Mauria[Mauria i okolice] Zamknij oczy jeśli mi ufasz

Miasto położone na północny-zachód od Mglistych Bagien, otoczone gęstą puszczą, jedyną droga prowadząca do miasta jest dolina Umarłych lub też nie mniej niebezpieczne bagna. Niewielu tutaj przybywa miasto zaczyna wymierać, gdyż młodzi jego mieszkańcy uciekają stąd jak najdalej od tajemniczej Doliny Umarłych.
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Aldaren
Kroczący w Snach
Posty: 217
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Re: [Mauria i okolice] Zamknij oczy jeśli mi ufasz

Post autor: Aldaren » 3 miesiące temu

        Uśmiechnął się pogodnie, niewinnie jak aniołek, gdy został zaszczycony obrażonym spojrzeniem ukochanego. Co prawda doskonale wiedział, że w tej walce Mitra nie ma z nim żadnych szans i wampir zawsze będzie na zwycięskiej pozycji, niemniej i tak był bardzo zadowolony ze swojej wygranej. Może i był to w drobnym stopniu nierówny pojedynek, ale dla tej miny nekromanty i jego uroczej niewiedzy było po prostu warto. Poza tym Mitra mimo niehonorowej walki i swojej przegranej dobrze się bawił, a to było najlepszą nagrodą jaką skrzypek mógł otrzymać w zamian za swoje zwycięstwo. Zwłaszcza, że błogosławiony idealnie przypominał o tym, że każda róża, nawet zerwana czy ta połamana ma kolce, co udowadniał swoim pytaniem.
        - Ta-jem-ni-ca - odparł beztrosko Aldaren i uśmiechnął się psotnie, eksponując swoje nieludzkie uzębienie oraz puszczając przy tym partnerowi oczko. Mitra był naprawdę słodki kiedy był niewtajemniczony i wampir nie zamierzał tego zmieniać. Tak po prostu było zabawniej. Oczywiście dla niego. Zwłaszcza, że nabzdyczony niebianin, również był nagrodą samą w sobie. Aldaren kochał go całego i w każdej sytuacji, a już na pewno gdy błogosławiony był tak rozluźniony i na swój sposób szczęśliwy.

        - Uff, to dobrze - odetchnął z wyraźną ulgą i się rozluźnił, uśmiechając pogodnie do ukochanego. - Wybacz moją nadopiekuńczość, myślałem, że może zasłabłeś i się przewróciłeś. Powiedziałbym, że może przydałoby się manekiny tam również posłać do boju, gdybym nie wyszedł przy tym na hipokrytę. W końcu mój dom obecnie potrzebowałby chyba z dwudziestu takich ekip sprzątających - zaśmiał się z rozbawieniem, tak dobierając słowa, by przez przypadek nie urazić błogosławionego, w końcu nie miał nic złego na myśli.
        Najważniejsze jednak było to, że tłumaczenia blondyna łyknął jak młody pelikan, ani się nad nimi nie zastanawiając, ani nie zagłębiając się w nie. Mitrze nic nie było, więc nie było problemu, a o szpargały przecież martwił się nie będzie. One nie odczuwają bólu i nie mogą zrobić sobie siniaka, w przeciwieństwie do nekromanty.
        Zadowolony, że nic się błogosławionemu złego nie stało, wampir przepuścił go na schodach, a gdy się z sobą zrównali, kiwnął potakująco głową na jego prośbę i poszedł wraz z nim do chyba ich obu ulubionej części całej kamienicy. Będzie mu brakowało wspólnego gotowania, gdy szpital zacznie już żyć, choć nie było wcale nad czym płakać, bo przecież będą wtedy wspólnie pracowali. I choć żadne z nich po tego rodzaju współpracy raczej się nie naje, wspólnymi siłami komuś pomogą. Może ulżą w bólu, może wyrwą z objęć śmierci - zrobią to po prostu razem.

        Aldaren mógł w tej chwili przypomnieć przyjacielowi własne słowa, że nawet resztki ze śmietnika, czy najgorsza na świecie trucizna zabijająca również wampiry by mu posmakowała, gdyby tylko została przyrządzona przez blondyna. Zamiast tego miał na ten moment zupełnie inny plan, mający na celu zaspokojenie nieco żądz skrzypka, jak i jednoznaczne zapewnienie niebianina o swoim bezgranicznym wsparciu zawsze i wszędzie, bez względu na sytuację. Musiał oczywiście zrobić to na swój pokrętny, skomplikowany i może nieco ryzykowny sposób, ale jak szybko się okazało - naprawdę było warto.
        Po pierwsze Mitra nie stawiał nawet najmniejszego oporu, choć wampir zaatakował go tak nagle, bez żadnego uprzedzenia z porwaniem go w objęcia. Mimo względnej zaborczości, nie zapomniał o tym, że jego działa dotyczą skrzywdzonego w przeszłości i przez to płochliwego Mitry, dlatego choć pozornie go zakleszczył w swoich ramionach, nie odebrał partnerowi możliwości ucieczki gdyby zaszła taka potrzeba. Z sercem w gardle obserwował jak nekromanta ocenia czy dałby radę się wyswobodzić, po czym wampir niezauważalnie odetchnął z ulgą, gdy "zdał" ten sprawdzian.
        Po tym serce mu mocniej zabiło, nie przez to, że błogosławiony biernie spełnił prośbę skrzypka, nie przez to jak blondyn poprawił się w jego objęciach (choć to również było w pewnym sensie podniecające dla wampira), ale głównie przez to, że Mitra właśnie nie pozostawał bierny - wyciągnął ku Aldarenowi twarz i chwycił się jego koszuli, a po tym uczestniczył na swój nieporadny, ale przynajmniej szczery i czuły sposób w pocałunku składanym na jego ustach przez nieumarłego. Krew w żyłach skrzypka znów zaczęła buzować jak jeszcze praktycznie przed chwilą, gdy miał zamiar pchnąć niebianina na stos ksiąg i wziąć z nim udział w namiętnym tańcu dwóch ciał. Co prawda wiedział, że doprowadzenie do takiego finału nie wchodziło puki co w grę, bo mógłby tym jedynie zrazić do siebie nekromantę, ale mimo to ciężko było mu się powstrzymać.
        Chciał całować, gładzić i kąsać miękką skórę swojego lubego, czuć ciepło jego ciała pod palcami, które grajek utracił setki lat temu, ale na to musiał sobie odpowiednio zapracować i wystarczająco długo poczekać. Priorytetem w końcu było zyskanie zaufania i pokazanie niebianinowi, że dotyk Aldarena nie wyrządzi mu krzywdy, a może sprawić przyjemność. Właśnie dlatego krwiopijca zdecydował się na powolną i delikatną podróż swojej dłoni po ciele ukochanego okrytym ubraniem, dla jego własnego komfortu. Sam poczuł jak drobniejszego mężczyznę przechodzą dreszcze, co u niego wywołało skromny, acz zdradzający pełnię satysfakcji uśmiech, podczas pocałunku.
        Choć bardzo się starał, nie mógł w nieskończoność trzymać na łańcuchu swoich pragnień i wampirzej natury, dlatego nim posunął się za daleko, postanowił przerwać pocałunek, nawet jeśli błogosławiony śmielej oparł się o niego swoim ciałem. Czując jednak coś jakby Mitra miał się zaraz osunąć bezwładnie na ziemię, zaraz służył mu pomocą, obejmując w pasie i przytrzymując w pionie, nie pozwalając mu upaść. Zachowania ukochanego na pewno nie odebrał jako prośbę o coś więcej, o coś bardziej śmiałego, wystarczająco go poznał, by wiedzieć, że coś takiego raczej szybko nie nastąpi. Po prostu zinterpretował to jako próbę pewniejszego ratunku przed upadkiem. Na pewno jednak nie spodziewał się, że Mitra raz jeszcze, tym razem z własnej inicjatywy złączy ich usta jeszcze na chwilę, a po tym jakby z niechęcią się od niego oderwie.
        Może jak na Mitrę, trzymał go trochę zbyt mocno, to znaczy nekromanta miałby trudności z wyswobodzeniem się z objęć krwiopijcy, ale ten wcale nie miał złych zamiarów, po prostu musiał przytrzymać go nieco pewniej by blondyn nie upadł na ziemię. Zaraz też z resztą poluźnił swój uścisk, gdy partner oplótł się rękami wokół jego szyi i się do wampira przytulił.
        - Wiem najdroższy - mruknął czule, delikatnie całując szyję ukochanego nekromanty w pełnej troski pieszczocie.
        Zdziwieniem dla wampira było, gdy błogosławiony nie zamierzał go puścić, choć wydawało się, że już bez problemu stał o własnych siłach. Aldaren jednak nie zamierzał go odrywać od siebie siłą i z wyrozumiałością oraz godną długowiecznej rasy cierpliwością położył jedną dłoń na ramieniu niebianina, a drugą lekko gładził go po plecach. Uśmiechnął się do niego serdecznie.
        - Nie musisz się tłumaczyć, doskonale cię rozumiem - powiedział łagodnie, usłużnie podsuwając przyjacielowi z wampirzą gracją krzesło by mógł w razie czego się o nie oprzeć lub usiąść i w pełni dojść do siebie bez obaw, że nogi by się pod nim ugięły. Poklepał go lekko po ramieniu, gestem zapewniającym, że wszystko w porządku i nie ma się czym przejmować i podszedł do zlewu, podciągając rękawy, by umyć ręce i te z produktów, które również wypadałoby opłukać wodą, nawet jeśli nie wiedział co z nich powstanie.
        - Nawet nie wiesz jaka to dla mnie ulga, słyszeć, że było ci przy tym przyjemnie. Bałem się, że może trochę... zbyt śmiało postąpiłem, ale twoje słowa odejmują mi ogromny kamień z serca - zapewnił szczerze blondyna, zerkając na niego łagodnie, z czułością i dogasającymi ognikami prawdziwej pasji w oczach. - Rozumiem, że dreszcze w dobrym znaczeniu? - zapytał zadziornie, wycierając dłonie w szmatkę. - Bo wiesz, mówi się, że dreszcze, gęsia skórka, czy tak zwane zimne poty powstają pod wpływem dotyku ducha, który chce nas przed czymś ostrzec... To już jest dawno zapomniany mit, prawda? - zapytał i zaraz się zaśmiał zawstydzony tym, że faktycznie mogła to już być - skromnie powiedziawszy - z lekka przeterminowana teoria. Aczkolwiek wiedział, że nie o tego typu dreszcze chodziło jego partnerowi.

        - "Mam nadzieję, że dobrze się bawisz, kiedy ktoś zakrada się do twojego zamku" - burknął z gniewem Xargan, skradając się w cieniu, przemierzał korytarze przyszłego szpitala. - "Bez obaw, mam go na oku i na pewno żywy stąd nie wyjdzie" - dodał, wcale nie uspokoił tym Aldarena.
        Wampira ciekawiła po części ta sprawa, bo przecież gargulce przy bramie były tak zaklęte, że miały się bez trudu uruchamiać, gdy na posesję wkraczał intruz. Z relacji Xargana wynikało, że gargulce dalej twardo strzegły swojej pozycji, w końcu nie wspomniał, że się już zajęły nieproszonym gościem. Po które, o tej porze powinni być już w szpitalu nocni robotnicy, a z oszczędnej w informacje wypowiedzi demona wynikało, że i oni nie dostrzegli obecności kogoś z zewnątrz. Skrzypek nie dziwił się więc, że Xargan chciał sprawdzić sprawę osobiście i w pełni, nim podejmie się rachowania kości włamywaczowi. Póki co Aldaren postanowił się cieszyć towarzystwem ukochanego. W pełni ufał umiejętnościom i sile Xargana, więc zostawił mu wolną rękę co do tej sprawy. Zmieniły się jednak późniejsze plany nieumarłego, który po kolacji w pierwszej kolejności odwiedzi swój zamek, a dopiero po tym uda się do Katakumb po potrzebne składniki. Nie przejawiał wiec żadnych oznak tego, że coś mogło być nie tak. A przynajmniej na razie się tym nie przejmował i cieszył towarzystwem Mitry.

Awatar użytkownika
Mitra
Szukający Snów
Posty: 163
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Mitra » 3 miesiące temu

        Mitrze nie zostało nic innego jak poddać się - nie miał nastroju na ciągnięcie tej wymiany zdań w nieskończoność, a tym bardziej na wyciąganie z Aldarena jego “ta-je-mni-cy”, bo najwyraźniej im bardziej dociekał, tym bardziej wampir bawił się z nim w kotka i myszkę, było to więc błędne koło. Kiedyś na pewno dowie się o co mu chodziło!

        - Mam ograniczoną ilość kukieł i ogrom pracy dla nich po tym jak zapuściłem ten dom, ale spokojnie, i tam w końcu dotrą - zapewnił ukochanego, gdy ten dyskretnie wytknął mu, że i łazience przydałoby się sprzątanie. - A gdy to będzie gotowe, mogę ci ich wypożyczyć. Są powolni, ale dokładni - zachęcił. Zupełnie szczerze zaproponował wysłanie manekinów do zamku by sprzątały po pracach remontowych, choć wcześniej o tym nie myślał. Skoro jednak pomysł teraz wpadł mu do głowy i od razu wydał się dobry, nie było sensu się z nim wstrzymywać.
        - Mogą pracować cały dzień i całą noc jeśli tak im rozkażę, więc nie ma tego problemu co ze zwykłymi robotnikami, byle tylko wysyłać ich w takie miejsca, aby nie przeszkadzali - doprecyzował, jakby bardzo chciał przekonać Aldarena do tego pomysłu. I nie chodziło przy tym wcale o to, by odciągnąć jego uwagę od incydentu w łazience. Po prostu uważał to za dobre rozwiązanie. Nawet zaczął się zastanawiać nad tym, czy nie stworzyć kilku nowych kukieł, które sprzątałyby w przyszłości to wielkie zamczysko. Niby można było zatrudnić kogoś do tej roboty, ale takie zastępstwo będzie na pewno mniej zawodne… Zobaczy się.

        Mitra nawet nie zdawał sobie sprawy z tego jak łatwo było go czytać - nie przypuszczał, że Aldaren dojrzał to jak szukał ewentualnej drogi ucieczki, bo przecież to było tylko mgnienie oka. Z drugiej jednak strony wampir również był w tym momencie łatwy do odczytania: widać było jak bardzo pragnął tego co miało nadejść. Oczy mu błyszczały jak niebo w bezchmurną noc… Zabawne i zupełnie nieadekwatne porównanie w Maurii, lecz Mitra pamiętał jak wygląda takie niebo. I właśnie to widział w oczach ukochanego na chwilę przed tym, gdy na jego prośbę zamknął powieki. Ciekawe jakie on sam miał spojrzenie - czy w oczach było widać to jak bardzo tego chciał czy tylko niepewność. To jednak nie było aż tak ważne, gdyż o jego chęciach świadczyły przede wszystkim gesty. Zdradzało go też jego własne ciało - te doskonale wyczuwalne dreszcze, to jak poruszał się w ramionach skrzypka, chcąc być bliżej niego w chwili największej słabości, to jak nie miał dość i sam wziął sobie jeszcze jeden całus.

        Ten pocałunek w szyję - Mitra wyraźnie się naprężył, gdy poczuł na skórze usta ukochanego. Głęboko nabrał tchu. Ale w żadnych z tych ruchów nie było nerwowości, raczej… Przyjemność. Nawet lekko odchylił głowę w zachęcający sposób, choć zrobił to zupełnie nieświadomie. Nie miał jednak żalu do Aldarena, że ten nie podjął pieszczot i co więcej, dopiero chwilę później dotarło do niego jak niefrasobliwie się zachował. Tak kusić wampira - chyba zwariował! ”Tak, na jego punkcie”, odpowiedział sam sobie, od razu dodając drugi komentarz, że to było zdanie bardzo w typie jego ukochanego. Chyba za wiele czasu z nim spędzał… Ale czy to źle? Powinien jednak chyba trochę bardziej uważać, by po prostu nie denerwować skrzypka i nie wysyłać mu mylnych sygnałów.
        Mitra był w nastroju do bliskości - należało z tego korzystać. Może jednak wampir dobrze zrobił, że powoli zaczął odsuwać się od nekromanty, bo ten jeszcze mógłby przypadkiem nadwyrężyć sobie nerwy, w chwili słabości przekraczając zbyt gwałtownie własne granice. To było jednak cudowne - obejmowali się i uśmiechali. Obaj. Nie tylko Aldaren, ale również niebianin, który nie robił tego od jakiś czterdziestu lat. A to wszystko dzięki jego ukochanemu.
        Mimo to Mitra nie oponował, gdy skrzypek podsunął mu krzesło. Co prawda sporym nadużyciem byłoby stwierdzenie, że bez wsparcia by się przewrócił, bo naprawdę umiał stać o własnych siłach i wykorzystywał słabość jedynie jako pretekst by zostać w ramionach wampira, ale skoro ten zaoferował mu tego typu pomoc, to on ją przyjął. Usiadł bokiem, splatając ramiona na oparciu krzesła i patrzył maślanym wzrokiem za Aldarenem, który poszedł umyć ręce. Nie skupiał się nad tym co jego ukochany robił, po prostu… No tak po prostu patrzył. Cieszył się z tego, że był. Że nie wykorzystał żadnej ze sposobności jakie miał, by zrobić mu krzywdę, bo po prostu miał dobry charakter. Jeszcze ze dwa miesiące temu nekromanta nie wierzył w to, że istnieją ludzie dobrzy, ale dzięki skrzypkowi zmienił zdanie - on był pierwszą taką osobą, na którą trafił.
        - Nawet gdyby nie to niech duchy nie wtrącają się między nas, bo już z dwoma takimi co próbowały się przykładnie rozprawiłem - odparł rezolutnie Mitra, po czym znowu w jego spojrzeniu pojawiła się ta jego specyficzna czułość, gdy mościł głowę na własnych ramionach jakby zamierzał tak się zdrzemnąć. - Było dobrze… Bardzo dobrze. To bardzo przyjemne, nawet jeśli trochę dziwne dreszcze. Choć liczyłem, że zachęcę cię do tego wtedy tym pąkiem jaśminu - wyznał szczerze. - Nie bym uważał, że to tak działa, ale że chociaż cię sprowokuję samym zachowaniem. Cóż, cieszę się, że mimo wszystko się ziściło, bo… - Mitra zamilkł na moment, w zamyśleniu wodząc palcami po miejscach, których dotykał Aldaren. Po chwili ponownie podniósł na niego przytomny wzrok. - Bardzo tego chciałem.
        Po tych wyznaniach Mitra przeciągnął się lekko i w końcu wstał z krzesła, bo odeszła mu słabość w nogach. Odstawił krzesło na miejsce, po czym sam podwinął rękawy i wziął się do roboty. Nie wyznaczał żadnej pracy Aldarenowi, bo chciał wszystko zrobić sam - to miał być obiad specjalnie dla niego. Zresztą chciał też, by jak najdłużej zachować w tajemnicy co takiego przygotowywał - jak zastrzegł wcześniej frykasy to nie były i chyba w ten sposób chciał uniknąć przedwczesnego rozczarowania.
        Zaczął od ćwiartowania kurczaka, którego chwilę wcześniej umył dla niego wampir. Złapał za tasak, który czekał naostrzony tuż przy zlewie, po czym chwilę oglądał martwego ptaka, nim ułożył go sobie na blacie i kilkoma sprawnymi uderzeniami podzielił go na części - takiej techniki pozazdrościłby mu każdy rzeźnik. I było w tym też coś niepokojącego - widok mężczyzny o tak niewinnym wyglądzie, który bez większego problemu ćwiartuje mięso. A wręcz może jakby sprawiało mu to przyjemność. To było faktycznie prawdą, ale nie przez to, że cieszyło go operowanie tasakiem, ale przez to, że przygotowywał obiad dla ukochanego.
        Później nadeszła ta żmudniejsza część roboty. Mitra wyciągnął nową deskę do krojenia, moździerz i całą masę różnych przypraw, wśród których dominowały papryki o dziwacznych kształtach.
        - Lubisz ostre? - zagaił niebianin, wyciągając jeszcze butelkę oliwy. Gdy podniósł wzrok na Aldarena widać było w jego oczach jak bardzo chce, by ten był z niego zadowolony.

Awatar użytkownika
Aldaren
Kroczący w Snach
Posty: 217
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Aldaren » 3 miesiące temu

        - Wiesz, jeśli miałbym być szczery... Biorąc porównując ze sobą moje pierwsze przekroczenie progu twojego domu a obecny jego stan, nigdy bym nie uwierzył, że to to samo miejsce - uśmiechnął się subtelnie, by Mitra nie przyjął mylnie, że wampir z niego drwi czy mu wytyka dość... chaotyczną przestrzeń mieszkalną. Był lekko spięty, ale nie w negatywnym sensie, tylko tak, jakby rozmawiał o sprawach poważnych bądź czysto zawodowych. Pieczołowicie ważył każde swoje słowo. - Z czystym sumieniem mógłbym powiedzieć, że panuje u ciebie porządek, w przeciwieństwie do mojego własnego domu - zaśmiał się wesoło wyraźnie się rozluźniając.
        - Pozostając całkowicie szczerym, dodam, że mauryjskich władców raczej żadne z nas nie powinno zapraszać póki co do swoich domów, ale na prawdę pierwszego dnia jak tu byłem ciężko byłoby mi uwierzyć, że w ogóle jest tu podłoga - zażartował, zamykając jedno oko i psotnie wystawiając język.
        Zaraz też zastanowił się nad wcale nie taką złą propozycją ukochanego. Gdyby to on osobiście zgłosił się do sprzątania, wampir na pewno nie wyraził by na to zgody, choćby miał nawet rozkazać strzegącym posesji gargulcom, że mają za wszelką cenę nie wpuszczać nekromanty do zamczyska, ale skoro miały się wszystkim zająć drewniane kukły - żaden problem.
        Dość szybko Aldaren sobie przypomniał o tym, że w przyrodzie nic nie jest za darmo i zerknął przenikliwie na blondyna, rozmyślając nad tym jaką on musi płacić cenę za to, że ożywione przez niego kukły są w stanie pracować, poruszać się przez cały czas. Z podstaw teorii nekromancji, gdy najpierw Faust starał się skrzypka tego nauczyć, a po tym świętej pamięci opiekun Mitry, pamiętał, że sporo energii kosztuje (przynajmniej go kosztowało) ożywienie jakiegoś martwego przedmiotu, nie dosłowne sprawienie żeby ożył, ale choćby poruszanie nim jak kukiełką na sznurku, tyle że za pomocą magii. O ile w przypadku nauki gry na skrzypcach można bez przesady uznać, że Aldaren był geniuszem, o tyle niestety w przypadku zdobywania i wykorzystywania w praktyce wiedzy z dziedziny magii śmierci był wyjątkowym jak na siebie imbecylem i kaleką umysłowym. No, może nie aż tak bardzo, bo wiedział o co chodzi w nekromancji i jak działała, choć osobiście nie rozumiał po co ożywiać coś co jest martwe, ale to już inna bajka, w końcu sam powinien być martwy, a mimo to nadal jakoś tam egzystował na tym łez padole. Po prostu nie umiał wiedzy zastosować w teorii, magia śmierci kategorycznie nie była dla niego. Potrzeba było dopiero Sarazila by Faust w końcu sobie uświadomił to, że z Aldarena nigdy nie będzie nekromanty, choćby nie wiadomo jak długo jego Mistrz się męczył nad tym by jednak skrzypek poszedł w jego ślady. Po prawdzie lazurowooki był wtedy przygnębiony i zawiedziony tym, że zawiódł w tej kwestii swojego Mistrza, ale były to już stare dzieje, które dzięki Mitrze zaczynały się zacierać w jego pamięci, bo po co pamiętać o przykrościach, skoro ma się szczęście na wyciągnięcie ręki.
        W tej też chwili dotarło do grajka, że zamiast się bezsensownie zastanawiać nad tym jak nekromanta kieruje swoimi kukłami i czemu wydaje się cały czas pełen energii jeśli manekiny ją zużywają, a non stop są na chodzie, najlepiej zwyczajnie jest się zapytać o to przyjaciela, w końcu nie powinno być to żadną tajemnicą. Nie to co misterny plan wampira o zagnieżdżeniu się w sypialni ukochanego pod postacią kruka tylko po to, by go podglądać.
        - Twoja propozycja nie wydaje się zła - powiedział nieco zamyślony, zmierzając z blondynem do kuchni. - Powiedz mi tylko, bo mnie to zastanawia, jak to w ogóle jest z tymi kukłami? Są napędzane magią to wiem, ale czy to jest na zasadzie przekazania im części swojej energii na początku, by dzięki niej mogły chodzić i za sto lat, czy cały czas wysysają z ciebie energię jak przez niewidzialną kroplówkę, by móc cały czas działać? Wybacz moje pytanie, ale naprawdę jest do dla mnie zagadka, zwłaszcza, że cały czas wydajesz się tryskać energią. Niestety moja wiedza w tej dziedzinie kończy się jedynie na użyciu magi by ożywić coś nieożywionego, to jak taki ożywieniec później działa jest dla mnie jak smoczy język, żeby nie powiedzieć jak czarna magia - kompletnie niezrozumiały - wydusił z siebie w końcu, oczywiście jak zwykle nie mogąc ograniczyć swojej prośby do kilku słów, zawierających całą istotę swojego pytania. Na twarzy, mimo wszelkich chęci zachowania pozorów jakoby miałaby to być zwykła luźna rozmowa, pojawił mu się wyraz wielkiego zakłopotania. Było mu strasznie głupio, że nie wiedział tak banalnej rzeczy, skoro sam władał i kontrolował, co prawda demony, ale zasada pewnie w rzeczywistości jest ta sama między obiema dziedzinami magii.

        Sytuacja w kuchni pomogła wampirowi oderwać myśli od rzeczy mało ważnych, jak na przykład zestawienie ze sobą nekromancji i demonologii, albo dokładniejsze rozważanie swojego pomysłu udania się do Katakumb może w dość irracjonalnym celu, który na pewno sporo zaprocentuje w przyszłości. Mógł zapomnieć o całym prasmoczym świecie i skupić się wyłącznie na ukochanym, choć nie mógł się w pełni rozluźnić i swobodnie oddać swoim pragnieniom z uwagi na to, jaki był Mitra i co skrzypek mu obiecał. Miał przy tym kilka razy chwilę słabości, jak choćby wodzenie dłonią po torsie ukochanego bez jego zgody, ale udało mu się przynajmniej zachować na tyle trzeźwości umysłu, że nie przegiął w swoim działaniu tak, by niebianin go znienawidził, czy poczuł do nieumarłego odrazę. W brew pozorom, gdy błogosławiony zapewne zachęcony pocałunkiem w szyję, odchylił głowę na bok by ułatwić partnerowi dostęp i przedłużyć tę pieszczotę, wampir bez problemu zrezygnował z tego zaproszenia i po prostu się nieco wycofał rozluźniając swoje objęcia, dając przyjacielowi możliwość ucieczki w każdej chwili. Tak, zadziałały w tej chwili wspomnienia tego jak ugryzł Mitrę będąc pod wpływem Xargana i późniejsze następstwa swojej słabej woli. Przykre wspomnienia i napawające go wstrętem do samego siebie, a nawet tego typu czułości względem blondyna, ale przynajmniej były najlepszym zabezpieczeniem przed powtórzeniem takich działań w stosunku do nekromanty. Były jak tkwiący w ciele cierń, który przeszkadzał, ale ratował życie (usunięcie takowego, tkwiącego w trudno dostępnym miejscu, mogłoby wywołać na tyle silny krwotok, że zakończyłby się jedynie śmiercią). Oczywiście, najlepiej by było jakby w ogóle nie było takiej zadry, ale w obecnym przypadku niosła ze sobą więcej pozytywów niż można by się po czymś takim spodziewać.
        Ucałował Mitrę czule w czoło i podsunął mu krzesło, by mógł sobie na nim spocząć i dojść do siebie po niedawnych czułościach.

        Dość niekomfortowo się czuł będąc odsuniętym od pomagania Mitrze przy przygotowywaniu obiadu. Wiedział, że nie wiedząc co ten miał zamiar upichcić, tylko by mu przeszkadzał i plątał się pod nogami jak jeszcze jakiś czas temu Żabon, ale przecież mógł jedynie robić to co nekromanta by mu powiedział, stałby się przez tą chwilę niemal jak jedna z drewnianych kukieł nieprzejawiających własnej inicjatywy. Niestety blondyn chciał zrobić wszystko sam, przez co właśnie krwiopijca nie mógł znaleźć miejsca i zajęcia dla siebie. Pójście po butelkę koniaku i rozlanie końcówki na dwa kieliszki (oczywiście Mitrze przez "przypadek" wlał więcej niż sobie) było rozwiązaniem jedynie na krótką chwilę, gdyż zaraz prócz sączenia alkoholu znów nie miał co z sobą począć. Ani przez moment nie przypuszczał, że samodzielność Mitry podczas robienia tego posiłku była misternie zaplanowana z góry, by sposób przygotowania pozostał jak najdłużej słodkim sekretem (jednym z wielu zresztą) błogosławionego.
        - Z chęcią spróbuję czegoś nowego. Wierzę, że będzie wyborne takie jakie przygotujesz - odpowiedział może trochę zbyt arystokratycznie jak na zwykłe "tak" lub "nie", ale inna odpowiedź nie przyszła mu do głowy, przez którą nie rozgadałby się zbytnio, ani którą nie podciąłby skrzydeł ukochanemu.
        Prawda była taka, że arystokracja raczej nie jada nic wypalającego trzewia, a już na pewno nie mauryjska arystokracja, która... no cóż preferuje innego rodzaju i postaci pożywienie. Zwłaszcza ta wampirza część tutejszych mieszkańców, do której skrzypek się już od wieków zaliczał. Nawet jeśli w młodości, za życia jako zwykły człowiek, gdzieś kiedyś zdarzyło mu się spróbować prawdziwie ostrego dania, to niestety były to tak odległe czasy i mało znaczący szczegół z przeszłości, że po prostu wampir nie pamiętał, przez co nie mógł jednoznacznie powiedzieć czy lubi czy nie.
        - Jeśli to twoje ulubione danie, to chciałbym je zjeść takie, jakie lubisz najbardziej - sprostował zaraz może przymilnie, a może i nie, na pewno dyplomatycznie. Uśmiechnął się ciepło do ukochanego, gdy ich spojrzenia się spotkały i znów zaczął się bez celu kręcić. A to oparł się tyłem o blat w takiej odległości od Mitry by mu nie przeszkadzać i nie zajmować niepotrzebnie miejsca, stojąc tak chwilę, a to zaraz siadł sobie do stołu, by po chwili udać się do salonu, zrobić tam rundkę dokoła i wrócić do kuchni, znów usiąść, by następnie ponownie oprzeć się o blat.
        Kusiło go w całej tej bezczynności, by kontrolować przebieg sytuacji w zamku, gdzie Xargan badał przyczyny pojawienia się nieproszonego gościa, przez co w obu miejscach jednocześnie mentalnie znajdowałby się tylko po połowie, a to oznaczało, że Mitrze poświęcałby tylko połowę swojej uwagi. Nekromanta zasługiwał na pełną uwagę ze strony wampira przez to, że był wspaniałym człowiekiem i zawładnął martwym sercem skrzypka. Nie było więc innego rozwiązania jak jedynie przecierpieć, te chwile bezczynności.
        Kilka razy próbował podstępnie podejść Mitrę, by ten przez omyłkę pozwolił mu na współuczestnictwo podczas przygotowywania tego tajemniczego dania. Ewentualnie może nieco okrutnie wobec nekromanty, łasił się o niego subtelnie, albo kręcił za jego plecami, czy na ułamki sekund się przytulał do niego, tylko po to by podpatrzeć co też takiego niebianin gotuje i czy czasem Aldaren nie zna tej potrawy. Mówiąc krótko - nudziło mu się, przez co kombinował na wszelkie możliwe sposoby, może nawet stając się przy tym bardziej nieznośny od Żabona. Nie wampirowi to jednak było oceniać.

Awatar użytkownika
Mitra
Szukający Snów
Posty: 163
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Mitra » 3 miesiące temu

        Mitra z lekkim zażenowaniem spuścił wzrok, ale przytaknął obserwacji Aldarena. Tak, swego czasu bardzo zapuścił ten dom, ale to przez to, że miał wtedy inne priorytety, a sprzątanie znajdowało się na liście jego potrzeb na przedostatnim miejscu, tuż przed życiem towarzyskim, które zaniedbał całkowicie.
        - Hah, masz rację! - zauważył z rozbawieniem na celny komentarz o goszczeniu królów. - Ale u ciebie wkrótce będzie czysto i sterylnie, gdy tylko skończy się przebudowa - zapewnił, no bo przecież tam miał być szpital, to wymagało zachowania pewnych norm sanitarnych.
        Mitra spojrzał na Aldarena jakoś tak czujnie, gdy ten zadał mu pytanie o techniczny aspekt tego jak zasilane były jego kukły. Chwilę milczał, ale po wyrazie jego twarzy można było wnioskować, że układał sobie odpowiedź w głowie. W sumie często mu się to zdarzało: zamiast od razu mówić wolał najpierw przemyśleć swoją kwestię, być może po to by nie dukać, a być może po prostu, nieświadomie.
        - Najwięcej magicki kosztuje samo stworzenie takiego manekina - zaczął w końcu. - Nie bym go formował od zera, bo manekiny po prostu zamawiam, ale wprawienie ich w ruch to już czysta magia, bo dostaję tylko kawałek drewna i żelastwa. Nigdy nie próbowałem robić dwóch manekinów jednego po drugim, bo wydawało mi się, że nie dałbym rady. Nie chciałem zresztą sobie nic udowadniać w tej kwestii i wolałem działać stopniowo. Powiedziałbym, że w tym pierwszym zaklęciu zawiera się kwintesencja ich życia i tego co są w stanie zrobić, daję im też pewien zapas sił na wykonywanie poleceń, których je nauczyłem. Pewnie zwróciłeś uwagę, że przez większość czasu stoją bez ruchu: nie potrzebuję ich, więc wtedy są martwe. Wydaję im jednak rozkazy, gdy są potrzebne - to pobudza wtłoczoną w nich magickę, przez to już samo zawiadywanie nimi nie jest dla mnie tak wymagające. Oczywiście energia się zużywa i po jakiś kilku, kilkunastu latach muszę je na nowo zakląć, bo pewnego dnia po prostu zatrzymają się wpół ruchu… Widać zresztą gdy już są na wyczerpaniu, bo zaczynają się poruszać wolniej, a ja muszę znacznie mocniej skupiać się na rozkazie. Te które mam teraz są dość świeże w większości, przez co mogłem tak jak dziś, rano kazać im posprzątać i wyjść z domu bez większego wysiłku. Cały czas jednak podtrzymuję ten rozkaz, trochę już nieświadomie, ale to się czuje: jak jakiś niepokój z tyłu głowy, który nie pozwala o sobie zapomnieć. Gdy za mocno się zdekoncentruję przestaną działać. Zmęczenie, które odczuwam, jest raczej intelektualne niż fizyczne. Dlatego poniekąd był tu taki bałagan: wolałem wszystkie swoje siły angażować w badania i naukę niż trwonić je na sprzątanie. Nie przeszkadza mi brud czy nieporządek, przez wiele lat żyłem w gorszych warunkach, więc wiesz, nie miałem motywacji by o to zadbać. Teraz mam - dodał czułym tonem, jasno sugerując, że robi to dla komfortu Aldarena i jest z tego powodu bardzo zadowolony.
        - Wracając do tematu poboru magicki przez te kukły, to krótko: są to obie przedstawione przez ciebie wersje po trochu. Gdybym nie przekazał im na początku pewnej puli energii, później więcej musiałbym w nie pompować podczas pracy. Niektórzy tak robią, ale ja jestem wygodny i miałem czas by opanować tę technikę.
        Wydawało się, że Mitrze sprawiało przyjemność, gdy mógł opowiadać o swoim fachu bez skrępowania, bo wyraźnie się rozgadał i mówił swobodnie. Oczywiście nie bez znaczenia było też to z kim rozmawiał, bo przy swoim ukochanym zdarzały mu się dłuższe wypowiedzi również na inne tematy, bardziej prywatne. Dla Aldarena był inny, przed nim odsłaniał swoje wnętrze i tę swoją twarz, której nie pokazywał nikomu innemu, czy to fizycznie czy też metaforycznie.

        - Dziękuję - mruknął z zadowoleniem Mitra, gdy ukochany nalał mu koniaku. Napił się odrobinę nim zabrał się do pracy, bo później pobrudzi sobie ręce i już trudniej będzie mu sięgać po kieliszek. W ogóle nie proponował Aldarenowi współpracy, a że ten o nią nie prosił, to uznał, że nie ma o czym mówić. Spodziewał się w sumie, że wampir po prostu sobie usiądzie i będą mogli rozmawiać gdy on się będzie krzątał. Robota nie była na tyle skomplikowana, by nie mógł podczas niej się odzywać.
        - Dobrze, może tak być - przytaknął propozycji Aldarena, aby zrobił to po swojemu i nawet spojrzał na niego z taką czułością, jakby dostał od niego komplement. Takie zaufanie było dla niego po prostu miłe, nawet jeśli dotyczyło tylko prostego przygotowania obiadu. Tym chętniej zajął się pracą, nie wiedząc jeszcze co go czeka.

        Tak, Aldaren był dla Mitry okrutny. Z początku nekromanta nie zwrócił uwagi na to, że wampir kręci się za blisko niego - kochał go i ufał na tyle, że względem niego mocno przesunął granice własnej strefy komfortu. Dlatego najpierw nie przeszkadzało mu towarzystwo tuż za plecami, to że skrzypek chodził w tę i z powrotem, a czasami przypadkiem go dotknął. Szybko jednak zaczęło się to robić uciążliwe, bo tak jak do dotyku Mitra powoli się przyzwyczajał, tak ten z zaskoczenia nadal go przerażał i wywoływał duży dyskomfort. Za każdym razem gdy Aldaren tak się do niego przytulił błogosławiony albo drgnął, albo na chwilę wstrzymał oddech czy nawet wstrzymał pracę. Szczególnie trudne to było, gdy manewrował nożem, bo niewiele brakowało by się zaciął, a tego nie chciał. Nie by bał się bólu, bo przecież dobrze go znał, ale chodziło o jego ukochanego - zapach krwi mógł go pobudzić w nieodpowiedni sposób.
        W sumie… Może ten jego strach brał się też poniekąd stąd, że podobnie Ren podszedł go wtedy w kryptach, gdy go ukąsił. Przygwoździł go do tamtego sarkofagu, odciął drogę ucieczki i potraktował jak jagnię. Mitrze wydawało się, że było lepiej… Ale nie. Był coraz bardziej zdenerwowany i zdekoncentrowany, a co gorsza nie wiedział zupełnie co w Aldarena wstąpiło, że tak go męczył, chociaż wiedział o jego fobiach i do tej pory szanował to w jakim tempie przechodzili na kolejne etapy intymności.
        - Ren… - zwrócił się w końcu do niego. Dość sporo go kosztowało to, by głos mu nie drżał albo w inny sposób nie zdradzić swojego zdenerwowania. - Mógłbyś dla mnie przygotować kaszę? Jest w tamtym białym słoju. Nabierz dwie miarki i wypłucz dokładnie, a później wymieszaj w misce z łyżką rodzynek i dwiema łyżkami masła, a, i jeszcze szczyptą soli. I zagotuj trochę wody. Gdybyś miał jakieś wątpliwości pytaj.
        No i skrzypek osiągnął swoje - Mitra nie mogąc już dłużej znieść tych zaczepek, by nie wybuchnąć dał mu jakieś zajęcie. Westchnął lekko, gdy po chwili dotarło do niego, że z tego wszystkiego zgubił rachubę w tym czego ile dodawał. Zabębnił palcami o blat, zastanawiając się na którym mógł być etapie, po czym wrócił do krojenia tego, co miał akurat na desce - drobnej cebuli dymki. Nie zamierzał dzielić się tą rewelacją z Aldarenem, ale dymka stanowiła jego autorską modyfikację przepisu, gdyż w oryginale zamiast niej był czosnek. Skoro jednak miał to być obiad dla ukochanego, a nie dla wroga, Mitra nie trzymał się sztywno receptury. Nie wiedział jak to wyjdzie i czy do tego celu coś innego nie nadawałoby się lepiej, ale może jeśli się nie odezwie to skrzypek nie zauważy różnicy.
        W końcu w moździerzu wylądowały wszystkie składniki: ostra papryka, dymka, pieprz czerwony, kilka odmian suszonej papryki, w tym również te wędzone, kminek, kmin, nasiona kolendry, cynamon i suszona mięta. Błogosławiony dolał do tego odrobinę oliwy oraz koniaku, po czym zaczął wszystko ucierać. Nie zależało mu na uzyskaniu gładkiej masy, bo to byłoby niemożliwe, chodziło raczej o to by wszystko się dobrze połączyło i by suszone przyprawy się otworzyły. W kuchni zaraz rozniósł się całkiem przyjemny zapach rozgrzewającej mieszanki, którą Mitra kilkakrotnie próbował palcem, aby złapać odpowiedni smak. Ulżyło mu, że mimo potknięcia udało mu się niczego nie zepsuć. Wkrótce zaczął nacierać pastą przyprawową kawałki kurczaka.
        - Podasz mi ruszt? - zapytał Aldarena, gdyż sam miał obie ręce zajęte, bo w jednej trzymał surowe mięso, a drugą miał umazaną czerwoną pastą. Na rożen nadziewał wszystkie kawałki tak, aby dobrze się trzymały, upychając je ciasno.
        - To się łatwo robi przy ognisku - wyjaśnił. - Mięso nad ogień, kasza nie wymaga gotowania. Zwróciłeś uwagę? Jest inna niż ta typowa, którą się tu je - zauważył i faktycznie miał rację. Jej ziarna były żółte i drobne prawie jak mak. Mitra nie wiedział z jakiego rejonu ona pochodziła i nawet tego jak się nazywała: on na nią mówił po prostu "ta żółta".
        Nawleczenie kawałków mięsa na ruszt zajęło błogosławionemu chwilę, po której całość wylądowała w piecu.
        - Gotowe - oświadczył. - Teraz tylko czekać... - dodał, idąc umyć ręce, które ubabrane były w czerwonej paście. Po drodze gdy mijał Aldarena obszedł go trochę szerszym łukiem niż normalnie, uczynił to jednak nieświadomie, jeszcze zmęczony tym jak ukochany go potraktował.
        - Mówiłem, to proste danie - powiedział znad szorowanych dłoni jakby się tłumaczył na zaś. - Ale przynajmniej zawiera mięso. Bardzo to lubiłem gdy byłem dzieckiem, kojarzyło mi się ze szczególnymi okazjami, no bo właśnie, mięsa, zwłaszcza takiego świeżego, nam zawsze brakowało. O rodzynkach nie wspomnę. Zresztą... Nie wiem. Wydaje mi się, że to jest coś co znam od zawsze - dodał już ciszej, bo nie umiał tego ubrać w słowa. - Chodzi mi o to, że gdy po raz pierwszy zrobiliśmy to w obozie, zdawało mi się, że znam ten smak od zawsze - spróbował wytłumaczyć w ten sposób. - Wiem, to głupie, bo skąd miałbym to znać? - dodał z lekkim parsknięciem, jakby naprawdę nie było o czym mówić. Szybko wytarł ręce i poszedł zająć się kaszą, którą przygotował dla niego Aldaren. Zalał ją gorącą wodą tak, by ta ją ledwo zakrywała, po czym zakrył miskę największą pokrywką jaką znalazł i tak zostawił, aby wchłonęła wodę.

Awatar użytkownika
Aldaren
Kroczący w Snach
Posty: 217
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Aldaren » 3 miesiące temu

        - Będzie musiało być czystko i sterylnie - prychnął z rozbawieniem i nutką tajemniczej nostalgii. - W końcu to już nie te czasy, by udzielać ludziom pomocy nawet w najgorszych melinach. Dasz wiarę, że szanujący się lekarze potrafili ograniczyć się jedynie do podstawowej pomocy medycznej w zaszczurzonych zaułkach, zamieszkiwanych przez żebraków i trędowatych? Nikogo nie dziwiło, że taki pacjent niekiedy nawet po kilku godzinach od wizyty umierał. Bliżsi takiej osoby niby odnosili się z oburzeniem, ale nikogo to nie obchodziło. Gdy jednak stawali się zbyt natrętni, istniało wiele łatwych sposobów na pozbycie się problemu nie zawracając przy tym głowy zapracowanym strażnikom. W twoim przypadku było pod tym względem inaczej, mimo podobnych, a nawet gorszych warunków, w końcu na wojnie liczy się każde istnienie, które może choćby utrzymać w zębach broń lub posłużyć za wabik byle by tylko sojusznicy zdobyli minimalną przewagę - powiedział przybierając bardziej ponurego tonu, czego był nieświadomy.
        Bardzo wiele względnie przyjaznych istot, własnych rodaków potrafi być nawet gorszych niż bestie zamieszkujące najgłębsze czeluście Łuski i niestety to zjawisko ma miejsce nawet współcześnie wraz z silnie zakorzenioną hipokryzją. Aldaren niejednokrotnie został ochrzczony mianem bezdusznego potwora i to z ust porywających dzieci i kobiety handlarzy niewolników, jak również napadających na kupieckie karawany rzezimieszków. To była też jedna z przyczyn tego, że dość długo nie mógł pogodzić się z tym kim jest, że został przemieniony w krwiopijcę wbrew swojej woli, przez to sam zaczął się uważać za okrutną bestię. Po trzeba było dopiero po czterystu siedemdziesięciu pięciu latach błogosławionego, który nie tylko nieświadomie pomógł wampirowi zaakceptować to kim i jaki był, ale także w znaczącym stopniu zminimalizować zatruwające go pragnienie zakończenia swojego beznadziejnego życia w każdej chwili.
        Z tego powodu można by się zacząć zastanawiać kto komu w ich wspólnej znajomości... Wróć! W ich wspólnym związku, bardziej pomaga. Kto komu więcej ofiaruje. Kto wie czy Aldaren w tym momencie nie byłby znów uwięziony w lochach pod zamkiem Fausta, okrutnie przy tym torturowany i zmuszany do stosunku ze swoim mistrzem, przez to, że znów chciał zakończyć swoje nie-życie. Nie powinno być przecież żadnych wątpliwości, że gdyby skrzypek nie spotkał błogosławionego, Faust nadal by żył i w najlepsze korzystał z życia oraz bezsilności swojego krnąbrnego kochanka i wychowanka. Wbrew pozorom okazywało się, że to Mitra dla lazurowookiego najwięcej robił, a nie na odwrót. Blondyn jest jego kotwicą w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Dzięki niemu powstanie szpital, który jeszcze grubszym łańcuchem utrzyma Aldarena w jednym miejscu, z jasnym celem, minimalizując przy tym pragnienie grajka na opuszczenie tego świata. Może i brzmi to tak, jakby i niebianin związał i uwięził młodego lorda, ale z tych więzów nawet nie myślał uciekać, nie zamierzał z nimi walczyć, jak to miało miejsce okowami założonymi mu przez byłą głowę rodu Van der Leeuw'ów.
        - Cieszę się, że będę mógł pracować u twojego boku w tym szpitalu - powiedział nagle jakby zapominając o tym co jeszcze przed chwilą powiedział, a na jego twarzy promieniał pełen wdzięczności uśmiech.
        Po tym temat spadł na kwestie związane z nekromancją, który zapoczątkował swoimi pytaniami sam wampir i słuchał z czystą przyjemnością wypowiedzi swojego lubego. Z jego wypowiedzi nieco lepiej rozumiał mechanizmy kierujące ożywionymi przedmiotami (na pewno dużo lepiej niż po tłumaczeniach Fausta i wykładach mistrza Sarazila), ale mimo wszystko nadal czuł, że to nie sztuka dla niego, że z magią śmierci, jakoś nigdy się nie pokocha. Jak to wyperswadował Faustowi Sarazil po ostatnich naukach Aldarena nekromancji: "...nie jest do tego stworzony". Niby wbicie szpili młodemu wampirowi, który zawsze chciał osiągać jak najlepsze wyniki by tylko zadowolić znienawidzonego w głębi duszy mistrza, ale przynajmniej Faust odpuścił sobie raz na zawsze pomysł na zrobienie z Aldarena kopi samego siebie pod względem umiejętności magicznych - demonologa-nekromantę.
        Osobiście skrzypek musiał przyznać, że w takim połączeniu dziedzin magii tkwił ogromny potencjał, zwłaszcza pod względem militarnym. Demony w końcu były dużo silniejsze, wytrzymalsze i bez porównania inteligentniejsze niż ożywieńcy i ożywione przedmioty, co już samo w sobie napawało trwogą serca przeciwników stojących na przeciw takiej armii, a gdy dodać do tego to, że z trudem pokonaną demoniczną bestię, zaraz po jej śmierci można było przywrócić do życia? Aż dziw bierze, że Mauria nie zawładnęła całą Łuską, a zgodziła się na podpisanie Paktu i to niejednego zresztą. Mimo że władze Mauryjskie okazały łaskę i się na zawarcie pokoju zgodziły z własnej, choć trzymały wszystkich w szachu, wszyscy się nadal obawiają ponownego wybuchu wojny, która z każdym zabitym istnieniem tylko wzmacniała mauryjską armię przechylając szalę zwycięstwa na ich stronę. Nie ma sposobu na to, by naprawić stosunki z innymi, bez względu na to co by się robiło. Jedyny powód bierności Maurii i zaprzestania wojen zapewne leży w tym, że nawet po przejęciu całej Łuski władcy Maurii nic by nie osiągnęli. Bogactwo po staniu się światowym mocarstwem jest nie potrzebne. Gospodarka napędza się sama, nie musi się nawet rozwijać, bo nikt nie będzie miał lepszej. Żywność nieumarłym niepotrzebna, jedynie wampiry mogłyby wyginąć, gdyby zabrakło żywych, toczących krew istot. A armia? Bezmyślne szczątki kierowane przez nekromantów nie mają własnego rozumu, więc nie ma możliwości by się zbuntowały, a ich liczebność wzrasta z każdym pokonanym przeciwnikiem, lecz na co komu liczna armia gdy zabraknie terenów do zajęcia i wrogów do wykończenia?
        Niby nic dziwnego, że inni mieszkańcy Alaranii nie pałają zbytnią sympatią do mauryjczyków, a w szczególności tych nieumarłych, ale przecież nie wszyscy z Mrocznych Dolin muszą być od razu źli. Założyć by się mogło, że niektórzy ze współczesnych mauryjczyków nie jest ani trochę dumnych z tego jakiej są narodowości. Po części tak jest z Aldarenem, choć paradoksalnie to jedyne miejsce na Łusce, w którym może być po prostu sobą, właśnie przez tą nienawiść, która może dopaść mauryjczyka na każdym kroku jak tylko opuści "bezpieczne" granice Mrocznych Dolin. Śmieszny i smutny zarazem finał.
        - Aż mam teraz wyrzuty sumienia, że musisz się skupiać na sprzątaniu, a nie na swoich badaniach i rozwijaniu własnych umiejętności - odparł z zakłopotaniem, drapiąc się przy tym po karku.
        Faktycznie trochę głupio wyszło, ale miał szczerą nadzieję, że w końcu się Mitrze uda wrócić do tego co kochał - do nauki - gdy szpital będzie już gotowy i wampir przestanie mu siedzieć na głowie w jego skromnym nekromanckim azylu. No a w szpitalu zawsze będzie musiał być porządek, więc tam blondyn tym bardziej nie będzie się musiał przejmować sprzątaniem. Aldaren po prostu wykupi kilku ożywieńców, może jakiegoś nekromantę niskiego rangą, może jakiegoś adepta, by trzymał gównie pieczę nad nieumarłymi sługami w zamku. Uśmiechnął się krzywo pod nosem, gdy pojawiła się w jego głowie myśl, jakby echo kąśliwej uwagi Xargana, że nie musiałby się nad tym zastanawiać, gdyby zaczął się w końcu zachowywać jak prawdziwy wampirzy lord i nie dość, że zgodziłby się na zawieranie Kontraktów, to jeszcze skombinował by sobie niemałą grupkę wampirzych sług, oczywiście własnozębnie przemienionych. Wystarczyło tylko przełknąć własną dumę, a może nawet wypieraną arogancję, oraz nagiąć nieco swoje chore zasady i już problem z głowy.
        - Podziwiam cię, że udało ci się dojść w tej dziedzinie do takiego poziomu. Mi się nigdy nie udało ożywić nawet figurki wielkości palca, choć miałem dostęp do wielu wybitnych arcydzieł piśmienniczych poświęconych tej magii, nie wspominając już o najlepszych nauczycielach... Jesteś moim idolem - posumował z prawdziwym uznaniem i zachwytem.

        Podczas przygotowywania posiłku, znaczy gdy Mitra kucharzył, a Aldaren upiększał przestrzeń swoją skromną osobą, nieświadomie testując przy tym granice wytrzymałości błogosławionego, ani przez moment nie przyszło do głowy, ale swoim irytującym zachowaniem mógł zburzyć strefę komfortu blondyna i poważnie zagrozić ich kruchej relacji. Był egoistą i niejednokrotnie Mitra mu to uświadomił, ale w tym momencie skrzypek jakby o tym zapomniał zbyt pochłonięty własną bezczynnością. Nie wiedział co robić, jaki temat poruszyć, nie umiał usiedzieć w spokoju na miejscu i cieszyć się samym przebywaniem w tym samym miejscu i czasie ze swoim ukochanym. Nosiło go i to nie przez to, że nie potrafił nic nie robić, po przecież już kilkakrotnie zdarzało mu się po prostu siedzieć i obserwować blondyna, główną przyczyną energii rozpierającej obecnie nieumarłego była wypita przed niecałą godziną krew, która przyjemnie rozgrzewała zimne od miesiąca ciało grajka i nadawała mu zdrowych kolorów oraz rumieńców, nie wspominając o rześkim błysku w oczach.
        Kiedy usłyszał nagle przydzielone mu przez ukochanego zadanie, jego radość była niezmierna i tylko jakimś cudem udało mu się nie krzyknąć w przypływie szczęścia i nie podskoczyć w miejscu. Do wykonania polecenia błogosławionego zabrał się od razu nucąc pod nosem jakąś biesiadną melodię przez stan silnej euforii, którą obecnie odczuwał.
        Płucząc nabraną kaszę, zerknął radośnie na ukochanego, by ciepłym, pełnym wdzięczności uśmiechem mu podziękować za możliwość pomocy. Część wesołości z niego uleciała, gdy nekromanta nawet na niego nie spojrzał zbyt skupiony na przygotowywanym posiłku. Wydawał się też przy tym nieco spięty, a przecież gotowanie powinno sprawiać radość. Do Aldarena powoli zaczęło docierać czego mogło to być przyczyną i co sam właściwie zrobił, jakby się wybudzał z dziwacznego półsnu. Spojrzał na płukaną obecnie kaszę i zrobiło mu się wstyd. Nie chciał już tej "nagrody" jaką było odpowiednie przyszykowanie dla nekromanty kaszy do dalszej obróbki, ale po tym wszystkim nie mógł tego tak po prostu zostawić.
        Może nie był już dumny z tego co zrobił, ale od tego momentu starał się już zrobić wszystko by więcej nie denerwować ukochanego. Z tego własnie powodu, gdy tylko skończył zajmować się kaszą, przeszedł przez kuchnię, ostrożnie mijając błogosławionego i usiadł grzecznie przy stole. Rozmyślając o tym co mógłby zrobić, by wynagrodzić Mitrze to jak go okrutnie potraktował. Nie mógł mu poświęcić całej nocy, przez to, że blondyn miał na nią swoje plany, w których nie było miejsca dla skrzypka, a i on chciał załatwić sprawę w szemranej, podziemnej dzielnicy jak najszybciej. No i jeszcze ten włamywacz oraz nieaktywne mimo jego wtargnięcia gargulce.
        Zerknął w stronę salonu, gdzie po podłodze walały się książki, choć już w nie takiej ilości jak za pierwszym razem gdy przekroczył próg tego domu. Wątpił by dziś jeszcze zajmowali się ich przeglądaniem, więc szybko postanowił nieco je uprzątnąć, te nieprzejrzane umieszczając w jednej skrzyni, którą pozostawił pod ścianą, by nikomu nie wadziła, a te, które miały iść do szpitala wsadził do innej paki. W prawdzie nie wiedział, gdzie Mitra chciał je składować, ale pierwszą z tego zbioru postawił przy schodach prowadzących na górę. Oczywiście tak, by nikt się nie zabił o nie. Uprzątając z grubsza i sortując książki, w pewnym momencie sięgnął pod kanapę, myśląc, że jeden z leksykonów chciał tam się skryć. Jakież było jego zdziwienie gdy wyjął rysownik z zaznaczoną ołówkiem stroną, na której widniał grający skrzypek. Wampira dosłownie zatkało i kompletnie odebrało mu dech. Musiała minąć chwila nim ponownie odzyskał władzę w ciele i upewniając się, że Mitra nadal jest zajęty i nie wie o odkryciu krwiopijcy, odłożył szkicownik z powrotem na miejsce - wcisnął pod kanapę tak jak zeszyt leżał - po czym z powrotem wrócił do kuchni. Dobrze się nawet złożyło, bo nekromanta miał dla niego kolejne zadanie.
        - Oczywiście - odpowiedział trochę sennie, cały czas mając przed oczami niezwykłe znalezisko. Musiał przyznać, Mitra był cholernie utalentowany, a przecież... nigdy nie widział na oczy grającego na skrzypcach wampira... Zakuło Aldarena w piersi, gdy to sobie uświadomił, ale przynajmniej już miał idealny pomysł na to, jak umilić ukochanemu ten wieczór nim rozejdą się wzywani przez swoje sprawy. Podał nekromancie usłużnie rożen i nie mógł oderwać wzroku od zręcznych palców blondyna, które obecnie z taką wprawą nadziewały kolejne części kurczaka. Przez ułamek sekundy zawładnęło nim pragnienie, by chwycić go za nadgarstek, przytrzymać bez względu na to jak bardzo by się wyrywał i oblizać jego dłoń z przyprawy, którą wtarł w drobiową tuszkę, ale na szczęście zdołał się opamiętać skupiając się na słowach niebianina.
        - Mogę pomóc - powiedział lekko wystawiając przed siebie rękę, na której pojawił się niewielki płomień. Aldaren spojrzał na blondyna i uśmiechnął się figlarnie. Nie powinno być żadnych wątpliwości, że chciał poprawić partnerowi humor.
        - Niestety nie podpowiem ci jak się nazywa, a przynajmniej póki co, ale obiecuję rozwikłać tę zagadkę i cię o tym poinformować - zapewnił bez wahania, nawet jeśli miałby do końca swojego wiecznego życia przeglądać wszystkie księgi świata.
        Kiedy drzwiczki pieca się zamknęły, Aldaren nieco odszedł by znów oprzeć się o blat i dopić do końca swój koniak, starał się nie nękać nekromanty zbytnim wpatrywaniem się w niego, toteż sączył z wolna alkohol, obserwując swoje falujące odbicie w kieliszku.
        - Może jadłeś coś podobnego nim przybyłeś do lazaretu? - podsunął, nieświadomie wypowiadając głośno swoje myśli.
        Kwestię spożywania tak prostego dania jak wszystkie te z kurczaka, wolał przemilczeć, bo zajadanie się najtańszych, często już nieświeżym mięsem niekiedy raz do roku nie było przyjemnym tematem do rozmów. To, że wampirowi los był przychylny i odkąd został przygarnięty przez Fausta nie mógł narzekać na brak świeżych warzyw i owoców oraz jedzenia mięsa codziennie, wcale nie oznaczało, że nie wiedział jak miała się w tym względzie sytuacja poza murami jego nowego domu.
        Goszcząc na niejednym dworze, był świadkiem tego, że możni woleli rzucić resztki, nieraz nawet całe nietknięte, wykwintne dania psom, niż podarować je biedakom umierającym z głodu w zaułkach dwie ulice dalej od wspaniałych willi i pałaców. Niesprawiedliwe i ciężkie dla niego do zniesienia, ale co on mógł? Gdy prosił o zmianę postępowania był uznawany za uroczego i zabawnego, kiedy błagał, oburzeni gospodarze kończyli rozmowę, albo kazali Faustowi go odesłać do domu mając go za głupca i mało znaczący, chwilowy kaprys starszego wampira, któremu młokos szybko się znudzi. Dość szybko odpuścił więc sobie tego typu rozmowy ze szlachtą.
        Przynoszenie żebrakom po kryjomu choćby resztek z własnych kolacji również nie wyszło mu na dobre, bo nie dość, że po krótkim czasie zaczął być nękany i nachodzony przez biedaków, to któregoś razu został pobity przez oszalałych z głodu dwóch bezdomnych, którzy chcieli jeszcze więcej, choć młodzian wtedy już nic dla nich nie miał. Najgorszy jednak był wybuch furii Fausta, który po tym incydencie wyścielił najbliższe zamku zaułki mieszkającymi w nich biedakami, bez znaczenia dla niego było to czy mordował kobiety, starców czy sieroty, które choćby przez przypadek tam zaszły by sprawdzić nowy rewir w poszukiwaniu pożywienia. Aldaren miał przez to nauczkę do końca życia, w końcu to przez niego zginęło tylu niewinnych ludzi, z których kilku był zmuszony oglądać jeszcze przez kilka dziesięcioleci jako służących Fausta.
        Uniósł do ust kieliszek z resztką alkoholu i już miał dopić do końca, gdy po prostu zamarł zamyślony ze szkłem przytkniętym do ust, jeszcze nie przechylonym. Jego oczy lekko pociemniały, jak spowite burzowymi chmurami.

Awatar użytkownika
Mitra
Szukający Snów
Posty: 163
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Mitra » 3 miesiące temu

        Mitra spojrzał na Aldarena z lekkim zaskoczeniem, ale i zachętą do rozwinięcia co miał na myśli, gdy tak prychnął o tej czystości. Był ciekaw, co się za tym kryło, bo sam choć miał doświadczenie medyczne, w prawdziwym szpitalu tak naprawdę nigdy nie pracował i jego warunki pracy znacznie się różniły od tego, co słyszał o normalnych miejscach tego typu. Wyrobił sobie zdanie, że to miejsca tak czyste i białe, że aż rażą w oczy… Oczywiście w teorii, bo wiedział, że życie nie zawsze bywało takie kolorowe i pewnie w niejednej sali chorych panował brud i smród gorsze niż w namiotach gdzie opatrywano rannych w bitwie.
        - Ach… Masz rację - przyznał, gdy Aldaren rozwinął swoją myśl. - Ale gdy mówisz o tym leczeniu na ulicy… Nie dziwi mnie to. Ani same praktyki, ani konsekwencje, ani podejście społeczeństwa… Ten kto poddaje się zabiegom w jakimś zaułku nie będzie miał dość woli walki, by przeciwstawić się jakiemuś łapiduchowi, gdy ten robotę spartaczy. Choćby przez to, że może on już więcej nie przyjść, a na następny raz może mu się uda…
        Mitra westchnął. Do tego co działo się z jego pacjentami z przeszłości w pierwszej chwili się nie odniósł. Co nie znaczyło, że nie miał nic do powiedzenia.
        - Wiesz… Nigdy nie zastanawiałem się gdzie poszedł ten, kto opuścił lazaret - przyznał w końcu. - Miałem kilka… kilkanaście lat i jeszcze chyba byłem dość naiwny by wierzyć, że świat jest dobry, choć otaczała mnie wojna i śmierć. Nigdy jakoś nie zastanawiałem się nad tym, że ten którego załatałem poszedł niedoleczony w bój i tam został, ginąc na samym początku bitwy. Nigdy nie wracali więc…
        Mitra wzruszył ramionami - teraz już nie było o czym mówić. Aldaren chyba był tego samego zdania, bo zmienił temat, obdarzając niebianina komplementem, który wlał w jego serce przyjemne ciepło. Spojrzał na ukochanego z czułością.
        - To ja się cieszę, że mi to zaproponowałeś - odparł melodyjnym tonem, lekko się do niego przysuwając. Choć mogło się wydawać, że chodziło tylko o pracę w szpitalu, dla błogosławionego było to coś znacznie ważniejszego: to dzięki tamtej rozmowie teraz byli razem… Nieważne jak gwałtownie to się rozwijało, liczył się efekt. Już wybaczył Aldarenowi to co wtedy zrobił.
        Od tematów miłych przeszli jednak do praktycznych - Mitra rozgadał się o swoich praktykach magicznych, a wampir jak zawsze wyłapał z całej wypowiedzi jedno zdanie i pomyślał, że to zarzut. Aresterra szybko wyprowadził go z błędu.
        - A czy ja teraz pracuję? Daj spokój, nic się nie dzieje - zapewnił łagodnie, delikatnie głaszcząc go po ramieniu. - Może nawet dobrze, że zrobię sobie trochę przerwy, bym przestał gonić własny ogon w badaniach. Zresztą… zdecydowanie wolałem ten czas poświęcić tobie. Nie przejmuj się tak wszystkim.
        Oj gdyby Aldaren wiedział jak wielką przyjemność sprawi Mitrze tym, że nazwał go idolem. Błogosławiony zaraz skromnie obrócił wzrok, jednak po chwili znowu patrzył na ukochanego.
        - I kto to mówi? - zapytał. - Najlepszy demonolog w Maurii, a przy tym wirtuoz gry na skrzypcach. Najpiękniejszy mężczyzna z najpiękniejszym sercem - dodał, bo to też było ważne: charakter, za który tak podziwiał swojego ukochanego. To, że mimo bycia wychowankiem kogoś tak plugawego, mimo życia przez setki lat w tym mieście, nadal był tak dobry, czuły i troskliwy.

        Mitra nie zdradził się żadnym słowem ani nawet spojrzeniem, ale odczuł ulgę, gdy Aldaren wyszedł na moment z kuchni. Nie wiedział co kombinował, ale nie obchodziło go to: był przez chwilę sam i mógł dojść do siebie. Wyrzucał sobie, że był głupi. Głupi i miękki, bo pozwolił, by przez takie głupoty całą przyjemną atmosferę trafił szlag. Wściekał się na siebie, że był słaby i powinien lepiej znosić takie niewinne zaczepki. Ren nie chciał niczego złego! Kochał go i to było naturalne, że chciał być blisko… To z nim było coś nie tak, że nie potrafił się otworzyć. Chciał, starał się, ale… to nadal było za mało. Krok w przód i krok w tył, bo najpierw z takim zaangażowaniem się całowali, a teraz głupie przytulanie się było dla niego nie do zniesienia… Dlaczego to nie przychodziło mu łatwiej? Dobrze, nie znał się z Renem za długo, a staż ich związku był jeszcze krótszy, ale przecież niejedna para z ich doświadczeniami byłaby już o wiele bardziej zżyta. To wszystko przez niego. Znowu naszły go obawy, że Ren w końcu nie wytrzyma - nie podejrzewał go o to, że się na niego rzuci, ale jeśli nie będą umieli znieść wzajemnie swojego towarzystwa przez tę barierę, która między nimi była... Nie chciał, by jego ukochany cierpiał. Musiał coś w tej sprawie zadziałać. Łatwiej jednak powiedzieć niż zrobić. On wcale nie robił tego specjalnie - nie panował nad sobą, gdy dopadała go panika, zupełnie jakby kto inny przejmował władzę nad jego ciałem...
        I w tej całej beznadziei nie pomyślał nawet o tym, że być może wystarczyłaby szczera rozmowa z ukochanym. Powodował nim wstyd - trudno było mu się przyznać do tego, że nie miał nad sobą kontroli i do tego jak zniszczony był. Aldaren zasługiwał na zdrowego, normalnego partnera, a nie problemy związane z ciągnięciem za sobą takiego wraku... Musiałby mu wiele powiedzieć i wyciągnąć na wierzch wspomnienia, które wcale nie były miłe i o których ani dobrze się nie opowiadało, ani nie słuchało. Skrzypek pewnie domyślał się co zaszło w życiu Mitry, ale czym innym jest się domyśleć, a czym innym poznać prawdę ze szczegółami. Dowiedzieć się jak brudna choć technicznie nieskalana była osoba, której wyznał miłość...
        Powrót Aldarena wyrwał nekromantę z jego czarnych myśli i pozwolił ponownie skupić się na pracy, którą wcześniej wykonywał bardzo mechanicznie, maltretując moździerzem przyprawy do granic przyzwoitości. Poprosił o rożen. Nie pokazywał po sobie jak czarne myśli nim przed chwilą targały. Te zresztą zaraz zniknęły, gdy Aldaren wyciągnął do niego ogarniętą płomieniami rękę.
        - Doskonale – ocenił Mitra poważnym tonem, obracając rożen tak jakby faktycznie zamierzał nad stworzonym przez wampira płomieniem upiec przygotowanego kurczaka. – Tylko trzymaj trochę niżej rękę, bo mi się będzie przypalało – dodał już tym razem żartobliwie, choć zaraz zabrał ruszt i umieścił go w piecu, gdzie jego miejsce. Żartował i nastrój mu się poprawił (głównie dzięki uśmiechowi Aldarena), ale już raczej nie było szans, by tego dnia się uśmiechnął - nie był tak rozluźniony jak wtedy, gdy uwodził ukochanego pąkiem jaśminu, wróciła jego dawna nieufna postawa, choć i tak nie tak skrajna jak względem innych. Może to nie takie złe - w końcu czy wampir nie kochał go właśnie za to, że trzeba było przy nim uważać na każdy najdrobniejszy gest?
        No i nastąpił koniec gotowania - teraz musieli tylko czekać aż wszystko dojdzie. Mogli w tym czasie spokojnie porozmawiać, a tematem póki co był przygotowywany posiłek.
        - Może - przyznał lekko Mitra, gdy Aldaren zasugerował, że potrawa mogła być mu znana z bardzo wczesnego dzieciństwa. - Też o tym myślałam, ale nic nie umiem sobie przypomnieć z czasów przed lazaretem... Pewnie po prostu zapomniałem, większość z nas nie pamięta swoich najmłodszych lat. A ja miałem z siedem czy osiem gdy na stałe przygarnął mnie lazaret - wyjaśnił. - Na pewno coś kojarzyłem na samym początku, bo umiałem powiedzieć jak mam na imię i że nie mam rodziców, ale wtedy było tylu pacjentów, że nikt nie pytał mnie o to skąd jestem... I tak zapomniałem, a nie było nikogo, kto pamiętałby za mnie. Wydaje mi się jednak, że niewiele straciłem.
        Można było się z Mitrą nie zgodzić - może gdyby zachował choć pojedyncze wspomnienia okazałoby się, że miał rodzinę i miał gdzie wrócić, a jego życie byłoby spokojne i radosne. Może nie znienawidziłby swoich rodziców... A może wręcz okazałoby się, że wcale nie był sierotą. Ale on nie zamierzał dociekać: obrał sobie jedną wersję zdarzeń, której się trzymał i to mu wystarczyło. Nie była ona świetlista - zakładała wszak, że był owocem przygody na jedną noc anioła i śmiertelniczki, ojciec nie miał o nim pojęcia, a jego matka nie żyła. Ale lepsza taka przeszłość niż żadna.
        - Ren? – Mitra wezwał ostrożnie swojego ukochanego, gdy dostrzegł jak strasznie ten był nieobecny i zasępiony. Podszedł, tak by stać tuż przed nim i móc spojrzeć mu w oczy, które były tak niespodziewanie matowe.
        - Coś się stało? - upewnił się i nawet wyciągnął ostrożnie rękę jakby chciał dotknąć jego policzka, ale nie zrobił tego jeśli uznał, że coś jest stanowczo nie tak. Na przykład gdyby skrzypek nie reagował na jego głos.

Awatar użytkownika
Aldaren
Kroczący w Snach
Posty: 217
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Aldaren » 3 miesiące temu

        Aldaren pokręcił lekko głową słysząc komentarz Mitry odnośnie swojej wypowiedzi o dawnych lekarzach. Nie miał nekromancie za złe, że ten go nie do końca zrozumiał, w końcu blondynowi przyszło żyć już w nieco lepszych czasach, choć podobnie jak wampirowi w ekstremalnym środowisku.
        - Winy nie ponoszą ci co w tych zaułkach pomocy potrzebowali, a sami medycy. Kiedyś ciężko było o lekarza z prawdziwego zdarzenia, praktycznie każdy mógł nim zostać, nawet zwykły rzeźnik. W końcu każdy z domu wyniósł jakieś babcine metody na zapobieganie kilku podstawowym schorzeniom jak przeziębienie, otwartym ranom czy złamaniom, które dość często w sumie kończyły się amputacją uszkodzonych kończyn, czym niewielu się przejmowało, bo przynajmniej było czym nakarmić swoje psy, albo wrzucić do gara na kolejny obiad. Wracając... Byle chłop mógł zająć się "leczeniem" innych, tym bardziej jeśli władze opłacały i wysyłały tego rodzaju patrole medyczne do zaułków w celu "humanitarnego" zapobiegania rozprzestrzeniania się paskudnych choróbsk, przez które albo krew była dla wampirów tak paskudna, że wywoływała wymioty, albo ciało samo w sobie tak zniszczone, że po ożywieniu nie było by z niego żadnego użytku. Był to też swego rodzaju podstępny sposób na zdobycie nowych sług po przemianie w nieumarłych, albo jeszcze żyjących ochotników do okrutnych eksperymentów. Mało kogo obchodziła śmierć innych, a "lekarze" na niej zarabiali i to niekiedy potrójnie. Po pierwsze wybierając się do zakażonego zaułka, bardzo często samemu po kilku tygodniach umierając przez zarażenie choćby trądem, po drugie "udzielając pomocy" choremu, w końcu nic nie jest za darmo, choćby miało się zdzierać z biedaków, no a po trzecie dostarczając informacji swoim panom czy mogli by wyruszyć do takiego zaułka z jakąś atrakcyjną ofertą, czy nawet przyprowadzając bezpośrednio przed ich oblicze kandydata na nowego nieumarłego sługę. Nie wiem czego ludzie bali się wtedy bardziej: śmierci, samozwańczych medyków, czy nieumarłych, których w swoich działaniach ograniczała wyłącznie własna wyobraźnia i brak jakiejkolwiek moralności - wyjaśnił nim przeszedł do przedstawienia swojej teorii odnośnie tego, że u Mitry było równie okrutne traktowanie pacjentów, których od razu po załataniu wysyłano do dalszej bitwy.
        W tym przypadku, po odpowiedzi ukochanego nie miał nic do dodania, bo niczemu by to przecież już nie służyło. W końcu nic nie zmieni tego co o tym nekromanta myślał gdy był dzieckiem, a teraz zapewne sam wie jaka była prawda. Po które nie był to temat odpowiedni dla przyjaznych dyskusji, dlatego skrzypek postanowił raczej później niż szybciej się zreflektować i uraczyć ukochanego pogodnym komplementem, szczerą radością, że będą mogli wspólnie pracować.
        - Dobrze jest sobie robić przerwę od czasu do czasu, bo można dzięki temu zapobiec wypaleniu się własnych chęci i umiejętności - zgodził się z przyjaznym uśmiechem, pomijając milczeniem kwestię wspomnianego przez Mitrę braku postępów w jego badaniach.
        Co prawda nie wiedział czego one obecnie dotyczyły (był święcie przekonany, że otwarcie grymuaru nekromanta ma już dawno za sobą), ale nie chciał niepotrzebnie naciskać na przyjaciela skoro ten sam nie wyjawił póki co tych informacji. Z drugiej strony jaki był sens w dowiedzeniu się tego, skoro miało to zapewne związek z nekromancją, a tej wampir nie rozumiał jak się sam przed chwilą przyznał. To tak jakby grajek miał zaraz opowiadać niebianinowi o rodzajach demonów albo miastach na drugim końcu Alaranii. Byłyby to jedynie ciekawostki, niepotrzebne błogosławionemu do życia informacje.
- I nie przejmuję się wszystkim - odparł z naburmuszoną miną, by zaraz rozpromienić twarz bezgranicznym szczęściem. - Przejmuję się tylko wszystkim tym co związane z tobą - zaznaczył dumny z siebie. Uwielbiał łapać blondyna za słówka i przeinaczać jego wypowiedzi, byleby tylko samemu na tym zyskać dużo więcej, w końcu z taką łatwością przychodziło mu niejednokrotnie ugłaskanie, a nawet rozbawienie ponurego nekromanty.
        - Nie przesadzaj już tak, bo się zarumienię - powiedział niby żartobliwie, ale mimo wszystko i tak był zawstydzony słowami przyjaciela. - W mieście pewnie są lepsi demonolodzy ode mnie, w końcu sam widziałeś, jakie miewam problemy w tej dziedzinie magii. Ale co do grania na skrzypcach nie mogę się nie zgodzić.
        W rozbawieniu wyprostował się i wypiął dumnie do przodu pierś. Teraz tylko wystarczyło czekać aż obrośnie w pióra i wyrośnie mu rozłożony na całą szerokość, okazały pawi ogon. W prawdzie wcale też nie uważał się za wirtuoza (mimo zapewne powszechnej opinii innych), bo na pewno znalazłby się ktoś o wiele bardziej utalentowany, no ale przecież nie można zaprzeczać wszystkim komplementom wypowiadanym przez swojego ukochanego i podcinać mu w ten sposób skrzydeł. Szczególnie niebezpieczne mogło to być w przypadku Mitry, który nie tylko jest wrażliwy, ale i ma sporo problemów związanych ze sferą życia towarzyskiego. Posyłanie dowodzącej przesadnej skromności wampira, kontry na każde dobre słowo ze strony niebianina, mogło by zakończyć się utraceniem przez niego pewności siebie jak i całkowitym zaprzestaniem obdarowywania innych dobrym słowem, czy nawet zamknięciem się w sobie, a to była odwrotność tego co Aldaren chciał osiągnąć.

Ogromny kamień z serca spadł wampirowi, kiedy Mitra podjął jego żart z pieczeniem kurczaka nad jego płonącą dłonią. Był to dla skrzypka dobry znak tego, że może zostało mu już trochę przebaczone to jak się nagannie zachowywał. Z błogą radością wymalowaną na twarzy utrzymywał płomień nad swoją dłonią, którą zaraz, zgodnie z poleceniem Mitry, nieco opuścił. Byłby w stanie nawet nieco zwiększyć płomień, albo samą jego temperaturę, ale zaraz go ugasił, dając w spokoju Mitrze podejść do pieca i zamknąć w nim kurczaka. Była to chwila dla krwiopijcy, który mógł dosłownie na moment unieść dłoń, nad którą był płomień, do ust i zlizać pojedynczą kropelkę tłuszczu zmieszanego z przyprawą, który mu na nią skapnął podczas wygłupów. Po tym sięgnął jakby nigdy nic za swój kieliszek z koniakiem słuchając słów blondyna, które skomentował swoją niekontrolowaną uwagą i popadł w głębokie zamyślenie o sprawach niezbyt przyjemnych.
Na pierwszą próbę kontaktu ze strony Mitry i jego zwrócenia na siebie uwagi, skrzypek w ogóle nie zareagował. Dopiero gdy blondyn się do niego zbliżył, choć staną w komfortowej dla siebie odległości od Aldarena i raz jeszcze się do niego odezwał, nieumarły mrugnął, by zaraz uśmiechnął się ciepło do partnera.
        - Czasami lepiej jest po prostu nie pamiętać swojej przeszłości - odpowiedział z poważnym opóźnieniem odnośnie utraconych wspomnień z dzieciństwa, o czym chwilę temu nekromanta mówił. - Wybacz zamyśliłem się przez moment. Najważniejsze, że teraz nie musisz się już tak martwić o jedzenie - dodał pogodnie. "Ja również" - pomyślał, w końcu, mimo swojej niechęci, zawarł umowę z Nihimą, która zaoferowała karmić skrzypka swoją krwią. Co prawda wiedział, że nie będzie mógł w nieskończoność na niej żerować, nawet jeśli ona prócz dobra przyjaciela nie oczekiwała nic w zamian (a przynajmniej na razie).
        Uczynienie z niej swojej partnerki, czy danie jej potomka, który prawnie przejąłby cały majątek skrzypka gdyby coś mu się stało nie wchodziło w grę, bo wampirzyca nie była tego typu kobietą. Owszem znała się na polityce jak mało kto, w czym pomagało jej prowadzenie tak renomowanego przybytku w całych Mrocznych Dolinach, ale bliska relacja z którymkolwiek z lordów, zniszczyłby jej neutralność polityczną, a przecież "Trupia Główka" od początków swojego powstania słynęła ze swojej bezstronności i tego, że pod jednakową ochroną i na równych prawach mogli w niej przebywać i załatwiać swoje sprawy wszyscy, którzy potrzebowali neutralnego podłoża dla swoich spotkań. Jeśli więc chodziło o stworzenie z właścicielką karczmy jakiejś bardziej poważnej relacji, niż zwykła znajomość, nie wchodziło to w grę. Inną jednak kwestią pozostawał fakt, że wciąż obowiązywało Aldarena zrobienie Nihimie przysługi, nawet jeśli miała by się o nią upomnieć dopiero za kilka wieków, ale jeśli o to chodziło, to nie miał się specjalnie o co martwić. A przynajmniej nie na zaś, póki nie wiedział czego kobieta mogłaby sobie zażyczyć.
        - Wiesz... Tak sobie pomyślałem, że może zechciałbyś abym ci pograł na skrzypcach po kolacji, nim rozejdziemy się do swoich spraw. Oczywiście zrozumiem, jeśli czas ci na to nie pozwoli - powiedział z lekką niepewnością, jakby co najmniej pytał o to czy może Mitrze zdjąć koszulę, albo wbić się dzisiejszej nocy do jego łóżka.
        Niby głupie, ale odmowa byłaby równie rozczarowująca, choć zrozumiała, co w tych bardziej intymnych przypadkach. W końcu chciał zrobić Mitrze przyjemność, by nekromanta któregoś razu mógł w końcu narysować wampira grającego na skrzypcach ustawionego frontem. Nawet jeśli lazurowooki nie zamierzał uświadamiać blondyna o swoim znalezisku. Wszak każdy miał swoje tajemnice, a że niektórzy mieli ich więcej od innych - mało znaczący szczegół.

Awatar użytkownika
Mitra
Szukający Snów
Posty: 163
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Mitra » 3 miesiące temu

        Doprecyzowania co wampir miał na myśli Mitra jedynie słuchał. Nie komentował już, nie dyskutował. Ze stężałym wyrazem twarzy skinął głową. Sam nie był święty, wielu miało go za nieczułego świra… Ale jednak ta wizja go ruszyła. Nie przeszkadzało mu nawet to jak kończyli biedacy z tych zaułków - drażniła go obłuda. Lubił czyste sytuacje - lekarz miał leczyć, nekromanta ożywiać. Jeśli lekarz zabijał - szczególnie jeśli czynił to umyślnie - był obrazą swego rodzaju. Oczywiście i od tej reguły były według Mitry wyjątki: konkretnie eutanazja. Był jej wielkim zwolennikiem, choć nikt go nigdy nie zapytał co o tym myśli. Wiedział jednak, że czasami śmierci nie można cofnąć… Niejeden felczer miał przez to krew na rękach, ale była to krew czysta. Czasami po prostu lepiej umrzeć niż żyć w wiecznym cierpieniu.
        Swoją drogą, Mauria teraz w porównaniu do Maurii ze wspomnień Aldarena różniła się może nie jak dzień i noc, ale na pewno była od niej lepsza. Najwyraźniej szalony plan Turilliego, który od setek lat starał się zaprowadzić w tym plugawym mieście porządek, przynosił jakieś efekty. Może za kolejne czterysta lat będzie to w końcu miasto spokojne i bezpieczne…
        Nie. Aż tak nic ani nikt nie może się zmienić.

        - Ty… - syknął Mitra, gdy Aldaren znowu złapał go za słówko. - Znowu mi to robisz! Prawie się nabrałem! - oburzył się, ale bez pretensji w głosie. Rozumiał już, że skrzypek taki był, lubił w ten sposób żartować i w sumie było to całkiem przyjemne. O ile nie dotyczyło wrażliwych kwestii w ich związku, takich jak na przykład ten nieszczęsny pocałunek dzień wcześniej. Tylko w jaki sposób sprawić, by wampir wiedział kiedy może sobie na to pozwolić a kiedy nie. Wystarczyłoby oczywiście porozmawiać, ale do tego potrzebna byłaby znacznie większa śmiałość w wyrażaniu własnych uczuć - to aktualnie był dla Mitry czynnik nie do pokonania.
        - No chociaż tyle - odparł rezolutnie Mitra, gdy skrzypek chociaż w kwestii swoich umiejętności muzykalnych nie dyskutował. - Ale ja i tak swoje wiem - dodał z przekonaniem. Jego zdaniem Al był doskonałym demonologiem. To, że wtedy w kryptach zdarzyło mu się potknięcie… To się nie liczyło, bo wtedy nie myślał racjonalnie, był głodny i pod wpływem Xargana, w takich warunkach nikt nie osiągnąłby szczytu swoich możliwości.

        - Masz rację - przyznał ciepłym tonem. - Czasami nie warto pamiętać.
        Mitra przeczuwał, że Aldaren miał na myśli jakieś bardzo traumatyczne wspomnienia i przez moment się wahał czy ten temat poruszyć, ale uznał, że się wstrzyma - utwierdziło go w tym przekonaniu to, że Ren sam szybko zmienił temat i postarał się nawet o to, by brzmieć nieco bardziej pozytywnie. Mitra uznał, że na to już odpowie.
        - Wiesz… Tak naprawdę nie zdążyłem poznać jakiegoś strasznego głodu - wyznał. - Żarcie bywało podłe i bywało go mało, ale raczej mnie karmiono. Nasi dowódcy wiedzieli, że dobry lekarz to sprawny lekarz, więc woleli pewnie ucinać racje jakimś woźnicom czy komuś takiemu niż nam… No jakoś to było - mruknął ucinając w ten sposób temat. Nie wydawało mu się ciekawe opowiadanie o tym jak karmiono go w niewoli ani za co i po co tak naprawdę to jedzenie otrzymywał. Później zaś, u lady Danabelle, różnica polegała w sumie na tym, że posiłki były bardziej różnorodne i było ich trochę więcej, ale za to częściej stawało w gardle. Dziwić się, że Mitra raczej jadł, bo musiał, a nie jadł, bo lubił.

        Mitra faktycznie wyglądał, jakby nie dowierzał w propozycję, jaką złożył mu skrzypek, ale wcale nie w sposób, w jaki Aldaren się spodziewał. Wyglądał raczej jakby zaoferowano mu nieograniczony dostęp do biblioteki Trupiej Wieży albo magiczne i bezbolesne usunięcie tatuażu - krótko mówiąc oczy świeciły mu z radości.
        - Tak! - odparł niemal natychmiast, nim trochę się opamiętał. - To znaczy... O ile ty będziesz miał czas. Moje badania nie uciekną, ale ty miałeś na dziś tyle planów... Nie chciałbym ci ich pokrzyżować. Ale jeśli faktycznie miałbyś czas... To chętnie bym cię posłuchał - zakończył. Gdy mówił cały czas zbliżał się do Aldarena, a po wypowiedzeniu ostatniego zdania bez żadnych dodatkowych wyjaśnień przytulił się do niego. Mocno i szczerze, tak jak nigdy mu się nie zdarzyło. Był rozluźniony i w końcu nie zastanawiał się nad tym co robi tylko po prostu to zrobił.
        - Dziękuję ci - szepnął z twarzą wciśniętą w ramię skrzypka. - Lubię słuchać jak grasz i nawet chciałem cię o to poprosić… Ale pamiętałem, jak wspominałeś o prywatnych koncertach, które grałeś Faustowi na jego żądanie. Nie chciałem byś pomyślał, że jestem taki sam… - wyznał nadal wtulony w swego ukochanego, jakby obawiając się odsunąć by poznać jego reakcję. W końcu jednak to uczynił i nawet spojrzał ukochanemu w oczy, choć zrobił to na krótko. Jednak przez ten krótki moment jego tęczówki były przepełnione prawdziwą miłością i zachwytem nad skrzypkiem.
        Czułe chwile poniekąd przerwało otwarcie się frontowych drzwi. Aresterra o dziwo nie zareagował jednak gwałtownie - zerknął w tamtą stronę i to wszystko. Dość łatwo można było się domyślić co tam zaszło i kto wkroczył tak bez pukania, bo zaraz na parkiecie dało się słyszeć kroki drewnianych nóg.
        - Manekiny wróciły z tym co wybrałem w antykwariacie - wyjaśnił na wszelki wypadek Mitra.
        Kukły w liczbie dwóch nie przyszły się zameldować u swojego pana. Od razu, zgodnie z wydanymi rozkazami, zaniosły skrzynie z księgami do salonu, gdzie złożyły je na pierwszej wolnej przestrzeni pod ścianą. Dzięki pracom Aldarena nie musiały daleko szukać, gdyż ten nieumyślnie uprzątnął im teren. A przyniesione przez nie skrzynie z księgami wyglądały na naprawdę ciężkie - na pewno były większe od tych, do których wyselekcjonowane tomy chował skrzypek. Niewiele, ale jednak z tuzin czy dwa więcej można było do nich wepchnąć. Nie ma co, Mitra zaszalał, lecz jeśli wierzyć jego zapewnieniom, były to same aktualne i przydatne rzeczy.
        - Chcesz je przejrzeć? - zaproponował Aresterra, skoro i tak nie mieli teraz nic do zrobienia, bo czekali aż kurczak się upiecze. Tymczasem dwa manekiny-tragarze zamiast zamrzeć gdzieś w kącie poszły na piętro, gdzie Mitra kazał im uporządkować jedne z nieużywanych pokoi, gdzie kiedyś była jakaś graciarnia Sarazila, a teraz jego przybrany syn zamierzał tam składować rzeczy, które będą sukcesywnie przenoszone do zamku Aldarena.

Awatar użytkownika
Aldaren
Kroczący w Snach
Posty: 217
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Aldaren » 3 miesiące temu

        - Absolutnie nie wiem o co szanownemu panu chodzi, przecież za to pan mnie kocha - wyszczerzył się okrutnie wesoło, nawet jeśli jego podstęp spalił na panewce, to i tak najważniejszym było to, że Mitra prawie dał się złapać. No cóż, porażki się zdarzają, ale nie ma się co załamywać, w końcu następnym razem powinno mu lepiej już pójść, nekromanta nawet nie zna dnia ani godziny, gdy wampir znów przypuści swój "atak".
        - I nie zamierzam się o to kłócić - odparł z niewinnym uśmieszkiem, gdy błogosławiony odparł, że swoją wiedzę na temat uzdolnień Aldarena ma i nic tego nie zmieni.
        Wampir uwielbiał się droczyć z Mitrą, bo niby pozwalało to na nieszkodliwe złośliwości i delikatne zadzieranie nosa ze strony blondyna, ale za to jak dobrze się przy tym bawił. Już nawet nie chodziło o jakieś ukryte cele skrzypka, po prostu liczyło się wyłącznie to, by i niebianin zakosztował nieco radości i się rozluźnił. W tym jednak przypadku nie było większego sensu z wywoływaniem konfliktu zdań, który zresztą nieoczekiwanie mógłby w pewnym momencie przestać być tylko głupią zabawą, a stałby się prawdziwą walką na noże. Zwrócenie słów przyjaciela przeciw niemu, że Aldaren również swoje wie w tym temacie, także niewiele by przyniosły, za to na pewno ucierpiałaby na tym reputacja wampira jako kreatywnego w wymyślaniu ripost, w końcu odpowiedzenie tym samym było jednoznaczne z przyznaniem zwycięstwa temu drugiemu, skoro samemu nie było się w stanie nic innego powiedzieć, a na taką porażkę nieumarły już się zgodzić nie mógł. Tak więc po prostu zakończył dyplomatycznie tę batalię i zapomniał o całym temacie.

        Skrzypek skinął ze stonowanym uśmiechem głową, gdy została mu przyznana racja, zwłaszcza, że po samym sobie wiedział co mówił. Wszystko przez ten przeklęty dziennik... Nie miał żalu do Zarela, że podrzucił mu akurat te zapiski Fausta, bo w końcu on dał wampirowi tylko zwykły notatnik i wyłącznie od Aldarena zależało co z tym fantem zrobić. Dlatego, to że nieumarły postanowił zagłębić się w zapisaną na stronicach treść było już wyłącznie jego winą, nikt go przecież do tego nie zmuszał, tak samo jak do tego, by dziennik dalej sobie spokojnie leżał na podłokietniku fotela w pokoju, w którym chwilowo krwiopijca sypiał. A przecież mógł go spalić zaraz po poznaniu treści tych kilku pierwszych kartek. Owszem nadal był zły, rozgoryczony, zagubiony i nie wiadomo co jeszcze, ale z niezrozumiałego dla siebie powodu nie chciał zniszczyć tych zapisków. Nie chciał też do nich ponownie zaglądać i jednocześnie nie zamierzał w sprawę wtajemniczać błogosławionego, choć sam się mu po części zdradził przed swoim wyjazdem, przez to, że Xargan się wygadał by wbić wampirowi szpilę. Tyle czasu już minęło od tamtego momentu, a mimo to...
        Wysłuchał wypowiedzi Mitry i po części zrobiło mu się głupio, że w ogóle zaczął taki temat, tym bardziej, że on sam głodować zaczął dopiero jakiś czas temu i to na pewno nie w takim samym sensie jak głodują na przykład bezdomni w ciemnych uliczkach. Zwłaszcza, że skrzypek z własnej woli odmawiał sobie odpowiedniego dla siebie posiłku, a tamci raczej nie mieli wyboru. Ale to już przeszłość, nie przez to, że wraz z Mitrą codziennie coś zajadają (choć tego typu jedzenie nie zniweluje jego wampirzego głodu), ale głównie za sprawą stołowania się u Nihimy, które od dziś zaczął. Jak długo to potrwa - nie wiedział, ale w razie konieczności, w zamku jeszcze zostało pochowanych kilka butelek z krwią Fausta, którą znów mógł zacząć rozrabiać z wodą, a jeszcze później, gdy i to źródło "pożywienia" się skończy, coś się wymyśli. Może będzie się wtedy szykował z Mitrą na drugi świat i zaspokojenie głodu nie będzie już miało znaczenia. A może uda mu się wynaleźć jakiś doskonały specyfik, może z własnej krwi, może krwi przywoływanych przez siebie demonów, a może jakieś sztuczne i nieorganiczne placebo. Zdarzyło mu się słyszeć, że niektóre demony i piekielni popijali sok z pomidorów by zmniejszyć żądzę krwi, ale ile w tym było prawdy i czy mogłoby podziałać na wampiry... Kiedyś na pewno zajmie się tą sprawą, póki co jednak miał ważniejsze sprawy na głowie.

        Na szczęście swoją propozycją zorganizowania prywatnego koncertu dla ukochanego, skutecznie wprawił Mitrę w dobry nastrój (jak na niego oczywiście), może nawet udało się wampirowi tym zatuszować, swoje głupie zapoczątkowanie rozmowy o głodzie, która na szczęście zbyt długa nie była i szybko umarła śmiercią naturalną. Obecne przynajmniej głowę nekromanty nie zajmowały tematy sprzed chwili, a wizja występu skrzypka.
        - Dla ciebie zawsze będę miał czas - odpowiedział czule, posyłając lubemu ciepły uśmiech. - To po pierwsze. Po drugie to ile mam spraw do załatwienia niewiele znaczy jeśli wziąć pod uwagę fakt, że jestem wampirem i mam do dyspozycji całą noc - wyjaśnił łagodnie, otwierając usta by jeszcze coś dodać, lecz w tym momencie Mitra się do niego przytulił całym sobą i Aldaren nie mogąc wydusić z siebie słowa jedynie wypuścił powietrze.
        Objął delikatnie ukochanego, zostawiając mu jak zwykle możliwość łatwej ucieczki bez konieczności wywalczenia sobie wolności. Jedną dłoń uniósł i zbliżył do głowy blondyna, ale zaraz ją cofnął i opuścił nim wplótł palce w jego włosy, albo w ogóle go dotknął. Poprzestał jedynie na przytuleniu go do siebie, bo wiedział, że nieuświadomiony nekromanta mógłby się zaniepokoić i zestresować, a zapytany o pozwolenie mógłby odmówić z racji tego, że i tak dziś już pozwolił na wystarczająco dużo czułości ze strony wampira, a ten zarazem poczułby się po odmowie wystarczająco niekomfortowo, by na ten moment całkowicie porzucić pomysł pogładzenia błogosławionego po głowie.
        - Poza tym dzięki tobie mam większość dzisiejszych planów z głowy i zostały mi tylko drobne zakupy do załatwienia - mruknął, rozkoszując się tą chwilą bliskości. Odwiedziny zamku w sprawie sprawdzenia, kto się do środka włamał, nie były na tyle ważne by informować o nich blondyna, a pomoc nocnym robotnikom na budowie zamierzał sobie już dzisiaj odpuścić.
        Słysząc, że Mitra sam chciał go prosić o to by dla niego zagrał, zrobiło się wampirowi ciepło na sercu. Poznając jednak powód, dlaczego cały czas się przed tym wzbraniał, Aldaren westchnął ciężko i spoważniał, co w towarzystwie nekromanty nieczęsto się zdarzało. Chciał położyć dłonie na ramionach drobniejszego mężczyzny, by go lekko od siebie oderwać i spojrzeć mu w oczy, lecz powstrzymał się od tego, czując jak mocno ten się do niego z niepokojem wtulał. Znów odetchnął głęboko i nieco mocniej go do siebie przytulił, ale wciąż nie zamierzał go zakleszczyć w swoich objęciach na wieczność, po czym pogładził go delikatnie po plecach z jednoznacznym zamiarem rozwiania jego obaw.
        - Choćbym miał zamienić całe Mroczne Doliny w pustynię popiołu, nie dopuszczę byś choć w drobnym stopniu go przypominał. Nie jesteś i nigdy nie będziesz taki sam jak on... - "nie trzymasz mnie w złotej klatce, nie torturujesz w lochach dla własnej przyjemności i za to, że ci się sprzeciwiłem" - dokończył w myślach by nie martwić ukochanego. Po czym podjął dalej:
        - Dlatego nie bój się prosić, bo dla ciebie jestem w stanie zrobić wszystko - oświadczył uroczyście, by po chwili się wesoło uśmiechnąć.
        - Poza tym kocham grać, a dla ciebie, mój kochany Mitro, to już w szczególności - dodał dużo swobodniejszym tonem, puszczając go i pozwalając od siebie odsunąć, gdy tylko poczuł, że nekromanta, chce znów zachować dystans.
        Zawsze było Aldarenowi ciężko wypuścić Mitrę z objęć, bo mógł z nim tak spędzić wieczność, lecz wiedział, że było to wyłącznie dla zachowania komfortu jego ukochanego, a nie po to by zrobić krwiopijcy przykrość. Patrzył na ukochanego z delikatnym uśmiechem, pełnym czułości i łagodności spojrzeniem. "O taaak... dla niego byłbym gotów zrobić absolutnie wszystko" - pomyślał, odrywając po chwili wzrok od tego, który posiadł jego serce, gdy rozległ się dźwięk otwieranych drzwi.
        Wyraz twarzy skrzypka stężał gdy wpatrywał się w stronę, z której dobiegały odgłosy, a ciało miał spięte, był gotów w każdej chwili zareagować, by bronić partnera. Gdy jednak ten stał spokojnie, Aldaren nieco się rozluźnił, a z gotowości do walki całkiem zrezygnował, kiedy po pierwsze nie wyczuł by była to jakaś żywa istota, a zaraz po tym wychwycił drewniane, sztywno stawiane kroki. Na wyjaśnienie nekromanty znów przywołał na twarz uśmiech i kiwnął głową.
        - Z takimi sługami można na zawał paść, ale przynajmniej nic nie knują za plecami, zwłaszcza zamachu - zauważył lekko, nie tracąc uśmiechu, choć w tej sprawie nie było wcale z czego się śmiać.
        - Z tobą zawsze - mruknął melodyjnie i dziarskim krokiem podreptał za lubym do salonu by usiąść z nim i zerknąć co też tam powybierał.
        Musiał przyznać, że sporo tego było, a Mitra bez dwóch zdań odwalił kawał dobrej roboty. Nie to co taki jeden gorącokrwisty, który obecnie miał problemy ze złapaniem włamywacza i zbierał od niego tęgie lanie. Znów się na moment zasępił zastanawiając nad nieznanym gościem. Z tego co Xargan mu telepatycznie zrelacjonował wychodziło na to, że nieznajomy był zjawą, której demon nic nie mógł zrobić, ale jednocześnie taką, która jemu mogła porządnie przetrzepać skórę. Iluzja? Stworzenie swojej nierzeczywistej kopii, by siebie samego ukryć w tej nieprawdziwej przestrzeni i zadawać ciosy z ukrycia? Może kontrola umysłu, przez którą to demon sam sobie wyrządzał krzywdę, a nie otrzymywał obrażeń bezpośrednio od tego przybysza. Ale czy wtedy sam nie znalazłby się pod działaniem tego zaklęcia, gdy tylko łączył umysł z Xarganem?

        - "Sobie moment znalazłeś..." - warknął z niezadowoleniem demon, podnosząc się z ziemi i wypluwając z ust krew.
        Stara komnata Aldarena była już wcześniej zagracona przez remont, ale teraz przypominała istne pobojowisko, ale demona to wcale nie obchodziło. Szczególnie, że obecnie stracił całą cierpliwość, przez co jego demoniczne nogi i ręce zajęły się ogniem.
        Wampir nie mógł pozwolić, by Xargan wszystko puścił z dymem, więc przejął nad nim na moment kontrolę i unieruchomił go w pół kroku do wyprowadzenia ciosu pięścią. To niestety było szansą dla oponenta, który również wstrzymał się od ataku, zatrzymując swoją eteryczną postać przed demonem.
        - "Liczę na rychłe spotkanie, lordzie" - rozległo się w głowie wampira echo tysiąca głosów, a po tym widmo ruszyło ku ścianie i zniknęło.
        Zza komody wyłoniło się dziwne stworzenie, którego dziwaczne wzory na ciemnej (w mroku pokoju) sierści, delikatnie jaśniały srebrnym blaskiem księżyca, przebiegło przez pokój i wyskoczyło przez zamknięte okno, choć go wcale nie wybiło, a mimo do doskonale widział uciekające tarasem zwierze, znikające zaraz za barierką.
        Aldaren uwolnił Xargana spod swojej kontroli, a zmaltretowany i rozsierdzony demon opadł na jeden z nieprzewróconych foteli. W nim chwilę siedział, odnawiając własne siły.

        Wampir nie miał pojęcia co o tym myśleć, a na gorącokrwistego nie miał co liczyć, gdyż ten zapałał żądzą zemsty i rewanżu by pozbyć się gorzkiego smaku porażki i odzyskać honor. Chwilę jeszcze siedział względnie nieobecny z kolejnymi książkami w dłoni, które przez cały ten czas przeglądał niewidzącym spojrzeniem, ale po kilku przerzuconych kartkach powrócił do rzeczywistości. Od razu też się mocno zdziwił i jednocześnie był zachwycony z tego, jaka perełka wpadła w jego ręce (choć od dobrej minuty już ją w nich trzymał).
        - Atlas anatomiczny! - wykrzyknął rozentuzjazmowany, zamykając przeglądaną właśnie książkę i oglądając uważnie jej okładki.
        Nie mógł uwierzyć, że udało się Mitrze znaleźć tego białego kruka opracowanego chyba przez najwybitniejszego medyka ostatnich dwóch wieków. Z pozoru wydawać by się mogło, że wiedza w tej pozycji zawarta będzie już dawno przeterminowana, z tym że nie do końca była to prawda. Owszem niektóre, słowa czy zdania dawno już odeszły dla większości w zapomnienie, jednakże największą robotę w tym tomie robiły dokładne szkice nie tylko poszczególnych układów, ale również poszczególnych ich elementów, z których każdy był w miarę szczegółowo opisany. No i te ryciny! Jako pomoc dydaktyczna podczas nauki podstaw nie było chyba lepszej książki od tej. A to, że dokładniejszej wiedzy z uwzględnieniem ostatnich odkryć trzeba będzie szukać w innych tomach, poświęconych w całości już konkretnym tkankom czy układom, to już mało znacząca kwestia. Zwłaszcza, że wiedza zawarta w tej była ponadczasowa i doskonała jeśli o ogół anatomiczny chodziło. Natomiast z zachowania Aldarena wynikało, że słyszał o tej książce, może nawet legendy, ale nigdy nie było mu dane jej na oczy widzieć.
        W pewnym momencie spojrzał oszalałym wzrokiem na Mitrę, jak zaszczute zwierze i przycisnął atlas mocno do swojej piersi osłaniając go własnymi rękami.
        - Mój ssskarb! - wysyczał jakby udawał smoka, by zaraz pokazać z rozbawieniem nekromancie język i rozweselony odłożył tę książkę na stolik, by nie wylądowała na dnie skrzyni, a na jej wierzchu.
        Myślał o tym czy nie umieścić jej w ich wspólnej, acz prywatnej bibliotece na ich piętrze w zamku, coby się nie zniszczyła i pomagała im w nauczaniu, lecz wyszedłby na egoistę gdyby tak rzeczywiście postąpił. Tym bardziej, że miał nie tylko aktualniejszą wiedzę z tej dziedziny, ale i również dużo bardziej rozszerzoną niż zawartość książki. Mu więc nie przyda się tak bardzo jak dobru ogółu, przyszłym rezydentom szpitala i przytułku.
        - Nie wiem jak udało ci się ją zdobyć, ale jesteś aniołem! - wykrzyknął wciąż, nie mogą się pozbyć swojej euforii. Zaraz jednak się zaniepokoił bo zdał sobie sprawę z tego co powiedział, a zwłaszcza wobec kogo. - T-to znaczy jesteś najwspanialszy na świecie... To chciałem powiedzieć... - zaskomlał żałośnie, choć mówił prawdę. Chodziło mu o to, że Mitra był wspaniały i potrafił dokonać cudu, takiego jak właśnie znalezienie tej książki podchodzącej za pozycję kolekcjonerską gdy została wydana, a obecnie może nawet miała miano mitycznej. Bał się, że zaraz z tą książką wyląduje w kartonie z innymi, a po tym na bruku i tyle będzie z ich wspólnej przeszłości, a nawet znajomości.
        - Może masz ochotę na przedkolacjowy koncert? Tylko pójdę po skrzypce - podrzucił w przypływie paniki, mając nadzieję, że muzyką uda mu się udobruchać ukochanego i wybłagać przebaczenie za to, co powiedział.

Awatar użytkownika
Mitra
Szukający Snów
Posty: 163
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Mitra » 3 miesiące temu

        - Phi! Nie tylko za to! - odparł z teatralnym fochem Mitra, nawet zaplatając ręce na piersi i obracając głowę, ale zaraz wyraz jego twarzy złagodniał i patrzył już na skrzypka z czułością. To przekomarzanie się było najlepszym lekarstwem na jego czarne myśli. Już nawet nie pamiętał dlaczego ledwie chwilę temu prawie znowu się okaleczył… Nawet przeczuwał, że Aldaren również czerpał radość z takiej wymiany zdań, bo szczerzył się wtedy jak głupi do sera. I był przy tym jeszcze bardziej uroczy niż zwykle. Aż nekromanta czuł jak coś ciepłego rozlewa się w jego sercu, gdy widział ten uśmiech i psotne iskierki w oczach skrzypka. Chciałby go takiego widzieć każdego dnia, do końca życia…

        Stwierdzenie, że głowy nekromanty nie zaprzątał temat głodu to mało powiedziane - w tej chwili jego głowy nie zaprzątało nic. Z wyjątkiem tej jednej jedynej myśli: że Aldaren dla niego zagra. To znaczyło dla niego bardzo wiele i wprost nie mógł się doczekać aż nadejdzie ten moment. Jego ukochany grał tak pięknie, tak wyraziście, wręcz magicznie. Jakby rzucał urok na słuchacza i za pomocą jakiejś magii iluzji czy emocji wkładał mu do głowy myśli i skojarzenia, których ten normalnie by nie miał. To było cudowne i świadczyło o kunszcie Aldarena. Nic dziwnego, że tyle osób chciało go słuchać i był tak chętnie zapraszany na koncertowanie. I również nic dziwnego, że Mitra pragnął go słuchać… Choć jednocześnie się przed tym wzbraniał i tym razem wyjątkowo przyznał się do tych negatywnych emocji przed ukochanym. W sumie nie było to takie złe, wręcz przeciwnie, oczyszczające. I co więcej nie musiał bać się reakcji Aldarena, choć z początku właśnie tego się obawiał. Nie chciał, by ukochany porównywał go ze swoim przybranym ojcem, a że jemu samemu do głowy przyszła taka analogia… Potrafił być okrutny w stosunku do samego siebie, to wiadomo nie od dziś. Jak dobrze więc, że został rozgrzeszony.
        Mitra, nadal wtulony w Aldarena, podniósł na niego wzrok, gdy ten rozwiewał jego obawy.
        - Trzymam za słowo - szepnął, gdy ten obiecał, że nie dopuści do tego, by przypominał Fausta. - Ale to nie będzie konieczne - dodał zaraz, bo sam zamierzał się pilnować. Nie wiedział co prawda co ten stary zwyrodnialec robił swojemu przybranemu synowi, ale domyślał się, że jego ukochany wiele wycierpiał na jego dworze. Aresterra zaś obiecał sobie, że przy nim Aldarenowi będzie tak dobrze jak nigdzie indziej. Chciał, by zawsze był przy nim szczęśliwy i by zawsze mógł znaleźć przy nim ukojenie. By nic ich nie rozdzieliło ani nie poróżniło. Szkoda jednak, że swoimi tajemnicami sprawiał, że katastrofa mogła prędzej czy później nadejść…
        Mitra wysunął się w końcu z ramion skrzypka - faktycznie, dość tych czułości. I tak wytrzymał całkiem sporo nim przyjemność przerodziła się w dyskomfort.
        - Lubię gdy tak do mnie mówisz - wyznał, gdy Aldaren powiedział “mój kochany Mitro”. Naprawdę to uwielbiał i choć już dał to skrzypkowi do zrozumienia, chciał by ten zwracał się do niego w podobny sposób częściej (ale tylko gdy byli sami), stąd te powtarzane zapewnienia.
        Czułe chwile przerwał powrót manekinów. Mitra dostrzegł jak zaniepokojony był jego ukochany, dlatego wyjaśnił, że nie było powodu do nerwów. On jednak żył z ożywionymi kukłami dziesięciolecia, a Aldaren dopiero je poznawał, więc nic dziwnego, że teraz był trochę spięty. Jak zawsze jednak obrócił wszystko w żart. Udany żart, który Mitra skwitował parsknięciem.
        - Och, masz rację, ale wiesz, zawsze mogą nie knuć zamachu tylko zostać przez kogoś opętane - zauważył lekko, ale przy tym z lekką dozą makabry, jakby brał taką opcję pod rozwagę i może nawet sam kiedyś czegoś takiego się dopuścił i mówił teraz z własnego doświadczenia. To oczywiście nie było prawdą: nie był żadnym graczem politycznym ani chorym socjopatą, by chcieć kogoś mordować rękami jego własnego ożywieńca. Wiedział jednak, że “podebranie” takiej marionetki jest możliwe.


        Mitra nie przeglądał specjalnie książek, które kupił - w końcu sam je wybrał, więc wiedział co tam było. Kontrolował raczej czy zapakowano mu wszystko i niczego nie pominięto ani nie podmieniono. To robił jednak machinalnie, poświęcając tytułom niewielką część swojej uwagi. Głównie skupiał się na Aldarenie. Był ciekaw jego reakcji i zdania na temat wybranych tytułów. Uzna je za praktyczne? Wystarczająco nowe albo chociaż przydatne? Warte swojej ceny? W ogóle cokolwiek warte? Z początku zdawało się, że wampir z uwagą przeglądał zakupione księgi i jego oględziny wypadały raczej pozytywnie. Później jednak jakby stracił werwę i machinalnie przekładał tomy ze stosu na stos. Mitra nie domyślił się, że właśnie telepatycznie porozumiewał się z Xarganem i nawet na moment nim zawładnął - uznał, że po prostu z tymi kilkoma tytułami nie trafił i stąd ten brak entuzjazmu. Zdarza się, nekromancie nie było z tego powodu póki co żal, bo jednak póki co bilans wychodził na plus. W razie czego - gdyby skrzypek skomentował te nietrafione pozycje - mógł każdą z nich obronić.
        Nagle jednak oczy Aldarena rozbłysnęły radością, a on jakby dopiero w tym momencie skojarzył co wpadło mu w ręce. Aresterra lekko przekrzywił głowę, by sprawdzić co to za tom wywołał jego entuzjazm. Wydał z siebie pełne zrozumienia “ach…”, które zagłuszył okrzyk wampira, który na głos powiedział to, co wypisane było na okładce.
        - Tak, wziąłem go, bo sam się z niego uczyłem - wyjaśnił, przysiadając obok skrzypka. Po jego głosie słychać było, że był z tego wyboru bardzo zadowolony, a aprobata wampira jeszcze bardziej poprawiła mu humor. Później jednak wyglądał na zdezorientowanego - dokładnie wtedy, gdy się przysunął, a jego ukochany nagle zaborczo przytulił do siebie atlas i zaczął na niego syczeć. Mitra zupełnie nie pojmował o co mogło mu chodzić… Aż w końcu zrozumiał, że skrzypek się tylko zgrywał i w ten sposób pokazywał jak cenny był jego zdaniem zakupiony tom. To strasznie ucieszyło Mitrę - tak bardzo, że gdy obrócił wzrok, lekko zawstydzony swoim entuzjazmem, na jego wargach pojawił się znowu nieśmiały uśmiech. Aldaren był jednak cudotwórcą, że potrafił mu tak w jednej chwili poprawić humor…
        ...I równie szybko go spieprzyć. Aresterra momentalnie zamarł, a uśmiech zszedł mu z twarzy, gdy nieopatrznie został nazwany aniołem. Atmosfera momentalnie się ochłodziła i było krok od nieszczęścia… Lecz skrzypek zaczął się tłumaczyć, a Mitra powoli się rozluźnił, jakby odpuszczał mu paraliż. Zganił siebie w bardzo ostry sposób, że przecież to był komplement, wypowiedziany z entuzjazmem i dobrymi intencjami. Powinien się cieszyć… Ale na razie jedyne co mógł zrobić to szybko się opanować i zapomnieć. W sumie to zawsze lepsze niż awantura o jedno przypadkiem użyte słówko.
        - To próba udobruchania mnie? - zapytał, gdy Aldaren zaproponował koncert przed kolacją. Po głosie dało się poznać, że Mitra się nie gniewał i tylko próbował mu udowodnić, że go przejrzał.
        - Mam ochotę - oświadczył stanowczo, patrząc skrzypkowi w oczy. - Ale nie udobruchasz mnie tym… Bo po prostu się nie gniewam - przyznał. - Rozumiem, to było przypadkiem… Ubodło, ale nie gniewam się, to się zdarza. Pędź po skrzypce - zachęcił go, delikatnie trącając go w ramię.
        Gdy wampir poszedł, Mitra przez moment patrzył w drzwi, za którymi zniknął. W jego oczach widać było, że był obecny jedynie ciałem, ale na pewno nie duchem, bo ten gdzieś uleciał. Po raz kolejny zastanawiał się jakim cudem trafił na kogoś takiego. Jak bardzo Aldaren odmienił jego życie na lepsze. No dobrze, może nie było spokojnie, może częściej wybuchał i bardziej się męczył, ale to było warte tej ceny - jakby na nowo czuł, że żyje. Wcześniej chyba umarli przeciągnęli go na swoją stronę i popadł w jakąś apatię, w której nie było radości, a jedynie nikła satysfakcja z prowadzonych badań. Teraz, dzięki Aldarenowi, doświadczał całego wachlarza emocji, od tych najbardziej pozytywnych po negatywne. To było dla niego doświadczenie nowe, ale miłe. I był za to skrzypkowi bardzo wdzięczny. Myślał teraz o tym, że zaraz będzie mógł po raz pierwszy nie tylko słuchać jego muzyki, ale również zobaczyć jak gra i był z tego powodu przeszczęśliwy. Obiecał sobie, że dzięki temu poprawi jego podobiznę, którą stworzył przed miesiącem i tym razem na pewno będzie dobra. Zastanawiał się tylko jak mógłby mu się odwdzięczyć za to wszystko - w szczególności za obiecane koncerty. Odpowiedź nadeszła sama, praktycznie od razu. Miał pewien prezent, który mógłby mu dać… Oby tylko się spodobał.

Awatar użytkownika
Aldaren
Kroczący w Snach
Posty: 217
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Aldaren » 3 miesiące temu

        - Mówisz? - wymruczał zaintrygowany, patrząc przebiegle na popisującego się swoim aktorstwem nekromantę.
        Droczył się z nim to raz, a dwa nie mógł przepuścić takiej okazji i nie pociągnąć blondyna za język by się dowiedzieć, czym tak naprawdę udało mu się uwieść Mitrę i zostać przez niego obdarowany jego miłością. Odwzajemnioną z resztą, ale przecież nie można kogoś pokochać tylko przez to, że ten ktoś ciebie pokochał. No i jeszcze błogosławiony był na tyle specyficzną personą, że zachowanie, gesty czy słowa, które tylko zbliżały by innych do skrzypka, jego mogły zniechęcać.
        Poza tym to Mitra! Informacji o nim samym, o tym co siedziało mu w głowie i co drażniło wątrobę nigdy nie było za wiele, a Aldaren mógłby ich słuchać całą wieczność jak naprawdę wspaniałego arcydzieła najlepszych powieściopisarzy jacy kiedykolwiek stąpali po Łusce. W końcu nadal mało się znali, a do tego nekromanta sam w sobie był chodzącą zagadką. Miał świadomość, że nigdy tak naprawdę się wszystkiego o nim nie dowie i wcale nie przez to, że niebianin sam nie wiedział o sobie pewnych rzeczy, ale bardziej chodzi o to, że niektórych tematów z własnej przyzwoitości nie poruszy. Nie kiedy wie, że przeszłość jego przyjaciela wcale nie było usłana różami. Choć mogłoby się to wydać okrutne, Aldaren widział w nieszczęściu Mitry kilka całkiem znaczących dla siebie plusów, choćby możliwość przywrócenia niebianinowi radości życia i pokazanie, że świat wcale nie jest taki zły, a przynajmniej nie musi taki być. Nie wspominając już o wyzwaniu jakim była każda rozmowa z blondynem, zawsze trzeba uważać co się mówi by go nie rozsierdzić, bądź nie zranić.
        Oczywiście nie to spowodowało, że wampir zapałał miłością do niebianina, acz było dość kluczowym elementem, który przyczynił się do zmiany zdania na temat Mitry, przecież nie mieli dobrej relacji na początku, ale po usłyszeniu szczątkowych informacji odnośnie tego co spotkało błogosławionego w przeszłości, łatwiej było Aldarenowi zrozumieć i wybaczyć gburowatość Mitry, którego przed Faustem uratował wyłącznie po to, by wynagrodzić mu tamto ukąszenie. Nie mógł jednak na wpół sparaliżowanego nekromanty zostawić w ruinach Thulle, bo gryzło się to z naturą skrzypka. Pomagając mu wrócić do miasta, coraz lepiej poznawał blondyna, zmniejszała się niechęć do niego i zaczynał powoli dostrzegać, że nie taki nekromanta straszny jak się prezentował. I tu zaczęło kiełkować ziarenko sympatii do niego, nawet jeśli z początku wampir chciał pilnować Mitry aż ten nie odzyskałby pełnej sprawności. Była to jednak droga w jedną stronę, Aldaren był wierny jak pies i nie tylko z tego powodu do niego podobny, bardzo szybko przywiązywał się do osób, które lubił. Im dłużej przebywał z nekromantą tym więcej jego zalet dostrzegał i bardziej otwierał na niego swoje serce, aż dość szybko po prostu się w nim zadurzył.
        Ciężko byłoby główną przyczynę swojego zauroczenia sprowadzić do jakiś konkretnych pojęć, jak na przykład to, że był dobrym człowiekiem, którego spotkało wiele złego, albo że był zabawny czy uparty (można kogoś pokochać przez to jaki jest uparty?). W tym przypadku byłoby to dość ciężkie do jednoznacznego nazwania, ale jednego Aldaren był pewien, wszystko co miało związek z Mitrą od samego początku ich znajomości miało znaczący wpływ na to, że w ogóle go pokochał. Ta początkowa wrogość, strach i nienawiść względem skrzypka zaraz po ukąszeniu, przeszłość błogosławionego i to jak diametralnie zmieniało się jego zachowanie oraz charakter, gdy jego misja dobiegła końca, gdy spędzali z sobą coraz dłuższe chwile.
        Szczerze powiedziawszy osoba trzecia w Mitrze mogłaby się zakochać wyłącznie przez to, że był fizycznie uroczy - przystojny, delikatnej budowy i jeszcze może jakby kogoś interesował związek z niebianinem, ale tylko to i nic więcej. To że by szorstki i niemiły nie działało na plus, jego przeszłość i traumy z tym związane również stanowiły problem, bo co to ma w ogóle być? Zwłaszcza, że za każdym razem trzeba się pilnować by go nie wystraszyć, ani do siebie nie zrazić. Złośliwsi pewnie powiedzieliby, że wszystko złe co go spotkało, spotkało blondyna na jego własne życzenie, bo pewnie się w ogóle nie bronił a jedynie temu poddał. No właśnie tu kolejny powód, który raczej zaniżał szanse błogosławionego na znalezienie miłości, to, że był słaby. I w końcu drobny szczegół, który z wyjątkiem nieumarłych mieszkańców Maurii odpychał i napawał strachem wszystkich innych żyjących na Łusce - Mitra to nekromanta. W ogólnym podsumowaniu wychodziłoby na to, że błogosławionego kochać można było jedynie jako maskotkę, albo niecodzienną ozdobę do jedwabnego płaszcza, ale nic poza tym...
        Jednakże nie dla Aldarena.
        Ten kochał go właśnie za to wszystko co innych by do znajomości z blondynem zniechęcało, przy czym dla wampira to jakiej Mitra był rasy i jak wyglądał nie miało najmniejszego znaczenia. Liczyło się dla niego najbardziej to jaki był, a był człowiekiem o naprawdę cudownym sercu, choć może trochę szorstkim i zimnym, to mimo wszystko nadal pozostawał dobry i nawet zabawny. Chciał pokazać temu zranionemu mężczyźnie, że można cieszyć się życiem i czerpać z niego przyjemność, ale jednocześnie nie chciał by Mitra się przy tym zmieniał. Bo kochał go takim jaki był.

        - Wiem to - odparł zadowolony z siebie, obdarowując Mitrę jednym ze swoich uroczych uśmiechów.
        Doskonale wiedział o co nekromancie chodziło i po części go rozumiał, ale z własnego doświadczenia wiedział, że od nadmiaru słodyczy robiło się w pewnym momencie niedobrze i bolał brzuch. Natomiast słodycze dawkowane z umiarem i rozsądkiem, potrafiły naprawić nawet najbardziej paskudny dzień, nie wspominając już o krzywdzie. Zwłaszcza gdy miało się świadomość, że życie miało gorzki smak. Tak, w takiej sytuacji obdarowywanie słodkościami powinno się robić z głową inaczej ta gorycz będzie jeszcze bardziej nie do zniesienia. Fakt, blondyn zasługiwał nawet na cały kosz słodyczy przez to co przeszedł, jednakże czy w pewnym momencie nie zatraciłby innych smaków? Czy sama słodycz nie stałaby się w końcu jałowa? Czy nie skończyłoby się to ogólnym rozczarowaniem? Może i było to w tym momencie okrutne wobec Mitry, ale gdyby tylko wiedział, skrzypek miał pewność, że by go zrozumiał i w pełni poparł.
        Poza tym... Aldaren był miły, ale nie przyzwyczajony do obdarowywania innych słodkimi słówkami. Mitra był pierwszą taką osobą w całym długim życiu wampira, bo niby komu lazurowooki miałby słodzić? Faustowi? Swojej lubej za specjalnie nie miał możliwości, bo czasy były raczej ciężkie, nikt się słodkościami nie przejmował, nic dobrego z nich nie przychodziło, a jedynie psuły zęby. Przelotne miłości na słodycz nie zasługują, a kwestia Gregeviusa... O tym nawet nie ma sensu wspominać. Aniołowi niewiele brakowało do Fausta, widocznie przysłowie "z kim przystajesz, takim się stajesz" w tej znajomości znalazło swoje urzeczywistnienie.
        - A ja uwielbiam tak do ciebie mówić - dodał, by jednoznacznie zaznaczyć, że doskonale miał na uwadze opinię Mitry w tej kwestii, ale dla jego własnego dobra nie rozpieszczał go tym sformułowaniem non stop. Jeszcze nekromanta by się wampirem znudził i biedny wylądowałby samiuteńki na bruku i nawet gdyby go ktoś z litości przygarnął, to i tak to nie będzie dla biednego wampirka to samo co z Mitrą. Bo Mitra jest tylko jeden i to wyłącznie jego.
        - Będę miał to na uwadze następnym razem gdy będę brał kąpiel u ciebie. - Oczywiście to do wampira musiało należeć ostatnie słowo, aczkolwiek patrzył z zainteresowaniem na niebianina, czy ten podejmie rękawicę, czy może jednak znów "z wielkim bólem" przyzna skrzypkowi wygraną i odegra scenę jak to on bardzo jest obrażony. I jak tu go nie kochać?

        Mitra wcale nie musiał nieruchomieć sparaliżowany tym co powiedział Aldaren, bo wampir doskonale wiedział jak straszny błąd popełnił. To był chyba jeden jedyny moment, gdy w ogóle nie myślał kiedy wypowiadał słowa, które mogły być straszne w skutkach ich obecnej jak i przyszłej relacji. A przecież nie korowała nim żadna złośliwość czy inne złe intencje. Przez to wszystko już nawet nie zwrócił uwagi na to, że Mitra wyjaśnił zakup i tej książki, gdyż sam się z jej pomocą uczył, a wampir nie miał takiej szansy i mógł jedynie o czymś takim śnić.
        Kiedy nekromanta wbił w wampira swój śmiercionośny (tak się skrzypkowi zdawało) wzrok, krwiopijca mocniej przycisnął do swej piersi przeklęty atlas niezgody, jakby książka miała go uchronić przed okrutną i krwawą śmiercią, przełknął przy tym głośno ślinę.
        - J-jeśli udana... t-to tak... - wyjąkał spanikowany, choć miał na celu swoją wypowiedzią nieco ocieplić atmosferę, jakby miało być to ostatnie słowo jakie wypowiedział podczas swojej egzystencji, nawet jeśli jego przyszły oprawca nie zdradzał tego jak bardzo najpewniej się w nim gotowało.
        Słysząc jednak zgodę nekromanty na tego typu zadośćuczynienie, skrzypek odetchnął z ulgą, lecz zaraz ponownie się spiął i spojrzał kontrolnie na przyjaciela czy go czasem swoją reakcją bardziej nie rozsierdził. Zwłaszcza, że Mitra zaraz oświadczył, że koncertem błogosławionego nie ugłaska. Oczywiście okazało się, że po prostu blondyn nie był zły, ale wampirowi jakoś ciężko było w to uwierzyć, więc z nieprzekonaną miną i przymrużonymi oczami jeszcze bardziej wgapiał się w swojego prawdopodobnego zabójcę. Zaraz jednak odpuścił wygłupy, gdy niebianin podjął dalej swoją wypowiedź i zły na siebie Aldaren spuścił głowę.
        Podniósł ją zaskoczony i niepewny gdy Mitra pogonił go po instrument, a nawet trącił go w ramię, coby wampira ponaglić. Wstał ze ściśniętym sercem i odłożył tom na stół, nie chcąc bezsensownie kazać czekać niebianinowi swoim żałosnym wahaniem. Zwłaszcza, że przyjaciel w całej swojej łaskawości i dobroci serca postanowił lazurowookiemu przebaczyć jego winy. Tu też leżał kolejny powód, dla którego Aldaren wolał się ograniczać ze słodzeniem nekromancie - mógł go nieświadomie w każdej chwili z niebywałą łatwością, z resztą naturalną dla wampirów, zranić.
        - Zaraz będę - mruknął pod nosem, lekko się uśmiechając do Mitry, udając, że wszystko jest dobrze, byle by tylko nie sprawić mu kolejnej przykrości czy kłopotów, po czym zniknął na schodach prowadzących do góry.

        Kiedy znalazł się na drugim piętrze, zatrzymał się przy schodach nim ruszył korytarzem do pokoju, który mu użyczono. W złości zaczął się zastanawiać jak przeciwdziałać tego typu okrutnym błędom i nawet zaświtała mu pewna myśl. Gdyby tylko nie był wampirem...
        - Mógłbym uciąć sobie język... - mruknął, ale zaraz westchnął i przeczesał sfrustrowany palcami włosy.
        Ruszył pospiesznie do pokoju. Nie zwracając na nic innego uwagi, podszedł do zaścielonego, nie używanego dziś łóżka i zabrał leżące na nim skrzypce oraz smyczek. Przesunął dłonią po zdobieniach wybrakowanego instrumentu, którego drewno zaraz nasiąknęło kroplami krwi wampira, dzięki czemu stworzone zostały struny. Aldaren raz jeszcze odetchnął głęboko, zamykając przy tym czerwone oczy i chwilę odczekał aż całkiem nie zignorował cudownej woni krwi, która otuliła w tej chwili wampira jak ciepły koc w mroźny, zimowy wieczór. Sprawdził w odbiciu szyby czy jego tęczówki wróciły już do normy. Dając się pochłonąć przyjemnej myśli, że to będzie jego pierwszy występ bezpośrednio przed ukochanym, nieco się rozluźnił, choć minę nadal miał niemrawą, mimo dość subtelnego uśmiechu.
        Schodząc na dół chciał instrument od razu nastroić, lecz się okazało, że nie było wcale takiej potrzeby jak i możliwości. "No tak, skoro one strun nie mają..." - pomyślał i się zatrzymał przed wejściem z powrotem do salonu, by czujnym okiem przebiec przez misterne skrzypce. Były potężnym, jak się okazało, i wystarczająco niepokojącym artefaktem, by zniechęcić do ich użytkowania każdego, kto miał choć odrobinę rozumu w głowie, lecz Aldaren z jakiegoś powodu nie mógł sobie wyobrazić, żeby przestać się nimi posługiwać, najlepiej zniszczyć i kupić normalne. Owszem, instrument, prawdopodobnie stworzony i należący do jego ojca, napawał wampira niepokojem, ale jednocześnie w takim samym stopniu fascynował.
        Pokręcił energicznie głową i wszedł w końcu do salonu, gdzie położył niedbale drewniany artefakt na fotelu, aby w pierwszej kolejności uprzątnąć przeglądane wcześniej książki. Tym razem to on zachowywał bezpieczną odległość, nie to żeby się bał, że Mitra mu coś zrobi w przypływie gniewu, po prostu nie chciał już dzisiaj naruszać komfortu i cierpliwości swojego lubego. Przy okazji miał chwilę by zastanowić się co mu zagrać. Niby wydawało się, że nekromanta lubił wszystko, co tylko Aldaren zagrał, ale przecież każdy ma jakieś swoje ulubione konkretne tonacje. Coś smętnego i bojowego kategorycznie odpadało, bo w końcu miał grać dla przyjemności blondyna, nie by go zdołować czy zestresować. Niestety jakaś skoczna, festynowa melodia mogłaby być nazbyt infantylna i... w sumie z obecnym nastrojem nieumarłego o ile nie wyda się sztuczna, wymuszona, to prawdopodobnie dość łatwo będzie w niej można dosłyszeć nutę fałszu. Niestety muzyka była dla wampira też w pewnym sensie przekleństwem, bo podczas gry, tworzenia melodii nie potrafił kłamać jeśli można to tak określić. Oczywiście, gdy na balach kazano mu grać konkretny utwór, nie było z tym problemu, bo przecież zanim zaczął grać z serca musiał się na czymś uczyć. Tyle że Mitrze nie mógłby zagrać nic co już istniało. Nekromanta był dla Aldarena zbyt ważny, by ten mógł z czystym sumieniem karmić jego uszy zwykłym, powszechnie znanym utworem.
        - Proszę, daj mi jeszcze moment - mruknął nawet nie unikając spojrzenia blondyna, bo obecnie miał głowę zajętą tym, co mógłby mu zagrać. W tym czasie zdołał pobieżnie wszystko sprzątnąć z podłogi, wziąć swoje skrzypce i ustawić się za stołem, na przeciwko, po drugiej stronie mając Mitrę bez znaczenia czy usiadł w fotelu czy na sofie.
        Uśmiech całkiem zszedł z jego twarzy. Wampir odetchnął głęboko ustawiając odpowiednio instrument i w pełnym skupieniu z zamkniętymi oczami zaczął powoli grać, co można by sobie zwizualizować jako leniwe rozsuwanie się kurtyny na teatralnej scenie. Po tym delikatnie, acz dynamicznie, jakby z lekka figlarnie nadciągnęła fala krótkich nut, niczym roztrzepana w euforii niewiasta przygotowująca się do balu. Przeciwstawnie do tego nastąpiły raczej ociężałe, wypełnione monotonią i znużeniem tony, mogące się kojarzyć z raczej wymuszonym przez innych zwleczeniem się w końcu z łóżka, choć samemu najlepiej chciałoby się w nim zostać już na wieki i nigdy już nie obudzić. Te przeciwne melodie kilkakrotnie po sobie następowały stając się coraz bardziej dynamiczne, chaotyczne i krótsze, aż po długiej, stosunkowo głośnej do pozostałych nucie, którą ciężko było jednoznacznie przypisać do stron, nastąpiła ogłuszająca pauza zaledwie na kilka uderzeń serca by w końcu oba tony złączyły się w jeden pełen błogości i radości pomimo wszechobecnego chaosu, w którym balowym nastrojem poukrywane były zdradzieckie i zawistne spojrzenia. Grając, na twarzy Aldarena pojawił się arogancki uśmiech, a jego postawa wyrażała większą pewność siebie, niż w momencie gdy zaczynał grać, czy kiedy opuszczał pokój po incydencie z nazwaniem Mitry aniołem.
        W końcu zakończył, praktycznie w pół tatku, po prostu nagle wszystko przerwał i otwierając oczy, spojrzał skrzącym się wzrokiem na nekromantę, jakby małe, elektryczne iskierki tańczyły mu po tęczówkach. Był to jego pierwszy utwór, jaki zagrał, tym bardziej od początku znajomości z błogosławionym, który choć się rozkręcił i nabrał dynamizmu, to nie zakończył się wyraźnym finałem, jak to było z wcześniejszymi jego melodiami. I oczywiście tylko skrzypek znał powód takiego, a nie innego zakończenia.
        - Kurczak powinien już być gotowy - powiedział i uśmiechnął się zaraz niewinnie, podając to jako marną wymówkę zakończonego właśnie muzykowania.
        Błogosławiony wcale nie musiał wiedzieć, że zakończenie tej historii do szczęśliwych nie należało, bo wszyscy z wyjątkiem, króla zostali zjedzeni, a ta z którą tańczył zakonserwowana w krysztale, by mógł jej olśniewające piękno oglądać przez całą wieczność. Niestety tak to już było z tymi smokami, że najbardziej na świecie kochały błyskotki.
        Znów odłożył niedbale instrument na fotelu. Struny były nieco bledsze i po krótkiej chwili całkiem zniknęły. Aldaren jakby nigdy nic skierował się z wolna do kuchni. Ktoś w końcu musiał wykazać się męstwem i uratować nieszczęsnego kurczaka przed zbytnim spieczeniem się. Wampir był w gotowości, jeśli Mitrę wmurowałoby w obecne siedzisko, choć krwiopijca takiego efektu swojej muzyki raczej by nie zakładał.

Awatar użytkownika
Mitra
Szukający Snów
Posty: 163
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Mitra » 3 miesiące temu

        Mitra spojrzał na wampira mrużąc gniewnie oczy i choć udawał, gniew był dla niego emocją tak naturalną, że naprawdę można było mieć wątpliwości, czy to było udawanie. Na dodatek błogosławiony potrafił się wściec w mgnieniu oka o byle głupotę, więc… Ale nie, całe szczęście nie tym razem.
        - Mówię - odparł. - Ale powiem ci jak sobie zasłużysz - oświadczył, jakby w ten sposób zamykając temat. Odpowiedź oczywiście znał, to nie była kwestia tego, że nie wiedział co powiedzieć. Pomyślał jednak, że być może lepiej, jeśli zachowa to jeszcze jakiś czas dla siebie. Ot tak, by nie było za łatwo…

        - Och, nie martw się, jeśli sobie zasłużysz, zrobię ci krzywdę osobiście - sarknął Mitra chyba również w żartach, choć kto go tam wie. Niemniej faktycznie, już parokrotnie to on zrobił krzywdę ukochanemu, ale nigdy nie poszczuł go swoimi kukłami, więc może coś w tym było. Cóż, w sumie dzięki temu można było spać spokojniej. Tak długo, jak nie spało się w jednej sypialni…

        Ach, Aldaren był tak cudownie szczery, choć trochę przykro się na niego patrzyło, gdy był taki wystraszony i chował się za książką, jakby miała go ona ochronić przed gniewem Mitry. Dobrze, że nekromanta nie był wściekły, bo inaczej atlas skrzypkowi by nie pomógł, a wręcz zaszkodził, bo błogosławiony mógłby wyrwać mu tom z rąk i mu nim przyłożyć. A tak to jego rozbrajające wyznanie, że chce go ugłaskać grą sprawiło, że zły humor Mitry znacznie złagodniał. Nie by się zupełnie uspokoił, ale już było lepiej. Choć… zdawało mu się, że wampir mu nie ufał i się go naprawdę bał, a to nie było miłe. Fakt, dał mu ku temu powody, ale… Aż tak? Ta myśl trochę nie dawała nekromancie spokoju i po równi z rozmyślaniami nad nagrodą dla niego zaprzątała myśli niebianina gdy był sam.
        Po powrocie Aldaren zastał Mitrę w tym samym miejscu, w którym go zostawił - siedział na kanapie i patrzył na niego, gdy wchodził. Nic nie mówił, po prostu patrzył lekko sennym, może rozmarzonym wzrokiem, głowę opierając na splecionych na oparciu kanapy ramionach. Lekko się podniósł, gdy skrzypek pojawił się w progu. Zdawało się, że był trochę podekscytowany tym zbliżającym się koncertem, a chwilę potem na jego twarzy pojawiła się lekka dezorientacja. Myślał, że jego ukochany przyjdzie i od razu zacznie grać, a tymczasem on odłożył skrzypce i zaczął sprzątać.
        - Ale… - mruknął Mitra, nie wiedząc o co zapytać, jak zacząć. - Mogłeś powiedzieć, że potrzebujesz więcej miejsca - powiedział cicho, wstając ze swojego miejsca. Do tej pory siedział i czekał, nie spodziewał się, że Aldaren może potrzebować więcej przestrzeni do gry, bo przecież skrzypkowie raczej stali w miejscu gdy grali… Tak mu się wydawało. A tymczasem okazało się, że nekromanta siedział i nic nie robił, a mógł się na coś przydać. Zupełnie o tym nie pomyślał. Trochę też przez to, że jemu to nigdy nie przeszkadzało. Gdy on pracował, odgarniał sobie wszystko nogą albo po prostu ręką, nieważne czy spadło na ziemię czy na brzegach biurka robiły się stosy papierów. Potrzebował tylko tyle miejsca, by otworzyć księgę i ewentualnie notatnik, a ten mógł równie dobrze położyć na stosie innych ksiąg. Aldaren był jednak porządniejszy i może ten bajzel nie pozwalał mu się skupić…
        Gdy jednak Mitra wstał ze swojego miejsca i próbował pomóc skrzypkowi sprzątać, ten powiedział, by dać mu jeszcze chwilę. Nekromanta wyglądał na zdezorientowanego, dlatego stał i po prostu patrzył na niego pytającym wzrokiem. Trochę się zaniepokoił, a później humor już zupełnie mu się zepsuł. Odpuścił i wrócił na kanapę bez słowa sprzeciwu, ale patrzył na wampira cały czas, jakby chciał coś powiedzieć. Gryzł się, że Aldaren wcale nie wyglądał na zadowolonego, a raczej umęczonego i zaczął się obawiać, czy nie zmusza go do gry wbrew jego woli.
        - Nie musisz jak nie chcesz - powiedział w końcu nieśmiało, chowając pół twarzy za splecionymi na kolanach rękami. Nabrał ochoty aby wyjść i przerwać tę scenę, by wampir już nie musiał tak odwlekać w nieskończoność czegoś, na co wcale nie miał ochoty. Szkoda, że tak wyszło. Mitrze wydawało się, że jego ukochany lubi grać i że taki koncert obojgu sprawi przyjemność. Już prawie był gotów, by przeprosić Aldarena i zapewnić go, że nie było tematu i niech się nie zmusza, ale wtedy ten sięgnął po skrzypce i zaczął się przygotowywać, a nekromancie przeszła ochota na robienie scen. Nadal miał obawy, ale… Może tylko sobie wmawiał. Oby. Miał pewne wątpliwości, gdy patrzył na wyraz jego twarzy, ale przy tym świetle mógł to wcale nie być wymalowany na obliczu stres a skupienie…
        Muzyka wydała się z początku Mitrze chaotyczna. Dopiero po chwili pojął koncept opowiadania i wtedy mógł się rozluźnić i skupić na historii opowiadanej przy pomocy muzyki. Nie angażował się w nią co prawda w pełni, ale na pewno ją doceniał. Sporą część jego uwagi zajmował jednak sam Aldaren. Patrzył na to, jak w trakcie gry poruszało się jego ciało, jakie miny robił, jak jego dłonie poruszały się na instrumencie. To wyglądało jak taniec, było hipnotyzujące i poruszające. Dobrze współgrało z tą melodią, pozwalało Mitrze lepiej ją zrozumieć. Tak się skupił na koncercie, że zapomniał zarówno o tym co go pierwotnie zainicjowało, jak również o tym, co miało nastąpić po nim. Zapomniał o całym świecie, liczył się tylko Aldaren i jego muzyka. Po raz pierwszy miał okazję doświadczyć jej aż tak w pełni. Cieszył się, czuł błogość i przyjemność płynącą z tej chwili. Stracił poczucie czasu i po prostu cieszył się tą chwilą sam na sam z ukochanym i jego skrzypcami. Nie zastanawiał się nawet nad tym, czy artefakt stanowiący podarunek od ojca nie wpływa przypadkiem na jego odbiór muzyki - nie obchodziło go to. Po prostu chciał, by to trwało jak najdłużej.
        Jak jednak wiadomo, wszystko co dobre kiedyś się kończy i ten piękny koncert również w końcu dobiegł swego kresu, choć był on znacznie gwałtowniejszy niż Mitra się spodziewał. Wyglądał przez to na bardzo zaskoczonego i zdezorientowanego - jakby nagle wybudził się ze snu. Nie rozumiał co się stało, bo zdawało mu się, że to jednak nie był koniec, że ta historia jeszcze się nie skończyła i Aldaren przerwał ją zbyt gwałtownie. Spojrzał na niego pytająco, nie zmieniając nawet pozycji, w której siedział przez cały ten koncert - skulony w kącie kanapy, z kolanami podciągniętymi do piersi, przytulając poduszkę.
        - Ach… - mruknął bez przekonania, gdy wampir jakby czytając mu w myślach (albo chociaż w oczach) rzucił zdanie o kurczaku. Fakt, dopiero teraz nekromanta poczuł zapach pieczonego mięsa dochodzący z kuchni. Wcześniej był tak skupiony na muzyce i na muzyku, że jakoś nie przejmował się takimi przyziemnymi kwestiami. Skoro jednak Aldaren przerwał, Mitra nie zamierzał go przekonywać.
        - Ren… - wezwał go jednak. Wstał ze swojego miejsca płynnie niczym kot i po zrobieniu kroku już był przy ukochanym. Delikatnie ujął go za dłoń, w której nie tak dawno ten trzymał smyczek i podniósł ją do ust. Pocałował jego palce, a później wierzch dłoni, a na koniec nadgarstek od zewnętrznej strony.
        - Dziękuję - szepnął, przytulając policzek do jego ręki, z ukontentowaniem zamykając oczy. - Po raz pierwszy grałeś przy mnie… To był piękne, dziękuję.
        Zaraz po tym wyznaniu Mitra puścił dłoń Aldarena i poszedł do kuchni. Nic nie mówił, jakby bał się, że za dużo zbyt głośnych dźwięków za szybko zatrze wspomnienie koncertu, a on chciał jak najdłużej, jak najlepiej go zapamiętać. Nie wiedział czy całość była improwizowana, ale nigdy nie słyszał takiej melodii, więc zakładał, że chociaż część skrzypek musiał wymyślić sam. Był bardzo utalentowany, naprawdę. Pewnie niewielu muzyków na całej Łusce mogło się z nim równać.
        A Mitra? Oczywiście w kwestiach muzykalności przegrałby w przedbiegach, bo nigdy nawet nie trzymał skrzypiec w rękach, a śpiewał tylko jako dziecko, ale myślał o tym, czy jego własny pomysł na odwdzięczenie się będzie godny takiego koncertu. Obawiał się, że nie. Niewiele było tak naprawdę nagród, które z czystym sumieniem można by dać za coś tak pięknego. Niby miał wcześniej jakiś pomysł, ale teraz wcale nie był go wcale taki pewny. Choć dla niego to by naprawdę wiele znaczyło i było dość symboliczne, wiedział, że dla kogoś z boku wyglądałoby na pójście na łatwiznę. Pytanie jak zareagowałby Aldaren…
        Pogrążony w myślach Mitra wszedł do kuchni, od razu łapiąc za ścierki, by się nie poparzyć przy wyciąganiu mięsa z pieca.
        - Nakryjesz? - zapytał ukochanego, by dać mu jakieś zajęcie na moment, gdy on wyłoży dania na półmiski.
        Roboty jednak nie miał zbyt wiele. Mięso było już faktycznie upieczone w punkt, wystarczyło zdjąć je z rusztu na półmisek, a kaszę, która w międzyczasie zdążyła dojść i troszkę ostygnąć, przemieszać i wyłożyć do osobnej miski. Obie składowe dania Mitra postawił na stół, lecz nim sam zasiadł poprosił wampira, by ten poczekał i poszedł szybko do salonu, by przynieść świeżą butelkę koniaku.
        - Smacznego - życzył ukochanemu, gdy już nalał obojgu i zaczął nakładać. Nie pozwolił, by Aldaren sam się obsłużył: nim on sięgnął po miskę, Mitra pierwszy nałożył mu na talerz solidną łyżkę kaszy, a później kilka kąsków kurczaka, które ułożył na ziarnach tak, aby spływający z mięsa sos się z nimi mieszał.
        Danie było pikantne i łagodne jednocześnie. Żółta kasza z rodzynkami i masłem stanowiły lekko tylko słodki dodatek, który przyjemnie łagodził ostro-kwaśną marynatę, w której pieczone było mięso. Dobrze się to ze sobą komponowało i choć było proste, można było zrozumieć dlaczego Mitrze tak smakowało. Przywodziło trochę na myśl kuchnię rejonu Jadeitowego Wybrzeża i tamtejszy słoneczny klimat.
        Nekromanta jednak nie odzywał się na początku posiłku. Jadł, ale widać było, że robił to machinalnie, bo choć samo danie uwielbiał, to jednak najważniejsze w tym momencie było dla niego zdanie Aldarena.

Awatar użytkownika
Aldaren
Kroczący w Snach
Posty: 217
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Aldaren » 3 miesiące temu

        Tym razem to Aldaren prychnął i udał obrażonego, ale jego śmiejące się oczy i łobuzerski uśmiech, który zaraz pojawił się na jego twarzy skutecznie wymazały wspomnienia po tej nieudanej aktorsko masce. Był pełen podziwu dla Mitry, że ani na trochę nie miał zamiaru się poddać w tej walce i zatańczyć, tak jak skrzypek mu zagrał. Czy to naprawdę był ten sam mężczyzna, który w towarzystwie stawał się tak bardzo niepewny, że czasami przekładało się to na jego agresywne uwagi? No i jeszcze podobno był bardzo uległy przez swoją przeszłość, a tu proszę - dotrzymywał wampirowi kroku w niewinnych, słownych utarczkach. To był dobry znak. Gdyby Mitra w końcu uświadomił sobie, że otoczenie nie stanowi dla niego żadnego zagrożenia jeśli tylko w to uwierzy, znacząco to by ułatwiło pozbycie się problemów związanych z życiem towarzyskim, nie tylko tym intymnym, czego obecnie Aldaren nawet nie brał pod uwagę. Nekromanta wychodził z założenia, że wcale nie potrzebuje większej ilości znajomości i wampir to rozumiał, w końcu on sam nie wszystkich lubił i nie musiał, nie mniej wydawało mu się, że jego partner mógłby poczuć się jeszcze bardziej szczęśliwy, jeszcze mocniej mógłby zasmakować życia, gdyby tylko przestał się ograniczać do niewielkiej liczby znajomości.
        - Naprawdę? - zapytał jeszcze bardziej ożywiony, nawet oczy mu się dziwnie zaświeciły na myśl, że Mitra osobiście zrobi mu krzywdę, gdy tylko wampir sobie zasłuży. Oczywiście zamiast odnieść się do wcześniejszych wypowiedzi i zrozumieć to jako okrutną karę za jakieś paskudne przewinienie ze swojej strony, on zinterpretował to całkowicie odwrotnie, jako może nawet grę wstępną, gdy tylko będzie wyjątkowo grzeczny. W tym momencie miał tak podekscytowane oczy, że niemal przypominał psa niemogącego się doczekać jakiejś super nagrody. Brakowało mu tylko szpiczastych uszu, śmiesznego pyszczka i oczywiście merdającego szaleńczo ogona, ale radosne spojrzenie było dokładnie takie samo. - W takim razie będę musiał się naprawdę bardzo postarać. Trzymam cię za słowo. - Wyszczerzył się rozradowany jak dziecko.

        Skrzypek blondyna się absolutnie nie bał, jeśli chodziło o rękoczyny z jego strony, w końcu fizycznie był od nekromanty silniejszy i nawet jeśli w gniewie Mitra zacząłby używać magii, krwiopijca zawsze mógłby się ulotnić pod postacią kruka, albo zawładnąć jego umysłem lub po prostu zahipnotyzować, by kupić sobie nieco czasu lub chociaż zdezaktywować zapewne nasłane na niego wtedy kukły. No i na pewno w takiej sytuacji nie chowałby się za tak cenną książką, co w tej sytuacji miało po prostu spełniać funkcję stricte komiczną dla rozluźnienia atmosfery i poprawienia humoru urażonemu niebianinowi. Co raczej nie wyszło z tego, co lazurowooki zauważył. Aldaren bał się w tej całej sytuacji wyłącznie tego, że mimo wyładowania się na nim błogosławionego, gdyby jednak do rękoczynów doszło, Mitra nadal by nieumarłego nienawidził za to co powiedział i nie chciałby go już więcej widzieć na oczy, a co dopiero znać. Przez cały czas krwiopijca bał się wyłącznie tego. W końcu śmierć z ręki ukochanego byłaby dla skrzywionego psychicznie skrzypka jedynie czystą przyjemnością, o czym ani na chwilę nie zapomniał, choć póki co odłożył na bok swoje samobójcze myśli.

        Wrócił ze skrzypcami z powrotem do salonu i by zyskać trochę czasu, aby dokładnie przemyśleć, zaplanować co ukochanemu zagrać, zaczął sprzątać pobieżnie książki i przesunął skrzynie pod ścianę. Wyczuwając jednak niezbyt pocieszające emocje ze strony Mitry, skrzywił się pod nosem i skarcił za to, że źle to rozegrał. A przecież nie miał na celu niczego złego. Świetnie, teraz pewnie wyjdzie na pedantycznego paniczyka, w sumie lorda, zapewne nawet z łatką zadufanego w sobie i aroganckiego, tak dla zachowania stereotypów, który nie potrafi grać kiedy nie ma w jego przestrzeni idealnego porządku. Natomiast Mitra analogicznie wyjdzie na zwykłego bałaganiarza i prostaka. Gdyby tak rzeczywiście było, to raczej wątpliwe by w kryptach w ogóle zechciał pomyśleć o zagraniu czegokolwiek, a tym bardziej uraczenia Mitry muzyką do samego rana. Słowa wypowiedziane zaraz przez nekromantę, tylko utwierdziły wampira w jego czarnych myślach, na co subtelnie ciężko westchnął, zamierzając już po prostu pociągnąć tę grę i opinię do końca, choć wcale nie była przyjemna dla kogoś tak skromnego jak Aldaren. A może tylko mu się wdawało, że był skromny, bo chciał za takiego uchodzić, ale w rzeczywistości mu nie wychodziło? W takim razie inaczej - uwaga jakoby miał potrzebować porządku, by poczuć się komfortowo i pozwolić krwiopijcy się należycie skupić była dla niego osobiście dość nieprzyjemna, o!
        Przez to jednak co po chwili Mitra mruknął pod nosem, cała krew jaką wampir wypił jakby nagle z niego wyparowała. Jednocześnie zrobiło mu się słabo, niedobrze i... miał ochotę w coś... uderzyć... Może nawet potrząsnąć porządnie nekromantą byleby tylko wziął się w garść i przestał prawić głupoty. On miałby nie chcieć zagrać?! Dla swojego lubego i to pierwszy raz na jego oczach?! Czyżby Mitra zapomniał ile on sam wraz z muzyką znaczy dla nieumarłego? Bo Aldaren szczerze wątpił w to, że nekromanta mógł tego nie wiedzieć. Fakt, może nie znali się jakoś długo, ale akurat jeśli o te dwie kwestie chodziło, to powinna być już raczej jasność.
        Z uwagi na słowa blondyna odpuścił sobie dalsze rozmyślanie nad idealną dla niego kompozycją do zagrania i dlatego po części zakończyło się chaotycznym początkiem granej przez skrzypka muzyki oraz gwałtownym, przerwanym nagle utworem nim faktycznie osiągnął swój finał. W końcu opowiadana za pomocą nut historia, którą Aldaren grał nie miała wcale dobrego zakończenia. Nie mógł jej dokończyć kiedy widział, że Mitra się rozluźnił, a i dla niego samego muzyka była jak kojący balsam. Czerpał z gry samą przyjemność, nawet jeśli na początku był raczej ponury, spięty i skupiony do granic możliwości. Pod koniec natomiast, gdy chaotyczne ciągi nut, splotły się w końcu z tymi sennymi i zmieniły się w coś na wzór typowo balowej melodii, Aldaren nie tylko się szczerze uśmiechał podczas swojego koncertu, z wyrazem błogości na twarzy, ale również pełen gracji faktycznie zaczął subtelnie tańczyć jak na prawdziwym dworskim przyjęciu, mając za partnerkę swoje skrzypce.
        Skończył grać i spojrzał podstępnie na ukochanego, jakby to był jakiś dziwny eksperyment, a wampira ciekawiło to, jak Mitra się w takiej sytuacji zachowa. Co prawda było to dość okrutnym postąpieniem ze strony skrzypka, ale było przynajmniej mniejszym złem niż dociągnięcie melodii do rzezi jaka była finałem całego utworu, która ponownie zakończyłaby się obojętnymi, sennymi nutami, z tym, że wypełnionymi ledwo wyczuwalną i dość chorą w swoim rodzaju satysfakcją. Chciał partnerowi po prostu oszczędzić rozczarowania, że mogła to wcale nie być dobra opowieść, zwłaszcza, że, jak już zostało wspomniane, humor mu się poprawił. Po drugie nie miał pewności, czy nie uaktywniłby nieświadomie mocy skrzypiec, gdyby za bardzo zatracił się w swojej grze. W końcu dzierżony przez niego instrument podobno pierwotnie potrafił manipulować rzeczywistością i w zależności od granych tonów i intencji muzyka, mogło być to przyjemne dla otoczenia, albo zakończyć się tragedią.
        Krążyły pogłoski, że w ten sposób jedna z niewielkich wiosek licząca zaledwie kilka rodzin została spustoszona przez okoliczne bestie, że słysząc muzykę wydobywającą się z tych skrzypiec, mieszkańcy tamtej osady bez wahania powychodzili ze swoich zabarykadowanych domów i nawet nie uciekali, gdy monstra ich rozszarpywały. Takie przynajmniej były plotki, jaka była prawda tego nie wiedział. Ani on, ani nikt. W końcu skrzypce Zarela były jedyne w swoim rodzaju i nigdy nie były używane przez nikogo innego niż on sam, dopóki nie trafiły w ręce Aldarena.
        Odłożył skrzypce i przeciągnął się leniwie, wciskając ukochanemu tanią wymówkę, odnośnie tak brutalnie zakończonego muzykowania. Przy czym był dumny z siebie gdy widział to zagubienie i swego rodzaju niedosyt na twarzy partnera. To właśnie tę dumę skrzypek chciał ukryć pod swoim niewinnym uśmieszkiem. Jednakże tego co zaraz nastąpiło nie spodziewałby się nawet jeśli zagrałby najpiękniejszą na świecie muzykę pokroju "Jeziora łabędziego" czy "Dziadka do orzechów" i doprowadził ją do samego końca. Tym razem to on był oszołomiony i nie mógł oderwać wzroku od blondyna ani jego poczynań. Jego delikatne, ciepłe usta sprawiały, że wampira przechodził pod skórą prąd, a miejsca, które nekromanta całował zdawały się przyjemnie mrowić. Jakąż grajek miał teraz ochotę pocałować drobniejszego mężczyznę, a po tym spocząć z nim na kanapie i nie wypuścić ze swoich objęć, choćby nie wiadomo jak bardzo starał się uwolnić. Było to jednak zbyt brutalne jak dla Mitry pragnienie i po prostu Aldaren nie mógł mu tego zrobić. Uśmiechnął się więc czule i pogładził go delikatnie kciukiem po policzku, który błogosławiony wtulał w jego dłoń. Po chwili go lekko też ujął i delikatnie przyciągnął do siebie, jednocześnie samemu również zbliżając się do jego twarzy swoją, by łagodnie, na ułamek sekundy niemalże jedynie musnąć swoimi ustami czoło lubego.
        - Granie przed tobą zawsze będzie dla mnie czystą przyjemnością, to ja dziękuję, że mi na to pozwoliłeś - mruknął z miłością w głosie, skutecznie zagłuszając dzikie pragnienie jakie w nim się pojawiło, a które zdradzały jego mieniące się delikatnie oczy, patrzące na niebianina z takim uwielbieniem jakby był ucieleśnieniem samego Prasmoka, nawet jeśli wampir jakoś wyjątkowo religijny nie był.
        Po chwili ruszył zaraz za nim do kuchni z pogodnym uśmiechem i zajął się poleconym mu nakryciem do stołu. Oczywiście wolałby zająć się tą bardziej niebezpieczną częścią kolacji, czyli wyjęciem kurczaka z piekarnika i zdjęciem go z gorącego rusztu, ale po wszystkich nieprzyjemnościach dnia dzisiejszego wolał już po prostu odpuścić, by zakończył się w przyjemnej atmosferze. Gdy wszystko było gotowe, odsunął zajmowane ostatnio przez siebie non stop krzesło przy stole by usiąść i zacząć posiłek, lecz w połowie czynności został zatrzymany przez Mitrę, choć wiedział, że z jego "poczekaj" nie do końca o to chodziło. Mimo wszystko wampir ze swoim raczej żałosnym i niskiego poziomu poczuciem humoru zamarł w pozycji przymierzającej się do spoczęcia na krześle, lekko wypięty, z jedną ręką na oparciu i z lekko oderwaną od ziemi nogą. Nawet wyrazu twarzy nie zmienił, jakby w tej chwili zobaczył bazyliszka i po prostu został zmieniony przez niego w kamień. Kiedy nekromanta wrócił, w końcu zaczął się znów ruszać i odetchnął z ulgą, jakby dłuższe pozostanie w tej pozycji miało się zakończyć utratą równowagi i bliskim spotkaniem z krzesłem i podłogą, może nawet przy dobrych wiatrach krawędzią stołu. W rzeczywistości, dzięki wampirzej wytrzymałości mógł stać tak nawet przez kilka dni i nic wielkiego by się nie stało. No, może jedynie by trochę zesztywniał i nic poza tym.
        - Dziękuję i nawzajem - odparł radośnie zaraz zabierając się za pałaszowanie, gdy w końcu minęło mu drobne zakłopotanie tym, że został obsłużony wbrew swojej woli, choć sam mógł się tym zająć. Nie wywołało to jednak w wampirze żadnych negatywnych uczuć, bo uśmiechnął się pobłażliwie i pokręcił lekko głową z rozbawieniem. Oszczędził sobie uwagi typu "wariat" czy "głupek", bo w przypadku Mitry mogłyby zostać źle odebrane i bez większych ceregieli zaczął jeść. Nie trzymał też długo ukochanego w niepewności, by się nad nim nie znęcać i by dla niego posiłek również był przyjemnością, a nie torturą.
        - Jest niezwykłe. Jeszcze nigdy nie jadłem dania tak bardzo zróżnicowanego jeśli o smaki chodziło, w sensie o te główne, jak ostry, kwaśny i słodki - powiedział i od razu wyjaśnił, coby nie pozostawiać żadnych wątpliwości, co do tego o co mu chodziło. - Jest przepyszne, acz czuję się oszukany - dodał, na moment przyjmując poważny grymas i zawieszając na blondynie nieustępliwe spojrzenie. - Mówiłeś, że to proste danie i że ma się nijak do tych, które zajada się na dworze. Ja mam jednak inne zdanie na ten temat. - Uśmiechnął się z pełnym miłości spojrzeniem.
        Nigdy by Mitry nie okłamał jeśli chodziło o tego typu rzeczy przynajmniej, więc nekromanta nie musiał się bać, że wampir mógł mu ściemniać z tym czy mu smakuje, byleby tylko nie sprawić ukochanemu przyjemności. By nie pozostawić jednak żadnych złudzeń co do tego, postanowił z iskierkami w oczach rozwinąć swoją opinię.
        - Idealnie do ciebie pasuje to danie. Mógłbym powiedzieć, że w pewnym sensie jesteś taki sam jak ono - niby zwykły, prosty i w ogóle mało interesujący, ale tak naprawdę niecodzienny i wspaniały. Danie wiele zyskuje swoim połączeniem smakowym, ty natomiast wszystkimi swoimi cechami charakteru... - powiedział, urywając w odpowiednim momencie by nie wstąpić na kruchy grunt, choć chciał jedynie dodać, że Mitra w jego ocenie wiele zyskuje również przez swoje fobie. Różnie mogłoby to być odebrane, więc wolał nie ryzykować.
        - Gdybyś był jedzeniem na pewno byłbyś tym daniem - powiedział beztrosko, ale zaraz się zachłysnął uświadamiając sobie co powiedział, choć miał to być komplement i w ramach ratowania się z opresji udał atak kaszlu, sięgając po kieliszek z koniakiem. Wzrokiem uciekł gdzieś w bok, a na wciąż jeszcze pełnej koloru i ciepła twarzy wykwitły dwa delikatne rumieńce. Był zakłopotany tym co powiedział.

Awatar użytkownika
Mitra
Szukający Snów
Posty: 163
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Mitra » 2 miesiące temu

        Tym razem Aldaren wygrał, choć pewnie się tego nie spodziewał. Zawsze na jego wygłupy była jakaś odpowiedź Mitry, czy to zjadliwy komentarz czy po prostu manifestacja fochów, ale nie tym razem. Teraz nekromanta zamarł z zaskoczoną miną - tego się nie spodziewał. Skrzypek zareagował tak, jakby bardzo mu się podobała wizja ukarania przez ukochanego. Przecież wyraźnie powiedział, że zrobi mu krzywdę, a jednak… Im wyraźniejsza była jednak radość wampira, tym lepiej błogosławiony pojmował jej przyczyny i w końcu przestał się dziwić. Zmrużył oczy, jakby coś kombinował.
        - Grzeczny chłopiec - skomentował, jakby mówił do bardzo zdolnego psiaka. A niech ma, skoro sam się tak trochę zachowywał. Nawet pogłaskał go do tego po głowie.
        W głowie zaświtała mu jednak myśl, czy może przypadkiem gdzieś tam podświadomie Aldaren faktycznie nie chciałby być troszkę przez niego… sponiewierany. Mitra wiedział, że niektórych to kręciło. Czy w amorach potrafiłby mu coś zrobić? Może tak… Trudno było mu to sobie wyobrazić, ale tak naprawdę nigdy nie był w podobnej sytuacji, więc nie mógł tego wykluczyć. Tym bardziej, że już w sumie zdarzyło mu się być brutalnym w stosunku do Aldarena.
        ”Niech to, co za głupie myśli!”, zganił siebie Mitra, wracając szybko na ziemię. Zerkał jednak od czasu do czasu na skrzypka jakby próbował wpasować go w jakiś schemat…

        Po krótkim kryzysie nastroju Aresterra znowu był w dobrym humorze. Był wręcz rozanielony, choć może to słowo niespecjalnie by mu się podobało. Jego ukochany grający na skrzypcach był dla niego kwintesencją piękna i to pod każdym względem: wizualnym, muzycznym, emocjonalnym… To wszystko tworzyło cudowną całość, której Mitra nie umiał się oprzeć. Naprawdę magiczne. Nekromanta nawet gdzieś w głębi ducha zastanawiał się czy to nie czary, ale co tam - takim zaklęciom mógł się poddać i to nawet z przyjemnością. Tak… Zasłuchać się i zupełnie zatracić.
        Dlaczego więc Aldaren skończył tak nagle? To było poniżej pasa. Skrzypek naprawdę miał szczęście, że nekromanta nie dojrzał tego jego kontrolnego spojrzenia, bo jeszcze by się boczył. A tak to był tylko nieco zawiedziony i mocno rozmarzony. I bardzo chciał jakoś wyrazić ten swój zachwyt, inaczej niż słowami. Stąd wzięły się te czułe pocałunki, tak zupełnie nie w jego stylu, ale na pewno szczere i z uczuciem. Cha, czyżby udało mu się zaskoczyć skrzypka chociaż w połowie tak jak on jego? To byłoby bardzo fortunne, choć niespodziewane. Mitra nie przypuszczał, że osiągnie taki efekt. Napawał się jednak tym uczuciem w milczeniu, już idąc do kuchni, by skończyć przygotowywać ich późny obiad.

        Wychodząc z kuchni Mitra nie zwrócił uwagi na to jak skrzypek zastosował się do jego prośby - liczył się sam fakt, że za nim nie poszedł, bo po prostu byłoby to zbędne, wszak do przyniesienia butelki koniaku wystarczyła jedna osoba. Gdy jednak wrócił z koniakiem w garści i zobaczył skrzypka w tej samej pozycji, w której go zostawił, prychnął z niedowierzaniem kręcąc głową.
        - Jesteś niemożliwy - skomentował, ale z czułością, bo tak naprawdę uznał zachowanie Aldarena za zabawne. Nawet gdy przechodził obok niego pogłaskał go po głowie, tak niewerbalnie wyrażając swoje uznanie.
        - Na następny raz postaram się złapać cię w lepszej pozycji - zapewnił szeptem, nie wiadomo czy w ramach groźby, że będzie jeszcze trudniej, czy troski, by jednak skrzypkowi było wygodniej. To chyba znowu było z jego strony jakieś droczenie się.
        Mitra bardzo się starał, by ta obiadokolacja była dla Aldarena jak najmilszym doświadczeniem, dlatego tak mu nadskakiwał, włącznie z nakładaniem mu jedzenia na talerz. Chciał, by skrzypek czuł się dopieszczony, zasługiwał na to. W szczególności za całokształt, ale również za ten koncert sprzed chwili, który nadal rozbrzmiewał w głowie błogosławionego, wywołując w nim uczucie błogości i spokoju. Chciałby to powtórzyć. Choćby zaraz albo chociaż jeszcze tego samego dnia, nim rozejdą się do swoich spraw. Ach, przecież Aldaren chyba nie odpuści drugiej części po kolacji? Przecież ten utwór wcześniejszy miał być zadośćuczynieniem za tego niefortunnego “anioła”, a właściwy koncert to zupełnie inna kwestia? Oby, bo inaczej Mitra stanie się chyba marudny. A w każdym razie bardziej marudny niż do tej pory.
        Nie miał jednak prawa narzekać, gdy jego ukochany tak niemal od razu podzieli się swoimi wrażeniami z jedzonego posiłku. Aż wydawało się, że Mitra trochę urósł od tych słów - był naprawdę zadowolony z siebie. Sam nie był do końca pewny jak to będzie smakowało, bo modyfikował przepis, aby był jadalny dla wampirów (nieszczęsny czosnek) i choć był zadowolony, jego własne zdanie nie liczyło się nawet w połowie tak bardzo, jak opinia skrzypka. Bardzo się cieszył, że trafił i że wampir pojął o co chodziło w tej potrawie - o intensywne smaki, które się uzupełniały. Mina mu co prawda nieco zrzedła, gdy Aldaren wyrzucił mu, że go oszukał, ale odetchnął, gdy już dowiedział się o co konkretnie chodzi.
        - No bo to jest proste danie… - próbował się tłumaczyć, ale zaraz się zreflektował i podniósł na skrzypka pełne czułości spojrzenie. - Dziękuję - odparł tak po prostu. - Naprawdę nie wiesz jak mi miło, że przypadło ci do gustu.

        Mitra zakrztusił się jednocześnie z Aldarenem i rozkaszlał się, również obracając głowę w bok. Co on powiedział?! Że przypomina danie z kurczaka? To było… Absurdalne. Ale to jeszcze nic. Jakimś magicznym sposobem myśli nekromanty w mgnieniu oka pogalopowały w jednym bardzo konkretnym kierunku. Skoro jedzenie, to również konsumpcja, a ta zwizualizowała się w jego głowie w sposób bardzo jednoznaczny… Serce waliło mu jak młot, poczuł ogromny wstyd, ale nie mógł odegnać tych skojarzeń. Zerknął niepewnie na ukochanego, gdy ten akurat pił koniak. Na jego policzkach dostrzegł rumieniec, niech to, tak uwodzicielski…
        - Ekhm… - zaczął ostrożnie Aresterra. Nie był zły, raczej zawstydzony tą uwagą, ale starał się być twardy. - Wiesz co, co to mają być za komplementy? - boczył się niemrawo. - Nie znam się niby, ale nie robi się jednak porównań raczej do słodyczy a nie do pieczonej kury? Phi, masz szczęście, że zrobiłeś ten wstęp, bo bym się obraził - oświadczył, a później zapchał usta kęsem mięsa, aby jakoś zagryźć tę resztkę zażenowania.
        - Z drugiej strony doceniam praktyczność - dodał, zerkając już z rozbawieniem na ukochanego. - Wariat z ciebie… Nie sposób się z tobą nudzić - zapewnił. Spuścił wzrok i gapiąc się w talerz myślał o tym, że teraz już nie będzie w stanie patrzeć na tego kurczaka bez sprośnych skojarzeń. Aż lekko zacisnął wargi, gdy znowu pomyślał o tym jak Al miałby go… zjeść. Co więcej nawet na moment zamarł w bezruchu, niewidzącym wzrokiem wpatrując się w jakiś sęk na stole. Po chwili jednak ocknął się i z nową werwą wrócił do jedzenia. Kontrolnie zerkał na Aldarena jakby sprawdzał, czy nagle te jego chore wyobrażenia się nie urzeczywistnią.
        - Wiesz… - zagaił cicho po chwili. - Twoja muzyka jest jeszcze piękniejsza, gdy mogłem jej tak w pełni doświadczyć. Widziałeś kiedyś siebie gdy grasz? - upewnił się. - Grałeś przed lustrem? Nawet chyba nie wiesz jak bardzo czarujący wtedy jesteś… To… mało romantyczne, ale są takie węże, które sycząc i kołysząc się hipnotyzują mysz, którą chcą pożreć, a ona siedzi wtedy bez ruchu i nie ucieka. Czułem się jak taka mysz - zapewnił. - Ty i twoja muzyka byliście dla mnie wszystkim, zahipnotyzowałeś mnie zupełnie... Chciałbym móc tego doświadczać co wieczór - wyznał cicho, jakby była to wyjątkowo próżna prośba. Westchnął jednak z rozmarzeniem, bo przypomniał sobie ten koncert i znowu zrobiło mu się tak błogo… Chwilę grzebał w zawartości talerza zachowując milczenie.
        - Na balu bym chyba umarł z zazdrości - wyznał, jeszcze bardziej spuszczając wzrok.

Awatar użytkownika
Aldaren
Kroczący w Snach
Posty: 217
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Aldaren » 2 miesiące temu

        Może i była już najwyższa pora by wampir przestał się wygłupiać, bo skoro znów między nimi nastała zgoda, o ile można to tak nazwać, w końcu się przecież nie pokłócili, to nie było większego sensu w błaznowaniu. A przynajmniej argument, że robił to dla rozluźnienia atmosfery, nie byłby już w ogóle trafiony. Atmosfera między nimi była już i tak swobodna. Więc dalej. Dla rozweselenia Mitry? Nekromanta wyrażał radość na swój odmienny sposób, praktycznie nigdy się nie uśmiechał, a to, że dzisiaj szczerze rozbawiony uśmiech zagościł na jego twarzy musiało być co najwyżej chwilową halucynacją, wywołaną silnymi emocjami, albo anomalią niezidentyfikowanego pochodzenia. Nawet jeśli błogosławiony rzeczywiście się uśmiechnął, Aldaren nie powinien przesadzać, bo mógłby już nigdy więcej nie zobaczyć tego czarującego grymasu, albo skończyłoby się tak, że całkowicie zmieniłby swoje znaczenie. No i byłby kolejny dowód na to, że skrzypek był najzwyklejszym w świecie, choć dobrze zamaskowanym egoistą.
        Ciężko jest znaleźć umiar w czymś co sprawia przyjemność, bądź ma jakiekolwiek inne pozytywne skutki, ale w relacjach z tym złotowłosym mężczyzną powinno to być podstawową umiejętnością. Może i teraz było sielsko, ale czy w pewnym momencie nie zacznie to być dla Mitry żenujące? W końcu dzieci najbardziej irytujące były właśnie przez swoje różnorakie wygłupy. Wobec nich jednak jest się zazwyczaj bardziej pobłażliwym, bo w końcu z tego wyrosną. W przypadku osoby dorosłej, takie zachowanie mogło nie mieć zbyt pozytywnego wydźwięku, a Aldaren przecież już od jakiegoś czasu zachowywał się jak zwykły smarkacz, a nie posiadającą wysoką pozycję w Maurii, pięćsetletni wampir. Jego zdziecinnienie mniej pobłażliwi uznaliby za dość poważną chorobę psychiczną, albo żałosne, wcale nie mniej denerwujące przy tym, drwiny i lekceważenie drugiej osoby.
        Skrzypek oczywiście nie miał nic złego na celu, po prostu był szczęśliwy i ciężko było mu się powstrzymać od wygłupów, które mogłyby dużo łatwiej zarazić niebianina równym szczęściem. Świadom był jednak tego, że co za dużo, to nie zdrowo, dlatego postanowił wykorzystać to jako ostatnią okazję tego dnia do rozweselenia, choćby mentalnego, jego ukochanego. Nawet jeśli było to dość ryzykowne, ale skoro Mitra sam wkładał w jego ręce narzędzia... Co prawda aprobata blondyna zachęcała wampira do dalszych wygłupów, jednakże mimo to, Aldaren i tak postanowił się bardziej stonować, skoro już tak sam postanowił. Uśmiechnął się i z czystą przyjemnością wymalowaną na twarzy przymknął oczy, czy dłoń nekromanty zmierzwiła jego ciemne, niesforne włosy, po czym wyprostował się by nie stracić równowagi i zaraz usiadł.
        - Ciężko mi na tę chwilę określić, czy to będzie okrutne. Na pewno żywe posągi są dość... egzotyczną fantazją i może nawet bardziej niebezpieczną niż ożywione kukły czy zwykli służący - mruknął dość niskim głosem, jakby właśnie planowali przebiegły i niezwykle brutalny zamach na głowy państwa. Choć się uśmiechał łobuzersko, jego twarzy była jakby bardziej poważna, a oczy drapieżne. - Nigdy bym cię nie posądził o tego typu zachcianki - wyszczerzył zęby w dumnym siebie, psotnym uśmiechu.
        Po chwili jednak bardziej się skupił na przygotowanym posiłku, bo to przecież kurczak z kaszą miał być gwiazdą obecnej chwili. Nim jednak zaczął jeść postanowił wznieść toast, po prostu za nich.
        W przeciwieństwie do wcześniejszych chwil, gdy to Mitra był głównym szefem kuchni i jego potrawy wampir miał spróbować, tym razem nie zamierzał niepotrzebnie stresować ukochanego i długo trzymać go w nieświadomości. W końcu on również powinien czerpać przyjemność z tej kolacji, no i zasługiwał przynajmniej na spokojny wieczór w porównaniu do całego dnia. Poza tym Aldaren mógłby przez to wyjść na złośliwego, a przecież takie osoby raczej odbierają radość życia niż jej dostarczają. Dlatego właśnie od razu po pierwszym, dość pokaźnym kęsie (na widelcu miał odkrojony kawałek kurczaka z górką kaszy) pospieszył z wyrażeniem swojej opinii na temat przygotowanego przez błogosławionego dania. Jego ulubionego z resztą.
        Niestety w swoim wywodzie niepotrzebnie przyrównywał ukochanego do tego dania, mając nadzieję, że sprawi mu tym jeszcze większą przyjemność, przy okazji mu rzuci komplementem i może jeszcze nieco poprawi pewność siebie ukochanego. W głowie skrzypka brzmiał to jednak o wiele lepiej i nie tak żałośnie, czego dowiódł kaszel Mitry. Jak mu się udało uwieść Lorelin i jakim cudem tyle kobiet za nim szalało, tego nie wiedział. Zwłaszcza, że takimi tekstami to nawet nekromantę mógłby zabić, o czym się przed chwilą przekonał. Po tym jak jego "komplement" wyszedł, cały czas unikał spojrzenia niebianina patrząc gdzieś w bok. Był równie co on zażenowany, a kto wie czy nawet nie bardziej. Równie dobrze mógłby teraz podkulić pod siebie ogon i uciec gdzieś do kąta, bądź schować się między meblami, byleby tylko uciec od własnej głupoty.
        - Tak wiem... - mruknął skruszony, dźgając widelcem bez przekonania kurczaka na swoim talerzu, nie mając przy tym pojęcia o dość... ciekawych myślach odnośnie obecnego posiłku, zatruwających głowę błogosławionego.
        - To jest słodkie - odparł pod nosem, choć nie wiedział czemu w ogóle się tłumaczył, szczególnie, że to tłumaczenie było tak samo żałosne jak jego komplement.
        Jeszcze bardziej spuścił głowę i tym razem dziobnął skromny kawałek kurczaka z kaszą, który omal nie stanął mu w gardle, gdy uświadomił sobie, że przyrównanie półanioła do drobiu nie podchodziło nawet pod niskich lotów obelgę. To było tak żenujące, że nawet ciężko było mu to jakkolwiek nazwać. Skrycie się za szafkami przestało mieć jakiekolwiek znaczenie, bo w momencie gdy sobie uświadomił do nieszczęsne przyrównanie rozłożone na czynniki pierwsze, chciał po prostu zamknąć się w sarkofagu w najniższej części krypt pod zamkiem i kazać Xarganowi zamienić wszystko w kupę gruzu wraz z wampirem. Aldaren nie wiedział jak inaczej zapaść się pod ziemię.
        - Wybacz... to... moja uwaga była nie na miejscu. - Starał się wybronić jakby to był jego ostatnia szansa na ratunek, ale zaraz spojrzał poważnie zdezorientowany na niebianina. Miał kompletny mętlik w głowie, gdy widział jego rozbawienie i słyszał ten swobodny ton. Nie mogąc nic z siebie wydusić po prostu gapił się na niego z lekko otwartymi ustami jak ostatni kretyn. Może rzeczywiście nim był, a to kolejny dowód na to?
        - Nawet nie wiesz jak mi głupio, że tak to wyszło - powiedział w końcu się uspokajając, z delikatnym uśmiechem na twarzy, nadal nieco zakłopotanym, ale już przynajmniej nie uciekał wzrokiem przed niebianinem.
        - Chciałem tylko podkreślić, że również jesteś niezwykły przez pokaźny zestaw, niekiedy nawet wykluczających się cech - mruknął na moment się spinając, jakby chciał spuścić spojrzenie i dokończyć już nie patrząc niebianinowi w oczy, ale jednak dał radę przemóc się w sobie. Odetchnął nieco poważniejąc, ale przynajmniej nabierając przy tym pewności siebie. "Niech się dzieje wola Prasmoka" - pomyślał i delikatnie się uśmiechnął do mężczyzny na przeciwko. Nie zamierzał go tym uwieść, ani udobruchać. Po prostu chciał dać Mitrze jasny sygnał na to, że wampir nie miał złych zamiarów przy tym co mówił. - Jesteś pierwszym nekromantą jakiego znam, który jest naprawdę uroczy i zabawny. No i nie masz bzika na punkcie zwłok czy szczątków zmarłych. Słyszałeś historię kandelabra Fausta z głównego salonu? Zabor mi kiedyś powiedział, że to podobno szczątki matki Fausta - prychnął z nutą rozbawienia kręcąc przy tym głową.
        - Chory degenerat - szepnął pod nosem i cicho westchnął.
        Tyle krzywdy go spotkało ze strony Mistrza, a mimo to nadal wspomnienie o nim wywoływało u skrzypka dziwnego rodzaju melancholię. Nawet nie wiedział do czego miałaby się odnosić, bo przecież Faust może i go uratował przygarniając do siebie, ale przecież po niespełna dwudziestu latach zamienił życie lazurowookiego w piekło i to takie, którego nie życzyłby najgorszemu wrogowi. W końcu dopiero po zaprzyjaźnieniu się z Mitrą zdołał w miarę pogodzić się z tym kim był i że już nigdy nie odzyska utraconego setki lat temu człowieczeństwa.
        Nieco spokojniejszy, gdy wyjaśnili sobie kwestię porównania do jedzenia, powrócił do przerwanego posiłku już z większą ochotą, nadal nieświadomy tego co myślał o nim i o co podejrzewał go Mitra. I to niby to wampir był - potocznie mówiąc - zboczony? Może lepiej by się nie dowiedział o tym co siedziało jego ukochanemu w głowie, bo jeszcze zacząłby się nad tym faktycznie zastanawiać.
        - Hym? - mruknął podnosząc na blondyna spojrzenie, nie przerywając sobie jednak jedzenia. Przełknął kęs, który właśnie mielił i serwetką zaraz otarł usta, prostując się na krześle i słuchając zaintrygowany tego do czego dążył Mitra. Uśmiechnął się lekko odczuwając dość specyficznego rodzaju przyjemność.
        - Nie, nigdy - odparł krótko i lekko zmrużył oczy, nie tracąc tego ciepłego grymasu z twarzy, gdy zastanawiał się nad istotą wypowiedzi błogosławionego.
        - Oh! - Otworzył w zaskoczeniu szerzej oczy, walcząc z rozbawieniem, które koniecznie chciało wycisnąć swoje piętno na wampirzej twarzy. - Nie sądzisz, że to dość... trafne sformułowanie wobec wampira? Zapewniam jednak, że nie mam najmniejszego zamiaru cię pożreć. Dziś już jestem pełen - uśmiechnął się, bo już nie mógł wytrzymać. Ugh! Gdyby nie ten stół porwałby nekromantę w ramiona i przytulił go do siebie, za jego komplement. Niestety zważywszy na obecne utrudnienia nie mógł sobie na to pozwolić, więc postanowił się ograniczyć do pełnego miłości i ciepła uśmiechu.
        - Dziękuję za twój komplement. Słowa uznania są najlepszą nagrodą jaką można otrzymać od ukochanej osoby. Dziękuję - powtórzył raz jeszcze, a po chwili się triumfalnie oraz przebiegle uśmiechnął, choć dość szybko zastąpił ten grymas po prostu niewinnym uśmiechem. - Miło, że mam twoją zgodę, bo wiesz...jakiś czas temu sam ci proponowałem kołysanki na dobranoc - wyjaśnił i jakby nigdy nic zaczął kończyć swój posiłek, choć dzięki krwi Nihimy w ogóle nie był dziś już głodny, to jednak nie mógł sprawić ukochanemu przykrości.
        - Bo nie mógłbym z tobą tańczyć? - spytał zaskoczony, odkładając sztućce na pusty talerz i sącząc właśnie leniwie koniak. Nie rozumiał co dokładnie Mitra miał na myśli i raczej ciężko było mu wyobrazić sobie zazdrosnego nekromantę, zwłaszcza tego jednego konkretnego. W sumie z Mitrą w uśmiechniętym wydaniu również nie było łatwo, a tu proszę - przez moment cieszył się jak dziecko. Z tym mężczyzną chyba jednak nigdy nie można być niczego pewnym. Zawsze czymś zaskoczy.

Awatar użytkownika
Mitra
Szukający Snów
Posty: 163
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Mitra » 2 miesiące temu

        Mitrze zrobiło się ciepło na sercu, gdy widział Aldarena w tak dobrym nastroju, takiego zadowolonego z tego, że został pogłaskany. A mimo to udało mu się nie wyjść z roli i swoją kwestię wypowiedzieć bardziej tajemniczym tonem. Zaskoczyła go jednak riposta skrzypka - patrzył przez to na niego przez chwilę nierozumiejącym wzrokiem. Później zaś sprawiał wrażenie, jakby faktycznie rozważał jak mógłby coś takiego wykonać - patrzył w górę i ewidentnie myślał. Albo po prostu bardzo dobrze udawał, bo gdy Aldaren zapewnił, że go o to nie podejrzewał, zaraz spojrzał na niego lekko zmrużonymi oczami.
        - I słusznie - odparł, ale dość demonicznym tonem, jakby jednak była możliwość, że coś takiego zrobi.
        - Spokojnie, większość żywych jest tak nie do zniesienia, że nie chciałbym ich mieć w domu nawet w formie posągów - wyjaśnił. - Co innego nieumarli, ci czasami są wyjątkowo miłym towarzystwem i trudno mi się rozstać, szczególnie z takim jednym muzykiem… - wymruczał, patrząc Aldarenowi wymownie w oczy.

        Trochę nie zrozumieli swoich intencji, gdy przyszło do egzotycznego komplementu Aldarena. Mitra nie gniewał się jakoś specjalnie, ale głupio mu było powiedzieć, co sprawiło, że był przy tym tak strasznie zażenowany. Ba, sam sobie się dziwił, że wizja pogryzienia przez skrzypka kręciła go w sposób wręcz nieprzyzwoity… Bardzo nieprzyzwoity. Aldaren pewnie by nawet nie uwierzył, że jego ukochany może mieć takie pomysły, bo przecież miał do tej pory problemy, by go dotknąć, a takie pikantniejsze sceny w ogóle nie wchodziły w grę.
        ”Czyli jednak słodki”, pomyślał z pewną satysfakcją Aresterra, gdy wampir próbował się rozpaczliwie tłumaczyć. Droczył się z nim, niestety zupełnie bez wyczucia, bo nie zauważył, że dla Rena to wcale nie było śmieszne i nie pojął, że nekromanta się nie gniewa, choć był trochę zażenowany. Złe wyczucie chwili, po prostu. Zaś Aldaren był tak skupiony na dłubaniu w swoim talerzu, że nie podniósł wzroku, aby przekonać się, że słowa nie szły w parze z mimiką i to była tylko gra.
        Na koniec nie wiadomo kto był bardziej zdezorientowany - skrzypek, który dopiero teraz zorientował się, że Mitra jednak nie do końca mówił to co miał na myśli, czy sam Mitra, gdy dostrzegł zbolałe spojrzenie ukochanego. I jeszcze te przeprosiny.
        - Ale ja się nie gniewam, tylko… - mruknął, również w tym momencie zażenowany, no bo jak miał się niby z tego teraz wybronić? Nie gniewał się, niby to by wystarczyło, ale chyba pełnia obrazu lepiej by przemówiła do Aldarena.
        Może jednak lepiej, że Aresterra milczał i nie starał się przerywać wampirowi, gdy ten zebrał się w sobie i zaczął tłumaczyć swój tok rozumowania. W oczach niebianina pojawiło się zainteresowanie. A później momentalnie miłe zażenowanie, gdy został nazwany uroczym. Obrócił wzrok, drapiąc się nerwowo po szyi, ale sprawiał wrażenie, jakby jednak chciał usłyszeć więcej.
        - Bo mnie nie interesuje śmierć tylko umieranie - mruknął w ramach sprostowania, gdy wampir zwrócił uwagę na jego brak fascynacji zwłokami. Słów o kandelabrze zaś nie skomentował, bo to akurat również wydawało mu się fascynujące w pewien chory sposób. To wolał jednak zachować dla siebie i tylko w mało mówiący sposób skinął głową.
        - Wiesz… To było miłe - przyznał czułym szeptem, gdy wampir skończył mówić. - I… w sumie to porównanie do kurczaka było trochę dziwne, ale się za nie nie gniewałem, ale teraz podoba mi się jeszcze bardziej. Czasami czuję się jakbyś mówił o kimś innym, kimś naprawdę idealnym - wyznał.


        I co? I co Aldaren najlepszego narobił? Jak już chora wyobraźnia Mitry się uspokoiła, on znowu sugeruje mu, że go zje? Czy… Chwila. Być może tylko dla błogosławionego w tych wszystkich zdaniach kryła się jakaś sugestia, podtekst? Może dla skrzypka to były tylko niewinne komentarze, odnoszące się konkretnie do jedzenia, a nie wkraczające w dziedzinę metafor, jak ten wcześniejszy komplement z porównaniem do kurczaka? Mitra zaś nadinterpretował… Nie umiał jednak powstrzymać swojej wyobraźni. Co więcej tym razem nie potrafił ukryć swoich myśli. Może nie powiedział wprost jakie miał skojarzenia, ale to jak obrócił głowę zasłaniając dłonią usta i ewidentnie uciekł wzrokiem, dawało do myślenia. Na dodatek… czy to rumieniec? A zdawało się, że Mitra nie potrafi się zarumienić.
        - Ekhm - odchrząknął w końcu w kułak i wrócił do posiłku. Po pierwszym kęsie otworzył usta jakby chciał coś powiedzieć, ale nadal nic błyskotliwego nie przychodziło mu do głowy, więc po prostu jadł. Podnosił jednak cały czas wzrok na Aldarena i widać było, że był dumny i uradowany: nie spodziewał się, że swoim komentarzem uczyni mu aż taką przyjemność. Wyglądał na lekko zaskoczonego tym wspomnieniem o kołysankach, ale zaraz wyraz jego twarzy złagodniał.
        - Zgoda - mruknął jak zadowolony kot.
        - Co? - Był szczerze zaskoczony wzmianką o tańcu. - Ach, nie. Ja nigdy w życiu nie tańczyłem, więc... Umarłbym z zazdrości na balu, bo pewnie poproszono by cię o koncert i przypuszczam, że byś nie odmówił… A nie zniósłbym widoku tych wszystkich wpatrzonych w ciebie kobiet. Pewnie i bez tego nie mogłyby oderwać od ciebie wzroku i krążyły za tobą jak stado rybek… - skomentował, bo przecież każdy widział jak liczne były walory Aldarena.
        Mitra z westchnieniem dokończył swoją porcję. Widać było, że naprawdę przyrządził swoje ulubione danie, bo napchał się nim do granic przyzwoitości, zjadając dwa albo nawet trzy razy taką porcję jak wampir. Zauważył to już w trakcie kolacji, ale zachował tę obserwację dla siebie. Wiedział, że prawdziwe ludzkie jedzenie nie nasyci wampira, więc ten nie musiał się zmuszać. Może nawet lepiej, że się ograniczył, bo ryzyko rozstroju żołądka będzie mniejsze. Najważniejsze, że zjadł chociaż trochę i mu smakowało. To sprawiło Mitrze dużą satysfakcję.
        - Zostaw - mruknął z niezadowoleniem, gdy Aldaren próbował wziąć się za zmywanie. - Zostaw - powtórzył, łapiąc go za dłonie. - Chodźmy do salonu, któryś manekin pozmywa. Chcę z tobą posiedzieć nim wyjdziesz… - mruczał i ględził, aż skrzypek mu nie uległ. Albo aż stanowczo nie odmówił jego propozycji. Poza tym pierwszym złapaniem go za ręce nie narzucał mu się również fizycznie, bo nie miał na to ochoty.

        Jednak żeby później posiedzieć chwilę koło siebie jak poprzedniego dnia to co innego - na to Mitra przystał z chęcią.
        - Odpocznijmy trochę - zasugerował, bo spodziewał się, że skrzypek może zaraz chcieć przejść do koncertu. - Nie myśl, że nie chcę cię słuchać, bo chcę, bardzo! Mógłbym cię słuchać dzień i noc i patrzeć na to jak pięknie grasz, ale zrelaksuj się trochę przed grą. Hm? - mruknął jakby pytał “zgoda?”. I żeby Aldarena zachęcić do pozostania chwilę na kanapie, zaczął go głaskać po dłoni, a później po włosach. Nie przedłużał jednak pieszczot, jeśli skrzypek stwierdził, że jest już gotowy - wtedy go puścił i znowu usiadł z poduszką w kącie kanapy, wciągając nogi na siedzisko.
        - Zagrałbyś coś wesołego? - zaproponował śmiało, bo takiego utworu jeszcze w wykonaniu ukochanego nie słyszał.

ODPOWIEDZ

Wróć do „Mauria”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość