Katima - pałac i to, co poza jego murami


Miasto zbudowane z wypalanych na słońcu cegieł i ciemnych gatunków drewna, połączonych w dwu, trzy lub czteropiętrowe bloki, otoczone drewnianą konstrukcją żeber. Ulice przecinające się pod kątem prostym tworzą sieć, której centrum stanowi duża, okrągła dziura - dawne koloseum, przerobione na miejski rynek.

Postprzez Dragosani » Cz cze 21, 2018 5:55 pm

        Królewski czarodziej wraz ze swoją świtą wrócił do zamku, a Sa'maar odleciał w tylko sobie znanym kierunku przez co Sani została sama w warsztacie. Była zmęczona, zrozpaczona, oszołomiona i Najwyższy wie co jeszcze, ale nie mogła wrócić do domu. Wciąż czekało ją posprzątanie stolarni po całonocnej pracy. Owszem, stryj nie byłby na nią zły za ten jeden raz jakby zostawiła ich ukochane miejsce pracy zabałaganione, zwłaszcza po tym jak się natrudziła przez noc, jednakże godziłoby to w jej dumę, gdyby teraz postanowiła tak po prostu wrócić teraz do gospodarstwa i odpocząć. Ledwo była w stanie ustać na nogach, lecz znalazła w sobie jeszcze odrobinę siły, aby chociaż pozamiatać i umyć podłogę.

        Gdy zamykała warsztat kilku znajomych ją zaczepiło, zmartwionych o stan w jakim obecnie była, nie szczędząc sobie uwag, że wyglądała jak chodzący nieboszczyk. Oczywiście dziewczyna ze śmiechem przyjmowała takie uwagi i machnięciem ręki studziła ich troskę zmierzając w stronę domu. Może nie znała się na ludziach, ale doskonale wiedziała, że ci stwarzają jedynie pozory tego, że stan Sani faktycznie ich tak obchodził jak starali się pokazać. I nie było w tym wniosku żadnej przesady, ponieważ wydawało jej się, że gdyby naprawdę się o nią martwili nie zrezygnowali by z dalszych prób oferowania jej pomocy po pierwszej odmowie. Świadomość tego nie napawała blondynki optymizmem, ale nic nie mogła na to poradzić. Nie miała takiej mocy, aby zmienić ludzkość na lepsze.

        Udało jej się jednak znaleźć szczęście w nieszczęściu, gdyż zaraz po przekroczeniu bramy miasta, zobaczyła swoich kuzynów prowadzących wóz wuja w stronę grodu. Nie był niczym obładowany, a chłopaki wciąż byli w tych samych obdartych ubraniach, w których zwykle wychodzili w pole toteż domyśliła się, że za ich pojawieniem musiał stać sam starszy stolarz. Po niedługiej chwili, jej domysły zostały potwierdzone przez młodszych krewniaków i razem z nimi, na drewnianej pace wracała do domu, gdzie zasnęła snem sprawiedliwego.

        Po zatrzymaniu się przy gospodarstwie, zaraz wyszedł do nich stolarz i ostrożnie biorąc na ręce śpiącą twardo bratanicę, zaniósł ją do jej pokoju na poddaszu, uprzednio grożąc swoim synom by nawet nie śmieli próbować budzić zmęczonej kuzynki.

***
        Sa'maar krążył sfrustrowany między drzewami i zastanawiał się przez cały czas jak pozbyć się zaistniałego problemu - czarodzieja, który dowiedział się o obecności jaszczura i tym, że Sani była z tym związana oraz kapitanem straży, którym Sani się zauroczyła. Gdyby chciał szybko pozbyłby się tych niedogodności, choćby klasycznym spopieleniem, ale wtedy dziewczyna najprawdopodobniej surowo by za to zapłaciła, a na to pozwolić nie mógł.
        Z tych wszystkich nerwów nie zwrócił uwagi na to, kiedy tak strasznie zgłodniał i postanowił zapolować. Niestety, nie był z tych gadów, które świetnie czują się na ziemi i są przy tym równie szybkie co zwinne, przez co pościg za obiadem między drzewami był dla niego niemal niewykonalny. W powietrzu nie miał co liczyć na syty posiłek, który zaspokoiłby istotę jego gabarytów, a poza tym lecąc ktoś mógłby go łatwo zobaczyć i wydać czarodziejowi. Aż strach pomyśleć co taki magik mógłby mu zrobić. Co prawda z łatwością mógłby zawładnąć umysłem jakiegoś tępego cielaka, albo krowy, jednakże to również przyprowadziłoby za sobą kłopoty.
        W końcu głód zwyciężył nad jego dumą i smoczysko zmusiło się do zutylizowania jakiegoś truchła napotkanego na swojej drodze. Nie był to najlepszy posiłek w jego życiu, ale zawsze lepsze to niż nic, a potrzebował siły na powrót do Sani i wysłanie szpiega za czarodziejem. Na szczęście w lesie nie trudno o jakiś łatwych do kontrolowania pomocników i odpoczywając pod okazałym dębem, Sa'maar wysłał cząstkę swojej świadomości do główki sroki, która leciała właśnie w stronę pałacu, a której wzrokiem sam wszystko widział. Jego niezadowolenie jeszcze wzrosło, gdy jego zaklęcie zostało rozproszone jak tylko ptak usiadł na jednym z okien wieży czarodzieja, najwidoczniej otoczonej jakimiś zaklęciami ochronnymi.
Avatar użytkownika
Dragosani
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: River, Yve, Aldaren, Valerian, Kiraie, Dantalian, Veryvin, Selim, Mana,
Rasa: Człowiek - Smoczy Jeździec
Aura: Ta młoda emanacja o średniej sile porwie cię, jakby chciała unieść na skrzydłach. Niczym chmury otoczą cię kłęby jasnego barachitu. Nie dane ci jednak wznieść się w przestworza. Żelazne gałęzie cię blokują. Ich całkiem twarde i giętkie konary nie chcą współpracować z pragnieniami wolności, a dość ostre krawędzie chętnie straszą. Dopiero połyskujący między nimi ametystowy połysk dodaje otuchy, gdy suche pozostałości lasu przeradzają się w pięknie wijące się miedziane drzewa o gładkiej korze i pniach tak bajecznych jakby były wyrzeźbione. Dźwięków tutaj nie uświadczysz, ale dasz radę poczuć lepkość bijącą z aury. Jej smak jest przyjemną mieszaniną łagodności i goryczki. To zaś co tutaj wyczujesz to ludzki pot wymieszany z wonią smoczych łusek, które zdradzają naturę właściciela aury.
Wygląd: Bardzo szczuplutka, młoda kobieta z ciemnymi blond włosami sięgającymi jej po rozpuszczeniu 1/3 pleców. Jest raczej przeciętnej wysokości niecałe pięć i pół stopy (163 cm) i warzy przy tym sześć kamieni (ok. 61 kg). O ile nie jest ze swoim łuskowatym towarzyszem i w swoim rodowym "mundurze", nie wyróżnia się w ogóle z tłumu. Nie może też się poszczycić ... (Więcej)

Postprzez Diego » Pt lip 20, 2018 12:52 am

Nawet czarodziejów dopadają starcze słabostki. Tatiana sama się o tym przekonała, kiedy po skończonej rozmowie z kapitanem gwardii, zastała ojca w fotelu z głową na piersi i zamkniętymi oczami. Z rąk powoli próbował wymknąć mu się almanach o smokach i reliktach i gdyby nie refleks młodej pradawnej, ciężkie tomisko z hukiem spadłoby na podłogę. Nie przerwało to jednak staruszkowi drzemki, a wydawałoby się, że jeszcze bardziej ją pogłębiło, sądząc po głośniejszych odgłosach chrapania. Po za tym nikt inny nie zasłużył na odpoczynek bardziej niż stary Jazon, mający niemały wkład w powstanie kraju i jego obecne zarządzanie.
Niestety nic nie trwa wiecznie i gdy córka nadwornego maga przypadkiem potrąciła zlewkę z odczynnikiem, czarodziej wyprostował się jak struna i przetarł zmęczone oczy.
- Już wróciłaś? - zapytał lekko zaskoczony, próbując odnaleźć w swoim bałaganie zegar słoneczny albo chociaż klepsydrę.
- Zajrzałam jeszcze do miasta - odpowiedziała Tatiana, rozsiadając się wygodnie w ojcowskim fotelu. - I upewniłam się czy wszystko, czego potrzebujesz, zostało już załadowane na pokład Holendra. Niczego nie brakuje... no może z wyjątkiem ciebie i kapitana Edwarda.
- Aż tak ci śpieszno abym wyjechał? - zachichotał czarodziej, kiedy nagle coś uderzyło o magiczną barierę za oknem. Błękitna fala energii rozproszyła się wzdłuż muru, promieniując żółtymi iskrami, z których Jazon odczytał iż ptak, który próbował zagościć na ich parapecie został magicznie do tego zmuszony.
- Co to było? - zainteresowała się czarodziejka, podchodząc bliżej i spoglądając w dal na gasnące w miejskich oknach światła.
- To, moja droga, był nasz smok - odparł Jazon, wpatrując się w dachy warsztatów, wśród których znajdował się ten jedyny. - Sądzę, że sam zamierzał nas poszpiegować, lecz niestety odrobinę się przeliczył. To już jego druga próba zajrzenia nam przez ramię, którą z powodzeniem udaremniam. Niestety chciałbym poznać powód, dla którego w ogóle próbuje. Jest za mały, by spróbować obrabować katimski skarbiec, ukrywa się przed światem, a przy tym jest dość potulny.
- Skąd wiesz?
- Od zarządcy Balviken. Podobno stolarka i jej gad to stali klienci, zawsze zjawiają się przed zamknięciem tartaku, zabierają ładunek i wracają po nowy w odpowiednim czasie. Według niego smok jeszcze nigdy nikogo nie skrzywdził, więcej pomaga niż zieje ogniem i, jak sam to ujął, mądrze patrzy mu ze ślepi.
- Mam się temu dokładniej przyjrzeć?
- Później. Póki co staraj się mieć na oku naszego króla i informuj mnie o wszystkim, co ważne. Bez względu na porę dnia. Wracam za cztery, może sześć dni. - Mówiąc to nadworny czarodziej zdjął z kołka swoją ulubioną, wytartą i używaną torbę, do której zaczął pakować niezbędne, magiczne precjoza. Jego córka w spokoju mu się przyglądała, zerkając co jakiś czas na port, w którym stał zakotwiczony Holender, reprezentacyjna łajba królestwa, tonąca w tłumie rybackich kutrów. Księżyc tej nocy wyjątkowo pięknie oświetlał żagle jednostek i ciemne dachówki nadbrzeżnych sadyb, nadając im klimat jak z baśni. Tatiana pomyślała o tym, kiedy biała tarcza powoli ustępowała na niebie miejsca żółtej, unoszącej zza horyzontu. Zaraz też odgłos zamykanych drzwi oderwał ją od panoramy Katimy i skoncentrował na samotnej sroce, która usiadła na parapecie wieży i zaczęła dziobać rozrzucone tam okruchy. Po zderzeniu z barierą ptak był całkowicie wolny od magicznej kontroli, którą narzucił mu smok, więc bez przeszkód mógł ponownie przekraczać progi zamku.

Tymczasem w porcie marynarze zajęci byli cumami i przygotowaniem okrętu do drogi. Z rozkazu władcy, nadworny czarodziej miał stawić się na dworze królowej Trytonii za dwa dni, by podjąć z nią dialog w sprawie transportu zboża. Towarzyszyć miał mu kuzyn króla, Edward Kador, który służy Trytonii jako korsarz w walce z piratami, a w wolnym czasie dba także o bezpieczeństwo w ojczyźnie.
- Jak zawsze przed czasem - zawołał kapitan na widok czarodzieja wchodzącego po trapie. - Odbijamy dopiero za kilka godzin.
- Wiem, ale moje starcze kości muszą przyzwyczaić się do nieznośnego bujania.
Po tych słowach obaj mężczyźni uśmiechnęli się do siebie przyjaźnie, po czym zasiedli przy kubku czegoś mocniejszego w kajucie na piętrze.
Rankiem czekała ich mozolna przeprawa wzdłuż wybrzeża, więc dobrze by było przespać przynajmniej jej mniej przyjemną część.

***

Odwieszony na boczny kołek mundur czekał na swoje ponowne wykorzystanie, kiedy król ponownie znalazł się w swoich szatach i z głową pełną myśli udał się na spoczynek. Wciąż nie mógł wymazać z pamięci twarzy tamtej stolarki, jej łagodnych, wschodnich rysów i błyszczących oczu, choć wydawałoby się, że patrzyli na siebie jedynie przez ułamek sekundy. Mimo to tak wiele szczegółów utkwiło w głowie monarchy, łącznie z kroplą potu spływającą po czole z przemęczenia wykonywaną pracą. Gdyby tylko istniał sposób, by ponownie ją spotkać. Bez świadków w postaci eskorty, czarodzieja, kuzynów i innych. Żmudna to była nadzieja, w końcu bycie królem wiązało się z pewnymi ograniczeniami i wzorcami zachowań, ale lepsza taka niż żadna.
Avatar użytkownika
Diego
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Tarilion, Paygen, Fergus, Isambre, Catriona, Varii, Diego, Triss, Hannibal,
Rasa: Człowiek
Aura: Jak na emanację nadal lśniącą młodością aura ta jest całkiem silna - zdradza wieloletnie treningi i doświadczenie zdobywane od młodych lat, choć nie kosztem prawidłowego rozwoju. Pulsuje zdrową, ametystową poświatą tłumiąc nieco wrodzoną pikanterię i podkreślając dojrzałą gorycz smaku. Wszystko tutaj zdaje się wykute, wyrzeźbione czy po prostu powstałe w sposób naturalny z platyny czystej i jasnej jak wschodzące nad królestwem słońce. Jej silnym sprzymierzeńcem jest wszędobylskie żelazo, harmonizujące i mieszające się z nią na coraz to rozleglejszych połaciach magicznej przestrzeni. Od czasu do czasu zaś pojawia się miedziany akcencik, słaby jednak i dość nieśmiały, dający się łatwo przeoczyć. Ciężko za to nie zwrócić uwagi na nagłe przyspieszenie pulsu i liczne głosy unoszące się w przestrzeni wraz z zapachem rozgrzanych miejskich ulic, życiodajnych pól czy w końcu pola bitwy i chłodzącego pracujący organizm potu. Pod palcami zaczyna klarować się całkiem twarda i ostra powierzchnia umocniona samodyscypliną i słusznym wysiłkiem, tak fizycznym jak intelektualnym. Gdzieniegdzie nawet giętka, a miejscami także i lepka jest przede wszystkim gładka oraz przyjemna w dotyku na tyle, że aż szkoda się z nią rozstawać...
Wygląd: Mężczyzna na pierwszy rzut oka dość surowy i szorstki, jakby jego ciało wykuto w skale za pomocą tępego dłuta, a mimo to emanujący pewnym urokiem, tak bardzo pożądanym przez kobiety. Wysoki na około jeden sążeń i 1/4 stopy (ok. 186 cm), co nie czyni go szczególnie wysokim wśród tłumu, ale może to i lepiej. W końcu król nie powinien wiecznie stać na widoku. Jeszcze znajdzie ... (Więcej)

Postprzez Dragosani » N lip 22, 2018 12:19 am

        Sani była tak wykończona, że nawet nic jej się nie śniło. Do tego spała również dłużej niż zwykle i z wielkim trudem udało jej się wstać po południu z łóżka. Prawdopodobnie dalej by spała, gdyby nie obudził jej jeden z kuzynów ze zmartwionym wyrazem twarzy.
        - "Sani, zbudź się"
Była pół przytomna, a mimo to jej umysł wysyłał ostrzegawcze sygnały, sprawiając, aby organizm w trybie ekspresowym wrócił do pełni sprawności. Nie zgadzał jej się widok Pikura szturchającego delikatnie jej ramię i rozbrzmiewający przy tym w jej głowie głos Sa'maara. Zmarszczyła się sennie, starając się zrozumieć o co z tym chodzi i szczerze mówiąc, nie była w stanie rozszyfrować co to ma znaczyć. Wszystko się jednak wyjaśniło, gdy wymijając kuzyna w drodze do łaźni, zerknęła kątem oka przez okno i zobaczyła tegoż samego pracującego ciężko w polu z resztą braci. Ciężko jej było ukryć zdziwienie jakie w niej wywołała sztuczka gada, przez co trudno dziewczynie było uwierzyć to co sama wydedukowała.
        - Ty chyba nie... - wydukała zszokowana, choć z widocznymi oporami przechodziło to przez usta Dragosani.
        - "Tylko tak będę mógł mieć cię cały czas na oku i w porę ochronić w razie potrzeby."
        I przy tej odpowiedzi łuskowatego blondynka nie miała już żadnych wątpliwości. Jej smok nauczył się przyjmować ludzką postać. Z jednej strony bardzo cieszyła się z faktu, że jej przyjaciel rośnie w siłę i się rozwija, a do tego będzie mógł jej towarzyszyć w mieście bez żadnego strachu o jego życie, jednakże z drugiej było to równie niepokojące - jaka kolejna umiejętność się w nim rozwinie? A przecież już teraz miał niemal nieograniczone możliwości, aby zamienić życie niewinnych w piekło. Co prawda nigdy nikogo nie zaatakował bez przyczyny i raczej stroni od konfliktów siłowych, ale przecież nie raz widziała jak potrafił przejąć kontrolę nad przeciwnikiem i zaatakować innego wroga, albo nadziać się na jego miecz. Smoki nie były przecież takie przerażające tylko ze względu na swój ognisty oddech i twardą łuskę, nie musiały być również wielkie jak góra, aby być największym koszmarem okolicznych wsi. Sani miała tą wiedzę już dawno temu, ale teraz dopiero sobie to uświadomiła. Była zaniepokojona tym faktem, bo tak naprawdę nie wiedziała co jej przyjaciel jeszcze potrafi i do czego mógłby być zdolny.
        - "Ranisz mnie takim myśleniem." - Westchnął ze smutkiem i to był pierwszy raz kiedy wydał z siebie jakiś bezpośredni dźwięk przy jednoczesnym otworzeniu ust, gdyż przez cały czas jak z nią rozmawiał, miał je zamknięte. - "Nie zrozumiałabyś mnie, bo mówiłbym w smoczym narzeczu." - Wyprzedził jej myśli, a tym samym kolejną zagadkę jaka zaprzątałaby jej umysł.
        - Jesteś prawdziwy? - Jakoś nie mogła się powstrzymać od zadania tego pytania i też zaraz podeszła do Pikuropodobnego Sa'maara, targając go lekko za włosy, policzki, klepiąc po ramionach i dźgając palcem jego tors. Wydawał się taki realny i... A co jeśli to nie smok tylko jej kuzyn? Czy własnie obmacywała kuzyna?! Miała jeden wielki mętlik w głowie, a na twarzy robiła się cała czerwona. Stanowczo nie chciała więcej widzieć jaszczura w takiej postaci. Było to dla niej zbyt krępujące.
        - "Nie jest to żadna iluzja, tylko prawdziwe ciało, które można... uszkodzić" - odpowiedział w jej głowie po chwili zastanowienia i lekko się przeciągnął z niezadowoleniem na twarzy. Wydawać by się mogło, że taka postać nie jest dla niego zbyt wygodna, ale to chyba raczej kwestia przyzwyczajenia. Do tego jeszcze widział jej zakłopotanie na to jaki do niej przyszedł, choć osobiście nie rozumiał jej reakcji i co jej przeszkadzało. - "Nie jest to zbyt przyjemne doświadczenie, ale mogę przybrać dowolna postać" - dodał i jakby na potwierdzenie "zmienił się" w kapitana straży, który zeszłego dnia tak zauroczył dziewczynę, myśląc, że takim wyglądem bardziej będzie dziewczynie odpowiadał.
        - W takim razie nadaj sobie jakiś swój własny wygląd, a nie robisz z siebie bliźniaka innych osób! - Niemal pisnęła, spuszczając wzrok jeszcze bardziej poczerwieniała, gdy tylko znów zobaczyła (choć nieprawdziwego) kapitana straży z wczoraj. Była zawstydzona, zakłopotana, rozgniewana i niewiadomo co jeszcze, aczkolwiek dużo w niej tego było, bo widać było jak Sani się gotuje od wewnątrz.
        Sa'maar znów westchnął ciężko. Nie zatrzymywał już przyjaciółki w drodze do łaźni na odbycie "porannej" toalety, a zamiast tego przysiadł na jej łóżku z grymasem głębokiej zadumy na twarzy i począł się zastanawiać nad tym "własnym wyglądem". Niby rozumiał o co blondynce chodziło, ale nie do końca wiedział jak ma to zrobić. Przecież jego własnym wyglądem była złota, łuskowata postać w jakiej do tej pory przebywał. Jak miał niby nadać sobie INNY swój własny wygląd? Ta niewiedza była strasznie irytująca i kłopotliwa.

        Gdy dziewczyna wróciła odświeżona i przebrana w czyste ubrania do swojego pokoiku, gada już nie było. Wyparował jak kamfora, a ona nie była pewna czy chce go szukać. Wciąż była na niego zła, choć teraz nie wiedziała czy bardziej za pobudkę i mętlik w głowie jaki wywołał w jej pół przytomnym wtedy mózgu, czy przez przybranie postaci tego, który powodował, że jej serce szybciej biło, a ona traciła całe swoje opanowanie i pewność siebie. Może w mniemaniu Sa'maara było to zabawne, ale Sani w ogóle nie było do śmiechu. Przez to nie miała za specjalnego humoru przez resztę dnia. Zeszła do kuchni, gdzie pomogła ciotce i kuzynce w przygotowywaniu obiadu, ale myślami była daleko poza murami domu stryja. Martwiła się o rosnącego w siłę przyjaciela i myślała o pracy. No, przynajmniej starała się w głównej mierze skupiać na tych dwóch, by nie zacząć fantazjować o kapitanie straży. Może nie był stary, ale na pewno miał już swoją rodzinę, albo był tak zajęty, że nie miał w ogóle czasu na takie rzeczy. Może nawet w ogóle nie interesował się kobietami, a już szczególnie takimi, które ledwo żyły po nieprzespanej nocy wypełnionej pracą ponad własne siły. Przecież ona nie miała na co liczyć! Tacy jak on, pracujący w siedzibie władcy pewnie bardziej zwracali uwagę na goszczące tam na balach wielkie damy i wystrojone jak świąteczny snopek panny o delikatnych rączkach i porcelanowych cerach, za które trzeba pracować i najlepiej dużą ilość razy ratować, bo przecież rycerz w lśniącej zbroi i na białym rumaku zawsze ratuje przepiękną damę w opałach...

        Do rzeczywistości przywrócił ją dźwięk kręcącej się na podłodze drewnianej miski, która wypadła jej z rąk i zmartwiony głos cioci.
        - Sani, kochanie wszystko w porządku? Może pójdziesz jeszcze odpocząć, blada się wydajesz. - Kochana ciocia. Z taką troską na twarzy zawsze jej przypominała mamę, choć znacząca różnica polegała na tym, że matka Sani była na każde zawołanie i pod dyktando jej ojca, a ciocia umiała się sprzeciwić stryjowi, choć rzadko dochodziło do takich sytuacji by wuj czegoś od niej oczekiwał. Bardziej wydawało się, że każde z nich dobrze się czuje i zna swoją rolę do odegrania w tej rodzinie, aby jak najlepiej podtrzymać dobrą atmosferę i rodzinne ognisko. Można by to uznać za życie w symbiozie, a może to był prawdziwy, zdrowy związek dwójki ludzi, którzy się naprawdę, szczerze kochali?
        - Wszystko dobrze ciociu, pójdę zawołać chłopaków. Przepraszam - powiedziała ze skruchą. Co prawda miska miała zostać dopiero napełniona gulaszem, ale i tak blondynce było przykro za to, że upuściła naczynie na ziemię i narobiła kłopotu. Sama jej obecność tu również była nich kłopotem? Szczerze Sani nigdy się nad tym nie zastanawiała, ale teraz nie była w najlepszym humorze i zaczęła popadać w coraz bardziej depresyjny nastrój. Chciała pomyśleć o swoim obecnym życiu i sytuacji, jak również się przewietrzyć, aby nieco rozjaśnić sobie umysł, a skoro mogła być przy tym przydatna to tylko jeszcze lepiej, choćby miała tylko powiadomić kuzynów o gotowym obiedzie.

        Na polu za domem ją zamurowało, zwłaszcza na widok złotowłosego elfa, z którego głowy wyrastały krótkie jakby rogi, przepasane podobnie jak długie kosmyki, zielonymi, niemal turkusowymi akcentami. Nawet jego ubiór, choć skromny i prosty, zdawał się lśnić w słońcu złotą barwą, skutecznie odciągającą uwagę od czegoś w rodzaju kolców wyrastających z jego pleców. A może to tylko odstające, wymyślne elementy jego ubrania? Dragosani nie była w stanie oderwać wzroku od nieznajomego, w którego wpatrywała się jak zahipnotyzowana z lekko rozdziawioną buzią. Ta jeszcze bardziej jej opadła na widok jego twarzy z zaciętym wyrazem i niemą groźbą bijącą z jasnozielonych oczu, tej samej barwy co malowidła na jego licu i wstęgi na rogach, czy choćby pasemka zdobiące włosy. Nie wiedziała dlaczego, ale Sa'maar nie mógłby chyba wyglądać inaczej w "ludzkiej" postaci. Choć był inny wydawał się tak bardzo sobą, że to było niemal oszałamiające. Musiała przyznać - postarał się chłopak i to jak diabli. Miała tylko nadzieję, że obejdzie się chociaż bez tego lśniącego złotem stroju z kolcami na plecach, resztę da się jakoś przeżyć. Nawet te rogi nie były tak bardzo przykuwające uwagi kiedy ujrzało się jego twarz, a zwłaszcza te oczy.
Avatar użytkownika
Dragosani
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: River, Yve, Aldaren, Valerian, Kiraie, Dantalian, Veryvin, Selim, Mana,
Rasa: Człowiek - Smoczy Jeździec
Aura: Ta młoda emanacja o średniej sile porwie cię, jakby chciała unieść na skrzydłach. Niczym chmury otoczą cię kłęby jasnego barachitu. Nie dane ci jednak wznieść się w przestworza. Żelazne gałęzie cię blokują. Ich całkiem twarde i giętkie konary nie chcą współpracować z pragnieniami wolności, a dość ostre krawędzie chętnie straszą. Dopiero połyskujący między nimi ametystowy połysk dodaje otuchy, gdy suche pozostałości lasu przeradzają się w pięknie wijące się miedziane drzewa o gładkiej korze i pniach tak bajecznych jakby były wyrzeźbione. Dźwięków tutaj nie uświadczysz, ale dasz radę poczuć lepkość bijącą z aury. Jej smak jest przyjemną mieszaniną łagodności i goryczki. To zaś co tutaj wyczujesz to ludzki pot wymieszany z wonią smoczych łusek, które zdradzają naturę właściciela aury.
Wygląd: Bardzo szczuplutka, młoda kobieta z ciemnymi blond włosami sięgającymi jej po rozpuszczeniu 1/3 pleców. Jest raczej przeciętnej wysokości niecałe pięć i pół stopy (163 cm) i warzy przy tym sześć kamieni (ok. 61 kg). O ile nie jest ze swoim łuskowatym towarzyszem i w swoim rodowym "mundurze", nie wyróżnia się w ogóle z tłumu. Nie może też się poszczycić ... (Więcej)

Postprzez Diego » N lis 11, 2018 5:34 pm

Diego i Lucian, w towarzystwie nieodłącznego grona gwardzistów, spacerowali po zewnętrznym murze, korzystając z chwili wytchnienia, jaka wkradła się pomiędzy stosy niepodpisanych dokumentów zalegających na biurku tego pierwszego. Wraz ze wschodem słońca na młodego króla czekały nowe zadania, jedne mniej ważne od drugich, lecz wszystkie niezbędne, by utrzymać należyty porządek. W końcu kto, jak kto, ale władca nie miał tak sielankowego życia, jakby się mogło wydawać. Ciągłe bale i przyjmowanie dyplomatów z sąsiednich państw było jedynie wierzchołkiem góry lodowej - rzeczywistość siedziała głęboko ukryta pod biurokracją, przy której nawet wszyscy członkowie gildii kupieckiej rwaliby włosy z głowy. Według filozofów za zarządzanie wielotysięcznym narodem powinno się otrzymywać medale.
Z dołu dobiegały do mężczyzn odgłosy przebudzonego miasta: turkot wozów na brukowanych ulicach, krzyki i przekomarzanki kupców, śmiech dzieci, szczekanie psów i buczenie niezadowolonych, popędzanych do ruchu wołów. W powietrzu, oprócz kurzu, unosił się zapach pszenicy i żyta, tak intensywny, że gdy tylko zamknęło się oczy, można było odnieść wrażenie, iż stoi się po środku pola, a nie miejskiego zgiełku. Z niskiego muru roztaczała się przepiękna panorama Katimy, uciętej od zachodniej strony przez morskie fale i kontrastująca na tle gór od wschodniej. Pozostałe strony niknęły w lasach i uprawach, na których strudzeni rolnicy, jedni z najlepszych na Łusce, wydzierali ziemi obfite plony.
- Karawana ze zbożem jest już gotowa - oznajmił kapitan gwardii, wskazując na stojące nieopodal wschodniej bramy tabory. - Czekamy tylko na posłów z krasnoludzkiej warowni i możemy wysyłać nasze dary.
- To dobrze - odpowiedział niemrawo król, myślami będąc wyraźnie gdzieś indziej. - Ostatnia lawina zniszczyła ich taras uprawny przez co grozi im głodowanie, a według Jazona zima w tym roku przyjdzie znacznie wcześniej. Po za tym, nie oszukujmy się, krasnoludy nie są najlepszymi rolnikami.
- Dlatego pozwoliłem sobie załadować kilka dodatkowych beczek chmielu i jęczmienia - kontynuował Lucian, spoglądając z góry na maszerującą kolumnę patrolu. - Ich browarnik na pewno ich nie zmarnuje, a w naszych spichlerzach byłyby tylko pokusą dla wygłodniałych mysz.
- Niemożliwe! W Katimie nikt nie chodzi głodny. Nawet myszy.
W kręgach snobistycznej arystokracji nie docenienie żartu lidera było uważanie za niedopuszczalne, co w konsekwencji wiązało się z utratą "stanowiska". W kręgu rodziny Kadorów podobna "zniewaga" dowodziła wysokości rozwagi i powagi jej członków. Mimo to Lucian nie mógł pozwolić sobie na obojętność wobec tych słów, ponieważ sam pamiętał dnie, w których razem z patrolem mijał biedniejsze dzielnice miasta, w których mieszkańcy nie musieli martwić się o jedzenie, korzystając wyłącznie z zapomogi miejskich magazynów żywności. Taki obraz napełniał dumą każdego katimczyka i katimkę i był dowodem na istnienie niemal idealnego państwa.
- Pojadę wraz z karawaną - poinformował Diego swojego kuzyna, po czym zszedł z muru, by kontynuować spacer ulicami miasta. - Górskie powietrze dobrze mi zrobi, a od tego siedzenia w gabinecie wyrośnie mi garb. Po drodze odwiedzę też nasze farmy i obóz drwali w Balviken. Sprawdzę, czy czegoś im nie brakuje.
- Rozumiem, że dodatkowa straż nie będzie ci potrzebna?
- Nie. Dwa tuziny jazdy do ochrony taboru i trzech osobistych. W końcu kto rozpozna we mnie króla? - zażartował władca, przekręcając na palcu pierścień, który był jedynym symbolem pełnionej przez niego funkcji w Katimie.


Później, jeszcze tego samego dnia, Diego został zaproszony do koszar, gdzie odbył się otwarty trening dla przyszłych gwardzistów. Blisko stu, ciężko uzbrojonych mężczyzn stanęło naprzeciw sobie w zainicjowanej bitwie, która miała zaprezentować ich indywidualny poziom. Nie było żadnej strategii, czy taktyki, w gęstym tłumie należało pokonać jak największą ilość oponentów, samemu przy tym nie ginąc. Następnie nagradzano zwycięzców możliwością wstąpienia w szeregi gwardii pałacowej. W organizowanych, co pół roku, przez Luciana eliminacjach, szansę na awans otrzymało jedenastu rycerzy. Teraz czekał ich sprawdzian pełnej gotowości bojowej, wzorowany na tych przeprowadzanych w królestwie Rododendronii, kraju, gdzie starszy z kuzynów króla służył w randze oficera podczas bitew z potworami chcącymi najechać południowe krainy Łuski.
- Jestem pod sporym wrażeniem umiejętności naszych żołnierzy - zaczął Diego, gdy byli już z powrotem w pałacu. - Jednak, i mówię to przez pryzmat własnych doświadczeń, za bardzo ich ganiasz. Nasz kraj nie widział wojny od początku istnienia, mamy więcej sojuszników niż wrogów, a bandyci na traktach nijak mają się do naszych patroli. Nasz jeden zwiadowca jest wart sześciu rzezimieszków.
Lucian Kador nie widział sensu, by odpowiadać. Doskonale wiedział, że kuzyn ma rację, ale też, że niewiele to zmieni w jego postępowaniu. Dlatego, by uniknąć kłótni z królem na oczach dworzan, kapitan gwardii odprowadził go do komnaty, a następnie towarzyszył kapitanowi straży w drodze do taboru, który czekał na wymarsz.
Avatar użytkownika
Diego
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Tarilion, Paygen, Fergus, Isambre, Catriona, Varii, Diego, Triss, Hannibal,
Rasa: Człowiek
Aura: Jak na emanację nadal lśniącą młodością aura ta jest całkiem silna - zdradza wieloletnie treningi i doświadczenie zdobywane od młodych lat, choć nie kosztem prawidłowego rozwoju. Pulsuje zdrową, ametystową poświatą tłumiąc nieco wrodzoną pikanterię i podkreślając dojrzałą gorycz smaku. Wszystko tutaj zdaje się wykute, wyrzeźbione czy po prostu powstałe w sposób naturalny z platyny czystej i jasnej jak wschodzące nad królestwem słońce. Jej silnym sprzymierzeńcem jest wszędobylskie żelazo, harmonizujące i mieszające się z nią na coraz to rozleglejszych połaciach magicznej przestrzeni. Od czasu do czasu zaś pojawia się miedziany akcencik, słaby jednak i dość nieśmiały, dający się łatwo przeoczyć. Ciężko za to nie zwrócić uwagi na nagłe przyspieszenie pulsu i liczne głosy unoszące się w przestrzeni wraz z zapachem rozgrzanych miejskich ulic, życiodajnych pól czy w końcu pola bitwy i chłodzącego pracujący organizm potu. Pod palcami zaczyna klarować się całkiem twarda i ostra powierzchnia umocniona samodyscypliną i słusznym wysiłkiem, tak fizycznym jak intelektualnym. Gdzieniegdzie nawet giętka, a miejscami także i lepka jest przede wszystkim gładka oraz przyjemna w dotyku na tyle, że aż szkoda się z nią rozstawać...
Wygląd: Mężczyzna na pierwszy rzut oka dość surowy i szorstki, jakby jego ciało wykuto w skale za pomocą tępego dłuta, a mimo to emanujący pewnym urokiem, tak bardzo pożądanym przez kobiety. Wysoki na około jeden sążeń i 1/4 stopy (ok. 186 cm), co nie czyni go szczególnie wysokim wśród tłumu, ale może to i lepiej. W końcu król nie powinien wiecznie stać na widoku. Jeszcze znajdzie ... (Więcej)

Postprzez Dragosani » Cz lis 15, 2018 10:04 pm

        - Obiad jest już na stole - wybąkała do kuzynostwa, gdy pierwszy szok na widok "ludzkiego" Sa'maara opadł. Smok w skórze elfa niemalże lśnił w słońcu jakby rzeczywiście stworzony był tylko i wyłącznie ze złota.
        Widząc jej reakcję długouchy wyszczerzył szereg białych zębów w szyderczym uśmiechu i przymrużył oczy. Widać było, że szykuje jakąś złośliwość, ale zachował ją ostatecznie dla siebie, szczególnie, że Sani wciąż wyglądała na osłabioną oraz przemęczoną wczorajszym maratonem.
        - "Cieszę się, że cię zamurowało na mój widok, ale teraz idź już jeść obiad. Porządny posiłek to podstawa do zregenerowania sił." - Gestem dłoni odprawił przyjaciółkę, po czym odwrócił się do niej plecami i położył się w pełnym słońcu na stogu siana pod stajnią. Podeszła do niego i spojrzała zmartwiona.
        - "Nie rób takiej miny, przecież wiesz, że nie muszę spożywać posiłków by być w pełni sił. Odżywiam się ciepłem słońca i to mi w zupełności wystarczy." - Odetchnął głęboko z błogim wyrazem twarzy, gdy tak się pławił w promieniach dziennego oka Prasmoka.
        - Wiem, ale nie chciałbyś zasiąść z nami przy stole, nawet jak nie będziesz jadł?
        - "Od mojej zmiany postaci nie minęły dwie godziny, a ty już marudzisz." - Przewrócił z poirytowaniem oczami i westchnął głośno. - "Jak będę chciał to wejdę do środka, obecnie nie chcę. Wcześniej jakoś ci to nie przeszkadzało..." - mruknął z rosnącym w głosie napięciem. - "Idź zjedz, trzeci raz nie powtórzę."

        Sani nie chciała się z nim kłócić, więc koniec końców odpuściła. Fakt wcześniej nie był zapraszany do domu i wspólnych posiłków, ale było to z wiadomych przyczyn, bo choć był raczej małym smokiem, do domu i tak by się nie zmieścił, a jak już to narobiłby strasznego bałaganu przy tym.  Z drugiej strony również miał rację, mówiąc, że jak zechce to do nich dołączy, w końcu teraz był normalnym elfem i przejście przez drzwi nie stanowiło najmniejszego problemu. Dziewczyna zawróciła do domu stryja, a nim zniknęła w środku posłała kąpiącemu się w słońcu jaszczurowi ostatnie spojrzenie.

        Katima była spokojnym krajem, więc ciężko było tu nawet o najdrobniejszą sensację. No, chyba że dla kogoś sensacją była wieść o nieudanych plonach sąsiada, padnięciu bądź urodzeniu się kolejnego zwierza gospodarskiego dwa domy dalej, albo plotki o tym jak to Maronilla uwiodła i hajtnęła się już z czwartym mężem w tym roku. Nie trudno więc było podejrzewać, że głównym tematem przy obiedzie w domostwie stryjów będzie nowa umiejętność i postać złotołuskiego jaszczura. Mówiąc o nim, ciotka w pewnym momencie zaczęła się plątać jak nastolatka, a Sani się tylko na to uśmiechała ciepło. Nawet jej ciocia była pod ogromnym wrażeniem nowego wyglądu gada. Kuzyni, jak to faceci, udawali, że to nic takiego, tania sztuczka i że oni też tak mogą o ile nie lepiej, ale prawda była taka, że im również nowy Sa'maar się podobał, choć nie w tym samym znaczeniu co kobietom. W takim wypadku przecież będzie mógł im pomagać w każdej pracy na gospodarstwie, a nie tylko robić za konia pociągowego.

        - Tak w ogóle gdzie wujek? - zapytała, gdy zostały same z ciocią w kuchni i zajęły się zmywaniem naczyń.
        - Poszedł do miasta. Wiesz, że on jest chory jak chociaż chwili nie posiedzi w warsztacie. - Zaśmiała się starsza kobieta , a kąciki blondynki lekko uniosły się ku górze. - A ty jakie masz plany na dziś, kochanie? - W jej głoście pobrzmiewały matczyna czułość i ciepło.
        - Myślę, że wybiorę się na targ i zerknę na książki. Sa'maar pewnie z przyjemnością też poszwęda się ulicami bez większego celu, zobaczyć jedynie miasto z nowej perspektywy, a po tym może do  - odparła, chowając do szafki umyte i wytarte naczynia.
        - A zaszlibyście do warsztatu zerknąć co wujka zatrzymało?
        - Bez problemu ciociu. - Uśmiechnęła się serdecznie i czując po posiłku nowy przypływ energii, wyszła z domu, a następnie ze smokiem spacerkiem ruszyła w stronę miasta.

        Za główną bramą oddzielającą gospodarstwa rolne od miasta jaszczur zaczął wątpić w sensowność swojej wycieczki, widać było, że go to po prostu przerosło. Nawet jeśli w połowie drogi kazała mu porzucić ociekające złotem odzienie, które zastąpił dzisiejszym ubraniem jednego z kuzynów dziewczyny - ubrudzone ziemią ciemne, lniane spodnie i wiązana pod brodą koszula z podwiniętymi rękawami, która kiedyś może i była biała, ale obecnie utrzymywała się w buro-szarej kolorystyce, jedynie buty wyglądały na w miarę czyste - to i tak nie uchroniło go przed ciekawskimi spojrzeniami ze strony mieszczan, choć i tak najbardziej przytłaczający był dla niego sam tłum, praktycznie co chwila go potrącający, albo ocierający się.

        - Zostań i pomóż wujkowi, ja szybko rozejrzę się po książkach i zaraz jestem - zaproponowała, widząc niezbyt przyjemną minę na licu towarzysza, który wzruszył jedynie ramionami, po czym zniknął za drzwiami warsztatu z wywieszoną tabliczką: "ZAMKNIĘTE". Dziewczyna westchnęła gnębiona poczuciem winy, że namówiła jaszczura na ten spacer, jednakże jedyną możliwością na naprawienie swojego błędu był jak najszybszy zakup nowej książki, a następnie jeszcze bardziej błyskawiczny powrót do domu.

        Sa'maar wyszedł na tyły stolarni i pomógł stryjowi prowizorycznie zabezpieczyć belki podtrzymujące poddasze niewielkiego magazynu, gdzie składowali drewno na swoje wyroby. Niestety warunki atmosferyczne, bliskie położenie jednej z najbardziej zatłoczonych ulic miasta i smoczy płomień, przyspieszały jedynie maksymalną eksploatację podpór, przez co trzeba było je częściej wymieniać i mieć na uwadze. Dziś na przykład było o włos od tragedii, gdyż złożone drewno w miarę zapobiegło zawaleniu się daszku na starego stolarza, ale nie wytrzymałoby wieczności, a mężczyzna nie był w stanie przytrzymywać i pilnować by wszystko się jakoś trzymało przez cały boży dzień. Darem od Najwyższego było więc dla niego zjawienie się siostrzenicy ze smokiem, z którym nieco udało mu się wzmocnić belkę, jednakże wypadałoby ją jak najszybciej wymienić.
        - Pojedziecie z Sani do Balviken po belki i porządny impregnat. Jeśli spotkacie Svetlanę przekażcie jej, że ostatni raz kupiłem u niej ten samogon, który śmie nazywać impregnatem. - Niemal poczerwieniał na twarzy od gniewu, a jaszczur posłusznie zasalutował i wyszedł przed warsztat, by znaleźć zaginioną w akcji dziewczynę i udać się po materiały do naprawienia daszka.

        Traf jednak chciał, że wychodząc z warsztatu omal nie wpadł pod kopyta koni miejskiej straży odprowadzającej tabor i w sumie nie przejąłby się tym za specjalnie, gdyby nie zobaczył wśród nich kapitana straży, który zauroczył Sani, najgorszego mężczyzny w całej tej części Alaranii. Dostał szansę swojego życia na zaspokojenie chociaż odrobiny swojej ciekawości związanej z tym osobnikiem. I miał już nawet genialny pomysł, zapominając przy tym o problemie w warsztacie. W końcu jego misja ochrony dziewczyny przed jakimś zboczonym i niebezpiecznym zwyrodnialcem wydawała się o wiele ważniejsza niż naprawa starego daszku. Wciąż przeszkadzały mu zatłoczone ulice, ale dla Dragosani musiał to przecierpieć. Skierował się w stronę, z której przyszła kolumna, a w jakimś zaułku, mając pewność, że nikt go nie widzi, przybrał postać znienawidzonego przez siebie mężczyzny. Oczy mu się jedynie nie zmieniły i pozostały zielone, a pod hełmem skrywały się również rogi, ale nikt nie powinien zwrócić uwagi na takie szczegóły, przynajmniej jaszczur miał taką nadzieję idąc w stronę królewskiej siedziby.

        Chwilę po tym jak gad zniknął, wróciła zdyszana Sani, widać było, że biegła całą drogę z targu do warsztatu. Stryj był zdziwiony jej przybyciem bez smoka, jednakże, myśląc, że Sa'maar bez pomocy Sani chciał się zająć zakupami w Balviken, wysłał ją w tamtą stronę, samemu pilnując i podtrzymując spróchniałe oraz przypalone belki. Idąc miastem, a następnie polami i lasem cały czas się rozglądała w poszukiwaniu łuskowatego przyjaciela, ale udało jej się go ani spotkać, ani dostrzec. Nie zdawała sobie nawet sprawy z tego co podstępny gad sobie umyślił i właśnie realizował.
Avatar użytkownika
Dragosani
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: River, Yve, Aldaren, Valerian, Kiraie, Dantalian, Veryvin, Selim, Mana,
Rasa: Człowiek - Smoczy Jeździec
Aura: Ta młoda emanacja o średniej sile porwie cię, jakby chciała unieść na skrzydłach. Niczym chmury otoczą cię kłęby jasnego barachitu. Nie dane ci jednak wznieść się w przestworza. Żelazne gałęzie cię blokują. Ich całkiem twarde i giętkie konary nie chcą współpracować z pragnieniami wolności, a dość ostre krawędzie chętnie straszą. Dopiero połyskujący między nimi ametystowy połysk dodaje otuchy, gdy suche pozostałości lasu przeradzają się w pięknie wijące się miedziane drzewa o gładkiej korze i pniach tak bajecznych jakby były wyrzeźbione. Dźwięków tutaj nie uświadczysz, ale dasz radę poczuć lepkość bijącą z aury. Jej smak jest przyjemną mieszaniną łagodności i goryczki. To zaś co tutaj wyczujesz to ludzki pot wymieszany z wonią smoczych łusek, które zdradzają naturę właściciela aury.
Wygląd: Bardzo szczuplutka, młoda kobieta z ciemnymi blond włosami sięgającymi jej po rozpuszczeniu 1/3 pleców. Jest raczej przeciętnej wysokości niecałe pięć i pół stopy (163 cm) i warzy przy tym sześć kamieni (ok. 61 kg). O ile nie jest ze swoim łuskowatym towarzyszem i w swoim rodowym "mundurze", nie wyróżnia się w ogóle z tłumu. Nie może też się poszczycić ... (Więcej)

Postprzez Diego » So sty 12, 2019 4:06 pm

Bycie córką nadwornego maga miało, jak odkryła Tatiana, pewne szczególne zalety. Przede wszystkim zapewniało jej to posłuch wśród strażników, dworzan i służby, przez co nie musiała martwić się niektórymi szczegółami, jak na przykład to, czy wolno jej czytać książki, siedząc rozleniwiona na królewskim tronie. Otóż ona mogła, podobnie z resztą co jej ojciec, gdy ten przejmował rządy pod nieobecność władcy. Dość rzadkie nieobecności, można by dodać i na tyle krótkie, że stary Jazon rezygnował z tego przywileju, wszystkie sprawy załatwiając ze swojego gabinetu. Teraz jednak, kiedy i król i czarodziej byli poza miastem, młoda pradawna mogła sobie poużywać w granicach rozsądku ze swojej pozycji. Jak już było wspomniane, siedziała właśnie na tronie z nogami zarzuconymi na jeden z podłokietników i nieobecna na kręcących się po sali dworzan, czytała swoje ulubione romansidło o rycerzu na białym koniu, złym smoku, siedmiu gnomach i księżniczce zaklętej w żabę. Otoczenie zaś nie próbowało jej przeszkadzać: gwardziści stali nieruchomo pomiędzy kolumnami lub parami spacerowali po komnacie i korytarzach, rozmawiając szeptem, a dworki i służba zajmowały się swoimi licznymi sprawunkami. Pod nieobecność króla cały pałac zdawał się milczeć, nikt nie przychodził prosić o audiencję, skryba miał wolne, ponieważ zabrakło mu władcy, co by męczyć go stosem dokumentów, a kruki ze szczytu wież nagle zniknęły, jakby przez kogoś przepłoszone. Panowała błoga cisza, którą ktoś oczywiście musiał zepsuć.

Zainteresowana dźwiękiem otwieranych przez strażników drzwi, Tatiana podniosła wzrok znad lektury i ze zdziwieniem przyjrzała się wchodzącemu. Miał on na sobie napierśnik kapitana straży, jego płaszcz, broń, insygnia i rysy twarzy, tylko częściowo zasłonięte przez hełm. Mimo to rozpoznała go od razu, co wywołało jeszcze większe zdumienie na jej twarzy. Czarodziejka może i nie była na dworze tak długo, jak jej ojciec, ale dość, by zdążyć poznać poprzedniego króla i być obecna przy narodzinach następnego. Trwała przy dynastii Kadorów od lat, dlatego na widok Diega naszły ją mieszane uczucia.
- Nie możliwe, że tak szybko wróciłeś, mój panie - zawołała, powoli schodząc z tronu i zatrzymując się na schodach do niego. - Czy zatrzymało cię coś ważnego? - zapytała, nie otrzymawszy żadnej reakcji ze strony króla, rozglądającego się po pomieszczeniu jakby widział je pierwszy raz na oczy. Podobnej dekoncentracji nabawili się strażnicy doskonale znający króla z jego drugiej roli, ale przez grzeczność i maniery nie wtrącali się do rozmowy.
- Królu? - spytała Tatiana, celowo nie używając jego imienia. Coś tu ewidentnie jej nie pasowało. Konwój ze zbożem lada moment powinien minąć bramę miasta, o ile właśnie jej nie przekraczał, a Diego miał jechać na jego czele. Tymczasem stał pośrodku sali tronowej, prezentując się z lekka zidiociale, jak na tak poważną osobę, jaką był.
Kiedy władca w końcu przed nią stanął, Tatiana mogła uważniej mu się przyjrzeć. Wzrost Diega się zgadzał, jego postawa, postura i strój także. Nawet zarost i kolor uciekających spod hełmu włosów, ale oczy... były zwierciadłem duszy, a te miały kolor zieleni, nie ciemnej dębiny. "Figurant", pomyślała czarodziejka, "czyżby tata zatrudnił sobowtóra, a może to podstęp". Dość zmyślna iluzja, musiała przyznać, ale nie mogła dopuścić, by podobne rzeczy wyprawiały się w pałacu bez jej wiedzy.
- Zgaduję, że jesteś zmęczony - zagadnęła, nie do końca wiedząc jak i czy w ogóle uda jej się odwrócić uwagę "króla", a gdy ten spojrzał przez ramię, posłała w jego stronę proste zaklęcie skanujące. Proste, bo odczytujące aurę jego celu, ale w warunkach katimskich (bez względu na wynik skanu) zupełnie nie potrzebne, skoro obecny w komnacie Diego ustał na dwóch nogach.
Zaraz też Tatiana pozwoliła sobie na nieco brutalności, spinając ręce mężczyzny przed sobą magicznym arkanem.
- Straż! Do mnie! - zawołała, a trzech najbliższych gwardzistów od razu stanęło za pojmanym, celując w niego ostrzami halabard.

Sytuacja wyglądała na niebezpieczną: dworzanie w porę zdołali wycofać się za plecy strażników i teraz obserwowali całe "przedstawienie", nie wiedząc co o tym wszystkim myśleć. Zaczęto szeptać i snuć domysły, ktoś nawet krzyknął oskarżenie wobec Tatiany o zamach stanu, lecz delikwenta szybko odnaleziono i zabrano na bok. Na szczęście Lucian okazał się być człowiekiem zawsze na stanowisku.
- Co się tutaj dzieje?! - zapytał ostro, wychodząc ze sporego tłumu gapiów. - Tatiana wytłumaczysz mi wszystko?
- Oczywiście - odpowiedziała czarodziejka, unosząc głowę "króla" do światła. - Przypatrz mu się uważnie.
Lucian, który przez lata walczył na froncie północnym, a trupów widział więcej niż żywych z miejsca potrafił rozpoznać oszustów. Wiązało się to najprawdopodobniej z tym, że polegli pod pazurami stworów rycerze wyglądają z twarzy tak samo. Są bladzi, poplamieni krwią i najczęściej kilku elementów im na tej twarzy brakuje. Są bezimienni i pamiętani tylko przez towarzyszy, którzy przeżyli. Żywi natomiast bardzo się od siebie różnili. Byli jak płatki śniegu, dopóki nie stopniały, bardzo łatwo dostrzec różnice między nimi. A ten płatek miał oczy zielone jak bezkresna łąka. I nie wymiotował po spętaniu magicznym sznurem.
- Do lochu z nim - zarządził kapitan gwardii i skinął na najbliższego żołnierza. - Wysłać gońca za konwojem. Niech kapitan natychmiast wraca.
- Poślijcie także po niejaką Dragosani - dodała Tatiana, która zdołała co nieco pożyczyć sobie z umysłu oszusta.
Avatar użytkownika
Diego
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Tarilion, Paygen, Fergus, Isambre, Catriona, Varii, Diego, Triss, Hannibal,
Rasa: Człowiek
Aura: Jak na emanację nadal lśniącą młodością aura ta jest całkiem silna - zdradza wieloletnie treningi i doświadczenie zdobywane od młodych lat, choć nie kosztem prawidłowego rozwoju. Pulsuje zdrową, ametystową poświatą tłumiąc nieco wrodzoną pikanterię i podkreślając dojrzałą gorycz smaku. Wszystko tutaj zdaje się wykute, wyrzeźbione czy po prostu powstałe w sposób naturalny z platyny czystej i jasnej jak wschodzące nad królestwem słońce. Jej silnym sprzymierzeńcem jest wszędobylskie żelazo, harmonizujące i mieszające się z nią na coraz to rozleglejszych połaciach magicznej przestrzeni. Od czasu do czasu zaś pojawia się miedziany akcencik, słaby jednak i dość nieśmiały, dający się łatwo przeoczyć. Ciężko za to nie zwrócić uwagi na nagłe przyspieszenie pulsu i liczne głosy unoszące się w przestrzeni wraz z zapachem rozgrzanych miejskich ulic, życiodajnych pól czy w końcu pola bitwy i chłodzącego pracujący organizm potu. Pod palcami zaczyna klarować się całkiem twarda i ostra powierzchnia umocniona samodyscypliną i słusznym wysiłkiem, tak fizycznym jak intelektualnym. Gdzieniegdzie nawet giętka, a miejscami także i lepka jest przede wszystkim gładka oraz przyjemna w dotyku na tyle, że aż szkoda się z nią rozstawać...
Wygląd: Mężczyzna na pierwszy rzut oka dość surowy i szorstki, jakby jego ciało wykuto w skale za pomocą tępego dłuta, a mimo to emanujący pewnym urokiem, tak bardzo pożądanym przez kobiety. Wysoki na około jeden sążeń i 1/4 stopy (ok. 186 cm), co nie czyni go szczególnie wysokim wśród tłumu, ale może to i lepiej. W końcu król nie powinien wiecznie stać na widoku. Jeszcze znajdzie ... (Więcej)

Postprzez Dragosani » Wt sty 15, 2019 1:19 pm

        Plan gada był niezwykle trudny, tym bardziej, że w ogóle nic nie wiedział o mężczyźnie w którego się wcielił. Nie znał ani jego charakteru, ani przyzwyczajeń, więc starał się jedynie zachowywać naturalnie na swój sposób i kiwał jedynie głową jak ktoś go witał w drodze do zamku. Ograniczał kontakt wzrokowy i nikomu nic nie odpowiadał, by nie popełnić żadnego błędu przez nieświadomie i nie zostać przez to zdemaskowanym.

        W końcu dotarł do zwodzonego mostu, a następnie kamiennej ramy. Nikt go nie zatrzymywał i mimo zdziwienia malującego się na twarzy mijanych gwardzistów, nikt o nic nie pytał. Sa'maar nie mógł się już doczekać kiedy obejrzy siedzibę władcy od środka i upokorzy swojego rywala przed samym królem. Trochę się denerwował dochodząc do wrót prowadzących do środka głównej wieży, ale gdy został wpuszczony od razu poczuł się lepiej. Już tak niewiele brakowało by osiągnąć cel swojego planu i jak najszybciej się ulotnić by uniknąć kłopotów. Tego co jednak zobaczył po drugiej stronie solidnych drzwi w życiu by się nie spodziewał. Przywitała go przytłaczająca swoim ogromem sala tronowa, w której o dziwo nie królował przepych, jakiego mógłby się spodziewać po władcy cieszącego się sympatią swych dworzan i niemałym majątkiem przez brak przestępczości w kraju i handel morski. To było wielce zdumiewające i jednocześnie interesujące.
        Szedł przez komnatę, rozglądając się i badając aury, zapachy. Był pod ogromnym wrażeniem, bo teraz dopiero zaczął wierzyć, że król faktycznie mógł być sprawiedliwym i dobrym, wcale nie chciwym, czy egoistycznym władcą. Może udałoby się gadowi dobrać mu do głowy i zakorzenić myśl by przyjął w szeregi swoich strażników Sani z jej smokiem. W końcu zaczęło by się dziać w jego życiu coś interesującego. Usłyszał kroki zbliżające się w jego stronę i zaraz przeniósł swoje spojrzenie na nadchodzącą kobietę... Czarodziejkę jak zaraz wyczuł. Zaniepokoił się, a przez to, że nie chciał tego pokazać światu, całe jego ciało się spięło. Aż za dobrze pamiętał ostatnią przygodę z tutejszym czarodziejem. Ile to cholerne państwo ich jeszcze miało?!
        Zdenerwowanie jednak po chwili minęło zastąpione zaskoczeniem, bo zdawało mu się, że przybrał postać kapitana straży, nie króla... Przyjrzał się uważnie kobiecie, zastanawiając się czy to nie jest jakiś podstęp i postanowił sprawdzić co jej siedziało w głowie. Ciężko jednak było mu się przedrzeć do umysłu starszej od siebie i bardziej doświadczonej w sztukach magicznych pradawnej, przez co jego próba szybko została przerwana, a on wyłapał jedynie "zatrudnił sobowtóra". Niewiele, ale przynajmniej była to myśl dająca spore pole do manewru, postanowił więc podjąć tę rolę skoro los mu ją podstawił pod sam pysk. Rozluźnił się pewien tego, co o nim myślała czarodziejka i gdy padła jej uwaga o zmęczeniu kiwnął głową i zerknął na strażników przy drzwiach, zastanawiając się jak się zachować. Znów jednak spojrzał podejrzliwie na czarodziejkę, bo zdawało mu się, że wyczuł zapach magii w powietrzu. Nie przejął się jednak tym zbytnio, gdyż był to nieodłączny zapach magów, a tych zdawało się dość sporo tutaj mieszkało.

        Niestety to był jego błąd. Szybko został przez nią zdemaskowany, choć nie rozumiał jakim cudem. Skrzywił się gdy jego ręce zostały spętane i spojrzał z nieukrywanym gniewem na czarodziejkę słysząc jej przywołanie strażników. Był gotów zmienić się w smoka i rozerwać te więzy, ale... najpewniej narobiłoby to Sani niemałych kłopotów, albo któreś z nich mogłoby zginąć. Tak to przynajmniej będzie mógł się jeszcze z tego jakoś wyplątać. Postanowił więc nie ryzykować ze zmianą i pozostał w skórze kapitana straży, albo raczej króla.
        - "Straż!" - krzyknął w otwartych umysłach zdezorientowanych strażników. - "Co wy wyprawiacie, u licha? Toż to jawny zamach stanu! Pojmać tę zdrajczynie!" - rozkazał nie odrywając spojrzenia od pradawnej.
        Gwardziści się wahali nie rozumieli co tu się dzieje, przez co na zmianę podnosili i opuszczali ostrza swoich broni, nie wiedząc jak naprawdę powinni postąpić i czy stojący przed nimi król faktycznie nie miał racji mówiąc im, że to zamach stanu. Tym bardziej, że nieświadomi ciernia, jaki Sa'maar zasiał w umysłach wartowników, dworzanie przechadzający się po komnacie nieumyślnie potwierdzali jego teorię o zdradzie. To radowało smoka i dawało pewność, że zaraz się ze wszystkiego wykaraska. Jak to pięknie mieć nadzieję...

        Ta jednak szybko została zabita, gdy przybył kapitan gwardii sądząc po insygniach zdobiących jego pierś. Do tej pory jaszczur wciąż nie rozumiał co go tak naprawdę zdradziło, lecz gdy tylko mężczyzna zażądał wyjaśnień, czarodziejka szarpnęła oszusta za brodę i uniosła jego twarz do światła. Wtedy do gada dotarło, że oczy pozostały nie zmienione. Zacisnął zęby i zawarczał cicho. Zwłaszcza, że zaraz zaczęli go prowadzić do lochu, a tępi wartownicy już nie mieli żadnych wątpliwości, jakby rozkaz kapitana gwardii potwierdził, że to z królem jest coś nie tak, a nie z kobietą.
        - "Pożałujesz jeśli spadnie jej choć jeden włos z głowy, czarodziejko!" - zagroził z obietnicą rozlewu krwi, nim go wyprowadzono z sali tronowej by zamknąć w lochu.  


        Nie mogąc nigdzie po drodze znaleźć smoka, Sani wróciła do warsztatu stryja, gdzie pomogła mu jeszcze dodatkowo zabezpieczyć dach, aby jutro nie zastać po nim jedynie drzazg. Żadnemu z nich nigdy nie przyszłoby do głowy co też mógł wymyślić Sa'maar i w jakie kłopoty wpędzić nie tylko samą dziewczynę, ale również całą rodzinę. Niepokoje i podejrzenia pojawiły się jednak, gdy do warsztatu wtargnęli zbrojni i zabrali Dragosani ze sobą. Starszy stolarz chciał ich powstrzymać i żądał wyjaśnień, gotów potraktować ich niedokończonym krzesłem, ale blondynka pokręciła jedynie głową.
        - Zajmę się tym stryjku, nie martw się. Wybacz, że nie pomogę ci ze sprzątaniem - uśmiechnęła się do niego ciepło i wyszła z warsztatu. Choć zdawała się zachować spokój, w głębi była bardo przerażona i wściekła.
        Były dwa powody wizyty strażników: albo zakupione przez czarodzieja biurko znów zmieniło się w drzazgi i mag postanowił zrzucić to na kiepskie wykonanie i nieudolność najlepszych w kraju stolarzy tylko po to by zwrócili mu pieniądze, albo Sa'maar coś wywinął. Szczerze? Starzec był zbyt sympatycznym człowiekiem by coś takiego zrobić stolarzom, tym bardziej, że w tym miesiącu już chyba sześć biurek było dla niego robionych, za to w tę drugą opcję Sani jakoś nie ciężko było uwierzyć. Dlatego dobrowolnie poszła ze strażnikami do zamku.
Avatar użytkownika
Dragosani
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: River, Yve, Aldaren, Valerian, Kiraie, Dantalian, Veryvin, Selim, Mana,
Rasa: Człowiek - Smoczy Jeździec
Aura: Ta młoda emanacja o średniej sile porwie cię, jakby chciała unieść na skrzydłach. Niczym chmury otoczą cię kłęby jasnego barachitu. Nie dane ci jednak wznieść się w przestworza. Żelazne gałęzie cię blokują. Ich całkiem twarde i giętkie konary nie chcą współpracować z pragnieniami wolności, a dość ostre krawędzie chętnie straszą. Dopiero połyskujący między nimi ametystowy połysk dodaje otuchy, gdy suche pozostałości lasu przeradzają się w pięknie wijące się miedziane drzewa o gładkiej korze i pniach tak bajecznych jakby były wyrzeźbione. Dźwięków tutaj nie uświadczysz, ale dasz radę poczuć lepkość bijącą z aury. Jej smak jest przyjemną mieszaniną łagodności i goryczki. To zaś co tutaj wyczujesz to ludzki pot wymieszany z wonią smoczych łusek, które zdradzają naturę właściciela aury.
Wygląd: Bardzo szczuplutka, młoda kobieta z ciemnymi blond włosami sięgającymi jej po rozpuszczeniu 1/3 pleców. Jest raczej przeciętnej wysokości niecałe pięć i pół stopy (163 cm) i warzy przy tym sześć kamieni (ok. 61 kg). O ile nie jest ze swoim łuskowatym towarzyszem i w swoim rodowym "mundurze", nie wyróżnia się w ogóle z tłumu. Nie może też się poszczycić ... (Więcej)

Poprzednia strona

Powrót do Katima

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

cron