Menaos[Menaos] Załatwmy to jak ludzie cywilizowani

Miasto położone na skraju Szepczącego Lasu, zamieszkałe przez ludzi. Nad miastem wznosi się przepiękny pałac króla Dariana. Szerokie, jasne ulice, marmurowe chodniki i wieża zamieszkała przez czarodzieja to tylko początek tego co może spotkać Cie w Menaos.
Awatar użytkownika
Dérigéntirh
Kroczący w Snach
Posty: 238
Rejestracja: 5 lat temu
Inne Postacie: Dérigéntirh, Ognaruks, Sarpedon, Malawiasz, Vaela, Ziharria, Natanis, Sitrina, Quarantio, Tierõ, Freyr
Aura: Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone.
Kontakt:

Re: [Menaos] Załatwmy to jak ludzie cywilizowani

Post autor: Dérigéntirh » 11 miesiące temu

        Dérigéntirh przywołał na twarz cień rumieńca, gdy Sanaya stwierdziła, że jego imię posiada piękne znaczenie. Jego wzrok powędrował do pasma włosów opadającego mu na twarz, a smok uśmiechnął się, powstrzymując się od chichotu. Nie skomentował, obawiając się, że ton jego głosu go zdradzi. Potrzebował chwilę, aby opanować się całkowicie na nowo. Włosy... tego jeszcze nie doświadczył. Całkiem... ciekawa interpretacja.
        - Cieszę się więc, że mamy podobną opinię – odpowiedział alchemiczce na wzmiankę o jej podejściu do małżeństwa. Odpowiedział na jej salut, po czym wypił kolejną porcję wina. - Nie powiem, aby wyższe dobro nie potrafiło utrzymać małżeństwa, ale... temu towarzyszy wysiłek. To jak pozwolenie światu, aby ściskał dwójkę osób w swoją stronę. A może raczej ich duszę? Tak jak ciała po czymś takim zaczną powoli słabnąć, kości pękać, mięśnie płonąć, tak samo i jest z duszami. Zmuszane do bycia razem, zaczyna w nich pękać radość i płonąć gniew. Może to podziałać, ale... to męczące. A przecież dusze same mogą chcieć dążyć ku sobie. Nienaciskane przez świat z dwóch stron, mogące bezpiecznie się do siebie zbliżyć, bez obawy, że zmiażdżą siebie nawzajem. Szczęście rodzi szczęście. A światu potrzeba dużo jego nasion. Oj dużo... Tkwi we mnie nadzieja, że kiedyś uda się go zalesić.
        - Zależy pewnie od swatki – zachichotał smok; na przykład taki on mógłby z przyjemnością podołać się podobnego zadania, choć pewnie obawiałby się konsekwencji błędnej oceny. - Zna się na alchemii? O, to całkiem interesujące. Jaki jest więc jego główny fach, jeżeli można spytać?
        Smok uśmiechnął się niewinnie, chcąc pokazać, że w jego pytaniu nie kryje się żadne drugie dno, a kieruje nim tylko czysta ciekawość; nie było to trudne, gdyż w istocie nadzwyczaj interesowało go, jaki to zawód wybrał partner alchemiczki. Te sprawy potrafiły być bardzo znaczące. Po chwili jednak uniósł wysoko brwi, słysząc o podróżniczce, która posługiwała się tylko i wyłącznie smoczym. Zaintrygowało go to. Bardzo. Kim mogłaby być? Smokiem? Nie wydawało mu się, gdyby takiego spotkała, Sanaya pewnie byłaby bardzo chętna, aby się podzielić. Rzadko kto miał okazję takiego widzieć na własne oczy. Tym bardziej dwukrotnie! Dérigénitrh napił się wina, aby ukryć swój uśmieszek. Zapyta ją o to później. Zdecydowanie. Ale zapyta. Teraz rozmawiali o niej i smokołaku. Nie chciał zmieniać tematu; bardzo mu się podobał.
        Spojrzał z zamyśleniem na zażenowaną kobietę. Z tego, co mówiła, nie dane im było spędzić ze sobą wiele czasu. On sam mógł narzekać na swoją sytuację z Leastafis, ale prawda była taka, że oni znali się na wylot. I spędzili ze sobą po wielokroć więcej, niż Sanaya będzie w stanie w ogóle przeżyć. Dopadł go niewielki smutek. Nabrał ochoty odnalezienia Fenrira i pomocy we wszystkich sprawunkach. Pod inną postacią rzecz jasna, aby Sanaya nie mogła nic podejrzewać... nie chciał zdecydowanie zaburzać jej szczęścia świadomością o tym, że to jego sprawka. Może kiedyś by to zdradził... otrząsnął się. Wybiegł myślami w hipotetyczną przyszłość. Lepiej było skupić się na teraźniejszości.
        Jego spojrzenie złagodniało, gdy alchemiczka mówiła dalej. Przysłuchiwał się temu, co miała mu do powiedzenia na temat ceremonii, o których myślała i budziły się w nim wspomnienia. Przejście nad ogniem było zdecydowanie ciekawe. Inna sprawa, że potem smok cały w niego wszedł... Leastafis zresztą też. Nieźle to przeraziło tamtejszych... ”To były czasy...” Zabawa... tak, to też był bez wątpienia ważny aspekt. Ich dwójka potrafiła się naprawdę zabawić. Szczególnie gdy zaprosiło się jakichś czarodziei... Ceremonia w Zamku Czarodziejów... cóż, zdecydowanie długo tego nie zapomną. Nawet po dziś jak tam wpada, to słyszy czasem wspominki o tym. Drgnął, kiedy Sanaya nazwała go złym człowiekiem, zerkając na nią pytającym wzrokiem. Uśmiechnął się lekko, kiedy powiedziała, o co mu chodzi.
        - Wybacz, uważam, że światu brakuje nadziei; łudzę, się, że rozbudzenie jej wystarczy, aby go nieco zmienić, ale cóż... przynajmniej czasami to starcza. W większości przypadków potrzeba nieco wysiłku jeszcze, ale... nie jest aż tak źle.
        Zamarł, gdy Sanaya spytała go, w jaki sposób on sam wziął ślub. Mógł spodziewać się takiego pytania, a mimo to. Hmmm. Zdecydowanie powinien pomyśleć nad odpowiedzią wcześniej.
        - Otóż widzisz, obydwoje jesteśmy osobami dosyć otwartymi, a przy tym straszliwie ciekawskimi, i zdecydowaliśmy, że jeden ślub to za mało, postanowiliśmy wypróbować... kilka możliwości... - ”wszystkie” – Pewnie wydaje się to nieco dziwne, branie ślubu kilkakrotnie, ale wiesz... w tamtych czasach byliśmy tak szaleni, że pragnęliśmy spróbować jak najwięcej. I jak najbardziej przypieczętować swoją miłość. Pokazać ją każdemu kawałkowi Alaranii. Gdy żyje się tak długo, to wiesz... na pewne sprawy patrzy się inaczej. Także wiesz... kiedy wspominałem, że brałem udział w wielu ceremoniach, chodziło mi o to, że w wielu także odgrywałem główną rolę.
        Smok uśmiechał się szeroko, na wpół zachwycony wspomnieniami, na wpół nieco zażenowany.
        - Zdecydowanie wzięliśmy udział we wszystkich elfich ceremoniach. Sporo też wędrowaliśmy. Przez jakiś czas tylko, aby móc to robić, ale także jesteśmy duszami podróżników i wiesz... jeżeli po prostu dowiadywaliśmy się, że w jakimś miejscu mają ciekawe zwyczaje ślubne po prostu... korzystaliśmy. To... bardzo ciekawe przeżycia. Zdecydowanie coś, co można razem z radością wspominać. Niekiedy z pewnym zażenowaniem... Ale bez cienia żalu. Strata czasu to ostatnie, czym mógłbym to nazwać.
        - Biała suknia to raczej zwyczaj dosyć ludzki, w dodatku ze Środkowej Alaranii – powiedział smok, przyglądając się alchemiczce. - Elfy preferują bardziej zwiewne stroje, czasem nawet jedynie wykonane z kwiatów. W pewnym miejscu kontynentu ślub bierze się bez żadnego stroju. Ma to symbolizować otwartość narzeczonych, to, że nie ukrywają niczego przed sobą nawzajem i przed światem, a także pewną czystość, niezmąconą niczym. Wiesz, jedynie człowiek i człowiek. Żadnych kosztowności, żadnych masek... jedynie dusze. Naturalny stan. Ciekawe podejścia. Podróżowałaś kiedyś po kontynencie w takie odległe krainy? A może chociaż marzyłaś o tym? Wybacz, że pytam, ale sam mam do takich podróży ogromną słabość. I bardzo żal mi, że tak mało osób się na to decyduje. Można ujrzeć naprawdę piękne i skłaniające do myślenia rzeczy. Zarówno o tym, co znajduje się tam, jak i o naszym domu. Często aby dostrzec pewne rzeczy, trzeba na nie spojrzeć z pewnej odległości, wyjść na zewnątrz.

Awatar użytkownika
Sanaya
Tkacz Marzeń
Posty: 486
Rejestracja: 5 lat temu
Inne Postacie: Jorge, Dżari, Skowronek, Yastre, Tioyoa, Kinalali, Widugast, Ijumara, Nikolaus, Kaikomi, Rael, Mniszek, Mitra, Rianell, Sadik, Maximilaan, Rammi
Ranga: [img]http://granica-pbf.pl/images/ekspert%20moderator.png[/img]
Aura: Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone.
Kontakt:

Post autor: Sanaya » 10 miesiące temu

        - Wyższe dobro? - podłapała alchemiczka. - Masz na myśli na przykład zawarcie związku i trwanie w nim ze względu na dzieci? Albo na przykład małżeństwa zaaranżowane? Powiem szczerze, ani jeden ani drugi przypadek mnie do końca nie przekonuje. Z dziećmi jest jeszcze tak, że czasami jest to przyspieszenie czegoś, co i tak było nieubłagane: chcieliście wziąć ślub, ale cały czas to odwlekaliście, bo kariera, bo podróże, bo chcieliście się wyszaleć albo zebrać pieniądze na wspaniałą uroczystość, ale jeśli - tak jak to się dzieje często na głębokiej prowincji - dziewczynę i chłopaka zmusza się do małżeństwa, bo ona przez przypadek z nim zaciążyła… To nie jest dobre. Wiem, plotki, ale z drugiej strony czy warto samemu pozbawiać się wolności w imię tego, by ludzie nie gadali? Nigdy w życiu nie podjęłabym takiej decyzji, wolałabym być samotną matką, w rodzinie musi być miłość, by to miało szansę powodzenia. Ale może mnie jest łatwiej mówić, bo moja rodzina jest daleko, w wiosce darzą mnie sympatią, a finansowo jest doskonale wydolna - oświadczyła, by nie wyszło, że nie rozumie pobudek innych.
        - Niezła metafora z miażdżonymi ciałami - zauważyła po chwili, dostrzegając celność i makabryczność tego porównania.

        - Fenrir jest najemnikiem - odpowiedziała bez wahania na pytanie Kaonitesa. - Wiem, to brzmi zaskakująco, najemnik znający się na naukach ścisłych, ale trochę lat na karku już ma, a na dodatek los obdarzył go ojcem, który sam był wykształcony, przekazał mu swoją wiedzę i zachęcił do rozwijania jej. Pewnie zapytasz teraz jaka jest między nami różnica wieku: duża. Fenrir sam nie jest pewien ile dokładnie ma lat, ale coś koło dwustu. Czyli, hm… dla niego jestem smarkulą, a jeśli mielibyśmy szczęście spędzi ze sobą resztę życia, ja będę już starą, pomarszczoną, zwiotczałą babunią, gdy on będzie wyglądał na mojego syna albo nawet wnuka - zauważyła ze śmiechem. - Sporo nas dzieli... - zauważyła już poważniejszym tonem. - Ale łączy chyba to najważniejsze - dokończyła.
        Sanayi nie umknęło to, jak Kaonites rozmarzył się, gdy przeszli do kwestii ślubnych ceremonii - domyśliła się, że myślami wrócił do własnego ślubu i całkiem ucieszyło ją to, że najwyraźniej bardzo dobrze go wspominał, skoro aż się uśmiechał do własnych myśli. Między innymi z tego brało się jej pytanie: gdyby dostrzegła spięcie, może by się powstrzymała, ale skoro elf był zadowolony, nie żałowała sobie.
        - Tak, tak, rozumiem… ale wiesz, czasami nadzieja szybko przybiera rozmiary, nad którymi się już nie panuje i jeśli coś nie wyjdzie, bywa boleśnie… Liczę, że tak się nie stanie, ale jednak wolę zachować dozę realizmu.
        A jednak jej pytanie o ślub nie było tak niewinne, jak mogłaby się tego spodziewać - gdy w końcu je zadała, elf wyglądał na zaskoczonego. Sanaya była już bliska odwołania swoich słów, ale w końcu Kaonites podjął. I szybko zrozumiała powód jego szoku: też nie wiedziałaby jak zacząć taką historię. Brzmiała jednak niezwykle fascynująco, alchemiczka aż podświadomie nachyliła się do niego i chłonęła każde słowo z błyszczącymi oczami.
        - Nie spodziewałam się tego! - oświadczyła na koniec entuzjazmem. - To bardzo ciekawy pomysł, podoba mi się. Nie spotkałam się z tym nigdy… Twoja małżonka musi być bardzo ciekawą osobą… Opowiesz mi coś o niej? Jak długo jesteście razem? Pewnie kilkaset lat? - podpowiedziała, zgadując, że Kaonites jest pewnie dużo starszy nawet od Fenrira.

        - Odległe… Nie, niestety - przyznała z faktycznym, choć niewielkim żalem. - Nigdy nie przekroczyłam gór Dasso, a w drugą stronę poruszam się głównie między Manaos, Valladonem i Turmalią, pochodzę jednak z Rubidii, więc Wybrzeże w miarę znam. Dla ciebie to pewnie niewiele, widziałeś już w życiu znacznie więcej. Zgadzam się z tym co mówisz o odpowiedniej perspektywie i przyznam, że chętnie zobaczyłabym jakieś odległe kraje… Ale na razie nic tego nie zapowiada. Widzisz, kariera… Wiem, że to brzmi tak płytko, ale gdyby teraz porzuciła badania na, powiedzmy, rok, by podróżować, wróciłabym jako nikt. Musiałabym wszystko budować od początku… A alchemia wiele dla mnie znaczy. Wcześniej poświęciłam dziesięć lat na naukę, teraz chciałabym, by moje nazwisko było znane albo chociaż by ludzie mieli pożytek z mojej pracy. I nie tylko przez to, że dla znajomych rolników robię odżywki dla roślin po kosztach - zastrzegła z lekkim sarkazmem. - Tylko bym stworzyła coś nowego, co weszłoby do użytku… Nie sztuką jest wszak robić coś dla samej idei. To zabrzmi absurdalnie, ale wcale nie zależy mi na znalezieniu kamienia filozoficznego, bo przecież to bajki.

Awatar użytkownika
Dérigéntirh
Kroczący w Snach
Posty: 238
Rejestracja: 5 lat temu
Inne Postacie: Dérigéntirh, Ognaruks, Sarpedon, Malawiasz, Vaela, Ziharria, Natanis, Sitrina, Quarantio, Tierõ, Freyr
Aura: Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone.
Kontakt:

Post autor: Dérigéntirh » 10 miesiące temu

        - Tak, mniej więcej o coś takiego mi chodzi. Z jednej strony potrafię to zrozumieć. To w sumie dzięki temu wy, ludzie, pomimo tak krótkiego życia, władacie dziś większością kontynentu. Myślicie przez pokolenia. Zakładacie rody, królestwa, dynastie... dzięki temu jesteście w stanie dominować. Takie kolektywistyczne myślenie jednak nie do końca mi przemawia – nie, kiedy żyjemy w takich czasach. O wiele bardziej cenię indywidualizm. A miłość jest naprawdę ważna. Może to nieco egoistyczne, abym jako członek długowiecznej rasy tak samo patrzył na wszystkie pozostałe, ale... cóż, wolność... wolność zdecydowanie jest czymś, o co warto walczyć. Szczególnie w twoim przypadku... wydaje mi się, że jesteś w stanie wiele osiągnąć, jeżeli tylko nie dasz się skrępować. A jak dotąd miałem wiele okazji, aby się przekonać, że tak w rzeczy samej jest. Jesteś bardzo indywidualna, a ja naprawdę doceniam takie stanowisko.
        - Najemnikiem, hmm? - ”Naprawdę niezły przypadek. Hearfix także zna się nieco na nauce... choć zawsze strasznie ciągnęło go do walki. Teraz już jest zdecydowanie za późno, aby nadrobić te luki. Lepiej, aby wykorzystywał swoje mocne strony, niż starał się ukryć słabsze.” Dérigéntirh uśmiechnął się, gdy Sanaya się roześmiała, ale posmutniał w duszy. To był właśnie problem w kontaktach z krótkowiecznymi rasami. Tak szybko przemijały... - Bardzo mnie cieszy twoje podejście. Takiego rodzaju związek zdecydowanie nie należy do najłatwiejszych. Wiele osób starałoby się odrzucać od siebie te trudne myśli i nie zastanawiać się nad tak wielkimi problemami. Jednak pogodzenie się z nimi tak wcześnie... dobrze to wróży na przyszłość. Naprawdę życzę wam, abyście zdołali razem odnaleźć szczęście.
        - Doskonale to rozumiem. - Smok westchnął, gdy Sanaya zwróciła uwagę na największy problem nadziei. - Wiem, że ponoć lepiej być przyjemnie zaskoczonym niż ryzykować zawód, ale... nadzieję uważam za siłę na tyle potężną, że może wpływać na rzeczywistość. Siła woli, te rzeczy... Ten nurt robi się coraz popularniejszy w ludzkiej filozofii i chyba sam mu po części się poddaję...
        Mówienie o ślubach było o tyle przyjemne, że po alchemiczce widać było żywą fascynacją tym tematem; jeszcze zanim się odezwała, smok podejrzewał, że sam tego rodzaju pomysł ją zadziwił, a jej słowa jedynie potwierdziły te przypuszczenia. Dérigéntirh uśmiechnął się, ze skromnością przyjmując entuzjazm Sanayi. Ich rozmowa przeszła na zaskakująco miłe tematy. Kiedy jednak spytała o jego żonę, uniósł nieco brwi, zastanawiając się. Jak wiele chciał zdradzić? Czy aby nie przesadzi? Nie za dużo jak na jeden raz, ale w sumie... wziął kolejny łyk wina i uśmiechnął się.
        - Tak... jeszcze kilkadziesiąt lat i od naszego wyznania minie osiem wieków. - Dérigéntirh spoglądał na alchemiczkę, zaciekawiony, jak zareaguje na tak wielką liczbę. Nawet dla długowiecznych ras to było całkiem sporo. - Cóż... pewnie powinienem o tym wspomnieć wcześniej, ale jakoś nie było tak okazji... A więc powiem teraz. Moją małżonką jest Leastafis. Dlatego też pozwoliłem sobie zaprosić cię do tego schroniska, dlatego też po części mogłaś odnieść wrażenie, że jestem tam gospodarzem. Po części była to prawda... te schroniska to nasz wspólny projekt, choć pomysł i największy entuzjazm wzniosła Leastafis. Co zaś do niej samej... Jest potężną magiczką. Mocą mnie przerasta, choć specjalizuje się w zupełnie innych dziedzinach magii. O wiele bardziej... efektywnych, bym powiedział. Ona... cóż, dla mnie jest najpiękniejszą i najmądrzejszą istotą, jaka kroczyła do Alaranii, ale to pewnie nie jest zbytnio obiektywna opinia. Jest pełna ciepła, choć nie zawsze jest to widoczne. Nosi wiele blizn... Bardzo wiele. Ma też wiele zobowiązań. Niektóre więżą ją niczym łańcuchy. Bardzo bym chciał ją z nich uwolnić, ale... to nie jest takie łatwe. Ona... my... naprawdę wiele przeszliśmy. Wiele wspomnień jest bolesnych, ale pragniemy wspierać się nawzajem, jak to tylko jest możliwe. Czasem mam chęć, aby porzucić cały świat i wraz z nią uciec na jakąś bezludną wyspę, poza kontynent...
        Smok westchnął i wziął kolejny łyk. Nieco jednak się rozpromienił, gdy pojawił się temat podróży.
        - To oznacza, że masz bardzo sporo do nadrobienia – powiedział z uśmiechem. - Rozumiem, doskonale rozumiem tę chęć. Mam nadzieję, że uda ci się osiągnąć to, co zechcesz – a może nawet więcej, niż śmiałabyś podejrzewać? Podróże czasem jednak potrafią być zaskakująco odświeżające dla umysłu. Niekiedy pracę można zabrać ze sobą... oczywiście nie w tak wielkim stopniu i czasu ma się na nią o wiele mniej, ale... czas nie zawsze się liczy. Czasem podejście i stan umysłu potrafią naprawdę wiele zdziałać, a jakaś większa zmiana bardzo stymulująco wpływa na oba te czynniki. Coś o tym wiem, ośmielę się powiedzieć. I doceniam realizm. Przydaje się przy nauce. Mam jednak wrażenie, że w sprawach niedotyczących jej, gdzieś tam w środku ciebie mieszka marzycielka, prawda?

Awatar użytkownika
Sanaya
Tkacz Marzeń
Posty: 486
Rejestracja: 5 lat temu
Inne Postacie: Jorge, Dżari, Skowronek, Yastre, Tioyoa, Kinalali, Widugast, Ijumara, Nikolaus, Kaikomi, Rael, Mniszek, Mitra, Rianell, Sadik, Maximilaan, Rammi
Ranga: [img]http://granica-pbf.pl/images/ekspert%20moderator.png[/img]
Aura: Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone.
Kontakt:

Post autor: Sanaya » 10 miesiące temu

        Sanayi podobało się to, co mówił Kaonites, zarówno na temat rasy ludzkiej, jak i jej samej. Zgadzała się z nim w wielu aspektach i podobało jej się, że tak oceniał ludzi - widział zalety i wady ich długowieczności, nie szeregował ich na równi z królikami, które mnożą się szybko i bezmyślnie, co niewątpliwie było prawdą, biorąc za punkt odniesienia długowieczne elfy. Gdyby oni mnożyli się tak jak jej rasa, szybko doszłoby do przeludnienia i walki o zasoby… Jeśli zaś chodzi o komentarz na jej temat, nie zamierzała udawać fałszywie skromnej - tak, była indywidualna. Najwyraźniejszą tego manifestacją był jej wygląd, ale też to co sobą prezentowała wśród innych naukowców. Wyglądała jak kolorowe szkiełko między kamieniami, była młoda, ambitna, miała zupełnie inne podejście do wielu kwestii i świeże spojrzenie osoby spoza środowiska. Ponadto za nic w świecie nie dałaby sobie tego odebrać - nie założyłaby zgrzebnej sukni i nie zrezygnowałaby z własnych badań. Potrafiła walczyć o swoje, choć jej orężem były argumenty, słowa i dowody, a nie stal i magia. Dlatego nie kłóciła się z Kaonitesem, tylko z uśmiechem przyznała mu rację, nie wracając już do tak ciężkich tematów.
        - Wiesz, wydaje mi się, że gra w otwarte karty w związku jest najważniejsza - odparła w odpowiedzi na komentarz dotyczący jej spojrzenia na długowieczność Fenrira. - I to nie tylko względem partnera, ale i względem siebie… Bo oszukiwanie się jest dobre tylko na krótką metę. Gdybym na przykład nie przemyślała tej kwestii wieku, za dziesięć lat mogłabym się obudzić z ogromnymi kompleksami i niemożliwą do pohamowania zazdrością względem tych wszystkich pięknych kobiet, które pojawiałyby się obok Fenrira. Może nadal będę zazdrosna, tego nie wiem, ale przynajmniej jestem tego świadoma i nie łudzę się, że życie to bajka i gdyby to miało mi jednak przeszkadzać już teraz: wycofałabym się. To tak jak ze zrywaniem opatrunku: lepiej zrobić to od razu, szybko, a nie męczyć się w nieskończoność.

        Sanaya wyglądała tylko na lekko zaskoczoną odpowiedzią Kaonitesa - dla niej osiemset lat stanowiło niewyobrażalny szmat czasu i trudno było jej sobie wyobrazić jak mogło wyglądać małżeństwo o takim stażu. Z drugiej strony wierzyła, że skoro tych dwoje kochało się tak bardzo, by brać ślub po kilka razy, to najwyraźniej ich uczucie było naprawdę tak trwałe, by przetrwać stulecia - trochę im zazdrościła, lecz był to pozytywny rodzaj zazdrości. Dlatego po pierwszej fali zaskoczenia na jej twarzy pojawił się ciepły uśmiech.
        - Cudownie - powiedziała cicho, tak by nie przerywać Kaonitesowi jego wypowiedzi.
        Najlepsze jednak dopiero miało nadejść. Alchemiczka dość szybko zorientowała się, że jej rozmówca coś kręci, jakby nie umiał zabrać się do tematu, a przecież co trudnego mogło być w powiedzeniu kilku zdań o małżonce? Wkrótce się dowiedziała. Gdy padło jej imię Sanaya nie była w stanie powstrzymać szoku - patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami, z otwartymi ustami. Zdawało jej się, że się przesłyszała. Leastafis? Kobieta, o której tyle razy tego dnia rozmawiali? Założycielka sierocińca, którą Crevi wspominał jako najlepszą “głaskaczkę” na świecie? Tai z początku nie mieściło się to w głowie. Nie miała żadnego problemu z tym, że Kaonites i Leastafis byli razem, po prostu nie umiała tak w jednej chwili przyswoić sobie tej wiedzy przez pryzmat dotychczasowych informacji. Lecz w gruncie rzeczy przecież ta para pasowała do siebie. Altruiści o wszechstronnej wiedzy, kochający podróże i poznawanie nowych kultur.
        - O - mruknęła tylko, gdy Kaonites skończył swoją historię. Widząc, że jest przybity, Sanaya spojrzała na niego ze współczuciem, po czym wstała ze swojego miejsca i dosiadła się obok niego. Położyła mu dłoń na ramieniu w pokrzepiającym geście.
        - Wkrótce znowu będziecie razem - zapewniła go z przekonaniem. - Wierzę w to. Tak pięknie o niej mówisz, że chyba nie ma siły, która byłaby w stanie rozdzielić was na dłużej. Ale… zaskoczyłeś mnie, gdy powiedziałeś, że to Leastafis jest twoją żoną, nie spodziewałam się, nie zająknąłeś się do tej pory ani słowem na jej temat. Tak bardzo chciałabym, byś mi coś więcej opowiedział: o niej, o was. Ale to chyba byłoby już dla mnie za dużo - wyznała. - Już samo to, że to ona jest twoją żoną… Niesamowite. Ciekawa jestem jak się poznaliście, jaki był udział każdego z was w powstaniu tego sierocińca, czy Leastafis ma więcej takich projektów… Jaka ona jest z charakteru, bo z tego co mówisz musi być bardzo dobrą i empatyczną osobą, chyba też bardzo energiczną. Nie powiem, intrygująco brzmiały też te “efektywniejsze dziedziny magii”, ale nie, nie będę pytać, spokojnie. Chyba i tak za wiele pociągnęłam cię już za język - wyznała jakby lekko zawstydzona. - Kiedyś może do tego wrócimy - dodała na zachętę, nim wstała z posłania Kaonitesa i wróciła na swoje łóżko, gdzie podjęli temat podróży. Elfowi ta dyskusja sprawiała wyraźną przyjemność, a i też była znacznie mniej męcząca niż skomplikowany temat związków, więc Sanaya z chęcią na to przystała, choć gdzieś z tyłu głowy nadal roztrząsała temat żony swojego rozmówcy. Lestafis? Naprawdę?
        - No można - przyznała mu rację, gdy wspomniał o zabieraniu pracy ze sobą. - Tak długo, jak nie trzeba nastawiać żadnego długiego eksperymentu. Niestety wiele badań obejmujących minerały tego wymaga. Ale za to szukanie składników to już zupełnie co innego - zauważyła z pewnym optymizmem, bo faktycznie, kilkakrotnie zdarzyło jej się, że zapuściła się gdzieś dalej pod pretekstem szukania jakiegoś bardzo ważnego i rzadkiego grzyba.
        Ostatnie pytanie, chyba należące raczej do tych retorycznych, wprawiło alchemiczkę w niemałe zakłopotanie - aż odwróciła wzrok i bardzo skupiła się na piciu swojego wina. Trudno powiedzieć czy uznała ten komentarz za obelgę czy komplement. Chyba ani jedno ani drugie, coś pomiędzy…
        - Możliwe - przyznała w końcu. - Bardzo głęboko i w chwilach wolnych faktycznie może tak być. Ale to proste marzenia - wyznała z lekkim uśmiechem, nim dopiła swoje wino.
        - Za to ty sprawiasz wrażenie wizjonera - oceniła z wyraźnym uznaniem, wstając ze swojego posłania. Odstawiła na blat swoją szklankę i przeciągnęła się z cichym stęknięciem. - Wiem, że takie rozmowy o życiu, filozofii i marzeniach można prowadzić do rana, ale mam za sobą słabą noc i intensywny dzień, więc jeśli pozwolisz, Kaonitesie, chciałabym się już położyć. Może nie dotrzymam ci towarzystwa, ale gdybyś chciał jeszcze posiedzieć i, nie wiem, poczytać na przykład, to nie krępuj się, potrafię spać przy świetle.

Awatar użytkownika
Dérigéntirh
Kroczący w Snach
Posty: 238
Rejestracja: 5 lat temu
Inne Postacie: Dérigéntirh, Ognaruks, Sarpedon, Malawiasz, Vaela, Ziharria, Natanis, Sitrina, Quarantio, Tierõ, Freyr
Aura: Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone.
Kontakt:

Post autor: Dérigéntirh » 10 miesiące temu

        Tak... smok spodziewał się, że połączenie dwóch osób, o których Sanaya miała okazję nieco usłyszeć, ale które wciąż jawiły się jako dosyć tajemnicze, mogło alchemiczkę straszliwie zaskoczyć. Cóż, może było to nieco zbyt łagodne słowo. Kobieta wyglądała na całkowicie zszokowaną tym, czego się dowiedziała. I ten fakt sprawił, że Dérigéntirh mówił dalej, rozgadując się i w końcu sięgając nawet mniej przyjemnych tematów. Tych bardziej melancholijnych, które sprawiły, że humor nieco mu się pogorszył. Uniósł wzrok, obserwując, jak San się do niego przysiada. Uśmiechnął się na to, czując jej dłoń na swoim ramieniu. Pokrzepiające. Większość smoków traktowała ludzi niczym insekty, lecz jeżeli nawet mieli rację... to współczucie od mrówki było czymś, co ten smok zdecydowanie potrafił docenić. Spoglądał serdecznie na alchemiczkę, gdy wsłuchiwał się w jej słowa. Krzepiące. Naprawdę krzepiące. Sanaya zdecydowanie potrafiła go pocieszyć; może po części dlatego, że ona sama miała problemy ze stabilizacją związku. Dla kogoś, kto tak tęsknił za ukochanym, pewnie o wiele łatwiej było zrozumieć taki stan. A w kontakcie z istotą tak złożoną jak pradawny, to było szczególnie pomocne.
        Smutek na dobre opuścił Dérigéntirha, kiedy alchemiczka zaczęła wymieniać pytania, jakie chciałaby mu zadać. Zdecydowanie znajdowały się wśród nich nadzwyczaj interesujące, jednak smok nie był przekonany, czy na odpowiedzenie na je wszystkie wystarczyłoby im czasu; w dodatku jeszcze nie ufał Sanayi aż tak bardzo, aby o niektórych rzeczach wspominać. Szczególnie iż zdążył zauważyć, że przy tej kobiecie ma skłonności do rozgadywania się. Ale cóż, sama alchemiczka wyraźnie wiedziała, że tego wieczoru już nie ma co wypytywać.
        - Aż drżę ze zniecierpliwienia, aby wyjawić ci jeszcze więcej moich sekretów – powiedział wesoło smok, kiedy alchemiczka się odsunęła. - I trochę Leastafis przy okazji... nie, nie martw się, raczej nie zdołam powiedzieć cokolwiek, co zdołałoby jej zaszkodzić... Jest bardzo twarda.
        Tak... podróże to była rzecz, o której także smok mógłby bardzo długo dyskutować, ale tutaj przynajmniej wszystko wyglądało znacznie bezpieczniej. Owszem, pewne informacje o sobie, tak czy siak, zdradzał, ale... przynajmniej nie wprost. W dodatku nie było to raczej nic, co mogłoby komukolwiek sprawić większych problemów.
        - Z odpowiednio dużym wozem można zabierać eksperymenty ze sobą – powiedział Dérigéntirh półżartem. Można było tak robić, ale nie był pewien, czy Sanaya była w stanie sobie na to pozwolić. No i taki sposób podróżowania był też niebezpieczny. Bandyci o wiele chętniej zaatakowaliby taki powóz. Co prawda Fenrir był najemnikiem, więc kto wie... mogliby się razem wybrać w taką podróż. Smokowi wydawało się to dosyć romantycznym. - Och, wiem coś o tym. Niektóre składniki można zdobyć tylko w naprawdę zapomnianych przez bogów miejscach. Poszukiwanie takich ma prawdziwy potencjał na zyskanie ciekawej historii do opowiedzenia. A co można z nimi samymi potem zrobić... No i to satysfakcjonujące. Ale pewnie doskonale to wszystko wiesz...
        Uniósł brwi, gdy jego ostatnie pytanie wyraźnie wywołało u kobiety konsternację. Przechylił głowę, nieco po smoczemu, czekając na odpowiedź. Dosyć skromną. Dérigéntirh był jednak przekonany, że marzenia Sanayi dotyczą aspektów życia, które zdecydowanie potrafiłyby uczynić szczęśliwym. Tak po prostu. Miał nawet pewne podejrzenia, czego mogą dotyczyć.
        - Brak mi tej wizjonerskiej iskry – odpowiedział skromnie smok, po czym także odstawił swoją szklankę. - Tak, położenie się to dobry pomysł. Nie, od razu spróbuję zasnąć. Jutro czeka nas nieco wyzwań, dlatego chciałbym możliwe jak najbardziej przygotować się do tego. Sen to chyba najlepsza opcja. Zwłaszcza że mam zamiar wcześnie wstać. Postaram się cię nie obudzić.

        Następnego dnia Dérigéntirh wstał o samych wschodzie słońca. Pogoda dopisywała, dlatego postanowił, że może nieco zaszaleć z poszukiwaniem wolnego miejsca. Mógłby wykorzystać jakąś salę, ale było to dla niego nieco zbyt mało subtelne. To, co miał zamiar zrobić, potrafiło przyciągnąć olbrzymią ilość uwagi. Dlatego też udał się poza miasto, a tam, w dyskretnym miejscu, przyjął swoją prawdziwą formę. Od razu oczywiście narzucił na siebie iluzję niewidzialności, aby tak trochę... nie wzbudzić w mieście całkowitej paniki. Następnie wbił się w powietrze i przez chwilę krążył na dosyć wysokim pułapie, rozglądając się za odpowiednią lokalizacją. Sprawdzał różne możliwości, aż w końcu odnalazł odpowiednią. Wylądował tam i od razu ponownie przemienił się w elfa. Kompletna transformacja nie była znowu rzeczą aż tak łatwą, dlatego częste przemiany mogły negatywnie się odbić na zarówno fizycznej jak i psychicznej części smoka. Jednak Dérigéntirh posiadał w tym wystarczająco duże doświadczenie, aby wiedzieć, kiedy może sobie na to pozwolić. Szybko nakreślił na ziemi odpowiednie wzory, odczytując je z pamięci, dokonując przy tym nieco obliczeń i przeliczeń geometrycznych dla tego specyficznego miejsca, po czym wziął się do roboty.
        Następne kilka godzin spędził na magicznym przenoszeniu się w najróżniejsze miejsca oraz zdobywania kawałków, które następnie musiał dobrze umiejscowić na podłodze – wzory wcześniej narysowane miały posłużyć właśnie jako wskazówki, choć niekiedy pełniły także rolę samą w sobie. Końcowa faza przygotowywania samego miejsca wymagała jeszcze nieco magii struktury, aby wytworzyć w terenie odpowiednie formacje. W końcu jednak samo pole działania zaklęcia było przygotowane i smok potoczył po nim zadowolonym spojrzeniem, sprawdzając jeszcze kilka razy, czy aby na pewno wszystko się zgadza. W trakcie działania zaklęcia pewnie niektóre rzeczy okażą się za mało precyzyjne, ale na więcej nie mógł sobie pozwolić. Zresztą przecież będzie miał pomocniczkę.
        Następną kwestią było przygotowanie samego zaklęcia. Dotyczyło ono pomieszania kilku dziedzin, w których Dérigénitrh nie wszystkie opanował, ale wiedział doskonale, jak może oszukać ten szczegół. Pierwszą kwestią było zdobycie kompasu, który dosyć łatwo kupił na jakimś straganie. Upewnił się wcześniej, że działa odpowiednio. Następna kwestia dotyczyła się stworzenia specjalnego eliksiru. Nie wspominał o niej Sanayi, bo ta zaczęłaby się martwić, zdając sobie sprawę z tego, jakiego rodzaju substancją jest, a w dodatku wolał jednak taką rzecz sporządzić samemu. Miał już doświadczenie. Dlatego odwiedził kilka sklepów alchemicznych, w którym jednym wypożyczył na pół godziny niewielkie laboratorium, świetnie nadające się do jego potrzeb. Gdyby był zwykłym alchemikiem, nie udałoby mu się w takich warunkach tego stworzyć, ale na szczęście on miał do pomocy magię. Kiedy mieszanka została stworzona, zdecydował, że musi się najeść przed rzuceniem zaklęcia, a nie chciał kłopotać alchemiczki. Dlatego też zjadł w jakiejś restauracji późne śniadanie. Albo wczesny obiad.
        Pozostało jedynie przygotować swojego ducha. To w sumie było całkiem istotne, wbrew pozorom. Dérigéntirh poświęcił godzinę na chodzenie po mieście w poszukiwaniu potrzebujących pomocy, uleczył kilku chorych, rannych, a także podarował nieco jałmużny tym, których uznał, że zrobią z pieniędzmi dobrą rzecz. Kiedy już umknął przed wdzięcznym tłumem, upewniając się, że nikt z nich nie potrzebuje już pomocy, udał się do jednej z altan miejskich, gdzie usiadł na ławce ze skrzyżowanymi nogami i pomedytował kolejną godzinę w spokoju. Nie doszło do żadnego incydentu wytrącającego go z równowagi, więc zdołał naprawdę porządnie się zrelaksować. Uśmiechnął się i pozwolił magii płynąć; przeniósł się tuż przed drzwi alchemiczki, wciąż siedząc z zamkniętymi oczami. Wstał, a gdy ujrzał świat ponownie, towarzyszyło mu boskie uczucie. Wstał powoli, czując, jak każda cząstka jego ciała się uśmiecha. Zapukał, ale nie usłyszał żadnej odpowiedzi. Postanowił poczekać, opierając się plecami o drzwi i zamykając ponownie oczy. Nucił pod nosem melodię.

Awatar użytkownika
Sanaya
Tkacz Marzeń
Posty: 486
Rejestracja: 5 lat temu
Inne Postacie: Jorge, Dżari, Skowronek, Yastre, Tioyoa, Kinalali, Widugast, Ijumara, Nikolaus, Kaikomi, Rael, Mniszek, Mitra, Rianell, Sadik, Maximilaan, Rammi
Ranga: [img]http://granica-pbf.pl/images/ekspert%20moderator.png[/img]
Aura: Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone.
Kontakt:

Post autor: Sanaya » 10 miesiące temu

        Gdy Sanaya w końcu się obudziła - choć i tak wstała znacznie wcześniej niż zwykle - Kaonitesa już u niej nie było. To ją niespecjalnie zdziwiło, a wręcz nabrała w tym momencie pewności, że tak będzie już do samego końca ich wspólnego pomieszkiwania w tym miejscu. Dość łatwo przyszło jej zaakceptowanie tej obserwacji i nie roztrząsała jej nadmiernie - miała tego dnia swoją pracę do wykonania, a na dodatek miała też plany, które chciała zrealizować tak, by nie nie wchodzić w drogę Kaonitesowi przygotowującemu swój rytuał. Dlatego też szybko wstała i od razu udała się do kuchni, by przed przystąpieniem do pracy zjeść śniadanie. Gdy jednak mijała wejście do budynku, została zaczepiona przez jak zawsze czujną portierkę.
        - Pani Tai, pani podejdzie - oświadczyła gospodyni, kiwając na alchemiczkę ręką, by jeszcze podkreślić swoją prośbę. W tonie jej głosu było coś, co nie spodobało się Sanayi i co więcej okazało się, że jej przeczucia były słuszne. Rozmowa nie była specjalnie przyjemna - portierka była wyraźnie niezadowolona z powodu incydentów z ostatnich paru dni. Ponoć sąsiedzi skarżyli się na nieciekawe towarzystwo przesiadujące pod drzwiami uczonej i na dobiegające ze środka hałasy. To, że dwa dni pod rząd w akademiku gościła straż również nie było mile widziane, nawet jeśli Sanaya broniła się, że to nieporozumienie i nie jest kryminalistką, nie postawiono jej żadnych zarzutów. Woźna swoją przemowę potraktowała jako ostatnie ostrzeżenie i zastrzegła, że jeśli skargi będą się powtarzać, to alchemiczka będzie musiała szukać sobie nowego lokum - z takim ultimatum nie było sensu dyskutować, bo w gruncie rzeczy kobieta miała rację. Sanaya przytaknęła więc, przeprosiła i powlekła się do kuchni, już ze znacznie mniejszą werwą niż wcześniej.
        Dobry humor wrócił do niej po jakiś dwóch godzinach - wtedy to siedziała u siebie w pokoju i na wypucowanym na błysk blacie przygotowywała sole trzeźwiące dla Kaonitesa. Mimo wczorajszych dywagacji, zdecydowała się na klasyczną formę wziewną, jedynie troszkę podkręconą alchemią - nawet jeden płytki oddech obudziłby umarłego. A na dodatek jej środek pozostawiał w nozdrzach przyjemny zapach, który pomagał się uspokoić po gwałtownym odzyskaniu świadomości. Zdawało jej się, że trafiła w dziesiątkę, gdy więc specyfik był gotowy, przesypała gotowe granulki do butelki z ciemnego szkła i bardzo dokładnie ją zatkała, po czym uznawszy, że ma jeszcze na pewno sporo czasu, zabrała swoją torbę i wyszła - miała coś do zrobienia nim z Kaonitesem zajmą się jego rytuałem.
        W pierwszej kolejności alchemiczka udała się do dzielnicy, którą odwiedzili poprzedniego dnia - jak po sznurku udała się do stoiska elfiej wiedźmy, do której przyprowadził ją Crevi. Odbyła z kobietą krótką pogawędkę o młodym panterołaku, a na koniec kupiła dla niego trochę drobnych przekąsek i udała się prosto do sierocińca.
        W progu Sanayę przywitała ta sama starsza kobieta, co podczas ich pierwszej wizyty w tym miejscu z Kaonitesem. Stała przez moment milcząca, przyglądając się alchemiczce, po czym nagle jakby w jej głowie coś zaskoczyło - wydała z siebie ciche “aha” i otworzyła szerzej drzwi.
        - Byłam tu ostatnio z… - próbowała tłumaczyć Tai, lecz kobieta pokiwała ręką na znak, że już kojarzy.
        - Pani sobie życzy? - zapytała ni to uprzejmie, ni to na odczepnego.
        - Chciałam widzieć się z Crevim… Jest może w domu? - upewniła się, zdając sobie od razu sprawę, że to pytanie chyba nie było specjalnie fortunne w kontekście sierocińca, lecz cóż, nie zamierzała się już tłumaczyć. Tym bardziej, że stara opiekunka pokiwała głową i wpuściła ją do środka. Zapytała czy przypadkiem ich podopieczny czegoś nie nabroił, na co Sanaya natychmiast zaprzeczyła i wyjaśniła, że chciała go tylko odwiedzić. Została przez to zmierzona dość podejrzliwym wzrokiem, ale najwyraźniej zdała jakiś test, bo opiekunka kazała poczekać w saloniku i poszła po panterołaka.
        Crevi nie przyszedł sam. Najwyraźniej spodziewając się, że Sanaya będzie chciała poznać jego brata, od razu przyszedł razem z nim. Mały panterołak był uroczy, jak to mówiły stare ciotki ze szminką na zębach “aż chciało się go schrupać”. Miał duże, ciemne oczy i włosy równie niesforne, co u starszego brata. Z początku zdawał się nieśmiały, lecz szybko się rozkręcił i wtedy razem z bratem prześcigali się w opowiadaniu różnych historii. Sanayi nie umknęło to, jak przy tym Crevi starał się tak manewrować tematami, by przedstawić swojego braciszka w jak najlepszym świetle - to było naprawdę rozczulające. Arutio sam zresztą umiał skupić na sobie uwagę Sanayi, zadając miliony pytań, jak to chyba każde rezolutne dziecko w jego wieku. Buzia zamykała mu się tylko wtedy, gdy przeżuwał przyniesione przez alchemiczkę smakołyki, choć o tym, by nie gryźć z otwartymi ustami musiał mu przypomnie Crevi, popierając swoją naganę kuksańcem w bok. San uśmiechnęła się, skryta za andrutem. W towarzystwie tych dwóch chłopców bardzo szybko minął jej czas - dotarło do niej która jest godzina dopiero gdy do saloniku weszła stara opiekunka, by zawołać chłopców na obiad.
        - Jest już tak późno? - wyrzuciła z siebie Tai nie ukrywając zaskoczenia.
        - Południe minęło już jakiś czas temu - odparła staruszka, patrząc jak uczona krząta się zbierając swoje rzeczy.
        - Ale chciałem jeszcze pokazać pani Sanayi szałas… - próbował protestować Arutio.
        - W takim razie na pewno wkrótce wpadnę, byś mi mógł go pokazać - załagodziła sprawę alchemiczka. - Teraz zmykajcie na obiad.
        - Kiedy pani znowu wpadnie? - dopytywał Crevi.
        - Jeszcze nie wiem, ale na pewno wkrótce - odpowiedziała trochę wymijająco Sanaya, bo trudno było jej podać jakąś konkretną datę, jakby spodziewała się, że wkrótce może jej proste życie może skomplikować się jeszcze bardziej, niż już zdołało.
        Chłopcy wyprosili na opiekunce, by mogli jeszcze odprowadzić Sanayę do drzwi i tam się z nią pożegnali - Crevi znowu kradnąc jej całusa w policzek, a Arutio zaraz idąc w ślady brata. Tai przystała na te czułości z wielką czułością, po czym wyszła na ulicę i szybkim krokiem udała się w stronę akademika.

        - Kaonitesie, przepraszam!
        Sanaya zawołała do elfa z połowy korytarza, widząc, że ten sterczał pod jej drzwiami. Szła bardzo szybko i dało się poznać, że takie tempo utrzymywała przez całą drogę powrotną, ale mimo tego pośpiechu nie mogła pozbyć się doskonałego humoru, w jaki wprawiła ją wizyta u chłopców. Naprawdę dobrze zrobiła odwiedzając ich tego dnia i nie zwlekając z tym do rozwiązania tej sprawy.
        - Byłam u Creviego, poznałam jego brata i chłopcy tak mnie zabawiali, że zupełnie straciłam poczucie czasu - usprawiedliwiła się, sięgając po klucze do swojej torby i zaraz otwierając drzwi, by nie rozmawiać na korytarzu. - Arutio jest cudownym dzieckiem, to mniejsza i trochę mniej cwaniacka wersja Creviego, musisz go poznać o ile jeszcze nie miałeś okazji, bo taki dzieciak to dobro narodowe - pochwaliła młodszego brata ich znajomego panterołaka, gdy już przekraczali próg jej lokum.
        - To jest środek dla ciebie - wyjaśniła, pokazując fiolkę, którą przygotowała rano. - Możesz sprawdzić, czy ci zapach odpowiada - dodała wesoło. - A jak poszły twoje przygotowania?

Awatar użytkownika
Dérigéntirh
Kroczący w Snach
Posty: 238
Rejestracja: 5 lat temu
Inne Postacie: Dérigéntirh, Ognaruks, Sarpedon, Malawiasz, Vaela, Ziharria, Natanis, Sitrina, Quarantio, Tierõ, Freyr
Aura: Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone.
Kontakt:

Post autor: Dérigéntirh » 10 miesiące temu

        Dérigéntirh uśmiechnął się pod nosem, kiedy dosłyszał charakterystyczne kroki kobiety – czas spędzony z nią trwał wystarczająco długo, aby zdążył doskonale się ich wyuczyć. Uniósł głowę, czekając, aż się wyłoni zza rogu korytarza, co się też niedługo potem stało; w następnej chwili drgnął lekko, gdy zawołała do niego po imieniu – wyczulił słuch, więc przeżył lekkie zaskoczenie. Wyprostował się, gdy podeszła do niego, odsuwając się lekko, aby nie zatarasować jej drzwi do własnego mieszkania. Podążał za nią do środka, ruchami, które nawet jak na niego charakteryzowały się szczególną lekkością – bezgraniczna radość malowała się na jego twarzy, gdy Sanaya wspominała o tym, że skorzystała z tego czasu, aby odwiedzić sierociniec. Gdyby rzeczywiście musiała się tłumaczyć ze swojego spóźnienia, to nie mogłaby znaleźć czegoś, co bardziej by Dérigéntirha przekonało, iż było w pełni uzasadnione. Słowa o Arutio były jak miód dla jego uszu – ciekawe, jak zareagowałby Crevio, gdyby się o nich dowiedział? Mały cwaniak chyba jednak już widział, że jego plan zmierza ku powodzeniu.
        - Z pewnością postaram się go poznać przy najbliższej okazji – odpowiedział na uwagę alchemiczki. Po chwili spojrzał na fiolkę. - Jestem przekonany, że jest dobry. Wybacz, ale teraz wolę tego nie testować, wywołałoby to pewne drobne skutki uboczne. No i zatrzymaj to, tobie się o wiele bardziej przyda. Wyjaśnię ci już zanim się zabierzemy do pracy. Och, przygotowania wypadły znakomicie. Musiałem nieco poszukać po okolicy, ale dobrze jest rozprostować kości. Możemy przystąpić do działania w każdej chwili, zaprowadzę nas tam. Musimy się nieco przejść, jeżeli ci to nie przeszkadza.
        Sanaya nie miała jednak żadnych innych spraw do załatwienia, dlatego od razu wyszli z budynku. Smok szedł z nią przez miasto w momencie, w którym panowała cisza przed burzą – godzinami szczytu. Było więc spokojnie, a pogoda od rana nie zdążyła się zepsuć. Piękny dzień. Wkrótce dotarli do bramy miasta i wyszli na zewnątrz, do niezbyt gęstego lasu okalającego mury. Dérigéntirh wyjaśnił alchemiczce, że do zaklęcia potrzebował nieco więcej przestrzeni, niż pozwalałoby mu na to miasto, a nie chciał zwracać na siebie niepotrzebną uwagę. Jednocześnie uspokoił, że nie wybrał żadnej wyjątkowo dalekiej lokalizacji. Po jakimś kwadransie wspólnej, całkiem miłej drogi – nawet na obrzeżach Szepczącego Lasu zwierzęta i rośliny wyjątkowo harmonijnie egzystowały – smok zatrzymał się i odwrócił w stronę San.
        - Jest taki jeden drobiazg. Zanim jeszcze dotrzemy na miejsce, musimy uporać się z pewną kwestią. - Gdy to powiedział, nagle urósł o dobre pół stopy – po spojrzeniu na jego nogi, alchemiczka mogła zauważyć, iż jego buty lewitują na tej właśnie wysokości nad gruntem. - Powierzchnia została przeze mnie odpowiednio przygotowana, chodzenie po niej mogłoby być kłopotliwe, a nieostrożny ruch mógłby przeszkodzić w rytuale. Jeżeli nie masz nic przeciwko, rzucę teraz na twoje buty podobne zaklęcie, które mnie utrzymuje nad ziemią. Radzę ci się mnie złapać, abyś nie straciła równowagi – rzucanie zaklęć na samego siebie zawsze idzie o wiele sprawniej niż na kogoś innego. Z tego samego powodu pewnie, przez którego nie można się samemu połaskotać – gdy wie się doskonale, czego można się spodziewać, o wiele lepiej się na to reaguje. No, ale przedłużam. Proszę...
        Smok wyciągnął ramię w stronę alchemiczki, pozwalając mu się na nim oprzeć. Następnie spojrzał na jej buty i zaczął wiązać proste zaklęcie pod jej obuwiem; wkrótce to uniosło się na podobną wysokość, co w przypadku smoka. Dérigéntirh uśmiechnął się zachęcająco i chwycił Sanayę za dłoń, tłumacząc, że lepiej, aby spróbowała się do tego przyzwyczaić, zanim zacznie próbować sama chodzić. Uczucie było nieco dziwaczne, w dodatku zaklęcie zachowywało całkowity poziom, nie zważając na niewielkie zaburzenia terenu. Jego poziom w okolicy był mniej więcej sobie równy, więc wchodzenie pod kątem nie było problemem, z którym musieli się zmierzyć. Kiedy w końcu alchemiczka w miarę opanowała nowy sposób przemieszczania się, smok poinstruował ją jeszcze, że zaklęcie obejmuje jedynie podeszwy jej butów, wszelka inna część jej ciała bez problemu dotknie ziemi. Po tym już zabrał ją na polanę.
        Była dosyć sporych rozmiarów, w miarę okrągła, stosunkowo pusta. Teraz jednak Sanayi ukazał się dosyć nietypowy widok, ujrzała bowiem przed sobą... coś, co wyglądało jak wielka mapa okolicy. Większość powierzchni polany przysłaniały teraz liście i igły, powbijane w ziemię, imitujące drzewa – w wyżłobionym szlaku znajdowała się woda, imitując miniaturową rzekę – jej koryto zostało utwardzone, aby gleba jej nie wsiąknęła. Podobnie było z kilkoma maleńkimi stawami, usypanymi wzgórzami, wydrążonymi dolinami, przetartymi drogami. Stopy dwójki przybyszy unosiły się tuż nad tymi dziwami. Największą uwagę zwracało jednak miasto – przypominające iluzję stworzoną w kuchni przez Dérigéntirha, teraz jednak będące całkowicie fizyczną makietą, większą, lecz znacznie mniej szczegółową, umiejscowioną na samym zachodnim krańcu polany. Na samym jej środku znajdowała się... owa polana. Mały okrąg pustej ziemi. Kierunki także się zgadzały, co można było wywnioskować przede wszystkim o górach – kilkunastu głazach, przecinających pod kątem polanę.
        - Teraz chyba rozumiesz, dlaczego wybrałem takie miejsce? - spytał nieco nieśmiało smok, przechadzając się nad swoim dziełem. - Kiedy pierwszy raz rzucałem to zaklęcie, mieliśmy pod stopami wielką mozaikę w kształcie Alaranii, ale wtedy nie potrzebowaliśmy aż tak precyzyjnego namierzania. Dlaczego nie użyliśmy teraz po prostu magii miasta? Cóż, potrzebuję nieco więcej miejsca, niż ta by na to pozwalała. Dodatkowo kilka aspektów jest także ważnych. Widzisz, dla lepszej stabilności zaklęcia, zebrałem elementy z kilku miejsc. Liście pochodzą z drzew z okolic im odpowiadającym, woda z dokładnie tych rzek i jezior, w których płynęła, kamienie zabrałem z gór, miasto w większości jest przeobrażone z gliny w skały i drewno, ale niektóre elementy także z niego pochodzą. Części dachówek, chodnika... ale to mało istotne. Ciekawi mnie, co pomyśli sobie następna osoba, która odwiedzi to miejsce, ale przejdźmy dalej. Nie ma co się rozgadywać na ten temat, lepiej przejdę stricte do zaklęcia.
        Smok zbliżył się na środek polany. Ze złączonymi za plecami rękami, lewitując ponad podobnym dziełem, potrafił w końcu sprawiać wrażenie silnego maga.
        - Zaklęcie to wymaga połączenia przede wszystkim dwóch dziedzin magii – przestrzeni oraz dusz. Z pierwszą nie ma problemu, jednak druga... z reguły miałem jakiegoś maga dusz w pobliżu, ale potrafię się bez tego obejść – wiem dosyć sporo o duszach. Dzięki magii życia oraz specjalnemu przygotowaniu organizmu potrafię wprawić się w stan, w której więzy duszy z moim ciałem osłabią się na tyle, aby mogła je opuścić, jednocześnie będąc do niego przywiązaną na tyle mocno, aby nie uciec nigdzie. Dopiero w tej formie będę w stanie operować skutecznie magią przestrzeni oraz wydobywać „duszę” z przedmiotu, aby doprowadzić do jej rezonansu z tą małą mapą. Brzmi to pewnie dla ciebie jak jakieś szaleństwo, ale mam wprawę w posługiwaniu się swoją duszą. Jest jednak pewne zagrożenie, wynikające ze zbyt długiego przebywania jej poza. Do tego potrzebne są te sole. Jeżeli więzy pomiędzy nią a ciałem zaczną słabnąć, będziesz musiała podetknąć mi je pod nos – taki impuls ze strony ciała natychmiast przyciągnie ją z powrotem, choć jednocześnie zatrzyma zaklęcie. Wątpię, aby do tego doszło, moja dusza jest dosyć stabilna, ale... nie martw się, z pewnością poznasz moment, kiedy będziesz musiała zareagować.
        Dérigéntirh wyjął z torby zakupiony kompas, po czym pokazał go Sanayi, a następnie uderzył w jego igłę, która zawirowała, wydając z siebie charakterystyczny dźwięk, trudny do pomylenia z czymkolwiek innym.
        - Ten kompas będzie przy mnie, będzie katalizatorem całego procesu oraz swoistym łącznikiem moich dwóch stanów. Jeżeli igła zacznie drgać w ten sposób, to znaczyć będzie, że ów kontakt zaczyna się urywać. Nie panikuj, masz wtedy dosyć sporo czasu, aby mnie ocucić. Choć oczywiście też nie zwlekaj. Jednak rzucanie się ze strachem, aby moja dusza nie opuściła ciała, nie jest raczej niczym potrzebnym. Na spokojnie, ale zdecydowanie. Dobrze, może teraz ci wyjaśnię, jak właściwie będzie wyglądać cały proces. Na początku wprawię się w stan zasadniczej hibernacji, spowolnię pracę serca, oddech, będę dosyć przypominał martwego. Spokojnie, w takim stanie często bywałem. Po chwili moja dusza się oddzieli od ciała, ale nie będziesz jej widzieć. Wtedy zacznę używać magii przestrzeni, aby korygować naszą mapę z rzeczywistością. Od centrum polany wystrzeli magicnzy impuls, który zacznie przetaczać się po okolicy, ale jego też nie zauważysz – będzie rezonował z wszystkim i wysyłał echa, które następnie odbiją się od „kompasu” i zaczną nakładać na naszą mapę. Wtedy zaczniesz widzieć srebrzysty blask powoli okrywający to wszystko, rozchodzący się od środka polany. Może się zdarzyć, że dojdzie do desynchronizacji pewnego elementu – jeżeli dostrzeżesz gdzieś, że blask drga i miga, najpewniej oznacza to, że mapa nie odpowiada rzeczywistości. Wtedy pojawi się twoje pierwsze zadanie – poprawić mapę. Nic wielkiego, dla przykładu... góry niemal na pewno będą nieprawidłowe. Wtedy pchnij po prostu jeden z głazów tak, aby lekko przesunął się na miejsce – emanacja powinna pokazywać, gdzie powinien się znajdować. W przypadku miasta dobrze, abyś zadbała, aby wszystko było na swoim miejscu. Mury są w porządku, liczyłem kilka razy, ale pewne budynki możesz potrzebować lekko przesunąć. Nie są przytwierdzone, nie powinno to być żadnym problemem.
        - Fala nie będzie mogła się zsynchronizować z tym, co nie zostało uwzględnione na mapie – na krańcach polany powinny pojawić się jaskrawe błyski, fale, zawirowania, ale nie martw się nimi – nie one nas interesują. I nie są groźne w najmniejszym stopniu. Kiedy już wszystko się połączy, wyślę następny impuls, tym razem wykorzystując esencję z tego kawałka materiału. Ten także będzie wysyłał echo, które będzie nakładało się na naszą mapę. Zyskamy dużo informacji na temat tego, jak jej właściciel się przemieszczał, przefiltruję je – będziemy mogli dostrzec punkt, w którym obecnie się znajduje, szlak, który przeszedł ostatnio, jak i natężenie miejsc, w których jest najczęściej. Będziesz to widzieć jako światła pośród blasku, różne w zależności od tego, co akurat będę żądał od zaklęcia. Potem pozostanie tylko rozproszenie magii, niezbyt wielki problem, raczej na mojej głowie. Będę stopniowo zmniejszał siłę zaklęcia, aż w końcu zaniknie. Twoja pomoc przydałaby się jeszcze przy wybudzeniu mnie – impulsy dla ciała pomogą w szybszym powrocie duszy do owego. Tylko proszę, nie używaj wtedy tych soli. Nagłe przejście z jednej formy do drugiej... nie jest aż tak miłe. Chyba że ratuje ci skórę. Polecałbym poklepanie po policzku, najlepiej chyba działa. Jak więc widzisz, zastępujesz mi tutaj maga dusz. To wszystko może brzmieć naprawdę szaleńczo, ale nie przejmuj się – mam do tego zaklęcia sentyment i odtwarzanie go, szlifowanie się w nim, to czysta przyjemność. Jeżeli masz jakiekolwiek pytania, to śmiało. Może jednak dotyczące życia miłosnego zostawmy na później? Będzie mi łatwiej, gdy będę rozluźniony podczas opuszczania ciała.
        Smok wyjął z torby przygotowany wcześniej eliksir – receptura w znacznym stopniu przypominała pewien uspokajający narkotyk, jednakże Dérigéntirh zmodyfikował ją na potrzeby takich właśnie sytuacji. Teraz pomagał przede wszystkim oczyścić umysł i poluzować więzy z cielesnością. Przydatny nie tylko przy oddzielaniu duszy od ciała, ale i przy praktykowaniu magii – w wielu przypadkach znacznie to ułatwiał, czynił o wiele płynniejszym. Smok podniósł niewielką butelkę i opróżnił ją, po czym schował z powrotem do torby. Uśmiechnął się do alchemiczki – substancja nie wywołała w tej formie otępienia, więc całkowicie był w stanie odpowiadać na jej pytania i wyjaśniać bardziej skomplikowane kwestie.

Awatar użytkownika
Sanaya
Tkacz Marzeń
Posty: 486
Rejestracja: 5 lat temu
Inne Postacie: Jorge, Dżari, Skowronek, Yastre, Tioyoa, Kinalali, Widugast, Ijumara, Nikolaus, Kaikomi, Rael, Mniszek, Mitra, Rianell, Sadik, Maximilaan, Rammi
Ranga: [img]http://granica-pbf.pl/images/ekspert%20moderator.png[/img]
Aura: Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone.
Kontakt:

Post autor: Sanaya » 10 miesiące temu

        Sanaya nie drążyła - skoro Kaonites twierdził, że ufa jej umiejętnościom i sole trzeźwiące brane bez powodu mogłyby mu zaszkodzić (ciekawe jak? Czyżby cierpiał na migreny?), to nie było sensu dyskutować. Schowała więc fiolkę do swojej torby, do specjalnej kieszonki, w której nie mogły się zawieruszyć wśród reszty szpargałów, bo jak wiadomo, później trudno byłoby je znaleźć gdy już okazałyby się potrzebne.
        Skinęła elfowi głową.
        - Możemy iść, nie mam nic przeciwko - zapewniła. - Jestem prawie gotowa, daj mi tylko założyć buty…
        Skoro Kaonites już zdążył zagaić, że czeka ich dłuższy spacer i to za miastem, Sanaya zdecydowała się na te same ciężkie buty, co poprzedniego dnia gdy chodzili po Dzielnicy Cudów - praktyczność ponad wszystko. Nie zabierała ze sobą zbyt wielu rzeczy, gdyż zakładała, że powinni wrócić przed wieczorem i nie będą mieli przy tym czasu na rozsiadanie się i kontemplowanie przyrody - szybko zrobić co trzeba i wracać. Jej torba była więc w połowie pusta.
        Po opuszczeniu domu asystenta alchemiczka pozwoliła, by to jej towarzysz prowadził, chociaż wiedząc, że mają się udać za miasto, już po przejściu kilku ulic wiedziała, w stronę której bramy zmierzają i czasami sama zarządzała gdzie skręcić, by było szybciej, łatwiej czy po prostu przyjemniej. Chociaż warunki bardzo sprzyjały rekreacyjnemu spacerowi, Sanaya wiedziała, że nie mogą sobie na niego pozwolić, dlatego z tej ostatniej opcji korzystała jak najrzadziej, w zasadzie tylko wtedy, gdy nie trzeba było przy okazji nadkładać drogi. Była podekscytowana rozwiązaniem, na jakie wpadł Kaonites…

        ...Ale czegoś takiego w życiu by się nie spodziewała. Alchemiczka stała oniemiała na skraju polany, na której znajdowała się makieta miasta i okolic. Zamrugała parokrotnie, by upewnić się, że to nie jest wytwór jej wyobraźni i faktycznie elf stworzył coś takiego do swojego zaklęcia… Pytanie jednak po co? Ba, było to w sumie jedno z bardzo wielu pytań, które zrodziły się w jej głowie. Już wcześniej było ich niemało.

        Powiedzmy, że opuszczając Menaos Sanaya zastanawiała się tylko co to za zaklęcie i do czego potrzebne były Kaonitesowi sole trzeźwiące.
        Później jednak jej ciekawość gwałtownie wzrosła - stało się to dokładnie w momencie, gdy nagle okazało się konieczne użycie zaklęcia lewitacji. W oczach alchemiczki można było dostrzec konsternację i niepewność, nie zaprotestowała jednak na głos - Kaonites tonem swojego głosu i wymownym spojrzeniem dał jej do zrozumienia, że to konieczne, więc nie było sensu się kłócić. Mógł jednak poczuć, jak Sanaya kurczowo się go z początku złapała - nie była mistrzem jeśli chodzi o szeroko pojętą sprawność fizyczną i gimanstykę, a stawianie kroków w momencie, gdy nie miała się od czego fizycznie wybić, wymagało od niej sporo skupienia i praktyki. Z początku wyglądała jak nowonarodzona sarna i było jej z tego powodu bardzo wstyd, dlatego też milczała, gdzieś z tyłu głowy trawiąc swoje wątpliwości.
        - Czuję się jak na grzybach - wyznała, dalej walcząc z dysonansem między tym co widziała, a tym co czuła pod stopami. Kaonitesa mogła zaskoczyć jej uwaga, a Sanaya nawet nie pomyślała o tym, że nie powinna chyba wspominać, że wie, jakich widziadeł doznaje się po halucynogennych grzybach. Z drugiej jednak strony przecież to on na samym początku ich znajomości zaproponował jej pewien wyskokowy eliksir, nie miał więc prawa robić jej uwag. Zresztą wkrótce przestał mieć ku temu podstawy: alchemiczka w końcu nauczyła się chodzić z tym zaklęciem na stopach i choć poruszała się małymi krokami, nie przewracała się i nie trzeba było na nią czekać. Niczym dama do towarzystwa w wąskiej spódnicy podreptała za elfem dalej.

        No i właśnie stała jak wryta na skraju polany. Kaonites chyba z początku dał jej moment, by mogła przyjrzeć się jego dziełu i spróbować je zrozumieć, później zaś zaczął mówić i chyba pierwsze kilka słów, które padły z jego ust, w ogóle do niej nie dotarły. Była w szoku.
        - To… - zaczęła, ręką wskazując na całą ogromną makietę. - To twoje dzieło? Jak ty to zrobiłeś? I to w tak krótkim czasie? To jest… to jest niemożliwe - uznała, choć przecież właśnie miała przed sobą namacalny dowód tego, że jednak jest to możliwe. Podeszła bliżej i przykucnęła na skraju jednej z rzek uformowanych przez jej rozmówcę.
        - Co pomyśli? - podłapał jego pomysł. - Nie uwierzy własnym oczom, pobiegnie po znajomych i razem zaczną tworzyć niestworzone teorie, jedne mówiące o działających w ukryciu magach-wizjonera, a drugie o tajemniczym kulcie mającym na celu zmiecenie z Łuski gatunku ludzkiego… A potem co najmniej dwóch z nich wyda na ten temat powieść.
        Tak, poczucie humoru Sanayi czasami uaktywniało się w takich sytuacjach nadwyrężających jej nerwy, ale było w tym coś pozytywnego, bo pomagało odzyskać humor i spokój. Dzięki temu w końcu wyprostowała się, odetchnęła i mogła wysłuchać planu Kaonitesa na przeprowadzenie tego rytuału. Nie podeszła do niego, stała na brzegu polany i podziwiała go wraz z jego dziełem. A im dłużej mówił, tym większe robiły się jej oczy, jednocześnie z podziwu i grozy, jaką zaczynała odczuwać. Nie wiedziała, czy to przez jej słabą znajomość magii czy przez to, że w istocie tak było, rytuał wydawał jej się niezwykle skomplikowany i niebezpieczny. Słuchała jednak i nie przerywała, gdy Kaonites odsłaniał przed nią kolejne elementy tej skomplikowanej układanki. Starała się wszystko na bieżąco zapamiętywać i uporządkowywać, bo wiedzy przekazanej było więcej niż na jakimkolwiek wykładzie, w jakim brała udział. Gdy jednak przyszedł czas na pytania, ona stała długo i w milczeniu wpatrywała się w mapę, jakby to wszystko ją przytłaczało.
        - To na pewno jest dla ciebie bezpieczne? - upewniła się, choć już wcześniej zapewnił ją, że w istocie tak jest. - Nie ryzykujesz niepotrzebnie? Wiem, że włożyłeś w to już wiele pracy, ale naprawdę, gdyby miała ci się stać od tego krzywda, to lepiej tego nie róbmy… Ale dobrze. Powiedz mi, czy wszystko zrozumiałam. Najpierw ty zapadasz w letarg, a ja czekam i ci po prostu nie przeszkadzam. Później, gdy mapa zacznie błyszczeć, mam poprawiać miejsca rozbłysków aż nie zostaną tylko te na krawędziach polany. I kolejna fala błysków to będzie ślad złodzieja… A na koniec mam cię kulturalnie ocucić. Tak? Gdzie wtedy będziesz, tam gdzie teraz stoisz? Mam być blisko ciebie, czy czekać na skraju? No i… czy coś się stanie, jeśli cię w trakcie dotknę albo coś cię rozproszy? Chociażby latający przy uchu komar?
        To już nie był żart: Sanaya pytała jak najbardziej poważnie, nawet mówiąc o brzęczeniu owadów. Nie znała się na magii, a tak skomplikowany rytuał zupełnie przekraczał granice jej pojmowania, więc lepiej zasypać teraz Kaonitesa pytaniami, niż później musieć podejmować decyzje na ślepo.
        - A czy moja obecność na polanie nie będzie zakłócać tych impulsów? - upewniła się jeszcze. - Mam zejść na bok za każdym razem jak coś poprawię, czy mogę zostać na obszarze mapy?

Awatar użytkownika
Dérigéntirh
Kroczący w Snach
Posty: 238
Rejestracja: 5 lat temu
Inne Postacie: Dérigéntirh, Ognaruks, Sarpedon, Malawiasz, Vaela, Ziharria, Natanis, Sitrina, Quarantio, Tierõ, Freyr
Aura: Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone.
Kontakt:

Post autor: Dérigéntirh » 10 miesiące temu

        Dérigéntirh uśmiechnął się pod nosem, słysząc drobną uwagę Sanayi; wciąż podtrzymywał ją swoim ramieniem, powoli stawiając kolejne kroki i pilnując, aby alchemiczka przypadkiem się nie wywróciła. Przypomniały mu się dni, kiedy sam zaczynał z magią oraz co bardziej kreatywnymi jej wykorzystaniami.
        - No nie wiem – mruknął smok. - Moim zdaniem to o wiele bardziej realne uczucie, choć pewnie ja jestem już nieco przyzwyczajony do takiego rodzaju magii. Świetnie ci idzie, dosyć szybko się adaptujesz. Szczególnie jak na nie akrobatkę. Wybacz, że cię do tego zmuszam, ale chcę jedynie uczynić sprawy łatwiejsze dla nas obu. Jestem pewien, że wolałabyś uniknąć alternatywy. Uważaj, wysoki korzeń.
        Sanaya mogła teraz nie mieć pojęcia, w jaki sposób coś takiego może jej ułatwić mały wycinek życia, jednak po chwili już miała okazję dojść do konkluzji, gdy znaleźli się na skraju polany. To jest gdyby nie to, że stanęła jak wryta, a na jej twarzy dało się dostrzec, że jej zaczarowane buty są teraz ostatnim, o czym chciałaby myśleć. Smok uśmiechnął się, gdy obserwował zachwyt oraz szok. Nie mógł zaprzeczyć, że sprawiało mu to przyjemność; lubił imponować innym, chociażby starał się z tym walczyć, a alchemiczka pierwszy raz miała możliwość dostrzec chociaż odrobinę tego, do czego był zdolny.
        - Tak, ja je zrobiłem – powiedział smok, starając się, aby nie brzmiało to zbyt pysznie. - Cóż, osobiście nie jestem raczej skłonny nazywać czegokolwiek niemożliwym. Życie lubi zaskakiwać. Widzisz, jak wcześniej wspominałem, magia to bardzo potężne narzędzie. Wystarczy użyć odpowiednich oraz nieco precyzji. Mam szczęście, że znam odpowiednie rodzaje magii, aby poradzić sobie z takim zadaniem. A iluzje ćwiczą precyzję. Dodatkowo, jeżeli żyje się wystarczająco długo, to zaczyna się angażować w dziwne zainteresowania, które, cóż, jak widać, mogą się czasem okazać pożyteczne.
        Pozwolił sobie na drobny żart na koniec; budowaniem makiet naprawdę się na pewnym etapie życia zainteresował, jednak nigdy nie należało to do jego największych pasji. Mimo to kilka sztuczek wciąż pamiętał, a te okazywały się nadzwyczaj pomocne w podobnych sytuacjach. O dziwo zdarzały się takie, jak można było się przekonać.
        Dérigéntirh podążył za alchemiczką i z lekkim zaniepokojeniem obserwował, jak kuca – nie był pewien, czy poradzi sobie jeszcze na tyle dobrze z zaklęciem lewitacji – ale uniósł brwi, kiedy usłyszał odpowiedź na swoje wcześniejsze, nieco retoryczne zapytanie. Zaśmiał się, gdy Sanaya skończyła mówić; mogła mieć sporo racji. Konsekwencje były tym, czego smok doświadczył w swoim życiu olbrzymią ilość. Kiedy żyje się tak długo, można obserwować, jak powoli wzrastają.
        - Tak, to całkowicie bezpieczne, robię podobne rzeczy praktycznie cały czas, nie musisz się obawiać, naprawdę – powiedział smok z uspokajającym uśmiechem na ustach. - Tak, dobrze wszystko zrozumiałaś. Oczywiście bez zgłębiania się w bardziej ścisłe aspekty, ale zdecydowanie wystarczy na to, abyś sobie poradziła. Nie, będę znajdował się na samym środku polany, kompas musi być dokładnie w tym samym miejscu na mapie, co w rzeczywistości. Na tyle oczywiście dokładnie, na ile można. Będę leżał w powietrzu, a on będzie położony na mojej klatce piersiowej, zresztą pewnie będę trzymał go przy okazji. Cóż, musisz mieć widok na kompas, dlatego najlepiej byłoby, abyś znajdowała się możliwie blisko; oprócz oczywiście chwil, kiedy będziesz musiała coś poprawić. Zalecałbym chyba krążenie w połowie promienia polany – tak będzie optymalnie. Nie, takie drobne rzeczy nie powinny niczego zrobić. Moje ciało będzie w znacznym stopniu odcięte od impulsów, zupełnie jak podczas snu. Dopiero jakiś silniejszy będzie w stanie mnie wybudzić z niego. W dodatku moja dusza może się opierać, kiedy zechcę. Nie, nie musisz się obawiać tego, że przypadkowo coś zerwie zaklęcie. Hmm, nie, twoja obecność nie powinna w żaden sposób mieć wpływu na to wszystko. Jest tylko jedna mała możliwość, ale... Nie, to nie będzie problemem. Mamy za mały zasięg, aby był. Dlatego czuj się komfortowo. No, chyba czas przejść do rzeczy.
        Smok przeszedł na sam środek polany, po czym – tak jak zapowiedział – położył się, utrzymywany w powietrzu przez własne zaklęcie, na wysokości około stopy. Rozluźnił się i postawił kompas na swojej klatce piersiowej. Wyjął jeszcze jedną rzecz – kawałek materiału, który znalazł w lombardzie. Był on nadzwyczaj ważny jako przedmiot, który nosił esencję jego właściciela. Dérigéntirh położył na ziemi, w prostopadłej do podłoża linii, przebiegającej przez kompas – postawienie go gdzieś indziej mogło zakłócić rezonującą energię jeszcze zanim zaklęcie by się na dobre uformowało. Następnie zamknął oczy i zrelaksował się, skupiając się na wewnętrznej energii krążącej w jego elfim ciele. Wprawienie siebie w letarg nie było trudnym zadaniem, musiał jednak utrzymywać świadomość; kiedy dla tej skończyło się miejsce w zasypiającym umyśle, nastąpił opór – ciemność chciała zdominować jaźń. Smok uprzejmie jej odmówił, ale ta była zawzięta. Chwilę trwało, zanim uznała, że nie zdoła nic wskórać i po prostu wyrzuciła świadomość poza ciało.
        Dusza Dérigéntirha uniosła się, początkowo bezcielesna, powoli formująca się w smocze kształty, niewidoczne na szczęście dla Sanayi. Potrzebował tak wiele miejsca również dlatego, że jego dusza nie miała najmniejszych rozmiarów, odpowiadając jego prawdziwej postaci. Chwilę trwało, zanim stała się dostatecznie silna, ale po chwili już w pełni oderwała się od ciała, przyjmując swoją pełną siłę i umożliwiając świadomości pracę ze znacznie większą wydajnością, niż w fizycznym naczyniu.
        Smok zerknął na Sanayę, ciekawy jej reakcji – nie chciał, aby się niepokoiła. Następnie jednak przystąpił do zaklęcia. Sięgnął umysłem daleko, daleko na wszystkie kierunki świata, wystrzeliwując liny magii przestrzeni, które zaczepiały się w odpowiednich punktach, aby następnie zostać przyciągniętym na odpowiednie miejsca na mapie. Igła kompasu zaczęła się powoli poruszać, przeciwnie do ruchu wskazówek zegara. Leniwie. Potem szybciej, im więcej powiązań powstawało wokół niej. W końcu kręciła się z zawrotną prędkością, jednak stabilnie, zdecydowanie nie drgając w sposób, który mógłby zaalarmować alchemiczkę. Dérigéntirh skupił się na igle, a w ułamku sekundy, gdy ta wskazywała północ, wypuścił następne zaklęcie.
        Igła natychmiast się zatrzymała, a z kompasu wystrzelił magiczny impuls, początkowo niewielki, ale rosnący na szerokości i wielkości, fala energii, która szybko rozniosła się po polanie, a następnie po drzewach, przenikając wszystko. Sanaya nie mogła jej ujrzeć, ale była na tyle potężna, że nawet jej osłabiony zmysł magiczny mógł ją wyczuć, powodując ciarki na skórze. Fala od razu wysyłała pulsy zwrotne, które uderzały o kompas, ponownie się odbijając, a następnie nanosząc na mapę. Początkowo zaczęła lśnić tylko polana, ale blask powoli rozprzestrzeniał się na okolicę, ozdabiając polanę białym blaskiem. Równolegle, perfekcyjnie lśniące aury obejmowały kolejne elementy mapy. Niezgodności powstawały w postaci blasków drgających niczym osoba w ataku padaczki. W końcu impuls dotarł do granic mapy i tam się załamał, otaczając ją krótką ramą chaotycznej magii, danych, które nie mogły odnaleźć prawidłowości. Mapowanie zostało prawie zakończone. Teraz...
        Teraz musiał tylko poczekać, aż Sanaya wszystko poprawi. Kiedy to się już stało, wykorzystał energię, która jaśniała w kawałku materiału – zaczerpnął ją w swoją widmową mapę, po czym podrzucił do góry, przemieniając w kolejny impuls, który wystrzelił z mocą. Na mapie nie było widać żadnych zmian, dopóki fala nie dotarła do miasta. Tam zaczęło pojawiać się fioletowe światło, formujące się w linię, krętą, miejscami wyblakłą, miejscami jaskrawą. Wszystko było doskonale, aż nagle... pojawiła się druga. I trzecia. Żółta i pomarańczowa. Wszystkie zaczęły drgać, starając się ze sobą zsynchronizować. Odmienne energie zmuszane do tego, aby stały się jednym. Niedobrze.
        Dérigéntirh zastanowił się, analizując te nowe widma. Nie pochodziły od niego, tego był pewien; skupił się na nich, poszukując ich źródła i... dostrzegł, że energia ta dobywa się z alchemiczki. Był zdziwiony. Zakładał, że nie będzie to problemem, w końcu... dusza uśmiechnęła się. ”No tak, oczywiście.”
        - Sanayo – wysłał w jej stronę słowa, korzystając z magii umysłu. Wysyłał tylko dane, nie zaglądając do niego, ocierając się jedynie. Teraz nie mógł znaleźć innego sposobu komunikacji; miał nadzieję, że alchemiczka nie będzie mu to miała za złe. – To tylko ja, nie obawiaj się. Tak, używam telepatii, ale nie zaglądam ci w myśli, wysyłam jedynie swoje. Przykro mi, ale tylko tak mogę się z tobą skomunikować. Otóż widzisz, pojawił się mały problem. Wychodzi na to, że w zasięgu mapy znajdują się osoby, na których... cóż, wokół których twoje myśli bardzo mocno krążą, mocno uproszczając. Tak o wiele mocniej niż tylko w sposób... cóż, to nie jest nic chwilowego, z pewnością. Dobrze, posłuchaj teraz... wyślę impuls jeszcze raz, ale potrzebuję, abyś... starała się o nich nie myśleć, kimkolwiek by nie byli. Nie tylko tak po prostu, ale odrzucać nawet najdrobniejsze impulsy w umyśle. Możesz spróbować go albo oczyścić, albo po prostu skupić się na czymś innym. Oczywiście mogę też ci pomóc, ale nie chcę czegoś takiego oferować – ingerowanie w cudze myśli nie jest dla drugiej osoby zbyt przyjemnym doświadczeniem. Kiedy będziesz gotowa, powiedz.
        Choć Dérigéntirh starał się jak mógł, aby ułagodzić przekaz, to Sanaya mogła wyczuć od jego myśli potęgę, jakiej nie w sposób zignorować. Tylko muśnięcie tego, co czaiło się w umyśle smoka, ale co dobitnie sugerowało, że umysł tego jest prawdziwą twierdzą.

Awatar użytkownika
Sanaya
Tkacz Marzeń
Posty: 486
Rejestracja: 5 lat temu
Inne Postacie: Jorge, Dżari, Skowronek, Yastre, Tioyoa, Kinalali, Widugast, Ijumara, Nikolaus, Kaikomi, Rael, Mniszek, Mitra, Rianell, Sadik, Maximilaan, Rammi
Ranga: [img]http://granica-pbf.pl/images/ekspert%20moderator.png[/img]
Aura: Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone.
Kontakt:

Post autor: Sanaya » 9 miesiące temu

        Są takie czynności, które wychodzą najlepiej gdy się na nich nie skupia - na przykład oddychanie albo jazda konna. Okazało się, że chodzenie z pomocą iluzji zaliczało się do tej grupy, przynajmniej w przypadku Sanayi, bo gdy już się przyzwyczaiła i poruszała się bez asekuracji Kaonitesa, wychodziło jej to równie naturalnie co podczas chodzenia po pewnym gruncie. Tak samo było z takimi czynnościami jak kucanie. Dodatkowo fortunne było to, że elf nie zdecydował się w żaden sposób skomentować jej osiągnięcia, bo gdyby to zrobił, Sanaya niechybnie by się przewróciła i zniszczyła jego piękną makietę.
        Jego śmiech jednak zbił ją z tropu - powiedziała coś nie tak? Nie znała się na magii, może faktycznie zadała pytanie tak elementarne, że mogło rozbawić kogoś na poziomie Kaonitesa? Wyznawała jednak zasadę, że nie ma głupich pytań i jeśli czegoś nie wiedziała, lepiej wiedzę uzupełnić niż wyjść na głupca na etapie, gdy już będzie za późno. Przestała o tym myśleć gdy tylko elf wyjaśniał kolejne kwestie i rozwiewał jej wątpliwości - musiała się na nich skupić! Kiwała co jakiś czas głową, zapamiętując kolejne odpowiedzi, a czasami zerkała w odpowiednie miejsce na makiecie, by to sobie wszystko dobrze poukładać w głowie. Brzmiało z jednej strony łatwo (dla niej), a z drugiej trudno (dla niego).
        - Rozumiem - przyznała na koniec. - Bierzmy się za to. Powodzenia.
        Alchemiczka przeszła wraz z magiem w odpowiedni obszar polany. Stała tuż obok, gdy kładł się i rozpoczynał medytację. W olbrzymim skupieniu obserwowała igłę kompasu położonego na jego klatce piersiowej, ta jednak uparcie wskazywała północ. Sanaya zaczęła się odrobinę nudzić, jej wzrok powoli uciekał w ciekawsze rejony okolicy, a myśli zaczęły krążyć swoimi torami. Zaczęła zastanawiać się jak chłopcy - Crevi i Arutio - zareagowaliby na tę makietę. Jej zdaniem była bajeczna, ciekawe, czy ich by zainteresowała? Może Kaonites zgodzi się, by ją im pokazać, gdy już będzie po wszystkim? Niestety, bracia mogli ją zniszczyć, bo pewnie zechcą się pobawić…
        Nagle igła w kompasie drgnęła - nadeszła pora, by San wkroczyła do działania. Zabrała się za swoje zadanie z prawdziwym zaangażowaniem, od razu skupiając się na wskazaniach przyrządu. Przeszedł ją dreszcz - pewnie przez adrenalinę i ekscytację - lecz ledwie minął, już musiała zabrać się za poprawianie mapy. Zabrała się za to z metodycznością godną naukowca, idąc równo punkt po punkcie i niczego nie omijająca. Dłonie miała sprawne i lata pracy w laboratorium nauczyły ją precyzji, jej korekty były więc wykonane szybko i dokładnie. Wkrótce jedynymi lśniącymi punktami były jedynie skraje mapy - Sanaya wyprostowała się, otrzepała dłonie z ziemi, którą zdążyła się wybrudzić, i wróciła do swojego miejsca obok Kaonitesa. Cały ten czas myślała o chłopcach z sierocińca. Gdyby byli tu w tej chwili, na pewno aż rwaliby się do pomocy, Crevi pewnie przy okazji dodałby coś od siebie - na przykład formację skalną w kształcie pyska pantery, z którego otwartej paszczy spływałaby woda… To było w jego stylu. Arutio zaś pewnie skupiłby się na jakimś fragmencie i go dopieszczał nie zważając na rzeczywistość: sprawiał wrażenie takiego dzieciaka, który umiał oddać się bez reszty swoim zainteresowaniom…
        Mimo uspokajających słów Kaonitesa, Sanaya i tak lekko się wzdrygnęła i odruchowo rozejrzała po okolicy, szukając źródła dźwięku, który rozbrzmiał w jej głowie. Nie była oswojona z telepatią, ale gdy tylko pojęła jakie było źródło wezwania, uspokoiła się i odruchowo spojrzała na nieruchome ciało Kaonitesa.
        - Rozumiem, rozumiem - wtrąciła się, jednocześnie telepatycznie i na głos, ponaglając elfa, by zamiast tłumaczyć jej podstawy telepatii, powiedział o co chodzi, bo spodziewała się, że skoro zmuszony był skontaktować się z nią mimo wcześniejszych dość precyzyjnych ustaleń, to znaczy, że stało się coś naprawdę ważnego.
        Na wspomnienie “osób, wokół których jej myśli bardzo mocno krążą” alchemiczka momentalnie się spięła - oczywiście, że w jej głowie już od jakiegoś czasu siedziały dwie bardzo konkretne osoby, lecz wydawało jej się, że jeszcze przez chwilę zachowa to dla siebie. Do momentu, gdy to sobie przemyśli, gdy podejmie jakieś decyzje… Kaonites z pewnością domyślił się o kim rozmyślała, a po jej reakcji mógł poznać jakiego typu to były myśli, odsłoniła więc stanowczo zbyt wcześnie. Całe szczęście mężczyzna nie drążył tematu - zasygnalizował problem i zasugerował możliwe rozwiązania, a alchemiczka szybko skupiła się na rytuale, a nie na swoich problemach emocjonalnych.
        - Spróbuję sama - powiedziała na głos, zapominając, że przecież rozmawiali telepatycznie.
        Oczyszczenie myśl było to gorszą opcją: Sanaya nie miała w tym wprawy i zajęłoby jej to zbyt wiele czasu. Zmiana kierunku myśli była jednak łatwa, bo było coś, co potrafiło ją naprawdę solidnie zająć: alchemia. Odetchnęła więc, wbiła wzrok w jakiś punkt daleko w lesie i pomyślała o swojej pracowni w Sadach, o pracach, które zwykła wykonywać albo jakie miała ochotę wykonać. Od razu przypomniało jej się, że jeśli wróci do domu wtedy gdy planowała, będą czekały na nią kosze owoców - pora na jesienne przetwory. Zastanawiała się, czy nie poświęcić wiaderka truskawek i nie spróbować zrobić z nich wina alchemicznego - teoretycznie było to niezgodne ze sztuką, ale gdyby tak zmodyfikować proporcje, trochę obniżyć energię kręgu i przesunąć go bliżej struktur ziemi, by oddać charakter owoców…
        Gdy Sanaya myślała nad swoimi nowymi recepturami, Kaonites mógł dostrzec, jak jej nieumyślna magiczna kontaminacja cofa się z mapy, chwilę jeszcze migocze, ale ostatecznie całkowicie gaśnie i w obrębie murów miniaturowego Menaos widać już tylko ślady osoby, do której należał skrawek płaszcza użyty w rytuale…

Awatar użytkownika
Dérigéntirh
Kroczący w Snach
Posty: 238
Rejestracja: 5 lat temu
Inne Postacie: Dérigéntirh, Ognaruks, Sarpedon, Malawiasz, Vaela, Ziharria, Natanis, Sitrina, Quarantio, Tierõ, Freyr
Aura: Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone.
Kontakt:

Post autor: Dérigéntirh » 8 miesiące temu

        Dérigéntirh był zadowolony tym, jak zgrabnie alchemiczka radziła sobie z poprawianiem błędów w jego obliczeniach, chociaż powinien się najpewniej spodziewać, że świetnie sobie poradzi w tej roli; zarówno na podstawie profesji, którą się zajmowała, jak i wcześniejszych jej obserwacji. Sanaya była odpowiedzialna oraz sumiennie wykonywała wszystkie czynności — no i pozbawiona była tej nadwyżki ambicji, która cechowała większość adeptów sztuk magicznych, czyli jego zwyczajowych asystentów. Smok po raz kolejny poczuł żal, że kobieta nie posiada predyspozycji do posługiwania się magią. Była osobą, którą bardzo chętnie nauczałby jej arkan, a od dłuższego czasu był dosyć wybredny pod tym względem.
        Zareagowała na telepatię… lepiej niż większość ludzi. W tych czasach podobne środki komunikacji były coraz częstsze — co prawda w środowisku, w którym smok zwykł się obracać, nie było to nic nadzwyczajnego nawet tysiące lat temu, ale to było zupełnie co innego. Smocza dusza przysiadła przed Sanayą, kompletnie nieświadomą tego, że w nienamacalnym świecie ma przed nosem wielkie, złote gadzisko. Przekrzywił łeb, przyglądając się z zainteresowaniem reakcji alchemiczki, ale uśmiechnął się z rozczuleniem, gdy zrozumiał, kto taki chodzi jej po głowie — nie poruszył jednak tego tematu, bo przecież ten mógł doskonale sam o siebie zadbać. Gdy Sanaya zaczęła się koncentrować na zupełnie innych myślach, Dérigéntirh schylił głowę, spoglądając na rozbłyski pojawiające się na powierzchni jej umysłu, które powoli zaczęły się uspokajać. Podobnie, jak magiczna prezencja na mapie.
        - Świetnie sobie poradziłaś. Poczekaj jeszcze chwilę, teraz wszystko powinno już zadziałać idealnie.
        Smok ponownie zbliżył się do makiety miasta, przyglądając się emanacji, która teraz drżała, oczekując na wolę, która wyda jej zapytanie. Dérigéntirh to zrobił, na początek nakazując magii wskazać miejsca, w których złodziej przebywał ostatnio; fioletowa linia zaczęła się rozprzestrzeniać po uliczkach miasta, nakładając się na siebie po wielokroć i emanując silniejszym blaskiem tam, gdzie człowiek ten przebywał częściej. Szybko dało się zauważyć, że dzielnica, w której zawitali, była przez niego najczęściej odwiedzana — na tyle, aby móc wysnuć wniosek, że nie był tam gościem, a stałym mieszkańcem; żadne inne miejsce nie cieszyło się równie dużą popularnością. Szczególnie że w dzielnicy tej znajdował się budynek, który cały jarzył się światłem przechodzącym niemal w biel. Smok kojarzył tę budowlę — była to swego rodzaju kamienica, jednak przeznaczona dla biedniejszych ludzi, po części opłacana przez pewnych filantropów. Warunki w niej oczywiście znacznie odbiegały od przeciętnych i przy nich mieszkanie San mogło sprawiać wrażenie niemal luksusowego. Jeżeli musiał tam mieszkać, to naprawdę nie mógł mieć przy sobie zbyt wiele pieniędzy. Może wszystko to więc były zwyczajne napady rabunkowe? Choć to nie tłumaczyło napisów… w dodatku alchemicy to nietypowy cel…
        Smok „przełączył” tryb wyszukiwania i zawiła sieć linii zniknęła, zostawiając tylko pojedynczą, pulsującą kropkę, wskazującą, gdzie aktualnie znajduje się złodziej. Fioletowa emanacja płonęła wokół budynku, którym już wcześniej zainteresował się smok. Wyglądało na to, że złodziej jest w domu… Dérigéntirh nakazał jeszcze magii przyjąć poprzednią formę i przyjrzał się dokładniej miejscem, które odwiedził złodziej, zapamiętując je wszystkie. Malaya zdecydowanie będzie umieć zrobić z tego dobry użytek — może czasem była nieco beztroska, ale oprócz tego naprawdę doskonale radziła sobie w roli strażnika. Sklepy, kilka kamienic, pewne miejsca, w których niby nic konkretnego się znajdowało… z pewnością oszczędzi jej to przesłuchania, jeżeli złodziej ostatecznie trafiłby w łapy straży… to, co z nim zrobią, było osobną kwestią. Smok wątpił, aby Sanaya chciała go trzymać jako swojego więźnia… tym bardziej że mogłaby go zabić.
        Wyglądało na to, że Dérigéntirh dowiedział się wszystkiego, czego by potrzebowali; zaklęcie wiele więcej im nie powie, a smok nie spodziewał się, że od razu otrzymają złodzieja niemal na talerzu. Skupił się i zaczął powoli rozpraszać zaklęcie, wysyłając falę negacji od centrum kompasu. Sanaya mogła zauważyć, jak powoli blask wokół niej zaczyna słabnąć, a szczególnie szybko zniknęły chaotyczne fale znajdujące się poza granicą polany. Po dłuższej chwili ciszy wszystko w końcu wyblakło. Smok otworzył oczy i zamrugał, przyzwyczajając się na nowo do swojego ciała — czuł rozluźnienie w mięśniach, całkiem przyjemne, zupełnie jak po medytacji; nic dziwnego, bo to, co przed chwilą zrobił, stanowiło jeszcze wyższy jej poziom. Powoli wstał, wciąż unosząc się w powietrzu, po czym przeciągnął się, chowają jednocześnie kompas do swojej torby. Spojrzał na Sanayę i uśmiechnął się — zarówno uspokajająco, jak i z poczuciem triumfu.
        - Rzekłbym, że mamy całkiem nieliche szczęście — powiedział, zbliżając się do alchemiczki. - Namierzyłem go bez większych problemów. Wygląda na to, że mieszka w jednym z budynków w Dzielnicy Cudów. Zbiorowej kamienicy opłacanej z pieniędzy jakiegoś hojnego mieszkańca, przytułku dla biednych. Chyba nie powinniśmy się dziwić, że tak szybko sprzedał twoje rzeczy. W dodatku znajduje się w tym budynku właśnie w tej chwili. O tej godzinie nie powinno tam być znowu aż tak wiele osób, więc… jeżeli nie masz żadnych obiekcji, myślę, że bez problemu moglibyśmy już teraz złożyć mu wizytę. Najpewniej dobrze byłoby od razu zakończyć tę kwestię… o ile rzecz jasna to wszystko nie działoby się zbyt szybko jak dla ciebie… w takim razie możemy poczekać.
        Smok zaczekał na odpowiedź Sanayi, po czym rozejrzał się po polanie.
        - W takim razie wracajmy lepiej do miasta. Spacer może być całkiem miły, ale… co myślisz o teleportacj? Wiem, że część ludzi bardzo za tym nie przepada. Jeżeli Ci to jednak nie przeszkadza, mogę nas szybko przenieść na miejsce.

Awatar użytkownika
Sanaya
Tkacz Marzeń
Posty: 486
Rejestracja: 5 lat temu
Inne Postacie: Jorge, Dżari, Skowronek, Yastre, Tioyoa, Kinalali, Widugast, Ijumara, Nikolaus, Kaikomi, Rael, Mniszek, Mitra, Rianell, Sadik, Maximilaan, Rammi
Ranga: [img]http://granica-pbf.pl/images/ekspert%20moderator.png[/img]
Aura: Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone.
Kontakt:

Post autor: Sanaya » 8 miesiące temu

        Sanaya bez większej zachęty z zewnątrz skupiła się całkowicie na alchemii. Co więcej było to połączenie alchemii z gotowaniem czyli dwóch jej największych pasji, mogła więc rozmyślać o tym godzinami. Wbrew pozorom lepiej by było, gdyby Kaonites jej w tym nie przeszkadzał, nawet jeśli chciał ją pochwalić - przez to przypomniał jej się powód takiego ukierunkowania myśli i znowu na mgnienie oka dało się zobaczyć dwa punkciki na mapie pochodzące z jej trosk, ale te szybko zniknęły, dokładnie w momencie, gdy alchemiczka zorientowała się w swoim błędzie i szybko wróciła do projektowania kręgu do nowego alchemicznego wina.
        - Dziękuję - odpowiedziała mimo wszystko magowi, by nie poczuł się zignorowany, i tym razem równocześnie mówiąc i myśląc o tym, co chciała przekazać. Trudno orzec, czy inaczej po prostu nie potrafiła, czy tak czuła się bardziej komfortowo - by mieć co do tego pewność, należałoby ją o to zapytać. Ale nie teraz, zdecydowanie nie teraz, bo nawet gdyby komuś przyszedł do głowy tak głupi pomysł, by przeszkadzać w przeprowadzanym przez Kaonitesa rytuale dla wyjaśnienia takiej błahostki, sama alchemiczka by nie odpowiedziała, a zrugała ciekawskiego za brak poszanowania dla sztuki.
        Sanaya cierpliwie czekała. Stała w miejscu, by ewentualnie nie przeszkadzać Kaonitesowi i mu nie zasłaniać, sama jednak niczego nie widziała. Minuty płynęły, a ona wodziła wzrokiem po makiecie, a potem na dłuższą chwilę skupiła się na pogrążonym w magicznym letargu magu. Wyglądał jakby spał, choć jego klatka piersiowa ledwo się poruszała. Oblicze miał spokojne, zrelaksowane. Sanaya przyjrzała się jego cerze - nieźle się trzymał jak na te lata, które przeżył…
        Gdy tylko panna Tai przyłapała się na głupich myślach, zaraz się ocknęła i rozejrzała, szukając sobie innego obiektu, na którym mogłaby skupić uwagę zamiast urody elfa. ”O Crevim i Arutio myśleć mi nie wolno, o Kaonitesie nie wypada, co za czasy, by człowiek musiał nawet nad własnymi myślami tak bardzo panować!”, pomyślała z przekąsem, bo oczywiście nie mogła się o to gniewać. Zaraz jednak przyszła jej do głowy pewna osoba, na której mogła się skupić - Fenrir. Bardzo chciałaby mieć go teraz przy sobie, przytulić się i wygadać, liczyć na jego opiekuńcze ramiona. Tęskniłą za nim, nie widzieli się już tyle czasu… Ostatni list przyszedł niedawno, jedynie podsycając jej tęsknotę. Później co prawda musiała skupić się na innych, bardziej bieżących sprawach, ale za każdym razem gdy myślami odpływała w stronę smokołaka, czuła pewne uczucie żalu. Oczywiście nie żalu do niego, bo rozumiała jak ważne było dla niego to czego szukał, ale raczej żalu do losu, który za każdym razem łączył ich ścieżki tylko po to, by po chwili je rozdzielić.
        Tym razem rozmyślania Sanayi przerwały zmiany w zaklęciu - widziała, że zaczęło pulsować, że coś się zmieniało i od razu doszła do wniosku, że to pewnie już koniec rytuału i Kaonites zaraz się obudzi. Zaraz znalazła się przy nim i pilnie obserwowała - czy wszystko w porządku, czy nie potrzebował jej pomocy? Cały czas miała w pogotowiu sole trzeźwiące, które kazał jej przygotować. Okazały się jednak niepotrzebne - elf sprawiał wrażenie, jakby obudził się z bardzo relaksującej popołudniowej drzemki. Sanaya uśmiechnęła się do niego, gdy i on się uśmiechnął.
        - Wszystko w porządku? - upewniła się mimo wszystko, wyciągając ręce jakby była gotowa w razie czego go asekurować.
        - Och? Miło słyszeć - zapewniła, gdy Kaonites podsumował swoje odkrycia. Zaczęła jednocześnie ekscytować się i niepokoić na myśl, że wkrótce może będzie wszystko wiadome i to małe śledztwo dobiegnie końca. Widać było malujące się na jej twarzy napięcie, gdy słuchała o odkryciach, jakie przyniosło zastosowane zaklęcie - aż zaciskała w niekontrolowany sposób usta. Pewnie przez to Kaonites zapytał, czy to nie dzieje się dla niej za szybko, ale w odpowiedzi uzyskał natychmiastowe zaprzeczenie ruchem głowy.
        - Zróbmy to teraz - oświadczyła. - Jak… jak ze zrywaniem plastra, szybko by nie bolało. Inaczej nabiorę wątpliwości - dodała pogodnym tonem. Denerwowała się, tak, nie zamierzała tego ukrywać, był to jednak stres jak najbardziej do zniesienia, zwłaszcza gdy wiedziała co mogą dzięki temu zyskać.
        - Teleportacja to dobry pomysł, jak najbardziej - zgodziła się, jakby to nie było nic wielkiego, choć do tej pory nie miała okazji korzystać z tego magicznego sposobu przemieszczania się. Latała już jednak nocą na smoczym grzbiecie, czy cokolwiek mogło się z tym równać? Z tego co wiedziała teleportacja nie wywoływała choroby morskiej ani innego fizycznego dyskomfortu, więc nie było czego się obawiać.
        - Powiedz co mam robić - zachęciła tylko Kaonitesa, bo nie bardzo wiedziała jak ma się przygotować do tego typu drogi, ale zamierzała za to całkowicie zaufać radom specjalisty w tej dziedzinie.

Awatar użytkownika
Dérigéntirh
Kroczący w Snach
Posty: 238
Rejestracja: 5 lat temu
Inne Postacie: Dérigéntirh, Ognaruks, Sarpedon, Malawiasz, Vaela, Ziharria, Natanis, Sitrina, Quarantio, Tierõ, Freyr
Aura: Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone.
Kontakt:

Post autor: Dérigéntirh » 8 miesiące temu

        - Tak, oczywiście, nie przejmuj się, potrafię jeszcze prawidłowo ocenić swój stan – powiedział z lekkim rozbawieniem smok, ponownie nawiązując do swojej profesji oraz faktu, że jest daleki od ignorowania jakichkolwiek objawów. Chociaż, z drugiej strony... musiał przyznać, że jego rasa wraz z umiejętnościami sprawiały, że dosyć lekko traktował sprawy, które u większości ludzi wzbudziłyby co najmniej niepokój; jednakże w tym przypadku Dérigéntirh był pewien, że na nic wielkiego się nie zapowiada – rzucanie tego zaklęcia na tak niewielki obszar naprawdę nie groziło żadnym nadwyrężeniem organizmu czy umysłu. - Czuję lekkie odrealnienie, ale tego naprawdę można się spodziewać po oderwaniu na chwilę duszy od swojego ciała... wiesz, to ostatnie wydaje się teraz nadzwyczaj lekkie.
        Emocje odbijające się na twarzy alchemiczki były aż nadzwyczaj czytelne, więc smok naturalnie się zaniepokoił; dla niego radzenie sobie ze złodziejami to była rzecz niemal codzienna, ale on nosił prawdziwy skarb przy sobie i naprawdę nie było trudno o jakiegoś odważnego człeka wierzącego w swoje szczęście. Sanaya jednak bardzo się tym wszystkim przejęła, a Déri bardzo wcześnie w życiu miał okazję się przekonać, że problemów nie ma co porównywać do siebie tak, jakby miały ten sam mianownik. Kiwnął więc głową ze zrozumieniem na słowa alchemiczki, z którymi w dużym stopniu się zgadzał – w końcu to on ciągle starał się naciskać, aby jak najszybciej załatwić ten problem, nie wahając się nawet wyciągnąć tak radykalnych środków jak to zaklęcie. Im więcej czasu mijało, tym więcej szkód mogło tylko powstać.
        - Rozłóż szerzej nogi, ale nie napinaj mięśni – powiedział rzeczowo smok, przesuwając się i przechylając głowę, gdy przypatrywał się alchemiczce. - Zrelaksuj się. Zamknij oczy i weź głęboki wdech, wstrzymaj powietrze. Możesz zatkać uszy, jeżeli wyjątkowo się obawiasz, błyskawiczna zmiana ciśnienia, dosyć niewielka co prawda, może spowodować niewielkie zawroty głowy. Możesz ich tak czy owak dostać, bo twój zmysł równowagi najpewniej zostanie nieco zdezorientowany, ale nie bój się, w razie czego bez problemu cię złapię. Wyobraż sobie jakieś miejsce, które dobrze znasz. Policzę do trzech.
        Smok stanął za Sanayą i położył dłonie na jej ramionach, nieco po bokach, delikatnie, tak, aby zachować na tyle kontaktu, na ile było potrzebne przy teleportacji, ale i na tyle mocno, aby w razie czego rzeczywiście móc bez problemu utrzymać ciężar kobiety. Siła zdecydowanie nie była problemem, ale nawet największy siłacz nie może działać bez odpowiedniego chwytu.
        - Raz... Dwa...
        Polana wokół zniknęła ze świstem, a ich dwójka pojawiła się w niewielkiej uliczce skrytej w półmroku. Dérigéntirh normalnie w tej chwili ściągnąłby zaklęcie z ich obuwia, aby móc zgrabnie wylądować, ale przesunięcie w przestrzeni spowodowane teleportacją to było wystarczająco wiele naraz jak dla kobiety, przynajmniej jego zdaniem. Tę chwycił teraz mocniej, upewniając się, że zachowa pion.
        - Trzy... - Na jego twarzy pojawił się nieco chytry uśmiech; w końcu nie mówił, że przeniosą się kiedy doliczy do trójki, a jedynie, że do tej liczby policzy; sztuczka może dosyć stara, ale wciąż wyjątkowo skuteczna – na pewno za pierwszym razem.
        Stopy ich dwójki powoli się obniżyły, aż w końcu dotknęły podłoża – dopiero wtedy Dérigéntirh puścił Sanayę, przekonany, że teraz alchemiczka powinna bez problemu poradzić sobie z dalszym utrzymaniem równowagi. Uśmiechnął się do niej i poklepał do ramieniu pokrzepiająco, po czym spojrzał za siebie.
        - Gdybyśmy pojawili się przed samym budynkiem, pewnie przykulibyśmy sporo uwagi. Może jedynie przelotnej, ale tak czy owak wolę nie przyciągać ciekawskich spojrzeń w takiej sytuacji. Na szczęście w tej dzielnicy nasza dwójka nie jest aż tak charakterystyczna! Chodźmy, jesteśmy niedaleko, ale musimy nieco przejść.
        Czym prędzej ruszyli w drogę, ponownie wchodząc do znajomej już uliczki, na której tego dnia był nieco mniejszy tłok. Bez panterołaka ciągnącego ich przez tłum szło się dosyć spokojnie, choć smok uśmiechał się do tak świeżych wspomnień, które co chwila mieszały się z rzeczywistością. Cena nadzwyczajnej pamięci – czasem trudno było ją oddzielić od rzeczywistości, umysł to w końcu bardzo kapryśne narzędzie. Pomimo tego jednak zmysły Dérigéntirha ostrzegały go, że ktoś ich obserwuje – wczoraj czuł coś podobnego, w końcu w tym miejscu z pewnością informacja była nadzwyczaj cenna i nie sądził, aby ich dwójka była szczególnie wyjątkowa dla tych obserwatorów. Ale jeżeli zrobią coś nadzwyczajnego... wtedy mogłoby się to zmienić. Na szczęście chcieli tylko wejść do niczym nie wyróżniającej się budowli, przed którą zaraz stanęli.
        - Gotowa? - zapytał Dérigéntirh Sanayę, a po odpowiedzi weszli do środka; nikt nie pilnował wejścia, dlatego do klatki schodowej prowadziła czysta droga. Smok podniósł głowę, a jego oczy zajaśniały lekkim blaskiem, gdy wszedł w świat aur i zaczął poszukiwać złodzieja. Nie zajęło to zbyt wiele czasu.
        - Jest na pierwszym piętrze – powiedział do alchemiczki i ruszył przodem, skinąwszy na nią ręką; wolał w razie czego być na pierwszej linii ostrzału; jego smocze ciało było znacznie wytrzymalsze, nawet gdy chwilowo nie do końca przypominał potężną bestię.
        Po wnętrzu budynku widać było, że ktoś starał się tutaj wprowadzić chociażby krztynę elegancji, aby jakoś zwalczyć czystą prostotę architektoniczną, ale niezbyt najlepsze utrzymanie sprawiło, że najpewniej w takim razie wyglądałoby to znacznie lepiej – w końcu im prostsze, tym trwalsze. Obraz nędznej biedy na pewno to nie był, a na pewno prezentowało się znacznie lepiej od noclegu na ulicy, jednakże przy tym miejsce zamieszkania Sanayi naprawdę porządnie się prezentowało.
        W końcu jednak stanęli przed drzwiami, o których smok się upewnił, że prowadzą do pomieszczenia, w którym znajduje się mężczyzna. Tylko on. O ile ktoś nie maskował swojej aury nawet przed jego wzrokiem, ale smok nie miał żadnych wskazówek na to, aby złodziej pracował z kimkolwiek, więc... ryzyko było naprawdę małe. Położył dłoń na klamce.
        - Gotowa? - spytał ponownie, spoglądając jej w oczy swoim fiołkowym spojrzeniem; nacisnął klamkę.
        Zgrzyt.
        Zamek. I nagłe poruszenie w środku. Smok może zareagował dosyć gwałtownie, ale tak mu podpowiadał instynkt; prosty mechanizm trzasnął, a drzwi się otworzyły. W środku znajdowało się niewielkie pomieszczenie z rozlatującym się łóżkiem, dziurawym dywanem, stołem zawalonym najrozmaitszego rodzaju rzeczami – wśród nich Dérigéntirh dostrzegł kilka przyrządów alchemicznych. Znajdowała się szafa, choć ją w większości zasłaniała sylwetka mężczyzny, który natychmiast się odwrócił, spłoszony – zanim zatrzasnął jej drzwi, smok zdołał dostrzec kilka naprawdę ciekawych tomów, które zdecydowanie znalazłyby popyt wśród adeptów mroczniejszych sztuk magii. Sam mężczyzna... wyglądał na grubo po pięćdziesiątce, w jego rozczochranych, czarnych włosach widniały szare pasemka, choć trudno było nie powiedzieć, czy w istocie nie były białe. Kilkudniowy zarost zdobił wychudzoną twarz, a w zmęczonych życiem oczach dało się dostrzec irytację. Nie miał na sobie płaszcza i z trudem przychodziło nazwanie tego jakimkolwiek ubraniem – wyglądało na połączenie kilku zniszczonych zestawów.
        - Ty?! - Głos mężczyzny był zachrypnięty, suchy; przez chwilę trwał nieruchomo, a Dérigéntirh tymczasem sprawdził, czy z pomieszczenia nie ma innej drogi ucieczki, podczas gdy złodziej wpatrywał się w Sanayę, a jego wzrok mówił, że bez trudu ją rozpoznaje. - Och... Rozumiem... że też ze wszystkich... ale powinienem się spodziewać, że taka dziwka jak ty bez trudu znajdzie jakiegoś gówniarza, który zechce się dla niej bawić w rycerza. Cóż, mam nadzieję, że dostaniesz od niej to, co ci obiecała.
        Jego wzrok na chwilę przeniósł się na smoka i wtedy gwałtownym ruchem zepchnął ze stołu szklany przyrząd, który najprawdopodobniej należał do Sanayi; smok zaskoczony był na tyle, że nie zdążył zareagować, kiedy szkło uderzyło od ziemie, pękając – zdołał ocalić tylko połowę naczynia, za późno powstrzymując siłę rozchodzącą się po krystalicznej sieci. Mężczyzna prychnął, po czym odwrócił się. Dérigéntirh drgnął, czując niepokój, którego źródłem nie był złodziej, ale coś... innego. Najpewniej była to nerwowość wywołana tym gwałtownym ruchem.
        - Nie widzę ani nie słyszę straży, więc pewnie postanowiłaś to wszystko załatwić na własną rękę? Pfff, typowe. Jaki mistrz, taka uczennica. Taktowanie wszystkiego jak swoją własną rozrywkę chyba przechodzi u was przez tę waszą rozwiązłość. Więc co teraz? Zagoniłaś psa do kąta, ale czy masz na tyle odwagi, aby wyciągnąć rękę, nie bojąc się jego kłów?
        Dérigéntirh spojrzał w milczeniu na alchemiczkę, przekazując jej wzrokiem, że teraz jest jej czas i że w razie czego od razu zareaguje. Nie chciał się w to wtrącać.

Awatar użytkownika
Sanaya
Tkacz Marzeń
Posty: 486
Rejestracja: 5 lat temu
Inne Postacie: Jorge, Dżari, Skowronek, Yastre, Tioyoa, Kinalali, Widugast, Ijumara, Nikolaus, Kaikomi, Rael, Mniszek, Mitra, Rianell, Sadik, Maximilaan, Rammi
Ranga: [img]http://granica-pbf.pl/images/ekspert%20moderator.png[/img]
Aura: Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone.
Kontakt:

Post autor: Sanaya » 8 miesiące temu

        Sanaya uśmiechnęła się - trochę z troską, a trochę przepraszająco. Wierzyła, że Kaonites potrafi ocenić swój stan, ale i polubiła go na tyle, że się o niego troszczyła - on to pewnie wiedział, dlatego jego uwaga miała taki żartobliwy ton, a co za tym idzie, alchemiczka nie zamierzała się tłumaczyć, jej uśmiech był jedyną odpowiedzią. To i nerwowe poprawianie i tak rozczochranych włosów.
        - Och… Uważaj, żebyś nie wzleciał wyżej niż teraz - skomentowała wesoło jego uwagę o tym jakie to uczucie zakończyć podobne zaklęcie. W końcu rozmawiając wznosili się jakąś stopę nad ziemią.

        Instrukcje Kaonitesa Sanaya wykonała bez żadnego sprzeciwu - stanęła szerzej na nogacha (rozstawiła szerzej nogi? W końcu chyba na nich nie stała… no bo magia…), rozluźniła ramiona jak zapaśnik przed walką, nawet pokiwała głową na boki. Nie wiedziała czy później znowu się nie zepnie, ale w tym momencie stała swobodnie. Miała zaufanie do Kaonitesa i nie bała się oddać w jego ręce przy teleportacji, chociaż perspektywa przenoszenia się za pomocą magii zdawała jej się jeszcze nadal trochę nierealna, bo na co dzień z magią miała niewiele wspólnego.
        - Dam radę - zapewniła elfa, gdy ten dawał jej różne porady jak mogłaby zminimalizować stres i dyskomfort podczas przenosin. Nie zatkała sobie uszu, bo jakoś czuła się pewnie.
        A co sobie wyobraziła? Oczywiście swój dom. Salon z niepasującymi do siebie meblami, pracownię, werandę, duży ogród. To miejsce stworzyła sama, według swoich pomysłów i potrzeb, więc znała je na wylot - było oczywistym wyborem. Nie rozumiała tylko czemu miała wyobrazić sobie właśnie to, a nie na przykład Menaos, do którego się przenosili albo wręcz jakąś jego konkretną dzielnicę. Czy to nie pomogłoby Kaonitesowi w “nawigowaniu”? Nie zapytała go - na rozwiewanie ewentualnych wątpliwości przyjdzie czas później, bo on już zaczął odliczać. Złapał ją za ramiona, a ona jakoś tak odruchowo zamknęła w tym momencie oczy. Wolałaby, by stanął przed nią i by mogła się go złapać, ale nie protestowała tylko upomniała samą siebie w myślach, by się rozluźnić. Później liczyła razem z nim, samym ruchem warg. Raz… Dwa…

        - Miało być do trzech! - oburzyła się lekko, gdy Kaonites przeniósł ich zanim skończył odliczanie. Na bardziej ekspresyjne manifestowanie swojego chwilowego niezadowolenia nie miała jednak czasu, bo zgodnie z jego przewidywaniami zachwiała się i musiała szybko złapać pion, wspomagając się jego dżentelmeńskim uściskiem i ścianą, która posłużyła jej za podparcie dla jednej ręki. I faktycznie zatkało jej uszy. By je odetkać Sanaya otworzyła usta i poruszała trochę żuchwą na boki, a gdy już zaczęła normalnie słyszeć, podniosła wzrok na elfa, który uśmiechał się jak największy na świecie cwaniak.
        - O ty! - oburzyła się, gdy dotarło do niej co Kaonites właśnie zrobił. - Ty cwaniaku!
        Zła jednak nie była - trochę się poirytowała dla zasady, ale zaraz jej przeszło. Odetchnęła, a gdy elf w końcu ich opuścił na ziemię, poprawiła ubrania i torbę na ramieniu. Rozejrzała się, próbując zlokalizować miejsce, do którego trafili. Z wyjaśnieniami zaraz pośpieszył jej Kaonites.
        - Yhm, masz rację - przytaknęła mu. - Prowadź w takim razie dalej - zachęciła, oddając mu pierwsze miejsce w szeregu. Wyglądała na skupioną, ale nie zdenerwowaną, chyba po prostu poddała się wirowi wydarzeń… A obecność samego Kaonitesa również trochę ją uspokajała, bo bez niego na pewno nawet by nie zaczęła szukać tego człowieka, a teraz będzie miała okazję się z nim skonfrontować. Oby tylko nie był to żaden zakapior, którego sam widok będzie odstraszał, bo wtedy alchemiczka straci resztki animuszu.
        Spacer ulicami Dzielnicy Cudów przypomniał Sanayi o poprzedniej wizycie w tym miejscu, gdy ich przewodnikiem był Crevi. Wtedy musiała się bardziej skupić na tym, by go nie zgubić, więc dopiero teraz miała okazję się rozejrzeć i musiała przyznać, że to miejsce miało pewien specyficzny urok biedy pomieszanej z wyjątkową różnorodnością. Tu nikt nie pytał i nie przejmował się tak bardzo konwenansami jak w lepszych dzielnicach, podkreślano swoją indywidualność zachowaniem i wyglądem, dlatego faktycznie - ona i Kaonites nie wyróżniali się specjalnie. Pojedyncze osoby zwracały na nich uwagę, ale w ich oczach nie było nic, co świadczyłoby o podejrzliwości.
        - Gotowa - zgodziła się Sanaya, gdy Kaonites doprowadził ją do celu ich krótkiego spaceru. Trzymając się metafory z plastrem nie chciała niczego przeciągać, bo lepszego momentu po prostu nie będzie. Alchemiczka drżała jednak z niecierpliwości kogo przyjdzie jej spotkać. Przede wszystkim nurtowało ją czy to będzie ktoś, kogo zna, a jeśli tak, to czym się aż tak naraziła.
        - Ktoś tu miał niezłą rękę do tynków - skomentowała cicho, podziwiając o dziwo całkiem gładkie ściany klatki schodowej. Miejsce miało swoje wady i zalety i wbrew pozorom pozytywnie ją zaskoczyło, bo widać było, że na pewnych etapach życia budynku ktoś o niego dbał z należytym szacunkiem, a teraz też nie pozwolono mu do reszty popaść w ruinę. Był biedny, trochę zaniedbany, ale nie było to nic, czemu nie zaradziłaby sobie grupa chłopaków z porządnymi szczotkami i odrobiną szpachli.
        No i w końcu dotarli na miejsce. Sanaya nabrała głęboko wdechu jakby miała wskoczyć do głębokiej wody i pozwoliła, by to Kaonites czynił honory. Sama szła jednak tuż za nim.
        - No chodź już - ponagliła go, gdy po raz kolejny zapytał czy jest gotowa. Nawet lekko pchnęła go w ramię, zza które zresztą zaraz zerknęła do środka mieszkania, do którego wchodzili. Wzrokiem omiotła maleńkie wnętrze. Od razu rzucił jej się w oczy pewien specyficzny bałagan wynikający z nagromadzenia starych, mocno wyeksploatowanych przedmiotów - ktoś jeszcze resztkami sił walczył o zachowanie pozorów, więc po podłodze nie biegały szczury i nic się nie lepiło, ale warstwa kurzu na niektórych sprzętach była naprawdę imponujące. I to właśnie ten kurz był dominującą wonią w tym miejscu - nie alkohol czy nieczystości jak można by się spodziewać.
        A sam złodziejaszek… wyglądał na zupełnie obcego. Nieważne jak Sanaya gimnastykowałaby swoją pamięć, nie umiała go nigdzie przypasować. Zmarszczyła lekko brwi i gapiła się na niego, próbowała rozpoznać go może po głosie, może po gestach, może po słowach, ale nic jej nie świtało. On za to najwyraźniej doskonale wiedział kto zacz - alchemiczka aż podskoczyła, gdy na nią syknął. Później zaś było coraz gorzej. Sanaya była na tyle zaskoczona, by wysłuchać wszystkich jego obelg i gorzkich słów, ale nie dała mu ani chwili dłużej. Przyzwolenie Kaonitesa na przejęcie inicjatywy przyjęła z zadowoleniem, bo i tak by to pewnie zrobiła. Każda cierpliwość miała swoje granice.
        - Jaki mistrz taka uczennica? - podłapała ten fragment, który najwięcej dał jej do myślenia. - Człowieku, czy ty zrobiłeś to wszystko przez Miguela? To trzeba było to sobie załatwić między sobą, jak mężczyźni a nie jak bachory! - zirytowała się, bo po raz kolejny w przeciągu ostatnich kilku miesięcy cierpiała za nieodpowiedzialnych mężczyzn ze swojego otoczenia. Sapnęła jednak, potrząsnęła głową i zaraz się opanowała.
        - Nie ma straży, bo cywilizowani ludzie potrafią załatwić takie sprawy między sobą. Rozmawiając - oświadczyła twardo. - Więc słucham. Nie wiem, dlaczego zmienił pan moje mieszkanie w chlew i zniszczył moją ciężką pracę… Ale słucham, proszę mi to wyjaśnić. I proszę wiedzieć, że mnie pan bardzo obraził swoimi bezpodstawnymi oszczerstwami, ale nie tak jak tym, co powiedział pan pod adresem mojego towarzysza i dla niego żądam przeprosin, bo został potraktowany jak gówniarz, a nie zasłużył sobie na to w najmniejszym stopniu.
        Sanaya była osobą, która brzydziła się przemocą, ale potrafiła ostro dyskutować, a teraz najbardziej pragnęła odpowiedzi, bo w głowie już planowała jaką niebotyczną awanturę zrobi Miguelowi, jeśli to faktycznie przez niego tak oberwała. Nie bała się podejść do tego człowieka, bo z tego co widziała był to jakiś mag czy uczony, któremu w życiu powinęła się noga - raczej nie powinien jej zaatakować, a poza tym rozmawianie zza pleców Kaonitesa byłoby po prostu śmieszne i uwłaczające dla nich obojga.

Awatar użytkownika
Dérigéntirh
Kroczący w Snach
Posty: 238
Rejestracja: 5 lat temu
Inne Postacie: Dérigéntirh, Ognaruks, Sarpedon, Malawiasz, Vaela, Ziharria, Natanis, Sitrina, Quarantio, Tierõ, Freyr
Aura: Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone.
Kontakt:

Post autor: Dérigéntirh » 7 miesiące temu

        Złodziej spoglądał na Sanayę wzrokiem, który przekazywał równocześnie politowanie, irytację oraz rezygnację; mieszanka, która jednoznacznie oznaczała, iż mężczyzna był bardzo pewien tego, że alchemiczka nie stanowi dla niego żadnego partnera do rozmowy, ale obecna sytuacja zmusza go to tego, aby się z nią uporać. W tych oczach jednak pojawił się błysk, kiedy wspomniała o tym, że chce to wszystko rozwiązać poprzez rozmowę; sam nawet cofnął się, a teraz jego twarz przybrała drapieżny wyraz.
        - Ach, a więc Miguel nie wspominał o tym, jak to wymazał mnie z całego środowiska i pozbawił praktycznie wszystkiego? Dziwne, bo byłem przekonany, że zechce się tym pochwalić swojemu uczniowi. Widocznie jednak usunął mnie również ze swojej pamięci... Zaskakujące, że w ogóle pozwolił mi zachować życie, ale pewnie uważał, że to, jakim je uczyni, i tak nie ma już żadnej wartości. Niszczyć ciężką pracę... Twoje zabawy w alchemika to kpina w porównaniu do tego, czym się zajmowałem niegdyś... teraz jednak nawet to znajduje się poza moim zasięgiem... a wszystko to dzięki twojemu wspaniałemu nauczycielowi. Chcesz wyjaśnień? W porządku... niegdyś pracowaliśmy razem, byliśmy dobrymi przyjaciółmi, ale zrobiłem pewien błąd – pokazałem Miguelowi przełom, który dokonałem. Nie spodziewałem się, że następnego dnia usłyszę pochwały o swoim wynalazku... kierowane pod jego adres. Oj, uwierz mi, chciałem rozwiązać to rozmową, ale to był kolejny błąd. Miguel doskonale wykorzystywał swoją siłę charakteru, aby mną manipulować przez te wszystkie lata, co dostrzegłem dopiero tamtego dnia, ale kiedy stawiłem opór, w dodatku zagroziłem mu... Postanowił mnie zniszczyć. Cóż, udało mu się, jak widzisz. Latami próbowałem odzyskać cokolwiek z tego, ale... na marne było mieć nadzieję. Miałem okazję obserwować, jak się „kształcisz” pod jego skrzydłami. Jak oddajesz się tym samym psującym człowieka praktykom, co on. Wiesz, przez jakiś czas myślałem, że możesz być drogą, dzięki której uda się cokolwiek zrobić... chociażby ujawnić prawdę. Ale szybko zrozumiałem... jesteście tacy sami.
        Mężczyzna nieomal trząsł się podczas opowieści, w jego oczach zaczynała dominować wściekłość. Zrobił krok w stronę Sanayi, ale Dérigéntirh nie reagował, nie chcąc niepotrzebnie stawiać jej na drodze – mógł mężczyznę cisnąć o ścianę jedną myślą, ale wątpił, aby alchemiczce się coś takiego spodobało.
        - Przez lata żyłem jak cień człowieka, powoli odzierany ze wszystkiego, co tylko może dla takowego mieć znaczenie – bo nic dla mnie nie pozostało. Przy życiu trzyma mnie już tylko jedna żądza – sprawiedliwość. Moje krzywdy muszą zostać spłacone, a ten potwór powstrzymany. Ale działam wolno... zbyt wolno... Wiesz, kiedy stanie się na przepaści, to rozumie się, jak dawno już powinno się w nią skoczyć. I że nie ma miejsca na żadne wątpliwości. Nie można zostawić ani kawałka szansy na to, że wszystko powróci do tego, jakim było wcześniej. Ale pewność jest kosztowna. A nikt nie chciał przyjąć jako alchemika to, czym się stałem. Nad przepaścią wszystkie źródła są tym samym... a gdy dowiedziałem się, że w mieście jesteś ty... musiałem. Ale u ciebie dostrzegłem więcej, niż mogłem się spodziewać. Ten jad, który zatruwa mnie od tak dawna... powinienem bardziej się postarać... spróbować go wypalić... ale tak mało czasu...
        Złodziej wpatrywał się teraz w alchemiczczkę szeroko otwartymi oczami, w których na próżno było szukać wiele kontaktu z rzeczywistością – zupełnie ignorując wszystko, co się wokół dzieje, obniżył głos i zaczął szeptać, zupełnie jakby do siebie.
        - Tak wiele bólu... ilu jeszcze? Trzeba powstrzymać to... Mistrz czy uczennica... co za różnica? Jesteście tacy sami?
        Nagle zerwał się w stronę Sanayi, a w jego dłoni pojawił się sztylet, który wyszarpnął zza pasa, jak dotąd skrytego pod ubraniem. Dérigéntirha przeszył dreszcz, kiedy tylko spojrzał na ostrze pokryte rytualnymi runami – emanowała od niego magia tak przerażająca, że całe jego ciało przeszywał dreszcz – czysta aura śmierci. Czas jakby zwolnił, kiedy umysł smoka pracował na najwyższych obrotach. Złodziej zamachiwał się na Sanayę, aby wbić go prosto w jej klatkę piersiową, ale wciąż był daleko – przynajmniej w tej skali. Dérigéntirh przeniknął myślami ciało człowieka, odnajdując jego nerwy, w które następnie uderzył magią, nakazując im zatrzymać jakikolwiek ruch – ciało mężczyzny zostanie sparaliżowane w ciągu sekundy, zanim sztylet, chociażby zbliży się do ciała alchemiczki i...
        Nagle smok poczuł kolejny dreszcz. Coś było nie tak – teraz, przenikając myślami pomieszczenie, wyczuwał coś jeszcze, w dodatku straszliwie blisko mężczyzny. Nie, nie coś... kogoś... Panika czy strach były emocjami, które Dérigéntirh odczuwał naprawdę, naprawdę rzadko, ale w chwili, kiedy zrozumiał, co się dzieje, poczuł, jak całkowicie zalewają jego umysł. Harmoniczna melodia myśli, która wydobywała się z niego podczas rzucania zaklęć, zamieniła się w desperacką nawałnicę dźwięków, gdy spanikowany starał się zrobić cokolwiek; ale wiedział, że nie zdąży.
        W chwili, kiedy sztylet wbił się w wyciągniętą w obronnym geście dłoń, magia uwolniona na ostrzu została uwolniona, a straszliwa fala śmiertelnej drogi czekającej wszystkich rozlała się po pomieszczeniu – wyjątkowo wyczuleni użytkownicy magii z pewnością poczuli ją nawet po drugiej stronie miasta. Jednocześnie sprawiło to, że iluzja prysła, a przed Sanayą pojawiła się niewielka sylwetka osoby próbującej zasłonić ją przed ciosem. Wszystko działo się tak wolno... szaleństwo w oczach mężczyzny, spanikowane spojrzenie Dérigéntirha oraz przestraszony wzrok panterołaka. A wtedy wszystko przyspieszyło; złodzieja rzucił do tyłu, gdy zaklęcia rzucone przez smoka zadziałały, jednak za późno – uderzył w stół, który pękł na pół, a w pokoju rozniósł się trzask łamanego drewna oraz kości. Dérigéntirh zerknął na niego kątem umysłu, upewniając się tylko, że żyje. Następnie dopadł do Creviego, który w drgawkach opadł na podłogę – ukląkł i chwycił go za rękę, w którą uderzył sztylet.
        Gdyby to była zwyczajna broń, małe zadrapanie na dłoni nie byłoby problemem, ale zaklęcie, które zostało na sztylet rzucone... Dérigéntirh raz widział je w działaniu. To zaklęcie to śmierć w czystej dawce – powaliła agresywnego smoka w pół minuty, sprawiając, że on sam poczuł się zdecydowanie mały w tamtej sytuacji. Od rany roznosiła się czarna plama, która szybko pochłonęła niemalże całą dłoń. Smok sięgnął do ciała, przelewając tyle energii, ile mógł, w umierające tkanki. Udało mu się zatrzymać proces, ale magia drżała w ciele panterołaka, gotowa rozprzestrzeniać się dalej niczym ogień, kiedy tylko zaklęcie Dérigéntirha zostanie zerwane – ten poczuł, jak po jego czole spływa pot.
        - Cholera – powiedział, gdy jego umysł pracował, próbując znaleźć jakieś rozwiązanie; uniósł wzrok i spotkał się spojrzeniem z Sanayą – pomyślał, że serce za chwilę mu stanie. - To zaklęcie... to śmierć. Widziałem je w działaniu, zabije każde stworzenie, na które zostanie rzucone. Ja... mogę je zatrzymywać, ale nie wiem, jak długo. Ja... San, ja nie mogę tego uzdrowić. To... to wyrok śmierci i...
        Dłoń smoka drżała, zacisnął powieki, powstrzymując ryk rozpaczy. Wszystko miało się ułożyć tak dobrze, a przez jego głupią nieuwagę teraz miało się posypać? Powinien bardziej skupić się na otoczeniu, powinien dostrzec skrytego pod iluzją paneterołaka, przecież to było tak proste do przejrzenia zaklęcie... dlaczego tego nie zrobił?
        - P-pani San? - Leżący w drgawkach Crevi był wciąż przytomny, ale widać było na pierwszy rzut oka i słyszeć, że cierpi. - Przepraszam... martwiłem się... Nie chciałem, żeby... coś się stało... a widziałem, jak przechodzicie ulicą... i... pomyślałem... - zamilkł na chwilę. Ale... weźmie pani.... Arutio do siebie... prawda?
        W jego oczach szkliły się łzy, nie tylko bólu, ale i niesamowitego wzruszenia. Dérigéntirh mógł sobie tylko wyobrażać, co czuł chłopak. Zacisnął powieki, czując, że za chwilę pęknie mu głowa. Nie miał zamiaru pozwolić temu się tak skończyć. Posiadał tyle wiedzy oraz mocy, że pycha często przesłaniała mu drogę... często czuł się niemal jak bóg, przekonany, że jest w stanie rozwiązać każdy problem. Miała to być więc kara za to wszystko? Zmierzyć się z czymś, czego nie jest w stanie naprawić. Nie. Zawsze istniał jakiś sposób. Nawet jeżeli miałby...
        Otworzył oczy. Spojrzał na Sanayę.
        - Jest jedna rzecz – powiedział, czując, jak głos mu drży z emocji. - Wiem, co może go uratować. Panaceum. Ale... nie dam rady tak długo powstrzymywać to zaklęcie. Znam kogoś, kto potrafi, ale musimy się przenieść. Daleko. Sanayo... nie ma teraz czasu na wyjaśnienia, ale... musimy się przetelportować z nim. Szybko.

Awatar użytkownika
Sanaya
Tkacz Marzeń
Posty: 486
Rejestracja: 5 lat temu
Inne Postacie: Jorge, Dżari, Skowronek, Yastre, Tioyoa, Kinalali, Widugast, Ijumara, Nikolaus, Kaikomi, Rael, Mniszek, Mitra, Rianell, Sadik, Maximilaan, Rammi
Ranga: [img]http://granica-pbf.pl/images/ekspert%20moderator.png[/img]
Aura: Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone.
Kontakt:

Post autor: Sanaya » 7 miesiące temu

        Sanaya w dyskusji była naprawdę twarda - widziała pogardę w oczach złodzieja i niechęć do rozmowy, ale nie podawała mu się i twardo stała przy swoim. Lata praktyki, zwłaszcza jeśli chodzi o przekonywanie do swoich racji starych dziadów. Ta nieustępliwość była widoczna i w jej oczach i w postawie, co jednocześnie działało na jej korzyść, jak niekorzyść, bo zmusiło tego nieznajomego do mówienia, ale i stanowiło argument popierający jego tezę, jakoby z Miguelem była po jednych pieniądzach… No cóż, z pewnością była do niego trochę podobna, bo mieszkali razem przez dziesięć lat, on ją wręcz wychowywał, wiele ją nauczył, ale przecież miała swój indywidualny charakter, a on był tak głupio zaślepiony…
        Opowieść złodzieja była jednak znacznie bardziej bolesna niż jego poprzednie obelgi. Tamto było bezpodstawne, a to… Sanaya mogła nie wierzyć w jego słowa i zarzucić mu kłamstwo, ale problem polegał na tym, że niestety to brzmiało zbyt wiarygodnie. Tai znała Miguela od lat i wiedziała, że on byłby do tego zdolny. Miał bardzo giętki kręgosłup moralny, więc faktycznie nie miałby problemu, by posunąć się do takiego oszustwa. A co więcej to tłumaczyłoby dlaczego do tej pory był tak paranoiczny, jeśli chodzi o odwiedziny Sanayi - bardzo się pilnował, by nie zdradzać jej nad czym pracował, szyfrował swoje notatki… Tai myślała, że to tylko jedno z wielu jego dziwactwa, ale najwyraźniej po prostu oceniał ją swoją miarą. Historia złodzieja była więc zbyt spójna i zbyt dobrze zgadzała się z rzeczywistością, by mu nie wierzyć. Dlatego na twarzy Sanayi pojawił się żal - poczuła się zdradzona i było jej zwyczajnie przykro. Co więcej zaczęła współczuć temu mężczyźnie, bo stoczył się przez zdradę dawnego przyjaciela i szaleństwo, w które popadł, nie było tylko jego udziałem…
        - Ja nie wiedziałam… - wydusiła z siebie cicho, z żalem w głosie. On jednak perorował dalej, tym razem przechodząc do jej udziału w swoim nieszczęściu. Sanayi zrobiło się nieswojo, bo naprawdę nic nie wiedziała o tym czego dopuścił się Miguel, nie była taka jak on, może tylko poza tym, że lubiła spotykać się z ludźmi i dobrze się z nimi bawić. Nigdy w życiu nie zdradziłaby przyjaciela w tak perfidny sposób.
        Gdy on postąpił krok w jej stronę, ona cofnęła się również o krok. Złość w jego oczach napawała ją lekką obawą, ale chciała usłyszeć wszystko do końca. Obecność Kaonitesa dodawałą jej odwagi, bo wiedziała, że on w razie czego zainterweniuje. Lecz jeszcze nie teraz, jeszcze rozmawiali… Chociaż Sanaya coraz mniej rozumiała z tego wywodu, złodziej wyraźnie zapominał się i pogrążał w swojej złości… A jej obawy narastały, nie wiedziała jednak czy przerywając mu wytrąci go z tej spirali obłędu, czy jeszcze bardziej ją nakręci. Na razie więc dawała mu czas. Gdy zaczął jednak szeptać, syczeć, Sanaya skupiła się odrobinę.
        - Spokojnie, proszę… - spróbowała, było już jednak za późno.
        Widok noża w ręce złodzieja wystraszył Sanayę nie na żarty. Krzyknęła, cofając się i osłaniając odruchowo przed ciosem. Nie wiedziała, że był uzbrojony, niepokoiła się co prawda, że ją uderzy, ale nie, że będzie miał ze sobą broń. Na to nie była w stanie zareagować inaczej niż uciekając, ale w tym bałaganie nie było gdzie. Ze strachu zupełnie przestała logicznie myśleć i stała jak sparaliżowana, przyparta do muru, nawet nie potrafiąc prosić o litość.
        Śmiertelny cios jej nie sięgnął. Sanaya była pewna, że to Kaonites w jakiś sposób zainterweniował, lecz nie, on stał w miejscu, a przed nią… Przed nią stał… Crevi? ”To niemożliwe…”, jęknęła w duchu. Nie wiedziała, że panterołak był w tym pokoju, skąd się tu w ogóle wziął. Uratował ją… Lecz ostrze przeszyło jego rękę. Sanaya wiedziała, że panterołak ma silną moc regeneracji, a na dodatek Kaonites może go uleczyć, ale i tak była przestraszona. Gdyby to była zwykła rana, Crevi nie padłby tak na ziemię, nie wyglądałby na tak cierpiącego, a rana nie robiłaby się tak szybko czarna… Sanaya od razu doszła do wniosku, że to trucizna. Uklęknęła zaraz obok panterołaka i wyciągając z torby jakiś swój szal spróbowała zrobić z niego opaskę uciskową. Jednocześnie po drugiej stronie znalazł się Kaonites i zadziałał magią, lecz ta okazała się zaskakująco nieskuteczna. Na Sanayę padł blady strach - umiała się domyślić co to znaczy. Na dodatek widziała w oczach elfa przerażenie - coś, czego zupełnie się po nim nie spodziewała, bo on przecież zawsze był taki pewny siebie, opanowany… Gdy przeklął, Sanaya jęknęła boleśnie, bo wiedziała, że jest bardzo źle. Później było już gorzej - z każdym kolejnym słowem oczy alchemiczki wilgotniały coraz bardziej, aż pojawiły się w nich regularne łzy, które jednak jeszcze nie pociekły na policzki. Musiała się jakoś trzymać, by nie przestraszyć Creviego, chociaż przecież on był świadomy i rozumiał, co mówił Kaonites. Wiedział, że umiera… Biedny chłopak. Sanaya od razu trochę go podciągnęła i położyła jego głowę na swoich udach, głaskała go po włosach jakby chciała zapewnić, że jest przy nim i wszystko będzie dobrze. Nie mógł tak teraz odejść, nie gdy w tak krótkim czasie stał się taki dla niej ważny…
        - Ćśśś - uciszyła czule panterołaka, starając się, by w jej głosie było jak najmniej słychać rozpacz i zdenerwowanie. - Nie masz za co przepraszać. Oszczędzaj siły, nie zostawimy cię tak… Zamieszkacie u mnie obaj, i ty i Arutio, obiecuję ci to.
        Sanaya mówiła szczerze, to nie było zwykłe pocieszanie konającego. Nie dopuszczała do siebie myśli, że Crevi mógłby tu umrzeć i cały czas gorączkowo myślała co mogłaby dla niego zrobić, lecz tak słabo znała się na magii, że miała zupełną pustkę w głowie. Przytuliła go jednak, by dodać mu otuchy. Jemu i sobie też…
        Głos Kaonitesa i determinacja, którą nagle w nim usłyszała, sprawiły, że drgnęła. Podniosła na niego wzrok, który prosił, by wieści były pomyślne. Była gotowa go pogonić, kazać mówić szybciej, przejść do sedna, powiedzieć co trzeba zrobić, ale jakoś się opanowała. Nie musiał czekać na jej odpowiedź ani chwili.
        - I ty się jeszcze pytasz?! Zrób to, natychmiast! - prawie na niego krzyknęła. Nieważne, że musieli się przenieść gdzieś daleko, co tam, tu chodziło o życie Creviego. W tym momencie nie potrzebowała żadnych wyjaśnień, argumentacji, bo ważniejsze było to, by konający na jej kolanach chłopak nie dokonał tu żywota. W tym momencie uczucia były ważniejsze od logiki.

Zablokowany

Wróć do „Menaos”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość