Koty, potwory i magia, a śledzie to pułapka.


Warowne miasto położone u podnóża gór, otoczone grubymi murami i basztami, jego bramy zdobią dwa ogromne posagi gryfów. Miasto słynie z handlu, pięknych karczm i ogromnej armi. Armi niezwykłej, bo składającej się z wojowników i gryfów. Od setek lat ekradończycy udomawiają gryfy, które później służą w ich armi, stacjonującej w górach poza miastem.

Postprzez Zgniłek » So wrz 29, 2018 8:14 pm

Przeklęte lustereczka!

        Kiedy to przestało padać, a oczom ukazała się nowa rzeczywistość? Zgniłek miał wrażenie, że cały czas zacięte krople deszczu smagają jego małe ciałko i każą zapomnieć, że już kiedykolwiek będzie dobrze. Kara. Nie było na nim suchej nitki, błyszczał od wilgoci i sunął ulicą, niczym wypędzona z nawiedzonego domu zjawa, nie widząca już żadnej perspektywy na przyszłość. Był tu obcy. Nie znał tego cholernego miasta, do którego przeniosło go wstrętne magiczne lusterko. Że też naprawdę dał się skusić na błyskotki czarodzieja! Naprawdę, nigdy więcej nie spróbuje ukraść niczego przesiąkniętego magią. To samobójstwo! Każda chwila, która następowała po tej próbie kradzieży, przypominała kiepską farsę. Nie – tragikomedię, powoli prowadzącą ku samozagładzie, ale chwila... Czy to nie właśnie tym było życie elfiej eugony? Odmieńca okradzionego nawet z krzty normalnego życia?
        Uh, nieważne! Było źle, a teraz uciekł od swojego wybawicielo-porywacza i nie miał pojęcia, co powinien zrobić dalej. Pragnął wrócić, chociaż na znajome tereny, a przecież nie wiedział nawet, w jakim mieście się znajduje. Jak miał się tu odnaleźć? Zaszczepić się w tym miejscu na nowo, stworzyć nowe jednoosobowe złodziejskie królestwo? Podczas gdy tam, w Elisii, miał już wszystko, czego potrzebował i co tworzył przez lata? Może więc powinien spróbować tam wrócić? Tylko co, jeśli okaże się, że znajduje się na drugim końcu łuski Prasmoka, z której powrót zająłby zbyt dużo czasu, by było to opłacalne?
- Agh, zzzłociutki. No i co mamy my ze sobą zrobić teraz, co?
        Kiedy pierwsze liche promienie słońca zaczęły wyglądać spomiędzy chmur, koci król, pierwszy raz od bardzo długiego czasu, władował się swojemu słudze na ręce. Bynajmniej nie dlatego, że wybiedzony, głodny i przestraszony kociak potrzebował czułości. Gdzie by tam, nie przesadzajmy, nie były to przecież jeszcze najgorsze godziny w życiu tej szczególnej parki! O nie, bywało duuuużo gorzej. Powód był jak zwykle pragmatyczny – stałe stanowisko na plecaku było skryte w cieniu głowy zielonego, więc aby wysuszyć futerko i rozgrzać królewskie kości, należało położyć się po drugiej stronie transportera. Po kilku chwilach Triton musiał stwierdzić, że nawet nie jest tak źle. Co prawda nie ma widoku na nieobserwowane tyły swojego towarzysza, ale jest nawet całkiem wygodnie – jak w lektyce – i poza słońcem, ciało grzeje również pierś drugiego ciała. W porządku, duma dumą, ale skoro nie jest tu tak źle, to trzeba pozbyć się tej paskudnej wilgoci.
        Zatem wędrowali tak przez obce miasto – on, zielony odmieniec, pod którego bandażami stara skóra kleiła się już i wymagała pozbycia się jak najszybciej; i On – ruda, magiczna futrzasta Mość. Szli przed siebie, licząc na jakiś łut szczęścia, na znak z niebios, na darmowy teleport ściśle prowadzący do poprzedniego życia. Zamiast tego z każdą minutą zdawali sobie coraz bardziej sprawę, w jak odmiennym są miejscu, od tego, w którym dotychczas żyli. Wszystko wydawało się tu bardziej ociężałe, jakby miasto stworzono specjalnie na wizytę mieszańca, którego nietęgi nastrój należało pogorszyć. Budowle nie były tak delikatne, jak w Elisii – ich kształty i rozmiary wyglądały niezwykle trwale, ale i onieśmielająco. Mało przyjaźnie, nawet mimo rozjaśniającego przestrzeń pomarańczowego koloru dachówek, którymi pokrywano dachy kamiennych domów. Zamiast rozweselać, wydawał się ostrzeżeniem. Kiedy zaś oczom przemienionego ukazywał się jakiś stróż prawa, tym chętniej ustępował mu z drogi, gdyż jego uzbrojenie i podejrzana swoboda wzbudzały dużo większy respekt i niepewność, niż elisijska straż miejska, złożona niemal wyłącznie z delikatnych elfów. No właśnie, elfy... Tutaj wypierali ich ludzie. Zgniłek nigdy nie miał okazji być częścią mniejszej lub większej społeczności tejże rasy, toteż jego elfia natura czuła się niepewnie. Nasłuchał się o wybuchowości i rasizmie owalnousznych, tymczasem teraz – gdy tylko opuścił karczmę, która najwidoczniej była szczególnym azylem ras innych – wszędzie widział te okrągłe twarze, gęste brody, i nierówne zębiska postawnych istot. Może jeszcze wygląd nie był tak istotny, w końcu Zgniłek był tego najlepszym dowodem, jednak nie można było zaprzeczyć, że jest on zwyczajowo świadectwem przynależności do konkretnej rasy.
        Łypiąc oczyma w tę i z powrotem na wychodzących ze swych jam mieszczan, Zgniłek zaczął się zastanawiać czy aby na pewno podjął słuszną decyzję opuszczając Verdena. Tamten przynajmniej miał mocną pięść i umiał czary. Ale co miał teraz zrobić? Wyglądało na to, że faktycznie zgubił jasnowłosego elfa i musiał radzić sobie sam. Naciągnął więc kaptur, łudząc się, że nikt go już nie zaczepi. Problemy przyszły jednak z nieoczekiwanego kierunku.


        Triton zaczął się wiercić. Zadzierał nos i węszył. Kamienne zabudowania ustąpiły drewnianym, ale to, co przyciągało uwagę to rozstawiane po ulewie stoiska. Drewniane lady, stoliki i beczki zapełniały coraz większą część brukowanej ulicy, która rozszerzyła się teraz dwukrotnie. Zgniłek zdał sobie sprawę, że jest na widoku. Jednak po niedawnej, malutkiej kradzieży nie był bez grosza, więc może to właśnie był znak z niebios. Niebezpieczny, lecz konieczny.
        Złek podszedł do stoiska, na którym straganiarz rozstawiał dobra wszelkiego rodzaju: garnki, małe wagi, noże do oprawiania skór i do krojenia warzyw, stare szkatułki, drewniane zabawki... Poplamione mapy. Zielony chwilę oglądał wszystkie dobra, zerkając co jakiś czas na ich właściciela. Łatwo było nie zauważyć potencjalnego klienta, bo zabandażowany nos ledwo wystawał ponad blat. Zbierał się na odwagę, a właściciel dopiero po dłuższej chwili zorientował się, że ktoś stoi przed jego stoiskiem.
- Na Prasmoka! – krzyknął, podskakując i wypuszczając trzymane kulki do gry. Potoczyły się we wszystkich kierunkach. - Do licha! – mężczyzna rzucił się, by zatrzymać uciekające przedmiociki. Zgniłek zatrzymał jedną butem i podniósł. Obejrzał ze wszystkich stron, ale wyglądała naprawdę nudno... drewnianie. Fu. Dopiero teraz sprzedawca na dobre zobaczył z kim ma do czynienia. Jakiś dziwaczny niedorostek trzymał jego towar.
- A ty kto? Oddawaj kulkę.
        Zgniłek zadarł głowę i się uśmiechnął. Kły błysnęły pomiędzy wargami. Mężczyzna zbladł.
- N-na wszystkich bogów, precz demonie! Łóżko z żoną dzielę po bożemu, zła sąsiadowi nie wyrządziłem!
        Przemieniony go nie słuchał. Wyciągnął w jego stronę kulkę, na co ten umilkł i odebrał ją drżącymi rękoma. Pani Losu sprzyjała. Zamiast agresji zielony został przywitany trwogą.
- Gdzie jesteśmy?
- Co? - kramarz zgłupiał.
- W jakim mieście?
- E-Ekradonie?
- Dziękuję. - Pytającemu nic ta nazwa nie mówiła. - Chcę kupić tę mapę. – Długim pazurem wskazał wytarty kawałek skóry, na którym wymalowano mapę środkowej Alaranii. I w tym momencie zdał sobie sprawę, że czegoś mu brakuje. Inaczej nie potrafiłby przecież podnieść tak po prostu kulki i wskazywać rzeczy, którą chce kupić.
- Triton?
        Rozejrzał się. Kiedy kocisko zdążyło uciec mu z ramion i czemu, do licha, to zignorował?
        Nietrudno było go odnaleźć. Puszysta, ruda kita biegła właśnie do stoiska z rybami. To, co nastąpiło później wydawało się jedną z tych głupich historyjek opowiadanych przez zbyt śmiałe dzieci, które rano, zamiast jeść owsiankę, wychylają się przez okno, bawiąc w osiedlowy kontroler ciekawości życia. Gdy było zbyt nudno, trzeba było coś podkręcić – wymyślić. Tak więc Triton stał się króciutką bajeczką wymyśloną dla podkręcenia temperatury życia. I po deszczu dzieci się nudzą. Ktoś dostanie za to lanie.
        Przy stoisku stały beczki. Właściciel dopiero rozkładał towary, kiedy zjawił się pierwszy klient, wyraźnie rozgorączkowany i odziany w brudne, lecz dobrej jakości ubranie.
- Potrzebuję całej beczki!
- Całej beczki śledzi?
- Tak, całej, jak najszybciej!
- W porządku, podjedź wózkiem.
- Tylko muszą być świeże!
        Sprzedawca założył ręce.
- Nie sprzedaję zepsutych!
- Muszę to sprawdzić, po prostu mi pokaż.
        No więc pokazał. Otworzył beczkę. Śledziki wyglądały i pachniały pysznie. Tylko Triton, podsłuchujący rozmowę, nie był tak łatwowierny – musiał sprawdzić. Wyrwał się więc ze swojej lektyki i pomknął ku otwartej beczce.
- Cudownie, biorę – powiedział kupujący. Wyciągnął mieszek ruenów i w momencie, gdy straganiarz zamykał beczkę z powrotem i zamiast na nią patrzył na mamę podając cenę, a do środka wskoczył kot. Plusnęło, ale nikt nie usłyszał, bo kiedy Zgniłek pędził w stronę swojego futrzaka, gdzieś zarżał koń. Beczka została postawiona na wózku, tego jednak zielony nie mógł już zobaczyć.
        Wydawałoby się, że nie powinno być teraz nic ważniejszego, niż ratowanie przyjaciela, ale co byście zrobili, gdyby waszym oczom nagle ukazał się największy koszmar i miłość zarazem? Co, jeśli przeszłość, do której wolelibyście już nie wracać, raptem stanęłaby przed wami tyłem, drażniąc słonecznym odcieniem włosów, o które pytaliście, czy są wypalone chemikaliami, czy pomalowane farbą, tą z pracowni artystycznej? Co, jeśli wysoka, zgrabna figura obróciłaby się lekko i złoty błysk w oku zatrzymałby was, by zniszczyć wypracowaną ignorancję i swobodę życia? Co, jeśli przypomniałaby wam, kim jesteście i dlaczego?
- S-Sssssmilla?
        Zgniłek wyciągnął dłoń w stronę stojącej przed nim kobiety. Dotknął jej nadgarstka i... poczuł się naprawdę bardzo, bardzo dziwnie. Tak bardzo, że prawie stał się niematerialny i zapadł w bruk.
Avatar użytkownika
Zgniłek
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Kerhje, Smilla, Eldrizze, Umm, Øra, Ophelia, Spinka,
Rasa: przemieniony z leśnego elfa
Aura: Na pewno możesz mieć problem z wyczuciem tej aury - jest niezwykła w swej prostocie, ale przy tym słaba i naznaczona naturalną niechęcią do bycia odczytywaną. Ale nie dziwmy się jej - kto chciałby aby mu przeszkadzano, gdy błogo tonie we wszechobecnym złocie o odcieniach tak rozmaitych jakby była to cała gama barw? Ten kolor zniewala, otumania i przytłacza; gdyby wraz z całą emanacją był wyraźniejszy to prawdziwym wyzwaniem byłoby go znieść - chyba, że także kochasz złoto? Lubisz? Wszelkie kosztowności? Ale czy na pewno TAK bardzo? Bo tutejsze skarby są udostępniane tylko najbardziej wytrzymałym i pazernym duszyczkom. Na chwilkę. Chwilulunieczkę. A teraz łapki precz! Jeżeli nie zniechęci Cię szorstka, mało kusząca powierzchnia to może wymownie bursztynowa poświata raczy wskazać Ci kierunek do wyjścia? Będzie się wić ostrzegawczo, a Ty poczujesz w ustach delikatną słodycz i lekko kwaskową nutę oraz nie dającą się zagłuszyć pikanterię. Gryzie w język, nieprawdaż? Zapach też gryzie, lecz w nozdrza - jest trudny do opisania, raczej wyjątkowy, ale jednoznacznie kojarzący się z gniciem lub psuciem się czegoś… obcego. Nadal chcesz więcej? Dookoła słychać tylko ciszę, ale możesz dalej polegać na dotyku. Nie znajdziesz tu nic zabójczo ostrego, choć i tak powinieneś uważać. Wszystko dookoła jest ni to twarde ni miękkie, jakieś takie nijakie. Za to giętkie i ruchliwe jak spętlone stado wężyków. Gdzieniegdzie ich łuski są suche, inne miejsca zaś oblepia tajemnicza, mocno kleista wydzielina. Czy to jest…? Brrr! Lepiej już uciekaj. No już, sio! Pa pa. I nie zapomnij zostawić napiwku!
Wygląd: Do jasnej... Czy oczy mnie mylą, czy może ktoś stroi sobie ze mnie jakieś żarty? Widzę przecież, ale oczom nie wierzę. Jakiś potworek przemyka wśród mych dostojnych gości. Od razu widać, że tu nie pasuje. Ma wyblakłoniebieski płaszcz, spod którego wystają dwie krótkie nóżki obute w długie do kolan czarne buty na klamry. Przebiera nimi szybko i jakoś tak... niezgrabnie. A ... (Więcej)

Postprzez Pony » N wrz 30, 2018 11:49 pm

        - Aaaapsik! ー donośne kichnięcie wystraszyło drzemiącego po nocnym polowaniu burego kota. Zerwał się w popłochu z miejsca i z nastroszoną kitą uskoczył w najmniej odpowiednie miejsce; drewnianą misę z wodą. Deszczówką, jeśli być dokładnym. To ostatecznie przekroczyło granicę jego cierpliwości i kilka susów później przemoknięty futrzak wyskoczył przez okno, znikając między okolicznymi domostwami. Pony nie zdążyła nawet za nim zawołać. Zachrypnięte gardło z trudem przepuszczało przez siebie jakikolwiek dźwięk, a i ten zapewne wystraszyłyby Kocmołucha jeszcze bardziej. Żadne z nich nie miało dziś dobrego poranka, choć widok za oknem napawał nadzieją na lepsze czasy ー w końcu wyszło słońce, a po nocnej ulewie zostało jedynie nieprzyjemne wspomnienie, początki przeziębienia oraz...
        Podniosła się do siadu, a prowizoryczne łóżko charakterystycznie zaskrzypiało, dając upust swojemu cierpieniu. Cały dom był w opłakanym stanie, przeciekający dach pokryty strzechą przepuszczał deszcz niczym najlepsze sito, a rozstawione pod strumieniami naczynia i tak były dziurawe lub zbyt małe na taką ilość wody. Nie dziwiła się Kocmołuchowi, sama pragnęła stąd jak najszybciej zniknąć, nie musieć już nigdy więcej oglądać widoku tego rozpadającego się domu, czuć wilgoci, dygotać od przeciągów... Życie złodziejki nie było łatwe. Szczególnie, kiedy ktoś cię wystawia i lądujesz na lata w więzieniu, tracąc wszystko, co miałaś; miłość, pieniądze, najpiękniejsze lata swojego życia, ale i godność, nadzieję oraz sens istnienia.
        "Nie, nie. Koniec. Było co było, nie mogę ani nie chcę już o tym myśleć. To przeszłość, odcięłam się od niej i planuję nowe życie. Będzie lepsze, prawda? Przecież tyle razy sobie to obiecywałam... Dam radę. Jestem silna. Jestem..."
        - Byłam silna ー wypowiedziała cicho z wyczuwalnym ciężarem, ukrywając przeszklone oczy za otwartymi dłońmi. Rzeczywistość nie była kolorowa.

        Wrzawa na zewnątrz nabierała na sile. Ludzie wybudzali się, wychodzili do pracy, doglądać swoich gospodarstw, na zakupy lub po prostu delektować się przejaśnieniem. Pony zaczynała tęsknić za swoim towarzyszem; Kocmołuch nie wracał kolejną godzinę, choć ich poranki z reguły wyglądały inaczej. Nie martwiła się, doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że jest to kot całkowicie samodzielny, że prędzej to ona wpadnie w tarapaty, niźli ten czworonóg. Lecz była już pora śniadania, od wybudzenia minęło wystarczająco dużo czasu, by jej żołądek zaczął się bardziej stanowczo dopominać o posiłek. Ostatnie kromki chleba zamokły i rozpłynęły się tworząc nieestetyczną papkę, która po wyschnięciu, cóż, pozostawiała wiele do życzenia. Należało więc wykorzystać moment rozstawiania straganów handlowych. Czasem były jakieś odpadki, czasem coś niezbyt świeżego z poprzedniego dnia, a czasem coś niby przypadkiem spadło na ziemię i nie nadawało się już na sprzedaż...
        Pony narzuciła na siebie znoszony płaszcz w kolorze brudnego beżu, kaptur zsunęła do połowy głowy, tak, że jej twarz była widoczna. Niczego ze sobą nie zabrała, bo i niewiele posiadała, a ewentualne jedzenia zawsze mogła zawinąć w skrawek materiału. Kiedy tylko zamknęła za sobą drzwi, zaczęła żałować, że w ogóle wyszła z domu. Dlaczego wciąż nie zmieniła miejsca zamieszkania na odległą chatkę pustelniczki? Czy miałaby problem z przetrwaniem? Być może, ale na pewno nie miałaby problemu z ludźmi.
        - Jeszcze tu jesteś? Wynoś się! Nie zbliżaj się do mojego targowiska!
        - Złodziejka!
        - Niech cię Diabli, precz, straszysz mi klientów!
        Ten ostatni zaczął już wymachiwać pięknym, skórzanym pasem, gotów sieknąć, tak profilaktycznie, po łapach przechadzającej się obok kobiety. Ach, ach. Wystarczyło go tylko odpowiednio urobić, zagadać, tu zatrzepotać rzęsami, tam się zalotnie uśmiechnąć... A taki pas przecież ruenów wart nie był!
        Szybko jednak wyrzuciła z głowy te myśli i czym prędzej uciekła przed oskarżycielskimi spojrzeniami. Od roku nie dała nikomu ani jednego powodu, by wciąż myśleć o niej jak o złodziejce. Siedziała w domu grzecznie, cichutko niczym mysz pod miotłą. To ona się ich bała, w tej relacji to Ekradończycy stanowili zagrożenie, ale wyłącznie ona to dostrzegała. Dlaczego więc tak bardzo jej zależało? Skoro mieli o niej wyrobione, niezmienne zdanie, mogła śmiało działać w półświatku nie martwiąc się opinią. Zacząć dostatnie życie, nie kostniejąc z chłodu zimą, nie przeziębiając się podczas ulewy, nie zastanawiając, co zje następnego ranka i czy zerwany z dziko rosnącej jabłoni owoc uciszy burczący żołądek dnia bieżącego. Mogła kąpać się w złocie, nosić najpiękniejsze suknie, mieć możliwość zadbania o swój wygląd, a także dalej rozwijać swoje zainteresowania, bo i je posiadała!

        Kilka stoisk dalej pojawiło się małe poruszenie; któryś handlarz nie był zadowolony ze swojej klienteli i wcale nie miało to nic wspólnego z lepkimi łapkami Pony. Tej sprawie należało się lepiej przyjrzeć! Skierowała bez krępacji swoje kroki w tamtym kierunku, przy okazji zbierając trzy toczące się w jej stronę drewniane kulki. Nim jednak dotarła na miejsce, mały potworek, którego twarzy nie udało jej się zaobserwować popędził w inną stronę.
        - Proszę, to chyba należy do p...
        - Kraść się zachciało, paniusiu? ー wszedł jej w słowo.
        - Ale je nie...
        - To twój wspólnik? Po to całe zamieszanie. Oddawaj moją własność i lepiej, żebym cię więcej tu nie widział, inaczej nogi przetrącę.
        - Wspólnik? Słucham? Chciałam tylko...
        - Won mówię! ー wyszedł zza swojego stoiska.
        Pony pospiesznie rzuciła drewniane kulki, robiąc nagły zwrot, a jej nogi nagle jakby zapomniały jak się chodzi i slalomem wybiegła między tworzące się zbiorowisko, przedzierając między zaciekawionymi babuniami. Niespokojnie wodziła oczami za jakimś punktem wytchnienia. Zaczynała się bać, nieopisany lęk zaczynał zżerać ją od środka, mącić w głowie. Było jej słabo, duszno, płytsze oddechy tylko pogarszały sytuację. A może to tylko głód? Albo podwyższona temperatura? Cokolwiek to było, nie potrafiła walczyć z nasilającymi się objawami. Świat wirował, krew szumiała donośnie, a serce uderzało jak opętane. "Zaraz zemdleję. Zaraz..."
        Świadomość spojrzenia wróciła do jej szarozielonych oczu. Obcy dotyk na jej ciele stał się wybawieniem. Wypowiedziane imię odbiło się echem w jej myślach. "Smilla?" Nie potrafiła wciąż wydobyć z siebie żadnego słowa, jedynie poruszała niemo ustami niczym ryba wyrzucona na brzeg.
        Mała, zakapturzona postać... Dziecko? Nie wiedziała. Na pewno była to ta sama osoba, którą wcześniej przegonił handlarz. Czego chciał? O kim mówił? A czy przypadkiem nie słyszeli w tle krzyku mężczyzny, który wygrażał coś o straży i złapaniu dwójki złodziejaszków?
        - Ja... Ja... Potrzebujesz pomocy? Czy my... Musimy uciekać? Chodźmy stąd. Nie chcę mieć strażników na głowie ー rozejrzała się w poszukiwaniu charakterystycznych strojów tychże panów. Nie było ich w okolicy, lecz to nie znaczyło, że zaraz pojawić się nie mogą. A czas uciekał... Tym razem to Pony pewnie dotknęła jego przedramienia, gotowa wskazać odpowiednią drogę ucieczki, jeśli tylko Mały Kapturek zechciałby ruszyć razem z nią. Tik-tak, tik-tak! Gdyby jednak się nie zdecydował... Cóż. Pony zwiałaby w obawie o własną skórę. Znała okolice niczym własną kieszeń, w dzielnicy handlowej nie trudno było o dobrą kryjówkę, a wąskie uliczki wiły się i przeplatały ze sobą skrywając niejeden zaciszny zakamarek, daleki od wzroku strażników.
Avatar użytkownika
Pony
Zbłąkana Dusza
 
Rasa: Człowiek
Aura: Hej, hej! Czy wiesz? Wiesz czym była ta aura? A masz pojęcie czym może być teraz? Chodź, zobacz, zerknij! Przekonaj się co znaczy zdrada i lata spędzone w ciasnej, szarej samotności. Stłamsiły i tak nikłą siłę, niemalże wyssały blask młodych, żyznych lat. Niemiękkie powierzchnie, złote niegdyś, wyprane obecnie są z dawnej świetności, z drogocennego połysku. Barachitowe giętkości walają się zszargane w komnacie cuchnącej celą, smętne i rozciągnięte po posadzkach jak suknie porzuconej kochanki, tonąc wśród rozbitych kosztowności: ostrych skorup i przytępionych paciorków. Gdzieś dalej baldachim łoża ugina się z żalem nad ciałem drżącej kobiety. Lepkim od słonych łez, suchym od przeciągu. Słodkim zdawałoby się, lecz bez wyrazu, spospoliciałym już, nędznym. Pachnącym zmarniałą skórą i zwietrzałym aromatem perfum. Skrytym w bursztynowej poświacie, przykrytym szorstkawą narzutką, co z daleka obiecuje atłasy, z bliska zaś staje się ledwie popeliną.
Wygląd: Pony jest średniowysoką, mierzącą niecałe 6 stóp kobietą o burzy nieokrzesanych blond włosów sięgających do połowy pleców. Patrzący na nią z daleka człowiek może stwierdzić, że jest naprawdę ładna. Dopiero z każdym kolejnym krokiem w jej stronę może stopniowo odkrywać wady tej ślicznotki. Zniszczone włosy, zapadnięte, pozbawione krzty radości oczy o niesprecyzowanej ... (Więcej)

Postprzez Zgniłek » N paź 07, 2018 12:06 pm

        Podobno przeszłość nigdy nie wraca, ale czasem ma się wrażenie, że bardzo by chciała. Rzeczywistość pozostaje jednak teraźniejszością. W tej, w której żyła elfia eugona, życie nie mogło się uśmiechnąć, gdyż byłby to uśmiech bardzo w jej stylu – nieudolny i wywołujący więcej bólu i strachu, niż pożądanej przyjemności. Dlatego jej "pani" nie mogła stać teraz przed nim, by nagle chwycić w chłodne ramiona i powiedzieć „Byłeś bardzo dzielny, mały elfie. Dlatego przyszłam, by wynagrodzić ci lata cierpienia.”. Ale nie przyszła, choć on nagle poczuł, jak serce przyspiesza mu do szaleńczej prędkości. Zabawne jak przyzwyczajenie może zmienić perspektywę. Nie liczyło się już to, że za dzieciaka został porwany i przeklęty, liczyło się to, że w następstwie tych zdarzeń znalazł również nieco współczucia, ciepła i nadziei. Smilla była jedyną iskrą utrzymującą mentalne istnienie Shuotolei, zamieniającego się w Zgniłka... Jakkolwiek sama przyczyniła się do tego upadku.
        Nie zmieniało to jednak faktu, że uśmiech losu nie mógł tu zaistnieć. Zamiast tego prawa bytu nabrała obca, blada twarz o drżących ustach i zdezorientowanym spojrzeniu... Bardzo zdziwiona jego widokiem, a jednak nieodtrącająca go z góry. Choć może to tylko przypadek, może ona również nie zdała sobie jeszcze sprawy z kim ma do czynienia? W każdym razie... To nie mogła być Smilla. Dopiero gdy dziewczyna odwróciła się w jego stronę, zdał sobie sprawę, że jej kolor oczu nie jest jednak złoty, że skóra ma zbyt ciepły odcień, nawet nie jest wystarczająco wysoka. Raptem poczuł, jak opuszczają go wszystkie chęci, cała energia. Najgorsze jednak było to, że w emocjonalnej sieci, która go teraz unicestwiała, zapomniał o swoim jedynym przyjacielu – o kocie w beczce śledzi. A to on najbardziej potrzebował teraz pomocy. Zgniłek zignorował więc słowa dziewczyny, za bardzo pochłonięty własnymi przemyśleniami.
- Ty... Ty nie jesteś Smilla! – Rozległ się w końcu wysoki, chropowaty głosik pełen wyrzutów. – Obca. Pewnie tez chces mnie porwać, co? I wystawiać na jarmarku, dobre sobie!
        Kobieta chyba jednak nie do końca go słuchała, a przynajmniej sprawiała takie wrażenie. Mówiła coś o pomocy, ucieczce, strażnikach, no jasne... I rozglądała się tym lękliwym spojrzeniem dokoła. Czy właśnie coś przeskrobała? Dopiero w tym momencie zielony zdał sobie sprawę z głosów wokół. Kramarzowi chyba trochę odbiło. No przecież pomógł mu zbierać kulki, a mapy w końcu nawet nie tknął, o co więc chodziło temu baranowi? Zgniłek momentalnie odwrócił się w jego stronę. Ich spojrzenia się spotkały. Mężczyzna zatrzymał się w połowie słowa, z dłonią wyciągniętą jego... w ich kierunku. Zwątpił. A Złek... Złek był naprawdę zły! Normalnie od razu brałby nogi za pas, ale emocje wywołane przez wspomnienia obudziły w nim tę wynikającą z bezsilności wściekłość. Wszczepiona eugona wyszczerzyła zęby. Dosłownie. Spomiędzy kłów wysunęła się końcówka rozdwojonego języka, oczy zwęziły, dziwne syczenie rozcięło powietrze. Trwało to krótko. Możliwe, że scenkę zobaczył tylko sprzedawca, przed którym – plecami do złodziejaszków – stał zmarznięty, ziewający strażnik.
        Na ramieniu pojawiła się dłoń. Delikatna, kobieca dłoń, a wspomnienia znów ruszyły, wyciszając burzę. Twarz zielonego na powrót zrobiła się łagodna, wręcz urzekająco rozczulona, jeśli w ogóle był zdolny do takiej mimiki. Spojrzał na obcą, tak jakby wcale nie był na nią wściekły za podobieństwo do Smilli. Co z tego, że nie była NIĄ. Wciąż, jeśli odpowiednio spojrzeć, mogła być do niej podobna. A to nadal pozwalało myśleć w sposób...
        Odwrócił się w jej stronę, akurat, gdy ta ruszyła, być może podejrzewając, że zupełnie odrzucił jej słowa. W tle dało się słyszeć słowa strażnika „A da pan mi spokój, przecież to tylko dzieciak z jakąś panienką. Niczego nie ukradli.”. Złek poczłapał za dziewczyną i dopiero gdy znaleźli się już wystarczająco daleko od strażnika i kramarza, coś go tknęło. Rozejrzał się spanikowany, a potem chwycił za rękaw złodziejki i pociągnął.
- Słuuuuchaj, tak. Tak, potzebuję pomocy. Zgubiłem kota!
        Na końcu uliczki sługa z beczką na wózeczku, skręcił za piekarnią i zniknął z pola widzenia.
- O sssssmoku, tam! W becce!
        Po czym tym razem to on ruszył pierwszy – biegiem za beczką. Wydawać by się mogło, że z jasnowłosą stworzyli jakąś dziwną maszynę, napędzaną dwoma, wyprzedzającymi się nawzajem elementami. Kiedy jeden znajdował się za wysoko, drugi ściągał go w dół i zastępował, ale tak jak każdy przedmiot martwy, nie mieli pojęcia, czemu w ogóle są w tym ruchu, dlaczego zostali połączeni i, czy ich działania naprawdę mają jakiś inny sens, poza wprawianiem maszyny w ruch. I co to właściwie była za maszyna? Do czego służyła? Wiadome było tylko jedno: Ruch ten nie sprzyjał pozostawaniu w cieniu. Ruchy ciała, pęd powietrza powoli osuwał rozwiązujące się bandaże z rąk przemienionego.
Avatar użytkownika
Zgniłek
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Kerhje, Smilla, Eldrizze, Umm, Øra, Ophelia, Spinka,
Rasa: przemieniony z leśnego elfa
Aura: Na pewno możesz mieć problem z wyczuciem tej aury - jest niezwykła w swej prostocie, ale przy tym słaba i naznaczona naturalną niechęcią do bycia odczytywaną. Ale nie dziwmy się jej - kto chciałby aby mu przeszkadzano, gdy błogo tonie we wszechobecnym złocie o odcieniach tak rozmaitych jakby była to cała gama barw? Ten kolor zniewala, otumania i przytłacza; gdyby wraz z całą emanacją był wyraźniejszy to prawdziwym wyzwaniem byłoby go znieść - chyba, że także kochasz złoto? Lubisz? Wszelkie kosztowności? Ale czy na pewno TAK bardzo? Bo tutejsze skarby są udostępniane tylko najbardziej wytrzymałym i pazernym duszyczkom. Na chwilkę. Chwilulunieczkę. A teraz łapki precz! Jeżeli nie zniechęci Cię szorstka, mało kusząca powierzchnia to może wymownie bursztynowa poświata raczy wskazać Ci kierunek do wyjścia? Będzie się wić ostrzegawczo, a Ty poczujesz w ustach delikatną słodycz i lekko kwaskową nutę oraz nie dającą się zagłuszyć pikanterię. Gryzie w język, nieprawdaż? Zapach też gryzie, lecz w nozdrza - jest trudny do opisania, raczej wyjątkowy, ale jednoznacznie kojarzący się z gniciem lub psuciem się czegoś… obcego. Nadal chcesz więcej? Dookoła słychać tylko ciszę, ale możesz dalej polegać na dotyku. Nie znajdziesz tu nic zabójczo ostrego, choć i tak powinieneś uważać. Wszystko dookoła jest ni to twarde ni miękkie, jakieś takie nijakie. Za to giętkie i ruchliwe jak spętlone stado wężyków. Gdzieniegdzie ich łuski są suche, inne miejsca zaś oblepia tajemnicza, mocno kleista wydzielina. Czy to jest…? Brrr! Lepiej już uciekaj. No już, sio! Pa pa. I nie zapomnij zostawić napiwku!
Wygląd: Do jasnej... Czy oczy mnie mylą, czy może ktoś stroi sobie ze mnie jakieś żarty? Widzę przecież, ale oczom nie wierzę. Jakiś potworek przemyka wśród mych dostojnych gości. Od razu widać, że tu nie pasuje. Ma wyblakłoniebieski płaszcz, spod którego wystają dwie krótkie nóżki obute w długie do kolan czarne buty na klamry. Przebiera nimi szybko i jakoś tak... niezgrabnie. A ... (Więcej)

Postprzez Pony » Wt paź 09, 2018 2:01 pm

        Zaczynało się robić coraz mniej ciekawie, choć z całą pewnością dzisiejszy poranek nie należał do tych nudniejszych. Działo się. Pony myślami biegała między Małym Kapturkiem, a kramarzem. Już pal licho z tym drugim, tutejszym baranom z branży handlowej nie trudno było namieszać w głowie lub zwyczajnie zwiać. Ale ten dzieciak… Kim, a może czym on właściwie był? Cichy głosik z tyłu jej głowy podpowiadał, by na niego uważała. Zupełnie bez przemyślenia rzuciła propozycją pomocy. Nie miała najmniejszej ochoty na niańczenie małego lub, o zgrozo, wpakowanie się w jakieś bagno, w którym znów utknie na lata i z całą pewnością nic dobrego z tego dla niej nie wyniknie. Ten dzieciak na pierwszy rzut oka miał coś za uszami, a wcześniejsze posądzanie ich o współpracę jedynie mogło potwierdzić podejrzenia kobiety. Zaczęła go baczniej obserwować. Oboje zdawali się pogrążać w odrębnych światach i nie słuchali się wzajemnie.
        Smilla. Znów o niej wspomniał, lecz tym razem Pony pokręciła przecząco głową. To imię nie przywodziło jej nikogo na myśl, ale im więcej Zgniłek mówił, tym bardziej to on kogoś jej przypominał. Kogoś z przeszłości.
        Ciarki znów wstrząsnęły jej ciałem. Musiała się go pozbyć, byle szybko. Może teraz zwiać? Albo wybrać inną uliczkę, gdy będą zwiewać razem? O ile w ogóle będą, bo Kapturek nagle przybrał zupełnie odmienną postawę - zwrócił się w stronę handlarza, zdawał się być rozjuszony, a wrzaski mężczyzny z jakiegoś powodu działały wyłącznie jak płachta na byka. Pony nie widziała twarzy Zgniłka, ale może to i lepiej. Wtedy na pewno nie kontynuowałaby z nim tej jakże emocjonującej przygody.

        Zatrzymali się między domostwami równie nagle, co ruszyli z targowiska. Choć forma Pony nie miała sobie nic do zarzucenia, to dawno nie musiała się mierzyć z biegiem na głodniaka. Postój pozwolił jej zaczerpnąć kilka głębokich wdechów, a na twarzy mimo wszystko malował się delikatny, lekko zadziorny uśmiech. We wnętrzu cała skakała z radości, bo coś się w końcu działo! Tego przecież pragnęła, tego… ”O nie, nie, nie. Uspokój się. Idiotka. Idiotka!” Szybko zganiła się w myślach, znów stopniowo zatracając się w swojej słodkiej nostalgii i bólu. A Zgniłek nie zamierzał dać jej spokoju…
        - Tyyy…! - powiedziała przeciągle mierząc go wzrokiem. Obrazy z kilku napadów zaczęły przebiegać przez jej głowę. Teraz wiedziała już na pewno, że ta istota była jej znana. Przeklęty, mały czort, który potrafił jedynie zwinąć jej łup sprzed nosa lub wejść w paradę w doskonale zaplanowanej akcji. Cóż za cholernie niefartowny zbieg okoliczności; znany złodziejaszek kręcący się akurat w jej okolicy. - Kot? Nie żartuj sobie! Nie dam się w nic wpakować, maszkaro, zapomnij. Znów chcesz kogoś okraść? Ha! Wiedziałam! Tam na targu też na pewno nie byłeś święty i… - Cały swój wywód mogła sobie wsadzić. Zgniłek nie miał wcale zamiaru jej słuchać. Co to do cholery miało być! - Hej! Mówię do ciebie! Gdzie ty…! Świetnie, cześć - burknęła pod nosem na zakończenie i naprawdę wróciłaby do swoich spraw gdyby nie… - Kocmołuch?


        Gdy tylko znalazł się poza tą szopą - bo inaczej ruiny zamieszkiwanej przez Pony nie mógł nazwać - momentalnie poczuł ulgę. Był z dala od przepełnionych wodą misek, użalającej się nad sobą ludzkiej towarzyszki, ale przede wszystkim mógł ruszyć na polowanie, które przez wzgląd na nocną ulewę musiał sobie wcześniej odpuścić. Może i Pony uwielbiała przymierać głodem, jednak Kocmołuch wolał chodzić z pełnym brzuszkiem! Najedzony kot, to szczęśliwy kot, a wszakże nie ma na świecie nic cudowniejszego niż zadowolenie tych futrzastych stworzonek. Każdy szanujący się obywatel Alaranii o tym wiedział!
        Zwiedził już okoliczne domostwa, gdzie zawsze grube panie posiadające więcej dzieci niż prążków na jego ogonie wystawiały na parapecie studzące się śniadania, lecz breje na talerzach działały skutecznie odpychająco na jego zmysł węchu. Czyżby dziś ludzie obchodzili święto głodu? Wcale by go to nie zaskoczyło, te stworzenia były zdolne do każdego głupstwa, aż dziw brał, że wciąż istnieli. No nic, musiał szukać dalej.
        Kilkanaście minut, kilkadziesiąt domów, dwie rozbite wazy oraz jedno porządne lanie szmatą później, Kocmołuch zaczynał tracić nadzieję. Przysiadł na dachu jednej z wyższych budowli w okolicy, by w ten sposób mieć oko na większy obszar, a że był z niego bystry kociak, pomysł ten szybko przyniósł upragnione korzyści. Jego uwadze nie umknął sprzedawca ryb i dobierający się do jednej z beczek inny kot; wpadł do środka i wyjechał z nią na wozie. To była myśl! Ten kot właśnie przywłaszczył całą, CALUTEŃKĄ beczkę z rybami! I że niby zamierzał pochłonąć ją sam? Z kolegą się nie podzieli?
        Z głośnym miauczeniem znaczącym nic innego jak: “zaczekaj, już biegnę, kolego. Przyjacielu!”, ruszył za wozem. Och, ten zapach ryb nie mógł go zwieść, dotarłby do celu nawet z zamkniętymi oczami! Szybko, szybko, kocie łapki przebierały jedna za drugą, druga za trzecią, a trzecia za czwartą, wyćwiczone ciało nie miało problemu z krótkim przyspieszonym biegiem, toteż niezauważony wskoczył wkrótce na wóz z beczką i chwilę później siedział na jej wieku, głowiąc się jak tu je zdjąć i uwolnić całą przyjacielską zawartość. Skakał, drapał, łapkami starał się rozwikłać tę zagadkę, lecz kiedy nie posiadasz przeciwstawnego kciuka, masz ograniczone pole manewru. Na dodatek ten rudy obrzydliwiec ani trochę nie pomagał. Nawet odpowiedzieć na pomrukiwanie nie chciał, pewnie gębę zapchał rybkami, taki z niego fałszywiec i skąpiec!
        I kiedy już na boku beczki udało mu się wymacać wąski, choć wystarczający do przeciśnięcia się drobnego kota otwór, którego ktoś zapomniał zatkać, oczywiście z niego skorzystał. To jawne zaproszenie! Zdał sobie również sprawę, że jego poczynania zostały zauważone przez Pony! Co ona tu robiła? Dlaczego biegła za tym dzieckiem? I dlaczego to dziecko biegło do niego? O nie, nie, drogie dziecko! Dwóch na jedną beczkę w zupełności wystarczyło! I jakby na potwierdzenie tych słów w mig czmychnął do środka.
        Nim mężczyzna odwrócił się, by sprawdzić podejrzane hałasy, Kocmołuch chował koniec swojego ogona, z radością pomrukując “przyjacielu!”. Czy musiał się przejmować dokąd jadą? Nuż w nowym domu będzie mu przyjemniej? Niech Pony się o to martwi, mogła być dla niego grzeczniejsza i na śniadanie zaserwować mu takie rarytasy, o!

        Ale Pony nie zamierzała w tym momencie ratować skóry tej niewdzięcznej bestii. Sam się w to wpakował, niech sam sobie radzi. Dlatego jeśli Zgniłek nie zatrzymał mężczyzny z wózkiem w trakcie jego drogi, ta chętnie śledziłaby go pod same drzwi domu i wtedy zobaczyła jak sprawy się potoczą… Czy to wykroczenie, włamać się po skradzionego kota?
Avatar użytkownika
Pony
Zbłąkana Dusza
 
Rasa: Człowiek
Aura: Hej, hej! Czy wiesz? Wiesz czym była ta aura? A masz pojęcie czym może być teraz? Chodź, zobacz, zerknij! Przekonaj się co znaczy zdrada i lata spędzone w ciasnej, szarej samotności. Stłamsiły i tak nikłą siłę, niemalże wyssały blask młodych, żyznych lat. Niemiękkie powierzchnie, złote niegdyś, wyprane obecnie są z dawnej świetności, z drogocennego połysku. Barachitowe giętkości walają się zszargane w komnacie cuchnącej celą, smętne i rozciągnięte po posadzkach jak suknie porzuconej kochanki, tonąc wśród rozbitych kosztowności: ostrych skorup i przytępionych paciorków. Gdzieś dalej baldachim łoża ugina się z żalem nad ciałem drżącej kobiety. Lepkim od słonych łez, suchym od przeciągu. Słodkim zdawałoby się, lecz bez wyrazu, spospoliciałym już, nędznym. Pachnącym zmarniałą skórą i zwietrzałym aromatem perfum. Skrytym w bursztynowej poświacie, przykrytym szorstkawą narzutką, co z daleka obiecuje atłasy, z bliska zaś staje się ledwie popeliną.
Wygląd: Pony jest średniowysoką, mierzącą niecałe 6 stóp kobietą o burzy nieokrzesanych blond włosów sięgających do połowy pleców. Patrzący na nią z daleka człowiek może stwierdzić, że jest naprawdę ładna. Dopiero z każdym kolejnym krokiem w jej stronę może stopniowo odkrywać wady tej ślicznotki. Zniszczone włosy, zapadnięte, pozbawione krzty radości oczy o niesprecyzowanej ... (Więcej)

Postprzez Rothard » Pt paź 12, 2018 6:38 pm

         Rothard leżał na łóżku wsłuchując się w tykanie zegara. Tik tok, tik tok, czas upływał, a mrok, który był towarzyszem jego odpoczynku nie zmieniał się. Gorzej, młodzieniec miał wrażenie, że ciemność staje się coraz gęściejsza i nie ma zamiaru ustąpić miejsca wyczekiwanemu przez niego świtowi. Czekał na niego z niecierpliwością. Właśnie wtedy jego życie miało się zmienić na lepsze, wraz z powstaniem słońca miał rozpocząć się nowy rozdział jego żywota. Miał on przynieść długo wyczekiwane zmiany w codzienności Rotha. Odczuwał wrażenie, że przez cały ten pobyt w wieży Papadosa strasznie się wynudził. Choć lubił czarodzieja na swój sposób to nie ukrywał, że jego żądza przygody rosła z każdym dniem spędzonym u jego boku. Leżał tak już dość długo. Jego podekscytowanie toczyło wyrównany bój z sennością, jednak koniec końców szala zwycięstwa przechyliła się na stronę zmęczenia. Choć nie miał na to w ogóle ochoty to zasnął. Obudził się gdy pierwsze promienie słońca dostały się do pokoju. Wiedział, że czas zmian właśnie nadszedł. Zerwał się z łóżka, ubrał odzież  i pomknął schodami w dół. Mimo tego, że nie spał przez pewną część nocy to był bardzo wypoczęty. Wpadł do pokoju gościnnego, gdzie zobaczył przeciągającego się Bumpo.


- Już czas Bumpo! Dziś jest ten dzień, w końcu opuszczamy to miejsce! - powiedział Roth.
- Bumpo! - zawołał radośniej niż zazwyczaj stworek, podnosząc przy tym łapki nad głowę i opuszczając je w geście radości.

Nie dziwota, że on też był szczęśliwy, życie z Papadosem potrafiło dawać w kość. Zabrał ze stołu małą, żelazną skrzynkę z trochę przyrdzewiałą kłódką oraz klucz do niej i schował w swoim brzuchu. Po tej czynności pomasował czerwoną kulę swoimi łapkami, następnie ją poklepał mówiąc przy tym tradycyjnie „Bumpo”. Dwie postacie wyszły z wieży, po czym stanęły, wpatrując we wschodzące słońce.

- Wschód jest tam, a więc północ jest w tamtym kierunku, więc musimy się udać do Gór Dasso. – Po chwili Roth zdał sobie sprawę z bezsensu swojej wypowiedzi. Zarwana noc dawała o sobie troszeczkę znać. Wziął od Bumpa mapę i określił kierunek wędrówki.

- Bumpo! - W głosie stworka dawało się wyczuć podekscytowanie.

- Tak wiem, też się cieszę. Co ty na to, by pożegnać Pape przed odejściem? - zapytał towarzysza. Nie czekając na odpowiedź wykrzyczał ile sił w płucach: - Ty i ja Bumpo! Wyruszamy razem, choćby i na koniec świata!

- Zamknij pysk! Porządni ludzie jeszcze śpią! - Z okna rozległ się głos starego czarodzieja, a tuż po tych słowach rozległ się dźwięk uderzenia książki w głowę. Chwilę później jedna księga wyleciała przez okno uderzając w głowę Bumpa. Zaraz też słychać było próbę kontynuacji wypowiedzi starca i kolejny trzask. - Ty mały cholerny...

Znowu było słychać trzask, na co Roth roześmiał się. Bumpo był troszeczkę niezadowolony z faktu, że na jego głowie wylądowała książka, która miała tysiąc stron i na dodatek była w twardej oprawie, ale nie zepsuło to mu dobrego humoru. "Metody Grimiego czasami bywają naprawdę okrutne," pomyślał Rothard patrząc na leżącą księgę. W kilka dni dotarli w okolice Ekardonu. Droga ta, ku zawiedzeniu obu podróżników obyła się bez żadnych przygód.

         Zapowiadał się deszczowy dzień. Szum spadających kropel nadawał tempo marszu podróżników. Rothard odnosił wrażenie, że deszcz wzmagał się z każdym kolejnym krokiem. Zupełnie jakby chciał im powiedzieć, że mają się skryć i przeczekać tę pogodę, ponieważ krople chcą spać na ziemię, gdzie będą mogły kontynuować swoją podróż, gdy wsiąkną w głąb gleby. Niestety wiele z kropel zakończyło swą wędrówkę na płaszczu Rotha i „skórze” Bumpo, co sprawiło, że przemokli. Pomimo złej pogody humor dopisywał kompanom, w szczególności Bumpowi. Chodził on od lewej części drogi do prawej rytmicznym krokiem, machał łapkami to w górę to w dół, czasami je rozkładał i obracał się wokół własnej osi. Podczas tych czynności powtarzał dość łagodnym tonem swoje imię, przeciągając je niekiedy, co zdawało się brzmieć jak gdyby próbował śpiewać. W końcu próbował zrobić jaskółkę, lecz gdy stanął na jednej nodze i pochylił się do przodu grawitacja zwyciężyła. Upadł na ziemię, po czym od razu wstał. Roth nigdy wcześniej nie widział takiego zachowania towarzysza, dlatego nazwał je „deszczowym przedstawieniem Bumpo”. W oddali był już widać Ekardon. Deszcz ustał gdy zbliżali się do miasta. Bumpo co rusz wskakiwał w kałuże na swojej drodze, chlapiąc przy tym na wszystkie strony. Był chyba jedną z tych istot, które lubiły deszczową pogodę. W końcu dotarli do bramy grodu, gdzie zatrzymał ich strażnik.

- O cholera! Potwór! Młody wołaj pomoc! Zostaw tego mężczyznę maszkaro! - wykrzyczał stróż dobywając miecza i biegnąc na Bumpo.

- Straż! Pomocy! Pomocy! - zawtórował jakiś młody chłopak, który wybiegł za starszym mężczyzną. Sądząc po uniformie szkolił się na strażnika.

- Idioto my jesteśmy strażą! Leć po pomoc do kwatery głównej! - darł się ten pierwszy.

- Hola, hola gdzie z tym szpikulcem! - wskazał Roth na miecz stróża występując przed Bumpo. - Zostaw go, on nie jest zagrożeniem, to mój towarzysz.

- Co?! - szarżujący stanął jak wryty kiedy zobaczył, że Bumpo nic nie robi. - Jesteś pewien, że on jest bezpieczny?

- Gdyby było inaczej chyba nie stawałbym do niego plecami, a tym bardziej nie zachodził ci drogi gdy atakujesz, racja?

- Chyba tak.... Młody! Młody! Młoooodyyyyy! Zawracaj! Fałszywy alarm! - wydarł się starszy stażem, chwilę po tym zza muru dało się usłyszeć głośne przekleństwo młodego. - Przepraszam za moje zachowanie, ale stróżowanie bram to bardzo odpowiedzialne zadanie i nie można sobie pozwolić na najmniejszy błąd. Jestem Edward, a pan?

- Nazywam się Rothard Efort, a to Bumpo, miło nam pana poznać. Przybywamy tu w interesach, nie chcemy sprawiać problemu - powiedział Roth ze spokojem i uśmiechem.

- No więc panie Rothardzie, sprawa ma się następująco. Pan przechodzi, a B... Bam... Bum... potwór zostaje - powiedział stanowczo stróż.

-Bez Bumpo nie wchodzę! Niesie bardzo ważną przesyłkę – odpowiedział hardo Roth.

- Bumpo! - zawtórował mu stworek.

- Nie i koniec, on tu zostaje i basta. Ludzie w mieście na zawał zejdą, polecę z roboty albo gorzej, powieszą mnie za niesubordynacje, mamy prawo i musimy go przestrzegać! - upierał się Ed.

- Słuchaj panie Edward, pan wybaczy, że się powtórzę, ale on niesie ważną przesyłkę i to nie dla byle kogo, ale dla czarodzieja Zackermana! Nie wiem jak on, ale jak jej nie dostarczymy to czarodziej Papados, który zlecił nam to zadanie się wkurzy, a tego nie chcemy, wy też nie chcecie. Bo wtedy mu powiemy co się stało i on tu przyjdzie, a wtedy... Ajjaj nie chce pan wiedzieć... nie pomoże wam wtedy nic... żadne prawo, posiłki z kwatery głównej czy nawet wojsko.... ale możemy temu zapobiec wystarczy, że nas wpuścisz... nie będziemy tu dłużej niż musimy.

- Czy Ty mnie próbujesz zastraszyć? - Gdy usłyszał imię Papados jego zachowanie się zmieniło. Widocznie i w tych stronach znali starego zrzędę.

- Ja tylko stwierdzam fakty, panie Edwardzie. - Roth czuł, że chyba nacisnął na niego z dobrej strony.

- Na pewno nie jest groźny? Nie gryzie? Nie wybucha? Nie zieje ogniem? Nie zaatakuje nikogo? - Ed przyglądał się Bumpo zadając te pytania, po czym go kopnął w nogę. Strażnik szybko pożałował tej decyzji, bo zaczął skakać na jednej nodze zawodząc z bólu. Bumpo nie zareagował na zaczepkę - Z czego on jest zrobiony?!  

- Sam chciałbym wiedzieć, proszę pana... to jak będzie? - zapytał młody Efort.
- Przechodźcie, ale my was nie widzieliśmy w razie czego, a wy nas nie znacie - powiedział strażnik, kuśtykając tam skąd przyszedł.

- Się wie panie Edwardzie! - odpowiedział Roth wchodząc przez bramę razem ze swoim magicznym towarzyszem.

         Nie znając miasta, dwójka towarzyszy błąkała się po labiryncie uliczek. Od wejścia do miasta minęło już kilka godzin. Roth pytał wszystkich, lecz nikt nie znał osoby, której szukali. Tak bardzo pogrążył się w poszukiwaniach, że spuścił z oczu Bumpa. Ten widząc ptaka, który siedział na pobliskim płocie zaczął się do niego zbliżać. Był tak zafascynowany stworzeniem, że nie zauważył nadjeżdżającego wózka. Roth już miał krzyczeć, lecz było za późno. Koń jakimś cudem minął stworka, lecz wózek wpadł na niego kołem, które przy zderzeniu się urwało. Woźnica krzyczał, a po uderzeniu upadł z impetem na ziemię tracąc przy tym przytomność. Koń natomiast uwolnił się od wozu i pogalopował dalej uliczką. A Bumpo? A Bumpo jak stał tak stał, był niewzruszony niczym ściana. "Jak to mawia pan Papados...: - Ożeż w mordę," pomyślał Roth po czym powiedział:

- Bumpo zabiłeś niewinnego mężczyznę! Jak ja Edowi w oczy spojrzę?

- Bumpo? - zapytał stworek.

Młodzieniec podbiegł do uczestnika wypadku sprawdzając czy żyje. Na szczęście żył, przyniosło to sprawdzającemu niesłychaną ulgę. Zdawało też mu się, że słyszy ciche miauczenie w beczce, ale zignorował je. Powoli zbierał się tłum gapiów, to też Roth krzyknął do towarzysza, żeby wtopił się w tłum, co sam uczynił. Natomiast magiczny stworek zbyt się odróżniał, nie wiedząc co zrobić wziął jedną z desek powstałych na wskutek rozpadu wózka, przytulił ją do piersi i stanął pod drewnianą ścianą, myśląc, że nikt go nie rozpozna. "Mistrz kamuflażu" – pomyślał kurier czarodzieja. Zza rogu wyszła dwójka znajomych strażników.

- Patrz młody, początek zmiany i patrolu po mieście, a tu takie rzeczy! Dobra młody co my tu mamy? - zapytał strażnik Edward swojego ucznia.

- Niezły burdel, panie Edwardzie - odpowiedział Młody.

- Masz rację... Co?! Wyrażaj się, jesteś na służbie! - wykrzyczał starszy mężczyzna.

- W takim razie niezły nieporządek panie Edwardzie. - Starał się poprawić zrugany praktykant.

- Nie! Nie młody! Mamy tutaj wypadek! WY-PA-DEK! To zjawisko, które burzy porządek, którego musimy pilnować - wrzasnął zirytowany strażnik. - Wiesz co to znaczy?

- To znaczy, że stało się coś złego - pewnie odpowiedział młody.

- Nie! To znaczy, że trzeba znaleźć winnego i go ukarać! Jak myślisz kto jest temu winien?

- Hmm... my panie Edwardzie! Myśmy mieli pilnować porządku!

- Nie! Młody, ty idioto! Nie my jesteśmy winni, nie my rozwaliliśmy ten pojazd! Winny jest gdzieś tutaj! Musimy przeprowadzić dochodzenie! - powiedział Edward. - Kto ci tu wygląda na najbardziej podejrzanego?

- Ten stwór, który trzyma deskę, panie Edwardzie! - Młody mówiąc to wskazał na Bumpa.

- Brawo Młody! Będą z ciebie jeszcze ludzie! Zakuj go! - rozkazał starszy stażem, co młody uczynił. - Teraz czas zabezpieczyć materiał dowodowy! Jak myślisz co się nada?

- Wrak pojazdu? - zapytał niepewnie młody.

- Po co nam ta kupa drewna? Zabezpiecz tą beczkę!

- Panie Edwardzie, ta beczka miauczy - stwierdził młody, podnosząc przewróconą beczkę.

- Czy ty robisz ze mnie teraz idiotę? Jak beczka może miauczeć? - zapytał Ed podchodząc. - Jasna cholera! Rzeczywiście!

Gdy młody podniósł beczkę, która (nieszczęśliwie dla kotów, uwięzionych w środku) leżała na dziurze, wyłoniła się z niej kocia głowa. Nikt nie zdążył zareagować, rudy kot wyskoczył na ulicę jak błyskawica. Ed widząc co się święci zatkał dziurę własną nogą, przez co drugi więzień nie mógł pójść w ślady pierwszego.

- Młody na co czekasz?! Łap tego kota! Bez tego nasz materiał dowodowy będzie niekompletny! - wydarł się Ed.

         Młody słysząc to machnął parę razy ręką i coś powiedział przez co kot, który był już na dachu zaczął unosić się w powietrzu a po chwili leciał w kierunku młodego. Na nic było zawodzenie i szamotanie się kociego zbiega, wylądował w rękach praktykanta.

- Młody, gdzieś ty się takich rzeczy nauczył? - zapytał zszokowany Ed.

- Długa historia panie Edwardzie! Co z kotem?

- Jak to co? Do beczki i do kwatery głównej!

Tak też się stało, wrzucili kota do beczki, zatkali dziurę w niej i przetransportowali ją razem z Bumpo do kwatery głównej straży miejskiej. Tak oto dwa koty, jeden magiczny stworek i beczka śledzi dostały się do niewoli.
Avatar użytkownika
Rothard
Zbłąkana Dusza
 
Inne Postacie: Conan, Fringharn,
Rasa: Człowiek
Aura: Emanacje o średniej sile giną na co dzień w tłumie innych im podobnych, ale nie ta. Chociaż nie wyróżnia się umyślnie, jej poświata rozciąga się szerokim łukiem, błyszcząc jasno i zwracając na siebie uwagę swą barwą. Nie pozostało już bowiem wiele takich na Łusce i nawet jeśli kiedyś przebijał z niej zwykły nieśmiały szafir, teraz promienieje dumnie ametystem. Aura nie wyróżnia się wonią, niosąc ze sobą ledwie zapach ludzkiego potu, ale za to niespecjalnie przyjemna, jednak intensywna mieszanka gorzkiego i kwaśnego, a nawet nieco pikantnego smaku na długo pozostają w twojej pamięci. Tu jednak kończy się jej zdecydowanie i zbliżając się do emanacji można dostrzec całą gamę sprzeczności, czyniących ją tak wyjątkową. Chociaż w pełni giętka i elastyczna, jej powierzchnia miejscami jest miękka, pozwalając się zanurzyć w przyjemnym i gładkim jak aksamit kobalcie, innym razem zaś broni dostępu twardym żelazem, szorstkim i suchym w dotyku, gotowym pokaleczyć nieuważnych ostrymi szpikulcami. Srebrne pasy pokrywają ją jednak równomiernie, dzielnie zlepiając w tę różnorodną całość i pozwalając na bliższe poznanie. Wtedy też opływa Cię przyjemna kakofonia dźwięków, gdzie echo szeptów i odległa muzyka współgrają z cichym trzaskiem płomieni, usypiając czujność. Niepokój pojawia się dopiero wraz z nieznośnym gorącem i iskrami sypiącymi w oczy, a gdy próbujesz uciec, czujesz jakbyś zapadał się w emanacji, pogrążając w niej bez końca. Spadasz w ogień.
Wygląd: A więc szukasz Rotharda? Widzisz tą czerwoną plamę w tłumie? Jak pewnie zauważyłeś lubi czerwony kolor. To on. Jak to nie? Przecież wyróżnia się tak bardzo! Co mam Ci go opisać? No dobra postaram się, ale nie jestem w tym najlepszy. No, więc nie należy do najprzystojniejszych... Co potrzebujesz dokładniejszego opisu? No dobra to przygotuj się na najgorszy opis jaki w życiu ... (Więcej)

Postprzez Zgniłek » N paź 28, 2018 6:07 pm

        ”Przyjacielu!”
        Zmierzwione, mokre futro, oczy jak dwa spodki i błękitne drobinki krążące wokół ciała Tritona i oświetlające jego wynędzniałą, ale przecież Waszą Zawsze Wysoką Mość. Triton prychnął przerażony, gdy rozentuzjazmowany obcy władował mu się do beczki, ani trochę nie pojmując tragedii króla. Jasne, było fajnie. Na początku, gdy ryby po kolei same ładowały mu się do pyska, wszystko było w miarę stabilne, a on mógł się tarzać w ich bajecznym odorze. Potem jednak zapanowała ciemność, zaczęły się turbulencje i król wypuścił berło. Przeraźliwie jęczał wołając swój środek... To znaczy przyjaciela, towarzysza i właści(tfu)ciela. Tego, który mógł go uratować. Zamiast tego dostał jakiegoś obdartusa z dziko roześmianym pyszczkiem. Odskoczył od niego, jak od ognia.
        „Od kiedy jesteśmy przyjaciółmi?” Pragnąc zaznaczyć swój dystans i wyższość wobec nowego futrzaka w beczce, raptem postarał się znów wyglądać godnie. Wyprostował się na tyle, ile to możliwe, zmarszczył pokaźne wibrysy, wbił pazury głębiej w śledzia. Ale nie trwało to długo. Szybko stanęli na tym samym poziomie, gdy ruchoma cały czas beczka nagle zatrzymała się, lecz gdy Triton myślał, że oto koniec jego mąk, bo wieko zaczęło się uchylać, fatum zadecydowało o jego dalszym losie.
        Tak więc wyskoczył, oczywiście. Udało mu się, ale wnet został pochwycony przez czyjeś paskudne łapska i wepchnięty z powrotem do narzędzia tortur, jak gdyby tam było jego miejsce. Nacieszył się wolnością może kilka sekund. Potem beczka ruszyła znowu, ale tym razem Triton wiedział przynajmniej, że nie wszystko jeszcze stracone. Gdy wyskakiwał, zobaczył kątem oka Zgniłka i teraz nawet słyszał jego głos, więc był pewien, że sprawiedliwość w końcu zostanie wymierzona.
        Beczka się zachybotała. Triton rozpłaszczył się na śledziach, a potem nagle przeturlał na Kocmołucha. Już nie robił sobie z tego nic. Leżąc na łopatkach tamtego wyczekiwał końca mąk. Oby tylko się co do tego nie mylił.
        „Przyjacielu w otchłani. Ostatnia rybka i nigdy więcej” - mruknął nagle, sam nie wiedząc co właściwie to miało oznaczać dla kogokolwiek i zanurzył zębiska w ciałku śledzia, który wręcz ładował się do pysków obojga kotów. Trzeba było zajeść przerażenie.


        ”Znów chcesz kogoś okraść?”. Jak on tego nie cierpiał! To ocenianie od razu po pozorach. Pewnie nie spodobały jej się jego źrenice i pazury zamiast paznokci. Pewnie nie mogąc przypisać go do żadnej ze znanych ras, stwierdziła, że nie można mu ufać, a jak tak to z pewnością ma wiele za uszami. Rasiści, wszędzie rasiści! Całe życie się z nimi użerać. Coś innego jednak poruszyło go mocniej, coś, czego nie potrafił jeszcze do końca określić. Tak jakby... Dziewczyna miała na myśli, coś dużo ważniejszego, bardziej związanego z rzeczywistością. Bez uprzedzeń i wymysłów... Coś jakby fakty. Wydarzenia z przeszłości. Tknęło go to na chwilę, na tyle, by przystanąć, gdy do niego mówiła i łapała łapczywie powietrze. Nie potrafił jednak zbyt długo patrzeć na jej twarz, wiedział, że jeśli sobie na to pozwoli, to wspomnienia wrócą ze zbyt dużą siłą, a teraz musiał się skupić na czymś innym. Pozwolił więc dziwnemu uczuciu rozpoznania zawisnąć w powietrzu, po czym znów odwrócił się i kontynuował bieg, uciekając od przeszłości i prawdy. Ale jasne było, że jeśli czegoś bardzo się pragnie, to to cię nie zostawi ot tak po prostu. Szkoda tylko, że zielony nie wiedział jeszcze jakie konsekwencje niosą za sobą te pragnienia. Trzeba było posłuchać wyższych.
        Biegł dalej, mając nadzieję, że dziewczyna w pędzie nie zatrzymała się po raz kolejny, ale wyglądało na to, że rzeczy nie zamierzają iść po jego myśli. Znów zaczęło robić się nieciekawie. Niebezpiecznie. Tak jakby mieszaniec był magnesem na kłopoty – żadne z nich nie potrafiły przejść obok niego obojętnie. Musiały się sobą pochwalić, klejąc do obandażowanego ciała, jak żywica. Potem zaschną na jego skórze, tworząc brzydkie i niewygodne wypustki, które będzie trzeba zasłonić białym opatrunkiem. Może nie powinien na nie czekać i od razu cały zabandażować się jak mumia? Nikogo nie będzie przynajmniej oszukiwał, że cokolwiek jest w porządku, że cokolwiek jest normalne.
        Na uliczkę, gdzie doszło do wypadku, wypadł akurat, gdy uciekającego Tritona łapano i z powrotem ładowano do beczki.
- Sssłodzieeeje! – spomiędzy cienkiej linii ust, pozbawionych warg wydobył się syk należny wężom, odsłaniając przy tym ostre zębiska i ukazując rozdwojony język. „Kocie” oczy rozszerzyły się. Wyglądały przerażająco. Bandaż z ramienia rozplątał się już zupełnie i nie wyleciał spod rękawa, tylko dlatego, że zaplątał się między kawałki materiałów. W tym samym momencie beczkę ładowano na inny wóz, który zaraz ruszył, a krzyk Zgniłka przypisany został komuś innemu. Obdarty chłopak, bezceremonialnie przyglądający się całemu zajściu zawisł na chwilę nad ziemią, gdy jeden ze strażników chwycił go za koszulę.
- Waż na słowa, łachudro. Nie zakuję cię tylko dlatego, że szkoda mi energii na takich jak ty.
        Wielkie oczy chłopaczka na nic nie pomogły. Puszczony prawie się wywrócił, strażnicy ruszyli w stronę kwatery głównej.
- Kiedy ja nic nie zrobiłem...
        Elfia eugona zaś dalej była w biegu. Nie zatrzymała się ani na chwilę, ale miała za krótkie nogi, by dogonić wóz. Dystans cały czas się zwiększał, a płuca zaczynały się męczyć. Aż w końcu Złek przystanął. Oparł dłonie na kolanach i zaczął głośno sapać.
- Ja... Kru... Świnie, złodzieje... Cholerrrry...
        Wóz, jak gdyby nigdy nic zniknął za zakrętem. Zgniłek odwrócił się. Musiał tam zaraz dotrzeć i odzyskać swojego towarzysza. Nie pozwoli mu wpaść w nieodpowiednie ręce, gnić w zamknięciu. Co za przeklęte miasto! Nawet chowańce są tutaj prześladowane przez władze. Pewnie w kwaterach mają specjalne, małe klateczki przeznaczone dla kotów, które zbłądziły, bo były głodne. W tym mieście z pewnością nie można było być głodnym. A już na pewno nie pokazywać się bez obstawy i zapowiedzi. Najpierw przekonał się o tym sam zielony, gdy wypadł z lustra prosto w sidła łowcy niewolników i rasistów, a teraz przekonywał się o tym sam Triton. Ah, jak można być tak okrutnym? Zgniłek miał już serdecznie dość tego miejsca. Tej dzikiej historii. Przeklęte lusterka!
        Wtedy w jego głowie pojawiła się myśl. Skoro nie było można działać samemu, z pewnością zrozumieją to inni... Inni poszkodowani. Zielony samodzielnie niewiele mógł zdziałać. Wiedział to z doświadczenia. Nawet gdy już dotrze do miejsca, w które odjechała beczka, nie mógł liczyć, że potraktują go poważnie. Gorzej... Mogli przecież wiedzieć, że zabandażowany kurdupel stoi po drugiej stronie barykady i w pewnym mieście jest nawet całkiem... cenny. Nie, nie mógł działać sam. Przypomniał sobie pierwszego oskarżonego. Winnego całego wypadku. Dziwny, bardzo dziwny stworek... Zielony, ze świecącym brzuchem. Z wyższym mężczyzną u boku. Odwrócił się i powiódł wzrokiem po zgromadzonych.
- Ty! – krzyknął, zbliżając się do dużo wyższego do siebie mężczyzny. Na Święte kozy... Był naprawdę wielki! I chyba był też człowiekiem, przynajmniej na niego wyglądał. W dodatku dość oczytanym. Co prawda miał twarz żółtodzioba, z tymi różowymi policzkami, dużymi usteczkami i loczkami, ale z całą pewnością nosił się jak człowiek inteligentny i dość dumnie. Na czerwono, z peleryną. I mieczem. Trzeba było na niego uważać, ale to oznaczało również, że mógł być dobrym sojusznikiem.
- Ty, ssssłuchaj. Ten zielony dziwak, jest twój, nie? Te niecułe gady, go zabrały, ale cemu on zawinił? I mój kot! Co za bezcelność! Nie mają juc co robic! Słuchaj, chodźmy tam razem. Zgłosimy ich... Znacy zgłosimy speciw. Ja jestem mały, ale ty jestes duzy. Posłuchają mnie.
        Czekając zaś na odpowiedź, zerknął w stronę blondyneczki, która również pojawiła się na miejscu zdarzenia. Miała dziwną minę. Czyżby również została poszkodowana? Może ten drugi kot, którego widział, jak wskakuje do Tritona – może on był jej? Wtedy, gdy razem biegli wypowiedziała jakieś dziwne słowo. „Kocuch”? Może to imię jej futrzaka? Ale by było! Może go wtedy zrozumie i nie straci jej z oczu zbyt szybko. Choć może tak by było lepiej. Wydawało się, że nie jest przyjaźnie nastawiona do zielonego. Tylko czemu... Czemu tak przypominała JĄ?
        Zielony chrząknął i popatrzył na dziewczynę niepewnie. Nie wyglądała, jakby chciała współpracować. Cały czas jakiś inny świat, jej samotny świat, odciągał ją od wypełnionej bytami i słowami przestrzeni. Mimo to nakręcany emocjami Zgniłek, drżącym głosem zawołał do niej.
- Kocucha oskarzą i odetną mu łapki!
Avatar użytkownika
Zgniłek
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Kerhje, Smilla, Eldrizze, Umm, Øra, Ophelia, Spinka,
Rasa: przemieniony z leśnego elfa
Aura: Na pewno możesz mieć problem z wyczuciem tej aury - jest niezwykła w swej prostocie, ale przy tym słaba i naznaczona naturalną niechęcią do bycia odczytywaną. Ale nie dziwmy się jej - kto chciałby aby mu przeszkadzano, gdy błogo tonie we wszechobecnym złocie o odcieniach tak rozmaitych jakby była to cała gama barw? Ten kolor zniewala, otumania i przytłacza; gdyby wraz z całą emanacją był wyraźniejszy to prawdziwym wyzwaniem byłoby go znieść - chyba, że także kochasz złoto? Lubisz? Wszelkie kosztowności? Ale czy na pewno TAK bardzo? Bo tutejsze skarby są udostępniane tylko najbardziej wytrzymałym i pazernym duszyczkom. Na chwilkę. Chwilulunieczkę. A teraz łapki precz! Jeżeli nie zniechęci Cię szorstka, mało kusząca powierzchnia to może wymownie bursztynowa poświata raczy wskazać Ci kierunek do wyjścia? Będzie się wić ostrzegawczo, a Ty poczujesz w ustach delikatną słodycz i lekko kwaskową nutę oraz nie dającą się zagłuszyć pikanterię. Gryzie w język, nieprawdaż? Zapach też gryzie, lecz w nozdrza - jest trudny do opisania, raczej wyjątkowy, ale jednoznacznie kojarzący się z gniciem lub psuciem się czegoś… obcego. Nadal chcesz więcej? Dookoła słychać tylko ciszę, ale możesz dalej polegać na dotyku. Nie znajdziesz tu nic zabójczo ostrego, choć i tak powinieneś uważać. Wszystko dookoła jest ni to twarde ni miękkie, jakieś takie nijakie. Za to giętkie i ruchliwe jak spętlone stado wężyków. Gdzieniegdzie ich łuski są suche, inne miejsca zaś oblepia tajemnicza, mocno kleista wydzielina. Czy to jest…? Brrr! Lepiej już uciekaj. No już, sio! Pa pa. I nie zapomnij zostawić napiwku!
Wygląd: Do jasnej... Czy oczy mnie mylą, czy może ktoś stroi sobie ze mnie jakieś żarty? Widzę przecież, ale oczom nie wierzę. Jakiś potworek przemyka wśród mych dostojnych gości. Od razu widać, że tu nie pasuje. Ma wyblakłoniebieski płaszcz, spod którego wystają dwie krótkie nóżki obute w długie do kolan czarne buty na klamry. Przebiera nimi szybko i jakoś tak... niezgrabnie. A ... (Więcej)

Postprzez Rothard » So lis 24, 2018 5:21 pm

         Rothard był w szoku. To wszystko stało się tak szybko i niespodziewanie. Z pozoru proste zadanie zlecone przez Papadosa okazało się równie problematyczne co opanowanie wysoko zaawansowanej magii. Miało to być zlecenie dzięki któremu mogli wymknąć się z wieży i zaznać wolności, lecz w przypadku Bumpo została ona jeszcze bardziej ograniczona. Choć znali się niezbyt długo to nadal nie mógł uwierzyć, że dziwny, magiczny stworek stał się przestępcą. A przynajmniej tak potraktowali go inni. W oczach Rotha to właśnie Bumpo był ofiarą w tej całej sytuacji. W końcu nie był on świadomy tego, że wychodzi na drogę pod pojazd, nie przepuszczał również, że może tym zrobić komuś krzywdę. Wzrok stworka wyglądał jakby ten nie wiedział co się dzieje, uległ zmianie dopiero gdy popatrzył na nieprzytomnego woźnicę. Było to spojrzenie darzące kogoś współczuciem, co znaczyło, że Bumpo żałował swojego czynu. Roth dobrze znał ten wzrok, z własnego doświadczenia wiedział, że takie spojrzenie niesie za sobą zmiany i chęć odkupienia. Lecz stworek nie dostał szansy na zadośćuczynienie, nie mógł nawet przeprosić woźnicy. Od razu został zakuty i zabrany do kwatery głównej. To właśnie drażniło młodego Eforta w prawie najbardziej. Nikt uznany za winnego nie mógł nic zrobić, by naprawić szkody jakich dokonał. Każdy z nich został zamykany w celi, gdzie musiał stawiać czoło wyrzutom sumienia, jeżeli ktoś takowe posiadał. Gdy kurier zwyzywał już w duchu system, prawo, strażników i wszystko inne, spostrzegł, że pomimo tego, że Bumpa i stróżów już nie ma to patrzy się w miejsce, gdzie zniknęli. Krótko mówiąc marnował czas, a na to nie mógł sobie pozwolić. Dlatego zaczął się zastanawiać co by tu począć. Niestety nic nie przychodziło mu do głowy, dlatego konsternacja zaczęła powoli przeradzać się w panikę. Na całe szczęście nim Roth stracił zimną krew całkowicie, ktoś zaczepił go pytając o wypadek.  

         Gdy odwrócił się na dźwięk wypowiadanych do niego słów zastygnął w miejscu wpatrując się w niskiego, obandażowanego, długouchego chłopca. Było w nim coś niepokojącego, coś co kazało Rothowi zachować ostrożność. Przyglądał mu się przez chwilę i starał się dojrzeć z kim ma do czynienia. Niski wzrost i sposób mówienia wskazywał na to, że jest dzieckiem, bandaże i zielona skóra na to, że chorował. Miał też duże uszy. Roth uznał, że to zapewne wina tego, że dużo podsłuchiwał, bo i skąd dzieciak miałby wiedzieć, że Bumpo jest jego towarzyszem. Ale wtedy sobie uświadomił, że nikomu o tym nie mówił, więc uznał, że musiał ich razem widzieć wcześniej. Tak właśnie widział chłopca, na każdą jego odmienność znalazł wytłumaczenie, gorsze, lepsze, ale znalazł. Prawie na każdą. Jego oczy, ich nie mógł wyjaśnić w żaden nawet najgłupszy sposób. To niepokoiło kuriera.

- Mój dziwak? Masz na myśli Bumpo? Dlaczego nazywasz go dziwnym? Jakim prawem ktoś taki jak ty nazywa go dziwnym? Widziałeś się ostatnio w lustrze?! - zapytał zirytowany obrazą jego kompana.

         Dziwny. Tak właśnie nazywa się to co nie pasuje do reszty, co swoim wyglądem, zachowaniem czy czymkolwiek innym wyróżnia się na tle tłumu. Taka to definicja przyszła na myśl Rothardowi po zadaniu chłopcu trzeciego pytania. I wtedy w jego głowie pojawiły się też wątpliwości. Czy miał prawo go o to zapytać? Czy on sam nie jest dziwny? W końcu jest tylko człowiekiem. Na tym świecie żyją smoki, krasnoludy, anioły, duchy i bóg jeden wie jeszcze jakie stworzenia, których łącznie na pewno jest więcej niż ludzi, a mimo to ludzie określają je mianem „dziwnych” lub „odmieńców”. Czy oni sami nie zasługują na to określenie? Zrobiło mu się smutno przez to co powiedział. Na dodatek ten biedny dzieciak stracił kota w tym wypadku, w wypadku, który był po części winą Rotha, ponieważ nie upilnował Bumpa.

- Przepraszam za to co powiedziałem, to nie powinno mieć miejsca. To przez to zdenerwowanie, straciłem cenną paczkę wraz z tym stworkiem, mój zleceniodawca będzie zły jeżeli o tym się dowie, dlatego muszę go odzyskać. Pomogę ci dzieciaku, ale najpierw zdradź mi swoje imię. Ja nazywam się Rothard Effort i zamierzam pomóc wszystkim, którzy ucierpieli w tym zajściu – powiedział pod wpływem poczucia winy. - Niestety nie mogę iść z tobą się odwołać, bo zamkną mnie za współudział, tamci strażnicy widzieli mnie z Bumpo przy bramie, już wtedy miałem z nimi kłopot. No i powiedz mi, dlaczego mieliby posłuchać akurat ciebie?

Po chwili rozmyślania Roth wpadł na genialny pomysł.

- Nie tylko ja i ty coś straciliśmy w tym wypadku, on też - wskazał palcem na nieprzytomnego mężczyznę – stracił beczkę pełną śledzi, zanieśmy go do lekarza, gdy się obudzi może nam pomóc.
Avatar użytkownika
Rothard
Zbłąkana Dusza
 
Inne Postacie: Conan, Fringharn,
Rasa: Człowiek
Aura: Emanacje o średniej sile giną na co dzień w tłumie innych im podobnych, ale nie ta. Chociaż nie wyróżnia się umyślnie, jej poświata rozciąga się szerokim łukiem, błyszcząc jasno i zwracając na siebie uwagę swą barwą. Nie pozostało już bowiem wiele takich na Łusce i nawet jeśli kiedyś przebijał z niej zwykły nieśmiały szafir, teraz promienieje dumnie ametystem. Aura nie wyróżnia się wonią, niosąc ze sobą ledwie zapach ludzkiego potu, ale za to niespecjalnie przyjemna, jednak intensywna mieszanka gorzkiego i kwaśnego, a nawet nieco pikantnego smaku na długo pozostają w twojej pamięci. Tu jednak kończy się jej zdecydowanie i zbliżając się do emanacji można dostrzec całą gamę sprzeczności, czyniących ją tak wyjątkową. Chociaż w pełni giętka i elastyczna, jej powierzchnia miejscami jest miękka, pozwalając się zanurzyć w przyjemnym i gładkim jak aksamit kobalcie, innym razem zaś broni dostępu twardym żelazem, szorstkim i suchym w dotyku, gotowym pokaleczyć nieuważnych ostrymi szpikulcami. Srebrne pasy pokrywają ją jednak równomiernie, dzielnie zlepiając w tę różnorodną całość i pozwalając na bliższe poznanie. Wtedy też opływa Cię przyjemna kakofonia dźwięków, gdzie echo szeptów i odległa muzyka współgrają z cichym trzaskiem płomieni, usypiając czujność. Niepokój pojawia się dopiero wraz z nieznośnym gorącem i iskrami sypiącymi w oczy, a gdy próbujesz uciec, czujesz jakbyś zapadał się w emanacji, pogrążając w niej bez końca. Spadasz w ogień.
Wygląd: A więc szukasz Rotharda? Widzisz tą czerwoną plamę w tłumie? Jak pewnie zauważyłeś lubi czerwony kolor. To on. Jak to nie? Przecież wyróżnia się tak bardzo! Co mam Ci go opisać? No dobra postaram się, ale nie jestem w tym najlepszy. No, więc nie należy do najprzystojniejszych... Co potrzebujesz dokładniejszego opisu? No dobra to przygotuj się na najgorszy opis jaki w życiu ... (Więcej)


Powrót do Ekradon

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

cron