Mauria[Mauria i okolice] Zamknij oczy jeśli mi ufasz

Miasto położone na północny-zachód od Mglistych Bagien, otoczone gęstą puszczą, jedyną droga prowadząca do miasta jest dolina Umarłych lub też nie mniej niebezpieczne bagna. Niewielu tutaj przybywa miasto zaczyna wymierać, gdyż młodzi jego mieszkańcy uciekają stąd jak najdalej od tajemniczej Doliny Umarłych.
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Aldaren
Kroczący w Snach
Posty: 241
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Re: [Mauria i okolice] Zamknij oczy jeśli mi ufasz

Post autor: Aldaren » 4 dni temu

        Ciężko było się nie odezwać, nie rzucić z radością w stronę wchodzącego do domu nekromanty. A już szczególnie, w żaden sposób nie zareagować, gdy słychać było w głosie blondyna wzbierającą rozpacz. Nim jednak Mitra się załamał po stracie wampira, ten podniósł się by go objąć i z hukiem z powrotem opaść na ziemię, bo jednak było trochę niewygodne dla pleców takie ni to siedzenie ni to pochylanie się. Zaraz po tym rozpoczął swoje wyznanie i oświadczyny, po których puścił niebianina, aby zwrócić mu "wolność" i dać swobodę w podjęciu decyzji. Dosłownie i w przenośni.
        Oszołomienie i z wolna odchodząca rozpacz były zrozumiałe. Mitra nie tylko wyglądał zabawnie, ale również niezwykle uroczo i aż Aldarena korciło, czy nie zdecydować się na częstsze odstawianie tak dramatycznych scen, by tylko móc się jeszcze bardziej niż zwykle rozpływać nad tym jak wspaniały, kochany i słodki był jego partner. A już szczególnie, gdy nie wiedział co się właśnie odtentegowało.
        Zaraz jednak nie było wampirowi już tak do śmiechu, gdy twarz błogosławionego stężała, stała się surowa, jasno można było ocenić, że wcześniejsze emocje ustępowały właśnie miejsca złości. Chodziło o bransoletkę, zrobienie bałaganu, ubrudzenie nekromancie ubrań krwią i miodem, czy o tą szopkę? Czyżby przesadził? Nieee, na pewno nie. Cz-czy jednak tak? Nie, prawda? N-no może... Może troszkę. DOBRZE! Zgoda, przesadził... Mógł sobie odpuścić ten kołek przyklejony na miód... Ależ to cholerstwo się lepiło!
        Aldaren, obserwując Mitrę i czekając na jego decyzję odnośnie bransoletki, jakąkolwiek odpowiedź na to co wampir mu zadeklarował, zaczął sobie uświadamiać, że jego lubemu nie przypadł do gustu jego nowatorski sposób na oświadczyny i balsam na ich ostatnie konflikty. Albo mówiąc po ludzku - zauważył, że blondyn jakby się gniewał. Wietrząc kłopoty, zwłaszcza, gdy nekromanta się odezwał, wydając swoje bezwzględne i mrożące do szpiku kości polecenie, skrzypek przełknął głośno z obawą ślinę i nie kryjąc swojego niepokoju, zaraz się poprawił na podłodze, by spełnić wolę nekromanty.         Kiedy przykląkł na jedno kolano, zerknął odruchowo w stronę pudełeczka, w którym przyniósł bransoletkę, ale było stanowczo za daleko, a nieumarły nie miał ochoty wyrywać się z przedwczesnym podkładaniem głowy pod topór. Jeśli miał możliwość dłużej sobie pożyć, oczywiście zamierzał z tego skorzystać. Kretynem nie był. Postanowił więc odpuścić sobie to cholerne pudełko i znów wyciągnął rozpiętą i gotową do założenia w każdej chwili, bransoletkę na dłoni w stronę niebianina. Cały czas zadzierał głowę do góry by na niego patrzeć, jak zahipnotyzowany, (albo raczej ze strachu jak w przypadku "potyczki" z kobrą bądź jakimś innym jadowitym wężem) nie był w stanie przerwać kontaktu wzrokowego. Oczy Mitry aż wsysały go do swych delikatnych, niepozornych głębin, przywodzące na myśl łąkę pełną bławatków.
        Odezwał się, lecz żaden dźwięk nie wydobył się z jego ust. Dopiero teraz dotarło do niego, że miał ściśnięte i niemal zasuszone na wiór gardło. Odkasłał i niepewnie, zachrypniętym głosem podjął:
        - Mitro Aresterra... Czy... Czy zechciałbyś spędzić resztę wieczności przy moim boku? - Chyba pierwszy raz w życiu miał tremę i wcale tego nie ukrywał. Nie mógłby. Obecnie musiał się skupiać na czym zupełnie innym niż ukrywanie targających nim emocji, czy swoich myśli. - Wiem, że nie znamy się wcale długo i dość często dochodzi między nami do konfliktów, zwłaszcza w ostatnim cza... - przerwał nagle, gdy Mitra przerwał mu pozytywną odpowiedzią i jednocześnie przyjęciem wyznania nieumarłego, nim zdążył się rozkręcić w swoim monologu. Nie było co ukrywać, teraz to Aldaren był oszołomiony. Nie spodziewał się, że Mitra tak niemal od razu odpowie na jego oświadczyny i jednocześnie się zgodzi. Przecież wczoraj...
        Dłonie skrzypka lekko drżały, gdy wyciągnął je by zapiąć bransoletkę na nadgarstku ukochanego. A gdy była już odpowiednio umocowana, ujął delikatnie dłoń swojego wybranka i nieznacznie przekręcił ozdobę by na wierzchu znajdowała się pozornie zwykła i nieciekawa blaszka, choć z piękną płaskorzeźbą przedstawiającą herb Van der Leeuw'ów. Chwilę skrzypek, nadal klęcząc przed ukochanym i trzymając go za dłoń, zapatrzył się na nią, nadal nie mogąc uwierzyć w to co się właśnie stało i co to oznacza. Nie mógł uwierzyć, że to prawda, a nie tylko przyjemny sen, po którym wraz z obudzeniem się nastąpi rozczarowanie i zapomnienie o nim.
        Otrząsnął się z tego stanu niedowierzania, gdy dotarło do jego uszu kolejne polecenie błogosławionego. Wampir w czułym geście musnął delikatnie ustami świetlista dłoń Mitry i się podniósł posłusznie. Wraz ze spokojniejszym tonem niebianina, rozluźnił się nieco i sam wampir i ostatnią rzeczą, o której w tym momencie by pomyślał było: "czyżby mi się upiekło?". Może w innej sytuacji przeszłoby mu to przez myśl, ale nie teraz gdy Mitra zaabsorbował całą uwagę nieumarłego, serce waliło mu w piersi jak młody ptak, który właśnie nauczył się latać i czerpał całymi garściami z pierwszego swojego podboju przestworzy. Nie, kiedy chwila była tak niepowtarzalna i wyjątkowa, tak podniosła.
        - E... - wyjąkał nadal oszołomiony i niedowierzający.
        Nie zdążył nawet przeanalizować, czy się czasem nie przesłyszał, gdy został napadnięty i porwany do namiętnego pocałunku. Oczywiście tym gwałtownym rozbójnikiem był nie kto inny, jak Mitra i aż wampirowi zaparło dech. Takiego Mitry jeszcze w życiu nie widział, nie dane mu było poznać tej krwiożerczej bestii, której łańcuchy właśnie zostały poluźnione.
        Niezbyt trzeźwo myślący przez szok, Aldaren starał się dostosować do ostatniego polecenia, spełnić je i jak najlepiej dotrzymać kroku lubemu, w okazywanej przez niego czułości i jednocześnie przewyższającemu nawet sen Prasmoka, szczęściu. Miał jednak z tym niewielkie trudności i bez wątpienia Mitra wypadł dużo lepiej, niż wciąż zdezorientowany skrzypek, ale nie można powiedzieć, że się nie starał, że całował na "odwal się", bo uczucie akurat okazał niemal boleśnie szczere. Przymknął oczy by zamiast się starać, po prostu się temu oddać i zawierzyć własnemu instynktowi i miłości, jaką darzył nekromantę.
        W prawdzie nie było to najrozsądniejszym pomysłem, bo tak się w tym wszystkim rozpłynął, a jeszcze Mitra tak mocno, a niego napierał, jakby co najmniej skrzypek miał mu się zaraz wyrwać i gdzieś uciec; że wampir nie był w stanie dłużej utrzymywać równowagi i po raz drugi rąbnął plecami o podłogę, z powrotem w skromną plamę po ptasiej krwi. Tym razem jednak bardziej odczuł upadek, niż gdy był w pozycji półsiedzącej, ale nie narzekał i rozkoszował się słodką chwilą ze swoim najlepszym przyjacielem i jednocześnie od zaledwie chwili drugą połówką na całą wieczność... Czy może jednak narzeczonym? W sumie... Partner brzmi chyba lepiej, ale na ustalenie poprawnego nazewnictwa będzie pewnie czas później. Teraz... Teraz jego myśli zajęte były wyłącznie Mitrą, nie jakimiś formalnymi pierdołami.
        Całował, jak nekromanta nakazał, z prawdziwą pasją i żarem w sercu, zapomniał się w tym wszystkim na moment i obejmując ukochanego powiódł delikatnie dłonią po jego plecach. Oczywiście przez materiał kilku warstw niebianina, bo przecież nadal miał na sobie płaszcz.
        Na szczęście nim Aldaren na dobre zatracił się w uczuciu jakim obaj się darzyli i zapomniał, że Mitra to... Mitra... Żabon postanowił zainterweniować i im przerwać donośnym, gardłowym i pojedynczym skrzekiem, jakby co najmniej na pół kamienicy mu się odbiło po "obiedzie".
        Usiadł w przejściu z kuchni do salonu i patrzył na nich jak na dwóch idiotów, którym do końca się w głowie i rzyci poprzewracało. Cały czas oblizywał swoją szeroką, płaską gębę z krwi i poprzylepianych do niej piór. Nie trzeba było znać języka demonów, by wiedzieć, że takie delikatesy zeżarłby jeszcze, a może i nawet udałoby mu się wybłagać pozwolenie na zjedzenie wyliniałego, czarnego kota sąsiadów, który bezczelnie wykradał resztki z ich śmietnika i nic nie zostawiał Żabonowi. Wszystko jak na dłoni było widać w małych, złośliwych, chochliczych, perełkowych i czarnych jak najgłębsza otchłań w... Otchłani...oczach małego żabiego demona. Albo raczej Nagiego Psa Sori-Anduńskiego. Oj łatwo tej zniewagi Aldarenowi nie odpuści.

Awatar użytkownika
Mitra
Szukający Snów
Posty: 186
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Mitra » 2 dni temu

        Reakcja Mitry była może odrobinę okrutna, może wystraszył Aldarena swoim chłodnym gniewem… Ale sam został jeszcze gorzej wystraszony, miał prawo tak zareagować. I tak mogłoby być gorzej, gdyby nie to, że powoli docierało do niego jakie szczęście go właśnie spotkało. Był jednocześnie zły i radosny i póki co przeważało to pierwsze. No i chyba troszkę chciał utrzeć wampirowi nosa. Widział, że wyszło mu aż za dobrze, ale… Troszkę było warto. Bo gdy Aldaren drżącym głosem zadał to pytanie, Mitrę aż przeszedł dreszcz. Starał się ukryć ekscytację, ale i tak nie wyszło mu tak dobrze jak by tego chciał, bo przerwał skrzypkowi monolog i odpowiedział pośpieszne “Tak, chcę”. Nadstawił rękę, by wampir mógł mu zapiąć bransoletkę. Gdzieś z tyłu głowy roztrząsał te ostatnie słowa - faktycznie znali się ledwie kilka dni, a przez ten czas nie było chyba dnia, by się nie kłócili… Ale to nieistotne, bo błogosławiony naprawdę był zakochany. Bo te wszystkie kłótnie między nimi wynikały z dobrych intencji, które nie wyszły, z tego, że każde z nich miało jakąś swoją ciemną stronę, trudne wspomnienia… Mitra jednak nie wyobrażał sobie życia bez Aldarena, więc ta bransoletka była spełnieniem jego marzeń. Napawał się chwilą, gdy skrzypek zapinał mu ją na ręce, a jego dłonie tak drżały z emocji. Jakim cudem ręka niebianina pozostała nieruchoma, tego nie wiedział nawet on sam, bo również był trochę zdenerwowany. Chciał zaraz podnieść nadgarstek do oczu, by spojrzeć na tę blaszkę z symbolem rodu jego ukochanego, lecz lazurowooki przytrzymał go za dłoń. Nie wyrywał się, dał mu chwilę. Później zaś kazał mu wstać. Wszak od samej bransoletki ważniejsze było kto ją zapiął i Mitra nie mógł dłużej już udawać, że się gniewa. Przyjął ten pocałunek w dłoń, ale to było za mało. Nawet nie zwrócił uwagi na to, że skrzypek nie zrozumiał jego intencji i sam przeszedł do czynów.
        Jeszcze nigdy bliskość nie smakowała tak dobrze. Aresterra nie znał tego obezwładniającego uczucia, przez które był jednocześnie bezbronny, ale i pełen sił. Nigdy nie przypuszczałby, że jest w stanie być tak otwarty - nie po tych wszystkich latach takiego paranoidalnego pilnowania się. Teraz nawet o tym nie myślał, po prostu dał się ponieść chwili w ramionach ukochanego. Wyszło mu to jednak aż za bardzo, bo tak na niego naparł, że oboje upadli na podłogę. Mitra jęknął, na moment ich usta się rozłączyły, ale gdy tylko nekromanta zorientował się, że jego ukochanemu nic się nie stało po tym upadku i nie nadział się na ten nieszczęsny niby-kołek, chciał wrócić do pocałunków… Gdyby nie Żabon. Mały cholernik swoim donośnym bekaniem musiał wszystko zepsuć. Nekromanta podniósł na niego mordercze spojrzenie, pod wpływem którego demon aż zamarł z językiem wpakowanym w dziurkę od nosa (znalazł się tam podczas wylizywania mordy). Urok chwili skutecznie prysł, a błogosławiony jakby ocknął się z tego co zaszło… I w jakiej pozycji wylądował z Aldarenem. Może to leżenie na nim nie byłoby aż takie najgorsze, bo już przecież raz im się to zdarzyło, a teraz miał na sobie jeszcze dodatkowy płaszcz, przez co naprawdę niewiele czuł… Ale leżeli tak, że ich nogi były zaplecione, a tego było już dla błogosławionego za wiele jak na jeden raz. Momentalnie wytrzeźwiał… Ale nie uciekł jak karaluch złapany w krąg światła. Przez moment wyglądał na lekko skrępowanego, a później już spokojnego, zdecydowanego. Nagle jednak - zupełnie bez ostrzeżenia, chwilę po tym, gdy jego wzrok na moment uciekł w dół, na plamę krwi - uderzył Aldarena pięścią w tors. Nie mocno, bo ani nie chciał, ani nie miał jak wziąć zamachu.
        - Nigdy więcej nie rób mi takich numerów - wycedził przez zaciśnięte zęby, a każdemu kolejnemu słowu towarzyszył kolejny cios pięścią. Nie były mocne, wyrażały po prostu wielką frustrację. - Jeszcze jeden taki żart, a osobiście cię zatłukę… Nawet nie wiesz jak straszne to było, widzieć ciebie całego we krwi, z tym kołkiem… Przez moment myślałem, że to się stało naprawdę… - wyznał cicho, po czym rozluźnił pięści, na moment oparł czoło o tors wampira jakby żądał w ten sposób pocieszenia, ale nie trwało to długo. W końcu Mitra zsunął się z Aldarena i usiadł obok niego na ziemi. Mitra wyrzucał sobie, że był głupi, że dał się nabrać na ten numer. Przecież gdyby do domu wtargnął intruz, zareagowałyby manekiny. Żabon by zareagował, jakkolwiek, cokolwiek by zrobił, byłyby ślady jakiejś szamotaniny. W domu panował bałagan, ale nie taki, by przeoczyć takie sygnały. Zresztą kto mógłby wiedzieć, że Aldaren jest w tym domu i dlaczego miałby chcieć go zabić? Mitra przez moment próbował się usprawiedliwiać obecnością Zabora w mieście, ale nie - gdyby to był demon, cały dom byłby we krwi i wnętrznościach, on chyba nie zrobiłby tego tak czysto i elegancko.
        Błogosławiony głośno westchnął. Spojrzał w dół i dopiero wtedy po raz pierwszy spojrzał na zapiętą na swoim przegubie bransoletkę. Uśmiechnął się na ten widok, czule pogładził jej powierzchnię i obrócił tak, aby blaszka z grawerem była na wierzchu. ”Mitra van der Leeuw”, pomyślał na próbę. Chyba ładnie brzmiało. A w każdym razie jemu się podobało, bardzo wręcz się podobało…
        Wzrok błogosławionego znowu powrócił na jego ukochanego. Nie mógł się na niego za długo gniewać, nie w takiej chwili. Nachylił się więc szybko do niego i dał mu buziaka w miejsce, w które przed chwilą mu przywalił.
        - Przepraszam - powiedział ze skruchą. - Ale naprawdę nawet nie wiesz, jak bardzo byłem przez moment przerażony…
        Mitra podniósł się na kolana i pomógł też wstać Aldarenowi. Gdy stali, ponownie rzucił mu się na szyję.
        - Dziękuję - szepnął z twarzą schowaną w jego piersi. - Tak bardzo tego pragnąłem od chwili gdy zdałem sobie sprawę… Dlatego tak z tym wyskoczyłem rano. Poczekaj teraz chwilę - odezwał się nagle, puszczając Aldarena i cofając się pod drzwi wejściowe. Pozbierał leżące na komodzie róże, które przez to, że nie zostały odłożone z wystarczającą dbałością zdołały się rozsypać. Zgarnął również wszystkie swoje torby z zakupami i z tym wrócił do skrzypka. Wcześniej miał w głowie ułożoną całą przemowę na tę okazję, ale tego co zrobił Aldaren nie mógł już pobić, została mu więc improwizacja.
        - Ren… - odezwał się do niego z czułością. - To miały być kwiaty na przeprosiny, ale teraz stanowią raczej wyraz mojego szczęścia i miłości do ciebie… Aż żałuję, że jest ich tak mało, ale po prostu więcej nie mieli. Zresztą musiałbym zasłać różami każdy skrawek podłogi w tym domu, a i tak by pewnie nie starczyło… - Mitra zawiesił głos, po czym spojrzał na skrzypka i w końcu wręczył mu bukiet z tuzina czerwonych, pełnych róż, których luksusowy zapach zaczął już wypełniać całe wnętrze domu. To jeszcze nie był koniec.
        - A to - zagaił Aresterra, gdy już uwolnił się od bukietu i pokazał trzymane w drugiej ręce torby. - Byś w końcu przestał udawać, że tu mieszkasz i naprawdę zaczął to robić. Parę rzeczy osobistych, byś poczuł się tu jak najbardziej u siebie… Proszę, mam nadzieję, że trafiłem.
        W torbach były przeróżne szpargały. W jednej znajdowały się przybory higieniczne: grzebień, komplet do czyszczenia zębów, jakaś subtelna woda kolońska, którą Mitra wybrał według swojego gustu, dwie myjki do ciała - ostra i taka delikatniejsza - odżywcza pomada do włosów. W kolejnej było kilka bardziej codziennych ubrań: dwie tuniki o prostym kroju i… fartuch. Oraz grube kuchenne rękawice.
        - Dla mojego szefa kuchni, byś się nie ubrudził ani nie poparzył - wyjaśnił Mitra. Uśmiechał się trochę nieśmiało, trochę z ekscytacją i wyczekiwaniem. Nie wiedział jak zareaguje na to wszystko Aldaren. No a jeszcze była ostatnia torba.
        - To… Trochę bardziej osobiste. Bo wspominałeś, że nie masz w czym spać.
        No tak. W ostatniej torbie - której zawartość została jednak kupiona w pierwszej kolejności - znajdowała się piżama dla wampira. Nie było to nic zabójczo zmysłowego ani niestosownego, bo w końcu to Mitra wybierał. Starał się jednak, by nie wyjść na kompletną cnotkę, by było wygodnie, z klasą i ładnie jednocześnie. Komplet stanowiły więc luźne spodnie za kolana, koszulka bez rękawów i luźna narzutka podobna do krótkiego szlafroka, wszystko wykonane z przyjemnego materiału, który trochę przypominał jedwab: był gładki i błyszczący z zewnątrz, ale od środka lekko mechaty. Miał szary kolor, a troczki w pasie i przy szyi zakończono polakierowanymi na lazurowy błękit drewnianymi kamykami.
        - Pomyślałem, że ten kolor ładnie podkreśli twoje oczy… - wyznał Mitra, już totalnie skrępowany. Nie no, chyba jednak się wygłupił. Chciał dla Aldarena kupić coś luksusowego i osobistego, ale to było takie prozaiczne.

Awatar użytkownika
Aldaren
Kroczący w Snach
Posty: 241
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Aldaren » 1 dzień temu

        Serce Aldarenowi waliło jak głupie... o ile w ogóle można było tak uznać, bo był dużo bardziej przekonany, że z tego całego stresu, poddenerwowania (nie ze złości) i jednocześnie ekscytacji, miał wrażenie, że zaraz jego serducho skończy pakować walizki i wyemigruje jak najdalej od tego szaleństwa. Może w jakieś ładne i dużo cieplejsze strony. Jadeitowe Wybrzeże? Może gdzieś dalej, poza wschodnie granice Środkowej Alaranii. Tropikalne lasy okalające Sarich? Słońce, ciepło, plaża, dużo bardziej normalne towarzystwo... Raj na ziemi.
        Wampir odetchnął z ulgą, gdy Mitra przystał na tej pokraczny rodzaj oświadczyn nieumarłego, i nie tracąc czasu - coby niebianin się nie rozmyślił nagle - zaraz zabrał się za zapięcie bransoletki na dłoni ukochanego, co wcale nie było łatwe przez to, jak wampirowi drżały ręce z tych wszystkich emocji. Chwila minęła nim wstał, musiał się przekonać czy to wszystko dzieje się naprawdę, czy to nie jest jakiś okrutny sen. Głupio jednak byłoby tak się uszczypnąć przy blondynie albo siebie spoliczkować, dlatego postawił co prawda na mało rzetelny, ale przynajmniej bezpieczny (nie zrobi z siebie idioty) sposób weryfikacji. Zbliżył na moment usta do miękkiej dłoni lubego, a czując ciepło jego skóry i oszałamiający zapach, udało mu się rozwiać wszelkie wątpliwości. To wszystko działo się na jawie, nie we śnie.
        Wstał w końcu i nim zdołał jakoś ocucić się z tego sennego otępienia i wykonać ostatnie polecenie nekromanty, też zniecierpliwiony sam wystartował z czułościami i przejął bez trudu całą inicjatywę. Jedyne co mógł Aldaren to tylko objąć błogosławionego, przytulić do siebie i jakoś w ten sposób zamortyzować jego upadek, osłaniając przy tym by blondyn się nie potłukł.
        Cały czas się jednak pilnował. Chwila była zbyt wyjątkowa by mógł ją tak bezmyślnie i beztrosko zepsuć nawet najmniejszym nastąpieniem na granicę. Nie można jednak powiedzieć, że brakowało mu zaangażowania w pocałunek, czy szczerej miłości wyrażanej w trakcie, gdy ich usta były z sobą połączone. Dobre było to, że ani przez moment w tym czasie nie przewinęła mu się przez głowę żadna nieprzyzwoita, kosmata myśl, ani też głód nie śmiał teraz o sobie przypomnieć.
        Niestety i tak zbyt długo nie dane im było się sobą nacieszyć i zatracić w tych czułościach, dzięki Żabonowi, ale w sumie to dobrze. Znaczy po części, bo również był zły na małego demona - może nie tak bardzo jak Mitra, ale jednak był - lecz takie leżenie na podłodze wcale nie było wygodne. Poza tym było mu mokro i lepko od wylanej teatralnie krwi w to miejsce, nie wspominając już o tym nieprzyjemnym uczuciu, gdy smugi krwi zasychają na skórze, lekko ją naciągając miejscami, nim skromna warstewka ciemniejącego szkarłatu popęka. No i jeszcze nogi zaczęły mu jakby lekko mrowić, choć nie dane mu było dowiedzieć się dlaczego. Raz, że w głowie mu nadal szumiało po namiętnym "ataku" błogosławionego, dwa... ten zaraz zaczął walić w jego pierś jak w worek z piaskiem do treningów bokserskich. Nie zostawił jednak wampirowi do domysłów, skąd ta jego nagła frustracja, gdyż równie szybko co zaatakował, pospieszył z rozwikłaniem zagadki.
        Z początku skrzypek po prostu wytrzeszczał na lubego oczy, starając się pojąć o co chodzi, leżał przy tym nadal pod nim i przyjmował kolejne ciosy, aż w końcu w połowie nie zaniósł się (wcale nie złośliwym) śmiechem.
        - Hej, przestań! - wydusił z siebie, nie przestając się śmiać i starał jakoś wypełznąć spod blondyna, albo chociaż nieudolnie zasłonić się przed kolejnymi bezbolesnymi ciosami. - To łaskocze!
        Przestał się śmiać, gdy Mitra zaprzestał swojego ataku i nieco przygasł, ściszając również głos jakby posmutniał. Pogładził mężczyznę, który był jedynym sensem jego życia (nie-życia) po ramieniu, a po tym go przytulił i to nawet oburącz, gdy Mitra położył głowę na torsie nieumarłego. Jedną dłonią gładzony był delikatnie po plecach, druga z kolei ostrożnie mierzwiła złociste loki.
        - Nie masz za co przepraszać, zasłużyłem sobie. To był kiepski dowcip, wybacz mi - powiedział łagodnie i pocałował go w głowę. - I wierz mi, rozumiem cię. Sam byłbym zrozpaczony, gdybym znalazł cię bez ducha. Znając siebie, zdążyłbym zrobić nawet coś głupiego, nim ty byś otworzył oczy i powiedział, że to tylko żarto - dodał zaraz poważnym tonem i szczerze, nie zostawił żadnych wątpliwości, że wcale nie przesadzał z tym co mówił. Westchnął i z uśmiechem poklepał lubego po łopatce.
        - Na szczęście żyjesz, twoja temperatura ciała to potwierdza, w przeciwieństwie do niektórych osobników pod tym dachem, no a Mauria nadal stoi w nienaruszonym stanie. I mam nadzieję, że pozostanie tak jak najdłużej - spuentował pogodnie, przyjmując pomoc ukochanego i również wstając.
        Aldaren nawet nie zdążył się przeciągnąć, by "naprostować" obolały kręgosłup, gdy znów jakiś blond sabotażysta przeprowadził brutalny zamach na jego szyję i równowagę. Na szczęście tym razem skrzypek zdołał ich utrzymać w pozycji pionowej machając przez moment rękami z przerażeniem na twarzy, że znów zaraz wyląduje na ziemi, ale gdy zagrożenie zostało zażegnane, przytulił tego swojego kochanego sabotażystę, któremu najwyraźniej bardzo brakowało czułości. Albo musiał uzupełnić jej deficyt po wczorajszej awanturze. No, względnie mogło chodzić o ustabilizowanie jej poziomu we krwi, przez wyładowanie części na wampirze, w postaci takiego właśnie przytulania.
        - I tym razem to ja powinienem być tym, który dziękuje, w końcu uratowałeś mi życie i nadałeś mu sens - odparł z miłością, którą nasączone było każde jego słowo. - Wybacz, że z rana tak źle cię potraktowałem, ale zupełnie mnie zaskoczyłeś. Poza ty... - podjął, lecz zaraz urwał, jeszcze raz analizując w głowie co chciał powiedzieć. Doszedł jednak do wniosku, że źle mogłoby się skończyć mówienie Mitrze, że takie deklaracje zaraz po przebudzeniu i to jeszcze w łóżku nie były zbytnio na miejscu, a przez osobę trzecią coś takiego mogłoby zostać jednoznacznie zinterpretowane i delikatnie mówiąc, dziwne. Nie, to nie było coś o czym powinno się MITRZE mówić nawet w żartach, a co dopiero w tak poważnym temacie. - Poza tym choć ja się obudziłem, mój mózg nadal słodko drzemał, zdrajca przebrzydły. Po przebudzeniu potrzebuję po prostu chwili, by w pełni wrócić do życia, a zwłaszcza kontaktować - wyjaśnił, zamiast tego co naprawdę chciał powiedzieć i uśmiechnął się z lekkim skrępowaniem. Nie kłamał jednak. Z rana naprawdę potrzebował przynajmniej pół godziny by się porządnie rozbudzić. Miał nadzieję, że Mitra to zrozumie. A zwłaszcza, że wystarczy mu taki argument i zapomną o temacie (kij, że Aldaren sam go poruszył).
        - Hę?
        Zamrugał zaskoczony, gdy Mitra nagle go opuścił i stał jak ten kołek starając się zorientować o co chodzi. Nie zdążył jednak się ruszyć z miejsca, by sprawdzić o co chodziło jego ukochanemu, gdy ten wrócił obładowany torbami, jak jakiś koń i z wielkim (jak na mauryjskie standardy) bukietem róż. Teraz to dopiero zamurowało skrzypka. Stał z rozdziawioną buzią, nie wiedząc nawet czy się odezwać, a jak już, to co w ogóle powiedzieć. Ocucił się, jak zostały mu niemal podstawione pod nos i wciśnięte do ręki kwiaty, wciąż jednak patrzył oszołomiony jak ostatni debil na blondyna. Pokręcił energicznie głową, uważając by nie uszkodzić bukietu, by raz na zawsze (albo przynajmniej na ten moment) pozbyć się tej głupkowatej miny i tego żałosnego stanu jaki go ogarnął i zmusił do tego zszokowania.
        - Musiałeś wydać na nie majątek - szepnął bardziej jakby do siebie niż do nekromanty, głosem zachrypniętym, jakby miał całkiem przesuszone na wiór gardło.
        Odchrząknął zaraz, a na jego twarzy pojawił się błogi, rozmarzony uśmiech, gdy wpatrzył się w cudowny bukiet i zaciągnął się zapachem krwistoczerwonych kwiatów. - Nigdy bym nie pomyślał, że w Maurii można trafić jeszcze tak piękne kwiaty. I to prawdziwe, naturalne, a nie stworzone i utrzymywane przy życiu za pomocą magii. Jestem poruszony. Dziękuję ci mój kochany - mruknął i raz jeszcze wepchnął nos ostrożnie w wiązankę. Miał już nawet pomysł co zrobić by plan Mitry się ziścił i ten miał cały pokój w kwiatach szkarłatnej róży. Co prawda będzie potrzebował małej, albo dość sporej pomocy, ale był pewien, że będzie warto.
        Powrócił zaraz do rzeczywistości, gdy Mitra zasygnalizował, że to wcale nie koniec. Aldaren przerwał mu na moment unosząc nieco dłoń z podniesionym palcem wskazującym, by ten chwilkę poczekał i zaraz się odwrócił, kierując kroki w stronę zlewu w kuchni. Chwilę mu zajęło znalezienie czegoś co nadałoby się na wazon i po nalaniu zimnej wody, przyciął nieznacznie końcówki łodyg i wstawił kwiaty odżywczej wody. Postawił je na razie na stole jadalnym i ponownie zbliżył się do Mitry, czekając co też ten jeszcze wymóżdżył.
        - Ja? Udaję?! - zapowietrzył się urażony, acz widać było po nim, że lekko się zakłopotał. Nie sądził, że to aż tak widać. Był cały czas święcie przekonany, że Mitra nie wie o tym jak bardzo wampir starał się nie nadużywać gościnności. A tu taki numer. No cóż... Będzie musiał się chyba bardziej postarać.
        Naprawdę jakoś ciężko było mu się przemóc i traktować tej kamienicy jak swojego domu. Nie chciał odbierać Mitrze wyłączności do tego miejsca. Nekromanta zasługiwał na jakiś swój kąt, do którego Aldaren nie będzie miał żadnych praw, a z którego Mitra zawsze będzie mógł go wykopać gdyby naszła niebianina taka ochota. Miejsce, do którego zawsze mógłby wrócić, chociaż by po to, aby posiedzieć chwilę w samotności. Co prawda sam nigdy nie miał takiego miejsca albo miał przez krótki czas, ale wiedział jak ważne do pełni szczęścia jest posiadanie takiego własnego azylu, w którym nikt nie będzie cię niepokoił.
        - Dom twój, tam gdzie serce twoje - powiedział sentencjonalnie, po czym skupił uwagę na ukochanym. - A moje serce jest tutaj - wskazał klatkę piersiową Mitry i się uśmiechnął z miłością.
        Co prawda wybrał drogę na skróty, bo ani nie musiał kłamać, że "tak, oczywiście", ani też nie musiał naruszać Mitrowego azylu zmuszaniem się do traktowaniem go jak swój dom. Prawdę mówiąc Aldaren nie był nawet pewien czy kiedykolwiek miał coś takiego. Teoretycznie do zamku zawsze mógł wrócić, spędził tam najwięcej czasu, miał swoje własne skrzydło za życia Fausta, gdzie stary wampir starał się nie zachodzić, by uszanować prywatność swojego wychowanka, ale tak szczerze, to nie specjalnie czuł się tam jak w domu. Nie było mu też żal, gdy widział jak Łowcy zamieniali zamek Van der Leeuw'ów w kupę gruzu. Wątpił by się to zmieniło nawet gdy zamek stanie się szpitalem, a Mitra zechce się tam przenieść razem z wampirem. Kto wie, może za sto lat ten zamek zacznie dla niego coś znaczyć, albo jakieś inne miejsce, które z większym uczuciem i sentymentem będzie w stanie nazwać swoim domem, a nie jedynie traktować jałowo jako ciepłe miejsce, gdzie się tylko śpi i można się schronić przed deszczem.
        Przyjął od Mitry torby i zaczął przeglądać ich zawartość, zaciekawiony mimo wszystko co mu kupił niebianin i aż nie był w stanie powstrzymać rozbawienia, gdy wyciągnął fartuch wiązany na plecach taki charakterystyczny dla kury domowej i zaraz grube rękawice stanowiące bezsprzecznie jeden komplet z fartuchem.
        Korciło wampira rzucenie uwagą, czy faktycznie jest aż tak kiepskim magiem ognia, że musi uważać, aby się nie poparzyć, ale odpuścił sobie, coby nie psuć Mitrze dobrego humoru, choćby i przez przypadek.
        - Aż żałuję, że pospieszyłem się z przygotowaniem obiadu - powiedział wesoło, choć i rzeczywiście było mu głupio, że nie założy fartucha do przyrządzenia dzisiejszego obiadu, ale już mówi się trudno. Jutro też jest dzień.
        Był naprawdę szczęśliwy, wyglądał jak dziecko, które w końcu miało szansę otworzyć swój pierwszy prezent w życiu. Nie to, żeby Faust skąpił na Aldarena i nie ulegał jego zachciankom, zwłaszcza gdy ten był dzieckiem, ale zawsze jego "niespodzianki" polegały na prostym schemacie: "ja chciałbym..." -> chwila spokoju bez Fausta w domu -> powrót Fausta i wręczenie Aldarenowi do rąk "prezentu". Nie było tego uczucia zniecierpliwienia, ciekawości, ekscytacji i ostatecznie przyjemnego zaskoczenia oraz prawdziwej radości, choćby z najdrobniejszej pierdołki jak na przykład ten grzebień (nawet jeśli wampir dość rzadko przykuwał uwagę do tego by porządnie przeczesać włosy i to nie własnymi palcami). Ta ostatnia torba była apogeum wszystkich tych pozytywnych uczuć jakie towarzyszą niespodziance i całej magii otwierania prezentu. W prawdzie podświadomie i mentalnie nieco przygasł jego entuzjazm, gdy Mitra go "ostrzegł" przed tym co znajduje się w ostatniej torbie, bo wampir na prawdę nie zwykł sypiać w "piżamach", ale nie chciał sprawiać przykrości swojemu ukochanemu. Zwłaszcza, że był bardzo wrażliwy i strasznie łatwo było go zranić i zachwiać jego i tak skromną pewnością siebie.
        Kiedy jednak Aldaren wyjął koszulkę, a po tym coś w rodzaju podomki, sam się sobie dziwił, ale naprawdę mu się podobało. Oczu nie mógł oderwać od polakierowanego drewna, a dłonią cały czas praktycznie głaskał, tę wewnętrzną, cieplejszą część. Była mięciutka, gładka w dotyku i ciepła! Zabawnie to "futerko" łaskotało go w palce i było przyjemnie ciepłe! Aż się zaczął zastanawiać dlaczego do tej pory nie używał piżam i w nich nie spał, ale zaraz odpowiedź sama się nasunęła - dopóki nie poznał Mitry, a zwłaszcza nie został zaproszony pod jego dach, raczej rzadko oddawał się odżywczemu snu, jako że wampirom sen jest zbędny i nie odczuwają zbytnio takiej potrzeby, by się układać do odpoczynku. Może kiedyś, tysiące lat temu pierwsze wampiry oddawały się tak przyziemnym rzeczom jak sen, by przetrwać dzień i wrócić do "życia" dopiero nocą, bo przecież młode, świeżo przemienione wampiry nadal mają problemy z przebywaniem na słońcu, niektóre, starsze również się na światło dzienne nie uodporniły, ale w Maurii i tak kontakt ze słońcem jest szczątkowy. Niewiele wampirów obecnie chodzi spać, zbyt wiele dużo ciekawszych i bardziej produktywnych rzeczy do zrobienia niż spanie.
        - Dziękuję ci Mitra, naprawdę, nawet nie wiesz jak szczęśliwy jestem - powiedział szczerze i tym razem to on porwał w ramiona swojego lubego. Ucałował go nawet przy tym w czoło, a po tym wtulił swój policzek w jego włosy i nie wyglądało jakby szybko chciał go wypuścić, ale były to jedynie pozory, bo cały czas pamiętał, że to Mitra i on zawsze potrzebuje "niezamkniętej furtki", by czuć się komfortowo.
        - Aż mi głupio, że sam nic dla ciebie nie mam... i jeszcze pobrudziłem ci podłogę... - mruknął zakłopotany, gdy puścił już niebianina.
        Położył zaraz torby na kanapie i szybko przystąpił do sprzątania po sobie. Wziął szczotę do podłóg, wiaderko z wodą i zaraz zaczął szorować ślady z krwi, jak również samą plamę po wroniej krwi. Kiedy się z tym uporał, przeprosił na moment Mitrę, którego nawet przez moment nie ignorował i poszedł z torbami na górę. Oczywiście chciał się obmyć z krwi i zmienić ubrania na czyste. Spodnie jeszcze powinien mieć jakieś, nie odpuścił sobie jednak założenia jednej z tunik, które zostały mu właśnie podarowane. Z czystymi ubraniami poszedł do łazienki, w między czasie dając Xarganowi rozkaz na przyniesienie mu z zamku nieco bielizny i kilka sztuk, niewiele, spodni i koszul. Stanowczo za szybko brudził swoje ubrania.

ODPOWIEDZ

Wróć do „Mauria”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość