TrytoniaKrew i jedwab

Wielkie miasto portowe. To tutaj poszukiwacze przygód wynajmują statki, wyładowują je po brzegi i wypływają na niebezpieczne wytrawy. Miasto położone na szlaku handlowym, roi się tu od przybyszów z innych krain. Tutaj spotykać mażesz wszystkie istoty chodzące po ziemi... i nie tylko...
Awatar użytkownika
Elleanore
Szukający drogi
Posty: 47
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Krew i jedwab

Post autor: Elleanore » 4 miesiące temu

        Nie raz zwykło się mawiać, że życie sypało się w gruzy. W przypadku Elleanore i jej mauryjskiego banku nie była to przenośnia. Dotychczasowe życie wampirzycy dosłownie runęło.
To co budowała przez tak wiele lat zostało okrutnie unicestwione w ciągu raptem kilku chwil. Czy nie była to ironia istnienia… Podobnie gwałtowne zakończenie widywała już nie raz. Jeżeli długowieczna istota mogła być czegoś tak dogłębnie świadoma to chyba tylko przemijania otaczającego ją świata. Dawno jednak nie doświadczyła tej prawdy aż tak boleśnie.
        Wampirzyca dopilnowała zbierania najważniejszych rzeczy i dokumentów. Pośród gruzów samodzielnie odnalazła bliską sercu figurkę. Wydała ostatnie zarządzenia i dosłownie znikła.
Na krótko pojawiła się w pozostałych filiach banków, ale jedynie by przekazać decyzje na najbliższe dni i udzielić tymczasowego pełnomocnictwa współpracownikom i współudziałowcom. Kufer z dobytkiem hrabiny został wysłany dyliżansem do Leonii. W tym czasie w Mauri wynajęto niewielkie biuro tworząc tam punkt konsultacyjny dla lokalnych klientów. Sprawy zostały tymczasowo uporządkowane a sama Ell ulotniła się niczym poranna mgła.
Casjus i Luca wciąż mieli kontakt z szefową, mniej więcej orientując się gdzie mogła przebywać, ale na ogólnikach ich wiedza się kończyła a niepojęta swawola czy też może depresja wampirzycy, objawiające się nagłym wyrwaniem hrabiny na wolność przysparzała im dodatkowych stresów.
        Przy każdej rozmowie nalegali by zgodziła się aby ktoś jej towarzyszył. Zawsze jednak kończyło się tak samo. Ell urywała rozmowę tłumacząc, że ktoś musi pilnować interesu zanim ona namyśli się czy chce wracać. Nawet próby posłania za nią Arthura, który aż palił się do wyprawy spełzała na niczym. Leonore nie chciała towarzystwa.
Dokładniej Elleanore właśnie postanowiła spróbować dowiedzieć się czego tak naprawdę chciała. W ciągu tak długiego życia do tej pory nie było jej to dane. Wpierw została żoną niemalże sprzedana jak klacz na targowisku. Nieodżałowanej pamięci, tragicznie zmarły małżonek, całe szczęście względnie szybko pożegnał się z tym padołem, chociaż w opinii Ell i tak zbyt długo na nim gościł. Ale przynajmniej dane jej było patrzeć jak powoli skrwawia się na podłodze, wpierw grożąc i strasząc później wyjąc coś na kształt błagań o pomoc. Nie drgnęła nawet o cal, czerpiąc maksimum satysfakcji w oczekiwaniu na swój rychły zgon.
        Los miał inne plany i młoda hrabina nie tylko przeżyła ale zaopiekowała się majątkiem małżonka-denata, ku niedowierzaniom i złości jego rodziny. Okazała się dobrym ekonomistą i wzbudzała odpowiedni posłuch, więc pod jej ręką włości rozkwitły.
Potem nastała zawierucha, na którą najrozsądniejszą radą była ucieczka na nieznany kontynent. I Elleanore znów skupiła się na tym co wychodziło jej najlepiej: opiece i powielaniu majątku, w niedługim czasie poszerzające się również na cudze dobra. Tak zrodził się pomysł banku. Tak też powstał pierwszy z nich. Później w ten sam sposób zawędrowała do Alaranii, ściślej Maurii, by tam otworzyć następny bank a potem jego kolejne dwie dodatkowe filie. Robiła to co umiała, ale czy to było co chciała robić, nigdy się nad tym nie zastanowiła.
        Siedziała na plaży w Leonii, słońce kryło się właśnie za linią horyzontu. Wiatr szarpał białą suknią, a Leonore zastanawiała się jaki sens miało jej życie.
Dagon był typowym hedonistą, więc skupiał się na własnej przyjemności i ona stanowiła sedno jego egzystencji. Klaus był idealistą z misją. Lucien… on miał chyba podobne wątpliwości, tylko znacznie wcześniej je sobie uświadomił. Dlatego potrzebowała samotności. Musiała uporządkować własne myśli. Do tej pory skupiała się tylko na kontroli, siebie, swojego zachowania, podwładnych, finansów. Teraz nie panowała nawet nad własnym umysłem, co jej więc pozostało?
Książki czytała typowo dla rozrywki, trochę ze słabości do czynności zupełnie bezproduktywnych jak zagłębianie się w naiwny i prosty świat szczęśliwych zakończeń. Romanse były odskocznią wampirzycy od monotonnej i uporządkowanej codzienności, twardo osadzonej trzewikami i gorsetem na Mauryjskiej ziemi.
        Złote refleksy odbijały się w oczach szlachcianki, która właśnie uznawała, że chociaż kolejne dekady minęły, choć czytała o wielu miastach i regionach, nie znała prawdziwej Alaranii.
Nawet gdy podróżowała, były to wyjazdy czysto biznesowe, może z wyjątkiem poszukiwań figurki. Czasu na zwiedzanie nie znajdowała nigdy, ba nawet by o tym nie pomyślała. Gdy ruszała na kolację, również skupiała się na zdobyciu posiłku a nie podziwianiu okolicy. Owszem, podróże dla wampira mogły być uciążliwe, ale nie niewykonalne.
Kobieta podniosła się pozwalając morskiej bryzie powoli strząsać piasek z sukni. Potrzebowała dystansu. Trytonia… tyle złego słyszała o tym mieście. Ostoja bezprawia i chaosu, chyba z czystej przekory brzmiało to jak dobry pomysł. Zresztą czy mogła być lepsza ucieczka przed samą sobą niż miasto znajdujące się niemal na drugim krańcu kontynentu…? A co najważniejsze, było nad morzem, a zapachu wzburzonej wody i słonego smaku powietrza brakowało jej zawsze najbardziej.

        Nawet księżniczka wydawałaby się bardziej “na miejscu” pośród obskurnych zaułków, niż biała, zwiewna postać. Prostytutki chodziły w sugestywnych, przyciągających uwagę strojach, a pewnie żadna z nich nie odważyłaby się wybrać na ulicę wyglądając tak jak Elleanore w obecnej chwili, jeśli chciała dożyć kolejnego wieczora pracy. I nawet nie chodziło o brak skromności. Leonore połączyła wszystko czego nie powinno się robić na zwykłych miejskich uliczkach, o zaułkach miasta posiadającego jedną z gorszych reputacji nawet nie powinno się myśleć, podczas gdy wampirzyca beztrosko zapuszczała się w coraz bardziej szemrane okolice.
        Śnieżnobiały, zwiewny materiał opływał sylwetkę, która na tle ciemnych murów po zmroku rzucała się w oczy niemal jak świetlik nocą. Wykrój wydawał się skromny jak na Ell. Zarówno przód jak i tył sukni były pozbawione wycięć. Łączyły je niewielkie kółka na obojczykach, tworząc skromne, poziome dekolty sukni, która spływała prawie do kostek. Szeroka szarfa takiego samego materiału otaczał talię kobiety, z przodu tuż poniżej pępka zaplatając się w węzeł na kółku takim samym jak na ramionach, by potem kaskadą popłynąć w dół sięgając w okolice kolan.
Wrażenie skromności pryskało gdy wycięcie na rękaw okazywało się nie kończyć a przechodzić w rozporek z boku sukni, podczas gdy szeroki pas był jedynym połączeniem przodu i tyłu kreacji.
To był tylko strój, tymczasem liczna biżuteria dzwoniąca na nadgarstkach i kostce kobiety sunącej ciemną uliczką aż wołała o kłopoty, ale wampirzyca wyglądała na cudownie nieświadomą lub bezczelnie ignorującą rozsądek.
Może właśnie ten absurd widoku sprawiał, że pijaczkowie brali kobietę za zmorę albo majaki, a wielu omijało ją szerokim łukiem jako srogo niespełna rozumu lub wyjątkowo niebezpieczną, sprawiając, że dość długi czas wędrowała nie niepokojona.
        Miasto morzem nie pachniało a cuchnęło, tego była pewna. Było brudne i obrzydliwe. Szybko ucieszyła się, że buntowniczo wybierając dawny ubiór przy okazji roztropnie zdecydowała się na sandały. Przeszła z lekkością nad kolejną kałużą podejrzanego pochodzenia, wchodząc w kolejną alejkę gdy usłyszała za sobą kroki, podczas gdy kolejny osobnik blokował jej drogę na przeciw.
        - Nie zabłądziłaś skarbie?
        - Nie wiem czy powinno was to interesować, czyżbyście chcieli mi pomóc - zapytała melodyjnie spoglądając na nieprzyjemne miny drabów. Nie pachnieli smakowicie. Od dawna, w zasadzie to chyba od zawsze starała się zdrowo odżywiać. Ale też od bardzo, bardzo dawna nie pożywiała się tak jak powinien drapieżnik. Z szacunku dla zasad Maurii stołowała się poza miastem, gdy do podpisania kontraktu nigdy się nie zniżyła, a sama myśl o posiłku z imitacji krwi wywoływała obrzydzenie wampirzycy. Z poszanowania tych samych i kolejnych zasad starała się też polować humanitarnie. Pamiętała czasy gdy uważano wampiry za bóstwa, pamiętała dni obław i licznych mordów, teraz nastał czas poprawności politycznej… której jak było widać po założonej sukni chyba miała trochę dość.
        - Tak, pomożemy ci pozbyć się złota jak już się zabawimy - wycharczał ten gadatliwy stojący przed nieumarłą.
        - Uroczo... Wy chyba szliście w przeciwną stronę - zanuciła oglądając się na dwójkę stojącą jej za plecami. Spojrzenie mężczyzn zmętniało, obrócili się na pięcie i posłusznie odeszli.
        - To o czym rozmawialiśmy? - wyszeptała uwodzicielskim tonem. Opryszek cofnął się o krok. Inteligencją nie grzeszył, ale posiłek zwykle instynktownie rozpoznawał łowcę.

        Sukni nie zabrudziła, jeśli nie liczyć faktu, że w ogóle draba musiała dotknąć. Posiliła się zza zasłony pleców mężczyzny. Zdecydowanie nie była to zdrowa kolacja. Typ lubił palić rozmaite zioła i tytoń, nie stronił od alkoholu, z łaźnią też witał się zbyt rzadko, ale za to jak smakował… Niewiele równało się z adrenaliną i strachem krążących w żyłach tworzących wspaniały koktajl. Nic nie oddawało życia uchodzącego pod wargami wraz z ostatnimi uderzeniami serca. Ell zamrugała powoli, wracając do rzeczywistości gdy wiotkie ciało osuwało się na bruk. Sińce zostawione przez szamoczącego się, walczącego o swój marny żywocik, mężczyznę, szybko znikały z odsłoniętych ramion kobiety. Zwłoki z rozszarpanym gardłem zostawiła szczurom, które wyjątkowo sprawnie wyczuły świeży posiłek.
Leonore wciągnęła głęboko powietrze uspokajając tętno. Oblizała usta omijając małych, chociaż jak na swój gatunek nad wyraz wyrośniętych sprzymierzeńców i ruszyła dalej w noc.
Miasta bezprawia chyba mogły mieć swoje uroki. Na pewno tuczyły szczury, i jak się właśnie okazało potrafiły też zaciekawić starą wampirzycę, której już dawno nic nie poruszało.

Awatar użytkownika
Rain
Szukający drogi
Posty: 38
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Rain » 4 miesiące temu

        Splunął krwią w piach i potarł obitą szczękę. Nadstawił się odpowiednio, by mu jej nie wybito, ale przez to dzwoniło mu teraz w głowie i James potrząsnął nią, jak niezadowolony pies. Już i tak irytował go ryk widzów, na zmianę dopingujących swojego faworyta, którym aktualnie był pół-nord, spuszczający mu łomot, i wygwizdujących jego skromną osobę. Początkowo miał większe notowania, ale gdy tylko kilka razy wylądował na kolanach, uwaga widowni zmieniła kierunek niczym chorągiewka na wietrze. Teraz z pełną mocą kibicowano ponad półtora sążniowemu blondynowi. Jemu pozostało tylko kilku wiernych widzów. Tych bystrzejszych.
        Ze zmrużonymi oczami podnosił się z piachu i pod pozorem dochodzenia do siebie odszukał wzrokiem znajomego bukmachera. Odnalazł go w tłumie, a gdy skrzyżowali spojrzenia, krasnolud podrapał się dwoma palcami po brodzie. Jeszcze dwie rundy, przecież on tu umrze z nudów. Wyprostował się i poruszył głową na boki, strzelając kręgami, podczas gdy blondyn obchodził go po łuku, niby drapieżnik. Był skonsternowany. Rain widział, że nord siedzi w tym nie od dziś i jako jeden z niewielu potrafi dostrzec z kim się mierzy. Początkowo był zachowawczy, sprawdzał drakona, doskakiwał do niego i uciekał. Minęły trzy rundy, a on wciąż patrzył podejrzliwie na obitego szatyna. Bystry facet, ciekawe, co tu robi. Płaci długi? W sumie wygląda sympatycznie, może da się później namówić na piwo.
        Rain przeciwnie do blondyna, prawie nie poruszał się po ringu, obserwując przeciwnika spode łba. Uchylił się ciężko przed kolejnym uderzeniem i wielka jak bochen piącha przeleciała nad jego głową. Zrobił krok pod wyciągniętym ramieniem i wyprowadził mocny cios w nerkę norda, a gdy ten sapnął, tracąc na moment impet, drakon dołożył mu z drugiej strony i poprawił w brzuch. Dopiero wtedy odszedł lekko po łuku, ocierając krew z ust i krzywiąc się znów na ryki widowni.
        Mając chwilę, aż nord się pozbiera, przejechał po nich spojrzeniem, pierwszy raz od wejścia na ring. Dla zmrużonych czarnych oczu wyglądali niemal jak jedna, miotająca się i wrzeszcząca nieopanowanie masa. Jeszcze przez jedną rundę można było stawiać zakłady, później jedną musiał jeszcze przegrać na pokaz, a później mógł robić co chce. Z jednej strony był na tyle zmęczony wszechobecnym hałasem, że znokautowałby norda dla świętego spokoju i szybszego zakończenia tej farsy. Z drugiej szkoda było mu faceta i naprawdę liczył, że napije się dzisiaj z kimś względnie normalnym. W jego kryteriach oczywiście.
        Nagle jego spojrzenie padło na plamę bieli. Drakon zatrzymał się, wcześniej chodząc lekko po łuku i skupił się, wyostrzając wzrok. Piękna, jak z obrazu, kobieta, siedziała swobodnie w pierwszym rzędzie, odziana w nic innego, jak cienki biały materiał, powiązany tu i ówdzie. Nie znał się na modzie, ale musiałby być debilem, żeby nie rozpoznać statusu społecznego nietypowego widza. Przesunął lekko spojrzenie na faceta obok nieznajomej, który nachalnym spojrzeniem, bełkotem i mową ciała ewidentnie jej się narzucał. Też niespodzianka. Dziw, że kobieta jeszcze żyje, tak ubrana, czy też rozebrana, w tej dzielnicy.
        Oględziny przerwało mu pociągnięcie za włosy i kolejny cios w szczękę, gdy się obrócił. Zirytowany drakon odruchowo oddał cios, aż nord zatoczył się niemal na samą bandę. Kurwa. Musi uważać. Ale do cholery trzeba było nie ciągnąć go za kudły, jak jakaś baba na podłodze baru, no szanuj się chłopie.
        Wrócił spojrzeniem do swojej zjawy, bo teraz już brał pod uwagę, że wzrok płatał mu figle. O ile arena była jasno oświetlona, o tyle widownię spowijał półmrok. Ale biała tkanina i srebrne włosy tym bardziej rzucały się w oczy. Teraz dodatkowo obrazek psuły mu jej wykrzywione w zniesmaczeniu usta, gdy kanalia obok zrobiła się bardziej napastliwa. Levine nie miał czasu na dłuższe pogawędki, więc wolnym krokiem podszedł do bandy, gwizdnął donośnie przez zaciśnięte usta, zwracając na siebie uwagę niemal wszystkich, łącznie z rozproszonym amantem od siedmiu boleści i wtedy po prostu złapał go za łeb i rozpieprzył mu facjatę o bandę. Bandzior dosłownie zniknął za parkanem, osuwając się na ziemię, a Rain łypnął na zjawę ciemnym spojrzeniem, niemo dając jej do zrozumienia, że jest wybitnie nie na miejscu i powinna spieprzać póki może. Chwilę później sapnął i przewrócił oczami, gdy dostał pięścią w nerkę. Nagroda za rycerstwo, psia mać.
        Nie spoglądając już na kobietę, znów odszukał wzrokiem krasnoluda, a gdy ten skinął głową, na twarzy drakona pojawił się krzywy uśmiech, na szczęście dla większości wyglądający, jak grymas bólu. Nie dla norda, który nagle zrobił przezorny krok w tył. „Wiedziałem, że bystry koleś”, pomyślał. Ale dla pewności sprzedał mu kilka szybkich ciosów, nie pozwalając w ogóle na kontratak, gdy ciało norda drgało od ciosów pięści. Teraz na pewno pojął temat.
        - Odklepiesz, czy muszę cię znokautować? – mruknął niedbale, przechodząc koło niego, a w oczach draba dostrzegł irytację. Może jednak nie jest taki mądry?
        Blondyn rzucił się na niego z większą furią, próbując utrzymać pokazaną we wcześniejszych rundach przewagę, ale za każdym razem albo tracił równowagę, gdy Levine robił niedbały unik, albo nadziewał się na jego pięść, która niczym głaz zatrzymywała go w miejscu, wybijając zęby lub łamiąc żebra. Przebłysk zrozumienia pojawił się w niebieskich oczach, gdy blondyn kaszlał już krwią, ale jednak duma była silniejsza. Szkoda.
        Kolejne skinienie od krasnoluda w tłumie było ostatnim znakiem.
        Zazwyczaj ustawione walki wygrywał stopniowo, nie pokazując tego, że od początku miał nad przeciwnikiem przewagę i po prostu się nim bawił. Tym razem jednak była to czysta pokazówka i jego drugi wieczór w tym mieście. Pierwszego odnalazł najbardziej paskudne miejsce tego typu i najprzebieglejszego bukmachera, którym, a jakże, okazał się krasnolud. Pokazowo zazwyczaj odbywały się co najmniej trzy, cztery walki, by można było ocenić walczącego, ale gdy Rain dwa razy pod rząd znokautował najlepszych ludzi Tantiema jednym ciosem, ten machnął ręką i w momencie miał inny plan.
        Blondyn zamachnął się po raz kolejny, a Levine znów kilkoma ciosami posłał go na bandę, dobijając do niej bezlitośnie. Po chwili obrócił mężczyznę i zaplótł przedramię wokół jego szyi, podduszając lekko, by ten się nie miotał.
        - Odklepiesz?
        - Ty chuju…
        - To chyba znaczyło „nie” - Rain westchnął i odepchnął od siebie norda, a gdy ten odwrócił się w jego stronę, uderzył po raz ostatni.
        Wielkie cielsko nawet się nie zakołysało, a runęło bezwładnie w tył, jak ścięte drzewo, uderzając w ziemię i wzbijając tuman piachu. Tłum dostał szału. Ludzie wrzeszczeli i gwizdali, waląc w bandy, ale ogólny odzew był pozytywny. Nawet ci, którzy dzisiaj przegrali, czyli większość, przychodziła tu bardziej dla widowiska niż pieniędzy, a to otrzymali z nadwyżką. Dwóch mężczyzn weszło na ring, by ściągnąć nieprzytomnego blondyna, ale Rain stał wciąż na środku z opuszczoną głową, próbując przetrzymać jazgot, i czekał na norda. Ten w końcu wszedł wolnym krokiem, sam dumny niczym zwycięzca i uniósł ręce, czekając aż tłum ucichnie. Chwilę mu to zajęło, dopóki wojownik znów nie podniósł głowy, łypiąc na obecnych. Dopiero wtedy krzyki powoli zaczęły cichnąć, aż w końcu bukmacher mógł przemówić. Kusiło go, by dla efektu okrzyknąć najpierw Raina zwycięzcą, ale znał tłum na tyle, by wiedzieć, że znowu trzeba będzie ich uciszać. Darował więc sobie pokazówkę i przeszedł do rzeczy.
        - Panie i panowie, drodzy widzowie. Byliście świadkiem walki pokazowej – zgrabnie uniknął słowa „ustawionej” – w której przedstawić wam chciałem naszą nową gwiazdę!
        Levine zacisnął szczękę, opuszczając głowę. Gwiazdę? Serio? Przypierdoli temu krasnoludowi w jego kudłaty łeb, jeśli walnie jeszcze chociaż jednym kretynizmem. Drakon był obity i w naglącej potrzebie wielkiego kufla piwa, więc niech się kurdupel streszcza. Może i potrzebował kasy, ale jego cierpliwość też miała swoje granice.
        - Przed państwem Rain! Nowy mistrz, który będzie tutaj przez tydzień….
        „To się okaże.”
        - … i w tym czasie każdy, powtarzam każdy!, będzie mógł spróbować swoich sił w pojedynku! Walka na standardowych zasadach, pięć rund... – zawiesił głos dla lepszego efektu – i tysiąc ruenów nagrody, dla tego, który pokona dotychczasowego mistrza!
        Rain był uczulony na słowa mistrz, zwycięzca i inne tego typu pierdoły, więc zwyczajnie odwrócił się i jeszcze w trakcie przemowy norda zszedł z areny. On miał dosyć, niech sobie kurdupel pieprzy, jak go to jara. Dało mu to tyle, że udało mu się przepchnąć przez tłum, gdy ten był jeszcze zdezorientowany przemową bukmachera i zaczepiło go tylko kilka osób. Drakon zniknął szybko w kanciapie dla zawodników i skierował się pod tak zwany prysznic, czyli okazję do wylania na siebie dwóch beczek wody z przerwą na skorzystanie z mydła. Normalnie luksusy ponad miarę.
        Przebrał się w te same spodnie, bo piach i parę smug krwi im nie zaszkodziło. Koszuli nie miał od samego początku walki. Kudłaty krasnolud, gdy wczoraj zobaczył poharatany tors wojownika, aż się zachłysnął z radości i próbował z robić z tego kolejną scenę, namawiając Raina, by rozebrał się dopiero po trzeciej rundzie. Usłyszał jednak tylko, że do tego to ma sobie zamówić dziwkę i wojownik wyszedł, jak zawsze stawiając na swoim.
        Sznurował właśnie buty, gdy usłyszał subtelny stukot kroków na deskach. Równie dobrze możnaby zadzwonić dzwoneczkiem i obwieścić nadejście kobiety, bo ta podłoga zna tylko ciężkie buciory walczących. Nie przerywając czynności podniósł spojrzenie na odzianą na biało postać i zaraz opuścił głowę, niemal niedosłyszalnie prychając pod nosem.
        - Albo jest pani wyjątkowo nierozsądna, że wciąż stąd nie zniknęła, albo silniejsza niż wygląda – mruknął, wstając w końcu i zarzucając sobie koszulę na grzbiet.

Awatar użytkownika
Elleanore
Szukający drogi
Posty: 47
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Elleanore » 4 miesiące temu

        Początkowe ożywienie, które z dużym prawdopodobieństwem można było zrzucić na kolację, szybko się rozwiało i Ella wróciła do monotonnego spaceru przed siebie. Po jakimś czasie alejki zaczęły nużyć wampirzycę swoim brudem i swądem, a hrabina zapragnęła chwili odpoczynku na plaży. Problem tkwił w tym jak tam trafić. Zamiana w sowę brzmiała zbyt łatwo i nudno… Leonore chciała zwiedzać, poznać miasto i w ten sposób znaleźć się na plaży. Teraz chciała zanurzyć dłonie w sypkim piasku i podziwiać księżyc i gwiazdy odbijające się w morskich falach zagłębiając się we własnych myślach skoro z podróżami było jak ze wszystkimi oczekiwaniami - rozczarowywały. Zwiedzała więc i poznawała miasto jak chciała, żeby nie powiedzieć, że faktycznie zabłądziła. Każdy zaułek podobny był do drugiego, sprawiając, że Ell coraz bardziej żałowała swojej lekkomyślnej decyzji. Porzuciła wszystko w imię poszukiwania mrzonek i pogoni za nieistniejącymi pragnieniami. Może naprawdę coś ją opętało. Wszystko zaczęło się od figurki. Potem te wampirki. Każda nierozsądna decyzja zbliżała ją do katastrofy i teraz proszę, snuła się po zapomnianym przez prawo mieście w poszukiwaniu plaży, przecież to nawet brzmiało tragicznie komicznie. Potem do jej uszu zaczął docierać coraz większy gwar i pełne wyrzutów myśli na moment ustąpiły miejsca nowemu zaciekawieniu. Hrabina nie myśląc dłużej ruszyła w kierunku wrzawy.
        Obskurna hala w pobliżu doków, przynajmniej znalazła się blisko poszukiwanego wybrzeża, ale nie tam skierowała kroki. Weszła do budynku między kotłującą się ciżbę. Rwetes z daleka przywoływał, ale wewnątrz był wręcz nie do zniesienia, a do tego Elleanore nie miała najbledszego pojęcia co mogło wywoływać takie emocje.
Była kobietą zorientowaną w wielu sprawach i oczytaną w kwestiach jej bliskich. Znała się na interesach, polityce czy intrygach, ale o prawdziwym życiu miasta pojęcie miała niewielkie. Tyle co udało jej się wyczytać z książek lub usłyszała od znajomego diabła, czyli wciąż nikłe, w sumie pewnie jak każda statystyczna szlachcianka. Stąd przyczyna zgromadzenia stanowiła dla krwiopijczyni całkowitą niewiadomą (nawet nie miała pomysłów na podstawie których mogłaby tworzyć swoje domysły), sekret, który zapragnęła poznać.
        Jeśli myślała że miasto cuchnęło, właśnie zweryfikowała swój pogląd. Próby nie otarcia się o spocone, brudne ciała bywalców, wijące się i przepychające między sobą były bezcelowe, ale ciekawość była silniejsza od obrzydzenia.
Ledwie zdążyła wejść a znalazł ją goniec bukmachera. Złoto i straty krasnoludy chyba wyczuwały mentalnie. Wpierw uczynnie zasugerował zmianę lokalu nie chcąc mieć na głowie zwłok kobiety, która wyglądała jak dziewica (nawet jeśli nie swoich nastoletnich lat) przygotowana na ofiarę dla smoka, a której ktoś bogaty i wpływowy mógłby potem szukać po spotkaniu z tym metaforycznym smokiem. Następnie jednak widząc zainteresowanie szlachcianki zmienił taktykę i równie kulturalnie (wizja zysków znacznie wspierała kulturę osobistą i grzeczne, wręcz usłużne traktowanie naiwniaków, znaczy klientów) wyjaśnił co tu się odbywa. Zaraz też oczywiście (tak, w tak obskurnej budzie też, o ile potencjalne zyski były odpowiednio wysokie) znalazłaby się loża dla VIPów, gdy wampirzyca poprosiła o dobre miejsce. Klient nasz pan kiedy może sprzeniewierzyć pokaźną sumkę. Niestety jasnowłosa zażyczyła sobie miejsce w pierwszym rzędzie. Ale i na to znalazła się rada. Kogoś przesunięto, przesadzono klubowego wykidajłę pilnującego porządku przy ringu i oto Ell otrzymała miejsce zaraz przy bandzie z doskonałym widokiem na arenę. Oczywiście szybko też zachęcono nowego gościa do zakładów, ze szczególnym uwzględnieniem blond faworyta.
        Przy pierwszych odgłosach walki Elleanore wzdrygnęła się z niesmakiem i wewnętrznym niepokojem, te jednak postarała się uciszyć coraz uważniej skupiając się na placu. Do tej pory brzydziła się hazardem, ale pewnie i podobne miejsce odrzucałoby wampirzycę gdyby usłyszała o nim siedząc za swoim bezpiecznym biurkiem. A to były ostatnie chwile gdy mogła obstawić! Nie podpierała się niczyją radą wybierając inwestycje, dlaczego tutaj miałaby uczynić inaczej. Na wspólnej tacy wylądowała mała, ale pełna sakiewka z krótką słowną wzmianką wybranego wojownika. Cóż jak mawiali jeśli kochać to księcia, a jak szaleć to szaleć i przegrywać na całego. Niech będzie to wieczór swawoli. Tutaj nie była szanowaną obywatelką i przedsiębiorczynią, a anonimową niewiastą na wycieczce.
Dlatego nie zabrała ze sobą żadnego z wilków. Nie tylko myśli łatwiej było zbierać samotnie, ale ci w całej swojej troskliwości psuliby zabawę.
        Widoki miała dobre, gorzej z towarzystwem. Siedzący obok, nieźle już podpity typ najwyraźniej nigdy wcześniej nie widział kobiecej łydki. Początkowo zbywała go brakiem zainteresowania. Później z obrzydzeniem strąciła ze swojej nogi łapę nachalnego jegomościa gromiąc go wzrokiem. Myślała, że to jedna z wampirzych niedojd miała nerwicę natręctw na punkcie czystości, ale w tej chwili wręcz czuła cały plugawy brud na swojej skórze. I jeszcze bezczelnie przeszkadzał jej oglądać pojedynek, o ile tak można było nazwać coś co bardziej przypominało karczemną bójkę. Wtedy przez ogólny hałas przebił się ostry gwizd a Ell zmieniła obserwowany obiekt z faceta na źródło dźwięku, akurat by zobaczyć jak rozbija ono facjatę obrzydliwca o bandę ringu.
        Drgnęła lekko w momencie uderzenia i odchyliła się na bok krzesła w porę unikając rozbryzgu z rozkwaszanego pyska palanta. Podeszwą odsunęła jeszcze łeb nieprzytomnego, który naruszał jej przestrzeń na stopy i znów usiadła prosto, patrząc w ciemne oczy, które wyraźnie widziały zbyt wiele w swoim życiu. Piękne oczy… Niemal westchnęła jak szatyn dostał pięścią pod żebra i wrócił na arenę.

        Bukmacher natomiast niemalże płakał gdy przyszło do wypłacenia należnej kwoty, ale, że Ell była we wspaniałomyślnym nastroju dobili innego targu.
        "Złe pomysły stawały się dobre po srebrnym orle, bardzo złe po złotym gryfie". Kiedyś w rozmowie Laufey rzucił takim żartem, a że czart nigdy nie mówił do końca poważnie i nigdy nie rzucał dowcipami bez ukrytego sensu a był jej jedyną i dość skromną mapą po meandrach tego dziwnego odłamka świata, postanowiła zastosować mądrość w praktyce. Chciała pójść na zaplecze znaleźć swojego gladiatora. Wpierw usłyszała, że to kategorycznie zakazane. Później, że to bardzo zły pomysł, następnie się dogadali…
        Szatnia jak to górnolotnie krasnolud określił kanciapę do której trafiła, była jak cały...bar… klub..., nawet ciężko było znaleźć właściwe słowo...
Powitał ją ochrypły głos i ciemne oczy, które zaraz wróciły do swoich spraw.
        - Patrząc na ten urokliwy przybytek i miasto..., raczej to pierwsze - odezwała się, przyglądając się futrynie, o którą myślała się oprzeć. Ostatecznie potarła ją dłonią i nie zastanawiając się dłużej kto dotykał jej wcześniej opadła ramieniem na wyświechtane drewno.
        - Rain to imię czy przydomek? Nie brzmi zbyt tutejszo...

Awatar użytkownika
Rain
Szukający drogi
Posty: 38
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Rain » 4 miesiące temu

        Rain uśmiechnął się drwiąco pod nosem, nie spodziewając się tak szczerej i samokrytycznej odpowiedzi. Rzucono ją jednak tonem wystarczająco lekkim, by i tak w nią podejrzewał, już z marsową miną przyglądając się kobiecie, gdy do niej podchodził. Guziki koszuli zapinał na ślepo, bezczelnie, ale też beznamiętnie, mierząc spojrzeniem odsłoniętą aż po biodro nogę, gdy srebrnowłosa oparła się o framugę, wyginając lekko sylwetkę. To, jak sprawdzała wcześniej kawałek drewna, nim postanowiła zaszczycić go kontaktem ze swoją nieskazitelną skórą było tak samo przekomiczne, jak nierealne, doskonale pasując do jego podejrzenia, że dostał w głowę o jeden raz za dużo i zwyczajnie majaczy. Być może to wpływało na jego zachowanie, albo po prostu miał tupet, bo stanął tak blisko kobiety, że musiał opuścić głowę, by na nią spojrzeć, a ona swoją zadrzeć, jeśli chciała odwzajemnić spojrzenie. Ciemne wcześniej oczy szatyna, teraz wydawały się czarne.
        - Bo nie jest tutejszy – wychrypiał od niechcenia, bardziej zajęty przyglądaniem się kobiecie, niż odpowiadaniem na jej pytania. Ze składni można się jednak było domyślić, że mówił o przydomku.
        Gdy zakładał koszulę nie dało się jeszcze zauważyć wykwitających na torsie siniaków. Dopiero z bliska można było dostrzec, że kość policzkowa czerwienieje powoli, zapowiadając paskudnego siniaka. Dwudniowy zarost skrywał pozostałe stłuczenia, a rozcięty łuk brwiowy o dziwo nie krwawił, skromnie obłożony czymś brązowym o lekkim ziołowym zapachu. W połączeniu ze starymi bliznami na twarzy, trudno powiedzieć, by mężczyzna prezentował się przyjemnie dla oka. W przeciwieństwie do jego gościa. Szorstkie knykcie niespodziewanie przejechały po gładkiej skórze na odsłoniętym biodrze, niemal tak delikatnie, jak zauroczony mężczyzna dotykałby polik swojej ukochanej. Zniknęły jednak tak szybko jak się pojawiły.
        - Więc, co wciąż tutaj robisz? – zapytał spokojnie.
        Gdyby nie wygląd kobiety, jej strój, zachowanie i bogata biżuteria, miałby swoje podejrzenia, ale zjawa cała promieniowała nierealnością i przypadkowością, sprawiając, że porzucał wszelkie próby wyjaśnienia sobie jej obecności i zamiast tego spokojnie czekał odpowiedzi. Od nadmiernego myślenia głowa boli, a tego już na dzisiaj miał dosyć.
        - James, jesteś tu? – rozległo się nagle wesołe wołanie, a wojownik jeszcze chwilę podziwiał swoją zjawę, po czym westchnął i cofnął się o krok, spoglądając w stronę wejścia, w którym ukazała się nagle wysoka, młoda dziewczyna. Policzki miała zaczerwienione od ciepła i, najwyraźniej, biegu, bo spięta wysoko, długa kitka była lekko poczochrana, bujając się jeszcze na boki, gdy dziewczyna wpadła dziarsko do szatni.
        - Hejka, mam twój… oh, przepraszam – zatrzymała się gwałtownie, spoglądając to na wojownika, to na kobietę w bieli. Momentalnie straciła wątek i uśmiech, łapiąc jeszcze oddech.
        Krótka bluzka odsłaniała opalony, płaski brzuch, a obcięte spodenki - długie, szczupłe nogi. Tylko łydki znikały w wysokich wiązanych butach, których cholewy rozchodziły się nieco na boki, gdy dziewczyna sznurowadła zaplotła raptem nad kostkę, później po prostu owijając je wokół niej i zawiązując na supeł. Piękna buzia lśniła lekko od potu, a pełne usta rozchylone były w zdziwieniu. Wyglądała jak uosobienie młodości.
        - Ja… em… - bąkała, z trudem przełykając ślinę i skacząc spojrzeniem od wojownika do towarzyszącej mu kobiety.
        - Masz mój miecz – pomógł jej Rain, podchodząc i wyciągając rękę po swoją broń, którą dziewczyna trzymała w dłoniach, najwyraźniej na śmierć o niej zapominając, wciąż zapatrzona na kobietę. Cóż, przynajmniej drakon wiedział już, że nie ma omamów, skoro Eliza też ją widziała.
        - Tak! Jejku, tak, wybacz. Proszę – zająknęła się i zaśmiała, podając mu pochwę z mieczem i przyglądając się, jak wojownik zarzuca ją sobie na plecy, chrypiąc podziękowania. Szatynka jednak nie odchodziła, wykręcając sobie palce u dłoni i przygryzając nerwowo wargę.
        - Coś jeszcze? – zapytał Levine, spoglądając na nią, ale nim na dobre skończył mówić, dziewczyna wspięła się na palce i pocałowała go w policzek, po czym zaczerwieniła się jak piwonia po sam czubek głowy.
        - Dziękuję za pomoc dzisiaj.
        - Nie ma za co.
        - Skończyłam już na dziś, więc… może… gdybyś chciał się przejść, czy coś… - mamrotała coraz ciszej, przytłoczona ciemnym spojrzeniem.
        - Idź do domu, Eliza – mruknął Rain, oschle jak zawsze, ale najwyraźniej zbyt nieprzyjemnie dla dziewczyny, która dosłownie oklapła w oczach.
        - Tak, jasne, przepraszam, ja… - plątała się zakłopotana. Niezręczność dosłownie zawisła w powietrzu, sprawiając, że Levine potarł czoło, opanowując budzącą się leniwie irytację. Małolaty…
        - Zobaczymy się jutro, tak? – przerwał ciszę, sprawiając, że Eliza poderwała głowę i uśmiechnęła się znów nieśmiało.
        - Jasne, zamieniłam się z Hankiem na zmiany, więc będę wieczorem…
        - Dobrze. Zmykaj już, bo późno – mruknął, znów jej przerywając i ucinając tym samym rozmowę. Odetchnął dopiero, gdy dziewczyna potaknęła i zniknęła w podskokach, razem ze swoją długą kitą. Ledwie jednak zdążył się odwrócić, a usłyszał kolejny głos.
        - Rain, ty cholerny bydlaku, gdzie jesteś?
        - Czego, kurwa, znowu? – zawarczał szatyn, odwracając się znów i tracąc zjawę z oczu, na rzecz tego upierdliwego krasnoluda, który na widok jego spojrzenia kwiknął jak świnia i podskoczył w miejscu.
        - Na Prasmoka, człowieku, spokojnie! Chcesz żebym zawału dostał? Wypłatę ci przynoszę! Pokojowo! – Wyszczerzył zęby, dzwoniąc w powietrzu pękatą sakiewką.
        - Postaw na tego Tarianina, który wchodzi po mnie. Jutro zbiorę całość.
        - Tego kurdupla? Chłopie, on walczy z…
        - Tantiem – warknął Rain, powoli tracąc cierpliwość. Przez cały czas mówił niezmiennie cicho, a jednak wszyscy milkli, słysząc jego głos. Nawet rozczochrany, prawdopodobnie nieco stuknięty bukmacher, któremu normalnie gęba się nie zamykała, gryzł się w polik, gdy drakon mówił.
        Levine po walce zawsze miał spokój. Prysznic, względne opatrzenie ran, by jucha nie kapała na ciuchy i piwo. Czy wymaga tak wiele? Tutaj panowały jakieś inne zasady niż na całej pieprzonej Łusce? Nie miał nic przeciwko wizycie zjawy, wręcz przeciwnie. Widok pięknej kobiety zawsze działa korzystnie. Ale zaczynało się kurwa robić tłoczno, a on wciąż nie miał na czym (lub na kim) wyładować zgromadzonej adrenaliny, ani wystarczająco spokoju, by sama się rozeszła. Skończy się zaraz tak, że komuś przypieprzy.
        - Postaw na Tarianina – mruknął, odwracając się znów w stronę kobiety i już nie licząc na to, że będzie miał spokój, po prostu objął ją pewnie w talii i poprowadził do drzwi. Jak inni nie chcą wyjść, to on wyjdzie, proste. Srebrnowłosej o zdanie oczywiście nie zapytał, bo skoro tu przyszła, to do niego, a nie podziwiać obskurne ławki i szafki.
        Prychnął pod nosem, świadom, że krasnolud strzela za nim miny, ale miał to gdzieś. Bawiąc się materiałem szarfy na biodrze kobiety, prowadził ją przez tłum bez większych problemów. Większość rozstępowała się przed nim, a nawet jeśli na moment ktoś zagapił się na piękność w bieli, po chwili cofał się gwałtownie, trącony barkiem drakona. Kilka razy zawołano go po imieniu, ale wtedy interweniował pędzący za nim bukmacher, wyczuwając zysk i potencjalnego klienta. W ten sposób nie niepokojeni dotarli do baru, który paradoksalnie i przeciwnie do innych tego rodzaju przybytków w mieście, był najcichszym miejscem w hangarze. Po chwili też rozpoczęła się kolejna walka i stołki niemal opustoszały, gdy wszyscy rzucili się oglądać pojedynek.

Awatar użytkownika
Elleanore
Szukający drogi
Posty: 47
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Elleanore » 4 miesiące temu

        Przyglądała się zbliżającemu się w jej kierunku mężczyźnie podobnie jak on jej, tylko, że szatyn błądził po sylwetce kobiety, po jej nodze gdy materiał zupełnie niechcący postanowił się z niej zsunąć, a wampirzyca tym czasie obserwowała głównie mroczne oczy podchodzącego Raina, jak to szatyna zwał krasnolud i tłum.
        Szpetne szramy nie robiły wrażenia na hrabinie. A przynajmniej nie takie jak pewnie na większości osób. Gladiator jak go chwilowo postanowiła określać na swój sposób był piękny, tak jak to jego spojrzenie. Jak rzeźba po wielu przejściach, której jakimś sposobem udało się przetrwać ciężkie czasy, o których opowiadały jej liczne rysy, pęknięcia i odpryski. Leonore lubiła rzeczy z przeszłością. To samo tyczyło się osób. Ot takie (chyba) nieszkodliwe upodobanie jakiego przez lata zdążyła nabrać.
        Wzrok podnosiła powoli razem ze skracanym przez wojownika dystansem, ostatecznie patrząc w górę wprost w jego twarz. Kolejny niewielki smaczek. Od czasu do czasu lubiła odmianę od ciągłego spoglądania na innych z góry czy to dosłownie czy jedynie w przenośni. Na moment oddać przewagę, odpuścić ustawianie wszystkich pod swój rozkaz, być słabszą nawet jeśli tylko poprzez odchylenie głowy i odsłonięcie gardła w przekazie uniwersalnym dla wszystkich gatunków, nawet ludzi. (Chociaż oni byli dość niedomyślnymi stworzeniami i zwykle nawet nie wiedzieli z czego wynikało ich samopoczucie czy reakcje.) Ten tu na pewno człowiekiem nie był, przynajmniej nie do końca i to nie tylko w przenośni. Co rzucało się najpierw - pierwszą świeżością raczej nie pachniał, ale na plus dla niego nie cuchnął jak reszta motłochu, więc poetyzując uznała, że trącił piżmem samca i adrenaliną po walce. Potem czuła trochę krwi, nuty ziół i na koniec coś jeszcze czego w tej chwili nie potrafiła nazwać ani zidentyfikować, wydawało się mieć swój zakątek w pamięci nieumarłej, co właśnie jako “nieczłowieka” go klasyfikowało,
        Stwierdzenie, że Elleanore się nie bała, byłoby kłamstwem, że się wystraszyła, znaczną przesadą. Mężczyzna budził respekt swoją posturą i energią jaką roztaczał. Chociaż pewnie odczucia większości populacji, przynajmniej tej wystarczająco spostrzegawczej by dożywać jutra, nie miał nic wspólnego z wrażeniami wampirzycy. Leonore towarzyszył dreszczyk emocji o tyle ciekawy, że wyjątkowo rzadki u istot jej podobnych. Szatyn był niebezpieczny i stanowił realne zagrożenie również dla niej, ale dużo łatwiej i przyjemniej było igrać z ogniem, gdy w razie większych problemów zawsze można było się odsunąć uciekając przed oparzeniami. Nawet jeśli nieuświadomione gdzieś z tyłu głowy, wampirzycy towarzyszyło odczucie, że mogła sobie pozwolić na luksus ryzyka. Urok i jednocześnie przekleństwo długowieczności i utrudnionej umieralności. Ale mimo wszystko bawić się planowała ostrożnie, żeby nie przeholować i nie zepsuć ciekawie zapowiadającego się wieczoru gdy Rain prezentował się trochę jak zdziczały pies.
Po chwili samą siebie poprawiła w myślach, to było niewłaściwe porównanie. Był jak wilk, którego jakimś sposobem pomylono z psem. Udomowiony z musu, nosił na karku łańcuch cywilizacji bo chciał, lub tylko dlatego, że nie chciało mu się go zrzucać, ale nie był do końca oswojony. A z dzikimi zwierzętami postępowało się ostrożnie. Pozwalało się by same decydowały o nawiązaniu kontaktu, tempie i sposobie w jaki to robiły. Wejście w zasięg łańcucha żeby bezczelnie zacząć wilczysko głaskać mogło się skończyć w najlepszym wypadku pogryzieniem.
Stała więc nieruchomo, ze skrzyżowanymi ramionami, z palcami zaplecionymi w łokciach wystarczająco nonszalancko by wiedział, że nie zamierza uciekać i żeby jej “głaskanie” nie korciło. A kusiło i to mocno. Ell lubiła grać na cudzym opanowaniu. Trącić guzik, który przed chwilą w pełni bezczelnie skończył zapinać. Kołnierzyk poprawić chociaż nic by mu nie zaszkodziło ale i nie pomogło. Musnąć siniak, który już niedługo nabierze pełni koloru i opuchlizną doda i tak charakterystycznej facjacie więcej wyrazistości. Natomiast cały sekret w drażnieniu cudzej samokontroli tkwił w jej istnieniu. W bieżącym otoczeniu i ogólnej sytuacji sakiewki by na jej obecność i jakąś wybitną trwałość nie postawiła równie chętnie jak na wygraną szatyna. A nie chciała zostać źle zrozumiana, przynajmniej jeszcze nie i nie w takim miejscu.
Chociaż więc wilczur sam już wyraził chęć kontaktu, a jego dotyk był równie szorstki jak głos wywołując niewielkie ciarki przebiegające wzdłuż kręgosłupa, Leonore nie drgnęła nawet o cal. Zmrużyła tylko oczy, trudno jednak było stwierdzić czy z zadowoleniem czy w ostrzeżeniu, kiedy do końca chyba sama jeszcze nie zdecydowała.
W międzyczasie razem ze zmniejszeniem fizycznej odległości, zmniejszył się też dystans i “pani” się gdzieś ulotniła, powodując niewielkie rozbawienie i większe zaciekawienie Elleanore. Arogancja mogła być zaletą jeśli znajdowała odpowiednią oprawę.
        - Szukam dobrego towarzystwa do drinka bo damie pić do lustra nie wypada - odpowiedziała równie spokojnie w ciemne oczy.
Niestety dość gwałtownie przerwało im pojawienie się wręcz spersonifikowanej młodości i radości w jednym. Dziewczę wpadło i jak na niedoświadczoną dzierlatkę przystało zaczęło się jąkać w pełni zapominając w jakim celu tu przybyła. Elleanore leniwie przyglądała się scence rodzajowej, pozycję zmieniając jedynie na tyle by nie musieć wykręcać głowy aby widzieć obojga. Pokaz był słodki do granic, szczególnie gdy dziewczątko spąsowiało do cna, a wojownik bardzo się starał żeby rozmowa ogólnie przebiegła “dobrze”. Przypominało to wilka merdającego ogonem, starał się, naprawdę próbował wyglądać niegroźnie i naprawić zbyt ostre odprawienie dziecka. Przynajmniej tak to się prezentowało z punktu widzenia wampirzycy. Prawie uznałaby, że jest nie na miejscu i przeszkadza. Prawie. Gdyby nie ponowne ucięcie rozmowy, którą uderzenie serca wcześniej poskładał. Pocieszne.
        Na drugiego niezapowiedzianego gościa zerknęła spod rzęs, gdy niewielkie rozbawienie eskalującą irytacją wojownika niknęło ze srebrnych oczu. Podobno szatnia była zamkniętym i wielce zakazanym terytorium, tymczasem chwilowo bardziej przypominała punkt odprawy celnej albo rynek. Złodziejski krasnolud wpierw się z nią targował o część zysków z zakładu a teraz była wręcz przekonana, że celowo i z bezczelnej ciekawości, zakłócał jej odwiedziny.
        Już zaczęła się zastanawiać czy odpowiedź na propozycję otrzyma jeszcze dzisiejszego wieczoru, czy może będzie czekać aż do rana skoro pokurcz nie wyglądał jakby się gdzieś zabierał, wręcz przeciwnie, małe kaprawe ślepka wydawały się dość zainteresowane ogółem i całokształtem by zostać tak długo aż go ktoś nie wyrzuci, gdy to szatyn podjął decyzję o opuszczeniu lokum.
        Podążyła za mężczyzną, z lekkością dopasowując się do uchwytu, który już nie balansował na granicy a zwyczajnie był bezczelny. Ale tupet też mógł być w cenie, wszystko zawsze zależało od sytuacji. Szczeniakowi nie przystawał, szczeniak nawet nie zasłużyłby na policzek. A niektórym… powiedzmy, że było z nim do twarzy…
        Przy barze jednak zwinnie wymknęła się z objęcia. Pewnie kolana mężczyzny były czystsze niż stołek, na którym usiadła wykorzystując jeszcze ramię wojownika jak zwykle skorzystałaby z pomocy dżentelmena, ale chwilowo zrezygnowała z bardziej komfortowej opcji.
Usadowiła się bokiem do baru tak by mieć lepszy widok na upolowanego gladiatora, chcąc nie chcąc rękę układając na kolejnej połaci drewna wątpliwej czystości do wtóru cichego brzęku bransoletek. Szybko znalazła ślepiami barmana, a krótkie stuknięcie paznokci o ladę sprawiło, że raczej niezbyt prędki jegomość dziwnie żwawo zwrócił uwagę na nowych klientów.
        - Co pijesz? - zanuciła pytanie bez zwrotów grzecznościowych skoro już byli na ty.
        - Słyszałeś. - podsumowała w kierunku kelnera, z którego jakoś opadła cała energia z jaką się zjawił i wrócił do właściwej sobie opieszałej formy.
        - A dla pani? - szykując alkohol dla najemnika, spytał zblazowanym głosem w pełni pasującym do ogólnej prezencji przybytku.
        - Coś do odkażania - mruknęła z pełną obojętnością, nie licząc na trunki z górnej półki, tym samym wywołując całkowitą konsternację barmana. Mężczyzna zerknął na kobietę potem na siedzącego obok faceta i jeszcze raz na kobietę z pytaniem w oczach czy się nie przesłyszał. Fakt, że gość miał obite ryło, ale żeby zaraz go odkażać… I tak wątpliwe by cokolwiek mogło mu pomóc.
        - Coś co będzie w stanie zdezynfekować szklankę - podpowiedziała uczynnie, z pobłażliwie wielkopańską manierą, niezbyt zadowolona, że musiała zaszczycić kelnera ponadprogramową atencją. Barman niestety nadal nie załapał, wręcz przeciwnie, a jego twarz wykrzywiła się lekko gdy otworzył usta w niemym ale wysoce nierozumiejącym “hę?”
Paznokcie Ell od najmniejszego po wskazujący wybiły cichutki rytm, gdy wampirzycę po raz kolejny zmuszono do przeniesienia uwagi i wzroku na obsługę, która już dawno, w ukłonach i podskokach powinna serwować zamówione drinki.
Czy to było takie trudne pojęcia że chciała napić się alkoholu dość mocnego by uniknąć rozstroju żołądka? Wątpliwe co prawda by krwiopijca mógł się takowego nabawić, chyba, że pijąc z umarlaka, a i o takich zwyrodnialcach słyszała, którzy nie tylko pożywiali się na umarłych ale i nie odchorowywali podobnego zboczenia. Może to była kwestia wprawy... Tak czy inaczej picie z brudnej szklanki brzmiało odstręczająco a Elleanore chciała nieprzyjemności zminimalizować do minimum, żeby skupić się na tych przyjemnych aspektach. Niestety barman miał trzy szare komórki, jedną od odbierania bodźców, drugą od reagowania, (obie wyjątkowo powolne tak na marginesie) i trzecią, która powinna zajmować się myśleniem, ale wyraźnie była na wakacjach.
        - Whisky, cognac, wódka… - wymieniła bardzo powoli, żeby chociaż to zrozumiał. I teraz to dopiero zbiła mężczyznę z tropu. Barman aż się żachnął ledwie wytrzymując upierdliwą klientkę. Baby, te to zawsze wydziwiały a do tego jeszcze nie wiedziały czego same chciały.
        - To w końcu co? - prychnął.
        - Cognac - odpowiedziała głosem znacznie spokojniejszym niż na początku, co zwykle nie wróżyło najlepiej, ale wpierw trzecia komórka barmana musiałaby wrócić z wakacji aby ten się zorientował, że stąpał po kruchym lodzie.
        - Nie ma - dosłownie burknął. Paznokcie Ell stuknęły w ladę gdy wampirzyca była dosłownie na granicy tolerancji głupoty obsługi. Skandal, żeby się nie dało normalnie drinka zamówić i miło wieczoru spędzić. Słowem nie zdążyła się jeszcze odezwać do intrygującego ją wojownika bo barman nie potrafił wykonywać swojej pracy. Najwyraźniej przybytek nastawiony był głównie na walki bo z taką obsadą to by się nie utrzymał na powierzchni choćby same importowane i rzadkie trunki oferował. Zresztą fakt jak zrobiło się pusto chwilę temu gdy zapowiedziano kolejny pojedynek tylko potwierdzał przypuszczenia.
        - Whisky - poprosiła bardzo, bardzo spokojnie, przymykając oczy. Tym razem wreszcie otrzymała zamówiony alkohol.
        - Więc Rain czy James, jak wolisz by się do ciebie zwracać? Jak odpowiesz że ci wszystko jedno, to sobie pójdę - zapytała i od razu uprzedziła ewentualne zbywanie jej pytania. Mężczyzna nie wyglądał na rozmownego, ale planowała zmusić go do chociażby minimum konwersacji i współpracy. Samo picie w wpatrywanie się w siebie mogło szybko znużyć.

Awatar użytkownika
Rain
Szukający drogi
Posty: 38
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Rain » 4 miesiące temu

        Jeśli chodziło o relacje Raina z kobietami, to panie dzieliły się zazwyczaj na dwie grupy – te, które uciekały na widok jego twarzy lub ciała i te, które zostawały. Te ostatnie zaś dzieliły się na te, które po prostu pokonywały strach, niepewność czy nawet niechęć na rzecz ciekawości, pożądania, czy co tam nimi kierowało i na te, którym było po prostu wszystko jedno. Najwięcej było oczywiście tych, które pokonywały pierwsze zwątpienie, a że mężczyzna był cierpliwy, oswajanie się z jego raczej odpychającą aparycją przebiegało bezproblemowo. Tych natomiast, które nawet nie mrugnęły na widok jego blizn, mógłby policzyć na palcach jednej ręki i właśnie spotkał kolejną.
        Nie odwróciła wzroku, nie cofnęła się, nawet nie drgnęła pod jego dotykiem, poza minimalnym poruszeniem i przymrużeniem oczy, czego już nie interpretował. Niedbała postawa, odsłonięta długa szyja i nieustanny kontakt wzrokowy były czymś raczej nowym i drakon zmarszczył lekko brwi, bo odwykł już od bycia czymś lub kimś zainteresowanym. Widział, że kobieta nie bagatelizuje sytuacji, w której się znajdowała (a co do której oboje mogli mieć znacząco odmienne oczekiwania); ba, jest jej wyraźnie świadoma, ale to wcale nie sprawiło by próbowała się wycofać.
        Może i nie wiedział dokładnie z kim (lub czym) ma do czynienia, bo czytanie aur nie było w jego ojczyźnie czymś popularnym, a później jakoś nie miał okazji tego opanować, ale doskonale czytał mowę ciała. A z tej wynikało, że nawet jeśli kobieta obawiała się jego osoby, to była jednocześnie przekonana o tym, że nic jej nie grozi. Albo więc była silniejsza niż wygląda, o co pytał ją już wcześniej, albo wiedziała, że może w każdej chwili czmychnąć. A w pozycji, w której się znajdowała, wcale nie byłoby to łatwe. Ale chociaż po głowie rozbijało mu się pytanie kim jest ta zjawa, nie odezwał się. Aż tak mu w głowie nie zawróciła, by się zrobił gadatliwy.
        Jej odpowiedź sprawiła zaś, że mężczyzna rozluźnił się nieznacznie, a lekkie wykrzywienie ust można było potraktować, jako nieco upośledzony, krzywy uśmiech.
        - A nachodzić mężczyzn w szatni wypada? – wytknął bezczelnie, ale co do samej propozycji drinka już nie zdążył odpowiedzieć, gdy przerwała im Eliza.
        Młodą poznał dopiero wczoraj, ale dziewczyna okazała się wyjątkową mieszanką niepewności i niechęci do zawierania znajomości oraz szczerego i zupełnego otwarcia się przed kimś, gdy już uznała, że z tą jedną osobą jest w stanie porozmawiać. W ten sposób wiedział o niej chyba wszystko, podczas gdy podsłuchujący obok barman, pracujący z nią już kilka miesiący, dopiero wtedy dowiedział się, ile dziewczyna ma lat. Rain może i nie był gadułą, ale był doskonałym słuchaczem i chociaż mogłoby się wydawać, że zwierzenia nastolatki nie będą go interesować w najmniejszym stopniu, nikt nie dopatrzyłby się znudzenia na jego twarzy, gdy słuchał dziewczyny już kolejną godzinę.
        Teraz wpadła jednak w złym momencie i chociaż od razu to wyłapała, miała już trudność ze skleceniem zdania i wycofaniem się, mimo że w obu tych rzeczach Levine próbował jej pomóc. Sam nie wiedział, czemu tak łagodzi odprawienie jej, zamiast po prostu powiedzieć, że ma spieprzać, ale niech będzie, że miała fory. Jednak gdy w końcu zwiała, pojawił się ten stuknięty bukmacher i drakon uznał, że w tym tempie to nie wyjdzie stąd do jutra. Olał więc krasnoluda i wyszedł, zabierając ze sobą wcale nie protestującą przed tym zjawę. Jakże miło z jej strony.

        Przy barze umknęła spod jego ramienia, ale nie zatrzymywał jej, zajmując stołek obok. Na krótkie pytanie rzucił beznamiętnie „piwo”, później tylko przyglądając się kobiecie, podczas gdy ta toczyła nierówną walkę z barmanem. I znów, gdyby był nieco bardziej normalny, uprzedziłby wszystkie jej starania, mówiąc, że zamówić tutaj można tylko to, co pędzą na zapleczu. Ale po pierwsze i tak by nie zdążył, po drugie nikt go o zdanie nie pytał, po trzecie miał czas na leniwe taksowanie wzrokiem białej postaci i po czwarte, a nie mniej ważne, nie przeszkadzało mu, że ktoś mniej letalnie wyprostuje aroganckiego cwaniaka za ladą. Hank był o włos od plucia zębami za ślinienie się na połowę od niego młodszą Elizę i chociaż możnaby Raina nazwać w tej kwestii hipokrytą, on sam okazjonalnie poczuwał się do wymierzania sprawiedliwości, gdy uznał, że ktoś na nią zasługuje. A jeśli ktoś miał z tym problem, to przecież zawsze mógł mu powiedzieć…
        Levine odebrał swój kufel i popijał spokojnie trunek, zaspokajając pragnienie. Znad szkła obserwował na zmianę scenkę rodzajową przy barze i Tarianina, na którego obstawił, na arenie. Nim kobieta doszła do porozumienia z barmanem, Rain zdążył wychylić już swój kufel piwa i następny dostał razem z whisky srebrnowłosej, jednocześnie rzucając do barmana, że ma wszystko dopisać Tantiemowi na rachunek. Później poświęcił kobietę pełnię swojej uwagi.

        Drakon miał nietypową manierę, którą większość osób doprowadzał po pewnym czasie do irytacji, a mianowicie nie zwykł odpowiadać na pytania od razu. Nie ze złośliwości i nie dlatego, że wybitnie się nad nimi zastanawiał. Po prostu naturalne dla niego było wzięcie oddechu czy dwóch, nim się odezwał. Czy w międzyczasie zastanawiał się nad odpowiedzią, czy też po prostu pytanie nie wydawało mu się palące, nie wiadomo. Jeżeli komuś udało się doprowadzić do szybkiej wymiany zdań z wojownikiem, to zdecydowanie nie było z czego się cieszyć, bo oznaczało to tylko i wyłącznie, że ten stracił cierpliwość do osobnika.
        Tylko dlatego zjawa swoim ostatnim zdaniem nie urwała w połowie jego wypowiedzi, która brzmiałaby podobnie do tego, przed czym go ostrzegano. To zaś tylko wydłużyło czas oczekiwania, bo Levine przyglądał się czujnie srebrnowłosej.
        - James – powiedział w końcu, powoli i znajomo ochrypłym głosem, ale słyszalnie nieprzyzwyczajony do wymuszania na nim odpowiedzi. Zresztą, w większości przypadków, nawet po takim stwierdzeniu pewnie przyglądałby się tylko rozmówcy, na przekór mu albo milcząc, albo i tak zbywając pytanie, jakby chciał sprawdzić, czy ktoś rzeczywiście odejdzie. Co zresztą zazwyczaj było mu na rękę. Zjawa jednak okazała się przyjemnym towarzystwem i nie chciał jeszcze go tracić. Dziwne.
        - A do ciebie jak mam się zwracać?
        Lenox chyba zjechałby na zawał, najpierw mdlejąc widowiskowo, gdyby dowiedział się, że Rain sam pyta kogoś o imię. Zazwyczaj miał je gdzieś, wzruszając co najwyżej ramionami, gdy ktoś próbował mu wytłumaczyć, że nieznanie czyjegoś miana jest co najmniej niewygodne. Jemu przecież nie robiło różnicy.
        - Ostrzegam, że nie uznaję tytułów, nawet jeśli wyglądasz na hrabinę. Co przypomina mi, że wciąż nie odpowiedziałaś na moje pytanie – powiedział, przyszpilając kobietę wzrokiem. - Szukanie towarzystwa do drinka nie jest odpowiedzią, bo wciąż nie wyjaśnia co robisz tutaj – wychrypiał, brodą wskazując gdzieś w przestrzeń, a na myśli mając cały ten „lokal” albo w ogóle dzielnicę miasta.
Ostatnio edytowane przez Rain 3 miesiące temu, edytowano łącznie 1 raz.

Awatar użytkownika
Elleanore
Szukający drogi
Posty: 47
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Elleanore » 4 miesiące temu

        Elleanore nie wyciągała mężczyzny do baru by później naciągać go na drinki więc początkowo zamierzała fundować dzisiejszy wieczór, jednocześnie w myślach starając się unikać skojarzeń z bogatymi patronkami, które czasami kupowały walczących mężczyzn dla swojej rozrywki. Nie były to pochlebne myśli i porównania, i wolała nie doszukiwać się podobieństw. Ale słysząc, że rachunkiem obciążą krasnoluda nie sprzeciwiała się. Dopisanie drinków na koszt bukmachera zdało jej się niemal tak okrutne jak sprawiedliwe. Okrutne bo szatyn nie wyglądał na kogoś kto wpadnie pod stół po dwóch kolejkach, całe szczęście bo wieczór młody a i ona potrzebowała więcej niż dwóch tur z brudnego szkła.
Sprawiedliwe bo wpierw chciał ją wrobić w spora przegraną, potem utargował wynagrodzenie za samą możliwość spotkania "ze swoją Gwiazdą" jak to ładnie ujmował podczas negocjacji, a czczej paplaniny było sporo więcej, tylko po to by następnie w spotkaniu bezczelnie przeszkadzać. Że będzie jej utrudniał kolejne obstawianie jeśli na takie nabierze ochoty, wampirzyca raczej nie wątpiła. Ell szastała zbyt wysokimi kwotami w porównaniu z resztą zbieraniny. W przypadku przegranej było to mile widziane, ale gdy hrabina wygrywała, wtedy krasnolud musiał pożegnać się ze sporą częścią zysku. Ostatnio bardzo mu się to nie spodobało i próbował przekombinować to na swoją korzyść z pewnym powodzeniem, więc rachunek za napoje należał mu się dla zasady.
        Przez dobrą chwilę nieudolny barman utrudniał wampirzycy możliwość skupienia się na towarzyszu, ale gdy wreszcie wywalczyła drinka, spojrzała na mężczyznę próbując go troszkę i niegroźnie zmanipulować. Udało się. Co prawda nie wyglądał na zadowolonego (o ile w ogóle zdarzało mu się na takiego wyglądać) ale na bardzo zeźlonego również nie, prędzej na trochę zbitego z tropu.
        Na odpowiedź czekała spokojnie i cierpliwie, lekko spod rzęs przyglądając się upolowanemu towarzystwu. Co prawda równowaga sił kto kogo upolował jeszcze się nie ustabilizowała i wysoce prawdopodobne było, że tak może pozostać, ale przyjemny dreszczyk charakterystyczny dla trwających łowów pozostawał ten sam.
        Słysząc imię wojownika, wzrok Leonore nabrał zadowolonego wyrazu, chociaż się nie uśmiechnęła. Tak jak ciężko byłoby szukać większych przeciwieństw niż siedząca obok siebie dwójka, w tym pasowali sobie jak ulał. Elleanore uśmiechem zaszczycała pewnie równie często co Rain a jeszcze rzadziej był to uśmiech szczery i wesoły, prędzej przypominał drwinę lub drapieżny grymas, zależnie od tego kto lub co go wywołało.
Podobnie było z tempem mówienia czy odpowiadania na cudze pytania. Nawet zbijanie innych z pantałyku czy mordowanie ich argumentów zwykle prezentowało się lepiej gdy zostało odpowiednio przeciągnięte. Kontakt wzrokowy w tym czasie odbierał animusz rozmówcy. Dzisiaj było trochę podobnie, i podobnie jak James Ell nie spieszyła się z odpowiedzią. Chociaż tym razem nie grając na swoją korzyść a dosłownie zastanawiła się jak odpowiedzieć mężczyźnie, przy okazji niezupełnie planowo dając mu czas na sprecyzowanie, że na "hrabinę" ma nie liczyć.
        - I dobrze, hrabin i innych lejdi mam już powyżej uszu... - odpowiedziała swobodnie.
        - Elleanore - zamruczała, po krótkiej pauzie dodając - Skróty i zdrobnienia są mile widziane, ułatwiają życie i odpędzają monotonię, więc jeśli masz taką chęć, nie krępuj się, ale wybrać coś musisz sam - spróbowała troszeczkę przetestować granice, sprawdzić czy już przeciąga strunę czy ma jeszcze margines tolerancji, w międzyczasie zastanawiając się co i jak wiele odpowiedzieć gladiatorowi na ponowione pytanie, skoro nie starczyło zwykłe odbicie go półsłówkami. Ostatecznie doszła do wniosku, że jeśli mężczyznę znudzi to ten zwyczajnie zanurzy się w kolejnym kuflu szukając spokoju. Do niewiast o jazgotliwym tembrze nie należała, nie miała trajkoczącej maniery mówienia, więc jej głos spokojnie powinien wkomponować się w naturalny szum i tło baru, podczas gdy kolejna krótka ale wymijająca odpowiedź mogła już szatyna rozdrażnić. To był mniej pożądany scenariusz. A nawet jeśli przestanie jej słuchać to może przynajmniej wypowiedziane na głos obawy pomogą uporządkować splątane myśli. Podsłuchujący barman był mało istotny. Ostatecznie pewnie i tak nie zrozumie zbyt wiele nawet gdyby jego trzecia komórka się ocknęła, chociaż przecież wysłuchiwanie historii klientów powinno być jego zadaniem.
        - Runęło mi wszystko co budowałam przez wiele lat… dosłownie, zburzono mi cały mój przybytek… - zaczęła niespiesznie i melodyjnie jak czasami zaklinacze koni czy innych bestii zwracali się do nich podczas swojej pracy.
        - W życiu prawie wszystko można odbudować, ale przykro się robi, gdy nagle w twarz daje ci świadomość że niemal całe życie, a przynajmniej jego połowę zmarnotrawiło się na czymś nie wiedząc nawet czy tego chcesz i czy chcesz to odbudowywać - kontynuowała na jakiś czas zamiast na szatyna patrząc w alkohol.
        - Z pewnością widziałeś gorsze rzeczy, ale tak wyglądają błahe problemy tych nie mających w życiu zbyt wielu zmartwień - zakpiła z samej siebie i na samą siebie zła. Tyle lat nic jej nie przeszkadzało a teraz nagle zaczęło. Też sobie znalazła czas, gdy powinna bank podnieść z gruzów.
Może w złośliwościach Casjusa było ziarnko prawdy i dopadł ją kryzys wieku średniego. W sumie wampirom z jej wiekiem zwykle zaczynało już mniej lub bardziej odbijać. Jedni popełniali samobójstwa. Inni zaczynali szaleć siejąc spustoszenie wśród żyjących. Ona wyjechała na wakacje, patrząc na sprawę z tej strony było to raczej mało destrukcyjne szaleństwo.
        - Tutaj - lekko machnęła dłonią doprecyzowując gest Jamesa - Trytonia… wydało się pomysłem wybitnie złym, więc zadecydowała pół na pół ciekawość ze złośliwością. Chciałam się odciąć od codzienności i przy okazji odpowiednio zdenerwować przyjaciela. Znając życie nie usłyszę nawet połajanki a co najwyżej dostanę spojrzenie pełne zwątpienia, potępienia, może zawodu - mruknęła nieco niezadowolonym tonem, znowu w szklankę, którą barman względnie sprawnie uzupełnił.
        - Tu, ściągnął mnie hałas jak przy okazji troszeńkę zabłądziłam - nabrała swobodniejszej, melodyjnej nuty
        - Nigdy nie byłam w podobnym miejscu a, że dzisiaj jest wieczór realizowania nierozsądnych pomysłów… zdążyłam już obstawić walkę, nagabywać mężczyznę w szatni i siedzę w obleśnym barze pijąc niezidentyfikowaną ciecz w międzyczasie i gdzieś między wierszami szukając sensu życia - dokończyła przydługawą odpowiedź teraz kontrolnie zerkając na wojownika czy już zasnął, uciekł czy może jakoś przy piwie wytrzymał.
        - James - wymówiła imię szatyna, przeciągając zgłoski, jakby sprawdzała jak smakują. Brzmiało ładnie, prosto, ale pasowało mu - Co oznacza Rain? - zawsze mogła usłyszeć "nic", ale w tę stronę prędzej mogła się czegoś dowiedzieć niż zadając pytanie odwrotnie, "Czy coś oznacza?" i liczyć na dobrą wolę ciemnookiego wilczura, że sam raczy rozwinąć wypowiedź zamiast odpowiedzieć “tak”, zmuszając ją do kolejnego pytania. Nie lubiła ciągnąć za język. Wścibska również nie była, ale wieczór przy drinku powinien przynajmniej trochę opierać się na względnie swobodnej konwersacji by się chociaż orientacyjnie wiedziało co się opija lub znacznie prawdopodobniej zapija, i z kim. Tak było milej. Dawało namiastkę więzi, chociażby przelotnej i chwilowej.

Awatar użytkownika
Rain
Szukający drogi
Posty: 38
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Rain » 3 miesiące temu

        Widział to zadowolone spojrzenie, gdy się przedstawił, ale nie zrobiło to na nim wrażenia. Ludzie mieli dziwny zwyczaj lubowania się w wygrywaniu dyskusji, za co przecież nie było ani nagrody, ani kary dla przegranego. Ot właśnie to samozadowolenie i poczucie przewagi nad rozmówcą. Nie potępiał tego i nie pogardzał, po prostu nie rozumiał. Być może dlatego, że obca mu była forma bardziej zaawansowanej komunikacji czy manipulacji. Drakon potrafił spędzić cały wieczór przy ognisku, rozmawiając z napotkanymi podróżnymi, a później zmyć się przed świtem, nie czując żadnej większej więzi z ludźmi, o których nagle tyle wiedział. Tak samo potrafił stanąć w obronie małej, pyskatej smarkuli, z którą nie zamienił słowa, ale zwyczajnie miał taką fanaberię, by nie dać jej w łapska jakichś łajz. Same rozmowy zaś mogły być interesujące i umilające czas, nudne jak flaki z olejem powodując odejście wojownika, lub być zwyczajnym tłem, do którego się nie przywiązywał. Pogawędka z Elleanore, jak przedstawiła mu się zjawa, zapowiadała się być przyjemna i niebanalna.
        - Podoba mi się Elleanore – wychrypiał na wzmiankę o potencjalnych skrótach, nie komentując niechęci kobiety do tytułów. Świadczyło to tylko o tym, że jest rozsądna, co widoczne było już na pierwszy rzut oka, nawet jeśli przeczył temu fakt, gdzie i z kim się właśnie znajdowała. Co do skrótów imienia… być może jakieś wyjdą w trakcie rozmowy, ale było to mało prawdopodobne. Wojownik nie zwykł stosować zdrobnień, co najwyżej przydomki, zazwyczaj nadane przez niego samego. Chociażby podświadomie nie pozbędzie się już „Zjawy”, chociaż wątpliwe, by zwrócił się do kobiety w ten sposób. Poza tym nawet jej imię pasowało do jego przeszłości, której wspomnienia nachalnie przywoływała zwiewna suknia Elleanore. Może dlatego kobieta tak przypadła u do gustu, pomijając oczywiste.
        Gdy zaczęła odpowiadać, przeniósł na nią ciemne spojrzenie, nie spuszczając już z kobiety wzroku. Niektórym to przeszkadzało, innym nie. Faktem pozostawało, że beznamiętne spojrzenie wojownika nie było namolne, ani przeszywające. Dość ciężkie, zwłaszcza jeśli ktoś miał coś na sumieniu lub był po prostu lękliwy. Pewniejsi siebie nie mieli jednak wrażenia, że są oceniani, albo że mężczyzna czeka na ich potknięcie, czy próbuje złapać za słówko. Co najwyżej dawali się przepłoszyć. Levine zwyczajnie słuchał i było to po nim widać, nawet gdy okazjonalnie przenosił wzrok na popijany trunek, czy kontrolnie na okolicę. To już stary odruch.
        Wysłuchał więc kobiety, nie przerywając jej i właściwie nie wyglądając, jakby miał zamiar w ogóle się odezwać, ale gdy ta zakpiła lekko z siebie, burknął coś pod nosem.
        - Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Nie ma sensu porównywać swoich problemów do czyichś, bo są one tak samo różne, jak ludzie, którzy się z nimi borykają.
        A to padła drakońska mądrość. Może i brzmiała śmiesznie w ustach poturbowanego gladiatora, ale to była jedna z pierwszych lekcji, których się nauczył, będąc jedyną osobą, która za wszelką cenę starała się wydostać z oblężonego miasta, podczas gdy inni potrafili zabić, by w nim pozostać. Wszystko na tym świecie to kwestia okoliczności, w których człowiek się znajdzie.
        Słuchał dalej, o dziwo nie dając się pociągnąć za gestem dłoni i brzdękiem bransolet, a zamiast tego niezmiennie obserwował szare tęczówki, dopóki znów nie mruknął czegoś do siebie, popijając piwo.
        - Ta, Trytonia to śmierdzące miasto. Ale ma swoje momenty – szepnął tajemniczo i nie wiadomo było nawet czy mówi do siebie, do kufla, czy do Elleanore. Później znów wrócił spojrzeniem do kobiety, tym razem krótko taksując ją znów wzrokiem. Nie wyglądała na kogoś, kto nadmiernie przejmuje się opinią innych, a jednak znalazła się w mieście przez wielu uznawanym pieszczotliwie za kloakę tej Łuski, głównie dlatego, by zrobić na złość komuś, kto być może nawet nie zareaguje. Kobiety…
        Słysząc jednak o kierowaniu się hałasem (a już myślał, że rozsądna kobita), błądzeniu i nierozsądnych decyzjach, w tym zapoznawaniu się z nim, James zaśmiał się cierpko pod nosem, co tylko wykrzywiło blizny na jego twarzy.
        - Było wziąć piwo – wychrypiał, unosząc lekko kufel w kpiącym toaście, wciąż zaskakująco rozbawiony postawą Zjawy.
        To babka wpadła, jak śliwka w kompot. Najwyraźniej kobieta była doskonale świadoma lawiny tragicznych decyzji, które dzisiaj podejmowała, ale ewidentnie to czyniło je w jej oczach tylko bardziej interesującymi. Jakby testowała własne szczęście, możliwości, albo złośliwość losu, temu ostatniemu pokazując środkowy palec i prowokując do pokazania, co jeszcze ma w zanadrzu, bo ona ze wszystkim sobie poradzi. I cholera, patrząc na nią, jakoś w to nie wątpił i nawet chętnie by to poobserwował. Chociaż wtedy już pewnie trudno byłoby powstrzymać się od interwencji, gdyby coś poszło nie tak. Kontrolne spojrzenie w swoją stronę zarejestrował, ale nie skomentował w żaden sposób. Leniwie popijał zimne piwo i pozwalał mięśniom odpocząć. Może i był bardziej wytrzymały niż większość ludzi, ale teraz umyślnie pozwolił sobie spuścić łomot, a nord miał pięści jak bochny.
        Zmrużył oczy i podążył spojrzeniem w stronę Elleanore, jakby jego imię w jej ustach zadziałało, jak zaklęcie. Co ciekawe, głównie kobiety mówiły mu po imieniu. Mężczyźni po nazwisku albo przydomku. Nie miał pojęcia dlaczego, ale nietypowa właściwość potwierdziła się po raz kolejny. Następnego pytania znów się nie spodziewał i na moment odwrócił wzrok, zastanawiając się, czy ktoś go w ogóle kiedyś o to zapytał. Pewnie tak, statystycznie patrząc… ale nie przypominał sobie. Geneza przydomka nadanego na Pustyni rozeszła się tam dość szybko, a tutaj nie była niczym innym niż dziwną ksywką.
        Odstawił pusty kufel na ladę i obrócił się nieco w stronę Zjawy, wciąż jednak pozostając wyciągniętym na stołku, sprawiając wrażenie, jakby wszędzie było mu wygodnie. Niskie oparcie spokojnie podtrzymywało twarde plecy wojownika, a długie nogi wyciągnięte były lekko po skosie pod blatem. Jedną rękę przerzuconą miał przez oparcie, drugą pocierał w zamyśleniu szczękę.
        - Rain… w dialekcie ludzi z Czerwonej Pustyni dosłownie oznacza „deszcz” – mruknął, przyglądając się Elleanore. Do gadatliwych nie należał, ale z drugiej strony podobał mu się jej głos, a żeby móc go jeszcze posłuchać, powinien podtrzymać rozmowę. Poza tym, całkiem sympatyczna babka.
        - Stamtąd pochodzę... powiedzmy. Z tym, że wtedy nie chodziło o wodę, a o krew – dodał, nie spuszczając z kobiety spojrzenia i dopiero teraz orientując się, że w sumie to naprawdę nierozsądne, że ona tu z nim siedzi. Hrabina czy lady, nawet jeśli komuś uciekła z powozu to już dawno by ją znaleźli. Jak daleko mogła odbiec w tych sandałkach? Nie, ona faktycznie zapuściła się tutaj kompletnie na ślepo, świadoma możliwych konsekwencji i mając je w głębokim poważaniu. Ewentualnie licząc właśnie na okazję do starcia się z nimi. Chyba się cholera w końcu nauczy tych aur, przydałoby się, bo zjawa nie była zwykłą kobietą.
        - A ten twój przybytek? – zagaił, przechylając lekko głowę. – Zajazd, burdel, dworek? – wymieniał swobodnie, obserwując swoją rozmówczynię.
        Burdelem rzucił trochę złośliwie. Bardziej dochodowy zamtuz jak najbardziej mógł mieć tak elegancką damę za burdelmamę, aczkolwiek nawet wtedy nie byłaby aż tak niezaznajomiona z realiami tego poziomu społecznego. Do takiej „pozycji” się wspinało z samego dołu, a nie przejmowało wakat. Do wygód zaś łatwo się przyzwyczaić, ale życia się nie zapomina. Bardziej pasowała jej właśnie hrabina, większość czasu spędzająca na zarządzaniu majątkiem, w najlepszym razie, chociaż na taką, co by leżała i pachniała też by się nadawała. Tutaj wojownik trochę odpłynął myślami i wzrokiem, nim oprzytomniał z kolejnym westchnieniem i gestem zamówił sobie kolejne piwo.
        - Runęło to runęło, ewidentnie żałujesz poświęconego na to czasu, a nie samego przybytku. Więc pal go diabli, rób co chcesz – rzucił swobodnie i wzruszył ramionami, sięgając po kolejny kufel i pociągając łyk piwa. Później oparł szkło na biodrze i znów spojrzał na Elleanore.

Awatar użytkownika
Elleanore
Szukający drogi
Posty: 47
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Elleanore » 3 miesiące temu

        Elleanore rzadko kiedy się myliła, a jeszcze rzadziej do pomyłki potrafiła się przyznać. Pewnie w związku z niektórymi decyzjami znalazłaby kilku zagorzałych przeciwników, wśród najbardziej zajadłych (i marudnych) jak zawsze byłby Casjus albo Luca, przy czym alfa zapewne prezentowałby się jako ten najbardziej wygadany i uciążliwy. Dzisiaj wampirzyca powoli utwierdzała się w przekonaniu, że wycieczka była dobrym pomysłem, a wybór towarzystwa na wieczór jeszcze lepszym. To były właśnie decyzje, które bardzo szybko znalazły by swoich przeciwników, a ich niezgoda z opinią szefowej prezentowałaby się pewnie wprost proporcjonalnie do skali jej zadowolenia.
        Tak więc jak Ell nie zwykła byle komu pozwalać zwracać się do siebie poufale, wcześniej należało sobie na podobny zaszczyt zasłużyć, a odmowa zwykła wiązać się ze sporym niezadowoleniem urażonej wampirzycy, którą należało potem ugłaskać, co wcale łatwe nie było, tak podobnym uznaniem obdarzyła zupełnie obcego zakapiora ponieważ nieumarłej spodobały się jego oczy. Żeby niecodzienności nie brakło, potem bez urazy, a wręcz ze swojego rodzaju zadowoleniem powitała wypowiedziane pełne imię.
Wymówione zdartym głosem wojownika zabrzmiało inaczej... Zadźwięczało w uszach szorstko, jakby wręcz nie na miejscu, zupełnie jak jego dotyk i zapewne ku rozpaczy wszystkich uznających opiekę nad szlachcianką za swój obowiązek, spodobało się Ell. Możliwe, że faktycznie potrzebowała odmiany bardziej niż się wcześniej przyznawała...
        Odpowiedziała na zadane pytanie szerzej i z większą szczerością niż uczyniłaby przy wielu innych. Może właśnie to poczucie anonimowości ułatwiało sprawę. Brak powiązań i zobowiązań pomagał na głos wypowiedzieć swoje wątpliwości. Kto mógł oceniać jej pobudki, ułomny barman, jakiś pijaczyna, który przechodząc obok mógłby zasłyszeć fragment wypowiedzi i tak nie rozumiejąc z niej więcej niż barman. Wojownik oceniać nie zamierzał jak sam w pewnym sensie przyznał. Nie wydawał się też odrzucony nadmierną wylewnością, chociaż pewnie rozmowna Leonore z typową gadatliwością miała mało wspólnego. Nie mniej wampirzyca mówiła całkiem sporo jak na zwykłą siebie, a szatyn nie tylko siedział obok ale o dziwo słuchał, co dało się wyczuć lub zauważyć, w chwilach gdy zerkała w jego stronę.
        Razem ze znów wybrzmiewającym głosem wojownika, kąt ust Ell uniósł się prawie w uśmiechu gdy z przyjemnością słuchała chropowatych, szepczących nut. Może..., jeszcze nie zdecydowała czy Trytonia miewała swoje momenty, ale sformułowanie brzmiało jak do tej pory trafnie.
        Ponownie prawie się uśmiechnęła na toast kuflem. Pomijając już komizm sytuacyjny, co ona, hrabina Mesteno, właścicielka jednego z potężniejszych banków (pomijając chwilowe gruzowisko jakim była jedna z filii), okaz nienagannych manier (przynajmniej publicznie), lodowa dama, robiła w jednym z chyba bardziej podejrzanych barów miasta o opinii utrwalonej jak jej własna, ale zdecydowanie nie równie pochlebnej, z kuflem prezentowałaby się zdecydowanie niewłaściwie. Nawet absurdy miewały swoje granice, ta przebiegała właśnie przy wyborze alkoholu. Zresztą piwo dla wampirzycy cuchnęło niewiele mniej niż przeciętny jego amator po jego przetrawieniu.
        - Nie lubię aromatu chmielu, zresztą na dzisiejszy wieczór zawiera stanowczo za mało procent - zamruczała podsuwając barmanowi puste szkło.
        A piękno dzisiejszego wieczora tkwiło między innymi chyba w jego braku osadzenia w nudnej codzienności i realizmie. Nic nie trzymało wampirzycy na miejscu, nic nie zmuszało do przebywania w tym miejscu i takim a nie innym towarzystwie. To nie był bal czy bankiet, konwenanse nie obligowały do podtrzymywania konwersacji. Dobre wychowanie ani rachowanie możliwych zysków i strat nie zobowiązywały do wytrwania w nudnym czy niemiłym otoczeniu czekając niezbędnego minimum określanego przez takt wysoko urodzonych. Jedyne co trzymało nieumarłą na miejscu było zainteresowanie, podobnie pewnie było z mężczyzną. Właśnie ta lekkość i niewymuszoność sytuacji pomagała się odprężyć. Chciała, nie musiała spędzić więcej czasu w tym towarzystwie i nikt poza nimi nie decydował czy spotkanie ma trwać czy nie. I chciała słuchać głosu, który przebiegał po kręgosłupie dreszczem, bardziej ostrożnych i rozważnych pewnie dystansując.
Nie taksowała wojownika spojrzeniem, przyglądała mu się ogółem, uznając, że był przyjemny dla oka. Pewnie i z tą opinią mało kto by się zgodził, Cas z pewnością nie. Okaleczony, niebezpieczny, i mimo wszystko, a może dlatego na szatyna miło się patrzyło jak siedział rozparty na krześle.
        James trochę zaskoczył kobietę odpowiedzią, nie jej treścią, a otwartością, chęcią do odpowiedzi. Wampirzyca nie umiała znaleźć właściwego określenia, ale była skłonna założyć, że będzie musiała dopytywać szatyna o detale. Tymczasem on sam, swobodnie udzielił pełnej odpowiedzi.
Czerwona pustynia, twardy kraj jeszcze twardszych ludzi… I poetyckie drugie imię… Każdy komentarz wydawał się jednak ujmować głębi słów, spłycać, bagatelizować, a od tego nieumarła była daleka. “Ładnie”, “Podoba mi się” brzmiało wręcz nie na miejscu, chociaż było prawdą. Przymknęła więc powieki w potwierdzeniu, spoglądając na mężczyznę cieplej, z melancholią.
Ona pochodziła z wybrzeża, dwie odrębne krainy a jednak poczuła się trochę jakby spotkała dawno niewidzianego i bliskiego sąsiada. Stary umysł lubił płatać figle, skarciła się w myślach, ale i tak z przeszłości na ziemię sprowadził ją głos Raina. Wampirzyca prychnęła zaskoczona, lekko pytająco jakby na wstęp do dalszych słów, skąd ów pomysł z burdelem, ale pytania nie zadała, w zamian przechodząc w ciche rozbawienie. Oparła łokieć na ladzie, głowę na dłoni, już bardziej bezczelnie przyglądając się towarzyszowi. Dowcipniś, kto by przypuszczał. Z tym samym rozweseleniem, udzieliła odpowiedzi - Bank.
Po dalszych słowach Jamesa, nastrój na moment opadł, a Elleanore zdawała się znowu uciekać w inne rozważania, które nie wyglądały na wesołe. Odezwała się dopiero po milczącej chwili, poświęconej jedynie na przyglądanie się alkoholowi.
        - Pytanie tylko brzmi czego chcę - wyszeptała, w zamyśleniu przez moment bawiąc się szkłem. Równie szybko jak odpłynęła, tak wróciła do przyjemniejszych tematów, czyli interesującego wojownika, kiepskiego alkoholu i spontanicznego wieczora. Dzisiaj dość smęcenia, przynajmniej na ten moment.
        - Ach, godzina zbyt wczesna i nie dość drinków na takie rozważania - urwała z krótkim westchnięciem i machnięciem dłoni.
        - Powiedz mi lepiej co ty tutaj robisz. Etatowo dajesz się obijać na arenie by krasnal zarobił większą sumkę... - rasistką nie była, raczej, ale za krasnoludami nie przepadała. Pomijając drażniący sposób bycia zbyt często były cwane i chciwe na raz, by można było prowadzić z nimi kulturalne interesy, przynajmniej to się tyczyło większości z którymi miewała do czynienia. Może jak kiedyś pozna takiego, który nie będzie próbował jej okantować, zmieni zdanie. - A przy okazji ratujesz niewiasty w opałach? Czy odwrotnie, jesteś rycerzem w lśniącej zbroi a na arenie znalazłeś się przypadkiem? - zanuciła popijając drinka i już nie spuszczając oczu z szatyna.
        - Na zwykłego wykidajłę jesteś... - szukała przez chwilę właściwego słowa, które nie brzmiałoby zbyt banalnie. Nie znalazła - Za dobry… - powiedziała lekko niezadowolona z doboru epitetów - A sam uśmiech i dowcip chyba nie starczyłby żeby aż tak zawrócić w głowie temu dziewczątku? - zaśmiała się wspominając dziecko, które wpadło do szatni. Jak tej ślicznej istotce było... a Eliza.

Awatar użytkownika
Rain
Szukający drogi
Posty: 38
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Rain » 3 miesiące temu

        Towarzystwo nietypowego w tych okolicach gościa umilało mu wieczór, ale też nie zaburzało jakoś wyjątkowo jego rutyny. Miewał ciche dni, gdy przy piwie siedział tylko w towarzystwie własnych myśli, oraz takie jak to - w przyjemnym dla oka towarzystwie i przy niezobowiązującej rozmowy. Jednak i atrakcyjność kobiety znacząco odbiega od tej, do której tu przywykł, i rozmowa z nią, chociaż niezmiennie lekka i ogólnikowa, była przyjemniejsza niż zwykle.
        Gustu lejdi nie skomentował, traktując odpowiedź tylko jako przeciągnięcie zaczepki. Tego, że bardziej do twarzy było jej z szklaneczką whisky niż kuflem piwa nie trzeba było nawet przypominać. Co do procentów kobieta też miała rację. Piwo pił, żeby się napić, ugasić pragnienie, ale żeby się uczciwie nawalić też będzie musiał zmienić trunek.
        Póki co, wyjątkowo współpracował, odpowiadając w miarę wyczerpująco na pytania i to bez niczyjego poganiania. Znaczenie jego przydomku zna niewiele osób, tak samo jak mało kto o nie pyta. James nie ma zaś niczego do ukrycia i zapytany wyjaśnia, o kraju swojego pochodzenia wspominając siłą rzeczy, jako że Rain nie jest słowem ze wspólnej mowy. Jego towarzyszka odpowiedź skomentowała raptem skinieniem, jakby uważając ją za zadowalającą. Dostrzegł to znów przenosząc na nią spojrzenie, jako że była wdzięczniejszym obrazem dla oczu niż bar albo, co gorsza, Hank.
        Sam Levine na wyjaśnienie, czym dokładniej był ów przybytek, nie odpowiedział już wcale, nawet nie skinąwszy. Nie wydawało mu się to konieczne za każdym razem, gdy ktoś coś do niego mówił. Nie jest głuchy; jeśli słyszał poprzednie to słyszał i to, proste. Milczał też, gdy Elleanore pogrążyła się w zamyśleniu. Nie przeszkadzał i zdecydowanie nie poczuwał się do udzielania życiowych porad, więc w spokoju popijał piwo, podczas gdy kobieta wracała do rzeczywistości.
        Jej późniejsze słowa przyciągnęły jednak jego uwagę o wiele skuteczniej niż niedbałe machnięcie dłonią. Chmurne spojrzenie jakby odruchowo popłynęło w stronę dociekliwej jednostki. Podobne pytania zbywał zazwyczaj kąśliwym “siedzę”, “piję” i tym podobnymi oczywistościami, a raczej rozkazująca forma „zapytania” w żaden sposób tego nie zmieniała. Ale to był tylko odruch. Po chwili ciemne spojrzenie zobojętniało, a wojownik napił się piwa, pozwalając kobiecie dokończyć w spokoju. Dopiero pytanie o ratowanie dam z opresji, zwróciło jego leniwą uwagę, zaś wzmianka o rycerzu w lśniącej zbroi sprawiła wręcz, że James prychnął krótkim, ochrypłym śmiechem. Spojrzał na zjawę, jeszcze nieco krzywo uśmiechnięty, uwagę skupiając głównie na jej ustach zanurzonych w alkoholu.
        Jak zawsze ociągał się z odpowiedzią, a słysząc kolejne podejrzenie, specjalnie się wstrzymał, ciekaw co też teraz wymyśliła ta szalona kobieta. Komplement drakon zdawał się puścić zupełnie mimo uszu. Dla niego było to stwierdzenie faktu i nie było w tym żadnego zadufania, ale też nie zasługiwało nawet na skinienie podziękowania. Na wspomnienie Elizy James tylko spojrzał pobłażliwie w stronę zjawy, za chwilę jednak też uśmiechając się pod nosem, gdy obserwował śmiejącą się Elleanore.
        Levine pochylił się lekko, odstawiając kufel na ladę i pokazał Hankowi dwa palce - dolewka dla jego towarzyszki i to samo dla niego. Później znów opadł na niewysokie oparcie i dłonią przetarł twarz. To go zarzuciła pytaniami.
        - Robota jak robota, jedna z wielu - wzruszył lekko ramionami. - Mam w dupie ile na tym zarobi krasnolud, bylebym ja dostał swoją działkę.
        Tak, to było takie proste. Jak dla niego Tantiem może się kąpać w forsie, pozornie “jego kosztem”. On się pokrzywdzony nie czuje. Z góry mówi ile chce i za co, a ile przebitki załatwi sobie bukmacher to już jego zysk. Z roboty wojownik zawsze zawija się kiedy mu pasuje i jeszcze się taki nie znalazł, który próbowałby zatrzymać go groźbą. Przekupić też go raczej ciężko, bo Levine potrzebuje złota tylko w niezbędnym minimum; z nadwyżką pewnie nawet nie wiedziałby co zrobić.
        Po chwili znów skupił spojrzenie na Elleanore. Nagle dotarło do niego, że nie wie, co ma jej odpowiedzieć. Głupie pytania o powódki jego zachowań zazwyczaj zbywał milczeniem, a teraz jedno wdarło się podstępnie pomiędzy inne, poniekąd stawiając go pod ścianą. Jeszcze te Eliza…
        - Co poradzę, że się wszystkie ciągle w tarapaty pakujecie - prawie warknął, sięgając znów w stronę lady, gdzie wylądowała jego whisky. Drinka wychylił za jednym razem. Barmanowi nie trzeba było mówić, by uzupełnił szklankę.
Uśmiech i dowcip. Też się odgryzła za ten burdel.

        Drakon był wyczulony na wszelkie zmiany zachodzące za jego plecami, nawet jeśli nie mógł ich niezwłocznie rozpoznać. Wystarczyło to jednak, żeby w pewnym momencie obejrzał się przez ramię, wzrokiem zaraz napotykając przeciskającego się biegiem przez tłum znajomego dzieciaka. Kilkunastoletni, chudy i z czapką nieustannie na bakier, prezentował się jak podręcznikowa czujka. I taką właśnie był, stąd błyskawiczne zainteresowanie wojownika, który zdążył wychylić kolejnego drinka, nim zdyszany dzieciak dopadł do nich przy barze.
        - Idą… idą psy – wyspał chłopak, opierając ręce na kolanach i łapiąc oddech, podczas gdy Rain już wstawał, odruchowo podając rękę również Elleanore.
        - Uprzedź Tantiema. Hank, flaszka – rzucił już do barmana, zaraz odbierając butelkę i kierując się w stronę zaplecza.
        - Panie Levine, oni ze wszystkich stron!
        - Ale tam ich mniej – mruknął wojownik i brodą wskazał młodemu zgromadzenie przy arenie. Ten tylko skinął, złapał oddech i ruszył znów biegiem.
        A Rain, chociaż zazwyczaj małomówny, poczuł się w powinności, by wyjaśnić Elleanore sytuację.
        - Widzisz, w swojej nierozsądnej wędrówce wpadłaś w bardzo dobre miejsce, a mianowicie kompletnie nielegalne; od walk, przez sprzedaż alkoholu bez koncesji, po sam pobyt tutaj, za który zatrzymają dla samej zasady i rozrywki – chrypiał szybko, prowadząc już kobietę koło siebie, z ręką na jej krzyżu. Tym razem nie było czasu na zabawy kuszącą szarfą, chociaż nadal był ciekawy, za który koniec trzeba by pociągnąć, żeby szata posypała się artystycznie w jednym ruchu. Ot rozważania dla zabicia czasu, które same przychodziły do głowy, gdy pomyśleć o radości strażników na spotkanie tutaj takiej kobiety. Z jakiegoś powodu jednak ciągle wątpił, by się długo nią nacieszyli. Aur może i nie wyczuwał, ale mimo całej tej zwiewnej postaci, ziało od niej raczej drapieżnikiem, nie ofiarą.
        Na zapleczu znajdowało się kilka piramidek beczek z kurkami, jakieś skrzynki (chyba tylko dla pozoru, bo poza alkoholem nic innego tu nie sprzedawali) i oczywiście wyjście do bocznej uliczki.
        Nie puścił kobiety przodem. Na dżentelmeństwo można się pokusić tylko, jeśli ma się pewność, że za rogiem nie czeka ktoś z mieczem. Rain wyszedł więc lekko zgarbiony i gotowy do walki, ale było pusto. Chwilowo. Kiwnął na Elleanore, że może wyjść i poprowadził ją wzdłuż niewidocznej stąd linii brzegowej, ale oddalając się od doków, a kierując w część mieszkalną. Zdążyli jednak skręcić raptem jeden raz i pojawiła się przed nimi osoba, której się tu zupełnie nie spodziewał.
        - Miałaś iść do domu – powiedział od razu na widok dziewczyny. Tą to na pewno złapią, chociażby po to, żeby sobie dwie doby przetrzymać w areszcie.
        - Słyszałam, że jest obława, chciałam cię uprzedzić – odpowiedziała zlękniona. I dość zdenerwowana.
        - Mamy przecież czujkę. Idź do domu Eliza, bo będziesz miała kłopoty – warknął, i już niejasne było z czyjej strony może spotkać ją przykrość, co dziewczyna wyczuła, bo zamarła jak wystraszona łania. Szybko jednak dogoniła wojownika i kobietę.
        - Wiem, gdzie możecie się ukryć! Musisz pójść ze mną… - zaczęła i zająknęła się, jakby sama zdała sobie sprawę z wpadki. Nie bacząc już na ewentualnych strażników za plecami, drakon zatrzymał się i zrobił krok w stronę cofającej się przed nim dziewczyny.
        - Muszę? – zapytał tylko, ledwo słyszalnie. Eliza zbladła.
        - Żeby was nie złapali…
        - Nie okłamuj mnie Eliza, dobrze ci radzę – mruknął cicho, nawet nie kryjąc groźby w głosie. – Pomogłem ci raz, ale nie wyobrażaj sobie za wiele i nie testuj mojej cierpli…
        - Mają Marca – jęknęła nagle, przerywając mu w pół słowa i rozklejając się już zupełnie. – Przepraszam James, przepraszam cię, ale oni nas widzieli razem i kazali cię przyprowadzić, ja nie wiedziałam co zrobić, oni…
        - Kto „oni”? – zapytał już warcząc, na co Eliza zaczęła łkać. – Nie rycz – prychnął, ale wyprostował się, cofając się o krok i dając dziewczynie trochę przestrzeni. Spojrzał za siebie, czy nie mają już ogona, ale hałas był jeszcze daleko. W tym czasie dziewczyna otarła szybko łzy z policzków, starając się też zdusić łkanie. Osobna sprawa, że raz na jakiś czas spoglądała w stronę Elleanore i czerwieniła się okrutnie, jakby w lęku przed osądem nieznajomej.
        - Nie wiem, nigdy wcześniej ich nie widziałam, przysięgam. Przyszli do nas, wzięli Marca i kazali przyprowadzić ciebie do kościoła.
Rain uniósł brwi, pierwszy raz autentycznie zdziwiony.
        - Kościoła?
        - Katedry za rogiem, jest opuszczona, już tam nie robią mszy, bo budynek do remontu…
        - Nieważne, prowadź.
        - Co?
        - Słyszałaś – warknął, a dziewczyna znów drgnęła.
        - Przecież to pułapka – ledwie szepnęła.
        - Przynajmniej o niej wiem – mruknął ochryple, już poważnie zirytowany i ruszył szybszym krokiem, nawet nie zwracając uwagi, czy Elleanore mu towarzyszy.
        Cholerne małolaty. Że też on zawsze się w coś takiego wpakuje i zamiast pilnować własnego nosa i odesłać dzieciaka w diabły, żeby radził sobie sam, to poda rękę, a później uczepi się takie i nie da się zbyć. A teraz jeszcze wykorzystują młodszego brata jakiejś smarkuli tylko po to, żeby ściągnąć jego w zasadzkę. Absurd. Skąd w ogóle pomysł, że by jej posłuchał? Znał ją dwa dni. Poza tym na cholerę w ogóle zasadzka. Wystarczy go znaleźć i zaproponować zlecenie, a sam przyjdzie.
        „Dramaturgia”, prychał w myślach, przemierzając ulicę w milczącym towarzystwie Elizy i zaskakującym towarzystwem zjawy. Nie zastanawiał się jednak teraz nad jej pobudkami i nie spławiał protekcjonalnie. Ta dla odmiany była rozsądna i nie trzeba było jej za rączkę prowadzić. Nie mówił też, że mają zostać na zewnątrz. Eliza nie posłucha (jak to przeżyją, to przełoży młodą przez kolano), a Elleanore jest dorosła i sama podejmuje za siebie decyzje. Wiedziała, w co się pakuje, a skoro nadal pisała się na wieczór pełen wrażeń… cóż, przynajmniej się nie rozczaruje. Czy nie będzie żałować to już osobna sprawa.
        Bez słowa więc dotarł do wspomnianej katedry. Niewielka, ale charakterna, a w mroku późnego wieczora przyjemnie surowa. Skrzypiąca furtka tylko dodawała teatralności całemu przedsięwzięciu, co coraz bardziej irytowało drakona. Nie lubił cyrków, a już naprawdę nie znosił, gdy wciągało się go do udziału w takowym. Później do pokonania jeszcze tylko ciężkie wrota (z wyłamaną już wcześniej kłódką i tylko smętnie podzwaniającym łańcuchem), które zamknęły się za całą trójką, pogrążając ich w półmroku, rozświetlanym tylko niewielką ilością świec.
        Nie kryli się. Półmózg operacji stał przed ołtarzem, przytrzymując przy sobie za włosy kilkuletniego zapłakanego chłopca. Koło niego dwóch dryblasów od brudnej roboty i dwóch kuszników za jego plecami, zachodząc ich od tyłu odkąd weszli.
        - James Levine, we własnej osobie – odezwał się przeciągłym głosem facet przy ołtarzu. Nie widział jeszcze dokładnie jego twarzy, ale maniera głosu podpowiadała mu, że i tak by się nie polubili.
        - Puść dzieciaki – wychrypiał drakon, nawet nie podnosząc głosu. Dźwięki niosły się tutaj idealnie, mimo że znajdował się dobrych kilkadziesiąt kroków od tamtego cwaniaka i jego goryli.
        - Ależ oczywiście. Środki do celu, sam rozumiesz.
        Rain bardziej usłyszał niż zobaczył, że tamten się uśmiecha, ale nie odpowiedział. Eliza wciąż trzymała się przy jego boku, co chwila szepcząc przeprosiny, które również ignorował. Mimo wszystko nie miał jej za złe. Postawiono ją w sytuacji bez wyjścia. Poganiać też nie musiał, i gdy tylko gość puścił jej brata, rzuciła się biegiem w jego stronę, łapiąc dziecko w ramiona i znikając w bocznym wyjściu, oglądając się na drakona tylko raz. Skinął jej głową.
        Również prowodyr całego zamieszania odprowadzał dziewczynę wzrokiem, jednak zupełnie innym, co potwierdziło tylko cmoknięcie, gdy tylko Eliza zniknęła za drzwiami.
        - Masz słabość do młodych dziewcząt, co Levine? – zanucił brunet, teraz podchodząc kilka kroków i pokazując się lepiej w świetle. Rain nie odpowiedział, na co tamten westchnął. – Tak, to że raczej milkliwy z ciebie typ też mi powiedziano. Natomiast pani… - mężczyzna znów zbliżył się kilka kroków, mierząc Elleanore długim spojrzeniem. – Pani kim jest? – zapytał z podobnym zadowoleniem w głosie, zaraz jednak przenosząc spojrzenie na wojownika. - Mówiono mi, że Etna raczej młodziutka, niziutka i ciemnowłosa… - zanucił brunet, dopiero teraz skupiając na sobie (nieszczęśliwie dla niego) pełną uwagę drakona, w komplecie z morderczym spojrzeniem.
        - Ach, jest i on. Doskonale, możemy rozmawiać o interesach.

Awatar użytkownika
Elleanore
Szukający drogi
Posty: 47
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Elleanore » 3 miesiące temu

        Długie pytania czasem dziwnie przypominające monologi miały wiele zalet. Zwykle któraś jego część mniej lub bardziej skłaniała przesłuchiwanego do udzielenia odpowiedzi, a przy okazji Elleanore zyskiwała sporo innych, niekoniecznie zamierzonych sugestii lub niemal kompletnych informacji z samych obserwacji swojego rozmówcy. Jedni kryli się lepiej inni słabiej, ale jeśli umiejętnie poprowadzić słowa, zwykle można było zyskać chociaż drobne poszlaki. W ten sposób Ell obserwowała na przemian niewielkie zainteresowanie, wręcz ostentacyjną obojętność wojownika czy niewielkie rozbawienie. Z zadowoleniem uznała, że szatyn miał poczucie humoru, które przez moment przebiło się na okaleczonej twarzy. A gdy po piwie mężczyzna uznał, że i jemu nie zawadzi na poważnie uzupełnić procentów, wampirzyca uznała z lekkim rozbawieniem, że z jakiegoś niezupełnie pojętego powodu jeśli kogoś obdarowała sympatią, prędzej czy później wywoływała potrzebę przytłamszenia świadomości promilami. Przynajmniej Cas nieraz oznajmiał, że najchętniej by się porządnie napił, podobnie Luca, gdy zupełnie nie czyniła nic złego. Czyżby i wojownika doprowadziła do podobnego stanu umysłu tak błahym pytankiem, czy zwyczajnie była to naturalna kolej rzeczy a ona jedynie przypadkiem siedziała obok, oto było pytanie.
Ciekawość pozostała na swoim miejscu gdy Leonore słuchała odpowiedzi uważniej niż można by oczekiwać po tak luźnym pytaniu. Zupełnie jakby i tu między wierszami doszukiwała się dodatkowych informacji. Stary i chyba niezbywalny nawyk. Na przykład zyskała ogólny stosunek do mamony.
Zaś szorstki ton powitała spojrzeniem spod rzęs, jakoś wcale nie czując się wystraszoną, skruszona również niespecjalnie. Nieumarłej bliżej było do zadowolenia gdy dosuszała szklankę upewniając się, że James pospieszył dziewczątku na ratunek. Ją pewnie też wyratował i chociaż nie poczuwała się do bycia w jakichś szczególnych opałach gest był całkiem szarmancki w swojej bezpośredniej brutalności, a mężczyzna uroczy z całą swoją prezencją mordercy z zaułka i ratowaniem małych dziewczynek. Podobnie zresztą jak rozdrażnione wytknięcie im pakowania się w kłopoty.
        - A myślałam, że dżentelmeni to ginący gatunek - zanuciła zabierając się za kolejnego drinka.
        Niestety beztroski wieczór nie mógł trwać zbyt długo, to było chyba jedno z praw natury. Przerwał go nie mniej urokliwy chłopaczek. Już na pierwszy rzut oka mały łobuz, z którego zapewne wyrośnie pierwszej klasy rozrabiaka, o ile oczywiście dożyje wieku męskiego. Cóż czynić, Ell właśnie uznawała, że Trytonia rzeczywiście miewała swoje momenty jak powiedział szatyn, i mogła co najwyżej przyznać się samej sobie, że miała niewielką słabość do jednostek potencjalnie problematycznych.
        Chcąc nie chcąc, słysząc ostrzeżenie przechyliła lekko głowę, wciąż przyglądając się chłopaczkowi wzrokiem zauroczonego grzechotnika. To dopiero zapowiadał się wieczór pełen wrażeń. Albo zdążyła już wypić ilość alkoholu niezbędną żeby świat stał się nieco ciekawszym miejscem. Poważne upojenie wampirzycy raczej nie groziło, ale niewielki szmerek przynoszący relaks umysłowi był osiągalny jeśli dołożyło się odpowiednich starań. Ile już wypiła…? Zgubiła rachubę. Czyli jak najbardziej odbiór rzeczywistości mógł być zasługą alkoholu. Aż chciała zaczepić czujkę i porozmawiać z nim chwilę, ale przecież właśnie służby miejskie przerywały jej miły wieczór.
Ujęła dłoń wojownika i spłynęła ze stołka ruszając z nim w noc miasta. Psów z nielicznymi wyjątkami nie trawiła podobnie jak całe zgromadzone tu towarzystwo. W oczach hrabiny za bardzo przypominali zwykłych bandytów odzianych w mundury, nazbyt chętnie nadużywających danej im władzy. Wolała już prawdziwych łobuzów i to z nimi prędzej sympatyzowała, chociaż nigdy z żadnymi kontaktów nie utrzymywała. Pozycja społeczna nie pozwalała na podobną nieroztropność i zapewne nikt nawet nie podejrzewałby kobiety z dobrego domu o równie wywrotowe poglądy. Chociaż z brakiem sympatii wobec mundurowych nie musiała się kryć.
        Wyjaśnień wampirzyca nie oczekiwała, więc z niekrytym zainteresowaniem spojrzała na wojownika, który próbował wyprowadzić ich bezpiecznie, podczas gdy w oczach hrabiny plątało się coraz większe rozbawienie.
        - Paradnie - skwitowała z tłumionym śmiechem, dając się prowadzić jakby zmierzali na piknik a nie próbowali uniknąć obławy.
        Już widziała minę Casjusa. Nie wypuściłby jej więcej z domu. Zamknąłby sypialnię na klucz wcześniej udzielając reprymend jakby była nastoletnią dzierlatką, która wymknęła się na potajemną schadzkę i na koniec wpadła w kłopoty. Zdecydowanie takie soczyste informacje o przygodzie należało zachować na specjalną okazję gdy będzie miała ochotę podręczyć wilka. Luca miał trochę poczucia humoru i nie doskwierało mu aż takie parcie na kontrolowanie wszystkiego, więc byłby to pewnie ten moment gdy spytałby czy może skorzystać z barku. A jednak doprowadzała mężczyzn do picia…
Klaus, on poczucia humoru w takich chwilach nie miewał i lepiej by się o tym akurat elemencie wycieczki nie dowiedział. Nieświadomość i nieznajomość prawa rzadko kiedy zwalniała z jego przestrzegania, przynajmniej w Maurii. Naprawdę nie wiedziała gdzie wchodzi ale czy dobrze urodzona kobieta nie powinna od razu zawrócić na pięcie… Hazard legalny bywał bardzo rzadko. Walki w dokach, obstawiała (dosłownie chwilę wcześniej i teraz w przenośni), że raczej też nie skoro nigdy nie spotkała się z możliwością inwestowania w podobny biznes. To były w zasadzie pierwsze prawdziwe wakacje w jej życiu i jak spojrzeć na wyprawę z tej perspektywy to od razu wpakowała się w możliwe kłopoty z prawdziwym rozmachem.
        Z rozmyślania wyrwało hrabinę nagłe pojawienie się Elizy. Ell spojrzała na młódkę i na wojownika, ponownie bawiąc się obserwacją kolejnej scenki rodzajowej. Zapowiadało się coraz ciekawiej, czuła strach, a dziecko coś ukrywało. Wojownik też nie był w ciemię bity, chociaż w oczach nieumarłej wyglądał bardziej naiwnie rycersko niż chciałby się przyznać. Mimo groźnego wyglądu miał znacznie więcej empatii niż Elleanore, sam fakt, że poczuwał się do obrony kogoś obcego a teraz szedł w zasadzkę żeby uratować czyjeś rodzeństwo, dziecko czy coś w tym guście. Ell co najwyżej bawiła się sytuacją i obserwowaniem osób oraz ich losów zupełnie jakby była widzem podczas teatralnej sztuki.
Dbała o swoich, obcy byli jej zupełnie obojętni. Mogła kogoś obdarzyć sympatią lub jej brakiem, ale by zaskarbić sobie głębsze uczucia hrabiny trzeba było czegoś więcej. Rzadko kiedy czyniła wyjątek jeśli nie upatrywała się w swoich poczynaniach korzyści. Dzisiejszego wieczora urozmaicała sobie czas nie tylko zwiedzaniem ale teraz i zagrożeniem innych. Dziecko jedno czy całe przedszkole, nie kiwnęłaby palcem, koleje losu traktując jako selekcję naturalną, ale za jednego swojego wilka bez mrugnięcia okiem poświęciłaby całe miasto. Całe szczęście nikt nie był świadom specyficznej moralności Elleanore, a jeśli wilki coś podejrzewały, nie dzieliły się spostrzeżeniami z typami spoza stada i dla świata Ell pozostawała jedynie oziębłą i wyrachowaną do granic bólu.
        Za dziewczynką podążyła z czystej ciekawości, za najemnikiem z ciekawości oraz sympatii, którą wzbudził. Wieczór ku uciesze hrabiny zapowiadał się coraz pikantniej, a alkohol i emocje jeszcze nie wyparowały by skonfrontować ją z faktem jak idiotyczny był to pomysł. Lub tego wieczora zwykła Elleanore naprawdę zamieniła się miejscami z jedną z sukien i została w skrzyni, ukryta przed światem podczas gdy po ulicach grasowała śmiertelnie znudzona i znużona wampirzyca, dla której konsekwencje nie istniały nim nie nastał świt.
        Zjawili się w klimatycznej katedrze stanowiącej piękne i dramatyczne tło. Mrok rozświetlały jedynie świece, sprawiając, że srebro oczu Ell podzieliło się miejscem z czernią źrenic, gdy te pływały leniwie po wnętrzu jak u znudzonej turystki.
Kusznicy zajmowali korzystniejsze pozycje, a Leonore odprowadzała spojrzeniem umykające, pośrednie przyczyny zamieszania, dochodząc do konkluzji, że wojownik był wręcz słodki, a jego wygląd mógł mieć pewien związek z brakiem poszanowania własnego dobra. Potem przeniosła uwagę na głównego organizatora bałaganu, uwagę dzieląc pomiędzy mówiącego do Jamesa, resztę ekipy i samo wnętrze kościoła.
        - Może gdyby podstawy dobrego wychowanie nie były ci obce, byś się dowiedział - odezwała się nie zaszczycając mężczyzny dalszymi oględzinami, większą uwagę poświęcając świecom znajdującym się w tle jego pleców. Nie zamierzała tytułować “panem” kmiotka, który nie wiedział iż wpierw sam powinien się przedstawić.
        Rozkład sił powoli formował się po myśli obcego i Elleanore uznała, że stać nie będzie, ani gdy zamierzali rzekomo o interesach rozmawiać, ani jako jeden z pionów na szachownicy. Wolnym krokiem zdryfowała w stronę ławek i usiadła na jednej z nich, dosłownie. Siedzisko wampirzyca potraktowała jako mebel dla pospólstwa, sadowiąc się na pulpicie na którym wierni mogli układać dłonie i głowy podczas bicia błagalnych pokłonów. Siedzenie ławki posłużyło za to jako podnóżek dla jednej ze stóp, podczas gdy drugą delikatnie zginając wyciągnęła przed sobą na pulpicie. Oczywiście, że to nie było przedstawienie. Bransoleta dostała się w rzemienie sandała i teraz piła niemiłosiernie. Dlatego nie lubiła butów, owszem izolowały stopy od plugastwa bruku, ale były wyjątkowo niewygodne. Nachyliła się w stronę podrażnionej kostki żeby poskromić uciążliwe skórzane paski, a że przy okazji odsłaniała wycięcie sukni, w którym bez skrępowania pokazywał się cały bok aż do szarfy do tej pory tak bawiącej wojownika, przecież nie sprawdzała jak bardzo kusznicy nadal utrzymają swój pierwotny cel. Zwyczajnie nie mogła znieść uwierającej, krnąbrnej biżuterii. Przecież nie grała na męskiej głupocie celowo i wcale nie testowała poziomu wytresowania obecnych w katedrze zakapiorów. Materiał sukni zupełnie niezamierzenie zsunął się z nogi zasłaniając dopiero pachwinę, taki był krój stroju, cóż mogła uczynić. I zupełnie nie igrała ze skupieniem zgromadzonych, i ani trochę nie bawiła się tym nie-testowaniem.
Dopiero gdy uwolniła udręczoną kostkę poświęciła obecnym więcej uwagi, siadając jak damie przystało, zakładając nogę na nogę.

Awatar użytkownika
Rain
Szukający drogi
Posty: 38
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Rain » 3 miesiące temu

        Dawno mu się tak dobrze z kimś nie rozmawiało. Nawet nie pomyślał wcześniej, że wśród ludzi, których zazwyczaj spotykał, rzadko dominował ktoś bardziej inteligentny i obyty. Podróżnicy na swój sposób wykazywali się na pewno większą wiedzą o świecie niż jego zjawa, ale to jej inteligentny humor i zaczepne spojrzenia sprawiały, że od czasu do czasu uśmiechał się pod nosem. Na wzmiankę o dżentelmenach prychnął cicho rozbawiony. Tego w teatrach nie grali.
        - Wypraszam sobie – rzucił lekko z krzywym uśmiechem.
        Później oczywiście musiało zrobić się zamieszanie, a Rain sam nie wiedział, dlaczego nieco ciągnął Elleanore za sobą. Niby nie mógł jej zostawić w hali, ale czemu jej nie odprawił, gdy podążyła za nim i Elizą do katedry, już nie wiedział. Powtórzył sobie tylko, że dorosła z niej dziewczynka i w razie czego sama stwierdzi, że tyle emocji na dzisiaj jej wystarczy.
        Kobiecie nie przeszkadzała jednak ani wiadoma zasadzka, ani pięciu typów spod ciemnej gwiazdy, którzy czekali na nich w kościele. Cóż, teraz już sześciu, licząc Raina. W swoim stylu ustawiła dowodzącego bruneta do pionu i skierowała się w stronę ław. Wojownik nie zatrzymywał jej, pilnując bardziej, by nikt nie podążył za nią. Człowiek, który tu na nich czekał ze swoimi ludźmi, odprowadził ją tylko spojrzeniem, zaraz wracając do Levina.
        - Rzeczywiście, mój błąd. Harlan Cole, chociaż wątpię, by nazwisko ci coś mówiło.
        Przeciągał głoski na modłę wysoko urodzonego panicza, chociaż zmarszczki już przecinały jego twarz, ukazując że ma koło trzydziestu kilku lat. Wyglądał młodziej niż Rain, już pomijając „ślady doświadczenia” w aparycji wojownika. Ten teraz tylko wzruszył barkami, nie dbając w ogóle o miano mężczyzny, a bardziej o to, co było tak pilnego, by wyśledzić go w Trytonii. Cole westchnął, przejmując ciężar rozmowy.
        - A czy nazwisko Roibeard coś ci mówi? – kontynuował spokojnie i tu Levine już skinął beznamiętnie, nie dając po sobie poznać, by wiązał ze wspomnianym mężczyzną jakiekolwiek emocje.
        - Owszem, znana szumowina – powiedział tylko.
        - Nie byle jaka, bo czyjaś – zaznaczył Cole. - Wysłano go do ciebie ze zleceniem. Nie wrócił.
        - Może się zgubił.
        - Nie kpij sobie ze mnie – facet uniósł głos, podczas gdy wojownik tylko spoglądał na niego spode łba, w końcu decydując się na odpowiedź.
        - Przyjechał ze zleceniem. Zlecenie wykonane, w czym problem?
        - W tym, że zabiłeś jednego z najlepszych pracowników człowieka, z którym naprawdę nie chcesz zadrzeć.
        - Powiedz szefowi, żeby znalazł sobie lepszych pracowników.
        - Jeden z ludzi Roibearda jakimś cudem trafił do miejskiej straży, bo była nagroda za jego głowę – kontynuował niezrażony Harlan.
        „Mallard, ty stary, durny pierdzielu…”, warknął drakon w myślach, chociaż jego twarz wciąż pozostała surowa. Nic dziwnego, skoro goryl wrócił do pana, to wyśpiewał wszystko, jak na spowiedzi. Czy Levine się tym przejmował? Niespecjalnie. Harlan zaś kontynuował, coraz bardziej drażniąc szatyna.
        - Myślałeś, że nikt się nie dowie, że za tą swoją dziewczynę potrafisz zabić każdego, kto jej zagrozi? – uśmiechnął się, a Rain westchnął bezgłośnie. Dziewczynę? Co on miał, piętnaście lat?
        - Zabijałem za mniej – wychrypiał tylko, na moment zabijając Cole’a z tropu. Facet jednak szybko się pozbierał i uśmiechnął przez zaciśnięte zęby.
        - A za nią? – syknął, wskazując swojemu człowiekowi wzrokiem Elleanore, ale jego spojrzenie już nie wróciło do wojownika. Podobnie, jak maślane oczy goryli, kuszników i zainteresowane ciemne ślepia Raina, które także podążyły w stronę srebrnowłosej i tam zostały.
        Przez moment wszyscy w absolutnym milczeniu doceniali piękno zgrabnej, długiej nogi, podczas gdy właścicielka owego dzieła sztuki toczyła nierówną walkę z zaplątaną w paski sandała bransoletą. Posągi z alabastru mogłyby pozazdrościć kobiecie gładkiej i nieskazitelnej skóry, której nie byłby w stanie oddać najlepszy rzeźbiarz. Nie wiadomo właściwie, jak długo mężczyźni trwaliby w pełnym uznania milczeniu, bo nawet Rainowi nie spieszyło się z odwróceniem wzroku. Dwa dźwięki przebiły jednak ciszę w momencie, gdy biały materiał zsunął się na bok, ukazując długą nogę w jej pięknej okazałości. Stukot wypadającej z rozchylonych ust wykałaczki na kamienną posadzkę, zginął wśród brzęku bransolet, jednak pełny pobożnej czci szept potoczył się echem przez kościół.
        - O ja cię sunę…
        Spojrzenia wszystkich jak na gwizd powędrowały w stronę skrytego między ławkami chłopaka z czapką na bakier, który nieświadomy zagrożenia, lub chwilowo nie myślący zbyt rozsądnie, wciąż wlepiał się w nagie udo kobiety. Później wszystko potoczyło się błyskawicznie.
        James jednym długim krokiem znalazł się przy czujce, łapiąc chłopaka za kołnierz i dosłownie posyłając ślizgiem na drugą stronę przejścia, prosto pod nogi Elleanore. Ten nagły ruch zdawał się oficjalnie rozpocząć walkę albo po prostu Harlan dał znać swoim ludziom, bo ci nagle wyrwali się z bezruchu. Levine zdążył uchylić się przed pięścią jednego z mięśniaków, ale nie przed bełtem z kuszy, który wbił mu się od tyłu pod barkiem, przechodząc na wylot. Drakon w swoim skrzywieniu nawet nie poczuł bólu, a jedynie spojrzał, jakby zaskoczony, na kawałek drzewca wystający mu spod obojczyka. Bez namysłu ułamał bełt z grotem i wbił go w szyję faceta, z którym przed chwilą walczył.
        Pomny jednak strzelców, obrócił się z trupem, zasłaniając się nim jak tarczą, w którą wbiły się zaraz dwa kolejne bełty i ruszył na kuszników. Rzucił martwym cielskiem w stronę tego z bronią gotową do następnego strzału, najpierw zajmując się tym, który dopiero ładował kolejny pocisk. Wojownik wyrwał mężczyźnie kuszę z rąk i przywalił mu nią centralnie w twarz, pozbawiając biedaka przytomności. Złapany od tyłu w niedźwiedzi uścisk drugiego goryla, huknął mu silnie z główki, łamiąc nos, wywołując zawroty głowy i na chwilę wyłączając z walki. W tym czasie dostał z kuszy drugi raz, ale tylko w udo, od podnoszącego się w pośpiechu z ziemi mężczyzny. Do tego bełtu już sięgał bez problemu, więc ułamał część z grotem i wyciągnął drzewce, odrzucając obie części niedbale na posadzkę.
        - Dobry jest, nie? – sapnął w zachwycie chłopak, który zbierając się z ziemi, został w siadzie pod nogami Elleanore, z czapką już zupełnie na boku głowy i chwilowo poświęcając większą uwagę wojownikowi, niż nogom kobiety. Chwilowo.
        Levine zaś dotarł do cofającego się po podłodze kusznika, złapał w garść jego koszulę, unosząc sobie nieco faceta i znokautował go jednym silnym ciosem pięścią w twarz. Puścił bezwładne ciało, zawracając do zbierającego się po uderzeniu goryla i poprawił mu prawym i lewym sierpowym, później wyprowadzając kilka ciosów w korpus, gdy facet trzymał się lepiej niż powinien. Chwilowo jednak po prostu stał na nogach, zbierając ciosy, a po kolejnym sierpowym w szczękę, odwrócił się lekko na pięcie i widowiskowo runął na kamienną podłogę, urywając echa walki.
        Rain rozejrzał się za Harlanem, ale tego nigdzie nie było widać, podszedł więc do Elleanore i Tommiego. Złapał tego ostatniego za koszulę, stawiając gwałtownie na nogi i trzepnął go otwartą ręką w łeb, aż młody zrobił dwa kroki w bok, łapiąc w ręce spadającą z głowy czapkę.
        - Hej! Przyszedłem pana ostrzec! – zbuntował się chłopak, prostując butnie i ostentacyjnie zakładając znów czapkę na głowę. Oczywiście na bakier. – Thomas Cully, do usług – skłonił się lekko w stronę Elleanore.
        James pozostawiłby to godne pożałowania usprawiedliwienie bez komentarza, gdyby nie drażniące słówko.
        - Nie „panuj” mi tu, młody. I spadaj do domu – mruknął, ale Tommy usłyszał tylko jedno i wyszczerzył się radośnie, wysuwając podbródek. Był na „ty” z Rainem!
        - Ale ja mogę pomóc. Znam miasto. Panią pomogę obronić… – pyskował dzieciak, niezmiennie susząc zęby w zawadiackim uśmiechu, a pewną siebie, butną postawę psuły tylko maślane oczy dziecka, gdy czujka zerkała na srebrnowłosą.
        Wojownik jednak już ignorował dzieciaka, spoglądając pobieżnie na kobietę, po czym przysiadł na ławce obok zgrabnych nóg.
        - Dasz radę to wyjąć? – wychrypiał, wskazując głową na sterczące mu z pleców drzewce z lotką.
        Jakby nie kombinował to sam nie sięgnie, a mimo tego, że ta elegancka dama wydawała się absolutnie niekompetentna do wyciągania strzał z czyjegoś ciała, z jakiegoś powodu ufał jej bardziej niż bystremu, ale nadpobudliwemu dzieciakowi, który mógłby w ogóle nie mieć siły wyszarpnąć bełtu. Poza tym Elleanore nie wyglądała, jakby mdlała na widok krwi. W międzyczasie wyciągnął z kieszeni zwitek bandaża, którym zazwyczaj owijał pięści przed walką. Teraz obwiązał sobie ciemnym materiałem udo w miejscu po strzale, zaciskając dwa mocne supły na ranie wlotowej i wylotowej

Awatar użytkownika
Elleanore
Szukający drogi
Posty: 47
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Elleanore » 3 miesiące temu

        Może i wampirzycy nic nazwisko nie powiedziało, ale je zapamiętała. Chociaż teraz sama ani myślała się przedstawiać. Pierwsze wrażenie robiło się jedno, a ten kmiotek swoje zmarnował. Arystokratą się było a nie rodziło, papier i rodowód wcale nie chronił przed byciem zwykłym warchołem. A nawet jeżeli miano jegomościa było jednym z wielu w tej chwili nic nie znaczących choćby dlatego, że znała głównie bardziej znaczące osobistości a od szumowin i ciemnych interesów trzymała się z daleka więc persony półświatka były dla hrabiny niewiadomymi, umiała znajdować interesujące ją informacje. Nawet i w tej branży, oczywiście chociażby po to by od ciemnych typków trzymać siebie i swoje interesy jak najdalej.
        Zajęła się sandałem doskonale słysząc rozmowę. Ba, w katedrze niósł się każdy szmer, więc nikt nie musiałby się przysłuchiwać, ale powierzchownie zajęta splątaną bransoletą nie dała poznać jak bardzo poczuła się urażona pytaniem, propozycją, czy może groźbą Cole’a. Nie wiedziała tylko czy mężczyzna był tak beznadziejnie głupi czy zwyczajnie bezczelnie złośliwy. W sumie różnica była niewielka, a ani jedno ani drugie nie działało na jego korzyść. Przecież najemnik powiedział jak niewiele trzeba było by pozbawił kogoś życia. Jej jak najbardziej było więcej warte niż się Harlanowi mogło zdawać. Na pewno więcej warte niż tego impertynenta! Tylko gladiator przecież ani nie musiał znać jej wyceny ani się z nią zgadzać, byli sobie obcy. Dwójka przypadkowych towarzyszy jednego wieczora w barze. Jutro mogli siebie zupełnie nie pamiętać, pytanie więc było bezsensowne, zwyczajnie irytujące i aroganckie bo sprawdzało czy wojownik stanie w obronie obcej kobiety.
Niby-szlachetka prosił się o kłopoty, albo zwyczajnie chciał testować wojownika, tylko w jakim celu. Jak miał problem powinien przejść do sedna a nie trącać brzozową witką siedzącą na łańcuchu bestię patrząc czy pokaże kły, wysoce nieroztropne bo sprawdzało wytrzymałość przerdzewiałych więzów. Jak biznes, wzajemny szacunek kontrahentów był podstawą udanej transakcji. Wśród zwykłych ludzi można się było co najwyżej posprzeczać, potrzymać urazę, przeszkadzać sobie w przyszłych inwestycjach. Patrząc na urokliwe oczy jej gladiatora, w najlżejszym wypadku zarobić w zęby, ale chyba już nie na tym etapie. Tylko wyraźnie mało kto był tego świadom, albo był zbyt głupi i nie zdawał sobie sprawy ze skali ryzyka.
        Brak sensu podobnych gierek był jednym. To jak uwłaczające było pytanie przesycone męskim przeświadczeniem jakoby mógł rozporządzać cudzym życiem tylko dlatego, że było kobiece, drugim, znacznie bardziej drażniącym. Gołą ręką wydarłaby mu krtań i cisnęła w twarz patrząc jak skrwawia się na posadzce z satysfakcją widząc pojawiające się w oczach zrozumienie jak wielce się pomylił. I wraz z uwolnieniem jednego z rzemieni w Ell uderzyła świadomość, że to miasto miało na nią zły wpływ. Normalnie z satysfakcją nasłałaby na impertynenta urząd podatkowy, przed fiskusem drżeli wszyscy, mało kto był nieskazitelny jak łza, a dzisiaj konfabulowała nad patroszeniem grubianina. Niedobrze. Nigdy nie miewała podobnych ciągot, zawsze starała się panować nad pierwotnymi żądzami.
Dla niewielkiego ułagodzenia rozeźlonego nastroju hrabiny nie-granie z męskimi instynktami wypadło lepiej niż sądziła. Wszystkie głowy, plus jedna nadprogramowa, której obecność jeszcze się nie ujawniła, zwróciły się w jej stronę i zamarły.
A wszystko przez nadmiernie pruderyjne zasady Alarańskiego społeczeństwa. Szczytem ekstrawagancji były odsłonięte kostki, przez kobietę oczywiście. Mężczyźni czynili co im się żywnie podobało, jak wszędzie zresztą… A kobiety (z wyższych sfer w szczególności) krępowano centarami materiałów. Potem jak jakaś odważniejsza i nieskrępowana własnym ciałem odsłoniła odrobinę skóry to towarzystwo zupełnie dębiało. Obserwowała wszystko spod rzęs znacznie dokładniej niż sugerowałoby poświęcenie biżuterii, do momentu gdy kolejne życie wreszcie dało o sobie znać. Dziecku podobną reakcję można było wybaczyć. Zerknęła razem z innymi w stronę pociesznego młodzika i wtedy rozpoczęła się jatka.
Nie drgnęła nawet gdy młodzik ślizg wyhamował na ławce pod jej stopami.
        - Zaiste - zamruczała pochylając się do przodu krzyżując ramiona na założonym kolanie, żeby mieć twarz bliżej chłopaczka.
        - I bardzo nierozsądny - dodała obserwując walkę i kątem oka uciekającego Harlana. Zapamiętała sobie jego zapach, który przez strach był jeszcze wyraźniejszy i drażnił wewnętrznego drapieżnika.
        Wszystko skończyło się równie szybko jak się zaczęło. Wyprostowała się z powolną gracją gdy James znalazł się obok i z rozmachem trzepnął butnego chłopaczka. Wampirzyca popatrzyła na wszystko rozbawionymi oczami, łącznie z deklarcją przydatności, tłamsząc chęć zapytania “A kto ciebie słodziutki ochroni przede mną?”. W zamian wyciągnęła do młodzika rękę, przedstawiając się melodyjnie - Ell. - Zaraz potem skierowała uwagę na wojownika.
        - Zakładam, że nie pchać szerszego końca w ranę - zanuciła pobłażliwie. Zgarnęła włosy do tyłu, by nie plątały się po rękach i stanęła na ławce żeby przemycić jedną ze stóp na drugą stronę siedzącego mężczyzny. Dopiero ponownie usiadła opierając kolana o jego boki. Podniosła wiszący na plecach miecz uważnie przekładając pas przez głowę Jamesa żeby podać mu broń i ze znacznie wygodniejszej pozycji nachyliła się nad rannym barkiem i zerknęła na ranę odsuwając kołnierz koszuli, która powoli nasiąkała krwią. Bełt częściowo hamował krwawienie, jeszcze. A sobie szatyn znalazł pomoc medyczną. Słodki zapach przyjemnie drażnił nozdrza. Nieświadomy najemnik miał szczęście, że nie była podlotkiem głodniejącym na samą woń posoki, tym bardziej gdy ta pachniała inaczej, w nieznany sposób, takiej nie miała okazji takiej smakować. Ale by zakosztował leczenia.
        - Opowiesz o Etnie, proszę - zanuciła, prostując się na chwilę i obrywając pasma szarfy niewiele poniżej wiązania. Była czystsza niż dół sukni, no i oczywiście łatwiej ją było wymienić, a suknia byłaby do wyrzucenia… Przygotowane zwitki podała chłopcu do ręki, niech się na coś przyda a nie tylko się patrzył, i niech się uczy bo jak nadal tak chętnie będzie szukał kłopotów, to nigdy nie wiadomo kiedy użyje nowo podpatrzonej umiejętności. Już przygotowana wróciła do rany.
Palcami, zręcznie odłamała kilka drzazg, które starczały rozczapierzone po ułamaniu bełtu. Jak coś robiła to starannie i przemyślanie, zbędnego pośpiechu nie lubiła, a nie chciała żeby kawałki drewna dostały się do obrażenia. Pewnie, że same by wylazły, ropiejąc i opóźniając gojenie.
        - Oprzyj rękę - delikatnie uchwyciła łokieć mężczyzny prowadząc go na swoje udo, manualnie wyjaśniając co miała na myśli - Mięśnie się rozluźnią - Raczej nikomu nie musiała tego tłumaczyć. Chyba, tak przynajmniej sądziła, no może dziecku, które gapiło się na sytuację jakby walczył sam ze sobą czy już powinien odwracać wzrok. Potem położyła dłoń na karku mężczyzny w uspokajającym geście, głaszcząc skórę kciukiem. Pozornie zwykła pociecha, stosowana bardziej z przyzwyczajenie i odruchowo niż przemyślanie a nabyta przez lata doświadczenia pracy z bardzo charakternymi i zębatymi pół-zwierzętami. W razie bardziej energicznych protestów dość wygodnie mogła przyblokować szarpiącego się mężczyznę. Nie unieruchomić, ale wyhamować na tyle by skończyła co zaczęła i zdążyła odsunąć się na bezpieczną odległość. Nawyk.
Drzewce chwyciła i wyrwała szybciej niż można było oczekiwać po delikatnych i ostrożnych ruchach kobiety.
        - Trzymaj - ucisnęła wylot rany, pozostawiając prowizoryczny kompres w ręku wojownika, samej uciskając wejście na plecach.
        - Dobrze by to było czymś zatamować - mruknęła rozglądając się po pomieszczeniu i westchnęła ciężko.
        - Mordując wszystkich, którzy cię zirytują w końcu naprawdę kogoś wkurzysz. Nawet jeśli ten kmiotek by nie nawiał. Nie trzeba być geniuszem żeby dodać dwa do dwóch. Tobie wszystko jedno. Mężczyźni! Zawsze macie w nosie tych, którzy pozostają z późniejszym bałaganem - niemalże warknęła jednocześnie pacnęła lotką w zdrowy bark drakona. Z formy wypowiedzi można się było domyślić, że dostało mu się nie tylko za swoje przewiny. Od niechcenia rzuciła bełt na ławkę i oblizała palce drugą ręką wciąż uciskając plecy szatyna, ignorując jeszcze większy szok sterczącego obok chłopca.

Awatar użytkownika
Rain
Szukający drogi
Posty: 38
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Rain » 3 miesiące temu

        Rain miał to do siebie, że niemal zawsze sprawiał wrażenie niezainteresowanego niczym, co działo się wokół niego. I nigdy nie była to poza, po prostu żył już na tyle długo i… ciekawie, że mało co robiło na nim wrażenie. A że z natury spokojny był z niego człowiek to i wszystkie niespodzianki przyjmował z otwartym umysłem i radził sobie z nimi na bieżąco. Nie ma co się wszystkiemu dziwić przecież, chociaż musiał przyznać, że reakcja Elleanore na to wszystko, a właściwie brak kompletnie jakiejkolwiek reakcji, był nieco zaskakujący. Zjawa od początku wydawała się kobietą nietypową, ale chociaż nie spodziewał się, że ucieknie z piskiem na widok bijatyki, to jej stoicki spokój był… interesujący. Przynosił też dziwną ulgę, że nie musi nikogo uspokajać, wyjaśniać i się tłumaczyć. Po prostu dosiadł się do niej z prośbą o pomoc, co też nie zdarzało mu się często. Fizycznej przeszkody jednak nie pokona i aż tak za siebie nie sięgnie. Gdyby był sam to pewnie coś by wymyślił, ale skoro nie musiał, to po co.
        - Byłoby miło – prychnął rozbawiony, słysząc kpinę. To by dopiero był ciekawy obrót spraw. Zamiast niegroźnej dziury miałby w sobie kawał kija do chirurgicznego usunięcia.
        Przesunął spojrzeniem za wstającą zjawą i pochylił się lekko, gdy siadała za nim. Spiął się nieznacznie, czując że traci ciężar miecza z pleców, ale zaraz podano mu broń do rąk. Odłożył miecz na pulpicie przed sobą i znieruchomiał, oczekując szarpnięcia. Zamiast tego jednak, najpierw poczuł szczupłe kolana na ramionach, a później odchylaną koszulę. Dobrze, że był cierpliwy. Zwłaszcza, gdy padło pytanie o Etnę. A właściwie prośba, co wbrew pozorom znacznie zmieniło jego zamiar co do puszczenia tego mimo uszu. Westchnął jednak, widząc jak Elleanore zabiera się do opatrywania rany.
        - Wyszarpnij to kobieto i będzie po sprawie – burknął, ale nie ruszał się, posłuszny uciskającym go lekko kolanom. Zerknął na Tommiego, który z wyraźnym przejęciem odbierał zwitki prowizorycznych bandaży, spoglądając na zmianę na Ell, której dłoń wcześniej ucałował, zadowolony że wreszcie ma okazję do wykorzystania szarmanckiego gestu i na Raina, jakby oczekiwał też z jego strony jakichś poleceń. Drakon tylko przymknął oczy, wzdychając bezgłośnie, gdy zobaczył przed sobą szczupłą dłoń, spokojnie oczyszczającą drugą część drzewca. To jednak trochę potrwa.
        - Etna to znajoma – powiedział w końcu. – Prowadzi zajazd na drodze przesmyku przez Góry Druidów – urwał, posłusznie przekładając łokieć na udo Elleanore. Dłoni jednak nie zwiesił bezwładnie, zamiast tego obejmując szczupłe kolano, po którym wodził bezwiednie kciukiem.
        - Jej ojciec prosił mnie przed śmiercią, żebym miał ją na oku, co wcale nie jest takie proste, bo dziewczyna pierwsze co, to władowała się w tarapaty, biorąc pożyczkę od złych ludzi – mruknął bez emocji, spokojnie poddając się zabiegom, które umilał mu dotyk na karku. Chyba nawet mógłby się przyzwyczaić do takiego opatrywania ran. Gdyby nie trwało to tak cholernie długo.
        Mruknął nagle, zaskoczony błyskawicznym pozbyciem się bełtu z ciała. Poruszył ramieniem na próbę, od niechcenia biorąc kompres i przyciskając go do rany. Nie można tak było od razu?
        - Samo przestanie cieknąć, starczy już tych zabiegów – mruknął, widząc już jak kobieta rozgląda się wokół. – Dziękuję – powiedział szczerze, mimo wszystko doceniając pomoc.
        Przekręcił się lekko, siadając bokiem między nogami zjawy i zerkając na nią pytająco, gdy ta nagle zaczęła wypominać mu ofiary. Rozejrzał się za jej spojrzeniem.
        - Żyją przecież. Poza tym jednym – wychrypiał, zerkając na faceta z grotem w szyi. Zapomniał się, zdarza się.
        Wykład jednak się nie skończył i wojownik łypał spode łba na perorującą srebrnowłosą, unosząc lekko brew, gdy dostał lotką w ramię. Jeśli jednak nie zdziwił się wystarczająco do tej pory, to właśnie dostał obiektywny powód. Kobieta odrzuciła pogardliwie kawałek drzewca i zamiast wytrzeć splamione krwią dłonie o jego i tak uwaloną już koszulę, oblizała skrupulatnie palce. Tommy coś pisnął, cofając się o krok, ale drakon tylko zmrużył lekko oczy. Ignorując obejmującą go dłoń, wciąż tamującą ranę na plecach, podniósł się, stając między nogami Elleanore i sięgając do jej twarzy.
        Ludzie często zakładali mozolność wojownika, sugerując się jego sylwetką i powolnymi z natury ruchami. Gdy jednak chciał, drakon potrafił poruszać się niespodziewanie płynnie i szybko, często wygrywając właśnie przez zaskoczenie przeciwnika. Tak i teraz mógł co najwyżej dostać w łeb, twarz czy ramię, ale ruchu by to nie zatrzymało. Dłoń sprawnie złapała podbródek kobiety, a kciuk uniósł delikatnie górną wargę. Kieł błysnął krótko, bo James zabrał szybko rękę, ale nie odsunął się, opierając ją na udzie Elleanore. Chciał się tylko upewnić, a przecież nie będzie prosił, by pokazała ładnie ząbki. Wydawało mu się to właśnie bardziej protekcjonalne, niż szybkie upewnienie się. Na dodatek w geście, który wykonywany przez kogoś innego mógłby być wręcz czuły.
        Poza tym jednak nie okazał żadnej reakcji. Wampirzyca, ot co. Teraz przynajmniej wie, czemu jest taka cwana i nie zmyka w razie zagrożenia. Oni wszyscy myślą, że złapali Prasmoka za ogon, bo umieją się teleportować. W żaden sposób nie zmieniło to jego stosunku do kobiety, co szybko się okazało, gdy kontynuował rozmowę, jak gdyby nigdy nic, tym razem jednak opierając się tyłem o pulpit, by spoglądać na Elleanore.
        - Nie chodzę i nie zażynam wszystkich na około – sprostował sucho. – Jeśli ktoś zginął z mojej ręki to sam się o to prosił. A nie będę ganiał za każdym debilem i prowadził mediacji, żeby dowiedzieć się o co im chodzi – wychrypiał, zerkając na materiał, którym tamował ranę i odrzucił go lekceważąco na pulpit ławki. Uwolniony z niewygody zarzucił ponownie miecz na plecy, wyszedł spomiędzy ław i podał Elleanore dłoń, pomagając jej zejść. Na ulicy słychać już zamieszanie i kwestią czasu było nim strażnicy wtargną do kościoła, by upewnić się, że nikt się tu nie ukrył.
        - No młody, mówiłeś, że znasz miasto – rzucił do Tommy’ego, który wciąż wpatrywał się w kobietę z lekko otwartymi ustami, teraz równie zachwycony, co przerażony. Odpalił jednak szybko, jakby na wspomnienie ciężkiej ręki wojownika.
        - Ta jest! – rzucił i poprawiając czapkę ruszył przodem, a Rain ze zjawą za nim.
        - Ten cały Roibeard pojawił się u Etny właśnie, by odebrać dług. Z jakiegoś powodu wolał, żebym wykonał dla nich zlecenie, zamiast ściągać od młodej złoto. Tym lepiej dla niej – kontynuował spokojnie, podążając długim krokiem za biegnącym przodem smarkaczem. Opuścili kościół tylnym wyjściem, przechodząc przez zakrystię i wychodząc na opustoszałą (jeszcze lub już) uliczkę.
        - Problem najwyraźniej w tym, że pracownik miesiąca i jego goryle nie wrócili do domu. Ale jak mówię. Sam się prosił.

Awatar użytkownika
Elleanore
Szukający drogi
Posty: 47
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Elleanore » 3 miesiące temu

        Elleanore celowo zagaiła o dziewczynę. Może niezbyt interesowała ją obca kobieta poza zwykłą ciekawością o co było tyle szumu, ale znacznie lżej było zdzierżyć ciszę, zagłuszając ją jakimikolwiek słowami niż wsłuchiwać się w oddechy i walące serce Tommiego.
        Robiła więc swoje słuchając o dziewczynie i ignorując wcześniejsze marudzenie szatyna. Poprosił o pomoc to niech grzecznie siedzi. Chciał szarpania trzeba było wezwać Thomasa, szczawik może nawet zaparłby się kolanem albo stopą żeby mieć dość siły, może wtedy najemnik byłby ukontentowany. Albo niechby próbował zahaczyć bełt o którąś z ławek jak misiek w lesie. A że poprosił o pomoc damę skrupulatną, to ze starannym postępowaniem powinien się teraz pogodzić, tyle w temacie. Nie z jednym marudą i powtarzaną jak mantra lejdi Leanore musiała się użerać by teraz przejąć się byle “kobietą”. Zaś "proszę"… ono działało na każdego normalnego mężczyznę. Kto nie ulegał kobiecej grzecznej prośbie? Nie było w tym żadnego przymusu ani prób manipulacji, zwykłe szczere słowo a działało lepiej jak zaklęcie. Jeśli nie działało, to należało darować sobie dalszą znajomość, bo typ był solidnie wybrakowany.
I czyż nie miała racji, zakapior był sympatycznym jegomościem. Kto jak kto, ale Ell po wyglądzie nie oceniała, za to raczej miała nosa do charakterów. Albo ujmując sprawę ściślej i bez dodawania nadprzyrodzonych zdolności, zwracała uwagę na detale, których inni często nie dostrzegali. Zajmowała się więc raną wysłuchując krótkiej historii. Potem już tylko wywróciła oczyma na sugestię, że krew sama przestanie się lać. Mogłaby napluć, przy mniejszym zadrapaniu by poskutkowało, takie wygodne, ewolucyjne przystosowanie śliny pijawki. Przy głębokiej ranie niestety nie działało, bo skoro krwiopijca rozszarpywał komuś gardło to na co było gojenie by uniknąć wykrycia. Trup się słał i nie było co zatajać, ale zapewne podobna kuracja by podpasowała Rainowi. Napluj, przyklep, idź dalej. To wszystko zamknęło się w minie hrabiny spoglądającej w ciemny sufit w niemej prośbie o litość i cierpliwość. Ale podziękowanie wywołało uśmiech. Pierwszy prawdziwy w ciągu całego spotkania, rzadki na twarzy lodowej damy i ulotny, który przemknął równie szybko jak się pojawił.
Potem się zapędziła, gdy własne emocje wplątały się w rzeczywistość. Gdzie podziała się ta spokojna kobieta, którą była? Zachciało jej się żali, retrospekcji i drażnienia najemnika.
Tożsamością się nie chwaliła, ale w międzyczasie też jej nie kryła, co ujawniło się w dość znaczącym i jasnym zachowaniu, gdy zlizywała krew podczas gdy James łaskawie informował, że przecież znaczna większość żyła. Niezupełnie o to jej chodziło i chociaż żałowała zaczętego tematu skoro powiedziała “a” należało kontynuować z wyjaśnieniem znaczenia “b”, to jednak później, wpierw powiodła wzrokiem za wstającym mężczyzną, który znów nad nią górował.
        Cieszyła się przywilejem czy komfortem, jak zwał tak zwał, że zwykle miała czas na reakcję, gdyż ciężko było postawić wampirzycę pod ścianą. Ruch mężczyzny był szybki, zbyt szybki by go przewidzieć i mu zapobiec. Jednocześnie też zbyt zgrabny by żądał rychłej interwencji. Ell niemal zawsze najpierw wszystko przemyślała i rozważyła, dopiero potem przechodziła do czynów. Jedynie w wyjątkowych przypadkach emocje potrafiły wziąć górę i hrabina wpierw działała, ale były to niezmiernie rzadkie epizody. James zdążył zabrać rękę (z twarzy, bo znalazła się ona na nodze kobiety) nim Ell oceniła obronę za konieczną. Ingerencja była arogancka, impertynencka niemalże do granic przyzwoitości, ale i krótka, a wampirzyca uznała, że też biorąc pod uwagę z kim obcowała wciąż w jej obrębie.
Tylko źrenice nieumarłej rozszerzyły się zostawiając wokół jedynie nikły rąbek stali, w pełni ukazując gotowość do działania jak u drapieżnego kota lub polującej sowy. Sama wampirzyca nie drgnęła, szepnęła jedynie prowokacyjnym, mruczącym głosem - Uwaga na palce.
        O dziwo wojownik przyjął nowe informacje i nie zrażony kontynuował rozmowę, czym szybko zmył ewentualny afront.
        - Źle wszystko ujęłam, wybacz - szepnęła chwytając zaoferowaną dłoń i zeskoczyła zgrabnie z pulpitu. Z tłumaczeniem wstrzymała się aż James skończy. Wyciągniętym, pociągłym krokiem nadganiała tempo wojownika słuchając go do końca zanim się wtrąciła. W ogóle dlaczego tak pędzili, przecież nikt ich nie gonił. Znaczy, oczywiście rozumiała, że straż miejska urządziła obławę, ale żeby tak gnać po ulicach dla samej idei, przecież nie szukali bezpośrednio ich, absurd.
        - Przepraszam w ogóle nie powinnam była się wtrącać, ale w swoim irytującym braku poszanowaniu własnego dobra skojarzyłeś mi się z pewnym idiotą i nie zdążyłam się ugryźć w język. Nie chodziło mi bezpośrednio o eliminowanie nieprzystosowanych - odezwała się gdy James skończył wspominać Roiberda. Właśnie przyszła pora na wyjaśnienia. A może powinna zwyczajnie przytaknąć i udać, że pogodziła się z odpowiedzią mężczyzny zamiast drążyć temat. Tylko jakoś słowa same się snuły.
        - Kim jestem by wytykać takie rzeczy - dodała mrucząco i znacznie ciszej.
        - Domyślam się, że nie chodzisz po ulicach i nie zaczepiasz każdego napotkanego opryszka. Zaatakowany, bronisz się, bronisz Etnę... Ale wciąż nie znasz prawdziwego źródła zagrożenia. Pokonasz jednych, w zasadzie nawet lepiej byłoby ich zutylizować... - napomknęła kwestię czysto praktyczną zupełnie jak na marginesie.
        - Ale on naśle kolejnych. Nieważne jak dobrym wojownikiem jesteś, przyjdzie czas, że się nie wykaraskasz. To twoja droga, nic niezwykłego, ale to Etna będzie czekać naiwnie wierząc, że wrócisz i tym razem. A mógłbyś się wstrzymać, spróbować poznać sprawcę zamieszania, a potem dobrać się bezpośrednio do niego i zlikwidować problem u jego korzeni. Zaplanować jak przeżyć zamiast zwyczajnie żyć z dnia na dzień - snuła ciężkim szeptem spoglądając gdzieś w przestrzeń i aż dziwne, że przy takim tempie kobieta się nie potknęła.
        - Chodziło mi uszanowanie oczekiwania osób, dla których chcesz czy nie, jesteś kimś cennym. Nieważne, zapomnij, zwyczajnie smęcę - urwała i zbyła własne gorzkie słowa, zupełnie jakby wreszcie wygrała walkę ze sobą i nakazała sobie porzucenie niewygodnych tematów.
Wsunęła dłoń pod łokieć szatyna żeby łatwiej utrzymywać narzucane tempo i rozpoczęła inną, wygodniejszą rozmowę, bo niezwiązaną z własnymi emocjami.
        - Wiemy już, że przyciągasz nierozsądne kobiety łatwo pakujące się w kłopoty… ale czemu przystałeś na prośbę ojca? Dobry z ciebie mężczyzna, ale nie zaryzykowałabym zdania, że ckliwy… Co skłoniło cię do podjęcia się takiego zobowiązania? - wyszeptała wsparta na ramieniu najemnika. W taki sposób bez problemu i wysiłku nadążała za długimi krokami wojownika. Dużo lżej było jej się zgrać. I było znacznie przyjemniej. Do wścibskich raczej nie należała, ale ucieczka była nudna i Ell chciała ją sobie czymś urozmaicić. Wielu opcji nie miała, pozostawała tylko rozmowa z gladiatorem, a że on sam z dysputami się nie wychylał, należało mu troszkę pomóc. O czym zaś rozprawiać jeśli nie o nim. Jeśli przyszedłby jej inny ciekawszy temat, to Ella nie omieszkałaby go poruszyć. W obecnej chwili James był najbardziej zajmujący.
        - Dam głowę, że dawno nikt tak nie zadręczał cię pytaniami - zanuciła wyraźnie zadowolona z zamęczania szatyna, który chwilowo był na nią skazany, przynajmniej póki nie odepchnął i nie porzucił wampirzycy.

Awatar użytkownika
Rain
Szukający drogi
Posty: 38
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Rain » 2 miesiące temu

        Rain nigdy od nikogo nie usłyszał, że jest bezczelny. Mówiono o nim, że był pozbawiony ogłady, brutalny, gburowaty… Jednak epitety typu „bezczelny” właśnie, czy „impertynencki” zostawiane były dla młodszych i bardziej zaczepnych mężczyzn, którzy w takiej sytuacji po prostu próbowaliby złapać jakikolwiek kontakt fizyczny z tą piękną kobietą. W geście Levine’a nawet najbardziej naiwna jednostka nie dopatrzyłaby się próby uzyskania czegokolwiek innego poza informacją. A gdy tą uzyskał, kontakt urwał się momentalnie, skarcony jedynie krótkimi słowami Elleanore. Burknął coś pod nosem na to ostrzeżenie, wpatrując się jeszcze chwilę w rozszerzające się, fascynująco szybko, źrenice wampirzycy, po czym spojrzenie mu zobojętniało, a on wrócił do rozmowy, jak gdyby nigdy nic.
        Roztargnionego „wybacz” nawet nie skomentował, prowadząc później zjawę w stronę wyjścia. Sam w sumie nie wiedział, czemu ją ze sobą zabiera, ale póki co wystarczało mu własne wyjaśnienie, że bezsensownym byłoby ją tu po prostu zostawić. Dopiero kolejne przeprosiny zwróciły jego uwagę i spojrzał na Elleanore, która na tyle szybko przeszła od przeprosin do wyzwania go od idiotów, że uśmiechnął się pod nosem. Później niedowierzające rozbawienie utrzymywało się delikatnie na powierzchni, gdy jego towarzyszka w elokwentnych słowach omawiała aprobatę ubijania proszących się o to osób „nieprzystosowanych”, jak to ujęła. Z zaskoczeniem stwierdził, że to najbardziej trafne określenie, jakie usłyszał do tej pory.
        Wampirzyca mogła mówić spokojnie, bez obaw, że mężczyzna jej przerwie, bo po pierwsze nie miał tego w zwyczaju, wybitnie rzadko uznając coś za tak istotne, by wtrącać się komuś między słowa, po drugie zajęty był prowadzeniem ich za czujką, bo zjawa bujała głową w chmurach, a po trzecie przyjemnie słuchało mu się szemrzącego, kobiecego głosu. Mogłoby się wydawać wręcz, że w ogóle jej nie słucha, ale gdy tylko Elleanore wspomniała o potencjalnych następcach Roiberda i Cole’a, łypnął na nią krótko. Wzmianki o tym, że może sobie któregoś dnia nie poradzić z przeciwnikiem nie skomentował, to przecież oczywiste, natomiast wytknięcie mu relacji z Etną sprawiło, że prychnął pogardliwie pod nosem.
        - Wie, że ma nie czekać – wychrypiał, przekonany, że ustalenie tego z młodą barmanką załatwiało sprawę.
        - A ja mam lepsze rzeczy do roboty, niż śledzić ludzi, aż dotrę do sprawcy tego całego zamieszania. Jak widzisz, sami przychodzą – uśmiechnął się krzywo, najwyraźniej rozbawiony własnym dowcipem.
        Na stwierdzenie, że dla kogoś jest kimś cennym nie odpowiedział, chociaż mógłby wyjaśnić jej, że się myli. Podobnie nie wyprowadził kobiety z błędu, gdy stwierdziła, że smęci. Jemu zupełnie nie przeszkadzał jej głos, wręcz przeciwnie, ale skoro sama ucięła temat, podkreślając to jeszcze ruchem dłoni, to nie drążył.
        Im bardziej się oddalali od źródła zamieszek, tym bardziej zwalniali kroku, zwłaszcza gdy Rain poczuł, jak Elleanore bierze go pod ramię. Na moment zapomniał, że babka w sandałkach może niekoniecznie mieć podobne tempo marszowe. Gwizdnął krótko na Tommiego, który odwrócił się przez ramię i oklapł nieco, widząc jak wojownik daje mu znać, że ma spadać. Zawahał się jeszcze na moment, spoglądając na wampirzycę, jakby ona miała mu pozwolić zostać, ale ciemne spojrzenie drakona niemal siłą przywołało go do porządku. Chłopak naciągnął czapkę mocniej na głowę i wsadził ręce w kieszenie, odchodząc wolnym marszem, ale mając zamiar i tak kręcić się w pobliżu. Drakon zaś wydawał się zmierzać w jakieś konkretne miejsce, chociaż teraz już spokojnym krokiem. Nieco ostrożnym przy okazji, bo nie nawykł do tego, że ramienia trzyma mu się jakaś kobieta. Nie przez tak długi czas i chyba dla własnej wygody, a nie akurat chowając się przed kimś innym.
        Gdy wampirzyca rozpoczęła nowy temat, dla niej wyraźnie lżejszy niż wcześniejsze dywagacje na temat logiki, lub jej braku, w zachowaniu drakona, ten uznał, że wolałby już zostać przy karceniu go za niewłaściwe podchodzenie do sprawy napastników. Nie żeby to, o co pytała, było tajemnicą. Wątpił, by informacja dotarła w ten sposób do Etny, a nawet jeśli, to i z tym się upora. Po prostu to było kolejne grzebanie w jego osobie, dla niego bardziej inwazyjne niż niedawny grot w ciele. Słysząc jednak określenie „ckliwy”, prychnął pod nosem. Co jeszcze? Troskliwy? Musi przestać wyciągać babki z tarapatów, bo sam tylko wpadnie w końcu w gorsze.
        - Nie wiem – mruknął. – Czasem po prostu coś robię – dodał koślawo, jakby to miało wszystko wyjaśnić, też ewidentnie nieprzyzwyczajony do tłumaczenia się komukolwiek z czegokolwiek. Etnę można było uciszyć jednym spojrzeniem, ale Elleanore zdawała się znać te sztuczki i jej nieustępliwy wzrok osiągnął jednak oczekiwany skutek - wojownik mówił dalej.
        - Mondragón nie był tak uczciwym i prawym człowiekiem, za jakiego miała go Etna – zaczął opowiadać niskim głosem, do którego idealnie pasowałby teraz trzask płonącego ogniska. Zamiast tego mieli jedynie cichnące echo własnych kroków i pomiaukiwania walczących w zaułkach kotów.
        Teraz już wolnym krokiem przemierzali z Elleanore zapyziałe uliczki Trytonii. Można to było uczciwie nazwać spacerem, zwłaszcza gdy mimo spokojnego tempa nie wymykał ramienia spod dłoni kobiety. Uliczka, którą szli, zmienia się powoli w szeroką aleję, gdzie zabudowania stają się rzadsze i oddalają od głównej drogi, nieraz sąsiadując z nią jedynie marnym ogrodem. Wojownik milczał przez chwilę, spoglądając przed siebie i szukając słów, które chociaż względnie ubrałyby w zdania to, co się stało.
        - Był głupi i zginął – powiedział w końcu. – Z jakiegoś powodu postanowił prosić mnie o coś takiego, chociaż to mój miecz miał w trzewiach. Nie planowałem uszanować tego życzenia, ale tak się złożyło, że byłem niedaleko tego całego zajazdu akurat w momencie, gdy miałem nieco większy problem niż bełt w ramieniu. Takie sytuacje nazywają chyba zrządzeniami losu – powiedział i przerwał na moment, odzywając się dopiero po dłuższej chwili ciszy.
        - To był pierwszy raz, kiedy wyciągnąłem ją z tarapatów. Jakaś banda chciała skorzystać na nieobecności mężczyzny w zajeździe, z niepowodzeniem. Do wcześniejszych obrażeń dołączyły nowe i tak zostałem u niej jakiś czas, żeby dojść do siebie. Etna oczywiście nie wie, że to mi zawdzięcza przedwczesne sieroctwo. Nic by jej to nie dało, a już na pewno nie ułatwiło mi tego, żeby faktycznie mieć na nią oko od czasu do czasu. Charakterek dziewczyna ma po ojcu.
        Aleja otworzyła się na promenadę. Gdyby zamiast leżących na murkach pijaczków stały donice z kwiatami, a mrok rozjaśniały jeszcze jakieś eleganckie latarnie poza światłami z pobliskich gospód, byłoby tu nawet urokliwie. James skręcił, idąc chwilę wzdłuż linii brzegowej i dopiero gdy dolatywała już do nich tylko słona woń wody, a nie wyziewy pijaczka, wojownik zatrzymał się, opierając na przedramionach o drewnianą belkę. Prowizoryczne ogrodzenie biegło jeszcze kawałek dalej, a gdy piasek zastąpił skały na brzegu, urywało się, przemieniając w krótki pomost prowadzący na plażę.
        Morze w nocy wyglądało jak poruszana wiatrem płachta czarnego jedwabiu, momentami zalewająca brzeg. Błyszczące w promieniach księżyca fale niekiedy błyskały ciemnym atramentowym kolorem, poza tym niemal scalając się z czarnym niebem. Tylko odbicie srebrnego oka Prasmoka rozjaśniało ciemność, wisząc wysoko na niebie i rzucając biały blask na ciemną wodę. Biegnąca od morza bryza szybko dopadła przybyszów i wsunęła czule palce między ich włosy, jednocześnie targając delikatnie ubranie. Tak, Trytonia miała swoje momenty.
        - Nie zadręczasz – mruknął Levine, słysząc głos Elleanore, jasno dający do zrozumienia, że mimo swoich słów zupełnie nie czuje się winna. Spojrzał na nią, przyglądając się długo powiewającym na wietrze srebrnym włosom i łopoczącej na zgrabnej sylwetce białej tkaninie. Materiał wręcz rwał się do lotu, w zupełnym poważaniu mając swoją właścicielkę, którą pozostawiłby zupełnie obnażoną, nie oglądając się dwa razy.
        - Dawno nie miałem równie przyjemnego towarzystwa – dodał ochryple i chociaż ton głosu wskazywał bardziej na stwierdzenie faktu, Rain nie był na tyle ułomny społecznie, by nie być świadomym idei komplementu. Nie przeciągał jednak i wzrokiem wrócił do szumiących fal, których białe grzywy na zmianę osuwały się gładko po piaszczystym brzegu, by zaledwie kawałek dalej prysnąć głośno o ostre skały.
        - Wolę jednak słuchać niż mówić. A twoja historia zdaje się nie posiadać zakończenia.

ODPOWIEDZ

Wróć do „Trytonia”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość