[Zajazd i okolice] Wszystko zaczęło się po ślubie


Powadzony przez wilkołaka i dość popularny już lokal, który zasłynął nie tyle z noclegów co z możliwości zamówienia w nim kawy - rzadkiego w Alaranii przysmaku. Pracują tu i odpoczywają przedstawiciele wielu różnych ras, ze znaczącą przewagą naturian i zmiennokształtnych, którym proponuje się tu wiele udogodnień niespotykanych w typowo ludzkich czy elfich domostwach.

Postprzez Lucy » Wt sty 08, 2019 12:45 am

        W zajeździe od rana działy się rzeczy doprawdy niesamowite - pracownicy i goście byli świadkami przybycia nietypowych obcych, pokazu tanecznego wysokiej doprawdy klasy, usłyszeć mogli obcy język, zobaczyć migowy. Płonące kuleczki wydawały się być punktem kulminacyjnym, ale Kerion-żywa-pochodnia pobił je na głowę. Nohea wpychając go do sadzawki wylądował na nim i tym samym jeszcze podniósł poprzeczkę.
       A wszystko to jakoś omijało siedzącą w swej szopce Minao.

       Krówka kiedy już raz oddaliła się od części restauracyjnej, nie wracała tam prędko - ulewę przeczekała w warsztacie, potem zaś wzięła się do roboty. Miała masę obowiązków, które jednocześnie były bardzo bliskim jej zajęciem i fascynacją, nie czuła więc palącej potrzeby porzucania ich. Kiedy skończyła nożykiem dłubać w drewienku, podniosła się ciężko, chwyciła siekierkę i statecznym krokiem grubokościstej istoty przeszła przez podwórze.
       Gwar tam nadal trwał, ale flirtu na sadzawkę nie obaczyła. Zauważyła jedynie mężczyznę o znajomym kolorze włosów i obcą kobietę uspokajającą jakiegoś wyrośniętego dzieciaka. I choć wyglądało to stosunkowo niewinnie to poziom podniecenia w zajeździe dał jej do myślenia. Kolejny występ? Nie brzmiało na to. Poprawiła uścisk na siekierce i udała się okrężną drogą prowadzącą przez tyły zajazdu aż do wejścia głównego. Zrobiła to, by ominąć kawiarniany ogród - w chwilach wrzawy wolała trzymać się od tłumów z daleka. I jakże trafiła - akurat zobaczyła jak nierozpoznawalny mężczyzna o jasnych włosach zaczepia Kaikomi. Wyszedł z nią i teraz stał niebezpiecznie blisko. Oczywiście mężczyźni mogli z syrenką rozmawiać - nikt nikomu tego nie zabraniał, ale żeby od razu jakiś obcy? To nie wróżyło dobrze. Tacy nie znali zasad, miewali głupie pomysły… poza tym Kaikomi nie wydawała się ze swobodą odnajdywać w sytuacji. Nie był to więc żaden jej kolega.
       Mina znała dziewczynę na tyle długo, by wiedzieć co nieco o jej charakterze i usposobieniu. Właśnie dlatego sapnęła teraz przez nos i ruszyła stanowczo w stronę mężczyzny. Obie tu pracowały, obie tu mieszkały - powinny na sobie polegać. Choć wystarczającym powodem dla Minao, by wkroczyć, był już wydźwięk całego tego obrazka. Nieśmiała kobieta i śmiały facecik - minotaurzyca idealnie uzupełni ten trójkąt.
Zbliżyła się powoli, najpierw dostrzegalna jedynie dla syrenki. Uniosła siekierkę i oparła ją sobie o bark.
       - Mogę w czymś pomóc? - zapytała uprzejmie, choć brzmiało to wyraźnie na ,,ma pan jakiś problem“? Lubiła klasyków. Niemniej potrafiła zachować się odpowiednio, a wrogość uważała za zbędną - wolała perswazję w postaci ostrego narzędzia i pokojowej osobowości. Minęła marynarza i stanęła u boku syrenki rzucając jej porozumiewawcze spojrzenie. Bardzo lubiła tę kobietkę, więc nie miała nic przeciwko, by zająć miejsce Irinaia i na zastępstwo zostać jej rycerzem. Nawet prezentowała się nieco lepiej w tej roli - może kwestia masy i nienaruszalnej postawy?

       Skrzydlaty z postawą miał akurat problemy - charyzmy było w nim tyle co w tresowanym kurczaku, choć wyglądał na młodego jastrzębia.
I Kiedy z roztapiającym się sercem wspominał wdzięczny uśmiech Kaikomi oraz rozkoszny jej dotyk, złapany na gorących myślach (a za nadgarstek) odwrócił się gwałtownie, potrącając jeden ze stolików, po czym dalej ciągniony zaczął wylewnie przepraszać, choć siedzący goście nie mogli go przecież usłyszeć. Tego dnia jego dezorientacja w przestrzeni osiągnęła jak widać szczyt.
       Dał się zaprowadzić gdzie łapiący go chciał, a łapiącym była kobieta. Ta, którą poznał w drodze - Shantti.
Przerażony był temperamentem jaki w niej mieszkał. Była taka… taka… taka żywiołowa. Pewna siebie. Robiła co chciała. Okropne!
       A może po prostu nie przywykł? Powinien był. Na tej wyspie działy się dziwne rzeczy.
       Nie dało się jednak zaprzeczyć, że mimo pewnych obiekcji wynikających z kultury, cieszył się, że ją widzi. Nawet… nawet miło by było znowu porozmawiać. Okoliczności  po prostu nie sprzyjały.
       Dla niej to z kolei był powód do zaczepienia go.
       Wysłuchał jej uważnie, choć dobrze, że go trzymała, bo na ratunek Kaikomi chciał pobiec od razu. Ale elfka miała chyba inne plany - kto wie czy nie lepsze. Kobiety kiedy już myślały, wpadały niekiedy na naprawdę dobre pomysły - kiedy już zużyły wszystkie złe. Pradziad zawsze mu powtarzał, że dlatego właśnie przy wrogu należy mieć się na baczności, ale przy błyskotliwej kobiecie nie można nawet mrugnąć. Co prawda podejście do tego różniło się między wioskami, a w wiosce nawet między rodzinami, ale dla młodzika słowa nestora były najważniejsze.
       Długa przed nim nauka…
       Szło jednak stosunkowo łatwo. Kiedy elfka już raz przejęła inicjatywę, czarnoskrzydły nie stawiał oporu. Było w niej coś co kazało mu się słuchać i nie bredzić. Chociażby wzmianka o Kaikomi. Poczuwszy zbieżność interesów Iriś odłożył na chwilę mniej naglące zajęcia i postanowił wykorzystać pojawienie się sprzymierzeńca, by uwolnić syrenkę od tych obcych dziwaków. Może podświadomie bał się narobić bałaganu samodzielnie? Nie chciał co prawda zwalać winy na znajomą, ale jeżeli będzie ich dwoje to zawsze łatwiej potem będzie się tłumaczyć Lucy’emu. To jest - fellarianin weźmie winę na siebie, ale w imię damy. Tego nie odczuje jako upokorzenia, a ciężar winy stanie się nieco lżejszy.
       - Mamy wejście boczne, tam po drugiej stronie, przy barze… - Ale co z tego jak już szybciej byłoby wyjść przez taras? - Hmm… wyjdziemy innymi. Chodź. - I nie tłumacząc więcej poprowadził ją ku strefom dla personelu. Minęli zatłoczone drzwi główne, recepcję i weszli w korytarzyk przy jakiś prywatnych komórkach. Może pokojach? Tam jeden zakręt i pojawiały się następne drzwi - wyszli od północno-zachodniej strony. Jedna ściana i narożnik dzielił ich od wejścia reprezentatywnego i miejsca gdzie Kaikomi mogła stać z tym… tym podejrzanym mężczyzną!
       Tylko, że kiedy znaleźli się na zewnątrz, Irinai stracił rezon. Co niby teraz mieli robić? Jakoś zakradanie się i podsłuchiwanie wydało mu się jakieś takie nieprawdopodobne. Raczej tego nie robił. Nigdy nie był szpiegiem!
       Zerknął niepewnie na brązowowłosą. Jeżeli ona szła, to i on… dla Kaikomi. Jeżeli marynarz wykona jakiś podejrzany ruch, to on nie pozostanie mu dłużny.

       Podczas gdy wokół Kaikomi zaczęła zbiera się mała armia obrońców, jej szlachetny małżonek siedział sobie w pokoju na piętrze, nie wiedząc co się dzieje. Cóż - rycerze rycerzami, a książę psem. Miał swoje prawa. Jeżeli misiek namówił go rano na spróbowanie podejrzanego cukiereczka, to teraz mógł to odchorować. Choć przerwa i tak kończyła mu się za półtorej minuty.
       Podszedł do okna, aby je uchylić, ale nawet wtedy niczego nie mógł dostrzec - wychodziło na tyły budynku. Spóźnił się nawet, by przyłapać Minao z siekierką - choć nawet gdyby ją widział nie wzbudziłoby w nim to żadnych podejrzeń. To był jej teren pracy, wręcz powinna się tam znaleźć od czasu do czasu.
       Rozpalany od wewnątrz zastanowił się co też teraz zrobić - nie mógł porzucić baru na zbyt długo, bo pochoruje się tylko bardziej. Ale tak bardzo nie miał siły schodzić… położyć się, ostygnąć, cokolwiek!
       Usiadł na krześle przy niewielkim biurku z jasnego drewna i pogłaskał śpiącą na nim Myszę. A zaraz potem zwalił ją, bo blat to nie miejsce dla kota.
W odpowiedzi położyła się na miejscu, gdzie w nocy na macie układał swoją poduszkę. Tak w ramach zapowiedzi.
       - Powiedz mi lepiej czemu jestem durniem i słucham tego idioty… - załamał się z lekka. Jak świat światem zawsze popełniał przez Therundiego czyny co najmniej niegodne. Prawdziwy kumpel, co?
       Nie mogąc znieść temperatury przestał myśleć o lubującym się w zimnie niedźwiedziu i ściągnął z siebie górną część odzienia, by choćby przez pozostałe trzydzieści sekund nacieszyć się nieistniejącym chłodem. I kiedy przyszło mu się z powrotem ubrać zrozumiał, że nie chce.
Tylko, że musiał.
Ale nie mógł!
Dylematy prawdziwego mężczyzny.

       Każdy jednak ma swoje dziwactwa, a Lucy ze swoich słynął - z manier, albinizmu, imienia, zagadkowej przeszłości, falban na futrze, strojów, oczytania, charakteru zmiennego wraz z porą dnia, czy wreszcie z tego, że jako wilk bez ubrań się nie pokazuje. Nie bo nie. I koniec. Tak było od lat i nikt nie dyskutował - nawet on sam. Teraz zaś wieloletnia tradycja stanęła pod znakiem zapytania. Jeżeli miał pracować tak przegrzany, to nie mógł robić tego w koszuli, jak wtedy, gdy nieznana siła chłodziła przemienione ciało.  
       Szczęściem w nieszczęściu jego tymczasowa zmiana stylu nie mogła konkurować z płonącym chłopcem czy ciałami pięknych kobiet wprawionymi w ruch. Nie, goście mieli się czym zająć i o czym podyskutować.

       Jednak Lucy się nie doceniał. Jego fenomen polegał na tym, że czego nie robił było to dostrzegane - wyspa już go poznała i teraz obserwowała bez przerwy. Oswojony ,,obcy”. Ciekawostka, która trwała mimo upływu lat. Tutaj każdy z każdym rozmawiał o wszystkich, a że właściciela zajazdu mało kto nie kojarzył to i warto było znać najnowsze ploteczki, by zabić czas przy wiązaniu następnej tratwy czy splataniu dachu z liścia palmowego.
       Absurdy Lariv były różne i teraz można było zobaczyć jeden z nich - na szczęście pewne trzy kobiety i jeden poddany nie miały być tego świadkami.

       Lucy zszedł, w połowie schodów czując na tyle sił, by puścić barierkę. Ostrość widzenia do niego wracała, a to najważniejsze. Przepełzł sobie spokojnie na uboczu przez całą kawiarnię, powolnie wracającą do względnej normalności i stanął za ladą. Wtedy nagle zrobiło się cicho.
Nikt nic nie mówił, a kto nie zdążył jeszcze usiąść, zamierał w bezruchu w najbardziej niewygodnej pozycji. Wszystkie tubylcze oczy o źrenicach każdego kształtu spoczęły na sylwetce białej zjawy, ducha kawiarza, który za życia zawsze był przyodziany.
       Milczenie trwało przerywane jedynie szuraniem samego ducha. Nieskrępowany, choć zadziwiony obrzucił salę ironicznym spojrzeniem, uniósł brew i zaczął odsypywać kawowe ziarenka do przypalania.
       - Ty… - Ktoś drżącym głosem spróbował po chwili powiedzieć coś mądrego, lecz poległ.
       - Nie żyje?
       - Co się stało?
       - To przez tych przybyszów?
       Podejrzliwe szepty poniosły się po sali, a Lucy niewzruszenie pracował nad kawą. Przez chwilę miał wrażenie, że przesypuje nie części roślinne, a rozumy własnych współbraci. Czy kiedyś przestanie go szokować to co z nim robią i co nadal są w stanie wymyślać?
       - O duchu!… - Jeden bardziej nawiedzony elf zbliżył się z namaszczeniem do lady. - Powiedz nam… przybyłeś się zemścić?
       ,,Żartujesz prawda?”
       Lecz on nie żartował.
       - Przybyłem - Lucy zaczął, a widownia wstrzymała oddech. - ...by zrobić kawę. A kto nie wypije zostanie przeklęty. Na wieki.
       Jęki zdziwienia i zgrozy zlały się w jeden szmer, ale w końcu któryś odważny podkradł się do kawiarza i dźgnął go palcem w ramię. A potem raz, drugi, trzeci.
       - Ależ! Ty żyjesz!
       - Tak. A kto nie wypije zostanie przeklęty - potwierdził Lucy skinąwszy głową. Podobało mu się bycie upiorem przez te parę chwil. Miał nadzieję, że zostawią mu moce do rzucania klątw, bo pasowała mu do osobowości. Miło by było tak czasem magicznie uprzykrzyć komuś życie i posiać odrobinkę terroru czy trwogi.
       - W takim razie dlaczego… - Dźgający spojrzał na falujące kosmyki długiego futra wilka i umilkł. Ponownie zapadła cisza, gdy nie mający własnych spraw mieszkańcy poczęli dopowiadać sobie w myślach niestworzone bajki i historie. Zaraz potem rozległ się szurgot odsuwanych krzeseł - faceci jak jeden mąż wstali, wyprostowali się i zaczęli zdejmować własne koszulki, koszule, poncza i okrycia z samych nawet korali. Co mieli, ścisnęli w dłoniach czy rzucili na stół, w imię jedności z białofutrym baristą i jego niezidentyfikowanym planem. Także nieśmiały tygrysołak silnie wyrazić pragnął te uczucia, ale że nie zakrywał niczym torsu to w ramach solidarności ściągnął spodenki i powiesiwszy je na oparciu krzesła, stanął, dumnie prezentując… swoją przyjaźń i oddanie.
Fascynujące.

       Chyba nigdy nie przestaną go zadziwiać. Ile będzie mieszkał na tej wyspie tyle będą mącić mu w głowie. Łatwo było przy takich czuć się wiecznie młodym. Tylko czego chcieli? Obnażeni mężczyźni patrzyli na niego wyraźnie wyczekująco. Cywilizowany były arystokrata mógł tylko improwizować - na tym w dużej mierze polegało jego życie tutaj.
W końcu zostawił kawę i nadal nie do końca pojmując w centrum czego właśnie się znalazł, uniósł do góry rękę w zwycięskim geście.
       Lud zaryczał, hucząc wiwatami na cześć wiadomego niczego i koszule zostały rzucone. Pod sam sufit. Oglądająca to z boku Louise zaśmiewała się tak, że nie mogła latać, kobiety podziwiały własnych mężów, a niektóre pozdejmowały kokosy. By nie być gorsze.
       W tych cudnych okolicznościach przyrody przyszło wilkołakowi przyrządzać kolejne zamówienia, specjalne ,,nagie kawy”, które nie istniały do tego właśnie momentu.
       Niech to szlag, chyba kochał tę wyspę.

       - Nill - nagle coś szepnęło z tyłu. Lilka jak zwykle pojawiła się niespodziewanie. - Nie chcę przerywać ci pracy, nasza pierwsza damo, ale na zewnątrz…
Avatar użytkownika
Lucy
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Kana, Funtka, Mansun, Daro, Maka, Noa, Kito, Nutria, Kuna, Lotta, Rosa, Vinny,
Rasa: Wilkołak
Aura: Czytanie tej emanacji okaże się przyjemne i kojące niczym spacer po plaży. Zamknij więc oczy i poczuj ją wszystkimi zmysłami. Pozwól by piasek przesypywał się pod Twoimi bosymi stopami, swoim aksamitem pieszcząc skórę. Dopiero teraz otwórz oczy i naciesz je połyskującymi w słońcu ziarenkami. Nie bój się, weź piasek w ręce. Przyjrzyj mu się uważnie, gdyż nie jest tak monochromatyczny jak mógłby się wydać na początku. Pozwól cynkowym drobinkom przepływać między swoimi palcami i dostrzeż tańczące wśród nich platynowe kruszyny, które giną wśród mniej szlachetnego metalu. Zwróć uwagę na złocisty pył przemykający w kaskadach osypujących się z Twych dłoni. Zachwyć się smużkami artystycznej miedzi, nietypowej w swej dziedzinie, niepodobnej żadnej innej i niespodziewanej, która zaskoczy cię swą obecnością w takim połączeniu. Na koniec pozwól by kontrast morskiego barachitu sięgnął i opłynął Twe stopy, gdy wędrujesz brzegiem. Teraz czas byś opuścił plażę. Udaj się na plantację kawy, której obsydianowy połysk kusi na horyzoncie. Wejdź w wąskie kręte alejki, pozwól im się poprowadzić. Początkowo przywita Cię tu wyraźny zapach mokrej ziemi, szybko jednak z pod niego zacznie się przebijać aromat świeżo palonej i mielonej kawy. Nie wahaj się, pozwól by pośród całkowitego bezdźwięku, wabiący aromat wyprowadził Cię z pośród krzewów. To właśnie na skraju gąszczu, czeka na Ciebie filiżanka idealnego espresso. Na śnieżnobiałej serwetce, której materiał jest giętki i miękki w dotyku, stoi równie biała porcelana. Weź do ręki kunsztowną filiżankę, szanując jej cienkie i ostre krawędzie. Doceń doskonałą ceramikę, która jest gładka i nieskazitelna, ale też przede wszystkim twarda mimo swojej kruchości. Spójrz na czarny parujący napar. Teraz możesz wziąć upragniony łyk kawy. Na początek wyda Ci się znacząco lepka, może nawet za bardzo. Zaraz potem zdziwi Cię jej intensywna łagodność. Nie będzie to jednak koniec niespodzianek. Przy kolejnym łyku poczujesz delikatne słonawe nuty ukryte w głównym smaku. Na koniec degustacji spotkasz też subtelną kwaskowość, zarezerwowaną tylko dla wybranych. Wtedy też ockniesz się, żałując, że podróż tak szybko się zakończyła.
Wygląd: Najpierw się przedstawię: jestem Lili - piękna kotołaczka i dobra znajoma Lucy’ego, którym się zainteresowaliście. Korzystając z okazji, że mam do kogo otworzyć pyszczek powiem wam wszystko co wiem o moim przyjacielu.

Lucy, choć pokazuje się swoim gościom głównie pod postacią wilkołaka ma także swoją ludzką, oryginalną formę. My, jego przyjaciele i najwierniejsi ...
(Więcej)

Postprzez Kaikomi » N sty 13, 2019 11:13 am

        Siedzący w sadzawce tryton szybko się zorientował, że tego dnia nie miał szczęścia do towarzystwa - w zajeździe nie było innych trytonów, nimf czy chociażby zwykłych mieszkańców wyspy, którzy lubili tak jak on moczyć się w sadzawce. A że chodzenie do karczmy by siedzieć samemu kompletnie mijało się z celem - a już na pewno z charakterem Nohei - zdecydował się opuścić to miejsce. To znaczy sadzawkę, nie lokal Lucy’ego. Gdy więc reszta była zajęta bardzo egzotycznymi gośćmi, on podciągnął się na rękach i usiadł na brzegu sztucznego zbiornika. Z lekkim wysiłkiem pokonał opór wody i wyciągnął z niej ogon, po czym z plaskiem uderzył płetwą o ziemię obok niego. Chwilę trwało, nim łuski zaczęły blednąć i przemieniać się w skórę na dwóch bladych w porównaniu do żywego turkusu nogach. Szczęściem jubiler nadal miał na sobie swoją spódniczkę z trawy, która choć mokra, nadal zasłaniała co trzeba i nie gorszyła tych, którzy mimo mieszkania na Lariv mogliby się jeszcze widokiem nagiego młodzieńca zgorszyć.
        Gdy już Nohea mógł stanąć na nogach, podszedł do niemego młodzieńca, którym zajmowały się w tym momencie same kobiety. Kerion był na tyle przytomny, by zwrócić uwagę na trytona, a gdy tylko go spostrzegł, zaraz stanął do niego twarzą i skłonił się lekko w jasnym wyrazie wdzięczności.
        - Drobiazg - zapewnił z uśmiechem jubiler. - Jak tam się czujesz?
        Kerion podniósł dłoń w szeroko rozumianym geście “w porządku”, co wywołało jeszcze szerszy uśmiech na twarzy trytona.
        - Wybacz tę sytuację sprzed chwili, wyszło niezręcznie, ale to nie było celowe - zapewnił go, bo nie wiedział, czy do chłopaka nie dotarła jego wątpliwa sława jako tego, który kochał inaczej. On jednak nie był tym specjalnie przejęty, ale i tak skinął głową na znak, że wybacza. A że została przy nim jedynie jego domniemana siostra, bo elfia tancerka gdzieś się ulotniła, tryton poczuł się w odpowiedzialności, by chłopakiem się zaopiekować. Bez żadnych podtekstu, o które można by go podejrzewać.
        - Może chodźmy gdzieś usiąść? Ach, tak: jestem Nohea, miło mi was poznać - zapewnił, wyciągając rękę na powitanie. Nastąpiła w tym momencie sytuacja dość niezręczna, gdyż dziewczyna chyba nie wiedziała o co chodzi, a chłopak stał sztywno, ewidentnie nie chcąc podać dłoni trytonowi. Klepnął jednak swoją towarzyszkę lekko w ramię i wykonał drugą dłonią jakieś dwa szybkie gesty.
        - Aha! - zakrzyknęła ze zrozumieniem kobieta i w końcu jubilerowi rękę podała. - Pani Rani - przedstawiła się, jeszcze dobitnie wskazując na siebie palcem, jakby ktoś miał mieć wątpliwości czy to było jej imię. Później wskazała przemoczonego chłopaka. - Kerion.
        Rzeczony Kerion z uśmiechem skinął trytonowi głową. We trójkę udali się nie do wnętrza karczmy lecz na dwór, by tam usiąść na jakiejś ławeczce, lecz jakoś w połowie drogi mroczny młodzieniec wyraźnie czymś się zaniepokoił. W mowie gestów “odezwał” się do swojej towarzyszki, a ona odpowiadała mu świergotliwym językiem, ignorując zupełnie to, że towarzyszący im Nohea może nic nie rozumieć. Rozmowa między nimi jednak trwała i trwała i chyba nie przynosiła żadnego skutku, bo Kerion zaczynał się niecierpliwić i coraz częściej rozglądać z niepokojem. W końcu tryton również się zniecierpliwił.
        - Wszystko w porządku? - wtrącił się.

        Kaikomi gdyby tylko była chociaż odrobinę asertywna albo stanowcza, na pewno starałaby się jakoś wyrwać złotowłosemu marynarzynowi. Wcale nie chciała z nim iść, ani trochę nie miała na to ochoty. Trieli od początku wywoływał w niej niechęć i podświadomy niepokój i nie była to jedynie kwestia jego zachowania. Oczywiście nie robił niczego nadzwyczajnego, po prostu był jednym z dziesiątków marynarzy, którzy po całych tygodniach czy nawet miesiącach spędzonych na morzu podrywali wszystko co się ruszało, a już w szczególności dziewczyny pracujące w karczmach czy na straganach z jedzeniem. On był jednak inny, lecz niestety syrenka nie umiała określić co konkretnie jej w nim nie grało. Wydawał jej się groźny. To jak się zerwał gdy wybuchnęły te pomarańczowe kuleczki… Był wtedy jak rozjuszony byk, nic w nim nie zostało z tego wesołego podrywacza, który wdzięczył się do Shantti.
        Niestety syrenka była tak delikatna i nieśmiała, że nie było szans, aby sama wyrwała się Trielemu. Ba, nawet nie prosiła nikogo o pomoc, choć można to było zwalić na karb zupełnej dezorientacji, gdy starała się nadążyć za długonogim mężczyzną i jednocześnie na nikogo nie wpaść, no bo to przecież goście, nie wypada na nich wpadać. Zresztą czy było o co robić raban? Nie wyglądał na złego ani nie groził jej, wręcz poprosił ją o chwilę rozmowy… Tylko czemu na zewnątrz?!
        - Nie możemy w środku? - mruknęła syrenka, lekko się zapierając, ale on tego pewnie nawet nie poczuł, bo przewyższał ją masą i siłą.
        - To nie zajmie długo - oświadczył marynarz, nawet przez moment nie zastanawiając się nad inną odpowiedzią.

        Chwilę później jednak sytuacja uległa nagłej zmianie i to o pół obrotu. Kaikomi była równie słaba w odmawianiu jak i w konspiracji, dlatego nie dało się nie zauważyć, jak gapiła się nad idącą w ich stronę Minao. Trieli momentalnie dostrzegł spojrzenie syrenki i zerknął za siebie, a gdy dostrzegł minotaurzycę z toporem, wyprostował się, ale znowu utkwił spojrzenie w Kaikomi. Zamierzał bezczelnie zignorować intruza, ale niestety, zadanego bezpośrednio jemu pytania nie mógł puścić mimo uszu. Wywrócił oczami.
        - Dziękuję, poradzimy sobie - odparł uśmiechając się niby miło, ale widać było, że maskuje w ten sposób gniew. - Chcieliśmy tylko w spokoju porozmawiać. Bez gumowych uszu - dodał, mówiąc tak głośno, jakby już wiedział, że ktoś podsłuchuje zza progu albo chowając się pod oknem.
        - Odnoszę wrażenie, że traktujecie mnie jak wroga. Naprawdę, nie chcecie bym się taki zrobił… - ostrzegł z pewnym smutkiem w głosie. - Dobrze jednak, karty na stół. Skąd miałaś to pudełeczko? - zapytał syrenkę być może troszeczkę za ostrym tonem.
        - Od przyjaciela! - pisnęła syrenka, postępując pół kroku w stronę Minao, jakby chciała się za nią schować.
        - A on miał je skąd? - drążył Trieli.
        - Mówił, że znalazł! Że zgubił je ktoś w ubraniach podobnych jak te Keriona.
        - Yhm… - mruknął marynarz, zakładając ręce na piersi z taką miną jakby właśnie syrenka połknęła jego haczyk. - I ani ty ani on w ogóle nie zdajecie sobie sprawy co to jest i kto to zgubił?
        - No nie! - pisnęła syrenka, tym razem tupiąc nogą z nerwów. - Gdybyśmy wiedzieli czyje to, oddalibyśmy właścicielowi, a nie pytali was!
        - Chyba, że specjalnie wam zależało, by trafiło do nas - zauważył chytrze marynarz, nachylając się by patrzeć syrence w oczy. - Znalezienie takiego przedmiotu przypadkiem na ulicy to bardzo wygodna wymówka, ślicznotko.
        - To wcale nie wymówka! Po co miałabym mu to dawać, gdybym wiedziała, że wybuchnie? Wyrzuciłabym to do sadzawki!
        Trieli spojrzał na Kaikomi bardzo uważnie, jakby zastanawiał się czy ona naprawdę nie wie co mówi czy może blefuje. Nieśmiała syrenka kuliła się pod jego spojrzeniem, ale chyba było w jej postawie coś, co przekonało marynarza, bo w końcu odpuścił i wyprostował się.
        - To... co to było? - zapytała nagle bardzo odważnie pani Wassley, lecz marynarz natychmiast prychnął. ,
        - Nie twoja sprawa - oświadczył i jakby nigdy nic wrócił do środka, towarzystwo obrzucił jednak takim spojrzeniem, jakby dawał im subtelnie do zrozumienia, że im nie uwierzył i zamierza im patrzeć na ręce.

        Okazało się, że specyficzne rodzeństwo bez towarzystwa Trielego było znacznie bardziej wyluzowane niż do tej pory. Na pewno na ich korzyść działał również alkohol, jaki wypił Kerion i to, że Nohea miał w sobie tyle uroku, że mógłby nim obdzielić kilka osób i jeszcze by mu zostało.
        - Czyli jednak znacie właściciela tych kuleczek? - upewnił się po raz kolejny tryton. Mroczny młodzieniec pokiwał głową.
        - I wiecie co to jest? - Znowu kiwnięcie zgody. - To czemu doszło do tego… Pożaru, powiedzmy?
        Kerion prychnął i obrócił głowę, jakby głupio było mu przyznać się do błędu. Do tej pory porozumiewał się z trytonem albo kiwając głową, gdy pytanie było odpowiednio zadane, albo na migi pokazując co ma na myśli. Pani Rani towarzyszyła im jak wyjątkowo ładny dodatek, bo nie rozumiała języka, jakim posługiwał się chłopak w spódniczce z trawy, rozumiała więc tylko tyle, ile pokazywał mroczny młodzieniec.
        - No powiedz o co chodzi, skąd to się wzięło - zachęcał niezrażony tryton.
        Kerion westchnął. W końcu na migi pokazał jakby trzymał coś w ręce i wykonał nad tym gest typowy dla wiejskich iluzjonistów, a na koniec rozrzucił ręce w symbolicznym wybuchu.
        - To było zaczarowane? Nie, czekaj: to ty je zaczarowałeś? Nie, czekaj, już mam: są magiczne i reagują na inną magię? TWOJĄ magię? - dokończył zaskoczony, gdy Kerion kolejnymi gestami nakierowywał go na prawidłową odpowiedź, a na koniec wskazał samego siebie palcem.
        - Ale po co? - upewnił się mało elokwentnie Nohea. Mroczny młodzieniec śmiało przeciągnął kciukiem po szyi w bardzo jednoznacznym geście.
        - Ktoś chce cię zabić? - zapytał szeptem tryton, choć był tą informacją tak zaskoczony, że prawie by to wykrzyczał. Kerion pokiwał jednak smutno głową, nie pozbawiając go złudzeń.

        Właściciel szkatułki, która była zapalnikiem tej całej sytuacji powoli zmierzał w stronę zajazdu. Wcale nie był przekonany, czy to dobry kierunek - nie przywykł do takiej dziczy i to, że szedł jakąś wąską ścieżynką a nie porządnym brukowanym gościńcem wprawiało go w niepokój. Nie tylko jego zresztą, ale również jego towarzysza, który już raz zdążył zapytać, czy na pewno nie zabłądzili. On również nie był tego pewny. W ogóle cała idea wyprawy do tego zajazdu zdawała mu się być idiotyczna, ale naprawdę to była ostatnia ostoja cywilizacji, której nie sprawdzili. Jednak myśl, że ich zguba mogła znaleźć się tak daleko od portu była tak bardzo niedorzeczna…
        - Jadłeś kiedyś jaszczurkę? - zapytał, a jego z początku zaskoczony tym pytaniem towarzysz szybko pojął co kryło się za tym pytaniem i zaśmiał się.
        - Jesteś nienormalny - oświadczył.
Avatar użytkownika
Kaikomi
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Sanaya, Jorge, Dżari, Skowronek, Yastre, Tioyoa, Kinalali, Widugast, Nikolaus, Ijumara, Rael, Mniszek, Rianell, Sadik, Maximilaan, Rammi,
Rasa: Syrenka
Aura: Kiedy spogląda się w delikatną aurę syrenki na pierwszy plan bezgłośnie wysuwa się kusząca morska głębia błyszcząca nieskalanym odcieniem najczystszego cynku. Niesie ona ze sobą zapach morza; wody, soli i wszelkich żyjątek, dzięki czemu ani przez chwilę nie wydaje się pusta i monotonna. Patrząc na nią można wyciszyć się i odprężyć, lecz w pewnym momencie pokorna zazwyczaj poświata z jasnego szafiru przesłania widok, by ukazać się w pełnej krasie, a następnie spłoszyć się i opaść skromnie na łuski miedzianych, wielokształtnych rybek trącających pyszczkami pochowane na rozległym dnie muszle, które skrywają w swym wnętrzu cenne, barachitowe perły. Można zanurkować w tę otchłań i spróbować wyłowić jedną z nich; miękki piasek stanowiący podłoże dla wodnej przestrzeni uginać się będzie nawet pod lekkim naciskiem; stonowane w swych barwach wodorosty i ukwiały opleść się mogą w okół stóp i nadgarstków lepiąc się przy tym do ciała, a kłujące w opuszki palców nieostrożnie chwytane muszelki są niemal zawsze przyjemnie gładkie i przyciągają wzrok swoim naturalnym, egzotycznym pięknem. Jeśli w usta nabierze się choć odrobinę niematerialnej cieczy od razu stanie się jasne jak kwaśne potrafi być obcowanie z niezwykle wrażliwą kobietą, lecz także jak łagodny może być to smak kiedy okraszony jest szczerą słodyczą.
Wygląd: Przyjemnie się patrzy na Kaikomi. Jej uroda została utrwalona na moment przed tym, gdy z dziewczyny stała się kobietą, ma w sobie wiele świeżości i niewinności i chociaż nie ma jeszcze dorosłych rysów, nikt nie nazwałby jej dzieckiem.
W ludzkiej formie Kaikomi jest niska i dość drobna. Mierzy około 5 i ⅓ stopy (160 cm), a przy tym waży 5 i ⅓ kamienia (ok. 54 kg). Jej ...
(Więcej)
Uwagi: Żona Lucy'ego Wassleya.

Postprzez Shantti » Cz mar 07, 2019 9:59 pm

        Gdy wyszli na zewnątrz, Shantti wstrzymała skrzydlatego dłonią.
        - Ty co wiesz na temat tego pudełeczka? - spytała orientując się, że to w JEGO zakładzie pracy coś takiego się znalazło. Nie dyskutowała jednak na temat przedmiotu, gdy usłyszała głos marynarza. Podeszła na róg budynku, ale nie wyglądała zza niego. Jedynie nadstawiła uszu. Była elfem - dobrze słyszała, nie potrzebowała widzieć. To cisza sprawiała, że należało spojrzeć, a on gadał. I nie tylko on. Pojawiła się jeszcze jedna postać, kobieta o zdecydowanym charakterze i to jeszcze taka, której by najsilniejszy facet nie przegonił, bo wystarczyło jej jedno spojrzenie.
        - Phi, za wroga – burknęła pod nosem Shantti. - Jakby wyciągnięcie nieśmiałej kelnerki sam na sam, aby „cokolwiek z niej wyciągnąć” było tak totalnie przyjacielskie – zakpiła bardziej mówiąc do siebie niż do Irinaia.
        Później serce elfki pękało z każdym kolejnym słowem pracownicy. Jej głosik był tak słodki, uroczy i w ogóle nieskalany żadnym najmniejszym grzeszkiem, że Shantti ledwo wytrzymywała w ukryciu. Nawet jeżeli Trieli wiedział, że ktoś kryje się za budynkiem, ona nie miała zamiaru wychodzić mu naprzeciw. Bo i po co? Tak czy siak porządkował swoje sprawy.
        Głos Kaikomi wzbudził w tancerce wszelką solidarność – zarówno tę kobiecą, jak i tę nakazującą jej chronić delikatny kwiat przed światem albo takimi marynarzami, co to rzadko schodzą na ląd. Była przy nim taka malutka i bezbronna, ale minotaurzyca z siekierą uzupełniała wszelkie oznaki słabości tej sytuacji. Może właśnie dlatego artystka nie pokazała się całej trójce?
        Niestety niczego się nie dowiedziała. Shantti westchnęła nieco zawiedziona tym faktem, po czym oparła plecy o ścianę.
        - Nie wiem o co tu chodzi, ale bardzo chcę wiedzieć – przyznała na głos, a gdy marynarz wszedł do karczmy, wówczas Shantti postanowiła wyjść machając do Kaikomi i... kobiety z siekierą...
        - Hej... - zagaiła wyciągając za sobą Irinaia. - My...
        Tancerka odskoczyła od okna, gdy jedna z koszul uderzyła o szybę. Elfka mrugnęła kilka razy przyglądając się, jak materiał osuwa się w dół odsłaniając przy okazji stado rozebranych gości. Gdzieś jeszcze poleciały dwie połówki kokosów i Shantti straciła na pewności czy była to część serwowanego dania czy też któraś z mieszkanek wioski dała się ponieść wielkim emocjom.
        Z trudem oderwała wzrok od okna i zgrai rewolucjonistów, ktoś w środku zaczął krzyczeć, dyskusja rozpoczęła się na dobre.
        - Macie absolutną rację... - powiedział ponuro miejscowy stary leonid. Był jednym z tych dziwaków, którzy całymi dniami siedzieli w rogu knajpy z ponurą miną i zawsze pił, jadł to samo. O tej samej godzinie. I z nikim nie rozmawiał.
        - Macie rację! - krzyknął zrywając się na równe nogi. - Czas zrobić coś ze swoim życiem... - zakaszlał staruszek. - Wrócę do swego kraju! W imię ojczyzny! W imię mego honoru, wrócę na pustynię! Tam są korzenie mojego rodu! Jak... jak łatwo zapomnieć... - zadrżał, po czym sam zerwał koszulę i zawył machając nią niczym kowbojskim lasso.
        - REWOLUCJA! OCALENIE! WOLNOŚĆ!
To właśnie usłyszała elfka, która niepewnie podeszła do pracownic zakładu. Z drzwi zajazdu wyleciał stary i posiwiały leonid, który nie mógł pochwalić się krzepą albo chociaż jędrną skórą. Pomarszczony niczym skorupa orzeszka wyskoczył śmiejąc się do nieba i głosząc stare prawdy o tym, że kraj potrzebuje odrodzenia.
        Na krótką chwilę zapadła cisza. Shantti nie mogła cofnąć czasu ani wymazać z pamięci obrazu gołego staruszka biegającego okrakiem po okolicy. Bardzo chciała oderwać wzrok, ale z drugiej strony trudno było nie spoglądać na coś tak... rewolucyjnego.
        - Wybacz... - bąknęła powoli przenosząc spojrzenie na syrenkę. Był to zdecydowanie milszy widok.
        - Wybacz, że się kryliśmy, ale miałam jakieś złe przeczucia wobec... niego – wyjaśniła. - A Irinai miał mi w razie czego pomóc – zaczepiła skrzydlatego lekkim kuksańcem.
        - Wolałam się upewnić, że nic ci nie grozi... ot, dmuchanie na zimno. – Wzruszyła ramionami. - Jednak niepotrzebnie. – Uśmiechnęła się pogodnie w stronę minotaurzycy, która swoją drogą też była dla uszatej nowością.
        - My się chyba nie poznałyśmy, tak oficjalnie – zauważyła tancerka. - Shantti, bardzo mi miło. Będę tu dłużej niż zakładałam więc przyjemnie byłoby poznać więcej cudownego personelu tego zajazdu – słodziła, choć niekłamliwie elfka.
        - Myślę, że więcej ma języka w gębie niż odwagi na konkretny ruch – rzuciła do syrenki. - Nie ma się co nim przejmować, wracajmy do środka... Choć nie jestem pewna czy to dobry pomysł... - zastanowiła się, gdy niechybnie w jej głowie pojawił się obraz starego leonida.
        Shantti przepuściła przodem syrenkę, o ile naturianka nie chciała wejść zapleczem, ale nim weszła do zajazdu spojrzała za siebie. Ujrzała kolejnych nieznajomych, którzy stylem byli całkiem podobni do tej dziwnej trójki w środku. Elfka zmarszczyła brwi i weszła do zajazdu.
        Tam zaś zaczepiła marynarza, który, jak się okazało, nie zbliżył się od razu do stolika. Prawdopodobnie wstrzymany powoli rozrzedzającym się tłumem futrzaków.
        - Trieli... - zagaiła. - Mówiłeś, że dzisiaj wracacie, prawda? - spytała napotykając jego spojrzenie.
        - Albo zjawili się wasi przewoźnicy, albo doszli kolejny znajomi. Tak zakładam, bo mają podobne stroje co wy – dodała wskazując na otwarte drzwi, przez które widać było zbliżających się gości.
Avatar użytkownika
Shantti
Szukający drogi
 
Inne Postacie: Frigg, Niviandi, Kvaser, Francine, Kavika, Wiladye, Namir, Pliszka, Cedr, Paank, Ruu, Grelia, Lasse,
Rasa: Pustynny elf
Aura: Słabo dostrzegalna aura kobiety otula ją niezwykle gładkimi lecz wytrzymałymi, przewiewnymi skrawkami lekkiej tkaniny nieskrępowanie tańczącymi wraz z każdym jej ruchem, wyginającymi się i układającymi w fantazyjne wzory. Mienią się one kolorami soczystej miedzi i kuszącej cyny, a gdzieniegdzie błyszczą upominająco zmatowiałym kobaltem, co wraz ze szmaragdową poświatą sprawia, że trudno oderwać od nich wzrok. Towarzyszy im zapach rozgrzanego piasku i kurzu unoszącego się na pustyni, co wspaniale współgra z ciepłem, które emituje aura i odległym zawodzeniem upiorów, które zdają się błąkać po bezkresnych piaskach w poszukiwaniu odkupienia. Gorzki smak łączy się z kwaśnym, a lepkość nie pozwala szybko ich przełknąć i o nich zapomnieć - ta emanacja wręcz upomina się o poświęcenie jej czasu i uwagi, zupełnie jakby chciała oderwać czytelnika od wszelkich przyziemnych spraw.
Wygląd: Shantti nie należy zaliczyć do wybitnie szczupłych kobiet, ale w jej przypadku wcale nie jest to ani trochę wadą! Ma ciało bogate w kobiece krągłości. Jest pełna, wypukła i wklęsła tam, gdzie powinna i na każdym możliwym calu. Wielu więc przywodzi na myśl skojarzenie „idealnej tancerki brzucha”, przy czym osoby te nie są w błędzie. Figura jej mieści się w określeniu ... (Więcej)

Postprzez Lucy » Pn mar 11, 2019 7:46 pm

        Irinai podążał za elfką bez słowa sprzeciwu - liczył na jej intuicję, a i zwyczajnie szybko podejmująca decyzję kobieta nie dawała mu czasu na reakcję. Był jak zabawka na sznurku, i nawet w tym momencie nie za bardzo przydatna. Widocznie nie dadzą mu dwa razy z rzędu stać się obrońcą Kaikomi i musiał teraz jak tchórz stać za budynkiem i słuchać. A może gdyby się wtrącił…?
       - Nohea znalazł je gdzieś na drodze. Wypadło obcym w dziwnych strojach. Pokazał mi je… Może… - Nie zdążył zaproponować, że stanie przed marynarzem i potwierdzi słowa pani Wassley, kiedy oburzająca wymiana zdań została ucięta. Czuł się głupio. Wyzwany powinien pokazać się im od razu! A jednak nie chciał psuć planu Shantti…


       Mina tymczasem z powątpiewaniem lustrowała blondyna od stóp do głów. Nie wierzyła mu. Właśnie dlatego, że czuła, że jest niebezpieczny postanowiła stanąć u boku koleżanki i trwać tak aż blondyn odpuści albo niechcący zetnie mu głowę. Bo nie planowała tego oczywiście, ale ,,nie chciała, aby taki się stał”. Taki - czyli wrogi. A jak temu zapobiec? Szczerość i uległość Kaikomi nie podziałały. A trzeba powiedzieć, że krówka nie znała w zajeździe osoby, która miałaby obie te cechy naraz tak rozwinięte jak syrenka właśnie. Skoro więc facecikowi to nie wystarczało to chyba były bezradne.
       A toporek świerzbił.
       Szczęściem tyle ile siły, miała w sobie Mina także spokoju i nawet nie komentowała poczynań blondyna. Nie spuszczała z niego jednakże głębokiego spojrzenia o ostrzegawczej iskrze. Postąpiła krok w stronę Wassleyowej aż właściwie zetknęły się bokami. Tyle, że jedna się kuliła, a druga wyprostowała za obie.
       Obie chyba jednak bały się blondyna tak samo - choć kto by to stwierdził? Na twarzy Minao chyba nigdy nie gościł strach, a oczy pozbawione były lęku. To, że potężne, stoickie ciało wypełniała młodziutka dziewczęca dusza umykało zazwyczaj uwadze obserwatorów. I nikt nie dałby głowy, że wiedziona jak najlepszą wolą nie zamachnie się na napastnika raz a za dobrze.
       I nie tylko ona w tej słonecznej krainie.

       Bo goście na Lariv dzielili się na dwa typy:
       Przyjaznych...
       I zaginionych.


       - I tak straciliśmy kolejnego stałego klienta. - Lucy popatrzył beznamiętnie za rozgogolonym leonidem wypadającym w podskokach, ale westchnął przeciągle. Ta dopiero zaczęta rewolucja powoli przestawała mu się opłacać.
       - Jak kocha to wróci. Serio myślisz, że odpłynie?
       - Zależy czy bardziej kocha nas czy ojczyznę… ja tam bym nie zrezygnował z kawy dla rewolucji, ocalenia czy tam wolności… proszę, już gotowe.
       - Aha… Patrz! Wraca!
       Faktycznie, w szeroko otwartych drzwiach zamazanych wrzawą pojawiła się znajoma sylwetka. Wilk miał się do niego pofatygować na zewnątrz, ale ostatecznie Minao i Irinai byli dostateczną ochroną dla Kaikomi. Marynarza wypatroszy się później - może zdąży zamówić jeszcze jedną kawę?
       Zerknął na blondyna znudzonym wzrokiem, po czym wrócił do filiżanek, ignorując chama. Zastanawiał się jednak jakie kłopoty przyciągnie za sobą togowata trójka. Choć jeśli miał być szczery, nie miał za wiele do zostawionej pod opieką Nohei dwójki. Dobra, byli nienormalni - ale bez marynarza zachowywali się nawet w porządku.
       Tylko dlaczego mroczny milczek opleciony był w jego koszulę?
       Pokręcił głową. Lepiej nie wiedzieć. Spokojnie więc krzątał się na swoim stanowisku, choć ktoś co chwila wydawał z siebie okrzyk bojowy lub wchodził na krzesła gotów zmieniać świat. A pomiędzy uniesionymi rękami, grzywami, torsami i krzykami latały niepostrzeżenie wróżki; to coś zbierając, to przesuwając, to widząc…
       Stąd Lucy wiedział co działo się na dworze.


       Kiedy elfka wyszła zza rogu, Irinai pospiesznie uczynił to samo. Było mu jednak wybitnie głupio i twarz miał całą w purpurze - jak wytłumaczy Kaikomi i Minao, że zachował się jak nieopierzona ciota i nie zjawił się na wezwanie marynarza? Powinien był od razu tutaj przylecieć i własną piersią zasłonić obie kobiety. Taki był jego obowiązek! I co?
       Spuścił głowę i unikając patrzenia im w oczy stanął obok Shantti. Ta kobieta była bardziej męska od niego. Sama wyjaśni wszystko lepiej, on będzie im tylko przeszkadzać…
       Nie mógł jednak powstrzymać chęci podniesienia wzroku na Kaikomi, a gdy zobaczył jej wystraszone oczy, sumienie rozerwało mu serce. To jego wina!
       Pragnął rzucić się i przepraszać, ale trudno było mu wydobyć z siebie odpowiednie słowa. Wyciągnął jedynie rękę, jakby chciał ująć syrenią dłoń i podarował jej pokorne spojrzenie spod czarnych pasm włosów. Gdyby tylko znalazła się w niebezpieczeństwie, on…
       Niemal odskoczył, gdy koszula pacnęła o szybę, a rozłożone błyskawicznie skrzydła roztrzepały włosy tancerce. Spiął się przybierając pozycję bojową i zastygł tak, gdy leonid wypadł na podwórze. Powiódł wzrokiem za jego krzykami, a otwarte usta dobitnie zdradzały, że jest nie mniej zszokowany niż Shantti. Naprawdę, ta wyspa… był wdzięczny, że może tu żyć, ale co do jasnego pióra się tu wyprawiało!?

       - Och, to wy - lakonicznie stwierdziła krówka odkładając narzędzie na ziemię i oparła się o nie wdzięcznie. - Nic się nie stało, ale dobrze że byliście… Widzę, że zgadzamy się co do tego pana. - Uśmiechnęła się do Shantti, choć nie był to uśmiech otwarty. Minao w przeciwieństwie do rozbuchanej Lili i poddańczego Irisia zachowywała zdrowy dystans przy każdej obcej osobie. Za to pokojowo wyciągnęła dłoń o rozrośniętych kopytnych paznokciach i przedstawiła się elfce:
       - Minao. Miło mi. - Uśmiechnęła się ponownie, tym razem cieplej i miło zaskoczona przyjęła komentarz odnośnie blondyna. Szkody tylko, że nie sądziła, by był trafny…
       Gdy sytuacja się uspokoiła odetchnęła i porozumiewawczo cmoknęła na Irinaia. Nie musiał się obwiniać - Kaikomi i tak się nic nie stało. Po prostu nie było potrzeby, aby ingerował. Wiadomo, że byłby przydatny, gdyby naprawdę coś się wydarzyło.
       - Wracajmy - zaraz poparła pomysł elfki i również puściła Kaikomi przodem.

       Nie do końca tego się spodziewali. Co prawda Leonid dał im przedsmak negliżu panującego we wnętrzu, ale co innego ujrzeć kawałek obrazu, a co innego zostać wciągniętym do wnętrza - chociaż ubrania już nie latały to walały się po podłodze, a paru młodych mężnych zaczęło bawić się w przeciąganie liny z zaplecionych korali. Spódniczki z trawy wirowały na wysokości twarzy, gdy ktoś wdrapawszy się na stolik postanowił ściągnąć czyjeś odzienie z ozdobnego poroża. Wokół grzmiały szepty, a propagandowe hasła zdobiły pachnące kawą powietrze z rozproszonym w nim słońcem. Irinai zatrząsł się lekko, a Mina upuściła siekierkę. Tym razem to ona nie wiedziała na jaki odruch więcej sobie pozwolić. Była zupełnie oszołomiona, gdy trafiła do tego domu wariatów. Wzrokiem poszukała pomocy, ale Berhe i Therundiego nigdzie nie było, więc…
       Już podchodziła do lady i otwierała usta by Lucy’ego zapytać co się dzieje, gdy nagle dotarła do niej, że to co widzi na jego torsie to nie żabot, a jego własne futro. Odchrząknęła panicznie, a gdy ich oczy się spotkały, uniosła ręce w obronnym geście i tyłem wycofała się za drzwi. To było dla niej za wiele.

       Irinai chciał ją zatrzymać, ale ostatecznie uznał, że starsza koleżanka wie co robi. Pozwolił więc sobie zostać sam na sam z Shentti i Kaikomi, choć czuł, że musi donieść Lucy’emu o tym co się stało. Wkrótce też i on zobaczył jego stan (względną nagość) i w nieznanym sobie odruchu zapragnął ściągnąć z siebie koszulkę (bez podtekstów). Takowej od dawna już nie miał, a powstrzymał się od zrzucenia spodni. Musiał jednak zapytać:
       - Coś się stało?
       - Nie, dlaczego?
       - Oni… em… wszyscy…
       - Daj temu spokój.
       - Ale Lucy, ty też…
       - Co?… A! Chcieli mnie spalić landrynką, to dlatego.
       - KTO!? - Chłopak znowu rozłożył skrzydła i był już gotowy do boju. Ktokolwiek urządził zamach na jego szefa pożałuje swoich nikczemnych zamiarów!
       - Nasz drogi przyjaciel, Theru. Możesz go zbić ode mnie, jeżeli masz… widzę, że nie.
       - Ale… ale dlaczego?
       - Nie pytaj mnie, proszę. Chciałeś czegoś.
       - Ach! Chodzi o tego… em... ten blondyn…
       - Tak wiem. Czepiał się pudełeczka?
       - Ee? Skąd?
       - Nohea je znalazł, prawda? Co o nim wiesz?
       - No więc, woli chyba mężczy…
       - Nie Nohea, szkatułka! Skąd ją miał?
       Irinai zaczerwienił się cały i szybko wyśpiewał:
       - Znalazł po drodze. Wypadło jakimś ludziom ubranym podobnie jak… o, chyba tak. - Wskazał palcem zbliżający się tłum podejrzanych klientów. Lucy aż sapnął niechętnie.
       Czyli to to zapowiadał jego poranny ból w uchu.
Avatar użytkownika
Lucy
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Kana, Funtka, Mansun, Daro, Maka, Noa, Kito, Nutria, Kuna, Lotta, Rosa, Vinny,
Rasa: Wilkołak
Aura: Czytanie tej emanacji okaże się przyjemne i kojące niczym spacer po plaży. Zamknij więc oczy i poczuj ją wszystkimi zmysłami. Pozwól by piasek przesypywał się pod Twoimi bosymi stopami, swoim aksamitem pieszcząc skórę. Dopiero teraz otwórz oczy i naciesz je połyskującymi w słońcu ziarenkami. Nie bój się, weź piasek w ręce. Przyjrzyj mu się uważnie, gdyż nie jest tak monochromatyczny jak mógłby się wydać na początku. Pozwól cynkowym drobinkom przepływać między swoimi palcami i dostrzeż tańczące wśród nich platynowe kruszyny, które giną wśród mniej szlachetnego metalu. Zwróć uwagę na złocisty pył przemykający w kaskadach osypujących się z Twych dłoni. Zachwyć się smużkami artystycznej miedzi, nietypowej w swej dziedzinie, niepodobnej żadnej innej i niespodziewanej, która zaskoczy cię swą obecnością w takim połączeniu. Na koniec pozwól by kontrast morskiego barachitu sięgnął i opłynął Twe stopy, gdy wędrujesz brzegiem. Teraz czas byś opuścił plażę. Udaj się na plantację kawy, której obsydianowy połysk kusi na horyzoncie. Wejdź w wąskie kręte alejki, pozwól im się poprowadzić. Początkowo przywita Cię tu wyraźny zapach mokrej ziemi, szybko jednak z pod niego zacznie się przebijać aromat świeżo palonej i mielonej kawy. Nie wahaj się, pozwól by pośród całkowitego bezdźwięku, wabiący aromat wyprowadził Cię z pośród krzewów. To właśnie na skraju gąszczu, czeka na Ciebie filiżanka idealnego espresso. Na śnieżnobiałej serwetce, której materiał jest giętki i miękki w dotyku, stoi równie biała porcelana. Weź do ręki kunsztowną filiżankę, szanując jej cienkie i ostre krawędzie. Doceń doskonałą ceramikę, która jest gładka i nieskazitelna, ale też przede wszystkim twarda mimo swojej kruchości. Spójrz na czarny parujący napar. Teraz możesz wziąć upragniony łyk kawy. Na początek wyda Ci się znacząco lepka, może nawet za bardzo. Zaraz potem zdziwi Cię jej intensywna łagodność. Nie będzie to jednak koniec niespodzianek. Przy kolejnym łyku poczujesz delikatne słonawe nuty ukryte w głównym smaku. Na koniec degustacji spotkasz też subtelną kwaskowość, zarezerwowaną tylko dla wybranych. Wtedy też ockniesz się, żałując, że podróż tak szybko się zakończyła.
Wygląd: Najpierw się przedstawię: jestem Lili - piękna kotołaczka i dobra znajoma Lucy’ego, którym się zainteresowaliście. Korzystając z okazji, że mam do kogo otworzyć pyszczek powiem wam wszystko co wiem o moim przyjacielu.

Lucy, choć pokazuje się swoim gościom głównie pod postacią wilkołaka ma także swoją ludzką, oryginalną formę. My, jego przyjaciele i najwierniejsi ...
(Więcej)

Postprzez Kaikomi » Śr mar 13, 2019 11:18 pm

        Kaikomi nie za bardzo wychodziło udawanie, że wcale się wielkiego blondyna nie boi. Odpowiadała mu niby śmiało i tupała nóżką, ale wystarczyło jedno jego drapieżne spojrzenie, by zaraz się skuliła i cała jej odwaga wyparowała. Całe szczęście miała przy sobie Minao – jej flegmatycznie groźna obecność dawała jej dość poczucia bezpieczeństwa, by nie zeszła na zawał. No i jeszcze sam Trieli najwyraźniej nie był aż tak zacietrzewiony jak bała się syrenka, bo w sumie szybko odpuścił. Pani Wassley co prawda i tak prawie zeszła na zawał, ale mogło być gorzej. Na przykład… Mógłby się pobić z Minao! O nie, to by było straszne… Syrenka lubiła minotaurzycę i co prawda nie wątpiła w jej krzepę, ale wiedziała, że w tym mocarnym ciele skrywa się bardzo delikatna dusza, więc na pewno nie chciałaby jej narażać na bicie się z takim brutalem. Bo nie ulegało wątpliwości, że Trieli był brutalem, to było widać w jego oczach! Miał gładką gadkę i dużo uroku, ale i pewnie sporo za uszami. Całe szczęście to już koniec. No i ta trójka miała wkrótce zniknąć z zajazdu - co za ulga…
        Na miejsce złotowłosego marynarza w jednej chwili wskoczyła elfia tancerka i Irinai, którzy podsłuchiwali całe zajście zza rogu. Kaikomi nie miała im za złe, że się nie ujawnili, gdy Trieli próbował ich sprowokować - ważne, że byli gdzieś w pobliżu, by wspomóc Minao. Bo przecież, że nie ją, ona gdyby sytuacja zrobiła się napięta mogłaby co najwyżej piszczeć albo zemdleć. Wsparcie dla minotaurzycy by się więc pewnie przydało… albo ktoś, kto w międzyczasie ocuciłby syrenkę.
        Wybiegający z Zajazdu nagi leonid sprawił, że pani karczmarzowa najpierw spojrzała za nim z zainteresowaniem, a gdy dotarło do niej, że on jednak na co dzień chodził ubrany, zmieszana obróciła wzrok. Takie to było jej podejście do ubrań i nagości, jakże powszechnej na tej Wyspie - każdemu wedle jego potrzeb. On zresztą była taka sama, bo gdyby ktoś jej teraz kazał zrzucić sukienkę, uciekłaby zaraz do kuchni, by schować się w najciemniejszy z ciemnych kątów, a tymczasem gdy chodziła na plażę, by popływać w Oceanie, nie miała żadnych problemów, by występować całkowicie nago - nawet bez stanika z muszelek. A tego klienta akurat kojarzyła i wiedziała, że chodził raczej ubrany… Oj szkoda, że nie mogła zapomnieć tego widoku.
        - Och! - zreflektowała się nagle, gdy dotarło do niej, że elfka cały czas do niej mówi. Całe szczęście dotarł do niej sens jej wypowiedzi. - Kaikomi Wassley – przedstawiła się syrenka, podając tancerce na powitanie swoją drobną dłoń. – Miło mi cię poznać, Shantti – dodała, ślicznie przy tym dygając.
        - Obyś miała rację - dodała z uśmiechem, zerkając ukradkiem przez ramię w stronę drzwi, jakby jednak wolała się upewnić czy ten złowrogi marynarz tam nie stoi. Później zwróciła się do Minao.
        - Dzięki, że przyszłaś. Chodź, dam ci za to najładniejszego ptysia, jakiego dziś zrobiłam - zachęciła minotaurzycę. - A wy też chodźcie - zachęciła tancerkę i fellarianina, by słodyczami przegonić całą nerwowość tej sytuacji. Zaraz humor jej się poprawił, gdy tym razem to ona mogła się o kogoś zatroszczyć!

        A to co działo się w zajeździe… Może i nie był to dzień jak co dzień, ale kto mieszkał w tym miejscu wystarczająco dużo czasu, tego nie dziwił widok takiego cyrku wariatów. Coś jakby festyn piwny powoli przeistaczał się w orgię, bo wszędzie walały się ubrania i części bielizny. Tuż obok drzwi Toa podsadzała Tao, by ta mogła zdjąć z futryny czyjąś spódniczkę, Kropelki jednak były przy tym tak rozchichotane, że chyba nie robiły tego z dobroci serca, a raczej żeby wziąć odzienie za zakładnika i droczyć się z właścicielem. Pytające spojrzenie Kaikomi ich nie zniechęciło.
        - To jest Kaia - wyjaśniła Toa, mrugając porozumiewawczo, chociaż syrenka nie kojarzyła który to był ten ich Kai i dlaczego tak zabawne miało być podbieranie mu ubrań.
        - Och, Mi… Minao? - jęknęła syrenka, gdy zauważyła, że minotaurzyca się wycofuje. No tak, dla jej delikatnej natury to było za wiele… Syrenka będzie musiała więc zanieść jej ptysia do jej komórki. I jeszcze zaparzy jej herbatkę. Fiołkową albo z bzu. I z wanilią!

        - Słucham cię, piękna? – Trieli jakby zupełnie nie pamiętając swojego zachowania sprzed karczmy był dla Shantti tak miły jak do tej pory. Odwrócił się do niej spokojnie, gdy go wezwała i nawet lekko się uśmiechał.
        - Technicznie rzecz biorąc w nocy – przyznał, gdy zapytała go kiedy wracają. Oczy mu się świeciły, jakby spodziewał się, że za tym pytaniem kryje się jakiś przyjemny dla niego plan. Mina mu jednak trochę zrzedła, gdy elfia tancerka wspomniała o przewoźnikach.
        - Że niby jak? – mruknął z niezadowoleniem. Podniósł wzrok na otwarte drzwi na zewnątrz, ale te były akurat zastawione przez cofającą się rakiem Minao. Chwila, czy on… węszył? Tak to wyglądało, bo nagle zaczął zupełnie inaczej oddychać.
        - Muszę coś szybko załatwić – oświadczył nagle. – Digiali jest gdzieś koło sadzawek, mogłabyś go znaleźć i przekazać, żeby się nie rzucał w oczy? Będę bardzo wdzięczny – dodał. Widać było, że bardzo mu na tym zależało, dlatego starał się być miły. Niemniej faktycznie czas go musiał bardzo naglić, bo już zaczął powoli obracać się w stronę wyjścia z zajazdu i już, już się do niego zbliżał. Potrzebował tylko jakiejkolwiek odpowiedzi tancerki, by móc ruszyć bardzo szybkim marszem na zewnątrz, potrącając przy tym kogoś po drodze.

        Nohea i Kerion świetnie się ze sobą dogadywali, choć ich rozmowa szła wolno i bardziej przypominała zgadywanki niż normalną konwersację. Tryton miał jednak typową naturę mieszkańca tej wyspy, na której żyło się bez pośpiechu i bez zbędnych nerwów – nie miał tego dnia nic pilnego do zrobienia, cudzoziemiec był bardzo ciekawą personą i choć myśli wyrażał wolno, warto było na nie czekać. Zresztą jubiler świetnie się przy tym bawił, odgadując z ruchów dłoni kolejne myśli mrocznego młodzieńca ubranego w koszulę Wassleya.
        - Ale czekaj, czekaj, bo nie rozumiem nadal… Czemu ktoś miałby chcieć cię zabić? – nie ustępował Nohea. Nie było to przesłuchanie, bo okazało się, że obdarzony uwagą i cierpliwością (a przede wszystkim lekko pijany) Kerion był całkiem chętny, by o sobie opowiadać. Poza jednym wyjątkiem: wyraźnie coś kręcił w kwestii pobudek tych domniemanych morderców czyhających na jego życie. Najpierw w ogóle próbował zbyć ten temat niedbałym machnięciem ręki, ale kiedy przejęty tryton naciskał, dalej machał ręką, lecz tym razem wyrażając w ten sposób „nie zrozumiesz”. Jubiler był jednak uparty – deklarował chęć pomocy, ale musiał do tego znać prawdę.
        - Już tyle zdołałeś mi przekazać w ten sposób, że na pewno i to dasz radę – naciskał łagodnie Nohea, gdy Kerion przyjął nową taktykę i udawał, że nagle pantomima wychodzi mu znacznie gorzej niż do tej pory. Widać było jednak, że on naprawdę miał w tym wprawę - musiał nie mówić już od bardzo dawna, o ile nie od samego urodzenia.
        W końcu mroczny młodzieniec ustąpił. Pokazał coś, co wyglądało jak dwa pagórki i krzyżując palce wskazujące zasugerował konflikt między nimi. Później wskazał jeden z pagórków, siebie i na koniec palcami zakreślił coś jakby falbankę nad swoją głową. Nie musiał nic dodawać – Nohea w mig pojął co ten chciał mu przekazać i aż zachłysnął się popijaną wodą kokosową.  

        A tymczasem po drugiej stronie karczmy Trieli wyszedł przed karczmę i stanął naprzeciw dwóch jegomościów, którzy nadeszli spomiędzy zarośli. Stał szeroko na nogach, lekko pochylony do przodu w jawnym ostrzeżeniu, że jeden fałszywy ruch a zaatakuje. Warknął coś w tym języku, którego używała również Pani Rani, a jego słowa zostały przyjęte przez przybyłych z wielkim zaskoczeniem. Spojrzeli po sobie, po czym jeden z nich wezwał go po imieniu i zaczął do niego mówić pojednawczym tonem. Póki mówił było w porządku, lecz wystarczyło, że zrobił jeden krok w stronę marynarza, a ten zaraz przerwał mu ostrzegawczym okrzykiem. Gdy przybysz zrobił jeszcze jeden krok, Trieli krzyknął jeszcze raz.

        - A nie wydaje ci się, że to głupi zbieg okoliczności? - zapytał Nohea. - No wiesz, że on zareagował zbyt histerycznie?
        Kerion się dąsał i nawet palcem nie kiwnął, gdy tryton łagodnie perswadował mu zmianę frontu.
        - Sam mówiłeś, że nie jest z waszych stron. Ja wiem, kwalifikacje, długi i tak dalej, ale skoro nie zna waszych sztuczek…
        Nohea był już prawie pewien, że dotarł do mrocznego młodzieńca, gdy nagle usłyszał niezwykle złowieszczy ryk, który skutecznie przerwał mu wątek. Rodzeństwo spojrzało na siebie porozumiewawczo, a po chwili Kerion wykonał szybki ruch ręką, który dla jubilera był niezrozumiały, ale dla Pani Rani aż nadto wymowny. Zaraz złapała go za rękę i pociągnęła w stronę zajazdu.

        Chwilę po tym gdy wszystkie szkła w karczmie zadrżały, a głośny ryk zagłuszył wszelkie rozmowy, przez pełne gości wnętrze przebiegła cudzoziemska para. Pani Rani szła pierwsza, ciągnąc za sobą Keriona. Darła się, jakby wołała “z drogi, bo rozdeptam!”, a jej głos był tak donośny, że każdy przed nią umykał. Chwilę później już ich nie było - wyszli przed front kawiarni.

        A tam się działo. Kolejny krok nieznajomego nie zasługiwał już na żadne ostrzeżenie, tylko na gwałtowną reakcję Trielego. Ten ryknął, jakby był jakimś potworem, po czym właśnie w potwora się zmienił. W smoka konkretnie - dużą bestię z rozłożystymi skrzydłami i złoto-brązowo-miedzianymi łuskami. Przybyli na jego widok pobledli i skulili się odruchowo. Oczywiście, że nie mieli szans z wielokrotnie większą od siebie bestią.
        Całe szczęście nie musieli się z nim mierzyć. Nie wiadomo jednak kto był bardziej zaskoczony - oni czy Trieli - gdy nagle między nich wkroczył Kerion i Pani Rani. Pierwsi ocknęli się przybyli i zaraz padli na kolana, a smok nadal z konsternacją patrzył na mrocznego młodzieńca. Chwilę mierzyli się wzrokiem, po czym Kerion wykonał gest jakby mówił “do nogi”. Trieli momentalnie się przemienił, a mroczny młodzieniec zamigał do niego kilka pośpiesznych słów - aż dziw jak wiele można wyrazić samymi dłońmi, bo nie trzeba było wcale znać tego języka by domyślić się, że chłopak zażądał wyjaśnień i był bardzo niezadowolony. Chwilę tak rozmawiali - Trieli szybko mówiąc w swoim języku, a Kerion machając rękami. W tym czasie Pani Rani poszła porozmawiać z przybyszami, lecz ich wymiany zdań absolutnie nie dało się usłyszeć. Czego jednak się dowiedziała, zaraz wszystko powtórzyła Kerionowi. Widać było jak w młodzieńcu wręcz się gotowało i gdyby mógł wydać z siebie jakikolwiek dźwięk, pewnie darłby się po nich na całe gardło. Pozostało mu jedynie bardzo gniewne machanie rękami i piorunowanie wzrokiem skruszonej pary.
Avatar użytkownika
Kaikomi
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Sanaya, Jorge, Dżari, Skowronek, Yastre, Tioyoa, Kinalali, Widugast, Nikolaus, Ijumara, Rael, Mniszek, Rianell, Sadik, Maximilaan, Rammi,
Rasa: Syrenka
Aura: Kiedy spogląda się w delikatną aurę syrenki na pierwszy plan bezgłośnie wysuwa się kusząca morska głębia błyszcząca nieskalanym odcieniem najczystszego cynku. Niesie ona ze sobą zapach morza; wody, soli i wszelkich żyjątek, dzięki czemu ani przez chwilę nie wydaje się pusta i monotonna. Patrząc na nią można wyciszyć się i odprężyć, lecz w pewnym momencie pokorna zazwyczaj poświata z jasnego szafiru przesłania widok, by ukazać się w pełnej krasie, a następnie spłoszyć się i opaść skromnie na łuski miedzianych, wielokształtnych rybek trącających pyszczkami pochowane na rozległym dnie muszle, które skrywają w swym wnętrzu cenne, barachitowe perły. Można zanurkować w tę otchłań i spróbować wyłowić jedną z nich; miękki piasek stanowiący podłoże dla wodnej przestrzeni uginać się będzie nawet pod lekkim naciskiem; stonowane w swych barwach wodorosty i ukwiały opleść się mogą w okół stóp i nadgarstków lepiąc się przy tym do ciała, a kłujące w opuszki palców nieostrożnie chwytane muszelki są niemal zawsze przyjemnie gładkie i przyciągają wzrok swoim naturalnym, egzotycznym pięknem. Jeśli w usta nabierze się choć odrobinę niematerialnej cieczy od razu stanie się jasne jak kwaśne potrafi być obcowanie z niezwykle wrażliwą kobietą, lecz także jak łagodny może być to smak kiedy okraszony jest szczerą słodyczą.
Wygląd: Przyjemnie się patrzy na Kaikomi. Jej uroda została utrwalona na moment przed tym, gdy z dziewczyny stała się kobietą, ma w sobie wiele świeżości i niewinności i chociaż nie ma jeszcze dorosłych rysów, nikt nie nazwałby jej dzieckiem.
W ludzkiej formie Kaikomi jest niska i dość drobna. Mierzy około 5 i ⅓ stopy (160 cm), a przy tym waży 5 i ⅓ kamienia (ok. 54 kg). Jej ...
(Więcej)
Uwagi: Żona Lucy'ego Wassleya.

Poprzednia strona

Powrót do Zajazd Lucy'ego

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

cron