Valladon[Valladon i okolice] Nowy cyrk

Wielki rozległe miasto, skupisko ludzi, jak i innych ras. To miejsce odwiedza wiele istot, istot niebezpiecznych, magicznych ale także przyjaznych. Znajdziesz tu towary z całego świata, skarby i tajemnicze artefakty. Jeśli czegoś potrzebujesz znajdziesz to tutaj
Awatar użytkownika
ZuZu
Błądzący na granicy światów
Posty: 14
Rejestracja: 9 miesiące temu
Inne Postacie: River, Yve, Aldaren, Valerian, Kiraie, Dantalian, Dragosani, Veryvin, Selim, Mana
Aura: Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone.
Kontakt:

Re: [Valladon i okolice] Nowy cyrk

Post autor: ZuZu » 3 miesiące temu

        Słuchał z uwagą jego odpowiedzi i się zamyślił. Nie był fanem bólu, dobre sobie. Poza tym co to w ogóle za wymówka?! Już centaur lepsze wymyślał na poczekaniu gdy przez przypadek jacyś strażnicy przyłapali go na kradzieży. Fakt, ZuZu mógł uchodzić za jednego ze sławniejszych bajkopisarzy przez swoją wybujałą wyobraźnię i wyssane z palca, nie trzymające się kupy historyjki, ale żeby taki facet nie był fanem bólu? I to jeszcze kowal? Takiej bujdy nawet naturianin nie zamierzał nigdy dodać do repertuaru swoich "magicznych opowieści".
        - Smarować nogę? - przekrzywił lekko głowę jakby nie do końca rozumiał, po czym spojrzał na swoje ranne kopyto. - Nie wiedziałem co to jest i skąd to jest, więc zostawiłem w... nie ruszałem tego, by później gdzieś sprzedać - powiedział drapiąc się z lekkim zakłopotaniem po karku. W sumie dobrze zrobił skoro było to coś od tego skąpego i wstrętnego kowala, okazałoby się jeszcze, że to jakiś silnie żrący odrdzewiacz do wszelkiego żelastwa, który przeżarłby mu nogę na wylot. Ale... sądząc po słowach mężczyzny i jego tonie wychodziło na to, że smarowidło miałoby mu pomóc zagoić ranne kopyto. Chyba jednak powinien je zostawić i spróbować gdy wróci do spichlerza. W sumie czy spróbuje czy zostawi ranną nogę tak jak jest, kończyna prędzej czy później będzie do usunięcia, więc... za wiele do stracenia do on nie miał jeśli przekona się czy specyfik może pomóc.
        - Hmm... Zgoda. Mogę się u ciebie zatrudnić staruszku - mruknął i uśmiechnął się niewinnie, w końcu przecież jego plan polegał na zyskaniu zaufania kowala, by później bez większych problemów dobrać się do jego kosztowności, a zwłaszcza tej wielkiej skrzyni w rogu zapewne wypełnionej po brzegi pieniędzmi. Poza tym... Nawet gdyby miał robić za muła pociągowego i chłopca na posyłki, pomijając już spanie na gołych deskach, było tu nieporównywalnie cieplej i przyjemniej niż w podziurawionym, śmierdzącym, zamieszkałym przez szczury i pijanych bezdomnych spichlerzu. Poza tym zawsze, gdy tylko mu się znudzi, czy coś nie spodoba, będzie mógł odejść, nikt go tu chyba więzić nie będzie, a przynajmniej tego kowal nie powiedział.
        Przekrzywił głowę, ale nie ruszył się z miejsca, cały czas tylko obserwował dziwnie zachowującego się mężczyznę. Nie rozumiał o co chodzi i bał się, że może przed wcześnie się zgodził. Co jeśli ten facet jest wilkołakiem lubującym w koninie? A przecież to jak trzymał się za głowę i jak się chwiał na nogach jasno sugerowało, że wilkołakiem jest. ZuZu już się znał na wilkołakach, nie jednego spotkał i nie jednemu przydzwonił kopytem między oczy oj tak, tak! Z jego rozmyślań o setkach epickich walk jakie odbył z tymi zapchlonymi śmierdzielami oraz o tym, że niebawem zostanie zjedzony wyrwało go polecenie kowala i rzucony w stronę chłopaka pęk kluczy. Od razu złapał je w locie, jak tylko zorientował się w sytuacji, stukając kopytami o deski kuźni i spojrzał zaskoczony na rzemieślnika.
        - Jeden orzeł za pierdoły, dwa za miski, pięć za sztylet, osiem za amulet, mieczy nie ma - powtórzył zaczynając kręcić pękiem kluczy na palcu, podrzucił je i znów złapał salutując od razu z kółkiem zwisającym mu z dłoni. - Możesz na mnie liczyć staruszku - powiedział i obserwował go jak wychodzi, a po niedługim czasie pojawia się u góry na poddaszu.
        Spojrzał na klucze gdy zrobiło się już cicho, a po tym na wskazaną wcześniej skrzynię. Ale miał dziś szczęście, praktycznie łup sam został mu dany, a przez to nikt nie mógł mieć do niego pretensji. W końcu kowal sam z własnej woli powierzył mu klucze. Strażnicy nie mogliby mu nic zrobić! Na twarzy centaura pojawił się szeroki promienny uśmiech, kiedy coraz bardziej zbliżał się do skrzyni. Już miał ją otworzyć kiedy dotarło do niego, że przecież on w mieście był od niedawna, a kowal zapewne dostarczał strażnikom oręż i zbroje. Nie ważne jak naturianin się wytłumaczy oni zawsze uwierzą temu, który robi coś dla miasta i dłużej w nim mieszka, a przecież rzemieślnik od razu powiąże zniknięcie swoich kosztowności z kopytnym chłopakiem, który był a także go nie ma. Westchnął ciężko i się cofnął, poszedł zamknąć drzwiczki od pieca tak jak zamierzał mężczyzna, ale przez wilkołaczą klątwę mu się nie udało. Dobrze było wiedzieć, że wilkołaki bały się ognia. No cóż. Nie było innego wyjścia jak zabawić tu przez jakiś czas i zdobyć zaufanie kowala. Poza tym wspominał też coś o jakiejś robocie od jego elfich przyjaciół. Ciekawiło młodego czym się zajmowali i co mogliby mu zlecić do roboty, czy było by to dużo ciekawsze niż stanie i zbijanie bąków...

        Wtem do sklepu weszła jakaś starsza kobieta i wychodziło na to, że jego praca właśnie się zaczęła. Przywdział na twarz jeden ze swoich ciepłych i uroczych uśmiechów po czym wrócił za ladę.
        - Dzień dobry szanowana pani, czym mógłbym pomóc? - zapytał pogodnie.
        - Oh, witaj młodzieńcze, pierwszy raz cię tu widzę. Czy to nie ty czasem robisz te wszystkie wygibasy wieczorem na głównym placu miasta? Moja mała wnuczka cię wprost uwielbia - odparła zachwycona chociaż nie na temat. Nie mniej ZuZu był cierpliwy. Po pierwsze przez to, że znał mentalność takich babuleniek i wiedział, że one wprost muszą się na gadać. Po drugie po wysłuchaniu co miały do powiedzenia zawsze potrafiły zaoferować coś słodkiego albo sypnąć trochę dodatkowego grosza, a po trzecie najłatwiej było je oszukać i wziąć na litość. Kto by pomyślał, że praca kowala to taka przyjemność, tym bardziej, że praktycznie od razu trafiła mu się łatwa ofiara.
        - Tak to ja. Czy ja czasem ostatnio nie wiozłem pani wnuczki na grzbiecie? To ta roześmiana i energiczna, niezwykle urocza dziewczynka prawda? Od razu poznałem tak bystrych oczu jak pani, nie da się zapomnieć, a ona miała właśnie takie same. No i jeszcze ten słodki jak śpiew skowronka uśmiech...
        - Tak, tak! To ona! Od tamtego momentu cały czas mnie ciągnie na plac żeby tylko cię zobaczyć, jest twoją największą fanką. Ale... nie będę ci zawracać głowy w pracy. Przyszłam kupić dwie miski, kochaniutki. Psa po twoim występie znalazła i do domu przyprowadziła. Postanowiliśmy go zostawić i trzeba mu chociażby miski kupić.
        - Ależ oczywiście szanowna pani. I wcale pani nie przeszkadza, to mój pierwszy dzień, muszę się jak najlepiej postarać inaczej będę mógł zapomnieć o jedzeniu. A piesek jest niewątpliwie szczęściarzem - trajkotał równie żywo co starsza kobieta. Odwrócił się do kufra, znalazł klucz z trójkątem i otworzył skrzynię. Jakiż był jego zawód, gdy zamiast masy kosztowności zobaczył po otworzeniu skrzyni chyba z kilkadziesiąt cetnarów złomu. Westchnął z niezadowoleniem i wyjął dwie miski, słysząc za swoimi plecami uciążliwe gadanie kobiety.
        - Zaraz, bez kolacji? Jak to? Toż to tyran a nie człowiek! Żeby zatrudnić dziecko do pracy i jeszcze za najmniejszy błąd mu jeść nie dać. Niech no tylko go zobaczę. Już ja sobie z nim porozmawiam, jak się z tak kochanymi dziećmi jak ty obchodzić - powiedziała ze złością na co ZuZu nie miał zamiaru zareagować, tym bardziej, że zwietrzył wiszące w powietrzu "zadośćuczynienie".
        Odwrócił się do niej i podał jej miski.
        - Naprawdę nie trzeba miła pani, nie chce mieć później kłopotów, albo co najgorsza stracić pracy. Bo widzi pani, na rękę zbieram - pomachał kikutem - ale jak tu uzbierać kiedy i na ząb trzeba coś wrzucić, albo żeby się w co ubrać...
        - Oh, biedactwo. Masz rację, ale nie martw się, później postaram się znowu przyjść i ci nieco gulaszu przyniosę, może też jakiś koc na grzbiet. Zima idzie straszna, a ty chyba przeziębiony skarbeńku jesteś, nos taki czerwony i oczy podkrążone - rozczuliła się nad sytuacją biednego naturianina, który według niej musiał chwytać się każdej roboty, nie ważne co miałby robić czy jak okrutnego pracodawcę mieć. Zapłaciła za miski i już chciała wychodzić, gdy nagle zauważyła, że zamiast dwóch miała trzy. Wróciła się i spojrzała ze współczuciem na chłopca. - Oj skarbeńku, nawet przyznać się bałeś, że z liczeniem ciężko. Musisz bardziej uważać, bo jeśli będziesz za dużo od klientów brał, albo za dużo im sprzętu wydawał, ten okropny kowal ci nogi poprzetrąca. Słuchaj kochanie, połóż sobie tutaj kartkę i weź jakiś rysik czy kawałek węgla - poleciła uprzejmie.
        Chwilę centaurowi zajęło znalezienie potrzebnych przedmiotów, ale się z tym uporał i nawet wziął dość sporawy pliczek z kartkami. Nie wiedział do czego one kowalowi były, ale jemu bardziej się przydadzą, tak mówiła staruszka, a ich trzeba się słuchać.
        - W porządku, teraz narysuj to co masz w sprzedaży i kreskami pozaznaczaj ich ceny. Za miski są dwie kreski, o proszę tak - wzięła od niego węgielek i postawiła dwie kreski przy krzywym rysunku misek. Wzięła też dłoń centaura i na opuszkach palców po wewnętrznej stronie dłoni nakreśliła po jednej kresce by było mu łatwiej. Za jego wskazówkami postawiła też odpowiednią ilość kresek przy innych koślawych rysunkach i powiedziała mu jak ma liczyć pieniądze oraz przedmioty by się nie pomylić. Poleciała też, by na innych kartkach zapisywał w ten sam sposób co sprzedał i za ile coby kowal nie posądził go o kradzież, po czym pochwaliła kopytnego za szybką naukę i dała mu na bułkę czy kurtkę jednego srebrnego orła.
        - To dla ciebie skarbie, za radość mojej wnuczki i byś miał siły również dzisiejszego wieczoru wystąpić. Później przyniosę ci coś ciepłego do jedzenia, do zobaczenia. - Pomachała mu i wyszła.
        ZuZu pożegnał się z nią z udawaną wdzięcznością i przyjaznym uśmiechem na twarzy, po czym wykrzywił się podstępnie. Nie, nie chciał na tych kartkach oszukiwać kowala, to nie było opłacalne, ale klientów tuż mógł. Tym bardziej, że teraz wiedział jak sprawdzać by samemu nie zostać oszukanym.
        I tak mu minął pierwszy dzień w pracy, na wyłudzaniu i sprzedawaniu rzeczy ze skrzyni. Dwóch awanturujących się nawet potraktował kopytami i wykopał ich ze sklepu gdy nie chcieli dać mu odliczonych pieniędzy i domagali się reszty. Przyszedł też jeden frajer, niby wielki znawca, który chciał kupić sztylet. ZuZu dał mu pierwszy z brzegu ze skrzyni i obserwował jak "Znawca" wydziwia z ostrzem i się krzywi z niezadowoleniem. Nie chciał zapłacić pięciu orłów za takie liche barachło, więc centaur zapewnił go o znalezieniu czegoś lepszego. Zabrał od niego sztylet i udawał, że grzebie intensywnie w skrzyni. Wrócił do klienta z powrotem i to z tym samym sztyletem co na samym początku mu dał i zaczął wymieniać wszystkie jego zalety i wysokiej jakości metal, z którego został wykonany. Facet zarzucił mu, że przecież wygląda tak samo jak tamten, na co ZuZu zapewnił, że tutejszy kowal jest prostym rzemieślnikiem i wszystkie jego wyroby wyglądają tak samo, choć różnią się właśnie jakością metalu z jakiego zostały wykonane, na ten dowód pokazał mu kilka sztyletów (jedne niedawno wykonane, więc jaśniejsze i bardziej połyskujące inne już starsze) oraz uderzaniem o miski i wywołaniem innych dźwięków udowodnił mu, że racja stoi po stronie młodego. Nie znał się na tym w ogóle, ale kit i tak udało mu się wcisnąć, sprzedając ten sam sztylet co facet na początku oglądał za dwie dłonie, to jest dziesięć srebrnych orłów. Na kartce zaznaczył, że sprzedany został za pięć, a pięć wrzucił do własnej kieszeni. Taki biznes nawet lepiej mu się opłacał niż całodzienne żebranie czy wygłupianie się połączone z żonglerką. No i oczywiście było dużo bardziej legalne i bezpieczne niż kieszonkostwo. Żyć nie umierać.

        Gdy zaczęło się ściemniać, zostawił starannie ułożone kartki na ladzie, na nich zostawił mocno zawiązany mieszek z ilością srebrników odpowiadających ilości wszystkich kresek na kartkach, w końcu "zapisywał" to na bieżąco po czym zamknął sklep, zabierając klucz ze sobą i pogalopował pogwizdując radośnie w stronę spichlerza, by posmarować nogę i przygotować się do występu. Nie musiał po drodze zachodzić nic zjeść, bo po południu staruszka faktycznie przyniosła mu miskę z jeszcze ciepłym gulaszem, który centaur oczywiście pochwalił.

ODPOWIEDZ

Wróć do „Valladon”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość