Pałac HrabiegoCzarne Owce - Powitanie

Zespół pałacowo-parkowy należący do rodu Ascant-Flove - obecnie w posiadaniu dhampira Vincenta. Poza reprezentacyjnym budynkiem głównym obejmuje także park krajobrazowy oraz zabudowania mieszkalne i gospodarcze.
Awatar użytkownika
Vinny
Zbłąkana Dusza
Posty: 9
Rejestracja: 11 miesiące temu
Kontakt:

Czarne Owce - Powitanie

Post autor: Vinny » 8 miesiące temu

        To były bardzo pracowite miesiące. Dla mieszkających tu ludzi, dla Michelotto i dla samego Vinny’ego. Świeżo wybrany hrabia miał na głowie więcej obowiązków niż się spodziewał, lecz najgorszym było, że ile by nie szukał, nie we wszystkich widział sens. Na jakiś czas zupełnie porzucić musiał własne zajęcia - w kąt poszła alchemia czy studiowanie magii. Nie miał czasu zakląć nawet jednego eliksiru. Ani jednej fiolki perfumowanej wody. Jednak mimo cichego narzekania doceniał możliwość lepszego poznania krewniaków.
        Przyjęty został ciepło - przez może trzy osoby z rodziny. Reszta w domowych progach powitała go albo niechętnie, albo z wymuszoną uprzejmością. Był dla nich nadzieją na zachowanie majątku oraz szansą na odzyskanie reputacji, którą poprzedni dziedzic mniej lub bardziej mimowolnie nadszarpnął, ale nade wszystko jawił się jako obcy, niewiele znaczący do tej pory kuzyn, na dodatek krwiopijca.
        Niektórzy przyjęli go przez chciwość czy dumę, niektórzy wstrzymali się od głosu, a reszta dyskutowała ze sobą zawzięcie. Dwóch tylko ludzi z wyjątkową sympatią traktowało Vincenta i starała się mu zapewnić wsparcie - czterdziestopicioletni, wąsaty Ryszard oraz dochodzący dwudziestych trzecich urodzin blondynek Jorge. Obaj ciekawi byli odległego krewnego, ale nade wszystko, przez nieuwagę rodziny, stali się oczytani i myśl o naukowcu pod dachem napawała ich ekscytacją charakteryzującą prawdziwych hobbystów. Nie przerażała ich rasa i nie odtrącał wiek nieumarłego, jego wygląd zaś uważali za jedynie drobny mankament, niewiele znaczący dla nich, bo i nie było ich priorytetem długouchego żenić, a wykorzystać jak się da jego pomoc.

        Pomimo ich entuzjazmu Vincent nie zdążył sobie zaskarbić niczyjej więcej przychylności, a jedynie względną tolerancję dla własnych poczynań. Nie miał zresztą okazji ani dobrze się pokazać, ani zanadto integrować - od pierwszych chwil zrzucono mu na głowę liczne powinności, a nie posiadając doświadczenia w temacie przez pierwsze tygodnie pilnie pobierał nauki. Należało wcisnąć w niego choćby podstawowe zasady dobrego wychowania, wyjaśnić hierarchię, a nade wszystko poinformować o przyjemnościach związanych z zarządzaniem. Parę razy udawał się do Fargoth, gdzie fartem nie zrobiwszy złego wrażenia został oficjalnie uznany za dziedzica i otrzymał kolejną listę skarg i zażaleń.
        Wróciwszy, studiował pilnie obie mapy hrabstwa i próbował połapać się w zapisach notarialnych swoich poprzedników. Nie zdążył zwiedzić nawet największych wsi, kiedy zaczęto urządzać kolacje zapoznawcze na jego własną, wymęczoną cześć. Na szczęście potem zaniechano częstszego wyprawiania podobnych biesiad dając Vinny’emu czas nie tyle na odpoczynek co naukę manier. Tego żądały od niego przede wszystkim panie. Nawet nie wiedział jakie ma szczęście, że w ogóle postanowiły nie otruć go przy pierwszej okazji.

        Kiedy się tu wprowadził, wywołał bowiem taki popłoch i oburzenie, że spodziewać by się można wykopania go - wbrew wszelkim konwenansom - na bruk. A mieszkanki posiadłości uraził nie tyle samym sobą co swoimi… towarzyszami. Bo i jak się do nich odnosić? Zabrał ze sobą trójkę - Mikeala, Roze i Wilhelminę. Żadne z nich nie było jego pełnoprawnym służącym, ale też nie byli zwyczajowymi gośćmi. Co to w ogóle były za pomysły by na nie wiadomo jakich zasadach sprowadzać troje podejrzanych osobników? Konsekwencje tego zachowania dopadły jednak głównie Vincenta. Mikael wkupił się w łaski arystokratycznym obejściem i bystrymi uwagami - został głównym doradcą hrabiego i skupił się na utrzymywaniu dobrego kontaktu ze służbą. Musiał zdobyć ich zaufanie i jak najwięcej informacji, przypodobanie się rodzinie odstawiając na dalszy plan, a i tak odnosząc na tym polu zatrważające sukcesy. Za to ze względu na jego siostrę i obecność Mimi, nieszczęsnemu Vincentowi zarzucono libertyńskie zapędy i długo zajęło wyjaśnienie jak rzecz ma się naprawdę. Piękna i pewna siebie Roze jednak w końcu przekonała zwolenników bigamistycznych teorii, że jest towarzyszką Vincenta jak najbardziej platonicznie, a przy okazji udało jej się swobodnie wejść do kręgu znajomych rodziny - ostatecznie posiadała klasę, znała się na modzie i sztuce, a choć czasami jej zachowania były niepokojące, prezentowała się naprawdę godnie sunąc po korytarzach w coraz to nowych kreacjach. Została więc oficjalnie Panną Edenvill i częścią towarzystwa.
        Mimi z kolei nie umieli traktować jako żadnej ,,panny" - tak zajęła się obowiązkami domowymi. Jak i Mikael więc została przyporządkowana do kategorii ,,wysoko ceniona służba” i tym różniła się od Roze, że mimo sympatii jaką budziła traktowano ją z góry, podczas gdy nieumarła choćby o wiele mniej przystępna była damą z ich sfer i należały jej się względy.

        Kiedy pierwsze fale dezorientacji i chaosu minęły, Mikael zaczął porządkować nieco zajęcia swojego nowego od-siedmiu-boleści pana i wypełniać mu godzinę po godzinie czy to spotkaniami, nauką, czy papierkową robotą. Należało zrobić spis dóbr, odwiedzić majątki ziemskie, odnowić część kontaktów, lecz nade wszystko jakoś przyzwyczaić się do życia w pałacu. W zasadzie Vinny nawykł był już do dużych przestrzeni - uczelnie często budowano w stylu pałacowym - lecz czasami tęsknie spoglądał na dworek, w którym mieszkał jeden z jego stronników (Jorge), a który zadawał mu się o wiele bardziej przytulny i podobny Kamienicy niż reprezentacyjna budowla o wielkich oknach. Jednak nie było co narzekać. Wielu w końcu dzieliło z nim trud mieszkania w luksusowych wnętrzach.

        Chwilowo mieszkał tu Ryszard Dawell, mający jednak własne ziemie - jego syn, Daniel nie był chętny temu pomysłowi i jedynie przyjeżdżał na proszone obiady.
        Lady Francis Benear, starsza już kobieta, siostra matki Ryszarda, a matka Paulii, powiedziała, że nie ruszy się ze swych panieńskich apartamentów choćby i Vincent miał z niej całą krew wyssać. Z niej i jej wypchanego borsuka.
        Paulia Edyner i jej mąż, który wyjątkowo mało skupiał na sobie uwagi, trzymali u swego boku dwie córki - młodą, choć dojrzałą już Anebelle i wchodzącą w dopiero w okres balów i tańców Mirabelle, nie znoszącą swojego imienia.
        Najważniejszą zaś i najbardziej tajemniczą personą był Hieronim del Ascant-Flove, brat Francis, którego to bratanek był właśnie ostatnim hulaszczym hrabią. Miał on wielkie szanse na przejęcie tytułu i korzystanie z niego dożywotnio, ale cóż z tego, kiedy był już sędziwy, a nie miał żadnego potomstwa? To on jako pierwszy wspomniał o Vincencie, synu jednego z prawłaścicieli i postanowił oddać mu miejsce, za co naraził się krewnym. Nie zawsze schodził na posiłki, przeważnie siedząc w swoich pokojach, jednak jego zdanie było uznawane nieodmiennie za decyzję głowy rodu i kiedy już się odezwał potrafił jednym słowem uciąć trwającą godzinami dysputę.


        Układ pomieszczeń był dość skomplikowany; dość powiedzieć, że za piano nobile mógł uchodzić tak parter jak i pierwsze piętro, a bardziej od poziomego liczył się podział pionowy - Vincent i jego poplecznicy zajmowali jedno skrzydło, podczas gdy ludzka rodzina mościła się w drugim. Nie mieli jeszcze czasu niczego przemeblować, więc mieszkali w dawnych apartamentach urządzanych pod nieco inne potrzeby. Mimi i Mikael zostali ukradkiem wciśnięci w pobliże swojego hrabi, tam gdzie Roze wepchnęła się bez pardonu. Dzięki temu mieli do siebie blisko i mogli sobie po dawnemu i nowemu dokuczać. Chociaż wielu nalegało na zmianę w układzie zajmowanych przez nich pomieszczeń. Lecz Michelotto uznał, że mimo plotek lepiej by chwilowo ściskali się razem - dzięki temu nikt nie widział jak często lawirują między swoimi apartamentami i jak często, przyzwyczajony do zupełnej swobody obyczajów Vinny składa wizytę nieraz ubranej już w koszulę nocną Mim. Jakoś nie mógł się przekonać, że z każdą nową myślą czy pomysłem musi czekać do rana, aż zejdą do bawialni i tam będzie mógł wpleść to w elegancką konwersację. Nie - zwykle pukał do drzwi, mówił co miał powiedzieć i zadowolony, szedł zawracać głowę komuś innemu; co budziło powszechne oburzenie wśród szlachetnie urodzonych, ale było codziennością dla towarzystwa z Kamienicy.

        Wreszcie zaczęli w miarę spokojnie egzystować w nowym środowisku - najpilniejsze sprawy zostały załatwione, Vincent mógł przerabiać gabinet na prawdziwą pracownię, a do podpiwniczonych spiżarni kazać przenosić butelki z ,,winem”. Nie zapamiętał jeszcze imion i wyglądu służby, z wyjątkiem lokaja, który miał przedziwną potrzebę przychodzenia co rano i parzenia go herbatą po tym jak już odsłonił zasłony i oślepił go blaskiem dnia. Na nic zdało się tłumaczenie, że nowy hrabia sypia bardzo nieregularnie i budzi się sam - a także, że sam potrafi się ubrać. Sługa dostał polecenie zająć się panem i to też robił, codziennie o tej samej porze. Nawykł do czekania aż Vincent wyrazi chęć zmiany ubrania, tak jak nawykł do jego przerażonej miny, gdy chciał mu pomóc się rozebrać. Może nawet odczuwał przy tym pewną satysfakcję, bo zaraz wołał garderobianego i rozkładali przed biednym dhampirem całe garnitury przedziwnych wdzianek z sukna, jedwabiów i klejnocików, budząc jego trwogę bufiastymi spodenkami i każdą jedną pończochą. Rytuał taki trwał mimo oczywistych starań ważniejszej ze stron, by zachować odrobinę prywatności i resztki godności męskiej. Młody stażem hrabia nie miał jednak śmiałości wywalać wiernych służących i tylko namawiał ich okrężnymi drogami, by zechcieli wyjść albo się chociaż odwrócili i dali mu wymknąć się w koszuli nocnej. Jego zmagania przerywał wlokący się mu na ratunek Michelotto, który kiedy już wchodził, jednym gestem wypraszał wysłanników arystokratów, wzdychał i rzucał Vincowi jego ukochane, miejskie ubrania. Wytarte już i za skromne dla pana, ale jakże idealne! Jedyne, w których mógł się pokazać.
        A jako że i Mikaelowi weszło w nawyk towarzyszenie blondynowi przy przebieraniu, przy okazji omawiali plan dnia.

        Już podłamany psychicznie, ale za to ubrany, mógł hrabia zejść na śniadanie, które jedli wszyscy wspólnie - znaczy cała rodzina - w pełnym pretensji niezręcznym milczeniu. Czasem przyłączała się do nich Roze, ale Mimi i Mikael mogli posilać się w kuchni, żartując i zaczepiając coraz bliższą im służbę.

        Tak mijały dni - obiady stawały się coraz żywsze i głośniejsze, kolacje przeciągały się nieraz, a obowiązki zarządcy szurały gdzieś między powinnościami towarzyskimi, do których Vinny jeszcze zdecydowanie nie dorósł. Pierwszym krokiem jednak, by naprawdę poczuć się w pałacu jak u siebie, było pokazanie go swoim najbliższym - i tak po pewnych pertraktacjach z samym sobą i rozwianiu wątpliwości Vinny napisał zaproszenia do matki i Creightona, a także elfich przyjaciół z Pustej Doliny. Od uszastych braci szybko otrzymał odpowiedź, że szykują wyprawę nad Stirię, ale na pewno wpadną, gdy będzie im po drodze. Domyślał się też, że trudniej będzie przekazać wiadomość będącym zawsze w drodze wampirom niż tym dwóm, ale magowie, posłańcy i inni umyślni już mieli swoje sposoby, by dostarczyć listy. Czekał już więc tylko na odpowiedzi i myślał w duchu, że ludzka rodzina mu tego nie wybaczy, ale musiał - naprawdę chciał ugościć tak ważne dla niego osoby. Jeśli zaś przekonają się do obu wampirów to do niego, mieszańca, tym bardziej nie będą żywić już takiej niechęci.

        Denerwując się nieco, a jednocześnie ciesząc z powziętych działań, przed snem zapukał do pokoju Mimi. Ostatnio w dnie nieco się rozmijali zajęci własnymi sprawami, więc pory wieczorno-nocne były najlepszym czasem, by wymienić się uwagami.

Awatar użytkownika
Mimi
Zbłąkana Dusza
Posty: 7
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Mimi » 8 miesiące temu

        Mimi otworzyła szeroko okno i odetchnęła z ulgą świeżym, wieczornym powietrzem. Nie czuła się jeszcze we dworze jak w domu. Niepokoiły ją ogromne pomieszczenia i zbyt wyrafinowane jak na jej gust tapety. Jedną z rzeczy, które uwielbiała były za to okna - wielkie, misternie wypełnione drobnymi szkiełkami, z pięknym widokiem na okoliczne tereny. I wiecznie czyste! - taka była zaleta posiadania w pałacyku służby. Oczywiście błogosławiona nie traktowała ich jak służących. Uważała, że wszyscy są równi, a ci mili ludzie po prostu wyświadczają jej przysługę. Rodzinie Vinny’ego nie do końca to pasowało, ale przeprowadziła się tu dla niego, nie dla nich.
        Myśląc o przyjacielu uśmiechnęła się lekko i odruchowo zerknęła na stół. Ustawiła na nim talerz z domowymi markizami i żeliwny imbryczek z herbatą. Dhampir często wpadał wieczorem na pogaduchy, zaganiany w ciągu dnia za nowymi obowiązkami. Rudowłosa zauważyła, że z początku niewiele jadł podczas formalnych, rodzinnych obiadów. Dojadał więc tutaj, a ona zawsze miała zachomikowane dla niego jakieś pyszności.

        Usiadła ze skrzyżowanymi nogami na parapecie otwartego okna, który znajdował się nisko nad podłogą i rozejrzała po pomieszczeniu. O ile dwór był dla niej obcy i dopiero uczyła się jego ścieżek, o tyle pokój sąsiadujący z komnatami Vinny’ego już całkowicie uznała za swój.
        Pomieszczenie było przestronne, zbudowane na planie dużego prostokąta. Podłogę pokrywały deski w kolorze jasnego dębu, na środku leżał czerwony, kwadratowy dywan. Mimi często kładła się na nim i patrzyła w sufit, który wzbudzał w niej niekłamany zachwyt. Artysta zdobiący posiadłość wymalował go bowiem w pyzate anioły sunące po błękitnym niebie. Były tam chmury, wijące się rośliny i galopujące konie - szczyt kiczu, który od razu kupił serce dziewczyny. Podejrzewała, że mogła tu mieszkać jakaś młoda panienka, zanim komnaty zostały opuszczone.
        Po lewej stronie od wejścia znajdowało się masywne, sosnowe biurko, a dalej solidna, prosta szafa, również z jasnego drewna. Biurko wypełniały szufladki i zakamarki, w których błogosławiona trzymała przepisy, pamiętniki i skarby. Panował na nim zazwyczaj porządek, chyba że niebianka wpadła aktualnie w kreatywny szał.
        Na lewo od okna przepchnęła stół, który początkowo znajdował się w centrum pomieszczenia. Dzięki temu zyskała dużą przestrzeń, a liczba osób, którym zdarzało się jeść w jej komnatach nie przekraczała czterech, więc cała powierzchnia stołu tak czy siak nie była potrzebna.
        Prawą stronę pokoju zajmowało wielkie łóżko z bordowym baldachimem, zawalone kolorowymi poduszkami. Choć Mimi nie przepadała za kotarami, zgodziła się je zostawić pod warunkiem, że będzie mogła przynieść tu własne poduszki i pościel. Stąd wzięła się jasnoróżowa narzuta, nie do końca pasująca do koloru baldachimu. W przyszłości planowała ściągnąć gruby materiał barwy zwietrzałego wina i zastąpić go delikatnymi, półprzezroczystymi zasłonkami, bardziej pasującymi do jej pogodnego charakteru.
        Obok łóżka widniały już tylko drzwi, prowadzące do przylegającej łazienki, wykonanej w zimnej, czarno-białej tonacji. Dzięki temu rozwiązaniu Mimi miała całkowity komfort w kwestii kąpieli - mogła łazić zawinięta w ręcznik w tę i z powrotem, a jedynymi osobami, na które miała szansę wpaść, byli jej przyjaciele. Nie żeby chciała paradować w ten sposób przed Vincentem albo Mikaelem, ale… z dwojga złego wolała to niż spotkanie z wiecznie niezadowoloną lady Francis albo innymi członkami arystokratycznej rodziny.

        Jeszcze raz westchnęła głęboko i przycisnęła okiennice dużą, szklaną kulą, zostawiając jedynie niewielką szczelinę. Powietrze robiło się coraz chłodniejsze, czuć było zbliżającą się noc. Zapatuliła się grubym, brązowym swetrem i zamyśliła, próbując dojrzeć coś jeszcze w gęstniejących ciemnościach. Zastanawiała się nad tym jak długo wytrzyma, prowadząc takie życie. Z jednej strony było jej dobrze u boku przyjaciół i wiedziała, że Vincent faktycznie jej potrzebuje. Coś w głębi duszy mówiło jej, że jest kotwicą mocującą go w strefie bezpieczeństwa, do której zawsze może wrócić. Z drugiej przyjaciel miał coraz więcej zajęć, a ona koncentrowała się na poznawaniu i zmienianiu domu, który… nie był jej domem. Na razie postanowiła jednak dać się ponieść swojej szalonej i spontanicznej decyzji, nie mogąc wyobrazić sobie życia z dala od pozostałych.
        Czarne kontury drzew zlały się w jedno, zostawiając przed nią tylko własne, nieco strapione oblicze. Wielkie oczy wydawały się smutne, a delikatne dłonie bezsilne. Niespodziewanie w dole zapalił się lampion i dojrzała jasnowłosego Jorge, spacerującego przez ogród. Uniósł spojrzenie w górę, chwytając jej wzrok. Pomachała do niego, a on - przynajmniej tak jej się wydawało - uśmiechnął się do niej nieśmiało.

        Odwróciła się, słysząc ciche pukanie. Szósty zmysł podpowiadał jej, że to dhampir zakradł się pod jej drzwi, chcąc o czymś porozmawiać.
- Proszę! - zawołała, podchodząc do wejścia. Jej lekko pyzatą twarz rozjaśnił szeroki uśmiech, kiedy zobaczyła przyjaciela przekraczającego próg.
- Cześć Vinny. Tak czułam, że to ty. Markizę? - zapytała, wskazując na talerz pełen dobroci. Sprawnym ruchem nalała herbaty do czarek i podała jedną z nich dhampirowi. Zdecydowanie bardziej lubiła te masywne, kamionkowe naczynia niż kruche filiżanki, jakich używali we dworze. Zawsze bała się, że uszko zostanie jej w dłoni.
- Jak ci minął dzień, panie lordzie? - zapytała, uśmiechając się z przekorą. Drażnienie go było jedną z tych rzeczy, która nigdy jej się nie nudziła.
- Tęsknię za naszymi lekcjami - dodała.
Nauka magii była jednym z tych zainteresowań, które połączyło ich losy. Mimi posiadała dar używania magii emocji oraz przestrzeni, jednak wcale nie było to dla niej proste. Dzika magia - zwłaszcza emocji - potrafiła niespodziewanie wybuchnąć z ciała dziewczyny, lecąc w nieprzewidzianym kierunku. Już w kamienicy bywało to uciążliwe, wywołując u ludzi najróżniejsze reakcje. Teraz doszły do tego portale, które coraz częściej pojawiały się i znikały, zupełnie bez kontroli błogosławionej. Kamerdynerzy i służący wiedzieli już o jej problemach i jedynie wzdychali ciężko, gdy nagle wyrzuciło ich w zupełnie innym skrzydle. Gorzej, gdy trafiło na któregoś z hrabiów albo innego panicza.
        Vinny, który sam kiedyś przechodził podobny etap, pomagał jej opanować te dwie dziedziny. Przez ostatnie tygodnie był jednak bardzo zajęty, a ona nie chciała mu przeszkadzać. Popołudniami przesuwała naczynia w kuchni, ćwicząc podstawy telekinezy. Parę stłuczonych kubków (“filiżanek, Mimi, filiżanek”) czy talerzy warte było efektu jaki osiągała, lewitując cukiernicę albo szczyptę cynamonu. Kuchnia niemal od samej przeprowadzki należała do niej i nikt nie zamierzał kwestionować jej autorytetu. Ona chętnie dzieliła się wiedzą, a oni wybaczali jej te niewinne wybryki.
        Tęskniła jednak za wspólnymi posiedzeniami, mądrością dhampira i jego kojącym głosem. Jego rady pomagały jej lepiej zrozumieć magię, a także samą siebie. Nie chciała w żaden sposób go pospieszać, ale miała nadzieję, że niedługo będą mogli wrócić do wspólnego spędzania czasu.

Awatar użytkownika
Vinny
Zbłąkana Dusza
Posty: 9
Rejestracja: 11 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Vinny » 8 miesiące temu

        W przeciwieństwie do Mimi Vincent czuł się dobrze w posiadłości niemal od pierwszego dnia. Jednak ,,dobrze” nie znaczyło u niego ani swobodnie, ani swojsko, ani ,,jak w domu”. Nie miał domu. A gdyby miał jakiś wybrać z miejsca wskazałby na swoją kamienicę, której nawet nie wszystkie mieszkania były bezpośrednio dla niego przeznaczone. Czy mała chatka w Pustej Dolinie, czy dom elfiego wujostwa, pokoik w Kryształowym Królestwie czy liczne pokoje, komnaty i kwatery w akademikach wszelkiej maści - wszędzie był tylko tymczasowym gościem.
        Tutaj też.
        Jednak 120 lat przyzwyczajenia robi swoje - wniósł do nowych apartamentów kilka książek i to co miał na sobie i… w zasadzie był rozpakowany. Tak do mieszkania. Później przyniósł co prawda swoje zasoby naukowe w postaci zaklętych woluminów, zwojów i notatek, a później materiały alchemiczno-magiczne i zapasy krwi, ale zasiliło to wszystko gabinety, pracownie i inne zakamarki, nie będące bezpośrednio miejscem życia dhampira.
        Nie mając zbyt wielu własnych upodobań, a przynajmniej nie znajdując satysfakcji w wyrażaniu ich, Vincent od początku przyjął obecny wystrój za odpowiedni, a w czynach i myślach skupił się na wymaganiach rodziny. I zarówno w nich jak i korytarzach pałacu bez przerwy się gubił - gdyby niechcący wszedł do portalu niebianki i wypluło go w drugim skrzydle, pewnie nawet by tego nie zauważył.
        Nie zauważał też niektórych ze spojrzeń rzucanych w jego kierunku, kiedy zachowywał się nie tak jak należało - chociaż zastanawiał ile zajmie mu skorygowanie tych wad i w jakim stopniu chce to zrobić. Tak jak i Mimi nie odczuwał naturalnie podziału społeczeństwa na klasy, a dzielił istoty na te siejące zamęt i szanujące zasady. Zasady, które w pewnym momencie swej historii same się tworzyły. Tak i tutaj panowały już ustalone, ludzkie reguły, którym dhampir pragnął uczynić zadość, lecz jednocześnie nie pokrywały się z niektórymi jego preferencjami. Bo choć usuwał w kąt własne zachcianki, to jednak w ostatnich dekadach udało mu się wyrobić w miarę stabilny wizerunek, z którego nie chciał rezygnować. Prosty ubiór, nieregularny tryb życia, oddawanie się nauce i zwracanie się do każdego bez względu na pochodzenie, nieodmiennie wchodziły w jego skład. Na szczęście stawiając społecznie harmonijnych ponad nieprzewidywalnymi i ceniąc rozsądek oczytanych, nie miał we dworze aż takiego problemu - wyedukowana była arystokracja, a zasad trzymali się wszyscy. Świadomość, że słudzy czują się sługami, a państwo panami wiele mu ułatwiała. Bo gdyby tak pokojówka zachciała z nim przyjacielskiej pogawędki albo zabrać sobie jego nieużywane meble - nie widziałby problemu. Wiedział jedynie, że to nie wypada i - dzięki Panu - służba także była świadoma. Dlatego nikt do tej pory nie odważył się wykorzystać nawyków dhampira, bojąc się o własne miejsce w świecie, w którym się wychowali.
        Państwo byli panami.
        Słudzy byli sługami.
        No i byli też Mimi, Roze i Mikael.

        - Nie do pomyślenia, naprawdę matko, nie wiem jak długo będziemy musiały się na to godzić!
        - Paulio, kochana, proszę uspokój się z lekka. Towarzystwo to nieco specyficzne, przyznaję, ale nie można nie doceniać tego co robią.
        - Fakt, pałacu jeszcze nie zniszczyli!
        - Nie, żeby należał do nas…
        - Proszę Edwardzie, nie prosiłam cię o opinię! Matko, bardzo cię proszę, zabroń im chociaż mieszkania na jednym piętrze! Toż to się nie godzi! Wyobrażasz co będzie jak rozniesie się plotka, że Hrabia, doradca jego, panna i posługaczka mieszkają wszyscy we czwórkę! Och, gorzej mi gdy tylko wymawiam to na głos… nie, to się nie może wydać!
        - I się nie wyda, jak nie będziesz o tym rozpowiadać - skwitowała cierpko lady Francis. Siedzieli właśnie przed kominkiem - ona, córka jej oraz zięć. Do przedchwili towarzyszyło im jeszcze dwóch dżentelmenów, ale jeden z nich - Jorge - musiał wracać do swego mająteczku, a sir Ryszard poszedł go odprowadzić do drzwi i przy okazji zamienić z nim jeszcze na osobności parę słów. Tę chwilę pani Paulia wykorzystała na podniesienie sprzeciwu wobec postępowania nowego hrabi. Jej głos jednak był bezsilny, co napełniało ją jedynie większą frustracją.
        - Jaki to jest przykład dla Any i Mirabelle! Nie powinny tego oglądać!
        Lady Francis już chciała przypomnieć, że mają własną, nie skromną przecież posiadłość Edwarda, lecz obawiała się, że zadzierżysty charakter córki każe jej w te pędy spakować się i właśnie tam przenieść. A na tym w ogóle jej nie zależało.
        - Myślę, że obie panienki są już dość duże, by rozumieć co się dzieje. Z tego co sama widziałam, jasno wynika, że nie traktują naszych nowych gości jako wzory dla nich odpowiednie. Powiedziałabym nawet moje słońce, że patrzą na nich z przymrużeniem oka.
        - I doprawdy uważasz, że to najwłaściwsze? Ale biedne, jak mają na nich patrzeć, jeżeli nie tak właśnie? Och, zarówno dobrze, że nie uznały ich za chodzące ideały z Wielkiego Świata, jak i źle, że ci nie mogą być należnym przykładem!
        - Sądzę jednak, że hrabiemu…
        - Nie prosiłam cię o sądy, Edwardzie! Ja sama uważam, że gdy nowy hrabia stanie się godny tego tytułu to i one powinny obdarzyć go należytą estymą, na ten czas jednak…
        - Słyszę, że znowu krzyczycie. - Tubalny, dobroduszny głos spod wąsa Ryszarda wywiał z pokoju atmosferę złości i wypełnił go blaskiem zadowolonego z życia człowieka - Co nie wychodzę to ten sam głos… droga Paulio, znowóż wyrażasz swoje niezadowolenie z powodu naszego hrabiego?
        - A i owszem - odparła uparcie i zacisnęła kształtne ustka, prezentując krewnemu dumny, kobiecy profil. Mimo dojrzałego już wieku, tak z urody jak i zachowania nadal była niezwykle młodą kobietą, a na dodatek z roku na rok coraz bardziej wygadaną, bo doceniającą swoje życiowe doświadczenie i wpływy. Dyskusja urwała się jednak i rodzina zaczęła rozprawiać o poprzedniej wizycie Widdletonów i debatować kiedy to wypadałoby wpaść do nich z rewanżem. Panią Edyner wielce zdumiało, że jeszcze nie otrzymali od nich zaproszenia, mąż jej milczał, a lady Francis i sir Ryszard zboczyli z tematu na gry w kule.

        Tymczasem, nie biorący zbyt długo udziału w takich spotkaniach Vincent, został wpuszczony do pokoju przez Mimi. Jak zwykle szybko przebiegł wzrokiem po pomieszczeniu ciekawy czy błogosławiona wprowadziła doń kolejne poprawki. Sądząc jednak z przeróbek, które już stały się jej udziałem, zaaklimatyzowała się nieco i rozpanoszyła w przeznaczonej dla niej przestrzeni. To bardzo cieszyło dhampira. Widząc, że Roze i Mikael czują się tutaj nad wyraz swobodnie, a Mimi nieugięcie próbuje dostosować do siebie nowe środowisko, nabierał przekonania, że nie było błędem zabieranie ich do pałacu. Co prawda każde z nich zrobiło to z własnej woli, w dodatku nie bez powodu - nieumarłe rodzeństwo w końcu go chroniło, a niebiankę nauczał - ale niewielką miałby radość z ich towarzystwa gdyby w kółko myśleli o odejściu.

        Jak zwykle rozluźnił się w apartamencie swojej towarzyszki - czasem odnosił wrażenie, że lepiej mu tutaj niż u siebie, więc kiedy mógł, rezygnował z przyjemnej samotności w dhampirzych progach i korzystał z cierpliwości niebianki. I poczęstunku.

        - Miło cię widzieć Wilhelmino - odparł z melodyjnym przekąsem, krzywiąc się lekko tak na ,,Vinny’ego” jak i ,,markizę”. Miał na dzisiaj dosyć arystokratów. Ostatecznie jednak zmiękł przy nalewaniu herbaty i z chęcią sięgnął po ciastko. Pierwszy raz od wielu godzin nie zważając na to czy robi to dość elegancko.
        - Sporo pracy. Jak zwykle - odparł tym rodzajem beznamiętnego tonu, który znaczył u niego tyle co pełnoprawne westchnięcie. Po kilku chwilach niewymuszonej ciszy przeszedł z trybu ,,dhampir” do trybu ,,przyjaciel” i już niekrępowany zaczął opowiadać:
        - Dzisiaj Michelotto znów mówił mi o całym tym planie na złotnictwo… dostałem też nowe projekty mebli i dodatków od rzemieślników z Fargoth. Chyba powoli powinniśmy zacząć myśleć o rearanżacji… - Rozejrzał się mimowolnie po już zmienionym pokoju, a po przerwie kontynuował. - Ominęły mnie co prawda w ostatnich dniach wystawne obiady, ale posiłki z moimi krewnymi nie są tak łatwe jak myślałem. Nie widzę w nich chęci współpracy. - Pauza. - Naprawdę nie wiem jak dogodzić pani Edyner. A jej córki mnie nie znoszą. - Teraz jego oczy były niemal zbolałe. W sumie w zacieśnianiu więzów najbardziej liczył właśnie na młode pokolenie. - Kiedy Jorge wyszedł, w zasadzie nie było innego wyboru jak się wycofać z bawialni… - Pauza. - Ile bym nie myślał, nie wiem jak ich zadowolić pozostawiając sobie przynajmniej resztki charakteru. Nie umiem się zmusić do przestrzegania ich zasad… ale powinienem. Popracuję nad tym. Naprawdę bardzo dobre - pochwalił po spróbowaniu markizy. Być może nie był mistrzem w odróżnianiu wszystkich smakowych odcieni, ale sama świadomość, że przekąska wyszła spod palców Mim sprawiała, że była ,,dobra”.
        - Udało mi się też wygospodarować kilka minut w ciągu dnia… Mam w związku z tym małą prośbę panno Earhart. - Wyciągnął z kieszeni mały słoiczek. Zanim jednak jej go zaprezentował, wyjął też mały patyczek do makijażu, coś na kształt kredki - jeden z tych specyfików, którego używał do bazgrania innym po twarzach lub sobie po papierach, kiedy pod ręką nie miał niczego innego. Teraz zaś sprawnym ruchem postawił na prawym policzku Mim małą kropkę, nieco z boku, by nie rzucała się w oczy, ale nadal całkiem użyteczną. Często tak robił gdy prosił ją o testowanie kosmetyków - by przypadkiem nie zapomnieli, na której połowie twarzy te testy się odbywają. W tej kwestii nie ufał ani swojej pamięci ani roztrzepaniu dziewczyny, więc posługiwał się niezawodnym sposobem. Jak się mogła błogosławiona wiele razy przekonać - ustrojstwo nie zmywało się ani wodą, ani większością mydeł, a dopiero specjalnym rozpuszczalnikiem, który dhampir trzymał u siebie. Nigdy wprost nie zmuszał jej do paradowania z czarną ,,muszką” na twarzy, ale też nigdy nie wręczał jej zmywacza przed skończeniem eksperymentu. Przypadek?
        Lecz trzeba było przyznać, że Mimi i tak uroczo wyglądała, nieważne czego na buźce by jej nie napisał, więc nie musiała się tym nadto przejmować. Zresztą zaraz zaczął jej wyjawiać treść zadania.
        - Chciałbym, abyś używała tego co wieczór przez następny tydzień. Na połowie twarzy, może być bez nosa. Długo się wchłania, więc jakbyś mogła leżeć na plecach albo na boku… Nie wcieraj tego w poduszkę. - Otworzył słoiczek na tyle szybko, by nie musiał prezentować dłoni i mogła już podziwiać ciepłobiałą, gęstą maź. - Co sądzisz o zapachu? Nad tym mogę jeszcze popracować. Myślę, że nie jest najgorszy. Jak się uda można by w tym zakląć parę ciekawych poleceń… efekt odprężający byłby na miejscu… i może coś żeby się nie wiercić w nocy. Niby się spiera, ale nie o to chodzi, by lądowało w pościeli… - w miarę mówienia mamrotał coraz ciszej, aż przytykając palce do brody zamyślił się na dłuższą chwilę i paplał już co najwyżej we własnych myślach. Chyba jednak skutecznie, bo w końcu otrząsnął się i zmienił temat:
        - Jak się tutaj czujesz? Widziałem, że często rozmawiasz ze służbą. Przyjemni, em… ludzie. - Chyba głupio było się mu przyznać, że nie pamięta ich imion ani twarzy i w zasadzie nie wie kim są. - Masz już kogoś… ulubionego? Jakiś lepszych znajomych? - Nie był mistrzem nienaukowej konwersacji, więc mówiąc nieco się gubił. Nadal jednak łatwiej mu było zadawać pytania niż na nie odpowiadać, lecz że ostatnio z Mim widywał się na dłużej tylko raz w ciągu dnia - to zbierał sobie wszystkie nowinki i przychodził pod drzwi już w zasadzie z gotową listą. Chociaż i bez niej były tematy, które ich łączyły.
        - Niedługo wrócimy do lekcji - nagle odpowiedział na uwagę, którą zdawało by się zignorował, a na jego ustach pojawiło się coś jakby cień uśmiechu. Z łagodniejszym niż zwykle obliczem zapewnił ją, że jeszcze kilka dni solidnej harówki i będą mogli wplatać stare zwyczaje w nowy rytm życia.
        - Żałuję jedynie, że chwilowo ja muszę pobierać więcej nauk niż ty. - I przypominając sobie lekcje tańca sprzed kilku godzin, oparł łokcie na kolanach i złapał się za głowę. Jakim cudem zmusili go do takiego marnowania czasu!? Może nie był najwybitniejszym umysłem na tym kontynencie, ale ostatecznie trochę pożytku przychodziło z jego eksperymentatorstwa. A z jego tańca? Nikt nic nie miał! Tylko on obolałe nogi, Mikael czkawkę ze śmiechu, a panna Evans - postrzępione nerwy.
        - Czasem się zastanawiam czemu to właśnie taniec jest jedną z podstawowych form zacieśniania więzów społecznych w ramach wspólnej działalności… dlaczego to i polowanie? Albo czytanie powieści? Dlaczego nie może być to nauka języków obcych? Kreomagowanie na podstawowym poziomie? - mamrotał zupełnie do siebie z opuszczoną głową i jedyne czego pragnął to chwili na szczere wyżalenie się. Ostatecznie przez całe swoje życie niewielu osobom potrafił wyjojczeć swoje problemy i chciał korzystać póki może z przywileju jakim była Mimi.

Awatar użytkownika
Mimi
Zbłąkana Dusza
Posty: 7
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Mimi » 8 miesiące temu

        Mimi skrzywiła się słysząc pełną wersję swojego imienia, jednak po chwili prychnęła wdzięcznym śmiechem. Sama to na siebie ściągnęła, drażniąc Vinny’ego zarówno zdrobnieniem jak i tytułem lorda.
"Przynajmniej ciastka mu smakują", pomyślała, patrząc jak z apetytem spałaszował pierwsze z nich. Nieważne jak się starał nie okazywać uczuć - po tak długim czasie przyjaźni potrafiła powiedzieć, kiedy beznamiętny ton oznaczał zmęczenie a kiedy irytację.
        Gdy się rozgadał, usiadła ze skrzyżowanymi nogami na krześle, zrzucając kapcie i chowając drobne stopy pod uda. Podparła brodę dłonią i skupiła na nim całą swoją uwagę, również podgryzając ciasteczko. To dzięki tym spotkaniom była w stanie każdego dnia wyjść z odwagą ze swojego pokoju i zmieniać nieprzyjazne sobie gmaszysko. Gdyby nie Vincent już dawno uciekła by stąd z krzykiem. Choć po prawdzie gdyby nie on, to w ogóle by jej tu nie było.
- Złotnictwo? Co masz namyśli? Pokażesz mi te projekty? - wypytywała o wszystko. Interesował ją każdy drobiazg i każda, najmniejsza nawet rzecz.
- Rearanżacja… Dopiero się tu zadomowiłam… - westchnęła, rozglądając się po ciepłym wnętrzu.
        Na wzmiankę o Jorgem uśmiechnęła się lekko i zastrzygła uszami z mocno skrywanym zainteresowaniem.
- Tak, kuzyn Jorge wydaje się chyba najbardziej przystępny z nich wszystkich… Chociaż jest też chyba dosyć nieśmiały, prawda? - zapytała, niby od niechcenia. Wcale nie intrygował jej ten młodziutki blond panicz. Ani trochę.

        Nawet się nie zdziwiła, kiedy dhampir postawił jej kropkę na policzku. Po pierwsze zrobił to tak szybko, że nie zdążyła zareagować. Po drugie przywykła już nieco do tego, że mimo swojego introwertyzmu, potrafił zaskakiwać nieoczekiwanymi i bezpośrednimi gestami. Nie po raz pierwszy była królikiem doświadczalnym dla jego kosmetyków. Zazwyczaj efekty były bardzo miłe, choć parę razy pożałowała, że dała się nimi wymazać.
- Ale nie spuchnę tak jak przy tamtym kremie wygładzającym? Przez tydzień nie mogłam wyjść z pokoju - zapytała żartobliwie i jedynie na poły podejrzliwie.
- Wiesz, że zasypiam bardzo szybko, ale na tyle, na ile dam radę, obiecuję nie wytrzeć go w poduszkę - przyrzekła, biorąc słoiczek w dłonie i przysuwając do nosa.
- Zapach jest miły, relaksujący. Choć nieco bezosobowy - skwitowała szczerze, smarując policzek i brodę. Biała warstwa przykryła jej skórę niczym barwy wojenne. Zmarszczyła groźnie brwi do swojego odbicia w lustrze i dumnie zadarła podbródek. Niech by ją teraz zobaczyła lady Francis!

- Służący są faktycznie bardzo mili.
”Dużo milsi niż twoja nowa rodzina” dodała w myślach, jednak powstrzymała się od wypowiedzenia tego na głos. Nie powinna od razu skreślać tych ludzi. To nie ich wina, że wychowano ich na nadętych bufonów.
- Są zachwyceni moimi wypiekami i ciekawi ich każda rzecz, której nauczyłam się w Efne. Dawno nie spotkałam tak złaknionych świata ludzi. Całkiem nieźle się dogadujemy. Zwłaszcza z Yvette, jedną z pokojówek - dodała, uśmiechając się ciepło. Czarnoskóra i niebieskooka Yvette była najłagodniejszą i najmilszą istotą jaką Mimi kiedykolwiek spotkała.
- Jest też Nora, która dotychczas królowała w kuchni. Teraz… współdzielimy jej królestwo - powiedziała ze śmiechem, przypominając sobie oburzenie, jakim kucharka początkowo zareagowała na jej sugestie. Dopiero przyrządzone przez niebiankę potrawy udowodniły jej, że jeśli chodzi o gotowanie, nie ma sobie równych. Kobiety zawarły między sobą niepisaną umowę - Mimi nie wcinała się w przygotowywanie menu dla jaśniepaństwa, a Nora pozwalała dziewczynie eksperymentować kiedy tylko ta miała na to ochotę.
- Za to nie umiem przekonać do siebie starszych kamerdynerów. Tak mocno wrośli w ponurą stronę budynku i tej rodziny, że nie są w stanie pojąć już niczego innego. Ale może potrzeba im czasu - dodała z zamyśleniem, upijając łyk herbaty. Kamionkowa czarka nie nagrzewała się za szybko i teraz przyjemnie grzała w dłonie.
- Zabrałam się też za ożywienie zapuszczonej szklarni. Wypieliłam donice zarośnięte zielskiem i zasadziłam tam zioła. Dzięki temu będziemy mieli świeżą bazylię i miętę nawet w środku zimy! A te z hrabin, które mają nerwicę, będą mogły napić się naparu z melisy - dodała z odrobiną złośliwości w głosie. Ale tylko odrobiną.

        Kiedy Vinny zapewnił, że niedługo wrócą do lekcji, uśmiechnęła się promiennie. Nie drążyła tematu - wiedziała, że on także chciałby już powrócić do ich wypracowanej rutyny. Jeszcze jakiś czas musiała poczekać zanim stanie się absolutną mistrzynią magii emocji.
        Słuchała jego marudzenia z pełną wyrozumiałości i lekkiego pobłażania miną. Na wzmiankę o tańcu jej oczy zwęziły się w przebiegłe szparki.
- Ja tam myślę, że szło ci całkiem nieźle… Kiedy już przestałeś deptać po stopach swojej partnerki - powiedziała niewinnie, robiąc przy tym minę tak uroczą, że nie pozostawiała wątpliwości co do jej anielskich korzeni.
- Sztama ze służbą ma tę zaletę, że człowiek szybko poznaje rzadko uczęszczane przejścia - wytłumaczyła, myśląc o korytarzu, z którego mogła obserwować salę balową. - Ale nie martw się. Moim zdaniem wyglądałeś całkiem uroczo, dla odmiany nie będąc w czymś doskonałym.

        Przez chwilę bawiła się pustą czarką, bujając ją palcem po powierzchni stołu.
- Telekineza wychodzi mi coraz lepiej! - pochwaliła się, odstawiając czarkę i robiąc skupioną minę.
- Zobacz!
Wyciągnęła przed siebie dłoń i rozczapierzyła palce, unosząc czarkę w powietrze. Drugą dłonią uczyniła podobny gest, unosząc imbryczek i przechylając go delikatnie. Cienki strumień zielonej herbaty poleciał prosto do naczynia, nad którym uniosła się strużka aromatycznej pary. Delikatnie odstawiła czarkę na stół, jednak imbryk zachwiał się, rozlewając sporą kałużę na podłodze tuż obok dywanu. Jego niepokojący ruch na skraju stołu sprawił, że dziewczyna panicznie wyciągnęła ręce, bojąc się, żeby się nie strzaskał.

Awatar użytkownika
Vinny
Zbłąkana Dusza
Posty: 9
Rejestracja: 11 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Vinny » 8 miesiące temu

        - Złotnictwo… - westchnął, patrząc gdzieś w bok. - Głównie biżuteria. Mikael obmyślił sobie, że będzie to użyteczne. Poniekąd moja wina, bo nauczyłem się tworzyć minerały i inne paciorki; chociaż nie po to, by obwieszać nimi ludzi. No, w większej mierze - odparł opierając się wygodniej na ciężkim krześle. - Nie ma co dużo mówić o projektach; niby zarzuca mnie szkicami, ale najpierw muszę lepiej opanować szlify magiczne, nie mówiąc już o odmianach barwnych i postaciach kryształów. Muszę ci się przyznać, że mam z tym problemy, bo w alchemii zazwyczaj nie ma znaczenia jak wygląda składnik, o ile należy do pożądanego rodzaju. Do tej pory więc nie zwracałem na to większej uwagi, teraz jednak… nie mam wyboru. - Wyglądał na niezbyt zadowolonego, ale nadal nie był mu projekt Michelotto na tyle niemiły, aby mu zwyczajnie odmówił. Ostatecznie w swych argumentach brunet zgrabnie połączył to z obecnym celem Vincenta - przekonaniem do siebie ludzi z wyższych sfer. Ani tytuł adepta magii, ani alchemika, ani naukowca wielu dziedzin nie zrobiły na nich do tej pory takiego wrażenia, jak koślawa broszka, którą Michelotto zaprezentował szumnie określając ją pierwszym ,,dziełem” hrabiego. Niczym matka oklaskująca zdolności swojej córki ogłosił, że jeszcze trochę wysiłku, a hrabia stanie się niechybnie sztukmistrzem znanym na całe Fargoth, więc niech cieszą się, że mieszkają z nim pod jednym dachem. Vinny w tym czasie walczył z samym sobą, wszelkimi siłami starając się tak nie uciec, jak i nie zaniżyć mniemania o rodzinie, która łapała słowa Mikaela jak złakniona normalności ciemnota. Z drugiej strony nie miał chyba prawa ich oceniać, jeżeli od kilku miesięcy nie był w stanie nauczyć się kolejności używania sztućców. W sumie wszyscy byli mądrzy i skretyniali na swój sposób, a problem polegał na tym, że na różnych polach. Rodzina mogła tolerować jedno, Vincent drugie. Starał się jednak dopasowywać do nich najlepiej jak umiał i doceniać zasady, które nimi rządzą. Drugi problem polegał niestety na tym, że oni niekoniecznie byli skłonni poświęcić się tak dla wygody dhampira. Mimo bycia dziedzicem, właścicielem i głową rodu - to on był tutaj gościem. A Michelotto obrał sobie za zadanie ten stan rzeczy zmienić. Dlatego właśnie, choć w Kamienicy robił co najwyżej za marudzącego kolegę (i ochronę), tutaj stał się nieodłącznym towarzyszem dhampira. Częścią jego świty. I kolejną z wielu osób, których mniej czy bardziej niechętnie Vinny słuchał. Jego pomysły były tak absurdalne jak sam plan uczynienia z mieszczucha właściciela ziemskiego, więc w obecnej sytuacji mogły być tylko dobre.
- Pokażę ci. - Vinny zaczął grzebać po kieszeniach, by w końcu znaleźć to o co mu chodziło. - Podaj dłoń - poprosił idealnie surowym tonem, którym od lat mimowolnie zmieniał uprzejmość w pozorne rozkazy i mimo niechęci do własnych rąk ujął w nie łapkę Mimi. Zamiast jednak odwrócić ją grzbietem do dołu i położyć przedmiocik wsunął jej go na palec. Ruchy przy tym miał mało poetyczne - krótkie i precyzyjne, jak przy pracy, jednak była to kwestia nie pośpiechu, a pragnienia, by jego ciemne pazury i upiorne dłonie nie kontrastowały zbyt długo z cieplutką skórą niebianki. Zostawiwszy ozdobę na jej środkowym paluszku mógł w spokoju dać jej oglądać. Po chwili postanowił dołączyć do tego skromny opis:
- Jest pozłacany. Teraz. W zasadzie nosisz dwa odłamy rudy darniowej i krzemień; do tego ciąg zaklęć długości referatu o mszakach migotliwych van Goffena i pięć godzin z mojego życia okupionych tupaniem Michelotto i jego wątpliwościami czy by na pewno wiemy co robimy. Poszły na to cztery świece i tyle papieru i atramentu, że można by zrobić dobrą kopię mszaków. Ilustrowaną. Podoba ci się?
Te słodkie słowa nieodmiennie związane były z błyszczącym ciepłym złotem pierścieniem o małym oczku w kolorze soczystej zieleni.
- To perydot. Szlif schodkowy, ośmiokątny. Na razie tyle udało mi się zrobić. Nie wiem czy po pewnym czasie nie skruszeje, więc się tym nie przejmuj. - Tym samym dał do zrozumienia, że pierścionek jest dla niej, choć nie zawyżał jego wartości. Niestety był beznadziejnym prezentantem i opowiadał o swojej biżuterii jak kucharz, który o pieczeni mówi jak o padlinie. Nie wstydził się za to wyznać ile pracy i materiałów w to włożył, gdyż, choć może w niezbyt dobrym tonie, jego zdaniem pozwalało lepiej zrozumieć istotę rzeczy. Mimi w końcu nie chciała dostawać ładnego pierścionka - chciała wiedzieć co on robi.
- Ale trzeba przyznać, że na terenie hrabstwa znajduje się parę ciekawych złóż - poprowadził temat na inną ścieżkę. - Myślę też, że ogólnie jest to miłe miejsce. Niedługo zacznę robić objazdy, mam nadzieję, że będziesz mi towarzyszyć. Może widok zagajników i rzeczek pozwoli ci znaleźć litość dla moich krewnych - zaproponował z cieniem uśmiechu, choć jemu romantyczne pejzaże nie były za bardzo w głowie. - Jorge’a też mógłbym zabrać. Lubi jeździć konno po okolicy, myślę, że mógłby nas poprowadzić. Co prawda sprawy administracyjne są poza jego zasięgiem, ale jego towarzystwo faktycznie byłoby najprzyjemniejsze. Sir Ryszard to bardzo porządny człowiek i w zasadzie lepiej by się nadał, ale nie będę go ciągał zawsze za sobą. Co ty na taki projekt? Myślę, że we trójkę z Mikaelem i Jorgem byście się dogadali - zasugerował, sądząc, że on nie będzie zaliczał się do rozmawiającego grona i na spokojnie zatonie w papierach.
- Czy jest nieśmiały… wybacz Mim, nie umiem ci powiedzieć - odezwał się profesor psychologii i socjologii. Można było go jednak tłumaczyć tym, że sam nie widział jeszcze wyraźnych oznak nieśmiałości u kuzyna, bo wobec niego samego i rodziny zachowywał się nieco inaczej, niż zdarzało mu się w towarzystwie błogosławionej. - Wydawał mi się raczej grzeczny i pogodny, z wrodzoną ciekawością i wyuczoną pokorą. - Jednak słowa kobiety już dały mu do myślenia. - Ale możliwe, że bywa nieśmiały. - Kolejny cień uśmieszku przemknął po wąskich ustach, a oczy dhampira zalśniły chęcią obserwacji. Naukowych oczywiście.

Nie ciągnął tego dalej, bo ciekawsze rzeczy skupiły ich uwagę - krem!
- Nie powinnaś. Z tego co sprawdzałem na sobie, to nie podrażnia. Ale na wszelki wypadek zajrzę tu jak zaśniesz… tak z godzinę po. Jeżeli będziesz czerwona to coś z tym zrobimy. Może odwrócę cię na właściwy bok. O której zasypiasz? - zapytał z kuszącym planem kontynuowania eksperymentów bez jej świadomego udziału.

,,Bezosobowy” za to dało mu do myślenia. To samo Michelotto mówił o jego szkicach. Wszystkich. Mogły być dobre, porządne czy przemyślane - ale bezosobowe. Jak to co zwykle wychodziło spod jego ręki. Tym chętniej pytał innych o opinie i ewentualne wskazówki, choć gdyby miał możliwość, zwyczajnie oddawałby im robotę do wykończenia. Treść była jego, jeżeli ktoś chciał dodać temu artystyczne rysy to droga wolna. Niestety nie ze wszystkim dało się tak zrobić - sprawozdania, referaty czy rysunki przedmiotów, które oddawał w formie surowej to jednak co innego niż zaklęte olejki, maści czy eliksiry, gdzie musiał wszystko szlifować aż do uzyskania finalnego produktu. Podpowiedzi jednak bardzo mu się przydawały. Chociaż czasami zdarzało mu się żałować, że jego specyfików nie kupują istoty bez powonienia. Wtedy byłoby łatwiej. A tak nie wystarczyło samo działanie - potrzebna była ta cała wizualno-aromatyczna otoczka.

O służbie słuchał starając się wyglądać na równie zainteresowanego jak był, ale mu nie wychodziło. Zmęczonym wzrokiem wodził to po buźce Mimi to po markizach, to ciemnym, bogatym oknie. Mimo pozorów słuchał uważnie, starając się przypomnieć sobie kiedy mógł już słyszeć imię ,,Yvette” i przypisać je do jednej z twarzy… niestety bez skutku. Zaintrygowała go również ta ,,Nora” - zdecydowanie jej relacja z niebianką nie mogła być z początku najłatwiejsza. Tak jak on z nią miał przeciwstawne talenty i mogli się albo do siebie nie wtrącać, albo się podziwiać, tak kucharze w jej towarzystwie mogli odczuwać całą gamę emocji od zazdrości i zawiści, po wyuczoną pobłażliwość lub radość. Aż szkoda, że go przy tym nie było.
- Ponurą stronę? - zapytał, zdziwieniem wyrwany z pozornego znudzenia. Rzadko udawało się go tak zaskoczyć, więc pytający wyraz bursztynowych, a otwartych nieco szerzej niż zwykle oczu mógł być miłym urozmaiceniem nawet dla znającej go tyle lat dziewczyny.
Przez chwilę zastanawiał się co właściwie mu w tym określeniu nie pasuje, żeby jakoś zgrabnie to wytłumaczyć, ale po chwili zrezygnował z planu i zdał się na podstawową umiejętność komunikacji:
- Ciekawie to określasz. Sam mógłbym wiele o nich powiedzieć, chociażby, że są zmanierowani i lubią swoje zwyczaje, oraz że ciężko mi się do tych zbiorów reguł przyzwyczaić, ale ponurzy…? Wydawało mi się, że całkiem się w tym odnajdują. Każdy ma swoje zajęcia… moja rodzina głównie rozrywki i obowiązki towarzyskie, ale wszystko jest na swoim miejscu. Nie potrzebują naszych nowinek, by dobrze się czuć. Pewnie dlatego starsza i mocno związana z państwem służba nie chce cię słuchać. - Spojrzał na nią niemalże pobłażliwie. Szanował jej charakterek, ale czy naprawdę sądziła, że będzie mogła każdego przeciągnąć na swoją stronę i wepchnąć im swoje zwyczaje? Na jej miejscu (a robił to na swoim) nawet by nie próbował.
Była jednak spora różnica w postrzeganiu świata między relatywnie młodą niebianką, a nim samym. Owa ,,ponurość” więc nie musiała tyczyć się jedynie zasad. Mogło to być coś mniej uchwytnego, czego on nie dostrzegał. W końcu pół życia spędził w wielkich gmaszyskach i ciasnych podziemiach, ciężkich budynkach uczelni lub pałacach akademickich o ażurowej konstrukcji. Wypełnionych półmrokiem lub niepokojącą grą świateł, schludną nad miarę skromnością lub tytanicznymi rzeźbami zamarłymi w pół gestu. Atmosfera niesamowitości wynikająca z bogactwa wnętrz, czy podejrzane pustki korytarzy nie robiły na nim żadnego wrażenia. Poza tym tkwił w przekonaniu, że skłonni do zabaw i silnie zróżnicowani ludzie stanowią wyjątkowo barwny podgatunek arystokracji - o ile ciekawsza była pani Edyner ze swoimi co rok nowymi fochami oraz rosnące jej córki, niż wampirza śmietanka zasadniczo niezmienna na przestrzeni dziesięcioleci. Elficcy uczeni zapatrzeni w swoją dziedzinę magiczną byli ich dobrym odpowiednikiem w świecie kastowej nauki - nawet gdy przychodziło się do nich po dwudziestu latach, wiedziano czego się można spodziewać. Zasadniczo Vincent to lubił, bo do tego przywykł i sam wyrósł na wzór ten i podobieństwo, ale był też pewny, że Mimi (choć pozbawiona takiego porównania) uzna ludzkie towarzystwo za niemal tak samo ciekawe jak i on, a zasady za intrygujące, mimo iż uciążliwe.
Widocznie wolność była jednak smakiem najbardziej jej potrzebnym do szczęścia.
- Melisa przyda się nam wszystkim. - Pokiwał głową poważnie, po czym spojrzał na nią, za surowym spojrzeniem kryjąc zawstydzenie. - Zwłaszcza mojej partnerce od tańca. Nie wiem czy słyszałaś jak groziła, że zaskarży mnie za zniszczenie jej butów, panno wszędobylska. Następnym razem zamiast podglądać mogłabyś mnie uratować; stłuc coś albo podpalić… dlaczego o tym nie pomyślałaś? - Koślawym żartem wypowiedział życzenie, bo te lekcje najbardziej ze wszystkiego dawały mu się we znaki. Poza tym nie mógł sobie darować, że widziała to co z nim tam robili…

Z zaciekawieniem i ulgą spojrzał jak wokół Mimi unoszą się srebrne stróżki magii. Tak, teraz czas na jej popisy. Musiał przyznać, radziła sobie nieźle, choć magiczny kolor unosił się chaotycznie, raz blaknąc, raz przybierając na sile. Pomaganie sobie dłońmi dużo jednak ułatwiało niebiance - umiała szybciej i precyzyjniej nakierować energię swych pragnień na konkretny przedmiot. Choć nadal…
Oboje w panice rzucili się ratować imbryczek i z popisową siłą przygnietli go w ostatniej chwili do blatu wszystkimi czterema dłońmi. Aż dziw, że było na nim tyle miejsca. Mogli tylko odetchnąć, a Vinc przesunął naczynie na środek.
- Idzie ci prawie tak dobrze jak mi z tańcem - podsumował uprzejmie.
A ktoś mu zaklaskał.

- Nic nie wychodzi jej tak tragicznie jak tobie taniec. - Michelotto przestał opierać się o futrynę i podszedł do stolika grzecznie kłaniając się Mim, a hrabiemu posyłając kąśliwy uśmieszek. Zasadniczo nie pukał, nawet do pokojów dam, jeżeli Vincent był w środku - po pierwsze korzystając z przywileju służby, a po drugie pragnąc przyłapać kolegę na jakiejś niezręczności. Raczej mu się to nie udawało, ale nie odbierał sobie resztek przyjemności i dokuczał mu mimo wszystko.
Należało jednak zaznaczyć iż nigdy nie przekraczał granicy i po spotkaniach tej dwójki to on najczęściej wychodził sfrustrowany. Drugi z dhampirów zbyt był obojętny, by przejmować się zanadto uwagami młodzika.
No tak - Mikael był młodszy od niego, choć niezbyt to było widoczne. Poza tym w manierach, ciętości i umiejętnościach bojowych przewyższał go o lata, więc ostatecznie różnica w wieku uległa zatarciu i obaj krwiopijcy zgodnie jej sobie (zbyt często) nie wypominali.
- Ale muszę się z nim zgodzić, Mimi. Drobny potop uratowałby nas przed tragedią jaką są jego popisy. Jeszcze chwila, a będę musiał po raz kolejny zmieniać mu edukatorkę.
Uśmiech bruneta był ujmujący, choć jego uroda bardziej pasowała do wymuskanego panicza niż poczciwego młodzieńca. Nie można było odmówić mu urody, ale z natury swojej wyglądał mało przystępnie. Plasował się gdzieś pomiędzy chmurnym Vincentem, a stale szczerzącą się Roze, ale daleko mu było do naturalnie ciepłego uroku samej Mim. Na jego obliczu widniało piętno surowego wychowania i dyscypliny, i choć często ukazywał swoje ząbki, był to gest raczej zaczepny niż przyjazny. Chociaż do niebianki - jak w tej chwili - kierował czasami nieco skromniejszą, ale milszą jego wersję.
- Wybaczcie, że was nachodzę, ale mam ogłoszenia - wyjaśnił, opierając się o krzesło Vincenta i wisząc nad nim jak niespełniony obowiązek. - Po pierwsze, jutro z rana chciałbym pokazać ci kilka koni, nad kupnem których się zastanawiam. Myślałem też o jednym wierzchowcu dla Mimi. Wolałabyś zwykłego czy pod damskie siodło? - zapytał, nim aura wokół niego nieco się zmieniła i zwrócił się ponownie do dhampira:
- Po drugie, draniu, zaprosiłeś swoją rodzinę… - zasyczał słodko, po czym huknął na niego z nieskrywaną naganą: - Co ci strzeliło!? Mówiłem ci, żebyś tego na razie nie robił! - O mało nie wyrwał oparcia ukazując jak bardzo mu się ten pomysł nie podoba.
- Mówiłeś, żebym napisał jak uznam to za stosowne.
- Aha. No to wybacz, mój błąd.
- Też tak myślę.
- To nie myśl, wybrałeś źle! Ludzkie państwo nam zejdzie jak zobaczy tu dwa wampiry! - Aż rozejrzał się niespokojnie i zniżył głos. - Dwa! Wampiry! Ledwo nas tolerują, myślisz, że jak pogorszy to naszą sytuację???
- Może… nie tak bardzo?
- Błąd! - Puścił nieszczęsny mebel i odwrócił się teatralnie. - Mogłeś mnie przynajmniej uprzedzić! Przygotowałbym coś!
- Znając ciebie to nie wysłałbyś moich listów.
- Dokładnie!
- Więc nie dziw się, że ci nie mówiłem. - Vinc upił spokojnie łyk herbaty. - Chyba nawet moi krewni wiedzą, że wampiry i dhampiry się ze sobą krzyżują. Muszę mieć jakieś w rodzinie.
- Zakładam, że starali się o tym zapomnieć. Jak i o tobie.
Vinc strapił się nieco.
- Dobra, nieważne. - Michelotto machnął na to ręką. - Kiedy przyjadą? I oczywiście po nocy, bo słońce! Trzeba uprzedzić państwo!
- To miałem zamiar zrobić.
- Niech będzie, pomogę ci - zgodził się ofiarnie. - Kiedy mają się zjawić?
- Nyia jeszcze mi nie odpisała, Creig natomiast… a, następna pełnia księżyca.
- Pełnia… tak… kiedy dostałeś odpowiedź?
- Kilka dni temu.
- Więc zakładam, że nie chodziło mu o dzisiejszą, hmm?
Vinc nie od razu zrozumiał, ale nagle tknięty, wyjrzał przez okno i zerknął w soczyście pełną tarczę unoszącą się nad polami.
- O…
Mikael nie miał więcej siły, więc podszedł do niebianki i oparłszy się o stół, zaczął rozmasowywać sobie skronie. Vincent nadal analizował nocne niebo, czym dobijał go tylko bardziej, ale przynajmniej już się nie odzywał. Brunet westchnął i zaczął na szybko obmyślać drogę ucieczki.
- Mimi, jesteś księżniczką… pomóż mi odczarować tę żabę zaklętą w ropuchę - poprosił błagalnym tonem, lecz dalszą rozmowę przerwało im pukanie do drzwi.
- Panie Mikaelu, jest pan tam? Ja-jakiś gość do hrabiego…
Roztrzęsiony głos kamerdynera nie wróżył nic nieoczekiwanego - Rzucając Vinny’emu wymowne spojrzenie Mikael otworzył i ukazał zebranym pobladłą twarz starszego człowieka.
- Kto przyszedł? - Zapytał bez cienia ciekawości.
- W-wielki, biały… taki… dżentelmen.
- Wprowadziliście go do bawialni?
- N-nie, proszę pana… zamknąłem drzwi… - Pobladł jeszcze bardziej, bojąc się własnej pomyłki.
- Nic nie szkodzi, zaraz tam zejdziemy. Możecie odejść.

- I co Vinny? Kto przyszedł? - zapytał zamknąwszy pokój, a kipiący z niego jad upodabniał go do nadepniętego węża. - Czyżby Nyia? A nie, chwila, ona nie ma w sobie nic z dżentelmena. To pewnie Creig.
- Zapewne.
- Widziałeś co się stało, gdy ktoś mu otworzył. Miejmy nadzieję, że kiedy przeprowadzimy go przez hall nikt nie stanie u szczytu schodów, bo wrzask zaalarmuje całą okolicę.
- Przesadzasz. To bardzo porządny nieumarły. Nikomu nie zrobi krzywdy.
- Z jego wyglądem? - wątpię.
- Robisz się niemiły. Skoro już tu jest, mógłbyś mu nie dokuczać. Odrobina wysiłku ci nie zaszkodzi.
- Wysiłku? - Mikael spojrzał oczyma gada, na którego ktoś właśnie położył drugiego buta. - Nie lubię ciebie (o czym wszyscy wiemy), ani moich obowiązków (o czym wiesz ty), a jako jedyny robię wszystko, żebyś nie został stąd oddelegowany w trybie natychmiastowym. Ugłaskuję twoją rodzinę, aż mi niedobrze i spędzam z tobą tyle czasu, że niedobrze mi jeszcze bardziej. A ty jednym zaproszeniem rujnujesz to wszystko! Powiedz, dlaczego?
Vinny milczał.
No właśnie.
- Przepraszam - odparł w końcu, uznając swoją winę. - Z tą pełnią się zagapiłem.
Najwidoczniej samego zaproszenia nie miał zamiaru żałować.
Stanęli naprzeciw siebie, dumni, mierząc się wzrokiem. Orzeł i kobra, oba gotowe do ataku. Ale jak zwykle gdy czas gonił, albo po prostu jak zwykle, odpuścili sobie i zgodnie zebrali się do wyjścia.
- Mim, ty jeszcze nie znasz Creiga - Zwracając się do niej Vinc nieco się rozpogodził - Powinien ci się spodobać - I nie zważając na krem na jej twarzy wyciągnął ją na korytarz.
Michelotto towarzyszył im kręcąc lekko głową i przygryzając wargę. Będzie musiał to jakoś odkręcić…

Awatar użytkownika
Creighton
Zbłąkana Dusza
Posty: 7
Rejestracja: 1 rok temu
Lokalizacja: Wrocław
Kontakt:

Post autor: Creighton » 8 miesiące temu

        Creig nie przebywał w jednym miejscu zbyt długo, co było naturalne, biorąc pod uwagę jego zainteresowania, bo im więcej danych zbierze z różnych zakątków Alaranii tym lepiej dla jego badań astronomicznych. Będzie mu wtedy też łatwiej obrać następne miejsca wędrówki, aby obserwować części nieba, które najbardziej go w danym momencie interesują.
        Stąd dostarczenie do niego wiadomości należało do niemałych wyzwań, bo ciężko było przewidzieć, gdzie następnie się wybierze. Istniały jednak sposoby, aby obejść niedogodność kontaktu z nim. Jednym z takich sposób było użycie do tego ptaków, które rażąco przypominały kolibry, gdyby nie patrzeć na to, że przywodziły na myśl żyjące pochodnie. W gruncie rzeczy były one efektem inżynierii magicznej — krzyżówka kolibra i feniksa. Wampir odchował jednego i podarował Vinny'emu, gdy jeszcze był młodszy.

        Ten magiczny wytworzony gatunek zwał się kolibrem ognistym, chociaż przyjęła się też nazwa miniaturowy feniks. O ile podobnie jak one jego pióra mienią się żółcią, złotem, czerwienią i pomarańczem, o tyle brak mu charakterystycznego dla feniksów rozmiarów i majestatyczności. Sylwetką przypominał zaś typowego kolibra. Otaczające go płomienie nie były też tak intensywne. Podobnie jak ogniści kuzyni ich cykl życia składał się z obracania się w popiół, aby następnie narodzić się na nowo.
        Wartość tych stworzeń nie leżała jednak w ich wyglądzie. Koliber ognisty to bardzo inteligentny ptak, który bardzo się przywiązuje. Potrafią zapamiętać na całe życie aurę osoby, która się nimi opiekowała i odnaleźć ją bez względu na to, gdzie teraz się znajduje. Do tego przemieszczają się zatrważająco szybko, do tego stopnia, że podczas ruchu przypominają malutkie, rozpędzone komety.
Ich rozpowszechnienie zostało tylko zahamowane ich wysokimi kosztami i trudnością odchowu. Śmiertelność młodych sięga prawie dziewięćdziesięciu siedmiu procent, co skutecznie odstrasza wszelkich zainteresowanych. Jest to spowodowane tym, że młode mają problemy z kontrolowaniem energii magicznej, a tym samym własnych płomieni. W pierwszym cyklu życia złociste nie mają odporności na własny płomień w stadium pisklęcia, co jest genetyczną niedoskonałością.

        Pyziek, bo tak niefortunnie został nazwany ognisty koliber należący do Vinny'ego, odnalazł wampira w mroku nocy bezbłędnie. Akurat był w trakcie składania teleskopu, gdy zauważył pędzącą ku niemu wielobarwną smugę ciepłych kolorów. „To dosyć nietypowe, aby kontaktował się ze mną w tym okresie” — przeszło mężczyźnie przez myśl, gdy zauważył kolibra mknącego przez czarny nieboskłon. Ptak wylądował na palcu Creiga, skacząc po nim tak radośnie, że wampir mimowolnie się uśmiechnął. Dawno się nie widzieli, zanim więc przeczytał wiadomość doczepioną do jego nóżki, minęło trochę czasu na ich powitania. W końcu był dla niego praktycznie jak rodzic, a te ptaki były znane z przywiązania.
        Zmęczony Pyziek ułożył się do snu we włosach bladolicego, który skupił się na treści wiadomości. Chociaż lakoniczna jej zawartość ani trochę go nie dziwiła. Syn Nyii zawsze miał problemy z wyrażaniem własnych myśl i emocji w przestępny dla otoczenia sposób, stąd Creightona nie dziwił minimalizm młodego dhampira w tej kwestii. Nigdy to jakoś specjalnie w niego nie uderzało, bo się przyzwyczaił z czasem. Co do treści było to po prostu zaproszenie.
        Początkowo miał ochotę uprzejmie odmówić, bo doskonale wiedział, kim była „rodzina” dhampira. Nigdy za nimi nie przepadał, zwłaszcza iż sam porzucił swoje arystokratyczne korzenie. Z drugiej strony w liście była też zawarta informacja, że chce mu coś pokazać. Vinny doskonale wiedział jak podsycić ciekawość kogoś z kręgu inteligencji. Co prawda Creig zdawał sobie sprawę, że jest trochę wodzony za nos, ale i tak na dany moment wyprzedzał porządnie ustalony przez siebie grafik. Miał sporo czasu wolnego, więc drobna wizyta nie mogła nikomu zaszkodzić. Taką przynajmniej miał nadzieję.

        Wampir pojawił się podczas pełni, tak jak napisał w zwrotnej wiadomości do młodego. Na teren posiadłości wkroczył niemalże bez problemów. Straże omijali go szerokim łukiem i nikt nie ważył się nawet poprosić go o ukazanie zaproszenie, jakiegokolwiek dokumentu. Unikali z nim nawet kontaktu wzrokowego. W jednej z rozmów pomiędzy strażnikami nawet usłyszał, że za mało im płacą.
        Jakby wiedzieli, kim jest, pewnie spaliliby się ze wstydu. Zatrzymał go dopiero masywny jegomość trochę niższy od samego wampira. Najwidoczniej nie pracowali tu sami tchórze i w końcu trafił na kogoś kompetentnego.
        — Czego tu… — Starszy mężczyzna zlustrował Creiga niezbyt przyjaźnie, ale zachował profesjonalizm. — Szukasz, panie wampirze. Straszysz mi ludzi — mruknął z nieukrywanym wyrzutem i westchnął zmęczony. W myślach nie ciężko było mu połączyć, czego mógł tutaj poszukiwać krwiopijca. Jednego w końcu mieli na dworze, a tak się składało, że to był nawet jego pracodawca. Nie w smak mu były wszelkie dziwactwa w postaci dhampirów i wampirów, ale dobrze płacili. Moneta to moneta, bez znaczenia jak bardzo śmierdziała wampirami.
        — Dostałem zaproszenie od Vin… — przerwał gwałtownie, aby się poprawić po chwili.— Lorda Vinny'ego. — Zaczął grzebać po kieszeniach, aby odnaleźć omawiane zaproszenie.
Gdy mu się udało, przekazał papier w ręce strażnika, który spojrzał na papier i dobrze znajomą dla niego pieczęć.
        — Wygląda, że wszystko się zgadza. Zaprowadzę waćpana pod drzwi, bo wystarczająco narobił mi pan tu chaosu tej nocy. Proszę za mną — zwrócił się do bladolicego trochę grzeczniejszym tonem, chociaż wciąż najwidoczniej nie był z jego obecności specjalnie zadowolony.
        Creig bez pośpiechu ruszył za mężczyzną, przypatrując się zbliżającemu budynkowi posiadłości z lekką niechęcią. W końcu przypominało mu to o starych czasach, ale nim zdążył podjąć decyzję o odwrocie, stał już pod masywnymi drzwiami. Strażnik wziął nogi za pas, nawet nie racząc się pożegnać. Najwyraźniej nie cieszył się z obecności wampirzego gościa oraz robienia za jego przewodnika.
        „Nie, żebym się spodziewał innego traktowania od człowieka. Wrażliwa rasa” — przeszło mu przez myśl, gdy chwycił za kołatkę, która głośno zadudniła o drewniane drzwi po puszczeniu.
        Długo nie musiał czekać, aby usłyszeć kroki po drugiej stronie. Drzwi się otworzył, a w nich stał starszy mężczyzna. Emanował dworską etykietą, a przynajmniej do czasu aż nie podniósł głowy do góry, aby spojrzeć na górującego nad nim bladolicego.
        — Witam, ja w związ… — Uśmiechał się uprzejmie, ale jego wypowiedź została przerwana trzaskiem drzwi, które zamknęły się dosłownie przed jego nosem.
        „Co za nadwrażliwa służba. Nigdy wampira nie widzieli…” — trochę rozdrażniony odszedł od drzwi i postanowił zbadać, jak wygląda ogród i czy jest miejsce, aby rozstawić Mateasa.

        Pełno kwiatów, krzewów, ścieżki do spacerowania. Typowy ogród bez większych rewelacji, ale brakowało mu w tym wszystkiego jakiegoś pagórka. Na szczęście włości Vinnca były ulokowane dosyć wysoko w porównaniu do otaczających ich terenów, więc była to tylko drobna niedogodność.
        „Pierwszy raz się spotykam, aby przed dżentelmenem trzasnąć drzwiami. Co za dziwna służba, zero profesjonalizmu. Będę musiał porozmawiać o tym z ich pracodawcą” — stwierdził w myślach, rozkładając ostrożnie trójnóg od teleskopu.
        W czasie gdy on był zajęty rozkładaniem teleskopu, pierwszą istotą, która go odnalazła, był nikt inny jak Pyziek. Gdy podczas zamieszania w środku otworzono ponownie drzwi, maluch wystrzelił jak z procy nad głowami wszystkich obecnych, zostawiając po sobie tylko barwną smugę.
        Wampir trochę wybity z rytmu przez nagłą obecność kolibra wziął malucha na palce, biorąc go bliżej twarzy. Nie, żeby się nie cieszył, ale zawsze zaskakiwał go, jak ta mała istota reagowała na jego obecność. Skacząc po całej długości palca, tańcował po nim, ruszając skrzydełkami i ocierając drobną głowę o bladą skórą wampira.
        — Nie widziałeś mnie tylko parę dni. Dzielnie się spisałeś, że dostarczyłeś wiadomość — pochwalił zwierzę, gładząc je ostrożnie po piórach.
        Pyziek był cały w płomieniach, ale nic one mu nie robiły, ani nic nie zapalały. Zawsze go fascynowało, jak to robią feniksy, ale nigdy nie miał okazji spotkać oswojonego okazu. Jedynym punktem odniesienia był dla niego ten malutki koliber ognisty.
Koliber po przywitaniu się ze swoim „rodzicem” wzniósł się z palca i usadowił wygodnie w czuprynie astronoma, wygodnie się tam moszcząc.

Awatar użytkownika
Mimi
Zbłąkana Dusza
Posty: 7
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Mimi » 7 miesiące temu

        Na prośbę dhampira Mimi posłusznie uniosła dłoń. Ufała mu bezgranicznie. Może zajęło to trochę czasu, jednak ich przyjaźń miała naprawdę solidne fundamenty. Uśmiechnęła się kącikiem ust, widząc z jaką niechęcią mężczyzna patrzy na swoje dłonie. Ona już dawno się do nich przyzwyczaiła - fakt, trochę upiorne, ale nie zrobiłyby nikomu krzywdy. A to liczyło się najbardziej.
        Na widok pierścionka jej oczy zaokrągliły się niczym dwa spodki. Przestała słuchać tego co mówił Vinny. Pierścionek był prześliczny! Delikatny i złoty (pozłacany - a więc jednak trochę słuchała!), z dumnym, ośmiokątnym oczkiem zieleniącym się pośrodku. Drobnym, ale z charakterem.
- Jest piękny! A kolor oczka kojarzy mi się z lasem, takim prześwietlonym promieniami słońca! Dziękuję! - zawołała, szczerząc się od ucha do ucha i ściskając mocno dłonie arystokraty. Bardzo chciała go przytulić, jednak nie sądziła, że byłby z tego zadowolony. - Będę na niego patrzeć zawsze kiedy będzie mi smutno! Nie sposób być smutnym, gdy widzi się tak piękny kolor.

        Uśmiechnęła się ciepło, czując jak rumieńce ekscytacji, wywołane początkowo jedynie pierścionkiem, rozrastają się na jej policzkach w intensywne pasma.
- No pewnie, że będę chciała z tobą pojechać! Podczas podróży tutaj nie widziałam zbyt wiele, większość drogi było ciemno. Ciekawe jacy są okoliczni mieszkańcy. Jeśli poznam targ i kupców, będę mogła wyręczać czasami Norę - rozentuzjazmowała się. - Ciekawe czy jest tu jakaś herbaciarnia, jak “U Florki”…
Zamyśliła się przez chwilę, jednak znajomo brzmiące imię natychmiast sprowadziło ją na ziemię.
- Zabranie Jorge to… bardzo miły pomysł. Myślę, że fajnie byłoby go lepiej poznać, a Mikael potrafi stopić nawet największe lody. Jestem za! - oznajmiła, zadowolona, że nie może już bardziej się zarumienić.

        To była właśnie jedna z cech, które Mim uwielbiała w dhampirze. Zanim dał jej krem, wypróbował go na sobie. Jasne, że jego skóra mogła reagować inaczej niż skóra człowieka (zabawnie było teraz o tym myśleć, bo bardzo często zapominała, że nie jest człowiekiem), ale zazwyczaj sprawdzał swoje wynalazki na sobie - przynajmniej wstępnie - zanim dał je komuś innemu.
        Za to jego ostatnie pytanie zbiło ją nieco z tropu. A więc mogła się zrobić jeszcze bardziej czerwona.
- Eee… Gdzieś koło pierwszej zazwyczaj. Chociaż wiedząc, że czaisz się pod drzwiami gotowy do robienia notatek, zaśnięcie może mi zająć nieco dłużej. Może umówmy się, że gdyby coś było nie tak, to do ciebie przyjdę? - zapytała ostrożnie. Nie chodziło o to, że nie ufała Vincentowi. Ani o to, że czasem chrapała albo gadała przez sen (ale tylko czasem!). Ani o to, że człowiek czasem śpi z otwartymi ustami i wygląda wtedy strasznie głupio… To wszystko nie miało znaczenia. Jednak świadomość, że ktoś miałby być w nocy w jej pokoju, jej małym azylu, nawet jeśli to najlepszy przyjaciel… Nie. To było za dużo w tym obcym domu. Przynajmniej na razie.

        Kiedy dłonie Mimi znalazły się na dłoniach Vincenta, ratując biedny imbryczek od tragicznego końca, zrobiło jej się bardzo miło. To było ciepło rosnące głęboko w podbrzuszu i ogrzewające duszę. Przez sekundę zamarła, nie chcąc zabierać rąk. Ktoś jednak zaklaskał, a ona podskoczyła, cofając dłonie jak oparzona. To ciepło to było ciepło herbaty. Na pewno.
        Odwróciła się, a widząc stojącego w drzwiach Mikaela, uśmiechnęła się szeroko. Lubiła tego chłopaka, choć nie darzyła go aż tak szczenięcym przywiązaniem jak Vinny’ego. Znali się krócej, jednak brunet szybko skradł jej sympatię swoją bezpośredniością i tupetem. Tylko czasami starała się załagodzić wydźwięk jego słów, gdy odnosiła wrażenie, że sprawia komuś przykrość. Na szczęście Vincent nie przejmował się docinkami przyjaciela, więc mogła swobodnie z boku obserwować toczące się między nimi słowne potyczki.
- Następnym razem postaram się coś wymyślić - odpowiedziała, również jedynie na poły w żartach, zastanawiając się jak mogłaby przeszkodzić w następnej lekcji tańca.

        Wzmianka o koniu była kolejną zachwycającą nowiną tego dnia! Może i dzień był ciężki, ale wieczór jaki cudowny!
- Może damy będą na mnie krzywo patrzeć, ale wolałabym zwykłe siodło, tak żeby móc jechać wygodnie także w dłuższe trasy. Siodło damskie to coś, przez co zawsze cierpły mi nogi - powiedziała, wykrzywiając czerwone usteczka na wspomnienie niewygód minionych podróży.

        Wymiana zdań między przyjaciółmi nastąpiła tak szybko, że Mimi nie zdążyła wtrącić nawet słowa. Myśl o tym, że w domu mogłaby się pojawić Nyia sprawiła, że zrobiło jej się ciepło na sercu! Uwielbiała tę piękną, serdeczną kobietę, która nieodmiennie kojarzyła jej się z matką. Zawdzięczała jej tak wiele! Jednak z tego co zrozumiała, nie dostali jeszcze odpowiedzi od pani Eevellyn. Za to zjawić się miał stary przyjaciel rodziny, o którym Vinny kiedyś jej opowiadał. Creighton… Fimattiqu, tak się chyba nazywał. A może Fimmatqa? Niebianka zrobiła zakłopotaną minę, postanawiając, że będzie omijać jego nazwisko jeśli tylko to będzie możliwe.
        Cieszyła się na to spotkanie, ciekawa osoby, która była tak ważna w życiu Vincenta. Ale też trochę się bała. Mikael i Nyia to jedyne wampiry jakie kiedykolwiek poznała. Byli specyficzni, ale dobrzy. Nie wiedziała czego spodziewać się po Creightonie. Gdyby wiedziała, że przyjedzie już dziś, od tygodnia zamęczałaby Vinny’ego pytaniami - jak wygląda, jakie ma poczucie humoru, co lubi pić, a czego nie lubi. Tak jak robiła to przed przeprowadzką. Jednak teraz musiała stanąć przed nim całkiem nieprzygotowana. Po jej plecach przebiegły zimne ciarki stresu. ”Daj spokój”, szepnęła w duchu, ”Zapukałaś do drzwi Nyii zupełnie nie wiedząc co cię czeka. I tutaj sobie poradzisz.
Jednak gdy pobladły ze stresu kamerdyner pojawił się w drzwiach, cień niepokoju ścisnął jej serce. Jak musiał wyglądać ten Creighton, skoro biedny staruszek tak się go przestraszył? Uwagi dhampira wcale nie poprawiły sytuacji. Ale skoro mówi, że jest porządny… to Mimi nie będzie osądzać go po pozorach! O!
        Atmosfera między Mikaelem a hrabią del Ascant-Flove zgęstniała jeszcze bardziej, gdy milcząco zaczęli mierzyć się wzrokiem.
- Dobra, przestańcie się chandryczyć i chodźcie przywitać naszego gościa! - powiedziała wstając i zamierzając zetrzeć z twarzy krem. Vinny jednak nie dał jej tej szansy, wyciągając ją za rękę na korytarz. Biegnąc za nim, w pośpiechu wycierała mazidło w rękaw swetra. Na brązowym materiale została wyraźna plama. Westchnęła niezadowolona z ubrudzenia cieplutkiego okrycia i zniweczenia eksperymentu przyjaciela. Trudno! Nie mogła stanąć przed Creightonem wyglądając jak na poły rozgarnięta Indianka.

Awatar użytkownika
Vinny
Zbłąkana Dusza
Posty: 9
Rejestracja: 11 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Vinny » 7 miesiące temu

        Mimi absolutnie go nie zawodziła. Na żadnym polu. Pomijając fakt, że w sumie niczego od niej nie oczekiwał - poza ogólnie pojętą współpracą i odrobiną sympatii. Ale tego właśnie potrzebował najbardziej. W zasadzie dawno przestał pragnąć gorętszych uczuć od kogokolwiek poza Nyią i elfim bratem, których widywał nieczęsto, od innych zadowalając się uprzejmą neutralnością. Lecz Mim go rozpieściła. Jeżeli śmiał od kogoś wymagać konkretnych względem siebie afektów to w głupi, podświadomy sposób liczył właśnie na niebiankę. I kiedy potrzebował wsparcia - przychodził do niej. Po zrozumienie. Po zwykłą dobroć. I po słodkie przekonanie, że jest mile widziany.
Długo się przed tym wstrzymywał. Bratanie się z… kimkolwiek było raczej problematyczne. Ufność tworzyła możliwość zdrady, a nadzieje - rozczarowania. Więc gdy się poznali, nawet nie myślał o niej więcej niż ją widział. Ale była. Była i trwała przy nim już kilka dobrych lat. Spokojnym krokiem weszła w jego życie i zmusiła go do otworzenia się na miłe emocje. Jedyne o czym Vinny pamiętał to to, że chociaż ma ją przy sobie, to ona kiedyś odejdzie by spełniać własne marzenia. Tak więc należało ograniczyć się w przywiązaniu i wyciszać radość płynącą ze spotkań. Tak do tej pory robił. Lubił ją ze sobą zabierać, spędzać z nią czas i rozmawiać, ale pilnował się by patrzeć na nią jedynie jak na tymczasowy element jego codzienności. Ostatnio jednak tyle rzeczy się zmieniło… odkąd przyjął propozycję i został ludzkim hrabią jego relacje powywracały się do góry nogami - Mikael nagle stał się jego bliskim znajomym, Roze także się nie krępowała, z krewnymi zaczął naprawdę rozmawiać, a Mim traktować jak ostoję dawnej normalności i powiernika. A nigdy nie miała nim być.
Jednak nie mógł się załamywać - w końcu szlag trafił wszystkie jego nawyki i przyzwyczajenia, nie tylko znajomości. Skoro więc sypało się wszystko należało z tego korzystać, a w zasadzie poddać się temu i spełniać swoją rolę. Ostatecznie Vinc nie był jakoś specjalnie przywiązany do swojej osobowości - jeśli się zmieni to trudno. Byle nadal umiał służyć społeczeństwu.

Radość niebianki ucieszyła go bardziej niż kiedyś. Może jej entuzjazm nieco go zadziwił, bo Mikael ocenił ten pierścień jako ,,siiimieć”, ale grunt, że była zadowolona. To chyba miłe umieć cieszyć się z każdej drobnostki. On też by się cieszył, gdyby ręce, które z wdzięcznością ściskała nie były takie szkaradne. Głupi kompleks. Ale to dobrze, że nie na wszystko umiał być obojętny. O ile więc chętnie zmieniłby swoje ciało doceniał własne do niego podejście - czy uwielbiał je czy się go wstydził, przynajmniej czuł wyraźne emocje.

Czuł je też kiedy widział jak niebiankę zalewa rumieniec, ale były tak szczątkowe, że nie wiedział czy to ciekawość, rozbawienie czy może empatia. Ale zadowolony był, że chociaż niełatwo mieszkało się w pałacu to zdobywała coraz więcej osób do pogawędek. No i przede wszystkim, że dogadywała się z Michelotto. Ciężko by było gdyby dwie tak istotne (choć z różnych powodów) dla niego istoty gryzły się między sobą. A tak, choć nie wiadomo jaką siłą, potrafili stworzyć zgrabne trio, a nawet kwartet gdy dołączała do nich Roze.
- Szczerze mówiąc nie sądzę, by mieli tu coś tak ekskluzywnego jak herbaciarnia - przyznał. - Może w większym miasteczku. Mogę ci za to pokazać spis karczm, którymi mam się zająć, choć nie wiem czy alkohol cię usatysfakcjonuje. - Jego mina wskazywała no to, że on to by najchętniej te wszystkie gospody ominął. - Ale myślę, że jest tu i wiele ciekawych miejsc… nie wiem ile dostępnych dla hrabi. W czasie wycieczek ze służbą pewnie trafisz na jakieś. Znając życie mi pokażą to co oficjalne i ,,najlepsze”… wiem. - Nagle go jakby olśniło - Zostań moim szpiegiem! Chciałbym wiedzieć jak ludzie tu żyją, ale nikt mi niczego nie powie. Jak już nieco uporządkujemy sprawy tutaj, będziesz pewnie częściej wychodzić. To jak, Pani Szpieg? Będziesz przekazywać biednemu arystokracie głos ludu? - Uśmiechnął się nawet zaczepnie. Chyba były w tym jakieś wpływy Mikaela, bo nim tak się do siebie zbliżyli, Vinc bywał raczej poważny niż cięty.

Kolejną sprawą, w której Mimi go zaskoczyła, było oddanie jego eksperymentom. Za to właśnie, nie wyczuwając wykrętu, wziął jej oświadczenie, że sama wszystkiego dopilnuje. Jakoś nie przyszło mu do głowy, że dziewczynie może robić różnice czy ktoś widzi ją śpiącą czy nie. A powinien, bo sam przecież nie lubił kiedy wtrącano się w jego prywatność. Nie do końca zrozumiał też ,,czajenie się pod drzwiami”, bo przecież miał zegarek i mógł zwyczajnie wrócić o umówionej godzinie, ale po logicznej analizie doszedł do wniosku, że to był chyba żart. Ech, porozumiewanie się słowem było takie niejednoznaczne…
- Dobrze, to ustalone - odparł otwierając notatnik i szybko coś zakreślając. - Mogę być też w pracowni… ale nie przemywaj jeżeli podrażnienie będzie lekkie, dobrze? To mi nieco ułatwi… chociaż nie sądzę, by cokolwiek miało się stać.
Mimo wszystko miał nadzieję, że Mim nie zaśnie zbyt szybko i faktycznie dopilnuje tego, z czego go zwolniła. Pewnie jeśli nie przyjdzie to i tak do niej zapuka. Nie chciałby by było na niego jeśli połowa jej twarzy będzie rano innego koloru - a nie do końca ufał organizacji i samodyscyplinie niebianki. W końcu już trochę ją znał…

Kiedy zjawił się drugi dhampir i przypomniał eksperymentatorowi o Creigu, myśli wszystkich zebranych zmieniły tor. Razem wylecieli na korytarz i zbiegli po schodach - Mikael najszybciej, bo czuł się odpowiedzialny za odpowiednie zachowanie służby, a tymczasem kamerdyner o mało nie palnął gościa drzwiami.
Vinc spieszył się mniej, bo w jego naturze nie leżało bieganie, a poza tym nadal nie puszczał Mim, więc zwolnił, by nie szargać nią po podłodze.
Ostatecznie wszystkich wyprzedził Pyziek - dzięki niemu, gdy okazało się, że przy wejściu nikogo nie ma, wiedzieli gdzie się udać.

Pierwszy przy Creightonie (z istot dwunożnych) znalazł się Mikael - ale choć widział już bladolicego giganta i trochę też o nim słyszał, w roli wiernego towarzysza Vincenta występował przed nim po raz pierwszy, grzecznie więc na hrabiego zaczekał kłaniając się jedynie z gracją i wzrokiem łowiąc trzymających się z dala strażników.
- Szybko przybyłeś - powitał wampira już sam Vinny, którego nie trzymały się takie zwroty jak ,,witaj”, ,,cześć” czy ,,dobry wieczór”. Bezceremonialnie podszedł do członka rodziny i podał mu rękę, szybko zwracając swoje zainteresowanie w stronę teleskopu i kiwając głową z szacunkiem.
- Niezwykły sprzęt, zawsze jestem pod wrażeniem kiedy go widzę. - Westchnął, co chyba było odpowiednikiem ,,cieszę się, że cię widzę”. - Skoro przyszedłeś to znaczy, że z planami jesteś na bieżąco? - Miał na myśli oczywiście obserwację gwiazd. - Nyii jeszcze nie ma. W zasadzie nie wiem kiedy się zjawi, wiesz jakie są jej odpowiedzi; a w zasadzie jak ich nie ma. - Nagle ocknął się i z żalem zostawiwszy teleskop stanął bliżej swoich pałacowych sprzymierzeńców prezentując ich nieumarłemu. Zaczął od bruneta.
- Chciałbym ci przedstawić: to Mikael, mój… czym ty właściwie jesteś?
- Powiedziałbym, że rozsądkiem, ale wyjątkowo nie chcę być niegrzeczny.
- To Mikael - uciął więc Vinny, nie chcąc dawać mu więcej satysfakcji. - To gość co do tej pory zawsze czatował w krzakach - dodał w gwoli wyjaśnienia, choć Creig zapewne pamiętał jego aurę z poprzednich z Vincentem spotkań, gdy Mikael jeszcze trzymał dystans.
- Miło mi poznać. - Brunet uśmiechnął się nawet przystępnie, jakby nie zważając na te słowa. - Proszę wybaczyć tutejszym ludziom za niefortunne zachowanie… są nieprzyzwyczajeni, ale następnym razem na pewno ktoś pana zatrzyma jeszcze przed bramą. Która powinna być na noc zamknięta - obiecał rozbrajająco. - Ale przede wszystkim proszę nie mieć za złe kamerdynerowi. To dość ograniczony człowiek z bardzo niską tolerancją na inne rasy… w zasadzie nie wiem czego się hrabia spodziewał wysyłając zaproszenie. Ale jeśli pana obrazili i nie chciałby pan zaszczycać ich więcej swoją obecnością, to odprowadzę pana do-…AU!
- Zostaje tutaj - zgasił go Vinc, pomagając sobie łokciem.
- Nie przejmuj się, jest zły bo go nie uprzedziłem - zwrócił się do wampira. - Chociaż… nie zdziwiłbym się, gdyby tutejsi troszeczkę spanikowali jak pierwszy raz cię zobaczą… Każdy wychowywany w takich warunkach, straciłby nerwy na widok martwego olbrzyma w czarnym płaszczu. Z tym kołnierzem… w zasadzie wpisujesz się idealnie w kanon mrocznego mordercy… - mruczał, pocierając palcem brodę w zamyśleniu.
- Mówiłem!
- Ale będzie w porządku. Och, właśnie! Mim, wybacz! - Odwrócił się do niebianki i zaraz zatrzymał w pół gestu z miną wyraźnie mówiącą ,,coś ty zrobiła niewierna!?”. Chodziło oczywiście o krem. Starła go. Starła go zupełnie!
- To jest Wilhelmina. Wiarołomca numer jeden i niszczyciel wynalazców. - Przedstawił ją grzecznie, choć bez większego entuzjazmu. W końcu zaczął przypominać prawdziwego, złamanego siebie.

- Ech, takiemu to nie dogodzisz - westchnął z uśmiechem Mikael przysuwając się do niebianki. Był ciekaw jej reakcji na potężnego wampira, ale zagadawszy się z tym durniem Vincem, nieco ją zaniedbał. Teraz stanął obok na wypadek, gdyby potrzebowała duchowego wsparcia albo fizycznej podpórki - chociaż jeżeli zignorowała naukowe zapędy dhampira to musiała mieć nerwy ze stali.

Awatar użytkownika
Creighton
Zbłąkana Dusza
Posty: 7
Rejestracja: 1 rok temu
Lokalizacja: Wrocław
Kontakt:

Post autor: Creighton » 7 miesiące temu

        Najszybciej na nowo przybyłych zareagował Pyziek, który zerwał się na nóżki i zaczął wesoło skakać po głowie wampira. Creig nie do końca rozumiał owego zachowanie, ale domyślał się, że było to coś w stylu „tańca zwycięstwa”. W końcu znalazł się przy nim pierwszy, więc prawdopodobnie rozpierała go ptasia duma.
        Nigdy nie przestawało go zadziwiać, ile energii kryje się w tym małym ciałku kolibra. Nie pogniewał się więc, że Pyzio potraktował jego głowę jak parkiet, zwłaszcza że bardziej to łaskotało niż cokolwiek innego. Co prawda miał obawy, że może wyglądać trochę za mało poważnie (zwłaszcza w towarzystwie młodej damy), ale nie miał serca maluchowi przerwać. Na szczęście po chwili koliber umościł się ponownie i tym razem natychmiastowo zasnął.
        Wampir pozostawił przygotowany i rozłożony już sprzęt, bo wypadało się jednak do przybyłych odwrócić facjatą, a nie zapleczem. Chociaż sam skromnie uważał, że obie strony ma równie reprezentatywne i atrakcyjne jak na swój wiek.
        Zlustrował szybkim spojrzeniem całą trójkę z łagodnym wyrazem twarzy. Nie kojarzył tylko młodej panny, którą musiała być słynna Mimi. Znał dosyć dobrze syna Nyii i wątpił, aby jakakolwiek inna kobieta aż tak długo przy nim wytrzymała. Co prawda informacje o niej trochę wyciągał na siłę, ale młody wampiry nigdy nie był zbyt rozgadany w kwestiach poza tematami nauki. Stąd był prawie pewny, że owa urocza osóbka była nikim innymi niż Mimi.
        Przyglądał się błogosławionej dłużej, więc siłą rzeczy ich spojrzenia musiały się spotkać. Posłał jej cieplejszy uśmiech, ale po chwili musiał się skonfrontować z młodym łotrem Vinncem, stąd przeniósł na niego spojrzenie.
        Do Mimi ani Mikaela nie miał żalu, ale Vinny jako najwyższy statusem z obecnych mógł wykazać się większą ilością okrzesania. Całą sytuację ratował Mikael, ale astronom pozostawił tę kwestię na boku. On w przeciwieństwie do młodego wampira przeżył więcej lat w arystokracji, więc był jak stare drzewo w porównaniu do niego. Przede wszystkim nie lubił narzucać swoich poglądów innym.
        — Nie doceniasz Pyźka. Szczerze się zastanawiam czy nie przemianować go na Mała Kometa. — Wyciągnął dłoń i przywitał się z młodym naukowcem, mocno ściskając jego dłoń. Nie do bólu, ale serdecznie. Cieszył się, że mógł go znowu zobaczyć po takim długim czasie.
        Nigdy nie mógł wyrzucić z głowy myśli, że Vinny miał dosyć delikatne jak na mężczyznę dłonie. Albo może to on był nienaturalnie duży? Czasem się gubił, bo przeważnie patrzył na otaczający go świat z góry i zaczął wszystko mierzyć własną miarą.
        — Zawsze jestem pod wrażeniem, jak szybko porzucasz mnie, aby podziwiać mój teleskop. Vinny to jednak Vinny — roześmiał się szczerze i poklepał go po ramieniu. Przy każdym spotkaniu owa scenka wydawała się zawsze odgrywać w różnych wydaniach, ale to tylko świadczyło o ich dobrych relacjach wobec siebie. — Niestety nie, ale są rzeczy ważne i priorytetowe. Nie mogłem porzucić szansy, aby z wami się spotkać. Zwłaszcza że byłem w pobliżu. — Nie kłamał, ale najbardziej zależało mu, aby zobaczyć Nyie. Dawno się nie widzieli, jak i nagle przestał dostawać od niej regularne wiadomości. Miał z tego powodu pewne obawy, ale może był nadopiekuńczy wobec kobiety, którą kochał już tyle lat. Z tego powodu następna kwestia trochę nim wstrząsnęła, bo dodała tylko większego ciężaru do istniejących już obaw. Nie dał jednak tego po sobie poznać, zachowując łagodny uśmiech. — Wiem, bez obaw. Na pewno się zjawi jak zawsze. — skwitował, aby nie ciągnąc tematu za długo. Vinny z widocznym ociąganiem pozostawił teleskop w spokoju i wrócił do stojącej parę kroków dalej dwójki.
        — Tak, kojarzę — potwierdził słowa wampira i pewnym krokiem podszedł do bruneta. Zanim ten zdążył znowu się ukłonić, położył dłoń na jego barku i zatrzymał go przed tym gestem. Młodzieniec wydawał się wyraźnie zdezorientowany sytuacją. — Przyjaciele syna Nyii są moimi przyjaciółmi. Darujmy sobie ceremoniały. Miło mi poznać, Mikeal. — Wyciągnął do niego dłoń i uścisnął.
        — Nie powiem, trochę mnie martwiło. Jednak widząc, że taki porządny młodzieniec jak ty zadba o wszystko, nie mam więcej tych zmartwień. Chociaż nie bądź dla nich za surowy, nie wyglądam raczej jak urocza dziewczynka. — dodał żartobliwie.
        Będąc świadkiem wymiany zdań pomiędzy dwójką mężczyzn, uśmiechnął się mimowolnie, wiedząc, że Vinc jest w dobrych dłoniach. Trafiło mu się jak ślepej kurze ziarno, ale to nie było nic złego. Dhampir był specyficzny, ale nie dało się go nie lubić, o ile dało się sobie czas, aby go poznać.
        — Nie dziwię mu się. Pewnie się martwi, bo znając ciebie, siedzisz z nosem w badaniach. — westchnął cicho i pokiwał głową na boki, bo znał dosyć dobrze jego nawyki. — Ten kołnierz jest bardzo praktyczny, no i już mam do niego sentyment. Zawsze mi towarzyszył w podróżach, nawet jak poznałem twoją matkę — podsumował nostalgicznym głosem, uciekając na chwilę myślami do tych wspomnień. — Mroczny morderca i ja? — Zmierzył dwójkę wzrokiem z podniesioną brwią, czując się lekko urażony.
        Uważał się za duszę towarzystwa i łagodnego z charakteru. Nie przypominał sobie, kiedy ostatnio użył miecza do czegoś innego niż codziennego treningu. Chętnie zdzieliłby jednego i drugiego po łbie, ale pokręcił tylko głową ponownie z lekkim rozbawieniem.
        Przenieśli się w końcu na osobę, która wydawała się jak małe porzucone kaczątko w całym zamieszaniu i spotkaniu z Creigiem. Obrócił się do niej i przyklęknął na jednym kolanie, bo różnica wzrostów była dosyć spora. Nie miał żadnych uprzedzeń do błogosławionych, a kobieta to kobieta. Musiały wytrzymywać z tymi nieprzewidywalnymi istotami, jakimi byli mężczyźni. Tych wokół niej, jak widać, nie brakowało.
        — W końcu mam okazję spotkać tajemniczą damę za kulisami — zaczął od tych słów, próbując rozluźnić panującą atmosferę, posyłając Mimi szarmancki uśmiech i nie spuszczając wzroku z jej twarzy. — Przyjemność poznać. Urodę młodej damy nie jestem wszak w stanie opisać moim skromnym słownictwem. Na nocnym nieboskłonie z pewnością byłabyś najjaśniejszą i najpiękniejszą gwiazdą do obserwowania. — Musnął wierzch jej dłoni wargami i się wyprostował. Odsunął się od Mimi, aby nie czuła się zbytnio przytłoczona, zwłaszcza po takim potraktowaniu.
        — Przesadzasz Vinc. Niejeden chciałby taki kwiat mieć przy swym boku. — Stanął w obronie Mimi, domyślając się, że pewnie zrobiła coś wbrew naukowej pasji młodego dhampira.
        Wampir zerknął na Mimi i zwrócił się do niej łagodnie, gdy znowu przy niej przykucnął, aby poprosić o coś niespodziewanego.
        — Wyciągnij dłoń. — Poczekał, aż to zrobiła, aby dodać. — To mój prezent dla ciebie. Jakbyś potrzebowała czegokolwiek lub ta dwójka dawała się we znaki, nie bój się do mnie napisać. Przybędę tak szybko, jak tylko będę mógł.         Zlustrował jej wyraz twarzy łagodnym spojrzeniem.
        — Pysiek — zawołał malca, który trochę ospałymi ruchami zleciał z jego głowy na dłoń mężczyzny. — Od teraz słuchaj się Mimi, nie przynieś mi wstydu, rozumiemy się? — Przysunął dłoń z kolibrem do dłoni błogosławionej, a ten przeskoczył i przekrzywił głowę, wpatrując małe oczka w twarz nowej właścicielki. Jednak po chwili wzleciał w powietrze i się znowu skierował na głowę wampira. Tym razem, zanim zapadł w sen, dziobnął go w głowę.
        Wampir zaśmiał się trochę niezręcznie i zmrużył oko, gdy dostał dziobem. Sam sobie był winny. Nikt nie lubił być budzony.
        — Wybacz mu, stęsknił się i jest zmęczony, ale od teraz będzie się ciebie słuchał — zapewnił ja.

Awatar użytkownika
Mimi
Zbłąkana Dusza
Posty: 7
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Mimi » 6 miesiące temu

        Pani Szpieg (która na swoją nową rolę przystała z niesamowitym entuzjazmem) teraz patrzyła na zbliżające się z każdym ich krokiem frontowe drzwi nieufnie, nie będąc pewną, czy chce dzisiaj poznawać Creightona. Czuła się zmęczona, zestresowana i tłusta od pospiesznie startego z twarzy kremu. Jej policzek, choć już czysty, błyszczał się w ciepłym świetle kandelabrów. Nie mogła jednak się załamywać z powodu takich głupot, nie teraz, kiedy Vinny potrzebował jej u swojego boku. Odetchnęła głęboko, zerknęła czule na zielony pierścionek i przeniosła wzrok na malutkiego, ognistego ptaszka, który śmignął przez hol. Zaintrygowana uniosła pytająco brew i wskazała na niego palcem.
- Co to za stworzonko? - zapytała, ściskając Vincenta za rękę, żeby zwrócił na nią uwagę. Nie miała okazji poznać Pyśka, który po przekazaniu wiadomości natychmiast zniknął z pokoju dhampira. Ruchliwy jak żywe srebro posłaniec w przedziwny sposób rozmijał się z Mimi, choć dziewczyna zazwyczaj jako pierwsza wypatrywała wszelkie nietypowe zjawiska.
- Wygląda jak błędny ognik - stwierdziła. Żarzący się w ciemności koliber z tej odległości przypominał miniaturową kometę, pędzącą wbrew zasadom fizyki.

        Po wyjściu do ogrodu Mimi ujrzała olbrzymiego mężczyznę, w spokoju przechadzającego się między krzewami. Miniaturowy feniks usadowił się na jego ramieniu, co sprawiło że efekt był jeszcze bardziej porażający.
        Niebianka patrzyła, a im dłużej patrzyła tym większe robiły się jej oczy. Wampir był olbrzymi, ubrany w czerń, z białymi włosami i arystokratyczną twarzą. Wyglądał poważnie, groźnie i… wampirzo. Gdyby miała sobie wyobrazić niesławnego hrabiego Draculę, dokładnie tak by to zrobiła. Wyobraźnia zalała ją obrazami kłów, krwi i mrocznych rytuałów. Te wizje tak ją sparaliżowały, że stanęła jak wryta, puszczając Vinny’ego i Mikaela przodem.
        Wymiana zdań, głównie między dhampirem i jego pomocnikiem, przelatywała między jednym uchem dziewczyny a drugim. Cały czas patrzyła na wampira, wypatrując jednego niebezpiecznego gestu. Nie była pewna czemu tak zareagowała - być może dlatego, że Creighton był najgroźniej wyglądającą osobą jaką kiedykolwiek widziała.
        A potem nagle Vinny zwrócił się do niej, wyrywając ją z potoku myśli i zmuszając do interakcji. Poczuła jak rozrywa bezpieczny kokon milczenia, w którym się schowała. Spojrzenie potężnego arystokraty powędrowało na nią. Tak się tym zestresowała, że nie zwróciła najmniejszej uwagi na słowa dhampira, choć normalnie by mu się za nie odgryzła. Wyczuła Mikaela, stającego u jej boku i z wdzięcznością, bardzo delikatnie oparła się ramieniem o jego rękę. Odetchnęła głęboko, zebrała się w garść i powtórzyła w myślach postanowienie sprzed paru chwil. ”Nie będę osądzać po pozorach…”.

Wyciągnęła do niego rękę, wkładając całą swoją odwagę w ten gest.
- Cześć. Jestem Mimi - powiedziała słabym głosem.
A potem wampir przyklęknął, starając się zrównać z jej wzrostem. Był to tak miły gest, że dziewczyna odruchowo się uśmiechnęła - jeszcze niepewnie, ale szczerze. Gdy się odezwał (i wreszcie była w stanie skupić się na tym co mówi) okazało się, że ma bardzo ładny, niski głos i jeszcze lepsze maniery. Przywitał ją w sposób tak delikatny i uprzejmy, że natychmiast się rozluźniła. A gdy do tego jeszcze ucałował jej dłoń i odsunął się, szanując przestrzeń osobistą niebianki, bańka przerażenia momentalnie prysła. Teraz dziewczyna widziała przed sobą tylko łagodnego olbrzyma, który postępował z nią jak z jajkiem, świadom tego, jakie może wywołać wrażenie.
- Miło mi. I dzie-dziękuję - dodała, rumieniąc się na wspomnienie komplementu. - Tak, to ja pomagam Vincentowi stać się nieco bardziej… ludzkim. No i gotuję. I piekę! A ty… co właściwie możesz jeść? Masz ulubioną potrawę? Albo napój? Bo nie chwaląc się - jestem świetnym cukiernikiem.
Wypięła dumnie pierś, świadoma, że nazwisko Earhart uprawnia ją do tego tytułu. Rozgadała się już całkowicie, być może po części maskując zmieszanie, a po części z ciekawości. Na dobre zniknęła przerażona, milcząca Mimi jaką była przed chwilą.

        Ze zdumieniem spojrzała jak mała kometa, o którą pytała wcześniej Vincenta, podlatuje do niej i lustruje ją wzrokiem.
- Cześć Pyśku! Jest przepiękny. Z chęcią skorzystam z pomocy, choć nie będę nadużywać jego sił.
Maluch zawrócił i usadowił się z powrotem na głowie Creightona. Uśmiechnęła się widząc jak stworzonko uszczypnęło go lekko i ponownie zapadło w sen.
- To zrozumiałe.
Teraz, gdy postać przybysza przestała roztaczać wokół siebie aurę grozy, zauważyła stojący za nim teleskop. Podeszła do niego zaintrygowana.
- Jesteś astronomem?
Obchodziła urządzenie, z zachwytem podziwiając jego misterną budowę i delikatne zdobienia. Sama lubiła patrzeć w gwiazdy, jednak nigdy nie miała okazji używać jednego z tych niesamowitych urządzeń.

Awatar użytkownika
Vinny
Zbłąkana Dusza
Posty: 9
Rejestracja: 11 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Vinny » 5 miesiące temu

        Zaczepiony przez Mimi, zwolnił jeszcze bardziej, ale wyjaśnił czym jest Pyziek bez cienia swojej naukowej pasji, co znaczyło, że stworzonko to było bardziej zwierzęciem niż eksperymentem magicznym. Oczywiście Vinc był świadom jego eksperymentalnego pochodzenia, ale zasadniczo nie zajmował się tym gatunkiem, uznając go za porażkę. Choć dorosłe osobniki były i bardzo mądre i przydatne, to spalanie się młodych było kluczową wadą i podchodziło pod podstawowy problem adeptów magii - co zrobić, by kontrolować posiadaną energię? W świecie ras rozumnych niemal każdy przypadek dziecka zbyt wcześnie odkrywającego takie umiejętności kończył się tragicznie, Vinny nie wiedział więc, czemu tworząc miniaturowego feniksa nie pomyślano o tym, że magicznie predysponowane młode będą mieć te same trudności.
        Po podaniu nazwy gatunkowej, podstawowych danych i machnięciu ręką na to ustrojstwo, wybiegł do ogrodu, gdzie mogli się wszyscy napatrzeć na Pyźka i wampira umacniających więzy rodzinne. Czy jakieś.

        Dhampir jak zwykle ponad rozmowy, uśmiechy i patrzenie w oczy, bardziej cenił teleskop, ale Creiga akurat to nie zdziwiło.
        Za to on zaskoczył Mikaela.

        Bo ten był… urzeczony? Złe słowo, bardzo złe w odniesieniu do gigantycznego faceta, ale pasowało. Jego postawa, maniery, a nawet słownictwo… wszystko było takie nie vincowate. Takie godne! Mikael co prawda i tak by się czegoś mógł uczepić, ale to dlatego, że był w tym niezrównany. Wampir zrobił na nim jednak wyjątkowo dobre wrażanie, może dlatego, że nie przypominał ani Vinny’ego, ani barbarzyńskiej Nyi, którzy najmłodszemu z grupy nieumarłych już dawno podpadli.
        Creighton musiał ich jednak uwielbiać, skoro ich znajomi byli od razu traktowani przez niego bez większej rezerwy. Dhampirowi to nie przeszkadzało - czy był formalny i ułożony, czy prywatnie pyskaty było mu wszystko jedno. Uznał, że Creig jest duży (dorosły) i wie na co się decyduje skracając dystans między sobą, a nim. Jednak, że otaczała go aura arystokratycznej powagi (nawet z Pyźkiem na głowie), Michelotto nie zamierzał tracić fasonu, a zwyczajnie korzystać z tego, że jest ktoś kto jego postawę doceni. Nieformalność to jedno, ale brak elegancji zarezerwowany był dla ignoranta Vinny’ego.
        Następną wypowiedzią wampir wybronił nie tyle straż, co siebie, dając do zrozumienia, że jest świadom swoich gabarytów. Z tamtymi dhampir musiał się jeszcze rozmówić i zaprowadzić porządki. Każdy głupek potrafił zatrzymać dziewkę z koszyczkiem (żeby się nie zdziwili jeśli wyciągnie z niego zaklęty sztylecik lub martwego kruka), ale uciekanie przed kimś tylko dlatego, że był o głowę, dwie czy tam trzy wyższy mówiło dużo o straży pałacowej, o ile można ją było tak nazwać. Należało tam zrobić małą reorganizację i zatrudnić w końcu kogoś, kto umiałby czytać aury. Wtedy wiedzieliby, że przybysz mimo wyglądu tyrana, wojownikiem nie jest, i zasadniczo to spokojny… naukowiec. Gdyby Mikael miał oceniać swoje szanse w starciu z nim, to gość już by leżał. Co prawda miecza u pasa raczej nie trzymał dla ozdoby i zwykli ludzie nie byliby dla niego tak wielkim wyzwaniem, ale zasadniczo bez dostępu do magii, dla tutejszego porządku nie stanowiłby zagrożenia. Nie gdyby ktoś chciał go zatrzymać.
        I oto można było dojść po raz kolejny do wniosku, że pozory i tworzenie ich to bardzo ważna część gry społecznej. Kolejna rzecz, w której Vinc nie był dobry.
        Było jednak coś co wychodziło mu jeszcze gorzej; bardziej niż powitania, kurtuazja czy udawanie…
        Szarmanckość.

        To ostatnie co można by mu zarzucić, choćby dlatego, że łączyło się z kurtuazją i udawaniem. A z udawaniem nie dlatego, że Vinc nie doceniał kobiet lub nie chciał być uprzejmy. Ale zasadniczo nadmiar rytuałów, czy to słownych czy też fizycznych, komplikowały mu życie i zabierałyby czas, który można było poświęcić na coś rozsądniejszego. Nigdy nie dołączywszy do wyżej wspomnianej gry społecznej, a przynajmniej nie ze środowisk pozanaukowych, nie miał w priorytecie wykonywania gestów zbędnych i mówienia więcej niż było to konieczne. To wykluczało go z grona osób, które potrafią posługiwać się komplementami. Dziwny nawyk przyrównywania (dajmy na to kobiet) do przedmiotów lub przedstawicieli świata flory i fauny przyjęło się niemal w każdej społeczności rozumnych ras i wynikało z umiejętności posługiwania się symbolami - trudno jednak przywiązywać się do takich określeń jeżeli wiedziało się, że na jednych wyspach komplementem jest ,,świnia”, gdzie indziej ,,tratacella”, ,,perła”, ,,gwiazdka” czy ,,kwiatek”, a chodziło w zasadzie o przekazanie prostego faktu, że jakaś osoba jest w czyimś pojęciu ładna lub godna uwagi. Do Vinca nie docierała ta idea opakowań, którą Mikael wielokrotnie mu tłumaczył - dla niego pierścionek podany na dłoni, a pierścionek zapakowany w kolorowe śmieci, z którymi potem cholera wie co zrobić był dokładnie tym samym pierścionkiem. Informacja ,,jesteś śliczna” było w gruncie rzeczy tym samym co majaki o gwiazdach i nieboskłonach.
        Może gdyby Creig o tym pamiętał nie miałby takiego problemu z doborem słów?
Ostatecznie opis urody Mimi był prosty - urocza, drobna niebianka, o nietypowym kolorze oczu i włosów i ciemnawej skórze, skłonnej do zaróżowień. Ładnie się uśmiecha, gdy nie robi tak przerażonej miny. Ot, tyle.
        Opis wampira był zaś mylący, więc w oczach Vinca tracił na wartości - wynikało bowiem z niego, że błogosławiona jest najpiękniejszą kobietą jaką na oczy widział (oraz, że sam jest nieukiem, bo zna mało wyrazów), a przecież nie o to chodziło. Nie było w jego martwym obliczu nic co wskazywałoby na wzmożone zainteresowanie panną Earhart, więc dopuścił się powszechnego wśród dżentelmenów grzechu eskalacji. Oczywiście liczyła się intencja - chciał być uprzejmy. Jednak po co wypowiadać słowa, które w zasadzie nic nie znaczą?
        Tego dhampir nigdy nie mógł pojąć i zawsze był tak samo zadziwiony, gdy tylko widział Creightona wśród dam. Nie wiedział nawet po kiego całował ją po rękach, skoro nie wywodziła się ze sfer, gdzie takie coś było wymagane, a sam też już do nich ponoć nie należał.

        Jego mina jak zwykle zdradzała myśli, bo patrzył na swojego drogiego gościa jak zniesmaczony chłopiec, którego starszy brat zabiera się za całowanie dziewczyny, zamiast pograć w piłkę. Całkowite niezrozumienie i zamiana priorytetów. Wręcz obrzydliwe.
        I jeszcze kwiaty!
        Co mieli z tymi kwiatami? Zerknął na Mimi, całkowicie zgadzając się z tym, że była wspaniałą towarzyszką, ale nie pojmując gdzie mogłaby chować liście. I musiał przed sobą przyznać, że gdy patrzył na nią czuł się zupełnie inaczej niż gdy podziwiał zielsko. No nie dało się jednego połączyć z drugim!

        Wycieńczony umysłowo przebaczył niebiance starcie kre… nie, jednak nie, ale już się tak nie irytował. Cieszył się, że w końcu odważyła się mówić, choć zdumiało go jak wielkie Creig zrobił na niej wrażenie. Wiedziała przecież, że to jego rodzina, czemu więc w ogóle się go obawiała?
Chociaż z drugiej strony o ile pamięć go nie myliła, na niego też w pierwszym momencie zareagowała w mało radosny sposób. Na Nyię…
Nic dziwnego, że w świecie, gdzie krwiopijcy mieli taką reputację, niebianka próbowała uczynić go bardziej ,,ludzkim”. Chociaż dla Vinca znaczyło to tyle co zachowanie intuicyjnych norm zachowań, emocjonalności. Mim miała mu przypominać o tym, co powoli zatracał, a trzeba było przyznać, że wywiązywała się nieźle. Chociaż to dopiero pięć lat…
        - Obawiam się, że Creig jest typowym krwiopijcą i jedyne co mogłabyś mu zaoferować nie ma nic wspólnego z cukiernictwem - stwierdził do bólu szczerze, ale i temat picia krwi nigdy nie był dla niego drażliwy.
        - Ale my się skusimy i chętnie mu opowiemy o ich walorach smakowych - zaoferował Mikael, gotów z pełnym oddaniem zjeść wszystko co niebianka raczy przygotować. Chociaż samą krwią też by nie pogardził… wspomnienie o niej zawsze zaostrzało mu apetyt, a w towarzystwie tak słodkiej dziewczyny trudno było trzymać fantazje na wodzy.

        Z problemem nieco innej natury zmagał się Vinny, który wzmożonym głodem reagował na… wampiry. Konkretniej intensywny zapach ich aur. Choć z powonieniem nie miało wiele wspólnego, dhampir nie umiał tego odpowiednio rozdzielić i w ich towarzystwie stawał się bardziej drapieżny niż zwykle. Może i dobrze, bo wtedy mniej się wyróżniał, a przy ludziach do głosu i tak dochodziła jego bardziej akceptowalna natura.
        W końcu zaproponował, by skierowali się do środka, a Mikael choć niechętnie, odsunął się od Mimi i zajął miejsce u boku swojego idioty. Chciał w razie czego złapać kamerdynera i zdążyć, choćby gestem, uspokoić przypadkowo spotkane pokojowe.

        Przy drzwiach jednak nie natknęli się na nikogo, bo raz odesłany służący do teraz siedział w swoim pokoju i koił nerwy, a reszta służby zaalarmowana trzymała się na dystans.
        Weszli z nieprzystającą skromnością do reprezentacyjnego holu, trzaskając zbyt ciężkim skrzydłem. Nie dało się nie stukać obcasami o drogą, choć starą posadzkę, a echo niosło się po wysokich przestrzeniach. Z drugiej strony, gdyby chcieli się ukryć, sprzyjało im blade światło, zostawiające cienie domysłów w korytarzach skrytych za filarami. Tylko szerokie, rozdzielne schody kusiły jasnością domowego życia, prowadząc na piętro, gdzie dywany tłumić mogły kroki przybyszów.
        Z nieznanych hrabiemu przyczyn w powietrzu unosił się nie tylko zapach drewna i kamienia, czyszczonych dwa razy dziennie, ale i kwiatów; parnej i gęstej zieleni. Potęgować to mogło złudzenie, że coś dziwnego czai się za każdym winklem, że pałac nie jest sterylny. Jak w ciepłym, nocnym ogrodzie poruszali się zgraną grupą, czując otaczającą ich puszczę i słysząc bestię błąkającą się po marmurowych ścieżkach. Ze szczytów kolumn obserwowały ich czujnie kamienne główki jelonków, blade jak śmierć i żywe jak magia, która żyłkami wspinała się po konstrukcji pałacu - dawno rzucone zaklęcie trwałości.
        W tych okolicznościach przyrody nagły wrzask brzmiał jak morderstwo, a serce samo podskakiwało do gardła.

        Wchodzili właśnie na górę, gdy Paulia dla odmiany postanowiła zejść. W lśniącej koszuli nocnej przypominała zjawę, sunącą bezgłośnie przez dwór, aż dojrzawszy od góry gościa swego kuzyna, wydała z siebie bardzo kobiecy krzyk i zemdlona osunęła się na podłogę.
        - Och, matko! Co się stał… - Tuż za nią pojawiła się starsza panna Edyner, równie piękna i równie łatwo tracąca równowagę co matka - kiedy padła, zaraz na pomoc przyleciał wybudzony pan Edyner, sprawnie przeskakując nad żoną i w mgnieniu oka dopadając córki.
        - A co się tu wyrabia, na miłość Pańską… Paulia, kochanie, nie leż tak, bo się zaziębisz. - Wychodząca z cienia Lady Francis ominęła ją i zerknęła na stojących na schodach… cholerników.
        - Ojej… - Mirabelle zaraz dołączyła, by wychylić się za barierkę i ocenić przybyłych. Wyglądała na usatysfakcjonowaną.
        W czasie, gdy rodzina kompletowała się na korytarzu, Vinny przeleciał po schodach, by zlitować się nad Paulią i zacząć ją cucić, bo choć często mdlała, to nie wypadało zostawiać jej tak na podłodze.
        - Hrabio, mógłbyś powiedzieć może… albo nie, lepiej nie - zażądała Francis, po czym rozmyślona machnęła ręką - Czy twój przyjaciel jest zabójcą? Przyszedł nas ukatrupić?
        - Nie, raczej nie… to… - szukał odpowiedniego słowa. - Mój dawny opiekun… wujek. - Tylko to pasowało mu na szybkie określenie ich relacji z punktu widzenia człowieka.
        - Ach, no to w porządku. Choć żeście nas wystraszyli. Nie uprzedziłeś nas, że przyjmujesz gościa.
        - Miałem to zrobić, przepraszam… ...wypadło mi z głowy.
        Lady Francis zmierzyła Creightona sceptycznym wzrokiem.
        - Doprawdy nie wiem jak ktoś taki może wypaść z głowy. Mi by nie wypadł. - I tak to skwitowawszy, zawróciła do siebie. Nie była w odpowiednim stroju do rozmowy z nieznanym truposzem. Oj, nie.
        Mirabelle pomogła tacie odprowadzić matkę i siostrę, żegnając się z hrabią dziwnie wesołym spojrzeniem. Pan Edyner zaś skinął głową wszystkim, po czym prosząc o wybaczenie zniknął za rogiem z żoną na ramieniu.

        - Zapunktowałeś - wyrwało się Michelotto, a Vinc nie miał nawet siły podnosić się z dywanu, gdzie przyklęknął ratując panią Edyner. Nie miał jeszcze miny męczennika, ale zawalił sprawę i był tego całkowicie świadomy.
        - No już, przynajmniej powitanie mamy za sobą - pocieszył go brunet, choć w zasadzie wyglądało to na uszczypliwość. Ale była potrzebna, by hrabia wstał, otrzepał kolana i westchnął na własną głupotę. Po czym zwyczajnie zaprowadził gromadkę do jednego z salonów.

* * *


        Rozsiedli się przy eleganckim stoliku do herbaty, w pomieszczeniu o witrażowych oknach, żółto-beżowych barwach i wesołej stylizacji wnętrza. Niewiele było tu mebli, bo w końcu wolna przestrzeń oznaczała największy luksus, więc poza stołem i siedzeniami stały tam jedynie wysokie witrynki z porcelaną i szezlong, chyba przyniesiony przy jakiejś okazji, bo od innego kompletu.

        Nikt go jednak nie dotykał, a towarzystwo skupiło się w centrum pokoju. Tam usadzono Creiga na kanapie (fotel okazał się nieco przyciasny), zaś na drugiej usiadł Vinny, zapraszając i Mim. Mikael zaofiarował, że poprzynosi co trzeba i przez dłuższy czas krążył, dzierżąc a to zostawione w pokoju niebianki markizy, to czajniczek, a to wysyłając spłoszoną służbę po kieliszki.

        Można było zacząć spokojną rozmowę.

Awatar użytkownika
Creighton
Zbłąkana Dusza
Posty: 7
Rejestracja: 1 rok temu
Lokalizacja: Wrocław
Kontakt:

Post autor: Creighton » 5 miesiące temu

        Creig nie okazał tego otwarcie ani nie poruszył tematu, ale rzucił młodemu wymowne spojrzenie po komentarzu z „typowym krwiopijcą”. W tych kilku sekundach zabrakło łagodności, a pojawiło się ukrywane pod powierzchnią ostre, karcące spojrzenie.
        Znał go od dziecka, ale pewnych rzeczy nie wybaczyłby nikomu, a zwłaszcza przyrównania go w taki sposób do wampirzego pospólstwa. Nie chodziło nawet o status, bardziej o fakt, że takie wampiry były głównym powodem, dlaczego miały one taką złą sławę wśród innych ras.
        Vinc równie dobrze mógłbym podejść i wymierzyć mu siarczysty policzek. Traktował go momentami jak własnego syna, więc tym bardziej czuł się zobowiązany, aby nie puszczać takich niedorzeczności płazem.
Koniec końców westchnął ze zrezygnowaniem, nie chcąc robić scen w ledwo poznanym towarzystwie. Zamierzał w późniejszym i lepszym czasie, ustawić Vinca do pionu pod tym względem. Nawet brak taktu miał swoje granice rozsądku.

        Obrócił głowę w stronę Mimi i Mikaela już ze swoim typowym, łagodnym wyrazem twarzy. Najpierw popatrzył na mężczyznę, dopiero później zerknął na jedyną kobietę w ich gronie i uśmiechnął się delikatnie. Musiała mieć ciężko w takim gronie, ale dawała wrażenie silnej z charakteru po krótkiej wymianie zdań, jaką miał przyjemność z nią mieć.
        — Niestety, nie lubię nienaturalności i udawania. Mogłabyś zrobić najlepsze wyroby cukiernicze po tej stronie Alaranii i moja reakcja sprawiłby ci tylko przykrość — zaczął szczerze swoim głębokim tonem, nie unikając dużych, okrągłych oczu dziewczęcia. Przyglądali się tak sobie, aż w końcu wampir postanowił dodać coś do wcześniejszej wypowiedzi, aby nie zgasić całkowicie jej zapału.
        — Mogę tylko spożywać krew i wino, muszę stwierdzić z przykrością — mruknął ciszej, trochę niezadowolony, że musi damie odmówić poczęstunku. W takich momentach właśnie czuł pustkę, nie mogąc nawet skorzystać z tak prostych przyjemności życia. — Nie wątpię, że jesteś. — Pokiwał głową z aprobatą, miękko kładąc swoją dużą dłoń na włosach filigranowej Mimi.
        W normalnych warunkach nie śmiałby naruszać prywatności drugiej strony, ale nie chciał, aby czuła się skrępowana albo winna zaistniałej sytuacji. Takim niespodziewanym zachowaniem pragnął ją odciągnąć od innych myśli i żeby skupiła się na nim. Pogładził ją po ognistej czuprynie, tak aby nie zniszczyć fryzury, a żeby i druga strona się rozluźniła.
        Może i był astronomem, ale nie był ślepy na fakt, że raczej z takim traktowaniem nie miała styczności na co dzień. Z boku może nie było tego widać, bo była to bardzo subtelna rzecz, ale młoda panna Mimi miała pełną kontrolę nad sytuacją i to ona była najważniejsza. Przynajmniej takie wrażenie i emocje chciał wzbudzić w niej swym zachowaniem.
        — Taka słodka i kochana kobietka z pewnością musi być świetnym cukiernikiem. Wiedz, że żal ściska me serce, jak pomyślę o tych pysznościach, które wyjdą spod tych dłoni, a nie będzie dane mi spróbować. — Mimo że wspominał o żalu, miał bardzo ciepły uśmiech, doceniając słowa błogosławionej. Nie każdy miałby odwagę stawić czoła takiemu olbrzymowi jak on. Zrobiła na nim bardzo pozytywne wrażenie swą osobowością, gładząc ją z tego powodu czulej na odchodne, zanim zabrał dłoń. Takie kobiety to był skarb, chociaż w sercu wampira już nie było miejsca dla nikogo, bo ktoś inny rozpalił żar w jego nieumarłym sercu na dobre.

        Obrócił się tak, że stał bokiem do obecnych i do rozłożonego na równo ściętej trawie teleskopu. Wyglądał majestatycznie wraz z całym ciałem skierowanym ku niebu. Druga rzecz na świecie, która poruszała jego serce to z pewnością pasja do gwiazd i to piękne narzędzie stworzenie wspólnymi siłami z marudnym krasnoludem. Uśmiechnął się nieświadomie na myśl o tym. Stare, dobre czasy.
        — Vinc nigdy nie wspominał? — Przerzucił chwilowo pytające spojrzenie na niego. Mimi mogła prawdopodobnie, nawet nie wiedzieć o jego istnieniu wcześniej. — Porzuciłem status i wygodę, aby gonić za gwiazdami — potwierdził bystre spostrzeżenie z jej strony tymi słowami, gdy ona obchodziła teleskop z zainteresowaniem.
        — Nie jest to jeszcze dobra pora, ale później w nocy z przyjemnością zabiorę cię na podróż po gwiezdnym szlaku. Panowie jak są zainteresowani, też mogą dołączyć — zaproponował z szerokim uśmiechem, nie próbując nawet ukrywać swojej miłości i pasji do nocnego nieba. — W końcu im nas więcej, tym raźniej, jak i pewnie czułabyś się z pewnością pewniej w towarzystwie kogoś znajomego, przy takim koneserze krwi jak ja — pozwolił sobie zażartować z własnego pochodzenia i rasy, chociaż też nie kłamał.
        Do picia krwi podchodził jak do rytuału i pił tylko krew kobiet, ale zdradzenie tych szczegółów mogłoby młodą damę Mimi po prostu wystraszyć. Chciał tego uniknąć, więc części prawdy pozostawił w mroku.



        Vinc zaproponował wejście do środka, więc nie czekając zbyt długo, też tak zrobili. Nie obyło się bez atrakcji w postaci mdlejących kobiet na widok Creiga, co wcale nie sprawiło, że czuł się lepiej. Sam fakt, że wszedł na arystokracie, włości sprawiło u niego dyskomfort, ale skrzętnie to ukrywał.
        Całe zajście trwało krótko, ale i tak pozostawiło u wampira pewien niesmak. Na szczęście panna Mimi czuwała i dotrzymywała olbrzymowi dzielnie towarzystwa. Co prawda nie rozmawiali o niczym szczególnym, a raczej to on odpowiadał na jej pytania. Nie przeszkadzało mu to, a wręcz teraz to jemu pomagało. Nie musiał myśleć o tym, gdzie się znajduje. Był jej za to wdzięczny z całego serca, nawet jak mogła to robić z całkiem innych pobudek.

        Gdy znaleźli się w nowym pomieszczeniu, próbował się usadowić na fotelu, ale sytuacja była na tyle komiczna, że wampir jakby mógł, to zarumieniłbym się ze wstydu. Czasem zapominał, że meble nie były zazwyczaj dostosowane do kogoś jego gabarytów.
        Bez namysłu skorzystał z ratującej go propozycji Vinca i zajął tym samym kanapę, mając dobry widok na całą trójkę z tego miejsca. Przysiadł z boku, bardziej z przyzwyczajenia. Zajęcia miejsce na środku kanapy źle by o nim świadczyło, plus ktoś mógł zawsze dołączyć. Miejsce było na tyle, aby ktoś nie-jego-rozmiarów mógł wygodnie zasiąść.

        Mikael krążył jak sęp rzucający wymowne spojrzenie na wystraszoną służbę. Trochę to rozbawiło wampira, ale zachował powagę i tylko raz wymsknął mu się cichy śmiech, ale przyłapała go na tym Mimi. Puścił do niej oczko i udawał, że nic się nie stało.
        Vinc wtedy na szczęście skupił się właśnie na toczącej się walce na argumenty, czemu służba musi obsługiwać wampira, wyglądającego jakby wypił krew z dwóch wiosek. Rzecz jasna w argumenty wpadł Mikael, który najwyraźniej chciał się pokazać od najlepszej strony. Najwidoczniej służba miała trochę inne plany.

        Gdy wszystko już było gotowa i się uspokoiło, zlustrował wszystkich obecnych i zdecydował się zrobić pierwszy krok.
        — Więc… wiecie, kiedy będzie Nyia? Trochę (diabelnie) zaczynało mi jej brakować, więc miałem nadzieje, że się z nią zobaczę — zagadnął, licząc na jakieś jasne i dobre wieści. Co prawda już raz dzisiaj temat był poruszany, ale wypełniał go dziwny, trudny do opisania niepokój.
        — Do tego mógłbyś mi wyjaśnić, kim byli ci… — Zastanowił się przez chwilę czy nie powinien użyć słowa „ludzie” i czy nie zabrzmi to zbyt rasistowsko z jego strony. — Te osoby — poprawił się, uznając to za grzeczniejsze podejście.
        — Twoja służba ma styczność z nieumarłym, a reagują na mnie jak poparzeni. Wiedz, że jakbyś zaprosił kogoś ważnego i zrobiliby to samo, straciłbyś bardzo wiele na aprobacie drugiej strony. Wychowanie służby odzwierciedla pana włości. Lepiej dobrze to zapamiętaj na przyszłości — zwrócił się do syna Nyii z lekkim zrezygnowaniem i zmęczeniem w głosie.
        Zaczynał się już godzić z faktem, że będzie traktowany jak drapieżny krwiopijca w tych ścianach.

Awatar użytkownika
Mimi
Zbłąkana Dusza
Posty: 7
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Mimi » 4 miesiące temu

        Mimi szła przez noc ogrodu, czując się trochę jak w baśni. Powietrze było rześkie i pachnące otwierającymi się po zmroku kwiatami, słodkim, uderzającym do głowy aromatem. Ich smukłe kielichy rysowały się bielą w ciemności. Wysoki, oszałamiający arystokrata okazał się czarującym i uprzejmym mężczyzną, mimo początkowo przerażającej powierzchowności. Teraz, kiedy mogła przyjrzeć mu się bliżej, stwierdziła, że pod kolczastą zbroją jest całkiem przystojny - tym bladym, melancholijnym typem urody, który łączył go z Vincentem i Nyią.
        Dodatkowo urzekł ją sposobem w jaki do niej mówił i jak dobierał słowa - nie miał w sobie nic z nachalności wielu poznanych przez nią paniczów. Czuła się przy nim swobodnie i nawet gest pogłaskania po włosach jej nie przeszkadzał. Creighton był po prostu szczery i - przynajmniej na razie - bezinteresowny w swoim zachowaniu. Miła odmiana po rodzinie Vincenta, która wyżej ceniła pozory niż uczciwość swoich słów.
        Uczucia niesamowitości nie zepsuły nawet uwagi o piciu krwi, do nich Mimi zdążyła się już przyzwyczaić. Tego aspektu wampirzego życia nigdy nie była ciekawa - po prostu wyrzucała go ze swojej świadomości, nie dopuszczając do siebie myśli, że ktoś tak dobry jak Vinny (czy Creighton) mógłby robić coś takiego. Ot, proces jak defekacja - wszyscy muszą, jednak nie chce się nad tym rozmyślać.
        Wieczór zaczął się całkiem miło (a propozycja obserwacji gwiazd sprawiła, że Mimi na pewno już nie zaśnie!) i być może trwałby tak dalej, gdyby nie rodzina Vincenta, która (”Jak zwykle… nie, Mimi, nie wolno tak myśleć!”) zniszczyła ciepłą atmosferę. Najpierw Paulia, swoim wrzaskiem, potem dwa omdlenia zaliczone jedno po drugim. Mimi uśmiechnęła się krzywo, stwierdzając, że jej paraliżujący strach wcale nie był najgorszą reakcją na pojawienie się Creightona.
- Przynajmniej zostaniesz wstępnie zaanonsowany, skoro nie zrobił tego Vinny - podsumowała, kierując się z nimi do salonu. - Mirabelle nie odpuści okazji by puścić taką plotkę w obieg. Do rana wszyscy będą wiedzieć o twojej obecności. Ale może to i lepiej. Przynajmniej nikt już nie zemdleje.
Próbowała pocieszyć wampira gadając głupoty, bo zdawała sobie sprawę, że takie powitanie nie należało do najmilszych. Choć z całego serca próbowała usprawiedliwiać rodzinę Vinny’ego (”To w końcu jego rodzina, nie mogą być aż tacy źli…”), nawet ona uważała, że zachowali się bardzo nieuprzejmie. Mówiła więc byle mówić, chcąc zatrzeć niesmak jaki pozostał po odprawionej w holu scenie.
        Niebianka poczuła się lepiej dopiero wtedy, gdy wyłowiła ciche parsknięcie śmiechu. Uśmiechnęła się ciepło do gościa, zadowolona, że coś go rozbawiło - domyślała się, że chodzi o Mikaela musztrującego służbę. Sama również uważała to za komiczne i porozumiewawczo uniosła brwi, odpowiadając na mrugnięcie wampira. Teraz, z perspektywy czasu, uznała za zabawny strach przed wielkoludem i z zadowoleniem stwierdziła, że jego obecność wniesie trochę pozytywnego zamieszania w życie dworu (”Jakby Vincent nie był wystarczającym zamieszaniem, w sumie biedna ta jego rodzina…”). Sięgnęła po wypieczoną przez siebie markizę i chrupnęła ją, popijając herbatą z cukrem. Poleżały chwilę w jej pokoju więc nie były już tak dobre jak świeżo po wyjęciu z pieca, ale i tak zaliczały się do najlepszych w okolicy. Chwaląc się w duchu sięgnęła po jeszcze jedną i z zainteresowaniem przysłuchała pytaniu wampira. Ona też bardzo chciałaby zobaczyć się z Nyią. Zauważyła również jak delikatnie, acz stanowczo Creigh strofował Vincenta. Widać było, że przyłożył rękę do jego wychowania. ”To w sumie ciekawe doświadczenie”, pomyślała chrupiąc ciasteczko, ”Spotkać osobę, która odegrała tak ważną rolę w życiu Vinny’ego a jednocześnie wygląda tak młodo. Od Nyi zawsze biła aura matki. Ale może to przez skojarzenia z moją mamą?
        Siedziała zadowolona na kanapie, podkuliwszy nogi i zwinąwszy się w kłębek niczym kot. Delikatna, malowana w różowe kwiaty filiżanka przyjemnie grzała jej dłonie. Przepełniła ją leniwa senność i poczucie bezpieczeństwa, które dotychczas nie wychodziło poza kuchnię i jej pokój. Z lekkim rozmarzeniem przysłuchiwała się rozmowie Vinca i wampira. Umościła się wygodniej na poduszkach i (z całkowitym rozmysłem) ignorując niechęć przyjaciela do kontaktu fizycznego, oparła głowę na jego ramieniu. Było jej dobrze, a wieczór, mimo wszystko, zapowiadał się pięknie.

Awatar użytkownika
Vinny
Zbłąkana Dusza
Posty: 9
Rejestracja: 11 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Vinny » 3 miesiące temu

        Zapisać.
        Tfu - zapamiętać.
        Vinca zdziwiło ostre spojrzenie Creightona, ale tym bardziej zastanawiał się o co chodzi. Im spokojniejsza bywała osoba, tym bardziej znaczące stawały się jej gesty, nawet tak subtelne jak wyrażona wzrokiem dezaprobata. Tylko wobec czego? Dhampir od razu zaczął się zastanawiać nad swoją wypowiedzią; jej treścią, formą i implikacjami, które był w stanie przewidzieć i pojąć. Lecz doszedł ostatecznie do niepewnych wniosków. Chodziło o picie krwi? Nie przyszła mu do głowy creigtonowska interpretacja ,,typowego wampira”.
        Postanowił jednak później dopytać.

        Ostatecznie nie miał już tych siedmiu lat. Ani nawet piętnastu. Trzydziestu. Był po dziewięćdziesiątce! Setce. I o ile dobrze pamiętał był już dorosłą osobą - co prawda miał pewne odchyły, ale każdemu się zdarza. Tak czy inaczej od dekad traktował Creiga jak równego sobie - bardziej jak starszego brata niż figurę stricte definiowaną przez autorytet; sugestię zachowań, a nie ich wzór. I jak od Michelotto czy Mim mógł przyjąć od niego krytykę, czy choćby krótką uwagę - ale ta nie padła. Zamiast tego otrzymał chłodne zerknięcie, które pamiętał jeszcze z czasów dzieciństwa i nic poza tym.
        Chciał wiedzieć dlaczego.

        Och, chwila - jednak nie chodziło o krew!
        Wracając do sedna tematu na nowo poczuł się zagubiony (gdy przestał wewnętrznie krztusić się nad ,,udawaniem i nienaturalnością”, które wampir nadmienił). Krew… Creig powiedział to wprost do Mim, więc nie mógł uważać tego za niestosowne (podobnie głaskanie jej po włosach też było chyba w porządku - znali się w końcu te kilkanaście sekund… czy nazywanie jej ,,słodką” i ,,kochaną” kobietką). Ale już kiedy ,,żal ścisnął mu serce” Vinc mógł się tylko wyłączyć. Doprawdy… jakim cudem przedstawiciel rasy, która od powstania nieprzystosowana była do spożywania stałych pokarmów mógł odczuwać brak składników, których notabene nigdy nie mógł spożywać? Chyba musiał być Creigiem. Tak, Vincent nie znał wielu innych rodzonych wampirów, które naprawdę pragnęłyby spróbować czegoś poza krwią i alkoholami, a jeżeli tak było, uważał to za oczywisty defekt w ich umysłowości. Po co obarczać organizm zbędną materią? To tak jakby on jadł kamienie, bo inni to robią. Jawne dążenie do samozagłady wpisane w jedno proste zdanie: ,,żal ściska me serce”. Ale było na to dobre wyjaśnienie - społeczne.
        ,,Bo inni tak robią”.

        W końcu ile Creigowi nie wytykałoby się samotniczego trybu życia, to trzeba było przyznać, że gdy już natykał się na istoty żywe (kobiety, kobiety) wykazywał się niezwykłym poziomem elastyczności, empatii i instynktów stadnych. Właśnie dlatego mógł bredzić o gwiazdach (w nienaukowym znaczeniu tych szlachetnych słów), słodkościach i tęsknocie za jedzeniem, które posłużyć by mu mogło li tylko do zwiększenia zadowolenia samej Mim. Ten rodzaj zachowania, nastawiony na dogodzenie drugiej osobie nie był wcale tak irracjonalny - nie w przypadku kogoś, kto odnosiłby społeczne korzyści z przymilania się. Ale co mógł mieć z tego Creig poza zazdrością/podziwem Michelotto, niezrozumieniem gospodarza i… być może chodziło o ten uśmiech Mimi? Nie - o jej akceptację?
        Bo ostatecznie jego dziwne rytuały podziałały i tak oto dla Wilhelminy był już swój.
        Więc może warto było?

        Ciekawe, bo osiągnął w kilka chwil to co samemu Vincentowi zajęło tygodnie. Tak, i Creig i Nyia, jakkolwiek nie do końca logiczni byli zwyczajnie szybsi i lepiej dostosowani do zawierania znajomości. On nawet jakby chciał… nigdy tak nie umiał. Myśląc teraz o tym, nie był zbyt poruszony, choć odznaczał to sobie od zawsze jako wadę - ostatecznie dhampiry jak mało która rasa potrzebowały akceptacji i zrozumienia, a on jako ich przedstawiciel nie wykazywał się cechami, które by to ułatwiały…
        Może kiedyś szkoda mu było tej nieosiągniętej natury? Lecz teraz spokojnie patrzył jak Creig i Mimi z każdym ruchem zacieśniają więzy rodzącej się sympatii - i obserwował to z naukową ciekawością - bezosobową, trzecią i oddaloną. Zawsze był lepszym widzem niż uczest…
        AŁA!
        Mikael szturchnął go znacząco i skinął na Creiga i jego teleskop. Mieli tu potem przyjść przyzwoitkować wampirowi i jego gwiazdom?
        - Taak… chyba tak - mruknął wybity z rytmu hrabia, nim ocknął się i zaprosił wszystkich do środka.

* * *


        Gdy przebrnęli już przez korytarz i powitania, nastała chwila spokoju - można było usiąść, popatrzeć jak Mikael próbuje zapanować nad wystraszonymi ludźmi i jak robi za kelnerkę podając markizy. Vinc w tym czasie siedział i analizował ogrodowe rozmowy z Creigiem, słowa lady Francis i opracowywał strategię jak pokazać się Paulii na oczy nie ryzykując zaszlachtowania koralami z importu. Ostatecznie doszedł do wniosku, że lepiej nie myśleć, bo znowu się wyłączy, więc zerkał z cichym wsparciem i zainteresowaniem na Mikaela - gdyby nie słaby refleks sam poprzynosiłby ciastka, a gdyby nie wyglądał jak pomieszanie opalonego żigolaka z dawno martwym łotrzykiem, pewnie sam zagadywałby do swojej służby. Oni jednak trzymali się od niego z daleka, a on nie miał potrzeby ich nachodzić. Miał za to nadzieję, że przystępniej wyglądający Michelotto w końcu przekona ich do nowych rezydentów jakimi byli i udowodni, że ostatecznie cechy charakteru liczą się ponad przynależność rasową.
        Swoją drogą czy wiedzieli, że dhampiry nie potrafią zabić przez wypicie krwi?

        Drgnął, gdy coś nagle położyło mu się na ramieniu i już był gotów to strzepnąć, kiedy poczuł aurę Mim i zobaczył kątem oka jej rude kłaki. Po tym wszystkim co myślał o znajomościach, komplementach i innych farfoclach, taki gest przywiązania i oswojenia był mu niezwykle miły. Nawet więc jeżeli nie przepadał za dotykiem i uwalaniem się na nim, teraz poczytał to za nieme przyznanie ich relacji pierwszeństwa oraz za deklarację słusznej przynależności. Mim była w jego grupie.
        Ale od kiedy on w ogóle miał jakąś grupę?

        Zagadany nie zdążył pomędrkować na ten temat, bo oto padło pytanie o pierwszą w jego życiu osobę - Nyię.
        - Nie mam pojęcia - odparł, nie wykazując się większym zaangażowaniem ani niepokojem. Zaraz jednak spojrzał czujnie na Creiga i otwarcie dodał:
        - W sumie dziwię się, że przyjechałeś nie mając jeszcze potwierdzenia, że tu czeka. Zanudzisz się. - I choć nigdy nie był zbyt cięty, widać było w nim tę odrobinę pobłażliwego zrozumienia, które wykazać może tylko ktoś niezakochany wobec osoby szalejącej za wolnym duchem. Ale znał też swoją matkę - i zachodził w głowę jak ktoś o zrównoważonym umyśle i leciwej osobowości mógł stale oglądać się za… no za nią. Chyba po prostu musiał być Creightonem.

        - Te osoby? - Zaraz też stracił swoją jedyną przewagę i zdziwiony odchylił…by się, gdyby nie ciężar Mim, który wziął go z zaskoczenia. Zdezorientowany pozostał więc na swojej pozycji, nie wiedząc co zrobić innego i wziął się za układanie odpowiedzi, co przyszło mu z niespotykanym trudem.
        - To moja ludzka rodzina - zaczął w końcu, a kiedy powiedział pierwsze słowa dalej poszło już łatwo:
        - Mieszkają tutaj, jak widać. Paulia Edyner (ta która nas przywitała), jej mąż Edward i córki… Anabelle i Mirabelle. Anabelle to ta… starsza. - Zerknął na Mim jakby to ona miała mu podpowiedzieć, ale zaraz się skupił. - Ta wyższa blondynka. Ruda, mała to Mirabelle. To moje dalekie kuzynki powiedziałbym. No, nie tyle dalekie co dawne. Lady Francis, matka Paulii z domu jest Ascant-Flove. Córka wnuka mojego najstarszego-młodszego brata. Kiedyś ci rozrysuję - powiedział upijając już spokojnie łyczek herbaty. Sam spędził długie godziny na analizowaniu tego drzewka i miał nadzieję, że nie robił tego nadaremnie.
        - To ludzie od pokoleń i nie zależało im za bardzo na krwiopijcy pod dachem. Myślę, że nawet z elfem mieliby problemy. Jeszcze się nie przyzwyczaili - ,,śmy”, dodał w myślach, bo dla niego ta sytuacja też była nowa. Do tej pory za swoją faktyczną rodzinę uważał tylko Nyię, Mistrza i długouchego brata Chana, który nie był z nim nijak spokrewniony. Ludzką rodzinę traktował jako coś w sumie dodatkowego - znał ich mniej niż elfie wujostwo z Pustej Doliny, Creiga i nawet wielu ze swoich nauczycieli czy innych znajomych. Kiedy był ich ciekawy przepędzili go, a potem mimo życzliwości następnych pokoleń nie interesował się nimi aż znów wymazali go z powszechnej pamięci. Pokazywał się od czasu do czasu dla przyzwoitości, oni w ramach hojnego gestu dali mu czynszową kamienicę, by mógł sobie dorobić - jak biedny, daleki kuzyn.
        Hrabia biedny daleki kuzyn.
        Ale jeśli miał być szczery - nadal wolał ten tytuł bez ,,hrabi” na czele. Był pewny, że Creig też żadnego arystokraty tu nie potrzebuje, więc nie potrafił zrozumieć jego nowego wykładu o służbie. Spojrzał na wampira unosząc brew - brakowało mu nie sensu, a kontekstu w tym co wygłaszał.
        Bardzo nie udzieliła mu się rozkoszna senność Mimi.

        - Teoretycznie rozumiem o co ci chodzi… - zaczął ostrożnie, jakby nie wiedząc jak do tego podejść. - Ale to nie jest moja służba. Nie od dawna. I na mnie reagują podobnie jak na ciebie, więc nie myśl, że zaprosiłbym kogoś, czyja dezaprobata mogłaby wpłynąć negatywnie na moją rodzinę. - W końcu zaczął mówić normalnie. - Poza tym wszystkie ważniejsze dla nich osoby to też ludzie, może z wyjątkami. I właśnie do takich standardów ta służba była przyzwyczajana. To my jesteśmy tu gośćmi. I ty i ja - stwierdził, sięgając wolną ręką po swoją filiżankę. - Mam nadzieję, że w przyszłości nie będę musiał pamiętać żadnej z tych rad, bo jak wiesz jestem jedynie… substytutem hrabi, którego zabrakło. Ktoś w końcu zajmie moje miejsce ku uldze mojej i wszystkich moich krewnych - bez zażenowania powiedział jak było i z mieszczańską manierą dopił swoją herbatkę. Nawet niebianka na jego ramieniu wydawała się teraz jakoś bardziej na miejscu.
        Nawet jeżeli starła drogocenny krem i nakarmiła nim sweter.

Awatar użytkownika
Creighton
Zbłąkana Dusza
Posty: 7
Rejestracja: 1 rok temu
Lokalizacja: Wrocław
Kontakt:

Post autor: Creighton » 3 miesiące temu

        Creig rozsiadł się trochę wygodniej i rozluźnił napięta mięśnie. Zazwyczaj w towarzystwie starał się trzymać poziom i pokazywać się od bardziej kulturalnej strony, bardziej dworskiej i wyrafinowanej. Rozglądnął się po obecnych i tylko delikatnie uśmiechnął pod nosem i mruknął coś sam do siebie, co zawierało w sobie imię panicza tego dworu.
        Sięgnął łapskiem do swego barku i wolnym ruchami go rozmasował, kątem oka zauważając drapieżcę w akcji. Nie okazał tego żadnym gestem czy nawet uśmiechem, tylko przez chwilę obserwował dosyć bezinteresownie twarz młodej kobietki.
        Obrazek dwójki „młodych” rozbudziło w nim stare wspomnienia ze wzgórza, gdy spędzał razem z Nyią tak każdą noc. Igiełka zazdrości umknęła zazwyczaj czujnemu umysłowi wampira, sprawiając, że pomyślał o samym sobie w złym świetle.
        Czy jakby wtedy się odważył, Vincent byłby jego synem? Z pewnością nie, nie był głupcem. Zrobiło mu się strasznie głupio, że w ogóle tak przez chwilę pomyślał. Nie był w stanie odwrócić biegu rzeki zwanej czasem, chociaż on z pewnością inaczej patrzył, jak i odbierał czas. Uczucia wielkoluda były jak piasek porwany przez nurt tej rzeki, pędząc razem z nią, aby w końcu osiąść na dnie w przeznaczonym dla nich chwili. Tylko czy osiądą na spokojnie mieliźnie, czy w chaotycznym ocenie wypełnionym sztormem uczuć, nie wiedział. Nic go tak nie przerażało, jak myśl o reakcji Nyii na jego tak długo skrywane uczucia.

        Młody dhampir zareagował po chwili, co wyrwało wampira ze smętnych i nostalgicznych myśli. Na Vincenta zawsze można było liczyć, przynajmniej jeżeli chodzi o jego czas reakcji czy sam fakt nieświadomości, że owa niewiasta jest bardziej niebezpieczna niż myśli. Trochę ciekawiło go, kiedy młodzieniec zrozumie, że Mimi widzi go w całkiem innym świetle.
        Creigowi to nie umknęło, był obyty na tyle z kobietami, że akurat tutaj nie miał wątpliwości. Zwłaszcza z tym, kto będzie ewentualnie miał „ostatnie” słowo. Przyszłość malowała się w ciepłych barwach. Może doczeka się wnuków, najlepiej dwóch chłopców i dwie dziewczynki. Vinc z pewnością miał sporo ikry i szybko odnajdzie się w sprawie, a on będzie miał komu opowiadać o swych przygodach i gwiazdach. Idealnie!
        Z jakiegoś powodu miał ochotę wstać i trzepnąć go po głowie. Spojrzenie Vinca i sposób wypowiedzi, sprawiający mu dziwny dyskomfort. Powstrzymał się od powiedzenia „Znowu coś niemiłego o mnie myślisz”, tylko wziął głębszych oddech i westchnął. Syn Nyii był chyba jedyną osobą, która mogła go w taki sposób poruszyć, bo znał go po prostu ZA DOBRZE. Czasem odnosił wrażenie, że mógł odczytać jego myśli z samego spojrzenia, które innym nic nie mówiło. Nie był jednak typem osobnika, który robiłby awantury albo czepiał się o takie drobiazgi. Ot naturalny stan rzeczy, gdy się kogoś dłużej zna.
        — Nie zanudzę. W towarzystwie tak pięknej istoty jak panna Mimi nie jest to możliwe. Nie wspominając już o tym, że idealnie się to składa z moimi obserwacjami nocnego nieba. Jestem gdzie być powinienem teraz. Jak widać, zewsząd otaczają mnie gwiazdy. — Uśmiechnął się łagodnie, mówiąc rzeczy tak wybujałe, ale w jego wykonaniu brzmiące jak coś wręcz naturalnego i normalnego.
        Nie miał w tym konkretnego celu, po prostu sprawiało mu satysfakcję, że kobiety czują się specjalne. Zwłaszcza że nie wysysał tego z palca, a szczerze tak myślał. Lanie miodu to jedno, szczerość słów, jak i gestów to drugie. Drobiazgi powoli, acz stopniowo dodawały się do siebie. Nie trzeba było robić nic niezwykłego, aby owe kwiaty zakwitły. Creighton po prostu był jak ogrodnik z pasją, wiedział jak zadbać o każdy kwiat bezinteresownie, nie licząc jednego małego wyjątku od reguły. Najbardziej specjalnego w całym tym ogrodzie.
        — Czy to ważne, na czym im zależy? Jesteś i powinni się z tym faktem pogodzić. Oddychacie tym samym powietrzem, dzielicie ten sam dwór. Nie myśl o tym. Ty jesteś teraz we władaniu tym dworem, więc zachowuj się jak ktoś, kto jest godzien tego tytułu. Pokaż słabość, a ciebie zjedzą żywcem do białej kości. Taka wygląda arystokracja. Ciągła wymiana masek, gra pozorów, kłamstwa, zdrady i podstępy. Twoja nauka tego ciebie nie nauczy, więc lepiej nie zapomnij moich słów. — Przymknął oczy i splótł dłonie na klatce piersiowej, zanurzając się w odmętach wspomnień. — Żyłem w tym świecie arystokracji sto lat, dlatego w końcu musiał się wyrwać z tego piekła. Przychodzi moment w życiu, że nie widzisz nic za sobą ani przed sobą. W moim wypadku znalazło się to tuż nad moją głową — roześmiał się, wskazują palcem sufit i westchnął rozluźniony, chociaż przez chwilę miał ostrzejsze, a wręcz drapieżne spojrzenie w trakcie niektórych części swej wypowiedzi. Nie ukrywał się z niechęcią do pewnych rzeczy.
        Na podniesione brwi Vincenta też podniósł swoje i spojrzał na niego, jakby chciał powiedzieć „Nie patrz tak na mnie, twoja przeprawa się dopiero zaczyna młodzieńcze”. Wskazał spojrzeniem komunikatywnie na Mimi, ale szczerze wątpił, aby ten zrozumiał jaka przeprawa go czeka. Creig uśmiechnął się, niby niewinnie, ale był to uśmiech zbyt wesoły na daną sytuację. Szczypta złośliwości nikogo jeszcze nie zabiła.
        — Hah, za dużo myślisz, więcej działaj. Służba nie ma być przyzwyczajona. Mają płacone za konkretne rzeczy, a więc mają to wykonywać jak do tej pory. Jesteś troszkę wybrakowanym hrabią, ale patrząc na to z perspektywy twej osobowości, nie spodziewałem się niczego innego. Wpychanie naukowej duszy na hrabię. Idealny wstęp do tragedii połączonej z komedią. — przerzucił spojrzenie na siedzącego już trzeciego mężczyznę w tym gronie. Spojrzenie wampira wręcz wydawało się mówić „Idealnie wiem, przez co przechodzisz, bądź silny”. Jakby mógł, prawdopodobnie poklepałby go pocieszająco po ramieniu, ale to byłoby już nazbyt złośliwe, więc pozostał na swym miejscu grzecznie.
        — Hrabia, który uważał się za gościa. Idealny wstęp. — Przymrużył tym razem oczy, lustrując Vincenta kalkulującym wzrokiem. Mając go ocenić jako hrabiego w skali od jednego do dziesięciu, ledwo wpasowywałby się we dwa, co było bardzo pobłażliwą oceną. Wręcz po znajomości.
        Co prawda z czasem z pewnością się to zmieni, ale ścieżka czekała go dosyć wyboista. Nijak krwiopijca nie mógł temu zapobiec, ale nie sztuką było wszystkiego się dowiedzieć od kogoś. Vincent był brzydkim kaczątkiem w stadzie łabędzi, sam musiał wyrosnąć na jednego z nich. Tylko wtedy ów trud będzie miał wartość. Co prawda mógł kontynuować temat, ale teraz marzyło mu się co innego.

        — Ile dałbym za dobrą łaźnię. W sumie swego czasu, spotkałem się z kulturą, gdzie mężczyźni brali kąpiel w jednym wielki zbiorniku wodnym. To było coś nowego. Z początku podchodziłem do tego nieufnie, ale to bardzo ciekawe doświadczenie. Podobnie jak mieszane kąpiel, to znaczy kobiety i mężczyźni. Kultura to naprawdę coś pięknego — stwierdził nagle z nostalgia w głosie, nie ukrywając swej fascynacji innymi kulturami.

Awatar użytkownika
Mimi
Zbłąkana Dusza
Posty: 7
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Mimi » 1 miesiąc temu

        Mimi nie słyszała wywodu Vincenta, przysypiając na jego ramieniu. Spod półprzymkniętych powiek obserwowała salon, pozwalając by światło malowało na jej rzęsach kolorowe tęcze. Mieszały się w nich barwy otaczających ją aur - misterne, ciasne sploty srebra, cynku i ametystu w dojrzałej aurze Ceirghtona i kobaltowy blask unoszący się delikatnie wokół Vincenta. Jemu również towarzyszyło srebro, jednak zupełnie inne w odbiorze - młodsze i bardziej miękkie niż ukute doświadczeniem starego wampira. Wstęgi tego srebrnego światła mieszały się pod powiekami Mimi z jej własną, ciepłą i jaśniejącą aurą, jak uścisk przyjacielskich ramion. A może to było już wytworem rozespanej wyobraźni, karmiącej się migającymi wokół płomieniami świec?
        Na kolejny komplement Creightona, wyłowiony jednym uchem (a niby tak mocno panienkę zmogło...) Mimi uśmiechnęła się lekko i uchyliła oczy. W miękkim świetle lamp jej źrenice były rozszerzone, powodując, że tęczówki zdawały się dużymi kroplami ciemnej czekolady. Zamrugała parę razy, ponownie gubiąc wątek rozmowy dwóch arystokratów. Zerknęła na Mikaela i pomachała do niego, widząc że przypatruje się rumieńcom, które wykwitły na jej rozgrzanych policzkach. Emocje tego dnia zaczęły dawać o sobie znać i niebianka wyraźnie odczuła, że nie wysiedzi wiele dłużej. A przynajmniej nie, jeżeli nie chce ślinić się przez sen na koszulę Vincenta.
        Schowała dłonie w rękawy swetra (jeden z nich nadal był umazany od kremu) i pomału wstała, przerywając leniwą chwilę spokoju.
- Chyba jednak nie dotrwam do twoich gwiazd - powiedziała w stronę Creightona. - A przynajmniej nie dzisiaj. Ale mam nadzieję, że zostaniesz z nami na tyle długo, żebym i ja mogła je zobaczyć.
Odwróciła się w stronę przyjaciela i wskazała go palcem.
- A ty zajmij się naszym gościem. I żebym nie musiała się za ciebie wstydzić!
Na tę chwilę jej małe ciałko wypełniła energia, jaką emanowała zawsze w ciągu dnia. Szybko jednak powietrze z niej uszło, ukazując ponownie zmęczenie na słodkiej, okrągłej twarzyczce.
- Dobranoc panowie. Kolorowych snów.
Chciała dodać coś o tym, że wypiecze im rano bułeczki cynamonowe, ale dotarło do niej, że większa część tego towarzystwa i tak by ich nie spróbowała… Ale nic nie szkodzi. I tak je rano wypiecze.
        Z tą myślą w głowie i nieprzytomnym uśmiechem na twarzy ruszyła w stronę swojej sypialni. Parę razy potknęła się na schodach, a kiedy dotarła w końcu do łóżka, przez głowę przeszła jej myśl, że nie da rady zasnąć z ekscytacji. Kołowrót emocji, obrazów i barw krążył wokół jej głowy - płonąca, ptasia kometa przecięła rozgwieżdżone niebo, z którego patrzyła na nią z łagodną dobrocią twarz Creightona. "Co on tam robi?", zdziwiła się. "Przecież spadnie!" Zanim jednak zdążyła mu to powiedzieć, wtulała już twarz w miękką, pachnącą rumiankiem poduszkę i sama dryfowała w kierunku rozmigotanych, sennych gwiazd.

***


        Poranek był wypełniony kolorem brzoskwiń i pomarańczy. Lekki przymrozek szczypał w skórę, gdy tylko wystawiło się nos za drzwi. Kontury czarnych drzew wydawały się ostre w krystalicznie czystym powietrzu.
        Mimi patrzyła na świat przez zaparowane okienka kuchni, pilnując by na czas wyjąć bułeczki z pieca. W pomieszczeniu, przesączając się na korytarz i wnikając szczelinami do pokoi, unosił się zapach cynamonu i świeżego pieczywa. Dopełniał go słodki aromat wanilii, który momentalnie wywołał uśmiech na twarzy dziewczyny. ”Ach, nie ma to jak zacząć dzień od bułeczek!”, pomyślała z zadowoleniem, zakładając czerwone kosmyki za uszy i związując płomienną grzywę wstążką. Miała na sobie jasnoniebieską tunikę i tego samego koloru przewiązała kokardkę. Na dłonie włożyła grube rękawice kuchenne i sięgnęła po idealnie okrąglutkie bułeczki, tak rumiane, jakby uśmiechały się na jej widok. Nora podawała jej kolejne talerze, zwyczajowo obrzucając dziewczynę swoim srogim spojrzeniem. Mimi w odpowiedzi puściła jej oko, ustawiając kolejną partię wypieków na stole - to co kiedyś brała za oznakę skrajnej niechęci, okazało się zwykłym wyrazem twarzy surowej kucharki. Była z niej jednak porządna kobieta i doskonale znała się na swoim fachu. Po początkowych zgrzytach udało im się wypracować kompromis, wedle którego Mimi oficjalnie nie została nową królową kuchni, ale za to Nora wypełniała jej wszystkie polecenia.
        Po chwili do ciepłego pomieszczenia zajrzała Yvette, uśmiechając się nieśmiało i machając do niebianki. Na jej słodkiej twarzy zagościł wyraz skrępowania.
- Panienko Mimi, miałam dać znać jak panowie wstaną. No to… chwilę temu już wstali.
Po wykręcanym rąbku fartuszka Mimi mogła wywnioskować, że wcale nie wydarzyło się to chwilę temu. Nie zamierzała jednak złościć się na czarnoskórą dziewczynkę.
- W porządku. Praktycznie skończyłyśmy, więc zaraz do nich zajrzę. Weź sobie bułeczkę - odpowiedziała z uśmiechem, wskazując na pachnący cynamonem stosik.

ODPOWIEDZ

Wróć do „Pałac Hrabiego”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość