś powodu. Niestety język w jakim się porozumiewali był kompletnie niezrozumiały, niepodobny do żadnego z powszechnie używanych dialektów. Co jeszcze? Kobieta w todze była człowiekiem, w średnim wieku, śniada, z twarzy podobna zupełnie do nikogo. Czego powinna tu szukać?…
- Ach, wciórności!
Natrętna myśl, lotem półkolistym, wróciła do swojego miejsca w szeregu. Gardenia złożyła w kącie swoje rzeczy i cmoknęła na kruka. Wskoczył na jej wysunięte przedramię i łypnął pytająco. Pogłaskała go.
- Zaraz po nie wrócę. Pilnuj.

*        *        *

Podeszła do ściany i przeszła przez nią jak przez masło. Przez chwilę doświadczała znajomego uczucia stapiania się z materią w jedność. Cząstki jej energii łatwo i sprawnie przeniknęły przez twardą opokę skalną. Rozejrzała się wokół, ale poza wypełniającym przestrzeń kamieniem nie dostrzegła niczego. Mijały kolejne minuty wędrówki, które równie dobrze mogłyby być godzinami, czy tygodniami. Pierwsze ukłucie, którego doświadczyła, było tak nieznaczne, że ledwo zwróciła na nie uwagę. Niedługo potem poczuła, jak coś utrudnia jej ruchy. Spojrzała w dół. Jej nogi i ręce oplecione dość grubą warstwą jarzących się nici. Śliskich, miękkich i lekkich niczym włókna jedwabiu. Z każdą sekundą zaciskały się coraz szczelniej, wywołując w tym miejscu przenikliwy ból i mrowienie.
- …?!
Szybkie zaklęcie podnoszące temperaturę przerwało węzły. Zwęglone nici zaskwierczały, skręciły się jak podpalone włosy i cofnęły. Niewiele się zastanawiając pognała za szybko niknącym śladem. Zanim opuściła skalną ścianę jeszcze kilka razy musiała się uwalniać z otaczających ją nici, a za każdym razem były one coraz grubsze i odporniejsze na płomienie. Zupełnie jakby jej przeciwnik sprawdzał jej możliwości.
Sadząc po echu grota, w której wyszła, była rozleglejsza niż poprzednie pomieszczenie. Po krótkiej chwili gdzieś w głębi dostrzegła źródło światła. Nie pochodziło ono ani z pochodni, ani lamp. Z początku słabe i przygasające, wkrótce spotężniało na tyle, by wydobyć z mroku całe wnętrze. Poczuła, że po kręgosłupie prześlizgują jej się lodowate macki strachu. Cofnęła się o dwa kroki. Całą grotę, od sufitu, poprzez ściany aż po kamienną podłogę, wypełniały skrzące się energią nici, przypominające pajęczą sieć. Pajęczyny różnych rozmiarów, kształtów i stopni złożoności, od prostych włókien rozpostartych między ścianami, po złożone konstrukcje linowe, przypominające kokony. W ich wnętrzu zaś…
Odwróciła spojrzenie. Niestety, ziemia w tym miejscu również wyścielona była wysuszonymi, wyssanymi zwłokami.
- Co tu się dzieje?
Szarpnęła się do tyłu, wpadając na zmumifikowaną kobietę. Otwarte do niemego krzyku usta przykryte były migoczącą wiązką pajęczyny. Gardenia na drżących kolanach zaczęła w pośpiechu wycofywać się, powtarzając w myślach:
- Stwórco, Stwórco, Stwórco…
Jej spojrzenie powędrowało na przeciwległy koniec groty. Centrum jasności znajdowało się w czymś, co wyglądało na gniazdo, zbudowane z włókien grubszych niż najgrubsze żeglarskie liny. Otaczało ono mały, niepozorny przedmiot, wyglądający co najmniej znajomo.
- Talizman!
W tym samym momencie jedno z zawieszonych w pajęczynie ciał podniosło się i wyprostowało. Blask artefaktu padł na postać odzianą w długą, bladozieloną togę. Mimo wyraźnego oświetlenia ledwo rozpoznała w nim mężczyznę z wizji. Wyglądem bardziej przypominał którąś ze swoich ofiar niż człowieka. Oczy miał głęboko zapadnięte, otoczone plątaniną ciemnobrunatnych narzynek, spojrzenie nieruchome i ciężkie jak u marmurowego posągu. I w równym stopniu żywe. Od razu zrozumiała, dlaczego nie mogła wcześniej zlokalizować promieniowania z artefaktu. Kokon, który otaczał Talizman, pochłaniał całą wydzielaną przez niego energię. Przepływała ona, poprzez budujące osłonę włókna, bezpośrednio do człowieka w todze. Jego aura wręcz huczała potężną magią nieznanej jej dziedziny. Postąpił krok do przodu, zasłaniając sobą artefakt.
- Muszę się tam dostać. – Wyciągnęła rękę, kierując czar ognia w stronę stojącego na drodze maga. Nie dość szybko. W ułamku sekundy w polu widzenia pojawiło się pół tuzina oślepiająco białych smug i pomknęło w jej kierunku. Zerwała się z miejsca i wzbiła w powietrze. Jarzące się mocą nici trafiły w miejsce gdzie wcześniej stała i natychmiast zajęły się pomarańczowym płomieniem. Zanim zdążyła choćby pomyśleć o następnym zaklęciu, przed oczami mignęły jej kolejne, liczniejsze świetliste wiązki. Spłonęły. Kolejne nici napływały z każdej strony zmuszając maginię do wejścia na wyżyny swojej zręczności i umiejętności uniku. Czas jaki jej pozostawał na zawiązanie, czy choćby wycelowanie czaru, kurczył się niepokojąco szybko. Wkrótce stało się dla niej jasne, że przy tym tempie ataku może korzystać wyłącznie z krótkich i bezpośrednich zaklęć. Błyskawicznie generowana przez maga pajęczyna zdążyłaby ją oplątać przy jakiejkolwiek próbie dłuższej inkantacji.
Gardenia uwijała się jak w ukropie, wykonując w powietrzu karkołomne zwody i czekając na odpowiedni moment do wyprowadzenia bardziej ryzykownego posunięcia. Widząc, że taki nie nadejdzie zatrzymała się i skierowała płomień na siebie. Dziesiątki rozjarzonych wiązek momentalnie oplotło jej barierę, nakładając się na siebie, warstwa po warstwie. Płonąca osłona, mocno drenowana z każdej strony, zaczęła blednąć i gasnąć. Mimo to wytrzymała dostatecznie długo, by maie udało się otworzyć portal. Bezpośrednie starcie z magiem nie mogło się powieść. Przeciwnik był od niej szybszy i silniejszy. Decyzja na skok teleportacyjny w okolice artefaktu była ryzykowna, wymagała poświecenia połowy jej zapasów mocy, ale konieczna. Z drugiej strony, gdy tylko uda jej się położyć rękę na artefakcie, nie będzie to miało większego znaczenia.
Weszła w przejście.
Coś błysnęło i w powietrzu rozszedł się odgłos przypominający rozdzieranie materiału. Świat zawirował. Uderzenie w sufit wytłoczyło całe powietrze z płuc. Chwilę potem podłoga wybiegła jej na spotkanie.

„Nie oszukuj… magu…”

*        *        *
Z dość przyjemniej drzemki wyrwało ją uczucie kłucia i pieczenia na całym ciele. Z początku zdawało jej się, że ktoś powbijał w nią setki małych, rozpalonych igieł. Syknęła przez zaciśnięte zęby. Poruszyła kilka razy gałkami ocznymi i rozchyliła powieki. Wielokolorowy obraz zafalował, ale po chwili się ustalił i ujrzała świetlistą pajęczynę. Na rękach, na nogach, wszędzie. Otaczał ją kokon. Z wyglądu przypominał te, które pokrywały zmumifikowane zwłoki. Podniosła głowę, choć ruch ten wzmocnił tylko zbliżającą się falę mdłości, i rozejrzała się. Przed maie stał człowiek w bladozielonej todze. Patrzył na nią obojętnie. Obie dłonie oplecione miał nićmi pajęczyny. Ich końce połączone były bezpośrednio z jej więzieniem. Nici emanowały znajomym, pomarańczowym blaskiem. Po chwili zobaczyła dlaczego. Tworząca ją energia rwała się na kawałki i spływała z dziesiątek pojedynczych włókien wprost do opuszczonych luźno rąk strażnika. Zwymiotowała.
- Nie trzeba było się budzić, magu.
Spróbowała się poruszyć i podciągnąć nogi. Potem zaczęła szarpać rękami, by uwolnić przyklejone dłonie. W końcu zaniechała wysiłków i strzeliła w mężczyznę wściekłym spojrzeniem. Z całej siły zacisnęła palce na mięsistej, klejącej się masie, wplatając w nią wiązkę zaklęć. Ogień zatlił się szybko i krótko, po czym został w całości wchłoniętych przez włókna kokonu.
- Twój opór jest daremny. Nikt nigdy nie opuści tej komory.  
- Bzdura. – Słowa powiernika docierały do niej jak przez watę. Nie patrzyła na niego, zamiast tego skoncentrowała swoje myśli na jednym zadaniu – ratunek. Jej umysł, choć półprzytomny, wciąż generował coraz to nowsze obrazy, w poszukiwaniu jakiegokolwiek rozwiązania czy drogi ucieczki. Fragmenty wspomnień czy wyobrażeń przelatywały jej przed oczami tak gwałtowne i chaotyczne, że trudno je było zrozumieć. Wszelkie informacje w nich zawarte zdawały się nakładać na siebie i rozpływać. Natrętna myśl, odsuwana wcześniej na bok, kotłowała się teraz w głowie jak wyciągnięta z wody ryba. I jak ona była trudna do uchwycenia.
Przynajmniej z początku.
Zacisnęła ręce na pajęczynie, czując, że w gardle narasta jej histeryczny śmiech. Ktokolwiek umieścił jej w głowie te informacje, podarował jej jedną szansę. Wątłą i chudą.
- Masz rację – odezwała się maie. -  Nie mam wystarczającej mocy, żeby cię pokonać. Poddaję się. Ale wcześniej chcę coś wiedzieć.
Strażnik patrzył na nią niewzruszony, po czym wykonał drobny gest ręką.
– Pytaj.
Przerwę w drenowaniu przywitała z ulgą.
- Spędziłam tygodnie, przeszukując każdą napotkaną wydmę na tym przeklętym odludziu, ale nie znalazłam nawet śladu obecności Talizmanu – powiedziała symulując gniew. - W jaki sposób tłumisz całe promieniowanie artefaktu?
Splótł ramiona na piersi, a jego wzrok na kilka chwil stał się nieobecny, jakby pogrążył się we wspomnieniach. Kiedy przemówił, głos miał monotonny i beznamiętny, jakby recytował wyuczoną regułę.
- Moja moc to dar od Stwórcy. Służy dobru. Dzięki niej zostałem wybrany spośród mojego ludu do pełnienia zaszczytnej funkcji ochrony Talizmanu. To wielki honor.
- Honor? – prychnęła z niedowierzaniem. - Zamknęli cię w grobowcu na stulecia.
Sztywno pokręcił głową.
- Mylisz się, magu. Z radością pełnię mój obowiązek i będę go pełnił, póki nie zostanę z niego odwołany.
Mogłaby mu powiedzieć, że szczątki jego osady już dawno pokryły pustynne piaski, ale prawdopodobnie nie przyniosłoby to skutku. Zachowywał się jak człowiek poddany serii silnych i wielowarstwowych zaklęć z dziedziny umysłu. Zapewne to dlatego nie postradał jeszcze zmysłów po tak długim okresie izolacji. Pusta skorupa wypełniona jednym nakazem – służ i chroń.
- Nie wierzę ci... - rzuciła gardłowym półszeptem. - W czasie gdy podejmowano decyzję o wyborze powiernika wcale nie chciałeś brać w tym udziału.
- Nie wiem o czym mówisz. – Przez twarz strażnika przebiegł jakby cień niepewności, nawet nie cień, ale cień cienia, ale Gardenii to wystarczyło. Kolejne kawałki układanki zaczęły pojawiać się znikąd.
- Myślę, że wiesz. Nawet najsilniejsze zaklęcie umysłu nie przetrwa nienaruszone tak długiego upływu czasu. Starszyzna wiedziała, że twoje zdolności były idealne do zabezpieczenia kryjówki artefaktu, ale nie wszystko poszło po ich myśli. Nie chciałeś współpracować. Pojawił się więc problem, jak zmusić kogoś, kto samą myślą odkształca zaklęcia, do posłuszeństwa? - Przerwała na chwilę, po czym referowała dalej silnym, spokojnym tonem. - Nazywasz się Orm'elm. Zgodziłeś się poddać zabiegom indoktrynacji, kiedy zagrozili twojej rodzinie. Miałeś wyprzeć się wszystkiego z wyjątkiem wytycznych twojej misji, ale dla starszyzny to nie wystarczało. Musieli mieć pewność, że zaszczepione rozkazy będą skuteczne i nie spróbujesz użyć mocy Talizmanu do ucieczki. - Rozpędzała się coraz bardziej, podążając za kolejnym obrazem pojawiającym się w pamięci. - Wysłali więc twoją żonę, by towarzyszyła ci w drodze do jaskini…
- Wystarczy! – ryknął nagle, z desperacją, która zaskoczyła Gardenię. Podszedł do niej na odległość dwóch kroków.
- Dobrze, jeszcze kawałek. – Zaciskała i rozwierała dłonie na zbitku lepkich włókien.
- To bluźnierstwo! Starszyzna zawsze robiła wszystko co konieczne dla bezpieczeństwa osady. Nie wiem kim jesteś ani dlaczego mówisz to wszystko, ale…
- Wszystko pamiętasz! Pamiętasz doskonale – przerwała mu, ignorując wybuch gniewu. -  Więc zdradź mi, powierniku, jak to się odbyło. Patrzyłeś jej w oczy, kiedy błagała o życie? Kiedy prosiła, żebyś użył mocy artefaktu i ocalił ją i siebie?
- Zamilcz, magu!
- Zginęła w drodze powrotnej do osady, czy od razu przed wejściem?
Twarz strażnika stężała w nagłej wściekłości a w powietrzu rozszedł się dźwięk wyładowań elektrycznych. Przestrzeń wokół mężczyzny zgęstniała od gromadzącej się mocy. Zobaczyła, jak postępuje kolejne kroki do przód. Zwisająca dotąd luźno dłoń zacisnęła się na skumulowanym ładunku energii i powędrowała nieznacznym łukiem najpierw w bok, a potem wprost na maie. Nie chciał już pochłonąć jej energii. Chciał zabić.
- Właśnie tak. W ten czy inny sposób, to już nie potrwa długo.
Jeden, drugi, trzeci, czwarty… koniec rezerw.
Cztery impulsy cieplne rozeszły się w przeciwnych kierunkach, błyskawicznie przerywając trzymające ją węzły. Przypadła do ziemi. W czasie krótszym niż myśl ściana ze zwęglonymi fragmentami kokonu eksplodowała. Nie zastanawiając się długo wyskoczyła do przodu i zanurkowała pod wyciągniętym przedramieniem strażnika. Wpadła na niego niemalże całym ciałem, przewracając na ziemię. Ku jej zaskoczeniu okazał się lekki jak szmaciana kukła.
Coś chrupnęło i mężczyzna zawył.
- Talizman! - Nie czekając na dalszy rozwój wypadków poderwała się z ziemi i szarpnęła się w stronę, gdzie jak przypuszczała, umieszczony był artefakt. Za szybko. Świat rozjechał się gdzieś na boki. Zamrugała powiekami. Za daleko. Drżące kolana poddały się i uklękła opierając się o czyjeś truchło. Za słaba. Poczuła bolesne szarpnięcie za włosy, wokół szyi owinęła jej się lepka nić sieci.

*        *        *

Śmierć przyszła szybko i gwałtownie, serią silnych uderzeń rozrywając ciało i miażdżąc kręgi szyjne. Czerwone strzępy trysnęły dookoła opadających bezwładnie zwłok. Z miejsca gdzie przed kilkoma sekundami szyja łączyła się z głową chlusnęła krew i rozlała się po podłodze. W niknącej, zamazującej się świadomości tlił się jeden obraz. Z bardzo odległej przeszłości. Twarz śniadej kobiety, której życie właśnie się kończy. Pamiętał ją. Rozpoznawał.
Wtedy również odwrócił wzrok.

Ciąg dalszy
Cenzurze fabularnej mówimy Nie.
Gardenia
Zsyłający Sny
 
Rasa:
Aura: Potężna, barachitowa aura o turmalinowej poświacie. Wokół niej słychać trzask ognia i grzmoty. Wydziela zapach miodu i kwiatów. W dotyku jest giętka, twarda i ostra a w smaku łagodna i gorzka.
Wygląd:


Powrót do Piaski Czasu

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

cron